Kategoria, w której opisuję filmy (hm, nie było tego tu zbyt dużo) nosi nazwę "Kultura i sztuka i dewiacje: Ruchome Obrazki".
Tym razem w sumie zostały z tego tylko dewiacje.
Po kolei:
1) "Schizophreniac:The Whore Mangler", reż. Ron Atkins, wyk. John Giancaspro, 1997.
Co rzuca się w oczy na pierwszy rzut oka - niski budżet - film jest tak nagrany, że jak na współczesne standardy, to jest gorzej niż biednie (ale i tak o niebo lepiej od takiej sraczki jak np. "August Underground"), ba, kamerką w smartfonie przy odrobinie pracy można by było nakręcić film lepszej jakości.
Co się rzuca w oczy na drugi rzut gałką oczną - film jest chory i - na pierwszy rzut - bezsensowny. Ot, główny bohater to chodzący zbiór najróżniejszych zboczeń (np. ekshibicjonizm, nekrofilia, samookaleczenia), narkoman, gwałciciel, brutalny morderca. Oprócz serii mordów mamy więc trochę bardzo wątpliwej jakości soft porno.
Więc czemu uważam to "dzieło" za jeden z najlepszych niskobudżetowych, undergroundowych gore/gorno/horrorów jakie w życiu widziałem?
Bo film ten w sposób absolutnie genialny pokazuje postępujący rozpad osobowości głównego bohatera, przeprowadza wycieczkę na przełaj przez jego psychikę, robi wiwisekcję wszelkich jego brudów. Niespełniony scenarzysta, Harry Russo, któremu się nie układa w życiu dostaje pewnego dnia gumową lalkę. A że zaczął ćpać, to kwestią czasu było, gdy zaczął słyszeć głos tejże lalki, namawiający go, by zabijał ludzi.
Harry początkowo się broni, traci kontakt z rzeczywistością, miota się, próbuje się uwolnić od wpływu lalki, ale spirala bezsensownej, okrutnej przemocy nakręca się coraz bardziej i główny bohater nie jest w stanie się uwolnić od swoich demonów, wspomaganych co chwila ciężkimi dragami. Film jest poprzetykany dziwacznymi, psychodelicznymi scenami rodem z wizji cierpiącego Harrego, sama akcja pod koniec filmu rozpada się, tak samo jak główny bohater, który przegrał swoją walkę. Oszczędność środków podyktowana niskim budżetem w tym momencie jest wielkim plusem filmu, bo historia Harrego jest tak brudna, jak tylko można ją było pokazać, przy tym szorstka i bardzo szczera w swoim obłędzie. Fenomenalna jest scena, gdy główny bohater nagle się budzi i ma wrażenie, że cała jego dotychczasowa historia skąpana we krwi i spermie to był tylko sen. Wygląda przez okno, i widzi scenę rodem z kreskówek - namalowany płotek, uśmiechnięte słoneczko, uśmiechnięta krówka. Gość zaczyna z tym kreskówkowym słońcem rozmawiać, jakby było to najzwyklejszą czynnością na świecie. Miazga. Właśnie, jak już o głównym bohaterze mowa, to na oklaski na stojąco zasługuje aktorstwo odtwórcy jego roli - ten gość nie musiał odgrywać roli psychopatycznego mordercy, on zachowywał się jak psychopatyczny morderca.
Trochę niepotrzebnie film ten jest ma wątki humorystyczne, ale może i to dobrze, bo jest aż tak ciężki, jakim mógłby być, bez topornych komentarzy głównego bohatera.
2) "Necromaniac: Schizophreniac 2", reż. Ron Atkins, wyk. John Giancaspro, 2003.
To samo co w części pierwszej - czyli mocniej, bardziej, dosadniej. Już początkowa scena (biuściasta babka pod prysznicem, oczywiście nie może się po prostu myć, if you know what I mean, potem przychodzi Harry ubrany w damskie fatałaszki, zabija ją i gwałci) jasno pokazuje, z czym będziemy mieć do czynienia. Tym razem jednak znacznie większy nacisk położono na fabułę filmu. To już nie jest szalony rajd bez trzymanki po czynach okrutnego szaleńca. Widz poznaje historię życia Harry'ego (molestowała go matka), widzi go bardziej ludzkiego, a jednak tak samo przerażającego jak w części pierwszej. Największe wrażenie robi scena... z Jezusem. Główny bohater podróżuje samochodem gdzieś przez pustynię niedaleko Las Vegas, gdy kończy mu się benzyna. Wychodzi z pojazdu i - jak to ma w zwyczaju - bluźni i przeklina wniebogłosy, uwłaczając wszystkiemu co żyje lub i nie, ludziom, Bogu, światu. Nagle przychodzi do niego Jezus (w tej roli - słabej, przyznajmy to szczerze - sam reżyser) i nakazuje mu zawrócić z drogi grzechu. Harry wygarnia mu dosadnie, gdzie był, gdy jego (Harry'ego) życie się rozpadało, gdy matka gwałciła go analnie szyjką od butelki, itd. Rozmowa kończy się w ten sposób, że Chrystus bije kijem Russo i odchodzi. Przejmująca scena.
Także ofiary Harry'ego nie są już aż tak anonimowe, jak w części pierwszej. Poznajemy dwie autostopowiczki, które mają to nieszczęście, że trafiają na głównego bohatera. Sceny tortur i wyjadania mózgu łyżeczką nie wyglądają wiarygodnie, ale są całkiem poczciwie obrzydliwe.
Najlepsza jednak jest końcówka. Ekipy Atkinsa nie było stać na wynajęcie statystów, więc film kończy się sceną, jak Harry, bluźniąc na głos, zachowując się agresywnie, rzucając kamieniami, itd., po prostu sobie idzie półnagi z gumową lalką pod pachą jakąś ulicą w Vegas, tuż obok przechodniów, których - sądząc po ich minach - nikt nie uprzedził, że nie mają do czynienia z prawdziwym świrem, tylko z filmem. Być może wyszło to przez przypadek, ale pokazało pewną prawidłowość - tłum boi się jednego, agresywnego świra, nikt mu nic nie zrobił, nikt nie zareagował. To dopiero jest przejmujące.
Ron Atkins ma na swoim koncie więcej filmów, o podobnej estetyce - m.in. "Mutilation Mile", "Death Rattle LSD", "Eat The Rich" czy "The Sins of Government" - horror o iluminatach i Reptilionach. Postać Harry'ego Russo pojawia się też w innym jego filmie, "The Cuckoo Clocks of Hell". Nie wiem, czy filmy te dostępne są w Polsce w formie namacalnej. Można je ściągnąć z torrentów, niestety nie wszystkie a i większość tych torrentów jest martwa. Oprócz tego istnieje wiele wersji poszczególnych filmów Rona.
Oficjalna strona reżysera - tutej.
piątek, 16 sierpnia 2013
Odpryski XVIII
1) Odkąd usunąłem już jakiś czas temu fotobloga (który i tak zarastał chwastem płożącym od lat) nie mam gdzie użalać się nad sobą i nad całym światem. Dzięki temu przestałem się użalać na sobą i nad całym światem. Bo prowadzić słit pamiętniczka nigdy mi się nie chciało, tzn. zaczynałem i góra po tygodniu przestawałem go nawet otwierać.
2) Dawno, dawno temu był sobie, zresztą jest nadal, pierwszy poważny polski portal społecznościowy. Pomińmy milczeniem jego nazwę, ale głównym, pierwotnym zamysłem jego twórców było danie szansy użytkownikom na odnalezienie po latach kolegów ze szkoły takiej czy innej. Człowiek miał tam konto, gdy był młody i głupi, a po usunięciu jednego, miał następne i następne. Jednak nie doczytał wtedy, że usunięcie konta nie oznacza usunięcia danych z tym kontem związanych. A jako iż mam małą paranoję na punkcie własnej prywatności, to po latach chciałem coś z tym fantem zrobić. Znalazłem jedno działające jeszcze konto, i je chyba usunąłem, zaś szczątków starych jakiś kont, o ile coś tam jeszcze gdzieś na serwerach wisi, nie dało się usunąć. Wyraźnie pisałem obsłudze, że nie pamiętam ani haseł, ani nawet adresów e-mail na których te jakieś konta stare miałem pozakładane (zresztą przynajmniej dwóch z tych e-mailów nawet już nie mam, bo usunąłem jako takie). No i leśne dziady niczego nie mogli zrobić. A i tak odpowiedź na pierwszą wiadomość, jaką im się wyśle, wygląda na wygenerowaną automatycznie. Niechaj sczezną.
3) Ciekawe rzeczy pojawiają się w statystykach bloga. Np. w "Źródłach ruchu sieciowego" (czyli kto co wklepał w gógla lub gdzie kliknął, że tutaj trafił). Aż odniosę się do dwóch indywidualnych przypadków:
- "heroes 3 wog skąd wziąć mitryl" WOG nie wprowadzał kopalni mithrilu, ani niczego w tym guście. Istniało za to kilka oddzielnych skryptów do WOG-a, które odpowiadały za coś takiego. Są też mody do ERA II, które wprowadzały źródła tego surowca. Poza tym, na chwilę obecną staruszek WOG to śmietnik historii. Ktokolwiek tu trafił w poszukiwaniu mithrilu - przesiądź się na ERĘ II czym prędzej. Opiera się o WOGa, a jest wielozadaniową platformą do najróżniejszych modów. Ma swój wątek na gdzieś na forum Heroes Community.
- "bizarro bazar pdf" - e-booka można kupić np. na wydaje.pl (8,99zł) lub w Empiku (6,92zł). Poza tym na chwilę obecną jest jeszcze kilka egzemplarzy papierowych do zakupienia przez allegro.
4) Wyszedł już (i to pewien czas temu) Fallout 2 Restoration Project 2.2 wersja nie-beta. Nie wiem, czy ktokolwiek jeszcze oprócz oldskólowców jakich ja gra w takie starocie, ale jakby nagle ktoś zapragnął sobie odświeżyć klasykę, i to nieco ulepszoną, jak powinna wyglądać od samego początku, to zaglądnijcie tutaj. Mod m.in. przywraca do gry lokacje, które nie znalazły się w finalnej wersji gry (np. EPA, Abbey czy siedziba plemienia Sulika - tak, questa z odszukaniem jego siostry da się wreszcie ukończyć, podobnie jak kilka innych, niedokończonych w oryginalnej grze), naprawia mnóstwo błędów, dodaje kilka mniejszych rzeczy (także opcjonalnych, do wyboru przy instalacji), poza tym ma już w sobie dwa bardzo przydatne narzędzia - sFalla i Hi-Res Patcha.
5) Edward Lee, autor horrorów skąpanych we krwi i spermie, wspominał w maju swój pobyt w Polsce, o, tutaj, na fajnym forum.
6) Dwusetny post na blogu!
2) Dawno, dawno temu był sobie, zresztą jest nadal, pierwszy poważny polski portal społecznościowy. Pomińmy milczeniem jego nazwę, ale głównym, pierwotnym zamysłem jego twórców było danie szansy użytkownikom na odnalezienie po latach kolegów ze szkoły takiej czy innej. Człowiek miał tam konto, gdy był młody i głupi, a po usunięciu jednego, miał następne i następne. Jednak nie doczytał wtedy, że usunięcie konta nie oznacza usunięcia danych z tym kontem związanych. A jako iż mam małą paranoję na punkcie własnej prywatności, to po latach chciałem coś z tym fantem zrobić. Znalazłem jedno działające jeszcze konto, i je chyba usunąłem, zaś szczątków starych jakiś kont, o ile coś tam jeszcze gdzieś na serwerach wisi, nie dało się usunąć. Wyraźnie pisałem obsłudze, że nie pamiętam ani haseł, ani nawet adresów e-mail na których te jakieś konta stare miałem pozakładane (zresztą przynajmniej dwóch z tych e-mailów nawet już nie mam, bo usunąłem jako takie). No i leśne dziady niczego nie mogli zrobić. A i tak odpowiedź na pierwszą wiadomość, jaką im się wyśle, wygląda na wygenerowaną automatycznie. Niechaj sczezną.
