poniedziałek, 5 września 2011

DuckDuckGo


http://duckduckgo.com/privacy.html, to nie wygląda w sumie źle. Nie wiem, czy jest lepsze od gógla, ale warto spróbować, jeśli chociaż częściowo piszą prawdę o sobie.

Edmund Cooper "Zdobywca przestworzy"

Świat tysiąc coś lat po ostatnim rozpieprzu ludzkości (były Dwie Generacje ludzkości, każda kończyła się hekatombą, w czasie fabuły książki żyje Generacja Trzecia). Wyspy Brytyjskie podzielone są na obszary rządzone przez lokalnych możnowładców, panuje feudalizm, system cechowy, poddaństwo, itd. Władzę religijną sprawuje Kościół Neoluddystów, który pali na stosach ludzi, którzy wynajdują jakiekolwiek wynalazki. Ktoś mądry inaczej doszedł bowiem do wniosków, że skoro ludzie prawie się zgładzili już dwa razy w historii, to najlepiej utknąć w feudalizmie i nie rozwijać już nauki nigdy, przenigdy. Do starych koncepcji luddystów dodano elementy religijne (Ned Ludd - autor podaje że to postać rzeczywista, upośledzony chłopak - miał zostać ukrzyżowany, miał czynić cuda, itd.). Główny bohater zostaje wybrany na ucznia malarza, i tak trafia na dwór lokalnego możnowładcy, gdzie ma namalować portret konny rozpieszczonej i okrutnej córki feudała. Jednak w końcu puszczają mu nerwy i bije ją, za co trafia do lochów. Okazuje się jednak, że pannica Alyx przejrzała na oczy i zakochała się w głównym bohaterze - który równocześnie kocha dziewczynę, którą ma wziąć za żonę na mocy kontraktu podpisanego przez ich rodziców. Nie jest to jednak koniec jego problemów, gdyż od zawsze pragnie on sięgnąć nieba i stworzyć maszynę zdolną do uniesienia człowieka w powietrze, przez co zaczynają interesować się nim neoluddyści, obserwujący zimnym okiem Inkwizytorów jego próby z latawcami i balonami. Gdy sytuacja się stabilizuje, ktoś atakuje jego wioskę, zamek feudała, całą okolicę. Główny bohater pragnie się zemścić, gdy widzi trupa zgwałconej Alyx. Trafia do małego obozu tych, co przetrwali, następnie w potyczkach (ataku dokonała zjednoczona flota piracka Admirała Śmierci, który pragnie na wyspach brytyjskich, zacofanych dzięki neoluddyzmowi zrobić sobie bazę wypadową) z piratami pokazuje wszystkim, że nie jest tylko szurniętym marzycielem, ale także dobrym taktykiem i wojownikiem (autor zdaje się też apoteozuje zemstę). Gdy nie ma szans na ratunek znikąd, ku powszechnemu zgorszeniu wpada na pomysł zbudowania maszyny - balonu i ostrzelania floty pirackiej ogniem z nieba. Ponieważ ludzie nie mają niczego do stracenia, zgadzają się na to, a przedstawiciel Kościoła wyrusza do Londynu powiadomić Inkwizytora...
Tak czy siak, atak się udaje, balon daje radę, a głównego bohatera zgarnia Inkwizycja. Jednak wstawiają się za nim mieszkańcy, Kościół zostaje przepędzony w cholerę. Główny bohater staje się cenionym naukowcem, etc, ple, ple, dożywa sędziwego wieku, na całym świecie jest szanowany jako odnowiciel lotnictwa, etc. Właśnie - jedyne co mi się nie podobało, to optymistyczne zakończenie. W rzeczywistości zapewne nikt nie kiwnął by palcem w obronie swojego bohatera, który zostałby spalony na stosie, a ciemnota powróciłaby na spustoszoną najazdem krainę. Tak czy owak książeczka jest bardzo przyjemna, ciekawa, postać głównego bohatera jest dobrze wykreowana, świat jest znośny całkiem, generalnie czyta się miło i przyjemnie. Książka była chyba wznawiana i później, więc może i jest gdzieś dostępna.

