Guy N. Smith Cmentarne hieny
Dotarłem do 50 strony. Chyba najgorsza książka, jaką w życiu czytałem. Nawet w swojej kategorii (bezwartościowa pulpa tak zła, że aż zabawna) gniot gargantuiczny, wykraczający poza każdą skalę. Fatalnie napisana, jeszcze gorzej przetłumaczona i wydana. Pełna infantylnych pomysłów i idiotycznych rozwiązań.
Guyowi zdarzyło się napisać całkiem niezłe książki (cykl o krabach to taka urocza ramota, Szatański pierwiosnek [wbrew tytułowi], Fobia, Odraza), ale pierwszy tom cyklu Sabat (główny bohater jest byłym komandosem, byłym księdzem a w czasie gdy toczy się akcja jest egzorcystą-freelancerem) skutecznie zniechęca do sięgnięcia po pozostałe.
Mimo niechęci do instytucji kościoła autor powtarza każde kościelne pierdu-pierdu o złych okultystach i mrocznych kultach składających ofiary z ludzi i bezczeszczących cmentarze. Oczywiście gdzieś tam w tle pojawia się wzmianka o Crowley'u jako sataniście (gdybym miał uczucia religijne, poczułbym się przynajmniej ciut obrażony).
Na przykładzie tej książki świetnie widać, w jaki sposób zajmowana pozycja w hierarchii społecznej wpływa na własną twórczość. Nie czytałem co prawda jego autobiografii ani innych opracowań na jego temat, jednak Smith nie raz manifestował swoje poglądy na łamach swoich książek - wychodzi z nich klasyczny zielony brytyjski konserwatyzm (zdrowo, bez przemysłu i krytycznie wobec nauki; myśliwi OK), przywiązanie do pojęć i definicji wyniesionych z chrześcijaństwa. Nie raz pojawiają się na łamach jego książek postaci zdegenerowanych, brutalnych hipisów (w jednym tomie krabów był nawet hipis stalinista gwałciciel), poszanowanie dla spokojnego trybu życia na prowincji, niechęć wobec będących na drabinie społecznej niżej od niego (przykre opisy włóczęgów, robotników, bezdomnych - najbardziej jaskrawy przykład na jaki natrafiłem bodajże w Odrazie - brudna, zabiedzona nastolatka - jej nieład opisany bardzo szczegółowo - sprowadza na złą drogę przypadkowego chłopaczka z dobrej rodziny żeby zajść z nim w ciążę i tym samym otworzyć sobie drogę do wyższej klasy - nie, żeby tak się nie zdarzało naprawdę, ale niechęć autora do tej biednej dziewczyny ukształtowanej przez ciężkie warunki życia biła po oczach). Smith to taki autor horrorów dla klasy średniej, idealnie odzwierciedlający niepokoje klasy średniej swojego miejsca i czasu. Nawet epatowanie seksem i przemocą wpasowuje się idealnie w schemat - zachowania seksualne u Smitha rzadko kiedy wiążą się z normalnymi relacjami międzyludzkimi, są wykoślawione, są elementem zaburzającym zastaną rzeczywistość. Z drugiej strony w świecie w którym seksualność obudowana jest najrozmaitszymi tabu, czytanie o niej w durnych horrorach jest wentylem bezpieczeństwa dla tych, którzy sami wiodą uporządkowane, nudne życia zgodnie z zastanymi wartościami.
Ale o czym to ja, a, o Cmentarnych hienach - podsumowując - gnój.
Po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu że najlepsze horrory piszą ludzie faktycznie zaburzeni, reprezentujący niszowe światopoglądy, nihiliści mający w poważaniu świat wokół nich, buntownicy bez powodu, wyrzutki i wieczni poszukiwacze własnego miejsca gdziekolwiek. Smith nie pasuje do żadnej z tych kategorii, podobnie jak praktycznie cały horrorowy mainstream, pełen przygodowo-sensacyjnej papki.
Stephen King Gra Geralda
Wracając do horrorowego mainstreamu, pełnego przygodowo-sensacyjnej papki - kolejna rzecz z tej kategorii. Czytałem tę książkę po raz pierwszy bardzo dawno temu, jeszcze pod koniec gimbazy - i wtedy zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Stopniowany nastrój grozy i odrealnienia, narastający obłęd głównej bohaterki, brak wyraźnego rozróżnienia na jawę i omamy - wydawało mi się wtedy, że to było naprawdę coś.
Odświeżyłem sobie ten tytuł po latach, i zgniłem. Fakt, 3/4 książki jest bardzo spoko, King jaki by nie był, pisać potrafi, po czym na sam koniec autor odkrywa wszystkie karty. Klimat siada, nastrój siada, duszna atmosfera oparta o niedopowiedzenie siada, mamy spokojny, w pełni wyjaśniony prawie-że-happy end. Wal się królu. Horror dla zblazowanych gospodyń domowych.
Hiroshi Sakurazaka Na skraju jutra (All You Need Is Kill)
Książka kupiona w Biedronce, bodajże za 8 zeta. Nie oglądałem filmu ani nie czytałem mangi, więc nie wiem jak ta historia wypadła jako taka, ale przedstawiona w książce nie przekonuje ani trochę. Naprawdę fajny pomysł (walka ludzkości z niezrozumiałymi absolutnie obcymi obcymi, wpadnięcie głównego bohatera w rodzaj pętli czasowej: - bitwa - śmierć - powrót do czasu sprzed bitwy ze wszystkimi wspomnieniami z później - bitwa - śmierć - itd.) został zarżnięty przyjętą formą, przeznaczoną raczej dla mało wymagających nastolatków i masowego odbiorcy. Wszystkie tajemnice zostają w końcu łopatologicznie przez autora wyjaśnione. Bohaterowie są płascy. Napięcia praktycznie nie ma. Widać, że to adaptacja mangi (albo filmu, nie pamiętam).
Czytadło na raz.
Star Wars, dużo Star Wars, Expanded Universe/Legends:
Przed Przeznaczeniem Jedi:
Paul S. Kemp Odpływ
James Luceno Sokół Millenium
Przeznaczenie Jedi:
Aaron Allston Przeznaczenie Jedi. Wygnaniec
Christie Golden Przeznaczenie Jedi. Omen
Troy Denning Przeznaczenie Jedi. Otchłań
Aaron Allston Przeznaczenie Jedi. Odwet
Troy Denning Przeznaczenie Jedi. Apokalipsa
Christie Golden Przeznaczenie Jedi. Sojusznicy
Troy Denning Przeznaczenie Jedi. Wir
Aaron Allston Przeznaczenie Jedi. Wyrok
Christie Golden Przeznaczenie Jedi. Hegemonia
I od początku timeline'u uniwersum:
Tim Lebbon Świt Jedi. W nicość
John Jackson Miller Zaginione plemię Sithów
The Old Republic:
Drew Karpyshyn Revan
Paul S. Kemp Oszukani
Sean Williams Fatalny sojusz
Drew Karpyshyn Zagłada
Joe Schreiber Czerwone żniwa
John Jackson Miller Błędny rycerz
James Luceno Darth Plagueis
Co by nie mówić o Expanded Universe, skończyło się (powiedzmy sobie szczerze, skończyło się, przyznajmy to raz a dobrze, jeśli ktoś jeszcze się z tym nie pogodził) z hukiem, wywracając przy tym do reszty wszystko co wiedzieliśmy o Mocy, Jasnej, Ciemnej, itd. Stronie, wprowadzając nie tylko antropomorficzne byty(?), rodzaj bóstw(?) (w) Mocy na czele z władającą iście półboskimi zdolnościami Abeloth, ale też np. obcą kulturę uznającą, że odcieni Mocy jest tyle co kolorów tęczy (Aing-Tii).
Historia uniwersum jako takiego też dostała kopa - oto na "arenę międzynarodową" galaktyki wchodzi cywilizacja Sithów rozwijająca się przez ponad 5000 lat na odizolowanej planecie. Sojusz galaktyczny stacza się na krawędź wojny domowej, w międzyczasie dochodzi do przewrotu, Jedi dostają po tyłku od mediów i polityków dowolnej opcji, Luke i Ben wyruszają śladem Jacena, by poznać prawdę o jego przejściu na Ciemną Stronę (odwiedzają przy tym szereg innych społeczności sekciarzy i zostawiają burdel wszędzie za sobą), Jagged Fel walczy o swoją pozycję w Imperium (co kończy się pierwszymi demokratycznymi wyborami w Imperium lololo), dowiadujemy się o istnieniu kolejnych mega-potężnych artefaktów super-duper-hiper-mega zaginionych cywilizacji (i nie tylko zaginionych, lecz także trwających sobie w najlepsze - czasem najciemniej jest po latarnią)...
Mamy rozkwitający młodzieńczy romans Bena i młodej Sithanki Vestary Khai, zakończony niczym, bo Sithanka pozostała Sithanką do końca, mimo wahania i zadeklarowanej chęci przejścia na Jasną Stronę. Swoją drogą, to jedna z najlepiej napisanych postaci w całym pulpowym s-f/fantasy, jakie przetrawiłem kiedykolwiek. Oczywiście - jest przerysowana, oczywiście - wszelka głębia psychologiczna i trudne wybory moralne są dodatkiem do radosnej rozpierduchy, ale fakt faktem, to jedna z moich ulubionych postaci w całym Expanded Universe, złożona, niejednoznaczna, dręczona przez własne demony, zagubiona w przepastnej galaktyce, a jednak silna. Sith zmagający się z własnym dziedzictwem, rozdarty między wiernością własnej tradycji a przywiązaniem do tymczasowych sojuszników i ich wartości. Poza tym przejaskrawiona melodramatyczność, new age'owo zabarwiona walka dobra ze złem i widowiskowe pojedynki na miecze świetle. To, co w Star Warsach najlepsze.
Epickość wylewa się wszystkimi otworami ciała czytelnika, czytelnik pochłania kolejne strony jedna za drugą, kolejne książki zlewają mu się w jedną. Jest brutalnie i całkiem mrocznie jak na Star Wars (sceny masakr dokonywanych przez mandaloriańskich najemników!).
Odpływ i Sokół Millenium dają chwilę wytchnienia od ratowania galaktyki, książki od początku timeline'u za bardzo są powiązane z grami komputerowymi i komiksami by broniły się w pełni jako samodzielna literatura. Poza tym, w gruncie rzeczy, to wszystko już było. Czerwone żniwa to dość daremna opowieść o zombie stworzonych za pomocą alchemii Sithów. Najpierwszy Świt Jedi wyróżnia się posępną atmosferą i dosyć mroczną wizją świata, dzikiego i niezbadanego. Fatalny sojusz wałkuje temat tymczasowego sojuszu Jedi i Sithów przeciw nagłemu zagrożeniu. Swoją drogą, tłumaczenie Fatal Alliance na Fatalny sojusz jest trochę gryzące w oczy. Revan trochę mi się gryzł z fabułą gry komputerowej której miał być poniekąd kontynuacją - ale grałem w toto pińcet lat temu i sam już dobrze nie pamiętam. Darth Plagueis wyróżnia się na tle reszty tej radosnej przygodowo-sensacyjnej pulpy skomplikowaną intrygą przez którą przewija się pierdylion nazwisk i miejsc.
V/A Tajemnice Sztormowego Dworu
Forgotten Relams. Definicja guilty pleasure. Nie patrzcie na mnie takim wzrokiem, czułem potrzebę odmóżdżenia się bardziej niż przy Star Wars. Książka w kilku częściach, każda część ma innego autora/kę; historie o rodzie Uskevrenów, każda przedstawia jedną/dwie postacie z tej liczącej się w Sambii rodziny kupieckiej. Dzieci z nieprawego łoża, synalek hulaka, drugi syn zarażony wilkołactwem, rozrywkowa córka itp. Takie tam.
Jonathan Carroll Głos naszego cienia
Pierwsza książka tego autora którą miałem okazję przeczytać. Zaczęła się jak thriller obyczajowy - młodszy brat zaszczuty przez starszego wpycha swojego oprawcę pod pociąg gdy ma ku temu okazję - a potem jest tylko lepiej. Bardzo niejednoznaczne zakończenie, bardziej gmatwające całość niż wyjaśniające cokolwiek. Trochę nawet horror, trochę jakby weird, albo bardzo mroczny realizm magiczny? Za dużo etykietek. Pozytywne zaskoczenie.
H.P. Lovecraft, Hazel Heald Koszmary
No w końcu. Dużo sobie po tym zbiorze opowiadań obiecywałem. Zawarte tam historie, ze sztandarowym Koszmarem w muzeum na czele znałem jak dotąd w oryginalnych wersjach językowych, wiszą w tysiącu miejsc w internetach. Lovecraft niby poprawiał teksty dla współautorki, ale już dawno oczywistym jest, że w gruncie rzeczy są to jego autorskie teksty.
Jeśli chodzi o tłumaczenie, to ja raczej skłaniam się ku opinii, że "kanonicznym" tłumaczeniem Lovecrafta, które jest punktem odniesienia dla pozostałych jest Zgroza w Dunwich Macieja Płazy. Tłumaczka Koszmarów chyba niezbyt czuje Lovecrafta, czego symbolem jest nagminnie pojawiające się "cyklopów" zamiast "cyklopowych"(chyba że zawaliła korekta). W jednym miejscu pojawiła się dziwna kalka z angielskiego - ktoś tam "znalazł" coś tam czymś (sth found sth whatever), na wzór konstrukcji przewijającej się w komentarzach w internetach - "znajduję to zabawnym". Tak dosłowne tłumaczenie również znalazłem zabawnym. Nazwa bluźnierczej xięgi Unaussprechlichen Kulten raz została przetłumaczona, innymi razy - nie. Przyjmuję zasadę, że jeśli czytam jakąś książkę i potrafię na bazie polskich zdań - w chwili ich przeczytania - widzieć te zdania przed przetłumaczeniem z angielskiego, to nie jest to dobre tłumaczenie. I niestety to jest ten przypadek.
A same opowiadania jako takie? Dojrzały Lovecraft w pełnej krasie. Sam Koszmar w muzeum Lovecraft podobno traktował jako autoparodię - ale nie czuć tego w tym tekście.
China Miéville Kraken
Ok, coś nie wyszło Zyskowi i Sp-ce. Nie czytałem tej pozycji w oryginale, ale nie wierzę, że Mieville mógłby napisać tak drewniane, toporne dialogi, momentami sprawiające wrażenie podartych monologów, płynących przez treść książki obok siebie i przeplatających się w losowych momentach. Ten gość napisał tak rewelacyjne rzeczy jak Miasto i miasto czy Ambasadorię - nie widzę innego wyjścia, musiała zawinić tłumaczka albo korekta. Cóż, trudno.
Sama opowieść zaczyna się i rozkręca się jak kryminał urban fantasy - po czym autor pozwolił sobie na zupełny odlot w postmodernizm. Takiego radosnego pomieszania z poplątaniem nie czytałem już dawno. Najdziwniejsze (i często dość - hmm - mało poważne) sekty i religie, praktyki okultystyczne i magyja, strajk chowańców prowadzony przez istotę odpowiedzialną za krótkotrwałe wprowadzenie komunizmu w zaświatach starożytnego Egiptu, nawiązania do najróżniejszych marek, dzieł popkultury a nawet fandomów - a także subkultur, czasem wręcz slapstickowy humor mieszający się z elementami dość mrocznymi i całkiem poważnymi...
Za dużo pomysłów wrzuconych do jednego wora. Gaimanowi jakoś wyszło w jego historiach o Londynie Pod, Mieville przedobrzył (bo myśl przewodnia jest podobna - zwykły gość nagle odkrywa, że Londyn ma swoją dziwną, mroczną część, gdzie czają się siły wykraczające znacznie poza szarą codzienność). W pewnym momencie dałem sobie spokój ze śledzeniem fabuły, a skupiłem się na - wręcz wzrokowych, bo bardzo plastycznie przedstawionych - bodźcach: co jeszcze autor szalonego wymyśli. Cóż, takie jest new weird - nieprzewidywalne. Polecam fanom autora, a także fanom odrealnionych, magicznych i nieziemskich Londynów.
Lucius Shepard Modlitewnik amerykański. Luizjański blues. Viator.
Pozwolę sobie postawić tezę, że te trzy powieści umieszczone w jednym tonie łączy pewna myśl przewodnia (nieco słabiej wyartykułowana w Bluesie) - może mało odkrywcza - tak naprawdę nie wiemy, czy jak ktoś w coś nie wierzy, to czy ten ktoś nie ma przypadkiem trochę racji.
Zaraz, ale o co chodzi? Ano o to, że w każdym przypadku mamy głównego bohatera, który zderza się - tak troszkę jak w weird - z czymś Nieznanym. To Nieznane nie jest jednak wprost wrogie (no, znów nie do końca w Bluesie) co raczej niepokojące; ot, pewien element rzeczywistości, którego nie zauważało się wcześniej, a który nagle objawia się w pełnej krasie i zaburza szerszą percepcję. W pewnym momencie rozwijającej się akcji każdej z tych trzech historii możliwe są racjonalne wyjaśnienia - po czym granica ta zostaje przekroczona i to, co dzieje się za nią, można wyjaśnić albo obłędem, albo oddziaływaniem szkodliwych czynników zewnętrznych. Modlitewnik opowiada historię byłego więźnia, który układa modlitwy - nie skierowane do żadnego bóstwa, ot, modlitwy o coś konkretnego do nikogo konkretnego. Jednak bardziej przez wzgląd na konwencję niż faktyczną wiarę, pojawiają się wśród tekstów odniesienia do pewnego bóstwa, które zaczyna nabierać bardzo realnych kształtów. No i właśnie - czy wymyślony bóg faktycznie może się objawić i czynić cuda? Jednoznaczna odpowiedź na to pytanie nie zostaje udzielona. Parający się magyją chaosu pewnie mają własne odpowiedzi. Swoją drogą, cały proces myślowy stojący za modłostylem głównego bohatera oraz przyjęte założenia bardzo mi się właśnie z magią chaosu kojarzyły.
Blues to historia przypadkowego gościa, który trafia do zapyziałej mieściny w Luizjanie. Mieścina ta ponoć wiele zawdzięcza paktowi zawartemu wiele lat temu z pewną mroczną i nieludzką postacią. Główny bohater zderza się z rzeczywistością równie przerażającą i nieludzką jak taką, z jaką zderzę się np. ja, gdy będę przemieszczał się po Krakowie w czasie Światowych Dni Młodzieży. Bardzo sugestywnie autorowi udało się opisać luizjańskie dziury i ich mieszkańców. Tzn. nigdy tam nie byłem, więc nie mam porównania, ale właśnie tak sobie to wyobrażam.
Viator rozwalił mnie. Jedna z najlepszych historii jakie kiedykolwiek miałem okazję przeczytać. Historia o rozbitym na Alasce statku, który mimo tego, że jest rozbity... no właśnie. Nie tyle płynie do innego świata, co elementy tego innego świata zaczynają pojawiać się wokół niego. Albo i nie, bo pojawia się racjonalne wyjaśnienie, obok tego drugiego, zupełnie nieracjonalnego.
Poza tym Shepard jest fantastycznym pisarzem (zapewne zasługa w tym i równie dobrych tłumaczy). Rzadko trafiam na twórczość autorów, którzy tak jak on potrafią operować słowem, a w światku fantastycznym (wliczając przyległości zarzekające się, że fantastyką nie są) to już w ogóle prawie wcale.
Greg Egan Diaspora
Hard S-F w dobie fizyki kwantowej ma się bardzo dobrze. Mam wrażenie, że Dukaj trochę się inspirował tym pisząc Perfekcyjną niedoskonałość (i nie jest to wyrzut ani zarzut wobec niego - co więcej, gdybym rozumiał z tej książki więcej, niż zrozumiałem, to sam bym się nią z przyjemnością zainspirował), przez co tłumacze wykorzystali jego rodzajniki. Uwielbiam beletrystykę mającą bibliografie z tekstami naukowymi. Wyobraźnia autora sięga na absolutne wyżyny, gdzie np. moja nie sięgnie raczej nigdy. Piszę to bez zazdrości, byłby to absurd, za to z niekłamanym podziwem. Co prawda, raczej nie sięgnę po te wszystkie wymienione w bibliografii Terrestial Implications of Cosmological Gamma-Ray Burst Models, ale autorowi należy się szacunek za solidne przygotowanie - i napisanie na takich podstawach fascynującej historii o przyszłości ludzkości i wyzwaniach, które przed nią stają.
Ian MacDonald Brasyl
Pierwsza książka tego autora jaką miałem przyjemność przeczytać. Żałuję, że sięgnąłem po MacDonalda tak późno. Niech już będzie kolejna wypłata, niech już będzie.
Pesymistyczna wizja świata, wątki z fizyki kwantowej, przenikanie się światów i wędrówki między nimi. Alternatywne rzeczywistości, intrygi z udziałem mrocznych sił stojących na straży ukrytych praw rządzących wszechświatem (a raczej wieloświatem). Wartka akcja wymieszana w równych proporcjach z rozważaniami o naturze wszechrzeczy. Bohaterowie z krwi i kości, przed którymi zostaje objawiona prawdziwa rzeczywistość - ale tylko do pewnego stopnia, bo większość elementów świata przedstawionego jest zarysowana jedynie między wierszami (jak właśnie powinno być, jak kto chce mieć wszystko czarno na białym, niech poczyta instrukcje od odkurzacza). Realia brazylijskie - ok, znów nie mam porównania, ale nie do pomylenia z czymkolwiek innym. Komentarz do przemian społecznych i kulturowych rozgrywających się współcześnie (ok, to akurat najmniej istotne). Warsztat autora. Tak czy siak, jestem zachwycony.
Peter Watts Echopraksja
Kolejne hard S-F - znowu fizyka kwantowa, znowu pesymistyczna przyszłość, znowu post/neo/nieludzie. Nie czytałem Ślepowidzenia, więc mam wrażenie, że kilka rzeczy mi umknęło. Ale żaden problem, nadrobię.
