Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura i sztuka i dewiacje: Komiks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura i sztuka i dewiacje: Komiks. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 czerwca 2016

Upływający czas #58

Guy N. Smith Cmentarne hieny

Dotarłem do 50 strony. Chyba najgorsza książka, jaką w życiu czytałem. Nawet w swojej kategorii (bezwartościowa pulpa tak zła, że aż zabawna) gniot gargantuiczny, wykraczający poza każdą skalę. Fatalnie napisana, jeszcze gorzej przetłumaczona i wydana. Pełna infantylnych pomysłów i idiotycznych rozwiązań.
Guyowi zdarzyło się napisać całkiem niezłe książki (cykl o krabach to taka urocza ramota, Szatański pierwiosnek [wbrew tytułowi], Fobia, Odraza), ale pierwszy tom cyklu Sabat (główny bohater jest byłym komandosem, byłym księdzem a w czasie gdy toczy się akcja jest egzorcystą-freelancerem) skutecznie zniechęca do sięgnięcia po pozostałe.
Mimo niechęci do instytucji kościoła autor powtarza każde kościelne pierdu-pierdu o złych okultystach i mrocznych kultach składających ofiary z ludzi i bezczeszczących cmentarze. Oczywiście gdzieś tam w tle pojawia się wzmianka o Crowley'u jako sataniście (gdybym miał uczucia religijne, poczułbym się przynajmniej ciut obrażony).
Na przykładzie tej książki świetnie widać, w jaki sposób zajmowana pozycja w hierarchii społecznej wpływa na własną twórczość. Nie czytałem co prawda jego autobiografii ani innych opracowań na jego temat, jednak Smith nie raz manifestował swoje poglądy na łamach swoich książek - wychodzi z nich klasyczny zielony brytyjski konserwatyzm (zdrowo, bez przemysłu i krytycznie wobec nauki; myśliwi OK), przywiązanie do pojęć i definicji wyniesionych z chrześcijaństwa. Nie raz pojawiają się na łamach jego książek postaci zdegenerowanych, brutalnych hipisów (w jednym tomie krabów był nawet hipis stalinista gwałciciel), poszanowanie dla spokojnego trybu życia na prowincji, niechęć wobec będących na drabinie społecznej niżej od niego (przykre opisy włóczęgów, robotników, bezdomnych - najbardziej jaskrawy przykład na jaki natrafiłem bodajże w Odrazie - brudna, zabiedzona nastolatka - jej nieład opisany bardzo szczegółowo - sprowadza na złą drogę przypadkowego chłopaczka z dobrej rodziny żeby zajść z nim w ciążę i tym samym otworzyć sobie drogę do wyższej klasy - nie, żeby tak się nie zdarzało naprawdę, ale niechęć autora do tej biednej dziewczyny ukształtowanej przez ciężkie warunki życia biła po oczach). Smith to taki autor horrorów dla klasy średniej, idealnie odzwierciedlający niepokoje klasy średniej swojego miejsca i czasu. Nawet epatowanie seksem i przemocą wpasowuje się idealnie w schemat - zachowania seksualne u Smitha rzadko kiedy wiążą się z normalnymi relacjami międzyludzkimi, są wykoślawione, są elementem zaburzającym zastaną rzeczywistość. Z drugiej strony w świecie w którym seksualność obudowana jest najrozmaitszymi tabu, czytanie o niej w durnych horrorach jest wentylem bezpieczeństwa dla tych, którzy sami wiodą uporządkowane, nudne życia zgodnie z zastanymi wartościami.
Ale o czym to ja, a, o Cmentarnych hienach - podsumowując - gnój.
Po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu że najlepsze horrory piszą ludzie faktycznie zaburzeni, reprezentujący niszowe światopoglądy, nihiliści mający w poważaniu świat wokół nich, buntownicy bez powodu, wyrzutki i wieczni poszukiwacze własnego miejsca gdziekolwiek. Smith nie pasuje do żadnej z tych kategorii, podobnie jak praktycznie cały horrorowy mainstream, pełen przygodowo-sensacyjnej papki.


Stephen King Gra Geralda 

Wracając do horrorowego mainstreamu, pełnego przygodowo-sensacyjnej papki - kolejna rzecz z tej kategorii. Czytałem tę książkę po raz pierwszy bardzo dawno temu, jeszcze pod koniec gimbazy - i wtedy zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Stopniowany nastrój grozy i odrealnienia, narastający obłęd głównej bohaterki, brak wyraźnego rozróżnienia na jawę i omamy - wydawało mi się wtedy, że to było naprawdę coś.
Odświeżyłem sobie ten tytuł po latach, i zgniłem. Fakt, 3/4 książki jest bardzo spoko, King jaki by nie był, pisać potrafi, po czym na sam koniec autor odkrywa wszystkie karty. Klimat siada, nastrój siada, duszna atmosfera oparta o niedopowiedzenie siada, mamy spokojny, w pełni wyjaśniony prawie-że-happy end. Wal się królu. Horror dla zblazowanych gospodyń domowych.















































Unaussprechlichen Kulten raz została przetłumaczona, innymi razy - nie. Przyjmuję zasadę, że jeśli czytam jakąś książkę i potrafię na bazie polskich zdań - w chwili ich przeczytania - widzieć te zdania przed przetłumaczeniem z angielskiego, to nie jest to dobre tłumaczenie. I niestety to jest ten przypadek.
A same opowiadania jako takie? Dojrzały Lovecraft w pełnej krasie. Sam Koszmar w muzeum Lovecraft podobno traktował jako autoparodię - ale nie czuć tego w tym tekście.


China




Pozwolę sobie postawić tezę, że te trzy powieści umieszczone w jednym tonie łączy pewna myśl przewodnia (nieco słabiej wyartykułowana w Bluesie) - może mało odkrywcza - tak naprawdę nie wiemy, czy jak ktoś w coś nie wierzy, to czy ten ktoś nie ma przypadkiem trochę racji.
Zaraz, ale o co chodzi? Ano o to, że w każdym przypadku mamy głównego bohatera, który zderza się - tak troszkę jak w weird - z czymś Nieznanym. To Nieznane nie jest jednak wprost wrogie (no, znów nie do końca w Bluesie) co raczej niepokojące; ot, pewien element rzeczywistości, którego nie zauważało się wcześniej, a który nagle objawia się w pełnej krasie i zaburza szerszą percepcję. W pewnym momencie rozwijającej się akcji każdej z tych trzech historii możliwe są racjonalne wyjaśnienia - po czym granica ta zostaje przekroczona i to, co dzieje się za nią, można wyjaśnić albo obłędem, albo oddziaływaniem szkodliwych czynników zewnętrznych. Modlitewnik opowiada historię byłego więźnia, który układa modlitwy - nie skierowane do żadnego bóstwa, ot, modlitwy o coś konkretnego do nikogo konkretnego. Jednak bardziej przez wzgląd na konwencję niż faktyczną wiarę, pojawiają się wśród tekstów odniesienia do pewnego bóstwa, które zaczyna nabierać bardzo realnych kształtów. No i właśnie - czy wymyślony bóg faktycznie może się objawić i czynić cuda? Jednoznaczna odpowiedź na to pytanie nie zostaje udzielona. Parający się magyją chaosu pewnie mają własne odpowiedzi. Swoją drogą, cały proces myślowy stojący za modłostylem głównego bohatera oraz przyjęte założenia bardzo mi się właśnie z magią chaosu kojarzyły.
Blues to historia przypadkowego gościa, który trafia do zapyziałej mieściny w Luizjanie. Mieścina ta ponoć wiele zawdzięcza paktowi zawartemu wiele lat temu z pewną mroczną i nieludzką postacią. Główny bohater zderza się z rzeczywistością równie przerażającą i nieludzką jak taką, z jaką zderzę się np. ja, gdy będę przemieszczał się po Krakowie w czasie Światowych Dni Młodzieży. Bardzo sugestywnie autorowi udało się opisać luizjańskie dziury i ich mieszkańców. Tzn. nigdy tam nie byłem, więc nie mam porównania, ale właśnie tak sobie to wyobrażam.
Viator rozwalił mnie. Jedna z najlepszych historii jakie kiedykolwiek miałem okazję przeczytać. Historia o rozbitym na Alasce statku, który mimo tego, że jest rozbity... no właśnie. Nie tyle płynie do innego świata, co elementy tego innego świata zaczynają pojawiać się wokół niego. Albo i nie, bo pojawia się racjonalne wyjaśnienie, obok tego drugiego, zupełnie nieracjonalnego.
Poza tym Shepard jest fantastycznym pisarzem (zapewne zasługa w tym i równie dobrych tłumaczy). Rzadko trafiam na twórczość autorów, którzy tak jak on potrafią operować słowem, a w światku fantastycznym (wliczając przyległości zarzekające się, że fantastyką nie są) to już w ogóle prawie wcale.


Greg Egan Diaspora

Hard S-F w dobie fizyki kwantowej ma się bardzo dobrze. Mam wrażenie, że Dukaj trochę się inspirował tym pisząc Perfekcyjną niedoskonałość (i nie jest to wyrzut ani zarzut wobec niego - co więcej, gdybym rozumiał z tej książki więcej, niż zrozumiałem, to sam bym się nią z przyjemnością zainspirował), przez co tłumacze wykorzystali jego rodzajniki. Uwielbiam beletrystykę mającą bibliografie z tekstami naukowymi. Wyobraźnia autora sięga na absolutne wyżyny, gdzie np. moja nie sięgnie raczej nigdy. Piszę to bez zazdrości, byłby to absurd, za to z niekłamanym podziwem. Co prawda, raczej nie sięgnę po te wszystkie wymienione w bibliografii Terrestial Implications of Cosmological Gamma-Ray Burst Models, ale autorowi należy się szacunek za solidne przygotowanie - i napisanie na takich podstawach fascynującej historii o przyszłości ludzkości i wyzwaniach, które przed nią stają.


Ian MacDonald Brasyl

Pierwsza książka tego autora jaką miałem przyjemność przeczytać. Żałuję, że sięgnąłem po MacDonalda tak późno. Niech już będzie kolejna wypłata, niech już będzie.
Pesymistyczna wizja świata, wątki z fizyki kwantowej, przenikanie się światów i wędrówki między nimi. Alternatywne rzeczywistości, intrygi z udziałem mrocznych sił stojących na straży ukrytych praw rządzących wszechświatem (a raczej wieloświatem). Wartka akcja wymieszana w równych proporcjach z rozważaniami o naturze wszechrzeczy. Bohaterowie z krwi i kości, przed którymi zostaje objawiona prawdziwa rzeczywistość - ale tylko do pewnego stopnia, bo większość elementów świata przedstawionego jest zarysowana jedynie między wierszami (jak właśnie powinno być, jak kto chce mieć wszystko czarno na białym, niech poczyta instrukcje od odkurzacza). Realia brazylijskie - ok, znów nie mam porównania, ale nie do pomylenia z czymkolwiek innym. Komentarz do przemian społecznych i kulturowych rozgrywających się współcześnie (ok, to akurat najmniej istotne). Warsztat autora. Tak czy siak, jestem zachwycony.


Peter Watts Echopraksja

Kolejne hard S-F - znowu fizyka kwantowa, znowu pesymistyczna przyszłość, znowu post/neo/nieludzie. Nie czytałem Ślepowidzenia, więc mam wrażenie, że kilka rzeczy mi umknęło. Ale żaden problem, nadrobię.
Do tego wampiry i - w pewnym stopniu, w pewnym sensie - renesans religijny. Rzecz równie trudna jak Diaspora, do tego znacznie bardziej niejednoznaczna. Ogromna bibliografia na końcu (chociaż zawiera nie tylko to, czego w naukowej bibliografii można by się spodziewać).
Chaos w głowie. Trudno mi się wypowiedzieć. Rzecz szarpiąca właściwe struny. pod wieloma względami zakręcona bardzo w moją stronę (religijność a nauka, bóg a religia, bóg a świat, religijność bez boga, bóg bez religii).
No i kolejny autor, który może być wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o lekkość składania do kupy bardzo trudnej tematyki z dość przystępną (ok, przystępną dla wymagającego czytelnika, stereotypowemu nastoletniemu fanowi polskiej fantastyki raczej treść uaktywniłaby skazę krzyżową) treścią, gość o niesamowitej wyobraźni, świetny również od strony czysto literackiej.