Rafał Ziemkiewicz "Władca szczurów"

Hoh, z tym małym i sympatycznym tomikiem opowiadań (debiut autora) miałem nielichy problem. Bardzo zdziwił mnie bowiem fakt, że autor, piszący takie rzeczy, nie został ostatecznie jakimś undergroundowym anty-NWO anarchistą tylko mainstreamowym, endekizującym liberałem. Niezwykłe są ludzkie drogi (chociaż w sumie powinienem wiedzieć o tym z autopsji). Tak czy siak, w tych szorstkich i szczerych opowiadaniach, które każde jest manifestem antyrządowym i/kub antywojennym i kroniką zdradzonych nadziei, marzeń, itp. tkwi diametralnie inna osobowość autora, niż chociażby w - phew- Zgredzie. Łatwo mi w sumie mówić, ciekawe co sam będę mówił i myślał, jak będę w wieku autora.
Mamy tu kilka opowiadań, uporządkowanych chronologicznie. Scenografia science-fiction w sumie jest tylko scenografią do snucia wizji świata niczym z Prison Planet/Infowars czy gdzie tam teraz Alex Jones siedzi. Jeszcze dziwniej, że autor wydał to jeszcze za komuny (w 1987; Biblioteka Fantastyki Science Fiction, Alfa), chociaż jedno z opowiadań przypomina losy TW Bolka, tyle, że w odległym kosmosie i przy znacznie bardziej tragicznej historii głównego bohatera. Inne opowiadania to odbrązawianie pomników dawnych bohaterów, świat skorumpowanej władzy i nawróconego na opozycję siepacza, wojsko przeprowadzające eksperymenty na żołnierzach, fasadowość rzekomo wielkich rewolucji, potęga skundlenia nad ideałami... Aż ciarki przechodzą po plecach w czasie czytania. Zero optymizmu, a część opowiadań kończy się po prostu źle. Warto przeczytać, jeśli ktoś to gdzieś dorwie, mimo surowości stylu i techniki.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
(opisywałem tutaj pierwsze wydanie, nie reedycję popełnioną przez Fabrykę Słów)

Ian Watson "Łowca śmierci"

Książeczka wydana przez Alfę w 1987 roku, w serii Biblioteka Fantastyki Science Fiction, pod numerem 9. Ciężko powiedzieć, czy to jest fantasy, czy science-fiction. Mamy tutaj bowiem elementy antyutopii, fantasy "eschatologicznego", na dodatek zakończenie zaskakujące podwójnie - nie dość, że Martix, to jeszcze Incepcja. ;)
Główny bohater to przewodnik, który w Domach Śmierci pomaga przygotować się ludziom do śmierci. Tak się bowiem składa, że ludzie są przeznaczani do śmierci przez odpowiedni urząd, gdy tak zostanie zadecydowane. Świat formalnie jest uporządkowany, religia została zepchnięta na margines marginesu społeczeństwa, nie ma przestępczości, brutalność w telewizji należy do historii, podobnie jak brutalność w ogóle... aż nagle, w dniu, gdy do eutanazji rozpoczyna się przygotowywać pewien poeta, którego twórczość posłużyła za fundament pod taki a nie inny świat, w czasie uroczystej i oficjalnej uroczystości zostaje zamordowany. Nikt nie wie nawet, cóż poradzić, bo morderstwa należą do rzadkości. Ostatecznie morderca trafia do Domu Śmierci, gdzie główny bohater - przybyły na miejsca akcji książki akurat w dniu morderstwa na się zaopiekować nim i przygotować go zarówno do śmieci, jak i pokuty. Okazuje się jednak, że morderca prowadził badania nad śmiercią - gdy udaje mu się zaciekawić głównego bohatera na tyle, że ten pozwala mu na zademonstrowanie tego, do czego udało mu się dojść... wtedy światopogląd głównego bohatera się zaczyna sypać. Razem kontynuują badania, dzięki narkotykom i feromonowi śmierci docierają w zaświaty, gdzie okazuje się, że ich teoria jest błędna... ale nie zmienia to faktu, że i tak nadwyręża ateistyczne poglądy powszechnie przyjęte za właściwe. Po ostatecznym eksperymencie bohaterowie giną, i okazuje się wtedy.... że cała akcja książki działa się w umyśle ... księdza-pedofila, poddanego eksperymentalnej kuracji. Zaczyna on zdawać sobie sprawę, że jego wizje się restartowały, a dwa światy - jego wizji oraz rzeczywisty, z Domami Życia, itd. - zaczęły się przenikać...
Tak czy siak - na zakończenie mamy mały mindfuck. Odważne tematy, odważna kreacja świata, wyraziści bohaterowie (no, dwóch głównych - reszta to tło i pionki), dobra książka. A że całkiem mała, to i przed snem w 2-3 godzinki można przeczytać. Była wznawiana wiele razy, także całkiem niedawno, bo dopiero w 2000 roku przez Pruszyńskiego i spółkę, więc powinna być dostępna.

