W ciągu ostatniego czasu, a dokładniej kilku miesięcy, miałem niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w dwóch koncertach black metalowych w stołecznym królewskim. W związku z tym samo nasunęło mi się pewne spostrzeżenie, która od zawsze mnie zastanawiało (no dobra, dawno temu, gdy w liceum chodziłem nawet latem w długim czarnym płaszczu, glanach i koszulce Burzum, a raz musiałem salwować się po zajęciach ucieczką przed przeważającymi siłami fanów Mayhem, nie zajmowały mnie takie szczegóły, liczył się ekstremizm jako taki). Mianowicie, w jaki sposób niektórzy uczestnicy mogą łączyć dowolne poglądy będące w ich mniemaniu programem pozytywnym z radosnym podrygiwaniem do muzyki z tekstami o jednoznacznie nihilistycznym przekazie. Ta sama nieścisłość, rozdarcie między chęcią obrony jakiś - subiektywnych rzecz jasna - wartości a zupełną negacją świata, życia, człowieka, itd. zawsze zastanawiało mnie w przekazie części wykonawców - no bo gdzie biała rasa, czternaście słów, tak czy inaczej rozumiana cywilizacja europejska, itd., itp., a gdzie śmierć ludzkości, gwałty na niemowlakach i rozpasane orgie ku czci Rogatego/rozmycie się w wiecznej ciemności/itp. Mimo mojego własnego stosunku do omawianego zjawiska, ns skini na koncertach black metalowych mi nie przeszkadzają - kim ja jestem, żeby mówić komukolwiek na jakie koncerty ma przychodzić. Za to niezwykle denerwuje mnie nowsze zjawisko - obecność, poza kucami i łysolami, hipsterów. Stojąc obok któregoś z nich, typa częściej patrzącego w ekran smartfona
niż spoglądającego na scenę, po niedługim czasie miałem ochotę mu
przyjebać. Koncert black metalowy to miejsce, gdzie można łatwo zostać oblanym piwem, łatwo zgubić telefon, w skrajnym przypadku można dostać po ryju, przypadkiem lub niezupełnie przypadkiem, czasem nawet od muzyków, aż dziw bierze, że ktokolwiek może tego nie rozumieć, ba, może mieć z tym problem.
O ile sam wolę Mgłę na słuchawkach w czasie spaceru przez wymarłe dzielnice postindustrialne, to warto było machać łbem w tłumie. Bardzo spoczko było też zobaczyć Mikko Aspę na żywo. Czytając teksty Clandestine Blaze czasem nie sposób nie zazgrzytać zębami (przykład rozdarcia o którym wspomniałem wyżej), ale gość jest legendą i nikt tego nie zaneguje.
No ale niech tam, grunt, że ja się dobrze bawiłem, zarówno w Zaścianku na Blaze of Perdition (koncertowy wokalista dał radę jak najbardziej, zagrali też Królestwo Twoje, więc już w ogóle) jak i w Rotundzie na Mgle.
18.12 miałem okazję być w kinie (studyjnym, ale dało radę, wbrew pozorom nie potrzeba było 3D [z moim astygmatyzmem i tak kiepsko się filmy w 3D ogląda] i ekranu o przekątnej równej długości boiska piłkarskiego by cieszyć się filmem) na nowych Gwiezdnych Wojnach. Mam mieszane uczucia, ale zawiodłem się pozytywnie - nie było to takie gówno jak myślałem, że będzie. Byłem pewien, że po emisji spokojnie będę mógł napisać opinię jednozdaniową w stylu: ekranizacja Trylogii Thrawna byłaby dużo lepszym pomysłem, tymczasem mimo całej wtórności, fabularnych absurdów, itd., mamy całkiem dobry, szalenie efektowny, trzymający w napięciu i, na szczęście, długi film.
Co jest wtórne? Sam zarys fabuły. Mamy powieloną po raz kolejny historię o prostaczku z pustynnego wypizdowa, który to prostaczek dzięki serii absurdalnych zbiegów okoliczności staje się postacią kluczową w toczącej się wojnie dobra ze złem (płeć prostaczka nie ma tu znaczenia). Jednym z liderów tych złych jest sekciarz w czarnej masce, ponad to oczywiście dysponują oni superbronią zdolną niszczyć całe planety. Następuje heroiczny atak dobrych na złych, gdy źli dowiadują się o lokalizacji ukrytej bazy tych dobrych. Przy ciężkich stratach udaje się dobrym rozpirzyć superbroń złych, główny zły ma dostać ochrzan od głównego jeszcze gorszego. Do tego w tle opowieści mamy ukrywającego się w jeszcze bardziej zapyziałym wypizdowie niż przedstawionym na początku filmu steranego życiem mędrca, nasz prostaczek ma zadatki na sekciarza, główny zły jest skoligacony z dobrymi, itd.
W sumie na tym samym pomyśle (z różnym rozłożeniem akcentów) opierała się fabuła zarówno Mrocznego widma, jak i Nowej nadziei, w Przebudzeniu Mocy na pewno ciekawym novum jest lekki cliffhanger na zakończenie i bardzo niejednoznaczne, chaotyczne i jakby nieprzekonane zło jednego ze złych. Uśmiercenie jednego ze starych bohaterów, chociaż spodziewałem się czegoś takiego (nie ogarniałem na bieżąco pojawiających się spoilerów), mimo wszystko było dość zaskakujące. Zaskakujące było też, że nikt nie stracił ręki, bo to już chyba świecka tradycja serii. Wreszcie nieco zaskakująca była możliwość zobaczenia szturmowców w czasie akcji pacyfikacyjnej - mam wrażenie, że bieżąca trylogia będzie trochę mroczniejsza od poprzednich części. Zaskoczyło mnie to podwójnie - że Disney coś takiego pokazał.
Oczywiście, biorąc pod uwagę samą historię jako taką, to niezależnie od tego, co wydarzy się w kolejnych epizodach, ekranizacja Trylogii Thrawna byłaby dużo lepszym pomysłem. Nie jestem przy tym ortodoksyjnym fanem Expanded Universe - było (hmm, jest) ono tworem przerośniętym, pełnym faktycznie złych i niepotrzebnych historii, zaciemniających obraz uniwersum i niepotrzebnie mnożących wątki, postaci poboczne, historie bohaterów filmowych, których życiorysami można by obdzielić dodatkowo kilkanaście innych osób, itd. Po prostu uważam, że wywalenie uniwersum jako takiego (Legends - proszę was, kto poza największymi [i najstarszymi] fanatykami sięgnie po pozycje rozmijające się z kolejnymi filmami), było czymś zupełnie niepotrzebnym i szkodliwym, wśród wszystkich tytułów wydanych pod szyldem Star Wars trafiały się prawdziwe perełki. Jak np. Tryloga Thrawna.
BTW księżniczka Leia jest moją ulubioną księżniczką Disneya.
J.G. Ballard Wyspa
Heh, sam chciałem kiedyś napisać coś podobnego. Historię o gościu uwięzionym w urywku świata, faktycznej wyspie, pomiędzy ruchliwymi drogami, na oceanie ciągłego ruchu. Nawet napisałem (Powtórne przyjście), tyle, że to, co ostatecznie mi wyszło, różni się znacznie od tego, co zamierzałem napisać na samym początku.
Historia opowiedziana przez Ballarda jest całkiem prosta. Główny bohater ma wszystko, co jest mu potrzebne do całkiem przyjemnej egzystencji. Składają się na to: drogi samochód, dobra luksusowe, lukratywna posada, rodzina i kochanka. Pewnego dnia wypada z trasy, z drogi szybkiego ruchu. Ląduje w opuszczonym, zabiedzonym Nigdzie otoczonym ciągami dróg prowadzących do metropolii. Usiłuje wydostać się z wyspy, jednak nie udaje mu się to - zostaje potrącony. Nikt nie zatrzymuje się by go podwieźć do cywilizacji.
Bez pożywienia i bez wody, bez środków do życia, ranny i z gorączką, w otoczeniu rdzewiejących wraków, bujnie rosnącej trawy i szczątków fundamentów dawnego osiedla musi radzić sobie sam, nie będąc do tego nijak przygotowanym. Na dodatek niedługo potem okazuje się, że wyspa nie jest bezludna, a jej mieszkańcy mają swoje powody, by zatrzymać na niej rozbitka. Rozbitek podejmuje jednak z nimi grę...
Ballard w surrealistyczny i przejaskrawiony sposób ukazuje egzystencjalną pustkę życia w naszej zwariowanej ponowoczesności. Jego wizja wcale się nie zestarzała, wraz z postępującym wyorbitowywaniem relacji międzyludzkich w nierzeczywistość, zapośredniczaniem coraz szerszych dziedzin życia przez usługi, jest coraz bardziej i bardziej aktualna. Książka pochodzi co prawda sprzed ery telefonów komórkowych i smartfonów, ale można przyjąć, że na wyspie po prostu nie ma zasięgu. Wcale nie trzeba rozbić się gdzieś za siedmioma górami, za siedmioma lasami, by trafić na nieprzyjazne człowiekowi odludzie. W ramach naszego uporządkowanego świata rozwijają się bujnie takie enklawy, obszary przegrane, zapomniane, wykorzystane przez aktualną formę globalnego systemu kapitalistycznego, przeżute i wydalone, zamieszkiwane przez również przeżutych i wydalonych wyrzutków. Może to być wyspa między ruchliwymi drogami, jak i wymierające osiedle czy całe małe miasto. Autor pokazuje też jak pretekstowe i złudne są wszystkie stałości naszego uporządkowanego świata. Jak niewiele potrzeba, by z człowieka wyszło zwierze kierujące się pierwotnymi instynktami, rządzą przetrwania i dominacji w stadzie. Jak niewiele też potrzeba, by znaleźć swój własny, subiektywny sens w miejscach, o których nawet by się nie pomyślało, że mogą go nam ofiarować.
J.G. Ballard Wieżowiec
Ha, ekranizacja już wkrótce.
Jedna z bardziej surrealistycznych książek Ballarda. Opowieść o ogromnym, 40-piętrowym wieżowcu, ultra-nowoczesnym, pełnym usług dodatkowych i wszelkich udogodnień (baseny, siłownie, fryzjer, nawet szkoła, ogrody, itd.), którego mieszkańców ogarnia postępujące szaleństwo, rozpad wartości, uwiąd norm kulturowych i relacji międzyludzkich, następuje powrót do barbarzyństwa. Na opustoszałych piętrach kształtuje się podział klasowy, następnie postępuje rozpad na plemiona i klany, by ostatecznie każdy z mieszkańców, który przeżył wystarczająco długo, mógł zaakceptować swój wcześniejszy świat, chcieć wrócić do poprzedniego życia, lecz traktować je jako utkane z konstruktów nie mających żadnej głębszej treści. Widzimy uwiąd wartości spowodowany dobrobytem, nasyceniem i przepełnieniem, jednak do pewnego stopnia dość nietzscheański/stirnerowski w swoim zarysie. Upadają stare wartości, przygniecione ogromem wieżowca, nie kształtują się nowe - bo skąd mogłyby same z siebie się ukształtować, z bezmyślnej negacji nigdy nie wyjdzie nic budującego. Dlatego po pierwszym buncie, obróceniem w niwecz dobrodziejstw cywilizacji, nastaniem walk plemiennych w wieżowcu, gwałtów, napadów, rozbojów, morderstw, walką o zasoby i kobiety, nawet próby osiągnięcia czegoś w rodzaju chwały wojownika, nadchodzi stagnacja, a na końcu rodzaj mrocznego objawienia, gdy jeden z ostatnich żywych mieszkańców, żyjący z własną siostrą, dochodzi do wniosku, nad szczątkami psa pieczonego na balkonie, że wszystko wróciło do normy i że może warto by wrócić do pracy. Wolny od złudzeń, którymi karmił się wcześniej, postanawia też uzależnić od morfiny swoją siostrę-kochankę i przypadkową kobietę, która własną krwią karmiła swojego kota.
Właśnie, wraz z rozpadem świata wartości, zastępowanym przez wtórne barbarzyństwo i kult siły, plaga usterek technicznych dotknęła wieżowiec jako taki. Początkowe problemy z prądem i wodą przybrały postać epidemii, ogromny moloch został wkrótce pozbawiony dostępu do dóbr pierwszej potrzeby, mieszkańcy przestali chodzić do pracy, blok i okolica zatonęła w śmieciach i innych odpadkach. Rozkład dokonywał się na dwóch płaszczyznach jednocześnie - moralnej i technologicznej, obie zostały ze sobą sprzęgnięte wygodą, katastrofa jednej pociągnęła katastrofę drugiej.
Być może w tej metaforze społeczeństwa Ballard chciał też odwołać się do napięć klasowych - wieżowiec wyraźnie podzielił się na strefy analogiczne do (nieco uproszczonej, bo trzyczęściowej) drabiny społecznej. W penthousie na dachu mieszkał architekt budynku, uważający się od pewnego momentu za jego władcę, ułomny demiurg, którego przerosło własne dzieło, i który ostatecznie został pokonany przez własne stworzenie, jeśli za jego stworzenie uznamy też warunki umożliwiające spontaniczny powrót do barbarzyństwa, rozpad uwarunkowań i efektowny oraz destrukcyjny zarazem powrót wypartego. Bardzo wymowne jest przedstawienie pewnego ginekologa (również z najwyższej warstwy) - wraz z grupką kobiet porozumiewali się ze sobą za pomocą symulacji nagrywanych przez niego w czasie jego kariery lekarskiej i odtwarzanych wciąż i wciąż odgłosów rodzących kobiet. Ani chybi chyba miał to być rodzaj tęsknoty za rytuałem przejścia, inicjacją do czegoś nowego, innego, rytuał narodzenia na nowo w świecie, gdzie rozpadła się stara forma bytu, a nowa nie zamanifestowała się jeszcze.
Wieżowiec to rewelacyjna książka, ale nie wolno traktować jej jako zwyczajnej fikcji spekulatywnej, bo pod względem ciągów przyczynowo-skutkowych, wewnętrznej spoistości świata przedstawionego, itd., dzieło Ballarda jest wyjątkowo dziurawe, niespójne, nieprawdopodobne. Jeśli uznamy ją zaś za surrealistyczną metaforę otaczającej nas rzeczywistości, za rodzaj przypowieści, wtedy można docenić jej wielkość. Mam nadzieję, że nadchodząca ekranizacja uchwyci jej ducha.
Karol Mitka Robiłem to z żywym trupem
Kolejna pozycja wydana przez niestrudzonego Tomka Siwca i jego Horror Masakrę.
Ok, jako iż jesteśmy w swoim gronie, przyznajmy szczerze - wartości literackich tutaj nie ma za grosz, drugiego dna również, autor szokuje dla samej przyjemności płynącej z szokowania. Do tego bardzo, ale to bardzo przydałaby się bardziej wnikliwa edycja i korekta. A mimo to świetnie się bawiłem czytając tę nowelkę, rechocząc z rzeczy, które przypadkowego czytelnika przyprawiłyby o wymioty (zakładając, że po książeczkę o takim tytule sięgnąłby ktokolwiek przypadkowy, wątpię). Świetnie się bawiłem także dlatego, że autor nie próbuje nawet udawać, że chodzi mu o coś innego niż o możliwość opisania serii scen seksu analnego, oralnego, itd., z zombie, przy zupełnie pretekstowej i w gruncie rzeczy mało istotnej fabule. Nie zawiodłem się, czekam na kolejne dziełko autora. Rozrywka dla zwyroli dostarczona przez zwyrola. Zółwik, ziomuś.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura i sztuka i dewiacje: Eventy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura i sztuka i dewiacje: Eventy. Pokaż wszystkie posty
sobota, 19 grudnia 2015
czwartek, 30 lipca 2015
Czas na Cokolwiek #11
Pokrótce zmienia niniejszym nazwę na Czas na Cokolwiek. Czemu tak? Bo tak. Bawmy się, w końcu na końcu wszyscy umrzemy. Numeracja będzie kontynuowana.
***
Byłem na Jagaconie. Miałem być od piątku (jej, ile to już czasu w sumie minęło, ile piątków), ale nie wyszło, byłem w sobotę i niedzielę. Dobrze było zobaczyć starych i nowszych znajomych i przyjaciół, nie będę wymieniać nikogo, bo 1) kompletnie Was nie interesowałoby czytanie o tym jak pozdrawiam kumpli jeszcze z liceum, 2) jeszcze pominąłbym kogoś i ten ktoś poczułby się obrażony.
Nie wiedziałem, jak mi się poustawia grafik w robocie i urlopy, ostatecznie ustawił się zbyt późno by mi się chciało jechać tam z prelekcją. Ale za rok może będę miał możliwość lepszego zaplanowania wielu różnych rzeczy, bez niepewności do ostatniej chwili, czy w ogóle uda mi się tam wyrwać.
Widać wyraźnie rozwój samej imprezy, dużo bloków, punkty programu rozplanowane do godzin porannych. Droga przez las na dworzec kolejowy była oznaczona przyzwoicie.
***
Zgodnie z przepisami Unii Europejskiej musisz informować użytkowników z krajów unijnych o plikach cookie wykorzystywanych na Twoim blogu. W wielu przypadkach przepisy wymagają również uzyskania ich zgody.
Aby ułatwić Ci spełnienie tych wymagań, dodaliśmy na Twoim blogu powiadomienie o wykorzystywaniu przez Google określonych plików cookie Bloggera i Google, w tym plików cookie usług Google Analytics i AdSense.
Na Tobie spoczywa obowiązek upewnienia się, że to powiadomienie jest odpowiednie dla Twojego bloga i wyświetla się na nim prawidłowo. Jeśli stosujesz inne pliki cookie, na przykład związane z dodaniem funkcji innych firm, to powiadomienie może nie być wystarczające. Dowiedz się więcej o tym powiadomieniu i Twoich obowiązkach.
Chłodna historia blogspocie.
***
Bardzo poczciwa gra - Sad Satan (link do artykułu o niej, nie do niej jako takiej)
***
Powrót do Krk po urlopie nad morzem potrafi zaboleć - dopiero po detoksie w świeżym nadmorskim powietrzu czuć jakim syfem tutaj człowiek oddycha na co dzień.
***
W ciągu ostatniego czasu miałem niewątpliwą przyjemność narażenia na szwank oczu oraz kręgosłupa przy sporej ilości książek i filmów, jakby siedzenie przy kompie w pracy ~8 godzin/dzień nie było wystarczająco autodestrukcyjne.
Guy N. Smith Szatan
Klasyk Phantom Pressu. Kuriozalne czytadło, niezłe w swojej kategorii, ale cała ta kategoria to takie książkowe Birdemiki. Wskrzeszony pierwszy sekretarz KC KPZR wprowadza bardziej hardkorową wersję stalinizmu, do tego dysponuje nadludzkimi zdolnościami.
Widać dość konserwatywne poglądy autora, jest sporo rozmaitych uproszczeń (Crowley jako wraży satanista, itp.). Pozycja w sam raz do przeczytania w pociągu. Mój egzemplarz wypożyczyłem z biblioteki, gdzie ktoś go oddał w darze (bardzo mocno brzmi to słowo, ale jest nawet naklejka na okładce od środka - TA KSIĄŻKA JEST DAREM OD CZYTELNIKA. Sądząc po cenie napisanej ołówkiem z tyłu książki - 1zł - ten ktoś przynajmniej nie przepłacił.
Guy N. Smith Przyczajeni
Thriller bez wątków ponadnaturalnych (co ostatecznie wyjaśnia się na zakończenie), dosyć mdły i niczym się nie wyróżniający pośród setek podobnych pozycji. Pisarz z rodziną przeprowadzają się do zabitej dechami wiochy, której mieszkańcy bardzo nie lubią obcych i nie kryją się z tym. Wprowadzają się do starego domu, o którym krążą mroczne i mrożące krew w żyłach legendy.
Mam pisać dalej? (pyt. retoryczne).
Też dar od czytelnika. Kosztowała 2zł. Tym razem ten ktoś przepłacił.
Zastanawiam się czasem, czemu w ogóle tracę życie na czytanie czegoś takiego. To chyba sublimacja nieuświadomionego masochizmu, nie znajduję innego wytłumaczenia.
F. Paul Wilson Twierdza
Kolejny klasyk z lat '90, tym razem jednak nie Phantom Press tylko Amber Horror. II wojna światowa, oddział Wehrmahtu pod dowództwem nieco jungerowskiego Prusaka zostaje przerzucony do Rumunii, gdzie zajmuje tajemnicze zamczysko. Pazerni żołnierze budzą Coś, co zaczyna ich mordować. Sprowadzony na miejsce oddział SS nie radzi sobie z sytuacją. Wyjście z sytuacji znajduje sprowadzony ze stolicy żydowski profesor, któremu udaje się skontaktować ze złem zamieszkującym tytułową twierdzę.
Sympatyczne czytadło w ciekawy sposób nawiązujące do wątków wampirycznych, do tego kilka nawiązań do Lovecrafta. Napisane/przetłumaczone dużo lepiej niż Smithy Phantom Pressu, ale w gruncie rzeczy nie wyrasta poza poziom literatury wagonowej.
Wiesław Myśliwski Traktat o łuskaniu fasoli
Cała książka ma formę monologu człowieka łuskającego fasolę, mieszkańca/strażnika osiedla domków letniskowych na zupełnym wypizdowie, do którego przychodzi tajemniczy nieznajomy. Czasem monolog bardziej przypomina rozmowę, ale kwestii tego drugiego bohatera nie widzimy. Być może tej postaci po prostu nie ma, widnieje tylko dla narratora.
Od spostrzeżeń ogólnych i historii o życiu (bardzo bogatym życiu, pełnym zwrotów akcji, dodajmy) autor wychodzi do rozważań natury ogólnej o człowieku i świecie.
Mimo dosyć statycznej formy czyta się bardzo dobrze, przestoje w akcji i przeskoki w fabule nie przeszkadzają. Autor nie popada w patos, nie użala się nad sobą, ze szczegółami odnotowuje zapamiętane szczegóły swojego życia, jak radził sobie z losem rzucającym go po Polsce i świecie. W opowieściach snutych przez niego jest wiele czułości, pogodzenia się ze sobą, łagodnej melancholii.
Nie każdemu przypadnie do gustu, ale gorąco polecam.
Andrzej Stasiuk Nie ma ekspresów przy żółtych drogach
Rzecz dużo dojrzalsza niż wczesna Dukla. Mniej tu egzystencjalnego niepokoju, więcej melancholijnego pogodzenia się z rzeczywistością, chociaż z morzem uśpionych konfliktów z samym sobą w tle.
Zbiór reportaży, felietonów i pozycji pośrednich pierwotnie publikowanych przez autora na łamach rozmaitych periodyków. Znów mamy wiwisekcję własnych wspomnień, światło i jego wpływ na ludzi i krajobraz, wyraźnie odczuwaną więź z naturą, gorączkę podróżowania oraz obrazy bardzo mocno siedzące gdzieś w głębi autora (jak świnie karmione małżami). O czymkolwiek Stasiuk by nie pisał, czuć, że to Stasiuk. Wyżej od tej pozycji stawiam jednak Duklę. Sięgnę kiedyś po inne książki autora.
Fritz Daum Wil Scott wyjęty spod prawa
Niemiecki western dla młodszych czytelników. Urocze przygodowe czytadełko (momentami bardzo ale to bardzo dziwnie przetłumaczone) o młodym gniewnym wchodzącym w konflikt z prawem w imieniu wyższych racji. Główny bohater oczywiście dysponuje niemożliwymi zdolnościami strzeleckimi, wychodzi cało z najgroźniejszych opresji, itd.
Pierwsza część trylogii. Dorwałem na targu za 5zł, w sumie nie żałuję.
China Miéville Miasto i miasto
Kryminał czerpiący pełnymi garściami z noir jak i weird i podobnych (czuć gdzieś tam Schulza). Opowieść o niesamowitych tytułowych miastach, wplecionych umiejętnie w realia postzimnowojennego świata. Wykreowani bohaterowie i ich pogmatwane losy, morderstwo spajające fabułę, polityczne spiski mające miejsce gdzieś w tle, potężne służby dysponujące magicznymi wręcz zdolnościami, to wszystko to blaga, tło, pierdoły, tak naprawdę jest to historia o ponad-historycznym i wręcz metafizycznym Mieście i Mieście, dwóch potężnych konstruktach, Państwach w Państwach i Miastach w Miastach. Będąc w jednym musisz "przeoczać" drugie, chociaż często granice biegną wzdłuż ulicy czy kroją dany budynek na dwie części. Nie da się całej złożoności i odrealnienia świata przedstawionego opisać w kilku zdaniach. Zwyrodniała, panoptyczna struktura Miast, odciskających niezatarte piętno na swoich mieszkańcach, budynki żyjące własnym życiem, przestrzenie pomiędzy, ludzie podporządkowani przerastającym ich wyobrażenia dziwacznym prawom, zredukowani do mrówek zamkniętych w przytłaczających kompleksach - to główne tezy autora, prawdziwy sens i treść książki.
Gorąco polecam.
China Miéville Żelazna rada
Kolejna część cyklu, jednak da się czytać bez poznania pozostałych. Trochę estetyki westernowej, mutacje magiczno-genetyczne, przytłaczające swoim rozmachem państwo i miasto pełne slumsów, walka klas, ścierające się ze sobą i z władzą frakcje, tajne wojny, pradawne demony, obce bóstwa, dziwaczne rasy i rozmaite bestie...
A całość zadziwiająco spójna. Trochę steampunk, trochę dark fantasy, trochę manifest polityczny autora (który, przypomnijmy, jest marksistą i aktywnym działaczem politycznym - trockistą). Do tego jest bardzo melancholijne i w gruncie rzeczy trudne do przewidzenia. W gruncie rzeczy Miasto i miasto jest dużo lepszą pozycją tego autora.
