1) Żyję i mam się dobrze. Z grubsza. Ale pisząc te słowa wyglądam przez okno, patrzę na las na horyzoncie, na zachodzące słońce - i nie mogę, pisząc tu i teraz, stwierdzić, że nie mam się dobrze. Promienie słońca malowniczo rozlewają się na firance, żarzy się ona złocisto, a ponieważ jest falowana, złoto miesza się z cieniem. Niebo jest błękitne, na horyzoncie, nad lasem wiszą chmury. Błękit stopniowo przechodzi w biel, a ta - w szarość. Tak, zdecydowanie dziś mam się dobrze. Wcześniej też miałem się dobrze; sesję zakończyłem bez poprawek, mieszkanie się jeszcze nie rozpadło, współlokator nie zabił niechcący ani mnie, ani siebie, ani nie wysadził bloku w powietrze, nie zabiło mnie też krakowskie powietrze, chociaż wiele razy próbowało, ani hamulce w moim rowerze.
Powinienem pisać częściej i więcej. Ileż razy miliony słów, miliony bodźców, cała masa obrazów, wrażeń i pomysłów przepływają mi przez głowę rwącym strumieniem. Problem w tym, że zazwyczaj albo nie mogę tego wtedy zapisać, albo - gdy już siadam i próbuję - nie chce mi się. Albo coś odciąga moją uwagę.
Zachodzące słońce tymczasem zostało przesłonięte przez podłużną, stalowoszarą chmurę, rozciągniętą przez szerokość nieba, jakby zrobioną tam jednym, gwałtownym i niedbałym pociągnięciem pędzla. Złoty blask słońca jarzy się tam, gdzie zza chmury wystaje jego górny fragment - od dołu zaś blask jest pomarańczowy, wpadający lekko w delikatną czerwień. Skąd w ogóle ta chmura się tam wzięła? Czasem wystarczy stracić uwagę na mgnienie oka, by nagle zastać warunki inne, niż jeszcze - zdawałoby się - mrugnięcie okiem temu.
Światło żarówki nie dorównuje słonecznemu, nawet zachodzącego słońca, ale nie czasem nie ma wyboru.
2) Mało czytałem. Muszę to przyznać. Przed samym sobą odczuwam z tego powodu zażenowanie. Tyloma innymi pierdołami się człowiek zajmował. Za dużo czasu spędziłem w nierzeczywistości gier komputerowych. Nie mam nic do tego, czasem trzeba, czasem to fajne, ale czy ja naprawdę potrafię czerpać przyjemność z ubijania tego samego stwora po raz XYZ-ty, by zebrać z niego - z grubsza - te same przedmioty? Doprawdy, nic tak nie zadziwia, jak własne postępowanie.
Marzy mi się hack n' slash w konwencji gry paragrafowej. Podobno dla chcącego nic trudnego.
3) Za to odkryłem dla siebie świat wyobraźni, jaki przedtem znałem pobieżnie. Anime. Ale o tym może w osobnej notce.
4) W przyrodzie panuje równowaga. Mimo tego, że diabli wiedzą, o jaką równowagę chodzi i dlaczego tak się dzieje, świadomość tego może czasem być bardzo bolesna.
Pod ciemnym maźnięciem pojawiło się drugie, za którym schowało się małe, krwawo-pomarańczowe słońce. Różowawa poświata barwi spody chmur, ponad którymi widać jeszcze gasnący, złocisty blask, lub raczej jego dalekie echo na kilku białych strzępielach wiszących pośrodku błękitu, niknących u podstawy w oleistej, ciemnej smudze innych chmur. Las na horyzoncie ściemniał. Jaskółki nisko latają, obserwuję ich akrobacje. Trzy? Nie, cztery ptaki zataczają ciasne pętle, beczki i koła, machają skrzydłami by potem zdać się na prawa fizyki i szybować bez wykonywania najmniejszego ruchu.
O, odleciały.
Samotny pęcherzyk powietrza błyskawicznie pokonał całą wysokość butelki z wodą mineralną, by dotarłszy na jej powierzchnię - zatracić swoje cechy indywidualne w ramach ogólnego pojęcia "powietrza".
5) Raczej zapomniałem, czym różniły się od siebie tagi (vel etykiety) "Ból głowy" [chyba pitolenie o niczym], "Od autora"[jakieś "ważne" przesłania bądź kwestie techniczne?] oraz "Proza(k) życia
[chyba mniej ogólne pitolenie o niczym].
niedziela, 30 czerwca 2013
niedziela, 19 maja 2013
Czarna Sztuka I
0) Black metal to wyjątkowo pretensjonalny podgatunek szeroko pojętej muzyki metalowej (jakby samo określenie metal nie było wystarczająco pretensjonalne), jednak z różnych powodów czarna sierść jest moją ulubioną. Może dlatego, że wyjątkowo dobrze łączy się z innymi gatunkami, niekoniecznie metalem.
Black metal zaczął się jako bunt - bunt metafizyczny. Na przestrzeni lat wyewoluował znacznie, gdzieniegdzie wychodząc z zatęchłych piwnic i zaśnieżonych lasów na świeże powietrze lub nawet w blask fleszy mainstreamu (np. w Norwegii). To, co w gatunku szokowało niektórych w latach '90, na chwilę obecną nie ma już takiej siły oddziaływania (a ćwieki chyba nawet przebiły się do mody głównonurtowej, w każdym razie mam takie wrażenie), stąd całe mrowie eklektycznego łączenia tego i owego z black metalem. W końcu człek poczciwy jest panem form i wbrew ujadaniu niszowych jedynych prawdziwych nie trzeba robić z siebie idioty na każdym kroku, by zachować wierność gatunkowi, jeśli oczywiście kogoś takie pierdoły jak wierność jednemu określonemu rodzajowi muzyki obchodzą. Mnie nie.
Lubię posłuchać czasem i jakiś przynudzających, wiejących kosmicznym zimnem nieludzkich otchłani pasaży dźwiękowych, i lżejszych, melancholijnych kompozycji o braku sensu, śmierci ludzkości i składaniu ofiar Szatanowi, ale czasem też szybkich, brutalnych i chaotycznych nawalanek, innym razem przychodzi ochota na coś topornego, czasem na odrobinę wirtuozerii (ano, i w tym gatunku się zdarza. Rzadko ale zawsze). Nie wiem w sumie, po co ten wstęp napisałem, no ale ok, trudno, niech będzie.
1) Furia W melancholii, Pagan Records, 2013
Może i Furia to taka Coma polskiego black metalu, ale przyznać trzeba, że panowie z Let The World Burn, udzielający się nie tylko w Furii, lecz i pierdylionie innych projektów grać potrafią. I, co się bardzo chwali, zdają się mieć wyjebane na jojczenia fanów, grając nierzadko rzeczy, które potrafiły co bardziej trwardogłowych słuchaczy przyprawiać o jeszcze większy ból głowy, niż odczuwany przez takowych na co dzień. O ile albumy studyjne Furii nie przekraczają jeszcze aż tak granic gatunku, to na EP-kach wypuszczają wodze fantazji bardzo daleko. Już na Halnym pokazali swoje znacznie bardziej pinkfloydowe oblicze, zaś teraz przekroczyli zupełnie czas osiowy. W melancholii zawiera dwie kompozycje, Z melancholika krew nie wypływa oraz Napuchną mną drzewa. Patrząc na takie tytuły spodziewałem się charakterystycznych dla zespołu tekstów, przepełnionych dziwnością, absurdem i wzorowanych nieco na muzyce ludowej. Nie folkowej, ludowej. Słuchając kawałka Nieżyt ze składanki Silesian Black Attack czy ostatniego albumu, Marzannie, królowej Polski, nie trudno wyobrazić sobie scenki, w której Nihil wychodzi z biedaszybu, a dusza jego jest czarna jak wungiel, Namtar leży obok na pokrytej szarym pyłem trawie, patrzy niewidzącym wzrokiem w stalowoszare niebiosa rozpościerające się nad nim, bawiąc się przy tym nożem (takim plastikowym, czasem dają do kebaba), Sars leży pijany w rowie nieopodal, majacząc recytuje na przemian cytaty z Evoli i tekst Urojeń ksobnych, z repertuaru jego własnego projektu Duszę Wypuścił, zaś Voldtekt chwiejąc się stoi na hałdzie kawałek dalej, i leje przed siebie. Wyobrażacie sobie to? Ok, to teraz wyobraźcie sobie jeszcze, że zaczęło padać, Nihil siada ciężko na ziemi, pomrukując "o kurwa, zgniłem", zapala papierosa, takiego ukraińskiego, bez filtra, po czym zaczyna śpiewać, niczym staruszka siedząca przed krytą strzechą chatą, gdzieś na północ od Radomia: "Wyszedł Nieżyt ze suchego morza, i wyszedł Jezus z niebios. Rzecze doń Jezus: ''Dokąd idziesz Nieżycie?'' Rzecze mu Nieżyt: ''Tu idę, Gospodynie, w człowieczej głowie mózg suszyć, kości łamać, uszy ogłuszyć, oczy oślepić, krew przelewać, usta wykrzywiać, żyły umartwiać, biesami je męczyć". Itd. Furia to muzyka ludowa na miarę współczesnego ludu, z którego wywodzą się muzycy, przegniłej i przegranej, skąpanej w pyle i umorusanej węglem populacji Górnego Śląska.
Zasmuciłem się więc nieco, gdy w dołączonej do płyty książeczki nie ma tekstów żadnych. Zamiast tego jest tam kilka zdjęć, przedstawiających jakieś skute lodem, sztuczne akweny, drzewo i butelkę po piwie, leżącą pod drzewem. Cóż, bywa i tak, pomyślałem, trzeba będzie słuchać uważnie. I tu się zadziwiłem po raz wtóry. Przede wszystkim, jak już napomknąłem wyżej, Furia lubi przekraczać łamy gatunku. I tym razem przekroczyli je na tyle, że w sumie to już nie jest black metal. Tzn. nadal unosi się nad tym jakaś siaka taka atmosfera radosnego nihilizmu, aktywnej melancholii, coś w rodzaju przeczucia mówiącego cieszymy się i radujmy ale na końcu i tak wyzdychamy, które jest całkiem nieco bardzo black metalowa w swojej ontologii, lecz black metalu jako takiego tutaj raczej nie ma. I słów żadnych nie ma, co wyjaśniałoby brak tekstów w książeczce. A co więc jest? Hmmm, no jest jakiś post-rock, shoegaze/blackgaze, trochę doom metalu, akordeon, wreszcie coś pomiędzy kołysanką a pomrukiwaniem (aaa-aaa-aaa ale nie na melodię Kotki dwa) na końcu Napuchną mną drzewa.
Materiał ten jest dosyć krótki, nie trwa nawet 20 minut ale to w końcu EP-ka. Furia to nie jakiś (przykład pierwszy z brzegu, przy chwili zastanowienia zapewne znalazłbym bardziej adekwatne, zbliżone stylistycznie i gatunkowo przykłady) Moonsorrow, nagrywający EP-ki trwające dłużej niż albumy innych kapel. Mimo tego, zapada w pamięć, słucha się W melancholii bardzo przyjemnie, nawet jeśli faktycznie ogarnia słuchacza melancholia. Nie obawiałbym się za to tego, iż Furia pójdzie muzycznie właśnie w tym kierunku. Po sporo psychedeliczno-progresywnym Halnym była black metalowa surowizna, Marzannie, królowej..., teraz mamy coś takiego, o ile w Halnym było więcej black metalu niż jest go W melancholii, to zapewne jest to wybryk jednorazowy. A jeśli nawet nie, to też dobrze. Bo czemu by nie.
2) Massemord A Life-giving Power of Devastation, Pagan Records, 2013
Massemord to drugi z najbardziej chyba znanych projektów ludzisków z Let The World Burn, czyli w sumie, oprócz perkusisty, tych samych ziutków, co i w Furii grają. O ile jednak Furia to black metal (na chwilę obecną black metal formalny, ale niezbyt materialny) taki bardziej stonowany, melancholijny, spokojny na swój sposób, choćby był to spokój nie zdradzającego żadnych emocji szalonego mordercy, czy też raczej, skoro to muzyka ludowa, szalonego miłośnika kóz spod Radomia, lub bohatera Domu złego, to Massemord był odbiciem znacznie bardziej żywiołowej strony twórczości zaangażowanych w niego muzyków. I nadal taki jest. O ile stylistycznie, w Furii przelewają się różne style i wpływy, to opisywana płyta Massemord łączy w sobie chyba wszystko, co przewinęło się pod tym szyldem przez ostatnie lata. Jest to więc black metal szybki i brutalny, momentami nieco thrashowy, gdy przy połamanej strukturze za przejścia robią pojedyncze gitarowe takie tam szuruburu, czasem lekko psychedeliczny w stylu The Madness Tongue Devouring Juices of Livid Hope, jednak mniej inwazyjny, mniej wszechogarniający niż np. na Let The World Burn czy The Whore of Hate - znacznie więcej jest tutaj ciszy, w której czasem rozbrzmiewają pojedyncze dźwięki, rozbrzmiewające w jednostajnym rytmie, by potem przetoczyć się nagłą, potężną nawałnicą po uszach słuchacza.
Tak czy siak, na płycie jest 9 utworów, trwających łącznie prawie 50 minut. W książeczce dołączonej do płyty są ich teksty, oprócz 7-go Horror to Come. W sumie w książeczce niby tekst do tego jest umieszczony, ale to tak na prawdę tekst do 8-ki The Stoning Malignant, której w książeczce nie ma. Zaś Horror to Come ma jakiś tekst po polsku (jedyna piosenka z polskim tekstem na tej płycie), w którym jest coś i o otchłani, i o gniewie jakimś wielkim, i o złości, i o wymuszonym ekshibicjonizmie. Poza tym mały błąd jest w książeczce w tekście 4-ki, ale pierdołowaty, ot, nagle się tam w losowym momencie pojawił tytuł 2-ki. Zdarza się. Poza tym książeczka jest naprawdę ładna, utrzymana w odcieniach czerni, szarości, czerwieni i bieli, pełna jakiś krzywych mord (także członków kapeli), rysunków dłoni, rąk, jakiś dziwnych sylwetek poplątanych nieco, jest Jezus na odwróconym krzyżu, jest jakiś ptak dziki z Radomia pożerający kogoś, itd., no black metalowy standard, tutaj jednak bardzo ładnie przedstawiony, trzymający się całości, nawet, jeśli poszczególne elementy wyglądają jakby nasrane na siebie dosyć przypadkowo, to mimo wszystko wygląda to bardzo estetycznie.
Tak czy siak, wydaje mi się, że płyta ta to takie dobre podsumowanie tego, czym jest obecnie Massemord. Niby nie ma tu niczego odkrywczego, a mimo tego słucha się tego dobrze i nie nudzi się to zbytnio.
3) FDS Nagranie z muzyką naiwną, Malignant Voices, 2011
Godz. 03:00, ja, absynt, ta płyta, pełne zaciemnienie w pokoju, słuchawki na głowie, wysłużony discman obok na podłodze, trip się rozpoczyna.
Godz. ~03:45 głowa mnie boli, wszystko mnie boli, idę spać. Miałem sen, w którym zabijałem ludzi, potem wróciłem po swoje zsiniałe sumienie i następnie obudziłem się, przerażony, absolutnie pewien, że łapska moje w krwi niewinnej obmyłem.
Kolejny projekt związany z Let The World Burn, dwóch członków będących zarówno jednocześnie w Furii, jak i Massemord. Znów black metal, lecz coś zupełnie innego od dwóch projektów, o których już wcześniej wspominałem. Płyta całkiem dobrze przeze mnie obsłuchana, przesłuchana i wysłuchana, jednak mimo upływu czasu i wielu podejść (mam ją w końcu od ponad roku), jednakowo trudna w odbiorze. Nie mam pojęcia, co Nihil, Namtar i Cień ćpali w czasie jej nagrywania, ale zarówno teksty, jak i muzyka to jakiś bardzo zły trip, wyprawa w szaleństwo, które nie jest przyswajalne dla przeciętnego słuchacza, nawet przeciętnego słuchacza black metalu. Mamy więc zupełnie poplątaną strukturę, raz jest szybko i chaotycznie, po chwili wszystko zwalnia, muzyka nagle znika a zostaje tylko deklamujący tekst znudzonym głosem wokalista (Cień?), mamy w tle jakieś pasaże ambientowe, w których co jakiś czas coś strzyka, syczy i trzaska, jak mnie w kościach, gdy wstawałem z podłogi po ostatnim uważnym przesłuchaniu tej płyty, przy całym swoim chaosie, utwory są raczej mało skomplikowane. Produkcja stoi na wysokim poziomie, ma duży udział w kreowaniu chorej atmosfery całości.
Przy płycie jest książeczka z tekstami, wypisanymi często w dziwnych kierunkach, do tego bogato ozdobione jest to obrazkami gołych pań (rysowanych lub vintage), lub chociaż nagiego biustu, jednak całość jest poskładana na tyle dziwacznie i surrealistycznie, że jednych cycków nawet nie zauważyłem przy pierwszym przeglądaniu jej. Podsumowując, ta płyta wymaga od słuchacza dużo cierpliwości, jednak odwdzięcza mu się bardzo nietuzinkową formą i treścią, nie każdemu przypadnie toto do gustu, jak dla mnie jest to całkiem niezłe, nie jest to jednak muzyka, którą mógłbym słuchać codziennie.
Black metal zaczął się jako bunt - bunt metafizyczny. Na przestrzeni lat wyewoluował znacznie, gdzieniegdzie wychodząc z zatęchłych piwnic i zaśnieżonych lasów na świeże powietrze lub nawet w blask fleszy mainstreamu (np. w Norwegii). To, co w gatunku szokowało niektórych w latach '90, na chwilę obecną nie ma już takiej siły oddziaływania (a ćwieki chyba nawet przebiły się do mody głównonurtowej, w każdym razie mam takie wrażenie), stąd całe mrowie eklektycznego łączenia tego i owego z black metalem. W końcu człek poczciwy jest panem form i wbrew ujadaniu niszowych jedynych prawdziwych nie trzeba robić z siebie idioty na każdym kroku, by zachować wierność gatunkowi, jeśli oczywiście kogoś takie pierdoły jak wierność jednemu określonemu rodzajowi muzyki obchodzą. Mnie nie.
Lubię posłuchać czasem i jakiś przynudzających, wiejących kosmicznym zimnem nieludzkich otchłani pasaży dźwiękowych, i lżejszych, melancholijnych kompozycji o braku sensu, śmierci ludzkości i składaniu ofiar Szatanowi, ale czasem też szybkich, brutalnych i chaotycznych nawalanek, innym razem przychodzi ochota na coś topornego, czasem na odrobinę wirtuozerii (ano, i w tym gatunku się zdarza. Rzadko ale zawsze). Nie wiem w sumie, po co ten wstęp napisałem, no ale ok, trudno, niech będzie.
1) Furia W melancholii, Pagan Records, 2013
Może i Furia to taka Coma polskiego black metalu, ale przyznać trzeba, że panowie z Let The World Burn, udzielający się nie tylko w Furii, lecz i pierdylionie innych projektów grać potrafią. I, co się bardzo chwali, zdają się mieć wyjebane na jojczenia fanów, grając nierzadko rzeczy, które potrafiły co bardziej trwardogłowych słuchaczy przyprawiać o jeszcze większy ból głowy, niż odczuwany przez takowych na co dzień. O ile albumy studyjne Furii nie przekraczają jeszcze aż tak granic gatunku, to na EP-kach wypuszczają wodze fantazji bardzo daleko. Już na Halnym pokazali swoje znacznie bardziej pinkfloydowe oblicze, zaś teraz przekroczyli zupełnie czas osiowy. W melancholii zawiera dwie kompozycje, Z melancholika krew nie wypływa oraz Napuchną mną drzewa. Patrząc na takie tytuły spodziewałem się charakterystycznych dla zespołu tekstów, przepełnionych dziwnością, absurdem i wzorowanych nieco na muzyce ludowej. Nie folkowej, ludowej. Słuchając kawałka Nieżyt ze składanki Silesian Black Attack czy ostatniego albumu, Marzannie, królowej Polski, nie trudno wyobrazić sobie scenki, w której Nihil wychodzi z biedaszybu, a dusza jego jest czarna jak wungiel, Namtar leży obok na pokrytej szarym pyłem trawie, patrzy niewidzącym wzrokiem w stalowoszare niebiosa rozpościerające się nad nim, bawiąc się przy tym nożem (takim plastikowym, czasem dają do kebaba), Sars leży pijany w rowie nieopodal, majacząc recytuje na przemian cytaty z Evoli i tekst Urojeń ksobnych, z repertuaru jego własnego projektu Duszę Wypuścił, zaś Voldtekt chwiejąc się stoi na hałdzie kawałek dalej, i leje przed siebie. Wyobrażacie sobie to? Ok, to teraz wyobraźcie sobie jeszcze, że zaczęło padać, Nihil siada ciężko na ziemi, pomrukując "o kurwa, zgniłem", zapala papierosa, takiego ukraińskiego, bez filtra, po czym zaczyna śpiewać, niczym staruszka siedząca przed krytą strzechą chatą, gdzieś na północ od Radomia: "Wyszedł Nieżyt ze suchego morza, i wyszedł Jezus z niebios. Rzecze doń Jezus: ''Dokąd idziesz Nieżycie?'' Rzecze mu Nieżyt: ''Tu idę, Gospodynie, w człowieczej głowie mózg suszyć, kości łamać, uszy ogłuszyć, oczy oślepić, krew przelewać, usta wykrzywiać, żyły umartwiać, biesami je męczyć". Itd. Furia to muzyka ludowa na miarę współczesnego ludu, z którego wywodzą się muzycy, przegniłej i przegranej, skąpanej w pyle i umorusanej węglem populacji Górnego Śląska.
Zasmuciłem się więc nieco, gdy w dołączonej do płyty książeczki nie ma tekstów żadnych. Zamiast tego jest tam kilka zdjęć, przedstawiających jakieś skute lodem, sztuczne akweny, drzewo i butelkę po piwie, leżącą pod drzewem. Cóż, bywa i tak, pomyślałem, trzeba będzie słuchać uważnie. I tu się zadziwiłem po raz wtóry. Przede wszystkim, jak już napomknąłem wyżej, Furia lubi przekraczać łamy gatunku. I tym razem przekroczyli je na tyle, że w sumie to już nie jest black metal. Tzn. nadal unosi się nad tym jakaś siaka taka atmosfera radosnego nihilizmu, aktywnej melancholii, coś w rodzaju przeczucia mówiącego cieszymy się i radujmy ale na końcu i tak wyzdychamy, które jest całkiem nieco bardzo black metalowa w swojej ontologii, lecz black metalu jako takiego tutaj raczej nie ma. I słów żadnych nie ma, co wyjaśniałoby brak tekstów w książeczce. A co więc jest? Hmmm, no jest jakiś post-rock, shoegaze/blackgaze, trochę doom metalu, akordeon, wreszcie coś pomiędzy kołysanką a pomrukiwaniem (aaa-aaa-aaa ale nie na melodię Kotki dwa) na końcu Napuchną mną drzewa.