David Brin "Listonosz"

Pamiętacie taki film z Costnerem, Wysłannik przyszłości? Taką patetyczną, hurraamerykańską papkę w scenerii post-apoc? To teraz o nim zapomnijcie i sięgnijcie po tą książkę, na bazie której to filmidło powstało. Nie będzie chyba wielkim zaskoczeniem, jeśli oznajmię, że film się z książką rozmija praktycznie całkowicie. Rzecz jasna, kłamstwo głównego bohatera, ale kłamstwo dające ludziom nadzieję i chęci do życia, pozostało, ale cała książka jest wybitnie anty-heroiczna, patosu i nacjonalizmu nie ma tu za grosz, a poglądy głównych złych kojarzą mi się z poglądami pewnych skrajnych prawaków, jakich kiedyś znałem. Przytoczony wręcz w książce fragment "Utraconego Imperium" mógłby wyjść spokojnie spod ręki... a, srał to pies, miało nie być tu nic o kwestiach polityczno-ideowych. Wracając do meritum, główny bohater to pełen rozterek człowiek, który chce po prostu przeżyć. Omyłkowo wzięty za listonosza (gdy znajduje mundur, pocztę - oraz zwłoki - prawdziwego listonosza, jeszcze sprzed wojny), postanawia nie wyprowadzać ludzi z błędu, gdy widzi, że ich życie może stać się lepszym - aż gdy jego kłamstwo zaczyna żyć własnym życiem...
Przeczytałem to w pociągu. Naprawdę niezłe. Wizja świata całkiem przyjemna, dosyć falloutowa, gdyby nie te lasy, dobrze ukazane zagrożenie dla zwykłego człowieka ze strony zaćpanych ideologią maniaków, świat po zagładzie, gdzie zagrożeniem nie są jakieś komiksowe mutanty, lecz to, co stanowiło zagrożenie dotychczas i przez cały czas trwania historii ludzkości - drugi człowiek, bohater przekonujący się, że nie jest jedynym kłamcą w spustoszonym kraju, itd. Fajnie, fajnie.

Brian W. Aldiss "Kto zastąpi człowieka?"

