Trzecia książka Watsona jakąś czytałem, i trzecia książka Watsona, w której rzeczywistość nie jest zbyt rzeczywista, ew. może się pozmieniać znacznie. Podobnie jak ze Silverbergiem - każda jego książka jaką czytałem, dotyczyła ludzi po przejściach, chcących albo się zmienić, albo ktoś chciał ich zmienić, albo szukających odkupienia. Nie wiem, czy to tak jak trafiłem po prostu, czy oni już tak mieli. Ale, rzecz jasna, to nie jest żadna wada czy przytyk.
I tak, "Magia..." to opowieść o świecie, w którym dwa królestwa toczą ze sobą odwieczną wojnę. Jedno z nich jest dobre, słoneczne, dzienne, mają dzielnicę burdeli w stolicy, drugie zaś jest wypaczone, złe, ludzie żyją tam nocą, a śpią w dzień, za to rozwija się tam lepiej nauka. Walczą owe królestwa ze sobą za pomocą magii używanej przez wierchuszkę, magii poprzecznej i drugiej, której nazwa mi wyleciała z głowy, a które to postaci to nic innego jak personifikacje figur szachowych. Rzecz jasna to wszystko znacznie bardziej zagmatwane, a kończy się bardziej hardkorowo niż "Łowca śmierci", gdy Uroboros zatapia zęby w swoim ogonie, a bohaterowie - giermkowie (pionki) dwóch zwalczających się królestw, chłopak i dziewczyna, która była zresztą szpiegiem i prostytutką, skaczą radośnie ze świata w świat, z rzeczywistości do rzeczywistości, by trafić tam, skąd przybyli, ale inaczej...
No i jeszcze cały ten świat szachów ma jakieś takie pseudo-słowiańskie tło. Poczciwość, można poczytać, propsy autorowi za wyobraźnię.
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
wtorek, 21 sierpnia 2012
Arthur Conan Doyle "Trujące pasmo"
Mała książeczka wydana w latach '90, którą w pewnej internetowej księgarni kupiłem nową, i to za jakąś śmieszno-symboliczną cenę (coś chyba 1,50zł, ale nie pamiętam już dokładnie).
Mało kto kojarzy, że sir Doyle, znany przede wszystkim jako twórca postaci Sherlocka Holmes'a, był również autorem (pre)s-f, jego najsłynniejszą książką z tego gatunku był bez wątpienia jeszcze znany mniej-więcej "Zaginiony świat", ale zdarzyło mu się popełnić więcej dzieł i dziełek o przygodach prof. Challengera i jego mniej lub bardziej dystyngowanych, anglosaskich to wyrzygania, przyjaciół.
"Trujące pasmo" to zbiorek opowiadań, jedno z nich, ostatnie, nie ma związku z pozostałymi, opowiada o dwóch wynalazcach i ich kłótni, i kończy się bardzo lovecraftowo (śmiercią jednego z nich i szaleństwem drugiego). Ale to może dlatego, że to u jednego i drugiego wpływy Poego. Tytułowe "Pasmo" to historia o tym, że Ziemia znalazła się na przecięciu trajektorii lotu komety, która zatruła eter ziemski, przez co ludzie zaczęli umierać i w ogóle rozgrywa się koniec świata. Ale przewidujący prof. Challenger i jego druhowie siedzą przy butli z tlenem w jego posiadłości i dyskutują żywo o nadchodzącej śmierci. Nikt rzecz jasna nie wpadł na to, żeby zaprosić do pomieszczenia kogoś ze służby, co to, to nie, lepiej obłudnie uronić łzę nad ich losem i przy burżujsko-arystokratycznym stole żreć wykwintnie, czekając na śmierć przy rozmowach o własnej zajebistości, potem, gdy trucizna się ulatnia, dochodzą jeszcze różne rozkminy o brzemieniu, odpowiedzialności, itd. Mówiąc szczerze, bardzo ale to bardzo denerwowało mnie to opowiadanie, przez bufonadę bohaterów. Ale sam pomysł - i zakończenie - do końca świata jednak nie doszło - bardzo interesujące.
Drugie opowiadanie przedstawia nam projekt prof. Challengera polegający na próbie dokopania się do układu nerwowego planety Ziemi, która okazuje się być w pewien sposób żywą, inteligentną istotą. Nic specjalnego, ale też nie jakiś gniot.
Tak czy siak, jak za książkę za dużo mniej niż 5zł, to jest nieźle, ale to raczej drażniący swoim stylem i postaciami przebrzmiały manifest anglosaskiej, konserwatywnej bufonady.
Mało kto kojarzy, że sir Doyle, znany przede wszystkim jako twórca postaci Sherlocka Holmes'a, był również autorem (pre)s-f, jego najsłynniejszą książką z tego gatunku był bez wątpienia jeszcze znany mniej-więcej "Zaginiony świat", ale zdarzyło mu się popełnić więcej dzieł i dziełek o przygodach prof. Challengera i jego mniej lub bardziej dystyngowanych, anglosaskich to wyrzygania, przyjaciół.
"Trujące pasmo" to zbiorek opowiadań, jedno z nich, ostatnie, nie ma związku z pozostałymi, opowiada o dwóch wynalazcach i ich kłótni, i kończy się bardzo lovecraftowo (śmiercią jednego z nich i szaleństwem drugiego). Ale to może dlatego, że to u jednego i drugiego wpływy Poego. Tytułowe "Pasmo" to historia o tym, że Ziemia znalazła się na przecięciu trajektorii lotu komety, która zatruła eter ziemski, przez co ludzie zaczęli umierać i w ogóle rozgrywa się koniec świata. Ale przewidujący prof. Challenger i jego druhowie siedzą przy butli z tlenem w jego posiadłości i dyskutują żywo o nadchodzącej śmierci. Nikt rzecz jasna nie wpadł na to, żeby zaprosić do pomieszczenia kogoś ze służby, co to, to nie, lepiej obłudnie uronić łzę nad ich losem i przy burżujsko-arystokratycznym stole żreć wykwintnie, czekając na śmierć przy rozmowach o własnej zajebistości, potem, gdy trucizna się ulatnia, dochodzą jeszcze różne rozkminy o brzemieniu, odpowiedzialności, itd. Mówiąc szczerze, bardzo ale to bardzo denerwowało mnie to opowiadanie, przez bufonadę bohaterów. Ale sam pomysł - i zakończenie - do końca świata jednak nie doszło - bardzo interesujące.
Drugie opowiadanie przedstawia nam projekt prof. Challengera polegający na próbie dokopania się do układu nerwowego planety Ziemi, która okazuje się być w pewien sposób żywą, inteligentną istotą. Nic specjalnego, ale też nie jakiś gniot.
Tak czy siak, jak za książkę za dużo mniej niż 5zł, to jest nieźle, ale to raczej drażniący swoim stylem i postaciami przebrzmiały manifest anglosaskiej, konserwatywnej bufonady.
Powrót do zaklikiwania kozłów i inne
I) Ot, pogranie sobie w Titan Questa zawsze jest w porządku, szczególnie, jeśli powinno się robić w tym czasie coś zupełnie innego i pożytecznego.
Wróciłem do moda Paths, niestety najnowszy 1.5 nie był dostępny w wersji xmax, przez co przeszedłem grę na Normalu Vandalem i zaczynam właśnie Epic. Tego mi brakowało przy wszystkich poprzednich razach, gdy opierałem się na Berskerkerze - jakiś umiejętności obszarowych, mogących unieszkodliwić na stałe lub przejściowo moby na dużym obszarze, szczególnie, że to xmax, gdzie ilość przeciwników momentami oszałamia, a moby złożone z samych Bohaterów to już w ogóle rzeź większa nieraz od walki z bossami - brakowało mi Chaos Storma, umiejętności Dokkaebi, zabawnej dosyć i szalonej klasy wsparcia, która sama dla siebie nie jest zbyt mocna, ale jako wsparcie sprawdza się idealnie. Maksymalnie ulepszony Chaos Storm jest w stanie wybić wszystko, co stoi na danym obszarze (Frostburn i Wound Damage, i jeszcze jakiś, ale mi wyleciał z głowy), do tego usypia/wzbudza strach/chaos u tych, co przeżyją, a których już spokojnie można potem zmasakrować dowolnym atakiem Berserkera.
O ile gra się tak nieco nudno (Chaos Storm, bieganina, zabijanie kto przeżył, Chaos Storm, bieganina, itd.) to przynajmniej taktyka ta sprawdza się przeciwko każdemu, nawet tym cholernym łucznikom Machae z aktu V czy Draconianom z aktu IV, na których rozbijała się bezskutecznie moja pierwsza postać w TQ.
Niestety, Paths przestał być rozwijany. Jego autor udostępnił w internecie wszystkie pliki na jakich pracował, i jakby ktoś chciał, to może tam pogrzebać i wymodzić (dosłownie) z tego coś jeszcze ciekawszego.
Przetestowałem jeszcze Asylum Mod - na pierwszy rzut oka ciekawe profesje, jakieś nowe przedmioty, wersje kompatybilne zarówno z xmaxem jak i innymi modami utrudniającymi rozgrywkę, ale jeszcze się nie zagłębiałem.
Za to zagłębiłem się w moda Diablo II Immortal, czyli w próbę przeniesienia klas postaci z Diablo II (oprócz Druida - engine TQ nie pozwala na shapeshifting), części bossów oraz mechaniki tego starego klasyka do Titan Questa. Mamy zmienione działanie kijów, nowych przeciwników (Satyry już nie są satyrami, wypadły też z gry kobiety-koty, zamienione przez ludzi - Corrupted Rogue's), bohaterów, bossów, po zabiciu jeźdźca trzeba zabić też wierzchowca (np. Boar Rider), pojawiły się kosy i oszczepy, od groma nowych przedmiotów pod nowe profesje, a same profesje rozwiązano w sposób arcyciekawy. Klasy pogrupowano po dwie, tworząc klasę hybrydową (np. Agent of Justice - Assassin/Paladin lub Bringer of Havoc - Sorceress/Barbarian), jednak nie zawierają one wszystkich drzewek umiejętności klas, z których się składają - tylko po jednej. I tak np. ścieżka rozwoju postaci Bringer of Havoc zawiera magię ognia (Czarodziejka) oraz umiejętności bojowe Barbarzyńcy. Reszta drzewek zdolności danej klasy jednak nie przepadła, bowiem pozostałe dwa drzewka danej klasy są sobie dalej, w ścieżkach rozwoju do wyboru, nazywających się jak w starym Diablo II. Nie wiem, czy jasno tu wytłumaczyłem, więc oto screen. I tak, wybierając dajmy na to Bringer of Havoc (Cz/Barb) z czarodziejki mamy magię ognia, żeby mieć pozostałe jej umiejętności, jako drugą ścieżkę wybierzmy po prostu Sorceress. Oczywiście, to Titan Quest - możemy wybrać dowolne ścieżki rozwoju, jednak kilka najpotężniejszych umiejętności klasycznych postaci z Diablo II są dostępne tylko dla "true" klas, czyli nie będących takim przypadkowym miszmaszem (co daje "true" klasę - wybór danej ścieżki rozwoju i jej dopełnienie, ale branie tylko umiejętności klasy - w przypadku ścieżki łączonej - tej drugiej profesji. Czyli że chcąc mieć "true" Czarodziejkę wybieramy Bringer of Havoc a potem Sorcress i nie dajemy jej ani jednej umiejętności barbarzyńcy z drzewka BoH. Uf, może ktoś zrozumie z tego cokolwiek.
Na początku gra wydawała się być całkiem łatwa, ale pozory szybko się rozwiały (nawet dla mnie, Deflierowca i Vaultowca pełną gębą, btw, ten pierwszy nie widzi ścieżek rozwoju postaci tego moda), gdyż większość przeciwników dostała - jak w Diablo II - określone odporności, których w podstawowym TQ nie było, przez co momentami może być trudno, gdyż pozmieniano też rodzaje dmg i zależności pomiędzy statystykami a nim, itd.
II) Jakiś czas temu wyszła nowa wersja moda Hero of Light Mod (ksywa gościa, który to zrobił) do wysłużonych hirołsów III. Mod ten to nakładka na ERĘ II, robiąca srogi tam rozpirz i wprowadzająca liczne zmiany, ale nie tak gwałtowne i radykalne jak np. Master Of Puppets Mod czy Phoenix Mod.
I przy okazji ciekawostka - w powstającej nowej wersji HotA'y nowym miastem ma być - Forge! O ile Rogów z piratami nie miałem jakoś ochoty instalować, to jak (jeśli) wyjdzie ta kolejna wersja, to Niebiańskiej Kuźni już nie przepuszczę.
III) Sduibek, autor moda/patha Fallout Fixt, wziął się za konwersję Fallouta 1 do engine Fallouta 2 (a właściwie po prostu zaczął rozwijać dawniejszy, ale porzucony projekt( - coś na podobnej zasadzie, na jakiej opiera się BG TuTu). Ogromnie poszerzy to możliwości działania wszystkich tych, którym marzył się Restoration Project do Fallouta 1.
IV) Właśnie, starego Baldura też już dawno odświeżyłem, i to w wersji zmodowanej. Obczaiłem kolejną wersję Big World Projectu (która zresztą już się tak nie nazywa), nie instalowałem nawet żadnej megamodyfikacji pod dwójkę, a i tak całość zajmuje 13,7 GB.
Wróciłem do moda Paths, niestety najnowszy 1.5 nie był dostępny w wersji xmax, przez co przeszedłem grę na Normalu Vandalem i zaczynam właśnie Epic. Tego mi brakowało przy wszystkich poprzednich razach, gdy opierałem się na Berskerkerze - jakiś umiejętności obszarowych, mogących unieszkodliwić na stałe lub przejściowo moby na dużym obszarze, szczególnie, że to xmax, gdzie ilość przeciwników momentami oszałamia, a moby złożone z samych Bohaterów to już w ogóle rzeź większa nieraz od walki z bossami - brakowało mi Chaos Storma, umiejętności Dokkaebi, zabawnej dosyć i szalonej klasy wsparcia, która sama dla siebie nie jest zbyt mocna, ale jako wsparcie sprawdza się idealnie. Maksymalnie ulepszony Chaos Storm jest w stanie wybić wszystko, co stoi na danym obszarze (Frostburn i Wound Damage, i jeszcze jakiś, ale mi wyleciał z głowy), do tego usypia/wzbudza strach/chaos u tych, co przeżyją, a których już spokojnie można potem zmasakrować dowolnym atakiem Berserkera.
O ile gra się tak nieco nudno (Chaos Storm, bieganina, zabijanie kto przeżył, Chaos Storm, bieganina, itd.) to przynajmniej taktyka ta sprawdza się przeciwko każdemu, nawet tym cholernym łucznikom Machae z aktu V czy Draconianom z aktu IV, na których rozbijała się bezskutecznie moja pierwsza postać w TQ.
Niestety, Paths przestał być rozwijany. Jego autor udostępnił w internecie wszystkie pliki na jakich pracował, i jakby ktoś chciał, to może tam pogrzebać i wymodzić (dosłownie) z tego coś jeszcze ciekawszego.
Przetestowałem jeszcze Asylum Mod - na pierwszy rzut oka ciekawe profesje, jakieś nowe przedmioty, wersje kompatybilne zarówno z xmaxem jak i innymi modami utrudniającymi rozgrywkę, ale jeszcze się nie zagłębiałem.
Za to zagłębiłem się w moda Diablo II Immortal, czyli w próbę przeniesienia klas postaci z Diablo II (oprócz Druida - engine TQ nie pozwala na shapeshifting), części bossów oraz mechaniki tego starego klasyka do Titan Questa. Mamy zmienione działanie kijów, nowych przeciwników (Satyry już nie są satyrami, wypadły też z gry kobiety-koty, zamienione przez ludzi - Corrupted Rogue's), bohaterów, bossów, po zabiciu jeźdźca trzeba zabić też wierzchowca (np. Boar Rider), pojawiły się kosy i oszczepy, od groma nowych przedmiotów pod nowe profesje, a same profesje rozwiązano w sposób arcyciekawy. Klasy pogrupowano po dwie, tworząc klasę hybrydową (np. Agent of Justice - Assassin/Paladin lub Bringer of Havoc - Sorceress/Barbarian), jednak nie zawierają one wszystkich drzewek umiejętności klas, z których się składają - tylko po jednej. I tak np. ścieżka rozwoju postaci Bringer of Havoc zawiera magię ognia (Czarodziejka) oraz umiejętności bojowe Barbarzyńcy. Reszta drzewek zdolności danej klasy jednak nie przepadła, bowiem pozostałe dwa drzewka danej klasy są sobie dalej, w ścieżkach rozwoju do wyboru, nazywających się jak w starym Diablo II. Nie wiem, czy jasno tu wytłumaczyłem, więc oto screen. I tak, wybierając dajmy na to Bringer of Havoc (Cz/Barb) z czarodziejki mamy magię ognia, żeby mieć pozostałe jej umiejętności, jako drugą ścieżkę wybierzmy po prostu Sorceress. Oczywiście, to Titan Quest - możemy wybrać dowolne ścieżki rozwoju, jednak kilka najpotężniejszych umiejętności klasycznych postaci z Diablo II są dostępne tylko dla "true" klas, czyli nie będących takim przypadkowym miszmaszem (co daje "true" klasę - wybór danej ścieżki rozwoju i jej dopełnienie, ale branie tylko umiejętności klasy - w przypadku ścieżki łączonej - tej drugiej profesji. Czyli że chcąc mieć "true" Czarodziejkę wybieramy Bringer of Havoc a potem Sorcress i nie dajemy jej ani jednej umiejętności barbarzyńcy z drzewka BoH. Uf, może ktoś zrozumie z tego cokolwiek.
Na początku gra wydawała się być całkiem łatwa, ale pozory szybko się rozwiały (nawet dla mnie, Deflierowca i Vaultowca pełną gębą, btw, ten pierwszy nie widzi ścieżek rozwoju postaci tego moda), gdyż większość przeciwników dostała - jak w Diablo II - określone odporności, których w podstawowym TQ nie było, przez co momentami może być trudno, gdyż pozmieniano też rodzaje dmg i zależności pomiędzy statystykami a nim, itd.
II) Jakiś czas temu wyszła nowa wersja moda Hero of Light Mod (ksywa gościa, który to zrobił) do wysłużonych hirołsów III. Mod ten to nakładka na ERĘ II, robiąca srogi tam rozpirz i wprowadzająca liczne zmiany, ale nie tak gwałtowne i radykalne jak np. Master Of Puppets Mod czy Phoenix Mod.
I przy okazji ciekawostka - w powstającej nowej wersji HotA'y nowym miastem ma być - Forge! O ile Rogów z piratami nie miałem jakoś ochoty instalować, to jak (jeśli) wyjdzie ta kolejna wersja, to Niebiańskiej Kuźni już nie przepuszczę.
III) Sduibek, autor moda/patha Fallout Fixt, wziął się za konwersję Fallouta 1 do engine Fallouta 2 (a właściwie po prostu zaczął rozwijać dawniejszy, ale porzucony projekt( - coś na podobnej zasadzie, na jakiej opiera się BG TuTu). Ogromnie poszerzy to możliwości działania wszystkich tych, którym marzył się Restoration Project do Fallouta 1.
IV) Właśnie, starego Baldura też już dawno odświeżyłem, i to w wersji zmodowanej. Obczaiłem kolejną wersję Big World Projectu (która zresztą już się tak nie nazywa), nie instalowałem nawet żadnej megamodyfikacji pod dwójkę, a i tak całość zajmuje 13,7 GB.
piątek, 10 sierpnia 2012
Odpryski V
I) Wakacje, jak to wakacje, rozjazdy, wyjazdy, itd. Byłem w Krynicy, tej na Łemkowszczyźnie. Nie lubię wyjazdów rodzinnych, bo człowiek zawsze musi wdziewać na łeb kolejną maskę, zamiast paradować bez żadnej, i sprawiać, że mentalnie wszystko więdnie wokoło. Tak czy siak, drogo, brudno, ładny, socrealistyczny pomnik w jakimś parku, awaria dwóch źródeł lol, góry ładne i woda zdrowa, jedyne zalety chyba. No i wycieczki z lokalnym PTTKiem, jedna gdzieś po cerkwiach, obecnie od dawna pełniących i tak funkcje kościołów katolickich, i do sklepu na Słowację (Beherovka trochę tańsza niż w u nas), a druga do Tylicza i Kamiannej. W tej ostatniej pasieka i drewniana rzeźba niedźwiedzia z pokaźnym przyrodzeniem zapamiętane bardziej niż kolejna świątynia, mocno przechodnia z religii do religii na przestrzeni lat. W tym pierwszym - kościół, golgota, droga krzyżowa - posoborowy przerost formy nad treścią (ha, precesja modelu nad rzeczywistością, której nie ma). I taka obserwacja - cała okolica jest mentalnie polakatolicka aż do przesady. Ale spoko, taki urok bycia górskim skansenem.
W samej Krynicy knajpa z żarciem łemkowskim - huh, zawsze myślałem, że kuchnia łemkowska to co najwyżej bimber i smalec z psa, a tu proszę, jaka niespodzianka. Zupa warianka zabija, gwałci i pluje w twarz kwaśnicy jej własną krwią (sokiem) - polecam gorąco, zamiast tego góralskiego gówna, też z kapusty, a inny świat, bogatych przeżyć wewnętrznych.
No i Nikifora muzeum, a w nim dodatkowo wystawa "Jesteśmy", dosyć antypsychiatryczna w wymowie i uczestnikach. Przejmujące to wszystko tam.
Księgarnie porządne - dorwałem Dukaja, Tolkiena (bo przeceniony), Nietzschego i Brzozowskiego.
II) Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, czy na tym blogu wspominałem o tym, że na długi, majowy weekend byłem w Białymstoku. Więc też może wspomnę cokolwiek, najwyżej się powtórzy. Albo i nie. Prowadziłem bowiem jeszcze, od czasów niepamiętnych, fotobloga, gdzie przy okazji zdjęć pisałem różne pierdoły o codziennym żywocie i o tym, co mnie przygryzało to tu, to tam, to gdzieś tam. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że piszę w sumie non-stop o tym samym, więc skasowałem tamtego floga, bo po co mi on był w sumie potrzebny do czegokolwiek. Cały ten serwis, gdzie to wisiało, podszczezł nieco i szczeza nieprzerwanie od dłuższego czasu, pełen szalonych pierdół wypisywanych przez słitaśne piętnastki. Więc może o Białymstoku było tam, a nie tu. Zresztą.
Tam pojechałem z ówczesnym współlokatorem. To był zresztą jego pomysł, miał on skrobnąć reportaż jakiś czy cuś, czego w końcu nie zrobił, ale mniejsza. Udział w prawosławnej pielgrzymce rozpoczął się opowieścią jakiejś poleszuckiej babci o tym, jak to żydzi wrzucili Mołojca jakiegośtam-męczennika do beczki nabijanej gwoździami, przeturlali go, przyszły prawosławny święty się wykrwawił, krew jego na macę miała posłużyć a zakończył próbą poderwania jakiś lasek z Bractwa Młodzieży Prawosławnej (praktycznie same aryjskie blondyny, no wstyd nie spróbować), w międzyczasie było jeszcze zagubienie się (no, niezupełnie, ale było bardzo zabawnie, zwłaszcza, gdy zaczęło się ściemniać) w Puszczy Białowieskiej (nawet złapało mi w telefonie sieć białoruską, 5zł/min połączenie do Polszy czy tam sms) poprzedzone obserwacją żubra w trakcie procesów wydalniczych, jazda samochodem z pogranicznikiem złapanym na stopa, gradobicie i poszukiwanie sensu w życiu.
Ogólnie śliczne miasto, zaskoczyło mnie pozytywnie kilka razy - w tym raz, gdy smętne muzeum w ratuszu zabytkowym okazało się być bardzo porządną galerią, pełną oryginalnych Kossaków, Witkacego, itd., i przykładowo drugi raz, gdy wszedłem do antykwariatu mając marzenia i pieniądze, a wyszedłem z jeszcze większą ilością marzeń i bez pieniędzy.
Nocnym krajobrazem rządziły działające i zadbane neony Społem, jakby żywcem wyjęte z późnego PRLu. A tani nocleg na sali 16-osobowej w schronisku to niezapomniane przeżycie, gdzie siedzieliśmy prawie tydzień, ups, coś składnia zdania nie wyszła, trudno, takie czasy.
III) Wszystko już było - miałem zajebisty pomysł na opowiadanie, przeczytałem zbiór dukajowych opowiadań "W kraju niewiernych" (wczesnych, powstałych jakoś jeszcze przed XXI wiekiem), identyczny pomysł wykorzystany i nawet fabułą podobną do moich zamierzeń obleczon był. Miałeś chamie złoty róg wyobraźni, pozostał ci jeno sznur postmodernizmu.
IV) Jak o postmodernizmie mowa, to wreszcie przerobiłem "Symulakry i symulację" oraz "Słowa klucze" Baudrillarda. Bardzo inspirujące, a pod względem czysto literackim - zwłaszcza fragmenty "Kraksy" Ballarda, obficie cytowanej w jednym z rozdziałów "Symulakrów".
V) Nie było w tej Krynicy nic do roboty, to widziałem kontem kąta oka różne takie pocieszne zabawy i gry sportowe, bo to chyba teraz Olimpiada jakaś zmierza ku końcowi. Nie wiedziałem, że wśród dyscyplin jest jakiś trójskok, nie wiedziałem też, kto to u licha jest Usain Bolt, a to słynne nazwisko ponoć. Ktośtam pobił rekord świata w czymśtam - o całe ~10 milisekund. Wow. Oszałamiające. Aż się prosi napisać o tej paranoi jakiś tekst w duchu baudrillardowskim. I tak też chyba trzeba będzie zrobić.
VI) Miałem napisać o tym tekst, ale nie napisałem, potem nie miałem gdzie, a teraz nie mam już o czym, ale że coś widać na horyzoncie, to nie napiszę jednak tego tutaj, tylko pójdzie to tam, lub zginie w mroku mojej głowy.
VII) Ilość sympatycznych koleżanek, wśród moich znajomych z pewnego gównianego portalu społecznościowego, nierzadko młodszych ode mnie, które wchodzą w związki małżeńskie lub zachodzą w ciążę, jest zatrważająca. I tak wszyscy umrzemy przecie. I co ciekawe, nawet wielkie liberałki, ateistki, itd, biorą śmiało ślub kościelny, bo to zwyczaj, bo co ludzie powiedzą, bo cośtam. I wesele na pińcet osób, z czego 3/4 widzi się wtedy pierwszy i ostatni raz w życiu. Ach, hipokryzjo, moja stara przyjaciółko, popatrz, świat należy do nas.