3) Ciekawe rzeczy pojawiają się w statystykach bloga. Np. w "Źródłach ruchu sieciowego" (czyli kto co wklepał w gógla lub gdzie kliknął, że tutaj trafił). Aż odniosę się do dwóch indywidualnych przypadków:
- "heroes 3 wog skąd wziąć mitryl" WOG nie wprowadzał kopalni mithrilu, ani niczego w tym guście. Istniało za to kilka oddzielnych skryptów do WOG-a, które odpowiadały za coś takiego. Są też mody do ERA II, które wprowadzały źródła tego surowca. Poza tym, na chwilę obecną staruszek WOG to śmietnik historii. Ktokolwiek tu trafił w poszukiwaniu mithrilu - przesiądź się na ERĘ II czym prędzej. Opiera się o WOGa, a jest wielozadaniową platformą do najróżniejszych modów. Ma swój wątek na gdzieś na forum Heroes Community.
- "bizarro bazar pdf" - e-booka można kupić np. na wydaje.pl (8,99zł) lub w Empiku (6,92zł). Poza tym na chwilę obecną jest jeszcze kilka egzemplarzy papierowych do zakupienia przez allegro.
4) Wyszedł już (i to pewien czas temu) Fallout 2 Restoration Project 2.2 wersja nie-beta. Nie wiem, czy ktokolwiek jeszcze oprócz oldskólowców jakich ja gra w takie starocie, ale jakby nagle ktoś zapragnął sobie odświeżyć klasykę, i to nieco ulepszoną, jak powinna wyglądać od samego początku, to zaglądnijcie tutaj. Mod m.in. przywraca do gry lokacje, które nie znalazły się w finalnej wersji gry (np. EPA, Abbey czy siedziba plemienia Sulika - tak, questa z odszukaniem jego siostry da się wreszcie ukończyć, podobnie jak kilka innych, niedokończonych w oryginalnej grze), naprawia mnóstwo błędów, dodaje kilka mniejszych rzeczy (także opcjonalnych, do wyboru przy instalacji), poza tym ma już w sobie dwa bardzo przydatne narzędzia - sFalla i Hi-Res Patcha.
5) Edward Lee, autor horrorów skąpanych we krwi i spermie, wspominał w maju swój pobyt w Polsce, o, tutaj, na fajnym forum.
6) Dwusetny post na blogu!
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
"Cienie spoza czasu"
Wczoraj był dobry dzień na antologie. Najpierw "Zombiefilia", potem nadszedł czas na "Cienie spoza czasu", czy zbiór opowieści zgromadzonych na chwałę Przedwiecznemu Lovecraftowi. Nie chciało mi się nad ranem pisać tej notki, gdy skończyłem lekturę, więc piszę teraz.
Wraz z tą książką Wydawnictwo Dobre Historie zyskało sobie w mojej osobie oddanego fana.
Chciałem kupić tę antologię jeszcze na Krakonie, gdzie kosztowała trochę taniej, ale na Krakonie wydałem za dużo na książki. Miałem potem szczęście - kupiłem ją w likwidowanym na krakowskim rynku Empiku (ciekawe, czy na końcu rozstrzelają pracowników), gdzie była, podobnie jak wszystko tam, przeceniona. Po uwzględnieniu przeceny okazało się, że zapłaciłem za nią tyle, ile zapłaciłbym za nią dokonując zakupu na Krakonie. Ha.
Przede wszystkim nie jest to tłumaczenie antologii wydanej gdzieś tam. To pomysł polskiego wydawnictwa. Zebrano utwory mniej lub bardziej nawiązujące do "mitologii Cthulhu" różnych autorów z różnych lat. Zapewne wszystkie były publikowane wcześniej w rozmaitych zbiorach, antologiach, itp., które do Polski nie dotarły (kub nic mi o tym nie wiadomo). Ale pozbieranie tego wszystkiego do kupy musiało kosztować pomysłodawców kupę nerwów i roboty. Trzymając w dłoniach efekt finalny trzeba stwierdzić jasno - ich praca nie poszła na marne. Tu nie ma złych utworów.
Dobra, po kolei:
S.T.Josh "Wstęp"
Wstęp jak wstęp. Zachowano całą wstępowatość, wstępność, wstępowość. Otwartowość, wprowadzaniowość, wprowadzanizm, wstępizm. Autor smuci się nieco, zresztą całkiem słusznie, że wśród morza naśladowców, następców i fanboy'ów Lovecrafta pojawiają się tendencje do spłycania jego spuścizny tylko do przedwiecznych koszmarów, gdy tymczasem te koszmary służyły autorowi do czegoś, nie były celem samym w sobie.
Alan Moore "Dziedziniec"
Alan Moore to jeden z moich ulubionych twórców. Komiksowych. Ten szalony, postmodernistyczny okultysta i anarchista, swobodnie surfujący po wzburzonych wodach popkultury ma na koncie takie tytuły jak "Liga Niezwykłych Dżentelmenów", "V jak Vendetta" czy arcydzieło popkultury "Zabójczy żart", a także kilka książek i opowiadań. W "Dziedzińcu" przedstawiona jest historia agenta federalnego, który zajmuje się sprawą brutalnych morderstw, popełnionych przez ludzi nie znających się wzajemnie. Trafia w końcu na trop nowego na rynku narkotyku, ale czy to na pewno narkotyk? W tle pojawia się subkultura pełna nawiązań do twórczości Lovecrafta oraz prajęzyk ludzkości. Lub czegoś starszego niż ludzkość.
F.Paul Wilson "Pustkowia"
Wilson zabiera czytelnika na Sosnowe Pustkowia, zupełną dzicz zajmującą sporą część stanu New Jersey. Dwójka bohaterów, postrzelony "wolny duch" oraz jego była dziewczyna, poważna kobieta sukcesu wyruszają w poszukiwanie Diabła z Jersey i świetlistych kul unoszących się nad ogromnymi połaciami lasu. A w każdym razie tak to wygląda na początku. Cieszy Lovecraftowski motyw odizolowanych społeczności żyjących w dziczy, przeniesiony z Maine czy Nowej Anglii gdzieś indziej i przedstawiony bez uprzedzeń charakterystycznych dla Lovecrafta.
Kim Newman "Gruba ryba"
Jedno z najlepszych opowiadań urban fantasy, jakie czytałem. Udany miks Lovecrafta z Chandlerem. Rok '41, USA przystępują do wojny, a główny bohater, prywatny detektyw, prowadząc - zdawałoby się - śledztwo jakich wiele, wpada na trop Ezoterycznego Zakonu Dagona. Na uwagę zasługuje świetne oddanie realiów tamtych czasów, także ówczesnej popkultury.
Graham Masterton "Will"
Nawet jedna z największych gwiazd horroru się znalazła w tej antologii. Pieniacz i gwiazdor Masterton nie napisał opowiadania na miarę swoich możliwości. Ale sam pomysł - z Wilhelmem Szekspirem bardzo ciekawy.
Edward Lee "Pierwiastek zła"
Opowiadanie napisane z charakterystyczną dla autora delikatnością, wrażliwością i z zachowaniem niezwykle wysublimowanego poczucia estetyki i dobrego smaku. Czyli wyuzdany seks, bezsensowna przemoc okraszone turpizmem i gwałt na powszechnie uznanym poczuciu estetyki, ale tym razem nie aż do przesady. Oczekiwałem czegoś gorszego (tzn. lepszego), ale mimo wszystko skłamałbym, gdybym napisał, że się na tym opowiadaniu zawiodłem. Bo wręcz przeciwnie, nawet przeczytałem je jako pierwsze.
Ian Watson "W labiryncie Cthulhu"
Nie spodziewałem się po Watsonie, że tu się znajdzie, a jednak się znalazł. Cóż, twórczość tego bardzo dobrego pisarza znam w stopniu dosyć mizernym. Równie wielkim zdziwieniem było dla mnie odkrycie faktu, przedstawionego w notce o autorze, że pisał nawet utwory osadzone w uniwersum Warhammera 40k. Tak czy owak, opowiadanie przedstawia grupkę przypadkowych turystów osaczonych na zabytkowym cmentarzu we Włoszech przez Cthulhu, który w setkach kopii nagle pojawił się na świecie, i ten świat mocno popsuł, a potem się nieco zmęczył, i postanowił zaruchać. I poniekąd o tym jest to opowiadanie. Ale przyjemnie się czyta.
Mort Castle "Sekret noszony w sercu"
Opowiadanie w formie wyznań człowieka, który osiągnął nieśmiertelność. Dosyć pouczające.
Alan Dean Foster "Wystąpił błąd krytyczny pod adresem..."
Samotny terrorysta grozi wrzuceniem w internet zeskanowanego oryginalnego "Necronomiconu", co mogłoby się skończyć zagładą ludzkości i planety Ziemia. Pomocy w walce z nim udziela odpowiednim służbom tajemniczy haker, dysponujący.... czymś nagranym na pendrive. Bardzo świeży motyw.
Ramsey Campbell "Przyciąganie"
Opowiadanie najbardziej w duchu samego Lovecrafta. Ot, dziennikarz ma sny, dowiaduje się potem, że nie on jeden, potem się dowiaduje, że jego przodek był członkiem tajemniczej sekty, a w międzyczasie okazuje się, że do Ziemi zbliża się tajemnicze ciało niebieskie...
Gene Wolfe "Pan tej ziemi"
Zdecydowanie mniej zagmatwane od czegokolwiek Wolfe'a, co czytałem kiedykolwiek. Co nie znaczy, że gorsze. Chociaż akcja rozgrywa się w ciągu jednego wieczora w jednym domu, w sumie nawet w paru pomieszczeniach. Badacz zajmujący się folklorem i mitami poszukuje informacji o tajemniczej istocie znanej jako Duszożerca, która to istota przypomina nieco pewne zaginione w mroku dziejów egipskie bóstwo...
Tomasz Drabarek "Iran political fiction"
Autor, świetnie znający polityczne realia Bliskiego Wschodu, wplata umiejętnie w rozgrywki polityczne światowych mocarstw tajemniczy kult. Opowiadanie, mimo ogromnego nagromadzenia informacji, ze względu na inną konwencję niż pozostałe, bardzo przypadło mi do gustu, będę śledził twórczość autora.
Wraz z tą książką Wydawnictwo Dobre Historie zyskało sobie w mojej osobie oddanego fana.
Chciałem kupić tę antologię jeszcze na Krakonie, gdzie kosztowała trochę taniej, ale na Krakonie wydałem za dużo na książki. Miałem potem szczęście - kupiłem ją w likwidowanym na krakowskim rynku Empiku (ciekawe, czy na końcu rozstrzelają pracowników), gdzie była, podobnie jak wszystko tam, przeceniona. Po uwzględnieniu przeceny okazało się, że zapłaciłem za nią tyle, ile zapłaciłbym za nią dokonując zakupu na Krakonie. Ha.
Przede wszystkim nie jest to tłumaczenie antologii wydanej gdzieś tam. To pomysł polskiego wydawnictwa. Zebrano utwory mniej lub bardziej nawiązujące do "mitologii Cthulhu" różnych autorów z różnych lat. Zapewne wszystkie były publikowane wcześniej w rozmaitych zbiorach, antologiach, itp., które do Polski nie dotarły (kub nic mi o tym nie wiadomo). Ale pozbieranie tego wszystkiego do kupy musiało kosztować pomysłodawców kupę nerwów i roboty. Trzymając w dłoniach efekt finalny trzeba stwierdzić jasno - ich praca nie poszła na marne. Tu nie ma złych utworów.