Od czasu, gdy przeczytałem Cieplarnię, Brian W. Aldiss stał się jednym z moich ulubionych autorów. Czyli od całkiem niedawna. Tak czy siak, ten zbiorek jego opowiadań, które oryginalnie powstawały w latach 1955 - 1969, wydany przez Iskry w 1985 roku (było to tłumaczenie zbiorku będącego swoistym "The Best Of" autora) (swoją drogą, Aldiss jeszcze żyje, a ostatnią książkę napisał w 2007 roku, a tak w każdym razie mówi Wikiśmietnik), trzyma poziom Cieplarni. Każde opowiadanie jest inne, nie każde jest nacechowane rozmachem i wszechogarniającym czytelnika światem w rodzaju tego, wykreowanego w Cieplarni, ale nawet te "zwyczajniejsze" trzymają wysoki poziom. Opowiadanie tytułowe (inne pewnie też, podobnie jak wszystko) można znaleźć w necie, np. tutaj (swoją drogą, szalona strona).
Cóż jest takiego w twórczości Aldissa (w tej jej drobnej części, z którą się zetknąłem), że przemawia do mnie (nawet, jeśli z racji na terminologię i koncepcje naukowe jednego opowiadania nie zrozumiałem :P)? Pesymizm autora co do człowieka jako takiego? Jakiś mroczny cień zagłady wiszący nad światem, wyczuwalny, nawet, jeśli nie ma w opowiadaniu niczego takiego wprost? Niezwykły, plastyczny język, wzniosły lecz zrozumiały (zazwyczaj), fenomenalny world-building (och jej, nowomodny termin). Zapewne wszystko po trochu.
Opowiadanie 1 - Zabawa w Boga
Na planecie leżącej cholera wie na jakim galaktycznym zadupiu za bóstwo lokalnej rasy robi człowiek, rozbitek, który żyje na tej planecie od lat. W celu skontaktowania się z nim, przybywa tam kilku ludzi, którzy dodatkowo mają zbadać przydatność planety pod kolonizację. Wielki bohater, który poskromił lokalną rasę i stał się jej bogiem okazuje się stary dziad, który nie ma o niczym pojęcia, i uważa się za kogoś, kim na pewno nie jest. A planeta jako taka skrywa kilka niespodzianek.
Opowiadanie 2 - Poniekąd sztuka
Daleka przyszłość. Nauka na Ziemi przypomina magię - zwłaszcza zmiany w kodzie genetycznym stworzeń, które umożliwiają im zupełne metamorfozy (np. podrzucona do góry ryba staje się ptakiem). Ziemia jest podzielona pomiędzy swoistą arystokrację, super-ludzi o dosyć ulepszonym genotypie, świat, gdzie mężczyźni żenią się z własnymi matkami. Wykorzystują też specjalnie hodowanych podludzkich niewolników. Jednak kosmos jest dosyć wielki, setki cywilizacji (w tym ludzkich, lecz zmienionych już przez warunki na danej planecie i postępującą ewolucję) żyją w przestrzeni na milionach światów. Tylko człowiek z Ziemi może sprostać pewnemu zadaniu, związanemu z istnieniem nowej formy życia...
Ciekawy wątek uwarunkowań kulturowych na ludzie życie.