Star Wars. Dziedzictwo. Tom 1: Złamany
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 2: Kawałki
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 3: Smocze szpony
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 4: Sojusz
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 5: Ukryta świątynia
Star Wars. Wektor Tom 2 (Rebelia Tom 4, Dziedzictwo Tom 6)
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 7: Burze
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 8: Tatooine
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 9: Potwór
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 10: Skrajności
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 11: Wojna

Komiksowe historie zaprezentowane głównie przez Johna Ostrandera (scenariusz) i Jana Duursema'ego (rysunki w większości tomów), zebrane w wydania zbiorcze i wydane u nas przez Egmont.
Traktuję je jako fanfik niż jako pełnoprawne zwieńczenie starego, dobrego Expanded Universe. Między nimi a ostatnimi pozycjami książkowymi czy wcześniejszymi komiksami ze starego kanonu jest przepaść. Rzecz się dzieje ponad 100 lat wydarzeniach z klasycznej trylogii i wrzuca czytelnika w wizję świata na tyle oderwaną od ciągłości uniwersum, że w sumie odrębną, mimo wielu nawiązań i prób zachowania spójności.
Zakon Jedi został prawie całkowicie rozbity. Najmłodszym z rodu Skywalkerów jest Cade. Jest na poły piratem, na poły łowcą nagród. Jako duch mocy odwiedza go czasem jego słynny przodek Luke, Cade nie zamierza kontynuować jednak rodzinnej tradycji. Po - jakby się wydawało - zagładzie Zakonu nie starał się odnaleźć resztek. Ma zresztą do nich pewne pretensje. Aby spławić przodka, zażywa narkotyk zwany igiełkami śmierci. Zanim przedawkuje, leczy się mocą.
Potrafi uzdrawiać ciemną stroną, czym zwraca na siebie uwagę aktualnego najwyższego lorda Sithów i imperatora, Darth Krayta, okaleczonego jeszcze przez Vuuzhan Vongów, których wpływ na galaktykę mimo upływu lat jest nadal ogromny (większy niż w książkach po Nowej Erze Jedi). Mamy jednak innego imperatora - na wygnaniu. Jest nim Roan Fel, potomek Jaggeda Fela (i zapewne Jainy Solo). Imperium Fela ma swoich własnych Jedi - Imperial Knightów, nie będących po ciemnej stronie; są bardzo podobni do Jedi w ich przekonaniach, z większymi elementami wojskowej dyscypliny, nastawieniu na wykonywanie rozkazów, kultu jednostki. Co więcej, jeśli imperator przejdzie na ciemną stronę, Imperialni Rycerze mają obowiązek przywrócić go na Jasną - lub zabić.
Wizja świata, odkrywana w kolejnych historiach, przykuwa uwagę. Niby widzieliśmy to wszystko już dziesiątki razy wcześniej, a jednak nadal można się wciągnąć. Sama historia - mimo tego że w gruncie rzeczy to jeszcze przed przeczytaniem pierwszego tomu można było domyśleć się zakończenia ostatniego - jest wielowątkowa, ma obowiązkowo kilka zwrotów akcji (od drobnych - wyjawienie tożsamości matki Cade'a po ogromne - w stylu zmiany sojuszy w galaktycznej wojnie), zaś melodramatyczne wahanie się Cade'a między Jasną Stroną, Ciemną Stroną a rzuceniem wszystkiego w cholerę nie nuży. Co prawda tylko kilkoro bohaterów zostało przedstawionych dokładniej, ale taki urok komiksów nastawionych na wartką akcję. W fabule musiały znaleźć się też trudne moralne wybory i odnajdywanie zaginionych członków rodziny, ukrywających swoją prawdziwą tożsamość. Jest wielka polityka, piętrowe spiski. W fabułę udało się wpleść nawiązania do starych historii, mamy pływającego AT-AT, jest podwodna wersja Lewiatana, biotechnologia Yuuzhan a nawet epizodyczne wystąpienie Sithów sprzed nieraz i tysięcy lat.
Kreska jest czytelna, efektowna, momentami efekciarska, ale o to przecież chodzi.


Ron Marz, Tom Fowler Star Wars. Jango Fett

Elegancko wydany jeszcze przez Amber Komiks komiks będący częścią jakiejś większej całości, do której nie dotarłem. Fabuła jest dosyć prostacka, ot, Jango dostaje zlecenie, przynosi, wynosi, zamiata, przedziera się przez dżunglę i starożytne ruiny jak jakiś gwiezdnowojenny Indiana Jones, na przemian walczy i flirtuje z łowczynią nagród Zam Wesell, wraca do małego Boby i cieszy się życiem.
Za to na plus wyróżnia się kreska. Momentami sprawiająca wrażenie "grubo ciosanej", przywodzi na myśl ni to jakiś gwasz, ni to akwarele. Dawno nie widziałem tak narysowanego i pokolorowanego komiksu, aż miło było patrzeć.


Tom Veitch, Cam Kennedy Star Wars Legendy. Mroczne Imperium

O szlag, brawo za taką serię wydawniczą. Wolałbym co prawda zbiorcze wydanie wszystkich Mrocznych Imperiów, ale i tak jest nieźle.
Ten komiks jest, jak na historię Expanded Universe, bardzo stary. Mniej-więcej razem z książkową Trylogią Thrawna stanowił podwaliny pod rozwój dzisiejszych Legend (i zarazem marki jako takiej).
Komiks ten namieszał nieźle w timeline'ie uniwersum, potem kolejni autorzy biedzili się, jak to wszystko złożyć w spójną całość. Przepływ informacji między kolejnymi starwarsowymi projektami był na tyle kiepski, że osadzony po wspomnianej Trylogii Thrawna komiks nie zawierał żadnych odniesień do niego, za to wprowadzał spore zamieszanie, momentami wprost informacje niekompatybilne z książkami (np. kiedy i na rzecz dokładnie kogo Rebelia utraciła Coursant? I czy nie było już wtedy formalnie Nowej Republiki?). Dziury udało się jakoś w miarę załatać - ale w innych dziełkach. Tutaj czytelnik nie raz i nie dwa może złapać się za głowę.
Za to po raz pierwszy pojawiają się tutaj Howlrunney, World Destroyery, TIE Droidy, V-Wingi. Boba Fett ma inny statek. Holocrony pojawiają się chyba też po raz pierwszy, lub jeden z pierwszych. Historia z World Destroyerami została potem przedstawiona w starej, dobrej grze Rogue Squadron, którą miałem okazję przejść jeszcze w czasach podstawówki.
Na plus wyróżnia się kreska - przećpana. Plansze utrzymane w paru kolorach, blade i jakby rozwodnione. Rysy postaci też dość psychodeliczne, plus po raz kolejny przywrócony Imperator wyglądający trochę jak Nosferatu (a w każdym razie tak mi się skojarzył). Nieraz bardzo dziwne lokacje. Do tego widać zmęczenie toczącą się od lat wojną - galaktyka jest pełna wraków orbitujących wokół wyniszczonych planet. Resztówki imperium poza Rebelią walczą ze sobą nawzajem. W konflikcie pojawiają się mniejsze strony, grupki przestępców i szabrowników, próbujące ugrać coś dla siebie. Wydźwięk komiksu jest znacznie bardziej pesymistyczny od tego, co zazwyczaj wiąże się z marką.
Poza tym, fakt faktem, czuć upływ czasu. Rzecz raczej dla fanów, potrafiących tego klasyka docenić. Ja doceniam.


Haden Blackman, Augustin Alessio Star Wars Legendy. Darth Vader i Widmowe Więzienie

Kolejna pozycja z serii. Tym razem Egmont przywrócił rzecz dużo nowszą.
Na przykładzie tego komiksu widać wyraźnie główny problem Expanded Universe - nawrzucano mnóstwo postaci i wydarzeń, które pojawiały się w 1-2-3 pozycjach książkowych lub komiksach, po czym znikały z horyzontu. Z jednej strony to dobrze, bo każdy autor mógł dodać coś od siebie - z drugiej strony część postaci, takich jak chociażby Vader i Imperator, jest nadużywana. To samo dotyczyło zresztą tych dobrych - co chwila grupie tych samych postaci wynajdywano tych samych lub kolejnych przeciwników, zamiast w końcu dać im odpocząć. Na chwilę obecną Disneyverse jest wolne od tego typu problemów - ale poczekajmy te 20-40 lat, o ile w międzyczasie nie będzie kolejnych resetów i restartów.
W historii tej przedstawiony jest zamach na Imperatora przeprowadzony przez grupkę wojskowych Imperium. Vader, jego mistrz (z ciężkimi obrażeniami od broni biologicznej) oraz dwóch nieco przypadkowych bohaterów (w tym główny bohater, narrator) wyruszają do ostatniego miejsca, gdzie na pewno nie zostaliby wykryci przez puczystów - tzw. Widmowego Więzienia, gdzie jeszcze Rada Jedi umieszczała pod koniec wojen klonów najbardziej niebezpiecznych przestępców i jeńców wojennych, w tym władających mocą, byłych/upadłych Jedi, itd.
Nawet jeśli to postać - hue hue - jednorazowa, głównego bohatera świetnie przedstawiono. Kujon z akademii imperialnej, ambitny oficer zapatrzony w Vadera. A jednocześnie niepełnosprawny, okaleczony jako dziecko w ataku Separatystów. Za to lordowie Sithów zostali przedstawieni dokładnie tak, jak powinni być przedstawieni lordowie Sithów - jako socjopaci mordujący z zimną krwią nawet swoich, Imperium jako takie traktujący jako narzędzie do realizowania własnych, egoistycznych celów, żądzy władzy. W starym kanonie zdarzali się inni Sithowie - tutaj przedstawiono ich tak, jak powinni wyglądać.
Bardzo dużo odcieni brązu, szarości; zimne kolory dominują, zimne i ciemne odcienie. Czytelna kreska, do dużo efektów specjalnych przywodzących na myśl komputerowe bijatyki.


David Lapham, Javier Barreno Crossed #2 Family Values
David Lapham, Raulo Caceres Crossed #3 Psychopath
David Lapham, Jacen Burrows, David Hine, Eduardo Vienna Crossed #5 (Yellow Belly, Golden Road)
David Hine, German Erramouspe, Simon Spurrier, Rafael Ortiz, Gabriel Andrade Crossed #8 (American Quitters, Gore Angels, Th' Big Yin)
Simon Spurrier, Gabriel Andrade Crossed 2013 Special