Dobra, po kolei:
S.T.Josh "Wstęp"
Wstęp jak wstęp. Zachowano całą wstępowatość, wstępność, wstępowość. Otwartowość, wprowadzaniowość, wprowadzanizm, wstępizm. Autor smuci się nieco, zresztą całkiem słusznie, że wśród morza naśladowców, następców i fanboy'ów Lovecrafta pojawiają się tendencje do spłycania jego spuścizny tylko do przedwiecznych koszmarów, gdy tymczasem te koszmary służyły autorowi do czegoś, nie były celem samym w sobie.
Alan Moore "Dziedziniec"
Alan Moore to jeden z moich ulubionych twórców. Komiksowych. Ten szalony, postmodernistyczny okultysta i anarchista, swobodnie surfujący po wzburzonych wodach popkultury ma na koncie takie tytuły jak "Liga Niezwykłych Dżentelmenów", "V jak Vendetta" czy arcydzieło popkultury "Zabójczy żart", a także kilka książek i opowiadań. W "Dziedzińcu" przedstawiona jest historia agenta federalnego, który zajmuje się sprawą brutalnych morderstw, popełnionych przez ludzi nie znających się wzajemnie. Trafia w końcu na trop nowego na rynku narkotyku, ale czy to na pewno narkotyk? W tle pojawia się subkultura pełna nawiązań do twórczości Lovecrafta oraz prajęzyk ludzkości. Lub czegoś starszego niż ludzkość.
F.Paul Wilson "Pustkowia"
Wilson zabiera czytelnika na Sosnowe Pustkowia, zupełną dzicz zajmującą sporą część stanu New Jersey. Dwójka bohaterów, postrzelony "wolny duch" oraz jego była dziewczyna, poważna kobieta sukcesu wyruszają w poszukiwanie Diabła z Jersey i świetlistych kul unoszących się nad ogromnymi połaciami lasu. A w każdym razie tak to wygląda na początku. Cieszy Lovecraftowski motyw odizolowanych społeczności żyjących w dziczy, przeniesiony z Maine czy Nowej Anglii gdzieś indziej i przedstawiony bez uprzedzeń charakterystycznych dla Lovecrafta.
Kim Newman "Gruba ryba"
Jedno z najlepszych opowiadań urban fantasy, jakie czytałem. Udany miks Lovecrafta z Chandlerem. Rok '41, USA przystępują do wojny, a główny bohater, prywatny detektyw, prowadząc - zdawałoby się - śledztwo jakich wiele, wpada na trop Ezoterycznego Zakonu Dagona. Na uwagę zasługuje świetne oddanie realiów tamtych czasów, także ówczesnej popkultury.
Graham Masterton "Will"
Nawet jedna z największych gwiazd horroru się znalazła w tej antologii. Pieniacz i gwiazdor Masterton nie napisał opowiadania na miarę swoich możliwości. Ale sam pomysł - z Wilhelmem Szekspirem bardzo ciekawy.
Edward Lee "Pierwiastek zła"
Opowiadanie napisane z charakterystyczną dla autora delikatnością, wrażliwością i z zachowaniem niezwykle wysublimowanego poczucia estetyki i dobrego smaku. Czyli wyuzdany seks, bezsensowna przemoc okraszone turpizmem i gwałt na powszechnie uznanym poczuciu estetyki, ale tym razem nie aż do przesady. Oczekiwałem czegoś gorszego (tzn. lepszego), ale mimo wszystko skłamałbym, gdybym napisał, że się na tym opowiadaniu zawiodłem. Bo wręcz przeciwnie, nawet przeczytałem je jako pierwsze.
Ian Watson "W labiryncie Cthulhu"
Nie spodziewałem się po Watsonie, że tu się znajdzie, a jednak się znalazł. Cóż, twórczość tego bardzo dobrego pisarza znam w stopniu dosyć mizernym. Równie wielkim zdziwieniem było dla mnie odkrycie faktu, przedstawionego w notce o autorze, że pisał nawet utwory osadzone w uniwersum Warhammera 40k. Tak czy owak, opowiadanie przedstawia grupkę przypadkowych turystów osaczonych na zabytkowym cmentarzu we Włoszech przez Cthulhu, który w setkach kopii nagle pojawił się na świecie, i ten świat mocno popsuł, a potem się nieco zmęczył, i postanowił zaruchać. I poniekąd o tym jest to opowiadanie. Ale przyjemnie się czyta.
Mort Castle "Sekret noszony w sercu"
Opowiadanie w formie wyznań człowieka, który osiągnął nieśmiertelność. Dosyć pouczające.
Alan Dean Foster "Wystąpił błąd krytyczny pod adresem..."
Samotny terrorysta grozi wrzuceniem w internet zeskanowanego oryginalnego "Necronomiconu", co mogłoby się skończyć zagładą ludzkości i planety Ziemia. Pomocy w walce z nim udziela odpowiednim służbom tajemniczy haker, dysponujący.... czymś nagranym na pendrive. Bardzo świeży motyw.
Ramsey Campbell "Przyciąganie"
Opowiadanie najbardziej w duchu samego Lovecrafta. Ot, dziennikarz ma sny, dowiaduje się potem, że nie on jeden, potem się dowiaduje, że jego przodek był członkiem tajemniczej sekty, a w międzyczasie okazuje się, że do Ziemi zbliża się tajemnicze ciało niebieskie...
Gene Wolfe "Pan tej ziemi"
Zdecydowanie mniej zagmatwane od czegokolwiek Wolfe'a, co czytałem kiedykolwiek. Co nie znaczy, że gorsze. Chociaż akcja rozgrywa się w ciągu jednego wieczora w jednym domu, w sumie nawet w paru pomieszczeniach. Badacz zajmujący się folklorem i mitami poszukuje informacji o tajemniczej istocie znanej jako Duszożerca, która to istota przypomina nieco pewne zaginione w mroku dziejów egipskie bóstwo...
Tomasz Drabarek "Iran political fiction"
Autor, świetnie znający polityczne realia Bliskiego Wschodu, wplata umiejętnie w rozgrywki polityczne światowych mocarstw tajemniczy kult. Opowiadanie, mimo ogromnego nagromadzenia informacji, ze względu na inną konwencję niż pozostałe, bardzo przypadło mi do gustu, będę śledził twórczość autora.
niedziela, 11 sierpnia 2013
"Zombiefilia"
Antologia nosząca dumny podtytuł "Pierwsza polska antologia zombie" zawierająca 25 opowiadań (+/- 1 - liczyłem niedokładnie) różnych poczciwców, w tym Kaina, Rojka, Błach, Christa, Gajka, Stonawskiego, itd, itp, oraz jedno autorstwa gościa zza oceanu - samego Carltona Mellicka v.3.0.
Antologia do znalezienia w internetach za darmo, na wydaje.pl.
Ostatnimi czasy zombie zrobiły się bardzo popularne. Sukces odniósł serial "The Walking Dead" na bazie komiksu o tym samym tytule, filmy o zombie przebiły się definitywnie do mainstreamu (nie tylko seria "Resident Evil", odświeżony "Evil Dead", ale i "World War Z"). Ciekawe, czy stało się tak za sprawą przesytu wampirami, i - cóż poradzić - ociepleniem wizerunku starych, dobrych pijawek, czy po prostu jakoś tak się stało, ot, nagły skok koniunktury.
Sam motyw chodzących trupów ewoluuje zresztą, być może nastąpi w popkulturze wykrystalizowanie się motywów - że tak to nazwę - post-zombie, czego zaczątki już można zaobserwować chociażby w komiksach "Crossed" (swoją drogą, polecam). A może po prostu musiałem się dopatrzeć jakiegoś kolejnego "post-", jak mam w zwyczaju.
Pozostawiając na boku rozmaite dygresje, "Zombiefilia", złożona w sumie przez fanów dla fanów, reprezentuje poziom wyższy od niejednej ładnie wydanej na dobrej jakości papierze antologii na dowolny temat. Ot, chociażby wyższy poziom od zjechanej przeze mnie ostatnio "Chodząc nędznymi ulicami". Ja wiem, nie ten gatunek, nie ta konwencja, więc nie mam za bardzo jak porównać jednego do drugiego, ale w sumie dobry tekst to dobry tekst, a zły tekst to zły tekst, niezależnie od gatunku, jaki reprezentuje. Poza tym w "Chodząc" było jedno opowiadanie z zombie w tle, i było - co tu ukrywać - denne, mimo ze autorem był jakiś autor mający wyrobioną dobrą markę i zaproszony do antologii przez samego G.R.R.Martina lub tego drugiego, zapomniałem już, jak mu tam było.
Tak czy owak, w "Zombiefilii" takich klasycznych, stereotypowych opowieści o zombie, typu "czwórka przyjaciół w dzikim lesie" lub "dziś wyprzedaż w osiedlowej Biedronce" albo "o piątej rano dowożą do salonu firmowego Apple'a nowe iPhone'y", jest tu całkiem mało. W sumie po tych pisarzach i pisarkach (a w każdym razie po tych, których twórczość jest mi w różnym stopniu znana) nie spodziewałbym się niczego innego. Chyba najdalej wypuścił wodza fantazji (ale na łańcuchu, żeby ten nie uciekł daleko) Marcin Rojek, który sprowadził apokalipsę zombie do uniwersum "Smerfów". Poza tym jest sporo zombie-rewizjonizmu, np. przedstawienie zombie jako tych dobrych, lub wręcz jako ofiar ludzi, są próby wniknięcia w psychikę zombie, są przedstawienia świata, gdzie zombie i ludzie współegzystują, co np. powoduje pojawienie się sektora usług specjalnie dla nieumarłych, są wizje świata, w którym zombi wykształciły cywilizację i/lub ewoluują, itd., wreszcie mamy też historie z zombie w tle, opowieści de facto nie o zombie, tylko o ludziach, nierzadko mniej ludzkich od nieumarłych.
Nie tylko tematyka jest zróżnicowana, ale - co w sumie oczywiste, ale nie chcę kończyć tej notki tak szybko - konwencje, od groteski po turpizm, od opowieści humorystycznych po tragiczne. Różnorodność to jeden z atutów tej antologii.
No i w sumie to tyle. Mnie się podobało, polecam.
Antologia do znalezienia w internetach za darmo, na wydaje.pl.
Ostatnimi czasy zombie zrobiły się bardzo popularne. Sukces odniósł serial "The Walking Dead" na bazie komiksu o tym samym tytule, filmy o zombie przebiły się definitywnie do mainstreamu (nie tylko seria "Resident Evil", odświeżony "Evil Dead", ale i "World War Z"). Ciekawe, czy stało się tak za sprawą przesytu wampirami, i - cóż poradzić - ociepleniem wizerunku starych, dobrych pijawek, czy po prostu jakoś tak się stało, ot, nagły skok koniunktury.
Sam motyw chodzących trupów ewoluuje zresztą, być może nastąpi w popkulturze wykrystalizowanie się motywów - że tak to nazwę - post-zombie, czego zaczątki już można zaobserwować chociażby w komiksach "Crossed" (swoją drogą, polecam). A może po prostu musiałem się dopatrzeć jakiegoś kolejnego "post-", jak mam w zwyczaju.