Materiał ten jest dosyć krótki, nie trwa nawet 20 minut ale to w końcu EP-ka. Furia to nie jakiś (przykład pierwszy z brzegu, przy chwili zastanowienia zapewne znalazłbym bardziej adekwatne, zbliżone stylistycznie i gatunkowo przykłady) Moonsorrow, nagrywający EP-ki trwające dłużej niż albumy innych kapel. Mimo tego, zapada w pamięć, słucha się W melancholii bardzo przyjemnie, nawet jeśli faktycznie ogarnia słuchacza melancholia. Nie obawiałbym się za to tego, iż Furia pójdzie muzycznie właśnie w tym kierunku. Po sporo psychedeliczno-progresywnym Halnym była black metalowa surowizna, Marzannie, królowej..., teraz mamy coś takiego, o ile w Halnym było więcej black metalu niż jest go W melancholii, to zapewne jest to wybryk jednorazowy. A jeśli nawet nie, to też dobrze. Bo czemu by nie.
2) Massemord A Life-giving Power of Devastation, Pagan Records, 2013
Massemord to drugi z najbardziej chyba znanych projektów ludzisków z Let The World Burn, czyli w sumie, oprócz perkusisty, tych samych ziutków, co i w Furii grają. O ile jednak Furia to black metal (na chwilę obecną black metal formalny, ale niezbyt materialny) taki bardziej stonowany, melancholijny, spokojny na swój sposób, choćby był to spokój nie zdradzającego żadnych emocji szalonego mordercy, czy też raczej, skoro to muzyka ludowa, szalonego miłośnika kóz spod Radomia, lub bohatera Domu złego, to Massemord był odbiciem znacznie bardziej żywiołowej strony twórczości zaangażowanych w niego muzyków. I nadal taki jest. O ile stylistycznie, w Furii przelewają się różne style i wpływy, to opisywana płyta Massemord łączy w sobie chyba wszystko, co przewinęło się pod tym szyldem przez ostatnie lata. Jest to więc black metal szybki i brutalny, momentami nieco thrashowy, gdy przy połamanej strukturze za przejścia robią pojedyncze gitarowe takie tam szuruburu, czasem lekko psychedeliczny w stylu The Madness Tongue Devouring Juices of Livid Hope, jednak mniej inwazyjny, mniej wszechogarniający niż np. na Let The World Burn czy The Whore of Hate - znacznie więcej jest tutaj ciszy, w której czasem rozbrzmiewają pojedyncze dźwięki, rozbrzmiewające w jednostajnym rytmie, by potem przetoczyć się nagłą, potężną nawałnicą po uszach słuchacza.
Tak czy siak, na płycie jest 9 utworów, trwających łącznie prawie 50 minut. W książeczce dołączonej do płyty są ich teksty, oprócz 7-go Horror to Come. W sumie w książeczce niby tekst do tego jest umieszczony, ale to tak na prawdę tekst do 8-ki The Stoning Malignant, której w książeczce nie ma. Zaś Horror to Come ma jakiś tekst po polsku (jedyna piosenka z polskim tekstem na tej płycie), w którym jest coś i o otchłani, i o gniewie jakimś wielkim, i o złości, i o wymuszonym ekshibicjonizmie. Poza tym mały błąd jest w książeczce w tekście 4-ki, ale pierdołowaty, ot, nagle się tam w losowym momencie pojawił tytuł 2-ki. Zdarza się. Poza tym książeczka jest naprawdę ładna, utrzymana w odcieniach czerni, szarości, czerwieni i bieli, pełna jakiś krzywych mord (także członków kapeli), rysunków dłoni, rąk, jakiś dziwnych sylwetek poplątanych nieco, jest Jezus na odwróconym krzyżu, jest jakiś ptak dziki z Radomia pożerający kogoś, itd., no black metalowy standard, tutaj jednak bardzo ładnie przedstawiony, trzymający się całości, nawet, jeśli poszczególne elementy wyglądają jakby nasrane na siebie dosyć przypadkowo, to mimo wszystko wygląda to bardzo estetycznie.
Tak czy siak, wydaje mi się, że płyta ta to takie dobre podsumowanie tego, czym jest obecnie Massemord. Niby nie ma tu niczego odkrywczego, a mimo tego słucha się tego dobrze i nie nudzi się to zbytnio.
3) FDS Nagranie z muzyką naiwną, Malignant Voices, 2011
Godz. 03:00, ja, absynt, ta płyta, pełne zaciemnienie w pokoju, słuchawki na głowie, wysłużony discman obok na podłodze, trip się rozpoczyna.
Godz. ~03:45 głowa mnie boli, wszystko mnie boli, idę spać. Miałem sen, w którym zabijałem ludzi, potem wróciłem po swoje zsiniałe sumienie i następnie obudziłem się, przerażony, absolutnie pewien, że łapska moje w krwi niewinnej obmyłem.
Kolejny projekt związany z Let The World Burn, dwóch członków będących zarówno jednocześnie w Furii, jak i Massemord. Znów black metal, lecz coś zupełnie innego od dwóch projektów, o których już wcześniej wspominałem. Płyta całkiem dobrze przeze mnie obsłuchana, przesłuchana i wysłuchana, jednak mimo upływu czasu i wielu podejść (mam ją w końcu od ponad roku), jednakowo trudna w odbiorze. Nie mam pojęcia, co Nihil, Namtar i Cień ćpali w czasie jej nagrywania, ale zarówno teksty, jak i muzyka to jakiś bardzo zły trip, wyprawa w szaleństwo, które nie jest przyswajalne dla przeciętnego słuchacza, nawet przeciętnego słuchacza black metalu. Mamy więc zupełnie poplątaną strukturę, raz jest szybko i chaotycznie, po chwili wszystko zwalnia, muzyka nagle znika a zostaje tylko deklamujący tekst znudzonym głosem wokalista (Cień?), mamy w tle jakieś pasaże ambientowe, w których co jakiś czas coś strzyka, syczy i trzaska, jak mnie w kościach, gdy wstawałem z podłogi po ostatnim uważnym przesłuchaniu tej płyty, przy całym swoim chaosie, utwory są raczej mało skomplikowane. Produkcja stoi na wysokim poziomie, ma duży udział w kreowaniu chorej atmosfery całości.
Przy płycie jest książeczka z tekstami, wypisanymi często w dziwnych kierunkach, do tego bogato ozdobione jest to obrazkami gołych pań (rysowanych lub vintage), lub chociaż nagiego biustu, jednak całość jest poskładana na tyle dziwacznie i surrealistycznie, że jednych cycków nawet nie zauważyłem przy pierwszym przeglądaniu jej. Podsumowując, ta płyta wymaga od słuchacza dużo cierpliwości, jednak odwdzięcza mu się bardzo nietuzinkową formą i treścią, nie każdemu przypadnie toto do gustu, jak dla mnie jest to całkiem niezłe, nie jest to jednak muzyka, którą mógłbym słuchać codziennie.
wtorek, 7 maja 2013
Odpryski XIII
1)Dziś chciałem zainaugurować nowy pod-dział na mym blogu poczciwym. Panoptikum. Mam bowiem taki zwyczaj, że jak widzę coś ciekawego, nieszablonowego, porażającego głębią przeniknięcia do samej istoty rzeczy, co wisi na na jakimś słupie, tablicy ogłoszeniowej, czy w upadłych zakładach chemicznych, to zrywam, zabieram do siebie, i przyklejam do szafy. Oczywiście mam na myśli tylko coś, co da się zerwać i potem przymocować. O, spójrzcie sami:
I) Zerwane kiedyś z jakiegoś słupa w Krakowie:
II) Zerwane kilka dni temu z jakiegoś słupa w Poznaniu:
Może i trochę głupio się tak wyśmiewać z jakiś nieszczęśliwych, znerwicowanych frustratów, ale sami są sobie winni. Poniekąd. Poza tym akurat z tą chemią w żarciu (i nie tylko żarciu, trzeba przyznać) to w sumie prawda.
2) Zapomniałem wczoraj o jednym odprysku z Poznania. Załapałem się na tanie wino (które sam kupiłem, ech) z jakimiś dwoma punko-żulami, um, pardon, wolnymi ludźmi ze squatu Od:zysk. A że sam budynek był zamknięty akurat, to w sumie piliśmy na starym rynku, w biały dzień. Nie ma się czym chwalić, bo było to dosyć żenujące (nie sam fakt picia w miejscu publicznym, i to jeszcze takim, ale raczej ich towarzystwo; samo picie w miejscu publicznym to zawsze jakiś dreszczyk emocji dla takiego cynicznego, kawiarnianego lewaka jak ja, taki mały bunt dnia codziennego, wiecie, w stylu Konkina przyśpieszającego nadejście rewolucji agorystycznej przez przejeżdżanie przez skrzyżowanie na czerwonym świetle lub w stylu przeintelektualizowanej złośliwości u Stirnera czy Beya), ale tak czy siak doświadczenie interesujące. Samej idei squatów jako centrów kultury i myśli niezależnej od państwa można tylko przyklasnąć, ale z realizacją słusznych koncepcji jak zwykle bywa bardzo różnie. Na zachodzie squatting wygląda - dosłownie i w przenośni - lepiej niż w naszym grajdołku, trzeba to przyznać. Chociaż taki Rozbrat i jego księgarnia wysyłkowa odwalają dużo dobrej roboty. W każdym razie ja sobie chwalę.
3) Odprysk z Kielc, gdzie jakiś czas temu byłem przejazdem. Kielce to pierwsze miasto w którym spotkałem się z czymś tak kuriozalnym, jak bankomat stojący nie w budynku dworca PKP, ale w przejściu podziemnym pod dworcem. A przejście to wygląda na przejście podziemne z rodzaju tych przejść, w których nikt nie usłyszy Twojego krzyku. I rzeczywiście, kiedyś nikt nie usłyszał, albo udawał, że nie słyszy, jak kogoś tam zgwałcono w biały dzień. Ot, świętokrzyskie - tu się nikt z nikim nie pier... um, hmm.
I) Zerwane kiedyś z jakiegoś słupa w Krakowie:
II) Zerwane kilka dni temu z jakiegoś słupa w Poznaniu:
Może i trochę głupio się tak wyśmiewać z jakiś nieszczęśliwych, znerwicowanych frustratów, ale sami są sobie winni. Poniekąd. Poza tym akurat z tą chemią w żarciu (i nie tylko żarciu, trzeba przyznać) to w sumie prawda.
2) Zapomniałem wczoraj o jednym odprysku z Poznania. Załapałem się na tanie wino (które sam kupiłem, ech) z jakimiś dwoma punko-żulami, um, pardon, wolnymi ludźmi ze squatu Od:zysk. A że sam budynek był zamknięty akurat, to w sumie piliśmy na starym rynku, w biały dzień. Nie ma się czym chwalić, bo było to dosyć żenujące (nie sam fakt picia w miejscu publicznym, i to jeszcze takim, ale raczej ich towarzystwo; samo picie w miejscu publicznym to zawsze jakiś dreszczyk emocji dla takiego cynicznego, kawiarnianego lewaka jak ja, taki mały bunt dnia codziennego, wiecie, w stylu Konkina przyśpieszającego nadejście rewolucji agorystycznej przez przejeżdżanie przez skrzyżowanie na czerwonym świetle lub w stylu przeintelektualizowanej złośliwości u Stirnera czy Beya), ale tak czy siak doświadczenie interesujące. Samej idei squatów jako centrów kultury i myśli niezależnej od państwa można tylko przyklasnąć, ale z realizacją słusznych koncepcji jak zwykle bywa bardzo różnie. Na zachodzie squatting wygląda - dosłownie i w przenośni - lepiej niż w naszym grajdołku, trzeba to przyznać. Chociaż taki Rozbrat i jego księgarnia wysyłkowa odwalają dużo dobrej roboty. W każdym razie ja sobie chwalę.
3) Odprysk z Kielc, gdzie jakiś czas temu byłem przejazdem. Kielce to pierwsze miasto w którym spotkałem się z czymś tak kuriozalnym, jak bankomat stojący nie w budynku dworca PKP, ale w przejściu podziemnym pod dworcem. A przejście to wygląda na przejście podziemne z rodzaju tych przejść, w których nikt nie usłyszy Twojego krzyku. I rzeczywiście, kiedyś nikt nie usłyszał, albo udawał, że nie słyszy, jak kogoś tam zgwałcono w biały dzień. Ot, świętokrzyskie - tu się nikt z nikim nie pier... um, hmm.
niedziela, 5 maja 2013
Odpryski XII
1) Dawno mnie tu nie było. Na tyle dawno, że nie chciało mi się szukać, na jakim numerze skończyły się "Odpryski" (no dobra, pamiętam - na VII. Ale cóż w sumie z tego?), więc restart i ruszamy z numeracją od nowa. Pierwsze "Odpryski" w tym roku, więc taka numeracja. Wraca nowe.
A czemu mnie tu nie było? Cóż, życie takie. Brak weny, brak chęci, brak czasu wreszcie. Po prostu jakoś tak wyszło. Poza tym już dawno nie czytałem niczego z beletrystki, co mógłbym tutaj choćby pobieżnie przedstawić. Tak czy owak - wkrótce trochę anime, visual novel, Wilhelm Reich i Max Stirner. A także najnowsza Furia i Massemord. Ale w recenzjach muzycznych nigdy nie byłem specjalnie dobry, to nie wiem, czy się i na to porywać.
2) Cieszę się, że na bloga trafiają też poważni ludzie, którzy nawet czasem napiszą maila lub dwa.
3) Chciałbym poinformować szanownego odwiedzającego, który trafił tutaj przez wygóglanie frazy "kiedy kolejne tomy umierającej ziemi", że nie wiem, ale też czekam z niecierpliwością. Innego odwiedzającego, szukającego spolszczenia Age of Chivalry pragnę poinformować, że być może mamy na myśli inne mody, a takiego spolszczenia do moda do Age of Empires II nie ma.
4) Obrazek ilustrujący w pigułce, czym jest Kraków: jakiś czas temu byłem trochę chory, ot, przez krakowskie powietrze, w którym cholera jedna wie, czego jest więcej - jadu wydalanego przez mieszkańców, smogu, spalin i smug chemicznych czy opadających w bezwietrzne noce umarłych marzeń, zawiedzionych nadziei, itd. Tak czy siak, nic poważnego mi się nie działo - wasze niedoczekanie, żyję i mam się świetnie, jak nigdy. Mimo tego dostałem skierowanie do szpitala, na jakieś rutynowe, pierdołowate badania. Wbijam więc ze skierowaniem do odpowiedniego szpitala, idę do rejestracji, daję świstek pielęgniarce tam siedzącej. Spiorunowała mnie wzrokiem. "Ale u nas nigdy nie było i nie ma oddziału pulmonologicznego".
5) Przez kilka dni tzw. majówki byłem w Poznaniu. Nie była to moja pierwsza wizyta w tym pięknym, niemieckim mieście, teraz miałem okazję gruntowniej je pozwiedzać. W samym mieście obszedłem Muzeum Narodowe, Etnograficzne, Archeologiczne, wojskowe (to na rynku), zawitałem też do miejscowości o ekstrawaganckiej nazwie Kórnik, gdzie zwiedziłem muzeum w zamku i potężne arboretum. Rzecz jasna, z tego wyjazdu zapamiętałem kilka obrazów, które w sam raz nadają się do "Odprysków".
Odprysk poznański 1: idąc spokojnie na stary rynek, zaczepił mnie bezdomny. Na jego przykładzie widać, jak światowym i europejskim miastem jest Poznań, bo bezdomny ten był czarnoskóry, mimo tego mówił w miarę nieźle po polsku i, co więcej, przedstawił się jako Mariusz. Poprosił mnie, bym pomodlił się o to, żeby nie wybuchła III wojna światowa, wojna nuklearna. Ponieważ stałem przed nim ze słuchawkami na uszach, domagał się, żebym powtórzył, o co mnie prosił. Powtórzyłem, wzruszył się wyraźnie. Mimo tego tej prośby nie spełniłem. Nie żebym czekał na wojnę atomową, po prostu nie widzę sensu modlitwy jako takiej. W końcu tylko pustka patrzy na nas ze smutnych oczu rzeźb przedstawiających Ukrzyżowanego.
Odprysk poznański 2 i 3 oraz 4: jest koło 1 w nocy, razem z Panem Doktorantem stoimy na przystanku autobusowym na rondzie Kaponiera. Pan Doktorant czeka na autobus do siebie. Idziemy sprawdzić rozkład, bo coś mu się nie zgadza (wcześniej chodziliśmy po mieście ponad pół godziny, bo nie było autobusu o 00.30 skądinąd). Na ławce siedzi podpity drecho-menel, obok stoi drugi. Gdy my stoimy przy rozkładzie, ten drugi podchodzi do pierwszego ze słowami "musimy zadzwonić na 112, zostawiliśmy go przecież z otwartym złamaniem nogi" (cyt. niedokładny, ale sens był taki). Ja i Pan Doktorant wycofaliśmy się powoli. Minęło niewiele czasu, na przystanku zatrzymuje się autobus. Wysiadają z niego ludzie, niekiedy głośno rozmawiający o swoich bolączkach dnia codziennego na tym ziemskim padole łez. Słyszymy urywek rozmowy. "... znajdę go w takim miejscu, że..." (cyt. niedokładny). Oprócz starej piosenki Kazika ("Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca") nic innego nie przychodzi do głowy.
Wreszcie przyjechał autobus, który przyszłą nadzieję polskiej nauki, Pana Doktoranta wywiezie lada moment w nieznane, gdzieś w skąpany w mroku nocy Poznań. Do odjazdu jest chwila czasu, stoimy przed drzwiami. Do autobusu wchodzi jakiś dziad, niosący mnóstwo pakunków. Jeden z nich upada na obszczany i zapluty chodnik, lecz jego właściciel straty nie zauważa. Pan Doktorant, dobry człowiek, teraz takich już nie ma, podnosi pakunek i idzie go oddać właścicielowi. "Za to będzie XP". Śmiejemy się. Przez okno autobusu obserwuję z dworu całą sytuację. Wieje zimny wiatr, rozwiewa poły mojego płaszcza. XP Pan Doktorant może i dostał, ale podziękowania - już nie. Za mały speech lub charyzma, niestety.
Odprysk poznański 5: faux pas z mojej strony. W skórzanym płaszczu poszedłem jeść do wegańskiego bistro. Cóż, na swoje usprawiedliwienie mam to, iż w pierwszej chwili nie zauważyłem, że to wegańskie bistro. Tak czy siak, swoją skórę zachowałem, a ogromny, razowy naleśnik z pieczarkami i smażoną cebulką był naprawdę dobry.
Odprysk poznański 6: gdybym nie zobaczył słynnych poznańskich koziołków, tych na ratuszu na starym rynku, to tak, jakbym nie był w Poznaniu. Więc przyspieszyłem specjalnie zwiedzanie Muzeum Narodowego, by zdążyć na godzinę 12tą na rynek. Jednak akurat był 3 maj, i pod ratuszem odbywały się jakieś bogoojczyźniane jasełka. Mimo padającego deszczu, gęstniejący tłum oczekiwał w podnieceniu na coś. Wybiła dwunasta, przez tłum przeszedł szmer, nawet uroczystości zostały na kilka minut wstrzymane. Koziołki. Gdy w końcu schowały się znów w ratuszowej wieży, większa część tłumu po prostu sobie poszła. Ja również. Trzeba mieć jakieś priorytety. Żwawym krokiem wychodziłem z rynku, żegnany przez dobiegające spod ratusza dźwięki polskiego hymnu.
6) Powietrze rzecz jasna nie pachnie jako takie. Jednak mimo tego uwielbiam zapach nocnego powietrza. Taką mieszanką zapachów pachnie swoboda, wolność, chwila oderwania się od tego, co przynosi każdy kolejny dzień.
A czemu mnie tu nie było? Cóż, życie takie. Brak weny, brak chęci, brak czasu wreszcie. Po prostu jakoś tak wyszło. Poza tym już dawno nie czytałem niczego z beletrystki, co mógłbym tutaj choćby pobieżnie przedstawić. Tak czy owak - wkrótce trochę anime, visual novel, Wilhelm Reich i Max Stirner. A także najnowsza Furia i Massemord. Ale w recenzjach muzycznych nigdy nie byłem specjalnie dobry, to nie wiem, czy się i na to porywać.
2) Cieszę się, że na bloga trafiają też poważni ludzie, którzy nawet czasem napiszą maila lub dwa.
3) Chciałbym poinformować szanownego odwiedzającego, który trafił tutaj przez wygóglanie frazy "kiedy kolejne tomy umierającej ziemi", że nie wiem, ale też czekam z niecierpliwością. Innego odwiedzającego, szukającego spolszczenia Age of Chivalry pragnę poinformować, że być może mamy na myśli inne mody, a takiego spolszczenia do moda do Age of Empires II nie ma.
4) Obrazek ilustrujący w pigułce, czym jest Kraków: jakiś czas temu byłem trochę chory, ot, przez krakowskie powietrze, w którym cholera jedna wie, czego jest więcej - jadu wydalanego przez mieszkańców, smogu, spalin i smug chemicznych czy opadających w bezwietrzne noce umarłych marzeń, zawiedzionych nadziei, itd. Tak czy siak, nic poważnego mi się nie działo - wasze niedoczekanie, żyję i mam się świetnie, jak nigdy. Mimo tego dostałem skierowanie do szpitala, na jakieś rutynowe, pierdołowate badania. Wbijam więc ze skierowaniem do odpowiedniego szpitala, idę do rejestracji, daję świstek pielęgniarce tam siedzącej. Spiorunowała mnie wzrokiem. "Ale u nas nigdy nie było i nie ma oddziału pulmonologicznego".
5) Przez kilka dni tzw. majówki byłem w Poznaniu. Nie była to moja pierwsza wizyta w tym pięknym, niemieckim mieście, teraz miałem okazję gruntowniej je pozwiedzać. W samym mieście obszedłem Muzeum Narodowe, Etnograficzne, Archeologiczne, wojskowe (to na rynku), zawitałem też do miejscowości o ekstrawaganckiej nazwie Kórnik, gdzie zwiedziłem muzeum w zamku i potężne arboretum. Rzecz jasna, z tego wyjazdu zapamiętałem kilka obrazów, które w sam raz nadają się do "Odprysków".
Odprysk poznański 1: idąc spokojnie na stary rynek, zaczepił mnie bezdomny. Na jego przykładzie widać, jak światowym i europejskim miastem jest Poznań, bo bezdomny ten był czarnoskóry, mimo tego mówił w miarę nieźle po polsku i, co więcej, przedstawił się jako Mariusz. Poprosił mnie, bym pomodlił się o to, żeby nie wybuchła III wojna światowa, wojna nuklearna. Ponieważ stałem przed nim ze słuchawkami na uszach, domagał się, żebym powtórzył, o co mnie prosił. Powtórzyłem, wzruszył się wyraźnie. Mimo tego tej prośby nie spełniłem. Nie żebym czekał na wojnę atomową, po prostu nie widzę sensu modlitwy jako takiej. W końcu tylko pustka patrzy na nas ze smutnych oczu rzeźb przedstawiających Ukrzyżowanego.
Odprysk poznański 2 i 3 oraz 4: jest koło 1 w nocy, razem z Panem Doktorantem stoimy na przystanku autobusowym na rondzie Kaponiera. Pan Doktorant czeka na autobus do siebie. Idziemy sprawdzić rozkład, bo coś mu się nie zgadza (wcześniej chodziliśmy po mieście ponad pół godziny, bo nie było autobusu o 00.30 skądinąd). Na ławce siedzi podpity drecho-menel, obok stoi drugi. Gdy my stoimy przy rozkładzie, ten drugi podchodzi do pierwszego ze słowami "musimy zadzwonić na 112, zostawiliśmy go przecież z otwartym złamaniem nogi" (cyt. niedokładny, ale sens był taki). Ja i Pan Doktorant wycofaliśmy się powoli. Minęło niewiele czasu, na przystanku zatrzymuje się autobus. Wysiadają z niego ludzie, niekiedy głośno rozmawiający o swoich bolączkach dnia codziennego na tym ziemskim padole łez. Słyszymy urywek rozmowy. "... znajdę go w takim miejscu, że..." (cyt. niedokładny). Oprócz starej piosenki Kazika ("Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca") nic innego nie przychodzi do głowy.