Leigh Brackett Rio Bravo
Klasyczna pozycja amerykańskiej autorki, zekranizowana przez Howarda Hawksa w 1959. W kultowym westernie Rio Bravo grali m.in. John Wayne czy Dean Martin. O ile od westernów amerykańskich znacznie bardziej trafiają do mnie eurowesterny (przede wszystkim spaghetti), to do tego obrazu zawsze będę z sentymentem/z sentymentu wracał. Obiektywnie trzeba przyznać, że motyw jest oklepany, tłumaczenie nie najlepsze, zakończenie bez wyrazu (chociaż hmm wybuchowe); mimo tego jest to na tyle poczciwe że można się skusić, zwłaszcza jak ktoś zna film. Książka trafia się czasem w antykwariatach.
Hermann Hesse Wyższy świat
Nowe wydanie książki znanej wcześniej u nas pod tytułem Pod kołami. Historia o wrażliwym chłopaku, który za namową nauczycieli i rodziny stara się dostać do dobrej, państwowej szkoły, po której stanęłaby przed nim otworem kariera (protestanckiego) duchownego lub urzędnika państwowego wyższego szczebla. Sytuacja przerasta głównego bohatera, żałuje, że nie mógł cieszyć się życiem i młodością jak rówieśnicy. Gdy udaje mu się zdać egzaminy i trafić do wymarzonej szkoły, sytuacja przerasta go jeszcze bardziej. Do tego zaprzyjaźnia się z buntownikiem, co przynosi oczywiste konsekwencje i prowadzi w ostateczności do smutnego finału.
Refleksyjna historia o sensie życia, poszukiwaniu swojego miejsca w świecie i sensowności podejmowanych decyzji. Nic odkrywczego ale nieźle się czytało.
William Gibson Trylogia Ciągu
Czyli Neuromencer, Graf Zero i Mona Liza Turbo wydane w jednym tomie - pokaźnej cegle w twardej oprawie. Jedna z pierwszych trzech część nowej serii wydawniczej Wydawnictwa Mag - Artefakty. Mieli wypuścić tę serię zamiast Uczty Wyobraźni, jednak ta seria nadal jest kontynuowana (i bardzo dobrze).
O Neuromancerze szmat czasu temu już gdzieś na tym blogu pisałem; dopiero po przeczytaniu wszystkich części trylogii widać w pełni cały obraz i cały sens historii opowiedzianej przez Gibsona. Poszczególne części dzieją się w różnych odstępach czasu, część bohaterów się powtarza, część znika z areny dziejów świata przedstawionego po jednym tomie. W gruncie rzeczy jest to metafizyka cyberprzestrzeni, opowieść o ogromnym symulakrze prawdziwej rzeczywistości który staje się samoświadomy jako taki. Sama wizja się nie zestarzała (zarówno tego symulakru jak i świata przedstawionego) - szczegóły są i będą inne, ale jesteśmy całkiem blisko takich czasów. Bardzo dobrym pomysłem było wydanie tego w jednym tomie. Więcej osób, również młodszych czytelników będzie miało możliwość zapoznania się z tym klasykiem. Jeśli nie odpadną od momentami dość hermetycznego języka, będą się dobrze bawić.
***
Oglądam na bieżąco drugi sezon True Detective (tzn. co środę-czwartek, kiedy na torrentach jest już kolejny odcinek w dobrej jakości). Oprócz natężenia problemów głównych bohaterów na granicy absurdu pierwsze co rzuca się w oczy to przerost formy nad treścią - mnóstwo symboliki i odniesień nawrzucanych dla samego nawrzucania (jak książka Mistrza Eckharta leżąca na stoliku w domu Velcoro w jednym z odcinków). Symbolika zawarta w pierwszym sezonie dorobiła się naprawdę dobrych, wyczerpujących analiz (np. Power and hunting in "True Detective") od czasu do czasu nawet w wykonaniu uznanych akademików (Mesjasz w piekle Luizjany prof. Mikołejki). W przypadku drugiego sezonu mam nieodparte wrażenie że twórcy chcieli nawrzucać do fabuły i świata przedstawionego jak najwięcej różnych rozmaitości. Widząc kolejne perypetie bohaterów czasem po prostu się śmieje, z tego jak bardzo serial zmierza w stronę niezamierzonej, przejaskrawionej autoparodii. Do końca sezonu drugiego już bliżej niż dalej, niezależnie od tego, że ten sezon to chała, jestem bardzo ciekawy, jak się ta historia skończy - jeśli się skończy w tym sezonie.
***
Byłem na Jagaconie. Miałem być od piątku (jej, ile to już czasu w sumie minęło, ile piątków), ale nie wyszło, byłem w sobotę i niedzielę. Dobrze było zobaczyć starych i nowszych znajomych i przyjaciół, nie będę wymieniać nikogo, bo 1) kompletnie Was nie interesowałoby czytanie o tym jak pozdrawiam kumpli jeszcze z liceum, 2) jeszcze pominąłbym kogoś i ten ktoś poczułby się obrażony.
Nie wiedziałem, jak mi się poustawia grafik w robocie i urlopy, ostatecznie ustawił się zbyt późno by mi się chciało jechać tam z prelekcją. Ale za rok może będę miał możliwość lepszego zaplanowania wielu różnych rzeczy, bez niepewności do ostatniej chwili, czy w ogóle uda mi się tam wyrwać.
Widać wyraźnie rozwój samej imprezy, dużo bloków, punkty programu rozplanowane do godzin porannych. Droga przez las na dworzec kolejowy była oznaczona przyzwoicie.
***
Zgodnie z przepisami Unii Europejskiej musisz informować użytkowników z krajów unijnych o plikach cookie wykorzystywanych na Twoim blogu. W wielu przypadkach przepisy wymagają również uzyskania ich zgody.
Aby ułatwić Ci spełnienie tych wymagań, dodaliśmy na Twoim blogu powiadomienie o wykorzystywaniu przez Google określonych plików cookie Bloggera i Google, w tym plików cookie usług Google Analytics i AdSense.
Na Tobie spoczywa obowiązek upewnienia się, że to powiadomienie jest odpowiednie dla Twojego bloga i wyświetla się na nim prawidłowo. Jeśli stosujesz inne pliki cookie, na przykład związane z dodaniem funkcji innych firm, to powiadomienie może nie być wystarczające. Dowiedz się więcej o tym powiadomieniu i Twoich obowiązkach.
Chłodna historia blogspocie.
***
Bardzo poczciwa gra - Sad Satan (link do artykułu o niej, nie do niej jako takiej)
***
Powrót do Krk po urlopie nad morzem potrafi zaboleć - dopiero po detoksie w świeżym nadmorskim powietrzu czuć jakim syfem tutaj człowiek oddycha na co dzień.
***
W ciągu ostatniego czasu miałem niewątpliwą przyjemność narażenia na szwank oczu oraz kręgosłupa przy sporej ilości książek i filmów, jakby siedzenie przy kompie w pracy ~8 godzin/dzień nie było wystarczająco autodestrukcyjne.
Guy N. Smith Szatan
Klasyk Phantom Pressu. Kuriozalne czytadło, niezłe w swojej kategorii, ale cała ta kategoria to takie książkowe Birdemiki. Wskrzeszony pierwszy sekretarz KC KPZR wprowadza bardziej hardkorową wersję stalinizmu, do tego dysponuje nadludzkimi zdolnościami.
Widać dość konserwatywne poglądy autora, jest sporo rozmaitych uproszczeń (Crowley jako wraży satanista, itp.). Pozycja w sam raz do przeczytania w pociągu. Mój egzemplarz wypożyczyłem z biblioteki, gdzie ktoś go oddał w darze (bardzo mocno brzmi to słowo, ale jest nawet naklejka na okładce od środka - TA KSIĄŻKA JEST DAREM OD CZYTELNIKA. Sądząc po cenie napisanej ołówkiem z tyłu książki - 1zł - ten ktoś przynajmniej nie przepłacił.
Guy N. Smith Przyczajeni
Thriller bez wątków ponadnaturalnych (co ostatecznie wyjaśnia się na zakończenie), dosyć mdły i niczym się nie wyróżniający pośród setek podobnych pozycji. Pisarz z rodziną przeprowadzają się do zabitej dechami wiochy, której mieszkańcy bardzo nie lubią obcych i nie kryją się z tym. Wprowadzają się do starego domu, o którym krążą mroczne i mrożące krew w żyłach legendy.
Mam pisać dalej? (pyt. retoryczne).
Też dar od czytelnika. Kosztowała 2zł. Tym razem ten ktoś przepłacił.
Zastanawiam się czasem, czemu w ogóle tracę życie na czytanie czegoś takiego. To chyba sublimacja nieuświadomionego masochizmu, nie znajduję innego wytłumaczenia.
F. Paul Wilson Twierdza
Kolejny klasyk z lat '90, tym razem jednak nie Phantom Press tylko Amber Horror. II wojna światowa, oddział Wehrmahtu pod dowództwem nieco jungerowskiego Prusaka zostaje przerzucony do Rumunii, gdzie zajmuje tajemnicze zamczysko. Pazerni żołnierze budzą Coś, co zaczyna ich mordować. Sprowadzony na miejsce oddział SS nie radzi sobie z sytuacją. Wyjście z sytuacji znajduje sprowadzony ze stolicy żydowski profesor, któremu udaje się skontaktować ze złem zamieszkującym tytułową twierdzę.
Sympatyczne czytadło w ciekawy sposób nawiązujące do wątków wampirycznych, do tego kilka nawiązań do Lovecrafta. Napisane/przetłumaczone dużo lepiej niż Smithy Phantom Pressu, ale w gruncie rzeczy nie wyrasta poza poziom literatury wagonowej.
Wiesław Myśliwski Traktat o łuskaniu fasoli
Cała książka ma formę monologu człowieka łuskającego fasolę, mieszkańca/strażnika osiedla domków letniskowych na zupełnym wypizdowie, do którego przychodzi tajemniczy nieznajomy. Czasem monolog bardziej przypomina rozmowę, ale kwestii tego drugiego bohatera nie widzimy. Być może tej postaci po prostu nie ma, widnieje tylko dla narratora.
Od spostrzeżeń ogólnych i historii o życiu (bardzo bogatym życiu, pełnym zwrotów akcji, dodajmy) autor wychodzi do rozważań natury ogólnej o człowieku i świecie.
Mimo dosyć statycznej formy czyta się bardzo dobrze, przestoje w akcji i przeskoki w fabule nie przeszkadzają. Autor nie popada w patos, nie użala się nad sobą, ze szczegółami odnotowuje zapamiętane szczegóły swojego życia, jak radził sobie z losem rzucającym go po Polsce i świecie. W opowieściach snutych przez niego jest wiele czułości, pogodzenia się ze sobą, łagodnej melancholii.
Nie każdemu przypadnie do gustu, ale gorąco polecam.
Andrzej Stasiuk Nie ma ekspresów przy żółtych drogach
Rzecz dużo dojrzalsza niż wczesna Dukla. Mniej tu egzystencjalnego niepokoju, więcej melancholijnego pogodzenia się z rzeczywistością, chociaż z morzem uśpionych konfliktów z samym sobą w tle.
Zbiór reportaży, felietonów i pozycji pośrednich pierwotnie publikowanych przez autora na łamach rozmaitych periodyków. Znów mamy wiwisekcję własnych wspomnień, światło i jego wpływ na ludzi i krajobraz, wyraźnie odczuwaną więź z naturą, gorączkę podróżowania oraz obrazy bardzo mocno siedzące gdzieś w głębi autora (jak świnie karmione małżami). O czymkolwiek Stasiuk by nie pisał, czuć, że to Stasiuk. Wyżej od tej pozycji stawiam jednak Duklę. Sięgnę kiedyś po inne książki autora.
Fritz Daum Wil Scott wyjęty spod prawa
Niemiecki western dla młodszych czytelników. Urocze przygodowe czytadełko (momentami bardzo ale to bardzo dziwnie przetłumaczone) o młodym gniewnym wchodzącym w konflikt z prawem w imieniu wyższych racji. Główny bohater oczywiście dysponuje niemożliwymi zdolnościami strzeleckimi, wychodzi cało z najgroźniejszych opresji, itd.
Pierwsza część trylogii. Dorwałem na targu za 5zł, w sumie nie żałuję.
China Miéville Miasto i miasto
Kryminał czerpiący pełnymi garściami z noir jak i weird i podobnych (czuć gdzieś tam Schulza). Opowieść o niesamowitych tytułowych miastach, wplecionych umiejętnie w realia postzimnowojennego świata. Wykreowani bohaterowie i ich pogmatwane losy, morderstwo spajające fabułę, polityczne spiski mające miejsce gdzieś w tle, potężne służby dysponujące magicznymi wręcz zdolnościami, to wszystko to blaga, tło, pierdoły, tak naprawdę jest to historia o ponad-historycznym i wręcz metafizycznym Mieście i Mieście, dwóch potężnych konstruktach, Państwach w Państwach i Miastach w Miastach. Będąc w jednym musisz "przeoczać" drugie, chociaż często granice biegną wzdłuż ulicy czy kroją dany budynek na dwie części. Nie da się całej złożoności i odrealnienia świata przedstawionego opisać w kilku zdaniach. Zwyrodniała, panoptyczna struktura Miast, odciskających niezatarte piętno na swoich mieszkańcach, budynki żyjące własnym życiem, przestrzenie pomiędzy, ludzie podporządkowani przerastającym ich wyobrażenia dziwacznym prawom, zredukowani do mrówek zamkniętych w przytłaczających kompleksach - to główne tezy autora, prawdziwy sens i treść książki.
Gorąco polecam.
China Miéville Żelazna rada
Kolejna część cyklu, jednak da się czytać bez poznania pozostałych. Trochę estetyki westernowej, mutacje magiczno-genetyczne, przytłaczające swoim rozmachem państwo i miasto pełne slumsów, walka klas, ścierające się ze sobą i z władzą frakcje, tajne wojny, pradawne demony, obce bóstwa, dziwaczne rasy i rozmaite bestie...
A całość zadziwiająco spójna. Trochę steampunk, trochę dark fantasy, trochę manifest polityczny autora (który, przypomnijmy, jest marksistą i aktywnym działaczem politycznym - trockistą). Do tego jest bardzo melancholijne i w gruncie rzeczy trudne do przewidzenia. W gruncie rzeczy Miasto i miasto jest dużo lepszą pozycją tego autora.
Leigh Brackett Rio Bravo
Klasyczna pozycja amerykańskiej autorki, zekranizowana przez Howarda Hawksa w 1959. W kultowym westernie Rio Bravo grali m.in. John Wayne czy Dean Martin. O ile od westernów amerykańskich znacznie bardziej trafiają do mnie eurowesterny (przede wszystkim spaghetti), to do tego obrazu zawsze będę z sentymentem/z sentymentu wracał. Obiektywnie trzeba przyznać, że motyw jest oklepany, tłumaczenie nie najlepsze, zakończenie bez wyrazu (chociaż hmm wybuchowe); mimo tego jest to na tyle poczciwe że można się skusić, zwłaszcza jak ktoś zna film. Książka trafia się czasem w antykwariatach.
Hermann Hesse Wyższy świat
Nowe wydanie książki znanej wcześniej u nas pod tytułem Pod kołami. Historia o wrażliwym chłopaku, który za namową nauczycieli i rodziny stara się dostać do dobrej, państwowej szkoły, po której stanęłaby przed nim otworem kariera (protestanckiego) duchownego lub urzędnika państwowego wyższego szczebla. Sytuacja przerasta głównego bohatera, żałuje, że nie mógł cieszyć się życiem i młodością jak rówieśnicy. Gdy udaje mu się zdać egzaminy i trafić do wymarzonej szkoły, sytuacja przerasta go jeszcze bardziej. Do tego zaprzyjaźnia się z buntownikiem, co przynosi oczywiste konsekwencje i prowadzi w ostateczności do smutnego finału.
Refleksyjna historia o sensie życia, poszukiwaniu swojego miejsca w świecie i sensowności podejmowanych decyzji. Nic odkrywczego ale nieźle się czytało.
William Gibson Trylogia Ciągu
Czyli Neuromencer, Graf Zero i Mona Liza Turbo wydane w jednym tomie - pokaźnej cegle w twardej oprawie. Jedna z pierwszych trzech część nowej serii wydawniczej Wydawnictwa Mag - Artefakty. Mieli wypuścić tę serię zamiast Uczty Wyobraźni, jednak ta seria nadal jest kontynuowana (i bardzo dobrze).
O Neuromancerze szmat czasu temu już gdzieś na tym blogu pisałem; dopiero po przeczytaniu wszystkich części trylogii widać w pełni cały obraz i cały sens historii opowiedzianej przez Gibsona. Poszczególne części dzieją się w różnych odstępach czasu, część bohaterów się powtarza, część znika z areny dziejów świata przedstawionego po jednym tomie. W gruncie rzeczy jest to metafizyka cyberprzestrzeni, opowieść o ogromnym symulakrze prawdziwej rzeczywistości który staje się samoświadomy jako taki. Sama wizja się nie zestarzała (zarówno tego symulakru jak i świata przedstawionego) - szczegóły są i będą inne, ale jesteśmy całkiem blisko takich czasów. Bardzo dobrym pomysłem było wydanie tego w jednym tomie. Więcej osób, również młodszych czytelników będzie miało możliwość zapoznania się z tym klasykiem. Jeśli nie odpadną od momentami dość hermetycznego języka, będą się dobrze bawić.
***
Oglądam na bieżąco drugi sezon True Detective (tzn. co środę-czwartek, kiedy na torrentach jest już kolejny odcinek w dobrej jakości). Oprócz natężenia problemów głównych bohaterów na granicy absurdu pierwsze co rzuca się w oczy to przerost formy nad treścią - mnóstwo symboliki i odniesień nawrzucanych dla samego nawrzucania (jak książka Mistrza Eckharta leżąca na stoliku w domu Velcoro w jednym z odcinków). Symbolika zawarta w pierwszym sezonie dorobiła się naprawdę dobrych, wyczerpujących analiz (np. Power and hunting in "True Detective") od czasu do czasu nawet w wykonaniu uznanych akademików (Mesjasz w piekle Luizjany prof. Mikołejki). W przypadku drugiego sezonu mam nieodparte wrażenie że twórcy chcieli nawrzucać do fabuły i świata przedstawionego jak najwięcej różnych rozmaitości. Widząc kolejne perypetie bohaterów czasem po prostu się śmieje, z tego jak bardzo serial zmierza w stronę niezamierzonej, przejaskrawionej autoparodii. Do końca sezonu drugiego już bliżej niż dalej, niezależnie od tego, że ten sezon to chała, jestem bardzo ciekawy, jak się ta historia skończy - jeśli się skończy w tym sezonie.
czwartek, 4 czerwca 2015
Pokrótce #10
Notka numer 400. Przynajmniej do czasu kolejnej czystki.
Adam Wiśniewski-Snerg Nagi cel
Czytelnik 1984, wydanie II.
Jedna z najbardziej matriksowych książek w dorobku autora. Ze Snergiem jest trochę tak, że jak przeczyta się jedną jego książkę, to jakby przeczytało się wszystkie, bo każda jedna opiera się na tym samym pomyśle i obrazuje tę samą idee fix autora - że nasz świat nie jest prawdziwy, jest reżyserowany przez nieznane, obce siły, których logika i celowość działania znajduje się poza zasięgiem ludzkiego pojmowania. Tutaj mamy wrzucenie przypadkowego bohatera do obcego świata, z którego ma on możliwość przenoszenia się do innych czasów i miejsc - tyle, że w każdym z nich ma postępować według określonej fabuły, bo wszystko jest produktem rozrywkowym. Rzecz jasna nie dość, że nie wie, co właściwie się dzieje wokół niego, to jeszcze nierzeczywistość w której się znajduje jest znacznie bardziej skomplikowana niż mu się wydawało wcześniej.
Autor zdaje się stawiać pytanie, czy w iluzji można ugrzęznąć na stałe, na dodatek z własnej woli, jeśli ma się ku temu dobry powód - po czym udziela na nie odpowiedzi twierdzącej, nawet jeśli oznaczałoby to pogoń za kolejną iluzją.
Książkę czyta się szybko, akcja toczy się wartko. Przemyślenia autora nie przytłaczają tych, dla których mają mniejszą wartość od sensacyjnej intrygi, toczącej się z licznymi zwrotami akcji.
Andrzej Stasiuk Dukla
Pierwsza książka Stasiuka jaką przeczytałem. Melancholijna i sentymentalna wyprawa w świat wspomnień autora. Słowa toczące się powoli i nieubłaganie niczym walec, miażdżące czytelnika i rozprasowujące go na czynniki pierwsze. Potężny, nihilistyczny kopniak prosto w poczucie sensu i wszystkie małe stabilizacje i punkty odniesienia czytelnika. Smoliste pasaże w które im bardziej czytelnik się zagłębia, tym bardziej ma ochotę się pochlastać. A gdy czasem wydaje się, że już, już możesz wyjść na suchy brzeg z bagna egzystencjalnego niepokoju, do jakiego zepchnął Cię autor, ten nagle staje tuż przed Twoimi dłońmi próbującymi schwycić suchą trawę i leje Ci na twarz.
Naprawdę, wiele razy miałem wrażenie, że za stronę lub dwa z rozgwieżdżonego nocnego nieba nad zapyziałymi, zapomnianymi przez ludzi i bogów miasteczkami zstąpią Wielcy Przedwieczni lub jakiś inny Cień, Ciemność. Gdyby nie brak estetyki kojarzonej z weird fiction, byłoby to weird pełną gębą. Nie ma tu linearnej fabuły, wspomnienia autora z różnych czasów i okazji przewijają się jedno za drugim, ciężkie i wyrwane z szerszego kontekstu niczym fragmenty złych snów. Obrazy zapamiętane w czasach dzieciństwa mieszają się z wyniesionymi wiele lat później. A w tle jest nieubłagany, obojętny wszechświat, równie obojętna i okrutna wobec swoich poddanych natura oraz skomplikowany i czasem nieprzejrzysty świat relacji międzyludzkich. Styl Stasiuka jest bardzo plastyczny, poetycki, zwłaszcza w odniesieniu do opisów gry światła i cienia.
Książkę uzupełniają rysunki Kamila Targosza - posępne, przyciężkie, dosyć prymitywne i oszczędne w środkach, ale szarpiące za te same struny w duszy czytelnika co kolejne obrazy wyrzygiwane przez Stasiuka z własnej pamięci.
Polecam gorąco.
Noc Muzeów 2015
Jak ten czas leci, dopiero była poprzednia Noc Muzeów, a już minęła kolejna, która staje się coraz odleglejszym wspomnieniem. Tym razem zaczęła się jak noc z bourbonem wśród odrapanych kamienic i mdłego, przesyconego rozczarowanym hedonizmem powietrzem Kazimierza (nie cierpię tej dzielnicy, jest pod każdym względem przesycona), skończyła się za to w miejscu dość niezwykłym - w Ogrodzie Botanicznym. Nie wiem, kto wpadł na pomysł udostępnienia Ogrodu zwiedzającym w Noc Muzeów, tym bardziej, że nie ma tam przecież lamp ulicznych i całe miejsce skąpane było w prawie jednolitej ciemności, ale o dziwo był to bardzo dobry pomysł. Wzdłuż głównej ścieżki ustawiono znicze - efekt był piorunujący. Przynajmniej w szklarniach włączono elektryczne oświetlenie. Obok Ogrodu jest jakieś mniejsze przyrodnicze muzeum, cała jedna salka - w poszukiwaniu wejścia tam też trafiłem. Pełen oldschool, półki z eksponatami bez żadnych udziwnień.
Byłem w kinie zarówno na Avengersach: Czasie Ultrona jak i na nowym Mad Maxie. Avengersi to w gruncie rzeczy typowo disneyowski blockbuster familijny, narzekałem głównie na różnice w stosunku do komiksów, chociaż bardzo przyjemnie się go oglądało. Filmowych Quicksilvera i Scarlet Witch wolałem w X-Menach, a ją ostatnią w komiksach - najbardziej w House of M.
O Mad Maxie zaś wypowiadali się już najróżniejsi recenzenci i publicyści, zostawię więc tylko linki do dwóch materiałów z których wypadkowa to mniej-więcej moja opinia. Klik! Klik!
Od siebie dodam tylko, że w wielu momentach samo aktorstwo jest przytłoczone przez akcję, podobnie jak dialogi, na które nie ma czasu (przy okazji - zapowiedziano Blu-Rayową wersję filmu bez dialogów, tylko z muzyką), wiele elementów świata przedstawionego to absurd. W końcu widzimy szaleństwo tytułowego bohatera (który wcale nie jest głównym bohaterem), wątek ten potraktowano jednak z jednej strony nachalnie, z drugiem - po macoszemu. On również zszedł na dalszy plan przytłoczony niekończącą się rozpierduchą. Z początku obawiałem się, że będzie mi brakować Mela Gibsona, były to jednak obawy niczym nie uzasadnione. W kategorii nieskrępowanej rozpierduchy właśnie, z elementami niegłupiego przekazu w tle, nowy Mad Max to jak dla mnie kandydat do filmu roku. Zwróćcie też uwagę na the making of, zajrzyjcie pod ten link - to nie był film ulepiony w całości na komputerze. Wszystkie pojazdy były zbudowano naprawdę.
Adam Wiśniewski-Snerg Nagi cel
Czytelnik 1984, wydanie II.
Jedna z najbardziej matriksowych książek w dorobku autora. Ze Snergiem jest trochę tak, że jak przeczyta się jedną jego książkę, to jakby przeczytało się wszystkie, bo każda jedna opiera się na tym samym pomyśle i obrazuje tę samą idee fix autora - że nasz świat nie jest prawdziwy, jest reżyserowany przez nieznane, obce siły, których logika i celowość działania znajduje się poza zasięgiem ludzkiego pojmowania. Tutaj mamy wrzucenie przypadkowego bohatera do obcego świata, z którego ma on możliwość przenoszenia się do innych czasów i miejsc - tyle, że w każdym z nich ma postępować według określonej fabuły, bo wszystko jest produktem rozrywkowym. Rzecz jasna nie dość, że nie wie, co właściwie się dzieje wokół niego, to jeszcze nierzeczywistość w której się znajduje jest znacznie bardziej skomplikowana niż mu się wydawało wcześniej.