Do tego wampiry i - w pewnym stopniu, w pewnym sensie - renesans religijny. Rzecz równie trudna jak Diaspora, do tego znacznie bardziej niejednoznaczna. Ogromna bibliografia na końcu (chociaż zawiera nie tylko to, czego w naukowej bibliografii można by się spodziewać).
Chaos w głowie. Trudno mi się wypowiedzieć. Rzecz szarpiąca właściwe struny. pod wieloma względami zakręcona bardzo w moją stronę (religijność a nauka, bóg a religia, bóg a świat, religijność bez boga, bóg bez religii).
No i kolejny autor, który może być wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o lekkość składania do kupy bardzo trudnej tematyki z dość przystępną (ok, przystępną dla wymagającego czytelnika, stereotypowemu nastoletniemu fanowi polskiej fantastyki raczej treść uaktywniłaby skazę krzyżową) treścią, gość o niesamowitej wyobraźni, świetny również od strony czysto literackiej.
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 1: Złamany
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 2: Kawałki
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 3: Smocze szpony
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 4: Sojusz
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 5: Ukryta świątynia
Star Wars. Wektor Tom 2 (Rebelia Tom 4, Dziedzictwo Tom 6)
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 7: Burze
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 8: Tatooine
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 9: Potwór
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 10: Skrajności
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 11: Wojna
Komiksowe historie zaprezentowane głównie przez Johna Ostrandera (scenariusz) i Jana Duursema'ego (rysunki w większości tomów), zebrane w wydania zbiorcze i wydane u nas przez Egmont.
Traktuję je jako fanfik niż jako pełnoprawne zwieńczenie starego, dobrego Expanded Universe. Między nimi a ostatnimi pozycjami książkowymi czy wcześniejszymi komiksami ze starego kanonu jest przepaść. Rzecz się dzieje ponad 100 lat wydarzeniach z klasycznej trylogii i wrzuca czytelnika w wizję świata na tyle oderwaną od ciągłości uniwersum, że w sumie odrębną, mimo wielu nawiązań i prób zachowania spójności.
Zakon Jedi został prawie całkowicie rozbity. Najmłodszym z rodu Skywalkerów jest Cade. Jest na poły piratem, na poły łowcą nagród. Jako duch mocy odwiedza go czasem jego słynny przodek Luke, Cade nie zamierza kontynuować jednak rodzinnej tradycji. Po - jakby się wydawało - zagładzie Zakonu nie starał się odnaleźć resztek. Ma zresztą do nich pewne pretensje. Aby spławić przodka, zażywa narkotyk zwany igiełkami śmierci. Zanim przedawkuje, leczy się mocą.
Potrafi uzdrawiać ciemną stroną, czym zwraca na siebie uwagę aktualnego najwyższego lorda Sithów i imperatora, Darth Krayta, okaleczonego jeszcze przez Vuuzhan Vongów, których wpływ na galaktykę mimo upływu lat jest nadal ogromny (większy niż w książkach po Nowej Erze Jedi). Mamy jednak innego imperatora - na wygnaniu. Jest nim Roan Fel, potomek Jaggeda Fela (i zapewne Jainy Solo). Imperium Fela ma swoich własnych Jedi - Imperial Knightów, nie będących po ciemnej stronie; są bardzo podobni do Jedi w ich przekonaniach, z większymi elementami wojskowej dyscypliny, nastawieniu na wykonywanie rozkazów, kultu jednostki. Co więcej, jeśli imperator przejdzie na ciemną stronę, Imperialni Rycerze mają obowiązek przywrócić go na Jasną - lub zabić.
Wizja świata, odkrywana w kolejnych historiach, przykuwa uwagę. Niby widzieliśmy to wszystko już dziesiątki razy wcześniej, a jednak nadal można się wciągnąć. Sama historia - mimo tego że w gruncie rzeczy to jeszcze przed przeczytaniem pierwszego tomu można było domyśleć się zakończenia ostatniego - jest wielowątkowa, ma obowiązkowo kilka zwrotów akcji (od drobnych - wyjawienie tożsamości matki Cade'a po ogromne - w stylu zmiany sojuszy w galaktycznej wojnie), zaś melodramatyczne wahanie się Cade'a między Jasną Stroną, Ciemną Stroną a rzuceniem wszystkiego w cholerę nie nuży. Co prawda tylko kilkoro bohaterów zostało przedstawionych dokładniej, ale taki urok komiksów nastawionych na wartką akcję. W fabule musiały znaleźć się też trudne moralne wybory i odnajdywanie zaginionych członków rodziny, ukrywających swoją prawdziwą tożsamość. Jest wielka polityka, piętrowe spiski. W fabułę udało się wpleść nawiązania do starych historii, mamy pływającego AT-AT, jest podwodna wersja Lewiatana, biotechnologia Yuuzhan a nawet epizodyczne wystąpienie Sithów sprzed nieraz i tysięcy lat.
Kreska jest czytelna, efektowna, momentami efekciarska, ale o to przecież chodzi.
Ron Marz, Tom Fowler Star Wars. Jango Fett
Elegancko wydany jeszcze przez Amber Komiks komiks będący częścią jakiejś większej całości, do której nie dotarłem. Fabuła jest dosyć prostacka, ot, Jango dostaje zlecenie, przynosi, wynosi, zamiata, przedziera się przez dżunglę i starożytne ruiny jak jakiś gwiezdnowojenny Indiana Jones, na przemian walczy i flirtuje z łowczynią nagród Zam Wesell, wraca do małego Boby i cieszy się życiem.
Za to na plus wyróżnia się kreska. Momentami sprawiająca wrażenie "grubo ciosanej", przywodzi na myśl ni to jakiś gwasz, ni to akwarele. Dawno nie widziałem tak narysowanego i pokolorowanego komiksu, aż miło było patrzeć.
Tom Veitch, Cam Kennedy Star Wars Legendy. Mroczne Imperium
O szlag, brawo za taką serię wydawniczą. Wolałbym co prawda zbiorcze wydanie wszystkich Mrocznych Imperiów, ale i tak jest nieźle.
Ten komiks jest, jak na historię Expanded Universe, bardzo stary. Mniej-więcej razem z książkową Trylogią Thrawna stanowił podwaliny pod rozwój dzisiejszych Legend (i zarazem marki jako takiej).
Komiks ten namieszał nieźle w timeline'ie uniwersum, potem kolejni autorzy biedzili się, jak to wszystko złożyć w spójną całość. Przepływ informacji między kolejnymi starwarsowymi projektami był na tyle kiepski, że osadzony po wspomnianej Trylogii Thrawna komiks nie zawierał żadnych odniesień do niego, za to wprowadzał spore zamieszanie, momentami wprost informacje niekompatybilne z książkami (np. kiedy i na rzecz dokładnie kogo Rebelia utraciła Coursant? I czy nie było już wtedy formalnie Nowej Republiki?). Dziury udało się jakoś w miarę załatać - ale w innych dziełkach. Tutaj czytelnik nie raz i nie dwa może złapać się za głowę.
Za to po raz pierwszy pojawiają się tutaj Howlrunney, World Destroyery, TIE Droidy, V-Wingi. Boba Fett ma inny statek. Holocrony pojawiają się chyba też po raz pierwszy, lub jeden z pierwszych. Historia z World Destroyerami została potem przedstawiona w starej, dobrej grze Rogue Squadron, którą miałem okazję przejść jeszcze w czasach podstawówki.
Na plus wyróżnia się kreska - przećpana. Plansze utrzymane w paru kolorach, blade i jakby rozwodnione. Rysy postaci też dość psychodeliczne, plus po raz kolejny przywrócony Imperator wyglądający trochę jak Nosferatu (a w każdym razie tak mi się skojarzył). Nieraz bardzo dziwne lokacje. Do tego widać zmęczenie toczącą się od lat wojną - galaktyka jest pełna wraków orbitujących wokół wyniszczonych planet. Resztówki imperium poza Rebelią walczą ze sobą nawzajem. W konflikcie pojawiają się mniejsze strony, grupki przestępców i szabrowników, próbujące ugrać coś dla siebie. Wydźwięk komiksu jest znacznie bardziej pesymistyczny od tego, co zazwyczaj wiąże się z marką.
Poza tym, fakt faktem, czuć upływ czasu. Rzecz raczej dla fanów, potrafiących tego klasyka docenić. Ja doceniam.
Haden Blackman, Augustin Alessio Star Wars Legendy. Darth Vader i Widmowe Więzienie
Kolejna pozycja z serii. Tym razem Egmont przywrócił rzecz dużo nowszą.
Na przykładzie tego komiksu widać wyraźnie główny problem Expanded Universe - nawrzucano mnóstwo postaci i wydarzeń, które pojawiały się w 1-2-3 pozycjach książkowych lub komiksach, po czym znikały z horyzontu. Z jednej strony to dobrze, bo każdy autor mógł dodać coś od siebie - z drugiej strony część postaci, takich jak chociażby Vader i Imperator, jest nadużywana. To samo dotyczyło zresztą tych dobrych - co chwila grupie tych samych postaci wynajdywano tych samych lub kolejnych przeciwników, zamiast w końcu dać im odpocząć. Na chwilę obecną Disneyverse jest wolne od tego typu problemów - ale poczekajmy te 20-40 lat, o ile w międzyczasie nie będzie kolejnych resetów i restartów.
W historii tej przedstawiony jest zamach na Imperatora przeprowadzony przez grupkę wojskowych Imperium. Vader, jego mistrz (z ciężkimi obrażeniami od broni biologicznej) oraz dwóch nieco przypadkowych bohaterów (w tym główny bohater, narrator) wyruszają do ostatniego miejsca, gdzie na pewno nie zostaliby wykryci przez puczystów - tzw. Widmowego Więzienia, gdzie jeszcze Rada Jedi umieszczała pod koniec wojen klonów najbardziej niebezpiecznych przestępców i jeńców wojennych, w tym władających mocą, byłych/upadłych Jedi, itd.
Nawet jeśli to postać - hue hue - jednorazowa, głównego bohatera świetnie przedstawiono. Kujon z akademii imperialnej, ambitny oficer zapatrzony w Vadera. A jednocześnie niepełnosprawny, okaleczony jako dziecko w ataku Separatystów. Za to lordowie Sithów zostali przedstawieni dokładnie tak, jak powinni być przedstawieni lordowie Sithów - jako socjopaci mordujący z zimną krwią nawet swoich, Imperium jako takie traktujący jako narzędzie do realizowania własnych, egoistycznych celów, żądzy władzy. W starym kanonie zdarzali się inni Sithowie - tutaj przedstawiono ich tak, jak powinni wyglądać.
Bardzo dużo odcieni brązu, szarości; zimne kolory dominują, zimne i ciemne odcienie. Czytelna kreska, do dużo efektów specjalnych przywodzących na myśl komputerowe bijatyki.
David Lapham, Javier Barreno Crossed #2 Family Values
David Lapham, Raulo Caceres Crossed #3 Psychopath
David Lapham, Jacen Burrows, David Hine, Eduardo Vienna Crossed #5 (Yellow Belly, Golden Road)
David Hine, German Erramouspe, Simon Spurrier, Rafael Ortiz, Gabriel Andrade Crossed #8 (American Quitters, Gore Angels, Th' Big Yin)
Simon Spurrier, Gabriel Andrade Crossed 2013 Special
Crossed to najbardziej popieprzone komiksy z jakimi zetknąłem się kiedykolwiek. Każdy jeden numer, każda jedna historia to jazda bez trzymanki przez absurdalne gore, odrażające czynności seksualne, obrazę wszystkiego i wszystkich oraz bardzo kiepskie opinie o ludzkości jako takiej. Avatar Press ma fajną politykę - dają wolną rękę swoim artystom. Dzięki temu powstał najbrutalniejszy komiks w historii, ba, cała seria (wciąż się rozwijająca) takich komiksów.
Tytułowi Crossed to trochę jakby zombie, tylko że żywi. Zarażeni, z krwawymi znamionami w kształcie krzyży na głowach, mordują i gwałcą wszystko co się rusza (lub nie), zazwyczaj zbiorowo i z licznym udziałem dodatkowych akcesoriów wykorzystywanych na sposoby niezgodne z ich przeznaczeniem. Zbierają się w hordy walczące z żywymi i z innymi zarażonymi. Nie myślą o swoim własnym przetrwaniu - a w każdym razie nie wszyscy, bo różne wyjątki się zdarzają. Niektórzy pamiętają swoje życie sprzed zarażenia (wtedy zazwyczaj chcą zabić/wyruchać jeszcze nie zarażonych członków rodziny/przyjaciół/wrogów), większość jednak po prostu staje się potworami. Jeśli ten link jeszcze działa, zobaczcie sobie przykładowe plansze z różnych numerów. Ostrzegam - moce.
Ale i ci którzy przetrwali nierzadko nie są lepsi od zarażonych. Psychopaci, gwałciciele, samozwańczy prorocy, bandyci żerujący na innych zdrowych, bossowie świata przestępczego, itp, itd. - albo przynajmniej bohaterowie zupełnie nieprzygotowani do koszmaru z którym się zetknęli - tchórze, egotycy, domorośli tyrani, ludzie borykający się z najróżniejszymi problemami, lub dobrzy ludzie dostosowujący się do złego świata - zazwyczaj każda jedna historia opowiedziana na łamach danego komiksu kończy się źle lub bardzo źle.
Family values i Psychopath to większe historie. Trade paperbacki z nimi zawierają tylko je. Pozostałe wydania to tpb zawierające historie z serii Badlands (aktualnie ponad 100 numerów - wydań zeszytowych; zbierane są na bieżąco w tbp, razem ze Specialami i Annualami). Zachowując ciągłą numerację, kolejne mini serie wchodzące w jej skład piszą i rysują różni autorzy. Trafiają się tam historie rewelacyjne jak i zupełnie nieudane. Niektórzy piszą o tych samych bohaterach, jednak większość postaci nie przewija się na kartach późniejszych komisów z serii. W Polsce nie jest trudno znaleźć ściągane ze Stanów komiksy, jest kilka sklepów które się tym zajmują, pojedyncze numery zdarzają się też na serwisach aukcyjnych lub facebookowych grupach typu sprzedam-wymienię-oddam się za nowe spodnie. Ceny - to inna sprawa. Taniej jest z okazji komiksowych eventów.
Nabyłem głównie historie pisane przez Davida Laphama, Davida Hine'a oraz Simona Spurriera - uważam ich za najlepszych autorów tworzących w ramach uniwersum. Ich historie wykraczają znacznie poza sztampowe opowieści o ucieczce przed hordami postludzi podobnych wrogiemu żywiołowi, wyzutych z człowieczeństwa. Mamy więc opowieść o chrześcijańskich fanatykach z samozwańczym prorokiem na czele, gwałcącym swoje córki i kilka innych kobiet wchodzących w skład społeczności (Family Values), historię o psychopacie opowiedzianą przez psychopatę (Psychopath), historię o zaszczutym, zakompleksionym nastolatku (Yellow Belly), o transgresywnym pisarzu wzorowanym troszkę - przynajmniej wizualnie - na LaVeyu i o uczestnikach jego "warsztatów" (Golden Road), o trudnej przyjaźni hipisa i harleyowca pragnących umrzeć - a przed śmiercią chcących wyrównać pewne rachunki (American Quitters) (narrator z offu między rysunkami + ksiądz wzorowany na tym księdzu z Maczety), o zderzeniu kultur, konflikcie pokoleniowym i o gwałcie zbiorowym w tle (Gore Angels) (jedna z najbardziej poruszających historii z jaką kiedykolwiek zetknąłem się w komiksie), o kolejnym psychopacie, byłym komandosie poszukującym broni biologicznej od której - jego zdaniem - zaczęła się epidemia (Th' Big Yin), o facecie pomagającym kobietom w potrzebie - ale w zamian za coś (Special 2013). Do tego partnerujący scenarzystom rysownicy to naprawdę świetni fachowcy, jeśli chodzi o realistyczne aż do najdrobniejszych szczegółów ukazanie absurdalnie przerysowanej, zupełnie nierealistycznej przemocy, przemocy aż oszałamiającej jej natężeniem, stężeniem i tak przerysowanym, że momentami aż groteskowym okrucieństwem.
Jestem fanem.
Hunter S. Thompson Dziennik rumowy
Hunter S. Thompson Lęk i odraza w Las Vegas
Hunter S. Thompson Hell's Angels. Anioły piekieł
Lęk czytałem już kiedyś - po latach zbiorczo ogarnąłem całego Thompsona, do jakiego udało się dotrzeć. O tych książkach, jak i o samym autorze, zapisano kilometry stron i całe gigabajty, nie ma sensu, bym się powtarzał. Nie wiadomo, gdzie zaczyna się literatura a kończy reportaż. Autor usiłuje zawsze dotrzeć do istoty rzeczy, pozostaje wierny swoim przekonaniom, nie waha się porzucić i tak niemożliwej do osiągnięcia obiektywności (lub wręcz przeciwnie - stara się opisać dane zjawisko jak najbardziej bezstronnie, ocenę zostawiając czytelnikowi - jak w Aniołach piekieł). Fascynująca postać, fascynujące historie, fascynujące czasy.
Marta Abramowicz Zakonnice odchodzą po cichu
Brawa dla autorki, że jej się chciało. Książka, którą odebrałem wbrew pozorom bardzo osobiście. Nie żebym chciał zostać kiedykolwiek księdzem bądź zakonnikiem, jednak rozumiem mechanizmy, które popychają osoby potrzebujące bliskości, przepełnione lękiem, pragnące odnaleźć sens życia - lub po prostu osoby zmanipulowane - w mury klasztorne. Kościół żeruje na takich skrzywdzonych przez dyskurs hegemoniczny ludziach, przemiela ich i przerabia w aparatczyków, którzy spaczone wzorce dyscypliny opartej na bezwarunkowym podporządkowaniu i strachu przed bożym gniewem rozsiewają dalej. Tym bardziej cieszą przedstawione historie, przynajmniej parę dusz opamiętało się w porę, dokonało czegoś iście heroicznego - przeciwstawiło się wszystkim uwarunkowaniom, którym w danej chwili podlegały. Kiedyś sam byłem bardzo mocno religijny. Pamiętam dzień, w którym przestałem. Poczułem, jakby spadły mi klapki z oczu. Miałem wrażenie, jakbym po raz pierwszy w życiu widział świat wokoło w całej jego złożoności i wszystkich odcieniach szarości.
Wracając do książki, w przeciwieństwie do autorki nie wierzę w możliwość reformy, nie uznaję podziału na tych dobrych kościelnych (zdemokratyzowane zakony męskie, zakony żeńskie z zachodu) i czarne owce tkwiące mentalnie w średniowieczu. Instytucja jako taka pasie się na krzywdzie i robieniu wody z mózgu zmanipulowanym masom. Wszystkie abrahamiczne monoteizmy to śmietnik historii, kupczący iluzją zbawienia i skrywający oczywistą prawdę o człowieku i świecie - że jesteśmy mięsem wiszącym w kosmosie na kawałku skały, wiszącym bez przyczyny i bez celu.
Jakiś taki optymistyczny w sumie wydźwięk książki - że coś powoli może i ruszy, że jakieś zmiany może nastąpią - skoro nastąpiły już na zachodzie - niezbyt do mnie przemówił. Jakby autorka trochę się przestraszyła wymowy książki, więc na poczekaniu znalazła np. zatroskanych anonimowych zakonników, pochylających się wraz z nią ze smutkiem nad przedstawionym problemem.
Mało jest także o jakimś szerszym backgroundzie społeczno-kulturowym. O lukach systemowych, które umożliwiają zaistnienie takich patologii jak opisane. O beznadziejnej edukacji, która nie potrafi dotrzeć do zagubionej młodzieży z fachowym wsparciem psychologicznym, a zamiast tego pozostawia ich na pastwę zorganizowanych systemów religijnych. O roli religii jako opium dla mas, o tej fałszywej świadomości, że pojadę klasykiem.
Trochę mnie raził styl autorki. Momentami za bardzo melodramatyczny.
Ale generalnie dobra książka. Każdy bezbożnik powinien przeczytać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura i sztuka i dewiacje: Książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura i sztuka i dewiacje: Książka. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 2 czerwca 2016
niedziela, 31 stycznia 2016
Upływający czas #55
Z okazji nadchodzących Świą...
A nie, moment.
Dobra, to w takim razie mam nadzieję, że bawiliście się przednio, niezależnie od tego co, gdzie i kiedy świętowaliście.
Nigdy nie lubiłem klecić podsumowań rocznych, tym bardziej, że raczej nie jestem z niczym na bieżąco.
Dawno tu nie zaglądałem, ale - będę szczery - po prostu mi się nie chce prowadzić bloga, jest tyle ciekawszych rzeczy do roboty po powrocie z roboty lub i w dni wolne. Czasem nawet stężenie pyłów PM10 i PM2,5 spadnie poniżej 1200% normy i można wtedy zaryzykować krótki spacer wokół bloku.
Zacząłem klecić opowiadania z myślą o zbiorze opowiadań. Na razie jest ich 2,5. Biorąc pod uwagę mój rozlazły i dość przypadkowy tryb pracy (dłubię literacko zazwyczaj tylko przez kilka przypadkowo wybranych miesięcy w roku, tzn. wtedy, kiedy czuję taką potrzebę), całość będzie gotowa za jakieś 5-10 lat. Pewnie nikt nie będzie chciał jej wydać (uderzę do 1-3 niszowych wydawnictw, przy założeniu, że będą jeszcze wtedy na rynku), więc zapewne ostatecznie trafię na jakiś ebookowy selfpublishing (chociaż i tam ostatnio nastąpiła przynajmniej jedna efektowna wywrotka), gdzie będę sprzedawał się samodzielnie za 2,50zł, tuż obok nawiedzonych grafomanów uważających się za literackich geniuszy.