Pozostawiając na boku rozmaite dygresje, "Zombiefilia", złożona w sumie przez fanów dla fanów, reprezentuje poziom wyższy od niejednej ładnie wydanej na dobrej jakości papierze antologii na dowolny temat. Ot, chociażby wyższy poziom od zjechanej przeze mnie ostatnio "Chodząc nędznymi ulicami". Ja wiem, nie ten gatunek, nie ta konwencja, więc nie mam za bardzo jak porównać jednego do drugiego, ale w sumie dobry tekst to dobry tekst, a zły tekst to zły tekst, niezależnie od gatunku, jaki reprezentuje. Poza tym w "Chodząc" było jedno opowiadanie z zombie w tle, i było - co tu ukrywać - denne, mimo ze autorem był jakiś autor mający wyrobioną dobrą markę i zaproszony do antologii przez samego G.R.R.Martina lub tego drugiego, zapomniałem już, jak mu tam było.
Tak czy owak, w "Zombiefilii" takich klasycznych, stereotypowych opowieści o zombie, typu "czwórka przyjaciół w dzikim lesie" lub "dziś wyprzedaż w osiedlowej Biedronce" albo "o piątej rano dowożą do salonu firmowego Apple'a nowe iPhone'y", jest tu całkiem mało. W sumie po tych pisarzach i pisarkach (a w każdym razie po tych, których twórczość jest mi w różnym stopniu znana) nie spodziewałbym się niczego innego. Chyba najdalej wypuścił wodza fantazji (ale na łańcuchu, żeby ten nie uciekł daleko) Marcin Rojek, który sprowadził apokalipsę zombie do uniwersum "Smerfów". Poza tym jest sporo zombie-rewizjonizmu, np. przedstawienie zombie jako tych dobrych, lub wręcz jako ofiar ludzi, są próby wniknięcia w psychikę zombie, są przedstawienia świata, gdzie zombie i ludzie współegzystują, co np. powoduje pojawienie się sektora usług specjalnie dla nieumarłych, są wizje świata, w którym zombi wykształciły cywilizację i/lub ewoluują, itd., wreszcie mamy też historie z zombie w tle, opowieści de facto nie o zombie, tylko o ludziach, nierzadko mniej ludzkich od nieumarłych.
Nie tylko tematyka jest zróżnicowana, ale - co w sumie oczywiste, ale nie chcę kończyć tej notki tak szybko - konwencje, od groteski po turpizm, od opowieści humorystycznych po tragiczne. Różnorodność to jeden z atutów tej antologii.
No i w sumie to tyle. Mnie się podobało, polecam.
sobota, 10 sierpnia 2013
Odpryski XVII
1) Przejechałem torbą podróżną małą dziewczynkę. Po prostu jej nie zauważyłem. Ona chyba też nie zauważyła.
2) Dwadzieścia lat temu na skutek nieszczęśliwego wypadku spowodowanego przez Varga Vikernesa zmarł Euronymous. To były czasy. Nie to, co teraz.
3) Świadkowie Jehowy opowiadają się za rządem światowym. I to - literalnie - teokratycznym. Mam na to dowód:
Ot, siedziałem kiedyś u fryzjera i przeglądałem gazetki leżące w poczekalni. Wśród morza hmm spamu o życiu jakiś nieznanych mi celebrytów znalazłem coś znacznie bardziej szalonego - "Strażnicę". A tam taki kwiatek. No, miłośnicy teorii spiskowych - do roboty. Dodajcie sobie Świadków Jehowy do Blue Beam, itd.piątek, 9 sierpnia 2013
Dean Knootz "Nocne dreszcze"
Czytałem tę książkę dawno temu, koło roku 2001, kiedy wyszła w Polsce, ale jeśli nadal mniej-więcej pamiętam, o co chodziło, to znaczy, że zasługuje, by mimo upływu lat napisać o niej tutaj bez czytania jej ponownie.
Knootz pisze niezłe rzeczy. Czasem lepsze, czasem gorsze, ale mniej-więcej na jednym poziomie. Jego twórczość znam w stopniu dosyć niewielkim, więc nie wiem, jak plasują się "Dreszcze" w porównaniu do całości, ale jak dla mnie to średniak jednak.
Jest to opowieść o tym, że przekaz podprogowy działa. Szalony (nieco) biznesmen czy tam ktoś, będący do tego fanatykiem religijnym przeprowadza eksperyment w małym, odizolowanym miasteczku. Jeden z jego pomagierów jest w stanie w ramach tego eksperymentu (przekaz podprogowy wzbogacony chemią w wodzie pitnej dla miasteczka) zmuszać mieszkańców do strasznych czynów - np. do wyuzdanego seksu lub popełniania morderstw. Aż trafia się ktoś, na kogo to nie działa. I wtedy zaczynają się schody.
Pomysł na fabułę - niezły. Wykonanie - gorsze. Takie to trochę bez polotu. Ale z jakiegoś powodu pamiętam o tej książce od lat, więc miała jednak coś w sobie, że ją zapamiętałem.
Knootz pisze niezłe rzeczy. Czasem lepsze, czasem gorsze, ale mniej-więcej na jednym poziomie. Jego twórczość znam w stopniu dosyć niewielkim, więc nie wiem, jak plasują się "Dreszcze" w porównaniu do całości, ale jak dla mnie to średniak jednak.
Jest to opowieść o tym, że przekaz podprogowy działa. Szalony (nieco) biznesmen czy tam ktoś, będący do tego fanatykiem religijnym przeprowadza eksperyment w małym, odizolowanym miasteczku. Jeden z jego pomagierów jest w stanie w ramach tego eksperymentu (przekaz podprogowy wzbogacony chemią w wodzie pitnej dla miasteczka) zmuszać mieszkańców do strasznych czynów - np. do wyuzdanego seksu lub popełniania morderstw. Aż trafia się ktoś, na kogo to nie działa. I wtedy zaczynają się schody.
Pomysł na fabułę - niezły. Wykonanie - gorsze. Takie to trochę bez polotu. Ale z jakiegoś powodu pamiętam o tej książce od lat, więc miała jednak coś w sobie, że ją zapamiętałem.
"Chodząc nędznymi ulicami" (red. George R. R. Martin, Gardner Dozois)
Gigantyczna cegła w twardej oprawie. Wstęp Martina, znanego na chwilę obecną z "Gry o tron" ("Tuf Wędrowiec" był o niebo lepszy), krótkie wyjaśnienie, czym urban fantasy, bo jest to właśnie antologia urban fantasy, tak właściwie jest. Wychodzi na to, że może być czymkolwiek, co jest związane albo z klasyczną weird fiction czy lovecraftowskim horrorem z jednej strony i kryminałem noir z drugiej strony.
Hmm, gatunek cholernie mocno się zmienił od czasów "Wojny o Dąb", przegapiłem to. Ale właśnie uzupełniłem wiedzę. To już nie są poczciwe historie o Elfach grających w niszowych kapelach folk rockowych gdzieś na przedmieściach amerykańskich metropolii. Jak na mój gust, było w tym zdecydowanie za mało klasycznego noir, więc trochę się zawiodłem. Te opowiadania nie były jakieś szczególnie porywające, oprócz kilku, a jest ich szesnaście. Mamy więc trochę detektywów rozwiązujących zagadki kryminalne nie z tego świata lub szukających artefaktów, mamy wilkołaka-geja chroniącego swojego partnera, człowieka, prawnika, mamy czarnoskórego bluesmana, który zadarł z siłami ciemności, mamy opowieści osadzone w antycznym Rzymie i Babilonie w czasach rzymskich, mamy rasę żyjącą obok ludzi i zmagającą się z nietolerancją, mamy bunt niewolników na Jamajce i - rzecz jasna - zombie, itd, itp, etc.
Ogólnie przerost formy nad treścią. Mam nadzieję, że w ramach urban fantasy II fali (czy jak by to nazwać) są lepsze rzeczy od tego, co zostało tu zaprezentowane.
Hmm, gatunek cholernie mocno się zmienił od czasów "Wojny o Dąb", przegapiłem to. Ale właśnie uzupełniłem wiedzę. To już nie są poczciwe historie o Elfach grających w niszowych kapelach folk rockowych gdzieś na przedmieściach amerykańskich metropolii. Jak na mój gust, było w tym zdecydowanie za mało klasycznego noir, więc trochę się zawiodłem. Te opowiadania nie były jakieś szczególnie porywające, oprócz kilku, a jest ich szesnaście. Mamy więc trochę detektywów rozwiązujących zagadki kryminalne nie z tego świata lub szukających artefaktów, mamy wilkołaka-geja chroniącego swojego partnera, człowieka, prawnika, mamy czarnoskórego bluesmana, który zadarł z siłami ciemności, mamy opowieści osadzone w antycznym Rzymie i Babilonie w czasach rzymskich, mamy rasę żyjącą obok ludzi i zmagającą się z nietolerancją, mamy bunt niewolników na Jamajce i - rzecz jasna - zombie, itd, itp, etc.
Ogólnie przerost formy nad treścią. Mam nadzieję, że w ramach urban fantasy II fali (czy jak by to nazwać) są lepsze rzeczy od tego, co zostało tu zaprezentowane.
Jan Maszczyszyn "Testimonium"
Jan Maszczyszyn to autor, który wygryzł sporo czasu temu Sapkowskiego w konkursie organizowanym przez "Nową Fantastykę". Jakoś jednak tak wyszło, że przeszedł raczej bez echa w porównaniu do Sapkowskiego.
Pomału jednak, krok za krokiem, powraca na należne mu miejsce.
"Testimonium" to zbiór opowiadań, część z nich była mi już znana mniej-więcej ze strony "Nowej Fantastyki", gdzie autor je wrzucał i gdzie spotkały się z przyjazną i przychylną reakcją zarówno redakcji, jak i użytkowników.
Pana Jana bardzo interesuje człowiek. Przyszłość człowieka. Przyszłość ewolucji człowieka. Rozwiązania rodem z kwaśnych snów najbardziej szalonych transhumanistów. Nawet jak pojawia się bardziej zwyczajny motyw, jak inwazja obcych, czy rozważania o zinstytucjonalizowanej religii, to pokazane są one na świeże sposoby. Nie na darmo pan Jan współpracuje z Niedobrymi Literkami. W jego twórczości horror i bizarro mieszają się z klasycznym s-f.
Styl Pana Jana jest dosyć dosadny, Pan Jan się nie pieprzy z czytelnikami, nie owija w bawełnę, co nie oznacza, że jest prymitywnym chamem walącym "kurwa" zamiast przecinka. Wręcz przeciwnie. Proza jest momentami szorstka w odbiorze, bo wizje światów kreowanych przez pana Jana są szorstkie w odbiorze i pozaludzkie, nieludzkie, technologia (lub czasem interwencja czegoś spoza granicy ludzkiego poznania) jest źródłem obłędnych wynaturzeń, przedstawionych dosadnie, z delikatną nutką turpizmu, ale wszystko jest właśnie tak, jak powinno być, każdy element na swoim miejscu, wszystko pasuje. Pan Jan nie przejmuje się tabu. Pan Jan chłoszcze samą biologiczną swoistość człowieka. Dokonuje też czasem, mimochodem jakby, obserwacji socjologicznych, jak we "Wnetwstąpieniu", czyli opowieści o przyszłości internetu, bardzo namacalnego internetu, i przy okazji o inwazji obcych.
Poza tym wizje pana Jana są pesymistyczne. Nawet bardzo pesymistyczne. Oprócz dwuznacznego (w każdym razie ja je tak odebrałem) przewrotnego zakończenia "Nieboskiego księżyca".
Nie każdemu proza pana Jana przypadnie do gustu, ale cała reszta się nie zawiedzie.
Pomału jednak, krok za krokiem, powraca na należne mu miejsce.
"Testimonium" to zbiór opowiadań, część z nich była mi już znana mniej-więcej ze strony "Nowej Fantastyki", gdzie autor je wrzucał i gdzie spotkały się z przyjazną i przychylną reakcją zarówno redakcji, jak i użytkowników.