Autor zdaje się stawiać pytanie, czy w iluzji można ugrzęznąć na stałe, na dodatek z własnej woli, jeśli ma się ku temu dobry powód - po czym udziela na nie odpowiedzi twierdzącej, nawet jeśli oznaczałoby to pogoń za kolejną iluzją.
Książkę czyta się szybko, akcja toczy się wartko. Przemyślenia autora nie przytłaczają tych, dla których mają mniejszą wartość od sensacyjnej intrygi, toczącej się z licznymi zwrotami akcji.
Andrzej Stasiuk Dukla
Pierwsza książka Stasiuka jaką przeczytałem. Melancholijna i sentymentalna wyprawa w świat wspomnień autora. Słowa toczące się powoli i nieubłaganie niczym walec, miażdżące czytelnika i rozprasowujące go na czynniki pierwsze. Potężny, nihilistyczny kopniak prosto w poczucie sensu i wszystkie małe stabilizacje i punkty odniesienia czytelnika. Smoliste pasaże w które im bardziej czytelnik się zagłębia, tym bardziej ma ochotę się pochlastać. A gdy czasem wydaje się, że już, już możesz wyjść na suchy brzeg z bagna egzystencjalnego niepokoju, do jakiego zepchnął Cię autor, ten nagle staje tuż przed Twoimi dłońmi próbującymi schwycić suchą trawę i leje Ci na twarz.
Naprawdę, wiele razy miałem wrażenie, że za stronę lub dwa z rozgwieżdżonego nocnego nieba nad zapyziałymi, zapomnianymi przez ludzi i bogów miasteczkami zstąpią Wielcy Przedwieczni lub jakiś inny Cień, Ciemność. Gdyby nie brak estetyki kojarzonej z weird fiction, byłoby to weird pełną gębą. Nie ma tu linearnej fabuły, wspomnienia autora z różnych czasów i okazji przewijają się jedno za drugim, ciężkie i wyrwane z szerszego kontekstu niczym fragmenty złych snów. Obrazy zapamiętane w czasach dzieciństwa mieszają się z wyniesionymi wiele lat później. A w tle jest nieubłagany, obojętny wszechświat, równie obojętna i okrutna wobec swoich poddanych natura oraz skomplikowany i czasem nieprzejrzysty świat relacji międzyludzkich. Styl Stasiuka jest bardzo plastyczny, poetycki, zwłaszcza w odniesieniu do opisów gry światła i cienia.
Książkę uzupełniają rysunki Kamila Targosza - posępne, przyciężkie, dosyć prymitywne i oszczędne w środkach, ale szarpiące za te same struny w duszy czytelnika co kolejne obrazy wyrzygiwane przez Stasiuka z własnej pamięci.
Polecam gorąco.
Noc Muzeów 2015
Jak ten czas leci, dopiero była poprzednia Noc Muzeów, a już minęła kolejna, która staje się coraz odleglejszym wspomnieniem. Tym razem zaczęła się jak noc z bourbonem wśród odrapanych kamienic i mdłego, przesyconego rozczarowanym hedonizmem powietrzem Kazimierza (nie cierpię tej dzielnicy, jest pod każdym względem przesycona), skończyła się za to w miejscu dość niezwykłym - w Ogrodzie Botanicznym. Nie wiem, kto wpadł na pomysł udostępnienia Ogrodu zwiedzającym w Noc Muzeów, tym bardziej, że nie ma tam przecież lamp ulicznych i całe miejsce skąpane było w prawie jednolitej ciemności, ale o dziwo był to bardzo dobry pomysł. Wzdłuż głównej ścieżki ustawiono znicze - efekt był piorunujący. Przynajmniej w szklarniach włączono elektryczne oświetlenie. Obok Ogrodu jest jakieś mniejsze przyrodnicze muzeum, cała jedna salka - w poszukiwaniu wejścia tam też trafiłem. Pełen oldschool, półki z eksponatami bez żadnych udziwnień.
Byłem w kinie zarówno na Avengersach: Czasie Ultrona jak i na nowym Mad Maxie. Avengersi to w gruncie rzeczy typowo disneyowski blockbuster familijny, narzekałem głównie na różnice w stosunku do komiksów, chociaż bardzo przyjemnie się go oglądało. Filmowych Quicksilvera i Scarlet Witch wolałem w X-Menach, a ją ostatnią w komiksach - najbardziej w House of M.
O Mad Maxie zaś wypowiadali się już najróżniejsi recenzenci i publicyści, zostawię więc tylko linki do dwóch materiałów z których wypadkowa to mniej-więcej moja opinia. Klik! Klik!
Od siebie dodam tylko, że w wielu momentach samo aktorstwo jest przytłoczone przez akcję, podobnie jak dialogi, na które nie ma czasu (przy okazji - zapowiedziano Blu-Rayową wersję filmu bez dialogów, tylko z muzyką), wiele elementów świata przedstawionego to absurd. W końcu widzimy szaleństwo tytułowego bohatera (który wcale nie jest głównym bohaterem), wątek ten potraktowano jednak z jednej strony nachalnie, z drugiem - po macoszemu. On również zszedł na dalszy plan przytłoczony niekończącą się rozpierduchą. Z początku obawiałem się, że będzie mi brakować Mela Gibsona, były to jednak obawy niczym nie uzasadnione. W kategorii nieskrępowanej rozpierduchy właśnie, z elementami niegłupiego przekazu w tle, nowy Mad Max to jak dla mnie kandydat do filmu roku. Zwróćcie też uwagę na the making of, zajrzyjcie pod ten link - to nie był film ulepiony w całości na komputerze. Wszystkie pojazdy były zbudowano naprawdę.
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Pokrótce #9
Negura Bunget + supporty, 09.04.15, Rotunda
Ominęło mnie większość supportów, w robocie świat zapłonął i trzeba było go chociaż lekko przygasić. Ale nic straconego, dawno nie byłem na koncercie, gdzie kapele byłyby aż tak niedobrane. Northern Plague to odtwórczy i nudny black/death, Grimegod to jakiś doom/death, również nic specjalnego, Lacrima (doom/gothic) zaś o ile reprezentowała sobą jakikolwiek poziom w przeciwieństwie do innych supportów, to wrzucenie ich przed Negurą z racji na rozbieżności stylistyczne nie było najszczęśliwszym pomysłem. Headliner wypał zajebiście, zwłaszcza w świetle ostatnich przetasowań w składzie. Niepotrzebnie się obawiałem o stopień ich zgrania się ze sobą. Tylko trochę szkoda, że nie zagrali żadnego z najstarszych kawałków.
Command & Conquer Generals: Zero Hour: Rise of the Reds 1.85
W końcu jest. Po kilku latach oczekiwania. Warto było czekać, bez dwóch zdań najlepszy mod do starych, dobrych Generalsów.
Robert E. Howard Solomon Kane. Okrutne przygody
Klasyka sword & sorcery przez duże K. Zbiór opowiadań o fanatycznym purytaninie uważającym się za bicz boży na wszelkie zło, ludzkie i nadnaturalne. Szermierz i strzelec Kane staje na drodze atlantydzkich kapłanów, nekromantów i czarnoksiężników, wampirów, duchów i harpii, piratów, gwałcicieli, handlarzy niewolników, a nawet i demonów uwięzionych przed wiekami przez samego króla Salomona. Nie dba o własne życie i zdrowie, nie interesują go dobra doczesne, gna przed siebie wykonując wolę Boga i karząc bezlitośnie wszystkich złoczyńców, czy to na lądzie, czy to na pokładzie żaglowca, czy to na rozstajach dróg na Wyspach Brytyjskich, czy w niemieckich lasach, czy w afrykańskich dżunglach czy cholera wie gdzie.
Chyba każdy kojarzy chociaż pobieżnie postać autora, przez co nie ma co się o nim rozpisywać. Podobnie jak w przypadku historii o znacznie bardziej znanym Conanie, krew leje się strumieniami, piękne kobiety omdlewają lub próbują zwieść na złą drogę głównego bohatera. Tutaj nieco wyraźniej tenże główny bohater niesie dumnie powinność i brzemię Białego Człowieka przez obce, zdegenerowane i barbarzyńskie ziemie. Na końcu dobro zwycięża (niekoniecznie przy użyciu faktycznie dobrych metod). Patos przydusza czytelnika ale ten w pogoni za wartką akcją nie zwraca na to uwagi, lub zdaje sobie sprawę, że to taka konwencja i produkt określonego miejsca i czasu.
Rebis odwalił o tyle dobrą robotę, że pozbierał do kupy z twórczości autora co tylko mógł pozbierać o Solomonie Kanie'ie. Dlatego obok kompletnych opowiadań w ich pierwotnej formie, bez późniejszych przeróbek nie zawsze zgodnych z wizją autora, mamy też w tej książce liczne fragmenty i urywki historii, których nigdy nie będzie nam dane poznać w całości. Za grafiki ozdabiające treść i idealnie wpisujące się w klimat opowiadań (chociaż nie zawsze ściśle je odwzorowujące) odpowiada Gary Gianni.
Ach, guilty pleasure. Naprawdę nic wielkiego, ale fajnie się czyta.
Joseph Conrad Nostromo
Dzieła zebrane Josepha Conrada, tom ósmy (z dwudziestu siedmiu).
Znów guilty pleasure, tym bardziej, że rzecz się zestarzała bardzo pod względem świata przedstawionego, pokazanej w jednostronnym dobrym świetle kolonialnej burżuazji i arystokracji (nawet jeśli wywodzącej się z europejskich ruchów rewolucyjnych tamtej epoki, np. jeden z bohaterów walczył u boku Garibaldiego), oraz jednoznacznie negatywnie przedstawionych, nazwijmy to, rewolucjonistów trzecioświatowych, podnoszących rękę na tak dobrych, cywilizowanych i kulturalnych białych panów.
Autor z metahistorycznym zacięciem opowiada historię małego państewka w Ameryce Łacińskiej, a zwłaszcza jednej prowincji, słynącej ze znajdującej się tam kopalni srebra. Fabuła ciągnie się przez długi okres czasu, burzliwe dni następujących po sobie rewolucji i przemian, zakończonych szczęśliwie powstaniem nowego państwa. Akcja prowadzi do momentu przełomowego, autor ją zwalnia i przyśpiesza fabułę, przerzucając akcje nagle o całe lata naprzód, już po szczęśliwym rozwiązaniu problemów, które kilka stron wcześniej wydawały się być nie do rozwiązania. Tytułowy bohater, człowiek do zadań niemożliwych dopiero w ostatniej części książki staje się bohaterem głównym. Pochodzący z ludu prosty przybysz z Europy staje się kimś w rodzaju - niemalże - męża opatrznościowego, demiurga dokonującego niezwykłych czynów w niezwykłych czasach i ważnych momentach historycznych dla całego kraju. Co najciekawsze, jego szaleńcza odwaga, niezłomność charakteru i zarazem zadufanie biorą się przede wszystkim z jego egoizmu. Po wielu latach jego charakter zostaje wystawiony na bardzo ciężką próbę, a jego legenda stanie na krawędzi zniszczenia przez chciwość i kobiety. I taki w sumie wypływa z książki morał - co pieniądze, także takie, w których posiadanie wchodzi się nagle i za pomocą niezbyt legalnych środków wraz z kobietami robią z dumnymi i wolnymi mężczyznami.
Książka może i trąci myszką, ale trzeba to oddać Conradowi, był świetnym pisarzem.
Lucius Shepard Krokodylowa skała
Solaris, seria The best of.
Jest to jedna z niewielu książek, w przypadku których uważam, że zapłaciłem za nie zbyt mało. Za tę konkretną dałem 7zł w jednej z sieci z tanimi książkami. Tymczasem spokojnie dałbym za nią cenę okładkową, a nawet wyższą.
Sheperd pisał fantastykę, ale fantastykę niejednoznaczną i niejednorodną. Bardzo skręcał na równo w stronę weird jak i realizmu magicznego (aczkolwiek bardziej magicznego niż u stereotypowych przedstawicieli nurtu pochodzących z Ameryki Południowej), wśród zamieszczonych w zbiorze opowiadań (każde z tych opowiadań było nominowane do różnych Hugo, Stokerów, itp., część z nich kilka nagród pozgarniało, lub przynajmniej jedną) są też horrory (także z dosyć brutalnymi scenami) czy utwór w konwencji s-f.
Autor wiedział jak operować słowem. Pod względem czysto literackim zamieszczone w zbiorze opowiadania to małe arcydzieła. Najprostszy i najbardziej prozaiczny opis zyskuje głębię, zachwyca doborem słownictwa, poetyką; nawet brutalna przemoc czy (nieraz równie brutalne) ruchanie kiedy autor tak chce, to nabierają cech onirycznych.
Z autorem zwiedzimy kawał świata, od Afryki po rozdartą przytłaczającymi swoim rozmachem (i bezsensem) konfliktami zbrojnymi (rys hippisowski u autora jest widoczny, aczkolwiek nie przytłacza; jest rodzajem delikatnej przyprawy, nie głównym daniem) Amerykę Południową, przez senne miasteczka, metropolie, staje kosmiczne aż po gargantuicznego, uśpionego smoka robiącego za element krajobrazu, bóstwo i zarazem miejsce, w którym wykształcił się kompletny ekosystem. Sheperd swobodnie zarówno reinterpretował motywy jak i krzesał z siebie oryginalne pomysły.
Przesłanie każdego z opowiadań jest zbliżone. Osią napędową zgromadzonych tekstów jest wewnętrzne dojrzewanie bohaterów, ich szukanie własnego miejsca w świecie, zmaganie się z przeciwnościami losu, wreszcie z kryzysem wartości, przełamywaniem go i odnajdywaniem własnych zasad, własnej woli. Rozważania na poważne tematy snute przez bohaterów zazwyczaj zapoczątkowywało wyżej wspomniane wkroczenie Nieznanego. Bohaterowie łamią się, mają liczne wątpliwości, czasem sami nie wiedzą, czego chcą, nawet nierealistyczne postacie przedstawione są realistycznie, z pokaźnym bagażem wad i zalet, przyzwyczajeń, lęków, nadziei.
Sheperda wydał u nas jeszcze Mag, w Uczcie wyobraźni. Kolejna książka dopisana do listy "przeczytać koniecznie".
Ominęło mnie większość supportów, w robocie świat zapłonął i trzeba było go chociaż lekko przygasić. Ale nic straconego, dawno nie byłem na koncercie, gdzie kapele byłyby aż tak niedobrane. Northern Plague to odtwórczy i nudny black/death, Grimegod to jakiś doom/death, również nic specjalnego, Lacrima (doom/gothic) zaś o ile reprezentowała sobą jakikolwiek poziom w przeciwieństwie do innych supportów, to wrzucenie ich przed Negurą z racji na rozbieżności stylistyczne nie było najszczęśliwszym pomysłem. Headliner wypał zajebiście, zwłaszcza w świetle ostatnich przetasowań w składzie. Niepotrzebnie się obawiałem o stopień ich zgrania się ze sobą. Tylko trochę szkoda, że nie zagrali żadnego z najstarszych kawałków.
Command & Conquer Generals: Zero Hour: Rise of the Reds 1.85
W końcu jest. Po kilku latach oczekiwania. Warto było czekać, bez dwóch zdań najlepszy mod do starych, dobrych Generalsów.
Robert E. Howard Solomon Kane. Okrutne przygody
Klasyka sword & sorcery przez duże K. Zbiór opowiadań o fanatycznym purytaninie uważającym się za bicz boży na wszelkie zło, ludzkie i nadnaturalne. Szermierz i strzelec Kane staje na drodze atlantydzkich kapłanów, nekromantów i czarnoksiężników, wampirów, duchów i harpii, piratów, gwałcicieli, handlarzy niewolników, a nawet i demonów uwięzionych przed wiekami przez samego króla Salomona. Nie dba o własne życie i zdrowie, nie interesują go dobra doczesne, gna przed siebie wykonując wolę Boga i karząc bezlitośnie wszystkich złoczyńców, czy to na lądzie, czy to na pokładzie żaglowca, czy to na rozstajach dróg na Wyspach Brytyjskich, czy w niemieckich lasach, czy w afrykańskich dżunglach czy cholera wie gdzie.
Chyba każdy kojarzy chociaż pobieżnie postać autora, przez co nie ma co się o nim rozpisywać. Podobnie jak w przypadku historii o znacznie bardziej znanym Conanie, krew leje się strumieniami, piękne kobiety omdlewają lub próbują zwieść na złą drogę głównego bohatera. Tutaj nieco wyraźniej tenże główny bohater niesie dumnie powinność i brzemię Białego Człowieka przez obce, zdegenerowane i barbarzyńskie ziemie. Na końcu dobro zwycięża (niekoniecznie przy użyciu faktycznie dobrych metod). Patos przydusza czytelnika ale ten w pogoni za wartką akcją nie zwraca na to uwagi, lub zdaje sobie sprawę, że to taka konwencja i produkt określonego miejsca i czasu.
Rebis odwalił o tyle dobrą robotę, że pozbierał do kupy z twórczości autora co tylko mógł pozbierać o Solomonie Kanie'ie. Dlatego obok kompletnych opowiadań w ich pierwotnej formie, bez późniejszych przeróbek nie zawsze zgodnych z wizją autora, mamy też w tej książce liczne fragmenty i urywki historii, których nigdy nie będzie nam dane poznać w całości. Za grafiki ozdabiające treść i idealnie wpisujące się w klimat opowiadań (chociaż nie zawsze ściśle je odwzorowujące) odpowiada Gary Gianni.
Ach, guilty pleasure. Naprawdę nic wielkiego, ale fajnie się czyta.
Joseph Conrad Nostromo
Dzieła zebrane Josepha Conrada, tom ósmy (z dwudziestu siedmiu).
Znów guilty pleasure, tym bardziej, że rzecz się zestarzała bardzo pod względem świata przedstawionego, pokazanej w jednostronnym dobrym świetle kolonialnej burżuazji i arystokracji (nawet jeśli wywodzącej się z europejskich ruchów rewolucyjnych tamtej epoki, np. jeden z bohaterów walczył u boku Garibaldiego), oraz jednoznacznie negatywnie przedstawionych, nazwijmy to, rewolucjonistów trzecioświatowych, podnoszących rękę na tak dobrych, cywilizowanych i kulturalnych białych panów.
Autor z metahistorycznym zacięciem opowiada historię małego państewka w Ameryce Łacińskiej, a zwłaszcza jednej prowincji, słynącej ze znajdującej się tam kopalni srebra. Fabuła ciągnie się przez długi okres czasu, burzliwe dni następujących po sobie rewolucji i przemian, zakończonych szczęśliwie powstaniem nowego państwa. Akcja prowadzi do momentu przełomowego, autor ją zwalnia i przyśpiesza fabułę, przerzucając akcje nagle o całe lata naprzód, już po szczęśliwym rozwiązaniu problemów, które kilka stron wcześniej wydawały się być nie do rozwiązania. Tytułowy bohater, człowiek do zadań niemożliwych dopiero w ostatniej części książki staje się bohaterem głównym. Pochodzący z ludu prosty przybysz z Europy staje się kimś w rodzaju - niemalże - męża opatrznościowego, demiurga dokonującego niezwykłych czynów w niezwykłych czasach i ważnych momentach historycznych dla całego kraju. Co najciekawsze, jego szaleńcza odwaga, niezłomność charakteru i zarazem zadufanie biorą się przede wszystkim z jego egoizmu. Po wielu latach jego charakter zostaje wystawiony na bardzo ciężką próbę, a jego legenda stanie na krawędzi zniszczenia przez chciwość i kobiety. I taki w sumie wypływa z książki morał - co pieniądze, także takie, w których posiadanie wchodzi się nagle i za pomocą niezbyt legalnych środków wraz z kobietami robią z dumnymi i wolnymi mężczyznami.
Książka może i trąci myszką, ale trzeba to oddać Conradowi, był świetnym pisarzem.
Lucius Shepard Krokodylowa skała
Solaris, seria The best of.
Jest to jedna z niewielu książek, w przypadku których uważam, że zapłaciłem za nie zbyt mało. Za tę konkretną dałem 7zł w jednej z sieci z tanimi książkami. Tymczasem spokojnie dałbym za nią cenę okładkową, a nawet wyższą.
Sheperd pisał fantastykę, ale fantastykę niejednoznaczną i niejednorodną. Bardzo skręcał na równo w stronę weird jak i realizmu magicznego (aczkolwiek bardziej magicznego niż u stereotypowych przedstawicieli nurtu pochodzących z Ameryki Południowej), wśród zamieszczonych w zbiorze opowiadań (każde z tych opowiadań było nominowane do różnych Hugo, Stokerów, itp., część z nich kilka nagród pozgarniało, lub przynajmniej jedną) są też horrory (także z dosyć brutalnymi scenami) czy utwór w konwencji s-f.
Autor wiedział jak operować słowem. Pod względem czysto literackim zamieszczone w zbiorze opowiadania to małe arcydzieła. Najprostszy i najbardziej prozaiczny opis zyskuje głębię, zachwyca doborem słownictwa, poetyką; nawet brutalna przemoc czy (nieraz równie brutalne) ruchanie kiedy autor tak chce, to nabierają cech onirycznych.
Z autorem zwiedzimy kawał świata, od Afryki po rozdartą przytłaczającymi swoim rozmachem (i bezsensem) konfliktami zbrojnymi (rys hippisowski u autora jest widoczny, aczkolwiek nie przytłacza; jest rodzajem delikatnej przyprawy, nie głównym daniem) Amerykę Południową, przez senne miasteczka, metropolie, staje kosmiczne aż po gargantuicznego, uśpionego smoka robiącego za element krajobrazu, bóstwo i zarazem miejsce, w którym wykształcił się kompletny ekosystem. Sheperd swobodnie zarówno reinterpretował motywy jak i krzesał z siebie oryginalne pomysły.
Przesłanie każdego z opowiadań jest zbliżone. Osią napędową zgromadzonych tekstów jest wewnętrzne dojrzewanie bohaterów, ich szukanie własnego miejsca w świecie, zmaganie się z przeciwnościami losu, wreszcie z kryzysem wartości, przełamywaniem go i odnajdywaniem własnych zasad, własnej woli. Rozważania na poważne tematy snute przez bohaterów zazwyczaj zapoczątkowywało wyżej wspomniane wkroczenie Nieznanego. Bohaterowie łamią się, mają liczne wątpliwości, czasem sami nie wiedzą, czego chcą, nawet nierealistyczne postacie przedstawione są realistycznie, z pokaźnym bagażem wad i zalet, przyzwyczajeń, lęków, nadziei.
Sheperda wydał u nas jeszcze Mag, w Uczcie wyobraźni. Kolejna książka dopisana do listy "przeczytać koniecznie".
niedziela, 29 marca 2015
Pokrótce #8
Janusz Meissner Czarna bandera
wyd. Iskry, 1972. Czasem dobrze jest przypomnieć sobie treść książki przeczytanej po raz pierwszy całe otchłanie lat temu, gdy jednymi zmartwieniami były nadmiar wolnego czasu i niemożność zwrócenia na siebie uwagi koleżanki siedzącej ławkę obok, zwłaszcza, jeśli ta książka się nie zestarzała od tamtego czasu.
Meissner był niezwykłą postacią. Nie chce mi się o nim tu rozpisywać, w końcu to Pokrótce, więc podaję link do wiki. Można tylko ubolewać nad tym, że w morzu napływającego zewsząd chłamu i trzeciorzędnych pierdół wydawanych u nas jako bestsellery, nasi autorzy książek dla dorastającej młodzieży tacy jak Meissner, Alfred Szklarki czy chociażby Adam Bahdaj odchodzą w zapomnienie.
Czarna bandera to pierwszy tom marynistycznej trylogii o XVI-wiecznym korsarzu Janie "Martenie" Kunie. OK, powiedzmy sobie szczerze, Conrad to nie jest, Herman Melville też nie, jednak w swojej kategorii, książki przygodowej czerpiącej mnóstwo z klasycznych pozycji gatunku sprawdza się bardzo dobrze. Aż się chce pojechać nad morze i wyruszyć na poszukiwanie ostatnich białych plam rozsianych gdzieś pośród błękitnego bezkresu.
Sunless Sea
jak już jesteśmy przy tematyce marynistycznej nie mogę nie wspomnieć o najlepszej grze komputerowej w jaką grałem od dłuższego czasu. Ten przepoczciwy indyk to mieszanina zręcznościówki 2D, RPG i gry paragrafowej (tak, nie widać bohatera, tak, przeklikowujesz się przez ściany tekstu). Rzecz się dzieje w podziemnym świecie na podziemnym morzu, na które został niegdyś przemieszczony... Londyn. Fallen London to główna metropolia tego świata, świata bezkresnego morza z rozrzuconymi na nim wyspami i pływającymi między nimi bestiami rodem z koszmarów. Po morzu pływa się za pomocą kursorów, także walka jest w trybie zręcznościowym - wszelkie interakcje z postaciami i w portach to paragrafówka.
Świat przedstawiony to surrealistyczny majstersztyk, ulepiony z dziwnych i czasem na pierwszy rzut oka niedobranych elementów. Weźmy trochę wspomnianych wcześniej autorów klasycznych książek marynistycznych, Lovecrafta, Pratchetta i Gaimana (u tego nawet był Londyn Pod) i wymieszajmy razem. Pradawni bogowie, inteligentne szczury i świnki morskie, nieumarli stanowiący kokony dla ciem, pradawne artefakty, obce rasy, intrygi polityczne, walka mocarstw...
Gra jest trudna i pomyślana w taki sposób, że ze śmierci głównego bohatera można wyciągnąć korzyści - w postaci bonusów przekazywanych kolejnym bohaterom (także jako potomkom bohatera - można sobie zrobić cały ród kapitanów). Gra nie ma formalnego zakończenia - - to taki sandbox - gracz sam decyduje w jaki sposób chce grę zakończyć i kiedy. Część miejsc na mapie świata zawsze leży w tych samych miejscach, reszta jest generowana pół losowo.