Crossed to najbardziej popieprzone komiksy z jakimi zetknąłem się kiedykolwiek. Każdy jeden numer, każda jedna historia to jazda bez trzymanki przez absurdalne gore, odrażające czynności seksualne, obrazę wszystkiego i wszystkich oraz bardzo kiepskie opinie o ludzkości jako takiej. Avatar Press ma fajną politykę - dają wolną rękę swoim artystom. Dzięki temu powstał najbrutalniejszy komiks w historii, ba, cała seria (wciąż się rozwijająca) takich komiksów.
Tytułowi Crossed to trochę jakby zombie, tylko że żywi. Zarażeni, z krwawymi znamionami w kształcie krzyży na głowach, mordują i gwałcą wszystko co się rusza (lub nie), zazwyczaj zbiorowo i z licznym udziałem dodatkowych akcesoriów wykorzystywanych na sposoby niezgodne z ich przeznaczeniem. Zbierają się w hordy walczące z żywymi i z innymi zarażonymi. Nie myślą o swoim własnym przetrwaniu - a w każdym razie nie wszyscy, bo różne wyjątki się zdarzają. Niektórzy pamiętają swoje życie sprzed zarażenia (wtedy zazwyczaj chcą zabić/wyruchać jeszcze nie zarażonych członków rodziny/przyjaciół/wrogów), większość jednak po prostu staje się potworami. Jeśli ten link jeszcze działa, zobaczcie sobie przykładowe plansze z różnych numerów. Ostrzegam - moce.
Ale i ci którzy przetrwali nierzadko nie są lepsi od zarażonych. Psychopaci, gwałciciele, samozwańczy prorocy, bandyci żerujący na innych zdrowych, bossowie świata przestępczego, itp, itd. - albo przynajmniej bohaterowie zupełnie nieprzygotowani do koszmaru z którym się zetknęli - tchórze, egotycy, domorośli tyrani, ludzie borykający się z najróżniejszymi problemami, lub dobrzy ludzie dostosowujący się do złego świata - zazwyczaj każda jedna historia opowiedziana na łamach danego komiksu kończy się źle lub bardzo źle.
Family values i Psychopath to większe historie. Trade paperbacki z nimi zawierają tylko je. Pozostałe wydania to tpb zawierające historie z serii Badlands (aktualnie ponad 100 numerów - wydań zeszytowych; zbierane są na bieżąco w tbp, razem ze Specialami i Annualami). Zachowując ciągłą numerację, kolejne mini serie wchodzące w jej skład piszą i rysują różni autorzy. Trafiają się tam historie rewelacyjne jak i zupełnie nieudane. Niektórzy piszą o tych samych bohaterach, jednak większość postaci nie przewija się na kartach późniejszych komisów z serii. W Polsce nie jest trudno znaleźć ściągane ze Stanów komiksy, jest kilka sklepów które się tym zajmują, pojedyncze numery zdarzają się też na serwisach aukcyjnych lub facebookowych grupach typu sprzedam-wymienię-oddam się za nowe spodnie. Ceny - to inna sprawa. Taniej jest z okazji komiksowych eventów.
Nabyłem głównie historie pisane przez Davida Laphama, Davida Hine'a oraz Simona Spurriera - uważam ich za najlepszych autorów tworzących w ramach uniwersum. Ich historie wykraczają znacznie poza sztampowe opowieści o ucieczce przed hordami postludzi podobnych wrogiemu żywiołowi, wyzutych z człowieczeństwa. Mamy więc opowieść o chrześcijańskich fanatykach z samozwańczym prorokiem na czele, gwałcącym swoje córki i kilka innych kobiet wchodzących w skład społeczności (Family Values), historię o psychopacie opowiedzianą przez psychopatę (Psychopath), historię o zaszczutym, zakompleksionym nastolatku (Yellow Belly), o transgresywnym pisarzu wzorowanym troszkę - przynajmniej wizualnie - na LaVeyu i o uczestnikach jego "warsztatów" (Golden Road), o trudnej przyjaźni hipisa i harleyowca pragnących umrzeć - a przed śmiercią chcących wyrównać pewne rachunki (American Quitters) (narrator z offu między rysunkami + ksiądz wzorowany na tym księdzu z Maczety), o zderzeniu kultur, konflikcie pokoleniowym i o gwałcie zbiorowym w tle (Gore Angels) (jedna z najbardziej poruszających historii z jaką kiedykolwiek zetknąłem się w komiksie), o kolejnym psychopacie, byłym komandosie poszukującym broni biologicznej od której - jego zdaniem - zaczęła się epidemia (Th' Big Yin), o facecie pomagającym kobietom w potrzebie - ale w zamian za coś (Special 2013). Do tego partnerujący scenarzystom rysownicy to naprawdę świetni fachowcy, jeśli chodzi o realistyczne aż do najdrobniejszych szczegółów ukazanie absurdalnie przerysowanej, zupełnie nierealistycznej przemocy, przemocy aż oszałamiającej jej natężeniem, stężeniem i tak przerysowanym, że momentami aż groteskowym okrucieństwem.
Jestem fanem.


Hunter S. Thompson Dziennik rumowy
Hunter S. Thompson Lęk i odraza w Las Vegas
Hunter S. Thompson Hell's Angels. Anioły piekieł

Lęk czytałem już kiedyś - po latach zbiorczo ogarnąłem całego Thompsona, do jakiego udało się dotrzeć. O tych książkach, jak i o samym autorze, zapisano kilometry stron i całe gigabajty, nie ma sensu, bym się powtarzał. Nie wiadomo, gdzie zaczyna się literatura a kończy reportaż. Autor usiłuje zawsze dotrzeć do istoty rzeczy, pozostaje wierny swoim przekonaniom, nie waha się porzucić i tak niemożliwej do osiągnięcia obiektywności (lub wręcz przeciwnie - stara się opisać dane zjawisko jak najbardziej bezstronnie, ocenę zostawiając czytelnikowi - jak w Aniołach piekieł). Fascynująca postać, fascynujące historie, fascynujące czasy.


Marta Abramowicz Zakonnice odchodzą po cichu

Brawa dla autorki, że jej się chciało. Książka, którą odebrałem wbrew pozorom bardzo osobiście. Nie żebym chciał zostać kiedykolwiek księdzem bądź zakonnikiem, jednak rozumiem mechanizmy, które popychają osoby potrzebujące bliskości, przepełnione lękiem, pragnące odnaleźć sens życia - lub po prostu osoby zmanipulowane - w mury klasztorne. Kościół żeruje na takich skrzywdzonych przez dyskurs hegemoniczny ludziach, przemiela ich i przerabia w aparatczyków, którzy spaczone wzorce dyscypliny opartej na bezwarunkowym podporządkowaniu i strachu przed bożym gniewem rozsiewają dalej. Tym bardziej cieszą przedstawione historie, przynajmniej parę dusz opamiętało się w porę, dokonało czegoś iście heroicznego - przeciwstawiło się wszystkim uwarunkowaniom, którym w danej chwili podlegały. Kiedyś sam byłem bardzo mocno religijny. Pamiętam dzień, w którym przestałem. Poczułem, jakby spadły mi klapki z oczu. Miałem wrażenie, jakbym po raz pierwszy w życiu widział świat wokoło w całej jego złożoności i wszystkich odcieniach szarości.
Wracając do książki, w przeciwieństwie do autorki nie wierzę w możliwość reformy, nie uznaję podziału na tych dobrych kościelnych (zdemokratyzowane zakony męskie, zakony żeńskie z zachodu) i czarne owce tkwiące mentalnie w średniowieczu. Instytucja jako taka pasie się na krzywdzie i robieniu wody z mózgu zmanipulowanym masom. Wszystkie abrahamiczne monoteizmy to śmietnik historii, kupczący iluzją zbawienia i skrywający oczywistą prawdę o człowieku i świecie - że jesteśmy mięsem wiszącym w kosmosie na kawałku skały, wiszącym bez przyczyny i bez celu.
Jakiś taki optymistyczny w sumie wydźwięk książki - że coś powoli może i ruszy, że jakieś zmiany może nastąpią - skoro nastąpiły już na zachodzie - niezbyt do mnie przemówił. Jakby autorka trochę się przestraszyła wymowy książki, więc na poczekaniu znalazła np. zatroskanych anonimowych zakonników, pochylających się wraz z nią ze smutkiem nad przedstawionym problemem.
Mało jest także o jakimś szerszym backgroundzie społeczno-kulturowym. O lukach systemowych, które umożliwiają zaistnienie takich patologii jak opisane. O beznadziejnej edukacji, która nie potrafi dotrzeć do zagubionej młodzieży z fachowym wsparciem psychologicznym, a zamiast tego pozostawia ich na pastwę zorganizowanych systemów religijnych. O roli religii jako opium dla mas, o tej fałszywej świadomości, że pojadę klasykiem.
Trochę mnie raził styl autorki. Momentami za bardzo melodramatyczny.
Ale generalnie dobra książka. Każdy bezbożnik powinien przeczytać.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Upływający czas #53

Joseph Conrad Opowieści niepokojące oraz Młodość

czwarty i szósty tom dzieł zebranych. Przeczytane jakiś czas temu, jako że to zbiory opowiadań, zlały mi się w jedno.
Dobra literatura ma to do siebie, że niezależnie od tego, czy się zestarzała, a jeśli się zestarzała, to w jakim stopniu, i niezależnie od narracji w obrębie której porusza się autor, pozostaje dobrą literaturą. Jesteśmy w stanie wskazać taką literaturę palcem i powiedzieć hej, to jest dobra literatura, mimo tego, że czytając czasem zgrzytnie się zębami, ale trudno, takie były czasy. Joseph Conrad zazwyczaj mieści się w tak rozumianym przedziale dobrej literatury, przynajmniej jak dla mnie.
Pisanie o przeczytanych książkach po upływie około miesiąca po ich przeczytaniu pozwala na łatwe zweryfikowanie, ile z treści czytelnik właściwie zapamiętał. O ile z Młodości zapamiętałem wszystkie trzy opowiadania, to z Opowieści tylko dwa z pięciu.
I tak, Karain - wspomnienie to opowieść to plemiennym wodzu małej wyspy leżącej gdzieś hen, daleko; gdzieś tak daleko w czasie i w przestrzeni, że, z naszego punktu widzenia, niemalże w jakiejś odległej Nibylandii. Bohater tytułowy zmaga się z demonami przeszłości, zwłaszcza z jednym, z którym związana jest heroiczna opowieść o miłości, zdradzie i poświęceniu. Gdy umiera jego stary mentor-szaman, cywilizacja białego człowieka (o dziwo) przydaje się do czegokolwiek. Bardzo dobry tekst, dający do myślenia, opowieść o sile wiary.
Placówka postępu - dowód na to, że Conrad mimo wszystko nie hołubił bezmyślnie mocarstw kolonialnych, lecz potrafił im dopieprzyć bardzo efektownie, wyśmiewając zdegenerowaną biurokrację, poszukiwaczy przygód z nudów i przypadkowych, zgnuśniałych snobów nie rozumiejących realiów, w których się znaleźli. Tytuł oczywiście jest ironią, gorzką ironią. Podejrzewam, że Conradowi zapewne chodziło o coś innego - o to, że kolonizatorzy faktycznie powinni ten postęp szerzyć, zamiast na pierwszą linię frontu walki z Białymi Plamami Na Mapie wysyłać miernoty i karierowiczów, nie zmienia to jednak faktu, że gorzki morał wypływający z treści można różnie interpretować.
Idioci, Powrót, Laguna - bijcie zabijcie, nie pamiętam. A nie chcę za tym guglać (pewnie są np. na Wolnych Lekturach). Nie pamiętam - to znaczy, że nie było tam nic, co by na dłużej zapadło w pamięć.
Młodość zaś to przede wszystkim Jądro ciemności. Tekst kultowy, w pamięć zbiorową zapadł na tyle mocno, że zapłodnił popkulturę, ze słynnym Czasem apokalipsy na czele. Miałem okazję czytać go w lepszych tłumaczeniach. Z przykrością muszę stwierdzić, że któreś nowsze było dużo bardziej przejmujące, dużo lepiej oddziałujące na wyobraźnię i emocje czytelnika. Mamy tu niejako apoteozę kolonializmu, będącą jednocześnie krytyką chciwości białego człowieka i rozliczeniem z pięknymi deklaracjami skonfrontowanymi z rzeczywistością. Jest duszno, niepokojąco, Nieznane ma twarze członków obcych plemion, dzikich i okrutnych. Morał można zuniwersalizować - poniekąd każdy nosi w sobie swoje własne jądro ciemności, lub przynajmniej jego zalążek/drogę do niego.
Tytułowa Młodość otwierająca Młodość ma zupełnie inny wydźwięk - groteskowy. Absurdalna historyjka opowiada o pierwszym, katastrofalnym rejsie narratora, wspominającego dawne dzieje po latach, przy okazji kolejnego z niezliczonych rejsów.
U kresu sił to przejmująca, ba, całkiem wzruszająca historia o poświęceniu i miłości rodzicielskiej. Także o tym, jak samo życie potrafi zweryfikować plany i wpłynąć na marzenia. Przy okazji jest festiwal narzekania, że kiedyś to oceany były dziewicze, nie liczył się hajs, przyziemne interesiki, tylko przygoda, duma, odwaga, poświęcenie, itd., no wiecie, Wielkie Wartości (i gdzieś tam z tyłu np. kość słoniowa, ale to tylko przypadkiem).