Dlatego najprawdopodobniej zbiór nigdy nie powstanie, a na bieżąco płodzone teksty będę rozsyłał do środowiskowych mniej lub bardziej nieprofesjonalnych pism i zinów.
W gruncie rzeczy to nie chciałbym być pisarzem, bycie sporadycznym autorem wystarcza mi w zupełności. Naiwnie uważam, że moja twórczość będzie w stanie obronić się sama, praktycznie bez żadnych mechanizmów (auto)promocyjnych. Nie przysporzę sobie popularności w polskim horrorowym grajdołku tym stwierdzeniem, ale rzucę je w eter i tak: w środowisku już teraz jest zdecydowanie zbyt wielu autorów nadrabiających braki w talencie dobrym pijarem i środowiskowym fejmem.
Jedyne na czym mi zależy jako autorowi to zdobyć sobie grupę czytelników z którymi byśmy się w miarę dobrze rozumieli. Reszta jest w sumie nieistotna. To miłe uczucie, jak komuś podoba się moja twórczość (w sumie reakcje czytelników nie są dla mnie aż tak ważne jak sam fakt, że zostałem gdzieś opublikowany), ale - zazwyczaj - pisząc wywalam z siebie różne różności, które akurat leżą mi na wątrobie. Przestają leżeć - dobra nasza. Komuś się to podoba - dzięki. Nie podoba się - spoko.
W gruncie rzeczy trochę zmagam się z przewlekłym rozczarowaniem, przejmującym poczuciem, że wszystko wokoło to nieistotne absurdy. Mam wrażenie, jakbym cały czas był zmęczony.
Dobra, dość marudzenia.
Byłem w kinie na tym nowym Tarantino. Gęsty, klaustrofobiczny obraz zajeżdżający eurowesternem (przez pierwszą ~połowę) pozbawiony jednak polotu takich klasyków jak The Great Silence czy gęstości Cut-Throats Nine (1972), potem przechodzący w uroczą napierdalankę. Kwestie równouprawnienia Afroamerykanów, rasizmu, itd., pewnie budzą więcej emocji za oceanem niż u nas. Estetyzacja przemocy - także psychicznej - a także iście surrealistyczna łatwość zabijania - to przynajmniej dla takiego degenerata jak ja - największe zalety filmu. Amoralność postaci - też plus. Tytuł adekwatny. Soundtrack pasowałby bardziej do poważniejszej klasyki gatunku lub horroru - ale nie jest zły. Brawo za Kurta Russela - od dnia gdy za szczeniaka obejrzałem po raz pierwszy Ucieczkę z Nowego Jorku bardzo lubię tego gościa.
A czytać, to czytałem. Dużo czytałem.
Neil Gaiman x3: Drażliwe tematy, Dym i lustra, Rzeczy ulotne - nowe wydania, te w twardych okładkach, z blondynką, czarnowłosą i rudą.
Nie ukrywam, że mając wielki szacunek do twórczości Gaimana, prawdziwego człowieka popkulturowego renesansu, odnajdującego się w najróżniejszych formach i kształtach, nigdy nie współodczuwałem z jego twórczością. Czytało się świetnie, sypał pomysłami jak z rękawa, skakał z estetyki na estetykę, od baśniowych wariacji przez nastrojowe dark fantasy po eteryczne, oniryczne horrory, do tego jeszcze trafiła się tu i ówdzie poezja - ale nie trafia on do mnie tak bardzo, jakby mógł. Najwyraźniej nadajemy na rozbieżnych częstotliwościach. Gaiman to dla mnie jeden z tych autorów, w przypadku których obcując z jego tekstami widzisz w pełni jego talent i doceniasz kunszt - a miesiąc później pamiętasz o talencie i kunszcie ale za cholery nie potrafisz przywołać wspomnień więcej niż z ~5 opowiadań z trzech zbiorów opowiadań.
Star Wars:
Nowa Era Jedi:
R.A Salvatore Wektor pierwszy
Michael Stackpole Mroczny przypływ I: Szturm
Michael Stackpole Mroczny przypływ II: Inwazja
James Luceno Agenci Chaosu I: Próba bohatera
James Luceno Agenci Chaosu II: Zmierzch Jedi
Kathy Tyers Punkt równowagi
Greg Keyes Ostrze zwycięstwa I: Podbój
Greg Keyes Ostrze zwycięstwa II: Odrodzenie
Troy Denning Gwiazda po gwieździe
Elaine Cunningham Mroczna podróż
Aaron Allston Linie wroga I: Powrót Rebelii
Aaron Allston Linie wroga II: Twierdza Rebelii
Matthew Stover Zdrajca
Walter Jon Williams Szlak przeznaczenia
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy I: Ruiny Imperium
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy II: Uchodźca
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy III: Spotkanie po latach
Greg Keyes Ostatnie proroctwo
James Luceno Jednocząca moc
Trylogia Mroczne Gniazdo:
Troy Denning Mroczne Gniazdo I: Władca Dwumyślnych
Troy Denning Mroczne Gniazdo II: Niewidzialna królowa
Troy Denning Mroczne Gniazdo III: Wojna rojów
Dziedzictwo Mocy:
Aaron Allston Zdrada
Karen Traviss Braterstwo krwi
Troy Denning Nawałnica
Aaron Allston Wygnanie
Karen Traviss Poświęcenie
Troy Denning Piekło
Aaron Allston Furia
Karen Traviss Objawienie
Troy Denning Niezwyciężony
Przed Przeznaczeniem Jedi:
Paul S. Kemp Rozdroża czasu
Aaaaa także z drugiej strony osi czasu:
Drew Karpyshyn Droga zagłady
Drew Karpyshyn Zasada dwóch
Drew Karpyshyn Dynastia zła
Ok, część z Was pewnie o tym nie wiedziała, ale jestem wielkim fanem Star Wars. Może nie aż takim jak np. pewien mój dobry przyjaciel będący wyznawcą religii Jedi, ale jednak. Poza tym nie mam wiernopoddańczego stosunku do starego kanonu zwanego Expanded Universe.
Nie zamierzam pisać tutaj wprowadzenia do Expanded Universe, czyli wykraczającego poza filmy uniwersum Star Wars, które zaczęło się formalnie w 1978 roku (przynajmniej tę datę się podaje najczęściej) i które zabił Disney (kogo chcemy oszukać - zabił je sam George Lucas sprzedając markę Disney'owi) tworząc od podstaw własne kontynuacje Powrotu Jedi, ponieważ można by o tym pisać całe eseje, w których i tak nie dojdzie się do żadnych konstruktywnych wniosków. Wszystko przed Disney'em aktualnie wrzucono do nowej pod-marki Legends, kto wie, czy i kiedy stare uniwersum będzie jeszcze kontynuowane.
Fakt faktem, cała rzesza autorów książek, komiksów, seriali, gier komputerowych wzniosła na przestrzeni ~40 lat ocean historii, postaci, wątków. Bądźmy szczerzy - żadnych geniuszy literackich tam nie było (wyróżniali się co najwyżej bardzo sprawni rzemieślnicy jak Timothy Zahn), za to swoją przystań znaleźli tam autorzy-wyrobnicy znani z pisania książek w nieswoich uniwersach (Dungeons & Dragons/gry starego, dobrego Black Isle, Mass Effect, gry Blizzarda, itd., itp., etc.).
Powiedzmy sobie szczerze: nawet najlepsze książki ze Star Wars Expanded Universe (żadna z wyżej wymienionych nie zalicza się moim zdaniem do tych najlepszych, może poza sympatyczną Trylogia Bane'a i Zdrajcą, pozycją bardzo różną od przygodowo-sensacyjnej bieda-psychologizującej starwarsowej typówki) to pieprzone czytadła (tak, nawet legendarna trylogia Thrawna to czytadła - ok psychofani, czekam na groźby karalne), do tego polski wydawca książek Star Wars z czasów przed Disney'em - Amber - dołożył swoje trzy grosze do niskiej jakości całości - albo styl wszystkich autorów jest praktycznie identyczny, albo tłumacze wyrównywali indywidualne cechy wszystkich autorów, do tego nie raz i nie dwa robili to wyjątkowo topornie i niechlujnie. Nie miałem jeszcze przyjemności z pozycjami z nowego kanonu wydawanego przez Uroborosa (czy jakoś tak, nie chce mi się teraz góglać za poprawną nazwą, leniwy jestem i nie lubię się rozpraszać w czasie pisania).
Z jednej strony szkoda mi Expanded Universe jako takiego, Star Wars bez Thrawna, Mary Jade, Jacena i Jainy Solo to nie to samo, z drugiej strony trzeba przyznać szczerze, że przez cały okres rozwoju uniwersum wykwitło w nim mnóstwo bzdur, historii złych, nieprzemyślanych, a stabilność i wewnętrzna spójność uniwersum nieraz sprawiała wrażenie pospinanej agrafkami (vivat wszystkie retcony i wrzucanie na siłę do późniejszych książek/komiksów postaci/miejsc/aluzji do historii sprzed lat, żeby tylko były, skoro już je ktoś kiedyś wymyślił). Do tego - przynajmniej mnie - denerwowało zrobienie z całego uniwersum sitcomu o przygodach rodzin Skywalkerów i Solo - ok, poza czasami Starej Republiki i wcześniejszymi, a także generalnie przed Mrocznym Widmem. Ale przynajmniej mnie to nudziło - kolejni autorzy daliby se w końcu spokój, wymyślili kogoś nowego. Tymczasem w ostatniej, niewydanej w PL książce z EU Han Solo ma już koło 80-tki. Bez kitu, dajcie im odpocząć.
Nowa Era Jedi moim zdaniem była wielką niewykorzystaną szansą - na przewietrzenie uniwersum. Inwazja obcych istot z obcej galaktyki, niewidocznych w Mocy, mających do tego żywe organizmy za broń, statki i przedmioty codziennego użytku to samograj. W końcu coś nowego w stosunku do po raz n-ty odnawianych Imperiów lub wyciągania z dupy kolejnych chętnych na odrodzenie Imperium lub utworzenie własnego. Myślałem, że będzie to nowe rozdanie - i poniekąd było, ale nie do końca. Niby galaktyka została zmieniona nie do poznania, całe planety zostały nieodwracalnie (ok, nie przesadzajmy z tą nieodwracalnością) zmienione, przynajmniej kilka populacji planet zostało całkowicie wymordowanych, porządek polityczny wywrócono kilkakrotnie, bardzo rozwinięto wielu bohaterów, także starych i dobrze znanych, a mimo tego nie zrobiono czegoś, o co aż by się prosiło - nie zakończono z hukiem życia wielu postaci z wcześniejszych książek, nie rozwalono w pył planet, gdzie wcześniejsi autorzy narobili jakiś głupot, nie wyczyszczono nadmiaru wątków, historii, opowieści. Aż się o tak radykalny krok prosiło. Jednym eventem można było przewietrzyć zaduch zbierający się w uniwersum. Poza przygotowaniem gruntu pod przyszłe serie, jedyne w czym namieszano, to w powszechnie uznanym rozumieniu Mocy - tylko po to, by w kolejnej dużej serii, czyli Dziedzictwie Mocy, w sporej części wycofać się ze zmian (SPOILER - Vergere w NEJ sprawiała wrażenie znacznie bardziej niejednoznacznej postaci niż w DM, gdzie okazało się, że była po prostu Sithem nie przyznającym się do bycia Sithem). Ok, w NEJ ginie też jedna postać znana z filmów - co wpływa na wszystkie pozostałe - brawa za odwagę i próbę pokazania starych bohaterów jako steranych życiem i targanych wątpliwościami. To się udało.
Sama historia ciągnąca się przez 19 książek obfituje w zwroty akcji, cliffhangery, widzimy z jak ekstremalnymi sytuacjami zderzają się bohaterowie, jak w zetknięciu się z nimi pękają im światopoglądy i kręgosłupy moralne. Motyw zderzenia się z obcą, nieznaną technologią jest dobry, ale zaprezentowany nierówno - po początkowych zupełnych klęskach Nowej Republice udaje się zadziwiająco szybko nawiązywać z Yuuzhan Vongami walkę jak równy z równym.
Interesująco opisano też postępującą przemianę samych najeźdźców, zderzenie się ich fanatyzmu, kultury skupionej na adorowaniu bólu, społeczeństwa kastowego z wszystkim co dla nich obce i niepojęte. Jasne, nie są to fachowe, naukowe analizy, ale nie jest to też zupełna amatorszczyzna.
Na tle historii jako całości wyróżnia się Zdrajca - teatr jednego aktora, historia o poświęceniu, rozpadzie i stworzeniu się na nowo.
Ktoś czegoś nie dopilnował (polski wydawca), w jednej z książek pewne nazwy/ksywy są tłumaczone inaczej niż w pozostałych. Ktoś czegoś nie dopilnował (autorzy oryginalni) - wychwyciłem kilka nieścisłości między poszczególnymi pozycjami. Chociaż przy takich rozmiarach projektu jak i rozmiarach całego uniwersum, to i tak tych nieścisłości było bardzo mało.
Mroczne Gniazdo przynosi kilka interesujących szczegółów (sięgających nieraz i do czasów sprzed Nowej Nadziei), rozwija pewien motyw poboczny z NEJ, poza tym jest dość daremną historią, zapychaczem miejsca, by zrobić coś z tym motywem pobocznym.
A Dziedzictwo Mocy? Ha, z jednej strony mamy zrzynkę z historii Vadera w wykonaniu - SPOILER - jego wnuka, z drugiej fantastyczny obraz rozpadającej się rzeczywistości politycznej Galaktycznego Sojuszu (powstałego na gruzach skorumpowanej Nowej Republiki w NEJ), gdzie niedawni (lub bardzo dawni) przyjaciele stają po przeciwnych stronach barykady (przejściowo np. Han i Leia vs. Luke i jego Nowy Zakon Jedi, po czym wszyscy vs. Darth Caedus). W finale pojawia się kolejna stara, dobra znajoma sprzed wielu, wielu lat. Swoje pięć minut ma też Boba Fett - poznajemy tragiczną historię jego żony, córki i wnuczki, a on sam staje się w pewnym momencie wręcz sympatyczny. Co jeszcze? Widać wyraźnie, że nasi bohaterowie się starzeją. Potwierdzony zostaje fakt, że niezależnie od siły charakteru i dobrych intencji nie da się być dobrym Sithem (ok, przedstawiono jeden niejednoznaczny przypadek potwierdzający regułę). Kolejni znani i lubiani bohaterowie (wprowadzeni już w książkach) giną. Generalnie - dużo się dzieje, ciekawie się dzieje. Jeszcze bardziej niż w NEJ zatarty zostaje podział na dobrych i złych. Całość jest jeszcze bardziej mroczna niż dosyć posępny NEJ (jak na standardy Star Wars oczywiście).
Co po Dziedzictwie? Mam kolejne książki, w tym całą następną dużą serię - Przeznaczenie Jedi. Przed serią jest kilka mniejszych historii wprowadzających do niej - Rozdroża czasu oscylują wokół postaci z dalszych szeregów, w końcu mamy coś innego niż 2137 odcinek serialu "Skywalkerowie i Solo ratują galaktykę", motyw z przeskokiem w czasie (bagatela 5000 lat) ciekawy, tak samo jak zaprezentowane efektowne i popełnione z premedytacją przejście na ciemną stronę. Zobaczymy, co będzie dalej. Niestety, upchnięto w jedną książkę trochę zbyt wiele wątków. Znów mamy charakterystyczne starwarsowe deus ex machina, gdy rzeczy się po prostu cudownie dzieją, wszystko dokładnie wtedy i w taki sposób, żeby wyszło w miarę dobrze.
Adnotacja na marginesie - całe uniwersum Star Wars zawiera milion przykładów (i argumentów) przeciwko wolnej woli. Ciekawe, czy ktoś kiedyś podjął się głębszej analizy tego wątku. Poczytałbym.
Trylogia Bane'a zaś to antyczna historia uniwersum. Epicka opowieść (kojarząca się momentami nie tyle ze Star Wars co Conanem Barbarzyńcą - starożytne ruiny, pradawne artefakty, mrożące krew w żyłach tajemnice czekające na odkrycie) o - nazwijmy to - reformie Sithów dokonanej przez Dartha Bane'a. Zły bohater został pokazany całkiem obiektywnie - bez oceniania i tkliwego moralizatorstwa. Pedantyczni fani notujący skrzętnie techniki i umiejętności użytkowników Mocy dopiszą do swoich list sporo elektryzujących nowinek (przeczytałbym historie o Jeszcze Bardziej Super-Duper-Zamierzchłych Czasach, kiedy Sithowie potrafili za pomocą Mocy zmieniać gwiazdy w supernowe). Karpyshyn potwierdził, że jest jednym z tych lepszych starwarsowych wyrobników, w mojej opinii leży półkę wyżej np. od takiej Elaine Cunningham.
Na zakończenie mógłbym się zastanowić, dlaczego spędziłem tyle czasu (i jeszcze trochę czasu na to zmarnuje) na czytanie tych odpowiedników harlequinów dla young adults i wiecznych dzieciaków - odpowiedź jest całkiem prosta - zapewne dlatego, że mimo wszystkich wad tych czytadeł, mimo ich bijącej po oczach czytadłowatości, pochłaniam je z prędkością światła, nie mogąc doczekać się na to, co wydarzy się w kolejnym tomie. Na tym chyba polega magia Star Wars - człowiek doskonale wie, że to badziew, a jednak znajduje autentyczną przyjemność w obcowaniu z nim. A może to tylko twórcze wykorzystanie sprawdzonych motywów, epickość i patos zderzone z heroicznymi zmaganiami potężnych bohaterów z własnymi słabościami i potężnymi przeciwnikami zewnętrznymi - baśniowość po przejściach - czyli coś, co - znów - stawia Star Wars koło Conana Barbarzyńcy niż koło klasyków zaangażowanej hard s-f poruszającej Ważkie Problemy. I dobrze.
Paolo Bacigalupi Wodny nóż
Serio ta książka trafiła do Uczty Wyobraźni? Jakoś głupio postawić mi ją na półce obok Tonącej dziewczyny, Ciemnego Edenu czy Diaspory. Nie zrozumcie mnie źle - worldbuilding jest wspaniały. Autor odwalił kawał dobrej roboty. Świat jest przedstawiony dosyć naturalistycznie i bezpretensjonalnie, dobro i zło to martwe etykietki, aluzje do faktycznych zjawisk społecznych, religijnych i trendów kulturalnych robią wrażenie, tak samo jak okopanie się autora w obecnym poziomie technologii i trendów w mediach społecznościowych, ale w gruncie rzeczy jest to tylko bardzo dobrze napisana opowieść sensacyjno-przygodowa. Nic aż tak przełomowego. Albo czegoś nie wychwyciłem. Zaprojektowana kunsztownie i przekonywająco wizja rozpadających się Stanów Zjednoczonych dotkniętych pustynnieniem i brakiem dostępu do wody jest całkiem przekonywująca ale w gruncie rzeczy mało odkrywcza. Namysł nad dokonującym się klimatycznym rozpierdzielem w skali planetarnej to też nic nowego, podobnie jak wizja zamkniętych i dobrze strzeżonych miast-enklaw dla bogaczy.
Marek Grzywacz Bogini z nożem w dłoni
Całkiem przyjemna nowelka. Udana krytyka zorganizowanych systemów religijnych. Niezła krytyka zamkniętych osiedli dla samozwańczej, nowobogackiej elity (przynajmniej tak to odebrałem, jeśli autor miał to też na myśli, to przyklaskuję). Świeży pomysł. Ładna okładka.
Dobra rzecz, aaaaale mówiąc szczerze, biorąc pod uwagę całą znaną mi twórczość Autora, to ma on w swoim dorobku rzeczy krótsze a lepsze.
Karolina "Mangusta" Kaczkowska, Tomasz "MordumX" Siwiec Liturgia plugastwa
No, flaczki podano do stołu. Chociaż paradoksalnie nie we flakach tkwi siła tego małego splitu opowiadań dwojga autorów, lecz w poruszanych kwestiach. Najsilniej oddziałujące na czytelnika teksty - a w każdym razie na mnie - Bestie, Słit focie, Otworek - albo są rzeźnią w stopniu symbolicznym, albo mogłyby w ogóle nie epatować brutalną przemocą, a i tak by się broniły jako horror ekstremalny (Bestie). Poza tym mamy po równo tekstów wesołych i refleksyjnych, eksploatujących zarówno sprawdzone motywy gatunku, jak i to, co leży autorom na wątrobie.
W swojej niezbyt rozpowszechnionej i niezbyt rozbudowanej niszy literackiego gore bardzo mocna pozycja. Świadectwo ciągłego rozwoju środowiska.
A nie, moment.
Dobra, to w takim razie mam nadzieję, że bawiliście się przednio, niezależnie od tego co, gdzie i kiedy świętowaliście.
Nigdy nie lubiłem klecić podsumowań rocznych, tym bardziej, że raczej nie jestem z niczym na bieżąco.
Dawno tu nie zaglądałem, ale - będę szczery - po prostu mi się nie chce prowadzić bloga, jest tyle ciekawszych rzeczy do roboty po powrocie z roboty lub i w dni wolne. Czasem nawet stężenie pyłów PM10 i PM2,5 spadnie poniżej 1200% normy i można wtedy zaryzykować krótki spacer wokół bloku.
Zacząłem klecić opowiadania z myślą o zbiorze opowiadań. Na razie jest ich 2,5. Biorąc pod uwagę mój rozlazły i dość przypadkowy tryb pracy (dłubię literacko zazwyczaj tylko przez kilka przypadkowo wybranych miesięcy w roku, tzn. wtedy, kiedy czuję taką potrzebę), całość będzie gotowa za jakieś 5-10 lat. Pewnie nikt nie będzie chciał jej wydać (uderzę do 1-3 niszowych wydawnictw, przy założeniu, że będą jeszcze wtedy na rynku), więc zapewne ostatecznie trafię na jakiś ebookowy selfpublishing (chociaż i tam ostatnio nastąpiła przynajmniej jedna efektowna wywrotka), gdzie będę sprzedawał się samodzielnie za 2,50zł, tuż obok nawiedzonych grafomanów uważających się za literackich geniuszy.