Pana Jana bardzo interesuje człowiek. Przyszłość człowieka. Przyszłość ewolucji człowieka. Rozwiązania rodem z kwaśnych snów najbardziej szalonych transhumanistów. Nawet jak pojawia się bardziej zwyczajny motyw, jak inwazja obcych, czy rozważania o zinstytucjonalizowanej religii, to pokazane są one na świeże sposoby. Nie na darmo pan Jan współpracuje z Niedobrymi Literkami. W jego twórczości horror i bizarro mieszają się z klasycznym s-f.
Styl Pana Jana jest dosyć dosadny, Pan Jan się nie pieprzy z czytelnikami, nie owija w bawełnę, co nie oznacza, że jest prymitywnym chamem walącym "kurwa" zamiast przecinka. Wręcz przeciwnie. Proza jest momentami szorstka w odbiorze, bo wizje światów kreowanych przez pana Jana są szorstkie w odbiorze i pozaludzkie, nieludzkie, technologia (lub czasem interwencja czegoś spoza granicy ludzkiego poznania) jest źródłem obłędnych wynaturzeń, przedstawionych dosadnie, z delikatną nutką turpizmu, ale wszystko jest właśnie tak, jak powinno być, każdy element na swoim miejscu, wszystko pasuje. Pan Jan nie przejmuje się tabu. Pan Jan chłoszcze samą biologiczną swoistość człowieka. Dokonuje też czasem, mimochodem jakby, obserwacji socjologicznych, jak we "Wnetwstąpieniu", czyli opowieści o przyszłości internetu, bardzo namacalnego internetu, i przy okazji o inwazji obcych.
Poza tym wizje pana Jana są pesymistyczne. Nawet bardzo pesymistyczne. Oprócz dwuznacznego (w każdym razie ja je tak odebrałem) przewrotnego zakończenia "Nieboskiego księżyca".
Nie każdemu proza pana Jana przypadnie do gustu, ale cała reszta się nie zawiedzie.
"Fantasy i Science-Fiction (edycja polska)" 2/2011
Czyli numer o steampunku.
Z felietonów najciekawszy to bez wątpienia "Polityka w fantastyce" Jeffa Vandermeera. Poza tym różne różności, recenzje, itd. No i sporo o steampunku - zarówno opowiadania (ale o tym za chwilę) jak i ankieta wśród autorów, itp.
Z opowiadań tylko kilka to steampunk - "Plątonogi" Cherie Priest (historia o szalonym naukowcu, jego małym pomagierze i - bardzo niepokojąco - o robocie zbudowanym przez tego ostatniego, który staje się czymś innym), "Kolej karna" Emila Strzeszewskiego (nietuzinkowe podejście do motywu golema), "Piękniś i bestia" Esther M. Friesner (opowiadanie w formie listów głównej bohaterki-narratorki do rodziców; mitologia Cthulhu w krzywym zwierciadle), "Urdumheim" Michaela Swanwicka (nie steampunk; opowieść o początku ludzkości i potędze pojęć), "Zabawa w Kopciuszka" Kelly Link (małe odwrócenie ról w dziecięcej zabawie), "O nim" Terry Bisson (hm, już nie pamiętam, o czym to było), "Precedens" Sean McMullen (koszmarny sen prawicy polskiej; nie steampunk; chyba najlepsze opowiadanie w numerze; świat po ekologicznej katastrofie, globalne ocieplenie, itd. Każdy - ale to dosłownie każdy - sprzed wielkiej katastrofy jest winny, że nie zadbał o środowisko. Można dostać karę śmierci za to, że kupiło się dziecku robota na baterie. Główny bohater stara się udowodnić swoją niewinność...).
Z felietonów najciekawszy to bez wątpienia "Polityka w fantastyce" Jeffa Vandermeera. Poza tym różne różności, recenzje, itd. No i sporo o steampunku - zarówno opowiadania (ale o tym za chwilę) jak i ankieta wśród autorów, itp.
Z opowiadań tylko kilka to steampunk - "Plątonogi" Cherie Priest (historia o szalonym naukowcu, jego małym pomagierze i - bardzo niepokojąco - o robocie zbudowanym przez tego ostatniego, który staje się czymś innym), "Kolej karna" Emila Strzeszewskiego (nietuzinkowe podejście do motywu golema), "Piękniś i bestia" Esther M. Friesner (opowiadanie w formie listów głównej bohaterki-narratorki do rodziców; mitologia Cthulhu w krzywym zwierciadle), "Urdumheim" Michaela Swanwicka (nie steampunk; opowieść o początku ludzkości i potędze pojęć), "Zabawa w Kopciuszka" Kelly Link (małe odwrócenie ról w dziecięcej zabawie), "O nim" Terry Bisson (hm, już nie pamiętam, o czym to było), "Precedens" Sean McMullen (koszmarny sen prawicy polskiej; nie steampunk; chyba najlepsze opowiadanie w numerze; świat po ekologicznej katastrofie, globalne ocieplenie, itd. Każdy - ale to dosłownie każdy - sprzed wielkiej katastrofy jest winny, że nie zadbał o środowisko. Można dostać karę śmierci za to, że kupiło się dziecku robota na baterie. Główny bohater stara się udowodnić swoją niewinność...).
"Metoda Schlegmachera i inne opowiadania. W hołdzie Stefanowi Grabińskiemu."
Antologia prezentująca różne stopnie fascynacji, różne wariacje na temat i różne odniesienia, interpretacje, punkty widzenia odnośnie twórczości wspomnianego przeze mnie notkę temu Grabińskiego. Mamy tu szerokie spektrum stylistyczne i gatunkowe - od opowieści z dreszczykiem, historii niesamowitych, "horrorów kolejowych", są parodie, jest postmodernistyczny misz-masz (jedno z opowiadań - tytułowe - za głównych bohaterów ma m.in. samego Grabińskiego, Lady Makbet oraz Gustawa z "Dziadów", a jego akcja rozgrywa się m.in. w domu Usherów), na końcu zaś jest hmm bizarrowate coś. Tak czy owak - nastrojowo, jest pociągająco, jest odpychająco. Dla każdego coś miłego. A, i jest długi tekst biograficzny o samym Grabińskim.
Stefan Grabiński "Pani z Białego Kasztelu i inne opowiadania"
Grabiński to autor młodopolski, trochę zapomniany współcześnie, a niesłusznie, bo to taki polski Poe. Tzn. nie zawsze, i nie ze wszystkim, ale generalnie tak.
Za młodu, gdy zapadł na ciężką chorobę, medycyna nie dała mu szansy na przeżycie. Wyleczył go sprowadzony przez rodziców wiejski znachor. Tylko skomplikowało to jego ducha, który i tak gmatwał się nieźle (konwersja z grekokatolicyzmu do łacinników, itd.); różne aspekty polskiego romantyzmu gryzły się nawzajem w Stefanie, który po rozczarowaniu się za młodu nauką (jego stosunek do nowoczesności przypominał nieco stosunek Witkacego - i jeden i drugi w swoich dziełach musieli odreagować rzeczywistość) i katolicyzmem skręcił w stronę pogańską, w stronę ludowych klechd i legend. Zmagał się on ze swoją polską duszą, chociaż żył na polsko-ukraińskim pograniczu.
W tym zbiorku prezentujących jego twórczość mamy Grabińskiego pokazanego przekrojowo. Nie ma jego bardziej znanych opowieści kolejowych, o demonach zrodzonych z pyłu, kurzu i sadzy, ale i tak jest fajnie. Zaczyna się od utworów baśniowych, onirycznych, potem mamy kilka opowieści niesamowitych, a kończy się na utworach realistycznych.
Niektórych może odrzucić czasem niezrozumiały język, zwłaszcza w przytoczonych opowieściach z wczesnego okresu twórczości autora, ale zbiór i tak jest wartościowy, ot, przekrój przez Grabińskiego.
Za młodu, gdy zapadł na ciężką chorobę, medycyna nie dała mu szansy na przeżycie. Wyleczył go sprowadzony przez rodziców wiejski znachor. Tylko skomplikowało to jego ducha, który i tak gmatwał się nieźle (konwersja z grekokatolicyzmu do łacinników, itd.); różne aspekty polskiego romantyzmu gryzły się nawzajem w Stefanie, który po rozczarowaniu się za młodu nauką (jego stosunek do nowoczesności przypominał nieco stosunek Witkacego - i jeden i drugi w swoich dziełach musieli odreagować rzeczywistość) i katolicyzmem skręcił w stronę pogańską, w stronę ludowych klechd i legend. Zmagał się on ze swoją polską duszą, chociaż żył na polsko-ukraińskim pograniczu.
W tym zbiorku prezentujących jego twórczość mamy Grabińskiego pokazanego przekrojowo. Nie ma jego bardziej znanych opowieści kolejowych, o demonach zrodzonych z pyłu, kurzu i sadzy, ale i tak jest fajnie. Zaczyna się od utworów baśniowych, onirycznych, potem mamy kilka opowieści niesamowitych, a kończy się na utworach realistycznych.
Niektórych może odrzucić czasem niezrozumiały język, zwłaszcza w przytoczonych opowieściach z wczesnego okresu twórczości autora, ale zbiór i tak jest wartościowy, ot, przekrój przez Grabińskiego.
Janusz Zajdel "Przejście przez lustro"
Zbiór opowiadań Mistrza Zajdla. Większość już czytałem w innych zbiorach, więc wspominam o tej książce z kronikarskiego obowiązku. Opowiadania takie jak "Bunt", opowiadanie tytułowe czy "Porządek musi być" to jedne z prekursorskich opowiadań polskiego bizarro, tej odnogi bardziej socjologicznej, odkafkowskiej, krytycznej. Howgh.
Chris Wooling "Przebudzeni"
I znów książka, którą dorwałem za dużo mniej, niż napisał wydawca na okładce z tyłu.
Dygresja na marginesie - jakim cudem "Retribution Falls" przetłumaczono na "Przebudzonych" - jeden kozioł raczy wiedzieć. Koniec dygresji.
Bardzo poczciwe science fantasy, "aeriumpunk", że tak to ujmę. Rzecz się dzieje na nieokreślonej planecie (nie w galaktyce, jak napisał wydawca na tylnej okładce), przypominającej nieco Ziemię. Najważniejszym surowcem jest lżejsze od powietrza aerium, które jest wykorzystywane w budowie najróżniejszych statków powietrznych, w tym gigantycznych okrętów wojennych. Znane są silniki odrzutowe na aerium, statki są z metalu. W miastach pojawia się elektryczność. Broń palna jest używana na równi z białą. Mamy wreszcie magów (demonistów) którzy przypominają nieco pod względem umiejętności naszych ziemskich okultystów (chociaż demony w naszym świecie są bardzo różne od tych z książki Woolinga). Istnieje społeczeństwo stanowe, mamy odpowiedniki paladynów, straży królewskiej i w ogóle.
Nie jest nigdzie wprost powiedziane, czemu transport powietrzny (a wraz z nim piractwo, przemyt, itd.) cieszy się taką popularnością. Powierzchnia planety nie jest spustoszona, w każdym razie nic na ten temat autor nie pisze. Toczyły się dwie wojny o aerium pomiędzy głównymi mocarstwami. Wtedy ciut świata przedstawionego zostało spustoszonego, ale tylko trochę.
Myślałem początkowo, że wizja świata będzie przypominać steampunk, wiecie, te wszystkie dziwaczne sterowce. Ale nie, to jednak coś innego. Bardziej jak uniwersum starej gry komputerowej "Crimson Skies", tylko w innym świecie i z inną technologią. Albo trochę jak podobne uniwersum jakiejś innej gry, w której Ziemia rozpadła się na wirujące w przestrzeni, latające wyspy. Tyle, że tutaj katastrofy żadnej nie było.