Opowiadanie 3 - "O, miesiącu zachwytu mego!"
Księżyc pewnej dziadowskiej planety służy do hamowania statków Szybszych-Niż-Światło. Ludkowie poczciwi hodują tam owce, i jakoś se żyją. A wśród nich poeta...
Opowiadanie 4 - Strzępy
Mindfuck. Po prostu mindfuck, od początku - do końca. Nie da się w sumie nawet tego opisać.
Opowiadanie 5 - Przenigdy
Fragment życia dwudziestowiecznego nauczyciela akademickiego jest odgrywany jako komedia w dalekiej przyszłości. Główny zainteresowany zdaje sobie z tego sprawę, słyszy śmiech widowni, itd. Pewnego dnia coś się jednak psuje, i nieszczęsny naukowiec zostaje w przyszłości.
Opowiadanie 6 - Na zewnątrz
Czy jestem człowiekiem, i czy mogę wyjść z domu, który spełnia moje zachcianki, ale stara się mnie równocześnie kontrolować?
Opowiadanie 7 - Nieszczęsny, mały wojowniku!
Burżuj z dalekiej przyszłości poluje na brontozaura w dalekiej przeszłości. Fantastyczne pod względem językowym i technicznym.
Opowiadanie 8 - Kto zastąpi człowieka?
Świat, gdzie roboty, wyposażone w ograniczone formy sztucznej inteligencji, wykonują ludzkie polecenia, aż pewnego dnia szlag trafia ludzi (lub na to początkowo wygląda). Pytanie retoryczne w sumie, to tytułowe.
Opowiadanie 9 - Nieobliczalna gwiazda
Grupka kosmonautów trafia w warunki, które istnieć nie powinny. Im dłużej nie potrafią się stamtąd wydostać, tym bardziej narasta psychoza i szaleństwo... Fajne, psychologiczne opowiadanie, no i nie wiadomo, kto zabił.
Opowiadanie 10 - Kiedy ranne wstają zorze
Znów mindfuck. Normalne i wskrzeszone przez człowieka gatunki zwierząt, rozpływanie się w widzialnych - i pachnących - liniach muzyki, antropomorfizacja...
Opowiadanie 11 - Judasz tańczył
Szalony kuternoga, świat, gdzie po śmierci skazańców cofa się w czasie posłańca, i uniewinnia skazanych, którzy jednak pamiętają swoją śmierć. Czy (samozwańczy?) Jezus zmartwychwstanie po sam z siebie, za trzecim razem?
Opowiadanie 12 - Jeszcze jeden "Człowieczek"
Świat nie znający moralności, seks jest przygodny jak jedzenie, panuje coś w rodzaju rządu światowego, w celu świętowania obchodów jakiejś ważnej rocznicy, zostaje przedstawiony pomysł ponowienia ataku nuklearnego na Japonię, tego sprzed kilku wielkich wojen, z czasów, o których mało kto pamięta.
Opowiadanie 13 - Dziewczyna i robot z kwiatami
Czyli rozterki pisarza. Zwycięża lodówka.
Opowiadanie 14 - Chwila zaćmienia
Opowiadanie bardzo niefantastyczne, wręcz obyczajowe. Filmowiec i jego pasja do femme fatale.
Opowiadanie 15 - Człowiek ze swoim czasem
Z wyprawy kosmicznej na Marsa wraca żywy jeden człowiek. Udowadnia sobą, a właściwie tym, co mu się przytrafiło, że czas jest względy.