W samej Krynicy knajpa z żarciem łemkowskim - huh, zawsze myślałem, że kuchnia łemkowska to co najwyżej bimber i smalec z psa, a tu proszę, jaka niespodzianka. Zupa warianka zabija, gwałci i pluje w twarz kwaśnicy jej własną krwią (sokiem) - polecam gorąco, zamiast tego góralskiego gówna, też z kapusty, a inny świat, bogatych przeżyć wewnętrznych.
No i Nikifora muzeum, a w nim dodatkowo wystawa "Jesteśmy", dosyć antypsychiatryczna w wymowie i uczestnikach. Przejmujące to wszystko tam.
Księgarnie porządne - dorwałem Dukaja, Tolkiena (bo przeceniony), Nietzschego i Brzozowskiego.
II) Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, czy na tym blogu wspominałem o tym, że na długi, majowy weekend byłem w Białymstoku. Więc też może wspomnę cokolwiek, najwyżej się powtórzy. Albo i nie. Prowadziłem bowiem jeszcze, od czasów niepamiętnych, fotobloga, gdzie przy okazji zdjęć pisałem różne pierdoły o codziennym żywocie i o tym, co mnie przygryzało to tu, to tam, to gdzieś tam. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że piszę w sumie non-stop o tym samym, więc skasowałem tamtego floga, bo po co mi on był w sumie potrzebny do czegokolwiek. Cały ten serwis, gdzie to wisiało, podszczezł nieco i szczeza nieprzerwanie od dłuższego czasu, pełen szalonych pierdół wypisywanych przez słitaśne piętnastki. Więc może o Białymstoku było tam, a nie tu. Zresztą.
Tam pojechałem z ówczesnym współlokatorem. To był zresztą jego pomysł, miał on skrobnąć reportaż jakiś czy cuś, czego w końcu nie zrobił, ale mniejsza. Udział w prawosławnej pielgrzymce rozpoczął się opowieścią jakiejś poleszuckiej babci o tym, jak to żydzi wrzucili Mołojca jakiegośtam-męczennika do beczki nabijanej gwoździami, przeturlali go, przyszły prawosławny święty się wykrwawił, krew jego na macę miała posłużyć a zakończył próbą poderwania jakiś lasek z Bractwa Młodzieży Prawosławnej (praktycznie same aryjskie blondyny, no wstyd nie spróbować), w międzyczasie było jeszcze zagubienie się (no, niezupełnie, ale było bardzo zabawnie, zwłaszcza, gdy zaczęło się ściemniać) w Puszczy Białowieskiej (nawet złapało mi w telefonie sieć białoruską, 5zł/min połączenie do Polszy czy tam sms) poprzedzone obserwacją żubra w trakcie procesów wydalniczych, jazda samochodem z pogranicznikiem złapanym na stopa, gradobicie i poszukiwanie sensu w życiu.
Ogólnie śliczne miasto, zaskoczyło mnie pozytywnie kilka razy - w tym raz, gdy smętne muzeum w ratuszu zabytkowym okazało się być bardzo porządną galerią, pełną oryginalnych Kossaków, Witkacego, itd., i przykładowo drugi raz, gdy wszedłem do antykwariatu mając marzenia i pieniądze, a wyszedłem z jeszcze większą ilością marzeń i bez pieniędzy.
Nocnym krajobrazem rządziły działające i zadbane neony Społem, jakby żywcem wyjęte z późnego PRLu. A tani nocleg na sali 16-osobowej w schronisku to niezapomniane przeżycie, gdzie siedzieliśmy prawie tydzień, ups, coś składnia zdania nie wyszła, trudno, takie czasy.
III) Wszystko już było - miałem zajebisty pomysł na opowiadanie, przeczytałem zbiór dukajowych opowiadań "W kraju niewiernych" (wczesnych, powstałych jakoś jeszcze przed XXI wiekiem), identyczny pomysł wykorzystany i nawet fabułą podobną do moich zamierzeń obleczon był. Miałeś chamie złoty róg wyobraźni, pozostał ci jeno sznur postmodernizmu.
IV) Jak o postmodernizmie mowa, to wreszcie przerobiłem "Symulakry i symulację" oraz "Słowa klucze" Baudrillarda. Bardzo inspirujące, a pod względem czysto literackim - zwłaszcza fragmenty "Kraksy" Ballarda, obficie cytowanej w jednym z rozdziałów "Symulakrów".
V) Nie było w tej Krynicy nic do roboty, to widziałem kontem kąta oka różne takie pocieszne zabawy i gry sportowe, bo to chyba teraz Olimpiada jakaś zmierza ku końcowi. Nie wiedziałem, że wśród dyscyplin jest jakiś trójskok, nie wiedziałem też, kto to u licha jest Usain Bolt, a to słynne nazwisko ponoć. Ktośtam pobił rekord świata w czymśtam - o całe ~10 milisekund. Wow. Oszałamiające. Aż się prosi napisać o tej paranoi jakiś tekst w duchu baudrillardowskim. I tak też chyba trzeba będzie zrobić.
VI) Miałem napisać o tym tekst, ale nie napisałem, potem nie miałem gdzie, a teraz nie mam już o czym, ale że coś widać na horyzoncie, to nie napiszę jednak tego tutaj, tylko pójdzie to tam, lub zginie w mroku mojej głowy.
VII) Ilość sympatycznych koleżanek, wśród moich znajomych z pewnego gównianego portalu społecznościowego, nierzadko młodszych ode mnie, które wchodzą w związki małżeńskie lub zachodzą w ciążę, jest zatrważająca. I tak wszyscy umrzemy przecie. I co ciekawe, nawet wielkie liberałki, ateistki, itd, biorą śmiało ślub kościelny, bo to zwyczaj, bo co ludzie powiedzą, bo cośtam. I wesele na pińcet osób, z czego 3/4 widzi się wtedy pierwszy i ostatni raz w życiu. Ach, hipokryzjo, moja stara przyjaciółko, popatrz, świat należy do nas.
wtorek, 31 lipca 2012
Lovecraft x2
Lovecraft to jeden z tych autorów, których twórczość została szerzej poznana i uzyskała uznanie pośmiertnie. Wykreowane przez niego postacie, Wielcy Przedwieczni, Bogowie Zewnętrzni, cały porażający swoim bogactwem świat snów, czy też to, co bywa współcześnie nazwane wręcz mianem "mitologii Cthulhu" weszły współcześnie wręcz do jakieś formy kultury masowej - może nie do nurtu (ścieku) głównego, ale zainspirowały bardzo wielu artystów i głównonutrowych, np. Johna Carpentera, reżysera bardzo lovecraftowskiego horroru W paszczy szaleństwa (swoją drogą, polecam).
Mimo tego, że - oprócz kilku wyjątków - większość opowiadań Lovecrafta powiela jeden schemat, w którym główny bohater (narracja pierwszoosobowa), sceptyk, naukowiec, zostaje wciągnięty w koszmary z innego świata żyjące w naszym świecie, w mroczne tajemnice skrywane przed wzrokiem nieświadomych ludzi, a całość jest napisana językiem co najmniej pretensjonalnym, gdzie co chwila mamy tytaniczne siły, cyklopowe miasta, bezbrzeżne bluźnierstwa, najczarniejsze otchłanie koszmaru, itd, czyta się go z przyjemnością, chociaż ciężko się tym przestraszyć w dzisiejszych czasach. Co prawda nieco denerwujące mogą być czasem manifestowane poglądy autora, które jednak były odbiciem epoki i zanikły u niego z czasem (nie uznaje imigrantów nie-anglosaskich za ludzi; chociaż np. w takich Snach w domu wiedźmy mniejszość polską pokazał całkiem poczciwie i życzliwie; z drugiej strony jedno z jego opowiadań, Ulica wprost było rasistowskie).
Odświeżyłem sobie przeczytane kiedyś dwa zbiory opowiadań Lovecrafta, wydane przez Zysk i Spółkę. Oba to tłumaczenia zbiorów wydanych kiedyś przez Arkham House Publishers.
I tak, Opowieści o makabrze i koszmarze ze wstępem Roberta Blocha to coś w stylu "the best of", a Sny o terrorze i śmierci ze wstępem Neila Gaimana to zbiór tematyczny, gdzie pozbierano opowiadania autora dotyczące snów i świata snów.
O samych opowiadaniach ciężko coś napisać, gdyż na przestrzeni lat wszystko zostało już napisane, i nie dodałbym niczego sensownego od siebie. Przytoczę tylko fragment ze wstępu Gaimana, bo w sumie wydaje mi się najzdrowszym wyjaśnieniem, czemu mimo upływu lat Lovecraft jest nadal w pewnych kręgach popularny. "(...) potem zapytano ich [autorów zgromadzonych na konwencie - Briana Lumleya {np. seria Nekroskop}, Ramseya Campbella {różne horrory}, Karla Edwarda Wagnera {np. cykl o Kane'ie} - dop. ja], dlaczego lubią prozę Lovecrafta. I mówili o jego wielkiej wyobraźni, o tym, jak jego opowieści stanowiły metaforę wszystkiego, czego wówczas nie znano i bano się, od seksu aż po obcokrajowców. Opowiadali o tych wszystkich ważnych i głębokich rzeczach. Potem mikrofon dostał Dave Carson, ilustrator. "Pieprzyć to wszystko", powiedział radośnie, gdyż wypił wcześniej bardzo dużo alkoholu, i odrzucając tym samym wszystkie mądre psychologiczne teorie, przeszedł do rzeczy. "Kocham Lovecrafta, bo po prostu lubię rysować potwory."
I każdy z nich miał rację. Lovecrafta czyta się przyjemnie, bo w poukładanym, opisanym, skatalogowanym świecie człowiek potrzebuje czasem świadomości, że gdzieś nieopodal, skryte w wiecznym mroku przedwiecznych tajemnic, kryją się takie siły, że wystarczyłby tylko rzut oka na nie, żeby resztę życia spędzić w zakładzie zamkniętym. Lovecraft wyciąga wszystko, czego bali się nasi przodkowie sprzed tysięcy lat, gdy dzierżący dzidy i odziani w skóry nocami czuwali przy płonącym niespokojnym płomieniem ognisku, a obok żył dziki, nieznany, obcy i wrogi człowiekowi świat. A przy okazji przy plastycznej wyobraźni można zanurzyć się w świecie odrażającego Nieznanego, do którego ja osobiście zawsze czułem przeciąg, wyciąg i pociąg towarowy.
Mimo wszystko muszę się przyczepić do czegoś, a mianowicie do polskiego tłumaczenia opowiadań zebranych w tych dwóch zbiorach. Przede wszystkim zaszkodziło im to, że tłumaczy było kilku (jeden z nich ma idealne nazwisko/pseudonim do tłumaczenia Lovecrafta - Andrzej Ledwożyw), przez co czasem te same istoty są określane innymi nazwami (np. ghule nazywane są nieraz "widmami"), nie przetłumaczono nazw własnych "Hounds of Tindalos" i raz gdzieś czy dwa "Pnakotic Manuscripts". Także wychwycone przeze mnie "wiatr-tytan" czy "terror" nie przetłumaczony na "grozę" nie brzmią zbyt dobrze, zwłaszcza w swoich kontekstach. Poza tym, jako początkujący mistrz gry (Strażnik Tajemnic) w grze fabularnej Zew Cthulhu {jakby ktoś w Krk chciał pograć kiedyś, dajcie znać} przyzwyczaiłem się już do innego tłumaczenia pewnych nazw własnych i wyrażeń.
Specjalnie dla KZKG - U Lovecrafta nie ma raczej wątków antyreligijnych, często księża i pastorzy są przedstawiani jako postacie pozytywne wspierające bohaterów w ich nierównej i z góry skazanej na porażkę walce z przedwieczną grozą z bezbrzeżnych i bezdennych koszmarnych kosmicznych przestrzeni bluźnierczego wszechświata, kilka prztyczków antychrześcijańskich pojawia się tylko w jednym z opowiadań z tych zbiorów - Przez bramy srebrnego klucza - trzeba jednak zaznaczyć, że Lovecraft był tylko współautorem akurat tego opowiadania, razem z E. Hoffmanem Price, pulpowym autorem horrorów i s-f.
Generalnie jednak nie ma co narzekać, w sumie to nie wiem, jakie są obecne dostępne na rynku opowiadania Lovecrafta i w jakich konfiguracjach, ale akurat te dwa nie są złe. Aha, kilka opowiadań się powtarza w jednym i drugim, ale to nic.
Mimo tego, że - oprócz kilku wyjątków - większość opowiadań Lovecrafta powiela jeden schemat, w którym główny bohater (narracja pierwszoosobowa), sceptyk, naukowiec, zostaje wciągnięty w koszmary z innego świata żyjące w naszym świecie, w mroczne tajemnice skrywane przed wzrokiem nieświadomych ludzi, a całość jest napisana językiem co najmniej pretensjonalnym, gdzie co chwila mamy tytaniczne siły, cyklopowe miasta, bezbrzeżne bluźnierstwa, najczarniejsze otchłanie koszmaru, itd, czyta się go z przyjemnością, chociaż ciężko się tym przestraszyć w dzisiejszych czasach. Co prawda nieco denerwujące mogą być czasem manifestowane poglądy autora, które jednak były odbiciem epoki i zanikły u niego z czasem (nie uznaje imigrantów nie-anglosaskich za ludzi; chociaż np. w takich Snach w domu wiedźmy mniejszość polską pokazał całkiem poczciwie i życzliwie; z drugiej strony jedno z jego opowiadań, Ulica wprost było rasistowskie).
Odświeżyłem sobie przeczytane kiedyś dwa zbiory opowiadań Lovecrafta, wydane przez Zysk i Spółkę. Oba to tłumaczenia zbiorów wydanych kiedyś przez Arkham House Publishers.
I tak, Opowieści o makabrze i koszmarze ze wstępem Roberta Blocha to coś w stylu "the best of", a Sny o terrorze i śmierci ze wstępem Neila Gaimana to zbiór tematyczny, gdzie pozbierano opowiadania autora dotyczące snów i świata snów.
O samych opowiadaniach ciężko coś napisać, gdyż na przestrzeni lat wszystko zostało już napisane, i nie dodałbym niczego sensownego od siebie. Przytoczę tylko fragment ze wstępu Gaimana, bo w sumie wydaje mi się najzdrowszym wyjaśnieniem, czemu mimo upływu lat Lovecraft jest nadal w pewnych kręgach popularny. "(...) potem zapytano ich [autorów zgromadzonych na konwencie - Briana Lumleya {np. seria Nekroskop}, Ramseya Campbella {różne horrory}, Karla Edwarda Wagnera {np. cykl o Kane'ie} - dop. ja], dlaczego lubią prozę Lovecrafta. I mówili o jego wielkiej wyobraźni, o tym, jak jego opowieści stanowiły metaforę wszystkiego, czego wówczas nie znano i bano się, od seksu aż po obcokrajowców. Opowiadali o tych wszystkich ważnych i głębokich rzeczach. Potem mikrofon dostał Dave Carson, ilustrator. "Pieprzyć to wszystko", powiedział radośnie, gdyż wypił wcześniej bardzo dużo alkoholu, i odrzucając tym samym wszystkie mądre psychologiczne teorie, przeszedł do rzeczy. "Kocham Lovecrafta, bo po prostu lubię rysować potwory."
I każdy z nich miał rację. Lovecrafta czyta się przyjemnie, bo w poukładanym, opisanym, skatalogowanym świecie człowiek potrzebuje czasem świadomości, że gdzieś nieopodal, skryte w wiecznym mroku przedwiecznych tajemnic, kryją się takie siły, że wystarczyłby tylko rzut oka na nie, żeby resztę życia spędzić w zakładzie zamkniętym. Lovecraft wyciąga wszystko, czego bali się nasi przodkowie sprzed tysięcy lat, gdy dzierżący dzidy i odziani w skóry nocami czuwali przy płonącym niespokojnym płomieniem ognisku, a obok żył dziki, nieznany, obcy i wrogi człowiekowi świat. A przy okazji przy plastycznej wyobraźni można zanurzyć się w świecie odrażającego Nieznanego, do którego ja osobiście zawsze czułem przeciąg, wyciąg i pociąg towarowy.
Mimo wszystko muszę się przyczepić do czegoś, a mianowicie do polskiego tłumaczenia opowiadań zebranych w tych dwóch zbiorach. Przede wszystkim zaszkodziło im to, że tłumaczy było kilku (jeden z nich ma idealne nazwisko/pseudonim do tłumaczenia Lovecrafta - Andrzej Ledwożyw), przez co czasem te same istoty są określane innymi nazwami (np. ghule nazywane są nieraz "widmami"), nie przetłumaczono nazw własnych "Hounds of Tindalos" i raz gdzieś czy dwa "Pnakotic Manuscripts". Także wychwycone przeze mnie "wiatr-tytan" czy "terror" nie przetłumaczony na "grozę" nie brzmią zbyt dobrze, zwłaszcza w swoich kontekstach. Poza tym, jako początkujący mistrz gry (Strażnik Tajemnic) w grze fabularnej Zew Cthulhu {jakby ktoś w Krk chciał pograć kiedyś, dajcie znać} przyzwyczaiłem się już do innego tłumaczenia pewnych nazw własnych i wyrażeń.
Specjalnie dla KZKG - U Lovecrafta nie ma raczej wątków antyreligijnych, często księża i pastorzy są przedstawiani jako postacie pozytywne wspierające bohaterów w ich nierównej i z góry skazanej na porażkę walce z przedwieczną grozą z bezbrzeżnych i bezdennych koszmarnych kosmicznych przestrzeni bluźnierczego wszechświata, kilka prztyczków antychrześcijańskich pojawia się tylko w jednym z opowiadań z tych zbiorów - Przez bramy srebrnego klucza - trzeba jednak zaznaczyć, że Lovecraft był tylko współautorem akurat tego opowiadania, razem z E. Hoffmanem Price, pulpowym autorem horrorów i s-f.
Generalnie jednak nie ma co narzekać, w sumie to nie wiem, jakie są obecne dostępne na rynku opowiadania Lovecrafta i w jakich konfiguracjach, ale akurat te dwa nie są złe. Aha, kilka opowiadań się powtarza w jednym i drugim, ale to nic.
sobota, 28 lipca 2012
Andrzej Sapkowski "Maladie i inne opowiadania"
Stosunkowo nowy zbiór opowiadań, na który składają się opowiadania ze starego zbioru Coś się kończy, coś zaczyna, opowiadanie Maladie z książki Świat króla Artura. Maladie oraz jedno opowiadanie, które kilka lat temu było bodajże w Nowej Fantastyce - Spanienkreuz. Każde z nich zostało przez autora opatrzone odpowiednim wstępem, mniej lub bardziej (ale zazwyczaj bardziej) rozbudowanym, w którym autor wyjaśnia kiedy i po co dane opowiadanie powstało. Tematyka poruszana przez autora jest najrozmaitsza, od opowiadań "quasi-wiedźminskich", przez różne opowieści o czymś, co dzieje się w naszej rzeczywistości, a dziać się nie powinno, political fiction i przejście do innego świata z naszego, po żart autora, czyli fragment rzekomej space-opery.
Nie ma się co rozpisywać, autor nie schodzi poniżej pewnego poziomu, jeśli ktoś nie miał jakiś starych zborów opowiadań autora, to teraz może to nadrobić. Może i to trochę odcinanie kuponów od popularności (która po trylogii Narrenturm nieco przygasła, po czym rozkwitła niejako przy okazji sukcesie komercyjnym gier komputerowych Wiedźmin i Wiedźmin 2), jednak ja cenię sobie kunszt i poglądy autora, i teraz mam jego różne opowiadania zebrane w jednej książce, a nie w kilku. Szkoda, że popularnonaukowo-publicystyczny Świat króla Artura nie znalazł się w tym tomie, jako jakiś bonus. Nie zaszkodziłby.
Nie ma się co rozpisywać, autor nie schodzi poniżej pewnego poziomu, jeśli ktoś nie miał jakiś starych zborów opowiadań autora, to teraz może to nadrobić. Może i to trochę odcinanie kuponów od popularności (która po trylogii Narrenturm nieco przygasła, po czym rozkwitła niejako przy okazji sukcesie komercyjnym gier komputerowych Wiedźmin i Wiedźmin 2), jednak ja cenię sobie kunszt i poglądy autora, i teraz mam jego różne opowiadania zebrane w jednej książce, a nie w kilku. Szkoda, że popularnonaukowo-publicystyczny Świat króla Artura nie znalazł się w tym tomie, jako jakiś bonus. Nie zaszkodziłby.
Alfred Bester "Człowiek do przeróbki"
Z rok temu czytałem coś Bestera, bodajże Gwiazdy - moje przeznaczenie, jeśli czegoś nie pokiełbasiłem, a sprawdzać mi się nie chce teraz.
Oto druga książka tego autora, którą przeczytałem, nie wiem czy to przypadek, ale w jednej i drugiej bohaterem jest zły człowiek, który staje się dobry, niekoniecznie nawet z własnej woli, człowiek zmagający się sam ze sobą, nieco jakby taki jakiś futurystyczny Raskolnikow. Ale to może zbyt daleko idąca myśl. Poza tym w jednej i drugiej książce ludzkość odkrywa w sobie nieznane właściwości parapsychiczne - w pierwszej był to jaunting, czyli teleportacja, w drugiej mamy esperów - psioników, telepatów, itd. którzy tworzą społeczeństwo w społeczeństwie, spełniając jednak pełno różnych ról.
Tak czy siak, światem przyszłości rządzą korporacje, wszechobecni esperzy-służący odkrywają pragnienia swoich pracodawców zanim ci je wypowiedzą, panuje korupcja i walki frakcyjne, tylko bohema artystyczna jest tak samo - a może nawet bardziej - dekadencka niż była wcześniej. Podziemie przestępcze jest bardzo rozwinięte. Ludzkość zasiedliła kilka planet i księżyców w Układzie Słonecznym. Książki to melodia przeszłości. Taki trochę z tego patrzy na czytelnika cyberpunk bez cyberpunku.
Główny bohater to bajecznie bogaty szef korporacji Monarch, którego stać na wszystko i który może sobie pozwolić na wszystko. Ma jednak dwa problemy (jak się potem okaże, uwaga spoiler, to jest jeden problem) - konkurencyjną firmę, która stanowi dla niego zagrożenie, oraz jej prezesa, którego nasz bohater obsesyjnie nienawidzi. Do tego stopnia, że postanawia go zabić. A to nie jest takie łatwe, bo wszechobecni esperzy wychwyciliby ten zamiar zanim zdołałby wprowadzić go w życie, i trafiłby do tytułowej Przeróbki - wymazania świadomości i stworzenia jej na nowo, wolnej od wszystkich złych, morderczych, przestępczych skłonności. Postanawia więc przekabacić jednego z esperów na swoją stronę, by mu pomógł i by maskował jego promieniujące myśli. Nie jest to proste, bo esper czytający innych dla złych celów staje się pariasem we własnym środowisku, co już kiedyś przydarzyło się pewnemu esperowi, który współpracował z naszym bohaterem przy oszustwie giełdowym. Tam jednak, gdzie wielkie pieniądze, są i wielkie możliwości, oraz wielka władza, więc udaje mu się znaleźć odpowiedniego espera, przystępuje do wdrażania swojego planu w życie...
Ale wszystko się bardzo gmatwa, bo po samym morderstwie ma świadka. Zarówno on, jak i policja, rozpoczynają poszukiwanie córki jego ofiary...
Wszystko gmatwa się strona po stronie, nic nie jest takie, jakim się wydaje, a nocny koszmar ze snów głównego bohatera, Człowiek Bez Twarzy, staje się koszmarnie realny (uwaga spoiler - pamiętacie dwóch bohaterów Fight Clubu?)...
Niby czytadło, a jednak nie. Dobra rzecz, polecam, sprawnie napisana, trzyma w napięciu, zaskakuje. Tylko - uwaga spoiler - ten optymizm antropologiczny na końcu, że każdego da się jako tako przerobić na dobrego członka społeczeństwa trąci inżynierią społeczną dosyć smętną, ale to moje tylko subiektywne odczucie. Mimo pewnej naiwności polecam.
Oto druga książka tego autora, którą przeczytałem, nie wiem czy to przypadek, ale w jednej i drugiej bohaterem jest zły człowiek, który staje się dobry, niekoniecznie nawet z własnej woli, człowiek zmagający się sam ze sobą, nieco jakby taki jakiś futurystyczny Raskolnikow. Ale to może zbyt daleko idąca myśl. Poza tym w jednej i drugiej książce ludzkość odkrywa w sobie nieznane właściwości parapsychiczne - w pierwszej był to jaunting, czyli teleportacja, w drugiej mamy esperów - psioników, telepatów, itd. którzy tworzą społeczeństwo w społeczeństwie, spełniając jednak pełno różnych ról.
Tak czy siak, światem przyszłości rządzą korporacje, wszechobecni esperzy-służący odkrywają pragnienia swoich pracodawców zanim ci je wypowiedzą, panuje korupcja i walki frakcyjne, tylko bohema artystyczna jest tak samo - a może nawet bardziej - dekadencka niż była wcześniej. Podziemie przestępcze jest bardzo rozwinięte. Ludzkość zasiedliła kilka planet i księżyców w Układzie Słonecznym. Książki to melodia przeszłości. Taki trochę z tego patrzy na czytelnika cyberpunk bez cyberpunku.
Główny bohater to bajecznie bogaty szef korporacji Monarch, którego stać na wszystko i który może sobie pozwolić na wszystko. Ma jednak dwa problemy (jak się potem okaże, uwaga spoiler, to jest jeden problem) - konkurencyjną firmę, która stanowi dla niego zagrożenie, oraz jej prezesa, którego nasz bohater obsesyjnie nienawidzi. Do tego stopnia, że postanawia go zabić. A to nie jest takie łatwe, bo wszechobecni esperzy wychwyciliby ten zamiar zanim zdołałby wprowadzić go w życie, i trafiłby do tytułowej Przeróbki - wymazania świadomości i stworzenia jej na nowo, wolnej od wszystkich złych, morderczych, przestępczych skłonności. Postanawia więc przekabacić jednego z esperów na swoją stronę, by mu pomógł i by maskował jego promieniujące myśli. Nie jest to proste, bo esper czytający innych dla złych celów staje się pariasem we własnym środowisku, co już kiedyś przydarzyło się pewnemu esperowi, który współpracował z naszym bohaterem przy oszustwie giełdowym. Tam jednak, gdzie wielkie pieniądze, są i wielkie możliwości, oraz wielka władza, więc udaje mu się znaleźć odpowiedniego espera, przystępuje do wdrażania swojego planu w życie...
Ale wszystko się bardzo gmatwa, bo po samym morderstwie ma świadka. Zarówno on, jak i policja, rozpoczynają poszukiwanie córki jego ofiary...