Oprócz śmiałej i mimo wszystko w miarę oryginalnej wizji świata, plusem książki są bohaterowie - jeśli któryś z nich przedstawiony został jako idiota, to jest idiotą. Jeśli kapitan statku, budzący odległe skojarzenia z Hanem Solo (ma nawet swojego Chewbaccę, zbiegłego niewolnika) wychowywał się w sierocińcu i nie miał okazji zdobyć wiedzy naukowej o otaczającym go świecie, to tej wiedzy mieć nagle cudem nie będzie. Pozostałe postacie są może nieco sztampowe (przypadkowa zbieranina wyrzutków i uciekinierów, praktycznie każdy z mroczną tajemnicą w przeszłości i/lub czymś do odpokutowania/przezwyciężenia, którzy stają się zgraną załogą połączoną więzami przyjaźni dopiero pod koniec książki) ale ich historie i rozterki, wplecione w fabułę, są całkiem zajmujące, nawet jeśli bywają prozaiczne (a może to dobrze).
W gruncie rzeczy jest to powieść przygodowa czy też awanturnicza, na modłę opowieści o piratach. Zarys fabuły jest prosty całkiem - ot, przypadkowe zlecenie kradzieży zmienia się w ludobójstwo, tzn. ktoś głównych bohaterów wrobił. Potem okazuje się, że przypadkowo zabito wtedy następcę tronu, Arcyksiążę nie odpuści, ale nie wie o spisku na jego życie. W tle są grupy podniebnych piratów i korsarzy, cierpiąca na przerost ambicji arystokracja, agencja detektywistyczna, silnie rozwijająca się religia Przebudzonych i legendarne miasto Retribution Falls, coś w rodzaju Tortugi (czy innej pirackiej Tymczasowej Strefy Autonomicznej, jakby Hakim Bey powiedział) - miasta piratów, gdzie nie sięga władza Arcyksięcia. Akcja jest wartka i bardzo dużo się dzieje.
Generalnie polecam. Nic ambitnego, ale bardzo dobre czytadło.
Dygresja na marginesie - jakim cudem "Retribution Falls" przetłumaczono na "Przebudzonych" - jeden kozioł raczy wiedzieć. Koniec dygresji.
Bardzo poczciwe science fantasy, "aeriumpunk", że tak to ujmę. Rzecz się dzieje na nieokreślonej planecie (nie w galaktyce, jak napisał wydawca na tylnej okładce), przypominającej nieco Ziemię. Najważniejszym surowcem jest lżejsze od powietrza aerium, które jest wykorzystywane w budowie najróżniejszych statków powietrznych, w tym gigantycznych okrętów wojennych. Znane są silniki odrzutowe na aerium, statki są z metalu. W miastach pojawia się elektryczność. Broń palna jest używana na równi z białą. Mamy wreszcie magów (demonistów) którzy przypominają nieco pod względem umiejętności naszych ziemskich okultystów (chociaż demony w naszym świecie są bardzo różne od tych z książki Woolinga). Istnieje społeczeństwo stanowe, mamy odpowiedniki paladynów, straży królewskiej i w ogóle.
Nie jest nigdzie wprost powiedziane, czemu transport powietrzny (a wraz z nim piractwo, przemyt, itd.) cieszy się taką popularnością. Powierzchnia planety nie jest spustoszona, w każdym razie nic na ten temat autor nie pisze. Toczyły się dwie wojny o aerium pomiędzy głównymi mocarstwami. Wtedy ciut świata przedstawionego zostało spustoszonego, ale tylko trochę.
Myślałem początkowo, że wizja świata będzie przypominać steampunk, wiecie, te wszystkie dziwaczne sterowce. Ale nie, to jednak coś innego. Bardziej jak uniwersum starej gry komputerowej "Crimson Skies", tylko w innym świecie i z inną technologią. Albo trochę jak podobne uniwersum jakiejś innej gry, w której Ziemia rozpadła się na wirujące w przestrzeni, latające wyspy. Tyle, że tutaj katastrofy żadnej nie było.
Oprócz śmiałej i mimo wszystko w miarę oryginalnej wizji świata, plusem książki są bohaterowie - jeśli któryś z nich przedstawiony został jako idiota, to jest idiotą. Jeśli kapitan statku, budzący odległe skojarzenia z Hanem Solo (ma nawet swojego Chewbaccę, zbiegłego niewolnika) wychowywał się w sierocińcu i nie miał okazji zdobyć wiedzy naukowej o otaczającym go świecie, to tej wiedzy mieć nagle cudem nie będzie. Pozostałe postacie są może nieco sztampowe (przypadkowa zbieranina wyrzutków i uciekinierów, praktycznie każdy z mroczną tajemnicą w przeszłości i/lub czymś do odpokutowania/przezwyciężenia, którzy stają się zgraną załogą połączoną więzami przyjaźni dopiero pod koniec książki) ale ich historie i rozterki, wplecione w fabułę, są całkiem zajmujące, nawet jeśli bywają prozaiczne (a może to dobrze).
W gruncie rzeczy jest to powieść przygodowa czy też awanturnicza, na modłę opowieści o piratach. Zarys fabuły jest prosty całkiem - ot, przypadkowe zlecenie kradzieży zmienia się w ludobójstwo, tzn. ktoś głównych bohaterów wrobił. Potem okazuje się, że przypadkowo zabito wtedy następcę tronu, Arcyksiążę nie odpuści, ale nie wie o spisku na jego życie. W tle są grupy podniebnych piratów i korsarzy, cierpiąca na przerost ambicji arystokracja, agencja detektywistyczna, silnie rozwijająca się religia Przebudzonych i legendarne miasto Retribution Falls, coś w rodzaju Tortugi (czy innej pirackiej Tymczasowej Strefy Autonomicznej, jakby Hakim Bey powiedział) - miasta piratów, gdzie nie sięga władza Arcyksięcia. Akcja jest wartka i bardzo dużo się dzieje.
Generalnie polecam. Nic ambitnego, ale bardzo dobre czytadło.
Michel Crespy "Afera Leopolda"
Znowu książka z przeceny (8 albo 9zł, a nie 34,80zł [wyd. Amber]) i znowu autor nie znany mi. Trochę dystopia (chociaż autor stara się nie oceniać przedstawionej rzeczywistości), trochę polityczny thriller.
Rzecz się dzieje we Francji za ileśtam lat, po katastrofie ekologicznej na ogólnoświatową skalę. Tytoń jest zakazany, poruszanie się prywatnymi samochodami jest mocno ograniczone. Po drodze była jakaś pandemia, więc ludzie mają hopla na punkcie unikania bakterii i zdrowego trybu życia.
Wszędzie latają prywatne drony, nierzadko wielkości muchy, i śledzą każdy ruch obserwowanych. A obserwatorzy też są obserwowani. Strach zapuszczać się w gorsze dzielnice, w obawie albo przed mieszkańcami, zazwyczaj należącymi do mniejszości etnicznych, bądź "nadopiekuńczą" policją.
Taki trochę koszmarny sen koliberała.
Główną bohaterką jest młoda i ambitna dziennikarka, pracująca dla serwisu internetowego. Gdy opracowuje pytania, jakie zada kandydatowi na kandydata na prezydenta w ramach jednej z głównych partii politycznych w kraju, dostaje na maila tajemniczego, anonimowego smsa, aby zapytała o Leopolda. Udaje jej się spotkać z tym politykiem na żywo, i na odchodnym pyta go o Leopolda. I jest to początek naprawdę potężnej afery, która przeora życie polityczne Francji...
Elementy dystopii nie są aż tak futurystyczne, jak mogłoby się wydawać. Podobne czasy nadchodzą w sumie obecnie. Może oprócz planetoidy, która może pieprznąć w Ziemię. Ale kto wie. Zawiłości wielkiej polityki pokazane zostały również w sposób przekonujący, tak samo jak prawdziwe twarze wielu samozwańczych "mężów stanu".
I cóż, zgryz na koniec. W nabytej przeze mnie kopii brakowało sporej ilości stron, więc w sumie nie dowiedziałem się, "kto zabił", a to był jeden z 2-3 głównych wątków w książce. No ale tak to już bywa z książkami za mniej niż 10zł.
Rzecz się dzieje we Francji za ileśtam lat, po katastrofie ekologicznej na ogólnoświatową skalę. Tytoń jest zakazany, poruszanie się prywatnymi samochodami jest mocno ograniczone. Po drodze była jakaś pandemia, więc ludzie mają hopla na punkcie unikania bakterii i zdrowego trybu życia.
Wszędzie latają prywatne drony, nierzadko wielkości muchy, i śledzą każdy ruch obserwowanych. A obserwatorzy też są obserwowani. Strach zapuszczać się w gorsze dzielnice, w obawie albo przed mieszkańcami, zazwyczaj należącymi do mniejszości etnicznych, bądź "nadopiekuńczą" policją.
Taki trochę koszmarny sen koliberała.
Główną bohaterką jest młoda i ambitna dziennikarka, pracująca dla serwisu internetowego. Gdy opracowuje pytania, jakie zada kandydatowi na kandydata na prezydenta w ramach jednej z głównych partii politycznych w kraju, dostaje na maila tajemniczego, anonimowego smsa, aby zapytała o Leopolda. Udaje jej się spotkać z tym politykiem na żywo, i na odchodnym pyta go o Leopolda. I jest to początek naprawdę potężnej afery, która przeora życie polityczne Francji...
Elementy dystopii nie są aż tak futurystyczne, jak mogłoby się wydawać. Podobne czasy nadchodzą w sumie obecnie. Może oprócz planetoidy, która może pieprznąć w Ziemię. Ale kto wie. Zawiłości wielkiej polityki pokazane zostały również w sposób przekonujący, tak samo jak prawdziwe twarze wielu samozwańczych "mężów stanu".
I cóż, zgryz na koniec. W nabytej przeze mnie kopii brakowało sporej ilości stron, więc w sumie nie dowiedziałem się, "kto zabił", a to był jeden z 2-3 głównych wątków w książce. No ale tak to już bywa z książkami za mniej niż 10zł.
Bentley Little "Instynkt śmierci"
Uliczne punkty sprzedaży z używanymi bądź przecenionymi książkami to świetna sprawa. Można trafić na książki kosztujące normalnie i po 30zł, które można kupić za 8-9zł.
Jak w przypadku książki omawianej.
Autor jest ponoć nadzieją horroru (którą to już z kolei), bardzo ceni sobie jego twórczość sam Stephen King (jak naskrobano na tylnej okładce, ponoć nawet miał przy sobie książkę Little'go, gdy miał wypadek samochodowy ileś tam lat temu. Nie doprecyzowano, czy King rozbił się dlatego, że czytał w czasie jazdy).
Wbrew sugestiom jasno płynącym właśnie z rysunku na okładce i napisów na okładce, nie jest to książka o nawiedzonym domu. Nie jest to horror "nadnaturalny" czy jak się to fachowo nazywa. Ot, opowieść o seryjnym mordercy, istnym, nieuchwytnym, kpiącym sobie ze stróżów prawa geniuszu zbrodni. A w każdym razie na to wygląda jeszcze jakoś gdzieś do połowy książki. Potem zaczyna świtać inne wyjaśnienie, dosyć kuriozalne, ale przynajmniej niepoprawne politycznie i w miarę oryginalne. Chociaż podobny motyw zdarzał się często.