Tanabe Gou Ogar i inne opowiadania (adaptacja opowiadań H.P.Lovecrafta)

Czy da się rysunkami oddać to, co Lovecraft oddał słowami? Po zapoznaniu się z mangą Gou da się odpowiedzieć twierdząco na to pytanie. Opisów rzecz jasna nie ma, zamiast tego mamy charakterystyczną dla lovecraftianskeigo weird fiction rekwizytornię, nawet jeśli przeniesioną w inne realia (otwierająca tomik Świątynia została przeniesiona w czasy IIWŚ, czego chyba tłumacz/wydawca nie zauważył; albo i sam autor uznał, że to w sumie nieistotne, nie mam porównania z oryginałem). Posępne lasy, ciemne zaułki, zapuszczone cmentarze, ruiny pradawnej, nieludzkiej cywilizacji... wszystko dość szczegółowe (poza sylwetkami - żyjących - postaci), dobra gra światła i cienia. W gruncie rzeczy można artyście wypomnieć jedno - siła oddziaływania tekstów Lovecrafta polegała i polega m.in. na tym, że nie wszystko było ukazane wprost. Że największe koszmary były w domyśle. Tu są ukazane wprost, nawet jeśli bez zbytniej szczegółowości. Przez co zarówno Ogar jak i Zapomniane miasto tracą od pewnego momentu wiele ze znanego też z oryginalnych opowiadań nastroju narastającego zagrożenia, stopniowo budowanego przez autora.
Nie jest to najlepsza manga jaką czytałem, nawet w kategorii horroru/weird, ale jak ktoś musi zapoznać się z czymkolwiek co chociaż leżało obok Lovecrafta (jak ja) bo inaczej się udusi, to ten ktoś powinien poczuć się całkiem usatysfakcjonowany.

Jeff VanderMeer Miasto szaleńców i świętych

Opasłe tomiszcze o którym bardzo trudno wyrobić sobie opinię - bo jest bardzo niespójne. Nie tylko pod względem swobodnego folgowania sobie zasadą decorum (w sumie spoko, przynajmniej od Szekspira jej truchło gnije), teksty humorystyczne, parodystyczne wręcz graniczą z mrocznymi wrzutami o sensie istnienia, życiu, itd., ale też pod względem formy. Mamy bowiem do czynienia nie ze zbiorem opowiadań, lecz zbiorem rozmaitych materiałów dotyczących miasta Ambergris. Nie są w tej cegle zawarte zwyczajne opowiadania, lecz też materiały naukowe, propagandowe, historyczne, kulturoznawcze (powiedzmy) ucharakteryzowane na autentyczne teksty rozmaitych autorów związanych z miastem. Do tego stopnia, że rozmaite teksty są wydrukowane inną czcionką, z ambergrisiańskimi stopkami, autor naśladował różne style (co tłumaczowi udało się nieźle). Mamy też zejście na poziom meta - pojawia się zapis przesłuchania z ambergrisiańskiego psychiatryka, gdzie trafia sam VanderMeer (aczkolwiek anonimowo) (jak się, cholera, właściwie pisze jego nazwisko). W przypadku opisów eksponatów muzealnych mamy nawet prawdziwe zdjęcia przedmiotów ucharakteryzowanych na ambergisiańskie/związane z historią miasta.
Pomysł - przedni. W sumie jest to jedno z bardziej rozpoznawalnych dzieł New Weird. Wykonanie - brawo za pomysł. Wizja świata ujmuje swoim rozmachem i skomplikowaniem, pomieszaniem weird z absurdem, z dodatkiem steampunka, zwykłego horroru, anty/utopii, itd. A mimo wszystko zabrakło mi tutaj jakiegoś nieuchwytnego, niesprecyzowanego czegoś, co pozwoliłoby mi spojrzeć na to w innej kategorii niż zbiór przypadkowych elementów spojonych wspólnym światem przedstawionym. Przez niektóre fragmenty, jak bibliografia fikcyjnej pracy Król Kałamarnic przebijałem się na siłę, byleby mieć je już za sobą. Vandermeer pisał lepsze i bardziej dające do myślenia rzeczy (chociażby trylogię Southern Reach by nie szukać za daleko), inni pisarze z tej samej szuflady też dają radę (Melville!), zaś to jest bardziej dla... no właśnie. Dla kogo właściwie?

Zdzisław Beksiński Opowiadania

Przeglądając recenzje w internetach wygląda na to, że jestem chyba jednym z niewielu odbiorców sztuki Beksińskiego, którzy jego próby literacki stawiają równie wysoko jak malarstwo i grafikę.
Jeśli zawsze chcieliście wiedzieć, jak architekt pisałby mroczne, zagmatwane, przypominające senny koszmar lub bad tripa, zapętlone opowiadania, często porzucone w trakcie tworzenia, rozpostarte tylko w ogólnych zarysach na sztywnych stelażach, to sięgnijcie koniecznie po tę pozycję.
Autor roztoczył przed czytelnikiem wizje absolutnie nieludzkie, obce, zimne; z precyzją socjopaty rzucał w czytelnika zapętlonymi, powtarzającymi się schematami wydarzeń, za każdym kolejnym obrotem wzbogaconych o dodatkowe szczegóły - paradoksalnie zaciemniające obraz, niż wyjaśniające cokolwiek.
Mamy tu zgrozę metafizyczną. Chłód bije z gwiazd, z ziemi, z panoptycznych konstrukcji istniejących lub nie, z każdej jednej sytuacji w które niczym pionki na szachownicy autor wrzucił swoich bohaterów. Od pozornie nieistotnych szczegółów potrafił przechodzić do wielowątkowych obrazów, za każdym razem rozpaczając, że pełne poznanie, dotarcie do istoty rzeczy, zrozumienie całego kontekstu tego, co się dziwi jest niemożliwe. W tych opowiadaniach nic nie jest takie, jakim wydaje się na początku. Mamy tu wykorzystanie dość często manifestujących się wśród tego typu prozy rekwizytów (manekiny, marionetki; odbicia lustrzane zaciemniające obraz odbijany, lub wręcz istniejące zamiast czy też poza nim jako takim; wynaturzona, odrealniona, labiryntowa przestrzeń; wątki świata jako gry, bycia odgrywanym, bycia ściśle kontrolowanym przez siły wymykające się zrozumieniu), jak i bardziej autorskie pomysły, wprowadzenie istoty bezsensu, beznadziei, bezformia do uporządkowanej, rozgrywającej się już sceny, której znaczenie zdaje się być nie tylko poza możliwością zrozumienia narratora, lecz czytelnika tym bardziej - pozostają tylko interpretacje.
Autor dał też swój upust niechęci do stechnicyzowanego świata, gadżetów zapośredniczających osobowe doświadczenie, porządkujących ludzkie życie, przenoszących na czas wolny nawyki stadne zaczerpnięte z czasu pracy. Mamy też wyśmianie patriotyczno-militarystycznej propagandy, kilka bardzo gorzkich tekstów w których powątpiewa sens umierania za jakiegoś buca w mundurze pod jakąś flagą.
Niezależnie od surowości zaprezentowanych tekstów, od tego, że są momentami bardzo trudne w odbiorze (raczej nie poczytacie jadąc tramwajem, tu trzeba skupić całą możliwą do skupienia w chwili czytania uwagę na czytanej treści), od tego, że często są to fragmenty, odpryski większej całości która nigdy nie powstała, jest to jak dla mnie ścisła czołówka nihilistycznej grozy, zapisu rozczarowania rzeczywistością jako taką, literackich obrazów strachu przed niemożnością dotarcia do istoty rzeczy, sensu kryjącego się za obrazami, za słowem (i zarazem fascynacji tą niemożnością). To nie jest fantastyka, to metafizyczny (i trochę epistemologiczny zarazem) horror.

sobota, 24 stycznia 2015

Pokrótce #5

Neverending Nightmares, Infinitap Games, 2014

Gra komputerowa, indyk opłacony przez kickstartera. Gra chodzona, polegająca na przemieszczaniu się poczciwym protagonistą przez senne koszmary, coraz gorsze, raz za razem. Horror w którym nastrój grozy uzyskano przez stare, dobre, prostackie wręcz metody - widzimy coś, czego nie powinno być, widzimy jak coś się w otoczeniu zmienia, bądź zmienia się kontekst ukazanych przedmiotów/sytuacji, dajemy się zaskoczyć przez nagłość wystąpienia Czegoś, widzimy jak niesamowicie obskurne i odrealnione, przejaskrawione są senne lokacje przez które przemieszczamy drepczącego bohatera (posiadłość, szpital, szpital psychiatryczny, stary cmentarz, mroczy las).
Oldschoolowa grafika, scenerie wymownie tonące w szarości, czerni i bieli, z wyjątkiem krwi, flaków, potworów (z którymi nie walczymy i z którymi kontakt kończy się natychmiastowym i brutalnym zejściem) i paru przedmiotów.
Fantastyczne udźwiękowienie, zarówno ścieżka dźwiękowa (dark ambient) jak i odgłosy.
Jak to w sennych koszmarach, interakcji i wpływu na cokolwiek mamy jak na lekarstwo. Dialogi przewijają się same, ekwipunku w sumie nie ma (czasem możemy przenieść jakiś przedmiot, np. świecę rozświetlającą egipskie ciemności w części plansz), czasem akcja się urywa, przerywają ją cut-scenki. Ciekawie rozwiązano przechodzenie do dalszych etapów gry - niekiedy trzeba zginąć, by obudzić się w następnym koszmarze, bądź zginąć odpowiednią ilość razy, by na planszy coś się zmieniło.
Całkiem sensowne i zróżnicowane są trzy możliwe zakończenia - każde jest kompletnie inne i opowiada inną historię. Dlatego w gruncie rzeczy nie wiadomo, co naprawdę wpędziło głównego bohatera w serię dręczących go nocnych koszmarów.
Głównym pomysłodawcą i twórcą gry jest Matt Gilgenbach, który sam zmagał się z depresją i zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi; w NN zawarł osobiste emocje i wrażenia.
Specyficzna gra dla świadomego odbiorcy, mnie się podobała.


William Faulkner Opowiadania tom II, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1958

Faulkner to jeden z moich ulubionych pisarzy amerykańskich i pisarzy w ogóle ever. Pierwszy raz zetknąłem się z jego twórczością jeszcze w ogólniaku, wywarła na mnie duże wrażenie. Jakoś tak się historia poukładała, że musiały minąć całe lata, nim do Faulknera wróciłem.
Drugi tom opowiadań składa się z trzech części, grupujących opowiadania według wątków przewodnich. Część czwarta grupuje historie o żołnierzach z frontów I wojny światowej, ich rozpadających i składających się w ogniu i krwi światach, niezgodzie na bezsens wojny i jeszcze większy bezsens śmierci (poniekąd życia też) oraz prób odnalezienia się w nowym świecie po zakończeniu wojny. Faulkner zdecydowanie pokrewny jest Remarque'mu niż Jüngerowi w swoim spojrzeniu na fenomen wojny, boleśnie odzierającej wkręconych w jej tryby ze złudzeń. Część piąta zawiera głównie opowiadania umiejscowione na amerykańskim Południu po wojnie secesyjnej. Obserwujemy zderzenie kultur między południowcami a Jankesami, zmiany w zwyczajach i mentalności, mniejsze i większe ludzkie dramaty na tle bolesnych i nieuniknionych przemian. Wszystkie opowiadania z tej części ukazują jakąś formę rozliczania się z amerykańską historią i kulturą. Część szósta zaś, najbardziej niejednoznaczna, grupuje opowiadania z pogranicza weird. Autor stawia przez swoich bohaterów pytania o sens życia, o sens wartości, zestawia ich z szaleństwem i wrzuca w sytuacje, których nie da się racjonalnie wyjaśnić. W innych przypadkach snuje narracje z niejasnych punktów widzenia, nie przedstawia tych, których przemyślenia i punkty widzenia rozpościera przed czytelnikiem.
Faulkner pisał w charakterystycznym stylu, bardzo plastycznym, dosyć poetyckim, każde jego słowo jest żywe, barwne, niewymuszone, na swoim miejscu; jego porównania i metafory są niebanalne i zaskakują nieraz przyjętą optyką. Jak na rok wydania, tłumaczenie jest bardzo dobre - ot, czasem tłumacze mieli problem z nazwami własnymi, np. miast - jest to jednak nieważny w sumie szczegół.