Dlatego najprawdopodobniej zbiór nigdy nie powstanie, a na bieżąco płodzone teksty będę rozsyłał do środowiskowych mniej lub bardziej nieprofesjonalnych pism i zinów.
W gruncie rzeczy to nie chciałbym być pisarzem, bycie sporadycznym autorem wystarcza mi w zupełności. Naiwnie uważam, że moja twórczość będzie w stanie obronić się sama, praktycznie bez żadnych mechanizmów (auto)promocyjnych. Nie przysporzę sobie popularności w polskim horrorowym grajdołku tym stwierdzeniem, ale rzucę je w eter i tak: w środowisku już teraz jest zdecydowanie zbyt wielu autorów nadrabiających braki w talencie dobrym pijarem i środowiskowym fejmem.
Jedyne na czym mi zależy jako autorowi to zdobyć sobie grupę czytelników z którymi byśmy się w miarę dobrze rozumieli. Reszta jest w sumie nieistotna. To miłe uczucie, jak komuś podoba się moja twórczość (w sumie reakcje czytelników nie są dla mnie aż tak ważne jak sam fakt, że zostałem gdzieś opublikowany), ale - zazwyczaj - pisząc wywalam z siebie różne różności, które akurat leżą mi na wątrobie. Przestają leżeć - dobra nasza. Komuś się to podoba - dzięki. Nie podoba się - spoko.
W gruncie rzeczy trochę zmagam się z przewlekłym rozczarowaniem, przejmującym poczuciem, że wszystko wokoło to nieistotne absurdy. Mam wrażenie, jakbym cały czas był zmęczony.
Dobra, dość marudzenia.
Byłem w kinie na tym nowym Tarantino. Gęsty, klaustrofobiczny obraz zajeżdżający eurowesternem (przez pierwszą ~połowę) pozbawiony jednak polotu takich klasyków jak The Great Silence czy gęstości Cut-Throats Nine (1972), potem przechodzący w uroczą napierdalankę. Kwestie równouprawnienia Afroamerykanów, rasizmu, itd., pewnie budzą więcej emocji za oceanem niż u nas. Estetyzacja przemocy - także psychicznej - a także iście surrealistyczna łatwość zabijania - to przynajmniej dla takiego degenerata jak ja - największe zalety filmu. Amoralność postaci - też plus. Tytuł adekwatny. Soundtrack pasowałby bardziej do poważniejszej klasyki gatunku lub horroru - ale nie jest zły. Brawo za Kurta Russela - od dnia gdy za szczeniaka obejrzałem po raz pierwszy Ucieczkę z Nowego Jorku bardzo lubię tego gościa.
A czytać, to czytałem. Dużo czytałem.
Neil Gaiman x3: Drażliwe tematy, Dym i lustra, Rzeczy ulotne - nowe wydania, te w twardych okładkach, z blondynką, czarnowłosą i rudą.
Nie ukrywam, że mając wielki szacunek do twórczości Gaimana, prawdziwego człowieka popkulturowego renesansu, odnajdującego się w najróżniejszych formach i kształtach, nigdy nie współodczuwałem z jego twórczością. Czytało się świetnie, sypał pomysłami jak z rękawa, skakał z estetyki na estetykę, od baśniowych wariacji przez nastrojowe dark fantasy po eteryczne, oniryczne horrory, do tego jeszcze trafiła się tu i ówdzie poezja - ale nie trafia on do mnie tak bardzo, jakby mógł. Najwyraźniej nadajemy na rozbieżnych częstotliwościach. Gaiman to dla mnie jeden z tych autorów, w przypadku których obcując z jego tekstami widzisz w pełni jego talent i doceniasz kunszt - a miesiąc później pamiętasz o talencie i kunszcie ale za cholery nie potrafisz przywołać wspomnień więcej niż z ~5 opowiadań z trzech zbiorów opowiadań.
Star Wars:
Nowa Era Jedi:
R.A Salvatore Wektor pierwszy
Michael Stackpole Mroczny przypływ I: Szturm
Michael Stackpole Mroczny przypływ II: Inwazja
James Luceno Agenci Chaosu I: Próba bohatera
James Luceno Agenci Chaosu II: Zmierzch Jedi
Kathy Tyers Punkt równowagi
Greg Keyes Ostrze zwycięstwa I: Podbój
Greg Keyes Ostrze zwycięstwa II: Odrodzenie
Troy Denning Gwiazda po gwieździe
Elaine Cunningham Mroczna podróż
Aaron Allston Linie wroga I: Powrót Rebelii
Aaron Allston Linie wroga II: Twierdza Rebelii
Matthew Stover Zdrajca
Walter Jon Williams Szlak przeznaczenia
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy I: Ruiny Imperium
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy II: Uchodźca
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy III: Spotkanie po latach
Greg Keyes Ostatnie proroctwo
James Luceno Jednocząca moc
Trylogia Mroczne Gniazdo:
Troy Denning Mroczne Gniazdo I: Władca Dwumyślnych
Troy Denning Mroczne Gniazdo II: Niewidzialna królowa
Troy Denning Mroczne Gniazdo III: Wojna rojów
Dziedzictwo Mocy:
Aaron Allston Zdrada
Karen Traviss Braterstwo krwi
Troy Denning Nawałnica
Aaron Allston Wygnanie
Karen Traviss Poświęcenie
Troy Denning Piekło
Aaron Allston Furia
Karen Traviss Objawienie
Troy Denning Niezwyciężony
Przed Przeznaczeniem Jedi:
Paul S. Kemp Rozdroża czasu
Aaaaa także z drugiej strony osi czasu:
Drew Karpyshyn Droga zagłady
Drew Karpyshyn Zasada dwóch
Drew Karpyshyn Dynastia zła
Ok, część z Was pewnie o tym nie wiedziała, ale jestem wielkim fanem Star Wars. Może nie aż takim jak np. pewien mój dobry przyjaciel będący wyznawcą religii Jedi, ale jednak. Poza tym nie mam wiernopoddańczego stosunku do starego kanonu zwanego Expanded Universe.
Nie zamierzam pisać tutaj wprowadzenia do Expanded Universe, czyli wykraczającego poza filmy uniwersum Star Wars, które zaczęło się formalnie w 1978 roku (przynajmniej tę datę się podaje najczęściej) i które zabił Disney (kogo chcemy oszukać - zabił je sam George Lucas sprzedając markę Disney'owi) tworząc od podstaw własne kontynuacje Powrotu Jedi, ponieważ można by o tym pisać całe eseje, w których i tak nie dojdzie się do żadnych konstruktywnych wniosków. Wszystko przed Disney'em aktualnie wrzucono do nowej pod-marki Legends, kto wie, czy i kiedy stare uniwersum będzie jeszcze kontynuowane.
Fakt faktem, cała rzesza autorów książek, komiksów, seriali, gier komputerowych wzniosła na przestrzeni ~40 lat ocean historii, postaci, wątków. Bądźmy szczerzy - żadnych geniuszy literackich tam nie było (wyróżniali się co najwyżej bardzo sprawni rzemieślnicy jak Timothy Zahn), za to swoją przystań znaleźli tam autorzy-wyrobnicy znani z pisania książek w nieswoich uniwersach (Dungeons & Dragons/gry starego, dobrego Black Isle, Mass Effect, gry Blizzarda, itd., itp., etc.).
Powiedzmy sobie szczerze: nawet najlepsze książki ze Star Wars Expanded Universe (żadna z wyżej wymienionych nie zalicza się moim zdaniem do tych najlepszych, może poza sympatyczną Trylogia Bane'a i Zdrajcą, pozycją bardzo różną od przygodowo-sensacyjnej bieda-psychologizującej starwarsowej typówki) to pieprzone czytadła (tak, nawet legendarna trylogia Thrawna to czytadła - ok psychofani, czekam na groźby karalne), do tego polski wydawca książek Star Wars z czasów przed Disney'em - Amber - dołożył swoje trzy grosze do niskiej jakości całości - albo styl wszystkich autorów jest praktycznie identyczny, albo tłumacze wyrównywali indywidualne cechy wszystkich autorów, do tego nie raz i nie dwa robili to wyjątkowo topornie i niechlujnie. Nie miałem jeszcze przyjemności z pozycjami z nowego kanonu wydawanego przez Uroborosa (czy jakoś tak, nie chce mi się teraz góglać za poprawną nazwą, leniwy jestem i nie lubię się rozpraszać w czasie pisania).
Z jednej strony szkoda mi Expanded Universe jako takiego, Star Wars bez Thrawna, Mary Jade, Jacena i Jainy Solo to nie to samo, z drugiej strony trzeba przyznać szczerze, że przez cały okres rozwoju uniwersum wykwitło w nim mnóstwo bzdur, historii złych, nieprzemyślanych, a stabilność i wewnętrzna spójność uniwersum nieraz sprawiała wrażenie pospinanej agrafkami (vivat wszystkie retcony i wrzucanie na siłę do późniejszych książek/komiksów postaci/miejsc/aluzji do historii sprzed lat, żeby tylko były, skoro już je ktoś kiedyś wymyślił). Do tego - przynajmniej mnie - denerwowało zrobienie z całego uniwersum sitcomu o przygodach rodzin Skywalkerów i Solo - ok, poza czasami Starej Republiki i wcześniejszymi, a także generalnie przed Mrocznym Widmem. Ale przynajmniej mnie to nudziło - kolejni autorzy daliby se w końcu spokój, wymyślili kogoś nowego. Tymczasem w ostatniej, niewydanej w PL książce z EU Han Solo ma już koło 80-tki. Bez kitu, dajcie im odpocząć.
Nowa Era Jedi moim zdaniem była wielką niewykorzystaną szansą - na przewietrzenie uniwersum. Inwazja obcych istot z obcej galaktyki, niewidocznych w Mocy, mających do tego żywe organizmy za broń, statki i przedmioty codziennego użytku to samograj. W końcu coś nowego w stosunku do po raz n-ty odnawianych Imperiów lub wyciągania z dupy kolejnych chętnych na odrodzenie Imperium lub utworzenie własnego. Myślałem, że będzie to nowe rozdanie - i poniekąd było, ale nie do końca. Niby galaktyka została zmieniona nie do poznania, całe planety zostały nieodwracalnie (ok, nie przesadzajmy z tą nieodwracalnością) zmienione, przynajmniej kilka populacji planet zostało całkowicie wymordowanych, porządek polityczny wywrócono kilkakrotnie, bardzo rozwinięto wielu bohaterów, także starych i dobrze znanych, a mimo tego nie zrobiono czegoś, o co aż by się prosiło - nie zakończono z hukiem życia wielu postaci z wcześniejszych książek, nie rozwalono w pył planet, gdzie wcześniejsi autorzy narobili jakiś głupot, nie wyczyszczono nadmiaru wątków, historii, opowieści. Aż się o tak radykalny krok prosiło. Jednym eventem można było przewietrzyć zaduch zbierający się w uniwersum. Poza przygotowaniem gruntu pod przyszłe serie, jedyne w czym namieszano, to w powszechnie uznanym rozumieniu Mocy - tylko po to, by w kolejnej dużej serii, czyli Dziedzictwie Mocy, w sporej części wycofać się ze zmian (SPOILER - Vergere w NEJ sprawiała wrażenie znacznie bardziej niejednoznacznej postaci niż w DM, gdzie okazało się, że była po prostu Sithem nie przyznającym się do bycia Sithem). Ok, w NEJ ginie też jedna postać znana z filmów - co wpływa na wszystkie pozostałe - brawa za odwagę i próbę pokazania starych bohaterów jako steranych życiem i targanych wątpliwościami. To się udało.
Sama historia ciągnąca się przez 19 książek obfituje w zwroty akcji, cliffhangery, widzimy z jak ekstremalnymi sytuacjami zderzają się bohaterowie, jak w zetknięciu się z nimi pękają im światopoglądy i kręgosłupy moralne. Motyw zderzenia się z obcą, nieznaną technologią jest dobry, ale zaprezentowany nierówno - po początkowych zupełnych klęskach Nowej Republice udaje się zadziwiająco szybko nawiązywać z Yuuzhan Vongami walkę jak równy z równym.
Interesująco opisano też postępującą przemianę samych najeźdźców, zderzenie się ich fanatyzmu, kultury skupionej na adorowaniu bólu, społeczeństwa kastowego z wszystkim co dla nich obce i niepojęte. Jasne, nie są to fachowe, naukowe analizy, ale nie jest to też zupełna amatorszczyzna.
Na tle historii jako całości wyróżnia się Zdrajca - teatr jednego aktora, historia o poświęceniu, rozpadzie i stworzeniu się na nowo.
Ktoś czegoś nie dopilnował (polski wydawca), w jednej z książek pewne nazwy/ksywy są tłumaczone inaczej niż w pozostałych. Ktoś czegoś nie dopilnował (autorzy oryginalni) - wychwyciłem kilka nieścisłości między poszczególnymi pozycjami. Chociaż przy takich rozmiarach projektu jak i rozmiarach całego uniwersum, to i tak tych nieścisłości było bardzo mało.
Mroczne Gniazdo przynosi kilka interesujących szczegółów (sięgających nieraz i do czasów sprzed Nowej Nadziei), rozwija pewien motyw poboczny z NEJ, poza tym jest dość daremną historią, zapychaczem miejsca, by zrobić coś z tym motywem pobocznym.
A Dziedzictwo Mocy? Ha, z jednej strony mamy zrzynkę z historii Vadera w wykonaniu - SPOILER - jego wnuka, z drugiej fantastyczny obraz rozpadającej się rzeczywistości politycznej Galaktycznego Sojuszu (powstałego na gruzach skorumpowanej Nowej Republiki w NEJ), gdzie niedawni (lub bardzo dawni) przyjaciele stają po przeciwnych stronach barykady (przejściowo np. Han i Leia vs. Luke i jego Nowy Zakon Jedi, po czym wszyscy vs. Darth Caedus). W finale pojawia się kolejna stara, dobra znajoma sprzed wielu, wielu lat. Swoje pięć minut ma też Boba Fett - poznajemy tragiczną historię jego żony, córki i wnuczki, a on sam staje się w pewnym momencie wręcz sympatyczny. Co jeszcze? Widać wyraźnie, że nasi bohaterowie się starzeją. Potwierdzony zostaje fakt, że niezależnie od siły charakteru i dobrych intencji nie da się być dobrym Sithem (ok, przedstawiono jeden niejednoznaczny przypadek potwierdzający regułę). Kolejni znani i lubiani bohaterowie (wprowadzeni już w książkach) giną. Generalnie - dużo się dzieje, ciekawie się dzieje. Jeszcze bardziej niż w NEJ zatarty zostaje podział na dobrych i złych. Całość jest jeszcze bardziej mroczna niż dosyć posępny NEJ (jak na standardy Star Wars oczywiście).
Co po Dziedzictwie? Mam kolejne książki, w tym całą następną dużą serię - Przeznaczenie Jedi. Przed serią jest kilka mniejszych historii wprowadzających do niej - Rozdroża czasu oscylują wokół postaci z dalszych szeregów, w końcu mamy coś innego niż 2137 odcinek serialu "Skywalkerowie i Solo ratują galaktykę", motyw z przeskokiem w czasie (bagatela 5000 lat) ciekawy, tak samo jak zaprezentowane efektowne i popełnione z premedytacją przejście na ciemną stronę. Zobaczymy, co będzie dalej. Niestety, upchnięto w jedną książkę trochę zbyt wiele wątków. Znów mamy charakterystyczne starwarsowe deus ex machina, gdy rzeczy się po prostu cudownie dzieją, wszystko dokładnie wtedy i w taki sposób, żeby wyszło w miarę dobrze.
Adnotacja na marginesie - całe uniwersum Star Wars zawiera milion przykładów (i argumentów) przeciwko wolnej woli. Ciekawe, czy ktoś kiedyś podjął się głębszej analizy tego wątku. Poczytałbym.
Trylogia Bane'a zaś to antyczna historia uniwersum. Epicka opowieść (kojarząca się momentami nie tyle ze Star Wars co Conanem Barbarzyńcą - starożytne ruiny, pradawne artefakty, mrożące krew w żyłach tajemnice czekające na odkrycie) o - nazwijmy to - reformie Sithów dokonanej przez Dartha Bane'a. Zły bohater został pokazany całkiem obiektywnie - bez oceniania i tkliwego moralizatorstwa. Pedantyczni fani notujący skrzętnie techniki i umiejętności użytkowników Mocy dopiszą do swoich list sporo elektryzujących nowinek (przeczytałbym historie o Jeszcze Bardziej Super-Duper-Zamierzchłych Czasach, kiedy Sithowie potrafili za pomocą Mocy zmieniać gwiazdy w supernowe). Karpyshyn potwierdził, że jest jednym z tych lepszych starwarsowych wyrobników, w mojej opinii leży półkę wyżej np. od takiej Elaine Cunningham.
Na zakończenie mógłbym się zastanowić, dlaczego spędziłem tyle czasu (i jeszcze trochę czasu na to zmarnuje) na czytanie tych odpowiedników harlequinów dla young adults i wiecznych dzieciaków - odpowiedź jest całkiem prosta - zapewne dlatego, że mimo wszystkich wad tych czytadeł, mimo ich bijącej po oczach czytadłowatości, pochłaniam je z prędkością światła, nie mogąc doczekać się na to, co wydarzy się w kolejnym tomie. Na tym chyba polega magia Star Wars - człowiek doskonale wie, że to badziew, a jednak znajduje autentyczną przyjemność w obcowaniu z nim. A może to tylko twórcze wykorzystanie sprawdzonych motywów, epickość i patos zderzone z heroicznymi zmaganiami potężnych bohaterów z własnymi słabościami i potężnymi przeciwnikami zewnętrznymi - baśniowość po przejściach - czyli coś, co - znów - stawia Star Wars koło Conana Barbarzyńcy niż koło klasyków zaangażowanej hard s-f poruszającej Ważkie Problemy. I dobrze.
Paolo Bacigalupi Wodny nóż
Serio ta książka trafiła do Uczty Wyobraźni? Jakoś głupio postawić mi ją na półce obok Tonącej dziewczyny, Ciemnego Edenu czy Diaspory. Nie zrozumcie mnie źle - worldbuilding jest wspaniały. Autor odwalił kawał dobrej roboty. Świat jest przedstawiony dosyć naturalistycznie i bezpretensjonalnie, dobro i zło to martwe etykietki, aluzje do faktycznych zjawisk społecznych, religijnych i trendów kulturalnych robią wrażenie, tak samo jak okopanie się autora w obecnym poziomie technologii i trendów w mediach społecznościowych, ale w gruncie rzeczy jest to tylko bardzo dobrze napisana opowieść sensacyjno-przygodowa. Nic aż tak przełomowego. Albo czegoś nie wychwyciłem. Zaprojektowana kunsztownie i przekonywająco wizja rozpadających się Stanów Zjednoczonych dotkniętych pustynnieniem i brakiem dostępu do wody jest całkiem przekonywująca ale w gruncie rzeczy mało odkrywcza. Namysł nad dokonującym się klimatycznym rozpierdzielem w skali planetarnej to też nic nowego, podobnie jak wizja zamkniętych i dobrze strzeżonych miast-enklaw dla bogaczy.
Marek Grzywacz Bogini z nożem w dłoni
Całkiem przyjemna nowelka. Udana krytyka zorganizowanych systemów religijnych. Niezła krytyka zamkniętych osiedli dla samozwańczej, nowobogackiej elity (przynajmniej tak to odebrałem, jeśli autor miał to też na myśli, to przyklaskuję). Świeży pomysł. Ładna okładka.
Dobra rzecz, aaaaale mówiąc szczerze, biorąc pod uwagę całą znaną mi twórczość Autora, to ma on w swoim dorobku rzeczy krótsze a lepsze.
Karolina "Mangusta" Kaczkowska, Tomasz "MordumX" Siwiec Liturgia plugastwa
No, flaczki podano do stołu. Chociaż paradoksalnie nie we flakach tkwi siła tego małego splitu opowiadań dwojga autorów, lecz w poruszanych kwestiach. Najsilniej oddziałujące na czytelnika teksty - a w każdym razie na mnie - Bestie, Słit focie, Otworek - albo są rzeźnią w stopniu symbolicznym, albo mogłyby w ogóle nie epatować brutalną przemocą, a i tak by się broniły jako horror ekstremalny (Bestie). Poza tym mamy po równo tekstów wesołych i refleksyjnych, eksploatujących zarówno sprawdzone motywy gatunku, jak i to, co leży autorom na wątrobie.
W swojej niezbyt rozpowszechnionej i niezbyt rozbudowanej niszy literackiego gore bardzo mocna pozycja. Świadectwo ciągłego rozwoju środowiska.
sobota, 19 grudnia 2015
Upływający czas #54
W ciągu ostatniego czasu, a dokładniej kilku miesięcy, miałem niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w dwóch koncertach black metalowych w stołecznym królewskim. W związku z tym samo nasunęło mi się pewne spostrzeżenie, która od zawsze mnie zastanawiało (no dobra, dawno temu, gdy w liceum chodziłem nawet latem w długim czarnym płaszczu, glanach i koszulce Burzum, a raz musiałem salwować się po zajęciach ucieczką przed przeważającymi siłami fanów Mayhem, nie zajmowały mnie takie szczegóły, liczył się ekstremizm jako taki). Mianowicie, w jaki sposób niektórzy uczestnicy mogą łączyć dowolne poglądy będące w ich mniemaniu programem pozytywnym z radosnym podrygiwaniem do muzyki z tekstami o jednoznacznie nihilistycznym przekazie. Ta sama nieścisłość, rozdarcie między chęcią obrony jakiś - subiektywnych rzecz jasna - wartości a zupełną negacją świata, życia, człowieka, itd. zawsze zastanawiało mnie w przekazie części wykonawców - no bo gdzie biała rasa, czternaście słów, tak czy inaczej rozumiana cywilizacja europejska, itd., itp., a gdzie śmierć ludzkości, gwałty na niemowlakach i rozpasane orgie ku czci Rogatego/rozmycie się w wiecznej ciemności/itp. Mimo mojego własnego stosunku do omawianego zjawiska, ns skini na koncertach black metalowych mi nie przeszkadzają - kim ja jestem, żeby mówić komukolwiek na jakie koncerty ma przychodzić. Za to niezwykle denerwuje mnie nowsze zjawisko - obecność, poza kucami i łysolami, hipsterów. Stojąc obok któregoś z nich, typa częściej patrzącego w ekran smartfona
niż spoglądającego na scenę, po niedługim czasie miałem ochotę mu
przyjebać. Koncert black metalowy to miejsce, gdzie można łatwo zostać oblanym piwem, łatwo zgubić telefon, w skrajnym przypadku można dostać po ryju, przypadkiem lub niezupełnie przypadkiem, czasem nawet od muzyków, aż dziw bierze, że ktokolwiek może tego nie rozumieć, ba, może mieć z tym problem.