Wreszcie przyjechał autobus, który przyszłą nadzieję polskiej nauki, Pana Doktoranta wywiezie lada moment w nieznane, gdzieś w skąpany w mroku nocy Poznań. Do odjazdu jest chwila czasu, stoimy przed drzwiami. Do autobusu wchodzi jakiś dziad, niosący mnóstwo pakunków. Jeden z nich upada na obszczany i zapluty chodnik, lecz jego właściciel straty nie zauważa. Pan Doktorant, dobry człowiek, teraz takich już nie ma, podnosi pakunek i idzie go oddać właścicielowi. "Za to będzie XP". Śmiejemy się. Przez okno autobusu obserwuję z dworu całą sytuację. Wieje zimny wiatr, rozwiewa poły mojego płaszcza. XP Pan Doktorant może i dostał, ale podziękowania - już nie. Za mały speech lub charyzma, niestety.
Odprysk poznański 5: faux pas z mojej strony. W skórzanym płaszczu poszedłem jeść do wegańskiego bistro. Cóż, na swoje usprawiedliwienie mam to, iż w pierwszej chwili nie zauważyłem, że to wegańskie bistro. Tak czy siak, swoją skórę zachowałem, a ogromny, razowy naleśnik z pieczarkami i smażoną cebulką był naprawdę dobry.
Odprysk poznański 6: gdybym nie zobaczył słynnych poznańskich koziołków, tych na ratuszu na starym rynku, to tak, jakbym nie był w Poznaniu. Więc przyspieszyłem specjalnie zwiedzanie Muzeum Narodowego, by zdążyć na godzinę 12tą na rynek. Jednak akurat był 3 maj, i pod ratuszem odbywały się jakieś bogoojczyźniane jasełka. Mimo padającego deszczu, gęstniejący tłum oczekiwał w podnieceniu na coś. Wybiła dwunasta, przez tłum przeszedł szmer, nawet uroczystości zostały na kilka minut wstrzymane. Koziołki. Gdy w końcu schowały się znów w ratuszowej wieży, większa część tłumu po prostu sobie poszła. Ja również. Trzeba mieć jakieś priorytety. Żwawym krokiem wychodziłem z rynku, żegnany przez dobiegające spod ratusza dźwięki polskiego hymnu.
6) Powietrze rzecz jasna nie pachnie jako takie. Jednak mimo tego uwielbiam zapach nocnego powietrza. Taką mieszanką zapachów pachnie swoboda, wolność, chwila oderwania się od tego, co przynosi każdy kolejny dzień.
poniedziałek, 18 lutego 2013
Szkoda życia, czyli rzecz o MMO
Mój obecny współlokator jest wielkim fanem mmorpg. W co on nie grał. Całe jego życie, zupełnie bezsensowne i zmarnowane, przesiedział w światach jakiś masowych gier, zwłaszcza tych dalekowschodnich. Do tego stopnia wsiąkł w nierzeczywistość, że kiedyś z płaczem w oczach i drżącym głosem opowiedział, jak do gry powrócił jakiś jego dawny "sensej", inny gracz, starszy i lepszy, który miał go nauczyć, czym jest dobro i zło [sic sic sic do sześcianu]. Innym razem nie spał kilka dni i nocy z rzędu, tylko siedział i grał, bo akurat XP w czymśtam było nabijane z jakimś dużym modyfikatorem. Raz ten jego no-lajfizm mógł się skończyć tragedią, bo nie zauważył, że gotujące się pierogi wykipiały, zalały palnik kuchenki a gaz ulatywał z pełną prędkością, świszcząc radośnie.
Ale ja nie o tym w sumie chciałem. Ten gość denerwuje mnie niewiarygodnie - ale cóż, przecież jeszcze kilka lat temu sam taki byłem - przeniesiony z rodzinnego miasta do wielkiego miasta, sam, zaczynający wszystko od zera. W sumie nawet trochę żałuję, że zamiast siedzieć i grać w coś, to pisywałem na jakiś psychotycznych forach. Tak czy siak, ciężko mieć do tego szczeniaka pretensje, że nim jest. Poza tym, sam tracę mnóstwo czasu na różne gry, czasu, który mógłbym spożytkować na coś zupełnie innego, bardziej wartościowego, jak czytanie książek, sprawy okołonaukowe czy twórczość własna (dygresja - najlepsze pomysły przynosi urywany, niespokojny, poranny sen). Czasem jednak trochę hipokryzji nie zaszkodzi.
1) Star Wars: The Old Republic.
Niby za darmo, więc się skusiłem. Bieganie z mieczem świetlnym i miotanie piorunów ma klimat, jednak mnie szybko znużyło. Jestem fanem uniwersum Star Wars, ale osadzenie fabuły i akcji gry w tak odległych czasach nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Chociażby z tego powodu, że niby to gwiezdne wojny, a jednak - z racji właśnie na Starą Republikę - coś zupełnie innego od filmów czy książek, które z tego uniwersum lubię (np. Trylogia Thrawna!). Nie te czasy. Poza tym, lista ograniczeń dla gracza bezpłatnego jest imponująca i w dalszych etapach gry powoduje nie tylko liczne frustracje, ale w zależności od indywidualnego stylu gry może czynić grę wręcz niegrywalną. Dobiłem Sith Inquisitorem do etapu wyboru specjalizacji (Sith Sorcerer) i dałem sobie z tą grą spokój. Olałem po drodze multum questów, które wymuszały na mnie przymusową socjalizację z innym graczami. Cóż, MMO to jednak chyba gatunek nie dla mnie.
2) Path of Exile.
Przede wszystkim - to nie jest MMO. Owszem, to gra tylko przez internet, ale innych graczy widujesz co najwyżej w miastach. To co to takiego? Ulepszony klon Diablo II wzbogacony o kilka nowych, świeżych pomysłów. Gra jest darmowa i nie musisz wcale dokupować jakiś exclusive feature'ów, żeby nie dostawać po głowie co krok. Poza tym, gra jest w dosyć wczesnej fazie produkcji, trwa beta-test, do jej ukończenia jeszcze szmat czasu i drogi przed jej twórcami, mimo tego, to, co jest, jest w pełni grywalne. Co to jest hack 'n' slash wiedzą chyba wszyscy, a co twórcy odświeżyli w konwencji? Przede wszystkim zamiast drzewka umiejętności jest niewiarygodnych rozmiarów sieć umiejętności pasywnych. Aktywne mają formę gemów, które są w dropach lub jako nagrody za questy. Z gemami związana jest też fabuła gry, gdyż pakowane bezpośrednio w ludzi, uczyniły z nich nieumarłych. W świecie gry każdy, kto umiera, powstaje jako zombie, kontynent jest spustoszony przez to, co do powietrza i wody wydostało się najpierw z miast i piramid Vaal a potem Eternal Empire, które prowadziło eksperymenty biologiczno-magiczne na ludziach, na masową skalę, które znało kolej, koła zębate i różne steampunkowo-wyglądające mechanizmy, i które jest dodatkowo wzorowane nieco na starożytnym Rzymie. PoE to dark fantasy/post-apokalipsa, ale są delikatne elemnty steampunka. Bardzo delikatne. Jako przyprawa do całości, niż fundament. Wizja spustoszonego świata, odległa od rozmaitych, charakterystycznych wastelandów opiera się tutaj na tym, iż resztki cywilizacji kryją się w dawnych ruinach. Nieliczni, którzy nie zmienili się w zombie czy istoty zombie-podobne, cofnęli się do wierzeń plemiennych, myślenia magicznego, wegetacji bez szansy na lepsze jutro.
Postać gracza (do wyboru spośród 6 gotowych postaci - Marauder [dziki, barbarzyński osiłek - główna cecha - siła], Ranger [łuczniczka, traperka - zręczność], Witch [spellcaster - inteligencja; "oni zabrali mi dom i chcieli mnie zabić za moje zdolności, ja w zamian zabrałam im dzieci" {cyt. niedokładny tłum. własne} - najlepsza historia wstępna, dlaczego w ogóle płynie na Wraeclast], Templar [coś w rodzaju paladyna, masywny i nieruchawy wojownik/spellcaster - siła/inteligencja], Duelist [awanturnik, bawidamek, szermierz - zręczność/siła] i Shadow [coś pomiędzy standardowym thiefem/rogue'm a jakimś mrocznym okultystą czy Mrocznym Elfem z Sacreda 1 - zręczność/inteligencja]) to wygnaniec z kontynentu Oriath, płynący na statku wiozącym nieszczęśników na spustoszony Wraeclast. Statek jednak tonie w czasie sztormu. Gra zaczyna się, jak w strugach ulewnego deszczu podnosimy się, wyrzuceni na brzeg niegościnnego kontynentu...
Ponieważ to dopiero beta, sporo kwestii pozostaje jeszcze twórcom do dokończenia i dopracowania. Fabuła jest liniowa i nieco przewidywalna, jednak w kilku momentach można się nieco zdziwić. Grać można w pojedynkę lub grupując się z innymi graczami. Po przejściu gry na normalu odblokowują się wyższe poziomy trudności, itd.
W grze nie ma pieniędzy/waluty/"golda". Zamiast tego jest system orbów i zwojów, które dostajemy od kupców w zamian za odpowiednie ilości odpowiednio dobranych przedmiotów (tak, jest handel wymienny + "vendor recipes") (rzecz jasna, te same orby i zwoje - a nawet więcej - można kupować za inne; no i oczywiście są w dropach). Rozwiązanie bardzo przypadło mi do gustu - nie ma "inflacji" charakterystycznej dla wielu innych tego typu gier, gdzie za najlepszy sprzęt trzeba było zbierać golda przez całą grę, trzeba też myśleć, co z czym kiedy i za co się opchnie, a nie klikać bezmyślnie.
Ale ja nie o tym w sumie chciałem. Ten gość denerwuje mnie niewiarygodnie - ale cóż, przecież jeszcze kilka lat temu sam taki byłem - przeniesiony z rodzinnego miasta do wielkiego miasta, sam, zaczynający wszystko od zera. W sumie nawet trochę żałuję, że zamiast siedzieć i grać w coś, to pisywałem na jakiś psychotycznych forach. Tak czy siak, ciężko mieć do tego szczeniaka pretensje, że nim jest. Poza tym, sam tracę mnóstwo czasu na różne gry, czasu, który mógłbym spożytkować na coś zupełnie innego, bardziej wartościowego, jak czytanie książek, sprawy okołonaukowe czy twórczość własna (dygresja - najlepsze pomysły przynosi urywany, niespokojny, poranny sen). Czasem jednak trochę hipokryzji nie zaszkodzi.
1) Star Wars: The Old Republic.
Niby za darmo, więc się skusiłem. Bieganie z mieczem świetlnym i miotanie piorunów ma klimat, jednak mnie szybko znużyło. Jestem fanem uniwersum Star Wars, ale osadzenie fabuły i akcji gry w tak odległych czasach nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Chociażby z tego powodu, że niby to gwiezdne wojny, a jednak - z racji właśnie na Starą Republikę - coś zupełnie innego od filmów czy książek, które z tego uniwersum lubię (np. Trylogia Thrawna!). Nie te czasy. Poza tym, lista ograniczeń dla gracza bezpłatnego jest imponująca i w dalszych etapach gry powoduje nie tylko liczne frustracje, ale w zależności od indywidualnego stylu gry może czynić grę wręcz niegrywalną. Dobiłem Sith Inquisitorem do etapu wyboru specjalizacji (Sith Sorcerer) i dałem sobie z tą grą spokój. Olałem po drodze multum questów, które wymuszały na mnie przymusową socjalizację z innym graczami. Cóż, MMO to jednak chyba gatunek nie dla mnie.
2) Path of Exile.
Przede wszystkim - to nie jest MMO. Owszem, to gra tylko przez internet, ale innych graczy widujesz co najwyżej w miastach. To co to takiego? Ulepszony klon Diablo II wzbogacony o kilka nowych, świeżych pomysłów. Gra jest darmowa i nie musisz wcale dokupować jakiś exclusive feature'ów, żeby nie dostawać po głowie co krok. Poza tym, gra jest w dosyć wczesnej fazie produkcji, trwa beta-test, do jej ukończenia jeszcze szmat czasu i drogi przed jej twórcami, mimo tego, to, co jest, jest w pełni grywalne. Co to jest hack 'n' slash wiedzą chyba wszyscy, a co twórcy odświeżyli w konwencji? Przede wszystkim zamiast drzewka umiejętności jest niewiarygodnych rozmiarów sieć umiejętności pasywnych. Aktywne mają formę gemów, które są w dropach lub jako nagrody za questy. Z gemami związana jest też fabuła gry, gdyż pakowane bezpośrednio w ludzi, uczyniły z nich nieumarłych. W świecie gry każdy, kto umiera, powstaje jako zombie, kontynent jest spustoszony przez to, co do powietrza i wody wydostało się najpierw z miast i piramid Vaal a potem Eternal Empire, które prowadziło eksperymenty biologiczno-magiczne na ludziach, na masową skalę, które znało kolej, koła zębate i różne steampunkowo-wyglądające mechanizmy, i które jest dodatkowo wzorowane nieco na starożytnym Rzymie. PoE to dark fantasy/post-apokalipsa, ale są delikatne elemnty steampunka. Bardzo delikatne. Jako przyprawa do całości, niż fundament. Wizja spustoszonego świata, odległa od rozmaitych, charakterystycznych wastelandów opiera się tutaj na tym, iż resztki cywilizacji kryją się w dawnych ruinach. Nieliczni, którzy nie zmienili się w zombie czy istoty zombie-podobne, cofnęli się do wierzeń plemiennych, myślenia magicznego, wegetacji bez szansy na lepsze jutro.
Postać gracza (do wyboru spośród 6 gotowych postaci - Marauder [dziki, barbarzyński osiłek - główna cecha - siła], Ranger [łuczniczka, traperka - zręczność], Witch [spellcaster - inteligencja; "oni zabrali mi dom i chcieli mnie zabić za moje zdolności, ja w zamian zabrałam im dzieci" {cyt. niedokładny tłum. własne} - najlepsza historia wstępna, dlaczego w ogóle płynie na Wraeclast], Templar [coś w rodzaju paladyna, masywny i nieruchawy wojownik/spellcaster - siła/inteligencja], Duelist [awanturnik, bawidamek, szermierz - zręczność/siła] i Shadow [coś pomiędzy standardowym thiefem/rogue'm a jakimś mrocznym okultystą czy Mrocznym Elfem z Sacreda 1 - zręczność/inteligencja]) to wygnaniec z kontynentu Oriath, płynący na statku wiozącym nieszczęśników na spustoszony Wraeclast. Statek jednak tonie w czasie sztormu. Gra zaczyna się, jak w strugach ulewnego deszczu podnosimy się, wyrzuceni na brzeg niegościnnego kontynentu...
Ponieważ to dopiero beta, sporo kwestii pozostaje jeszcze twórcom do dokończenia i dopracowania. Fabuła jest liniowa i nieco przewidywalna, jednak w kilku momentach można się nieco zdziwić. Grać można w pojedynkę lub grupując się z innymi graczami. Po przejściu gry na normalu odblokowują się wyższe poziomy trudności, itd.
W grze nie ma pieniędzy/waluty/"golda". Zamiast tego jest system orbów i zwojów, które dostajemy od kupców w zamian za odpowiednie ilości odpowiednio dobranych przedmiotów (tak, jest handel wymienny + "vendor recipes") (rzecz jasna, te same orby i zwoje - a nawet więcej - można kupować za inne; no i oczywiście są w dropach). Rozwiązanie bardzo przypadło mi do gustu - nie ma "inflacji" charakterystycznej dla wielu innych tego typu gier, gdzie za najlepszy sprzęt trzeba było zbierać golda przez całą grę, trzeba też myśleć, co z czym kiedy i za co się opchnie, a nie klikać bezmyślnie.
sobota, 16 lutego 2013
Ernst Jünger "Przybliżenia. Narkotyki i upojenie"
Ernst Jünger to jeden z moich ulubionych pisarzy. Cenię go nie tylko za charakterystyczny styl, jego fenomenalny zmysł obserwacji, zdolność przejścia od opisu szczegółu do rozważań uniwersalnych, do opisu rzeczywistości, styl, z którego bije pasja pisania, każde słowo dźwięczy stalą, pobrzękuje nagromadzoną ekstatyczną energią. Książki Jüngera, jakie miałem okazję przeczytać, to wydarzenia, które przeżywa się wraz z autorem, który nie waha się otwierać przed czytelnikiem ścieżek, na jakie ten sam by nigdy nie wszedł, ba, być może nie zauważyłby nawet ich istnienia. Nawet jego wczesna publicystyka polityczna, dusząca chorobliwą atmosferą "rewolucji konserwatywnej" to niezapomniana przygoda, bo pokazuje już delikatnie zarysowane wątki, które autor uwypukla dużo później, lub z którymi sam się potem zmaga, w tytanicznej walce przezwyciężając samego siebie.
Do tej pory bywa kojarzony (zwłaszcza przez internetowych radykałów, znających go głównie z wikicytatów) ze skrajną prawicą lub faszyzmem, nie do końca słusznie, gdyż zawsze kroczył on własną drogą, nawet, jeśli przechodzącą przez jednoznacznie prawicowe ugory lub faszystowskie zatęchłe bagniska, to prowadzącą znacznie dalej, nie kończącą się na bezdrożach, z których autor nie potrafiłby się wydostać, lub przez które nie potrafiłby przejść dalej, nie oglądając się na próby zaszufladkowania. Żeby była żywą, myśl musi płynąć niestrudzenie, dalej i dalej.
Książka ta przez samego autora została uznana za kontynuację dwóch esejów, w tym znanego i w Polsce "Przez linię" (np. Kronos 1/2011), który był w sumie polemiką z Heideggerem. Zaś książka wyewoluowała z eseju, który autor napisał na 60tkę Mircei Eliadego, z którym wydawał pismo.
Ernst wstrzelił się z tą książką w zły moment. Akurat trwały rozruchy przełomu lat '60 i 70' XX wieku, a tu nagle uznany za Goethego CDU Ernst pisze książkę o narkotykach. W której nie tylko przedstawia swoje własne przeżycia po rozmaitych środkach, ale też wyraża się ciepło o założycielu Czarnych Panter, o pewnym znajomym hipisie, o Albercie Hofmanie (z którym zresztą razem wyruszał w nieznane), o najróżniejszych autorach poruszających w swojej twórczości temat narkotyków, z Baudelaire'm na czele. Ba, samo pojęcie "psychonauta" pochodzi od Ernsta! Wątki autobiograficzne nie dotyczą jednak tylko zażywania - sam akt przyjmowania tych zeświecczonych komunikantów jest ukazany w szerszym kontekście, nie raz bardzo zabawnym lecz i wstydliwym dla autora (fenomenalny rozdział "Karp po polsku" i jego puenta). Poznajemy także ciemniejszą stronę autora - szwendającego się po rozmaitych zaułkach, szukającego Przygody w zakazanym, nocnym świecie, rozkwitającym dopiero, gdy strudzeni po ciężkim dniu porządni obywatele pójdą spać lub otwierającego przed czytelnikiem świat lazaretów, w których żołnierze leczą nie tyle rany zadane przez wroga w zmaganiach tytanicznych sił wojny materiałowej, co po prostu choroby weneryczne. Przedstawia nam też różnych swoich kolegów i znajomych, mających bardzo... naturalne podejście do kobiet. W tym jednego, który zdezerterował z polskiej kawalerii.
Autor sięgał po święte zioła i sterylną chemię w kilku celach. Pierwszym z nich, co rzuciło mi się w oczy już w czasie lektury "Promieniowań", jest fascynacja autora śmiercią. Nie jest zawsze jasno wyrażona, ale pojawia się i fascynuje autora, który się z nią zmaga. Widać to w momencie jego rozważań o śmierci ojca (w momencie jego śmierci na nocnym niebie zobaczył jego oczy) czy - zwłaszcza - w misterium jakim stało się dla niego rozstrzelanie dezertera. Już martwy, przeszyty kulami, zdawał się być autorowi nadal żywym, chcącym coś powiedzieć, coś przekazać.
Autor, doszedłszy do wniosku, że drogi religijne są nieprzejezdne we współczesnym świecie, do tej granicy, ostatecznej granicy oddzielającej życie od śmierci spróbował dotrzeć niejako na skróty, za pomocą narkotyków. Sam przy tym zadawał sobie pytanie, czy ten sposób na pewno zadziała, czy nie byłyby właściwsze "klasyczne" metody jak asceza, posty i praktyki religijne. Czuł się obco, niejako jak złodziej, chcący dotrzeć do Sacrum, chociaż tego niegodny.
Z drugiej strony, nad książką unosi się duch jednostki suwerennej. Unosi się duch gnanego ciągle naprzód, heroicznego łowcy przygód, rodem z dawnych powieści awanturniczych. Autor przecież od samej młodości poszukiwał w życiu wrażeń, co dobrze ilustruje chociażby jego epizod z Legią Cudzoziemską. W dzisiejszym świecie nie ma już białych plam na mapie, zaginionych plemion żyjących w niedostępnych dżunglach wśród ruin pradawnych, zatopionych w odmętach eonów czasu cywilizacji. Jeśli nie ma - to sami je stwórzmy. Właśnie przy pomocy narkotyków. Ten wątek bardzo ale to bardzo przypomina mi Hakima Beya. Ciekawe, czy Wilson zna twórczość Ernsta. Pewnie tak - jeden i drugi bardzo wiele czerpie od starego Stirnera, jeden i drugi tęskni za Nieznanym.
Wreszcie autor oczekuje tego, co nazwał "wielkim przejściem". Na ile dobrze zrozumiałem tą koncepcję, autor powraca niejako do konceptu zmiany form, mamy więc jakąś treść, niczym monadę, która promieniuje na świat, różnie się w nim manifestując. Wielkie przejście ma być zmianą wszystkiego, wręcz religijną, autor uznał, że przygotować się do tego można na drodze wspierania się odpowiednimi substancjami.
Są też inne dwa powody, przedstawione przez Ernsta już w "Heliopolis", które uwypukla z treści "Przybliżeń" nieoceniony prof. Wojciech Kunicki, w posłowiu. "Pruski anarchista" miał z jednej strony uciec od rzeczywistości, która wymknęła mu się spod kontroli, a którą sam pomagał konstytuować (już w "Promieniowaniach" narzekał, że "Robotnik" cieszył się wielką estymą wśród żołnierzy Waffen SS i Hitlerjugend, co nie za bardzo mu odpowiadało), wyemigrować wewnętrznie, gdy to, w co wierzył, rozsypało się, wyemigrować w świat wyobraźni, z drugiej strony stworzył w "Heliopolis" postać ofiary, przedstawiciela prześladowanego narodu, który do narkotyków sięga również po to, aby uciec od rzeczywistości, ale z diametralnie innych, oczywistych powodów.
Książka jest naprawdę świetna i gorąco polecam przeczytanie jej.
Do tej pory bywa kojarzony (zwłaszcza przez internetowych radykałów, znających go głównie z wikicytatów) ze skrajną prawicą lub faszyzmem, nie do końca słusznie, gdyż zawsze kroczył on własną drogą, nawet, jeśli przechodzącą przez jednoznacznie prawicowe ugory lub faszystowskie zatęchłe bagniska, to prowadzącą znacznie dalej, nie kończącą się na bezdrożach, z których autor nie potrafiłby się wydostać, lub przez które nie potrafiłby przejść dalej, nie oglądając się na próby zaszufladkowania. Żeby była żywą, myśl musi płynąć niestrudzenie, dalej i dalej.