William S. Burroughs Wybuchowy bilet, vis-a-vis Etiuda, 2014

Ok, mam dosyć Burroughsa. Ledwo tę pozycję zmęczyłem. Cóż, o ile Nagi Lunch czy Ćpun były bardzo dobrymi historiami podanymi w eksperymentalnej formie (do tego z ładną podbudową około-filozoficzno-ideologiczną), to Trylogia Nova, czyli - jak na razie - Delikatny mechanizm i Wybuchowy bilet to przerost formy nad treścią. Ok, szacunek budzi rozmiar i skomplikowanie całego zamysłu, do tego jako rodzaj manifestu sprawdza się naprawdę dobrze, ale jest to czytelne w niewielkim stopniu. Jak dla mnie, jest to przerost formy nad treścią. Sporadyczne naprawdę dobre bon-moty czy przedstawione hmm wizje wrzucone są do chaosu przypadkowo poskładanych zdań o wszystkim i o niczym i mimo mojej sympatii dla postaci autora jak i przyświecającego mu zamysłu z przykrością muszę stwierdzić, że już dawno żadna książka nie zmęczyła mnie tak, jak Wybuchowy bilet. Za tłumaczenie odpowiada kto inny niż za poprzednie Burroughsy wydane przez vis-a-vis i to widać. Maya to nie imię żeńskie, tylko odwołanie do Majów z poprzedniej części, a przetłumaczenie Nova Police (dwa rzeczowniki) jako Nova Policja (przymiotnik rzeczownik; deklinacja np. Novej Policji, itd.) to pomysł co najmniej dziwny i niezbyt trafiony. Ale niech tam, w końcu sam pomysł by to tłumaczyć jest szalony, bo zabiera z książki to, co Burroughs chciał osiągnąć - przypadkowość, zerwanie z tyranią słów i kontrolą świata przez zawarte w piśmie/mowie/obrazie/itp. pojęcia (przynajmniej ja tak to odbieram).
Zabawa intelektualna: zamiast tłumaczenia poszczególnych książek można by przetłumaczyć rękopis, który posłużył za źródło treści wszystkich trzech książek, po czym można by było przerobić go techniką cut-up w trzy osobne książki, zgodnie mniej-więcej z oryginalnym podziałem autora. To by było coś.


Wystawa - Olga Boznańska, Muzeum Narodowe, Kraków

Jak dla kogoś, kto o artystce wiedział tyle, że sobie kiedyś gdzieś tam żyła i tworzyła, to wystawa mogła być naprawdę wartościowa. W każdym razie ja sporo wiedzy i doznań estetycznych z niej wyniosłem.
Dla bardziej zaawansowanych w malarstwie (jak np. dla mojej partnerki, z którą tam byłem) wystawa może być rozczarowująca.


Tsutomu Nihei Abara, J.P.Fantastica, 2014

Autor, znany głównie z serii BLAME! (nie czytałem, tak twierdzi polska Wikipedia), nie jest jakoś szczególnie rozpoznawany, aczkolwiek zdążył wyrobić sobie markę. Rysował też m.in. dla Marvela (Wolverine: Snikt! - to akurat kojarzyłem, miałem gdzieś nawet ściągnięte pirackie skany).
Abara (Żebra) to rzecz dosyć skomplikowana. Tak na prawdę nie wiadomo, o co właściwie chodzi, co, po co i na co się dzieje, prawidła rządzące światem przedstawionym czytelnik poznaje na przykładach. Do tego co chwila zasypywany jest nieznanymi terminami, nieraz co najmniej groteskowymi. Polski wydawca słusznie dołączył krótkie posłowie, w którym podsumował i uporządkował treść tomu.
Ogólny klimat jest bliski weird, sceneria to obłędne, odhumanizowane, gargantuiczne megalopolis, do tego w sporej części wyludnione lub przynajmniej sprawiające takie wrażenie (ewentualnie ludzie są tak śmiesznie mali i nic nie znaczący w porównaniu ze scenerią, że rozmywają się w niej/na jej tle). Plątaniny niebotycznych budowli, całych kompleksów, zdają się ciągnąć po horyzont, nie widać ani jednego drzewa, a nawet dróg pomiędzy nimi. Stałym elementem miasta są do tego miliony rur sterczących ze ścian, podłóg, sufitów, lub przykrywających całe przestrzenie między częściami miasta (co budzi skojarzenie z niektórymi pracami Gigera).
Autor z wykształcenia jest architektem, co widać. Oprócz plątanin kolosów miło kojarzących się z żelbetowymi kanionami są też obłędne, surrealistyczne około-zamki, pełne wyrastających ze wspólnych brył strzelistych wieżyczek.
Kreska autora zasługuje na pochwałę nie tylko odnośnie miejsc akcji. Jego styl jest zarazem bardzo szczegółowy, z uwzględnieniem niewiarygodnej ilości detali (twarze!) jak i naturalistyczny i realistyczny zarazem, także realistyczny w przedstawianiu tego, co wyjątkowo nierealistyczne.
Tak cudownego horroru cielesnego, tak schorzałych, wynaturzonych i poddanych dekonstrukcji sylwetek ludzkich, nieludzkich, prawie-że-ludzkich oraz być-może-kiedyś-ludzkich dawno nie widziałem. Ileż tu kościanych zewnętrznych szkieletów/pancerzy, ni to macek, ni to kończyn, narządów o nieznanych lecz złowrogich funkcjach.
Do tego krew leje się gęsto, flaki, głowy i odcięte kończyny fruwają malowniczo w powietrzu. Mamy tu m.in. scenę wyrwania kręgosłupa. Postać poddana temu zabiegowi potem jest cała i zdrowa, ale taka jest logika świata przedstawionego, takiego trochę cyberpunku bez charakterystycznych dla gatunku gadżetów i gadżeciarstwa.
O samej fabule ciężko coś napisać - to opowieść o apokalipsie, ukrytych rządowych agendach i nieprzyjaznym Nieznanym pojawiającym się (dosłownie) znienacka.
Tom zamyka dwuczęściowa historia Digimortal. Szczerze mówiąc, nie wiem, jaki ma związek z Żebrami. Jest kolejnym niedopowiedzeniem. Wizja świata jest podobna ale inna. Rekwizyty te same, konwencja ta sama, postacie mają znajome rysy, świat jest inny.


Aleksandra Waliszewska Gold Hands Tremble/Złote rączki drżą, Fontarte Editions 2014

Artbook zbierający około 170 grafik (uwzględniając te na okładce) mojej ulubionej współczesnej polskiej malarki, bogato czerpiącej z najróżniejszych tradycji i nurtów. Na malarstwie znam się tyle o ile, nie znam odpowiedniej metodologii i aparatu pojęciowego, więc jeśli gdzieś rozminę się z ekwiwalentem empirycznym to przypadkiem, niechcący. Tak czy owak, u Aleksandry Waliszewskiej istoty rodem ze średniowiecznych i renesansowych grymuarów czy bestiariuszy sąsiadują z postaciami w dresach czy skinheadami, a ci z potworami niszczącymi miasta i innymi motywami zaczerpniętymi z popkultury. Barokowe pełne twarze, obok twarze pełne emocji i zachwycające szczegółami sąsiadują z uproszczonymi, zniekształconymi sylwetkami. Jednolite plamy tła podkreślają sceny absurdalne, groteskowe, urywki z jakiś nieopowiedzianych nigdy baśni, motywy apokaliptyczne i okultystyczne zderzają się z urokliwą, nieco infantylną perspektywą jakby dzieci zagubionych w bardzo niedobrych miejscach lub śniących coś, czego raczej nikt nie chciałby przeżyć. Jest dziwacznie, duszno, czasem groteskowo, czasem przytłaczająco, czasem przejmująco, czasem autorka puszcza oko do chłonącego jej obrazy widza i serwuje jakiś żart z sobie tylko znaną puentą, czasem pozostawia go zadziwionego i idzie dalej. Bohaterki i - rzadziej - bohaterowie Waliszewskiej są rzuceni na pastwę czegoś niedopowiedzianego, niewyrażonego, czegoś hipnotyzującego i drażniącego zmysły. Czegoś złowrogiego. Jej wyobraźnia zdaje się nie mieć ograniczeń.
Oprócz reprodukcji obrazów (szkoda, że takich małych, co jednak jest uzasadnione i zrozumiałe oraz szkoda, że nie podpisanych, nawet jeśli część z nich nie miała nadanych tytułów) w książce znalazło się kilka tekstów o autorce/dla autorki. Każdy z tych tekstów został zamieszczony w dwóch wersjach językowych - polskiej i angielskiej. Są to m.in. opowiadanie Szczepana Twardocha (całkiem dobre, świetnie wpisujące się w klimat obrazów), wyrazy uznania + wiersz Davida Tibeta, wyrazy uznania od Warrena Ellisa oraz wywiad z malarką.
Codziennie przeglądam tę książkę, przynajmniej kilka stron, codziennie daję się zaskoczyć i zadziwić.

niedziela, 14 grudnia 2014

Pokrótce #4

1) Twin Peaks reż. V/A.

Odświeżyłem sobie kultowy serial. Nie miałem wcześniej okazji przerobić drugiego sezonu, więc nadrobiłem zaległości.
O ile pierwszy sezon był majstersztykiem, groteskową, surrealistyczną opowieścią o źle drzemiącym w ludziach oraz o tym, jak jedno wydarzenie staje się katalizatorem przemian dokonujących się w małym mieście leżącym na uboczu, to drugi, cóż, drugiego jak dla mnie mogłoby nie być. Lub mógłby się skończyć w momencie rozwiązania przewodniej tajemnicy z pierwszego.
Pierwszy miał idealne zakończenie i rewelacyjnie poprowadzoną fabułę.Wątki poboczne rozwijały się w miarę logicznie, główni bohaterowie miotali się między różnymi odnogami prowadzonego śledztwa, aż do momentu kulminacyjnego, w którym tak na prawdę nic nie było jasne i wprost wyrażone.
Drugi był pastiszem telenoweli na znacznie większą skalę niż pierwszy. Część wątków doprowadzono do absurdu, inne dorzucono na siłę, część postaci tak zagmatwano, że zupełnie zbladły w porównaniu z samymi sobą z sezonu pierwszego. Niby tak miało być, że bohaterowie ulegają wewnętrznym przemianom, ale historia Nadine, wyjazd Jamesa, pościg odmienionego Bena Horne'a za czynieniem dobra, powrót z "zaświatów" najpierw samej Catherine a potem jej brata - w moim przypadku wywarły reakcję odmienną od zamierzonej - znudzenie i rozczarowanie. Poza tym przez kilka odcinków przysłoniły i tak rozmyty motyw przewodni. Znacznie bardziej rzucały się też w oczy uroki telewizyjnej produkcji, wszystkie jej niedociągnięcia i ograniczenia.
Zakończenie rekompensowało co prawda te niedogodności, ale pomiędzy odcinkiem w którym zagadka się wyjaśniła a ostatnim odcinkiem tylko dzięki samozaparciu nie porzuciłem oglądania serialu.
Ptaszki ćwierkają, że Lynch wraca do Twin Peaks. Pożyjemy, zobaczymy co z tego wyjdzie. Delikatnie trzymam kciuki.

2) Where the Dead Go to Die, reż. Jimmy ScreamerClauz, 2012

Niezwykle zwyrodniały, surrealistyczny, przejmujący, niepokojący, psychodeliczny, wszechogarniająco dziwaczny film animowany. Nieco przerost treści nad formą - animacja 3D wygląda jak pierwsze gry komputerowe zrealizowane w tej technologii, przetworzonych głosów niektórych postaci praktycznie nie da się zrozumieć - aczkolwiek ma to swój plus bo zestawiając z poruszanymi w obrazie kwestiami tworzy się przepaść warunkująca wynaturzony, groteskowy i duszny klimat całości.
Kilka pozornie niezwiązanych ze sobą historii skrzywdzonych rozmaicie dzieci łączy postać demonicznego, gadającego psa podrzucającego im świetne inaczej pomysły na rozwiązanie palących problemów. Do tego mamy odniesienia do symboliki religijnej, wyprawę w głąb umysłu co najmniej schizofrenicznego, naiwność dziecięcą skonfrontowaną z wyrachowanym okrucieństwem, mnóstwo przemocy i sporo odrażających czynności seksualnych (które raczej nie przeszłyby w filmie aktorskim dystrybuowanym w mainstreamie).
Bardzo dobra rzecz dla kogoś lubującego się w takich klimatach, ale opinie wiszące w internetach, że jest to krzyżówka "Gummo" i "Silent Hill" są przesadzone.
Dopóki nie dotarłem do wypowiedzi reżysera, byłem święcie przekonany, że zawarł w swojej animacji mnóstwo wszelakiej symboliki.
A okazało się, że po prostu się zjarał.
Pamiętajcie drogie dzieci, sięgajcie tylko po czysty towar z pewnych źródeł. Chyba, że macie talent i zjazdy jak pan ScreamerClauz.