Ponieważ człowiek już tak ma, że nie lubi ciemności, pływając po Bezsłonecznym Morzu trzeba uważać, by nie wpaść w obłęd/nie wpędzić w obłęd załogi. A gdy coś sobie źle policzymy w kwestii zapasów, jest jeszcze gorzej - możemy utknąć pośrodku niczego bez paliwa i bez żywności. Składanie ofiar bóstwom lub kanibalizm to rozwiązania tymczasowe.
Reasumując, polecam gorąco. Specyficzna gra, nie dla każdego, na dłuższą metę nieco nużąca, jednak wynagradzająca niedogodności wizją i rozmachem świata przedstawionego. Twórcy prowadzą też przeglądarkową grę osadzoną w tym samym uniwersum, zwie się ona Fallen London.
Pora Zwyrola: Noc z superbohaterami Tromy, 27.03.15.
aka Noc z chujowymi superbohaterami. Do tego stopnia, że od jednego ze sponsorów, sex-shopu Kinky Winky jeden ze szczęśliwych widzów otrzymał cock ring. Przyczepiłbym się tylko do sposobu wyłonienia osoby otrzymującej upominek. Osoby siedzące w dalszych rzędach nie miały szans się załapać.
Wyświetlono dla klasyki Tromy - kultowego Toxic Avengera (nic a nic się nie zestarzał, ba, w dobie boomu na kino superbohaterskie przeżywa drugą młodość; cudowny film zabijający stereotypowe studentki dietetyki i kosmetologii) i niemniej kultowy obraz Sgt. Kabukiman N.Y.P.D. (pomyślany jako film dla dzieci - wyszło coś zupełnie innego, ale z infantylnymi, kreskówkowymi gagami). Ja tam się bawiłem świetnie.
999. Antologia opowieści niesamowitych, red. Al Sarrantonio, tom I i II
Znalazłem to na pchlim targu i kupiłem za śmieszne pieniądze. Wyd. Albatros 2001, 2002.
Zebrano tu najróżniejszych autorów reprezentujących najróżniejsze podejścia i szkoły w ramach szeroko pojętego horroru. Trafiło tu wiele znanych nazwisk - tyle, że znanych niekoniecznie w Polsce. Niedzielny fan horroru kojarzyłby pewnie tylko Kinga - akurat zamieszczone tu jego opowiadanie jest, delikatnie mówiąc, denne.
Ostatnimi czasy wyostrza i radykalizuje mi się gust. Jeszcze z pół roku temu myślę że pisałbym o niniejszych książkach w superlatywach - teraz jednak kolejne przewidywalne i odtwórcze historyjki o zabójcach, koszmarach sennych, czymś czyhającym w mroku lub chociażby w mroku psychiki bohaterów, i jakiejś innej horrorowej gadzinie nie robią na mnie takiego wrażenia. Próby rewitalizacji starych motywów z nawiedzonymi domami, duchami, zombie czy wampirami mieszają się z próbami wyjścia poza klasyczne horrorowe instrumentarium, w stronę nowszego horrorowego instrumentarium - złych snów, traum z dzieciństwa, szalonych morderców, takich czy innych zaburzeń i anomalii w perfekcyjnie zwyczajnej rzeczywistości. Czasem oczywistych aż do toporności, innym razem całkiem subtelnych.
Najbardziej do gustu przypadły mi teksty nieoczywiste - podjeżdżające pod weird lub wszelką dziwność. Takie, gdzie nie da się wyjaśnić tego, co się dzieje, lub gdzie występuje obcość niepojęta i nie dająca się rozszyfrować lub wreszcie gdzie mamy do czynienia z czymś niepasującym, nieprzystającym - coś drga w duchu czytelnika, jest niepokojące per se. A także takie, które są po prostu dziwne. Było ich tutaj całkiem sporo; niektóre lepsze, niektóre gorsze, nieraz rozczarowujące oczywistym zakończeniem po obiecującym początku.
W drugim tomie trafił się Ligotti z Cień i ciemność. Opowiadanie to, znane mi z Teatro Grottesco tutaj w innym tłumaczeniu rzuca nieco inne światło na twórczość autora. Ligotti nabiera w tym tłumaczeniu znacznie wyraźniejszego odcienia, nazwijmy to, cyniczno-ironicznego. W tłumaczeniu z Teatro tekst stracił sporo z niewymuszonego, złośliwego humoru z którym autor odmalował świat przedstawiony i zaludniające go postaci.
wyd. Iskry, 1972. Czasem dobrze jest przypomnieć sobie treść książki przeczytanej po raz pierwszy całe otchłanie lat temu, gdy jednymi zmartwieniami były nadmiar wolnego czasu i niemożność zwrócenia na siebie uwagi koleżanki siedzącej ławkę obok, zwłaszcza, jeśli ta książka się nie zestarzała od tamtego czasu.
Meissner był niezwykłą postacią. Nie chce mi się o nim tu rozpisywać, w końcu to Pokrótce, więc podaję link do wiki. Można tylko ubolewać nad tym, że w morzu napływającego zewsząd chłamu i trzeciorzędnych pierdół wydawanych u nas jako bestsellery, nasi autorzy książek dla dorastającej młodzieży tacy jak Meissner, Alfred Szklarki czy chociażby Adam Bahdaj odchodzą w zapomnienie.
Czarna bandera to pierwszy tom marynistycznej trylogii o XVI-wiecznym korsarzu Janie "Martenie" Kunie. OK, powiedzmy sobie szczerze, Conrad to nie jest, Herman Melville też nie, jednak w swojej kategorii, książki przygodowej czerpiącej mnóstwo z klasycznych pozycji gatunku sprawdza się bardzo dobrze. Aż się chce pojechać nad morze i wyruszyć na poszukiwanie ostatnich białych plam rozsianych gdzieś pośród błękitnego bezkresu.
Sunless Sea
jak już jesteśmy przy tematyce marynistycznej nie mogę nie wspomnieć o najlepszej grze komputerowej w jaką grałem od dłuższego czasu. Ten przepoczciwy indyk to mieszanina zręcznościówki 2D, RPG i gry paragrafowej (tak, nie widać bohatera, tak, przeklikowujesz się przez ściany tekstu). Rzecz się dzieje w podziemnym świecie na podziemnym morzu, na które został niegdyś przemieszczony... Londyn. Fallen London to główna metropolia tego świata, świata bezkresnego morza z rozrzuconymi na nim wyspami i pływającymi między nimi bestiami rodem z koszmarów. Po morzu pływa się za pomocą kursorów, także walka jest w trybie zręcznościowym - wszelkie interakcje z postaciami i w portach to paragrafówka.
Świat przedstawiony to surrealistyczny majstersztyk, ulepiony z dziwnych i czasem na pierwszy rzut oka niedobranych elementów. Weźmy trochę wspomnianych wcześniej autorów klasycznych książek marynistycznych, Lovecrafta, Pratchetta i Gaimana (u tego nawet był Londyn Pod) i wymieszajmy razem. Pradawni bogowie, inteligentne szczury i świnki morskie, nieumarli stanowiący kokony dla ciem, pradawne artefakty, obce rasy, intrygi polityczne, walka mocarstw...
Gra jest trudna i pomyślana w taki sposób, że ze śmierci głównego bohatera można wyciągnąć korzyści - w postaci bonusów przekazywanych kolejnym bohaterom (także jako potomkom bohatera - można sobie zrobić cały ród kapitanów). Gra nie ma formalnego zakończenia - - to taki sandbox - gracz sam decyduje w jaki sposób chce grę zakończyć i kiedy. Część miejsc na mapie świata zawsze leży w tych samych miejscach, reszta jest generowana pół losowo.
Ponieważ człowiek już tak ma, że nie lubi ciemności, pływając po Bezsłonecznym Morzu trzeba uważać, by nie wpaść w obłęd/nie wpędzić w obłęd załogi. A gdy coś sobie źle policzymy w kwestii zapasów, jest jeszcze gorzej - możemy utknąć pośrodku niczego bez paliwa i bez żywności. Składanie ofiar bóstwom lub kanibalizm to rozwiązania tymczasowe.
Reasumując, polecam gorąco. Specyficzna gra, nie dla każdego, na dłuższą metę nieco nużąca, jednak wynagradzająca niedogodności wizją i rozmachem świata przedstawionego. Twórcy prowadzą też przeglądarkową grę osadzoną w tym samym uniwersum, zwie się ona Fallen London.
Pora Zwyrola: Noc z superbohaterami Tromy, 27.03.15.
aka Noc z chujowymi superbohaterami. Do tego stopnia, że od jednego ze sponsorów, sex-shopu Kinky Winky jeden ze szczęśliwych widzów otrzymał cock ring. Przyczepiłbym się tylko do sposobu wyłonienia osoby otrzymującej upominek. Osoby siedzące w dalszych rzędach nie miały szans się załapać.
Wyświetlono dla klasyki Tromy - kultowego Toxic Avengera (nic a nic się nie zestarzał, ba, w dobie boomu na kino superbohaterskie przeżywa drugą młodość; cudowny film zabijający stereotypowe studentki dietetyki i kosmetologii) i niemniej kultowy obraz Sgt. Kabukiman N.Y.P.D. (pomyślany jako film dla dzieci - wyszło coś zupełnie innego, ale z infantylnymi, kreskówkowymi gagami). Ja tam się bawiłem świetnie.
999. Antologia opowieści niesamowitych, red. Al Sarrantonio, tom I i II
Znalazłem to na pchlim targu i kupiłem za śmieszne pieniądze. Wyd. Albatros 2001, 2002.
Zebrano tu najróżniejszych autorów reprezentujących najróżniejsze podejścia i szkoły w ramach szeroko pojętego horroru. Trafiło tu wiele znanych nazwisk - tyle, że znanych niekoniecznie w Polsce. Niedzielny fan horroru kojarzyłby pewnie tylko Kinga - akurat zamieszczone tu jego opowiadanie jest, delikatnie mówiąc, denne.
Ostatnimi czasy wyostrza i radykalizuje mi się gust. Jeszcze z pół roku temu myślę że pisałbym o niniejszych książkach w superlatywach - teraz jednak kolejne przewidywalne i odtwórcze historyjki o zabójcach, koszmarach sennych, czymś czyhającym w mroku lub chociażby w mroku psychiki bohaterów, i jakiejś innej horrorowej gadzinie nie robią na mnie takiego wrażenia. Próby rewitalizacji starych motywów z nawiedzonymi domami, duchami, zombie czy wampirami mieszają się z próbami wyjścia poza klasyczne horrorowe instrumentarium, w stronę nowszego horrorowego instrumentarium - złych snów, traum z dzieciństwa, szalonych morderców, takich czy innych zaburzeń i anomalii w perfekcyjnie zwyczajnej rzeczywistości. Czasem oczywistych aż do toporności, innym razem całkiem subtelnych.
Najbardziej do gustu przypadły mi teksty nieoczywiste - podjeżdżające pod weird lub wszelką dziwność. Takie, gdzie nie da się wyjaśnić tego, co się dzieje, lub gdzie występuje obcość niepojęta i nie dająca się rozszyfrować lub wreszcie gdzie mamy do czynienia z czymś niepasującym, nieprzystającym - coś drga w duchu czytelnika, jest niepokojące per se. A także takie, które są po prostu dziwne. Było ich tutaj całkiem sporo; niektóre lepsze, niektóre gorsze, nieraz rozczarowujące oczywistym zakończeniem po obiecującym początku.
W drugim tomie trafił się Ligotti z Cień i ciemność. Opowiadanie to, znane mi z Teatro Grottesco tutaj w innym tłumaczeniu rzuca nieco inne światło na twórczość autora. Ligotti nabiera w tym tłumaczeniu znacznie wyraźniejszego odcienia, nazwijmy to, cyniczno-ironicznego. W tłumaczeniu z Teatro tekst stracił sporo z niewymuszonego, złośliwego humoru z którym autor odmalował świat przedstawiony i zaludniające go postaci.
niedziela, 15 marca 2015
Pokrótce #7
1) The Moon and the Nightspirit + Helroth, 18.02.15, Alchemia
Koncert dwóch pogańskich zespołów to świetny sposób na uczczenie środy popielcowej.
Helroth widziałem kiedyś gdzieś wcześniej, w wydaniu akustycznym wypadli równie dobrze jak w folk metalowym. W warstwie lirycznej odwołują się do wiary rodzimej, czerpią z mitów i ludowych opowieści. Zaś Węgrzy z THatN swoją mieszanką folku i neofolku rozpostarli przed słuchaczami niezmierzone przestrzenie - trzeba było by tego posłuchać, by tego doświadczyć. Obawiałem się nieco, jak wypadną na żywo - nie było się czego obawiać. Jeden z utworów zadedykowali Matce Ziemi - co dobrze podsumowuje ich światopogląd i warstwę liryczną, pogański uniwersalizm skupiony głównie na hierofanii lunarnej i tellurycznej oraz praktykach szamańskich.
Jeden z lepszych koncertów na jakich byłem.
2) Heroes of Might and Magic III: Horn of the Abyss, aktualnie w wersji 1.3.7 wraz z modem HD jest dużo lepszą grą niż HoMMIII: HD Edition. I jest za darmo. I być może są też do tego mody umożliwiające uruchomienie na urządzeniach mobilnych. Nie przeczę, grafika w edycji HD jest ładniejsza - ale poza tym edycja HD niczego nowego nie wnosi. Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że to skok na kasę wykorzystujący sentymentalizm graczy.
3) Path of Exile doczekało się wersji 1.3.1d. Dla kogoś, kto wcześniej grał w wersję poniżej 1, przerzucenie się na tą było sporym szokiem. Gra została dokończona, trzeci akt rozwinięty, poprzednie akty zostały wzbogacone o więcej informacji o świecie gry i o jego historii (całkiem skomplikowanej), endgame content opiera się na zbieraniu map do kolejnych lokacji, wprowadzono dwa dodatki wzbogacające grę o możliwość posiadania własnej kryjówki (hideout) i korzystania z usług mistrzów (Forgotten Masters) czy o możliwość natknięcia się w czasie gry na pół-losowo generowane, zawieszone poza czasem i przestrzenią spaczone urywki rzeczywistości, pozostałości po zniszczonej cywilizacji Vaal (Sacrifice of the Vaal).
O ile mój Duelist na Cruelu zaczął dostawać w dupę od samego początku gry, to Scion (też na Cruelu) dopiero od trzeciego aktu (no, od Vaal Oversoul'a). Widzę u siebie postęp.
4) Jacek Dukaj Perfekcyjna niedoskonałość. Pierwsza tercja Progresu
Cóż, Dukaj jak Dukaj. Chyba każdy, kto zetknął się z dowolną jego książką, wie mniej-więcej czego może się spodziewać - przede wszystkim kompletnej wizji świata, przytłaczającej czytelnika swoim rozmachem i totalnością (łącznie z prawami fizyki czy ontologią).
Tu jest nie inaczej, tyle, że świat przedstawiony przytłacza momentami mało czytelną fabułę. Czego tu nie ma - nierzeczywistość wirtualna nie do odróżnienia od rzeczywistości, istoty ludzkie, post-ludzkie, feeria bytów, niebytów, śmiałych tez i jeszcze śmielszych prób ich realizowania, rzucających się na granicę tego, co jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Sama przedstawiona tu historia o człowieku znikąd (tym razem dosłownie znikąd) który nagle stał się Bardzo Ważną Postacią Dla Całego Świata byłaby całkiem błaha, gdyby nie jej rozmach i patos.
Kiedyś może będą kolejne dwie tercje Progresu. Aż boję się myśleć, co mogłyby zawierać.
5) Kim Newman Anno Dracula
Pierwsza część cyklu do którego należy też Krwawy baron. Przyjemne czytadło o wampirach, alternatywna rzeczywistość w której autor nawrzucał tyle nawiązań do kultury, popkultury, historii że można by przynajmniej dzień spędzić na wyłapywaniu ich. Wizja świata opiera się na następstwach przełomowego wydarzenia - Dracula przybywa do Wielkiej Brytanii gdzie żeni się z królową Wiktorią. Na całym świecie wampiry wychodzą z cienia. Wybuchają społeczne niepokoje, mozolnie i z trudem świat się zmienia.
Mija pewien czas. Wampiry i ludzie koegzystują obok siebie. Wiktoriańska Anglia jest miejscem pełnym kontrastów. W rządzie ścierają się rozmaite frakcje, zakulisowe grupy wpływu realizują własne interesy. Jakiś maniak morduje wampirzyce-prostytutki. W liście wysłanym do gazet przedstawia się (ale czy to na pewno on?) jako Kuba Rozpruwacz. Najróżniejsze środowiska próbują coś z tego wyciągnąć dla siebie, także stronnictwa skrajne, zwolennicy ludzkiej czy wampirzej hegemonii.
Paradoksalnie, największym plusem tej książki jest jej odtwórczość i cały ten miks najróżniejszych nawiązań upchniętych przez autora do jednego wora i wymieszanych ze sobą. Akcja toczy się żwawo, fabuła nie jest zbyt prosta, postacie są wyraziste.
Jak na rzecz typowo rozrywkową, sprawdza się dobrze.
6) Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki
Wydawnictwo Czarne nie schodzi poniżej pewnego poziomu, książka LeDuff'a jest kolejnym tego przykładem.
Po latach pracy w różnych częściach świata, autor wraca do rodzinnego Detroit. Nie rozpoznaje swojego miasta, przypominającego raczej scenografię z filmu post-apokaliptycznego niż dawne zagłębie przemysłu motoryzacyjnego. Ludzie umierają na ulicach, gangi rządzą w opustoszałych dzielnicach, podpalenia pustostanów są plagą, wierchuszka obraca grubymi milionami, prezesi koncernów stracili kontrolę nad tym, co właściwie się dzieje. Straż pożarna boryka się z permanentnym niedofinansowaniem, polegając często na chałupniczych naprawach. Radykalne ruchy społeczne kiszą się we własnym sosie. Marazm, apatia i brak perspektyw są jedynymi perspektywami w gnijącym mieście, oprócz prostytucji, narkomanii i alkoholizmu. Atmosfera rozkładu udziela się autorowi, rozpada się powoli jego życie osobiste. Cóż, z każdego snu - nawet i amerykańskiego - trzeba się kiedyś obudzić. Na obszarach postindustrialnych chyba nie da się obudzić spokojnie, niezależnie od strony Atlantyku, po której te obszary się znajdują.
Przeczytałem jednym tchem.
Koncert dwóch pogańskich zespołów to świetny sposób na uczczenie środy popielcowej.
Helroth widziałem kiedyś gdzieś wcześniej, w wydaniu akustycznym wypadli równie dobrze jak w folk metalowym. W warstwie lirycznej odwołują się do wiary rodzimej, czerpią z mitów i ludowych opowieści. Zaś Węgrzy z THatN swoją mieszanką folku i neofolku rozpostarli przed słuchaczami niezmierzone przestrzenie - trzeba było by tego posłuchać, by tego doświadczyć. Obawiałem się nieco, jak wypadną na żywo - nie było się czego obawiać. Jeden z utworów zadedykowali Matce Ziemi - co dobrze podsumowuje ich światopogląd i warstwę liryczną, pogański uniwersalizm skupiony głównie na hierofanii lunarnej i tellurycznej oraz praktykach szamańskich.
Jeden z lepszych koncertów na jakich byłem.
2) Heroes of Might and Magic III: Horn of the Abyss, aktualnie w wersji 1.3.7 wraz z modem HD jest dużo lepszą grą niż HoMMIII: HD Edition. I jest za darmo. I być może są też do tego mody umożliwiające uruchomienie na urządzeniach mobilnych. Nie przeczę, grafika w edycji HD jest ładniejsza - ale poza tym edycja HD niczego nowego nie wnosi. Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że to skok na kasę wykorzystujący sentymentalizm graczy.
3) Path of Exile doczekało się wersji 1.3.1d. Dla kogoś, kto wcześniej grał w wersję poniżej 1, przerzucenie się na tą było sporym szokiem. Gra została dokończona, trzeci akt rozwinięty, poprzednie akty zostały wzbogacone o więcej informacji o świecie gry i o jego historii (całkiem skomplikowanej), endgame content opiera się na zbieraniu map do kolejnych lokacji, wprowadzono dwa dodatki wzbogacające grę o możliwość posiadania własnej kryjówki (hideout) i korzystania z usług mistrzów (Forgotten Masters) czy o możliwość natknięcia się w czasie gry na pół-losowo generowane, zawieszone poza czasem i przestrzenią spaczone urywki rzeczywistości, pozostałości po zniszczonej cywilizacji Vaal (Sacrifice of the Vaal).
O ile mój Duelist na Cruelu zaczął dostawać w dupę od samego początku gry, to Scion (też na Cruelu) dopiero od trzeciego aktu (no, od Vaal Oversoul'a). Widzę u siebie postęp.
4) Jacek Dukaj Perfekcyjna niedoskonałość. Pierwsza tercja Progresu
Cóż, Dukaj jak Dukaj. Chyba każdy, kto zetknął się z dowolną jego książką, wie mniej-więcej czego może się spodziewać - przede wszystkim kompletnej wizji świata, przytłaczającej czytelnika swoim rozmachem i totalnością (łącznie z prawami fizyki czy ontologią).
Tu jest nie inaczej, tyle, że świat przedstawiony przytłacza momentami mało czytelną fabułę. Czego tu nie ma - nierzeczywistość wirtualna nie do odróżnienia od rzeczywistości, istoty ludzkie, post-ludzkie, feeria bytów, niebytów, śmiałych tez i jeszcze śmielszych prób ich realizowania, rzucających się na granicę tego, co jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Sama przedstawiona tu historia o człowieku znikąd (tym razem dosłownie znikąd) który nagle stał się Bardzo Ważną Postacią Dla Całego Świata byłaby całkiem błaha, gdyby nie jej rozmach i patos.
Kiedyś może będą kolejne dwie tercje Progresu. Aż boję się myśleć, co mogłyby zawierać.
5) Kim Newman Anno Dracula
Pierwsza część cyklu do którego należy też Krwawy baron. Przyjemne czytadło o wampirach, alternatywna rzeczywistość w której autor nawrzucał tyle nawiązań do kultury, popkultury, historii że można by przynajmniej dzień spędzić na wyłapywaniu ich. Wizja świata opiera się na następstwach przełomowego wydarzenia - Dracula przybywa do Wielkiej Brytanii gdzie żeni się z królową Wiktorią. Na całym świecie wampiry wychodzą z cienia. Wybuchają społeczne niepokoje, mozolnie i z trudem świat się zmienia.
Mija pewien czas. Wampiry i ludzie koegzystują obok siebie. Wiktoriańska Anglia jest miejscem pełnym kontrastów. W rządzie ścierają się rozmaite frakcje, zakulisowe grupy wpływu realizują własne interesy. Jakiś maniak morduje wampirzyce-prostytutki. W liście wysłanym do gazet przedstawia się (ale czy to na pewno on?) jako Kuba Rozpruwacz. Najróżniejsze środowiska próbują coś z tego wyciągnąć dla siebie, także stronnictwa skrajne, zwolennicy ludzkiej czy wampirzej hegemonii.
Paradoksalnie, największym plusem tej książki jest jej odtwórczość i cały ten miks najróżniejszych nawiązań upchniętych przez autora do jednego wora i wymieszanych ze sobą. Akcja toczy się żwawo, fabuła nie jest zbyt prosta, postacie są wyraziste.
Jak na rzecz typowo rozrywkową, sprawdza się dobrze.
6) Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki
Wydawnictwo Czarne nie schodzi poniżej pewnego poziomu, książka LeDuff'a jest kolejnym tego przykładem.
Po latach pracy w różnych częściach świata, autor wraca do rodzinnego Detroit. Nie rozpoznaje swojego miasta, przypominającego raczej scenografię z filmu post-apokaliptycznego niż dawne zagłębie przemysłu motoryzacyjnego. Ludzie umierają na ulicach, gangi rządzą w opustoszałych dzielnicach, podpalenia pustostanów są plagą, wierchuszka obraca grubymi milionami, prezesi koncernów stracili kontrolę nad tym, co właściwie się dzieje. Straż pożarna boryka się z permanentnym niedofinansowaniem, polegając często na chałupniczych naprawach. Radykalne ruchy społeczne kiszą się we własnym sosie. Marazm, apatia i brak perspektyw są jedynymi perspektywami w gnijącym mieście, oprócz prostytucji, narkomanii i alkoholizmu. Atmosfera rozkładu udziela się autorowi, rozpada się powoli jego życie osobiste. Cóż, z każdego snu - nawet i amerykańskiego - trzeba się kiedyś obudzić. Na obszarach postindustrialnych chyba nie da się obudzić spokojnie, niezależnie od strony Atlantyku, po której te obszary się znajdują.
Przeczytałem jednym tchem.
sobota, 7 lutego 2015
Pokrótce #6
Chris Beckett Ciemny Eden
Pierwsze skojarzenie - Buczyłow i jego Osada (a także Przełęcz). Motyw ten sam - kolejne pokolenia ludzi żyjących na obcej planecie zmagają się z wrogim i nieznanym ekosystemem. Tyle, że w tym przypadku w przeciwieństwie do książki radzieckiego autora pamięć o Ziemi i nadzieję na ratunek ludzie przekuli w system społeczno-religijny, obłożony tabu i wykluczający jakiekolwiek zmiany, rozwój myśli technicznej, oswajanie środowiska, itd. Na dodatek na przestrzeni lat zlikwidowano Szkołę, bo przy zwiększającej się ilości ludności dzieci również miały chodzić na polowania lub zbierać pożywienie. Poza tym, ze względu na pochodzenie od wspólnych przodków (w tym gościa gwałcącego nagminnie własne córki) wszyscy ludzcy mieszkańcy planety uprawiają kazirodztwo. Wiąże się to z dużym odsetkiem w populacji jednostek o dosyć odpychającej fizjonomii. O dziwo nie z wadami psychicznymi i ogólnorozwojowymi, w każdym razie nie ma opisanych takich przypadków. Trzeba przyznać, że obyczaje panują w Edenie dosyć luźne, jest to umotywowane potrzebą przetrwania gatunku.