Bohaterowie zostali przedstawieni bardzo poczciwie i niekoniecznie szablonowo. Wrażliwy gliniarz interesujący się malarstwem nie trafia się często. Za to główna bohaterka to kalka różnych stereotypowych bohaterek horrorów - po przejściach i serii wizyt u psychologa, opiekująca się niepełnosprawnym, gderliwym i upartym jak osioł ojcem, samotna i zahukana, na samym końcu podejmująca twarzą w twarz nierówną walkę z psychopatą.
Gore tu nie ma, ale opisy ofiar psychopaty są niezłe i dosyć pomysłowe, chociaż w tej materii chyba już nie da się wymyślić niczego nowego.
Ogólnie rzecz biorąc, poprawnie napisane, całkiem wciągające, ale jednak nie dałbym za to 29,80zł (oryginalna cena - wyd. Amber), dałem bodajże 9zł i za tą cenę jestem bardzo usatysfakcjonowany, naprawdę poczciwe czytadło.
Jak w przypadku książki omawianej.
Autor jest ponoć nadzieją horroru (którą to już z kolei), bardzo ceni sobie jego twórczość sam Stephen King (jak naskrobano na tylnej okładce, ponoć nawet miał przy sobie książkę Little'go, gdy miał wypadek samochodowy ileś tam lat temu. Nie doprecyzowano, czy King rozbił się dlatego, że czytał w czasie jazdy).
Wbrew sugestiom jasno płynącym właśnie z rysunku na okładce i napisów na okładce, nie jest to książka o nawiedzonym domu. Nie jest to horror "nadnaturalny" czy jak się to fachowo nazywa. Ot, opowieść o seryjnym mordercy, istnym, nieuchwytnym, kpiącym sobie ze stróżów prawa geniuszu zbrodni. A w każdym razie na to wygląda jeszcze jakoś gdzieś do połowy książki. Potem zaczyna świtać inne wyjaśnienie, dosyć kuriozalne, ale przynajmniej niepoprawne politycznie i w miarę oryginalne. Chociaż podobny motyw zdarzał się często.
Bohaterowie zostali przedstawieni bardzo poczciwie i niekoniecznie szablonowo. Wrażliwy gliniarz interesujący się malarstwem nie trafia się często. Za to główna bohaterka to kalka różnych stereotypowych bohaterek horrorów - po przejściach i serii wizyt u psychologa, opiekująca się niepełnosprawnym, gderliwym i upartym jak osioł ojcem, samotna i zahukana, na samym końcu podejmująca twarzą w twarz nierówną walkę z psychopatą.
Gore tu nie ma, ale opisy ofiar psychopaty są niezłe i dosyć pomysłowe, chociaż w tej materii chyba już nie da się wymyślić niczego nowego.
Ogólnie rzecz biorąc, poprawnie napisane, całkiem wciągające, ale jednak nie dałbym za to 29,80zł (oryginalna cena - wyd. Amber), dałem bodajże 9zł i za tą cenę jestem bardzo usatysfakcjonowany, naprawdę poczciwe czytadło.
piątek, 2 sierpnia 2013
Odpryski XVI
1) Było koło północy, gdy usłyszałem pod blokiem dziwne odgłosy. Jako że mieszkanie wynajmowane przeze mnie w Krk jest usytuowane na parterze, wolałem się upewnić, co się dzieje. Wyjrzałem przez okno.
Parę kroków od mojego balkonu, w przyblokowym "ogródku", stał pijany koleś z łopatą. Wykopywał rosnącego tam iglaka. Sporego iglaka, trzeba przyznać. Męczył się prawie godzinę, po czym zniknął razem ze swoją zdobyczą w mrokach nocy.
Kraków to nie miejsce, Kraków to stan umysłu.
2) Będę bez internetów przez jakiś tydzień.
Parę kroków od mojego balkonu, w przyblokowym "ogródku", stał pijany koleś z łopatą. Wykopywał rosnącego tam iglaka. Sporego iglaka, trzeba przyznać. Męczył się prawie godzinę, po czym zniknął razem ze swoją zdobyczą w mrokach nocy.
Kraków to nie miejsce, Kraków to stan umysłu.
2) Będę bez internetów przez jakiś tydzień.
Robert E. Howard "Królestwo cieni"
Zbiór opowiadań Howarda umiejscowionych w ramach mitologii Cthulhu, lub pokrewnych zjawisk + wstęp samego Lovecrafta. Kilka z nich (oraz wstęp) już znałem, z "Płomienia Assurbanipala", czy jak się to dokładnie zwało, takie zeszytowe wydanie.
Pozostałe to w sumie Howard jak Howard. Silni mężczyźni, wielkie namiętności, wierność rasie i plemiennym bogom, mieszanie ras jako oznaka degeneracji. Cóż, w takich a nie innych to powstawało czasach. Heroizm wojowników, heroizm szalonych poetów. Przypominanie sobie poprzednich wcieleń. Nie straszy, a jedno opowiadanie hmm kryminalne z kultem Cthulhu w tle i jego zagadka są oczywiste dla czytelnika po paru akapitach. Trafiają się koszmarne uogólnienia - Jazydzi, Szintoizm i Starsi Bogowie sprowadzeni do jednego, wspólnego mianownika - satanizmu. Cóż. Hmm, jak już wspominałem, czasy były takie, a nie inne.
Mimo ogólnej czytadłowatości, czyta się przyjemnie. Duch Lovecrafta został zachowany. I dobrze poniekąd, że komuś się chciało tyle tego zebrać w jednym miejscu.
Pozostałe to w sumie Howard jak Howard. Silni mężczyźni, wielkie namiętności, wierność rasie i plemiennym bogom, mieszanie ras jako oznaka degeneracji. Cóż, w takich a nie innych to powstawało czasach. Heroizm wojowników, heroizm szalonych poetów. Przypominanie sobie poprzednich wcieleń. Nie straszy, a jedno opowiadanie hmm kryminalne z kultem Cthulhu w tle i jego zagadka są oczywiste dla czytelnika po paru akapitach. Trafiają się koszmarne uogólnienia - Jazydzi, Szintoizm i Starsi Bogowie sprowadzeni do jednego, wspólnego mianownika - satanizmu. Cóż. Hmm, jak już wspominałem, czasy były takie, a nie inne.
Mimo ogólnej czytadłowatości, czyta się przyjemnie. Duch Lovecrafta został zachowany. I dobrze poniekąd, że komuś się chciało tyle tego zebrać w jednym miejscu.
środa, 31 lipca 2013
"Bizarro Bazar"
Jak sama nazwa wskazuje, "Bizarro Bazar" to zbiór opowiadań bizarro. Mamy tutaj zarówno autorów rodzimych, jak i kilka sław zza oceanu. A czym właściwie jest to bizarro?
W sumie to nie wiem, to trochę takie wszystko i nic - dla mnie osobiście to nic złego - jeśli przyjmiemy, że pewnego pięknego dnia (a może w zeszły piątek) upadły wielkie narracje i żyjemy w ponowoczesności, jeśli przyjmiemy, że wszystko już było, i że pozostaje tylko zabawa konwencją i reinterpretowanie pojęć - to bizarro jest hordą pstrokatych szaleńców ucztujących na coraz bardziej gnijącym i rozpływającym się truchle wszystkiego, co było wcześniej. To ucieleśnienie świata "post-" - zabawa treścią, czysty absurd, groteska, surrealizm, gwałt na związkach przyczynowo-skutkowych, na sensie jako takim.
A w każdym razie miałem o bizarro taką opinię po kilku dorwanych w .pdf książkach klasykach gatunku (o dupo-goblinach z Auschwitz, itd.). Po "Bizarro Bazar" w sumie nie wiem, czym jest bizarro, bo większość zamieszczonych tutaj opowiadań zakwalifikowałbym bez problemu do innych gatunków - do parodii (np. "Czarne galery" Krzysztofa Maciejewskiego - w tym konkretnym przypadku byłaby to parodia urban fantasy), do wykrzywionej, zakrzaczonej, nieco perwersyjnej i ociekającej jadem dystopii/krytyki społecznej przywodzącej na myśl bardzo dalekie echa najróżniejszych skojarzeń, np. z niektórymi opowieściami staruszka Lema, zwłaszcza tymi z Bim-Bam-Bom i Miastochodami czy Zajdlem na kwasie (np. "Opcja" Dawida Kaina, "Homo Pregnantus" Jana Maszczyszyna, "Ojciec roku" Kazimierza Krycza Jr, "Polski gotyk" Marka Grzywacza, "Porno w sierpniu" Carltona Mellica III) przez czyste, niczym nie skrępowane i wręcz toporne (co nie znaczy, że złe) gore ("Przejażdżka" Edwarda Lee), czy przez odrealnioną, brutalną i krwawą ale jednak głównie psychologiczną opowieść o traumie i wyparciu ("Wirująca, szara mgła" Jeremy'ego C. Shippa), itd.
Czyli wróciliśmy do punktu wyjścia. Bizarro to wszystko i nic, lub, parafrazując słynną encyklopedię, bizarro jakie jest - każdy widzi. Lub schodząc na poziom czysto subiektywny - bizarro to to, czego autor uzna, że to bizarro. Elementem wspólnym byłaby dziwność bijąca z treści, pewna odczuwana podskórnie przewrotność, poczucie braku oparcia, jakaś taka przyćpana atmosfera. Chociaż niekoniecznie co do tego ostatniego. Do mojej pierwotnej, przytoczonej u góry tej notki definicji gatunku pasowałoby tylko kilka opowiadań z całej antologii - fenomenalna w swojej absurdalności i odrealnieniu "Cipakabra" Karola Mitki, "Dom (z) kotów" Jeffa Burke'a, "Skóra" Michała Stonawskiego, gwałt na opowieści o leśnych zwierzątkach, czyli "Ponure bobry" Camerona Pierce'a, no i "144000" Marcina Rojka, przewrotna opowieść o Paruzji. Swoją drogą, Marcin to mój dobry ziom jeszcze z liceum, więc mogę to napisać, i się nie obrazi - stary, stać Cię na więcej. To nie jest złe opowiadanie, nie. Po prostu oczekiwałem zniszczenia w stylu tego o zabawkach co kiedyś było w "Nowej Fantastyce", a "144000" to jednak lajcik w porównaniu do tamtego.
Nie chce mi się przedstawiać pozostałych opowiadań - nie było wśród nich jednak jakiegoś, które byłoby zdecydowanie gorsze od pozostałych.
Bizarro ma niby jakieś swoje mity założycielskie, rozwija się jako pewna subkultura i coś w rodzaju kontestującego zastany świat ruchu autorów; ciekawe, czy przyjmie się w Polsce na dłużej, gdzie jak na razie, z tego co widzę, znalazło sobie przystań głównie w "Niedobrych Literkach", siedzi tam i bluźni wniebogłosy oraz penisa pokazuje przechodzącym nieopodal gatunkom mainstreamu. I bardzo dobrze.
Omówioną pokrótce antologię, do dostania np. przez allegro chyba jeszcze, lub być może na kolejnych w tym roku konwentach, polecam jako papierowe świadectwo ekspansji bizarro w Polsce w pierwszym okresie tejże ekspansji. Dla kogoś nieobeznanego z gatunkiem będzie to tym bardziej wartościowa pozycja, bo przekrojowo pokazująca liczne warianty i wariacje w obrębie tego wirującego chaosu, jakim jest bizarro.
W sumie to nie wiem, to trochę takie wszystko i nic - dla mnie osobiście to nic złego - jeśli przyjmiemy, że pewnego pięknego dnia (a może w zeszły piątek) upadły wielkie narracje i żyjemy w ponowoczesności, jeśli przyjmiemy, że wszystko już było, i że pozostaje tylko zabawa konwencją i reinterpretowanie pojęć - to bizarro jest hordą pstrokatych szaleńców ucztujących na coraz bardziej gnijącym i rozpływającym się truchle wszystkiego, co było wcześniej. To ucieleśnienie świata "post-" - zabawa treścią, czysty absurd, groteska, surrealizm, gwałt na związkach przyczynowo-skutkowych, na sensie jako takim.