3) Pink Floyd Endless River, 2014.

Niejako pośmiertny album legendarnej grupy pozbierany z różnych odprysków. Solidny poziom późnych Gilmourowskich Floydów, ale nic odkrywczego, wręcz przeciwnie. Tylko jeden kawałek nie instrumentalny. O ile do Floydów zawsze będę mieć sentyment (Wish You Were Here było chyba pierwszą płytą z muzyką [i zarazem pierwszy oryginalny album] jaką słyszałem) to do tego albumu niekoniecznie.

4) Pora zwyrola, 21.11.14

Wrócili do Krakowa, przycupnęli w kinie Mikro. Pierwszy seans po dłuższej nieobecności - padło na nunsploitation - filmy Satanico Pandemonium i Alucarda. To pierwsze to typowe nunsploitation, zestarzało się niemiłosiernie, fabuła dziurawa - dosłownie i w przenośni, efekty żadne, Lucyfer wzbudzający komizm niż strach; to, co szokowało wtedy (w 1975 roku) (np. całujące się półnagie zakonnice) dziś nie robi żadnego wrażenia na nikim oprócz wychowywanych w zamkniętej piwnicy bez okien ultra-katolików, takich, co czują się zbrukani na widok kobiety w spodniach.
Kamień milowy w swoim gatunku i kinie eksploatacji, ale mocno zakurzony.
To drugie to mroczna, surrealistyczna baśń, wyjątkowo nierówna pod względem formy i treści. Uroczo odrealniona. W połowie filmu zmienia się wydźwięk, co rozkłada całą fabułę i sens (do połowy - Kościół zły - po połowie - ok, diabeł istnieje i jest zły, "frakcja liberalna" w Kościele ok). Bardziej fantasy z elementami nunsploitation. Specyficzne habity ze specyficznym rozkładem krwawych(?) plam na nich, skojarzenia dość oczywiste, wnioski z takiego przedstawienia zakonnic całkiem feministyczne.
Minusem całej imprezy - ludzie na widowni żrący czipsy i szeleszczący niemiłosiernie oraz - paradoksalnie - amatorski dubbing na żywo. Niepotrzebnie czytający kwestie robili sobie dodatkowe jaja z tego, co akurat rozgrywało się na ekranie.
Ale tak czy siak stałe miejsce na popkulturalnej scenie Stołecznego Królewskiego.

5) Garth Ennis, Peter Snejbjerg Dear Billy, Dynamite Entertainment, 2009

Komiks, trade paperback. Fabuła Ennisa, kreska Snejbjerga. Mało dokładne tła, mało szczegółowe postaci. Tyle, że w przypadku tego komiksu nie rysunek jest najważniejszy.
Drugi tom metaserii Battlefields opowiada o losach brytyjskiej pielęgniarki cudem uratowanej po masowym gwałcie i mordzie żołnierzy japońskich na grupie kobiet w czasie inwazji na Singapur w 1942 roku.
Rany na ciele zabliźniły się, ale rany na duszy - nie. Obserwujemy jak bohaterka próbuje ułożyć sobie życie i poradzić sobie z traumą. Większa część akcji rozgrywa się w szpitalu wojskowym, gdzie pracuje a gdzie trafiają też ranni Japończycy - dezerterzy. Nasza bohaterka, Carrie Sutton, nie potrafi zapomnieć i wybaczyć. Zabija ich jednego za drugim, aż jej przełożeni zaczynają coś podejrzewać. W międzyczasie Ennis wprowadza Billy'ego, oficera lotnictwa, udekorowanego asa o również poranionej psychice, ale nie napędzanego nienawiścią w takim stopniu, jak Carrie. Fascynacja zmienia się w miłość, związek wystawiony jest na próbę, bla, bla, bla, tymczasem wojna zaczyna chylić się ku końcowi i dotychczasowi śmiertelni wrogowie stają pomału ni to rynkiem zbytu, ni to przyszłymi potencjalnymi partnerami handlowymi. Carrie nie może się z tym pogodzić...
Może i jest to historia obyczajowa, do tego zrealizowana w formie retrospekcji-listu do Billy'ego, ale zakończenie jest jak cios obuchem po łbie. Bardzo mocna rzecz stawiająca trudne pytania i nie udzielająca jednoznacznych odpowiedzi.

6) Francis Billotte Mord w Meksyku, Ethos,

Sensacyjno-kryminalna opowieść około-popularnonaukowa opowiadająca o stalinowskich mordach. O Trockim jest tylko jeden rozdział. Badziew charakterystyczny dla wczesnych lat '90 XXw., okładka upstrzona podtytułem Z archiwum N.K.W.D. i nazwą serii - Seria Szarego Wilka. Autor to najprawdopodobniej Polak ukrywający się pod francuskim pseudonimem. W tej serii ukazało się jeszcze parę jego książek, w tym o Kubie Rozpruwaczu.
Czytadło jakich wiele. Do poruszanej w książce tematyki można było - nawet w takiej samej konwencji - podejść ze znacznie lepszym rezultatem.

7) Tomasz Mann Tristan

Klasyk literatury niemieckiej XX wieku i jego - w miarę - standardowe tematy - przeobrażenia w świecie mieszczaństwa II Rzeszy/Republiki Weimarskiej, uczucie schyłkowości i nadciągającego rozpadu, bliżej nieokreślonego niebezpieczeństwa. Zmiany w relacjach międzyludzkich, zepchnięcie gdzieś ludzi wrażliwych, artystów, bunt młodego pokolenia a stateczni rodzice.
Na książkę składają się dwie niezwiązane ze sobą nowelki. Czytałem lepsze i znacznie lepsze rzeczy tego autora. Pozycja raczej dla fanów autora lub kronikarzy nastrojów epoki.

8) S.T. Joshi H.P. Lovecraft. Biografia

Może i głupio napisać raptem parę słów o książce-molochu mającej prawie 1200 stron, ale nie czuję się kompetentny do wydawania bardziej rozbudowanych osądów.
Autor dokonał niemożliwego - krok za krokiem rozmontował i prześwietlił życie Samotnika z Providence, pochylił się nad jego znajomymi, nielicznymi przyjaciółmi, trudnymi relacjami rodzinnymi. Ilość informacji zgromadzonych w tej książce jest wręcz przytaczająca. Autor rozgranicza swoje opinie o swoim bohaterze od informacji o nim, które prezentuje jak na poważnego naukowca przystało.
Nie wiem, co o tym myśleć. Oszałamia dociekliwość i dokładność autora. Jest to najbardziej kompletne kompendium wiedzy o Lovecrafcie z jakim zetknąłem się kiedykolwiek. Fani już dawno pewnie mają, więc nie muszę polecać. Niedzielni czytelnicy Lovecrafta zapewne odbiją się od treści.

9) Kronos 3/2014

Dużo o Friedrichu Georgu Jüngerze i dużo jego tekstów. Był jednak bardziej uporządkowanym i zarazem bardziej przewidywalnym autorem od brata. Zarazem bardziej konserwatywnym, miał swój udział w powolnych przemianach Ernsta.
Poza tym, jak to w Kronosie. Rzeczy interesujące i mniej interesujące. Recenzja Reactionary Modernism Herfa. Artykuł o Zinowjewie, dysydencie radzieckim i antystaliniście, który po upadku ZSRR przeszedł na stalinizm (w tym szaleństwie była metoda, aczkolwiek dźwięcząca rozpaczą po utracie punktów odniesienia).
Dobry numer.

10) Noise Magazine 2/2014

Dużo radości.

sobota, 11 października 2014

Pokrótce #3

Czyli małe podsumowanie września. Nie miałem czasu by pisać na bieżąco, to trochę szczegółów mi pouciekało.
Pierwsze Pokrótce, ale zachowałem numerację z Coś tam dzwoni, w jakimś kościele, ale cholera wie w jakim, gdyż w Coś tam dzwoni chodziło z grubsza o to samo.

Książki:

Ernst Jünger W stalowych burzach

Tłumaczenie Wojciecha Kunickiego. Nie pytajcie, czemu czytałem tę książkę po raz trzeci (wcześniej czytałem tłumaczenie Gaładyka sprzed wojny oraz współczesne tłumaczenie na angielski). O samej książce napisałem już chyba wszystko, co mogłem napisać, więc parę słów o tłumaczeniu. Przekład Kunickiego jest zdecydowanie lepszy od przekładu Hofmanna. Czytanie po angielsku nie jest dla mnie aż tak potężną barierą, bym nie mógł obu tłumaczeń - tym bardziej, że są to tłumaczenia finalnej wersji dzieła - zestawić. Hofmann w porównaniu do Kunickiego bywał momentami wręcz drętwy, polski tłumacz potrafił rewelacyjnie oddać plastyczność i odczuwaną przez czytelnika wszystkimi zmysłami potęgę Jüngerowych opisów, metafor i błyskotliwość spostrzeżeń.

Kim Newman Krwawy baron

Kiedyś to potrafiono pisać o wampirach. Czy to właśnie w książkach (np. to albo ~19 tomów Nekroskopa), czy to w scenariuszach do anime/mangi (np. Vampire Hunter D, Hellsing). Nie to, co teraz.
Krwawy baron to jedna z pierwszych książek fantastycznych (w bardzo szerokim rozumieniu tego pojęcia), jakie w życiu czytałem. Z doświadczenia już wiem, że powroty po latach do kamieni milowych rozwoju własnego gustu nie wychodzą tym kamieniom milowym na dobre, ale nie mogłem się powstrzymać, gdy nadarzyła się okazja do takiego powrotu. I tak, to już nie to samo, czym było dawno temu w czasach gimnazjum. Wampiry u Newmana się nie zestarzały, nadal są obce człowiekowi, budzą grozę swoimi ponadludzkimi zdolnościami; wizja I wojny światowej, w której po obu stronach konfliktu walczą obok ludzi również nadal przygniata czytelnika swoim ciężarem, dosadnością opisów, rozmachem ukazanych starć. Opis (niedokładny) striptizu w wykonaniu wampirzycy już nie niszczy psychiki jak niegdyś (miła pani obdziera się ze skóry) ale nie stracił wiele ze swojego uroku. Podobnie eskadra tytułowego krwawego barona von Richthofena, wampiry mogące podjąć równą walkę z lotnictwem ententy nadal jest świeżym pomysłem. Fabuła nadal robi wrażenie swoją wielowątkowością, nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, iż część postaci (prawdziwych znanych ludzi pozamienianych w wampiry) autor wrzucił do treści na siłę, by bawić się konwencją i przedstawić je w innym świetle.
Muszę jednak przyznać, iż nie jest to arcydzieło, za jakie tę książkę przez długie lata miałem. No niestety.

Neil Gaiman Nigdziebądź

Szalona współczesna baśń (zbliżona momentami do urban fantasy pierwszej generacji) o świecie magii i magicznych istot, istniejącym obok (dokładnie - pod - ale niekoniecznie jest to namacalne pod) Londynu. Główny bohater trafia tam przypadkiem, po czym okazuje się, że przyjdzie mu tam nieźle namieszać. Rzecz lekka i przyjemna w odbiorze, zaskakująca co kilka stron przyjętymi przez autora rozwiązaniami. Wyobraźnia Gaimana zdaje się nie mieć ograniczeń. Nie zmienia tego fakt, że książka to novelisation serialu (którego nie oglądałem). Solidna żonglerka motywami i reinterpretacjami motywów.

Mort Castle Księżyc na wodzie 

Zbiór opowiadań. Horrory, ale bardzo specyficzne. Kilka innych opowiadań Castle'a czytałem w różnych antologiach. Jakoś niespecjalnie przypadły mi do gustu. Sięgając więc po Księżyc nie wiedziałem, czego się spodziewać. Zawiodłem się pozytywnie. Dawno nie spotkałem się z czymś tak dobrym. To niewiarygodne, jak wielkie ładunki emocjonalne autor potrafił zawrzeć w nieraz bardzo krótkich tekstach, jak perfekcyjnie operuje słowem, mieszając szaleństwo i współczucie, pogodne pogodzenie się z losem i niezgodę na niesprawiedliwość. Groza wypływa z samych ludzi, ich słów, działań, małych kłamstewek wypowiadanych w dobrej wierze, z ich rozpaczy i melancholii, gniewu i radości. Także z szaleństwa, chyba jednego z ulubionych wątków autora, przewijającego się często przez zebrane w zbiorze opowiadania. Czasem jest to groza szarej codzienności, mająca źródła w prozie życia. Czasem coś ją z niej wydobywa.