Na drodze do zupełnej degrengolady i wtórnego barbarzyństwa stoi młody, za dużo myślący innowator-ikonoklasta; wraz z grupką przyjaciół najpierw zostaje wyłączony ze wspólnoty za złamanie najbardziej uświęconego tabu (co budzi silną konserwatywną reakcję i przyspiesza też zmiany w samej wspólnocie) a potem wyrusza w nieznane. Ludzkie osiedle znajduje się w dolinie otoczonej górami, gdzie panuje wieczna zima - główny bohater wierzy, że za nimi rozciąga się wielki świat.
Świetna historia, dobrze napisana, wiarygodnie przedstawiona, z zacięciem socjologicznym. Znacznie bardziej posępna i pesymistyczna w porównaniu do wspomnianej, o szmat czasu i miejsca wcześniejszej historii Buczyłowa.
Yukio Mishima Zimny płomień
Zbiór opowiadań kontrowersyjnego japońskiego autora, w którego twórczości granice między miłością do drugiego człowieka (także homoseksualną), zachowaniami autodestrukcyjnymi a miłością do ojczyzny i przywiązaniem do wartości kultury samurajskiej są bardzo płynne. Mishima popełnił seppuku, po nieudanej próbie - no właśnie - puczu? spowodowanej zrzeczeniem się boskości przez cesarza.
Tak czy siak, opowiadania w tym zbiorze bardzo dobrze odzwierciedlają niespokojnego ducha autora. Jest naturalistyczny wręcz opis seppuku popełnianego przez młodego wojskowego i samobójstwa jego pięknej żony, jest historia o nieszczęśliwej miłości (homoseksualnej z - jakbyśmy to teraz mogli określić - podtekstem genderowym), są opowieści o konfrontacji starej i nowej kultury, są poruszające opowiadania o tragediach spadających na przypadkowych ludzi. Autorowi niezwykle plastycznie, na swój sposób poetycko udało się przedstawić sceny śmierci i zniszczenia, jak i duchowej i cielesnej miłości. Zanim sam się rozciął potrafił dokonywać wiwisekcji cierpiących umysłów, lekko, zwiewnie, chwilami wręcz onirycznie.
Podsumowując, wysmakowany literacko zbiór okraszony posłowiem Beaty Kubiak Ho-Chi stanowi interesujący wgląd w twórczość nietuzinkowego autora i jego prywatny świat.
Czarna msza. Antologia opowiadań science-fiction, red. Wojciech Sedeńko
Wbrew tytułowi budzącemu całkiem przyjemne skojarzenia, nie mamy do czynienia z promocją satanizmu. Ot, redaktor we wstępie zauważył (i to w 1992 roku) że pustkę po totalitarnej ideologii panującej w PRLu wypełnił kościelny moloch. Zgromadzeni autorzy wyciągnęli z tematyki religijnej różne wnioski - najbardziej w pamięć zapadły mi dwa opowiadania, z socjologicznym mechanizmem kozła ofiarnego u Jacka Inglota (Umieraj z nami) oraz metafizyką high-tech w odległym kosmosie u Jacka Dukaja (Korporacja Mesjasz). Ciekawym pomysłem było na swój sposób ekumeniczne Interregnum Tadeusza Oszubskiego. Rafał Ziemkiewicz popełnił zaś tekst (Źródło bez wody) biorący w obronę lefebvrystów. To opowiadanie też zapamiętałem, niestety. Interesująca wizja przewinęła się przez dopełniające się nawzajem opowiadania Jarosława Grzędowicza i Jacka Piekary (kolejno Dom na krawędzi Światła, Dom na krawędzi Ciemności).
Za tę klasyczną antologię (wyd. 1992) dałem na targu 3zł.
Dzikie karty, red. George R.R. Martin
Tłumaczenie rozszerzonego wydania niezwykle poczciwej antologii, ulepionej w ramach jednego uniwersum i po części wspólnych bohaterów.
W tej alternatywnej historii niedługo po IIWŚ dochodzi w Stanach Zjdenoczonych do rozpylenia wirusa tytułowej dzikiej karty, opracowanego na odległej planecie przez zbliżoną w genotypie do ludzi rasę. Rzecz jasna, związana jest z tym dłuższa historia, której nie ma sensu tutaj streszczać. Katastrofie chce zapobiec samotny przybysz, znany później jako doktor Tachion.
Mleko się rozlało - wirus wpada w ręce iście komiksowych łotrów, przy próbie ich unieszkodliwienia ginie iście komiksowy (super)bohater Śmig. Ogrom zarażonych wirusem umiera od razu, reszta przechodzi najróżniejsze, najrozmaitsze mutacje. Ci, którzy uzyskali przydatne moce, nie zostali przy tym zbytnio zdeformowani ani nie odczuli poważniejszych skutków ubocznych nazywani są mianem Asów. Ci, których wirus zmienił w postludzkie, zmutowane potwory lub w najlepszym razie mocno oszpecił i popsuł zdrowie nazywani są mianem Dżokerów. Wirus może uaktywniać się sam z siebie lub w określonej sytuacji. Jest przenoszony z pokolenia na pokolenie, bo doczepia się do DNA. Czasem można nauczyć się kontrolować nabyte zdolności, czasem nie.
Sama wizja jest do bólu komiksowa. Skojarzenia z X-Men nasuwają się same, nawet jedna z Asów otrzymała moce podobne do Shadowcat. Rzecz jasna, nie są to negatywne skojarzenia. Taka konwencja idealnie sprawdziła się w przypadku tej książki.
Majstersztykiem jest powiązanie tego wszystkiego w mniej-więcej spójną całość i poprowadzenie tej historii przez faktyczną historię Stanów Zjednoczonych. Mccartyzm, Wietnam, Strefa 51, katastrofa samolotu U-2 nad ZSRR, środowisko filmowców w Hollywood, zimna wojna, hippisi, ruchy emancypacyjne, miejskie legendy, jak ta o aligatorze w kanałach - wszystko zostało przez autorów powiązane i przefitrowane przez ich historię o wirusie z kosmosu. Do tego dorzucili interludia, czyli urywki stylizowane na fragmenty z prasy, książek, wspomnień - jest nawet gonzo Lęk i odraza w Dżokerowie autorstwa Dr Huntera S. Thompsona (i jest to majstersztyk; jak nie znacie prawdziwej książki Fear and Loathing in Las Vegas Thompsona to polecam).
Podobnie jak w przypadku wspomnianego tytułu Marvel Comics, historyjki o ludziach borykających się z supermocami kryją głębsze dno, są opowieściami o akceptacji i otwartości i radzeniu sobie z samym sobą (a także o dokonujących się zmianach społecznych, seksie, narkotykach i przemocy).
Trudno wyróżnić mi najlepszy i najgorszy tekst - tym bardziej, że (przynajmniej w większości) stanowią w miarę połączoną całość. Cała antologia jako taka jest bardzo dobra, polecam uwadze zwłaszcza fanów komiksów i pulpy z przekazem.
Mary Shelley Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz
Klasyk horroru i s-f co jakiś czas odkrywany na nowo i odczytywany na rozmaite sposoby. Nowe wydanie w tłumaczeniu Macieja Płazy, zawierające posłowie jego autorstwa oraz ilustracje (drzeworyty) Lynda Warda. Do tego w książce znalazły się wstęp autorki do trzeciego wydania (to jest tłumaczenie wersji pierwotnej), fragment Pogrzebu George'a Gordona Byrona, Opowieści o duchach męża autorki oraz Wampir Johna Williama Polidori'ego.
Szczerze? Frankenstein to koszmarna ramota, egzaltowana, naiwna i pełna dłużyzn, cierpiąca na wszystkie choroby literatury romantycznej. Mogę to porównać do pradziadka-bohatera wojennego, o którego heroicznych czynach pamięta cała rodzina, które ukonstytuowały niejako pozycję rodziny i poczucie jej wspólnoty, wspólną tożsamość łączącą najbardziej oddalonych od siebie krewnych. Przodka wszyscy szanują, pamięć o nim przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Niestety, obecnie zacny praszczur jest zżartym przez Parkinsona i Alzheimera wrakiem załatwiającym się bezwiednie pod siebie. Okrutne, ale prawdziwe.
Długo by wymieniać, dlaczego książka była (i jest) dziełem ponadczasowym (wprowadzenie odniesień filozoficznych i naukowych na taką skalę, pytania o człowieczeństwo i jego granice, o moralną odpowiedzialność w ogóle i w badaniach naukowych, o istotę zła i dobra, itp, itd., etc.), nie warto też przypominać jej wkładu w naszą kulturę (masową i bardziej zindywidualizowaną) bo jest oczywisty. Pokłońmy się i idźmy na przód, zmianę pieluchy pozostawiając przeklinającej pod nosem pielęgniarce.
Władysław Reymont Wampir
Wszystkie zarzuty jakie mam wobec Frankensteina pasują jak ulał do Wampira. Oczywiście z uwzględnieniem diametralnie innego kontekstu wynikającego z innych czasów, warunków i miejsca oraz faktu, że Wampir jest pozycją raczej nieznaną szerzej rzeczy czytelników, nawet siedzących w gatunku. Dotarłem do połowy książki, nie byłem w stanie ruszyć dalej. Cóż, co kto lubi.
Pora Zwyrola: Noc Zombie, 30.01.15
Noce terroru (ech, jakby nie można było przetłumaczyć terror na groza) i Zombie: Pożeracze mięsa (Fulci! scena w której zombie walczy pod wodą z rekinem!) nie były takimi paściami jak nunsploitation z poprzedniej Pory, więc momentami się nudziłem. Ale i tak była to wspaniała uczta filmowa dla wybrednych o ekscentrycznych gustach.
Pierwsze skojarzenie - Buczyłow i jego Osada (a także Przełęcz). Motyw ten sam - kolejne pokolenia ludzi żyjących na obcej planecie zmagają się z wrogim i nieznanym ekosystemem. Tyle, że w tym przypadku w przeciwieństwie do książki radzieckiego autora pamięć o Ziemi i nadzieję na ratunek ludzie przekuli w system społeczno-religijny, obłożony tabu i wykluczający jakiekolwiek zmiany, rozwój myśli technicznej, oswajanie środowiska, itd. Na dodatek na przestrzeni lat zlikwidowano Szkołę, bo przy zwiększającej się ilości ludności dzieci również miały chodzić na polowania lub zbierać pożywienie. Poza tym, ze względu na pochodzenie od wspólnych przodków (w tym gościa gwałcącego nagminnie własne córki) wszyscy ludzcy mieszkańcy planety uprawiają kazirodztwo. Wiąże się to z dużym odsetkiem w populacji jednostek o dosyć odpychającej fizjonomii. O dziwo nie z wadami psychicznymi i ogólnorozwojowymi, w każdym razie nie ma opisanych takich przypadków. Trzeba przyznać, że obyczaje panują w Edenie dosyć luźne, jest to umotywowane potrzebą przetrwania gatunku.
Na drodze do zupełnej degrengolady i wtórnego barbarzyństwa stoi młody, za dużo myślący innowator-ikonoklasta; wraz z grupką przyjaciół najpierw zostaje wyłączony ze wspólnoty za złamanie najbardziej uświęconego tabu (co budzi silną konserwatywną reakcję i przyspiesza też zmiany w samej wspólnocie) a potem wyrusza w nieznane. Ludzkie osiedle znajduje się w dolinie otoczonej górami, gdzie panuje wieczna zima - główny bohater wierzy, że za nimi rozciąga się wielki świat.
Świetna historia, dobrze napisana, wiarygodnie przedstawiona, z zacięciem socjologicznym. Znacznie bardziej posępna i pesymistyczna w porównaniu do wspomnianej, o szmat czasu i miejsca wcześniejszej historii Buczyłowa.
Yukio Mishima Zimny płomień
Zbiór opowiadań kontrowersyjnego japońskiego autora, w którego twórczości granice między miłością do drugiego człowieka (także homoseksualną), zachowaniami autodestrukcyjnymi a miłością do ojczyzny i przywiązaniem do wartości kultury samurajskiej są bardzo płynne. Mishima popełnił seppuku, po nieudanej próbie - no właśnie - puczu? spowodowanej zrzeczeniem się boskości przez cesarza.
Tak czy siak, opowiadania w tym zbiorze bardzo dobrze odzwierciedlają niespokojnego ducha autora. Jest naturalistyczny wręcz opis seppuku popełnianego przez młodego wojskowego i samobójstwa jego pięknej żony, jest historia o nieszczęśliwej miłości (homoseksualnej z - jakbyśmy to teraz mogli określić - podtekstem genderowym), są opowieści o konfrontacji starej i nowej kultury, są poruszające opowiadania o tragediach spadających na przypadkowych ludzi. Autorowi niezwykle plastycznie, na swój sposób poetycko udało się przedstawić sceny śmierci i zniszczenia, jak i duchowej i cielesnej miłości. Zanim sam się rozciął potrafił dokonywać wiwisekcji cierpiących umysłów, lekko, zwiewnie, chwilami wręcz onirycznie.
Podsumowując, wysmakowany literacko zbiór okraszony posłowiem Beaty Kubiak Ho-Chi stanowi interesujący wgląd w twórczość nietuzinkowego autora i jego prywatny świat.
Czarna msza. Antologia opowiadań science-fiction, red. Wojciech Sedeńko
Wbrew tytułowi budzącemu całkiem przyjemne skojarzenia, nie mamy do czynienia z promocją satanizmu. Ot, redaktor we wstępie zauważył (i to w 1992 roku) że pustkę po totalitarnej ideologii panującej w PRLu wypełnił kościelny moloch. Zgromadzeni autorzy wyciągnęli z tematyki religijnej różne wnioski - najbardziej w pamięć zapadły mi dwa opowiadania, z socjologicznym mechanizmem kozła ofiarnego u Jacka Inglota (Umieraj z nami) oraz metafizyką high-tech w odległym kosmosie u Jacka Dukaja (Korporacja Mesjasz). Ciekawym pomysłem było na swój sposób ekumeniczne Interregnum Tadeusza Oszubskiego. Rafał Ziemkiewicz popełnił zaś tekst (Źródło bez wody) biorący w obronę lefebvrystów. To opowiadanie też zapamiętałem, niestety. Interesująca wizja przewinęła się przez dopełniające się nawzajem opowiadania Jarosława Grzędowicza i Jacka Piekary (kolejno Dom na krawędzi Światła, Dom na krawędzi Ciemności).
Za tę klasyczną antologię (wyd. 1992) dałem na targu 3zł.
Dzikie karty, red. George R.R. Martin
Tłumaczenie rozszerzonego wydania niezwykle poczciwej antologii, ulepionej w ramach jednego uniwersum i po części wspólnych bohaterów.
W tej alternatywnej historii niedługo po IIWŚ dochodzi w Stanach Zjdenoczonych do rozpylenia wirusa tytułowej dzikiej karty, opracowanego na odległej planecie przez zbliżoną w genotypie do ludzi rasę. Rzecz jasna, związana jest z tym dłuższa historia, której nie ma sensu tutaj streszczać. Katastrofie chce zapobiec samotny przybysz, znany później jako doktor Tachion.
Mleko się rozlało - wirus wpada w ręce iście komiksowych łotrów, przy próbie ich unieszkodliwienia ginie iście komiksowy (super)bohater Śmig. Ogrom zarażonych wirusem umiera od razu, reszta przechodzi najróżniejsze, najrozmaitsze mutacje. Ci, którzy uzyskali przydatne moce, nie zostali przy tym zbytnio zdeformowani ani nie odczuli poważniejszych skutków ubocznych nazywani są mianem Asów. Ci, których wirus zmienił w postludzkie, zmutowane potwory lub w najlepszym razie mocno oszpecił i popsuł zdrowie nazywani są mianem Dżokerów. Wirus może uaktywniać się sam z siebie lub w określonej sytuacji. Jest przenoszony z pokolenia na pokolenie, bo doczepia się do DNA. Czasem można nauczyć się kontrolować nabyte zdolności, czasem nie.
Sama wizja jest do bólu komiksowa. Skojarzenia z X-Men nasuwają się same, nawet jedna z Asów otrzymała moce podobne do Shadowcat. Rzecz jasna, nie są to negatywne skojarzenia. Taka konwencja idealnie sprawdziła się w przypadku tej książki.
Majstersztykiem jest powiązanie tego wszystkiego w mniej-więcej spójną całość i poprowadzenie tej historii przez faktyczną historię Stanów Zjednoczonych. Mccartyzm, Wietnam, Strefa 51, katastrofa samolotu U-2 nad ZSRR, środowisko filmowców w Hollywood, zimna wojna, hippisi, ruchy emancypacyjne, miejskie legendy, jak ta o aligatorze w kanałach - wszystko zostało przez autorów powiązane i przefitrowane przez ich historię o wirusie z kosmosu. Do tego dorzucili interludia, czyli urywki stylizowane na fragmenty z prasy, książek, wspomnień - jest nawet gonzo Lęk i odraza w Dżokerowie autorstwa Dr Huntera S. Thompsona (i jest to majstersztyk; jak nie znacie prawdziwej książki Fear and Loathing in Las Vegas Thompsona to polecam).
Podobnie jak w przypadku wspomnianego tytułu Marvel Comics, historyjki o ludziach borykających się z supermocami kryją głębsze dno, są opowieściami o akceptacji i otwartości i radzeniu sobie z samym sobą (a także o dokonujących się zmianach społecznych, seksie, narkotykach i przemocy).
Trudno wyróżnić mi najlepszy i najgorszy tekst - tym bardziej, że (przynajmniej w większości) stanowią w miarę połączoną całość. Cała antologia jako taka jest bardzo dobra, polecam uwadze zwłaszcza fanów komiksów i pulpy z przekazem.
Mary Shelley Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz
Klasyk horroru i s-f co jakiś czas odkrywany na nowo i odczytywany na rozmaite sposoby. Nowe wydanie w tłumaczeniu Macieja Płazy, zawierające posłowie jego autorstwa oraz ilustracje (drzeworyty) Lynda Warda. Do tego w książce znalazły się wstęp autorki do trzeciego wydania (to jest tłumaczenie wersji pierwotnej), fragment Pogrzebu George'a Gordona Byrona, Opowieści o duchach męża autorki oraz Wampir Johna Williama Polidori'ego.
Szczerze? Frankenstein to koszmarna ramota, egzaltowana, naiwna i pełna dłużyzn, cierpiąca na wszystkie choroby literatury romantycznej. Mogę to porównać do pradziadka-bohatera wojennego, o którego heroicznych czynach pamięta cała rodzina, które ukonstytuowały niejako pozycję rodziny i poczucie jej wspólnoty, wspólną tożsamość łączącą najbardziej oddalonych od siebie krewnych. Przodka wszyscy szanują, pamięć o nim przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Niestety, obecnie zacny praszczur jest zżartym przez Parkinsona i Alzheimera wrakiem załatwiającym się bezwiednie pod siebie. Okrutne, ale prawdziwe.
Długo by wymieniać, dlaczego książka była (i jest) dziełem ponadczasowym (wprowadzenie odniesień filozoficznych i naukowych na taką skalę, pytania o człowieczeństwo i jego granice, o moralną odpowiedzialność w ogóle i w badaniach naukowych, o istotę zła i dobra, itp, itd., etc.), nie warto też przypominać jej wkładu w naszą kulturę (masową i bardziej zindywidualizowaną) bo jest oczywisty. Pokłońmy się i idźmy na przód, zmianę pieluchy pozostawiając przeklinającej pod nosem pielęgniarce.
Władysław Reymont Wampir
Wszystkie zarzuty jakie mam wobec Frankensteina pasują jak ulał do Wampira. Oczywiście z uwzględnieniem diametralnie innego kontekstu wynikającego z innych czasów, warunków i miejsca oraz faktu, że Wampir jest pozycją raczej nieznaną szerzej rzeczy czytelników, nawet siedzących w gatunku. Dotarłem do połowy książki, nie byłem w stanie ruszyć dalej. Cóż, co kto lubi.
Pora Zwyrola: Noc Zombie, 30.01.15
Noce terroru (ech, jakby nie można było przetłumaczyć terror na groza) i Zombie: Pożeracze mięsa (Fulci! scena w której zombie walczy pod wodą z rekinem!) nie były takimi paściami jak nunsploitation z poprzedniej Pory, więc momentami się nudziłem. Ale i tak była to wspaniała uczta filmowa dla wybrednych o ekscentrycznych gustach.
sobota, 24 stycznia 2015
Pokrótce #5
Neverending Nightmares, Infinitap Games, 2014
Gra komputerowa, indyk opłacony przez kickstartera. Gra chodzona, polegająca na przemieszczaniu się poczciwym protagonistą przez senne koszmary, coraz gorsze, raz za razem. Horror w którym nastrój grozy uzyskano przez stare, dobre, prostackie wręcz metody - widzimy coś, czego nie powinno być, widzimy jak coś się w otoczeniu zmienia, bądź zmienia się kontekst ukazanych przedmiotów/sytuacji, dajemy się zaskoczyć przez nagłość wystąpienia Czegoś, widzimy jak niesamowicie obskurne i odrealnione, przejaskrawione są senne lokacje przez które przemieszczamy drepczącego bohatera (posiadłość, szpital, szpital psychiatryczny, stary cmentarz, mroczy las).
Oldschoolowa grafika, scenerie wymownie tonące w szarości, czerni i bieli, z wyjątkiem krwi, flaków, potworów (z którymi nie walczymy i z którymi kontakt kończy się natychmiastowym i brutalnym zejściem) i paru przedmiotów.
Fantastyczne udźwiękowienie, zarówno ścieżka dźwiękowa (dark ambient) jak i odgłosy.
Jak to w sennych koszmarach, interakcji i wpływu na cokolwiek mamy jak na lekarstwo. Dialogi przewijają się same, ekwipunku w sumie nie ma (czasem możemy przenieść jakiś przedmiot, np. świecę rozświetlającą egipskie ciemności w części plansz), czasem akcja się urywa, przerywają ją cut-scenki. Ciekawie rozwiązano przechodzenie do dalszych etapów gry - niekiedy trzeba zginąć, by obudzić się w następnym koszmarze, bądź zginąć odpowiednią ilość razy, by na planszy coś się zmieniło.
Całkiem sensowne i zróżnicowane są trzy możliwe zakończenia - każde jest kompletnie inne i opowiada inną historię. Dlatego w gruncie rzeczy nie wiadomo, co naprawdę wpędziło głównego bohatera w serię dręczących go nocnych koszmarów.
Głównym pomysłodawcą i twórcą gry jest Matt Gilgenbach, który sam zmagał się z depresją i zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi; w NN zawarł osobiste emocje i wrażenia.
Specyficzna gra dla świadomego odbiorcy, mnie się podobała.
William Faulkner Opowiadania tom II, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1958
Faulkner to jeden z moich ulubionych pisarzy amerykańskich i pisarzy w ogóle ever. Pierwszy raz zetknąłem się z jego twórczością jeszcze w ogólniaku, wywarła na mnie duże wrażenie. Jakoś tak się historia poukładała, że musiały minąć całe lata, nim do Faulknera wróciłem.
Drugi tom opowiadań składa się z trzech części, grupujących opowiadania według wątków przewodnich. Część czwarta grupuje historie o żołnierzach z frontów I wojny światowej, ich rozpadających i składających się w ogniu i krwi światach, niezgodzie na bezsens wojny i jeszcze większy bezsens śmierci (poniekąd życia też) oraz prób odnalezienia się w nowym świecie po zakończeniu wojny. Faulkner zdecydowanie pokrewny jest Remarque'mu niż Jüngerowi w swoim spojrzeniu na fenomen wojny, boleśnie odzierającej wkręconych w jej tryby ze złudzeń. Część piąta zawiera głównie opowiadania umiejscowione na amerykańskim Południu po wojnie secesyjnej. Obserwujemy zderzenie kultur między południowcami a Jankesami, zmiany w zwyczajach i mentalności, mniejsze i większe ludzkie dramaty na tle bolesnych i nieuniknionych przemian. Wszystkie opowiadania z tej części ukazują jakąś formę rozliczania się z amerykańską historią i kulturą. Część szósta zaś, najbardziej niejednoznaczna, grupuje opowiadania z pogranicza weird. Autor stawia przez swoich bohaterów pytania o sens życia, o sens wartości, zestawia ich z szaleństwem i wrzuca w sytuacje, których nie da się racjonalnie wyjaśnić. W innych przypadkach snuje narracje z niejasnych punktów widzenia, nie przedstawia tych, których przemyślenia i punkty widzenia rozpościera przed czytelnikiem.
Faulkner pisał w charakterystycznym stylu, bardzo plastycznym, dosyć poetyckim, każde jego słowo jest żywe, barwne, niewymuszone, na swoim miejscu; jego porównania i metafory są niebanalne i zaskakują nieraz przyjętą optyką. Jak na rok wydania, tłumaczenie jest bardzo dobre - ot, czasem tłumacze mieli problem z nazwami własnymi, np. miast - jest to jednak nieważny w sumie szczegół.
William S. Burroughs Wybuchowy bilet, vis-a-vis Etiuda, 2014
Ok, mam dosyć Burroughsa. Ledwo tę pozycję zmęczyłem. Cóż, o ile Nagi Lunch czy Ćpun były bardzo dobrymi historiami podanymi w eksperymentalnej formie (do tego z ładną podbudową około-filozoficzno-ideologiczną), to Trylogia Nova, czyli - jak na razie - Delikatny mechanizm i Wybuchowy bilet to przerost formy nad treścią. Ok, szacunek budzi rozmiar i skomplikowanie całego zamysłu, do tego jako rodzaj manifestu sprawdza się naprawdę dobrze, ale jest to czytelne w niewielkim stopniu. Jak dla mnie, jest to przerost formy nad treścią. Sporadyczne naprawdę dobre bon-moty czy przedstawione hmm wizje wrzucone są do chaosu przypadkowo poskładanych zdań o wszystkim i o niczym i mimo mojej sympatii dla postaci autora jak i przyświecającego mu zamysłu z przykrością muszę stwierdzić, że już dawno żadna książka nie zmęczyła mnie tak, jak Wybuchowy bilet. Za tłumaczenie odpowiada kto inny niż za poprzednie Burroughsy wydane przez vis-a-vis i to widać. Maya to nie imię żeńskie, tylko odwołanie do Majów z poprzedniej części, a przetłumaczenie Nova Police (dwa rzeczowniki) jako Nova Policja (przymiotnik rzeczownik; deklinacja np. Novej Policji, itd.) to pomysł co najmniej dziwny i niezbyt trafiony. Ale niech tam, w końcu sam pomysł by to tłumaczyć jest szalony, bo zabiera z książki to, co Burroughs chciał osiągnąć - przypadkowość, zerwanie z tyranią słów i kontrolą świata przez zawarte w piśmie/mowie/obrazie/itp. pojęcia (przynajmniej ja tak to odbieram).