O ile sam wolę Mgłę na słuchawkach w czasie spaceru przez wymarłe dzielnice postindustrialne, to warto było machać łbem w tłumie. Bardzo spoczko było też zobaczyć Mikko Aspę na żywo. Czytając teksty Clandestine Blaze czasem nie sposób nie zazgrzytać zębami (przykład rozdarcia o którym wspomniałem wyżej), ale gość jest legendą i nikt tego nie zaneguje.
No ale niech tam, grunt, że ja się dobrze bawiłem, zarówno w Zaścianku na Blaze of Perdition (koncertowy wokalista dał radę jak najbardziej, zagrali też Królestwo Twoje, więc już w ogóle) jak i w Rotundzie na Mgle.
18.12 miałem okazję być w kinie (studyjnym, ale dało radę, wbrew pozorom nie potrzeba było 3D [z moim astygmatyzmem i tak kiepsko się filmy w 3D ogląda] i ekranu o przekątnej równej długości boiska piłkarskiego by cieszyć się filmem) na nowych Gwiezdnych Wojnach. Mam mieszane uczucia, ale zawiodłem się pozytywnie - nie było to takie gówno jak myślałem, że będzie. Byłem pewien, że po emisji spokojnie będę mógł napisać opinię jednozdaniową w stylu: ekranizacja Trylogii Thrawna byłaby dużo lepszym pomysłem, tymczasem mimo całej wtórności, fabularnych absurdów, itd., mamy całkiem dobry, szalenie efektowny, trzymający w napięciu i, na szczęście, długi film.
Co jest wtórne? Sam zarys fabuły. Mamy powieloną po raz kolejny historię o prostaczku z pustynnego wypizdowa, który to prostaczek dzięki serii absurdalnych zbiegów okoliczności staje się postacią kluczową w toczącej się wojnie dobra ze złem (płeć prostaczka nie ma tu znaczenia). Jednym z liderów tych złych jest sekciarz w czarnej masce, ponad to oczywiście dysponują oni superbronią zdolną niszczyć całe planety. Następuje heroiczny atak dobrych na złych, gdy źli dowiadują się o lokalizacji ukrytej bazy tych dobrych. Przy ciężkich stratach udaje się dobrym rozpirzyć superbroń złych, główny zły ma dostać ochrzan od głównego jeszcze gorszego. Do tego w tle opowieści mamy ukrywającego się w jeszcze bardziej zapyziałym wypizdowie niż przedstawionym na początku filmu steranego życiem mędrca, nasz prostaczek ma zadatki na sekciarza, główny zły jest skoligacony z dobrymi, itd.
W sumie na tym samym pomyśle (z różnym rozłożeniem akcentów) opierała się fabuła zarówno Mrocznego widma, jak i Nowej nadziei, w Przebudzeniu Mocy na pewno ciekawym novum jest lekki cliffhanger na zakończenie i bardzo niejednoznaczne, chaotyczne i jakby nieprzekonane zło jednego ze złych. Uśmiercenie jednego ze starych bohaterów, chociaż spodziewałem się czegoś takiego (nie ogarniałem na bieżąco pojawiających się spoilerów), mimo wszystko było dość zaskakujące. Zaskakujące było też, że nikt nie stracił ręki, bo to już chyba świecka tradycja serii. Wreszcie nieco zaskakująca była możliwość zobaczenia szturmowców w czasie akcji pacyfikacyjnej - mam wrażenie, że bieżąca trylogia będzie trochę mroczniejsza od poprzednich części. Zaskoczyło mnie to podwójnie - że Disney coś takiego pokazał.
Oczywiście, biorąc pod uwagę samą historię jako taką, to niezależnie od tego, co wydarzy się w kolejnych epizodach, ekranizacja Trylogii Thrawna byłaby dużo lepszym pomysłem. Nie jestem przy tym ortodoksyjnym fanem Expanded Universe - było (hmm, jest) ono tworem przerośniętym, pełnym faktycznie złych i niepotrzebnych historii, zaciemniających obraz uniwersum i niepotrzebnie mnożących wątki, postaci poboczne, historie bohaterów filmowych, których życiorysami można by obdzielić dodatkowo kilkanaście innych osób, itd. Po prostu uważam, że wywalenie uniwersum jako takiego (Legends - proszę was, kto poza największymi [i najstarszymi] fanatykami sięgnie po pozycje rozmijające się z kolejnymi filmami), było czymś zupełnie niepotrzebnym i szkodliwym, wśród wszystkich tytułów wydanych pod szyldem Star Wars trafiały się prawdziwe perełki. Jak np. Tryloga Thrawna.
BTW księżniczka Leia jest moją ulubioną księżniczką Disneya.
J.G. Ballard Wyspa
Heh, sam chciałem kiedyś napisać coś podobnego. Historię o gościu uwięzionym w urywku świata, faktycznej wyspie, pomiędzy ruchliwymi drogami, na oceanie ciągłego ruchu. Nawet napisałem (Powtórne przyjście), tyle, że to, co ostatecznie mi wyszło, różni się znacznie od tego, co zamierzałem napisać na samym początku.
Historia opowiedziana przez Ballarda jest całkiem prosta. Główny bohater ma wszystko, co jest mu potrzebne do całkiem przyjemnej egzystencji. Składają się na to: drogi samochód, dobra luksusowe, lukratywna posada, rodzina i kochanka. Pewnego dnia wypada z trasy, z drogi szybkiego ruchu. Ląduje w opuszczonym, zabiedzonym Nigdzie otoczonym ciągami dróg prowadzących do metropolii. Usiłuje wydostać się z wyspy, jednak nie udaje mu się to - zostaje potrącony. Nikt nie zatrzymuje się by go podwieźć do cywilizacji.
Bez pożywienia i bez wody, bez środków do życia, ranny i z gorączką, w otoczeniu rdzewiejących wraków, bujnie rosnącej trawy i szczątków fundamentów dawnego osiedla musi radzić sobie sam, nie będąc do tego nijak przygotowanym. Na dodatek niedługo potem okazuje się, że wyspa nie jest bezludna, a jej mieszkańcy mają swoje powody, by zatrzymać na niej rozbitka. Rozbitek podejmuje jednak z nimi grę...
Ballard w surrealistyczny i przejaskrawiony sposób ukazuje egzystencjalną pustkę życia w naszej zwariowanej ponowoczesności. Jego wizja wcale się nie zestarzała, wraz z postępującym wyorbitowywaniem relacji międzyludzkich w nierzeczywistość, zapośredniczaniem coraz szerszych dziedzin życia przez usługi, jest coraz bardziej i bardziej aktualna. Książka pochodzi co prawda sprzed ery telefonów komórkowych i smartfonów, ale można przyjąć, że na wyspie po prostu nie ma zasięgu. Wcale nie trzeba rozbić się gdzieś za siedmioma górami, za siedmioma lasami, by trafić na nieprzyjazne człowiekowi odludzie. W ramach naszego uporządkowanego świata rozwijają się bujnie takie enklawy, obszary przegrane, zapomniane, wykorzystane przez aktualną formę globalnego systemu kapitalistycznego, przeżute i wydalone, zamieszkiwane przez również przeżutych i wydalonych wyrzutków. Może to być wyspa między ruchliwymi drogami, jak i wymierające osiedle czy całe małe miasto. Autor pokazuje też jak pretekstowe i złudne są wszystkie stałości naszego uporządkowanego świata. Jak niewiele potrzeba, by z człowieka wyszło zwierze kierujące się pierwotnymi instynktami, rządzą przetrwania i dominacji w stadzie. Jak niewiele też potrzeba, by znaleźć swój własny, subiektywny sens w miejscach, o których nawet by się nie pomyślało, że mogą go nam ofiarować.
J.G. Ballard Wieżowiec
Ha, ekranizacja już wkrótce.
Jedna z bardziej surrealistycznych książek Ballarda. Opowieść o ogromnym, 40-piętrowym wieżowcu, ultra-nowoczesnym, pełnym usług dodatkowych i wszelkich udogodnień (baseny, siłownie, fryzjer, nawet szkoła, ogrody, itd.), którego mieszkańców ogarnia postępujące szaleństwo, rozpad wartości, uwiąd norm kulturowych i relacji międzyludzkich, następuje powrót do barbarzyństwa. Na opustoszałych piętrach kształtuje się podział klasowy, następnie postępuje rozpad na plemiona i klany, by ostatecznie każdy z mieszkańców, który przeżył wystarczająco długo, mógł zaakceptować swój wcześniejszy świat, chcieć wrócić do poprzedniego życia, lecz traktować je jako utkane z konstruktów nie mających żadnej głębszej treści. Widzimy uwiąd wartości spowodowany dobrobytem, nasyceniem i przepełnieniem, jednak do pewnego stopnia dość nietzscheański/stirnerowski w swoim zarysie. Upadają stare wartości, przygniecione ogromem wieżowca, nie kształtują się nowe - bo skąd mogłyby same z siebie się ukształtować, z bezmyślnej negacji nigdy nie wyjdzie nic budującego. Dlatego po pierwszym buncie, obróceniem w niwecz dobrodziejstw cywilizacji, nastaniem walk plemiennych w wieżowcu, gwałtów, napadów, rozbojów, morderstw, walką o zasoby i kobiety, nawet próby osiągnięcia czegoś w rodzaju chwały wojownika, nadchodzi stagnacja, a na końcu rodzaj mrocznego objawienia, gdy jeden z ostatnich żywych mieszkańców, żyjący z własną siostrą, dochodzi do wniosku, nad szczątkami psa pieczonego na balkonie, że wszystko wróciło do normy i że może warto by wrócić do pracy. Wolny od złudzeń, którymi karmił się wcześniej, postanawia też uzależnić od morfiny swoją siostrę-kochankę i przypadkową kobietę, która własną krwią karmiła swojego kota.
Właśnie, wraz z rozpadem świata wartości, zastępowanym przez wtórne barbarzyństwo i kult siły, plaga usterek technicznych dotknęła wieżowiec jako taki. Początkowe problemy z prądem i wodą przybrały postać epidemii, ogromny moloch został wkrótce pozbawiony dostępu do dóbr pierwszej potrzeby, mieszkańcy przestali chodzić do pracy, blok i okolica zatonęła w śmieciach i innych odpadkach. Rozkład dokonywał się na dwóch płaszczyznach jednocześnie - moralnej i technologicznej, obie zostały ze sobą sprzęgnięte wygodą, katastrofa jednej pociągnęła katastrofę drugiej.
Być może w tej metaforze społeczeństwa Ballard chciał też odwołać się do napięć klasowych - wieżowiec wyraźnie podzielił się na strefy analogiczne do (nieco uproszczonej, bo trzyczęściowej) drabiny społecznej. W penthousie na dachu mieszkał architekt budynku, uważający się od pewnego momentu za jego władcę, ułomny demiurg, którego przerosło własne dzieło, i który ostatecznie został pokonany przez własne stworzenie, jeśli za jego stworzenie uznamy też warunki umożliwiające spontaniczny powrót do barbarzyństwa, rozpad uwarunkowań i efektowny oraz destrukcyjny zarazem powrót wypartego. Bardzo wymowne jest przedstawienie pewnego ginekologa (również z najwyższej warstwy) - wraz z grupką kobiet porozumiewali się ze sobą za pomocą symulacji nagrywanych przez niego w czasie jego kariery lekarskiej i odtwarzanych wciąż i wciąż odgłosów rodzących kobiet. Ani chybi chyba miał to być rodzaj tęsknoty za rytuałem przejścia, inicjacją do czegoś nowego, innego, rytuał narodzenia na nowo w świecie, gdzie rozpadła się stara forma bytu, a nowa nie zamanifestowała się jeszcze.
Wieżowiec to rewelacyjna książka, ale nie wolno traktować jej jako zwyczajnej fikcji spekulatywnej, bo pod względem ciągów przyczynowo-skutkowych, wewnętrznej spoistości świata przedstawionego, itd., dzieło Ballarda jest wyjątkowo dziurawe, niespójne, nieprawdopodobne. Jeśli uznamy ją zaś za surrealistyczną metaforę otaczającej nas rzeczywistości, za rodzaj przypowieści, wtedy można docenić jej wielkość. Mam nadzieję, że nadchodząca ekranizacja uchwyci jej ducha.
Karol Mitka Robiłem to z żywym trupem
Kolejna pozycja wydana przez niestrudzonego Tomka Siwca i jego Horror Masakrę.
Ok, jako iż jesteśmy w swoim gronie, przyznajmy szczerze - wartości literackich tutaj nie ma za grosz, drugiego dna również, autor szokuje dla samej przyjemności płynącej z szokowania. Do tego bardzo, ale to bardzo przydałaby się bardziej wnikliwa edycja i korekta. A mimo to świetnie się bawiłem czytając tę nowelkę, rechocząc z rzeczy, które przypadkowego czytelnika przyprawiłyby o wymioty (zakładając, że po książeczkę o takim tytule sięgnąłby ktokolwiek przypadkowy, wątpię). Świetnie się bawiłem także dlatego, że autor nie próbuje nawet udawać, że chodzi mu o coś innego niż o możliwość opisania serii scen seksu analnego, oralnego, itd., z zombie, przy zupełnie pretekstowej i w gruncie rzeczy mało istotnej fabule. Nie zawiodłem się, czekam na kolejne dziełko autora. Rozrywka dla zwyroli dostarczona przez zwyrola. Zółwik, ziomuś.
O ile sam wolę Mgłę na słuchawkach w czasie spaceru przez wymarłe dzielnice postindustrialne, to warto było machać łbem w tłumie. Bardzo spoczko było też zobaczyć Mikko Aspę na żywo. Czytając teksty Clandestine Blaze czasem nie sposób nie zazgrzytać zębami (przykład rozdarcia o którym wspomniałem wyżej), ale gość jest legendą i nikt tego nie zaneguje.
No ale niech tam, grunt, że ja się dobrze bawiłem, zarówno w Zaścianku na Blaze of Perdition (koncertowy wokalista dał radę jak najbardziej, zagrali też Królestwo Twoje, więc już w ogóle) jak i w Rotundzie na Mgle.
18.12 miałem okazję być w kinie (studyjnym, ale dało radę, wbrew pozorom nie potrzeba było 3D [z moim astygmatyzmem i tak kiepsko się filmy w 3D ogląda] i ekranu o przekątnej równej długości boiska piłkarskiego by cieszyć się filmem) na nowych Gwiezdnych Wojnach. Mam mieszane uczucia, ale zawiodłem się pozytywnie - nie było to takie gówno jak myślałem, że będzie. Byłem pewien, że po emisji spokojnie będę mógł napisać opinię jednozdaniową w stylu: ekranizacja Trylogii Thrawna byłaby dużo lepszym pomysłem, tymczasem mimo całej wtórności, fabularnych absurdów, itd., mamy całkiem dobry, szalenie efektowny, trzymający w napięciu i, na szczęście, długi film.
Co jest wtórne? Sam zarys fabuły. Mamy powieloną po raz kolejny historię o prostaczku z pustynnego wypizdowa, który to prostaczek dzięki serii absurdalnych zbiegów okoliczności staje się postacią kluczową w toczącej się wojnie dobra ze złem (płeć prostaczka nie ma tu znaczenia). Jednym z liderów tych złych jest sekciarz w czarnej masce, ponad to oczywiście dysponują oni superbronią zdolną niszczyć całe planety. Następuje heroiczny atak dobrych na złych, gdy źli dowiadują się o lokalizacji ukrytej bazy tych dobrych. Przy ciężkich stratach udaje się dobrym rozpirzyć superbroń złych, główny zły ma dostać ochrzan od głównego jeszcze gorszego. Do tego w tle opowieści mamy ukrywającego się w jeszcze bardziej zapyziałym wypizdowie niż przedstawionym na początku filmu steranego życiem mędrca, nasz prostaczek ma zadatki na sekciarza, główny zły jest skoligacony z dobrymi, itd.
W sumie na tym samym pomyśle (z różnym rozłożeniem akcentów) opierała się fabuła zarówno Mrocznego widma, jak i Nowej nadziei, w Przebudzeniu Mocy na pewno ciekawym novum jest lekki cliffhanger na zakończenie i bardzo niejednoznaczne, chaotyczne i jakby nieprzekonane zło jednego ze złych. Uśmiercenie jednego ze starych bohaterów, chociaż spodziewałem się czegoś takiego (nie ogarniałem na bieżąco pojawiających się spoilerów), mimo wszystko było dość zaskakujące. Zaskakujące było też, że nikt nie stracił ręki, bo to już chyba świecka tradycja serii. Wreszcie nieco zaskakująca była możliwość zobaczenia szturmowców w czasie akcji pacyfikacyjnej - mam wrażenie, że bieżąca trylogia będzie trochę mroczniejsza od poprzednich części. Zaskoczyło mnie to podwójnie - że Disney coś takiego pokazał.
Oczywiście, biorąc pod uwagę samą historię jako taką, to niezależnie od tego, co wydarzy się w kolejnych epizodach, ekranizacja Trylogii Thrawna byłaby dużo lepszym pomysłem. Nie jestem przy tym ortodoksyjnym fanem Expanded Universe - było (hmm, jest) ono tworem przerośniętym, pełnym faktycznie złych i niepotrzebnych historii, zaciemniających obraz uniwersum i niepotrzebnie mnożących wątki, postaci poboczne, historie bohaterów filmowych, których życiorysami można by obdzielić dodatkowo kilkanaście innych osób, itd. Po prostu uważam, że wywalenie uniwersum jako takiego (Legends - proszę was, kto poza największymi [i najstarszymi] fanatykami sięgnie po pozycje rozmijające się z kolejnymi filmami), było czymś zupełnie niepotrzebnym i szkodliwym, wśród wszystkich tytułów wydanych pod szyldem Star Wars trafiały się prawdziwe perełki. Jak np. Tryloga Thrawna.
BTW księżniczka Leia jest moją ulubioną księżniczką Disneya.
J.G. Ballard Wyspa
Heh, sam chciałem kiedyś napisać coś podobnego. Historię o gościu uwięzionym w urywku świata, faktycznej wyspie, pomiędzy ruchliwymi drogami, na oceanie ciągłego ruchu. Nawet napisałem (Powtórne przyjście), tyle, że to, co ostatecznie mi wyszło, różni się znacznie od tego, co zamierzałem napisać na samym początku.
Historia opowiedziana przez Ballarda jest całkiem prosta. Główny bohater ma wszystko, co jest mu potrzebne do całkiem przyjemnej egzystencji. Składają się na to: drogi samochód, dobra luksusowe, lukratywna posada, rodzina i kochanka. Pewnego dnia wypada z trasy, z drogi szybkiego ruchu. Ląduje w opuszczonym, zabiedzonym Nigdzie otoczonym ciągami dróg prowadzących do metropolii. Usiłuje wydostać się z wyspy, jednak nie udaje mu się to - zostaje potrącony. Nikt nie zatrzymuje się by go podwieźć do cywilizacji.
Bez pożywienia i bez wody, bez środków do życia, ranny i z gorączką, w otoczeniu rdzewiejących wraków, bujnie rosnącej trawy i szczątków fundamentów dawnego osiedla musi radzić sobie sam, nie będąc do tego nijak przygotowanym. Na dodatek niedługo potem okazuje się, że wyspa nie jest bezludna, a jej mieszkańcy mają swoje powody, by zatrzymać na niej rozbitka. Rozbitek podejmuje jednak z nimi grę...
Ballard w surrealistyczny i przejaskrawiony sposób ukazuje egzystencjalną pustkę życia w naszej zwariowanej ponowoczesności. Jego wizja wcale się nie zestarzała, wraz z postępującym wyorbitowywaniem relacji międzyludzkich w nierzeczywistość, zapośredniczaniem coraz szerszych dziedzin życia przez usługi, jest coraz bardziej i bardziej aktualna. Książka pochodzi co prawda sprzed ery telefonów komórkowych i smartfonów, ale można przyjąć, że na wyspie po prostu nie ma zasięgu. Wcale nie trzeba rozbić się gdzieś za siedmioma górami, za siedmioma lasami, by trafić na nieprzyjazne człowiekowi odludzie. W ramach naszego uporządkowanego świata rozwijają się bujnie takie enklawy, obszary przegrane, zapomniane, wykorzystane przez aktualną formę globalnego systemu kapitalistycznego, przeżute i wydalone, zamieszkiwane przez również przeżutych i wydalonych wyrzutków. Może to być wyspa między ruchliwymi drogami, jak i wymierające osiedle czy całe małe miasto. Autor pokazuje też jak pretekstowe i złudne są wszystkie stałości naszego uporządkowanego świata. Jak niewiele potrzeba, by z człowieka wyszło zwierze kierujące się pierwotnymi instynktami, rządzą przetrwania i dominacji w stadzie. Jak niewiele też potrzeba, by znaleźć swój własny, subiektywny sens w miejscach, o których nawet by się nie pomyślało, że mogą go nam ofiarować.