Książka ta przez samego autora została uznana za kontynuację dwóch esejów, w tym znanego i w Polsce "Przez linię" (np. Kronos 1/2011), który był w sumie polemiką z Heideggerem. Zaś książka wyewoluowała z eseju, który autor napisał na 60tkę Mircei Eliadego, z którym wydawał pismo.
Ernst wstrzelił się z tą książką w zły moment. Akurat trwały rozruchy przełomu lat '60 i 70' XX wieku, a tu nagle uznany za Goethego CDU Ernst pisze książkę o narkotykach. W której nie tylko przedstawia swoje własne przeżycia po rozmaitych środkach, ale też wyraża się ciepło o założycielu Czarnych Panter, o pewnym znajomym hipisie, o Albercie Hofmanie (z którym zresztą razem wyruszał w nieznane), o najróżniejszych autorach poruszających w swojej twórczości temat narkotyków, z Baudelaire'm na czele. Ba, samo pojęcie "psychonauta" pochodzi od Ernsta! Wątki autobiograficzne nie dotyczą jednak tylko zażywania - sam akt przyjmowania tych zeświecczonych komunikantów jest ukazany w szerszym kontekście, nie raz bardzo zabawnym lecz i wstydliwym dla autora (fenomenalny rozdział "Karp po polsku" i jego puenta). Poznajemy także ciemniejszą stronę autora - szwendającego się po rozmaitych zaułkach, szukającego Przygody w zakazanym, nocnym świecie, rozkwitającym dopiero, gdy strudzeni po ciężkim dniu porządni obywatele pójdą spać lub otwierającego przed czytelnikiem świat lazaretów, w których żołnierze leczą nie tyle rany zadane przez wroga w zmaganiach tytanicznych sił wojny materiałowej, co po prostu choroby weneryczne. Przedstawia nam też różnych swoich kolegów i znajomych, mających bardzo... naturalne podejście do kobiet. W tym jednego, który zdezerterował z polskiej kawalerii.
Autor sięgał po święte zioła i sterylną chemię w kilku celach. Pierwszym z nich, co rzuciło mi się w oczy już w czasie lektury "Promieniowań", jest fascynacja autora śmiercią. Nie jest zawsze jasno wyrażona, ale pojawia się i fascynuje autora, który się z nią zmaga. Widać to w momencie jego rozważań o śmierci ojca (w momencie jego śmierci na nocnym niebie zobaczył jego oczy) czy - zwłaszcza - w misterium jakim stało się dla niego rozstrzelanie dezertera. Już martwy, przeszyty kulami, zdawał się być autorowi nadal żywym, chcącym coś powiedzieć, coś przekazać.
Autor, doszedłszy do wniosku, że drogi religijne są nieprzejezdne we współczesnym świecie, do tej granicy, ostatecznej granicy oddzielającej życie od śmierci spróbował dotrzeć niejako na skróty, za pomocą narkotyków. Sam przy tym zadawał sobie pytanie, czy ten sposób na pewno zadziała, czy nie byłyby właściwsze "klasyczne" metody jak asceza, posty i praktyki religijne. Czuł się obco, niejako jak złodziej, chcący dotrzeć do Sacrum, chociaż tego niegodny.
Z drugiej strony, nad książką unosi się duch jednostki suwerennej. Unosi się duch gnanego ciągle naprzód, heroicznego łowcy przygód, rodem z dawnych powieści awanturniczych. Autor przecież od samej młodości poszukiwał w życiu wrażeń, co dobrze ilustruje chociażby jego epizod z Legią Cudzoziemską. W dzisiejszym świecie nie ma już białych plam na mapie, zaginionych plemion żyjących w niedostępnych dżunglach wśród ruin pradawnych, zatopionych w odmętach eonów czasu cywilizacji. Jeśli nie ma - to sami je stwórzmy. Właśnie przy pomocy narkotyków. Ten wątek bardzo ale to bardzo przypomina mi Hakima Beya. Ciekawe, czy Wilson zna twórczość Ernsta. Pewnie tak - jeden i drugi bardzo wiele czerpie od starego Stirnera, jeden i drugi tęskni za Nieznanym.
Wreszcie autor oczekuje tego, co nazwał "wielkim przejściem". Na ile dobrze zrozumiałem tą koncepcję, autor powraca niejako do konceptu zmiany form, mamy więc jakąś treść, niczym monadę, która promieniuje na świat, różnie się w nim manifestując. Wielkie przejście ma być zmianą wszystkiego, wręcz religijną, autor uznał, że przygotować się do tego można na drodze wspierania się odpowiednimi substancjami.
Są też inne dwa powody, przedstawione przez Ernsta już w "Heliopolis", które uwypukla z treści "Przybliżeń" nieoceniony prof. Wojciech Kunicki, w posłowiu. "Pruski anarchista" miał z jednej strony uciec od rzeczywistości, która wymknęła mu się spod kontroli, a którą sam pomagał konstytuować (już w "Promieniowaniach" narzekał, że "Robotnik" cieszył się wielką estymą wśród żołnierzy Waffen SS i Hitlerjugend, co nie za bardzo mu odpowiadało), wyemigrować wewnętrznie, gdy to, w co wierzył, rozsypało się, wyemigrować w świat wyobraźni, z drugiej strony stworzył w "Heliopolis" postać ofiary, przedstawiciela prześladowanego narodu, który do narkotyków sięga również po to, aby uciec od rzeczywistości, ale z diametralnie innych, oczywistych powodów.
Książka jest naprawdę świetna i gorąco polecam przeczytanie jej.
Odpryski X
1) Z lekkim poślizgiem, ale oby się nam wszystkim darzyło. Nie mogłem się zebrać w sobie, by usiąść, i napisać cokolwiek. Ale w końcu trzeba przezwyciężyć niemoc i lenistwo - zwłaszcza w momencie, gdy słowa się nagromadziły, gdy domagają się ujścia.
2) Był zimowy, styczniowy wieczór, gdy poszedłem wyrzucić śmieci. Pamiętam, cały dzień się zbierałem do tego, żeby wyjąć wór z kubła z szafki pod zlewem. Mój współlokator oczywiście palcem nie ruszył, albo akurat otrzymywał od Boga kolejne wizje wielkich katastrof, jakie spadną na ludzkość, albo grał w jakiegoś mmorpg'a, albo oglądał jakiś zjebany, amerykański serial komediowy (na bazie takich seriali wyrabia sobie wiedzę o prawdziwym życiu; oprócz początków schizofrenii doskwiera mu jeszcze postępujący mizoginizm, a także ogrom frustracji i kompleksów). Więc w końcu zebrałem się ja, z workiem ze śmieciami w dłoni śmiało ruszyłem na spotkanie tej namiastki przyrody. Dochodziła 23 w nocy, czekała mnie potem jeszcze nauka na egzamin, odbywający się następnego dnia (jakby kogo to interesowało - zdałem na 4,5).
Stara forma śmietnika, pamiętająca zapewne jeszcze Gierka, rozpadła się z czasem, została zastąpiona przez nową. Pojedyncze kontenery, pamiętające jeszcze całe pokolenia śmieci i odpadków, są teraz zamykane każde w osobnym boksie, mającym łukowate sklepienie. Dostęp jest ułatwiony w stosunku do starego śmietnika, który miał formę półotwartego pomieszczenia, z drugiej strony teraz każdy jeden ciężki, masywny, przysadzisty, metalowy kontener zamknięty jest za osobnymi drzwiczkami, które trzeba sobie otworzyć. Bywa to utrudnieniem, gdy nadmiar śmieci przytłacza aż do ziemi.
Tak czy owak, spotkałem przy śmietniku bezdomnego, grzebiącego w odpadkach w poszukiwaniu puszek. Już tak mam, że przyciągam do siebie różnych dziwaków i żebraków, więc tak też się stało i tym razem, że zacząłem z Wieśkiem rozmawiać.
Jak się okazało, był robotnikiem w Hucie - tokarzem. Hutę jednak szlag trafił, a on został na lodzie. Co prawda, mógł iść na emeryturę wojskową, gdyż służył w 6 Brygadzie Powietrzno-Desantowej i trafił do Wietnamu. Nie dowierzałem tej historii, ale poszperałem tu i tam i faktycznie trochę Polaków brało udział w tej wojnie, poza tym Wiesiek pokazał mu stary tatuaż z godłem jednostki, wiecie, taki amatorsko wykonany tatuaż typowo więzienny lub wojskowy, wytatuowany na nadgarstku. Dlaczego nie poszedł na emeryturę wojskową? Bo nie chciał przed nikim salutować.
Gdy Huta rypnęła u progu transformacji, Wieśka zostawiła żona. Albo pokłócił się z nią i sam odszedł. W każdym razie większość pieniędzy przeznaczał na utrzymanie swojej młodo owdowiałej siostry i jej dwóch synów (mieszkających do tej pory w tym samym bloku, co i ja, tyle, że kilka klatek dalej), do tej pory ma u niej sporo ubrań i innych rzeczy, myje się tam, itd. Tak w każdym razie mówił.
Znał wiele ciekawych historii związanych z osiedlem, pokrywających się z opowieściami mojego dobrego ś.p. sąsiada, którego zresztą znał. Znał wielu mieszkańców bloku, zwłaszcza tych mieszkających tam od początku. Dowiedziałem się, że np. sąsiad z najwyższego piętra to stary leśnik i myśliwy i robi ponoć świetny bimber. Poznałem też historie o porachunkach mafijnych w bloku nieopodal, nie istniejącym od dawna, wśród których zdarzały się i widowiskowe egzekucje na oczach wszystkich mieszkańców.
Umówiłem się z nim na kolejny dzień, też na 23cią, by opowiedział mi, jak było w Wietnamie. Nie przyszedł jednak.
3) Nie mam czasu na fantastykę, niestety. Chociaż niektórych (hmmm - większość) filozofów, myślicieli i wymyślicieli których wchłaniam spokojnie można by pod tą kategorię podciągnąć. Poza tym, jak już człowiek weźmie się porządnie za swoje studia, to nagle okazują się być całkiem absorbującymi. Szczególnie, jak zacznie wreszcie robić coś więcej, poza minimum do odfajkowania.
4) Obecna demokracja nie jest celem samym dla siebie. Leninowskie "kto kogo" jest nadal aktualne. Jest zawsze aktualne. Podobnie jak schmittański podział przyjaciel - wróg, podział, który przy rozmywaniu się polityki, sfery politycznej na poszczególne dziedziny ludzkiego życia, jest nawet bardziej ostry, gdyż nie dotyka już tylko sfer klasycznie uznanych za polityczne. Polityka jest wszędzie, gdzie występują relacje władzy. Sprowadzając sprawę do absurdu - nawet, jak Twoją dziewczynę boli głowa, to odmowa ta, Twoja zależność od jej decyzji, jest polityczna.
Dlatego, w przeciwieństwie do różnych demokratów dla samej demokracji, cieszy mnie odmowa władz UW odnośnie spotkania z wierchuszką Ruchu Narodowego. Dyskusja jest możliwa wtedy, gdy możliwe jest porozumienie. Kto by pomyślał, że kiedyś to, co jest w tym smętnym kraiku obecnie, wyda mi się naprawdę sympatyczne w porównaniu z tym, co może zostać wprowadzone przez skrajną prawicę. Ot, życie bywa nieprzewidywalne.
5) Papież abdykował. Decyzja spadła jak grom z jasnego nieba na wszystkich wiernych. A potem spadł też grom na Bazylikę św. Piotra. Zapewne bił w nią często i gęsto przy innych okazjach, a teraz po prostu się zgrało. Byłoby cudownie, gdyby kolejnym papieżem został czarnoskóry. 3/4 tzw. "narodowych katolików", zapatrzonych bezmyślnie w Europę łacińsko-germańską zapewne przejdzie wtedy na wiarę rodzimą, a pozostałe 1/4 na sedewakantyzm. Byłby to wspaniały sprawdzian, na ile katolicyzm w Polsce jest faktycznie katolicyzmem, a nie coraz bardziej pustą formą, zespołem kulturowych i historycznych uwarunkowań, zwykłą wydmuszką, maskującą strach przed nieznanym.
2) Był zimowy, styczniowy wieczór, gdy poszedłem wyrzucić śmieci. Pamiętam, cały dzień się zbierałem do tego, żeby wyjąć wór z kubła z szafki pod zlewem. Mój współlokator oczywiście palcem nie ruszył, albo akurat otrzymywał od Boga kolejne wizje wielkich katastrof, jakie spadną na ludzkość, albo grał w jakiegoś mmorpg'a, albo oglądał jakiś zjebany, amerykański serial komediowy (na bazie takich seriali wyrabia sobie wiedzę o prawdziwym życiu; oprócz początków schizofrenii doskwiera mu jeszcze postępujący mizoginizm, a także ogrom frustracji i kompleksów). Więc w końcu zebrałem się ja, z workiem ze śmieciami w dłoni śmiało ruszyłem na spotkanie tej namiastki przyrody. Dochodziła 23 w nocy, czekała mnie potem jeszcze nauka na egzamin, odbywający się następnego dnia (jakby kogo to interesowało - zdałem na 4,5).
Stara forma śmietnika, pamiętająca zapewne jeszcze Gierka, rozpadła się z czasem, została zastąpiona przez nową. Pojedyncze kontenery, pamiętające jeszcze całe pokolenia śmieci i odpadków, są teraz zamykane każde w osobnym boksie, mającym łukowate sklepienie. Dostęp jest ułatwiony w stosunku do starego śmietnika, który miał formę półotwartego pomieszczenia, z drugiej strony teraz każdy jeden ciężki, masywny, przysadzisty, metalowy kontener zamknięty jest za osobnymi drzwiczkami, które trzeba sobie otworzyć. Bywa to utrudnieniem, gdy nadmiar śmieci przytłacza aż do ziemi.
Tak czy owak, spotkałem przy śmietniku bezdomnego, grzebiącego w odpadkach w poszukiwaniu puszek. Już tak mam, że przyciągam do siebie różnych dziwaków i żebraków, więc tak też się stało i tym razem, że zacząłem z Wieśkiem rozmawiać.
Jak się okazało, był robotnikiem w Hucie - tokarzem. Hutę jednak szlag trafił, a on został na lodzie. Co prawda, mógł iść na emeryturę wojskową, gdyż służył w 6 Brygadzie Powietrzno-Desantowej i trafił do Wietnamu. Nie dowierzałem tej historii, ale poszperałem tu i tam i faktycznie trochę Polaków brało udział w tej wojnie, poza tym Wiesiek pokazał mu stary tatuaż z godłem jednostki, wiecie, taki amatorsko wykonany tatuaż typowo więzienny lub wojskowy, wytatuowany na nadgarstku. Dlaczego nie poszedł na emeryturę wojskową? Bo nie chciał przed nikim salutować.
Gdy Huta rypnęła u progu transformacji, Wieśka zostawiła żona. Albo pokłócił się z nią i sam odszedł. W każdym razie większość pieniędzy przeznaczał na utrzymanie swojej młodo owdowiałej siostry i jej dwóch synów (mieszkających do tej pory w tym samym bloku, co i ja, tyle, że kilka klatek dalej), do tej pory ma u niej sporo ubrań i innych rzeczy, myje się tam, itd. Tak w każdym razie mówił.
Znał wiele ciekawych historii związanych z osiedlem, pokrywających się z opowieściami mojego dobrego ś.p. sąsiada, którego zresztą znał. Znał wielu mieszkańców bloku, zwłaszcza tych mieszkających tam od początku. Dowiedziałem się, że np. sąsiad z najwyższego piętra to stary leśnik i myśliwy i robi ponoć świetny bimber. Poznałem też historie o porachunkach mafijnych w bloku nieopodal, nie istniejącym od dawna, wśród których zdarzały się i widowiskowe egzekucje na oczach wszystkich mieszkańców.
Umówiłem się z nim na kolejny dzień, też na 23cią, by opowiedział mi, jak było w Wietnamie. Nie przyszedł jednak.
3) Nie mam czasu na fantastykę, niestety. Chociaż niektórych (hmmm - większość) filozofów, myślicieli i wymyślicieli których wchłaniam spokojnie można by pod tą kategorię podciągnąć. Poza tym, jak już człowiek weźmie się porządnie za swoje studia, to nagle okazują się być całkiem absorbującymi. Szczególnie, jak zacznie wreszcie robić coś więcej, poza minimum do odfajkowania.
4) Obecna demokracja nie jest celem samym dla siebie. Leninowskie "kto kogo" jest nadal aktualne. Jest zawsze aktualne. Podobnie jak schmittański podział przyjaciel - wróg, podział, który przy rozmywaniu się polityki, sfery politycznej na poszczególne dziedziny ludzkiego życia, jest nawet bardziej ostry, gdyż nie dotyka już tylko sfer klasycznie uznanych za polityczne. Polityka jest wszędzie, gdzie występują relacje władzy. Sprowadzając sprawę do absurdu - nawet, jak Twoją dziewczynę boli głowa, to odmowa ta, Twoja zależność od jej decyzji, jest polityczna.
Dlatego, w przeciwieństwie do różnych demokratów dla samej demokracji, cieszy mnie odmowa władz UW odnośnie spotkania z wierchuszką Ruchu Narodowego. Dyskusja jest możliwa wtedy, gdy możliwe jest porozumienie. Kto by pomyślał, że kiedyś to, co jest w tym smętnym kraiku obecnie, wyda mi się naprawdę sympatyczne w porównaniu z tym, co może zostać wprowadzone przez skrajną prawicę. Ot, życie bywa nieprzewidywalne.
5) Papież abdykował. Decyzja spadła jak grom z jasnego nieba na wszystkich wiernych. A potem spadł też grom na Bazylikę św. Piotra. Zapewne bił w nią często i gęsto przy innych okazjach, a teraz po prostu się zgrało. Byłoby cudownie, gdyby kolejnym papieżem został czarnoskóry. 3/4 tzw. "narodowych katolików", zapatrzonych bezmyślnie w Europę łacińsko-germańską zapewne przejdzie wtedy na wiarę rodzimą, a pozostałe 1/4 na sedewakantyzm. Byłby to wspaniały sprawdzian, na ile katolicyzm w Polsce jest faktycznie katolicyzmem, a nie coraz bardziej pustą formą, zespołem kulturowych i historycznych uwarunkowań, zwykłą wydmuszką, maskującą strach przed nieznanym.
niedziela, 11 listopada 2012
Mody, mody, mody!
1) Age of Chivalry: Hegemony 1.81 (do Age of Empires II: The Conquerors).
Co się rzuca w oczy -integracja AI moda z domyślnym AI. Minus - AI grupuje się przeciwko graczowi w czasie gry bez ustalonych drużyn. Pojawiło się Humanist Historiography w Kościele, daje bonusy bohaterowi. Oprócz tego - głównie bugfix. Jak gdzieś na forum AoK Haven stwierdził autor, wszystko, co miało w modzie się znaleźć, już się znalazło.
Za to ja walczyłem, żeby zainstalować widescreena. Moda trzeba było zainstalować na wersję 1.0c, problem z tym, że moja wersja ze złotej edycji była już spatchowana, dlatego Widescreen nie wykrywał prawidłowego pliku .exe. Dlatego zainstalowałem nieoficjalną łatkę 1.0e, na którą udało się potem wszystko zainstalować. Jedyne, co być może jest pokłosiem pewnej niekompatybilności, są czasem włączające się głosy jednostek z gry oryginalnej, w miejsce podmienionych przez moda. Ale to pierdoła, nie ma co szat rozdzierać. Ach, i Widescreen ma w sobie już ddraw fixa, po prostu zabija explorer.exe. Co ma tą wadę, że z gry nie da się na chwilę wyjść, np. alt+tab, bez wyłączenia jej.
2) Shockwave 1.1 (do Command & Conquer: Generals: Zero Hour). Najlepszy w mojej opinii mod do Generalsów, zmieniający diametralnie każdą stronę konfliktu oraz każdego generała. Dodaje także trzech nowych - China Special Weapons (bez propagandy i energii jądrowej, generator trzęsień ziemi, śmigłowce transportujące zasoby, mnóstwo artylerii i wyrzutni rakiet), GLA Salvage (miks złomu z demobilu z czasów IIWŚ i Zimnej Wojny, śmigłowce Mi-8, samoloty Desert Fly, Katiusze, Basilisk - działo samobieżne + ckm, rakiety V2 [lol], bombowce Tu-2 zrzucające biały fosfor, rakieta Soyuz jako superbroń, potężne stanowiska rakiet przeciwlotniczych) i USA Armor (osobny budynek zapewnia radar, ciężarówki z zaopatrzeniem, a nie śmigłowce, czołgi Mammoth, dorównujące spokojnie Overlordowi, Cluster Missile jako superbroń). Starzy generałowie i "czyste" ugrupowania też zostały przerobione - i tak, po kolei: GLA dostało m.in. (moto)balony oraz Workerów na Quadach, GLA Toxin kilka różnych trucizn zrzucanych z powietrza, oraz każda jednostka jest bardziej trująca niż przedtem, GLA Demolition został pozbawiony trucizn, oprócz generalskiej Anthrax Bomb, za to wszystko zadaje chore obrażenia, wybucha, itd. Marauder wzbogacony o wyrzutnię rakiet niekierowanych, generalska czarnorynkowa bomba atomowa), GLA Stealth dostał kilka rodzajów elitarnej piechoty, w tym Rocket Snipera i Assassina, porównywalnego z amerykańskim Pathfinderem, stanowisko z ckmem, ruchomy Supply Stash, za to zabrano mu czołgi); China Nuclear dostał mnóstwo upgrade'ów atomowych dla jednostek, w tym dla MiGów, czołgów, nawet Hakerów (walizkowe bomby atomowe), China Tanks dostał mnóstwo nowych bajerów do czołgów, China Infantry dostał powiększone Hack Vany, potężne Battle Fortressy, także zespoły piechoty dowodzone przez oficera, zwykłe Chiny dostały kilka nowych budynków obronnych, w tym z miotaczem ognia, oraz śmigłowce Tiger; USA Airforce rządzi w powietrzu jak nigdy, USA Super Weapon dostał orbitalne coś, czołg teleportujący się, broń plazmową, roboty, itd, USA Laser każdy sprzęt ma laserowy, USA zwykłe dostało m.in. coś, co wygląda na jednoosobowe, gwiezdnowojenne AT-PT. Rzecz jasna zmian i nowinek jest znacznie, znacznie więcej.
3) Command & Conquer: Generals: Global Crisis (j.w.) inny mod do Generalsów, wprowadzający do gry strony konfliktu z innego moda, Middle-East cośtam, Syrię i Izrael, a do tego wprowadzający sporo kosmetycznych zmian do pozostałych. Syria to coś pomiędzy GLA i Chinami (mają elektryczność, itd. ale stary sprzęt rosyjski, do tego trochę fanatyków religijnych), Izrael to coś pomiędzy GLA i USA - mogą zwijać i przenosić w inne miejsce Command Center, nie produkują jednostek, tylko są one im dowożone z powietrza, alternatywne źródło kasy to zespół dziennikarzy, robiący zdjęcia wrażym jednostkom. Bardzo poczciwe i pomysłowe (specjalizacje generalskie rozwiązano prosto - jako jeden z 3 wzajemnie się wykluczających upgrade'ów) ale wygląda jakoś gorzej i smutniej niż Shockwave.