Wszystko gmatwa się strona po stronie, nic nie jest takie, jakim się wydaje, a nocny koszmar ze snów głównego bohatera, Człowiek Bez Twarzy, staje się koszmarnie realny (uwaga spoiler - pamiętacie dwóch bohaterów Fight Clubu?)...
Niby czytadło, a jednak nie. Dobra rzecz, polecam, sprawnie napisana, trzyma w napięciu, zaskakuje. Tylko - uwaga spoiler - ten optymizm antropologiczny na końcu, że każdego da się jako tako przerobić na dobrego członka społeczeństwa trąci inżynierią społeczną dosyć smętną, ale to moje tylko subiektywne odczucie. Mimo pewnej naiwności polecam.
Walter M. Miller, Jr "Kantyczka dla Leibowitza"
Kolejny klasyk co się zowie, o którym tylko słyszałem, aż znalazłem go w pewnej internetowej księgarni za śmieszne pieniądze, i kupiłem, bo czemu nie.
Trafiło mi się wydanie jakieś w miarę nowe... z Frondy. Sam nie mogłem się nadziwić, że Fronda to wydała, coś tam pobieżnie wiedziałem, o czy to dziełko traktuje, ale jak przeczytałem, to mogłem tylko przytaknąć, tak, Fronda faktycznie mogła to wydać i zrobiła to.
Nie wiedziałem, że Walter Miller Junior był katolikiem, a tak z tego wynika. Czytałem jego jedną książkę, angielskojęzyczny zbiorek opowiadań "View from the Stars", czy jak się to zwało dokładnie, gdzieś tu na blogu powinno być przedstawione przeze mnie, i tam nie było w sumie nic takiego, co by wskazywało na katolicyzm autora, ba, jedno z opowiadań było raczej krytyczne do religii jako takiej. No ale niezbadane są ludzkie drogi, więc kto wie.
Sama "Kantyczka" składa się z trzech części, których fabuła rozgrywa się na przestrzeni około 1500-2000 lat. W każdej następnej części mamy pełno aluzji do wydarzeń z przeszłości, które były przedstawione w poprzednich częściach, wydarzenia, którymi żył świat na przestrzeni wieków, rozmywają się do krótkich notek, wzmianek, jakiś szczegółów, które zacierają się w ludzkiej pamięci.
A koniec części trzeciej, i koniec książki jako takiej, to nowy początek. Bardzo pogańska ta katolicka książka, wąż Uroboros zacisnął zęby na swoim ogonie, a ludzkość niczego się nie nauczyła.
Oto jest świat po zagładzie atomowej, gdy ludzkość została zepchnięta w cywilizacyjnym rozwoju do społeczności pierwotnych. Triumfuje myślenie magiczne, naukowcy są prześladowani i mordowani (za doprowadzenie do nuklearnego holokaustu), no Fallout 1 lub Mad Max się robi.
Jednak Kościół Katolicki istnieje nadal, i, podobnie jak po upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego, rozpoczął zbieranie okruchów dawnej wiedzy przed zapomnieniem. Swoją drogą, bardzo ciekawą kwestią jest postępujący na przestrzeni wieków"konserwatyzm" Kościoła, najpierw zbieranie wiedzy starożytnej, potem prowadzenie własnych badań, a na końcu obstawanie przy tym, że Ziemia jest płaska i kręci się wokół niej Słońce. Ale to taka dygresja na marginesie.
W tych czasach rozwoju mutantów, hord półdzikich grabieżców, szalonych, plemiennych religii opartych na (neo)animizmie, technik żydowskiego pochodzenia, Leibowitz, zostaje cysterskim mnichem, a potem, po zatwierdzeniu przez Rzym, zakłada zgromadzenie pod własną regułą. Lata lecą, został błogosławionym, świat jako tako się rozwija, tkwiący nadal we wtórnym barbarzyństwie, młody nowicjusz Franciszek pości na martwym pustkowiu, gdzie spotyka tajemniczego wędrowca. Wędrowiec pokazuje mu wejście do starożytnego schronu przeciwatomowego. Od tego, co tam jest, zależy bardzo wiele - m.in. czy Leibowitz zostanie w końcu kanonizowany.
Ta część książki, pierwsza, podobała mi się najbardziej. Świat spustoszony, mutanci wśród ruin, mnisi przechowujący okruchy zaawansowanej wiedzy, której sami nie rozumieją, i sami ulegają myśleniu magicznemu (uznanie Opadu [radioaktywnego] za demona i choroby popromiennej za opętanie; bardzo naciągane uznanie znalezionych w schronie materiałów za dzieło świętego, itd.), wegetujące wśród spustoszonego świata, żerujące na ruinach dawnej wielkości małe, ludzkie społeczności, itd. Tak jak w średniowieczu wczesnym, jeśli ktoś umie pisać i czytać, to dzięki mnichom katolickim. Do tego dochodzą rozkminy teologiczne, czy mutanci mają dusze, a jeśli mają dwie głowy, to ile dusz, jedną, czy dwie.
Druga część książki opowiada zaś o narastającym konflikcie państwo-kościół, coś pomiędzy reformacją, renesansem a sporem o inwestyturę. Mamy więc powstające cesarstwa walczące z koczownikami (aluzje do Hunów czy Mongołów widoczne), schizmę z przyczyn czysto politycznych, chęci podporządkowania władzy świeckiej duchowieństwa na danym terenie, wreszcie konflikt między coraz śmielszymi naukowcami świeckimi a mnichami przechowującymi wiedzę starożytnych. Jeden z nich przybywa do klasztoru mnichów od - obecnie świętego - Leibowitza, gdzie jeden z mnichów w międzyczasie odkrywa na nowo generator prądu i żarówkę, przez co inny mnich oskarża go o konszachty z diabłem. Tak czy siak, świecki naukowiec traci sporo buty z którą przybywa do klasztoru, a mnisi szykują się na polityczne przesilenie. Okazuje się też, że tajemniczy wędrowiec żyje nadal, najprędzej jest nieśmiertelnym Żydem-wiecznym tułaczem, chociaż nie jest to powiedziane wprost. Bardzo tajemnicza postać.
Część trzecia książki przedstawia ludzkość na etapie "nowej nowoczesności". Wyprzedzono stopień rozwoju ludzkości sprzed atomowej zagłady wieki temu, ludzkość zaczęła nawet kolonizować obce planety w kosmosie. I wtedy nadchodzi znów zagrożenie atomową zagładą. Kilku mnichów z klasztoru od Leibowitza zostaje wysłanych do Nowego Rzymu z tajną misją, do której zależy przetrwanie ludzkiej wiedzy... Do tego mamy jeszcze nagromadzenie wątków etycznych, np. przedstawiony zostaje spór o eutanazję, czy nawet w przypadku napromieniowania można czy nie można zabić człowieka z litości.
Generalnie rzecz biorąc, książka jest bardzo dobra, i polecam ją, niezależnie od poglądów religijnych danego potencjalnego Czytelnika.
Trafiło mi się wydanie jakieś w miarę nowe... z Frondy. Sam nie mogłem się nadziwić, że Fronda to wydała, coś tam pobieżnie wiedziałem, o czy to dziełko traktuje, ale jak przeczytałem, to mogłem tylko przytaknąć, tak, Fronda faktycznie mogła to wydać i zrobiła to.
Nie wiedziałem, że Walter Miller Junior był katolikiem, a tak z tego wynika. Czytałem jego jedną książkę, angielskojęzyczny zbiorek opowiadań "View from the Stars", czy jak się to zwało dokładnie, gdzieś tu na blogu powinno być przedstawione przeze mnie, i tam nie było w sumie nic takiego, co by wskazywało na katolicyzm autora, ba, jedno z opowiadań było raczej krytyczne do religii jako takiej. No ale niezbadane są ludzkie drogi, więc kto wie.
Sama "Kantyczka" składa się z trzech części, których fabuła rozgrywa się na przestrzeni około 1500-2000 lat. W każdej następnej części mamy pełno aluzji do wydarzeń z przeszłości, które były przedstawione w poprzednich częściach, wydarzenia, którymi żył świat na przestrzeni wieków, rozmywają się do krótkich notek, wzmianek, jakiś szczegółów, które zacierają się w ludzkiej pamięci.
A koniec części trzeciej, i koniec książki jako takiej, to nowy początek. Bardzo pogańska ta katolicka książka, wąż Uroboros zacisnął zęby na swoim ogonie, a ludzkość niczego się nie nauczyła.
Oto jest świat po zagładzie atomowej, gdy ludzkość została zepchnięta w cywilizacyjnym rozwoju do społeczności pierwotnych. Triumfuje myślenie magiczne, naukowcy są prześladowani i mordowani (za doprowadzenie do nuklearnego holokaustu), no Fallout 1 lub Mad Max się robi.
Jednak Kościół Katolicki istnieje nadal, i, podobnie jak po upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego, rozpoczął zbieranie okruchów dawnej wiedzy przed zapomnieniem. Swoją drogą, bardzo ciekawą kwestią jest postępujący na przestrzeni wieków"konserwatyzm" Kościoła, najpierw zbieranie wiedzy starożytnej, potem prowadzenie własnych badań, a na końcu obstawanie przy tym, że Ziemia jest płaska i kręci się wokół niej Słońce. Ale to taka dygresja na marginesie.
W tych czasach rozwoju mutantów, hord półdzikich grabieżców, szalonych, plemiennych religii opartych na (neo)animizmie, technik żydowskiego pochodzenia, Leibowitz, zostaje cysterskim mnichem, a potem, po zatwierdzeniu przez Rzym, zakłada zgromadzenie pod własną regułą. Lata lecą, został błogosławionym, świat jako tako się rozwija, tkwiący nadal we wtórnym barbarzyństwie, młody nowicjusz Franciszek pości na martwym pustkowiu, gdzie spotyka tajemniczego wędrowca. Wędrowiec pokazuje mu wejście do starożytnego schronu przeciwatomowego. Od tego, co tam jest, zależy bardzo wiele - m.in. czy Leibowitz zostanie w końcu kanonizowany.
Ta część książki, pierwsza, podobała mi się najbardziej. Świat spustoszony, mutanci wśród ruin, mnisi przechowujący okruchy zaawansowanej wiedzy, której sami nie rozumieją, i sami ulegają myśleniu magicznemu (uznanie Opadu [radioaktywnego] za demona i choroby popromiennej za opętanie; bardzo naciągane uznanie znalezionych w schronie materiałów za dzieło świętego, itd.), wegetujące wśród spustoszonego świata, żerujące na ruinach dawnej wielkości małe, ludzkie społeczności, itd. Tak jak w średniowieczu wczesnym, jeśli ktoś umie pisać i czytać, to dzięki mnichom katolickim. Do tego dochodzą rozkminy teologiczne, czy mutanci mają dusze, a jeśli mają dwie głowy, to ile dusz, jedną, czy dwie.
Druga część książki opowiada zaś o narastającym konflikcie państwo-kościół, coś pomiędzy reformacją, renesansem a sporem o inwestyturę. Mamy więc powstające cesarstwa walczące z koczownikami (aluzje do Hunów czy Mongołów widoczne), schizmę z przyczyn czysto politycznych, chęci podporządkowania władzy świeckiej duchowieństwa na danym terenie, wreszcie konflikt między coraz śmielszymi naukowcami świeckimi a mnichami przechowującymi wiedzę starożytnych. Jeden z nich przybywa do klasztoru mnichów od - obecnie świętego - Leibowitza, gdzie jeden z mnichów w międzyczasie odkrywa na nowo generator prądu i żarówkę, przez co inny mnich oskarża go o konszachty z diabłem. Tak czy siak, świecki naukowiec traci sporo buty z którą przybywa do klasztoru, a mnisi szykują się na polityczne przesilenie. Okazuje się też, że tajemniczy wędrowiec żyje nadal, najprędzej jest nieśmiertelnym Żydem-wiecznym tułaczem, chociaż nie jest to powiedziane wprost. Bardzo tajemnicza postać.
Część trzecia książki przedstawia ludzkość na etapie "nowej nowoczesności". Wyprzedzono stopień rozwoju ludzkości sprzed atomowej zagłady wieki temu, ludzkość zaczęła nawet kolonizować obce planety w kosmosie. I wtedy nadchodzi znów zagrożenie atomową zagładą. Kilku mnichów z klasztoru od Leibowitza zostaje wysłanych do Nowego Rzymu z tajną misją, do której zależy przetrwanie ludzkiej wiedzy... Do tego mamy jeszcze nagromadzenie wątków etycznych, np. przedstawiony zostaje spór o eutanazję, czy nawet w przypadku napromieniowania można czy nie można zabić człowieka z litości.
Generalnie rzecz biorąc, książka jest bardzo dobra, i polecam ją, niezależnie od poglądów religijnych danego potencjalnego Czytelnika.
wtorek, 24 lipca 2012
Bohdan Petecki "Kogga z czarnego słońca"
Czy szum informacyjny jest chorobą? Jak daleko można się posunąć, gdy jest się gatekeeperem [fachowe określenie na instytucję/jednostkę/program ograniczający dostęp do informacji, selekcjonujący je lub cenzurujący]?
Na te pytania próbuje odpowiedzieć książka Peteckiego, o dosyć dziwnym tytule. Mamy tam Centralę, dwóch kosmonautów, którzy na przestrzeni czasu, ze szkodą dla kondycji psychicznej, zamienili się żonami. Jeden zaczął podrywać laskę drugiego, a tamten pierwszego, jakoś tak im wyszło po prostu.
Hen, daleko w kosmosie, wisiała sobie jakby nic ziemska stacja informacyjna. Ktoś przy niej namieszał mocno, a potem tylko się namieszało wszystko jeszcze bardziej, gdy cała załoga stacji - w tym była żona jednego z bohaterów i dupa drugiego - gdzieś znikła.
Dwaj bohaterowie, z których jeden był współkonstruktorem stacji z jeszcze trzecim, lecą na miejsce zdarzenia. Na miejscu wszystko zaczyna lekko przypominać Event Horizon czy Sphere, po czym zjeżdża w kierunku informacji. Jaka jest cena dostępu do informacji? Gdzie przebiega różnica między wolnością a bezpieczeństwem, między bezpieczeństwem a zniewoleniem?
I ruiny czyjej cywilizacji pokrywają czarne słońce?
Nie czytałem jeszcze słabej książki Peteckiego, a ta dodatkowo pozostaje nadal po latach aktualna, w warunkach Spektaklu może jeszcze bardziej niż gdy ją wydrukowano.
Na te pytania próbuje odpowiedzieć książka Peteckiego, o dosyć dziwnym tytule. Mamy tam Centralę, dwóch kosmonautów, którzy na przestrzeni czasu, ze szkodą dla kondycji psychicznej, zamienili się żonami. Jeden zaczął podrywać laskę drugiego, a tamten pierwszego, jakoś tak im wyszło po prostu.
Hen, daleko w kosmosie, wisiała sobie jakby nic ziemska stacja informacyjna. Ktoś przy niej namieszał mocno, a potem tylko się namieszało wszystko jeszcze bardziej, gdy cała załoga stacji - w tym była żona jednego z bohaterów i dupa drugiego - gdzieś znikła.
Dwaj bohaterowie, z których jeden był współkonstruktorem stacji z jeszcze trzecim, lecą na miejsce zdarzenia. Na miejscu wszystko zaczyna lekko przypominać Event Horizon czy Sphere, po czym zjeżdża w kierunku informacji. Jaka jest cena dostępu do informacji? Gdzie przebiega różnica między wolnością a bezpieczeństwem, między bezpieczeństwem a zniewoleniem?
I ruiny czyjej cywilizacji pokrywają czarne słońce?
Nie czytałem jeszcze słabej książki Peteckiego, a ta dodatkowo pozostaje nadal po latach aktualna, w warunkach Spektaklu może jeszcze bardziej niż gdy ją wydrukowano.
poniedziałek, 23 lipca 2012
William Gibson "Neuromancer"
Kultowa książka, bez której nie byłoby cyberpunku. I bez autora też by nie było, gość przewidział internet zanim internet powstał, pisał scenariusze (m.in. do "Johnny'ego Mnemonica"), itd.
Niestety, powinienem ją przeczytać w oryginale, gdyż na wikipedii napisane stoi, że użyty został specjalny slang, itd, no w polskim tłumaczeniu niczego takiego w sumie nie uświadczyłem.
Na bazie książki powstała gra komputerowa, w której palce maczał m.in. Brian Fargo, powstawała też druga, w którą miał być zaangażowany... sam Timothy Leary. Wow.
Tak czy siak, główny bohater, Case, to haker, któremu się nie udało. Chciał kiedyś opchnąć na boku pewne dane, przez co jego pracodawca ówczesny popsuł go niewyobrażalnie, psując układ nerwowy w taki sposób, że uniemożliwiając mu whakowanie się w cyberprzestrzeń. Poznajemy go w momencie, gdy jest przećpanym wrakiem człowieka, próbującym związać koniec z końcem, ba, przeżyć w ogóle, żyjąc w przestępczo-czarnorynkowej enklawie na terenie Japonii.
Pewnego dnia jego życie diametralnie się zmienia, gdy zaczyna pracować dla tajemniczego Armitage'a.
Jak się okazuje potem - uwaga, spoilery - Armitage to psychol z rozdwojeniem jaźni, dawny komandos z czasów wojny totalnej, na dodatek pachołek w rękach... sztucznej inteligencji - Wintermute. Która chce się połączyć z inną sztuczną inteligencją - tytułowym Neuromancerem. Ale one mają ograniczenia, które im to uniemożliwiają. I do tego jest im potrzebny główny bohater. A także inni - Molly, posiadająca ogromną ilość wszczepów, w tym wysuwane zza paznokci u rąk ostrza, czy sadystyczny Riviera, złodziej mający implanty umożliwiające mu kształtowanie w rzeczywistości projekcji, wizualizacji własnych myśli. Gdzieś tam po drodze jest też jeszcze m.in. osobowość martwego hakera, która istnieje już tylko w cyberprzestrzeni. Sztuczne inteligencje zaś to prawdziwi demiurgowie cyberprzestrzeni - Neuromancer potrafi m.in. kopiować umysły, wrzucać je do RAM i sprawiać, że nadal się rozwijają. Wintermute nie ma swojej własnej osobowości, ale potrafił podszywać się pod osobowości ze wspomnień bohatera...
Wszyscy są przećpani, gangi i subkultury toczą krwawe wojny, jednostka ludzka jest sprowadzona do roli służebnej wobec wszechogarniającej technologii, tak zaawansowanej, że przypominającej wręcz magię. Oto cyberpunk w najlepszym wydaniu, klasyka, której wstyd nie znać.
Ale czas znaleźć wydanie angielskojęzyczne.
Niestety, powinienem ją przeczytać w oryginale, gdyż na wikipedii napisane stoi, że użyty został specjalny slang, itd, no w polskim tłumaczeniu niczego takiego w sumie nie uświadczyłem.
Na bazie książki powstała gra komputerowa, w której palce maczał m.in. Brian Fargo, powstawała też druga, w którą miał być zaangażowany... sam Timothy Leary. Wow.
Tak czy siak, główny bohater, Case, to haker, któremu się nie udało. Chciał kiedyś opchnąć na boku pewne dane, przez co jego pracodawca ówczesny popsuł go niewyobrażalnie, psując układ nerwowy w taki sposób, że uniemożliwiając mu whakowanie się w cyberprzestrzeń. Poznajemy go w momencie, gdy jest przećpanym wrakiem człowieka, próbującym związać koniec z końcem, ba, przeżyć w ogóle, żyjąc w przestępczo-czarnorynkowej enklawie na terenie Japonii.
Pewnego dnia jego życie diametralnie się zmienia, gdy zaczyna pracować dla tajemniczego Armitage'a.
Jak się okazuje potem - uwaga, spoilery - Armitage to psychol z rozdwojeniem jaźni, dawny komandos z czasów wojny totalnej, na dodatek pachołek w rękach... sztucznej inteligencji - Wintermute. Która chce się połączyć z inną sztuczną inteligencją - tytułowym Neuromancerem. Ale one mają ograniczenia, które im to uniemożliwiają. I do tego jest im potrzebny główny bohater. A także inni - Molly, posiadająca ogromną ilość wszczepów, w tym wysuwane zza paznokci u rąk ostrza, czy sadystyczny Riviera, złodziej mający implanty umożliwiające mu kształtowanie w rzeczywistości projekcji, wizualizacji własnych myśli. Gdzieś tam po drodze jest też jeszcze m.in. osobowość martwego hakera, która istnieje już tylko w cyberprzestrzeni. Sztuczne inteligencje zaś to prawdziwi demiurgowie cyberprzestrzeni - Neuromancer potrafi m.in. kopiować umysły, wrzucać je do RAM i sprawiać, że nadal się rozwijają. Wintermute nie ma swojej własnej osobowości, ale potrafił podszywać się pod osobowości ze wspomnień bohatera...
Wszyscy są przećpani, gangi i subkultury toczą krwawe wojny, jednostka ludzka jest sprowadzona do roli służebnej wobec wszechogarniającej technologii, tak zaawansowanej, że przypominającej wręcz magię. Oto cyberpunk w najlepszym wydaniu, klasyka, której wstyd nie znać.
Ale czas znaleźć wydanie angielskojęzyczne.
Ryszard Głowacki "Algorytm pustki"
Nie zetknąłem się wcześniej z twórczością Ryszarda Głowackiego, ale po tym "pierwszym razie" jestem całkiem usatysfakcjonowany.
Zajdel worship mocno. No dobra, w sumie niekoniecznie, ale tak mi się kojarzy. Z Zajdlem właśnie. Lub Wnukiem-Lipińskim, którego, wstyd się przyznać, nigdy nie czytałem.
Mamy więc totalitarne państwo, które czyni ludzi nienormalnymi w strzeżonych ośrodkach, bo normalny to element podejrzany. Żeby funkcjonować, trzeba permanentnie udawać, nawet przed samym sobą. Dzieci zabierane są rodzicom i wychowywane w strzeżonych ośrodkach. Bez jakiś urządzeń wmontowanych w przedramię nie da się funkcjonować normalnie. Co rusz stoją bramki, które przepuszczają tylko tych, którzy mają określony zakres poruszania się.
A to wszystko zaprogramowała ponoć maszyna, która tak poukładała ludzkość, żeby było dobrze i optymalnie.
I w takim to nowym, wspaniałym świecie, budzi się pewnego dnia nasz główny bohater, który nie hu hu nie pamięta skąd jest, kim jest, gdzie jest, i jakie prawa rządzą światem, w którym się znalazł. Odkrywa więc świat na nowo, i nie za bardzo mu się tam podoba. Wszechobecność tajnych służb, bezsensowność wykonywania codziennej pracy, która nie służy nikomu ani niczemu, ograniczenia zewsząd, rozpad społeczeństwa, przymusowa uniformizacja, brud, smród - to wszystko też mu się nie podoba.
Ani to, że nikt nie chce mu pomóc dowiedzieć się, kim właściwie jest, zamiast tego został zwerbowany do wydziału specjalnego, gdzie nie może nawet myśleć samodzielnie, bo zapis jego myśli, emocji i odczuć jest zapisywany, a potem przesyłany zwierzchnikom. Jak się okazuje, najbardziej specjalnego, i o najbardziej niezwykłym przeznaczeniu, ze wszystkich tajnych oddziałów rozmaitych antyutopii o jakich w życiu czytałem.
Ostatecznie decyduje się, pod wpływem poznanej dziewczyny, zresztą agentki tych samych służb na ucieczkę poza strzeżone tereny miejskie, gdzie żyją społeczności wolnych ludzi. O dziwo nikt ich nawet nie atakuje w terenie, co najwyżej reżim utrudnia im ucieczkę i uprzykrza tylko życie. I wtedy wiele rzeczy się wyjaśnia.
I zakończenie trochę jak w "Pani Jeziora" Sapkowskiego, wiecie, uroborosowate, koniec i początek w jednym miejscu. Tutaj tylko troszkę inaczej.
Tak czy siak bardzo porządny kawał książki, tylko chudy.
Zajdel worship mocno. No dobra, w sumie niekoniecznie, ale tak mi się kojarzy. Z Zajdlem właśnie. Lub Wnukiem-Lipińskim, którego, wstyd się przyznać, nigdy nie czytałem.
Mamy więc totalitarne państwo, które czyni ludzi nienormalnymi w strzeżonych ośrodkach, bo normalny to element podejrzany. Żeby funkcjonować, trzeba permanentnie udawać, nawet przed samym sobą. Dzieci zabierane są rodzicom i wychowywane w strzeżonych ośrodkach. Bez jakiś urządzeń wmontowanych w przedramię nie da się funkcjonować normalnie. Co rusz stoją bramki, które przepuszczają tylko tych, którzy mają określony zakres poruszania się.
A to wszystko zaprogramowała ponoć maszyna, która tak poukładała ludzkość, żeby było dobrze i optymalnie.
I w takim to nowym, wspaniałym świecie, budzi się pewnego dnia nasz główny bohater, który nie hu hu nie pamięta skąd jest, kim jest, gdzie jest, i jakie prawa rządzą światem, w którym się znalazł. Odkrywa więc świat na nowo, i nie za bardzo mu się tam podoba. Wszechobecność tajnych służb, bezsensowność wykonywania codziennej pracy, która nie służy nikomu ani niczemu, ograniczenia zewsząd, rozpad społeczeństwa, przymusowa uniformizacja, brud, smród - to wszystko też mu się nie podoba.
Ani to, że nikt nie chce mu pomóc dowiedzieć się, kim właściwie jest, zamiast tego został zwerbowany do wydziału specjalnego, gdzie nie może nawet myśleć samodzielnie, bo zapis jego myśli, emocji i odczuć jest zapisywany, a potem przesyłany zwierzchnikom. Jak się okazuje, najbardziej specjalnego, i o najbardziej niezwykłym przeznaczeniu, ze wszystkich tajnych oddziałów rozmaitych antyutopii o jakich w życiu czytałem.
Ostatecznie decyduje się, pod wpływem poznanej dziewczyny, zresztą agentki tych samych służb na ucieczkę poza strzeżone tereny miejskie, gdzie żyją społeczności wolnych ludzi. O dziwo nikt ich nawet nie atakuje w terenie, co najwyżej reżim utrudnia im ucieczkę i uprzykrza tylko życie. I wtedy wiele rzeczy się wyjaśnia.
I zakończenie trochę jak w "Pani Jeziora" Sapkowskiego, wiecie, uroborosowate, koniec i początek w jednym miejscu. Tutaj tylko troszkę inaczej.
Tak czy siak bardzo porządny kawał książki, tylko chudy.
Kir Bułyczow "Utwory wybrane tom 2"
Tom pierwszy, gromadzący historie guslarskie, przeczytałem i przedstawiłem krótko na tym blogu już jakiś czas temu, teraz nadszedł w końcu czas na tom drugi.