J.G. Ballard Wieżowiec
Ha, ekranizacja już wkrótce.
Jedna z bardziej surrealistycznych książek Ballarda. Opowieść o ogromnym, 40-piętrowym wieżowcu, ultra-nowoczesnym, pełnym usług dodatkowych i wszelkich udogodnień (baseny, siłownie, fryzjer, nawet szkoła, ogrody, itd.), którego mieszkańców ogarnia postępujące szaleństwo, rozpad wartości, uwiąd norm kulturowych i relacji międzyludzkich, następuje powrót do barbarzyństwa. Na opustoszałych piętrach kształtuje się podział klasowy, następnie postępuje rozpad na plemiona i klany, by ostatecznie każdy z mieszkańców, który przeżył wystarczająco długo, mógł zaakceptować swój wcześniejszy świat, chcieć wrócić do poprzedniego życia, lecz traktować je jako utkane z konstruktów nie mających żadnej głębszej treści. Widzimy uwiąd wartości spowodowany dobrobytem, nasyceniem i przepełnieniem, jednak do pewnego stopnia dość nietzscheański/stirnerowski w swoim zarysie. Upadają stare wartości, przygniecione ogromem wieżowca, nie kształtują się nowe - bo skąd mogłyby same z siebie się ukształtować, z bezmyślnej negacji nigdy nie wyjdzie nic budującego. Dlatego po pierwszym buncie, obróceniem w niwecz dobrodziejstw cywilizacji, nastaniem walk plemiennych w wieżowcu, gwałtów, napadów, rozbojów, morderstw, walką o zasoby i kobiety, nawet próby osiągnięcia czegoś w rodzaju chwały wojownika, nadchodzi stagnacja, a na końcu rodzaj mrocznego objawienia, gdy jeden z ostatnich żywych mieszkańców, żyjący z własną siostrą, dochodzi do wniosku, nad szczątkami psa pieczonego na balkonie, że wszystko wróciło do normy i że może warto by wrócić do pracy. Wolny od złudzeń, którymi karmił się wcześniej, postanawia też uzależnić od morfiny swoją siostrę-kochankę i przypadkową kobietę, która własną krwią karmiła swojego kota.
Właśnie, wraz z rozpadem świata wartości, zastępowanym przez wtórne barbarzyństwo i kult siły, plaga usterek technicznych dotknęła wieżowiec jako taki. Początkowe problemy z prądem i wodą przybrały postać epidemii, ogromny moloch został wkrótce pozbawiony dostępu do dóbr pierwszej potrzeby, mieszkańcy przestali chodzić do pracy, blok i okolica zatonęła w śmieciach i innych odpadkach. Rozkład dokonywał się na dwóch płaszczyznach jednocześnie - moralnej i technologicznej, obie zostały ze sobą sprzęgnięte wygodą, katastrofa jednej pociągnęła katastrofę drugiej.
Być może w tej metaforze społeczeństwa Ballard chciał też odwołać się do napięć klasowych - wieżowiec wyraźnie podzielił się na strefy analogiczne do (nieco uproszczonej, bo trzyczęściowej) drabiny społecznej. W penthousie na dachu mieszkał architekt budynku, uważający się od pewnego momentu za jego władcę, ułomny demiurg, którego przerosło własne dzieło, i który ostatecznie został pokonany przez własne stworzenie, jeśli za jego stworzenie uznamy też warunki umożliwiające spontaniczny powrót do barbarzyństwa, rozpad uwarunkowań i efektowny oraz destrukcyjny zarazem powrót wypartego. Bardzo wymowne jest przedstawienie pewnego ginekologa (również z najwyższej warstwy) - wraz z grupką kobiet porozumiewali się ze sobą za pomocą symulacji nagrywanych przez niego w czasie jego kariery lekarskiej i odtwarzanych wciąż i wciąż odgłosów rodzących kobiet. Ani chybi chyba miał to być rodzaj tęsknoty za rytuałem przejścia, inicjacją do czegoś nowego, innego, rytuał narodzenia na nowo w świecie, gdzie rozpadła się stara forma bytu, a nowa nie zamanifestowała się jeszcze.
Wieżowiec to rewelacyjna książka, ale nie wolno traktować jej jako zwyczajnej fikcji spekulatywnej, bo pod względem ciągów przyczynowo-skutkowych, wewnętrznej spoistości świata przedstawionego, itd., dzieło Ballarda jest wyjątkowo dziurawe, niespójne, nieprawdopodobne. Jeśli uznamy ją zaś za surrealistyczną metaforę otaczającej nas rzeczywistości, za rodzaj przypowieści, wtedy można docenić jej wielkość. Mam nadzieję, że nadchodząca ekranizacja uchwyci jej ducha.
Karol Mitka Robiłem to z żywym trupem
Kolejna pozycja wydana przez niestrudzonego Tomka Siwca i jego Horror Masakrę.
Ok, jako iż jesteśmy w swoim gronie, przyznajmy szczerze - wartości literackich tutaj nie ma za grosz, drugiego dna również, autor szokuje dla samej przyjemności płynącej z szokowania. Do tego bardzo, ale to bardzo przydałaby się bardziej wnikliwa edycja i korekta. A mimo to świetnie się bawiłem czytając tę nowelkę, rechocząc z rzeczy, które przypadkowego czytelnika przyprawiłyby o wymioty (zakładając, że po książeczkę o takim tytule sięgnąłby ktokolwiek przypadkowy, wątpię). Świetnie się bawiłem także dlatego, że autor nie próbuje nawet udawać, że chodzi mu o coś innego niż o możliwość opisania serii scen seksu analnego, oralnego, itd., z zombie, przy zupełnie pretekstowej i w gruncie rzeczy mało istotnej fabule. Nie zawiodłem się, czekam na kolejne dziełko autora. Rozrywka dla zwyroli dostarczona przez zwyrola. Zółwik, ziomuś.
poniedziałek, 14 grudnia 2015
Thomas Ligotti x3 i Lovecraft
Thomas Ligotti "Songs of Dead Dreamer and Grimscribe"
Nie potrzebowałem wiele czasu by stać się zdeklarowanym fanem twórczości Ligottiego. W sumie wystarczyło tylko Teatro Grottesco + rozsiane tu i ówdzie wywiady z autorem, z których wynika, że w jakimś stopniu pokrywają nam się backgroundy (też kiedyś byłem wierzącym katolikiem, też do tej pory miewam flashbacki lęków związanych z religią). Ligotii ujął mnie poza tym szczerością przekazu i otaczającym go nimbem tajemnicy - zdaje się, że zupełnie go nie obchodzi promocja własnej twórczości, nie bierze udziału w życiu towarzyskim horrorowego świata, na dodatek, co stwierdził w jednym z ostatnich wywiadów, po kolejnym przetasowaniu w jego zdrowiu psychicznym przestał pisać. Otaczający go nimb tajemnicy nie wynika bowiem z wyrachowania, przyjętej strategii marketingowej, ale osobistych doświadczeń pisarza, które zaowocowały takim a nie innym podejściem do świata i takim a nie innym stanowiskiem odnośnie miejsca człowieka w świecie.
Niezależnie od tego, jak spojrzy się na Ligottiego jako człowieka czy jako - nie bójmy się tego słowa, chociaż jest jednak za mocne - myśliciela, współczesny horror (lub przynajmniej współczesne weird fiction) możemy śmiało podzielić na czasy przed Ligottim i po nim. Niewielu jest autorów, którzy wywarliby tak silny wpływ na gatunek. Nawet jeśli na chwilę obecną jeszcze tego nie widać, a zwłaszcza na naszym podwórku, jestem święcie przekonany że Ligotti dorobi się licznych sekt wyznawców, epigonów i plagiatorów, podobnie jak ostatni wielki przed nim - Lovecraft. Nawet jeśli będą to sekty mniej liczne - gdyż u Ligottiego nie ma aż tak wielkiego potencjału popkulturowego, jak w Mitach Cthulhu Lovecrafta (ok, Derletha - człowieka, którego zasługi dla ocalenia spuścizny Lovecrafta są równie wielkie jak zarzuty dotyczące tego, co z tą spuścizną zrobił) - to może nawet lepiej, bo nie nastąpi aż taki zalew taniego efekciarstwa, zupełnie wypaczający oryginalną myśl autora, co nastąpiło właśnie w przypadku Lovecrafta.
Ligotti jest jednym z raptem kilku żyjących autorów, których wydawnictwo Penguin Books uhonorowało publikacją w ramach ich prestiżowej serii Penguin Classics. Omawiana książka to kompilacja dwóch pierwszych zbiorów opowiadań autora, Songs of a Dead Dreamer (pierwsze wydanie 1986, najnowsze poprawione 2010) oraz Grimscribe (pierwsze 1991, najnowsze poprawione - 2011). Wstęp napisał Jeff Vandermeer.
Fakt faktem, to jeszcze nie ten poziom (zwłaszcza Pieśni), co późniejsze teksty, ale widać przebłyski geniuszu, który ciemnymi gwiazdami rozkwitnie na przestrzeni lat. Pieśni są momentami trochę nierówne, Grimscribe jest dobre, momentami dorównuje Teatrowi. Jak na pierwsze zbiory opowiadań przystało, już tu pojawiają się charakterystyczne elementy prozy autora, które będą przy nim zawsze - zagmatwane, przebrzmiałe, opustoszałe, wyniszczone krajobrazy, duszna, gęsta atmosfera przywodząca na myśl surrealistyczny, koszmarny sen. Czasem trafiają się bardziej zwyczajne szpargały z rekwizytorium horrorowego (mamy opowieść o wampirach!), są też nawiązania do weird lovecraftiańskiego, większość tekstów to jednak autorskie poszukiwania autora, opierające się na wspólnym motywie: obcy, nieprzyjazny krajobraz + zdegenerowane, rozsypujące się zabudowania + główny bohater pojawiający się w danym miejscu albo przypadkiem, albo nie do końca z własnej woli + coś absolutnie niepojętego, złowrogiego, niezrozumiałego, odstręczającego. U Ligottiego nie ma resztek wiary w naukę i postęp (jak chociażby u Lovecrafta), u niego jest wiwisekcja własnych nerwic i fobii - koszmaru wynaturzonego, odrealnionego, groteskowego i absolutnie pierwotnego, nieociosanego w żaden sposób u jego podstaw; nie da się go niczym wyjaśnić, niczym obłożyć, nijak odeprzeć. Jak przewijająca się często na kartach późniejszych opowiadań autora specyficznie pojęta Ciemność, tutaj ten koszmar po prostu jest, tkwi w samej strukturze świata przedstawionego, wszystkie rusztowania sięgają tegoż koszmaru, wszystko wypływa z niego i w nim ma swoje oparcie. Cokolwiek wydaje się na pierwszy rzut oka normalne, zwyczajne, szare i niezauważalne na co dzień, jeśli zostało przez Ligottiego wypatrzone i wspomniane w tekście, jest tak naprawdę skażone i służy tylko podkreśleniu koszmarnego charakteru całego świata przedstawionego jako takiego. Koszmar sięga do samej granicy poznania - nie tylko świat jest spiętrzonym wysypiskiem nawarstwiającej się ułudy, ale życie jako takie. Marionetki podrygują na sznureczkach, można wyśnić czyjeś życie wedle uznania. Do tego Ligotti prezentuje nieraz bardzo czarne poczucie humoru. Zdaje się odczuwać jakąś perwersyjną przyjemność z mozolnego obracania w niwecz wszystkich stałości trzymających jego bohaterów na powierzchni rzeczy.
Utwory autora są świetne literacko. Nie boi się zdań złożonych, śmiało tworzy balansujące na granicy zagmatwania konstrukcje najeżone powtórzeniami lub zawierające mnóstwo szczegółów, niezależnie od tego czy to szczegóły skąpanego w mroku korytarza w wiekowym budynku czy szczegółowe myśli, odczucia, emocje bohatera. Fakt faktem, Ligotti wystawił mój angielski na ciężką próbę. Ale to dobrze, wbrew pozorom lektura nie była wcale męcząca, tylko jeszcze bardziej satysfakcjonująca. Kilku użytych przez niego słów, z którymi spotkałem się po raz pierwszy i które pospiesznie wyszukałem w internetach, nie znał gógl translator.
Thomas Ligotti "My Work Is Not Yet Done"
Polskie tłumaczenie tytułowej noweli miałem już okazję czytać i pokrótce omówić, poznanie oryginału pozwoliło dotrzeć ile w nim Ligottiego zniknęło z Ligottiego. Nie było to złe tłumaczenie, o nie. Jedynie usunęło praktycznie wszystkie charakterystyczne dla autora smaczki (głównie powtórzenia), niestety co do jednego praktycznie nie dające się odzwierciedlić po polsku. A nawet jak się dały, to w oryginale brzmią o wiele lepiej. Książkę dopełniają dwa solidne opowiadania - I Have a Special Plan For This World oraz Nightmare Network. Oba koncentrują się na korporacyjnym modelu kapitalizmu, uwypuklają jego wady i obnażają odhumanizowanie. Ukazują strach autora przed rozprzestrzenieniem się tego modelu, jego rozrostem i rozlewaniem się na inne dziedziny życia, inne poza pracą (bardzo odległe skojarzenie z wyorbitowaniem pojęć u Baudrillarda). Oczywiście, strach ten w charakterystyczny dla Ligottiego sposób został obleczony w promieniujący spod modelu korporacyjnego przejmujący koszmar egzystencji.
My Work jest o tyle niezwykłą pozycją w dorobku autora, że jest to nowela, tymczasem autor pisał przede wszystkim opowiadania, do tego jest - jak na niego - bardzo brutalna. Autor unikał raczej obrazowania fizycznej przemocy, a już na pewno nie epatował nią, tymczasem w tej historii o zemście na współpracownikach, mamy sympatycznie opisanych kilka brutalnych morderstw - oraz przypadków znacznie gorszych od morderstw.
Myślałem, że I Have a... ma coś wspólnego z jednym wspólnym utworem Ligottiego i Current 93 - i owszem, ma. Opowiadanie nie jest jednak recytowane na płycie o tym samym tytule, ani też opowiadanie nie jest przepisanym tekstem utworu. Podobieństwa są jednak oczywiste.
W gruncie rzeczy książka ta jest jednak gorsza od zbiorów opowiadań autora, przynajmniej tych które czytałem. Co nie zmienia faktu że i tak zjada pierdylion horrorów jakie w życiu czytałem.
(Virgin Books 2009)
Thomas Ligotti "Spisek przeciwko ludzkiej rasie"
W końcu jest, polskie tłumaczenie jednej z najbardziej znanych książek Ligottiego. Elegancko i schludnie wydany przez Okulturę, w szacie graficznej analogicznej do ich Teatro Grottesco. Można obie książki postawić na półce obok siebie i prezentują się niezwykle ładnie. Spisek to sążnisty esej filozoficzny podsumowujący światopogląd autora i prezentujący go światu (ba, rzucony przez autora światu prosto w świński ryj). Warto przeczytać przed sięgnięciem po opowiadania Ligottiego, gdyż wiele konceptów autora eksploatowanych przez niego w jego twórczości literackiej jest tu uporządkowanych. Mamy okazję prześledzić, skąd się wzięły - co ciekawe, wzięły się na bazie przykładów albo z otaczającego nas świata, albo z licznych i obszernie cytowanych przez autora tekstów filozoficznych bądź około filozoficznych. Autor nie ogranicza się jednak tylko do filozofów - powołuje się też np. na neurobiologię, również podając przypisy.
Jedno trzeba przyznać Ligottiemu - w swojej jednoosobowej krucjacie przeciwko rozumnemu życiu jest konsekwentny. Z cynicznym humorem i ogromną erudycją (przy okazji trzeba nadmienić koniecznie że Mateusz Kopacz po raz kolejny pokazał kunszt tłumacza) obraca swoje pióro przeciwko wszystkim wspólnotom wyobrażonym i rozpaczliwie pragnącym skryć drzemiącą za nimi pustkę abstrakcyjnym pojęciom. Koszmar egzystencji kryje się w naszej jaźni - nawet nie w świadomości własnej jednostkowości, co świadomości bycia rozumną istotą, myślącą abstrakcyjnie i zderzającą się z bezbrzeżną grozą bezcelowej egzystencji. Ligotti wyżywa się na wszystkich bogach, honorach i ojczyznach, obrywa od niego każda większa religia, w tym najbliższy autorowi buddyzm. Autor gani za niekonsekwencję zbyt mało nihilistycznych pisarzy i myślicieli, którzy trwali jeszcze w jakiś ułudach, próbowali maskować grozę świata, zachować jakiekolwiek punkty odniesienia. Autor w swojej bezkompromisowości nie szuka żadnych (nie)możliwych namiastek dróg ucieczki przed koszmarem egzystencji. Pozostawia czytelnika pośród gruzowiska, które przed sięgnięciem po tę książkę było światem wartości tegoż czytelnika. Jadowitość poglądów Ligottiego ma zniewalający urok. Przypadkowy czytelnik, zwłaszcza nie zgłębiający tajemnic bytu, jeśli przebrnie przez lekturę, zostanie zgnębiony i rozbity.
Pojawiają się pierwsze opinie na tej książki - część z nich jest całkiem rozczulająca. To dość niezwykłe, ale nawet wśród ludzi którzy świadomie sięgnęli po tę książkę, pojawiły się opinie, że jest przytłaczająca. Autor nie powiedział niczego, do czego na przestrzeni lat sam bym nie doszedł, na kilku płaszczyznach poszedł kawałek dalej i w innym kierunku, ale w końcu wszystkie drogi zbiegają się w tym samym nigdzie. Lubię takie filozofowanie młotem, zapalczywość argumentacji, zimną pasję.
Oczywiście, wobec tak radykalnej myśli można wytoczyć ciężką artylerię kontrargumentów. Najpoważniejszy z nich - można przyjąć, że uznanie bezsensowności istnienia jest ucieczką przed skomplikowaniem otaczającego nas świata i nieprzejrzystości rządzących nim prawideł. Łatwiej wycofać się z życia i okopać na pozycji własnego radykalizmu, niż próbować, jak to mawiają hurraoptymistyczni trenerzy rozwoju osobistego i znajomi nigdy nie borykający się z mniej lub bardziej uciążliwymi zaburzeniami - wziąć się w garść. Bogata lista problemów zdrowotnych (zarówno psychicznych jak i fizycznych) autora, których on sam zresztą nie ukrywa, zdawałaby się świadczyć na korzyść takiej pseudo-terapeutycznej interpretacji. Jest to jednak samonapędzający się mechanizm - jeśli w pewnym momencie poddasz dekonstrukcji wszystko w co wierzyłeś, poddasz w wątpliwość wszystko co było dla Ciebie jakimkolwiek oparciem - to dotarcie do tego mrocznego objawienia tylko pogorszy Twój stan. Autor zdaje się przewidywać z której strony nadejdą ataki na jego myśl, czy też raczej zrobioną przez niego kompilację myśli pesymistycznej/nihilistycznej okraszoną własnymi doświadczeniami i zaprezentowaną z subiektywnej perspektywy - najprostszy argument przeciwko sprzeciwiającym się jest paradoksalnie najtrudniejszy do obalenia: zostaliśmy uwarunkowani w kulcie życia (możemy w tym miejscu ujednolicić kult życia po śmierci jak i przeciwny mu radosny hedonizm tu i teraz), więc jest oczywiste że cokolwiek uderzającego w nasze uwarunkowania - jeśli przyjmujemy je bezrefleksyjnie z całym bogactwem inwentarza - powoduje agresję i reakcję radykalnego sprzeciwu wobec aktu wrażego ikonoklazmu. Mechanizm stary jak ludzkość.
W kilku miejscach myśl autora tchnie zbytnim nieznoszeniem sprzeciwu, dążeniem do obiektywności. Także w miejscach dyskusyjnych. Polemizowałbym np. z kwestią czy zwierzęta mają czy nie mają świadomości. Liczne dowody świadczą raczej o tym, że jakąś mają (np. przypadki małp nauczonych języka migowego i porozumiewających się z ludźmi za jego pomocą - czyż nie świadczy to o posiadaniu umiejętności abstrakcyjnego myślenia choćby w minimalnym zakresie - jedna z nich nawet nauczyła sama z siebie tegoż języka swoje młode).
W gruncie rzeczy jestem jednym z tych nieprawdziwych nihilistów, miłośników nietzscheańskiego sado-maso (określenie autora, cytat niedokładny), sekciarzy interpretujących myśl Fryderyka tak a nie inaczej i nie znoszących innych interpretacji. Pustka nie jest dla mnie aż tak przerażająca. Świadomość istnienia jest czasem trudna do udźwignięcia czasem, jasne, może nawet zazwyczaj, jak codziennie zdajesz sobie sprawę, że nie wierzysz w nic, żadne obrządki państwowo-religijne ani imprezy rodzinne i tradycyjne cię nie obchodzą, pojawiłeś się na świecie przez jakiś kosmiczny przypadek i wystarczyłoby gdybyś w dzieciństwie dostał zestaw Lego o jakim zawsze marzyłeś by teraz być diametralnie innym człowiekiem, ale tak naprawdę świadomość tego, czym jesteśmy (mięso splątane nie dającym się rozwiązać kłączowatym węzłem gordyjskim Kultury i Natury), jest wyzwalająca. Poza tym nasza samoświadomość "włącza się" nie zawsze - mnóstwo czynności wykonujemy automatycznie - ile razy nie pamiętamy, czy zamknęliśmy mieszkanie wychodząc rano do pracy? A to tylko najbardziej oczywisty przykład, jeden z wielu. Zresztą, samoświadomość to nie tylko świadomość tego, że - upraszając sprawę - wszystko chuj - ale też świadomość tego, że jesteśmy świadomi tego, że wszystko chuj. I tu już budować pomniki trwalsze od spiżu, w zaciszu własnej egzystencji, rozkosznie uwarunkowanej na tysiąc i jeden sposób.