Komiksy:

Junji Ito razy trzy

Dla przypomnienia - Ito to japoński autor mang, łączący w swojej twórczości odniesienia do lokalnych uwarunkowań z fascynacją europejskim i amerykańskim weird fiction. Jego twórczość opiera się na absurdalnych obrazach, dość luźno i z pogardą dla logiki i związków przyczynowo-skutkowych połączonych w historie, których elementem wspólnym jest postępujące odrealnienie i rozpad prawideł rządzących naszym światem. Nieznane wchodzące w empirycznie poznawalną rzeczywistość ma rozmaite źródła, czasem pojawia się wręcz znikąd. Kreska Ito jest charakterystyczna, mało mangowa. Odrealnione, niemożliwe obrazy rysuje w bardzo realistyczny sposób, wielką wagę przykładając do szczegółów otoczenia i tła - np. przypadku scen na łące czy w lesie czytelnik może nasycić wzrok widokiem pojedynczych źdźbeł trawy falujących na wietrze.
Inną cechą wyróżniającą jego styl jest prezentowanie wykrzywionych, wynaturzonych twarzy i sylwetek z dymu bądź gazu. Efekty cząsteczkowe, że tak to nazwę korzystając z pojęcia ze świata gier komputerowych, stoją u Ito na bardzo wysokim poziomie. Sylwetki ludzkie nasz dentysta (tak, Ito jest z zawodu dentystą) szkicuje oszczędnie, skupiając się na szczegółach w przypadku mutacji, ran, oparzeń, degeneracji, zmian psychicznych i fizycznych, itp. Jego twórczość spokojnie można pod tym względem zaliczyć do horroru cielesnego. Bardzo dobrze, w nieco przerysowany sposób, oddaje też emocje postaci, z uwzględnieniem ich charakterów.
Uzumaki. Spirala to manga którą autor przebił się do czytelników poza Japonią. Postępujący obłęd na punkcie spiralnych wzorów ogarnia małe japońskie miasteczko, usytuowane w leżącej na uboczu części kraju. Nieszkodliwe manie zmieniają się w krwawe szaleństwo, spirale zaczynają infekować ludzie umysły i wpływać na samą rzeczywistość, aż ta, zupełnie odrealniona, zmieniona w coś absolutnie obcego, prowadzi do swojego logicznego końca, w mieście zaczynają rządzić spirale. Po drodze mamy niemowlaki karmione krwią, ludzi zmieniających się w ślimaki, tajfuny wpadające do jeziora w centrum miasta a wcześniej fruwające za główną bohaterką, tajemniczą latarnię morską emitującą spiralne światło, implodującą dziewczynę oraz historię o włosach żywiących się energią życiową swoich właścicielek. Polskie wydanie jest jednotomowe, ma 642 strony.
Gyo. Odór śmierci zaś opowiada o posiadających odnóża morskich zwierzętach, wychodzących na ląd i siejących tam spustoszenie. Dopiero w dalszej części okazuje się, że odnóża są tak naprawdę rodzajem żyjących istot napędzanych inteligentnym gazem, wykorzystującym dowolne zwierzęta (lub ludzi) w charakterze baterii. W tle jest historia o tajnym wojskowym projekcie z czasów II wojny światowej. W jednym z wywiadów autor przyznał, że do stworzenia Gyo zainspirowały go Szczęki Spielberga. Oto jak wzorce z zachodu odbierane są w Japonii, i w co się zmieniają. Polskie wydanie, podobnie jak w przypadku Uzumaki, jest zbiorcze. Podobnie jak w przypadku szerzej opisywanego przeze mnie Black Paradox, autor dorzucił kilka mniejszych historyjek. Dramat pod głównym filarem to króciutkie weird którego sam Poe by się nie powstydził, Uskok na górze Amigara opowiada o tajemniczych otworach w kształcie sylwetek ludzkich, odnalezionych pewnego dnia na zboczu tytułowej góry.
Remina. Gwiazda śmierci to najbardziej zeschizowana historia Ito spośród tych, które już miałem okazję poznać. Z innego wymiaru przybywa do naszego wszechświata tajemnicza planeta, swobodnie się przemieszczająca w kierunku ziemi. Zostaje przez swojego odkrywcę nazwana imieniem jego córki - Remina. Remina staje się rozchwytywaną celebrytką. Nastroje tłumów zmieniają się diametralnie, gdy okazuje się, że tajemnicza planeta to żywa istota, pożerająca napotykane na swojej drodze przez wszechświat ciała niebieskie. Ludzkość postanawia złożyć w ofierze Reminę i jej ojca niezwykłej planecie, złożyć w ofierze poprzez ukrzyżowanie. Planeta jednak nic sobie nie robi z prób udobruchania... 
Najlepszy motyw z tej mangi to przyśpieszenie prędkości obrotowej Ziemi, po tym, jak nasza planeta została przez intruza polizana gigantycznym, kosmicznym językiem. W momencie zmianie uległa grawitacja, przez co w pogoni za Reminą i jej przypadkowym obrońcą ludzkość mogła wzbić się w powietrze i przelecieć z kontynentu na inny kontynent.
Tego typu zupełnych dziwactw i absurdów do sześcianu jest tutaj więcej, a zakończenie bije na głowę wszystko, co autor przedstawił wcześniej. Historia dodatkowa to Miliard szwów. W tajemniczy sposób znikają ludzie, odnajdywani potem martwi, nago, pozszywani ze sobą nawzajem. Panika ogarnia kraj. Główny bohater, hikikomori, postanawia się przemóc i ochronić dziewczynę, w której niegdyś był zakochany. Rzecz jasna, jak to u Ito bywa, do samego końca czytelnik nie ma pewności, co zastanie na dalszych stronach.
Tak czy owak, Ito to jeden z moich ulubionych autorów komiksów (bo manga to komiks, nie bawmy się w jakieś durne etykietki zaciemniające obraz).

Alan Moore, Brian Bolland Batman. Zabójczy żart

Kultowy zeszyt kultowego autora. Nowe wydanie, A4, twarde okładki, Mistrzowie komiksu Klub Świata Komiksu. Zmieniono kolorystykę w porównaniu do starych wydań. Moim zdaniem, na ile pamiętam jakieś stare wydanie, które kiedyś pokazał mi kuzyn - zmiany w kadrach obrazujących historię (szaleństwa) Jokera wyszły komiksowi na dobre.
Fabuła uniwersalna i ponadczasowa. Dwóch przeciwników, tak różnych a tak podobnych. Jedno szaleństwo, inne wektory. Świetna kreska, cudowne cienie. Do tego posłowie rysownika i wstęp Tima Sale'a.

Occupy Comics #1

Pierwszy numer zeszytów, z których dochód idzie na ruch Occupy, taką amerykańską populistyczną lewicę, ruch masowy i bardzo zróżnicowany wewnętrznie. Różni autorzy, różne style, różne materiały, nie tylko komiksy. Dla jednych lewacka propaganda, dla drugich głos rozsądku - może nieco chaotyczny i pozbawiony jednego jasnego celu (i rozdarty między postulatami reformy systemu kapitalistycznego a jego obalenia), ale jednak. Rzecz jasna, zdecydowanie skłaniam się ku drugiej opcji. W końcu ktoś w Stanach zauważył rzeczy oczywiste. Coś drgnęło w ojczyźnie self-made manów. Do tamtejszego dyskursu wróciły pojęcia takie jak klasa społeczna, kapitalizm, socjalizm. To ostatnie słowo w końcu zaczęło przestać być uznawane za obelgę. Dalekim pokłosiem tego jest obecność w radzie miejskiej Seattle trockistki Kshamy Sawant, należącej do partii Socialist Alternative (SA należy do międzynarodówki Committee for a Workers' International; mieli na tyle przyzwoitości, że nie nazwali się mianem IV Międzynarodówki, bo IV Międzynarodówek jest wystarczająco dużo).
Komiksy zamieszczone w numerze mają różny poziom, reprezentują różne style i sposoby prowadzenia narracji. Wszystkie pełnią rolę komentarza społeczno-politycznego. Niektóre są bardziej praktyczne, np. ukazują, jak należy się zachować, gdy policja naciera na manifestujących. W innych widać jeszcze echa libertariańskich bzdur, jakimi karmiła się od zawsze amerykańska opinia publiczna, takie wtrącenia są jednak w mniejszości. Publicystyka trzyma poziom - Alan Moore pisze o historii komiksu, uwypuklając jego funkcję komentarza do wydarzeń politycznych, kilkoro autorów przedstawia sylwetki ludzi, których decyzje były bezpośrednią przyczyną kryzysu.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Junji Ito "Black Paradox"

O Ito wspomniałem już kiedyś przy okazji Gyo (polskie wydanie jeszcze przede mną), ale nie zaszkodzi się powtórzyć.
Junji Ito, z zawodu dentysta, to autor mang leżących gdzieś na przecięciu się horroru, weird fiction i bizarro. Tzn. wątpię, żeby on sam tak to określał, ale ja tak to widzę. W jego twórczości zderza się ze sobą Nieznane wyciągnięte z przestrzeni międzygwiezdnych zarówno makrokosmosu jak i naszych małych ludzkich mikrokosmosów z konwencjami ocierającymi się nieraz o autoparodię, tyle, że przedstawionymi na poważnie, choć nie bez czarnego humoru (nieraz). Jest zarówno rysownikiem jak i autorem fabuły i twórcą dialogów. Black Paradox nie odbiega od tego, co o autorze napisałem powyżej - weird miesza się z czystym absurdem, jest i trochę gore oraz dużo horroru cielesnego. Nie pytaj czytelniku, co, skąd, jak i dlaczego, odłóż gdzieś ciągi przyczynowo-skutkowe a będziesz się świetnie bawił. Ta zasada sprawdza się też nie tylko w tytułowej ale i w kolejnych historiach. Wizje Ito są bardzo plastyczne. Nie zdziwiłbym się, gdyby najpierw przychodził mu do głowy pomysł na jakiś zupełny mindfuck, dopiero z czasem obrastający fabułą, mającą luki i nie wyjaśniającą niczego do końca ani czasem nawet do początku.
Nasz nieco szalony dentysta ma charakterystyczną kreskę. Każdy, kto przeczytał choć kilka jego historii (lub jedną wielokrotnie) powinien bez problemu rozpoznawać styl autora. Jego postacie są przedstawione realistycznie choć niezbyt szczegółowo. Mówiąc szczerze, zwłaszcza jego postacie kobiece są czasem do siebie niezwykle podobne, tzn. bohaterki różnych jego mang. Operuje pewnymi archetypami postaci, co nie jest w sumie niczym niezwykłym, zetknąłem się z tym nie raz pośród tego drobnego poletka japońskiej popkultury, jakie mniej-więcej znam. Jego styl nie jest aż tak mangowy. W sumie to ni cholery nie siedzę w mandze jako takiej na tyle głęboko, by znać nazwy rozmaitych stylów i wariacji wszelkich, fakt faktem nie ma tu wielkich, skośnych oczu.
Za to niezwykłą dbałość o szczegóły autor przykłada do wszelkich deformacji, mutacji, odniesionych ran i oparzeń, najróżniejszego i najplugawszego ohydztwa, które wykuwa w papierze z podziwu godną pieczołowitością. Blizny, nadprogramowe lub wynaturzone organy lub kończyny, zmiany kształtu i formy, gwałt na samej biologicznej istocie człowieka - w tym Ito jest absolutnym mrocznym geniuszem. Tak samo jak w rysowaniu duchów, zjaw, istot zbudowanych z gazu. Czytałem kilka jego mang, prawie w każdej z nich był choć jeden mały wątek z czymś takim.
Również w prawie każdym z jego dzieł, z jakim się zetknąłem do tej pory jest obficie wykorzystana estetyka horroru cielesnego.
Black Paradox zawiera trzy historie. Najdłuższą tytułową, krótką Lizawę i kolorowy szort Upiorny Pawilon.
Podzielona na rozdziały opowieść tytułowa to historia o grupce niedoszłych samobójców, którzy weszli w posiadanie nieznanego ludzkości minerału, mającego co najmniej niepokojące właściwości. Minerał ten, istniejący tylko w formie idealnych kul, pochodził z innego świata. Wokół niego, próbie dotarcia do... złóż i eksploatacji jako źródła energii osnuta jest najgrubsza nić fabuły. Poza tym mamy tam jeszcze robota usiłującego popełnić samobójstwo, kobietę o makabrycznych bliznach na twarzy, faceta prześladowanego przez własnego sobowtóra, jasnowidzkę-pesymistkę oraz portal do zaświatów otwarty w czymś odźwierniku (część układu pokarmowego).
Lizawa opowiada zaś o tytułowej Lizawie, demonicznej kobiecie napadającej na ludzi mglistymi, wilgotnymi wieczorami w mrocznych uliczkach miasta. Jak sama nazwa wskazuje, liże ona swoje ofiary wielkim, zniekształconym, nie za bardzo ludzkim językiem. Większość polizanych przez nią umiera, reszta ma traumę do końca swoich dni. Główna bohaterka traci przez Lizawę swoich najukochańszych - narzeczonego oraz psa. Postanawia się zemścić na potworze. Pewnego dnia spotyka kogoś, kto oferuje swoją pomoc...
Upiorny pawilon skrywa wymarłe zwierzę przywrócone do życia przez naukowców. Zgryźliwa puenta na sam koniec.
Tłumaczenie jest chyba ok, nie mam porównania, wydanie polskie również jest jak najbardziej w porządku.

poniedziałek, 30 września 2013

Zombie, świry, transgresja

Jak zwykle u mnie, uwaga na spoilery.