Zabawa intelektualna: zamiast tłumaczenia poszczególnych książek można by przetłumaczyć rękopis, który posłużył za źródło treści wszystkich trzech książek, po czym można by było przerobić go techniką cut-up w trzy osobne książki, zgodnie mniej-więcej z oryginalnym podziałem autora. To by było coś.
Wystawa - Olga Boznańska, Muzeum Narodowe, Kraków
Jak dla kogoś, kto o artystce wiedział tyle, że sobie kiedyś gdzieś tam żyła i tworzyła, to wystawa mogła być naprawdę wartościowa. W każdym razie ja sporo wiedzy i doznań estetycznych z niej wyniosłem.
Dla bardziej zaawansowanych w malarstwie (jak np. dla mojej partnerki, z którą tam byłem) wystawa może być rozczarowująca.
Tsutomu Nihei Abara, J.P.Fantastica, 2014
Autor, znany głównie z serii BLAME! (nie czytałem, tak twierdzi polska Wikipedia), nie jest jakoś szczególnie rozpoznawany, aczkolwiek zdążył wyrobić sobie markę. Rysował też m.in. dla Marvela (Wolverine: Snikt! - to akurat kojarzyłem, miałem gdzieś nawet ściągnięte pirackie skany).
Abara (Żebra) to rzecz dosyć skomplikowana. Tak na prawdę nie wiadomo, o co właściwie chodzi, co, po co i na co się dzieje, prawidła rządzące światem przedstawionym czytelnik poznaje na przykładach. Do tego co chwila zasypywany jest nieznanymi terminami, nieraz co najmniej groteskowymi. Polski wydawca słusznie dołączył krótkie posłowie, w którym podsumował i uporządkował treść tomu.
Ogólny klimat jest bliski weird, sceneria to obłędne, odhumanizowane, gargantuiczne megalopolis, do tego w sporej części wyludnione lub przynajmniej sprawiające takie wrażenie (ewentualnie ludzie są tak śmiesznie mali i nic nie znaczący w porównaniu ze scenerią, że rozmywają się w niej/na jej tle). Plątaniny niebotycznych budowli, całych kompleksów, zdają się ciągnąć po horyzont, nie widać ani jednego drzewa, a nawet dróg pomiędzy nimi. Stałym elementem miasta są do tego miliony rur sterczących ze ścian, podłóg, sufitów, lub przykrywających całe przestrzenie między częściami miasta (co budzi skojarzenie z niektórymi pracami Gigera).
Autor z wykształcenia jest architektem, co widać. Oprócz plątanin kolosów miło kojarzących się z żelbetowymi kanionami są też obłędne, surrealistyczne około-zamki, pełne wyrastających ze wspólnych brył strzelistych wieżyczek.
Kreska autora zasługuje na pochwałę nie tylko odnośnie miejsc akcji. Jego styl jest zarazem bardzo szczegółowy, z uwzględnieniem niewiarygodnej ilości detali (twarze!) jak i naturalistyczny i realistyczny zarazem, także realistyczny w przedstawianiu tego, co wyjątkowo nierealistyczne.
Tak cudownego horroru cielesnego, tak schorzałych, wynaturzonych i poddanych dekonstrukcji sylwetek ludzkich, nieludzkich, prawie-że-ludzkich oraz być-może-kiedyś-ludzkich dawno nie widziałem. Ileż tu kościanych zewnętrznych szkieletów/pancerzy, ni to macek, ni to kończyn, narządów o nieznanych lecz złowrogich funkcjach.
Do tego krew leje się gęsto, flaki, głowy i odcięte kończyny fruwają malowniczo w powietrzu. Mamy tu m.in. scenę wyrwania kręgosłupa. Postać poddana temu zabiegowi potem jest cała i zdrowa, ale taka jest logika świata przedstawionego, takiego trochę cyberpunku bez charakterystycznych dla gatunku gadżetów i gadżeciarstwa.
O samej fabule ciężko coś napisać - to opowieść o apokalipsie, ukrytych rządowych agendach i nieprzyjaznym Nieznanym pojawiającym się (dosłownie) znienacka.
Tom zamyka dwuczęściowa historia Digimortal. Szczerze mówiąc, nie wiem, jaki ma związek z Żebrami. Jest kolejnym niedopowiedzeniem. Wizja świata jest podobna ale inna. Rekwizyty te same, konwencja ta sama, postacie mają znajome rysy, świat jest inny.
Aleksandra Waliszewska Gold Hands Tremble/Złote rączki drżą, Fontarte Editions 2014
Artbook zbierający około 170 grafik (uwzględniając te na okładce) mojej ulubionej współczesnej polskiej malarki, bogato czerpiącej z najróżniejszych tradycji i nurtów. Na malarstwie znam się tyle o ile, nie znam odpowiedniej metodologii i aparatu pojęciowego, więc jeśli gdzieś rozminę się z ekwiwalentem empirycznym to przypadkiem, niechcący. Tak czy owak, u Aleksandry Waliszewskiej istoty rodem ze średniowiecznych i renesansowych grymuarów czy bestiariuszy sąsiadują z postaciami w dresach czy skinheadami, a ci z potworami niszczącymi miasta i innymi motywami zaczerpniętymi z popkultury. Barokowe pełne twarze, obok twarze pełne emocji i zachwycające szczegółami sąsiadują z uproszczonymi, zniekształconymi sylwetkami. Jednolite plamy tła podkreślają sceny absurdalne, groteskowe, urywki z jakiś nieopowiedzianych nigdy baśni, motywy apokaliptyczne i okultystyczne zderzają się z urokliwą, nieco infantylną perspektywą jakby dzieci zagubionych w bardzo niedobrych miejscach lub śniących coś, czego raczej nikt nie chciałby przeżyć. Jest dziwacznie, duszno, czasem groteskowo, czasem przytłaczająco, czasem przejmująco, czasem autorka puszcza oko do chłonącego jej obrazy widza i serwuje jakiś żart z sobie tylko znaną puentą, czasem pozostawia go zadziwionego i idzie dalej. Bohaterki i - rzadziej - bohaterowie Waliszewskiej są rzuceni na pastwę czegoś niedopowiedzianego, niewyrażonego, czegoś hipnotyzującego i drażniącego zmysły. Czegoś złowrogiego. Jej wyobraźnia zdaje się nie mieć ograniczeń.
Oprócz reprodukcji obrazów (szkoda, że takich małych, co jednak jest uzasadnione i zrozumiałe oraz szkoda, że nie podpisanych, nawet jeśli część z nich nie miała nadanych tytułów) w książce znalazło się kilka tekstów o autorce/dla autorki. Każdy z tych tekstów został zamieszczony w dwóch wersjach językowych - polskiej i angielskiej. Są to m.in. opowiadanie Szczepana Twardocha (całkiem dobre, świetnie wpisujące się w klimat obrazów), wyrazy uznania + wiersz Davida Tibeta, wyrazy uznania od Warrena Ellisa oraz wywiad z malarką.
Codziennie przeglądam tę książkę, przynajmniej kilka stron, codziennie daję się zaskoczyć i zadziwić.
Gra komputerowa, indyk opłacony przez kickstartera. Gra chodzona, polegająca na przemieszczaniu się poczciwym protagonistą przez senne koszmary, coraz gorsze, raz za razem. Horror w którym nastrój grozy uzyskano przez stare, dobre, prostackie wręcz metody - widzimy coś, czego nie powinno być, widzimy jak coś się w otoczeniu zmienia, bądź zmienia się kontekst ukazanych przedmiotów/sytuacji, dajemy się zaskoczyć przez nagłość wystąpienia Czegoś, widzimy jak niesamowicie obskurne i odrealnione, przejaskrawione są senne lokacje przez które przemieszczamy drepczącego bohatera (posiadłość, szpital, szpital psychiatryczny, stary cmentarz, mroczy las).
Oldschoolowa grafika, scenerie wymownie tonące w szarości, czerni i bieli, z wyjątkiem krwi, flaków, potworów (z którymi nie walczymy i z którymi kontakt kończy się natychmiastowym i brutalnym zejściem) i paru przedmiotów.
Fantastyczne udźwiękowienie, zarówno ścieżka dźwiękowa (dark ambient) jak i odgłosy.
Jak to w sennych koszmarach, interakcji i wpływu na cokolwiek mamy jak na lekarstwo. Dialogi przewijają się same, ekwipunku w sumie nie ma (czasem możemy przenieść jakiś przedmiot, np. świecę rozświetlającą egipskie ciemności w części plansz), czasem akcja się urywa, przerywają ją cut-scenki. Ciekawie rozwiązano przechodzenie do dalszych etapów gry - niekiedy trzeba zginąć, by obudzić się w następnym koszmarze, bądź zginąć odpowiednią ilość razy, by na planszy coś się zmieniło.
Całkiem sensowne i zróżnicowane są trzy możliwe zakończenia - każde jest kompletnie inne i opowiada inną historię. Dlatego w gruncie rzeczy nie wiadomo, co naprawdę wpędziło głównego bohatera w serię dręczących go nocnych koszmarów.
Głównym pomysłodawcą i twórcą gry jest Matt Gilgenbach, który sam zmagał się z depresją i zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi; w NN zawarł osobiste emocje i wrażenia.
Specyficzna gra dla świadomego odbiorcy, mnie się podobała.
William Faulkner Opowiadania tom II, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1958
Faulkner to jeden z moich ulubionych pisarzy amerykańskich i pisarzy w ogóle ever. Pierwszy raz zetknąłem się z jego twórczością jeszcze w ogólniaku, wywarła na mnie duże wrażenie. Jakoś tak się historia poukładała, że musiały minąć całe lata, nim do Faulknera wróciłem.
Drugi tom opowiadań składa się z trzech części, grupujących opowiadania według wątków przewodnich. Część czwarta grupuje historie o żołnierzach z frontów I wojny światowej, ich rozpadających i składających się w ogniu i krwi światach, niezgodzie na bezsens wojny i jeszcze większy bezsens śmierci (poniekąd życia też) oraz prób odnalezienia się w nowym świecie po zakończeniu wojny. Faulkner zdecydowanie pokrewny jest Remarque'mu niż Jüngerowi w swoim spojrzeniu na fenomen wojny, boleśnie odzierającej wkręconych w jej tryby ze złudzeń. Część piąta zawiera głównie opowiadania umiejscowione na amerykańskim Południu po wojnie secesyjnej. Obserwujemy zderzenie kultur między południowcami a Jankesami, zmiany w zwyczajach i mentalności, mniejsze i większe ludzkie dramaty na tle bolesnych i nieuniknionych przemian. Wszystkie opowiadania z tej części ukazują jakąś formę rozliczania się z amerykańską historią i kulturą. Część szósta zaś, najbardziej niejednoznaczna, grupuje opowiadania z pogranicza weird. Autor stawia przez swoich bohaterów pytania o sens życia, o sens wartości, zestawia ich z szaleństwem i wrzuca w sytuacje, których nie da się racjonalnie wyjaśnić. W innych przypadkach snuje narracje z niejasnych punktów widzenia, nie przedstawia tych, których przemyślenia i punkty widzenia rozpościera przed czytelnikiem.
Faulkner pisał w charakterystycznym stylu, bardzo plastycznym, dosyć poetyckim, każde jego słowo jest żywe, barwne, niewymuszone, na swoim miejscu; jego porównania i metafory są niebanalne i zaskakują nieraz przyjętą optyką. Jak na rok wydania, tłumaczenie jest bardzo dobre - ot, czasem tłumacze mieli problem z nazwami własnymi, np. miast - jest to jednak nieważny w sumie szczegół.
William S. Burroughs Wybuchowy bilet, vis-a-vis Etiuda, 2014
Ok, mam dosyć Burroughsa. Ledwo tę pozycję zmęczyłem. Cóż, o ile Nagi Lunch czy Ćpun były bardzo dobrymi historiami podanymi w eksperymentalnej formie (do tego z ładną podbudową około-filozoficzno-ideologiczną), to Trylogia Nova, czyli - jak na razie - Delikatny mechanizm i Wybuchowy bilet to przerost formy nad treścią. Ok, szacunek budzi rozmiar i skomplikowanie całego zamysłu, do tego jako rodzaj manifestu sprawdza się naprawdę dobrze, ale jest to czytelne w niewielkim stopniu. Jak dla mnie, jest to przerost formy nad treścią. Sporadyczne naprawdę dobre bon-moty czy przedstawione hmm wizje wrzucone są do chaosu przypadkowo poskładanych zdań o wszystkim i o niczym i mimo mojej sympatii dla postaci autora jak i przyświecającego mu zamysłu z przykrością muszę stwierdzić, że już dawno żadna książka nie zmęczyła mnie tak, jak Wybuchowy bilet. Za tłumaczenie odpowiada kto inny niż za poprzednie Burroughsy wydane przez vis-a-vis i to widać. Maya to nie imię żeńskie, tylko odwołanie do Majów z poprzedniej części, a przetłumaczenie Nova Police (dwa rzeczowniki) jako Nova Policja (przymiotnik rzeczownik; deklinacja np. Novej Policji, itd.) to pomysł co najmniej dziwny i niezbyt trafiony. Ale niech tam, w końcu sam pomysł by to tłumaczyć jest szalony, bo zabiera z książki to, co Burroughs chciał osiągnąć - przypadkowość, zerwanie z tyranią słów i kontrolą świata przez zawarte w piśmie/mowie/obrazie/itp. pojęcia (przynajmniej ja tak to odbieram).
Zabawa intelektualna: zamiast tłumaczenia poszczególnych książek można by przetłumaczyć rękopis, który posłużył za źródło treści wszystkich trzech książek, po czym można by było przerobić go techniką cut-up w trzy osobne książki, zgodnie mniej-więcej z oryginalnym podziałem autora. To by było coś.
Wystawa - Olga Boznańska, Muzeum Narodowe, Kraków
Jak dla kogoś, kto o artystce wiedział tyle, że sobie kiedyś gdzieś tam żyła i tworzyła, to wystawa mogła być naprawdę wartościowa. W każdym razie ja sporo wiedzy i doznań estetycznych z niej wyniosłem.
Dla bardziej zaawansowanych w malarstwie (jak np. dla mojej partnerki, z którą tam byłem) wystawa może być rozczarowująca.
Tsutomu Nihei Abara, J.P.Fantastica, 2014
Autor, znany głównie z serii BLAME! (nie czytałem, tak twierdzi polska Wikipedia), nie jest jakoś szczególnie rozpoznawany, aczkolwiek zdążył wyrobić sobie markę. Rysował też m.in. dla Marvela (Wolverine: Snikt! - to akurat kojarzyłem, miałem gdzieś nawet ściągnięte pirackie skany).
Abara (Żebra) to rzecz dosyć skomplikowana. Tak na prawdę nie wiadomo, o co właściwie chodzi, co, po co i na co się dzieje, prawidła rządzące światem przedstawionym czytelnik poznaje na przykładach. Do tego co chwila zasypywany jest nieznanymi terminami, nieraz co najmniej groteskowymi. Polski wydawca słusznie dołączył krótkie posłowie, w którym podsumował i uporządkował treść tomu.
Ogólny klimat jest bliski weird, sceneria to obłędne, odhumanizowane, gargantuiczne megalopolis, do tego w sporej części wyludnione lub przynajmniej sprawiające takie wrażenie (ewentualnie ludzie są tak śmiesznie mali i nic nie znaczący w porównaniu ze scenerią, że rozmywają się w niej/na jej tle). Plątaniny niebotycznych budowli, całych kompleksów, zdają się ciągnąć po horyzont, nie widać ani jednego drzewa, a nawet dróg pomiędzy nimi. Stałym elementem miasta są do tego miliony rur sterczących ze ścian, podłóg, sufitów, lub przykrywających całe przestrzenie między częściami miasta (co budzi skojarzenie z niektórymi pracami Gigera).
Autor z wykształcenia jest architektem, co widać. Oprócz plątanin kolosów miło kojarzących się z żelbetowymi kanionami są też obłędne, surrealistyczne około-zamki, pełne wyrastających ze wspólnych brył strzelistych wieżyczek.
Kreska autora zasługuje na pochwałę nie tylko odnośnie miejsc akcji. Jego styl jest zarazem bardzo szczegółowy, z uwzględnieniem niewiarygodnej ilości detali (twarze!) jak i naturalistyczny i realistyczny zarazem, także realistyczny w przedstawianiu tego, co wyjątkowo nierealistyczne.
Tak cudownego horroru cielesnego, tak schorzałych, wynaturzonych i poddanych dekonstrukcji sylwetek ludzkich, nieludzkich, prawie-że-ludzkich oraz być-może-kiedyś-ludzkich dawno nie widziałem. Ileż tu kościanych zewnętrznych szkieletów/pancerzy, ni to macek, ni to kończyn, narządów o nieznanych lecz złowrogich funkcjach.
Do tego krew leje się gęsto, flaki, głowy i odcięte kończyny fruwają malowniczo w powietrzu. Mamy tu m.in. scenę wyrwania kręgosłupa. Postać poddana temu zabiegowi potem jest cała i zdrowa, ale taka jest logika świata przedstawionego, takiego trochę cyberpunku bez charakterystycznych dla gatunku gadżetów i gadżeciarstwa.
O samej fabule ciężko coś napisać - to opowieść o apokalipsie, ukrytych rządowych agendach i nieprzyjaznym Nieznanym pojawiającym się (dosłownie) znienacka.
Tom zamyka dwuczęściowa historia Digimortal. Szczerze mówiąc, nie wiem, jaki ma związek z Żebrami. Jest kolejnym niedopowiedzeniem. Wizja świata jest podobna ale inna. Rekwizyty te same, konwencja ta sama, postacie mają znajome rysy, świat jest inny.
Aleksandra Waliszewska Gold Hands Tremble/Złote rączki drżą, Fontarte Editions 2014
Artbook zbierający około 170 grafik (uwzględniając te na okładce) mojej ulubionej współczesnej polskiej malarki, bogato czerpiącej z najróżniejszych tradycji i nurtów. Na malarstwie znam się tyle o ile, nie znam odpowiedniej metodologii i aparatu pojęciowego, więc jeśli gdzieś rozminę się z ekwiwalentem empirycznym to przypadkiem, niechcący. Tak czy owak, u Aleksandry Waliszewskiej istoty rodem ze średniowiecznych i renesansowych grymuarów czy bestiariuszy sąsiadują z postaciami w dresach czy skinheadami, a ci z potworami niszczącymi miasta i innymi motywami zaczerpniętymi z popkultury. Barokowe pełne twarze, obok twarze pełne emocji i zachwycające szczegółami sąsiadują z uproszczonymi, zniekształconymi sylwetkami. Jednolite plamy tła podkreślają sceny absurdalne, groteskowe, urywki z jakiś nieopowiedzianych nigdy baśni, motywy apokaliptyczne i okultystyczne zderzają się z urokliwą, nieco infantylną perspektywą jakby dzieci zagubionych w bardzo niedobrych miejscach lub śniących coś, czego raczej nikt nie chciałby przeżyć. Jest dziwacznie, duszno, czasem groteskowo, czasem przytłaczająco, czasem przejmująco, czasem autorka puszcza oko do chłonącego jej obrazy widza i serwuje jakiś żart z sobie tylko znaną puentą, czasem pozostawia go zadziwionego i idzie dalej. Bohaterki i - rzadziej - bohaterowie Waliszewskiej są rzuceni na pastwę czegoś niedopowiedzianego, niewyrażonego, czegoś hipnotyzującego i drażniącego zmysły. Czegoś złowrogiego. Jej wyobraźnia zdaje się nie mieć ograniczeń.
Oprócz reprodukcji obrazów (szkoda, że takich małych, co jednak jest uzasadnione i zrozumiałe oraz szkoda, że nie podpisanych, nawet jeśli część z nich nie miała nadanych tytułów) w książce znalazło się kilka tekstów o autorce/dla autorki. Każdy z tych tekstów został zamieszczony w dwóch wersjach językowych - polskiej i angielskiej. Są to m.in. opowiadanie Szczepana Twardocha (całkiem dobre, świetnie wpisujące się w klimat obrazów), wyrazy uznania + wiersz Davida Tibeta, wyrazy uznania od Warrena Ellisa oraz wywiad z malarką.
Codziennie przeglądam tę książkę, przynajmniej kilka stron, codziennie daję się zaskoczyć i zadziwić.
niedziela, 14 grudnia 2014
Pokrótce #4
1) Twin Peaks reż. V/A.
Odświeżyłem sobie kultowy serial. Nie miałem wcześniej okazji przerobić drugiego sezonu, więc nadrobiłem zaległości.
O ile pierwszy sezon był majstersztykiem, groteskową, surrealistyczną opowieścią o źle drzemiącym w ludziach oraz o tym, jak jedno wydarzenie staje się katalizatorem przemian dokonujących się w małym mieście leżącym na uboczu, to drugi, cóż, drugiego jak dla mnie mogłoby nie być. Lub mógłby się skończyć w momencie rozwiązania przewodniej tajemnicy z pierwszego.
Pierwszy miał idealne zakończenie i rewelacyjnie poprowadzoną fabułę.Wątki poboczne rozwijały się w miarę logicznie, główni bohaterowie miotali się między różnymi odnogami prowadzonego śledztwa, aż do momentu kulminacyjnego, w którym tak na prawdę nic nie było jasne i wprost wyrażone.
Drugi był pastiszem telenoweli na znacznie większą skalę niż pierwszy. Część wątków doprowadzono do absurdu, inne dorzucono na siłę, część postaci tak zagmatwano, że zupełnie zbladły w porównaniu z samymi sobą z sezonu pierwszego. Niby tak miało być, że bohaterowie ulegają wewnętrznym przemianom, ale historia Nadine, wyjazd Jamesa, pościg odmienionego Bena Horne'a za czynieniem dobra, powrót z "zaświatów" najpierw samej Catherine a potem jej brata - w moim przypadku wywarły reakcję odmienną od zamierzonej - znudzenie i rozczarowanie. Poza tym przez kilka odcinków przysłoniły i tak rozmyty motyw przewodni. Znacznie bardziej rzucały się też w oczy uroki telewizyjnej produkcji, wszystkie jej niedociągnięcia i ograniczenia.
Zakończenie rekompensowało co prawda te niedogodności, ale pomiędzy odcinkiem w którym zagadka się wyjaśniła a ostatnim odcinkiem tylko dzięki samozaparciu nie porzuciłem oglądania serialu.
Ptaszki ćwierkają, że Lynch wraca do Twin Peaks. Pożyjemy, zobaczymy co z tego wyjdzie. Delikatnie trzymam kciuki.
2) Where the Dead Go to Die, reż. Jimmy ScreamerClauz, 2012
Niezwykle zwyrodniały, surrealistyczny, przejmujący, niepokojący, psychodeliczny, wszechogarniająco dziwaczny film animowany. Nieco przerost treści nad formą - animacja 3D wygląda jak pierwsze gry komputerowe zrealizowane w tej technologii, przetworzonych głosów niektórych postaci praktycznie nie da się zrozumieć - aczkolwiek ma to swój plus bo zestawiając z poruszanymi w obrazie kwestiami tworzy się przepaść warunkująca wynaturzony, groteskowy i duszny klimat całości.
Kilka pozornie niezwiązanych ze sobą historii skrzywdzonych rozmaicie dzieci łączy postać demonicznego, gadającego psa podrzucającego im świetne inaczej pomysły na rozwiązanie palących problemów. Do tego mamy odniesienia do symboliki religijnej, wyprawę w głąb umysłu co najmniej schizofrenicznego, naiwność dziecięcą skonfrontowaną z wyrachowanym okrucieństwem, mnóstwo przemocy i sporo odrażających czynności seksualnych (które raczej nie przeszłyby w filmie aktorskim dystrybuowanym w mainstreamie).
Bardzo dobra rzecz dla kogoś lubującego się w takich klimatach, ale opinie wiszące w internetach, że jest to krzyżówka "Gummo" i "Silent Hill" są przesadzone.
Dopóki nie dotarłem do wypowiedzi reżysera, byłem święcie przekonany, że zawarł w swojej animacji mnóstwo wszelakiej symboliki.
A okazało się, że po prostu się zjarał.
Pamiętajcie drogie dzieci, sięgajcie tylko po czysty towar z pewnych źródeł. Chyba, że macie talent i zjazdy jak pan ScreamerClauz.
3) Pink Floyd Endless River, 2014.
Niejako pośmiertny album legendarnej grupy pozbierany z różnych odprysków. Solidny poziom późnych Gilmourowskich Floydów, ale nic odkrywczego, wręcz przeciwnie. Tylko jeden kawałek nie instrumentalny. O ile do Floydów zawsze będę mieć sentyment (Wish You Were Here było chyba pierwszą płytą z muzyką [i zarazem pierwszy oryginalny album] jaką słyszałem) to do tego albumu niekoniecznie.
4) Pora zwyrola, 21.11.14
Wrócili do Krakowa, przycupnęli w kinie Mikro. Pierwszy seans po dłuższej nieobecności - padło na nunsploitation - filmy Satanico Pandemonium i Alucarda. To pierwsze to typowe nunsploitation, zestarzało się niemiłosiernie, fabuła dziurawa - dosłownie i w przenośni, efekty żadne, Lucyfer wzbudzający komizm niż strach; to, co szokowało wtedy (w 1975 roku) (np. całujące się półnagie zakonnice) dziś nie robi żadnego wrażenia na nikim oprócz wychowywanych w zamkniętej piwnicy bez okien ultra-katolików, takich, co czują się zbrukani na widok kobiety w spodniach.