3) Command & Conquer: Generals: Rise of the Reds (j.w.) cały czas rozwijany mod autorów Shockwave'a, chronologicznie umiejscowiony po nim. Obecna wersja, 1.72., oprócz diametralnie pozmienianych USA, Chin i GLA, wprowadziła Rosję. Rosja ma sprzęt naprawczy, mnóstwo śmigłowców, gorsze od Chin i USA lotnictwo (dwa Suchoje - Berkut i Frogfoot), do tego potężne czołgi (Sentinel zjada chińskiego Overlorda na śniadanie) i jednostki wyposażone w broń opartą na cewkach Tesli. Superbronią jest Tremor AGAS. W wersji 1.8 moda ma pojawić się kolejna, nowa, grywalna strona konfliktu - European Commonwealth, a w wersji 2.0 - generałowie każdej ze stron, teraz nie ma żadnych. Warto będzie na to poczekać.
Za to ja walczyłem, żeby zainstalować widescreena. Moda trzeba było zainstalować na wersję 1.0c, problem z tym, że moja wersja ze złotej edycji była już spatchowana, dlatego Widescreen nie wykrywał prawidłowego pliku .exe. Dlatego zainstalowałem nieoficjalną łatkę 1.0e, na którą udało się potem wszystko zainstalować. Jedyne, co być może jest pokłosiem pewnej niekompatybilności, są czasem włączające się głosy jednostek z gry oryginalnej, w miejsce podmienionych przez moda. Ale to pierdoła, nie ma co szat rozdzierać. Ach, i Widescreen ma w sobie już ddraw fixa, po prostu zabija explorer.exe. Co ma tą wadę, że z gry nie da się na chwilę wyjść, np. alt+tab, bez wyłączenia jej.
2) Shockwave 1.1 (do Command & Conquer: Generals: Zero Hour). Najlepszy w mojej opinii mod do Generalsów, zmieniający diametralnie każdą stronę konfliktu oraz każdego generała. Dodaje także trzech nowych - China Special Weapons (bez propagandy i energii jądrowej, generator trzęsień ziemi, śmigłowce transportujące zasoby, mnóstwo artylerii i wyrzutni rakiet), GLA Salvage (miks złomu z demobilu z czasów IIWŚ i Zimnej Wojny, śmigłowce Mi-8, samoloty Desert Fly, Katiusze, Basilisk - działo samobieżne + ckm, rakiety V2 [lol], bombowce Tu-2 zrzucające biały fosfor, rakieta Soyuz jako superbroń, potężne stanowiska rakiet przeciwlotniczych) i USA Armor (osobny budynek zapewnia radar, ciężarówki z zaopatrzeniem, a nie śmigłowce, czołgi Mammoth, dorównujące spokojnie Overlordowi, Cluster Missile jako superbroń). Starzy generałowie i "czyste" ugrupowania też zostały przerobione - i tak, po kolei: GLA dostało m.in. (moto)balony oraz Workerów na Quadach, GLA Toxin kilka różnych trucizn zrzucanych z powietrza, oraz każda jednostka jest bardziej trująca niż przedtem, GLA Demolition został pozbawiony trucizn, oprócz generalskiej Anthrax Bomb, za to wszystko zadaje chore obrażenia, wybucha, itd. Marauder wzbogacony o wyrzutnię rakiet niekierowanych, generalska czarnorynkowa bomba atomowa), GLA Stealth dostał kilka rodzajów elitarnej piechoty, w tym Rocket Snipera i Assassina, porównywalnego z amerykańskim Pathfinderem, stanowisko z ckmem, ruchomy Supply Stash, za to zabrano mu czołgi); China Nuclear dostał mnóstwo upgrade'ów atomowych dla jednostek, w tym dla MiGów, czołgów, nawet Hakerów (walizkowe bomby atomowe), China Tanks dostał mnóstwo nowych bajerów do czołgów, China Infantry dostał powiększone Hack Vany, potężne Battle Fortressy, także zespoły piechoty dowodzone przez oficera, zwykłe Chiny dostały kilka nowych budynków obronnych, w tym z miotaczem ognia, oraz śmigłowce Tiger; USA Airforce rządzi w powietrzu jak nigdy, USA Super Weapon dostał orbitalne coś, czołg teleportujący się, broń plazmową, roboty, itd, USA Laser każdy sprzęt ma laserowy, USA zwykłe dostało m.in. coś, co wygląda na jednoosobowe, gwiezdnowojenne AT-PT. Rzecz jasna zmian i nowinek jest znacznie, znacznie więcej.
3) Command & Conquer: Generals: Global Crisis (j.w.) inny mod do Generalsów, wprowadzający do gry strony konfliktu z innego moda, Middle-East cośtam, Syrię i Izrael, a do tego wprowadzający sporo kosmetycznych zmian do pozostałych. Syria to coś pomiędzy GLA i Chinami (mają elektryczność, itd. ale stary sprzęt rosyjski, do tego trochę fanatyków religijnych), Izrael to coś pomiędzy GLA i USA - mogą zwijać i przenosić w inne miejsce Command Center, nie produkują jednostek, tylko są one im dowożone z powietrza, alternatywne źródło kasy to zespół dziennikarzy, robiący zdjęcia wrażym jednostkom. Bardzo poczciwe i pomysłowe (specjalizacje generalskie rozwiązano prosto - jako jeden z 3 wzajemnie się wykluczających upgrade'ów) ale wygląda jakoś gorzej i smutniej niż Shockwave.
3) Command & Conquer: Generals: Rise of the Reds (j.w.) cały czas rozwijany mod autorów Shockwave'a, chronologicznie umiejscowiony po nim. Obecna wersja, 1.72., oprócz diametralnie pozmienianych USA, Chin i GLA, wprowadziła Rosję. Rosja ma sprzęt naprawczy, mnóstwo śmigłowców, gorsze od Chin i USA lotnictwo (dwa Suchoje - Berkut i Frogfoot), do tego potężne czołgi (Sentinel zjada chińskiego Overlorda na śniadanie) i jednostki wyposażone w broń opartą na cewkach Tesli. Superbronią jest Tremor AGAS. W wersji 1.8 moda ma pojawić się kolejna, nowa, grywalna strona konfliktu - European Commonwealth, a w wersji 2.0 - generałowie każdej ze stron, teraz nie ma żadnych. Warto będzie na to poczekać.
Czarny metal to wojna
Taki oto artykulik, lub raczej jego wczesna wersja, którą kiedyś zacząłem pisać z zamiarem wysłania do takiego smutnego, studenciackiego pisma, akurat istniejącego na moim wydziale. Jednak w międzyczasie doszedłem do wniosku, że wyszło to zbyt radykalnie, jak na takie piśmidło, poza tym nie chciało mi się tego kończyć, jest trochę urwane pod koniec. Tak czy siak, viola.
Czarny metal to wojna
Od dawna wiadomo, że
muzyka to świetny nośnik dla wszelkiego rodzaju propagandy, wiadomo
też, że im bardziej niszowe gatunki, tym bardziej radykalny
przekaz. Zaś apolityczność w praktyce nie istnieje, bo polityczne
jest de facto wszystko, zgodnie z najszerszą i najbardziej radykalną
definicją. Poza tym każdy ma jakieś poglądy, nawet jeśli nie
zdaje sobie sprawy z ich posiadania.
System kapitalistyczny tak
działa, że sprzedaje jako dobra luksusowe bądź alternatywne,
skierowane do określonej działającej w jego ramach subkultury, to,
co sam uprzednio wyparł lub przejął, gdy pojawili się ci, którzy
na danej modzie postanowili zarobić. Stąd też z jednej strony
obecność Nergala w mediach głównonurtowych, a książki o jego
kapeli ("Konkwistadorzy diabła") leżą w salonikach
prasowych obok n-tych zbiorów cudów Jana Pawła II oraz, z drugiej
strony, utyskiwania podstarzałych fanów, że kiedyś to było
lepiej, gdy wszystko sprowadzało się do pisania odręcznych listów
i wysyłania ich do amatorskich, kleconych często byle jak i byle z
czego zinów oraz nagrywania kolejnych "kultowych" dem na
zabrane mamie kasety Maryli Rodowicz.
Pewne gatunki jednak nie
wyjdą ze swoich nisz, bo są zbyt trudne w odbiorze dla szerokich
mas potencjalnych odbiorców, jak np. power electronics. Inne wyjdą
tylko częściowo, zawsze rozdarte między radykalne światopoglądowo
i stylistycznie podziemie, oraz ugładzone, bawiące się konwencją
grupy, którym udało się przebić do głównego nurtu.
Nie ma w tym także nic
dziwnego, że bardzo często ci, którzy za młodu chcieli kopniakami
ruszyć z posad zastaną bryłę świata, na starość usiedli na
niej wygodnie. Tak jest już człowiek zbudowany, oprócz tych
różnych wyjątków, które się "nie sprzedały" i twardo
stoją na straży posiadanej przez siebie Prawdy.
Do tych gatunków można
zaliczyć właśnie black metal z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Nie ma co się rozwodzić
nad historią gatunku, gdyż nie ma to w tym momencie żadnego
znaczenia, nie ma co też rozwodzić się nad historiami tych, którzy
wylądowali w mainstreamie, często po latach nagrywania w podziemiu,
wystarczy włączyć dowolną muzyczną telewizję, by takich
zobaczyć i posłuchać, co mają do powiedzenia, w tym krótkim
artykule chciałem pokazać tych, którzy – we własnym mniemaniu –
mają coś radykalnego do powiedzenia i sami się stawiają poza –
a często przeciwko – szeroko pojętemu głównemu nurtowi. Rzecz
jasna, skupię się tylko na tych, którzy są interesujący z punktu
widzenia politologii, na tych, których poglądy można podciągnąć
pod bardzo szeroko pojętą filozofię, gdzie można natrafić na
odwoływanie się do określonych ideologii, itd.
Artykuł ten nie będzie
rzecz jasna fachowym artykułem naukowym, gdyż nie widzę takiej
potrzeby, poza tym w pewnych przypadkach trudno w morzu plotek,
domysłów i wymysłów znaleźć wiarygodne informacje na dany
temat. Uroki podziemia. Zresztą, prawdę powiedziawszy, myślę, że
część przypadków byłaby bardziej interesująca dla psychiatry,
niż politologa.
Tak czy owak, w szeroko
pojętym black metalu można wyróżnić umownie "skrajną
prawicę" i "skrajną lewicę". Akurat w tym gatunku
ta pierwsza jest znacznie bardziej rozpowszechniona. Zaliczyć tu
trzeba przede wszystkim całą masę najróżniejszych wykonawców
odwołujących się do różnych form i wariacji (neo)nazizmu. Nurt
zwany NSBM (National Socialist Black Metal) nie jest rzecz jasna
jednolity stylistycznie, ani nawet światopoglądowo. Mamy tam bowiem
grupy odwołujące się do przedchrześcijańskich, pogańskich
wierzeń takiej czy innej historycznej grupy ludności, zazwyczaj
Germanów, Słowian i Celtów, przy czym popularny jest swoisty
"pogański ekumenizm", mieszanie pojęć, symboli i nawet
bóstw z różnych mitologii, przy uznaniu ich za równe sobie
manifestacje tych samych mocy natury lub – rzadziej – bliżej
niesprecyzowanych bytów duchowych. O ile dla części wykonawców
tego nurtu różne Peruny, Thory i Odyny to martwe symbole
przedchrześcijańskiej przeszłości, które są jednak "nasze"
i stanowią dobre narzędzie do walki z "obcym"
chrześcijaństwem (zazwyczaj nazywanym "judeochrześcijaństwem"),
dla niektórych to rzeczywiście istniejące bóstwa, ośmieszone lub
przerobione przez zwycięskie chrześcijaństwo na złe demony.
Nieliczni uznają wszystkie bóstwa pogańskie za różne
manifestacje tej samej lucyferycznej siły, rozumianej jednak nie w
sensie sensu stricte satanistycznym, lecz gnostycznym (bóstwa
pogańskie/Lucyfer – „dobre”, bo zgodne z naturą i pierwotnymi
instynktami człowieka, bóg chrześcijański – jakiś obcy,
narzucony Demiurg – „zły”, bo sprzeczny z naturalnym „prawem
silniejszego” i kultywujący jakieś mgliste zaświaty zamiast
zaprowadzenia porządku na Ziemi tu i teraz – taka mała
immanentyzacja eschatonu) lub sekularyzowanym – antychryst jako
natura, jako wola życia, wola mocy – widać tutaj zwulgaryzowane
wpływy nietzscheańskie. Mdły, przeintelektualizowany i eklektyczny
mistycyzm miesza się z jasnymi deklaracjami ateizmu.
Oprócz
pogańskich wojowników walczących z chrześcijańskimi najeźdźcami,
muzycy tego nurtu odwołują się bardzo często albo do
współczesnych mutacji nazizmu, co sugeruje nazwa, albo wręcz do
"dziedzictwa" III Rzeszy, lub innych
narodowo-socjalistycznych bądź faszystowskich reżimów/ruchów
istniejących na świecie na przestrzeni lat. Co ciekawe, z nazizmu
sensu stricte, wykonawcy NSBM biorą zazwyczaj wszystko, co najgorsze
– fascynację ludobójstwem, przemocą i kultem siły. Osobiście
nie napotkałem na żaden utwór tego nurtu, który np.
gloryfikowałby masowe roboty publiczne wprowadzone przez Hitlera
czy Mussoliniego, za to upiornych, jadowitych i koszmarnie topornych
piosenek o aryjskich/piekielnych/pogańskich legionach Waffen-SS
rozjeżdżających czołgami kościoły i synagogi oraz bestialsko
mordujących chrześcijan oraz wyznawców judaizmu w obozach zagłady
jest Legion. Islamowi też się dostaje, zwłaszcza odkąd ostatnimi
czasy nasila się emigracja ludności wyznającej islam z
pozaeuropejskich Peryferiów do europejskiego Centrum, wędrówki te
spowodowane są rzecz jasna przez sam kapitalizm jako taki, masy
przemieszczają się za kapitałem, oczywiście muzycy NSBM,
zwłaszcza ci wierzący w nadejście „wojny ras”, wyjaśniają to
zjawisko tworząc liczne teorie spiskowe, np. o Żydach
sprowadzających muzułmanów do Europy w celu zniszczenia do reszty
jej dziedzictwa kulturowego i cywilizacyjnego. Program negatywny
często staje się pozytywnym, i tak np. niejaki Kaiser Wodhanaz z
projektu Ad Hominem (wśród nagranych przez niego piosenek znajduje
się np. „Auschwitz Rulez”) stwierdził kiedyś, że „The
14 words1
are good
for fools
and life lovers.
Only
the death
of the rotten
civilization matters now”, po czym
zdystansował się od NSBM jako takiego.
Poglądy na temat
Holocaustu są wśród muzyków NSBM są niespójne – z jednej
strony trafiają się głosy, że nie było czegoś takiego (a ci
wszyscy ludzie umarli z przejedzenia? Ach, przepraszam – nie umarli
wcale, tylko potajemnie wyjechali do USA i rządzą teraz światem,
razem z reptilionami), z drugiej strony, że zginęło tam za mało
ludzi.
Początki NSBM wiązane są
z wczesną sceną norweską – zresztą, łatwiej byłoby wymienić
chyba to, co nie jest z nią wiązane, niż wszystko, co jest. Za
pierwowzór muzyka NSBM uchodzi Varg Vikerness, znany ze swojego
jednoosobowego projektu Burzum, do czasów Breivika najsłynniejszy
chyba norweski morderca.
Obiektywnie
rzecz biorąc, Varg to mitoman i megaloman, światopoglądowo zaś
łączy obecnie rasizm, sekularyzowane pogaństwo z uwielbieniem dla
wczesnego ustroju norweskich plemion, jakieś wiecowej demokracji
przy istnieniu plemiennego wodza i rady starszych, czy czegoś w tym
stylu; w jednym z nowszych wywiadów stwierdził też, że ideałem
byłoby żyć jak paleolityczni zbieracze-myśliwi, ale niestety nie
jest to obecnie możliwe, bo ludzi jest za dużo a środowisko
naturalne już ledwo dyszy2.
Ciężko więc jednoznacznie zaliczyć go do NSBM, bo nie
gloryfikował w tekstach nigdy III Rzeszy, jego wymarzony ustrój,
zdecentralizowana, plemienna demokracja jest jednak dosyć daleka od
totalitarnego molocha nazistowskich Niemiec. A sam rasizm i pogaństwo
nie jest wyznacznikiem gatunku, granice pomiędzy NSBM i pogańskim
black metalem, również zaliczanym do wspomnianej gdzieś na
początku tego artykułu „skrajnej prawicy” gatunku, są bardzo
płynne.
Tak czy
siak, Varg zasłynął przede wszystkim z morderstwa dokonanego na
swoim przyjacielu, również muzyku, Euronymusie. Ciężko
powiedzieć, o co poszło, Varg stoi na stanowisku, że Euro chciał
go zabić i nagrać to na video, w internecie można poza tym
natrafić na ogrom różnych plotek. Varg tłumaczył się, że
tamten potknął się i wpadł na szybę na klatce schodowej,
spotkałem się też z tłumaczeniem, że Euro potknął się i
nadział na nóż trzymany przez Varga. A potem musiał się
podnieść, potknąć się i nadziać na ten nóż jeszcze raz. I tak
w kółko wystarczającą ilość razy, by łącznie dostać
szesnaście ciosów w korpus i osiem w głowę i kark. Varg był
również zamieszany w podpalanie zabytkowych kościołów (zdjęcie
jednego z nich, już spalonego, trafiło nawet na okładkę EP-ki
Burzum „Aske”, co nomen omen znaczy „popiół”), jednak tego
mu przed sądem nie udowodniono.
Należy także w tym
momencie zauważyć koniecznie, że nie każda grupa black metalowa
wykorzystująca nazistowską symbolikę i przemycająca w tekstach
różne odwołania do tego czy tamtego, jest rzeczywiście
neonazistowska. Image muzyka black metalowego miał przede wszystkim
szokować – miał być zebraniem wszystkiego, co gnębi
przeciętnego współczesnego, umiarkowanie konserwatywnego, szarego
człowieka klasy średniej, wszystkich jego skumulowanych strachów i
obaw, i miał być rzuceniem mu tym wszystkim w twarz. Na podobnej
zasadzie pierwsi, nihilistyczni przedstawiciele subkultury punk
nosili m.in. żelazne krzyże, nikt nie posądzał ich o promowanie
nazizmu, chodziło tylko i wyłącznie o szokowanie, o złamanie
obowiązujących w społeczeństwie „tabu”. Black metal, mający
korzenie w częściowo punku właśnie czy wywodzącym się z niego
thrash metalu, miał szokować satanizmem, miał być nihilistycznym
buntem. Taka konwencja. Ideologie zaczęły tam napływać później.
Sceny NSBM zaczęły się
swego czasu organizować. Np. w Polsce powstała organizacja o nazwie
„Fullmoon”. Bardzo ciężko znaleźć na jej temat jakiekolwiek
wiarygodne informacje, zresztą, wystarczy prześledzić chociażby
losy kilku najważniejszych tam postaci, by przekonać się, że w
gruncie rzeczy miała charakter czysto subkulturowy a artykułowane
postulaty – nazwijmy je – polityczne nie miały żadnych szans
realizacji, były przejawem młodzieńczego radykalizmu członków
organizacji. „F” powstał jako organizacja sensu stricte
satanistyczna, założona przez muzyków wczesnej polskiej grupy
black metalowej Xantotol, gdzieś na początku lat '90. Nawiązano
kontakty z różnymi grupami okultystycznymi ze świata,
rozprowadzano w Polsce ich broszury i inne materiały. Organizacja
była ściśle hierarchiczna i elitarna, próbowano ją ukształtować
na coś w rodzaju zakonu. Jednak z czasem zaczęli tam pojawiać się
różni ludzie, którzy „przepchnęli” jej profil bardziej w
stronę (ezoterycznego) nazizmu. Mniej-więcej wtedy też pierwotni
założyciele odeszli z organizacji, porzucając ją na pastwę ludzi
w rodzaju Capricornusa czy Roba Darkena. „Fullmoon” zmienił też
nazwę na „Temple of Fullmoon”. Organizacja zrobiła manifestację
pod sztandarem ze swastyką bodajże w Szklarskiej Porębie, czym
wzbudziła zainteresowanie odpowiednich państwowych służb. Potem
pojawiły się pierwsze podziały (niewyjaśniona w sumie historia z
Karcharothem, który wiele lat później popełnił samobójstwo), a
organizacja zaczęła ograniczać się do bicia nielubianych muzyków
kapel, które nie chciały się przyłączyć, ale i z tym różnie
bywało. Jako ciekawostkę można przytoczyć fakt, że ponoć nawet
tak sławny obecnie Nergal miał oberwać od muzyka z grupy Perunwit,
jednak prawdziwy przebieg tego i innych związanych z organizacją
wydarzeń pozostaje nieznany. Inna plotka mówi o pewnym muzyku,
który niechcący zdradził organizację. Otóż przyszła do niego
pewnego dnia policja, a ten, przerażony, sam dał im wszystkie
posiadane materiały „ToF”. Jak miało się okazać później,
policja przyszła do niego w sprawie kradzieży z piwnic, a nie mniej
lub bardziej kuriozalnej działalności antysystemowej.
Capricornus,
pozujący na lidera późnego „ToF”, wydawał zina „Legion”.
Ciężko powiedzieć, czy ukazało się więcej numerów poza
pierwszym, tak czy siak, do tego udało mi się dotrzeć. Co rzuca
się w oczy to przede wszystkim żenujący poziom merytoryczny. W
numerze było coś z Crowleya, coś z Nietzschego oraz wywiad
obszerny z muzykiem z niemieckiej grupy Absurd. Co ciekawe, grupy
polakożerczej, odwołującej się zarówno do pogaństwa, volkizmu
jak i do nazizmu niemieckiego sensu stricte. W jednym z wywiadów,
muzyk ten, zapytany o zadziwiającą popularność Absurd w Polsce,
miał stwierdzić, że owszem, mają wielu fanów we wschodnich
Niemczech. Nie przeszkodziło to jednak Capricornusowi przeprowadzić
z nim czołobitnego wywiadu. Trzeba przyznać, że pochodzący ze
Śląska Capricornus, nagrywający zazwyczaj po niemiecku, miał
lekkie ciągoty germanofilskie.
Muzyk w wywiadzie opisał
niemieckie więzienie, w którym akurat przebywał (trafił tam za
zabójstwo – grób ofiary trafił na okładkę materiału Absurd
zatytułowanego „Thuringian Pagan Madness”), doszedł do wniosku,
że popełniony czyn zmienił go na lepsze (dodał sobie wtedy do
nazwiska nazwę mitologicznej bestii Nidhogg), oraz opisał swoją
ideologię „trzech trójkątów”, pogaństwo lucyferyczne,
wspomniany wyżej już przeze mnie „pogański ekumenizm”,
zakładający, że wszystkie bóstwa pogańskie to manifestacje
różnych aspektów jednego Lucyfera.
Poglądy polityczne „ToF”
zakładały rozpad i zagładę współczesnego, zdegenerowanego
świata, członkowie „ToF” byli w swoim mniemaniu elitą, która
przyśpieszy rozpad i zbuduje potem lepszy, aryjski świat, pod wodzą
jakiegoś nowego Fuehrera.