W międzyczasie nadal pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego autor raz nazywany jest w polskich wydaniach swoich mniejszych i większych dzieł Kirem, a raz Kiryłem. Nie znam rosyjskiego, i nie wiem, czy pomiędzy tymi imionami jest jakaś różnica, ale tak czy owak dziwi mnie to nieco.
Nic to. Przechodząc do książki jako takiej - składa się z dwóch utworów, "Agenta FK" [Floty Kosmicznej] i "Miasta na Górze".
Pierwszy z nich, mimo całej powagi poruszanych tematów inkulturacji, globalizacji i radykalnych reakcji zwolenników Starego na nadchodzące Nowe, został okraszony przez autora charakterystycznym humorem - tutaj momentami wręcz czarnym/groteską. Aż rzucę kilkoma cytatami, które najbardziej zapadły mi w pamięć:
(...)Kapitan
zamilkł i milczał dokładnie trzy minuty. Reszta obecnych też milczała
przez trzy minuty, ponieważ oczywiście nikomu nawet nie przyszło do
głowy sprzeciwiać się kapitanowi. Wszyscy byli szczerymi demokratami,
wszyscy w głębokiej pogardzie mieli etykietę i jakiekolwiek konwenanse,
dlatego też bez żadnej etykiety i konwenansów zgadzali się zawsze ze
swoim kapitanem. Gdyby było inaczej, już dawno by go usunęli ze
stanowiska.
(...)-
Tak, jesteśmy bydlakami - powiedział - ale to dlatego, że trzymają nas w
zamknięciu. Jesteśmy brudni, śmierdzący i zawszeni. Nie warto tracić
czasu na rozmowę z nami. Nie czytaliśmy żadnych książek, nawet ich nie
widzieliśmy i gdyby nas wpuścić do twojego pięknego pokoju, pani,
zdarlibyśmy ze ścian cały ten materiał i pocięlibyśmy go na sukienki dla
swoich żon, które bijemy i które traktujemy gorzej niż zwierzęta. Ale
zawinili tu wasi ojcowie i dziadkowie. To oni odebrali nam Miasto na
Górze, gdzie jest jasno, gdzie płyną wielkie rzeki i gdzie można się
codziennie myć. Tam nie różnilibyśmy się zupełnie od was.
W międzyczasie nadal pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego autor raz nazywany jest w polskich wydaniach swoich mniejszych i większych dzieł Kirem, a raz Kiryłem. Nie znam rosyjskiego, i nie wiem, czy pomiędzy tymi imionami jest jakaś różnica, ale tak czy owak dziwi mnie to nieco.
Nic to. Przechodząc do książki jako takiej - składa się z dwóch utworów, "Agenta FK" [Floty Kosmicznej] i "Miasta na Górze".
Pierwszy z nich, mimo całej powagi poruszanych tematów inkulturacji, globalizacji i radykalnych reakcji zwolenników Starego na nadchodzące Nowe, został okraszony przez autora charakterystycznym humorem - tutaj momentami wręcz czarnym/groteską. Aż rzucę kilkoma cytatami, które najbardziej zapadły mi w pamięć:
(...)Kapitan
zamilkł i milczał dokładnie trzy minuty. Reszta obecnych też milczała
przez trzy minuty, ponieważ oczywiście nikomu nawet nie przyszło do
głowy sprzeciwiać się kapitanowi. Wszyscy byli szczerymi demokratami,
wszyscy w głębokiej pogardzie mieli etykietę i jakiekolwiek konwenanse,
dlatego też bez żadnej etykiety i konwenansów zgadzali się zawsze ze
swoim kapitanem. Gdyby było inaczej, już dawno by go usunęli ze
stanowiska.
Po trzech minutach zebrani równocześnie wstali, bez
słowa skłonili się kapitanowi, pochylili głowy przed portretami wielkich
dowódców i opuścili mostek.(...)
(...) - a ja o niczym nie wiedziałem - rozłożył ręce WaraJu. - To znaczy, że źle pracuję i trzeba mnie wypędzić.
- Powinien pan się cieszyć. Przecież zawsze stał pan po stronie nowego - uspokajał go Olsen.
- Ale nowe też trzeba śledzić. Bardziej jeszcze niż stare.
- Na razie nieprzyjemności mamy właśnie przez stare.(...)
(...)- Jeśli przylecimy i wszystko będzie jak trzeba, to w jaki sposób zrzucimy bombę?
- Otworzymy luk i wyrzucimy - odpowiedział szybko DrokU.
- A jeśli nie wybuchnie?
- Najważniejsze, żeby wszyscy wiedzieli, że mamy bomby.
- A jeśli nie wybuchnie?
- To zrzucimy drugą.(...)
No i - uwaga spoiler - co najzabawniejsze, gdy porwany zostaje pewien archeolog, bidoczek nie wie, że ołowiane żołnierzyki, które chciał kupić do swojej gigantycznej kolekcji, to specjalne figurki, którym obcina się głowy, i które służą do rozpoczynania między klanowej wojny. Ot, psikus, jeden z wielu, jakie spotykają bohaterów w tym dziele. Mimo wszystko nie jest to coś wesołego, lekkiego, przyjemnego - trup ściele się gęsto, także niewinny, a spiski sięgają wysoko i głęboko.
"Miasto na Górze" zaś to przejmująca, już zupełnie nieśmieszna opowieść o społeczności kastowej żyjącej w podziemnym mieście, a rzecz się dzieje na Ziemi, ileś tam wiele lat po zagładzie nuklearnej. Główny bohater jest rurarzem, pariasem, od którego w sumie zależy bardzo wiele, gdyż to właśnie pogardzani przez wszystkich rurarze zajmują się naprawą uszkodzeń w podziemnych tunelach i robią za poszukiwaczy tuneli dawno porzuconych.
Całym podziemnym kompleksem rządzą Dyrektorzy, obradując w sali, na której suficie jest fresk, którego znaczenia nikt już nie zna, i gdzie stoi antyczne popiersie kogoś, pamięć o kim też już dawno zaginęła w mroku dziejów. System się sypie i wali, biurokracja i zwalczające się grupki sprawują władzę właściwą, nieliczni spiskowcy snują marzenia o wyjściu na powierzchnię. Głównemu bohaterowi faktycznie się ostatecznie udaje, ale jakim kosztem?
(...)-
Tak, jesteśmy bydlakami - powiedział - ale to dlatego, że trzymają nas w
zamknięciu. Jesteśmy brudni, śmierdzący i zawszeni. Nie warto tracić
czasu na rozmowę z nami. Nie czytaliśmy żadnych książek, nawet ich nie
widzieliśmy i gdyby nas wpuścić do twojego pięknego pokoju, pani,
zdarlibyśmy ze ścian cały ten materiał i pocięlibyśmy go na sukienki dla
swoich żon, które bijemy i które traktujemy gorzej niż zwierzęta. Ale
zawinili tu wasi ojcowie i dziadkowie. To oni odebrali nam Miasto na
Górze, gdzie jest jasno, gdzie płyną wielkie rzeki i gdzie można się
codziennie myć. Tam nie różnilibyśmy się zupełnie od was.
- Głupstwa
gadasz - powiedziała piękna Gera Spel. - Mieliśmy różnych przodków.
Wasi przodkowie byli jak robactwo rojące się w mokrej glinie. Nie możemy
być jednakowi.
(...)
- Ach, daj spokój! -
machnęła ręką Gera. - Zawsze ktoś tam zostanie na górze. Wy jesteście
zgnili od zewnątrz, a my od środka. Na tym polega cała różnica.(...)
Wspaniała rzecz, polecam gorąco. A, i na koniec jeszcze zabawny cytat z krótkiej notki autora przed "Miastem":
Powieść tą napisałem kilka lat temu, lecz nie została wówczas opublikowana, ponieważ uznano ją za zbyt ponurą. Przesłałem więc rękopis do Polski, gdzie bardzo szybko został wydany. Można z tego faktu wyciągnąć wniosek, że pojęcie "ponury" rozumiane jest w Polsce inaczej niż w moim kraju.[ZSRR](...)
Harry Harrison "Przestrzeni! Przestrzeni!"
No nareszcie dotarłem do tej książki. W końcu się udało. Co najzabawniejsze, leżała sobie spokojnie w osiedlowej bibliotece. Zaprawdę powiadam Wam, nie znacie pereł wrzuconych w wieprze w osiedlowych bibliotekach.
Książka ta namieszała ponoć mocno. Dostała jakieś tam nagrody, powszechnie uważa się nią za najważniejszą w dorobku autora, na jej bazie powstał film.
Właśnie, film. "Zielona pożywka" aka "Soylent Green". Nie powinni tłumaczyć tytułu na polski, bo to przecież nazwa własna. Oglądałem ten film już dawno temu i cóż poradzić mogę - niestety dopiero oglądając go, dowiedziałem się, że jest na bazie książki.
I wiecie co? Spokojnie film możecie obejrzeć zanim znajdziecie gdzieś książkę. Czemu? Bo w filmie z książki pozostali tylko bohaterowie ci sami, i część wydarzeń, wraz z kulminacyjnym morderstwem. Cała reszta fabuły jest diametralnie inna. W książce w ogóle nie ma ani słowa o korporacji Soylent i jej produktach żywnościowych.
Książka porusza temat przeludnienia. Nowy Jork przed rokiem 2000 (książka kończy się Sylwestrem) ma tyle ludności, co spore europejskie państwo w rzeczywistości. Miasta są przeludnione do tego stopnia, że zamieszkałe są nawet porzucone samochody na parkingach i setki statków zacumowanych w starych portach. Wody bieżącej nie ma, prądu ani czegokolwiek w sumie też nie, trafia się sporadycznie. Ludzie jedzą suchary, jakieś papki lub polują na szczury. Oczywiście, są prócz tego elity biznesowe powiązane z polityką, które żyją - w porównaniu do reszty ludności - jak królowie. Miasta mają swoje problemy również z prowincją - bojówki rolników wysadzają w powietrze akwedukty, napadają na transporty żywności, itp.
Autor w książce tej, co najbardziej chyba kontrowersyjne, woła o kontrolę urodzin. Republikanie musieli mieć potężny ból głowy, jak książka się ukazała. Tak czy siak, po jej przeczytaniu różne konserwy powinny przemyśleć swój stosunek do antykoncepcji, ba, do aborcji jako takiej. Trochę to trąci neomaltuzjanizmem wręcz, ale autor nie snuje wizji państwowych, przymusowych ośrodków aborcyjno-eugenicznych.
Mówiąc szczerze, wolałem osobiście fabułę z filmu niż oryginalną z książki. Ale książkę tak czy siak polecam gorąco, przejmująca wizja świata pokazana równie przejmująco, wyraziste postacie, bardzo ludzkie, mające swoje poglądy, kłócące się, kochające i przeżywające trudności, zderzające się z palącą niemożnością zmiany swego otoczenia, to wszystko czyni wizję autora bardzo autentyczną, chociaż na chwilę obecną raczej odsuniętą gdzieś ew. w przyszłość, a w każdym razie zepchniętą gdzieś na dalszy tor strachów ludzkości, dopóki w praktycznie każdym kiosku będą dostępne prezerwatywy.
Książka ta namieszała ponoć mocno. Dostała jakieś tam nagrody, powszechnie uważa się nią za najważniejszą w dorobku autora, na jej bazie powstał film.
Właśnie, film. "Zielona pożywka" aka "Soylent Green". Nie powinni tłumaczyć tytułu na polski, bo to przecież nazwa własna. Oglądałem ten film już dawno temu i cóż poradzić mogę - niestety dopiero oglądając go, dowiedziałem się, że jest na bazie książki.
I wiecie co? Spokojnie film możecie obejrzeć zanim znajdziecie gdzieś książkę. Czemu? Bo w filmie z książki pozostali tylko bohaterowie ci sami, i część wydarzeń, wraz z kulminacyjnym morderstwem. Cała reszta fabuły jest diametralnie inna. W książce w ogóle nie ma ani słowa o korporacji Soylent i jej produktach żywnościowych.
Książka porusza temat przeludnienia. Nowy Jork przed rokiem 2000 (książka kończy się Sylwestrem) ma tyle ludności, co spore europejskie państwo w rzeczywistości. Miasta są przeludnione do tego stopnia, że zamieszkałe są nawet porzucone samochody na parkingach i setki statków zacumowanych w starych portach. Wody bieżącej nie ma, prądu ani czegokolwiek w sumie też nie, trafia się sporadycznie. Ludzie jedzą suchary, jakieś papki lub polują na szczury. Oczywiście, są prócz tego elity biznesowe powiązane z polityką, które żyją - w porównaniu do reszty ludności - jak królowie. Miasta mają swoje problemy również z prowincją - bojówki rolników wysadzają w powietrze akwedukty, napadają na transporty żywności, itp.
Autor w książce tej, co najbardziej chyba kontrowersyjne, woła o kontrolę urodzin. Republikanie musieli mieć potężny ból głowy, jak książka się ukazała. Tak czy siak, po jej przeczytaniu różne konserwy powinny przemyśleć swój stosunek do antykoncepcji, ba, do aborcji jako takiej. Trochę to trąci neomaltuzjanizmem wręcz, ale autor nie snuje wizji państwowych, przymusowych ośrodków aborcyjno-eugenicznych.
Mówiąc szczerze, wolałem osobiście fabułę z filmu niż oryginalną z książki. Ale książkę tak czy siak polecam gorąco, przejmująca wizja świata pokazana równie przejmująco, wyraziste postacie, bardzo ludzkie, mające swoje poglądy, kłócące się, kochające i przeżywające trudności, zderzające się z palącą niemożnością zmiany swego otoczenia, to wszystko czyni wizję autora bardzo autentyczną, chociaż na chwilę obecną raczej odsuniętą gdzieś ew. w przyszłość, a w każdym razie zepchniętą gdzieś na dalszy tor strachów ludzkości, dopóki w praktycznie każdym kiosku będą dostępne prezerwatywy.
niedziela, 22 lipca 2012
Brian Aldiss razy dwa
"Razy dwa" to jednak za dużo powiedziane, tym bardziej, że obie te książeczki (koło 150 stron każda) to najprędzej (tzn. jedna na pewno) wycinki z jakiś zbiorów zagranicznych opowiadań, obie opublikowane gdzieś z samego początku lat '90, no ale trudno. Jedna z książeczek nosi tytuł "Tłumacz", a druga - "Krążenie krwi...".
Znalazłem je przypadkiem w sumie, w osiedlowej bibliotece w Krakowie, miejscu w sumie dogorywającym, ale trzymającym się jeszcze jakoś nieźle. No i pozwalają tam drukować na miejscu cokolwiek, jak się potrzebuje, np. rachunki, ale ceny mają zbójeckie (1zł za stronę z kolorem, pozdrawiam). Półka z s-f i fantasy se stoi osobna, mnóstwo dobra tam mają, które w sumie teraz to głównie leży i się kurzy. Z ciekawości wzrok mi się zatrzymał na rozpisce jeszcze kiedy była wypożyczana taka czy inna. I co - przez lata 199cośtamniepamiętam - 1992 była wypożyczana w sumie co kilka miesięcy. Ostatnia wbita pieczątka na liście - "moje" wypożyczenie ich - po kilku latach od razu ostatniego. Smutne, ale wiadomo, wina kapitalizmu. Nie ma czasu na czytanie książek (nawet takich, które można przeczytać w godzinę), a jak jest czas, to tylko na naturalnie kształtujące się na wolnym rynku, napędzane przez zjawisko Spektaklu, równające w dół, odmóżdżające programy "rozrywkowe" w telewizji HD i na żądanie. Takie czasy.
W "Krążeniu krwi..." znalazły się cztery opowiadania, wzięte z jakiego zbioru, o czym wspomniałem wyżej. Wszystkie z nich są powiązane, ułożone chronologicznie ale napieprzają coraz dalej i z rozmachem w przyszłość. Dwa z nich są powiązane bezpośrednio, opowiadają o historii naukowca, który najpierw przeżywa zabawną wielce sytuację rodzinną (jego druga żona pieprzy się z jego nastoletnim synem z pierwszego małżeństwa), potem grozi mu bronią jego zwierzchnik, a na końcu okazuje się, że na Ziemi jest w morzu obecna bakteria z kosmosu, która czyni nieśmiertelnymi żywe istoty, które się nią zarażają. Drugie dzieje się jakiś czas później, gdy w Indiach Kalkuta zapada się w bagno, główny bohater z żoną jedzie tam z ramienia Rządu Świa... znaczy się, jakiejś instytucji międzynarodowej, są rozkminy filozoficzne, rozkminy polityczne (tylko Centrum ścisłe, czyli Pierwszy Świat unieśmiertelnia swoich mieszkańców - pozostałych ludzi na Ziemi po prostu na nieśmiertelność nie stać), wreszcie - jest polowanie na kozy, za kopyto rząd Indii płaci dużo. Nieśmiertelne kozy są bowiem plagą, same nie umrą nigdy, więc trzeba ja przetrzebić co jakiś czas.
Trzecie opowiadanie to jakiś niesamowity, i trudny do ogarnięcia i zrozumienia mindfuck, typowy dla Aldissa, chociaż pojawia się motyw charakterystyczny nieco - mamy dziwaczną post-ludzkość, w której życie jako takie, ludzie, przyjmują z wiekiem nowe, szalone formy, ale nikt się nie rodzi, i nikt nie umiera. Mamy więc m.in. ludzi-szympansy, ludzi-drzewa (toczące nieraz rozmowy filozoficzne o naturze czasu), czterorękiego starca o głowie wilka i całą masę innych dziwolągów. Nikomu nigdy się nie spieszy, a główny bohater chodzi po świecie i zbiera kamienie, z których ustawia dziwaczne coś. Gdy skończy, to coś zacznie mówić, a na świecie.... dużo, ale to bardzo dużo się zmieni, do czego dodatkowo przyczynią się powracające wspomnienia o istnieniu dzieci. Uff.
Opowiadanie czwarte to już w ogóle rozpirz, nawet w porównaniu do trzeciego, ale jakiś bardziej sensowny rozpirz. Jest za to najbardziej przegadane z nich wszystkich.
Generalnie dla miłośników Aldissa, albo dla tych, którzy chcieliby nimi zostać, jest to konieczne do przeczytania. Nawet w internecie możecie to znaleźć.
Dobra, zaś druga książeczka - "Tłumacze" to jedno spore opowiadanie. Że tak powiem, bardzo w polskim, klasycznym stylu s-f. Tzn. jest to politycznie zabarwiona antyutopia mocno przywodząca na myśl Zajdla, wczesnego Ziemiańskiego, bardzo wczesnego Ziemkiewicza, Ryszarda Głowackiego, itp.
Ziemia znajduje się (i nie tylko Ziemia, gwoli ścisłości, ale ogrom światów w kosmosie), pod okupacją (hmm, nie do końca - pewnego dnia przyszło UFO i powiedziało że zajmują Ziemię jako część jakiegoś galaktycznego wielkiego tworu, ni to federacji, ni to imperium, mocno już przeżartego korupcją i napuchłe iście stalinowską biurokracją) z kosmosu. Ludzie zostali zepchnięci do roli roboli żyjących w miastach i poza nimi, w miastach wzniesionych przez trójnogie, potężne istoty, o dosyć odpychającym wyglądzie, które to istoty zbudowały sieć dróg pod ścisłym nadzorem i dzielnic w miastach tylko dla siebie. Opowieść zaczyna się w momencie, gdy jakiś pomniejszy obcy urzędas na Ziemi zostaje odwołany i wysłany w pizdu w kosmos gdzieś indziej, ale jednocześnie wysyła materiały kompromitujące namiestnika Ziemi do jakiejś wysoko postawionej szychy, która to szycha postanawia przybyć na Ziemię z kontrolą. Tymczasem namiestnik faktycznie zrobił sobie z Ziemi prywatny folwark.
Kontrola przylatuje, namiestnik tworzy całe iście potiomkinowskie miasto i inne atrakcje, sprowadza inną rasę humanoidów, by biła się z ziemską partyzantką, przegania ludzi z miejsca na miejsce, żeby wyglądali jak kolumny uchodźców, itd.
A w środku tego wszystkiego znajduje się perunowi ducha winny tłumacz, który musi wybrać między wiernością sobie, szefowi partyzantów, swojemu przełożonemu - dyktatorowi z kosmosu,
kontrolerowi, który chce jeszcze poderwać młodszą koleżankę, dostarczyć dowody kontrolerowi, nie dać się zabić przez wszystkie z zainteresowanych stron, i nie paść ofiarą fałszywych oskarżeń którejkolwiek ze stron. Widzimy rozterki bohatera, jego mniej lub bardziej udane próby lawirowania pomiędzy wszystkimi zainteresowanymi, jego próby poradzenia sobie z licznymi kłopotami, itd. Widzimy też, że totalitarne państwo sprowadzone z kosmosu niewiele różni się od totalitarnego państwa stworzonego dla nas przez nas, a zwalczające się frakcje są tak samo niebezpieczne dla jednostki starającej się myśleć samodzielnie, niezależnie od tego, czy to okupanci czy wyzwoleńcza partyzantka.
Zakończenie zaś jest co najmniej przewrotne.
Polecam gorąco.
Znalazłem je przypadkiem w sumie, w osiedlowej bibliotece w Krakowie, miejscu w sumie dogorywającym, ale trzymającym się jeszcze jakoś nieźle. No i pozwalają tam drukować na miejscu cokolwiek, jak się potrzebuje, np. rachunki, ale ceny mają zbójeckie (1zł za stronę z kolorem, pozdrawiam). Półka z s-f i fantasy se stoi osobna, mnóstwo dobra tam mają, które w sumie teraz to głównie leży i się kurzy. Z ciekawości wzrok mi się zatrzymał na rozpisce jeszcze kiedy była wypożyczana taka czy inna. I co - przez lata 199cośtamniepamiętam - 1992 była wypożyczana w sumie co kilka miesięcy. Ostatnia wbita pieczątka na liście - "moje" wypożyczenie ich - po kilku latach od razu ostatniego. Smutne, ale wiadomo, wina kapitalizmu. Nie ma czasu na czytanie książek (nawet takich, które można przeczytać w godzinę), a jak jest czas, to tylko na naturalnie kształtujące się na wolnym rynku, napędzane przez zjawisko Spektaklu, równające w dół, odmóżdżające programy "rozrywkowe" w telewizji HD i na żądanie. Takie czasy.
W "Krążeniu krwi..." znalazły się cztery opowiadania, wzięte z jakiego zbioru, o czym wspomniałem wyżej. Wszystkie z nich są powiązane, ułożone chronologicznie ale napieprzają coraz dalej i z rozmachem w przyszłość. Dwa z nich są powiązane bezpośrednio, opowiadają o historii naukowca, który najpierw przeżywa zabawną wielce sytuację rodzinną (jego druga żona pieprzy się z jego nastoletnim synem z pierwszego małżeństwa), potem grozi mu bronią jego zwierzchnik, a na końcu okazuje się, że na Ziemi jest w morzu obecna bakteria z kosmosu, która czyni nieśmiertelnymi żywe istoty, które się nią zarażają. Drugie dzieje się jakiś czas później, gdy w Indiach Kalkuta zapada się w bagno, główny bohater z żoną jedzie tam z ramienia Rządu Świa... znaczy się, jakiejś instytucji międzynarodowej, są rozkminy filozoficzne, rozkminy polityczne (tylko Centrum ścisłe, czyli Pierwszy Świat unieśmiertelnia swoich mieszkańców - pozostałych ludzi na Ziemi po prostu na nieśmiertelność nie stać), wreszcie - jest polowanie na kozy, za kopyto rząd Indii płaci dużo. Nieśmiertelne kozy są bowiem plagą, same nie umrą nigdy, więc trzeba ja przetrzebić co jakiś czas.
Trzecie opowiadanie to jakiś niesamowity, i trudny do ogarnięcia i zrozumienia mindfuck, typowy dla Aldissa, chociaż pojawia się motyw charakterystyczny nieco - mamy dziwaczną post-ludzkość, w której życie jako takie, ludzie, przyjmują z wiekiem nowe, szalone formy, ale nikt się nie rodzi, i nikt nie umiera. Mamy więc m.in. ludzi-szympansy, ludzi-drzewa (toczące nieraz rozmowy filozoficzne o naturze czasu), czterorękiego starca o głowie wilka i całą masę innych dziwolągów. Nikomu nigdy się nie spieszy, a główny bohater chodzi po świecie i zbiera kamienie, z których ustawia dziwaczne coś. Gdy skończy, to coś zacznie mówić, a na świecie.... dużo, ale to bardzo dużo się zmieni, do czego dodatkowo przyczynią się powracające wspomnienia o istnieniu dzieci. Uff.
Opowiadanie czwarte to już w ogóle rozpirz, nawet w porównaniu do trzeciego, ale jakiś bardziej sensowny rozpirz. Jest za to najbardziej przegadane z nich wszystkich.
Generalnie dla miłośników Aldissa, albo dla tych, którzy chcieliby nimi zostać, jest to konieczne do przeczytania. Nawet w internecie możecie to znaleźć.
Dobra, zaś druga książeczka - "Tłumacze" to jedno spore opowiadanie. Że tak powiem, bardzo w polskim, klasycznym stylu s-f. Tzn. jest to politycznie zabarwiona antyutopia mocno przywodząca na myśl Zajdla, wczesnego Ziemiańskiego, bardzo wczesnego Ziemkiewicza, Ryszarda Głowackiego, itp.
Ziemia znajduje się (i nie tylko Ziemia, gwoli ścisłości, ale ogrom światów w kosmosie), pod okupacją (hmm, nie do końca - pewnego dnia przyszło UFO i powiedziało że zajmują Ziemię jako część jakiegoś galaktycznego wielkiego tworu, ni to federacji, ni to imperium, mocno już przeżartego korupcją i napuchłe iście stalinowską biurokracją) z kosmosu. Ludzie zostali zepchnięci do roli roboli żyjących w miastach i poza nimi, w miastach wzniesionych przez trójnogie, potężne istoty, o dosyć odpychającym wyglądzie, które to istoty zbudowały sieć dróg pod ścisłym nadzorem i dzielnic w miastach tylko dla siebie. Opowieść zaczyna się w momencie, gdy jakiś pomniejszy obcy urzędas na Ziemi zostaje odwołany i wysłany w pizdu w kosmos gdzieś indziej, ale jednocześnie wysyła materiały kompromitujące namiestnika Ziemi do jakiejś wysoko postawionej szychy, która to szycha postanawia przybyć na Ziemię z kontrolą. Tymczasem namiestnik faktycznie zrobił sobie z Ziemi prywatny folwark.
Kontrola przylatuje, namiestnik tworzy całe iście potiomkinowskie miasto i inne atrakcje, sprowadza inną rasę humanoidów, by biła się z ziemską partyzantką, przegania ludzi z miejsca na miejsce, żeby wyglądali jak kolumny uchodźców, itd.