H. P. Lovecraft "Grzyby z Yuggoth i inne poematy niesamowite"
Ostatnimi czasy pojawił się ciekawy trend - za wydawanie autorów powszechnie kojarzonych z horrorem/weird wzięły się wydawnictwa kojarzone z (różnie pojętym) okultyzmem. Najpierw Okultura przekonała się do Ligottiego, a teraz LAShTAL PRESS (pisownia oryginalna) wypuściło zbiorek poezji Lovecrafta.
Wygląda na to, że jak na razie jest to najbardziej user - czy też raczej - profan friendly pozycja tego wydawnictwa, które wypuszcza przede wszystkim pisma thelemiczne i okołothelemiczne, dostępne raczej w niewielkim nakładzie i przeznaczone dla dość - pun intended - hermetycznego grona odbiorców.
Tak naprawdę zupełnie się nie znam na poezji, mimo tego że lubię czasem poczytać zarówno młodopolaków, niemieckich idealistów, francuskich romantyków jak i modernistów krakowskich, futurystów i liczny inny element rozkładowy, ale mam problem żeby faktycznie ocenić wartość danego utworu. Albo "to coś" czuje, coś szarpie jakieś struny gdzieś we mnie, albo nie. Czasem podoba mi się zupełny szajs, a rzeczy przed którymi znający się na rzeczy klękają zupełnie mnie nie ruszają. Sonety i poematy Lovecrafta w tłumaczeniu Krzysztofa Azarewicza są naprawdę bardzo ładne - i, cholera, w sumie to wszystko co mogę o tym zbiorku powiedzieć. Do tego zbiorek jest fantastycznie wydany - złocone brzegi, wstążeczka, obwoluta, itd. Dla fanów Samotnika z Providence pozycja obowiązkowa do nabycia, jak nie jako wartościowy zbiór poezji, to przynajmniej jako ozdoba półki.
Nie potrzebowałem wiele czasu by stać się zdeklarowanym fanem twórczości Ligottiego. W sumie wystarczyło tylko Teatro Grottesco + rozsiane tu i ówdzie wywiady z autorem, z których wynika, że w jakimś stopniu pokrywają nam się backgroundy (też kiedyś byłem wierzącym katolikiem, też do tej pory miewam flashbacki lęków związanych z religią). Ligotii ujął mnie poza tym szczerością przekazu i otaczającym go nimbem tajemnicy - zdaje się, że zupełnie go nie obchodzi promocja własnej twórczości, nie bierze udziału w życiu towarzyskim horrorowego świata, na dodatek, co stwierdził w jednym z ostatnich wywiadów, po kolejnym przetasowaniu w jego zdrowiu psychicznym przestał pisać. Otaczający go nimb tajemnicy nie wynika bowiem z wyrachowania, przyjętej strategii marketingowej, ale osobistych doświadczeń pisarza, które zaowocowały takim a nie innym podejściem do świata i takim a nie innym stanowiskiem odnośnie miejsca człowieka w świecie.
Niezależnie od tego, jak spojrzy się na Ligottiego jako człowieka czy jako - nie bójmy się tego słowa, chociaż jest jednak za mocne - myśliciela, współczesny horror (lub przynajmniej współczesne weird fiction) możemy śmiało podzielić na czasy przed Ligottim i po nim. Niewielu jest autorów, którzy wywarliby tak silny wpływ na gatunek. Nawet jeśli na chwilę obecną jeszcze tego nie widać, a zwłaszcza na naszym podwórku, jestem święcie przekonany że Ligotti dorobi się licznych sekt wyznawców, epigonów i plagiatorów, podobnie jak ostatni wielki przed nim - Lovecraft. Nawet jeśli będą to sekty mniej liczne - gdyż u Ligottiego nie ma aż tak wielkiego potencjału popkulturowego, jak w Mitach Cthulhu Lovecrafta (ok, Derletha - człowieka, którego zasługi dla ocalenia spuścizny Lovecrafta są równie wielkie jak zarzuty dotyczące tego, co z tą spuścizną zrobił) - to może nawet lepiej, bo nie nastąpi aż taki zalew taniego efekciarstwa, zupełnie wypaczający oryginalną myśl autora, co nastąpiło właśnie w przypadku Lovecrafta.
Ligotti jest jednym z raptem kilku żyjących autorów, których wydawnictwo Penguin Books uhonorowało publikacją w ramach ich prestiżowej serii Penguin Classics. Omawiana książka to kompilacja dwóch pierwszych zbiorów opowiadań autora, Songs of a Dead Dreamer (pierwsze wydanie 1986, najnowsze poprawione 2010) oraz Grimscribe (pierwsze 1991, najnowsze poprawione - 2011). Wstęp napisał Jeff Vandermeer.
Fakt faktem, to jeszcze nie ten poziom (zwłaszcza Pieśni), co późniejsze teksty, ale widać przebłyski geniuszu, który ciemnymi gwiazdami rozkwitnie na przestrzeni lat. Pieśni są momentami trochę nierówne, Grimscribe jest dobre, momentami dorównuje Teatrowi. Jak na pierwsze zbiory opowiadań przystało, już tu pojawiają się charakterystyczne elementy prozy autora, które będą przy nim zawsze - zagmatwane, przebrzmiałe, opustoszałe, wyniszczone krajobrazy, duszna, gęsta atmosfera przywodząca na myśl surrealistyczny, koszmarny sen. Czasem trafiają się bardziej zwyczajne szpargały z rekwizytorium horrorowego (mamy opowieść o wampirach!), są też nawiązania do weird lovecraftiańskiego, większość tekstów to jednak autorskie poszukiwania autora, opierające się na wspólnym motywie: obcy, nieprzyjazny krajobraz + zdegenerowane, rozsypujące się zabudowania + główny bohater pojawiający się w danym miejscu albo przypadkiem, albo nie do końca z własnej woli + coś absolutnie niepojętego, złowrogiego, niezrozumiałego, odstręczającego. U Ligottiego nie ma resztek wiary w naukę i postęp (jak chociażby u Lovecrafta), u niego jest wiwisekcja własnych nerwic i fobii - koszmaru wynaturzonego, odrealnionego, groteskowego i absolutnie pierwotnego, nieociosanego w żaden sposób u jego podstaw; nie da się go niczym wyjaśnić, niczym obłożyć, nijak odeprzeć. Jak przewijająca się często na kartach późniejszych opowiadań autora specyficznie pojęta Ciemność, tutaj ten koszmar po prostu jest, tkwi w samej strukturze świata przedstawionego, wszystkie rusztowania sięgają tegoż koszmaru, wszystko wypływa z niego i w nim ma swoje oparcie. Cokolwiek wydaje się na pierwszy rzut oka normalne, zwyczajne, szare i niezauważalne na co dzień, jeśli zostało przez Ligottiego wypatrzone i wspomniane w tekście, jest tak naprawdę skażone i służy tylko podkreśleniu koszmarnego charakteru całego świata przedstawionego jako takiego. Koszmar sięga do samej granicy poznania - nie tylko świat jest spiętrzonym wysypiskiem nawarstwiającej się ułudy, ale życie jako takie. Marionetki podrygują na sznureczkach, można wyśnić czyjeś życie wedle uznania. Do tego Ligotti prezentuje nieraz bardzo czarne poczucie humoru. Zdaje się odczuwać jakąś perwersyjną przyjemność z mozolnego obracania w niwecz wszystkich stałości trzymających jego bohaterów na powierzchni rzeczy.
Utwory autora są świetne literacko. Nie boi się zdań złożonych, śmiało tworzy balansujące na granicy zagmatwania konstrukcje najeżone powtórzeniami lub zawierające mnóstwo szczegółów, niezależnie od tego czy to szczegóły skąpanego w mroku korytarza w wiekowym budynku czy szczegółowe myśli, odczucia, emocje bohatera. Fakt faktem, Ligotti wystawił mój angielski na ciężką próbę. Ale to dobrze, wbrew pozorom lektura nie była wcale męcząca, tylko jeszcze bardziej satysfakcjonująca. Kilku użytych przez niego słów, z którymi spotkałem się po raz pierwszy i które pospiesznie wyszukałem w internetach, nie znał gógl translator.
Thomas Ligotti "My Work Is Not Yet Done"
Polskie tłumaczenie tytułowej noweli miałem już okazję czytać i pokrótce omówić, poznanie oryginału pozwoliło dotrzeć ile w nim Ligottiego zniknęło z Ligottiego. Nie było to złe tłumaczenie, o nie. Jedynie usunęło praktycznie wszystkie charakterystyczne dla autora smaczki (głównie powtórzenia), niestety co do jednego praktycznie nie dające się odzwierciedlić po polsku. A nawet jak się dały, to w oryginale brzmią o wiele lepiej. Książkę dopełniają dwa solidne opowiadania - I Have a Special Plan For This World oraz Nightmare Network. Oba koncentrują się na korporacyjnym modelu kapitalizmu, uwypuklają jego wady i obnażają odhumanizowanie. Ukazują strach autora przed rozprzestrzenieniem się tego modelu, jego rozrostem i rozlewaniem się na inne dziedziny życia, inne poza pracą (bardzo odległe skojarzenie z wyorbitowaniem pojęć u Baudrillarda). Oczywiście, strach ten w charakterystyczny dla Ligottiego sposób został obleczony w promieniujący spod modelu korporacyjnego przejmujący koszmar egzystencji.
My Work jest o tyle niezwykłą pozycją w dorobku autora, że jest to nowela, tymczasem autor pisał przede wszystkim opowiadania, do tego jest - jak na niego - bardzo brutalna. Autor unikał raczej obrazowania fizycznej przemocy, a już na pewno nie epatował nią, tymczasem w tej historii o zemście na współpracownikach, mamy sympatycznie opisanych kilka brutalnych morderstw - oraz przypadków znacznie gorszych od morderstw.
Myślałem, że I Have a... ma coś wspólnego z jednym wspólnym utworem Ligottiego i Current 93 - i owszem, ma. Opowiadanie nie jest jednak recytowane na płycie o tym samym tytule, ani też opowiadanie nie jest przepisanym tekstem utworu. Podobieństwa są jednak oczywiste.
W gruncie rzeczy książka ta jest jednak gorsza od zbiorów opowiadań autora, przynajmniej tych które czytałem. Co nie zmienia faktu że i tak zjada pierdylion horrorów jakie w życiu czytałem.
(Virgin Books 2009)
Thomas Ligotti "Spisek przeciwko ludzkiej rasie"
W końcu jest, polskie tłumaczenie jednej z najbardziej znanych książek Ligottiego. Elegancko i schludnie wydany przez Okulturę, w szacie graficznej analogicznej do ich Teatro Grottesco. Można obie książki postawić na półce obok siebie i prezentują się niezwykle ładnie. Spisek to sążnisty esej filozoficzny podsumowujący światopogląd autora i prezentujący go światu (ba, rzucony przez autora światu prosto w świński ryj). Warto przeczytać przed sięgnięciem po opowiadania Ligottiego, gdyż wiele konceptów autora eksploatowanych przez niego w jego twórczości literackiej jest tu uporządkowanych. Mamy okazję prześledzić, skąd się wzięły - co ciekawe, wzięły się na bazie przykładów albo z otaczającego nas świata, albo z licznych i obszernie cytowanych przez autora tekstów filozoficznych bądź około filozoficznych. Autor nie ogranicza się jednak tylko do filozofów - powołuje się też np. na neurobiologię, również podając przypisy.
Jedno trzeba przyznać Ligottiemu - w swojej jednoosobowej krucjacie przeciwko rozumnemu życiu jest konsekwentny. Z cynicznym humorem i ogromną erudycją (przy okazji trzeba nadmienić koniecznie że Mateusz Kopacz po raz kolejny pokazał kunszt tłumacza) obraca swoje pióro przeciwko wszystkim wspólnotom wyobrażonym i rozpaczliwie pragnącym skryć drzemiącą za nimi pustkę abstrakcyjnym pojęciom. Koszmar egzystencji kryje się w naszej jaźni - nawet nie w świadomości własnej jednostkowości, co świadomości bycia rozumną istotą, myślącą abstrakcyjnie i zderzającą się z bezbrzeżną grozą bezcelowej egzystencji. Ligotti wyżywa się na wszystkich bogach, honorach i ojczyznach, obrywa od niego każda większa religia, w tym najbliższy autorowi buddyzm. Autor gani za niekonsekwencję zbyt mało nihilistycznych pisarzy i myślicieli, którzy trwali jeszcze w jakiś ułudach, próbowali maskować grozę świata, zachować jakiekolwiek punkty odniesienia. Autor w swojej bezkompromisowości nie szuka żadnych (nie)możliwych namiastek dróg ucieczki przed koszmarem egzystencji. Pozostawia czytelnika pośród gruzowiska, które przed sięgnięciem po tę książkę było światem wartości tegoż czytelnika. Jadowitość poglądów Ligottiego ma zniewalający urok. Przypadkowy czytelnik, zwłaszcza nie zgłębiający tajemnic bytu, jeśli przebrnie przez lekturę, zostanie zgnębiony i rozbity.
Pojawiają się pierwsze opinie na tej książki - część z nich jest całkiem rozczulająca. To dość niezwykłe, ale nawet wśród ludzi którzy świadomie sięgnęli po tę książkę, pojawiły się opinie, że jest przytłaczająca. Autor nie powiedział niczego, do czego na przestrzeni lat sam bym nie doszedł, na kilku płaszczyznach poszedł kawałek dalej i w innym kierunku, ale w końcu wszystkie drogi zbiegają się w tym samym nigdzie. Lubię takie filozofowanie młotem, zapalczywość argumentacji, zimną pasję.
Oczywiście, wobec tak radykalnej myśli można wytoczyć ciężką artylerię kontrargumentów. Najpoważniejszy z nich - można przyjąć, że uznanie bezsensowności istnienia jest ucieczką przed skomplikowaniem otaczającego nas świata i nieprzejrzystości rządzących nim prawideł. Łatwiej wycofać się z życia i okopać na pozycji własnego radykalizmu, niż próbować, jak to mawiają hurraoptymistyczni trenerzy rozwoju osobistego i znajomi nigdy nie borykający się z mniej lub bardziej uciążliwymi zaburzeniami - wziąć się w garść. Bogata lista problemów zdrowotnych (zarówno psychicznych jak i fizycznych) autora, których on sam zresztą nie ukrywa, zdawałaby się świadczyć na korzyść takiej pseudo-terapeutycznej interpretacji. Jest to jednak samonapędzający się mechanizm - jeśli w pewnym momencie poddasz dekonstrukcji wszystko w co wierzyłeś, poddasz w wątpliwość wszystko co było dla Ciebie jakimkolwiek oparciem - to dotarcie do tego mrocznego objawienia tylko pogorszy Twój stan. Autor zdaje się przewidywać z której strony nadejdą ataki na jego myśl, czy też raczej zrobioną przez niego kompilację myśli pesymistycznej/nihilistycznej okraszoną własnymi doświadczeniami i zaprezentowaną z subiektywnej perspektywy - najprostszy argument przeciwko sprzeciwiającym się jest paradoksalnie najtrudniejszy do obalenia: zostaliśmy uwarunkowani w kulcie życia (możemy w tym miejscu ujednolicić kult życia po śmierci jak i przeciwny mu radosny hedonizm tu i teraz), więc jest oczywiste że cokolwiek uderzającego w nasze uwarunkowania - jeśli przyjmujemy je bezrefleksyjnie z całym bogactwem inwentarza - powoduje agresję i reakcję radykalnego sprzeciwu wobec aktu wrażego ikonoklazmu. Mechanizm stary jak ludzkość.
W kilku miejscach myśl autora tchnie zbytnim nieznoszeniem sprzeciwu, dążeniem do obiektywności. Także w miejscach dyskusyjnych. Polemizowałbym np. z kwestią czy zwierzęta mają czy nie mają świadomości. Liczne dowody świadczą raczej o tym, że jakąś mają (np. przypadki małp nauczonych języka migowego i porozumiewających się z ludźmi za jego pomocą - czyż nie świadczy to o posiadaniu umiejętności abstrakcyjnego myślenia choćby w minimalnym zakresie - jedna z nich nawet nauczyła sama z siebie tegoż języka swoje młode).
W gruncie rzeczy jestem jednym z tych nieprawdziwych nihilistów, miłośników nietzscheańskiego sado-maso (określenie autora, cytat niedokładny), sekciarzy interpretujących myśl Fryderyka tak a nie inaczej i nie znoszących innych interpretacji. Pustka nie jest dla mnie aż tak przerażająca. Świadomość istnienia jest czasem trudna do udźwignięcia czasem, jasne, może nawet zazwyczaj, jak codziennie zdajesz sobie sprawę, że nie wierzysz w nic, żadne obrządki państwowo-religijne ani imprezy rodzinne i tradycyjne cię nie obchodzą, pojawiłeś się na świecie przez jakiś kosmiczny przypadek i wystarczyłoby gdybyś w dzieciństwie dostał zestaw Lego o jakim zawsze marzyłeś by teraz być diametralnie innym człowiekiem, ale tak naprawdę świadomość tego, czym jesteśmy (mięso splątane nie dającym się rozwiązać kłączowatym węzłem gordyjskim Kultury i Natury), jest wyzwalająca. Poza tym nasza samoświadomość "włącza się" nie zawsze - mnóstwo czynności wykonujemy automatycznie - ile razy nie pamiętamy, czy zamknęliśmy mieszkanie wychodząc rano do pracy? A to tylko najbardziej oczywisty przykład, jeden z wielu. Zresztą, samoświadomość to nie tylko świadomość tego, że - upraszając sprawę - wszystko chuj - ale też świadomość tego, że jesteśmy świadomi tego, że wszystko chuj. I tu już budować pomniki trwalsze od spiżu, w zaciszu własnej egzystencji, rozkosznie uwarunkowanej na tysiąc i jeden sposób.
H. P. Lovecraft "Grzyby z Yuggoth i inne poematy niesamowite"
Ostatnimi czasy pojawił się ciekawy trend - za wydawanie autorów powszechnie kojarzonych z horrorem/weird wzięły się wydawnictwa kojarzone z (różnie pojętym) okultyzmem. Najpierw Okultura przekonała się do Ligottiego, a teraz LAShTAL PRESS (pisownia oryginalna) wypuściło zbiorek poezji Lovecrafta.
Wygląda na to, że jak na razie jest to najbardziej user - czy też raczej - profan friendly pozycja tego wydawnictwa, które wypuszcza przede wszystkim pisma thelemiczne i okołothelemiczne, dostępne raczej w niewielkim nakładzie i przeznaczone dla dość - pun intended - hermetycznego grona odbiorców.
Tak naprawdę zupełnie się nie znam na poezji, mimo tego że lubię czasem poczytać zarówno młodopolaków, niemieckich idealistów, francuskich romantyków jak i modernistów krakowskich, futurystów i liczny inny element rozkładowy, ale mam problem żeby faktycznie ocenić wartość danego utworu. Albo "to coś" czuje, coś szarpie jakieś struny gdzieś we mnie, albo nie. Czasem podoba mi się zupełny szajs, a rzeczy przed którymi znający się na rzeczy klękają zupełnie mnie nie ruszają. Sonety i poematy Lovecrafta w tłumaczeniu Krzysztofa Azarewicza są naprawdę bardzo ładne - i, cholera, w sumie to wszystko co mogę o tym zbiorku powiedzieć. Do tego zbiorek jest fantastycznie wydany - złocone brzegi, wstążeczka, obwoluta, itd. Dla fanów Samotnika z Providence pozycja obowiązkowa do nabycia, jak nie jako wartościowy zbiór poezji, to przynajmniej jako ozdoba półki.
poniedziałek, 23 listopada 2015
Upływający czas #53
Joseph Conrad Opowieści niepokojące oraz Młodość
czwarty i szósty tom dzieł zebranych. Przeczytane jakiś czas temu, jako że to zbiory opowiadań, zlały mi się w jedno.
Dobra literatura ma to do siebie, że niezależnie od tego, czy się zestarzała, a jeśli się zestarzała, to w jakim stopniu, i niezależnie od narracji w obrębie której porusza się autor, pozostaje dobrą literaturą. Jesteśmy w stanie wskazać taką literaturę palcem i powiedzieć hej, to jest dobra literatura, mimo tego, że czytając czasem zgrzytnie się zębami, ale trudno, takie były czasy. Joseph Conrad zazwyczaj mieści się w tak rozumianym przedziale dobrej literatury, przynajmniej jak dla mnie.
Pisanie o przeczytanych książkach po upływie około miesiąca po ich przeczytaniu pozwala na łatwe zweryfikowanie, ile z treści czytelnik właściwie zapamiętał. O ile z Młodości zapamiętałem wszystkie trzy opowiadania, to z Opowieści tylko dwa z pięciu.
I tak, Karain - wspomnienie to opowieść to plemiennym wodzu małej wyspy leżącej gdzieś hen, daleko; gdzieś tak daleko w czasie i w przestrzeni, że, z naszego punktu widzenia, niemalże w jakiejś odległej Nibylandii. Bohater tytułowy zmaga się z demonami przeszłości, zwłaszcza z jednym, z którym związana jest heroiczna opowieść o miłości, zdradzie i poświęceniu. Gdy umiera jego stary mentor-szaman, cywilizacja białego człowieka (o dziwo) przydaje się do czegokolwiek. Bardzo dobry tekst, dający do myślenia, opowieść o sile wiary.
Placówka postępu - dowód na to, że Conrad mimo wszystko nie hołubił bezmyślnie mocarstw kolonialnych, lecz potrafił im dopieprzyć bardzo efektownie, wyśmiewając zdegenerowaną biurokrację, poszukiwaczy przygód z nudów i przypadkowych, zgnuśniałych snobów nie rozumiejących realiów, w których się znaleźli. Tytuł oczywiście jest ironią, gorzką ironią. Podejrzewam, że Conradowi zapewne chodziło o coś innego - o to, że kolonizatorzy faktycznie powinni ten postęp szerzyć, zamiast na pierwszą linię frontu walki z Białymi Plamami Na Mapie wysyłać miernoty i karierowiczów, nie zmienia to jednak faktu, że gorzki morał wypływający z treści można różnie interpretować.