„ToF” rozpadło się
samo, lub zostało rozbite przez służby. Biorąc pod uwagę zakres
i rodzaj podejmowanej przez nich działalności, podejrzewam, że
służby specjalne państwa polskiego miały jednak do roboty lepsze
rzeczy niż uganianie się za grupką świrów, którzy jeśli
zaszkodzili komukolwiek, to przede wszystkim sobie samym. Obecnie
Capricornus zerwał kontakty z podziemiem i jego los pozostaje
nieznany. Nieżyczliwi twierdzili, że uzależnił się od
narkotyków. Zaś Rob Darken, nadal nagrywający w ramach swojego
projektu Graveland, nadal ma radykalne i niepoprawne politycznie
poglądy, jednak z czasem stonował je. Przeprosił się też z
Nergalem, z którym to był przez lata pokłócony (ponoć panowie
wysyłali sobie paczki z pozbawionymi głów kurami, itp. - jak już
wspominałem, informacje tego typu to krążące po internecie
plotki, uzyskane od ludzi niewiarygodnych, przytaczam je, bo czemu
nie, ale nie mają żadnej wartości), zajmuje się obecnie chyba
głównie wrzucaniem na swoje konto na Facebooku kolejnych swoich
zdjęć w zbroi wikinga.
Podziemie NSBM istnieje w
Polsce i współcześnie, nie przejawia jednak ono tendencji do
przyjmowania form zorganizowanych, ani jakichkolwiek innych.
Obrazu „skrajnej
prawicy” black metalu dopełniają nieliczne grupki propagujące
tradycjonalizm evoliański, włoski (archeo)futuryzm, neoeurazjanizm,
itd., np. włoska „Black Metal Invitta Armata”.
Ciekawym zjawiskiem są
też grupy NSBM/pagan bm z krajów pozaeuropejskich, wykonywane przez
muzyków nie będących białymi i nie odwołujących się do
„aryjskich” mitologii. W Meksyku istnieje spora scena pogańskiego
black metalu, odwołująca się do wierzeń azteckich, i
gloryfikująca mimochodem rasę indiańską. Na okładkach płyt
wykonawców tego nurtu można zobaczyć koło siebie np. wizerunki
żołnierza Wehrmachtu obok indiańskiego, azteckiego
wojownika-jaguara lub azteckiego orła trzymającego w szponach
stylizowaną, aztecką swastykę. Grupy te nagrywają też kowery
niektórych różnych grup i projektów europejskich, np. Burzum.
Na „skrajnej lewicy”
black metalu przede wszystkim wymienić trzeba wykonawców grających
pomieszanych z black metalem crust. Akurat to zjawisko, jak i sama
scena crustowa, jest mi praktycznie nie znana, więc nie będę się
na jej temat rozpisywał.
Istnieje zjawisko
przeciwne NSBMowi, zwane RABM – Red & Anarchist Black Metal.
Organizować się zaczęło później, świadomości istnienia
nabrało dużo później niż NSBM, jednak doszukiwało się swoich
korzeni również w legendarnej scenie norweskiej, tej samej, z
której wg niektórych ma wywodzić się NSBM. Zabity przez
Vikernessa Euronymus miał być komunistą. To jednak nie prawda,
owszem, był członkiem nawet jakiejś partii komunistycznej w
Norwegii, ale on fascynował się tym, co w stalinizmie najgorsze –
ponurością życia w wielkich blokowiskach, tajną policją, opresją
systemu. Pasowało mu to do mizantropii i nihilizmu, podobnie jak
części muzyków black metalowych do dziś pasuje mizantropia i
nihilizm Frontu Wschodniego lub obozów koncentracyjnych. Już
prędzej za protoplastów RABM można nazwać pochodzącą z
Argentyny grupę Profecium, której muzycy byli ponoć trockistami.
Nagrali m.in. utwór „Socialismo Satanico”. Klasyczny pod
względem muzycznej formy black metal nie przyjął się zbyt dobrze
u komunistów, u anarchistów często łączony jest z crustem,
punkiem lub hardcorem, za to w środowiskach zielonych anarchistów i
anarcho-prymitywistów znalazł przystań.
Powstała
cała scena w USA, na Wybrzeżu Północno-Zachodnim (Cascadia),
gdzie rozkwit przeżywają grupy łączące zielony anarchizm,
krytykę cywilizacji przemysłowej oraz nie-nazizujące pogaństwo
(jakiś anarcho-bio-regionalizm). Jako, że zjawisko to jest w Polsce
praktycznie nieznane, warto wymienić nazwy tych grup – Panopticon,
Wheels Within Wheels, Lake of Blood, Skagos, Agalloch, czy grupę od
której wszystko się zaczęło, i która bywa różnie klasyfikowana
– Wolves In The Throne Room. Muzycznie nie różni się to od
zwykłego atmospheric black metalu z elementami folku, ambientu,
gdzieniegdzie też blackgaze'u. Poruszanie kwestii ekologicznych i
Ekopogańsko-anarchistyczny
black metal dotarł do swojego logicznego ekstremum w postaci
nielicznych grup sympatyzujących z VHEMT3,
które często, jak np. Iuves, poruszają się w stylistyce raw black
metalowej czy black noise'owej, za wyjątkiem spokojniejszego Book Of
Sand.
I to było w sumie na
tyle.
1"We
must secure the existence of our people and a future for White
children." - slogan uknuty przez Davida Lane'a, amerykańskiego
współczesnego ideologa neonazistowskiego, popularny w środowiskach
neonazistów, zwolenników supremacji rasy białej oraz
nacjonalistów, zazwyczaj tych „trzeciodrogowych” lub
„trzeciopozycyjnych”.
2Takie
poglądy zbliżają go do części współczesnych "narodowych
anarchistów", jednak zakładam, że nie wie on o ich
istnieniu.
3Voluntary
Human Extinction Movement – Ruch na rzecz dobrowolnego wymarcia
ludzkości.
Odpryski VI
1) Jakiś czas temu, jadąc pociągiem do Krakowa, zacząłem czytać zbiór opowiadań Andrzeja Zimniaka Homo Determinatus. Niestety, nie ukończyłem czytać tej książki, bo coś tam. Ale na ile pamiętam pierwsze opowiadanie, to autor rozkminiał zagadnienia związane ze snami, innymi światami i ich prawdziwością i różnymi takimi. Czytało się to łatwo i bezproblemowo, to może kiedyś to skończę czytać.
2) Jakiś czas temu przeczytałem książkę Jacoba Taubesa Teologia polityczna świętego Pawła. Autor, związany bardziej z judaizmem niż chrześcijaństwem, dokonuje kilku ciekawych interpretacji dotyczących samej kwestii żydowskości Pawła i jak sobie z nią poradził. Smutny wstęp jakiejś smutnej profesorskiej kąserwy, z którego to wstępu wyniosłem tylko wiedzę o tym, że nad świętym Pawłem pochylał się m.in. Żiżek, i chyba do niego też więc kiedyś w końcu zaglądnę.
3) W Lewiatanie [sic] Coca-Cola [sic] za 6,66zł [sic!]. I jak tu nie wierzyć w globalny spisek illuminatów.
~~~ ciach, ciach, ciach ~~
8) Serdecznie pozdrawiam kogoś, kto na tegoż bloga trafił przez link w poczcie firmowej "Fabryki Słów" ;)
2) Jakiś czas temu przeczytałem książkę Jacoba Taubesa Teologia polityczna świętego Pawła. Autor, związany bardziej z judaizmem niż chrześcijaństwem, dokonuje kilku ciekawych interpretacji dotyczących samej kwestii żydowskości Pawła i jak sobie z nią poradził. Smutny wstęp jakiejś smutnej profesorskiej kąserwy, z którego to wstępu wyniosłem tylko wiedzę o tym, że nad świętym Pawłem pochylał się m.in. Żiżek, i chyba do niego też więc kiedyś w końcu zaglądnę.
3) W Lewiatanie [sic] Coca-Cola [sic] za 6,66zł [sic!]. I jak tu nie wierzyć w globalny spisek illuminatów.
~~~ ciach, ciach, ciach ~~
8) Serdecznie pozdrawiam kogoś, kto na tegoż bloga trafił przez link w poczcie firmowej "Fabryki Słów" ;)
piątek, 21 września 2012
Alexander Sołżenicyn "Zagroda Matriony"
Jest to zbiór opowiadań i miniatur, w których autor, pisząc wprost i nie siląc się na owijanie niczego w bawełnę, ale i nie sugerując niczego czytelnikowi, przedstawia życie prostych ludzi w ZSRR w czasach stalinowskiej nocy, ale i po niej, gdy w sumie nie zmieniło się tam wiele. Bohaterowie Sołżenicyna to bardzo często ludzie szczerze wierzący w komunizm, którzy jednak w zderzeniu z rzeczywistością zaczynają się zastanawiać nad swoim postępowaniem i/lub rozdźwiękiem ideałów od tejże rzeczywistości (prosty, szczery żołnierz, komendant na stacji kolejowej, który zgłosił do NKWD jednego z petentów, jako wrogiego agenta; dyrektor technikum oraz lokalny partyjny aparatczyk, wykiwani przez władze centralne odnośnie nowego budynku dla technikum) ew. szarzy, zwykli ludzie, żyjący nierzadko w koszmarnej biedzie i niechętnym otoczeniu (tytułowa Matriona; córka zesłańca i więźnia, która o ojcu czyta w przypadkiem gazecie - że niby jej ojciec nie dożył dzieła swojego życia - przewrotność systemu widać w tym jak na dłoni). Kilka miniatur nie ma de facto bohaterów, tylko ma formę rzutowania obrazu na pewien szczegół i opisania go, oraz wyprowadzenia z niego wniosków dla ogólności jakiego zjawiska/pojęcia (coś podobnego było np. u Jüngera), nieraz są to spostrzeżenia dosyć naiwne (np. - jesteśmy w stanie zbudować supernowoczesne cokolwiek do zabijania a nie potrafimy stworzyć małej, puchatej kaczuszki; lub - poruszamy się śmierdzącymi i topornymi samochodami, a nie przy pomocy pięknych, wolnych zwierząt - jesteśmy tacy, czym się poruszamy) ale plus dla autora, że potrafił dostrzec takie różne różności, wyłowić je z codziennego życia, odkryć je, przedstawić ku zdziwieniu czytelnika, który może sobie nawet i pomyśli "Hm, jej, nigdy na to nie wpadłem, a widziałem to od dawna".
Autor stara się nie moralizować, raczej pewne tezy widać po prostu same, jak na dłoni, w czasie czytania jego twórczości, jest jednak od tego pewne odstępstwo, mianowicie ostatnie opowiadanko, które opowiada o procesji wychodzącej z cerkwi, procesji otoczonej przez nieprzychylny, wrogo nastawiony tłum. Tam autor wprost i dosłownie formułuje na końcu tezę, że oto koniec Rosji, upadek i pożoga. Ale można mu, w końcu wielkorusowi z przekonania, wybaczyć to jedno moralizatorstwo.
Styl autora jest jednocześnie prosty i zrozumiały, z drugiej strony za pomocą błahych często, mało wyrafinowanych słów potrafi oddać idealnie malujące się uczucia postaci, ukazać ich głębię, ich rozterki, ich problemy, potrafi namalować szarzyznę radzieckiej rzeczywistości, pełną obłudy, wytartych frazesów i wszechobecnej hipokryzji. Autor nie ubarwia, pisze wprost, momentami ma to wręcz turpistyczny, naturalistyczny wydźwięk, przy tym potrafi dostrzec i docenić piękno natury, nad której losem też się niekiedy pochyla.
Chyba wezmę się za "Archipelag GUłag".
Autor stara się nie moralizować, raczej pewne tezy widać po prostu same, jak na dłoni, w czasie czytania jego twórczości, jest jednak od tego pewne odstępstwo, mianowicie ostatnie opowiadanko, które opowiada o procesji wychodzącej z cerkwi, procesji otoczonej przez nieprzychylny, wrogo nastawiony tłum. Tam autor wprost i dosłownie formułuje na końcu tezę, że oto koniec Rosji, upadek i pożoga. Ale można mu, w końcu wielkorusowi z przekonania, wybaczyć to jedno moralizatorstwo.
Styl autora jest jednocześnie prosty i zrozumiały, z drugiej strony za pomocą błahych często, mało wyrafinowanych słów potrafi oddać idealnie malujące się uczucia postaci, ukazać ich głębię, ich rozterki, ich problemy, potrafi namalować szarzyznę radzieckiej rzeczywistości, pełną obłudy, wytartych frazesów i wszechobecnej hipokryzji. Autor nie ubarwia, pisze wprost, momentami ma to wręcz turpistyczny, naturalistyczny wydźwięk, przy tym potrafi dostrzec i docenić piękno natury, nad której losem też się niekiedy pochyla.
Chyba wezmę się za "Archipelag GUłag".
Larry Niven "Pierścień"
Sprawnie i lekko napisane czytadło, o nieco wręcz komiksowych, wyrazistych, ale pozbawionych naprawdę głębokiej głębi bohaterach (rasa laleczników mających trzy nogi, dwie głowy, każdą z jednym okiem, o otworach gębowych w dłoniach, i na dodatek genetycznie tchórzliwych - dosyć cudaczny pomysł, który jednak sprawdził się nieźle), do tego autor ma rozmach - nie będę zdradzał, czym jest tytułowy pierścień, bo nie jest to wiadome od razu, jednak muszę przyznać, że autor z niezwykłą łatwością generuje niewyobrażalnych rozmiarów kosmiczne obiekty, rasy oraz ich przeznaczenie.
Czytadło, które zapada w pamięci.
Czytadło, które zapada w pamięci.
2x Lem
1) "Powrót z gwiazd"
Psychologiczna opowieść o dwóch kosmonautach, którzy po ponad 100 latach w kosmosie wracają na Ziemię, w obcy, nie znany sobie świat, który zdążył się zmienić praktycznie w całości. Stykają się nie tylko z zupełnie nie znaną sobie techniką, zupełnie obcym sobie społeczeństwem, ale nawet z zupełnie sobie obcymi sposobami myślenia i postrzegania świata, bo niedługo po ich odlocie z Ziemi zaczęto w skali ogólnoświatowej wymazywać z nowego pokolenia ludzi skłonności do wojny i przemocy za pomocą środków chemicznych.
Dwójka bohaterów (pojawia się jeszcze trzeci) próbuje się więc jakoś odnaleźć. Przeżywają fascynacje nowym światem, potem zdają sobie sprawę ze swojej inności, balansują między akceptacją a odrzuceniem. Autor opisuje nieznany im świat z punktu widzenia głównego bohatera, więc opisy są niepełne, gdy bohater styka się - a styka się w sumie przez cały czas - z czym, co jest mu nieznane. Do tego jeszcze przewijają się motywy niewyjaśnionych wydarzeń hen, z przestrzeni kosmicznej, które mogą zaważyć na przyjaźni dalszej głównych bohaterów.
Zdecydowanie dobra książka. Takiego Lema lubię chyba najbardziej.
2) "Maska"
Ooo, kultowa rzecz ponoć, bo wydrukowana na niebiesko. Tzn., nie wiem, czy momentami to granatowy tak ciemny, że aż czarny, czy po prostu jednak nie wszystko jest na niebiesko. Tak czy siak, jest to zbiór zawierający opowiadanie (tytułowa "Maska", fantastyczne - i nieco trudne w odbiorze - opisy przeżyć wewnętrznych bohaterki), opowieści-przypowieści (Trurl i dwójka przybyszów z innych planet, rozmrożonych z ogona komety - ich opowieści to aluzje polityczne do systemów totalitarnych; w przypadku drugiego opowiadającego autor skopiował swój pomysł z "państwochodem" znany np. z "Wizji lokalnej", aczkolwiek tutaj go zmodyfikował zupełnie) oraz ni to sztuki teatralne, ni to widowiska pomyślane do telewizji - zdecydowanie poczciwe, zaskakujące humorem nienachalnym oraz bezbrzeżną i bezdenną otchłanią wyobraźni autora. Mimo wszystko wolę osobiście mniej filozofującego Lema.
Psychologiczna opowieść o dwóch kosmonautach, którzy po ponad 100 latach w kosmosie wracają na Ziemię, w obcy, nie znany sobie świat, który zdążył się zmienić praktycznie w całości. Stykają się nie tylko z zupełnie nie znaną sobie techniką, zupełnie obcym sobie społeczeństwem, ale nawet z zupełnie sobie obcymi sposobami myślenia i postrzegania świata, bo niedługo po ich odlocie z Ziemi zaczęto w skali ogólnoświatowej wymazywać z nowego pokolenia ludzi skłonności do wojny i przemocy za pomocą środków chemicznych.
Dwójka bohaterów (pojawia się jeszcze trzeci) próbuje się więc jakoś odnaleźć. Przeżywają fascynacje nowym światem, potem zdają sobie sprawę ze swojej inności, balansują między akceptacją a odrzuceniem. Autor opisuje nieznany im świat z punktu widzenia głównego bohatera, więc opisy są niepełne, gdy bohater styka się - a styka się w sumie przez cały czas - z czym, co jest mu nieznane. Do tego jeszcze przewijają się motywy niewyjaśnionych wydarzeń hen, z przestrzeni kosmicznej, które mogą zaważyć na przyjaźni dalszej głównych bohaterów.
Zdecydowanie dobra książka. Takiego Lema lubię chyba najbardziej.
2) "Maska"
Ooo, kultowa rzecz ponoć, bo wydrukowana na niebiesko. Tzn., nie wiem, czy momentami to granatowy tak ciemny, że aż czarny, czy po prostu jednak nie wszystko jest na niebiesko. Tak czy siak, jest to zbiór zawierający opowiadanie (tytułowa "Maska", fantastyczne - i nieco trudne w odbiorze - opisy przeżyć wewnętrznych bohaterki), opowieści-przypowieści (Trurl i dwójka przybyszów z innych planet, rozmrożonych z ogona komety - ich opowieści to aluzje polityczne do systemów totalitarnych; w przypadku drugiego opowiadającego autor skopiował swój pomysł z "państwochodem" znany np. z "Wizji lokalnej", aczkolwiek tutaj go zmodyfikował zupełnie) oraz ni to sztuki teatralne, ni to widowiska pomyślane do telewizji - zdecydowanie poczciwe, zaskakujące humorem nienachalnym oraz bezbrzeżną i bezdenną otchłanią wyobraźni autora. Mimo wszystko wolę osobiście mniej filozofującego Lema.
środa, 12 września 2012
Coś tam dzwoni, w jakimś kościele, ale cholera wie w jakim #1
(Nie)stety zbiorczo. Bo zdążyłem już pozapominać szczegóły. Tak to jest, jak nie jest się systematycznym. "Ostatni czas" obejmuje w sumie okres z 2 miesięcy jakoś.
1) Stanisław Lem, "Opowiadania wybrane"
Sama radość. Klapaucjusz i Trurl na przypowieściowo, pilot Pirx użerający się z człekopodobnymi robotami (lub nie człekopodobnymi) a na deser "Niezwyciężony". Po cóż się rozpisywać dalej, wstyd nie znać.
2) Stanisław Lem, "Wizja lokalna"
Nieco przegadana radość, którą czytałem po raz pierwszy dawno temu i w sumie aż dziw że wtedy cokolwiek z niej zrozumiałem, bo pełnię radości, mnóstwo aluzji polityczno-społeczno-filozoficznych (dyskusja z fantomatami czy jak się to zwało - Peruniku, jakąż trzeba było mieć wyobraźnię, by coś takiego stworzyć! I jakąż trzeba było mieć wyobraźnię, by wykombinować coś takiego jak kurdle i etykosfera; no i jeszcze BIM - BAM - BOM) zrozumiałem dopiero teraz. Wspaniałość.
3) Maria Michalczyk, "Diabeł "Piątej Kolumny""
Czyli książka historyczna o konfidencie niemieckim Wittku, z pochodzenia Chorwacie (lub chorwackim Niemcu) i ustaszu zamieszanym w liczne akcje terrorystyczne. Czyta się jak książkę sensacyjno-kryminalną. Najstraszniejsze, że skurwysyn działał w moich rodzinnych stronach, przez niego nastąpiło m.in. rozbicie Organizacji Orła Białego (masowe groby na Borze i Brzasku) czy pacyfikacje wsi z Michniowem na czele. Warto dotrzeć i przeczytać.
4) Jacek Dukaj, "Inne pieśni"
Znowuż powrót do książki, którą czytałem dawno temu (mam pierwsze wydanie), i znowu zaskoczenie, że tyle tam jest rzeczy ciekawych, które wcześniej jakoś mi umknęły. Wizja świata pomiędzy hmm Heraklitem a Platonem, strategosi, nimrodowie, aresi, krasistosi, narzucanie formy, zagłada nadciągająca z kosmosu oraz polityczne przepychanki wokół Spaczenia. Do tego mnóstwo opisów przeżyć wewnętrznych bohaterów czyli Dukaj jakiego znamy i lubimy a w każdym razie ja.
5) Jacek Dukaj, "W kraju niewiernych"
Zbiór opowiadań jeszcze z SuperNowej. "Katedra", "Irrecośtam", "Medjugorie", "Ziemia Chrystusa"... Dużo o religii - przewrotnie ale nie przeciwko, dużo o człowieku i jego świecie, dużo światów i rzeczywistości odległych, nierealnych, alternatywnych. Moc radości.
1) Stanisław Lem, "Opowiadania wybrane"
Sama radość. Klapaucjusz i Trurl na przypowieściowo, pilot Pirx użerający się z człekopodobnymi robotami (lub nie człekopodobnymi) a na deser "Niezwyciężony". Po cóż się rozpisywać dalej, wstyd nie znać.
2) Stanisław Lem, "Wizja lokalna"
Nieco przegadana radość, którą czytałem po raz pierwszy dawno temu i w sumie aż dziw że wtedy cokolwiek z niej zrozumiałem, bo pełnię radości, mnóstwo aluzji polityczno-społeczno-filozoficznych (dyskusja z fantomatami czy jak się to zwało - Peruniku, jakąż trzeba było mieć wyobraźnię, by coś takiego stworzyć! I jakąż trzeba było mieć wyobraźnię, by wykombinować coś takiego jak kurdle i etykosfera; no i jeszcze BIM - BAM - BOM) zrozumiałem dopiero teraz. Wspaniałość.
3) Maria Michalczyk, "Diabeł "Piątej Kolumny""
Czyli książka historyczna o konfidencie niemieckim Wittku, z pochodzenia Chorwacie (lub chorwackim Niemcu) i ustaszu zamieszanym w liczne akcje terrorystyczne. Czyta się jak książkę sensacyjno-kryminalną. Najstraszniejsze, że skurwysyn działał w moich rodzinnych stronach, przez niego nastąpiło m.in. rozbicie Organizacji Orła Białego (masowe groby na Borze i Brzasku) czy pacyfikacje wsi z Michniowem na czele. Warto dotrzeć i przeczytać.
4) Jacek Dukaj, "Inne pieśni"
Znowuż powrót do książki, którą czytałem dawno temu (mam pierwsze wydanie), i znowu zaskoczenie, że tyle tam jest rzeczy ciekawych, które wcześniej jakoś mi umknęły. Wizja świata pomiędzy hmm Heraklitem a Platonem, strategosi, nimrodowie, aresi, krasistosi, narzucanie formy, zagłada nadciągająca z kosmosu oraz polityczne przepychanki wokół Spaczenia. Do tego mnóstwo opisów przeżyć wewnętrznych bohaterów czyli Dukaj jakiego znamy i lubimy a w każdym razie ja.
5) Jacek Dukaj, "W kraju niewiernych"
Zbiór opowiadań jeszcze z SuperNowej. "Katedra", "Irrecośtam", "Medjugorie", "Ziemia Chrystusa"... Dużo o religii - przewrotnie ale nie przeciwko, dużo o człowieku i jego świecie, dużo światów i rzeczywistości odległych, nierealnych, alternatywnych. Moc radości.
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Odpryski IX
Trochę ludzi poumierało ostatnimi czasy .