A w środku tego wszystkiego znajduje się perunowi ducha winny tłumacz, który musi wybrać między wiernością sobie, szefowi partyzantów, swojemu przełożonemu - dyktatorowi z kosmosu,
kontrolerowi, który chce jeszcze poderwać młodszą koleżankę, dostarczyć dowody kontrolerowi, nie dać się zabić przez wszystkie z zainteresowanych stron, i nie paść ofiarą fałszywych oskarżeń którejkolwiek ze stron. Widzimy rozterki bohatera, jego mniej lub bardziej udane próby lawirowania pomiędzy wszystkimi zainteresowanymi, jego próby poradzenia sobie z licznymi kłopotami, itd. Widzimy też, że totalitarne państwo sprowadzone z kosmosu niewiele różni się od totalitarnego państwa stworzonego dla nas przez nas, a zwalczające się frakcje są tak samo niebezpieczne dla jednostki starającej się myśleć samodzielnie, niezależnie od tego, czy to okupanci czy wyzwoleńcza partyzantka.
Zakończenie zaś jest co najmniej przewrotne.
Polecam gorąco.
piątek, 13 lipca 2012
Emma Bull "Wojna o Dąb"
Podobnie jak Patykiewicz opisany wczoraj albo dzisiaj bardzo wcześnie, książkę amerykańskiej autorki znalazłem w supermarkecie z RTV/AGD/hajtechem, i to przecenioną z prawie 30zł do 6,99zł. Wstęp napisał Sapkowski, także na okładce wisi hasło "Andrzej Sapkowski przedstawia". No wporzo, niech tam mu będzie. Wstęp machnął naprawdę niezły, z polotem i w swoim stylu, nie potrzebnie tylko wtrącił kilka malutkich spoilerów (których można było się domyśleć jeszcze przed przeczytaniem książki, no ale), jednak zachęcił do czytania tylko, więc ok.
Sama książka należy do gatunku urban fantasy. Aż zacytuję Andrzeja, bo opisał gatunek idealnie we wspomnianym już wstępie: "Mianem urban fantasy określamy utwory utrzymane w poetyce pikarejsko-wielkomiejskich ballad, krzyżujące i godzące atmosfery kryminałów Chandlera z tymi rodem z West Side Story i tymi z Pulp Fiction, tymi z ballad Leonarda Cohena i Stinga z tymi z tekstów i muzyki Marka Knopflera, Kurta Cobeina i Sida Viciousa. Utwory, w których magia wśród kwadrofonicznego łomotu rock and rolla i ryku harleyów wkracza do betonowo-asfaltowo-neonowej dżungli naszych miast. Magia wkracza. Wraz z nią wkraczają mieszkańcy magicznych krain. Najczęściej po to, by cholernie narozrabiać." tyle pan Andrzej.
Książka, bardzo sprawnie napisana, twórczo i malowniczo reinterpretująca legendy celtyckie o elfach, karzełkach, wróżkach i całej masie baśniowych i przetrwałych w ludowych opowieściach stworów, opowiada o Eddi, wokalistce i gitarzystce rockowej, która pewnego wieczoru najpierw odchodzi z zespołu, potem podejmuje decyzje o rozstaniu z chłopakiem (z którym była w tej kapeli), a potem spotyka glaistigę i phoukę, którzy mówią jej, że jest potrzebna bardzo w wojnie toczącej się między dobrym i złym Domem (chodzi o odwieczne królestwa Elfów z mitologii celtyckiej), bo jako śmiertelniczka sprawi, że nieśmiertelni zaczną umierać na polu bitwy.
Nie wydaje się przekonana, tym bardziej, że phouka, przybierający postać albo przystojnego, ciemnoskórego faceta, albo psa, i znający jeszcze sporo różnych sztuczek magicznych, jakby nigdy nic wprowadza się do niej, i nie zamierza jej odstępować ani na krok, ze względu na grożące dziewczynie niebezpieczeństwo ze strony tych złych. Problemem dodatkowym staje się kwestia środków do przeżycia, więc Eddi postanawia założyć nową kapelę, razem ze swoją przyjaciółką Carlą. Oczywiście, phouka zostaje w tej kapeli technicznym...
Dobra, nie ma co dalej spojlerować, ale mamy tam i rozterki uczuciowe, i konfrontacje życia ludzkiego z trwaniem nieśmiertelnych, i rozterki tych ostatnich, powstające w konfrontacji z życiem ludzi, i zwroty akcji są, w sumie dwóch nawet nie przewidziałem, itd.
Co najważniejsze, walczące ze sobą w odwiecznej wojnie zły i dobry Dom zostały przedstawione bardzo sensownie, bez popadania w nadmierny kicz (odrobina kiczu gdzieniegdzie się pojawia, ale jest wpisana w konwencje, więc pasuje jak ulał), także rozterki głównej bohaterki, na czele z zajęciem stanowiska wobec całej tej dosyć niezwykłej i kuriozalnej sytuacji, w jakiej się znalazła, uogólniając, wszystkie relacje między ludźmi i nieludźmi, wraz z uwzględnieniem zmieniającego się w czasie ich trwania dyskursu, zostały pokazane bardzo przekonywająco i są najsilniejszą stroną książki.
Widać też, że autorka jest muzykiem. O muzyce, instrumentach, graniu w kapeli opowiada ze znawstwem, talent muzyczny widać też w samej treści, w języku - jest hmm jakby to ująć, książka jest "melodyjna", i bardzo miło się ją czyta. Jest zrozumiała, plastyczna, momentami nieco poetycka.
Mnie osobiście się toto podobało, polecam.
Sama książka należy do gatunku urban fantasy. Aż zacytuję Andrzeja, bo opisał gatunek idealnie we wspomnianym już wstępie: "Mianem urban fantasy określamy utwory utrzymane w poetyce pikarejsko-wielkomiejskich ballad, krzyżujące i godzące atmosfery kryminałów Chandlera z tymi rodem z West Side Story i tymi z Pulp Fiction, tymi z ballad Leonarda Cohena i Stinga z tymi z tekstów i muzyki Marka Knopflera, Kurta Cobeina i Sida Viciousa. Utwory, w których magia wśród kwadrofonicznego łomotu rock and rolla i ryku harleyów wkracza do betonowo-asfaltowo-neonowej dżungli naszych miast. Magia wkracza. Wraz z nią wkraczają mieszkańcy magicznych krain. Najczęściej po to, by cholernie narozrabiać." tyle pan Andrzej.
Książka, bardzo sprawnie napisana, twórczo i malowniczo reinterpretująca legendy celtyckie o elfach, karzełkach, wróżkach i całej masie baśniowych i przetrwałych w ludowych opowieściach stworów, opowiada o Eddi, wokalistce i gitarzystce rockowej, która pewnego wieczoru najpierw odchodzi z zespołu, potem podejmuje decyzje o rozstaniu z chłopakiem (z którym była w tej kapeli), a potem spotyka glaistigę i phoukę, którzy mówią jej, że jest potrzebna bardzo w wojnie toczącej się między dobrym i złym Domem (chodzi o odwieczne królestwa Elfów z mitologii celtyckiej), bo jako śmiertelniczka sprawi, że nieśmiertelni zaczną umierać na polu bitwy.
Nie wydaje się przekonana, tym bardziej, że phouka, przybierający postać albo przystojnego, ciemnoskórego faceta, albo psa, i znający jeszcze sporo różnych sztuczek magicznych, jakby nigdy nic wprowadza się do niej, i nie zamierza jej odstępować ani na krok, ze względu na grożące dziewczynie niebezpieczeństwo ze strony tych złych. Problemem dodatkowym staje się kwestia środków do przeżycia, więc Eddi postanawia założyć nową kapelę, razem ze swoją przyjaciółką Carlą. Oczywiście, phouka zostaje w tej kapeli technicznym...
Dobra, nie ma co dalej spojlerować, ale mamy tam i rozterki uczuciowe, i konfrontacje życia ludzkiego z trwaniem nieśmiertelnych, i rozterki tych ostatnich, powstające w konfrontacji z życiem ludzi, i zwroty akcji są, w sumie dwóch nawet nie przewidziałem, itd.
Co najważniejsze, walczące ze sobą w odwiecznej wojnie zły i dobry Dom zostały przedstawione bardzo sensownie, bez popadania w nadmierny kicz (odrobina kiczu gdzieniegdzie się pojawia, ale jest wpisana w konwencje, więc pasuje jak ulał), także rozterki głównej bohaterki, na czele z zajęciem stanowiska wobec całej tej dosyć niezwykłej i kuriozalnej sytuacji, w jakiej się znalazła, uogólniając, wszystkie relacje między ludźmi i nieludźmi, wraz z uwzględnieniem zmieniającego się w czasie ich trwania dyskursu, zostały pokazane bardzo przekonywająco i są najsilniejszą stroną książki.
Widać też, że autorka jest muzykiem. O muzyce, instrumentach, graniu w kapeli opowiada ze znawstwem, talent muzyczny widać też w samej treści, w języku - jest hmm jakby to ująć, książka jest "melodyjna", i bardzo miło się ją czyta. Jest zrozumiała, plastyczna, momentami nieco poetycka.
Mnie osobiście się toto podobało, polecam.
czwartek, 12 lipca 2012
Piotr Patykiewicz "Wąska ścieżka czarownicy"
(Uwaga, będą spoilery) Znak czasów - idziesz sobie spokojnie po supermarkecie oferującym wszelką elektronikę, RTV, AGD, oprogramowanie, itd, itp, a tu nagle dział z książkami. Nie żebym miał coś przeciwko, ale to postmodernizm kapitalistyczny - ot, żeby się sprzedało wincyj, to trzeba mieć asortyment większy, stąd w sumie większość sklepów wielkopowierzchniowych, niezależnie od pierwotnej branży, zmierza w stronę mydło-powidło-sado-maso.
No ale nic, nie dość, że książki, to jeszcze powystawianych pełno przecenionych - za 9,99zł czy nawet 6,99zł. Wstyd nie kupić.
I w taki sposób zostałem właścicielem książki "Wąska ścieżka czarownicy". Tzn. między innymi tej, drugą opiszę, jak przeczytam.
W sumie ciężko powiedzieć, co to. Fabuła jest sympatyczna (no, do pewnego momentu, ale o tym zaraz) - II WŚ, córka czarownicy odkrywa swoje zdolności, we wsi spoczywają w lesie w jaskini zaklęci, śpiący rycerze, pojawia się grupa partyzantów, która broni jaskini, przybywają Niemcy, itd. Zaczynało się jak jakieś dark fantasy (nastoletnia córka czarownicy wraca do ojca, który po śmierci żony zaszył się w dziczy jako leśnik, nieopodal jakieś zabitej dechami wiochy, a córkę wysłał do dużego miasta do ciotki), do tego z politycznym podtekstem (grupa partyzantów przedstawiona jako dzicz szabrownicza, zbieranina pospolitych bandytów, itp. do tego jeszcze strach leśnika przed tym, żeby konspiracja nie wciągnęła jego córki w jakieś pozbawione szansy na powodzenie szaleństwo, itd.), potem robił się jakiś jakby słowiański Lovecraft (budzenie zaklętych rycerzy siedzących w jakiejś pieczarze, w wiosce kwitną wszelkie zabobony, figurka Matki Boskiej nie do końca okazuje się być Matką Boską), potem jeszcze ciekawiej (tajne katolickie bractwo, które kiedyś niszczyło a obecnie nadzoruje czarownice - jednym z jego członków jest partyzant, a drugim - esesman), aż w końcu nadciąga - cóż - postmodernizm. Esesman zdradzający tajne bractwo i chcący władzy nad światem jeszcze by przeszedł, tak samo jak półżywy chłopak stający się strażnikiem podziemi (heh), historia z kwiatem paproci, wyroki Państwa Podziemnego na zabójcach kuriera, ale autor moim zdaniem skromnym przesadził mocno z rozmachem swojej wizji.
Nawet w literaturze fantasy (no, może nie w bizarro) i nawet mimo postmodernizmu panującego (dekonstrukcja, odrzucenie zasad, w tym decorum, itd) oczekuję, że w pewnym momencie NIE nastąpią wydarzenia, które rozwalą całą atmosferę, zmienią treść we wręcz groteskę, i przestanę współodczuwać z losami bohatera/bohaterów a zacznę czytać dalej tylko z powodu chęci przekonania się, co jeszcze dziwacznego autor wymyśli. Tutaj niestety coś takiego nastąpiło.
I tak, nasza nastoletnia czarownica budzi rycerzy, żeby ich kontrolować zachodzi w ciążę z demonem, rodzi pół-człowieka, pół-demona Józia, któremu w międzyczasie gospodyni księdza lokalnego kupuje do zjedzenia kozę za pieniądze z tacy, nieśmiertelni, niezniszczalni rycerze są w stanie nie tylko rozbić mieczem czołg na pół, ale też... zaatakować i rozbić eskadrę bombowców, a ostatecznie do wioski przybywają emisariusze dwóch zarówno Rzeszy jak i Aliantów, i dyskutują o zniszczeniu "tajnej broni", wszystko jednak przebija scena, w której jeden z zaklętych rycerzy sika do baku motocykla, na którym potem jeden z wysłanników czarownicy po prostu odlatuje w siną dal z pewną misją do wykonania. Także dojrzewanie i poznawanie własnej mocy przez główną bohaterkę jest bardzo przyśpieszone, i fabuła mogłaby ten wątek (tak samo jak i psychologiczny) bardziej rozwinąć, nawet kosztem bardziej i bardziej kuriozalnych scen "batalistycznych".
Trzeba przyznać, że autor ma świetną wyobraźnię (i nie do końca zdrową, duży +), ale ja po prostu nie lubię jak książka się zbyt zmienia w czasie trwania fabuły, jak staje się coraz bardziej udziwniona.
Mimo wszystko jak na książkę z przeceny, za niecałe 10zł, to kupić i przeczytać można.
No ale nic, nie dość, że książki, to jeszcze powystawianych pełno przecenionych - za 9,99zł czy nawet 6,99zł. Wstyd nie kupić.
I w taki sposób zostałem właścicielem książki "Wąska ścieżka czarownicy". Tzn. między innymi tej, drugą opiszę, jak przeczytam.
W sumie ciężko powiedzieć, co to. Fabuła jest sympatyczna (no, do pewnego momentu, ale o tym zaraz) - II WŚ, córka czarownicy odkrywa swoje zdolności, we wsi spoczywają w lesie w jaskini zaklęci, śpiący rycerze, pojawia się grupa partyzantów, która broni jaskini, przybywają Niemcy, itd. Zaczynało się jak jakieś dark fantasy (nastoletnia córka czarownicy wraca do ojca, który po śmierci żony zaszył się w dziczy jako leśnik, nieopodal jakieś zabitej dechami wiochy, a córkę wysłał do dużego miasta do ciotki), do tego z politycznym podtekstem (grupa partyzantów przedstawiona jako dzicz szabrownicza, zbieranina pospolitych bandytów, itp. do tego jeszcze strach leśnika przed tym, żeby konspiracja nie wciągnęła jego córki w jakieś pozbawione szansy na powodzenie szaleństwo, itd.), potem robił się jakiś jakby słowiański Lovecraft (budzenie zaklętych rycerzy siedzących w jakiejś pieczarze, w wiosce kwitną wszelkie zabobony, figurka Matki Boskiej nie do końca okazuje się być Matką Boską), potem jeszcze ciekawiej (tajne katolickie bractwo, które kiedyś niszczyło a obecnie nadzoruje czarownice - jednym z jego członków jest partyzant, a drugim - esesman), aż w końcu nadciąga - cóż - postmodernizm. Esesman zdradzający tajne bractwo i chcący władzy nad światem jeszcze by przeszedł, tak samo jak półżywy chłopak stający się strażnikiem podziemi (heh), historia z kwiatem paproci, wyroki Państwa Podziemnego na zabójcach kuriera, ale autor moim zdaniem skromnym przesadził mocno z rozmachem swojej wizji.
Nawet w literaturze fantasy (no, może nie w bizarro) i nawet mimo postmodernizmu panującego (dekonstrukcja, odrzucenie zasad, w tym decorum, itd) oczekuję, że w pewnym momencie NIE nastąpią wydarzenia, które rozwalą całą atmosferę, zmienią treść we wręcz groteskę, i przestanę współodczuwać z losami bohatera/bohaterów a zacznę czytać dalej tylko z powodu chęci przekonania się, co jeszcze dziwacznego autor wymyśli. Tutaj niestety coś takiego nastąpiło.
I tak, nasza nastoletnia czarownica budzi rycerzy, żeby ich kontrolować zachodzi w ciążę z demonem, rodzi pół-człowieka, pół-demona Józia, któremu w międzyczasie gospodyni księdza lokalnego kupuje do zjedzenia kozę za pieniądze z tacy, nieśmiertelni, niezniszczalni rycerze są w stanie nie tylko rozbić mieczem czołg na pół, ale też... zaatakować i rozbić eskadrę bombowców, a ostatecznie do wioski przybywają emisariusze dwóch zarówno Rzeszy jak i Aliantów, i dyskutują o zniszczeniu "tajnej broni", wszystko jednak przebija scena, w której jeden z zaklętych rycerzy sika do baku motocykla, na którym potem jeden z wysłanników czarownicy po prostu odlatuje w siną dal z pewną misją do wykonania. Także dojrzewanie i poznawanie własnej mocy przez główną bohaterkę jest bardzo przyśpieszone, i fabuła mogłaby ten wątek (tak samo jak i psychologiczny) bardziej rozwinąć, nawet kosztem bardziej i bardziej kuriozalnych scen "batalistycznych".
Trzeba przyznać, że autor ma świetną wyobraźnię (i nie do końca zdrową, duży +), ale ja po prostu nie lubię jak książka się zbyt zmienia w czasie trwania fabuły, jak staje się coraz bardziej udziwniona.
Mimo wszystko jak na książkę z przeceny, za niecałe 10zł, to kupić i przeczytać można.
Odpryski VIII
Opowieści z przychodni.
Czasami człek poczciwy idzie do jakieś badania, czy po prostu musi, i czeka przed wejściem do gabinetu 45 minut, bo jakaś starsza miła pani nie daje sobie rady ze spirometrią. Albo czeka, bo tak wyszło. A jeśli wizyt ma się dużo, i długo się czeka w poczekalniach różnych, to i okazji by zobaczyć coś ciekawego, jest wiele.
Uzbierało mi się m.in.:
1) Miły dziadeczek się przyplątał do rejestracji, chciał się dostać do laryngologa (ale nie pamiętał tego na pewno), dziwił się, że jak przyszedł na godzinę wizyty, to musi czekać, nie słyszał, co pielęgniarka w rejestracji do niego mówiła, ostatecznie musiała go pod określony gabinet ciągnąć niemal za rękę.
2) Minęło trochę czasu, przed rejestracją zrobiła się kolejka, do przychodni wbiega jakaś kobita, omija kolejkę i rzuca: "czy jest - i tu wymieniła jakąś nazwę". Pielęgniarka nieco zdębiała, "a co to jest?". "Lek na padaczkę" - padła odpowiedź."Niech pani spróbuje w aptece". "To tu nie jest apteka?" - odwróciła się na pięcie i wyszła.
3) Ładna, młoda kobieta przyszła do psychiatry. Siedziała chwilę gdzieś tam dalej w trzewiach przychodni, po czym wróciła do rejestracji. Zapytuje się ona tonącej w iście stalinowskiej biurokracji pani pielęgniarki w rejestracji, gdzie pisze, że w takim-a-takim miejscu przyjmuje psychiatra. Pielęgniarka odpowiada, że na kartce wiszącej na drzwiach zostało napisane. Na to kobieta odpowiada histerycznym, podniesionym głosem "To jest na ścianie, nie na drzwiach!"
4) w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym w szpitalu Rydygiera - przychodzi miły facet, mówi pielęgniarce w recepcji, że on to zaraz zemdleje zaraz, i faktycznie zemdlał, zlecieli się pielęgniarze, lekarz, zabrali go jakoś szybko na noszach gdzieś.
5) ten sam SOR, ten sam dzień. Miła pielęgniarka mi mówi, jak wypełniam spokojnie jakieś pierdołowate papiery, że mam wpisać leki brane teraz, a nie przez całe życie. Po czym zdziwiona, że przeprasza mnie bardzo, ale rzadko się zdarza, żeby tak młody człowiek ich brał tak wiele. No elo.
Czasami człek poczciwy idzie do jakieś badania, czy po prostu musi, i czeka przed wejściem do gabinetu 45 minut, bo jakaś starsza miła pani nie daje sobie rady ze spirometrią. Albo czeka, bo tak wyszło. A jeśli wizyt ma się dużo, i długo się czeka w poczekalniach różnych, to i okazji by zobaczyć coś ciekawego, jest wiele.
Uzbierało mi się m.in.:
1) Miły dziadeczek się przyplątał do rejestracji, chciał się dostać do laryngologa (ale nie pamiętał tego na pewno), dziwił się, że jak przyszedł na godzinę wizyty, to musi czekać, nie słyszał, co pielęgniarka w rejestracji do niego mówiła, ostatecznie musiała go pod określony gabinet ciągnąć niemal za rękę.
2) Minęło trochę czasu, przed rejestracją zrobiła się kolejka, do przychodni wbiega jakaś kobita, omija kolejkę i rzuca: "czy jest - i tu wymieniła jakąś nazwę". Pielęgniarka nieco zdębiała, "a co to jest?". "Lek na padaczkę" - padła odpowiedź."Niech pani spróbuje w aptece". "To tu nie jest apteka?" - odwróciła się na pięcie i wyszła.
3) Ładna, młoda kobieta przyszła do psychiatry. Siedziała chwilę gdzieś tam dalej w trzewiach przychodni, po czym wróciła do rejestracji. Zapytuje się ona tonącej w iście stalinowskiej biurokracji pani pielęgniarki w rejestracji, gdzie pisze, że w takim-a-takim miejscu przyjmuje psychiatra. Pielęgniarka odpowiada, że na kartce wiszącej na drzwiach zostało napisane. Na to kobieta odpowiada histerycznym, podniesionym głosem "To jest na ścianie, nie na drzwiach!"
4) w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym w szpitalu Rydygiera - przychodzi miły facet, mówi pielęgniarce w recepcji, że on to zaraz zemdleje zaraz, i faktycznie zemdlał, zlecieli się pielęgniarze, lekarz, zabrali go jakoś szybko na noszach gdzieś.
5) ten sam SOR, ten sam dzień. Miła pielęgniarka mi mówi, jak wypełniam spokojnie jakieś pierdołowate papiery, że mam wpisać leki brane teraz, a nie przez całe życie. Po czym zdziwiona, że przeprasza mnie bardzo, ale rzadko się zdarza, żeby tak młody człowiek ich brał tak wiele. No elo.
Henry Kuttner "Elak z Atlantydy"
Każdy fan heroic fantasy powinien klęknąć przed tą książką, przed jej przeczytaniem. Każdy inny fan fantastyki będzie się tylko uśmiechał w czasie czytania. Jeśli jednak wiesz, czego się spodziewać, a spodziewać się możesz właśnie natłoku patosu, niewiarygodnych opresji z jakich wychodzi główny bohater, odwołań do mitologii Cthulhu oraz świata "około-howardowskiego", wartkiej aż do przesady akcji, trupów ścielących się gęsto, czy to w małych potyczkach, czy w wielkich bitwach, pojedynków z magami i bogami i czymkolwiek niezwykłym, ponadludzkim, nieludzkim no i przede wszystkim epickości wylewającej się z treści książki wartkim, nieprzerwanym strumieniem, to nie zawiedziesz się na tej pozycji.
Na książkę składają się 3 utwory, w których poznajemy różne przygody Elaka z Atlantydy. Elak na skutek różnych perypetii para się włóczęgą i poszukiwaniem przygód, chociaż pochodzi z królewskiego rodu. Atlantyda zaś, ogromny kontynent, składa się z szeregu mniejszych królestw, mrocznych i niedostępnych ruin sprzed czasów człowieka na Ziemi, pałętają się tam dzicy Piktowie, władający mroczną magią, wyznawcy zakazanych kultów sprzed milionów lat (np. Dagona), przedstawiciele i przedstawicielki najróżniejszych pół-ludzkich i nieludzkich ras, demony, druidzi, itp, itd. Wychodzi z tego taki postmodernistyczny misz-masz, ale trzymający się sztywno konwencji.
Jako że czasem lubię poczytać coś - no nie oszukujmy się no - odmóżdżającego, to przypadła mi ta książka do gustu. Rzecz klasyczna w sumie i sprawnie napisana.
A, i okładka z rysunkiem Franka Frazetty, wspaniale współgrająca z treścią.
Ciekawe, czy Oficyna Wydawnicza "Arax" jeszcze istnieje, podejrzewam bez sprawdzania, że nie. Wspaniałe i szalone były lata '90 XX w.
Na książkę składają się 3 utwory, w których poznajemy różne przygody Elaka z Atlantydy. Elak na skutek różnych perypetii para się włóczęgą i poszukiwaniem przygód, chociaż pochodzi z królewskiego rodu. Atlantyda zaś, ogromny kontynent, składa się z szeregu mniejszych królestw, mrocznych i niedostępnych ruin sprzed czasów człowieka na Ziemi, pałętają się tam dzicy Piktowie, władający mroczną magią, wyznawcy zakazanych kultów sprzed milionów lat (np. Dagona), przedstawiciele i przedstawicielki najróżniejszych pół-ludzkich i nieludzkich ras, demony, druidzi, itp, itd. Wychodzi z tego taki postmodernistyczny misz-masz, ale trzymający się sztywno konwencji.
Jako że czasem lubię poczytać coś - no nie oszukujmy się no - odmóżdżającego, to przypadła mi ta książka do gustu. Rzecz klasyczna w sumie i sprawnie napisana.
A, i okładka z rysunkiem Franka Frazetty, wspaniale współgrająca z treścią.
Ciekawe, czy Oficyna Wydawnicza "Arax" jeszcze istnieje, podejrzewam bez sprawdzania, że nie. Wspaniałe i szalone były lata '90 XX w.
poniedziałek, 4 czerwca 2012
Westerny które warto zobaczyć I
Uwaga na spoilery.
~~~~
1) The Great Silence aka Il Grande silencio
Spaghetti western rozgrywający się w zimę? To nie jedyna rzecz raczej niespotykana dla gatunku, która pojawia się w tym filmie.
Film (ponoć oparty na faktach) opowiada historię grupy ludzi, którzy z jakiegoś powodu zostali wyjęci spod prawa. Nie byli to źli ludzie, tylko grupa religijna (Mormoni lub jakiś ich odłam, historii Stanów Zjednoczonych nie znam zbyt dobrze), z kobietami, starcami i dziećmi. Nadchodzi czas rządowej amnestii, która pozwoli im powrócić do społeczeństwa. Jednak nie jest to takie proste - zima pozbawiła ich żywności czy lekarstw, przez co zmuszeni zostali do obrabiania podróżnych.