Zombie to motyw, który sam się zjadł. Ileż w końcu razy można opowiadać tę samą historię na inne sposoby. Ileż razy można powtarzać ten sam motyw, zmieniając tylko pewne szczegóły. Doprowadzając do go parodii (np. "Zombie Ass"), postmodernistycznej papki motywów i odniesień (np. "Dead Snow" czy znacznie bardziej szalone dziełko "Sars Wars", będące parodią przeładowaną odniesieniami do mydła i powidła wszelakiego), satyry na współczesne społeczeństwo (klasyczny Romero, "KFZ Kentucky Fried Zombie") czy też próbując wyciągnąć z niego coś więcej.

"The Walking Dead", biało-czarny komiks autorstwa m.in. gościa, który zrobił przewrotnego i poczciwie-bluźnierczego "Battle Pope" próbuje z motywu walki garstki ocalonych z wszechobecnymi zombie przedstawić historię o utrzymaniu własnego człowieczeństwa w sytuacji, gdy świat jaki znamy - mówiąc dosadnie - trafia szlag. Motyw ten też się przejawiał gdzie indziej, tu jednak jest najbardziej uwypuklony. Chyba nawet bardziej w bardzo popularnym serialu o tym samym tytule, niż w komiksie jako takim. Serial w porównaniu do komiksu jest znacznie bardziej "rozciągnięty". Zwłaszcza w sezonie II, dziejącym się w sumie w jednym miejscu, widać to jak na dłoni. Dodano też więcej bohaterów, inni mają więcej do powiedzenia. Inni giną wcześniej, inni później. Niektórych nie ma.
Co nie znaczy, że komiks jest w mniejszym stopniu ukierunkowany na rozpaczliwe próby zachowania człowieczeństwa w świecie, w którym wygrywa bardziej bezwzględny i silniejszy, nie oglądający się na nic. Bohaterowie mają mnóstwo rozterek, nie wahają się w obronie siebie lub bliskich dokonywać rzeczy strasznych (Rick odcinający siekierką rękę kobiety trzymającej go i błagającej o pomoc przed nadciągającymi zombie; główni bohaterowie bestialsko mordujący grupkę kanibali) lub wprost folgują swoim instynktom i żądzom (Governor gwałcący i znęcający się nad Michonne; Michonne okaleczająca Governora). Pod koniec komiksu (tzn. tych numerów, które już się ukazały - nowe numery wychodzą cały czas) obserwujemy jak rodzi się nowy feudalizm - grupa dzikich, nieokrzesanych, brutalnych raiderów w zamian za "ochronę" uzależnia od siebie kolejne wspólnoty tych, którzy przetrwali, podporządkowując ich sobie przy użyciu strachu, przemocy, okrucieństwa, i bez pardonu egzekwuje należne im rzekomo dobra. Ponadto przynajmniej część z nich dosłownie ubóstwia swojego przywódcę. Jakbym widział ekipę Mieszka I szalejącą wśród wsi wielkopolskich w 966r. Wybaczcie dygresję.
Trup ściele się gęsto, zarówno żywy jak i martwy. Przemoc jest pokazana w dosadny sposób, bez nadmiernej cenzury. Seks też jest. Kreska budzi skojarzenia ze stylem z "Battle Pope" (thank You, Captain Obvious) ale jest znacznie bardziej realistyczna. Zniszczone miasta, wyludnione pustkowia, opuszczone osiedla i osady tych, którzy usiłują przeżyć w post-ludzkim świecie - wyglądają obłędnie. Same żywe trupy - również.
Do efektów w serialu też nie ma się jak przyczepić. Mają tam chyba najbardziej "zombiaste" zombie jakie widziałem gdziekolwiek. Ale budżet robi swoje.
Jestem rzecz jasna fanem zarówno komiksu, jak i serialu. Dziw bierze, że jeszcze nie ma (jakiś dodatkowy serial chyba jest w planach) tony spin-offów i innych historii w tym samym świecie.

"Crossed" i kolejne serie.
Autorzy "Crossed" poszli kilka kilometrów dalej od motywu "boimy się tego, co jest zwyczajne - a nagle staje się niezwyczajne, ba, wrogie nam". Tytułowi Crossed to zombie na sterydach - tym bardziej odrażający (i transgresywni), że są żywi. Śmiem twierdzić, że to najbrutalniejsze komiksy, jakie czytałem kiedykolwiek. Gore do sześcianu. Zoofilia, nekrofilia, pedofilia, festiwal wynaturzenia, dehumanizacji, pogardy dla człowieka. Wynaturzone sceny tortur, wszelkie perwersje i totalny nihilizm. Wszystko tak zwielokrotnione, że aż do przesady. Zresztą, jeśli nie wiecie, o czym piszę, wyłącznie w góglach wszystkie filtry (jeśli jeszcze macie je ustawione) i wygóglajcie "Crossed". Pewnych obrazów się nie zapomina.
Pewnego dnia na świecie wybucha epidemia, która rozprzestrzenia się w krótkim czasie na cały świat. Zarażonym wychodzą na twarzy ropiejące, krwawe czerwone krzyże. Zarażeni zatracają swoje człowieczeństwo. Spadają z nich wszystkie uwarunkowania, cały dorobek kulturowy i cywilizacyjny. Wchodzą w permanentny szał mordowania i gwałcenia wszystkich i wszystkich wokoło. W przeciwieństwie do zombie, "ukrzyżowani" zabijają się także wzajemnie. Potrafią się też łączyć w grupki walczące z innymi grupkami (np. grupa nosząca maski ze skór ofiar kontra grupa kąpiąca się we krwi). Niektórzy zatracają się w szale permanentnie. Zatracają wszelki pomyślunek i instynkt samozachowawczy, czy nawet zdolność do myślenia abstrakcyjnego. Inni jednak potrafią organizować tych dzikich w bardziej zwarte hordy, potrafią wymyślać i zakładać pułapki, planować dalsze postępowanie, ba, zdarza się nawet, że wezmą zakładnika z grupki niezarażonych, zamiast go od razu zgwałcić, zabić i jeszcze raz zgwałcić, rozczłonkować i po raz wtóry zgwałcić. Jeszcze inni po zarażeniu pamiętają swoje dawne życie.
Poziom okrucieństwa pokazanego w komiksach "Crossed" jest tak przytłaczający, że wręcz nie da się w pewnym momencie traktować tego, co zostało tam pokazane z pełną powagą. "Ukrzyżowani" gwałcący krowę, orkę, biegający z odciętymi genitaliami ludzkimi i zwierzęcymi, ogromna ich grupa pokrywająca gigantyczny most "opakowaniem" z setek ludzkich skór, krowa-pułpaka na niezarażonych z odbezpieczonym granatem w odbycie, zakonnica masturbująca się odciętą kończyną, setki powieszonych, wybebeszonych, narysowanych z dbałością o każdy szczegół zmasakrowanych zwłok, trupy wiszące na krzyżach, słupach, ponabijane na cokolwiek - tego wszystkiego i wielu więcej tego typu obrazów po prostu nie da się wziąć na serio do końca. Tak samo okładek, pełnych aluzji politycznych i społecznych (rozpierdziel w ONZ, loży masońskiej, na Bliskim Wschodzie, w Egipcie, itd.). W pewnym momencie czytelnik po prostu parska śmiechem. Dosyć nerwowym i bardzo niezdrowym, ale jednak. Sam język używany przez "ukrzyżowanych" podkreśla ich instynktowne działanie i absurdalne barbarzyństwo - posługują się potokami bluzgów i topornie odmalowanych opisów czynności seksualnych, zazwyczaj bardzo niepoprawnych z biologicznego punktu widzenia.
A jak sobie radzą zwykli ludzie w uniwersum "Crossed"?
Tytuł jednej z serii ("Psychopath") doskonale ilustruje, jak. Zdrowi zachowują się czasem gorzej od chorych, chociaż wydaje się to niemożliwe. Religijny ojciec - pedofil, kompletny wariat, socjopaci idący po trupach byle uciec, typ wymagający seksu w zamian za ratunek, kobieta porzucająca własnego noworodka, tchórze, oszuści, cała plejada typów odpychających. Pozbawionych dowolnie pojętego heroizmu, nie zastanawiających się nad filozoficznymi kwestiami, czym jest człowieczeństwo, tylko żyjących po prostu.
Większość serii komiksu jest już zakończona - "Crossed", potem - kolejność przypadkowa - "Crossed: Psychopath", "Crossed: Family Values". Jeszcze ukazuje się chyba "Crossed: Badlands" - najbrutalniejsza i najbardziej przejmująca seria. Składa się z wielu historyjek zajmujących po 3-4 numery, wszystkie te historyjki kończą się źle. Ukazuje się również "Crossed: Wish You Were Here" - również jako komiks internetowy, dostępny za darmo. Tam formuła jest nieco zmieniona, bo rzecz się dzieje głównie na wyspie, gdzie schroniła się grupka zdrowych. Pozostałe serie przedstawiały bohaterów w ruchu, niedługo po wybuchu zarazy lub w jej czasie. Ostatnie numery "Badlands" przedstawiają uniwersum po paru latach.
Wiąże się to z pewną nieścisłością. "Ukrzyżowani" nie przejmują się własnym bólem, potrzebami zachowania życia i zdrowia. To ekstremalni sadyści i maschodziści, czerpiący radość np. z bycia rozjechanym przez samochód lub z bycia zgwałconym w dziury wyrwane w brzuchu. Nie przejmują się także np. ciepłym ubraniem się w zimę. Noszą to, co mieli na sobie w chwili zarażenia, paradują nago, eksponując nabrzmiałe genitalia, co najwyżej zakładają ozdoby zrobione z różnych części ciał swoich ofiar (maski ze skór twarzy, naszyjniki z gałek ocznych, ozdoby z obciętych genitaliów). Nie dbają o żadne dobra konsumpcyjne, czy nawet o dach nad głową. Po paru latach (ba, po pierwszej zimie) ich populacja powinna więc zmniejszyć się do minimum. I co z tysiącem chorób, które powinny się rozwinąć wśród świata gdzie ludzkie szczątki służą jako ozdoby, chorób, które powinny również zdziesiątkować populację chorych. Ale ok, nie ma po co alegorii odczytywać dosłownie. Jeśli ktoś potrzebuje jakiegoś katharsis, jakiegoś kopniaka w mózg, do tego poprawnie napisanego i perwersyjnie, turpistyczne narysowanego, to wszystko co wyszło z "Crossed" w tytule gorąco polecam.

A gdzie ta transgresja, o której wspomniałem w tytule tej notki? Cóż, jest chyba widoczna jak na dłoni.