Kamień milowy w swoim gatunku i kinie eksploatacji, ale mocno zakurzony.
To drugie to mroczna, surrealistyczna baśń, wyjątkowo nierówna pod względem formy i treści. Uroczo odrealniona. W połowie filmu zmienia się wydźwięk, co rozkłada całą fabułę i sens (do połowy - Kościół zły - po połowie - ok, diabeł istnieje i jest zły, "frakcja liberalna" w Kościele ok). Bardziej fantasy z elementami nunsploitation. Specyficzne habity ze specyficznym rozkładem krwawych(?) plam na nich, skojarzenia dość oczywiste, wnioski z takiego przedstawienia zakonnic całkiem feministyczne.
Minusem całej imprezy - ludzie na widowni żrący czipsy i szeleszczący niemiłosiernie oraz - paradoksalnie - amatorski dubbing na żywo. Niepotrzebnie czytający kwestie robili sobie dodatkowe jaja z tego, co akurat rozgrywało się na ekranie.
Ale tak czy siak stałe miejsce na popkulturalnej scenie Stołecznego Królewskiego.
5) Garth Ennis, Peter Snejbjerg Dear Billy, Dynamite Entertainment, 2009
Komiks, trade paperback. Fabuła Ennisa, kreska Snejbjerga. Mało dokładne tła, mało szczegółowe postaci. Tyle, że w przypadku tego komiksu nie rysunek jest najważniejszy.
Drugi tom metaserii Battlefields opowiada o losach brytyjskiej pielęgniarki cudem uratowanej po masowym gwałcie i mordzie żołnierzy japońskich na grupie kobiet w czasie inwazji na Singapur w 1942 roku.
Rany na ciele zabliźniły się, ale rany na duszy - nie. Obserwujemy jak bohaterka próbuje ułożyć sobie życie i poradzić sobie z traumą. Większa część akcji rozgrywa się w szpitalu wojskowym, gdzie pracuje a gdzie trafiają też ranni Japończycy - dezerterzy. Nasza bohaterka, Carrie Sutton, nie potrafi zapomnieć i wybaczyć. Zabija ich jednego za drugim, aż jej przełożeni zaczynają coś podejrzewać. W międzyczasie Ennis wprowadza Billy'ego, oficera lotnictwa, udekorowanego asa o również poranionej psychice, ale nie napędzanego nienawiścią w takim stopniu, jak Carrie. Fascynacja zmienia się w miłość, związek wystawiony jest na próbę, bla, bla, bla, tymczasem wojna zaczyna chylić się ku końcowi i dotychczasowi śmiertelni wrogowie stają pomału ni to rynkiem zbytu, ni to przyszłymi potencjalnymi partnerami handlowymi. Carrie nie może się z tym pogodzić...
Może i jest to historia obyczajowa, do tego zrealizowana w formie retrospekcji-listu do Billy'ego, ale zakończenie jest jak cios obuchem po łbie. Bardzo mocna rzecz stawiająca trudne pytania i nie udzielająca jednoznacznych odpowiedzi.
6) Francis Billotte Mord w Meksyku, Ethos,
Sensacyjno-kryminalna opowieść około-popularnonaukowa opowiadająca o stalinowskich mordach. O Trockim jest tylko jeden rozdział. Badziew charakterystyczny dla wczesnych lat '90 XXw., okładka upstrzona podtytułem Z archiwum N.K.W.D. i nazwą serii - Seria Szarego Wilka. Autor to najprawdopodobniej Polak ukrywający się pod francuskim pseudonimem. W tej serii ukazało się jeszcze parę jego książek, w tym o Kubie Rozpruwaczu.
Czytadło jakich wiele. Do poruszanej w książce tematyki można było - nawet w takiej samej konwencji - podejść ze znacznie lepszym rezultatem.
7) Tomasz Mann Tristan
Klasyk literatury niemieckiej XX wieku i jego - w miarę - standardowe tematy - przeobrażenia w świecie mieszczaństwa II Rzeszy/Republiki Weimarskiej, uczucie schyłkowości i nadciągającego rozpadu, bliżej nieokreślonego niebezpieczeństwa. Zmiany w relacjach międzyludzkich, zepchnięcie gdzieś ludzi wrażliwych, artystów, bunt młodego pokolenia a stateczni rodzice.
Na książkę składają się dwie niezwiązane ze sobą nowelki. Czytałem lepsze i znacznie lepsze rzeczy tego autora. Pozycja raczej dla fanów autora lub kronikarzy nastrojów epoki.
8) S.T. Joshi H.P. Lovecraft. Biografia
Może i głupio napisać raptem parę słów o książce-molochu mającej prawie 1200 stron, ale nie czuję się kompetentny do wydawania bardziej rozbudowanych osądów.
Autor dokonał niemożliwego - krok za krokiem rozmontował i prześwietlił życie Samotnika z Providence, pochylił się nad jego znajomymi, nielicznymi przyjaciółmi, trudnymi relacjami rodzinnymi. Ilość informacji zgromadzonych w tej książce jest wręcz przytaczająca. Autor rozgranicza swoje opinie o swoim bohaterze od informacji o nim, które prezentuje jak na poważnego naukowca przystało.
Nie wiem, co o tym myśleć. Oszałamia dociekliwość i dokładność autora. Jest to najbardziej kompletne kompendium wiedzy o Lovecrafcie z jakim zetknąłem się kiedykolwiek. Fani już dawno pewnie mają, więc nie muszę polecać. Niedzielni czytelnicy Lovecrafta zapewne odbiją się od treści.
9) Kronos 3/2014
Dużo o Friedrichu Georgu Jüngerze i dużo jego tekstów. Był jednak bardziej uporządkowanym i zarazem bardziej przewidywalnym autorem od brata. Zarazem bardziej konserwatywnym, miał swój udział w powolnych przemianach Ernsta.
Poza tym, jak to w Kronosie. Rzeczy interesujące i mniej interesujące. Recenzja Reactionary Modernism Herfa. Artykuł o Zinowjewie, dysydencie radzieckim i antystaliniście, który po upadku ZSRR przeszedł na stalinizm (w tym szaleństwie była metoda, aczkolwiek dźwięcząca rozpaczą po utracie punktów odniesienia).
Dobry numer.
10) Noise Magazine 2/2014
Dużo radości.
Odświeżyłem sobie kultowy serial. Nie miałem wcześniej okazji przerobić drugiego sezonu, więc nadrobiłem zaległości.
O ile pierwszy sezon był majstersztykiem, groteskową, surrealistyczną opowieścią o źle drzemiącym w ludziach oraz o tym, jak jedno wydarzenie staje się katalizatorem przemian dokonujących się w małym mieście leżącym na uboczu, to drugi, cóż, drugiego jak dla mnie mogłoby nie być. Lub mógłby się skończyć w momencie rozwiązania przewodniej tajemnicy z pierwszego.
Pierwszy miał idealne zakończenie i rewelacyjnie poprowadzoną fabułę.Wątki poboczne rozwijały się w miarę logicznie, główni bohaterowie miotali się między różnymi odnogami prowadzonego śledztwa, aż do momentu kulminacyjnego, w którym tak na prawdę nic nie było jasne i wprost wyrażone.
Drugi był pastiszem telenoweli na znacznie większą skalę niż pierwszy. Część wątków doprowadzono do absurdu, inne dorzucono na siłę, część postaci tak zagmatwano, że zupełnie zbladły w porównaniu z samymi sobą z sezonu pierwszego. Niby tak miało być, że bohaterowie ulegają wewnętrznym przemianom, ale historia Nadine, wyjazd Jamesa, pościg odmienionego Bena Horne'a za czynieniem dobra, powrót z "zaświatów" najpierw samej Catherine a potem jej brata - w moim przypadku wywarły reakcję odmienną od zamierzonej - znudzenie i rozczarowanie. Poza tym przez kilka odcinków przysłoniły i tak rozmyty motyw przewodni. Znacznie bardziej rzucały się też w oczy uroki telewizyjnej produkcji, wszystkie jej niedociągnięcia i ograniczenia.
Zakończenie rekompensowało co prawda te niedogodności, ale pomiędzy odcinkiem w którym zagadka się wyjaśniła a ostatnim odcinkiem tylko dzięki samozaparciu nie porzuciłem oglądania serialu.
Ptaszki ćwierkają, że Lynch wraca do Twin Peaks. Pożyjemy, zobaczymy co z tego wyjdzie. Delikatnie trzymam kciuki.
2) Where the Dead Go to Die, reż. Jimmy ScreamerClauz, 2012
Niezwykle zwyrodniały, surrealistyczny, przejmujący, niepokojący, psychodeliczny, wszechogarniająco dziwaczny film animowany. Nieco przerost treści nad formą - animacja 3D wygląda jak pierwsze gry komputerowe zrealizowane w tej technologii, przetworzonych głosów niektórych postaci praktycznie nie da się zrozumieć - aczkolwiek ma to swój plus bo zestawiając z poruszanymi w obrazie kwestiami tworzy się przepaść warunkująca wynaturzony, groteskowy i duszny klimat całości.
Kilka pozornie niezwiązanych ze sobą historii skrzywdzonych rozmaicie dzieci łączy postać demonicznego, gadającego psa podrzucającego im świetne inaczej pomysły na rozwiązanie palących problemów. Do tego mamy odniesienia do symboliki religijnej, wyprawę w głąb umysłu co najmniej schizofrenicznego, naiwność dziecięcą skonfrontowaną z wyrachowanym okrucieństwem, mnóstwo przemocy i sporo odrażających czynności seksualnych (które raczej nie przeszłyby w filmie aktorskim dystrybuowanym w mainstreamie).
Bardzo dobra rzecz dla kogoś lubującego się w takich klimatach, ale opinie wiszące w internetach, że jest to krzyżówka "Gummo" i "Silent Hill" są przesadzone.
Dopóki nie dotarłem do wypowiedzi reżysera, byłem święcie przekonany, że zawarł w swojej animacji mnóstwo wszelakiej symboliki.
A okazało się, że po prostu się zjarał.
Pamiętajcie drogie dzieci, sięgajcie tylko po czysty towar z pewnych źródeł. Chyba, że macie talent i zjazdy jak pan ScreamerClauz.
3) Pink Floyd Endless River, 2014.
Niejako pośmiertny album legendarnej grupy pozbierany z różnych odprysków. Solidny poziom późnych Gilmourowskich Floydów, ale nic odkrywczego, wręcz przeciwnie. Tylko jeden kawałek nie instrumentalny. O ile do Floydów zawsze będę mieć sentyment (Wish You Were Here było chyba pierwszą płytą z muzyką [i zarazem pierwszy oryginalny album] jaką słyszałem) to do tego albumu niekoniecznie.
4) Pora zwyrola, 21.11.14
Wrócili do Krakowa, przycupnęli w kinie Mikro. Pierwszy seans po dłuższej nieobecności - padło na nunsploitation - filmy Satanico Pandemonium i Alucarda. To pierwsze to typowe nunsploitation, zestarzało się niemiłosiernie, fabuła dziurawa - dosłownie i w przenośni, efekty żadne, Lucyfer wzbudzający komizm niż strach; to, co szokowało wtedy (w 1975 roku) (np. całujące się półnagie zakonnice) dziś nie robi żadnego wrażenia na nikim oprócz wychowywanych w zamkniętej piwnicy bez okien ultra-katolików, takich, co czują się zbrukani na widok kobiety w spodniach.
Kamień milowy w swoim gatunku i kinie eksploatacji, ale mocno zakurzony.
To drugie to mroczna, surrealistyczna baśń, wyjątkowo nierówna pod względem formy i treści. Uroczo odrealniona. W połowie filmu zmienia się wydźwięk, co rozkłada całą fabułę i sens (do połowy - Kościół zły - po połowie - ok, diabeł istnieje i jest zły, "frakcja liberalna" w Kościele ok). Bardziej fantasy z elementami nunsploitation. Specyficzne habity ze specyficznym rozkładem krwawych(?) plam na nich, skojarzenia dość oczywiste, wnioski z takiego przedstawienia zakonnic całkiem feministyczne.
Minusem całej imprezy - ludzie na widowni żrący czipsy i szeleszczący niemiłosiernie oraz - paradoksalnie - amatorski dubbing na żywo. Niepotrzebnie czytający kwestie robili sobie dodatkowe jaja z tego, co akurat rozgrywało się na ekranie.
Ale tak czy siak stałe miejsce na popkulturalnej scenie Stołecznego Królewskiego.
5) Garth Ennis, Peter Snejbjerg Dear Billy, Dynamite Entertainment, 2009
Komiks, trade paperback. Fabuła Ennisa, kreska Snejbjerga. Mało dokładne tła, mało szczegółowe postaci. Tyle, że w przypadku tego komiksu nie rysunek jest najważniejszy.
Drugi tom metaserii Battlefields opowiada o losach brytyjskiej pielęgniarki cudem uratowanej po masowym gwałcie i mordzie żołnierzy japońskich na grupie kobiet w czasie inwazji na Singapur w 1942 roku.
Rany na ciele zabliźniły się, ale rany na duszy - nie. Obserwujemy jak bohaterka próbuje ułożyć sobie życie i poradzić sobie z traumą. Większa część akcji rozgrywa się w szpitalu wojskowym, gdzie pracuje a gdzie trafiają też ranni Japończycy - dezerterzy. Nasza bohaterka, Carrie Sutton, nie potrafi zapomnieć i wybaczyć. Zabija ich jednego za drugim, aż jej przełożeni zaczynają coś podejrzewać. W międzyczasie Ennis wprowadza Billy'ego, oficera lotnictwa, udekorowanego asa o również poranionej psychice, ale nie napędzanego nienawiścią w takim stopniu, jak Carrie. Fascynacja zmienia się w miłość, związek wystawiony jest na próbę, bla, bla, bla, tymczasem wojna zaczyna chylić się ku końcowi i dotychczasowi śmiertelni wrogowie stają pomału ni to rynkiem zbytu, ni to przyszłymi potencjalnymi partnerami handlowymi. Carrie nie może się z tym pogodzić...
Może i jest to historia obyczajowa, do tego zrealizowana w formie retrospekcji-listu do Billy'ego, ale zakończenie jest jak cios obuchem po łbie. Bardzo mocna rzecz stawiająca trudne pytania i nie udzielająca jednoznacznych odpowiedzi.
6) Francis Billotte Mord w Meksyku, Ethos,
Sensacyjno-kryminalna opowieść około-popularnonaukowa opowiadająca o stalinowskich mordach. O Trockim jest tylko jeden rozdział. Badziew charakterystyczny dla wczesnych lat '90 XXw., okładka upstrzona podtytułem Z archiwum N.K.W.D. i nazwą serii - Seria Szarego Wilka. Autor to najprawdopodobniej Polak ukrywający się pod francuskim pseudonimem. W tej serii ukazało się jeszcze parę jego książek, w tym o Kubie Rozpruwaczu.
Czytadło jakich wiele. Do poruszanej w książce tematyki można było - nawet w takiej samej konwencji - podejść ze znacznie lepszym rezultatem.
7) Tomasz Mann Tristan
Klasyk literatury niemieckiej XX wieku i jego - w miarę - standardowe tematy - przeobrażenia w świecie mieszczaństwa II Rzeszy/Republiki Weimarskiej, uczucie schyłkowości i nadciągającego rozpadu, bliżej nieokreślonego niebezpieczeństwa. Zmiany w relacjach międzyludzkich, zepchnięcie gdzieś ludzi wrażliwych, artystów, bunt młodego pokolenia a stateczni rodzice.
Na książkę składają się dwie niezwiązane ze sobą nowelki. Czytałem lepsze i znacznie lepsze rzeczy tego autora. Pozycja raczej dla fanów autora lub kronikarzy nastrojów epoki.
8) S.T. Joshi H.P. Lovecraft. Biografia
Może i głupio napisać raptem parę słów o książce-molochu mającej prawie 1200 stron, ale nie czuję się kompetentny do wydawania bardziej rozbudowanych osądów.
Autor dokonał niemożliwego - krok za krokiem rozmontował i prześwietlił życie Samotnika z Providence, pochylił się nad jego znajomymi, nielicznymi przyjaciółmi, trudnymi relacjami rodzinnymi. Ilość informacji zgromadzonych w tej książce jest wręcz przytaczająca. Autor rozgranicza swoje opinie o swoim bohaterze od informacji o nim, które prezentuje jak na poważnego naukowca przystało.
Nie wiem, co o tym myśleć. Oszałamia dociekliwość i dokładność autora. Jest to najbardziej kompletne kompendium wiedzy o Lovecrafcie z jakim zetknąłem się kiedykolwiek. Fani już dawno pewnie mają, więc nie muszę polecać. Niedzielni czytelnicy Lovecrafta zapewne odbiją się od treści.
9) Kronos 3/2014
Dużo o Friedrichu Georgu Jüngerze i dużo jego tekstów. Był jednak bardziej uporządkowanym i zarazem bardziej przewidywalnym autorem od brata. Zarazem bardziej konserwatywnym, miał swój udział w powolnych przemianach Ernsta.
Poza tym, jak to w Kronosie. Rzeczy interesujące i mniej interesujące. Recenzja Reactionary Modernism Herfa. Artykuł o Zinowjewie, dysydencie radzieckim i antystaliniście, który po upadku ZSRR przeszedł na stalinizm (w tym szaleństwie była metoda, aczkolwiek dźwięcząca rozpaczą po utracie punktów odniesienia).
Dobry numer.
10) Noise Magazine 2/2014
Dużo radości.
niedziela, 19 października 2014
Wrażenia po drugim KFASONie
KFASON, KFASON i po KFASONie. Horrorowy światek i jego przedmieścia (weird, bizarro) zjechały się do Krakowa po raz drugi. A działo się to wczoraj.
Ludzi było więcej niż rok temu, atrakcji było więcej niż rok temu. Mimo tego, a także przez to, że całkiem sporo prelegentów znałem przynajmniej z widzenia, panowała całkiem familiarna atmosfera. Bodajże Michał Stonawski miał kiedyś niezłą metaforę, że na spotkaniu rodzinnym szeroko pojętej fantastyki horror to taki zdziwaczały wujek siedzący gdzieś przy końcu stołu, rzadko się odzywający i wzbudzający niechęć pozostałych domowników. Rozwijając tę myśl można powiedzieć, że oto zdziwaczali wujowie już po raz drugi zrobili własną imprezę.
Pogoda była gorsza niż rok temu.
Każdy z uczestników czynnych dostał szmacianą lalkę na sznurkach, lalkę o pokiereszowanej twarzy. Powiesiłem ją sobie na lampie, jej cień wygląda, jakby lalka faktycznie zawisła, za jakieś przewinienia lub przez mój kaprys.
Na teren imprezy doczłapałem - ramię w ramię z Marcinem Rojkiem - jakoś po dwunastej. Konwent się zaczął o dziesiątej, pamiętając jednak jak wyglądało to rok temu, doszliśmy do wniosku, że nie ma po co wstawać w sobotę o tak barbarzyńskiej godzinie jak ~ósma-dziewiąta rano. Poza tym dzień wcześniej byliśmy na ślubie i weselu kumpla.
Przez to też wyszliśmy po angielsku z kfasonowego after party, zanim się zaczęło. Trzeba było się w końcu wyspać, a mniej-więcej ci sami ludzie będą w tym samym miejscu i czasie również za rok. Poza tym, ponoć szczęśliwi czasu nie liczą.
Mógłbym kiedyś napisać książkę Jak pogodzić się ze swoim wewnętrznym stetryczałym i cynicznym dziadem. Ot, uwaga na marginesie.
Chciałem posiedzieć na kawałku spotkania autorskiego z Wojciechem Gunią, ale szukanie znajomych i kierowanie ich do Arteteki mi to nieco uniemożliwiły. Przynajmniej udało mi się kupić Powrót, i to z autografem autora. Wydawnictwo Agharta nie miało swojego stoiska. Szkoda, wziąłbym jeszcze Ewwersa i może Meyrinka. Nie lubię zakupów przez internet, jeśli nie są absolutnie konieczne.
Swoją drogą, co to za konwent, na którym nie ma przynajmniej jednego stoiska z książkami czy nawet z jakimś kolorowym badziewiem, które wszyscy przeglądają, ale którego nikt nie kupuje. Gdzieś tam leżały co prawda książki Stefana Dardy, ale jako iż nie czytałem ani jednej poprzedniej, zakup kolejnych tomów na niewiele by mi się zdał.
O trzynastej prelekcję miał wspomniany wyżej Marcin, opowiadał o fenomenie kina klasy Z. Przyszło całkiem sporo ludzi, niektórzy ogarnięci w temacie nawet lepiej od niego. Nie dał się im przegadać, wyszło całkiem poczciwie.
Tego się obawiałem po mojej prelekcji, odbywającej się godzinę później. Ja mówiłem o komiksach spod szyldu Crossed, jakby przyszedł jakiś fan komiksu jako takiego, to pewnie w pewnym momencie przejąłby prelekcję.
Nie wypadłem chyba najgorzej, fakt faktem, lepiej mi się pisze, niż opowiada. Miałem przygotowany pokaz slajdów, wycięte kadry z komiksów; przez chwilę wszystko działało, po czym padł laptop, na którym slajdy puszczałem. W sumie, może to i dobrze.
A co do samego tego nieszczęsnego pokazu slajdów, to gdyby ktoś chciał go przeglądnąć do końca, to oto i jest do ściągnięcia tutaj. Folder skompresowany, prawie 110 mega. + 18, trzeba nie mieć psychiki, by w pełni docenić to, co można tam zobaczyć. Zaś webcomic Crossed: Wish You Were Here nadal wisi w internetach do poczytania za darmo, tutaj.
Potem poszedłem, razem z dwoma znajomymi nie kojarzącymi tematu, na prelekcję Wojciecha Guni Thomas Ligotti - udręka samoświadomosci. Psychotopografia w literaturze weird fiction. Prelegent poruszył tam szalenie interesujące kwestie. Osobiście nadal jednak stoję na skrytykowanym przez samego Ligottiego i skrytykowanym też w trakcie krótkiej dyskusji po wystąpieniu stanowisku nazwanym wojującym pesymizmem (różnice dotyczą programu pozytywnego którego u Ligottiego brak, a który - w jakiś formach - był u mniej lub bardziej zbliżonych twórców, zbliżonych chociażby w pojedynczych aspektach - jak u Nietzschego) (zresztą, określenie pesymizm jest mylące; zdając sobie sprawę z przypadkowości, kontekstowości, ślepej tyranii uwarunkowań i radykalnego relatywizmu można się jednocześnie cieszyć tym, czym się można cieszyć, mając pełną świadomość tego, że sam fakt, że czymś się cieszymy, nie musi pochodzić od nas samych, tylko od czego co przekracza zarówno nasze możliwości poznania jak i wyobraźni; nie mam z tym problemu).
Jeden z tych moich znajomych na prelekcji przysypiał, drugi, mimo swoich zainteresowań około-filozoficznych, poskarżył mi się, że niewiele zrozumiał.
Poza tym, utwierdziłem się w przekonaniu, że warto by kiedyś popełnić artykuł porównujący weird fiction z postmodernizmem.
Na szesnastą zaplanowane były trzy interesujące punkty programu. Panel GOREfikacje, prelekcja Darka Kuchniaka oraz prelekcja Kornela Danielewicza i Kamila Bernatka o filmie Odludzie. Jako iż Kornel to mój dawny kumpel z liceum (świat jest zaiste mały), postanowiłem zobaczyć, co u niego słychać. Słychać sporo. Prace nad horrorem Odludzie trwają mimo małej obsuwy, efekt końcowy może być całkiem niezły. Trzymam kciuki za powodzenie (i przede wszystkim za ukończenie) projektu. Jak kto ma drobne na zbyciu, to proponuję wspomóc odludną ekipę.
O siedemnastej chciałem posłuchać dyskusji w ramach panelu o przydługiej nazwie O grozy pisaniu, czyli jak straszyć czytelnika. Estetyka gore kontra klimatyczne niedopowiedzenie. Mimo tego, że zaproszeni dyskutanci mieli dużo do powiedzenia, prowadzący trochę przynudzał, na ten temat nie da się udzielić jednoznacznej odpowiedzi, bo o gustach się ponoć nie dyskutuje; poza tym zgłodniałem i zachciało mi się spać, to wyszedłem w połowie dyskusji na kebab. Kebab, a właściwie coś a'la kebab ale będące mięsem wymieszanym z frytkami było bardzo dobre i sycące.
Zdążyłem wrócić na osiemnastą, na prelekcję Marka Grzywacza Miejskie legendy Japonii. Przedstawił sporo mało zrozumiałych dla Europejczyka historii, uwzględniając przy tym pokrótce tło i różnice kulturowe. Marek wie o czym mówi a prelekcje prowadzi lekko i ze swadą.
Godzina dziewiętnasta zastała mnie czytającego komiksy. W Artetece jest pełno komiksów, gier planszowych, itd. z których skorzystać można na miejscu. Wchłonąłem Dear Billy Ennisa i pierwsze tomy Kaznodziei (dla przypomnienia). W międzyczasie był gdzieś pokaz filmów krótkometrażowych Smakosze 1 i 2 oraz krótki koncert rockowej/akustycznej kapeli Cry of Pain. Ponad godzinę później obsługa przegoniła mnie i dwóch kumpli piętro niżej.
A tam zaczynał się gwóźdź programu - przyznanie nagród im. Stefana Grabińskiego. Samych statuetek jeszcze co prawda nie było, ale uhonorowani dostali ładne dyplomy.
Przede wszystkim bardzo mnie ucieszył podwójny sukces Krzysztofa Maciejewskiego, związanego m.in. z niedobrymi literkami - otrzymał nagrody publiczności za książkę i opowiadanie. Głosowali fani, oddano porównywalną ilość głosów co w przypadku ostatniej nagrody im. Zajdla, co jest niewątpliwym sukcesem pomysłodawców nagrody i dobrze wróży na przyszłość (ew. organizatorzy mieli aż tyle lewych kont e-mailowych, ha, ha) i co jest również sukcesem wyróżnionego autora. Dysponuje on solidną i zorganizowaną grupą fanów jego twórczości.