Idioci, Powrót, Laguna - bijcie zabijcie, nie pamiętam. A nie chcę za tym guglać (pewnie są np. na Wolnych Lekturach). Nie pamiętam - to znaczy, że nie było tam nic, co by na dłużej zapadło w pamięć.
Młodość zaś to przede wszystkim Jądro ciemności. Tekst kultowy, w pamięć zbiorową zapadł na tyle mocno, że zapłodnił popkulturę, ze słynnym Czasem apokalipsy na czele. Miałem okazję czytać go w lepszych tłumaczeniach. Z przykrością muszę stwierdzić, że któreś nowsze było dużo bardziej przejmujące, dużo lepiej oddziałujące na wyobraźnię i emocje czytelnika. Mamy tu niejako apoteozę kolonializmu, będącą jednocześnie krytyką chciwości białego człowieka i rozliczeniem z pięknymi deklaracjami skonfrontowanymi z rzeczywistością. Jest duszno, niepokojąco, Nieznane ma twarze członków obcych plemion, dzikich i okrutnych. Morał można zuniwersalizować - poniekąd każdy nosi w sobie swoje własne jądro ciemności, lub przynajmniej jego zalążek/drogę do niego.
Tytułowa Młodość otwierająca Młodość ma zupełnie inny wydźwięk - groteskowy. Absurdalna historyjka opowiada o pierwszym, katastrofalnym rejsie narratora, wspominającego dawne dzieje po latach, przy okazji kolejnego z niezliczonych rejsów.
U kresu sił to przejmująca, ba, całkiem wzruszająca historia o poświęceniu i miłości rodzicielskiej. Także o tym, jak samo życie potrafi zweryfikować plany i wpłynąć na marzenia. Przy okazji jest festiwal narzekania, że kiedyś to oceany były dziewicze, nie liczył się hajs, przyziemne interesiki, tylko przygoda, duma, odwaga, poświęcenie, itd., no wiecie, Wielkie Wartości (i gdzieś tam z tyłu np. kość słoniowa, ale to tylko przypadkiem).
Tanabe Gou Ogar i inne opowiadania (adaptacja opowiadań H.P.Lovecrafta)
Czy da się rysunkami oddać to, co Lovecraft oddał słowami? Po zapoznaniu się z mangą Gou da się odpowiedzieć twierdząco na to pytanie. Opisów rzecz jasna nie ma, zamiast tego mamy charakterystyczną dla lovecraftianskeigo weird fiction rekwizytornię, nawet jeśli przeniesioną w inne realia (otwierająca tomik Świątynia została przeniesiona w czasy IIWŚ, czego chyba tłumacz/wydawca nie zauważył; albo i sam autor uznał, że to w sumie nieistotne, nie mam porównania z oryginałem). Posępne lasy, ciemne zaułki, zapuszczone cmentarze, ruiny pradawnej, nieludzkiej cywilizacji... wszystko dość szczegółowe (poza sylwetkami - żyjących - postaci), dobra gra światła i cienia. W gruncie rzeczy można artyście wypomnieć jedno - siła oddziaływania tekstów Lovecrafta polegała i polega m.in. na tym, że nie wszystko było ukazane wprost. Że największe koszmary były w domyśle. Tu są ukazane wprost, nawet jeśli bez zbytniej szczegółowości. Przez co zarówno Ogar jak i Zapomniane miasto tracą od pewnego momentu wiele ze znanego też z oryginalnych opowiadań nastroju narastającego zagrożenia, stopniowo budowanego przez autora.
Nie jest to najlepsza manga jaką czytałem, nawet w kategorii horroru/weird, ale jak ktoś musi zapoznać się z czymkolwiek co chociaż leżało obok Lovecrafta (jak ja) bo inaczej się udusi, to ten ktoś powinien poczuć się całkiem usatysfakcjonowany.
Jeff VanderMeer Miasto szaleńców i świętych
Opasłe tomiszcze o którym bardzo trudno wyrobić sobie opinię - bo jest bardzo niespójne. Nie tylko pod względem swobodnego folgowania sobie zasadą decorum (w sumie spoko, przynajmniej od Szekspira jej truchło gnije), teksty humorystyczne, parodystyczne wręcz graniczą z mrocznymi wrzutami o sensie istnienia, życiu, itd., ale też pod względem formy. Mamy bowiem do czynienia nie ze zbiorem opowiadań, lecz zbiorem rozmaitych materiałów dotyczących miasta Ambergris. Nie są w tej cegle zawarte zwyczajne opowiadania, lecz też materiały naukowe, propagandowe, historyczne, kulturoznawcze (powiedzmy) ucharakteryzowane na autentyczne teksty rozmaitych autorów związanych z miastem. Do tego stopnia, że rozmaite teksty są wydrukowane inną czcionką, z ambergrisiańskimi stopkami, autor naśladował różne style (co tłumaczowi udało się nieźle). Mamy też zejście na poziom meta - pojawia się zapis przesłuchania z ambergrisiańskiego psychiatryka, gdzie trafia sam VanderMeer (aczkolwiek anonimowo) (jak się, cholera, właściwie pisze jego nazwisko). W przypadku opisów eksponatów muzealnych mamy nawet prawdziwe zdjęcia przedmiotów ucharakteryzowanych na ambergisiańskie/związane z historią miasta.
Pomysł - przedni. W sumie jest to jedno z bardziej rozpoznawalnych dzieł New Weird. Wykonanie - brawo za pomysł. Wizja świata ujmuje swoim rozmachem i skomplikowaniem, pomieszaniem weird z absurdem, z dodatkiem steampunka, zwykłego horroru, anty/utopii, itd. A mimo wszystko zabrakło mi tutaj jakiegoś nieuchwytnego, niesprecyzowanego czegoś, co pozwoliłoby mi spojrzeć na to w innej kategorii niż zbiór przypadkowych elementów spojonych wspólnym światem przedstawionym. Przez niektóre fragmenty, jak bibliografia fikcyjnej pracy Król Kałamarnic przebijałem się na siłę, byleby mieć je już za sobą. Vandermeer pisał lepsze i bardziej dające do myślenia rzeczy (chociażby trylogię Southern Reach by nie szukać za daleko), inni pisarze z tej samej szuflady też dają radę (Melville!), zaś to jest bardziej dla... no właśnie. Dla kogo właściwie?
Zdzisław Beksiński Opowiadania
Przeglądając recenzje w internetach wygląda na to, że jestem chyba jednym z niewielu odbiorców sztuki Beksińskiego, którzy jego próby literacki stawiają równie wysoko jak malarstwo i grafikę.
Jeśli zawsze chcieliście wiedzieć, jak architekt pisałby mroczne, zagmatwane, przypominające senny koszmar lub bad tripa, zapętlone opowiadania, często porzucone w trakcie tworzenia, rozpostarte tylko w ogólnych zarysach na sztywnych stelażach, to sięgnijcie koniecznie po tę pozycję.
Autor roztoczył przed czytelnikiem wizje absolutnie nieludzkie, obce, zimne; z precyzją socjopaty rzucał w czytelnika zapętlonymi, powtarzającymi się schematami wydarzeń, za każdym kolejnym obrotem wzbogaconych o dodatkowe szczegóły - paradoksalnie zaciemniające obraz, niż wyjaśniające cokolwiek.
Mamy tu zgrozę metafizyczną. Chłód bije z gwiazd, z ziemi, z panoptycznych konstrukcji istniejących lub nie, z każdej jednej sytuacji w które niczym pionki na szachownicy autor wrzucił swoich bohaterów. Od pozornie nieistotnych szczegółów potrafił przechodzić do wielowątkowych obrazów, za każdym razem rozpaczając, że pełne poznanie, dotarcie do istoty rzeczy, zrozumienie całego kontekstu tego, co się dziwi jest niemożliwe. W tych opowiadaniach nic nie jest takie, jakim wydaje się na początku. Mamy tu wykorzystanie dość często manifestujących się wśród tego typu prozy rekwizytów (manekiny, marionetki; odbicia lustrzane zaciemniające obraz odbijany, lub wręcz istniejące zamiast czy też poza nim jako takim; wynaturzona, odrealniona, labiryntowa przestrzeń; wątki świata jako gry, bycia odgrywanym, bycia ściśle kontrolowanym przez siły wymykające się zrozumieniu), jak i bardziej autorskie pomysły, wprowadzenie istoty bezsensu, beznadziei, bezformia do uporządkowanej, rozgrywającej się już sceny, której znaczenie zdaje się być nie tylko poza możliwością zrozumienia narratora, lecz czytelnika tym bardziej - pozostają tylko interpretacje.
Autor dał też swój upust niechęci do stechnicyzowanego świata, gadżetów zapośredniczających osobowe doświadczenie, porządkujących ludzkie życie, przenoszących na czas wolny nawyki stadne zaczerpnięte z czasu pracy. Mamy też wyśmianie patriotyczno-militarystycznej propagandy, kilka bardzo gorzkich tekstów w których powątpiewa sens umierania za jakiegoś buca w mundurze pod jakąś flagą.
Niezależnie od surowości zaprezentowanych tekstów, od tego, że są momentami bardzo trudne w odbiorze (raczej nie poczytacie jadąc tramwajem, tu trzeba skupić całą możliwą do skupienia w chwili czytania uwagę na czytanej treści), od tego, że często są to fragmenty, odpryski większej całości która nigdy nie powstała, jest to jak dla mnie ścisła czołówka nihilistycznej grozy, zapisu rozczarowania rzeczywistością jako taką, literackich obrazów strachu przed niemożnością dotarcia do istoty rzeczy, sensu kryjącego się za obrazami, za słowem (i zarazem fascynacji tą niemożnością). To nie jest fantastyka, to metafizyczny (i trochę epistemologiczny zarazem) horror.
czwarty i szósty tom dzieł zebranych. Przeczytane jakiś czas temu, jako że to zbiory opowiadań, zlały mi się w jedno.
Dobra literatura ma to do siebie, że niezależnie od tego, czy się zestarzała, a jeśli się zestarzała, to w jakim stopniu, i niezależnie od narracji w obrębie której porusza się autor, pozostaje dobrą literaturą. Jesteśmy w stanie wskazać taką literaturę palcem i powiedzieć hej, to jest dobra literatura, mimo tego, że czytając czasem zgrzytnie się zębami, ale trudno, takie były czasy. Joseph Conrad zazwyczaj mieści się w tak rozumianym przedziale dobrej literatury, przynajmniej jak dla mnie.
Pisanie o przeczytanych książkach po upływie około miesiąca po ich przeczytaniu pozwala na łatwe zweryfikowanie, ile z treści czytelnik właściwie zapamiętał. O ile z Młodości zapamiętałem wszystkie trzy opowiadania, to z Opowieści tylko dwa z pięciu.
I tak, Karain - wspomnienie to opowieść to plemiennym wodzu małej wyspy leżącej gdzieś hen, daleko; gdzieś tak daleko w czasie i w przestrzeni, że, z naszego punktu widzenia, niemalże w jakiejś odległej Nibylandii. Bohater tytułowy zmaga się z demonami przeszłości, zwłaszcza z jednym, z którym związana jest heroiczna opowieść o miłości, zdradzie i poświęceniu. Gdy umiera jego stary mentor-szaman, cywilizacja białego człowieka (o dziwo) przydaje się do czegokolwiek. Bardzo dobry tekst, dający do myślenia, opowieść o sile wiary.
Placówka postępu - dowód na to, że Conrad mimo wszystko nie hołubił bezmyślnie mocarstw kolonialnych, lecz potrafił im dopieprzyć bardzo efektownie, wyśmiewając zdegenerowaną biurokrację, poszukiwaczy przygód z nudów i przypadkowych, zgnuśniałych snobów nie rozumiejących realiów, w których się znaleźli. Tytuł oczywiście jest ironią, gorzką ironią. Podejrzewam, że Conradowi zapewne chodziło o coś innego - o to, że kolonizatorzy faktycznie powinni ten postęp szerzyć, zamiast na pierwszą linię frontu walki z Białymi Plamami Na Mapie wysyłać miernoty i karierowiczów, nie zmienia to jednak faktu, że gorzki morał wypływający z treści można różnie interpretować.
Idioci, Powrót, Laguna - bijcie zabijcie, nie pamiętam. A nie chcę za tym guglać (pewnie są np. na Wolnych Lekturach). Nie pamiętam - to znaczy, że nie było tam nic, co by na dłużej zapadło w pamięć.
Młodość zaś to przede wszystkim Jądro ciemności. Tekst kultowy, w pamięć zbiorową zapadł na tyle mocno, że zapłodnił popkulturę, ze słynnym Czasem apokalipsy na czele. Miałem okazję czytać go w lepszych tłumaczeniach. Z przykrością muszę stwierdzić, że któreś nowsze było dużo bardziej przejmujące, dużo lepiej oddziałujące na wyobraźnię i emocje czytelnika. Mamy tu niejako apoteozę kolonializmu, będącą jednocześnie krytyką chciwości białego człowieka i rozliczeniem z pięknymi deklaracjami skonfrontowanymi z rzeczywistością. Jest duszno, niepokojąco, Nieznane ma twarze członków obcych plemion, dzikich i okrutnych. Morał można zuniwersalizować - poniekąd każdy nosi w sobie swoje własne jądro ciemności, lub przynajmniej jego zalążek/drogę do niego.
Tytułowa Młodość otwierająca Młodość ma zupełnie inny wydźwięk - groteskowy. Absurdalna historyjka opowiada o pierwszym, katastrofalnym rejsie narratora, wspominającego dawne dzieje po latach, przy okazji kolejnego z niezliczonych rejsów.
U kresu sił to przejmująca, ba, całkiem wzruszająca historia o poświęceniu i miłości rodzicielskiej. Także o tym, jak samo życie potrafi zweryfikować plany i wpłynąć na marzenia. Przy okazji jest festiwal narzekania, że kiedyś to oceany były dziewicze, nie liczył się hajs, przyziemne interesiki, tylko przygoda, duma, odwaga, poświęcenie, itd., no wiecie, Wielkie Wartości (i gdzieś tam z tyłu np. kość słoniowa, ale to tylko przypadkiem).
Tanabe Gou Ogar i inne opowiadania (adaptacja opowiadań H.P.Lovecrafta)
Czy da się rysunkami oddać to, co Lovecraft oddał słowami? Po zapoznaniu się z mangą Gou da się odpowiedzieć twierdząco na to pytanie. Opisów rzecz jasna nie ma, zamiast tego mamy charakterystyczną dla lovecraftianskeigo weird fiction rekwizytornię, nawet jeśli przeniesioną w inne realia (otwierająca tomik Świątynia została przeniesiona w czasy IIWŚ, czego chyba tłumacz/wydawca nie zauważył; albo i sam autor uznał, że to w sumie nieistotne, nie mam porównania z oryginałem). Posępne lasy, ciemne zaułki, zapuszczone cmentarze, ruiny pradawnej, nieludzkiej cywilizacji... wszystko dość szczegółowe (poza sylwetkami - żyjących - postaci), dobra gra światła i cienia. W gruncie rzeczy można artyście wypomnieć jedno - siła oddziaływania tekstów Lovecrafta polegała i polega m.in. na tym, że nie wszystko było ukazane wprost. Że największe koszmary były w domyśle. Tu są ukazane wprost, nawet jeśli bez zbytniej szczegółowości. Przez co zarówno Ogar jak i Zapomniane miasto tracą od pewnego momentu wiele ze znanego też z oryginalnych opowiadań nastroju narastającego zagrożenia, stopniowo budowanego przez autora.
Nie jest to najlepsza manga jaką czytałem, nawet w kategorii horroru/weird, ale jak ktoś musi zapoznać się z czymkolwiek co chociaż leżało obok Lovecrafta (jak ja) bo inaczej się udusi, to ten ktoś powinien poczuć się całkiem usatysfakcjonowany.
Jeff VanderMeer Miasto szaleńców i świętych
Opasłe tomiszcze o którym bardzo trudno wyrobić sobie opinię - bo jest bardzo niespójne. Nie tylko pod względem swobodnego folgowania sobie zasadą decorum (w sumie spoko, przynajmniej od Szekspira jej truchło gnije), teksty humorystyczne, parodystyczne wręcz graniczą z mrocznymi wrzutami o sensie istnienia, życiu, itd., ale też pod względem formy. Mamy bowiem do czynienia nie ze zbiorem opowiadań, lecz zbiorem rozmaitych materiałów dotyczących miasta Ambergris. Nie są w tej cegle zawarte zwyczajne opowiadania, lecz też materiały naukowe, propagandowe, historyczne, kulturoznawcze (powiedzmy) ucharakteryzowane na autentyczne teksty rozmaitych autorów związanych z miastem. Do tego stopnia, że rozmaite teksty są wydrukowane inną czcionką, z ambergrisiańskimi stopkami, autor naśladował różne style (co tłumaczowi udało się nieźle). Mamy też zejście na poziom meta - pojawia się zapis przesłuchania z ambergrisiańskiego psychiatryka, gdzie trafia sam VanderMeer (aczkolwiek anonimowo) (jak się, cholera, właściwie pisze jego nazwisko). W przypadku opisów eksponatów muzealnych mamy nawet prawdziwe zdjęcia przedmiotów ucharakteryzowanych na ambergisiańskie/związane z historią miasta.
Pomysł - przedni. W sumie jest to jedno z bardziej rozpoznawalnych dzieł New Weird. Wykonanie - brawo za pomysł. Wizja świata ujmuje swoim rozmachem i skomplikowaniem, pomieszaniem weird z absurdem, z dodatkiem steampunka, zwykłego horroru, anty/utopii, itd. A mimo wszystko zabrakło mi tutaj jakiegoś nieuchwytnego, niesprecyzowanego czegoś, co pozwoliłoby mi spojrzeć na to w innej kategorii niż zbiór przypadkowych elementów spojonych wspólnym światem przedstawionym. Przez niektóre fragmenty, jak bibliografia fikcyjnej pracy Król Kałamarnic przebijałem się na siłę, byleby mieć je już za sobą. Vandermeer pisał lepsze i bardziej dające do myślenia rzeczy (chociażby trylogię Southern Reach by nie szukać za daleko), inni pisarze z tej samej szuflady też dają radę (Melville!), zaś to jest bardziej dla... no właśnie. Dla kogo właściwie?
Zdzisław Beksiński Opowiadania
Przeglądając recenzje w internetach wygląda na to, że jestem chyba jednym z niewielu odbiorców sztuki Beksińskiego, którzy jego próby literacki stawiają równie wysoko jak malarstwo i grafikę.
Jeśli zawsze chcieliście wiedzieć, jak architekt pisałby mroczne, zagmatwane, przypominające senny koszmar lub bad tripa, zapętlone opowiadania, często porzucone w trakcie tworzenia, rozpostarte tylko w ogólnych zarysach na sztywnych stelażach, to sięgnijcie koniecznie po tę pozycję.
Autor roztoczył przed czytelnikiem wizje absolutnie nieludzkie, obce, zimne; z precyzją socjopaty rzucał w czytelnika zapętlonymi, powtarzającymi się schematami wydarzeń, za każdym kolejnym obrotem wzbogaconych o dodatkowe szczegóły - paradoksalnie zaciemniające obraz, niż wyjaśniające cokolwiek.
Mamy tu zgrozę metafizyczną. Chłód bije z gwiazd, z ziemi, z panoptycznych konstrukcji istniejących lub nie, z każdej jednej sytuacji w które niczym pionki na szachownicy autor wrzucił swoich bohaterów. Od pozornie nieistotnych szczegółów potrafił przechodzić do wielowątkowych obrazów, za każdym razem rozpaczając, że pełne poznanie, dotarcie do istoty rzeczy, zrozumienie całego kontekstu tego, co się dziwi jest niemożliwe. W tych opowiadaniach nic nie jest takie, jakim wydaje się na początku. Mamy tu wykorzystanie dość często manifestujących się wśród tego typu prozy rekwizytów (manekiny, marionetki; odbicia lustrzane zaciemniające obraz odbijany, lub wręcz istniejące zamiast czy też poza nim jako takim; wynaturzona, odrealniona, labiryntowa przestrzeń; wątki świata jako gry, bycia odgrywanym, bycia ściśle kontrolowanym przez siły wymykające się zrozumieniu), jak i bardziej autorskie pomysły, wprowadzenie istoty bezsensu, beznadziei, bezformia do uporządkowanej, rozgrywającej się już sceny, której znaczenie zdaje się być nie tylko poza możliwością zrozumienia narratora, lecz czytelnika tym bardziej - pozostają tylko interpretacje.
Autor dał też swój upust niechęci do stechnicyzowanego świata, gadżetów zapośredniczających osobowe doświadczenie, porządkujących ludzkie życie, przenoszących na czas wolny nawyki stadne zaczerpnięte z czasu pracy. Mamy też wyśmianie patriotyczno-militarystycznej propagandy, kilka bardzo gorzkich tekstów w których powątpiewa sens umierania za jakiegoś buca w mundurze pod jakąś flagą.
Niezależnie od surowości zaprezentowanych tekstów, od tego, że są momentami bardzo trudne w odbiorze (raczej nie poczytacie jadąc tramwajem, tu trzeba skupić całą możliwą do skupienia w chwili czytania uwagę na czytanej treści), od tego, że często są to fragmenty, odpryski większej całości która nigdy nie powstała, jest to jak dla mnie ścisła czołówka nihilistycznej grozy, zapisu rozczarowania rzeczywistością jako taką, literackich obrazów strachu przed niemożnością dotarcia do istoty rzeczy, sensu kryjącego się za obrazami, za słowem (i zarazem fascynacji tą niemożnością). To nie jest fantastyka, to metafizyczny (i trochę epistemologiczny zarazem) horror.
Subskrybuj:
Posty (Atom)