1) Harry Harrison (zm. 15 sierpnia 2012), nie muszę go chyba czytelnikom akurat tego bloga przedstawiać?
2) Sergio Toppi (zm. 21 sierpnia 2012), rysownik komiksów, słynny i wpływowy.
3) Neil Armstrong (zm. 25 sierpnia 2012), człowiek, który chyba jednak - z całym szacunkiem dla niego - nie był na Księżycu (ot, kolejna teoria spiskowa, której daje - jeśli nie wiarę - to kredyt zaufania przynajmniej).
1) Harry Harrison (zm. 15 sierpnia 2012), nie muszę go chyba czytelnikom akurat tego bloga przedstawiać?
2) Sergio Toppi (zm. 21 sierpnia 2012), rysownik komiksów, słynny i wpływowy.
3) Neil Armstrong (zm. 25 sierpnia 2012), człowiek, który chyba jednak - z całym szacunkiem dla niego - nie był na Księżycu (ot, kolejna teoria spiskowa, której daje - jeśli nie wiarę - to kredyt zaufania przynajmniej).
Ian Watson "Magia królowej, magia króla"
Trzecia książka Watsona jakąś czytałem, i trzecia książka Watsona, w której rzeczywistość nie jest zbyt rzeczywista, ew. może się pozmieniać znacznie. Podobnie jak ze Silverbergiem - każda jego książka jaką czytałem, dotyczyła ludzi po przejściach, chcących albo się zmienić, albo ktoś chciał ich zmienić, albo szukających odkupienia. Nie wiem, czy to tak jak trafiłem po prostu, czy oni już tak mieli. Ale, rzecz jasna, to nie jest żadna wada czy przytyk.
I tak, "Magia..." to opowieść o świecie, w którym dwa królestwa toczą ze sobą odwieczną wojnę. Jedno z nich jest dobre, słoneczne, dzienne, mają dzielnicę burdeli w stolicy, drugie zaś jest wypaczone, złe, ludzie żyją tam nocą, a śpią w dzień, za to rozwija się tam lepiej nauka. Walczą owe królestwa ze sobą za pomocą magii używanej przez wierchuszkę, magii poprzecznej i drugiej, której nazwa mi wyleciała z głowy, a które to postaci to nic innego jak personifikacje figur szachowych. Rzecz jasna to wszystko znacznie bardziej zagmatwane, a kończy się bardziej hardkorowo niż "Łowca śmierci", gdy Uroboros zatapia zęby w swoim ogonie, a bohaterowie - giermkowie (pionki) dwóch zwalczających się królestw, chłopak i dziewczyna, która była zresztą szpiegiem i prostytutką, skaczą radośnie ze świata w świat, z rzeczywistości do rzeczywistości, by trafić tam, skąd przybyli, ale inaczej...
No i jeszcze cały ten świat szachów ma jakieś takie pseudo-słowiańskie tło. Poczciwość, można poczytać, propsy autorowi za wyobraźnię.
I tak, "Magia..." to opowieść o świecie, w którym dwa królestwa toczą ze sobą odwieczną wojnę. Jedno z nich jest dobre, słoneczne, dzienne, mają dzielnicę burdeli w stolicy, drugie zaś jest wypaczone, złe, ludzie żyją tam nocą, a śpią w dzień, za to rozwija się tam lepiej nauka. Walczą owe królestwa ze sobą za pomocą magii używanej przez wierchuszkę, magii poprzecznej i drugiej, której nazwa mi wyleciała z głowy, a które to postaci to nic innego jak personifikacje figur szachowych. Rzecz jasna to wszystko znacznie bardziej zagmatwane, a kończy się bardziej hardkorowo niż "Łowca śmierci", gdy Uroboros zatapia zęby w swoim ogonie, a bohaterowie - giermkowie (pionki) dwóch zwalczających się królestw, chłopak i dziewczyna, która była zresztą szpiegiem i prostytutką, skaczą radośnie ze świata w świat, z rzeczywistości do rzeczywistości, by trafić tam, skąd przybyli, ale inaczej...
No i jeszcze cały ten świat szachów ma jakieś takie pseudo-słowiańskie tło. Poczciwość, można poczytać, propsy autorowi za wyobraźnię.
wtorek, 21 sierpnia 2012
Arthur Conan Doyle "Trujące pasmo"
Mała książeczka wydana w latach '90, którą w pewnej internetowej księgarni kupiłem nową, i to za jakąś śmieszno-symboliczną cenę (coś chyba 1,50zł, ale nie pamiętam już dokładnie).
Mało kto kojarzy, że sir Doyle, znany przede wszystkim jako twórca postaci Sherlocka Holmes'a, był również autorem (pre)s-f, jego najsłynniejszą książką z tego gatunku był bez wątpienia jeszcze znany mniej-więcej "Zaginiony świat", ale zdarzyło mu się popełnić więcej dzieł i dziełek o przygodach prof. Challengera i jego mniej lub bardziej dystyngowanych, anglosaskich to wyrzygania, przyjaciół.
"Trujące pasmo" to zbiorek opowiadań, jedno z nich, ostatnie, nie ma związku z pozostałymi, opowiada o dwóch wynalazcach i ich kłótni, i kończy się bardzo lovecraftowo (śmiercią jednego z nich i szaleństwem drugiego). Ale to może dlatego, że to u jednego i drugiego wpływy Poego. Tytułowe "Pasmo" to historia o tym, że Ziemia znalazła się na przecięciu trajektorii lotu komety, która zatruła eter ziemski, przez co ludzie zaczęli umierać i w ogóle rozgrywa się koniec świata. Ale przewidujący prof. Challenger i jego druhowie siedzą przy butli z tlenem w jego posiadłości i dyskutują żywo o nadchodzącej śmierci. Nikt rzecz jasna nie wpadł na to, żeby zaprosić do pomieszczenia kogoś ze służby, co to, to nie, lepiej obłudnie uronić łzę nad ich losem i przy burżujsko-arystokratycznym stole żreć wykwintnie, czekając na śmierć przy rozmowach o własnej zajebistości, potem, gdy trucizna się ulatnia, dochodzą jeszcze różne rozkminy o brzemieniu, odpowiedzialności, itd. Mówiąc szczerze, bardzo ale to bardzo denerwowało mnie to opowiadanie, przez bufonadę bohaterów. Ale sam pomysł - i zakończenie - do końca świata jednak nie doszło - bardzo interesujące.
Drugie opowiadanie przedstawia nam projekt prof. Challengera polegający na próbie dokopania się do układu nerwowego planety Ziemi, która okazuje się być w pewien sposób żywą, inteligentną istotą. Nic specjalnego, ale też nie jakiś gniot.
Tak czy siak, jak za książkę za dużo mniej niż 5zł, to jest nieźle, ale to raczej drażniący swoim stylem i postaciami przebrzmiały manifest anglosaskiej, konserwatywnej bufonady.
Mało kto kojarzy, że sir Doyle, znany przede wszystkim jako twórca postaci Sherlocka Holmes'a, był również autorem (pre)s-f, jego najsłynniejszą książką z tego gatunku był bez wątpienia jeszcze znany mniej-więcej "Zaginiony świat", ale zdarzyło mu się popełnić więcej dzieł i dziełek o przygodach prof. Challengera i jego mniej lub bardziej dystyngowanych, anglosaskich to wyrzygania, przyjaciół.
"Trujące pasmo" to zbiorek opowiadań, jedno z nich, ostatnie, nie ma związku z pozostałymi, opowiada o dwóch wynalazcach i ich kłótni, i kończy się bardzo lovecraftowo (śmiercią jednego z nich i szaleństwem drugiego). Ale to może dlatego, że to u jednego i drugiego wpływy Poego. Tytułowe "Pasmo" to historia o tym, że Ziemia znalazła się na przecięciu trajektorii lotu komety, która zatruła eter ziemski, przez co ludzie zaczęli umierać i w ogóle rozgrywa się koniec świata. Ale przewidujący prof. Challenger i jego druhowie siedzą przy butli z tlenem w jego posiadłości i dyskutują żywo o nadchodzącej śmierci. Nikt rzecz jasna nie wpadł na to, żeby zaprosić do pomieszczenia kogoś ze służby, co to, to nie, lepiej obłudnie uronić łzę nad ich losem i przy burżujsko-arystokratycznym stole żreć wykwintnie, czekając na śmierć przy rozmowach o własnej zajebistości, potem, gdy trucizna się ulatnia, dochodzą jeszcze różne rozkminy o brzemieniu, odpowiedzialności, itd. Mówiąc szczerze, bardzo ale to bardzo denerwowało mnie to opowiadanie, przez bufonadę bohaterów. Ale sam pomysł - i zakończenie - do końca świata jednak nie doszło - bardzo interesujące.
Drugie opowiadanie przedstawia nam projekt prof. Challengera polegający na próbie dokopania się do układu nerwowego planety Ziemi, która okazuje się być w pewien sposób żywą, inteligentną istotą. Nic specjalnego, ale też nie jakiś gniot.
Tak czy siak, jak za książkę za dużo mniej niż 5zł, to jest nieźle, ale to raczej drażniący swoim stylem i postaciami przebrzmiały manifest anglosaskiej, konserwatywnej bufonady.
Powrót do zaklikiwania kozłów i inne
I) Ot, pogranie sobie w Titan Questa zawsze jest w porządku, szczególnie, jeśli powinno się robić w tym czasie coś zupełnie innego i pożytecznego.
Wróciłem do moda Paths, niestety najnowszy 1.5 nie był dostępny w wersji xmax, przez co przeszedłem grę na Normalu Vandalem i zaczynam właśnie Epic. Tego mi brakowało przy wszystkich poprzednich razach, gdy opierałem się na Berskerkerze - jakiś umiejętności obszarowych, mogących unieszkodliwić na stałe lub przejściowo moby na dużym obszarze, szczególnie, że to xmax, gdzie ilość przeciwników momentami oszałamia, a moby złożone z samych Bohaterów to już w ogóle rzeź większa nieraz od walki z bossami - brakowało mi Chaos Storma, umiejętności Dokkaebi, zabawnej dosyć i szalonej klasy wsparcia, która sama dla siebie nie jest zbyt mocna, ale jako wsparcie sprawdza się idealnie. Maksymalnie ulepszony Chaos Storm jest w stanie wybić wszystko, co stoi na danym obszarze (Frostburn i Wound Damage, i jeszcze jakiś, ale mi wyleciał z głowy), do tego usypia/wzbudza strach/chaos u tych, co przeżyją, a których już spokojnie można potem zmasakrować dowolnym atakiem Berserkera.
O ile gra się tak nieco nudno (Chaos Storm, bieganina, zabijanie kto przeżył, Chaos Storm, bieganina, itd.) to przynajmniej taktyka ta sprawdza się przeciwko każdemu, nawet tym cholernym łucznikom Machae z aktu V czy Draconianom z aktu IV, na których rozbijała się bezskutecznie moja pierwsza postać w TQ.
Niestety, Paths przestał być rozwijany. Jego autor udostępnił w internecie wszystkie pliki na jakich pracował, i jakby ktoś chciał, to może tam pogrzebać i wymodzić (dosłownie) z tego coś jeszcze ciekawszego.
Przetestowałem jeszcze Asylum Mod - na pierwszy rzut oka ciekawe profesje, jakieś nowe przedmioty, wersje kompatybilne zarówno z xmaxem jak i innymi modami utrudniającymi rozgrywkę, ale jeszcze się nie zagłębiałem.
Za to zagłębiłem się w moda Diablo II Immortal, czyli w próbę przeniesienia klas postaci z Diablo II (oprócz Druida - engine TQ nie pozwala na shapeshifting), części bossów oraz mechaniki tego starego klasyka do Titan Questa. Mamy zmienione działanie kijów, nowych przeciwników (Satyry już nie są satyrami, wypadły też z gry kobiety-koty, zamienione przez ludzi - Corrupted Rogue's), bohaterów, bossów, po zabiciu jeźdźca trzeba zabić też wierzchowca (np. Boar Rider), pojawiły się kosy i oszczepy, od groma nowych przedmiotów pod nowe profesje, a same profesje rozwiązano w sposób arcyciekawy. Klasy pogrupowano po dwie, tworząc klasę hybrydową (np. Agent of Justice - Assassin/Paladin lub Bringer of Havoc - Sorceress/Barbarian), jednak nie zawierają one wszystkich drzewek umiejętności klas, z których się składają - tylko po jednej. I tak np. ścieżka rozwoju postaci Bringer of Havoc zawiera magię ognia (Czarodziejka) oraz umiejętności bojowe Barbarzyńcy. Reszta drzewek zdolności danej klasy jednak nie przepadła, bowiem pozostałe dwa drzewka danej klasy są sobie dalej, w ścieżkach rozwoju do wyboru, nazywających się jak w starym Diablo II. Nie wiem, czy jasno tu wytłumaczyłem, więc oto screen. I tak, wybierając dajmy na to Bringer of Havoc (Cz/Barb) z czarodziejki mamy magię ognia, żeby mieć pozostałe jej umiejętności, jako drugą ścieżkę wybierzmy po prostu Sorceress. Oczywiście, to Titan Quest - możemy wybrać dowolne ścieżki rozwoju, jednak kilka najpotężniejszych umiejętności klasycznych postaci z Diablo II są dostępne tylko dla "true" klas, czyli nie będących takim przypadkowym miszmaszem (co daje "true" klasę - wybór danej ścieżki rozwoju i jej dopełnienie, ale branie tylko umiejętności klasy - w przypadku ścieżki łączonej - tej drugiej profesji. Czyli że chcąc mieć "true" Czarodziejkę wybieramy Bringer of Havoc a potem Sorcress i nie dajemy jej ani jednej umiejętności barbarzyńcy z drzewka BoH. Uf, może ktoś zrozumie z tego cokolwiek.
Na początku gra wydawała się być całkiem łatwa, ale pozory szybko się rozwiały (nawet dla mnie, Deflierowca i Vaultowca pełną gębą, btw, ten pierwszy nie widzi ścieżek rozwoju postaci tego moda), gdyż większość przeciwników dostała - jak w Diablo II - określone odporności, których w podstawowym TQ nie było, przez co momentami może być trudno, gdyż pozmieniano też rodzaje dmg i zależności pomiędzy statystykami a nim, itd.
II) Jakiś czas temu wyszła nowa wersja moda Hero of Light Mod (ksywa gościa, który to zrobił) do wysłużonych hirołsów III. Mod ten to nakładka na ERĘ II, robiąca srogi tam rozpirz i wprowadzająca liczne zmiany, ale nie tak gwałtowne i radykalne jak np. Master Of Puppets Mod czy Phoenix Mod.
I przy okazji ciekawostka - w powstającej nowej wersji HotA'y nowym miastem ma być - Forge! O ile Rogów z piratami nie miałem jakoś ochoty instalować, to jak (jeśli) wyjdzie ta kolejna wersja, to Niebiańskiej Kuźni już nie przepuszczę.
III) Sduibek, autor moda/patha Fallout Fixt, wziął się za konwersję Fallouta 1 do engine Fallouta 2 (a właściwie po prostu zaczął rozwijać dawniejszy, ale porzucony projekt( - coś na podobnej zasadzie, na jakiej opiera się BG TuTu). Ogromnie poszerzy to możliwości działania wszystkich tych, którym marzył się Restoration Project do Fallouta 1.
IV) Właśnie, starego Baldura też już dawno odświeżyłem, i to w wersji zmodowanej. Obczaiłem kolejną wersję Big World Projectu (która zresztą już się tak nie nazywa), nie instalowałem nawet żadnej megamodyfikacji pod dwójkę, a i tak całość zajmuje 13,7 GB.
Wróciłem do moda Paths, niestety najnowszy 1.5 nie był dostępny w wersji xmax, przez co przeszedłem grę na Normalu Vandalem i zaczynam właśnie Epic. Tego mi brakowało przy wszystkich poprzednich razach, gdy opierałem się na Berskerkerze - jakiś umiejętności obszarowych, mogących unieszkodliwić na stałe lub przejściowo moby na dużym obszarze, szczególnie, że to xmax, gdzie ilość przeciwników momentami oszałamia, a moby złożone z samych Bohaterów to już w ogóle rzeź większa nieraz od walki z bossami - brakowało mi Chaos Storma, umiejętności Dokkaebi, zabawnej dosyć i szalonej klasy wsparcia, która sama dla siebie nie jest zbyt mocna, ale jako wsparcie sprawdza się idealnie. Maksymalnie ulepszony Chaos Storm jest w stanie wybić wszystko, co stoi na danym obszarze (Frostburn i Wound Damage, i jeszcze jakiś, ale mi wyleciał z głowy), do tego usypia/wzbudza strach/chaos u tych, co przeżyją, a których już spokojnie można potem zmasakrować dowolnym atakiem Berserkera.
O ile gra się tak nieco nudno (Chaos Storm, bieganina, zabijanie kto przeżył, Chaos Storm, bieganina, itd.) to przynajmniej taktyka ta sprawdza się przeciwko każdemu, nawet tym cholernym łucznikom Machae z aktu V czy Draconianom z aktu IV, na których rozbijała się bezskutecznie moja pierwsza postać w TQ.
Niestety, Paths przestał być rozwijany. Jego autor udostępnił w internecie wszystkie pliki na jakich pracował, i jakby ktoś chciał, to może tam pogrzebać i wymodzić (dosłownie) z tego coś jeszcze ciekawszego.
Przetestowałem jeszcze Asylum Mod - na pierwszy rzut oka ciekawe profesje, jakieś nowe przedmioty, wersje kompatybilne zarówno z xmaxem jak i innymi modami utrudniającymi rozgrywkę, ale jeszcze się nie zagłębiałem.
Za to zagłębiłem się w moda Diablo II Immortal, czyli w próbę przeniesienia klas postaci z Diablo II (oprócz Druida - engine TQ nie pozwala na shapeshifting), części bossów oraz mechaniki tego starego klasyka do Titan Questa. Mamy zmienione działanie kijów, nowych przeciwników (Satyry już nie są satyrami, wypadły też z gry kobiety-koty, zamienione przez ludzi - Corrupted Rogue's), bohaterów, bossów, po zabiciu jeźdźca trzeba zabić też wierzchowca (np. Boar Rider), pojawiły się kosy i oszczepy, od groma nowych przedmiotów pod nowe profesje, a same profesje rozwiązano w sposób arcyciekawy. Klasy pogrupowano po dwie, tworząc klasę hybrydową (np. Agent of Justice - Assassin/Paladin lub Bringer of Havoc - Sorceress/Barbarian), jednak nie zawierają one wszystkich drzewek umiejętności klas, z których się składają - tylko po jednej. I tak np. ścieżka rozwoju postaci Bringer of Havoc zawiera magię ognia (Czarodziejka) oraz umiejętności bojowe Barbarzyńcy. Reszta drzewek zdolności danej klasy jednak nie przepadła, bowiem pozostałe dwa drzewka danej klasy są sobie dalej, w ścieżkach rozwoju do wyboru, nazywających się jak w starym Diablo II. Nie wiem, czy jasno tu wytłumaczyłem, więc oto screen. I tak, wybierając dajmy na to Bringer of Havoc (Cz/Barb) z czarodziejki mamy magię ognia, żeby mieć pozostałe jej umiejętności, jako drugą ścieżkę wybierzmy po prostu Sorceress. Oczywiście, to Titan Quest - możemy wybrać dowolne ścieżki rozwoju, jednak kilka najpotężniejszych umiejętności klasycznych postaci z Diablo II są dostępne tylko dla "true" klas, czyli nie będących takim przypadkowym miszmaszem (co daje "true" klasę - wybór danej ścieżki rozwoju i jej dopełnienie, ale branie tylko umiejętności klasy - w przypadku ścieżki łączonej - tej drugiej profesji. Czyli że chcąc mieć "true" Czarodziejkę wybieramy Bringer of Havoc a potem Sorcress i nie dajemy jej ani jednej umiejętności barbarzyńcy z drzewka BoH. Uf, może ktoś zrozumie z tego cokolwiek.
Na początku gra wydawała się być całkiem łatwa, ale pozory szybko się rozwiały (nawet dla mnie, Deflierowca i Vaultowca pełną gębą, btw, ten pierwszy nie widzi ścieżek rozwoju postaci tego moda), gdyż większość przeciwników dostała - jak w Diablo II - określone odporności, których w podstawowym TQ nie było, przez co momentami może być trudno, gdyż pozmieniano też rodzaje dmg i zależności pomiędzy statystykami a nim, itd.
II) Jakiś czas temu wyszła nowa wersja moda Hero of Light Mod (ksywa gościa, który to zrobił) do wysłużonych hirołsów III. Mod ten to nakładka na ERĘ II, robiąca srogi tam rozpirz i wprowadzająca liczne zmiany, ale nie tak gwałtowne i radykalne jak np. Master Of Puppets Mod czy Phoenix Mod.
I przy okazji ciekawostka - w powstającej nowej wersji HotA'y nowym miastem ma być - Forge! O ile Rogów z piratami nie miałem jakoś ochoty instalować, to jak (jeśli) wyjdzie ta kolejna wersja, to Niebiańskiej Kuźni już nie przepuszczę.
III) Sduibek, autor moda/patha Fallout Fixt, wziął się za konwersję Fallouta 1 do engine Fallouta 2 (a właściwie po prostu zaczął rozwijać dawniejszy, ale porzucony projekt( - coś na podobnej zasadzie, na jakiej opiera się BG TuTu). Ogromnie poszerzy to możliwości działania wszystkich tych, którym marzył się Restoration Project do Fallouta 1.
IV) Właśnie, starego Baldura też już dawno odświeżyłem, i to w wersji zmodowanej. Obczaiłem kolejną wersję Big World Projectu (która zresztą już się tak nie nazywa), nie instalowałem nawet żadnej megamodyfikacji pod dwójkę, a i tak całość zajmuje 13,7 GB.
piątek, 10 sierpnia 2012
Odpryski V
I) Wakacje, jak to wakacje, rozjazdy, wyjazdy, itd. Byłem w Krynicy, tej na Łemkowszczyźnie. Nie lubię wyjazdów rodzinnych, bo człowiek zawsze musi wdziewać na łeb kolejną maskę, zamiast paradować bez żadnej, i sprawiać, że mentalnie wszystko więdnie wokoło. Tak czy siak, drogo, brudno, ładny, socrealistyczny pomnik w jakimś parku, awaria dwóch źródeł lol, góry ładne i woda zdrowa, jedyne zalety chyba. No i wycieczki z lokalnym PTTKiem, jedna gdzieś po cerkwiach, obecnie od dawna pełniących i tak funkcje kościołów katolickich, i do sklepu na Słowację (Beherovka trochę tańsza niż w u nas), a druga do Tylicza i Kamiannej. W tej ostatniej pasieka i drewniana rzeźba niedźwiedzia z pokaźnym przyrodzeniem zapamiętane bardziej niż kolejna świątynia, mocno przechodnia z religii do religii na przestrzeni lat. W tym pierwszym - kościół, golgota, droga krzyżowa - posoborowy przerost formy nad treścią (ha, precesja modelu nad rzeczywistością, której nie ma). I taka obserwacja - cała okolica jest mentalnie polakatolicka aż do przesady. Ale spoko, taki urok bycia górskim skansenem.
W samej Krynicy knajpa z żarciem łemkowskim - huh, zawsze myślałem, że kuchnia łemkowska to co najwyżej bimber i smalec z psa, a tu proszę, jaka niespodzianka. Zupa warianka zabija, gwałci i pluje w twarz kwaśnicy jej własną krwią (sokiem) - polecam gorąco, zamiast tego góralskiego gówna, też z kapusty, a inny świat, bogatych przeżyć wewnętrznych.