W miasteczku na pustkowiu nieopodal pojawia się nowy szeryf, humanista o dobrym sercu, mający wykonać postanowienia amnestii. Do tego samego miejsca przybywają też - łowca nagród Tigrero (fantastyczna rola Klausa Kinskiego!) i łowca łowców nagród, niemowa Silence (Jean-Louis Trintignant), "ostatni sprawiedliwy", biorący stronę tych, którzy zostali pokrzywdzeni przez prawo. Silence nie bierze zapłaty za swoje "usługi", zabija też w ostateczności, ograniczając się zazwyczaj do odstrzelenia przeciwnikowi kciuka. Jego uraz do łowców nagród wziął się z dzieciństwa, gdy grupa łowców zabiła jego rodzinę (gdy sprowokowany ojciec zaczął strzelać, prawo umożliwiło tamtym na egzekucję - a chodziło rzecz jasna o to, że nie chciał sprzedać ziemi jakiemuś potentatowi - który zresztą okaże się być wysoko postawionym członkiem rady miejskiej w miejscu akcji...). W pewnym momencie historia o amnestii i grupce wyrzutków schodzi na plan dalszy, a uwypuklona zostaje nieuchronna konfrontacja Tigrero i Silence'a, ten drugi zostaje "wynajęty" do zabicia pierwszego przez młodą wdowę, aby pomścił śmierć jej męża...
W międzyczasie szeryf postanawia pozbyć się brużdżących mu łowców nagród z Tigrero na czele, niestety pada ofiarą własnej naiwności - pozbawiony skrupułów łowca zostawia go na zamarzniętym jeziorze - lód pęka, scena utonięcia szeryfa nie jest pokazana, co może sugerować, że w momencie kulminacyjnym, cudem uratowany, powróci...
Ale nie powróci (chociaż nakręcono dwie wersje zakończenia filmu, alternatywne - dobre - można znaleźć np. na youtube). Film wywraca do góry nogami poczucie sprawiedliwości widza - triumfuje odhumanizowany zapis prawny, ale nie sprawiedliwość. Ranny Silence ginie ostatecznie w nierównej konfrontacji z Tigrero i sprowadzonymi przez niego innymi łowcami, ginie młoda wdowa, giną też, po prostu związani i rozstrzelani na podłodze w saloonie członkowie grupy, która nie doczekała na amnestię.
Film nie pozostawia obojętnym, polecam gorąco.
2) The Big Gundown aka Colorado aka La resa dei conti
Lee Van Cleef (grający głównego bohatera, Jonathana "Colorado" Corbetta) jak zawsze rewelacyjny i Sergio Sollima (reżyser) nie schodzący poniżej pewnego poziomu. Film, który również odświeża konwencje gatunku, gdyż nic nie jest w nim takie, na jakie wyglądało.
Corbett to łowca nagród i nieco samozwańczy stróż prawa, były wojskowy i były szeryf, cieszący się popularnością w społeczeństwie i powszechnie rozpoznawany. Pewnego dnia, gdy jest na przyjęciu weselnym u lokalnego potentata, otrzymuje od niego propozycję, aby kandydował do senatu. Potentat deklaruje chęć pokrycia kosztów jego kampanii, w zamian za poparcie przez Corbetta projektu przeprowadzenia przez Teksas kolei. Zanim panowie dochodzą do porozumienia, wybucha wieść, że pewien meksykanin (Manuel "Cuchillo" Sanchez grany przez Tomasa Miliana) zgwałcił i zabił 12-letnią dziewczynkę. Corbett wyrusza na poszukiwania.
W tym momencie wszystko jest jasne - dobry łowca nagród wyrusza na polowanie, by znaleźć i pojmać - lub zabić - pedofila-mordercę. Sprytny meksykanin co rusz wywodzi Colorado w pole, trup ściele się przy tym gęsto, jednak w pewnym momencie, pomiędzy ściganym i ścigającym nawiązuje się czysto personalna rywalizacja, kto z nich jest lepszy. Do tego to właśnie ścigany Cuchillo okazuje się być bardziej ludzki od pochłoniętego rządzą złapania go Colorado.
W filmie jest przejmująca scena, gdy Cuchillo dołącza do podróżujących gdzieś mormonów. Colorado natomiast przemocą od ichniejszego pastora (? nie wiem, jakie tam mają tytuły) wydostaje informację, że tenże duchowny ulokował Meksykanina w swoim wozie - razem z 13-letnią Sarą.
Następnie widzimy, jak wóz stoi przy rzece, Meksykanin się kąpie, dziewczynka robi coś przy wozie. Cuchillo nakłania jednak Sarę, by weszła do wody, proponuje zabawę w której były "złym wilkiem" a ona "małą, mormońską dziewczynką". Widz zastyga w przerażeniu, widząc jak tych dwoje zaczyna się w końcu - ze śmiechem, ale jednak - szamotać, pewny, że Cuchillo jest mordercą i pedofilem (do tego momentu filmu wszystko by właśnie na to wskazywało - a w każdym razie wszystko wskazywało na to, że jest z niego kawał sukinsyna). Przybywa jednak Colorado - dziewczynka ucieka, myśląc, że to bandyta, a Cuchillo również uderza w takie tony, głośno lamentując, że on nic nie ma cennego, itd.
Sara, schowana w wozie za stojącym Amerykaniem, strzela mu w plecy. Meksykanin śmieje się, bierze konia, i ucieka. Przychodzi pastor, pochyla się nad rannym. Corbett pojękując i dysząc mówi mu, że przynajmniej Cuchillo nie zdążył zrobić czegoś złego jego córce. Na to zdziwiony pastor odpowiada, że Sara to jego czwarta żona, a nie córka.
Majstersztyk. A widz w tym momencie nie wie już na pewno, kto jest dobry, a kto zły, ew. czym ci dobrzy różnią się w sumie od złych.
Jak się okazuje potem, gdy w pogoni za Cuchillo Colorado udaje się do Meksyku, Meksykanin jest "polityczny", związany był z jakimś ludowym rewolucjonistą, wrogiem wielkim właścicielom ziemskim, skorumpowanemu rządowi i potentatom przemysłowym. Za to zaślepiony Corbett posuwa się do takich czynów, jak kradzież konia i pobicie człowieka bogu ducha winnego, który uratował mu życie.
W Meksyku role się odwracają - przybywa z małą, prywatną armią potentat z Teksasu (ten od kolei, z początku filmu, przyjaciel Corbetta), by osobiście dowodzić obławą na Cuchillo. Okazuje się, że prawdziwym mordercą i pedofilem jest ktoś inny (jego zięć lol) a Meksykanin był tylko kozłem ofiarnym. W końcowej strzelaninie nie mogło też zabraknąć barona z Europy (ach, ten monokl), twardo stojącego po stronie wielkiego kapitału.
Polecam, wspaniały klasyk.
3) Keoma
Keoma (w tej roli Franco Nero, chyba jego najlepsza kreacja, ze wszystkich filmów, które z nim oglądałem - tylko w Django był równie dobry) jest pół-indianinem, dzieckiem ocalałym z masakry jakiejś wioski (niestety nie wiem dokładnie, jaka była jego historia - ściągnąłem ten film w wersji z angielskim dubbingiem na filmie włoskim, przez co czasami było bardzo ciężko zrozumieć, o czym właściwie mówili), przygarniętym przez bogatego, szanowanego właściciela ziemskiego. Od najmłodszych lat był ofiarą dyskryminacji ze strony swoich przyrodnich trzech braci, za przyjaciela mając (oprócz przybranego ojca) tylko jego czarnoskórego niewolnika. Po wojnie secesyjnej, wraca do miasteczka, gdzie się wychował, zastając tam smród, brud i ubóstwo, miasto pogrążone w częściowej ruinie, szalejącą tajemniczą plagę (zanieczyszczenie wód gruntowych zrobiło swoje), grupę żołnierzy pod dowództwem dawnego pułkownika Konfederacji Caldwella, terroryzującą ludność i zamykającą chorych w obozie koncentracyjnym w starej kopalni za miastem. Najpierw ratuje żonę pastora (kobieta jest w ciąży), który ginie przy próbie ucieczki z obozu, potem wraca z nią do miasta, budząc wrogość i popłoch, odnajduje swojego dawnego czarnoskórego przyjaciela, który obecnie jest zaszczutym alkoholikiem.
Jak się okazuje, jego trzech przyrodnich braci przyłączyło się do Caldwella, miasto jest odcięte od świata, pozbawione dostępu do leków. Szukający swego miejsca na świecie Keoma postanawia pomóc mieszkańcom.
Ostatecznie, po wielu perypetiach, dochodzi w mieście do zbrojnej konfrontacji, w której ginie jego ojciec z ręki Caldwella. Caldwell jednak sam ginie niedługo potem z rąk trzech synów zabitego, którzy postanawiają wykorzystać sytuację, i przejąć władzę w miasteczku. Keoma zostaje uratowany przez kobietę, którą sam uratował, po czym jedzie z nią do starej czarownicy, która kiedyś go uratowała. Podążają za nim jego przyrodni bracia.
Strach i poczucie osaczenia wylewają się wręcz z filmu, gdy Keoma i jego bracia szukają się po opuszczonym budynku, a jedynymi dźwiękami dochodzącymi do widza są opętańcze krzyki bólu rodzącej kobiety. Najbardziej przejmująca rzecz, jaką widziałem ostatnimi czasy.
Brutalny i posępny film, poziom naturalistycznie pokazanej przemocy musiał w tamtych latach wydać się wręcz niewiarygodny. Sceny takie jak ta, gdy na pobitego Murzyna jego oprawca sika, a wszyscy ludzie siedzący i stojący nieopodal (bo to się w saloonie działo) śmieją się, zostały nakręcone tak, że robią wrażenie aż po dziś dzień.
Świetny (anty)western, mroczny, duszny, ale liryczny (i ach, ten soundtrack! z tego, co wyczytałem na IMDb, raczej się nie podoba, mi tam się podobało), kojarzący się wręcz momentami z grecką tragedią, no i o dość lewicowym przesłaniu, polecam gorąco. Jeden z najlepszych obrazów jakie powstały w ramach tzw. twilight spaghetti, czyli schyłkowego okresu popularności spag westernów.
c.d.n.
~~~~
1) The Great Silence aka Il Grande silencio
Spaghetti western rozgrywający się w zimę? To nie jedyna rzecz raczej niespotykana dla gatunku, która pojawia się w tym filmie.
Film (ponoć oparty na faktach) opowiada historię grupy ludzi, którzy z jakiegoś powodu zostali wyjęci spod prawa. Nie byli to źli ludzie, tylko grupa religijna (Mormoni lub jakiś ich odłam, historii Stanów Zjednoczonych nie znam zbyt dobrze), z kobietami, starcami i dziećmi. Nadchodzi czas rządowej amnestii, która pozwoli im powrócić do społeczeństwa. Jednak nie jest to takie proste - zima pozbawiła ich żywności czy lekarstw, przez co zmuszeni zostali do obrabiania podróżnych.
W miasteczku na pustkowiu nieopodal pojawia się nowy szeryf, humanista o dobrym sercu, mający wykonać postanowienia amnestii. Do tego samego miejsca przybywają też - łowca nagród Tigrero (fantastyczna rola Klausa Kinskiego!) i łowca łowców nagród, niemowa Silence (Jean-Louis Trintignant), "ostatni sprawiedliwy", biorący stronę tych, którzy zostali pokrzywdzeni przez prawo. Silence nie bierze zapłaty za swoje "usługi", zabija też w ostateczności, ograniczając się zazwyczaj do odstrzelenia przeciwnikowi kciuka. Jego uraz do łowców nagród wziął się z dzieciństwa, gdy grupa łowców zabiła jego rodzinę (gdy sprowokowany ojciec zaczął strzelać, prawo umożliwiło tamtym na egzekucję - a chodziło rzecz jasna o to, że nie chciał sprzedać ziemi jakiemuś potentatowi - który zresztą okaże się być wysoko postawionym członkiem rady miejskiej w miejscu akcji...). W pewnym momencie historia o amnestii i grupce wyrzutków schodzi na plan dalszy, a uwypuklona zostaje nieuchronna konfrontacja Tigrero i Silence'a, ten drugi zostaje "wynajęty" do zabicia pierwszego przez młodą wdowę, aby pomścił śmierć jej męża...
W międzyczasie szeryf postanawia pozbyć się brużdżących mu łowców nagród z Tigrero na czele, niestety pada ofiarą własnej naiwności - pozbawiony skrupułów łowca zostawia go na zamarzniętym jeziorze - lód pęka, scena utonięcia szeryfa nie jest pokazana, co może sugerować, że w momencie kulminacyjnym, cudem uratowany, powróci...
Ale nie powróci (chociaż nakręcono dwie wersje zakończenia filmu, alternatywne - dobre - można znaleźć np. na youtube). Film wywraca do góry nogami poczucie sprawiedliwości widza - triumfuje odhumanizowany zapis prawny, ale nie sprawiedliwość. Ranny Silence ginie ostatecznie w nierównej konfrontacji z Tigrero i sprowadzonymi przez niego innymi łowcami, ginie młoda wdowa, giną też, po prostu związani i rozstrzelani na podłodze w saloonie członkowie grupy, która nie doczekała na amnestię.
Film nie pozostawia obojętnym, polecam gorąco.
2) The Big Gundown aka Colorado aka La resa dei conti
Lee Van Cleef (grający głównego bohatera, Jonathana "Colorado" Corbetta) jak zawsze rewelacyjny i Sergio Sollima (reżyser) nie schodzący poniżej pewnego poziomu. Film, który również odświeża konwencje gatunku, gdyż nic nie jest w nim takie, na jakie wyglądało.
Corbett to łowca nagród i nieco samozwańczy stróż prawa, były wojskowy i były szeryf, cieszący się popularnością w społeczeństwie i powszechnie rozpoznawany. Pewnego dnia, gdy jest na przyjęciu weselnym u lokalnego potentata, otrzymuje od niego propozycję, aby kandydował do senatu. Potentat deklaruje chęć pokrycia kosztów jego kampanii, w zamian za poparcie przez Corbetta projektu przeprowadzenia przez Teksas kolei. Zanim panowie dochodzą do porozumienia, wybucha wieść, że pewien meksykanin (Manuel "Cuchillo" Sanchez grany przez Tomasa Miliana) zgwałcił i zabił 12-letnią dziewczynkę. Corbett wyrusza na poszukiwania.
W tym momencie wszystko jest jasne - dobry łowca nagród wyrusza na polowanie, by znaleźć i pojmać - lub zabić - pedofila-mordercę. Sprytny meksykanin co rusz wywodzi Colorado w pole, trup ściele się przy tym gęsto, jednak w pewnym momencie, pomiędzy ściganym i ścigającym nawiązuje się czysto personalna rywalizacja, kto z nich jest lepszy. Do tego to właśnie ścigany Cuchillo okazuje się być bardziej ludzki od pochłoniętego rządzą złapania go Colorado.
W filmie jest przejmująca scena, gdy Cuchillo dołącza do podróżujących gdzieś mormonów. Colorado natomiast przemocą od ichniejszego pastora (? nie wiem, jakie tam mają tytuły) wydostaje informację, że tenże duchowny ulokował Meksykanina w swoim wozie - razem z 13-letnią Sarą.
Następnie widzimy, jak wóz stoi przy rzece, Meksykanin się kąpie, dziewczynka robi coś przy wozie. Cuchillo nakłania jednak Sarę, by weszła do wody, proponuje zabawę w której były "złym wilkiem" a ona "małą, mormońską dziewczynką". Widz zastyga w przerażeniu, widząc jak tych dwoje zaczyna się w końcu - ze śmiechem, ale jednak - szamotać, pewny, że Cuchillo jest mordercą i pedofilem (do tego momentu filmu wszystko by właśnie na to wskazywało - a w każdym razie wszystko wskazywało na to, że jest z niego kawał sukinsyna). Przybywa jednak Colorado - dziewczynka ucieka, myśląc, że to bandyta, a Cuchillo również uderza w takie tony, głośno lamentując, że on nic nie ma cennego, itd.
Sara, schowana w wozie za stojącym Amerykaniem, strzela mu w plecy. Meksykanin śmieje się, bierze konia, i ucieka. Przychodzi pastor, pochyla się nad rannym. Corbett pojękując i dysząc mówi mu, że przynajmniej Cuchillo nie zdążył zrobić czegoś złego jego córce. Na to zdziwiony pastor odpowiada, że Sara to jego czwarta żona, a nie córka.
Majstersztyk. A widz w tym momencie nie wie już na pewno, kto jest dobry, a kto zły, ew. czym ci dobrzy różnią się w sumie od złych.
Jak się okazuje potem, gdy w pogoni za Cuchillo Colorado udaje się do Meksyku, Meksykanin jest "polityczny", związany był z jakimś ludowym rewolucjonistą, wrogiem wielkim właścicielom ziemskim, skorumpowanemu rządowi i potentatom przemysłowym. Za to zaślepiony Corbett posuwa się do takich czynów, jak kradzież konia i pobicie człowieka bogu ducha winnego, który uratował mu życie.
W Meksyku role się odwracają - przybywa z małą, prywatną armią potentat z Teksasu (ten od kolei, z początku filmu, przyjaciel Corbetta), by osobiście dowodzić obławą na Cuchillo. Okazuje się, że prawdziwym mordercą i pedofilem jest ktoś inny (jego zięć lol) a Meksykanin był tylko kozłem ofiarnym. W końcowej strzelaninie nie mogło też zabraknąć barona z Europy (ach, ten monokl), twardo stojącego po stronie wielkiego kapitału.
Polecam, wspaniały klasyk.
3) Keoma
Keoma (w tej roli Franco Nero, chyba jego najlepsza kreacja, ze wszystkich filmów, które z nim oglądałem - tylko w Django był równie dobry) jest pół-indianinem, dzieckiem ocalałym z masakry jakiejś wioski (niestety nie wiem dokładnie, jaka była jego historia - ściągnąłem ten film w wersji z angielskim dubbingiem na filmie włoskim, przez co czasami było bardzo ciężko zrozumieć, o czym właściwie mówili), przygarniętym przez bogatego, szanowanego właściciela ziemskiego. Od najmłodszych lat był ofiarą dyskryminacji ze strony swoich przyrodnich trzech braci, za przyjaciela mając (oprócz przybranego ojca) tylko jego czarnoskórego niewolnika. Po wojnie secesyjnej, wraca do miasteczka, gdzie się wychował, zastając tam smród, brud i ubóstwo, miasto pogrążone w częściowej ruinie, szalejącą tajemniczą plagę (zanieczyszczenie wód gruntowych zrobiło swoje), grupę żołnierzy pod dowództwem dawnego pułkownika Konfederacji Caldwella, terroryzującą ludność i zamykającą chorych w obozie koncentracyjnym w starej kopalni za miastem. Najpierw ratuje żonę pastora (kobieta jest w ciąży), który ginie przy próbie ucieczki z obozu, potem wraca z nią do miasta, budząc wrogość i popłoch, odnajduje swojego dawnego czarnoskórego przyjaciela, który obecnie jest zaszczutym alkoholikiem.
Jak się okazuje, jego trzech przyrodnich braci przyłączyło się do Caldwella, miasto jest odcięte od świata, pozbawione dostępu do leków. Szukający swego miejsca na świecie Keoma postanawia pomóc mieszkańcom.
Ostatecznie, po wielu perypetiach, dochodzi w mieście do zbrojnej konfrontacji, w której ginie jego ojciec z ręki Caldwella. Caldwell jednak sam ginie niedługo potem z rąk trzech synów zabitego, którzy postanawiają wykorzystać sytuację, i przejąć władzę w miasteczku. Keoma zostaje uratowany przez kobietę, którą sam uratował, po czym jedzie z nią do starej czarownicy, która kiedyś go uratowała. Podążają za nim jego przyrodni bracia.
Strach i poczucie osaczenia wylewają się wręcz z filmu, gdy Keoma i jego bracia szukają się po opuszczonym budynku, a jedynymi dźwiękami dochodzącymi do widza są opętańcze krzyki bólu rodzącej kobiety. Najbardziej przejmująca rzecz, jaką widziałem ostatnimi czasy.
Brutalny i posępny film, poziom naturalistycznie pokazanej przemocy musiał w tamtych latach wydać się wręcz niewiarygodny. Sceny takie jak ta, gdy na pobitego Murzyna jego oprawca sika, a wszyscy ludzie siedzący i stojący nieopodal (bo to się w saloonie działo) śmieją się, zostały nakręcone tak, że robią wrażenie aż po dziś dzień.
Świetny (anty)western, mroczny, duszny, ale liryczny (i ach, ten soundtrack! z tego, co wyczytałem na IMDb, raczej się nie podoba, mi tam się podobało), kojarzący się wręcz momentami z grecką tragedią, no i o dość lewicowym przesłaniu, polecam gorąco. Jeden z najlepszych obrazów jakie powstały w ramach tzw. twilight spaghetti, czyli schyłkowego okresu popularności spag westernów.
c.d.n.
Piers Anthony "Sfery"
Biada, biada, biada mi, biada, pierwsza książka tego autora, jaką przeczytałem. A przecie taki klasyk, twórca tylu tasiemców, cykli, trylogii, itd. Cóż poradzić.
Książka ta bardzo, ale to bardzo przypomina mi pewną inną książkę, którą czytałem na tyle dawno temu (koniec podstawówki jakoś to był), że nie pamiętam ani tytułu, ani autora. Kiedyśtam w odległeś galaktyce ludzkość napotykała liczne problemy z nawiązywaniem kontaktów z istotami inteligentnymi, i główny bohater był chirurgicznie (jeśli dobrze pamiętam, o genetyce nie było tam mowy, więc książka musiała być odpowiednio stara) przerabiany na danego autochtona i zostawiany na danej planecie, by rozwiązał pewne problemy po myśli swoich pracodawców. I tak, był turlającym się czymś, co porozumiewało się za pomocą plecionych pułapek na zwierzęta, był jakimś czymś o zdolnościach empatycznych, był istotą pustynną podobną do kota, był stworzeniem latającym (i popsuł tradycyjne zwyczaje tych stworzeń, wynajdując oszczep, co znacznie przyśpieszyło przekształcanie się hierarchii społecznej) a na końcu książki poprosił o to, by stworzono z niego istotę będącą miksem poprzednich form, i zostawiono na planecie, która byłaby miksem światów, gdzie uprzednio działał. Gdyby ktoś z Czytelników wiedział, o jakiej książce piszę, to prosiłbym o podzielenie się ze mną tą wiedzą.
Tak czy siak, w "Sferach" mamy motyw nieco podobny. Tyle, że nie ma tam mowy o zabiegach chirurgiczno - genetycznych, lecz dochodzi do transferu aury Kirliana, w której zawiera się osobowość danej osoby. Głównym bohaterem jest zielony człowiek z planety leżącej na peryferiach ludzkiego Imperium kosmicznego, planety będącej w stadium paleolitu. Ze względu na posiadanie niewiarygodnie silnej aury (oraz doskonałej pamięci ejdetycznej), zostaje przez Imperium wysyłany do najróżniejszych światów z bardzo ważną misją - przekazania im pewnej technologii, umożliwiającej coś w rodzaju teleportacji międzyplanetarnej i/lub przenoszenie aury Kirliana. Ludzkość dostała tą technologię za darmo od pewnego posłańca z innego układu, w celu umożliwienia stworzenia galaktycznej konfederacji przeciwko imperium z obcej galaktyki, które rozpoczęło przygotowania do ... zabrania całej energii z Drogi Mlecznej, co skończyłoby się zagładą wszystkich leżących tam światów.
I tak, nasz zielony prostaczek, zajmujący się wcześniej głównie polowaniem na dinozaury na swojej rodzinnej planecie, wchodzi w skórę świeżo zmarłych przedstawicieli danej cywilizacji (ciało już martwe, bez aury, można przejąć na czas nieokreślony), w istotę, która zamiast nóg ma koło, w istotę podwodną (nieźle nabruździł na świecie podwodnym, trzy razy dokonał tam gwałtu, w tym raz homoseksualnego - swoją drogą, motyw z rasą składającą się z trzech płci, które kopulują razem ze sobą, przenikając się, był też w "Równi Bogom" Asimova, też świetna książka), w dziwactwo posługujące się wydawaniem skomplikowanych melodii w celu porozumiewania się, w niewolnika owadopodobnych istot zwanych "Panami", itp. Autor opisał te wszystkie obce dziwności ze smakiem i wyobraźnią, tworząc całe rozległe systemy filozoficzne, którymi te wszystkie istoty się posługiwały. Widać też fascynację autora Tarotem (w końcu napisał też kiedyś trylogię "Tarot"), kult religijny oparty na kartach tarota i wróżeniu z nich rozprzestrzenił się w różnych formach na całą galaktykę. W jednym miejscu pojawia się dodatkowo uwaga pachnąca Danikenem, a pod koniec książki, gdy główny bohater i przedstawiciele innych ras rozumnych przeszukują ruiny Starożytnych (cholernie oklepany motyw z pradawną, wszechkosmiczną cywilizacją, po której pozostało tylko gdzieniegdzie co nieco niezrozumiałych artefaktów i okruchów przepotężnych technologii, ale jak zwykle fajny), mamy namiastkę kryminału, gdy członkowie grupy zaczynają po kolei ginąć. Zakończenie jest niejednoznaczne, jak się okazuje, tropiąca głównego bohatera agentka obcej galaktyki, obdarzona równie potężną aurą Kirliana, co on sam, nie jest w sumie tym, za kogo czytelnik mógłby ją wziąć, opierając się na skąpo udzielanych informacjach przez autora na wcześniejszych stronach książki.
Reasumując, polecam, klasyk, który się nie zestarzał.
Książka ta bardzo, ale to bardzo przypomina mi pewną inną książkę, którą czytałem na tyle dawno temu (koniec podstawówki jakoś to był), że nie pamiętam ani tytułu, ani autora. Kiedyśtam w odległeś galaktyce ludzkość napotykała liczne problemy z nawiązywaniem kontaktów z istotami inteligentnymi, i główny bohater był chirurgicznie (jeśli dobrze pamiętam, o genetyce nie było tam mowy, więc książka musiała być odpowiednio stara) przerabiany na danego autochtona i zostawiany na danej planecie, by rozwiązał pewne problemy po myśli swoich pracodawców. I tak, był turlającym się czymś, co porozumiewało się za pomocą plecionych pułapek na zwierzęta, był jakimś czymś o zdolnościach empatycznych, był istotą pustynną podobną do kota, był stworzeniem latającym (i popsuł tradycyjne zwyczaje tych stworzeń, wynajdując oszczep, co znacznie przyśpieszyło przekształcanie się hierarchii społecznej) a na końcu książki poprosił o to, by stworzono z niego istotę będącą miksem poprzednich form, i zostawiono na planecie, która byłaby miksem światów, gdzie uprzednio działał. Gdyby ktoś z Czytelników wiedział, o jakiej książce piszę, to prosiłbym o podzielenie się ze mną tą wiedzą.