A w każdym razie miałem o bizarro taką opinię po kilku dorwanych w .pdf książkach klasykach gatunku (o dupo-goblinach z Auschwitz, itd.). Po "Bizarro Bazar" w sumie nie wiem, czym jest bizarro, bo większość zamieszczonych tutaj opowiadań zakwalifikowałbym bez problemu do innych gatunków - do parodii (np. "Czarne galery" Krzysztofa Maciejewskiego - w tym konkretnym przypadku byłaby to parodia urban fantasy), do wykrzywionej, zakrzaczonej, nieco perwersyjnej i ociekającej jadem dystopii/krytyki społecznej przywodzącej na myśl bardzo dalekie echa najróżniejszych skojarzeń, np. z niektórymi opowieściami staruszka Lema, zwłaszcza tymi z Bim-Bam-Bom i Miastochodami czy Zajdlem na kwasie (np. "Opcja" Dawida Kaina, "Homo Pregnantus" Jana Maszczyszyna, "Ojciec roku" Kazimierza Krycza Jr, "Polski gotyk" Marka Grzywacza, "Porno w sierpniu" Carltona Mellica III) przez czyste, niczym nie skrępowane i wręcz toporne (co nie znaczy, że złe) gore ("Przejażdżka" Edwarda Lee), czy przez odrealnioną, brutalną i krwawą ale jednak głównie psychologiczną opowieść o traumie i wyparciu ("Wirująca, szara mgła" Jeremy'ego C. Shippa), itd.
Czyli wróciliśmy do punktu wyjścia. Bizarro to wszystko i nic, lub, parafrazując słynną encyklopedię, bizarro jakie jest - każdy widzi. Lub schodząc na poziom czysto subiektywny - bizarro to to, czego autor uzna, że to bizarro. Elementem wspólnym byłaby dziwność bijąca z treści, pewna odczuwana podskórnie przewrotność, poczucie braku oparcia, jakaś taka przyćpana atmosfera. Chociaż niekoniecznie co do tego ostatniego. Do mojej pierwotnej, przytoczonej u góry tej notki definicji gatunku pasowałoby tylko kilka opowiadań z całej antologii - fenomenalna w swojej absurdalności i odrealnieniu "Cipakabra" Karola Mitki, "Dom (z) kotów" Jeffa Burke'a, "Skóra" Michała Stonawskiego, gwałt na opowieści o leśnych zwierzątkach, czyli "Ponure bobry" Camerona Pierce'a, no i "144000" Marcina Rojka, przewrotna opowieść o Paruzji. Swoją drogą, Marcin to mój dobry ziom jeszcze z liceum, więc mogę to napisać, i się nie obrazi - stary, stać Cię na więcej. To nie jest złe opowiadanie, nie. Po prostu oczekiwałem zniszczenia w stylu tego o zabawkach co kiedyś było w "Nowej Fantastyce", a "144000" to jednak lajcik w porównaniu do tamtego.
Nie chce mi się przedstawiać pozostałych opowiadań - nie było wśród nich jednak jakiegoś, które byłoby zdecydowanie gorsze od pozostałych.
Bizarro ma niby jakieś swoje mity założycielskie, rozwija się jako pewna subkultura i coś w rodzaju kontestującego zastany świat ruchu autorów; ciekawe, czy przyjmie się w Polsce na dłużej, gdzie jak na razie, z tego co widzę, znalazło sobie przystań głównie w "Niedobrych Literkach", siedzi tam i bluźni wniebogłosy oraz penisa pokazuje przechodzącym nieopodal gatunkom mainstreamu. I bardzo dobrze.
Omówioną pokrótce antologię, do dostania np. przez allegro chyba jeszcze, lub być może na kolejnych w tym roku konwentach, polecam jako papierowe świadectwo ekspansji bizarro w Polsce w pierwszym okresie tejże ekspansji. Dla kogoś nieobeznanego z gatunkiem będzie to tym bardziej wartościowa pozycja, bo przekrojowo pokazująca liczne warianty i wariacje w obrębie tego wirującego chaosu, jakim jest bizarro.
Sylwia Błach "Bo śmierć to dopiero początek"
Wbrew nastawieniu, z jakim zacząłem czytać tę książkę, nie jest to horror. W sumie thriller też nie. Bardziej powieść psychologiczna o postępującym obłędzie. Autorka uderzyła w mój czuły punkt, bo w fabule jest mnóstwo o kreowaniu siebie od nowa, przewartościowywaniu pojęć, co prawda tutaj nieco wbrew woli głównej bohaterki, no ale zawsze.
Jest tu też coś innego, co bardzo lubię, czyli sztuczne kreowanie rzeczywistości przez media (rzeczywistości w sensie obecnych w dyskursie pojęć - w tym wypadku mocno zdekonstruowane wampiry - nie chodzi o namacalną płaszczyznę bytu, lecz - jakby to ujął Baudrillard [tak, wiem, mam na jego tle nerwicę natręctw] - precesja modelu nad rzeczywistością. Rzeczywistością wg jeszcze innej definicji, ale nie ważne w sumie).
Tak czy owak, niezależnie od tego, w jakich kategoriach przeinterpretuje się treść książki na tysiąc sposobów, o jakich autorce się zapewne nawet nie śniło, historia snuta przez Sylwię to opowieść o losach młodej pisarki Malwiny i jej matki Jadwigi. Po śmierci męża i ojca Malwiny parę lat przed wydarzeniami przedstawionymi w książce Jadwiga nadal nie może się psychicznie pozbierać, cały czas bierze leki uspokajające. Malwina utrzymuje siebie i matkę, marząc skrycie o tym, by zostać pisarką. Wysłała kilku wydawnictwom rękopis napisanej przez siebie powieści o wampirach, jednak nikt nie zechciał jej tego wydać. Dlatego kiedy przy pomocy (także finansowej) swojego chłopaka Rafała udaje się jej w końcu wydać książkę w wydawnictwie, które najpierw każe sobie za wydanie książki płacić, jej radość jest ogromna.
Sukces jednak nie przychodzi, zamiast niego nadciąga rozczarowanie i postępująca depresja, która kończy się samobójstwem głównej bohaterki. A w każdym razie tak to wygląda na samym początku, później historia się komplikuje, gdy okazuje się, że ktoś postanowił zarobić na rzekomej śmierci młodej pisarki i przekonaniu fanów, że powróciła ona z zaświatów jako wampirzyca. A także przekonaniu o tym jej samej. Problem w tym, że sama Malwina zaczyna w pewnym momencie w to wierzyć.
Książkę czytało mi się nieźle, przerobiłem ją w jakieś 2-3 godziny (czyli jak dla mnie standard jak na książkę o takiej grubości). Nigdy w sumie nie zwracałem uwagi na styl, jeśli nie był odpychający, więc pod tym względem nie mam się do czego przyczepić. Pod względem treści też nie mam się do czego przyczepić - mimo tego, że od pewnego momentu fabuła staje się nieco przewidywalna (oprócz zakończenia), a i opowieści z wątkami - nazwijmy to - o dobrych chęciach, którymi jest piekło wybrukowane oraz o zaborczych rodzicach, wiedzących najlepiej co będzie najlepsze dla ich dzieci było legion, wampirza otoczka nadaje książce Sylwii trochę świeżości na tle naszego gnijącego postmodernizmu, tym bardziej że same motywy, którymi kierują się postacie w swoich działaniach, są nieco rozmyte - zwłaszcza w przypadku dosyć biernej głównej bohaterki. Jak na mój gust część wydarzeń rozegrała się trochę za szybko, osobiście nie miałbym też nic przeciwko znaczniej większej ilości wnikania w psychikę postaci i tok ich myślenia (jeśli są dobrze przedstawione, to bardzo lubię wewnętrzne monologi postaci i inne strumienie świadomości ciągnące się przez 10 stron minimum), także część motywów "gotyckich" (jak pokój ukryty w bibliotece - za to plus za książkę, którą się go otwierało, uśmiechnąłem się promiennie przy tym) jest trochę kiczowata, no ale to taka konwencja, poza tym to odczucia czysto subiektywne.
Z życzliwym zainteresowaniem będę śledził dalszą (oraz - jakby to nie zabrzmiało - wcześniejszą) twórczość autorki.
poniedziałek, 29 lipca 2013
"Asimov's Science Fiction (wydanie polskie)" 5/1992
Kupiłem to kiedyś przypadkiem, i przeczytałem w trakcie podróży pociągiem. Bardzo poczciwy aczkolwiek niewielki zbiorek różności.
1) Rudy Rucker, Bruce Sterling "Podbijanie kosmosu"
nieco groteskowa, przejaskrawiona opowieść o radzieckiej wyprawie po Meteoryt Tunguski. Do tego główny bohater, donosiciel KGB. Fajne.
2) John Varley "Żegnaj, Robinsonie"
opowieść o tym, że nie da się uciec przed rzeczywistością, jaka by nie była, nawet, jeśli zapragniesz być dzieckiem na bezludnej wyspie. Przejmujące.
3) Isaac Asimov "Diabeł w kieliszku"
lekka komedia s-f z cyklu o Azazelu. Morał - gdy widzisz fajną, ale spiętą laskę, grzebanie w jej odporności na alkohol nie zawsze jest tak dobrym pomysłem, jak wydaje się na pierwszy rzut oka.
4) Lawrence Watt-Evans "Nowe światy"
Standardowa opowieść o podróży po alternatywnych rzeczywistościach. Nic specjalnego.
5) Kim Stanley Robinson "Zielony Mars"
opowieść o wyprawie na szczyt najwyższej góry na Marsie, najeżonej kraterami wielkości Luksemburgu, itd. Im wchodzi wyżej, tym bardziej główny bohater akceptuje swoją życiową sytuację. Optymistyczne, choć lekko melancholijne, no i wątek o przemijaniu.
6) Marek Pąkciński "Szkarłatne litery. Howard Phillips Lovecraft a wyobraźnia purytan"
esej o wszystko mówiącym tytule. Food for thought.
1) Rudy Rucker, Bruce Sterling "Podbijanie kosmosu"
nieco groteskowa, przejaskrawiona opowieść o radzieckiej wyprawie po Meteoryt Tunguski. Do tego główny bohater, donosiciel KGB. Fajne.
2) John Varley "Żegnaj, Robinsonie"
opowieść o tym, że nie da się uciec przed rzeczywistością, jaka by nie była, nawet, jeśli zapragniesz być dzieckiem na bezludnej wyspie. Przejmujące.
3) Isaac Asimov "Diabeł w kieliszku"
lekka komedia s-f z cyklu o Azazelu. Morał - gdy widzisz fajną, ale spiętą laskę, grzebanie w jej odporności na alkohol nie zawsze jest tak dobrym pomysłem, jak wydaje się na pierwszy rzut oka.
4) Lawrence Watt-Evans "Nowe światy"
Standardowa opowieść o podróży po alternatywnych rzeczywistościach. Nic specjalnego.
5) Kim Stanley Robinson "Zielony Mars"
opowieść o wyprawie na szczyt najwyższej góry na Marsie, najeżonej kraterami wielkości Luksemburgu, itd. Im wchodzi wyżej, tym bardziej główny bohater akceptuje swoją życiową sytuację. Optymistyczne, choć lekko melancholijne, no i wątek o przemijaniu.
6) Marek Pąkciński "Szkarłatne litery. Howard Phillips Lovecraft a wyobraźnia purytan"
esej o wszystko mówiącym tytule. Food for thought.
Subskrybuj:
Posty (Atom)