No i Nikifora muzeum, a w nim dodatkowo wystawa "Jesteśmy", dosyć antypsychiatryczna w wymowie i uczestnikach. Przejmujące to wszystko tam.
Księgarnie porządne - dorwałem Dukaja, Tolkiena (bo przeceniony), Nietzschego i Brzozowskiego.
II) Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, czy na tym blogu wspominałem o tym, że na długi, majowy weekend byłem w Białymstoku. Więc też może wspomnę cokolwiek, najwyżej się powtórzy. Albo i nie. Prowadziłem bowiem jeszcze, od czasów niepamiętnych, fotobloga, gdzie przy okazji zdjęć pisałem różne pierdoły o codziennym żywocie i o tym, co mnie przygryzało to tu, to tam, to gdzieś tam. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że piszę w sumie non-stop o tym samym, więc skasowałem tamtego floga, bo po co mi on był w sumie potrzebny do czegokolwiek. Cały ten serwis, gdzie to wisiało, podszczezł nieco i szczeza nieprzerwanie od dłuższego czasu, pełen szalonych pierdół wypisywanych przez słitaśne piętnastki. Więc może o Białymstoku było tam, a nie tu. Zresztą.
Tam pojechałem z ówczesnym współlokatorem. To był zresztą jego pomysł, miał on skrobnąć reportaż jakiś czy cuś, czego w końcu nie zrobił, ale mniejsza. Udział w prawosławnej pielgrzymce rozpoczął się opowieścią jakiejś poleszuckiej babci o tym, jak to żydzi wrzucili Mołojca jakiegośtam-męczennika do beczki nabijanej gwoździami, przeturlali go, przyszły prawosławny święty się wykrwawił, krew jego na macę miała posłużyć a zakończył próbą poderwania jakiś lasek z Bractwa Młodzieży Prawosławnej (praktycznie same aryjskie blondyny, no wstyd nie spróbować), w międzyczasie było jeszcze zagubienie się (no, niezupełnie, ale było bardzo zabawnie, zwłaszcza, gdy zaczęło się ściemniać) w Puszczy Białowieskiej (nawet złapało mi w telefonie sieć białoruską, 5zł/min połączenie do Polszy czy tam sms) poprzedzone obserwacją żubra w trakcie procesów wydalniczych, jazda samochodem z pogranicznikiem złapanym na stopa, gradobicie i poszukiwanie sensu w życiu.
Ogólnie śliczne miasto, zaskoczyło mnie pozytywnie kilka razy - w tym raz, gdy smętne muzeum w ratuszu zabytkowym okazało się być bardzo porządną galerią, pełną oryginalnych Kossaków, Witkacego, itd., i przykładowo drugi raz, gdy wszedłem do antykwariatu mając marzenia i pieniądze, a wyszedłem z jeszcze większą ilością marzeń i bez pieniędzy.
Nocnym krajobrazem rządziły działające i zadbane neony Społem, jakby żywcem wyjęte z późnego PRLu. A tani nocleg na sali 16-osobowej w schronisku to niezapomniane przeżycie, gdzie siedzieliśmy prawie tydzień, ups, coś składnia zdania nie wyszła, trudno, takie czasy.
III) Wszystko już było - miałem zajebisty pomysł na opowiadanie, przeczytałem zbiór dukajowych opowiadań "W kraju niewiernych" (wczesnych, powstałych jakoś jeszcze przed XXI wiekiem), identyczny pomysł wykorzystany i nawet fabułą podobną do moich zamierzeń obleczon był. Miałeś chamie złoty róg wyobraźni, pozostał ci jeno sznur postmodernizmu.
IV) Jak o postmodernizmie mowa, to wreszcie przerobiłem "Symulakry i symulację" oraz "Słowa klucze" Baudrillarda. Bardzo inspirujące, a pod względem czysto literackim - zwłaszcza fragmenty "Kraksy" Ballarda, obficie cytowanej w jednym z rozdziałów "Symulakrów".
V) Nie było w tej Krynicy nic do roboty, to widziałem kontem kąta oka różne takie pocieszne zabawy i gry sportowe, bo to chyba teraz Olimpiada jakaś zmierza ku końcowi. Nie wiedziałem, że wśród dyscyplin jest jakiś trójskok, nie wiedziałem też, kto to u licha jest Usain Bolt, a to słynne nazwisko ponoć. Ktośtam pobił rekord świata w czymśtam - o całe ~10 milisekund. Wow. Oszałamiające. Aż się prosi napisać o tej paranoi jakiś tekst w duchu baudrillardowskim. I tak też chyba trzeba będzie zrobić.
VI) Miałem napisać o tym tekst, ale nie napisałem, potem nie miałem gdzie, a teraz nie mam już o czym, ale że coś widać na horyzoncie, to nie napiszę jednak tego tutaj, tylko pójdzie to tam, lub zginie w mroku mojej głowy.
VII) Ilość sympatycznych koleżanek, wśród moich znajomych z pewnego gównianego portalu społecznościowego, nierzadko młodszych ode mnie, które wchodzą w związki małżeńskie lub zachodzą w ciążę, jest zatrważająca. I tak wszyscy umrzemy przecie. I co ciekawe, nawet wielkie liberałki, ateistki, itd, biorą śmiało ślub kościelny, bo to zwyczaj, bo co ludzie powiedzą, bo cośtam. I wesele na pińcet osób, z czego 3/4 widzi się wtedy pierwszy i ostatni raz w życiu. Ach, hipokryzjo, moja stara przyjaciółko, popatrz, świat należy do nas.
W samej Krynicy knajpa z żarciem łemkowskim - huh, zawsze myślałem, że kuchnia łemkowska to co najwyżej bimber i smalec z psa, a tu proszę, jaka niespodzianka. Zupa warianka zabija, gwałci i pluje w twarz kwaśnicy jej własną krwią (sokiem) - polecam gorąco, zamiast tego góralskiego gówna, też z kapusty, a inny świat, bogatych przeżyć wewnętrznych.
No i Nikifora muzeum, a w nim dodatkowo wystawa "Jesteśmy", dosyć antypsychiatryczna w wymowie i uczestnikach. Przejmujące to wszystko tam.
Księgarnie porządne - dorwałem Dukaja, Tolkiena (bo przeceniony), Nietzschego i Brzozowskiego.
II) Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, czy na tym blogu wspominałem o tym, że na długi, majowy weekend byłem w Białymstoku. Więc też może wspomnę cokolwiek, najwyżej się powtórzy. Albo i nie. Prowadziłem bowiem jeszcze, od czasów niepamiętnych, fotobloga, gdzie przy okazji zdjęć pisałem różne pierdoły o codziennym żywocie i o tym, co mnie przygryzało to tu, to tam, to gdzieś tam. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że piszę w sumie non-stop o tym samym, więc skasowałem tamtego floga, bo po co mi on był w sumie potrzebny do czegokolwiek. Cały ten serwis, gdzie to wisiało, podszczezł nieco i szczeza nieprzerwanie od dłuższego czasu, pełen szalonych pierdół wypisywanych przez słitaśne piętnastki. Więc może o Białymstoku było tam, a nie tu. Zresztą.
Tam pojechałem z ówczesnym współlokatorem. To był zresztą jego pomysł, miał on skrobnąć reportaż jakiś czy cuś, czego w końcu nie zrobił, ale mniejsza. Udział w prawosławnej pielgrzymce rozpoczął się opowieścią jakiejś poleszuckiej babci o tym, jak to żydzi wrzucili Mołojca jakiegośtam-męczennika do beczki nabijanej gwoździami, przeturlali go, przyszły prawosławny święty się wykrwawił, krew jego na macę miała posłużyć a zakończył próbą poderwania jakiś lasek z Bractwa Młodzieży Prawosławnej (praktycznie same aryjskie blondyny, no wstyd nie spróbować), w międzyczasie było jeszcze zagubienie się (no, niezupełnie, ale było bardzo zabawnie, zwłaszcza, gdy zaczęło się ściemniać) w Puszczy Białowieskiej (nawet złapało mi w telefonie sieć białoruską, 5zł/min połączenie do Polszy czy tam sms) poprzedzone obserwacją żubra w trakcie procesów wydalniczych, jazda samochodem z pogranicznikiem złapanym na stopa, gradobicie i poszukiwanie sensu w życiu.
Ogólnie śliczne miasto, zaskoczyło mnie pozytywnie kilka razy - w tym raz, gdy smętne muzeum w ratuszu zabytkowym okazało się być bardzo porządną galerią, pełną oryginalnych Kossaków, Witkacego, itd., i przykładowo drugi raz, gdy wszedłem do antykwariatu mając marzenia i pieniądze, a wyszedłem z jeszcze większą ilością marzeń i bez pieniędzy.
Nocnym krajobrazem rządziły działające i zadbane neony Społem, jakby żywcem wyjęte z późnego PRLu. A tani nocleg na sali 16-osobowej w schronisku to niezapomniane przeżycie, gdzie siedzieliśmy prawie tydzień, ups, coś składnia zdania nie wyszła, trudno, takie czasy.
III) Wszystko już było - miałem zajebisty pomysł na opowiadanie, przeczytałem zbiór dukajowych opowiadań "W kraju niewiernych" (wczesnych, powstałych jakoś jeszcze przed XXI wiekiem), identyczny pomysł wykorzystany i nawet fabułą podobną do moich zamierzeń obleczon był. Miałeś chamie złoty róg wyobraźni, pozostał ci jeno sznur postmodernizmu.
IV) Jak o postmodernizmie mowa, to wreszcie przerobiłem "Symulakry i symulację" oraz "Słowa klucze" Baudrillarda. Bardzo inspirujące, a pod względem czysto literackim - zwłaszcza fragmenty "Kraksy" Ballarda, obficie cytowanej w jednym z rozdziałów "Symulakrów".
V) Nie było w tej Krynicy nic do roboty, to widziałem kontem kąta oka różne takie pocieszne zabawy i gry sportowe, bo to chyba teraz Olimpiada jakaś zmierza ku końcowi. Nie wiedziałem, że wśród dyscyplin jest jakiś trójskok, nie wiedziałem też, kto to u licha jest Usain Bolt, a to słynne nazwisko ponoć. Ktośtam pobił rekord świata w czymśtam - o całe ~10 milisekund. Wow. Oszałamiające. Aż się prosi napisać o tej paranoi jakiś tekst w duchu baudrillardowskim. I tak też chyba trzeba będzie zrobić.
VI) Miałem napisać o tym tekst, ale nie napisałem, potem nie miałem gdzie, a teraz nie mam już o czym, ale że coś widać na horyzoncie, to nie napiszę jednak tego tutaj, tylko pójdzie to tam, lub zginie w mroku mojej głowy.
VII) Ilość sympatycznych koleżanek, wśród moich znajomych z pewnego gównianego portalu społecznościowego, nierzadko młodszych ode mnie, które wchodzą w związki małżeńskie lub zachodzą w ciążę, jest zatrważająca. I tak wszyscy umrzemy przecie. I co ciekawe, nawet wielkie liberałki, ateistki, itd, biorą śmiało ślub kościelny, bo to zwyczaj, bo co ludzie powiedzą, bo cośtam. I wesele na pińcet osób, z czego 3/4 widzi się wtedy pierwszy i ostatni raz w życiu. Ach, hipokryzjo, moja stara przyjaciółko, popatrz, świat należy do nas.
wtorek, 31 lipca 2012
Lovecraft x2
Lovecraft to jeden z tych autorów, których twórczość została szerzej poznana i uzyskała uznanie pośmiertnie. Wykreowane przez niego postacie, Wielcy Przedwieczni, Bogowie Zewnętrzni, cały porażający swoim bogactwem świat snów, czy też to, co bywa współcześnie nazwane wręcz mianem "mitologii Cthulhu" weszły współcześnie wręcz do jakieś formy kultury masowej - może nie do nurtu (ścieku) głównego, ale zainspirowały bardzo wielu artystów i głównonutrowych, np. Johna Carpentera, reżysera bardzo lovecraftowskiego horroru W paszczy szaleństwa (swoją drogą, polecam).
Mimo tego, że - oprócz kilku wyjątków - większość opowiadań Lovecrafta powiela jeden schemat, w którym główny bohater (narracja pierwszoosobowa), sceptyk, naukowiec, zostaje wciągnięty w koszmary z innego świata żyjące w naszym świecie, w mroczne tajemnice skrywane przed wzrokiem nieświadomych ludzi, a całość jest napisana językiem co najmniej pretensjonalnym, gdzie co chwila mamy tytaniczne siły, cyklopowe miasta, bezbrzeżne bluźnierstwa, najczarniejsze otchłanie koszmaru, itd, czyta się go z przyjemnością, chociaż ciężko się tym przestraszyć w dzisiejszych czasach. Co prawda nieco denerwujące mogą być czasem manifestowane poglądy autora, które jednak były odbiciem epoki i zanikły u niego z czasem (nie uznaje imigrantów nie-anglosaskich za ludzi; chociaż np. w takich Snach w domu wiedźmy mniejszość polską pokazał całkiem poczciwie i życzliwie; z drugiej strony jedno z jego opowiadań, Ulica wprost było rasistowskie).
Odświeżyłem sobie przeczytane kiedyś dwa zbiory opowiadań Lovecrafta, wydane przez Zysk i Spółkę. Oba to tłumaczenia zbiorów wydanych kiedyś przez Arkham House Publishers.
I tak, Opowieści o makabrze i koszmarze ze wstępem Roberta Blocha to coś w stylu "the best of", a Sny o terrorze i śmierci ze wstępem Neila Gaimana to zbiór tematyczny, gdzie pozbierano opowiadania autora dotyczące snów i świata snów.
O samych opowiadaniach ciężko coś napisać, gdyż na przestrzeni lat wszystko zostało już napisane, i nie dodałbym niczego sensownego od siebie. Przytoczę tylko fragment ze wstępu Gaimana, bo w sumie wydaje mi się najzdrowszym wyjaśnieniem, czemu mimo upływu lat Lovecraft jest nadal w pewnych kręgach popularny. "(...) potem zapytano ich [autorów zgromadzonych na konwencie - Briana Lumleya {np. seria Nekroskop}, Ramseya Campbella {różne horrory}, Karla Edwarda Wagnera {np. cykl o Kane'ie} - dop. ja], dlaczego lubią prozę Lovecrafta. I mówili o jego wielkiej wyobraźni, o tym, jak jego opowieści stanowiły metaforę wszystkiego, czego wówczas nie znano i bano się, od seksu aż po obcokrajowców. Opowiadali o tych wszystkich ważnych i głębokich rzeczach. Potem mikrofon dostał Dave Carson, ilustrator. "Pieprzyć to wszystko", powiedział radośnie, gdyż wypił wcześniej bardzo dużo alkoholu, i odrzucając tym samym wszystkie mądre psychologiczne teorie, przeszedł do rzeczy. "Kocham Lovecrafta, bo po prostu lubię rysować potwory."
I każdy z nich miał rację. Lovecrafta czyta się przyjemnie, bo w poukładanym, opisanym, skatalogowanym świecie człowiek potrzebuje czasem świadomości, że gdzieś nieopodal, skryte w wiecznym mroku przedwiecznych tajemnic, kryją się takie siły, że wystarczyłby tylko rzut oka na nie, żeby resztę życia spędzić w zakładzie zamkniętym. Lovecraft wyciąga wszystko, czego bali się nasi przodkowie sprzed tysięcy lat, gdy dzierżący dzidy i odziani w skóry nocami czuwali przy płonącym niespokojnym płomieniem ognisku, a obok żył dziki, nieznany, obcy i wrogi człowiekowi świat. A przy okazji przy plastycznej wyobraźni można zanurzyć się w świecie odrażającego Nieznanego, do którego ja osobiście zawsze czułem przeciąg, wyciąg i pociąg towarowy.
Mimo wszystko muszę się przyczepić do czegoś, a mianowicie do polskiego tłumaczenia opowiadań zebranych w tych dwóch zbiorach. Przede wszystkim zaszkodziło im to, że tłumaczy było kilku (jeden z nich ma idealne nazwisko/pseudonim do tłumaczenia Lovecrafta - Andrzej Ledwożyw), przez co czasem te same istoty są określane innymi nazwami (np. ghule nazywane są nieraz "widmami"), nie przetłumaczono nazw własnych "Hounds of Tindalos" i raz gdzieś czy dwa "Pnakotic Manuscripts". Także wychwycone przeze mnie "wiatr-tytan" czy "terror" nie przetłumaczony na "grozę" nie brzmią zbyt dobrze, zwłaszcza w swoich kontekstach. Poza tym, jako początkujący mistrz gry (Strażnik Tajemnic) w grze fabularnej Zew Cthulhu {jakby ktoś w Krk chciał pograć kiedyś, dajcie znać} przyzwyczaiłem się już do innego tłumaczenia pewnych nazw własnych i wyrażeń.
Specjalnie dla KZKG - U Lovecrafta nie ma raczej wątków antyreligijnych, często księża i pastorzy są przedstawiani jako postacie pozytywne wspierające bohaterów w ich nierównej i z góry skazanej na porażkę walce z przedwieczną grozą z bezbrzeżnych i bezdennych koszmarnych kosmicznych przestrzeni bluźnierczego wszechświata, kilka prztyczków antychrześcijańskich pojawia się tylko w jednym z opowiadań z tych zbiorów - Przez bramy srebrnego klucza - trzeba jednak zaznaczyć, że Lovecraft był tylko współautorem akurat tego opowiadania, razem z E. Hoffmanem Price, pulpowym autorem horrorów i s-f.
Generalnie jednak nie ma co narzekać, w sumie to nie wiem, jakie są obecne dostępne na rynku opowiadania Lovecrafta i w jakich konfiguracjach, ale akurat te dwa nie są złe. Aha, kilka opowiadań się powtarza w jednym i drugim, ale to nic.
Mimo tego, że - oprócz kilku wyjątków - większość opowiadań Lovecrafta powiela jeden schemat, w którym główny bohater (narracja pierwszoosobowa), sceptyk, naukowiec, zostaje wciągnięty w koszmary z innego świata żyjące w naszym świecie, w mroczne tajemnice skrywane przed wzrokiem nieświadomych ludzi, a całość jest napisana językiem co najmniej pretensjonalnym, gdzie co chwila mamy tytaniczne siły, cyklopowe miasta, bezbrzeżne bluźnierstwa, najczarniejsze otchłanie koszmaru, itd, czyta się go z przyjemnością, chociaż ciężko się tym przestraszyć w dzisiejszych czasach. Co prawda nieco denerwujące mogą być czasem manifestowane poglądy autora, które jednak były odbiciem epoki i zanikły u niego z czasem (nie uznaje imigrantów nie-anglosaskich za ludzi; chociaż np. w takich Snach w domu wiedźmy mniejszość polską pokazał całkiem poczciwie i życzliwie; z drugiej strony jedno z jego opowiadań, Ulica wprost było rasistowskie).
Odświeżyłem sobie przeczytane kiedyś dwa zbiory opowiadań Lovecrafta, wydane przez Zysk i Spółkę. Oba to tłumaczenia zbiorów wydanych kiedyś przez Arkham House Publishers.
I tak, Opowieści o makabrze i koszmarze ze wstępem Roberta Blocha to coś w stylu "the best of", a Sny o terrorze i śmierci ze wstępem Neila Gaimana to zbiór tematyczny, gdzie pozbierano opowiadania autora dotyczące snów i świata snów.
O samych opowiadaniach ciężko coś napisać, gdyż na przestrzeni lat wszystko zostało już napisane, i nie dodałbym niczego sensownego od siebie. Przytoczę tylko fragment ze wstępu Gaimana, bo w sumie wydaje mi się najzdrowszym wyjaśnieniem, czemu mimo upływu lat Lovecraft jest nadal w pewnych kręgach popularny. "(...) potem zapytano ich [autorów zgromadzonych na konwencie - Briana Lumleya {np. seria Nekroskop}, Ramseya Campbella {różne horrory}, Karla Edwarda Wagnera {np. cykl o Kane'ie} - dop. ja], dlaczego lubią prozę Lovecrafta. I mówili o jego wielkiej wyobraźni, o tym, jak jego opowieści stanowiły metaforę wszystkiego, czego wówczas nie znano i bano się, od seksu aż po obcokrajowców. Opowiadali o tych wszystkich ważnych i głębokich rzeczach. Potem mikrofon dostał Dave Carson, ilustrator. "Pieprzyć to wszystko", powiedział radośnie, gdyż wypił wcześniej bardzo dużo alkoholu, i odrzucając tym samym wszystkie mądre psychologiczne teorie, przeszedł do rzeczy. "Kocham Lovecrafta, bo po prostu lubię rysować potwory."
I każdy z nich miał rację. Lovecrafta czyta się przyjemnie, bo w poukładanym, opisanym, skatalogowanym świecie człowiek potrzebuje czasem świadomości, że gdzieś nieopodal, skryte w wiecznym mroku przedwiecznych tajemnic, kryją się takie siły, że wystarczyłby tylko rzut oka na nie, żeby resztę życia spędzić w zakładzie zamkniętym. Lovecraft wyciąga wszystko, czego bali się nasi przodkowie sprzed tysięcy lat, gdy dzierżący dzidy i odziani w skóry nocami czuwali przy płonącym niespokojnym płomieniem ognisku, a obok żył dziki, nieznany, obcy i wrogi człowiekowi świat. A przy okazji przy plastycznej wyobraźni można zanurzyć się w świecie odrażającego Nieznanego, do którego ja osobiście zawsze czułem przeciąg, wyciąg i pociąg towarowy.
Mimo wszystko muszę się przyczepić do czegoś, a mianowicie do polskiego tłumaczenia opowiadań zebranych w tych dwóch zbiorach. Przede wszystkim zaszkodziło im to, że tłumaczy było kilku (jeden z nich ma idealne nazwisko/pseudonim do tłumaczenia Lovecrafta - Andrzej Ledwożyw), przez co czasem te same istoty są określane innymi nazwami (np. ghule nazywane są nieraz "widmami"), nie przetłumaczono nazw własnych "Hounds of Tindalos" i raz gdzieś czy dwa "Pnakotic Manuscripts". Także wychwycone przeze mnie "wiatr-tytan" czy "terror" nie przetłumaczony na "grozę" nie brzmią zbyt dobrze, zwłaszcza w swoich kontekstach. Poza tym, jako początkujący mistrz gry (Strażnik Tajemnic) w grze fabularnej Zew Cthulhu {jakby ktoś w Krk chciał pograć kiedyś, dajcie znać} przyzwyczaiłem się już do innego tłumaczenia pewnych nazw własnych i wyrażeń.
Specjalnie dla KZKG - U Lovecrafta nie ma raczej wątków antyreligijnych, często księża i pastorzy są przedstawiani jako postacie pozytywne wspierające bohaterów w ich nierównej i z góry skazanej na porażkę walce z przedwieczną grozą z bezbrzeżnych i bezdennych koszmarnych kosmicznych przestrzeni bluźnierczego wszechświata, kilka prztyczków antychrześcijańskich pojawia się tylko w jednym z opowiadań z tych zbiorów - Przez bramy srebrnego klucza - trzeba jednak zaznaczyć, że Lovecraft był tylko współautorem akurat tego opowiadania, razem z E. Hoffmanem Price, pulpowym autorem horrorów i s-f.
Generalnie jednak nie ma co narzekać, w sumie to nie wiem, jakie są obecne dostępne na rynku opowiadania Lovecrafta i w jakich konfiguracjach, ale akurat te dwa nie są złe. Aha, kilka opowiadań się powtarza w jednym i drugim, ale to nic.
Subskrybuj:
Posty (Atom)