Tak czy siak, w "Sferach" mamy motyw nieco podobny. Tyle, że nie ma tam mowy o zabiegach chirurgiczno - genetycznych, lecz dochodzi do transferu aury Kirliana, w której zawiera się osobowość danej osoby. Głównym bohaterem jest zielony człowiek z planety leżącej na peryferiach ludzkiego Imperium kosmicznego, planety będącej w stadium paleolitu. Ze względu na posiadanie niewiarygodnie silnej aury (oraz doskonałej pamięci ejdetycznej), zostaje przez Imperium wysyłany do najróżniejszych światów z bardzo ważną misją - przekazania im pewnej technologii, umożliwiającej coś w rodzaju teleportacji międzyplanetarnej i/lub przenoszenie aury Kirliana. Ludzkość dostała tą technologię za darmo od pewnego posłańca z innego układu, w celu umożliwienia stworzenia galaktycznej konfederacji przeciwko imperium z obcej galaktyki, które rozpoczęło przygotowania do ... zabrania całej energii z Drogi Mlecznej, co skończyłoby się zagładą wszystkich leżących tam światów.
I tak, nasz zielony prostaczek, zajmujący się wcześniej głównie polowaniem na dinozaury na swojej rodzinnej planecie, wchodzi w skórę świeżo zmarłych przedstawicieli danej cywilizacji (ciało już martwe, bez aury, można przejąć na czas nieokreślony), w istotę, która zamiast nóg ma koło, w istotę podwodną (nieźle nabruździł na świecie podwodnym, trzy razy dokonał tam gwałtu, w tym raz homoseksualnego - swoją drogą, motyw z rasą składającą się z trzech płci, które kopulują razem ze sobą, przenikając się, był też w "Równi Bogom" Asimova, też świetna książka), w dziwactwo posługujące się wydawaniem skomplikowanych melodii w celu porozumiewania się, w niewolnika owadopodobnych istot zwanych "Panami", itp. Autor opisał te wszystkie obce dziwności ze smakiem i wyobraźnią, tworząc całe rozległe systemy filozoficzne, którymi te wszystkie istoty się posługiwały. Widać też fascynację autora Tarotem (w końcu napisał też kiedyś trylogię "Tarot"), kult religijny oparty na kartach tarota i wróżeniu z nich rozprzestrzenił się w różnych formach na całą galaktykę. W jednym miejscu pojawia się dodatkowo uwaga pachnąca Danikenem, a pod koniec książki, gdy główny bohater i przedstawiciele innych ras rozumnych przeszukują ruiny Starożytnych (cholernie oklepany motyw z pradawną, wszechkosmiczną cywilizacją, po której pozostało tylko gdzieniegdzie co nieco niezrozumiałych artefaktów i okruchów przepotężnych technologii, ale jak zwykle fajny), mamy namiastkę kryminału, gdy członkowie grupy zaczynają po kolei ginąć. Zakończenie jest niejednoznaczne, jak się okazuje, tropiąca głównego bohatera agentka obcej galaktyki, obdarzona równie potężną aurą Kirliana, co on sam, nie jest w sumie tym, za kogo czytelnik mógłby ją wziąć, opierając się na skąpo udzielanych informacjach przez autora na wcześniejszych stronach książki.
Reasumując, polecam, klasyk, który się nie zestarzał.
piątek, 1 czerwca 2012
Odpryski IV
1) Nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi, gdy zajmuje się wolne miejsce w przedziale. Kto wie, czy mile wyglądająca młoda kobieta siedząca naprzeciwko nie ma skłonności sadystycznych, a brodaty staruszek drzemiący koło okna nie jest brodatym staruszkiem.
Tak czy siak, czasem przytrafić się może podróżnemu coś zupełnie dziwacznego. Wyobraźcie sobie świecką wersję typowej "panny oazowej" (bluzka rozmiar za duża w jakimś oczojebnym kolorze, getry, sandały, charakterystyczny wyraz twarzy - między uniesieniem religijnym, wytrzeszczem i "oo, faktycznie duży, ale do czego służy?"), która dosiadła się koło mnie, gdyż tam było wolne.
Pociąg dowlókł się do miejsca docelowego, wysiadam, a ona pochyla się do mnie i mówi: "Niech pan uważa z słuchaniem głośnej muzyki". Najwyraźniej słuchałem głośniej niż zazwyczaj, a może tylko siedząca ze mną ucho w ucho troskliwa koleżanka przestraszyła się np. refrenu tego? Tak czy siak, podziękowałem rzecz jasna za troskliwość.
Tymczasem też obok mnie, z drugiej strony, siedział jakiś zarośnięty typ, przypominający jako żywo Hakim Beya. Co jakiś czas poruszał wargami żywo przy tym gestykulując, ew. nagle załamywał ręce lub rozglądał się po przedziale nieobecnym wzrokiem.
Za to z rok temu chyba jechałem pociągiem z jakimś miłym starszym gościem, któremu zebrało się na zwierzenia i wspomnienia z czasów IIWŚ, jak był na robotach w Reichu, itp. Po 10 minutach wyłączyłem się, potakując tylko i okazując zainteresowanie w losowych momentach.
2) Pogrzeby są smętne i dołujące, szczególnie, gdy poczciwy, porządny człowiek umarł nagle w wieku 45 lat, a rozmawiało się z nim jeszcze kilka dni wcześniej. Gdy zostawił żonę i córkę. Trumna opuszczona do błotnistej, gliniastej, rozpływającej się ziemi sprawia wyjątkowo ponure wrażenie. Szkoda, wielka szkoda, zmarły był wspaniałym sąsiadem, zawsze uczynnym i chętnym do bezinteresownej pomocy. Najprędzej zabiło go życie jako takie - nadmiar problemów w życiu osobistym, rodzinnym, zawodowym. 28 maja świeciło słońce, dziś zaś padał deszcz. A cmentarz batowicki jest ogromnym kompleksem, prawie się zgubiłem, szukając kaplicy (na teren cmentarza wszedłem boczną furtką na drugim końcu całego kompleksu, bo tak miałem bliżej idąc z autobusu).
3) Androidy śnią o elektrycznych owcach, a internetowi radykałowie śnią o projektowaniu ogrodów.
Tak czy siak, czasem przytrafić się może podróżnemu coś zupełnie dziwacznego. Wyobraźcie sobie świecką wersję typowej "panny oazowej" (bluzka rozmiar za duża w jakimś oczojebnym kolorze, getry, sandały, charakterystyczny wyraz twarzy - między uniesieniem religijnym, wytrzeszczem i "oo, faktycznie duży, ale do czego służy?"), która dosiadła się koło mnie, gdyż tam było wolne.
Pociąg dowlókł się do miejsca docelowego, wysiadam, a ona pochyla się do mnie i mówi: "Niech pan uważa z słuchaniem głośnej muzyki". Najwyraźniej słuchałem głośniej niż zazwyczaj, a może tylko siedząca ze mną ucho w ucho troskliwa koleżanka przestraszyła się np. refrenu tego? Tak czy siak, podziękowałem rzecz jasna za troskliwość.
Tymczasem też obok mnie, z drugiej strony, siedział jakiś zarośnięty typ, przypominający jako żywo Hakim Beya. Co jakiś czas poruszał wargami żywo przy tym gestykulując, ew. nagle załamywał ręce lub rozglądał się po przedziale nieobecnym wzrokiem.
Za to z rok temu chyba jechałem pociągiem z jakimś miłym starszym gościem, któremu zebrało się na zwierzenia i wspomnienia z czasów IIWŚ, jak był na robotach w Reichu, itp. Po 10 minutach wyłączyłem się, potakując tylko i okazując zainteresowanie w losowych momentach.
2) Pogrzeby są smętne i dołujące, szczególnie, gdy poczciwy, porządny człowiek umarł nagle w wieku 45 lat, a rozmawiało się z nim jeszcze kilka dni wcześniej. Gdy zostawił żonę i córkę. Trumna opuszczona do błotnistej, gliniastej, rozpływającej się ziemi sprawia wyjątkowo ponure wrażenie. Szkoda, wielka szkoda, zmarły był wspaniałym sąsiadem, zawsze uczynnym i chętnym do bezinteresownej pomocy. Najprędzej zabiło go życie jako takie - nadmiar problemów w życiu osobistym, rodzinnym, zawodowym. 28 maja świeciło słońce, dziś zaś padał deszcz. A cmentarz batowicki jest ogromnym kompleksem, prawie się zgubiłem, szukając kaplicy (na teren cmentarza wszedłem boczną furtką na drugim końcu całego kompleksu, bo tak miałem bliżej idąc z autobusu).
3) Androidy śnią o elektrycznych owcach, a internetowi radykałowie śnią o projektowaniu ogrodów.
środa, 30 maja 2012
Aldous Huxley "Nowy wspaniały świat"
(Zawsze zastanawiało mnie, czemu w polskim tytule nie ma w nazwie przecinka pomiędzy "nowy" a "wspaniały".)
Klasyczna dystopia, która nie zestarzała się, ba, można tylko przyklasnąć autorowi przenikliwego spojrzenia na rzeczywistość i przewidywania pewnych trendów.
Mamy więc wizje globalnego państwa, w którym rządzi przede wszystkim konsumpcja - konsumpcja zaprogramowana od góry do dołu, od najmłodszych lat życia człowieka aż do jego śmierci (zaprogramowana do tego stopnia, że ludzi się hoduje przy pomocy inżynierii genetycznej, chociaż autor tego określenia nie używa, pojęcia takie jak "ojciec", "matka" są obraźliwe, itp; poza tym od samego początku ludzi hoduje się z myślą o umieszczeniu ich w określonym miejscu społeczeństwa kastowego - najniższe warstwy są wręcz specjalnie upośledzane umysłowo; pranie mózgu jest powszechne i zaczyna się jeszcze w okresie niemowlęctwa w wielkich ośrodkach), człowiek nie może myśleć samodzielnie, jako hodowany element panującego systemu ma być tylko trybikiem niezdolnym do (nadmiaru) samodzielnej refleksji, a żeby przypadkiem nie miał kiedy pomyśleć, organizuje się jego wolny czas w ten sposób, żeby praktycznie nigdy nie był sam na sam ze swoimi myślami, i żeby zajmował go tylko płytki hedonizm i równie płytkie rozrywki, jak czuciofilmy. Jest jeszcze Soma, narkotyk, który podaje się nawet dzieciom.
Nigdy nie byłem zwolennikiem patrzenia na dzieła przeszłości przez pryzmat myśli i analiz ludzi żyjących nieraz wiele lat po twórcy danego dzieła, jednak nie sposób nie zauważyć w "Nowym wspaniałym świecie" elementów sensu stricte baudrillardowskich, przy uwzględnieniu nawiązań do Deborda czy Hakim Beya. Nowy, wspaniały świat to spektakl zintegrowany - system kapitalistyczny dotarł do miejsca, w którym podporządkował sobie nawet życie ludzie jako takie, hoduje ludzi jako swoich niewolników, posłuszne elementy machiny. Zło (oraz, uogólniając, to co "inne" w tym świecie) zostało werbalnie wyrugowane - dlatego tym bardziej przeraża i fascynuje tych, którzy się z nim stykają (końcówka książki, gdy do Dzikusa przybywają ludzie), system kapitalistyczny próbuje z jednej strony wchłonąć wszelką inność (albo z pozycji czysto konsumenckich, komercyjnych - stara prawda, kapitalizm sprzedaje (w naszym świecie zazwyczaj jako dobra luksusowe) to, co sam zniszczył, z drugiej strony - próbuje ją wyrugować ze swojego świata, nierzadko wykorzystując do tego celu ksenofobię (istnieją wydzielone rezerwaty ludności "niecywilizowanej", rozmnażającej się płciowo, itd, enklawy starego świata, które jednak zdegenerowały się do pierwotnego trybalizmu, wytworzyła się kultura eklektyczna, łącząca w sobie wiele wspomnień po starym świecie, np. uznająca Jezusa za jedno z bóstw plemiennych na równi ze zwierzętami totemistycznymi, będące czymś w rodzaju skansenu i zoo dla zwiedzających z "cywilizowanego" świata.). Nie wiem, co autor chciał przekazać przez nadanie niektórym bohaterom nazwisk Marks czy Bakunin lub imion jak Lenina, tym bardziej, że czas liczy się od nowa, od początku Ery Forda. Tak czy siak, wracając do Baudrillarda, kolejny przykład na wchłonięcie radykalizmu antykapitalistycznego przez kapitalizm.
Sama książka posłużyła za źródło inspiracji dla wielu innych autorów - od Raya Bradbury'ego (zwalcza się to, co pozostało z kultury i sztuki sprzed Ery Forda), przez filmowe antyutopie ("Equilibrum", gdzie rządzący światem nie przestrzegali tego, co sami wprowadzili) po architektów NWO lol.
Innym wątkiem, ale włączonym w główny wątek fabularny jest "szok kulturowy" jaki doświadcza przybysz z rezerwatu, syn zaginionej Bety Minus i Alfy cośtam, który mając w pamięci opowieści matki o wspaniałym świecie, z jakiego przybyła, bardzo szybko weryfikuje te wizje. Pojawia się też wątek jednostek potrafiących myśleć samodzielnie - to, co się z nimi dzieje, przypomina mi nieco "Limes inferior" Zajdla, gdzie proponowało się im udział w rządzeniu światem - tutaj mają to wyboru albo to, albo zesłanie na wybraną przez siebie wyspę.
Książkę polecam, fascynująca. Np. u Najgorszego Pracodawcy 2012 można dostać.
Klasyczna dystopia, która nie zestarzała się, ba, można tylko przyklasnąć autorowi przenikliwego spojrzenia na rzeczywistość i przewidywania pewnych trendów.
Mamy więc wizje globalnego państwa, w którym rządzi przede wszystkim konsumpcja - konsumpcja zaprogramowana od góry do dołu, od najmłodszych lat życia człowieka aż do jego śmierci (zaprogramowana do tego stopnia, że ludzi się hoduje przy pomocy inżynierii genetycznej, chociaż autor tego określenia nie używa, pojęcia takie jak "ojciec", "matka" są obraźliwe, itp; poza tym od samego początku ludzi hoduje się z myślą o umieszczeniu ich w określonym miejscu społeczeństwa kastowego - najniższe warstwy są wręcz specjalnie upośledzane umysłowo; pranie mózgu jest powszechne i zaczyna się jeszcze w okresie niemowlęctwa w wielkich ośrodkach), człowiek nie może myśleć samodzielnie, jako hodowany element panującego systemu ma być tylko trybikiem niezdolnym do (nadmiaru) samodzielnej refleksji, a żeby przypadkiem nie miał kiedy pomyśleć, organizuje się jego wolny czas w ten sposób, żeby praktycznie nigdy nie był sam na sam ze swoimi myślami, i żeby zajmował go tylko płytki hedonizm i równie płytkie rozrywki, jak czuciofilmy. Jest jeszcze Soma, narkotyk, który podaje się nawet dzieciom.
Nigdy nie byłem zwolennikiem patrzenia na dzieła przeszłości przez pryzmat myśli i analiz ludzi żyjących nieraz wiele lat po twórcy danego dzieła, jednak nie sposób nie zauważyć w "Nowym wspaniałym świecie" elementów sensu stricte baudrillardowskich, przy uwzględnieniu nawiązań do Deborda czy Hakim Beya. Nowy, wspaniały świat to spektakl zintegrowany - system kapitalistyczny dotarł do miejsca, w którym podporządkował sobie nawet życie ludzie jako takie, hoduje ludzi jako swoich niewolników, posłuszne elementy machiny. Zło (oraz, uogólniając, to co "inne" w tym świecie) zostało werbalnie wyrugowane - dlatego tym bardziej przeraża i fascynuje tych, którzy się z nim stykają (końcówka książki, gdy do Dzikusa przybywają ludzie), system kapitalistyczny próbuje z jednej strony wchłonąć wszelką inność (albo z pozycji czysto konsumenckich, komercyjnych - stara prawda, kapitalizm sprzedaje (w naszym świecie zazwyczaj jako dobra luksusowe) to, co sam zniszczył, z drugiej strony - próbuje ją wyrugować ze swojego świata, nierzadko wykorzystując do tego celu ksenofobię (istnieją wydzielone rezerwaty ludności "niecywilizowanej", rozmnażającej się płciowo, itd, enklawy starego świata, które jednak zdegenerowały się do pierwotnego trybalizmu, wytworzyła się kultura eklektyczna, łącząca w sobie wiele wspomnień po starym świecie, np. uznająca Jezusa za jedno z bóstw plemiennych na równi ze zwierzętami totemistycznymi, będące czymś w rodzaju skansenu i zoo dla zwiedzających z "cywilizowanego" świata.). Nie wiem, co autor chciał przekazać przez nadanie niektórym bohaterom nazwisk Marks czy Bakunin lub imion jak Lenina, tym bardziej, że czas liczy się od nowa, od początku Ery Forda. Tak czy siak, wracając do Baudrillarda, kolejny przykład na wchłonięcie radykalizmu antykapitalistycznego przez kapitalizm.
Sama książka posłużyła za źródło inspiracji dla wielu innych autorów - od Raya Bradbury'ego (zwalcza się to, co pozostało z kultury i sztuki sprzed Ery Forda), przez filmowe antyutopie ("Equilibrum", gdzie rządzący światem nie przestrzegali tego, co sami wprowadzili) po architektów NWO lol.
Innym wątkiem, ale włączonym w główny wątek fabularny jest "szok kulturowy" jaki doświadcza przybysz z rezerwatu, syn zaginionej Bety Minus i Alfy cośtam, który mając w pamięci opowieści matki o wspaniałym świecie, z jakiego przybyła, bardzo szybko weryfikuje te wizje. Pojawia się też wątek jednostek potrafiących myśleć samodzielnie - to, co się z nimi dzieje, przypomina mi nieco "Limes inferior" Zajdla, gdzie proponowało się im udział w rządzeniu światem - tutaj mają to wyboru albo to, albo zesłanie na wybraną przez siebie wyspę.
Książkę polecam, fascynująca. Np. u Najgorszego Pracodawcy 2012 można dostać.
niedziela, 27 maja 2012
Bohdan Petecki "Operacja Wieczność"
Kolejny klasyk z serii "Fantastyka - przygoda" z "Iskier". trzecia książka Peteckiego, jaką czytałem.
Fabuła przywodzi na myśl odległe skojarzenia z filmem "6 dzień", które jednak szybko okazują się być dosyć przypadkowymi.
Trzecia książka Peteckiego, jaką miałem przyjemność czytać, jak na razie wszystkie mają element wspólny - główny bohater to jednostka z zadatkami na wybitną, typ nie godzący się na to, co się dzieje, lub godzący się, ale pozostający wewnętrznie suwerenny, taki anarcha trochę.
Tym razem mamy kosmonautę żyjącego w świecie przyszłości, gdy wymyślono genofory - pakiety genów i zapis pamięci, aktualizowane na bieżąco co jakiś czas, z których w razie śmierci danej osoby odtwarza się ją. W ten sposób ustanowiono tytułową wieczność.
Główny bohater ma jednak wątpliwości, spotęgowane po tym, jak w wypadku ginie jego dziewczyna, która następnie zostaje "rehabilitowana". Dan odchodzi od jej klona, targany emocjami zgadza się w końcu na zapis z siebie, po czym pozoruje własną śmierć, przez co jest już ich dwóch. Gdy pierwszy leci w kosmos z arcyważną i tajną misją, drugi zostaje na Ziemi.
Myślałem, że więcej w fabule będzie o zbuntowanym pantomacie. Dan leci gdzieś w przestrzeń, by sprawdzić, co stało się z jednym z kilku banków całej ludzkiej wiedzy, dla bezpieczeństwa umieszczonym hen w przestrzeni. Na miejscu okazuje się, że urządzenie albo zostało przez kogoś/coś przeprogramowane, albo uzyskało samoświadomość. Wątek ten został przez autora szybko jednak porzucony, a fabuła wraca na tor rozmyślań o zasadności osiągnięcia nieśmiertelności i etyczne zagadnienia związane z kwestą odtwarzania zmarłych. I tak, główny bohater głownie rozmyśla, szorstko obnosi się ze sim niezadowoleniem, wreszcie przy próbie zabicia siebie i klona sam ginie, i zostaje odtworzony. W międzyczasie pojawia się jeszcze jedna kobieta i tworzy się ogólny galimatias. A dlaczego ludzie przestali chodzić po górach? Po nieśmiertelność zabiła żądzę ryzyka, co to za ryzyko upadku ze skały, skoro łatwo można "odżyć".
Pomysł i wykonanie dobre, ale (zapewne z racji czasów, w jakich powstała - lub z racji na nieznane mi poglądy samego autora) czegoś zabrakło. A dokładnie - głębi w podjętych przez autora rozważaniach. Nie ma ani jednej koncepcji związanej z duszą (co się z nią dzieje, czy klon pośmiertny ją posiada;), autor nie wpadł też na pomysł postawienia i rozwiązania kilku fascynujących problemów - co by się stało, gdyby jakiś klon zechciał odrzucić pamięć siebie samego sprzed śmierci, i uznał się za zupełnie "nową" osobę, itd.
Mimo tych niedociągnięć książka trzyma poziom.
Fabuła przywodzi na myśl odległe skojarzenia z filmem "6 dzień", które jednak szybko okazują się być dosyć przypadkowymi.
Trzecia książka Peteckiego, jaką miałem przyjemność czytać, jak na razie wszystkie mają element wspólny - główny bohater to jednostka z zadatkami na wybitną, typ nie godzący się na to, co się dzieje, lub godzący się, ale pozostający wewnętrznie suwerenny, taki anarcha trochę.
Tym razem mamy kosmonautę żyjącego w świecie przyszłości, gdy wymyślono genofory - pakiety genów i zapis pamięci, aktualizowane na bieżąco co jakiś czas, z których w razie śmierci danej osoby odtwarza się ją. W ten sposób ustanowiono tytułową wieczność.
Główny bohater ma jednak wątpliwości, spotęgowane po tym, jak w wypadku ginie jego dziewczyna, która następnie zostaje "rehabilitowana". Dan odchodzi od jej klona, targany emocjami zgadza się w końcu na zapis z siebie, po czym pozoruje własną śmierć, przez co jest już ich dwóch. Gdy pierwszy leci w kosmos z arcyważną i tajną misją, drugi zostaje na Ziemi.
Myślałem, że więcej w fabule będzie o zbuntowanym pantomacie. Dan leci gdzieś w przestrzeń, by sprawdzić, co stało się z jednym z kilku banków całej ludzkiej wiedzy, dla bezpieczeństwa umieszczonym hen w przestrzeni. Na miejscu okazuje się, że urządzenie albo zostało przez kogoś/coś przeprogramowane, albo uzyskało samoświadomość. Wątek ten został przez autora szybko jednak porzucony, a fabuła wraca na tor rozmyślań o zasadności osiągnięcia nieśmiertelności i etyczne zagadnienia związane z kwestą odtwarzania zmarłych. I tak, główny bohater głownie rozmyśla, szorstko obnosi się ze sim niezadowoleniem, wreszcie przy próbie zabicia siebie i klona sam ginie, i zostaje odtworzony. W międzyczasie pojawia się jeszcze jedna kobieta i tworzy się ogólny galimatias. A dlaczego ludzie przestali chodzić po górach? Po nieśmiertelność zabiła żądzę ryzyka, co to za ryzyko upadku ze skały, skoro łatwo można "odżyć".
Pomysł i wykonanie dobre, ale (zapewne z racji czasów, w jakich powstała - lub z racji na nieznane mi poglądy samego autora) czegoś zabrakło. A dokładnie - głębi w podjętych przez autora rozważaniach. Nie ma ani jednej koncepcji związanej z duszą (co się z nią dzieje, czy klon pośmiertny ją posiada;), autor nie wpadł też na pomysł postawienia i rozwiązania kilku fascynujących problemów - co by się stało, gdyby jakiś klon zechciał odrzucić pamięć siebie samego sprzed śmierci, i uznał się za zupełnie "nową" osobę, itd.
Mimo tych niedociągnięć książka trzyma poziom.
piątek, 25 maja 2012
"Pocket Tanks Deluxe"
Dawno, dawno temu była sobie gra "Castle". Opierała się na banalnym pomyśle, genialnym w swojej prostocie - są dwa zamki, z których następuje ostrzał przeciwnika. Ustawiało się tam bodaj kąt armaty i silę, ten gracz, kogo zamek się rozpadł pierwszy, przegrywał.
Lub coś w tym stylu, nie widziałem tej gry od baaaaardzo dawna.
Było rzecz jasna wiele mutacji tejże gry, opierających się na tym samym pomyśle, z czego najlepiej pamiętam dwóch king-kongów stojących na wieżowcach i rzucających czymś w siebie.
"Pocket Tanks" to kolejna mutacja. Zamiast zamków są czołgi - mogą się poruszać - do 4 ruchów na grę, lufę można obracać dookoła czołgu niczym koło młyńskie, plansze są zróżnicowane. Ustawia się siłę, z jaką strzelamy w przeciwnika. Można pogrzebać w ustawieniach, włączyć sobie np. wiatr, wpływający na trajektorię lotu pocisków.
Największym plusem gry jest jednak ogrom broni, które gracze wybierają na przemian przed rozpoczęciem gry (jedna gra trwa z 10 rund, nie pamiętam, nie zwracałem na to w sumie uwagi :D). Jeśli pościąga i doinstaluje się wszystkie dostępne dodatki, to broni będzie... 250. A to bardzo duża pula, z której gra wybiera losowo bronie do wyboru przez graczy przed każdą grą.
A jakie to bronie? Najróżniejsze i najdziwniejsze. Od zwykłych pocisków czołgowych, przez kupy błota, meteoryty, broń nuklearną, lasery, naprowadzanie dla UFO, wybuchowe robaki, kule armatnie, cytrynę, tarcze, bunkry, rozlewający się klej lub substancja odbijająca lecące pociski, itp, itd, etc - naprawdę ciężko nawet pokrótce opisać ten przebogaty arsenał.
Czołg nie ma HP, każde trafienie nabija graczowi punkty, różne bronie dają różne ilości punktów (od symbolicznych po gargantuiczne), niektóre nie dodają punktów, robią coś innego, np. zakopują czołg przeciwnika w ziemi lub rozpościerają tarcze nad czołgiem gracza.