Co do nagród przyznanych przez kapitułę, moim skromnym zdaniem trafiły do autorów, którzy tych nagród nie potrzebowali, bo i tak są znani i lubiani zarówno w horrorowej niszy, jak i w mainstreamie. Nie oznacza to, że wybrano pozycje złe i kiepskich autorów - bo zarówno Łukasz Orbitowski jak i Jerzy Plich to świetni pisarze - ale być może samą nagrodę im. Grabińskiego zobaczy ktoś, kto lubi twórczość jednego lub drugiego, a o samej nagrodzie do tej pory nie słyszał. Ale to tylko taka moja mała teoryjka spiskowa.
W sumie można by zadać w tym momencie pytanie, jaki jest cel nagrody - czy promowanie krajowego horroru na szerszej płaszczyźnie, czy też promowanie najlepszych w ramach samego środowiska. Na chwilę obecną wychodzi na jedno i drugie zarazem.
Na przyszłość proponuję organizatorom przeprowadzić kilka prób przed samym wieczorem Stefanów. Zdecydowanie zmniejszy to ilość śmiechów i westchnięć na widowni. Zarówno gość podbiegający co chwilę do laptopa jak i konferansjer szukający w notatkach tego, co ma w danym momencie powiedzieć, nie sprawili wrażenia jakby wiedzieli, co właściwie mają robić. Jako iż to była pierwsza gala Stefanów ever, jestem pewien, że z czasem będzie tylko lepiej.
Podsumowując, mnie się podobało. KFASON ma szansę na dalszy rozwój i na stałe zadomowienie się w ogólnopolskich konwentowych kalendarzach. Nie tacy straszni ci zdziwaczali wujowie, na jakich może i wyglądają.
Ludzi było więcej niż rok temu, atrakcji było więcej niż rok temu. Mimo tego, a także przez to, że całkiem sporo prelegentów znałem przynajmniej z widzenia, panowała całkiem familiarna atmosfera. Bodajże Michał Stonawski miał kiedyś niezłą metaforę, że na spotkaniu rodzinnym szeroko pojętej fantastyki horror to taki zdziwaczały wujek siedzący gdzieś przy końcu stołu, rzadko się odzywający i wzbudzający niechęć pozostałych domowników. Rozwijając tę myśl można powiedzieć, że oto zdziwaczali wujowie już po raz drugi zrobili własną imprezę.
Pogoda była gorsza niż rok temu.
Każdy z uczestników czynnych dostał szmacianą lalkę na sznurkach, lalkę o pokiereszowanej twarzy. Powiesiłem ją sobie na lampie, jej cień wygląda, jakby lalka faktycznie zawisła, za jakieś przewinienia lub przez mój kaprys.
Na teren imprezy doczłapałem - ramię w ramię z Marcinem Rojkiem - jakoś po dwunastej. Konwent się zaczął o dziesiątej, pamiętając jednak jak wyglądało to rok temu, doszliśmy do wniosku, że nie ma po co wstawać w sobotę o tak barbarzyńskiej godzinie jak ~ósma-dziewiąta rano. Poza tym dzień wcześniej byliśmy na ślubie i weselu kumpla.
Przez to też wyszliśmy po angielsku z kfasonowego after party, zanim się zaczęło. Trzeba było się w końcu wyspać, a mniej-więcej ci sami ludzie będą w tym samym miejscu i czasie również za rok. Poza tym, ponoć szczęśliwi czasu nie liczą.
Mógłbym kiedyś napisać książkę Jak pogodzić się ze swoim wewnętrznym stetryczałym i cynicznym dziadem. Ot, uwaga na marginesie.
Chciałem posiedzieć na kawałku spotkania autorskiego z Wojciechem Gunią, ale szukanie znajomych i kierowanie ich do Arteteki mi to nieco uniemożliwiły. Przynajmniej udało mi się kupić Powrót, i to z autografem autora. Wydawnictwo Agharta nie miało swojego stoiska. Szkoda, wziąłbym jeszcze Ewwersa i może Meyrinka. Nie lubię zakupów przez internet, jeśli nie są absolutnie konieczne.
Swoją drogą, co to za konwent, na którym nie ma przynajmniej jednego stoiska z książkami czy nawet z jakimś kolorowym badziewiem, które wszyscy przeglądają, ale którego nikt nie kupuje. Gdzieś tam leżały co prawda książki Stefana Dardy, ale jako iż nie czytałem ani jednej poprzedniej, zakup kolejnych tomów na niewiele by mi się zdał.
O trzynastej prelekcję miał wspomniany wyżej Marcin, opowiadał o fenomenie kina klasy Z. Przyszło całkiem sporo ludzi, niektórzy ogarnięci w temacie nawet lepiej od niego. Nie dał się im przegadać, wyszło całkiem poczciwie.
Tego się obawiałem po mojej prelekcji, odbywającej się godzinę później. Ja mówiłem o komiksach spod szyldu Crossed, jakby przyszedł jakiś fan komiksu jako takiego, to pewnie w pewnym momencie przejąłby prelekcję.
Nie wypadłem chyba najgorzej, fakt faktem, lepiej mi się pisze, niż opowiada. Miałem przygotowany pokaz slajdów, wycięte kadry z komiksów; przez chwilę wszystko działało, po czym padł laptop, na którym slajdy puszczałem. W sumie, może to i dobrze.
A co do samego tego nieszczęsnego pokazu slajdów, to gdyby ktoś chciał go przeglądnąć do końca, to oto i jest do ściągnięcia tutaj. Folder skompresowany, prawie 110 mega. + 18, trzeba nie mieć psychiki, by w pełni docenić to, co można tam zobaczyć. Zaś webcomic Crossed: Wish You Were Here nadal wisi w internetach do poczytania za darmo, tutaj.
Potem poszedłem, razem z dwoma znajomymi nie kojarzącymi tematu, na prelekcję Wojciecha Guni Thomas Ligotti - udręka samoświadomosci. Psychotopografia w literaturze weird fiction. Prelegent poruszył tam szalenie interesujące kwestie. Osobiście nadal jednak stoję na skrytykowanym przez samego Ligottiego i skrytykowanym też w trakcie krótkiej dyskusji po wystąpieniu stanowisku nazwanym wojującym pesymizmem (różnice dotyczą programu pozytywnego którego u Ligottiego brak, a który - w jakiś formach - był u mniej lub bardziej zbliżonych twórców, zbliżonych chociażby w pojedynczych aspektach - jak u Nietzschego) (zresztą, określenie pesymizm jest mylące; zdając sobie sprawę z przypadkowości, kontekstowości, ślepej tyranii uwarunkowań i radykalnego relatywizmu można się jednocześnie cieszyć tym, czym się można cieszyć, mając pełną świadomość tego, że sam fakt, że czymś się cieszymy, nie musi pochodzić od nas samych, tylko od czego co przekracza zarówno nasze możliwości poznania jak i wyobraźni; nie mam z tym problemu).
Jeden z tych moich znajomych na prelekcji przysypiał, drugi, mimo swoich zainteresowań około-filozoficznych, poskarżył mi się, że niewiele zrozumiał.
Poza tym, utwierdziłem się w przekonaniu, że warto by kiedyś popełnić artykuł porównujący weird fiction z postmodernizmem.
Na szesnastą zaplanowane były trzy interesujące punkty programu. Panel GOREfikacje, prelekcja Darka Kuchniaka oraz prelekcja Kornela Danielewicza i Kamila Bernatka o filmie Odludzie. Jako iż Kornel to mój dawny kumpel z liceum (świat jest zaiste mały), postanowiłem zobaczyć, co u niego słychać. Słychać sporo. Prace nad horrorem Odludzie trwają mimo małej obsuwy, efekt końcowy może być całkiem niezły. Trzymam kciuki za powodzenie (i przede wszystkim za ukończenie) projektu. Jak kto ma drobne na zbyciu, to proponuję wspomóc odludną ekipę.
O siedemnastej chciałem posłuchać dyskusji w ramach panelu o przydługiej nazwie O grozy pisaniu, czyli jak straszyć czytelnika. Estetyka gore kontra klimatyczne niedopowiedzenie. Mimo tego, że zaproszeni dyskutanci mieli dużo do powiedzenia, prowadzący trochę przynudzał, na ten temat nie da się udzielić jednoznacznej odpowiedzi, bo o gustach się ponoć nie dyskutuje; poza tym zgłodniałem i zachciało mi się spać, to wyszedłem w połowie dyskusji na kebab. Kebab, a właściwie coś a'la kebab ale będące mięsem wymieszanym z frytkami było bardzo dobre i sycące.
Zdążyłem wrócić na osiemnastą, na prelekcję Marka Grzywacza Miejskie legendy Japonii. Przedstawił sporo mało zrozumiałych dla Europejczyka historii, uwzględniając przy tym pokrótce tło i różnice kulturowe. Marek wie o czym mówi a prelekcje prowadzi lekko i ze swadą.
Godzina dziewiętnasta zastała mnie czytającego komiksy. W Artetece jest pełno komiksów, gier planszowych, itd. z których skorzystać można na miejscu. Wchłonąłem Dear Billy Ennisa i pierwsze tomy Kaznodziei (dla przypomnienia). W międzyczasie był gdzieś pokaz filmów krótkometrażowych Smakosze 1 i 2 oraz krótki koncert rockowej/akustycznej kapeli Cry of Pain. Ponad godzinę później obsługa przegoniła mnie i dwóch kumpli piętro niżej.
A tam zaczynał się gwóźdź programu - przyznanie nagród im. Stefana Grabińskiego. Samych statuetek jeszcze co prawda nie było, ale uhonorowani dostali ładne dyplomy.
Przede wszystkim bardzo mnie ucieszył podwójny sukces Krzysztofa Maciejewskiego, związanego m.in. z niedobrymi literkami - otrzymał nagrody publiczności za książkę i opowiadanie. Głosowali fani, oddano porównywalną ilość głosów co w przypadku ostatniej nagrody im. Zajdla, co jest niewątpliwym sukcesem pomysłodawców nagrody i dobrze wróży na przyszłość (ew. organizatorzy mieli aż tyle lewych kont e-mailowych, ha, ha) i co jest również sukcesem wyróżnionego autora. Dysponuje on solidną i zorganizowaną grupą fanów jego twórczości.
Co do nagród przyznanych przez kapitułę, moim skromnym zdaniem trafiły do autorów, którzy tych nagród nie potrzebowali, bo i tak są znani i lubiani zarówno w horrorowej niszy, jak i w mainstreamie. Nie oznacza to, że wybrano pozycje złe i kiepskich autorów - bo zarówno Łukasz Orbitowski jak i Jerzy Plich to świetni pisarze - ale być może samą nagrodę im. Grabińskiego zobaczy ktoś, kto lubi twórczość jednego lub drugiego, a o samej nagrodzie do tej pory nie słyszał. Ale to tylko taka moja mała teoryjka spiskowa.
W sumie można by zadać w tym momencie pytanie, jaki jest cel nagrody - czy promowanie krajowego horroru na szerszej płaszczyźnie, czy też promowanie najlepszych w ramach samego środowiska. Na chwilę obecną wychodzi na jedno i drugie zarazem.
Na przyszłość proponuję organizatorom przeprowadzić kilka prób przed samym wieczorem Stefanów. Zdecydowanie zmniejszy to ilość śmiechów i westchnięć na widowni. Zarówno gość podbiegający co chwilę do laptopa jak i konferansjer szukający w notatkach tego, co ma w danym momencie powiedzieć, nie sprawili wrażenia jakby wiedzieli, co właściwie mają robić. Jako iż to była pierwsza gala Stefanów ever, jestem pewien, że z czasem będzie tylko lepiej.
Podsumowując, mnie się podobało. KFASON ma szansę na dalszy rozwój i na stałe zadomowienie się w ogólnopolskich konwentowych kalendarzach. Nie tacy straszni ci zdziwaczali wujowie, na jakich może i wyglądają.
wtorek, 16 września 2014
Zdechlik na KFASONie
Będę na tegorocznym KFASONie i będę tam miał prelekcję.
Prelekcja nosić będzie tytuł:
"Crossed" - horror ekstremalny w formie komiksu
i zapraszam już teraz na nią bardzo serdecznie wszystkich zainteresowanych pełnoletnich ludzi bez psychiki. Jeśli nie wiesz, co to takiego, to Crossed - to przypatrz się uważnie:
Nie polecam przyjścia w ciemno. Tym bardziej, że będę miał dużo obrazków w prezentacji. O wiele bardziej efektownych niż powyższa okładka. Przedstawiających seks i przemoc (także dosłownie, tzn. w jednym i tym samym momencie) w takim natężeniu, że nawet goście pokroju Edwarda Lee mogliby poczuć się nieswojo.
Mogę tam być trochę nieświeży, bo dzień wcześniej mój dobry przyjaciel się żeni, jestem jego świadkiem (ciekawe, czy jeszcze mogę wejść do poświęconej świątyni, czy już jestem na tym etapie, że nie bardzo).
Dobra, wracając do tematu. Nie znam godzin ni lat, bo oficjalnego programu tegorocznego KFASONu jeszcze nie ma (chyba, nie sprawdzałem od paru dni, pewnie by mi mignął gdzieś na fejsie, gdyby był już) więc dokładnej daty z godziną i miejscem sam nie znam. Wypatrujcie znaków. Pozdrawiam.
Specjalne pozdrowienia dla Magdy.
Prelekcja nosić będzie tytuł:
"Crossed" - horror ekstremalny w formie komiksu
i zapraszam już teraz na nią bardzo serdecznie wszystkich zainteresowanych pełnoletnich ludzi bez psychiki. Jeśli nie wiesz, co to takiego, to Crossed - to przypatrz się uważnie:
![]() | |
| Dla computer illiterate'ów - obrazkę można powiększyć klikając na nią, a potem klikając na nią ponownie |
Nie polecam przyjścia w ciemno. Tym bardziej, że będę miał dużo obrazków w prezentacji. O wiele bardziej efektownych niż powyższa okładka. Przedstawiających seks i przemoc (także dosłownie, tzn. w jednym i tym samym momencie) w takim natężeniu, że nawet goście pokroju Edwarda Lee mogliby poczuć się nieswojo.
Mogę tam być trochę nieświeży, bo dzień wcześniej mój dobry przyjaciel się żeni, jestem jego świadkiem (ciekawe, czy jeszcze mogę wejść do poświęconej świątyni, czy już jestem na tym etapie, że nie bardzo).
Dobra, wracając do tematu. Nie znam godzin ni lat, bo oficjalnego programu tegorocznego KFASONu jeszcze nie ma (chyba, nie sprawdzałem od paru dni, pewnie by mi mignął gdzieś na fejsie, gdyby był już) więc dokładnej daty z godziną i miejscem sam nie znam. Wypatrujcie znaków. Pozdrawiam.
Specjalne pozdrowienia dla Magdy.
piątek, 8 sierpnia 2014
Jagacon '14
Sympatyczny i wielce poczciwy konwent zorganizowany w Suchedniowie, rzut beretem od mojego rodzinnego Skarżyska.
Miał tam miejsce mój debiut jako zaproszonego gościa. Opłacało się, dzięki temu nie musiałem zapłacić za wstęp.
Działo się to pierwszego sierpnia o 18.00, w panelu pt. Twórcy grozy i bizarro - co nas inspiruje? Miałem przyjemność siedzieć tam obok Kazika Kyrcza Jr., Darka Kuchniaka i Marcina Rojka. Plotłem jakieś pierdoły, ale zgromadzonym (dość przypadkowym w większości) na sali widzom chyba się podobało. Na niedobrych literkach chyba nie było relacji, tylko zapowiedź, ale może to i dobrze. Tak czy owak, bardzo fajnie było siedzieć tam obok dwóch starszych stażem i doświadczeniem pisarzy (Kazika i Darka) i obok kumpla z liceum, z którym niegdyś razem stawialiśmy pierwsze literackopodobne kroki (Marcin).
Poza tym to w sumie nie wiem, co działo się na konwencie. Byłem na paru prelekcjach, zarówno w piątek (Kazik Kyrcz o lękach i fobii) jak i w sobotę (rano Kazik Kyrcz o psychopatach; po południu kilkoro moich znajomych jeszcze z czasów licealnych, w tym Michał i Marcin Danielewicz, opowiadało o tworzonym przez siebie systemie RPG Szepty Nekerem - heh, pamiętam pierwsze ich plany i koncepcje, zapisywane wiele lat temu - chłopaki, trzymam kciuki, to będzie coś; chwała Wam, że nie odpuściliście przez te wszystkie lata; trzeci z Danielewiczów - Kornel - opowiadał o (współ)kręconym przez siebie horrorze Odludzie - niestety nie byłem na tej prelekcji, ale na pewno wyszło dobrze). Większość czasu na konwencie spędziłem na odświeżaniu kolejnych starych znajomości; konwent miał jak dla mnie charakter bardzo familiarny. Tyle znajomych twarzy, tyle znajomych głosów, tyle wspomnień sprzed nieraz i tych ~5-7 lat.
Organizacja wyglądała na porządną; przynajmniej dla kogoś, kto nie potrzebował tam noclegu; szczerze mówiąc, obawiałem się małej katastrofy (nic osobistego, po prostu założenie z góry, że może być kichowato pozwala na co dzień oszczędzić sobie wielu rozczarowań), a wyszło bardzo profesjonalnie (lub przynajmniej sprawiało to takie wrażenie). Również liczba gości rozczarowała mnie pozytywnie. Nie byłem rok temu, ale od weteranów słyszałem, że jest wyraźny postęp.
Nie sposób było nie zauważyć ofensywy marketingowej, przeprowadzonej przez organizatorów z odpowiednim wyprzedzeniem.
Pewnie wpadnę za rok. A, i dziękuję niniejszym Stowarzyszeniu Tygiel za zaproszenie.
Miał tam miejsce mój debiut jako zaproszonego gościa. Opłacało się, dzięki temu nie musiałem zapłacić za wstęp.
Działo się to pierwszego sierpnia o 18.00, w panelu pt. Twórcy grozy i bizarro - co nas inspiruje? Miałem przyjemność siedzieć tam obok Kazika Kyrcza Jr., Darka Kuchniaka i Marcina Rojka. Plotłem jakieś pierdoły, ale zgromadzonym (dość przypadkowym w większości) na sali widzom chyba się podobało. Na niedobrych literkach chyba nie było relacji, tylko zapowiedź, ale może to i dobrze. Tak czy owak, bardzo fajnie było siedzieć tam obok dwóch starszych stażem i doświadczeniem pisarzy (Kazika i Darka) i obok kumpla z liceum, z którym niegdyś razem stawialiśmy pierwsze literackopodobne kroki (Marcin).
Poza tym to w sumie nie wiem, co działo się na konwencie. Byłem na paru prelekcjach, zarówno w piątek (Kazik Kyrcz o lękach i fobii) jak i w sobotę (rano Kazik Kyrcz o psychopatach; po południu kilkoro moich znajomych jeszcze z czasów licealnych, w tym Michał i Marcin Danielewicz, opowiadało o tworzonym przez siebie systemie RPG Szepty Nekerem - heh, pamiętam pierwsze ich plany i koncepcje, zapisywane wiele lat temu - chłopaki, trzymam kciuki, to będzie coś; chwała Wam, że nie odpuściliście przez te wszystkie lata; trzeci z Danielewiczów - Kornel - opowiadał o (współ)kręconym przez siebie horrorze Odludzie - niestety nie byłem na tej prelekcji, ale na pewno wyszło dobrze). Większość czasu na konwencie spędziłem na odświeżaniu kolejnych starych znajomości; konwent miał jak dla mnie charakter bardzo familiarny. Tyle znajomych twarzy, tyle znajomych głosów, tyle wspomnień sprzed nieraz i tych ~5-7 lat.
Organizacja wyglądała na porządną; przynajmniej dla kogoś, kto nie potrzebował tam noclegu; szczerze mówiąc, obawiałem się małej katastrofy (nic osobistego, po prostu założenie z góry, że może być kichowato pozwala na co dzień oszczędzić sobie wielu rozczarowań), a wyszło bardzo profesjonalnie (lub przynajmniej sprawiało to takie wrażenie). Również liczba gości rozczarowała mnie pozytywnie. Nie byłem rok temu, ale od weteranów słyszałem, że jest wyraźny postęp.
Nie sposób było nie zauważyć ofensywy marketingowej, przeprowadzonej przez organizatorów z odpowiednim wyprzedzeniem.
Pewnie wpadnę za rok. A, i dziękuję niniejszym Stowarzyszeniu Tygiel za zaproszenie.
niedziela, 20 lipca 2014
Odpryski XL
1) No, to od jakiegoś czasu jestem magistrem. Było, minęło, czas ruszyć naprzód. Uwagi o jednej z najlepszych uczelni w kraju i jednym z najlepszych (w swojej klasie) kierunków zachowam dla siebie, poza ogólnym spostrzeżeniem - jeśli tak to wyglądało tutaj, to strach pomyśleć, jak to wygląda w miejscach w dole rankingów oraz strach się zastanawiać nad kondycją nauk humanistycznych i społecznych we współczesnej Polsce. Co najbardziej wartościowego wyniosłem z tych studiów (oprócz grona przyjacielsko-koleżeńsko-towarzyskiego)? Stypendium.
Może to masochizm lub rodzaj syndromu Sztokholmskiego, ale spróbuje się dostać na studia III-go stopnia. Co prawda, etatów na uczelni nie ma i nie będzie przez minimum dziesięć lat, ale i tak już tyle lat tu przesiedziałem, że jeszcze kilka nie zrobi mi różnicy. No, ale pożyjemy, zobaczymy.
2) Co tam ciekawego w świecie wirtualnym? Wyszły nowe wersje modów do poczciwych klasyków, w które czasami gram - Restoration Project 2.3.3 do Fallouta 2 oraz Horns of the Abyss 1.3.3 do Heroes of Might & Magic III. Nie chce mi się wypisywać, co dokładnie zmieniają i dodają, bo nie starczyłoby tu miejsca, użyjcie wyszukiwarki jak i tak gnijecie codziennie w internecie. Uogólniając, RP przywraca elementy planowane przez twórców Fo2 które w grze się nie znalazły, a HotA dodaje do Hirosłów nowe miasto - Cove - bez usuwania żadnego innego. Poza tym naprawiają mnóstwo błędów, także takich niezauważanych przez casualowego gracza, wprowadzają nowinki techniczne lub przynajmniej się z nimi nie gryzą (tymi nowinkami są kolejno - HD Mod dla HoMM3, sfall oraz Hi-Res Patch dla Fo2), itd., itp, etc, ecie-pecie. Jeśli dla kogoś świat gier komputerowych skończył się gdzieś w latach 2005-2009 (co nastąpiło w moim przypadku), to polecam serdecznie wspomniane mody. Wprowadzają powiew świeżości do wysłużonych podstawek.
3) Przeszedłem się wczoraj na koncert, a właściwie to na coś w rodzaju mini-festiwalu zorganizowanego za własne pieniądze (wstęp za darmo) przez ludzi, którzy skrzyknęli się przez stronę facebookową. Nazywało się to I Ogólnopolski Zlot Miłośników Folk Metalu. Mają być kolejne. Zostałem pozytywnie zaskoczony poziomem imprezy i grających tam kapel (z których wcześniej znałem jedną). Tak czy siak, pogo w sali bez klimatyzacji i przy temperaturze sięgającej ~30 stopni to nie był mój najlepszy pomysł tygodnia. Nic mi się nie stało, ale na tyle się zmachałem, że nie byłem w stanie zostać do końca. Szkoda.
Może to masochizm lub rodzaj syndromu Sztokholmskiego, ale spróbuje się dostać na studia III-go stopnia. Co prawda, etatów na uczelni nie ma i nie będzie przez minimum dziesięć lat, ale i tak już tyle lat tu przesiedziałem, że jeszcze kilka nie zrobi mi różnicy. No, ale pożyjemy, zobaczymy.
2) Co tam ciekawego w świecie wirtualnym? Wyszły nowe wersje modów do poczciwych klasyków, w które czasami gram - Restoration Project 2.3.3 do Fallouta 2 oraz Horns of the Abyss 1.3.3 do Heroes of Might & Magic III. Nie chce mi się wypisywać, co dokładnie zmieniają i dodają, bo nie starczyłoby tu miejsca, użyjcie wyszukiwarki jak i tak gnijecie codziennie w internecie. Uogólniając, RP przywraca elementy planowane przez twórców Fo2 które w grze się nie znalazły, a HotA dodaje do Hirosłów nowe miasto - Cove - bez usuwania żadnego innego. Poza tym naprawiają mnóstwo błędów, także takich niezauważanych przez casualowego gracza, wprowadzają nowinki techniczne lub przynajmniej się z nimi nie gryzą (tymi nowinkami są kolejno - HD Mod dla HoMM3, sfall oraz Hi-Res Patch dla Fo2), itd., itp, etc, ecie-pecie. Jeśli dla kogoś świat gier komputerowych skończył się gdzieś w latach 2005-2009 (co nastąpiło w moim przypadku), to polecam serdecznie wspomniane mody. Wprowadzają powiew świeżości do wysłużonych podstawek.
3) Przeszedłem się wczoraj na koncert, a właściwie to na coś w rodzaju mini-festiwalu zorganizowanego za własne pieniądze (wstęp za darmo) przez ludzi, którzy skrzyknęli się przez stronę facebookową. Nazywało się to I Ogólnopolski Zlot Miłośników Folk Metalu. Mają być kolejne. Zostałem pozytywnie zaskoczony poziomem imprezy i grających tam kapel (z których wcześniej znałem jedną). Tak czy siak, pogo w sali bez klimatyzacji i przy temperaturze sięgającej ~30 stopni to nie był mój najlepszy pomysł tygodnia. Nic mi się nie stało, ale na tyle się zmachałem, że nie byłem w stanie zostać do końca. Szkoda.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
%2B(Digital)%2B(Darkness-Empire)%2B002.jpg)