Siła "czołgów" tkwi w multiplayerze. Można grać w dwóch na jednym kompie lub dwóch przez sieć lokalną (np. popularne Hamachii). Nigdy się nie zdarzyło, żeby jakaś rozgrywka była taka sama jak inna, i w tym tkwi największa zaleta, sprawiająca, że ta mała i nieskomplikowana gierka jest niewiarygodnie grywalna.
Lub coś w tym stylu, nie widziałem tej gry od baaaaardzo dawna.
Było rzecz jasna wiele mutacji tejże gry, opierających się na tym samym pomyśle, z czego najlepiej pamiętam dwóch king-kongów stojących na wieżowcach i rzucających czymś w siebie.
"Pocket Tanks" to kolejna mutacja. Zamiast zamków są czołgi - mogą się poruszać - do 4 ruchów na grę, lufę można obracać dookoła czołgu niczym koło młyńskie, plansze są zróżnicowane. Ustawia się siłę, z jaką strzelamy w przeciwnika. Można pogrzebać w ustawieniach, włączyć sobie np. wiatr, wpływający na trajektorię lotu pocisków.
Największym plusem gry jest jednak ogrom broni, które gracze wybierają na przemian przed rozpoczęciem gry (jedna gra trwa z 10 rund, nie pamiętam, nie zwracałem na to w sumie uwagi :D). Jeśli pościąga i doinstaluje się wszystkie dostępne dodatki, to broni będzie... 250. A to bardzo duża pula, z której gra wybiera losowo bronie do wyboru przez graczy przed każdą grą.
A jakie to bronie? Najróżniejsze i najdziwniejsze. Od zwykłych pocisków czołgowych, przez kupy błota, meteoryty, broń nuklearną, lasery, naprowadzanie dla UFO, wybuchowe robaki, kule armatnie, cytrynę, tarcze, bunkry, rozlewający się klej lub substancja odbijająca lecące pociski, itp, itd, etc - naprawdę ciężko nawet pokrótce opisać ten przebogaty arsenał.
Czołg nie ma HP, każde trafienie nabija graczowi punkty, różne bronie dają różne ilości punktów (od symbolicznych po gargantuiczne), niektóre nie dodają punktów, robią coś innego, np. zakopują czołg przeciwnika w ziemi lub rozpościerają tarcze nad czołgiem gracza.
Siła "czołgów" tkwi w multiplayerze. Można grać w dwóch na jednym kompie lub dwóch przez sieć lokalną (np. popularne Hamachii). Nigdy się nie zdarzyło, żeby jakaś rozgrywka była taka sama jak inna, i w tym tkwi największa zaleta, sprawiająca, że ta mała i nieskomplikowana gierka jest niewiarygodnie grywalna.
wtorek, 22 maja 2012
Jacek Dukaj "Lód"
Dukaj. W sumie wystarczyłoby spojrzeć na nazwisko autora, wystarczyłoby to spokojnie za recenzję. Nie czytałem dużo Dukaja. Pierwsze wydanie "Xavrasa Wyżryna" (jeszcze SuperNOWA, swoją drogą, słabo, że w nowszym nie ma "Zanim noc"), potem szaloną książkę o pomieszanym świecie platońskich idei (tytułu zapomniałem niestety), i to w sumie tyle, ale wystarczyło, żebym został fanem tego autora. Fanem to może jednak za dużo powiedziane - osobą patrzącą na jego twórczość z modyfikatorem reakcji +10.
Akurat jest w Krakowie gorąco jak jasna cholera, i tak też było dziś (rzut okiem na ekran laptopa, a dokładnie na prawy dolny róg - umh, wczoraj), jak skończyłem czytać. Nie było łatwo przebić się przez taką cegłę (ponad 1000 stron), musiałem przedłużać termin wypożyczenia książki w bibliotece, ale tak czy siak, było warto.
No dobra, uwaga na spoilery.
Książka opowiada o Benedykcie Gierosławskim, młodym matematyku, studencie, żyjącym w Warszawie. W sumie zapomniałem jaki to był rok, ale jest po 1920. Świat wygląda zupełnie inaczej, niż znamy to z historii. Nie było rewolucji, wielkie cesarstwa europejskie nadal istnieją. Dmowski nie żyje, Piłsudski rozbija się z partyzantką na Syberii, będąc na usługach Japonii, toczącej akurat z Carstwem Rosyjskim wojnę, niepodległej Polski nie ma.
Eurazja, a w każdym razie od Polski po Kamczatkę, skuta jest Lodem. Coś kiedyś pierdyknęło srogo na Syberii (Meteoryt tunguski, joł), i rozlazła się zmarzlina jakiej świat nie widział. Zmarzlina żywa - chociaż ciężko powiedzieć, czy i jak Lute, istoty zrodzone z lodu, żyły i jak żyły. Poruszały się na lądzie, wodzie i w powietrzu, przemrażały się przez ściany budynków, tworzyły całe skupiska zwane Soplicowami. Poruszały się bardzo powoli, ale jednak.
Świat podzielił się wręcz na rozmemłane, chaotyczne Lato, i wyregulowany Lód, gdzie nawet Prawda jako taka "zamarzła", i gdzie nie można było kłamać o sobie, tzn. działały jakieś szalone prawa logiki determinujące "zamarznięcie" w określonej przybranej postaci.
Pojawiły się też nowe minerały Lodowe - zbudowano z nich całą nową Tablicę Mendelejewa. Ćmiatło, przeciwieństwo światła. Teslektryczność - przeciwieństwo elektryczności, nad którym eksperymentował Tesla, ściągnięty na Syberię przez samego Batiuszkę Cara, w celu wykonania pewnego zadania. Puch złoty. Zimnazo, tungeryt, z których wykonywano konstrukcje przeczące swoim istnieniem prawa klasycznej fizyki.
Lód sprowadził na Ziemię, na terenach przez siebie zajętych, zupełnie inną rzeczywistość.
Tak czy siak, odyseja głównego bohatera zaczyna się, gdy przedstawiciele Ministerstwa Zimy każą mu zbierać dupę w troki i spieprzać na Syberię, aby znaleźć tam ojca - zesłańca, o którym krążą pogłoski, że potrafi rozmawiać z Lutymi.
Odpowiednio więc nakierowany mógłby "rozmrozić" Historię, zamarłą pod Lodem.
Dukajowej metafizyki, ciągnących się całymi setkami stron rozkmin filozoficznych na najróżniejsze tematy, zagadnień z logiki, matematyki, rozbebeszania podstaw istoty bytu, jest tu pełno, tak ogromnie wręcz, że niektórzy zostaną od książki odrzuceni. Tak czy siak, sama akcja, mimo tego, że nie toczy się jakoś szczególnie wartko (co nie znaczy, że nie ma efektownych pościgów, katastrof, rewolucji, a trup nie ściele się gęsto), to jednak trzyma w napięciu, a losy głównego bohatera są tym bardziej ciekawe, że jest to postać cały czas szukająca siebie w życiu, i życia w życiu, Benedykt uważał się za "nieistniejącego". Domniemane nieistnienie nie uchroniło go jednak, jeszcze zanim dotarł do Irkucka, przez wplątaniem się w ogromne ilości spisków politycznych i religijnych. Koterie na cesarskim dworze, zwolennicy zniszczenia Lodu i jego utrzymania, radykałowie wszystkich możliwych maści (trockiści, leniniści, demokraci, eserowcy, narodowcy, zwolennicy niepodległości Syberii, monarchiści, anarchiści, fiodorowcy [ci od powszechnego wskrzeszenia], itd, itp, etc.), kilkanaście wzajemnie zwalczających się sekt Marcynowców, z Rasputinem na czele (brawa dla autora za fenomenalne sportretowanie rosyjskiego ducha religijnego szaleństwa), a także liczne osoby prywatne, każdy albo chciał przekabacić Syna Mroza na swoją stronę - albo go zabić. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Dochodzi do tego niespełniona miłość (lub raczej nieuświadomiona), wierzenia i praktyki szamańskie rdzennych ludów syberyjskich (przedstawione tak, że sam Eliade by się nie powstydził), zawieruchy w środowisku fabrykantów....
Dawno nie czytałem książki, gdzie naprawdę niesamowity świat przedstawiony byłby przedstawiony z taką pieczołowitością. No ale ilość zapisanych stron zobowiązuje. Czego w tej książce nie ma. Prawdy życiowe zamrożone, prawdy o świecie, swobodna wariacja na różne różnorodne tematy. No fantastyczna nomen omen sprawa. A autor pisał to wszystko na dodatek w narracji pierwszoosobowej z pozycji Benedykta, językiem stylizowanym na język z epoki. Polecam serdecznie, polecam gorąco (tak, otiepielnicy FTW).
Akurat jest w Krakowie gorąco jak jasna cholera, i tak też było dziś (rzut okiem na ekran laptopa, a dokładnie na prawy dolny róg - umh, wczoraj), jak skończyłem czytać. Nie było łatwo przebić się przez taką cegłę (ponad 1000 stron), musiałem przedłużać termin wypożyczenia książki w bibliotece, ale tak czy siak, było warto.
No dobra, uwaga na spoilery.
Książka opowiada o Benedykcie Gierosławskim, młodym matematyku, studencie, żyjącym w Warszawie. W sumie zapomniałem jaki to był rok, ale jest po 1920. Świat wygląda zupełnie inaczej, niż znamy to z historii. Nie było rewolucji, wielkie cesarstwa europejskie nadal istnieją. Dmowski nie żyje, Piłsudski rozbija się z partyzantką na Syberii, będąc na usługach Japonii, toczącej akurat z Carstwem Rosyjskim wojnę, niepodległej Polski nie ma.
Eurazja, a w każdym razie od Polski po Kamczatkę, skuta jest Lodem. Coś kiedyś pierdyknęło srogo na Syberii (Meteoryt tunguski, joł), i rozlazła się zmarzlina jakiej świat nie widział. Zmarzlina żywa - chociaż ciężko powiedzieć, czy i jak Lute, istoty zrodzone z lodu, żyły i jak żyły. Poruszały się na lądzie, wodzie i w powietrzu, przemrażały się przez ściany budynków, tworzyły całe skupiska zwane Soplicowami. Poruszały się bardzo powoli, ale jednak.
Świat podzielił się wręcz na rozmemłane, chaotyczne Lato, i wyregulowany Lód, gdzie nawet Prawda jako taka "zamarzła", i gdzie nie można było kłamać o sobie, tzn. działały jakieś szalone prawa logiki determinujące "zamarznięcie" w określonej przybranej postaci.
Pojawiły się też nowe minerały Lodowe - zbudowano z nich całą nową Tablicę Mendelejewa. Ćmiatło, przeciwieństwo światła. Teslektryczność - przeciwieństwo elektryczności, nad którym eksperymentował Tesla, ściągnięty na Syberię przez samego Batiuszkę Cara, w celu wykonania pewnego zadania. Puch złoty. Zimnazo, tungeryt, z których wykonywano konstrukcje przeczące swoim istnieniem prawa klasycznej fizyki.
Lód sprowadził na Ziemię, na terenach przez siebie zajętych, zupełnie inną rzeczywistość.
Tak czy siak, odyseja głównego bohatera zaczyna się, gdy przedstawiciele Ministerstwa Zimy każą mu zbierać dupę w troki i spieprzać na Syberię, aby znaleźć tam ojca - zesłańca, o którym krążą pogłoski, że potrafi rozmawiać z Lutymi.
Odpowiednio więc nakierowany mógłby "rozmrozić" Historię, zamarłą pod Lodem.
Dukajowej metafizyki, ciągnących się całymi setkami stron rozkmin filozoficznych na najróżniejsze tematy, zagadnień z logiki, matematyki, rozbebeszania podstaw istoty bytu, jest tu pełno, tak ogromnie wręcz, że niektórzy zostaną od książki odrzuceni. Tak czy siak, sama akcja, mimo tego, że nie toczy się jakoś szczególnie wartko (co nie znaczy, że nie ma efektownych pościgów, katastrof, rewolucji, a trup nie ściele się gęsto), to jednak trzyma w napięciu, a losy głównego bohatera są tym bardziej ciekawe, że jest to postać cały czas szukająca siebie w życiu, i życia w życiu, Benedykt uważał się za "nieistniejącego". Domniemane nieistnienie nie uchroniło go jednak, jeszcze zanim dotarł do Irkucka, przez wplątaniem się w ogromne ilości spisków politycznych i religijnych. Koterie na cesarskim dworze, zwolennicy zniszczenia Lodu i jego utrzymania, radykałowie wszystkich możliwych maści (trockiści, leniniści, demokraci, eserowcy, narodowcy, zwolennicy niepodległości Syberii, monarchiści, anarchiści, fiodorowcy [ci od powszechnego wskrzeszenia], itd, itp, etc.), kilkanaście wzajemnie zwalczających się sekt Marcynowców, z Rasputinem na czele (brawa dla autora za fenomenalne sportretowanie rosyjskiego ducha religijnego szaleństwa), a także liczne osoby prywatne, każdy albo chciał przekabacić Syna Mroza na swoją stronę - albo go zabić. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Dochodzi do tego niespełniona miłość (lub raczej nieuświadomiona), wierzenia i praktyki szamańskie rdzennych ludów syberyjskich (przedstawione tak, że sam Eliade by się nie powstydził), zawieruchy w środowisku fabrykantów....
Dawno nie czytałem książki, gdzie naprawdę niesamowity świat przedstawiony byłby przedstawiony z taką pieczołowitością. No ale ilość zapisanych stron zobowiązuje. Czego w tej książce nie ma. Prawdy życiowe zamrożone, prawdy o świecie, swobodna wariacja na różne różnorodne tematy. No fantastyczna nomen omen sprawa. A autor pisał to wszystko na dodatek w narracji pierwszoosobowej z pozycji Benedykta, językiem stylizowanym na język z epoki. Polecam serdecznie, polecam gorąco (tak, otiepielnicy FTW).
sobota, 19 maja 2012
Noc Muzeów 2012
Dopisek 2014 - punkt widzenia zdezaktualizowany, małe przewartościowanie wartości przedstawione tutaj.
1) Muzeum PRL - ciekawa wystawa, ale muzeum małe i dopiero rozwijające się. Dobry pomysł z transportem ludzi Nyską i saturatorem z epoki (ciekawe, czy bakterie Coli były też z epoki, czy nowsze - dobra, czepiam się, może ktoś to jednak umył przed użyciem). A wystawa jako taka głównie o piłce nożnej w PRL. Niezła, sporo ciekawostek, eksponatów, ładnie zaaranżowane sale (szatnia, fragment stadionu, trzepak między blokami). Oprócz tego odtworzona meblościanka (uwielbiam meblościanki), odtworzony wystrój stereotypowego PRLowskiego "pubu" (z autentycznymi "Trybunami Ludu" z epoki wiszącymi na tych takich czymś, jak współcześnie "Wyborcza" w Maku), kilka półek z różnymi pierdołami z epoki (klocki Lego tam przedstawione nie były z epoki, lecz z pierwszej połowy lat '90, gdyż jeszcze ja sam akurat takie pamiętałem - pierdołowate ale jednak niedopatrzenie, za które Muzeum ma minus u mnie), itp. Na plus, ale pozostaje niedosyt.
2) Barbakan - radosny minimalizm - jak dla mnie fajnie zwiedzić go w środku, gdyż architektura obronna z lat dawnych ma dla mnie swój specyficzny urok, ale mimo wszystko było aż za pusto. Za to na dziedzińcu pokazy jakiś scenek rodzajowych z epoki, w stylu - dwóch rycerzy dobiera się do białogłowy, biją interweniującego mnicha, itp. Raczej wyszła z tego fragmentu, który widziałem, postmodernistyczna zabawa konwencją średniowieczną niż próba realnego odwzorowania tamtych czasów, ale skoro bardzo licznej widowni się podobało, to funkcję rozrywkową spełniło najwyraźniej dobrze.
3) Sukiennice - o tak, tego właśnie mi brakowało - trochę sztuki nie będącej jakimiś przeintelektualizowanymi popłuczynami po treści i formie, nie przeoranej szponami postmodernizmu, mającej konkretne miejsce w czasie i przestrzeni. Chociaż postmodernizm zaczął już tam wchodzić, np. w salce poświęconej słynnemu obrazowi z Rejtanem (i licznymi jego kopiami czy też odniesieniami do niego) znalazła się książka Marii Janion "Wobec zła" z Rejtanem-wampirem na okładce; abstrahując od kontekstu - którego nie znam, bo książki nie czytałem - uwagi od ilustratora, zaprezentowane w opisie obok, były na żenująco niskim poziomie - coś pomiędzy pseudo-żartobliwością rodem z "Wyborczej" czy "Krytyki Politycznej" [w przełożeniu tych pierdół z knajackiego języka samozwańczej inteligencjo-awangardy artystycznej na polski - "zrobiłem jakieś gówno, polaczki się wkurzyły, ale to dobrze, bo zostałem -we własnym mniemaniu- męczennikiem, ofiarą kato-talibanu, itp."] i nieuzasadnionym poczuciem własnej wysokiej wartości. O ile sam wampir-Rejtan nie robił jeszcze, mimo ogólnej kiczowatości, złego wrażenia, to opis położył pierwsze, niezłe, ale i niedobre, wrażenie. Za to inna zabawa postmodernistyczna zabawa konwencją, czyli odwołania do Rejtana w propagandzie "Solidarności", sprawiły dużo lepsze wrażenie, może ze względu na to, że niosły treść widoczną na pierwszy rzut oka, a nie były takim w sumie szokowaniem dla szoku (szokowanie dla szoku jest całkiem OK, jeśli coś sobą reprezentuje). (Cholera, zacząłem prawicowieć znowu czy co.).
Za to przeraził mnie poziom części zwiedzających. Jasne, nie każdy musi znać się na sztuce, sam nie jestem alfą i omegą, jak już, to, jestem znacznie bliższy omedze niż alfie, ale, na litość Quetzalcoatla, jak można nie wiedzieć, kto to był Wernyhora czy kim była Salome.
Także prezentacje multimedialne miały tendencje to zawieszania się, część tekstów była ucięta (zabrakło gdzieś przycisku "Więcej"), no ale czepiam się, kto w ogóle normalny przegląda te prezentacje.
A samej sztuki jako takiej zgromadzonej w Sukiennicach chyba nie muszę opisywać.
1) Muzeum PRL - ciekawa wystawa, ale muzeum małe i dopiero rozwijające się. Dobry pomysł z transportem ludzi Nyską i saturatorem z epoki (ciekawe, czy bakterie Coli były też z epoki, czy nowsze - dobra, czepiam się, może ktoś to jednak umył przed użyciem). A wystawa jako taka głównie o piłce nożnej w PRL. Niezła, sporo ciekawostek, eksponatów, ładnie zaaranżowane sale (szatnia, fragment stadionu, trzepak między blokami). Oprócz tego odtworzona meblościanka (uwielbiam meblościanki), odtworzony wystrój stereotypowego PRLowskiego "pubu" (z autentycznymi "Trybunami Ludu" z epoki wiszącymi na tych takich czymś, jak współcześnie "Wyborcza" w Maku), kilka półek z różnymi pierdołami z epoki (klocki Lego tam przedstawione nie były z epoki, lecz z pierwszej połowy lat '90, gdyż jeszcze ja sam akurat takie pamiętałem - pierdołowate ale jednak niedopatrzenie, za które Muzeum ma minus u mnie), itp. Na plus, ale pozostaje niedosyt.
2) Barbakan - radosny minimalizm - jak dla mnie fajnie zwiedzić go w środku, gdyż architektura obronna z lat dawnych ma dla mnie swój specyficzny urok, ale mimo wszystko było aż za pusto. Za to na dziedzińcu pokazy jakiś scenek rodzajowych z epoki, w stylu - dwóch rycerzy dobiera się do białogłowy, biją interweniującego mnicha, itp. Raczej wyszła z tego fragmentu, który widziałem, postmodernistyczna zabawa konwencją średniowieczną niż próba realnego odwzorowania tamtych czasów, ale skoro bardzo licznej widowni się podobało, to funkcję rozrywkową spełniło najwyraźniej dobrze.
3) Sukiennice - o tak, tego właśnie mi brakowało - trochę sztuki nie będącej jakimiś przeintelektualizowanymi popłuczynami po treści i formie, nie przeoranej szponami postmodernizmu, mającej konkretne miejsce w czasie i przestrzeni. Chociaż postmodernizm zaczął już tam wchodzić, np. w salce poświęconej słynnemu obrazowi z Rejtanem (i licznymi jego kopiami czy też odniesieniami do niego) znalazła się książka Marii Janion "Wobec zła" z Rejtanem-wampirem na okładce; abstrahując od kontekstu - którego nie znam, bo książki nie czytałem - uwagi od ilustratora, zaprezentowane w opisie obok, były na żenująco niskim poziomie - coś pomiędzy pseudo-żartobliwością rodem z "Wyborczej" czy "Krytyki Politycznej" [w przełożeniu tych pierdół z knajackiego języka samozwańczej inteligencjo-awangardy artystycznej na polski - "zrobiłem jakieś gówno, polaczki się wkurzyły, ale to dobrze, bo zostałem -we własnym mniemaniu- męczennikiem, ofiarą kato-talibanu, itp."] i nieuzasadnionym poczuciem własnej wysokiej wartości. O ile sam wampir-Rejtan nie robił jeszcze, mimo ogólnej kiczowatości, złego wrażenia, to opis położył pierwsze, niezłe, ale i niedobre, wrażenie. Za to inna zabawa postmodernistyczna zabawa konwencją, czyli odwołania do Rejtana w propagandzie "Solidarności", sprawiły dużo lepsze wrażenie, może ze względu na to, że niosły treść widoczną na pierwszy rzut oka, a nie były takim w sumie szokowaniem dla szoku (szokowanie dla szoku jest całkiem OK, jeśli coś sobą reprezentuje). (Cholera, zacząłem prawicowieć znowu czy co.).
Za to przeraził mnie poziom części zwiedzających. Jasne, nie każdy musi znać się na sztuce, sam nie jestem alfą i omegą, jak już, to, jestem znacznie bliższy omedze niż alfie, ale, na litość Quetzalcoatla, jak można nie wiedzieć, kto to był Wernyhora czy kim była Salome.
Także prezentacje multimedialne miały tendencje to zawieszania się, część tekstów była ucięta (zabrakło gdzieś przycisku "Więcej"), no ale czepiam się, kto w ogóle normalny przegląda te prezentacje.
A samej sztuki jako takiej zgromadzonej w Sukiennicach chyba nie muszę opisywać.
"Revolution"
Ot, co, zajawka nowego serialu BBC:
Pomysł na pierwszy rzut oka ciekawy (post-apo; do tego myśl przewodnia - żegnaj nam elektryczności - kojarzy mi się z "Autobahn nach Poznań" Ziemiańskiego, które jest jednak kilka poziomów wyżej pod względem konstrukcji świata przedstawionego niż toto), jednak całość wygląda co najmniej biednie. Ale po kolei: 1) Minęło 15 lat po wielkim "zaciemnieniu" - wszystko zarosło. Hmm, może zdążyłem pozapominać z historii już sporo szczegółów, ale nie wydaje mi się, aby przed Edisonem (i Teslą) świat był porośnięty przez dżungle, nie wiem jak to wyglądało w USA, ale w Europie rozwój techniczny i cywilizacyjny był niezły mimo nieznania elektryczności; 1b) Co ma związek z powyższym - nie wiem jeszcze, jak zostanie to wyjaśnione, ale przecież ogrom złomu w rodzaju zwykłych pistoletów czy starych samochodów bez komputerów pokładowych i elektrycznego wspomagania wszystkiego, powinien spokojnie działać mimo braku elektryczności; 1c) urządzenie pokazane na końcu trailera wydaje się być jakimś rodzajem komputera, działającego na elektryczność właśnie. Skoro więc elektryczność nie została w jakiś cudowny sposób "wymazana" z historii ludzkości i praw fizyki naszego świata, to kuhwa w czym problem zacząć odtwarzać dawne elektrownie, zaczynając od chałupniczo konstruowanych, prymitywnych generatorów? Oby to zostało jakoś fabularnie wyjaśnione. 2) Zamiast tego, co w trailerze można zobaczyć, o wiele fajniejszym rozwiązaniem byłoby przedstawienie świata steampunkowego, umieszczonego w przyszłości ziemskiej historii zamiast w alternatywnej rzeczywistości/przeszłości, jak wygląda to zazwyczaj. Powrót do sterowców, jakiś pokracznych pojazdów parowych, ale zamiast całego wiktoriańskiego "feelingu" - post-apoc falloutowe. O, i to by było coś, a nie takie niewiadomoco. Nie wróżę sukcesu temu serialowi.
Pomysł na pierwszy rzut oka ciekawy (post-apo; do tego myśl przewodnia - żegnaj nam elektryczności - kojarzy mi się z "Autobahn nach Poznań" Ziemiańskiego, które jest jednak kilka poziomów wyżej pod względem konstrukcji świata przedstawionego niż toto), jednak całość wygląda co najmniej biednie. Ale po kolei: 1) Minęło 15 lat po wielkim "zaciemnieniu" - wszystko zarosło. Hmm, może zdążyłem pozapominać z historii już sporo szczegółów, ale nie wydaje mi się, aby przed Edisonem (i Teslą) świat był porośnięty przez dżungle, nie wiem jak to wyglądało w USA, ale w Europie rozwój techniczny i cywilizacyjny był niezły mimo nieznania elektryczności; 1b) Co ma związek z powyższym - nie wiem jeszcze, jak zostanie to wyjaśnione, ale przecież ogrom złomu w rodzaju zwykłych pistoletów czy starych samochodów bez komputerów pokładowych i elektrycznego wspomagania wszystkiego, powinien spokojnie działać mimo braku elektryczności; 1c) urządzenie pokazane na końcu trailera wydaje się być jakimś rodzajem komputera, działającego na elektryczność właśnie. Skoro więc elektryczność nie została w jakiś cudowny sposób "wymazana" z historii ludzkości i praw fizyki naszego świata, to kuhwa w czym problem zacząć odtwarzać dawne elektrownie, zaczynając od chałupniczo konstruowanych, prymitywnych generatorów? Oby to zostało jakoś fabularnie wyjaśnione. 2) Zamiast tego, co w trailerze można zobaczyć, o wiele fajniejszym rozwiązaniem byłoby przedstawienie świata steampunkowego, umieszczonego w przyszłości ziemskiej historii zamiast w alternatywnej rzeczywistości/przeszłości, jak wygląda to zazwyczaj. Powrót do sterowców, jakiś pokracznych pojazdów parowych, ale zamiast całego wiktoriańskiego "feelingu" - post-apoc falloutowe. O, i to by było coś, a nie takie niewiadomoco. Nie wróżę sukcesu temu serialowi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)