niedziela, 4 września 2011

Fallout 2 Restoration Project - Finalnie!

Bardzo, ale to bardzo źle się tutaj stało. Ale tak czy siak - udało mi się przeżyć i pozabijać wszystkich. Niestety, nie złapałem cudownej animacji śmierci Horrigana

I po Enklawie

Twórcy moda w special encounterze, ucharakteryzowani na postacie z Gwiezdnych Wojen! :D

Jak wyżej

Jak wyżej

Jak wyżej

Jak wyżej - ot, przespałem się tam żeby było jaśniej

Prezent od Hana

Fallout 2 Hintbook od Ojca Tully'ego
Dixi.

Constantin Cublesan "Trawa"

Dawno, dawno temu, w czasach, gdy jeszcze nie było mnie na świecie, wydawnictwo Iskry publikowało rozmaite książki fantastyczno/s-f/przygodowe w serii Fantastyka-Przygoda. Wydano w serii zarówno rozmaitą klasykę (Frankenstein), będących wtedy na topie różnych pisarzy gatunku (Lem), trochę nowszą klasykę i pozycje kultowe (Strugaccy, Zelazny, Asimov, Le Guin, Aldiss). Seria ciągnęła się od lat '60 do końca lat '80 ubiegłego wieku.W serii wydano też dzieło rumuńskiego pisarza (w jego nazwisku powinno być "s" z takim jakby drugim, mniejszym "s" pod spodem, nie chciało mi się szukać odpowiedniej literki gdzieś w necie lub symbolach Opennoffice'a) Constantina Cublesana pt. Trawa. Przeczytałem je całkiem niedawno, ale - ojej - nie pamiętam już, o co z tą trawą chodziło. Fabuła książki, mimo rozgrywania się gdzieś w kosmosie (z finałem na spustoszonej i zamienionej w muzeum Ziemi), dotyczy spraw bliskim i nam, tutaj, teraz - stawia pytania o ludzkie życie, egzystencję, istotę człowieczeństwa, jest także historią o maniactwie niektórych naukowców i wewnętrznej walce głównego bohatera, jaką toczy z setkami rozterek psychicznych przez cały czas trwania akcji książki.
Szczerze mówiąc, chociaż talentu autorowi odmówić nie można, to książka, subiektywnie rzecz biorąc, nie podobała mi się. Nie przyciągnęła do siebie klimatem (chociaż podejrzewanie bohatera przez wszystkich, że ten wie o czymś, o czym w rzeczywistości nie miał zielonego pojęcia to zdecydowanie najjaśniejszy element fabuły; no i ogólnie czasem lubię takie mózgotrzepy, pobudzające do zastanowienia się nad sobą i światem), rozlazłością fabuły (za dużo się działo we wnętrzu bohatera, za mało w otoczeniu), przesyceniem rozterek, emocji, problemów bohatera (niekończące się monologi, wspominki, itd). Było to wszystko do tego stopnia przegadane i rozmemłane, że zapomniałem już, jaki był właściwie koniec tej historii, i jaki był związek tej historii z tytułem. Mimo wszystko, jeśli gdzieś znajdziecie egzemplarz w dobrym stanie i tanio, to kupcie, a nóż widelec się komuś spodoba.

Andrzej Tuchorski "Rezydent Wieży"

Ostatnio dużo czytam. Powinienem zająć się czymś sensownym na studia (w końcu wrzesień - czas miecza i topora, czas pogardy, czas wilczej zamieci, itd.), ale co tam, raz się żyje.
Do ostatniego (a w każdym razie zalegającego ostatnio w kiosku na jednym z peronów dworca w Krakowie) numeru Nowej Fantastyki dołączona była - teoretycznie za darmo - książka (rzecz jasna, książka tego samego wydawnictwa, które wydaje i Nową Fantastyką). Książka ta to wspomniany już w tytule tego posta Rezydent Wieży Księga I autorstwa Andrzeja Tuchorskiego, którego niestety nie kojarzę zupełnie (no, coś mi świta, że chyba to debiutant jakiś albo zwycięzca jakiegoś konkursu, albo coś). Książkę przeczytałem w czasie jazdy pociągiem.
Na okładce magazynu napisano, że jest to rewelacyjne fantasy.
Niestety nie mogę się z tą opinią zgodzić. Tzn. książkę pana Andrzeja przeczytałem z przyjemnością, od okładki do okładki, jest napisana zrozumiałym i czytelnym językiem, przyciąga uwagę wizją świata (udana, autoironiczna momentami parodia heroic fantasy i gier RPG - czyli ludzkie imperia, w tym jedno wzorowane na starożytnym Rzymie, Gildia Magów, nielubiący Gildii Magów kapłani bóstw wzorowanych na panteonie rzymsko-greckim, Elfy, Krasnoludy, Orkowie, gdzieś tam dodatkowo rycerstwo, no i grupki poszukiwaczy przygód, odwiedzające bohatera tytułowego), ale to jednak za mało na rewelacyjne fantasy. Książkę jako taką czyta się rewelacyjnie i z przyjemnością, ale to jednak jest to tylko (lub aż) humorystyczne, lekkie i przyjemne dla czytelnika czytadło, które nawet, jak porusza poważniejsze i dojrzalsze kwestie, to nadal jest tylko - lub aż - czytadłem.
Jest to zbiór opowiadań, ułożonych w jakimśtam porządku (jedno opowiadanie jest retrospektywne - reszta jest raczej ułożona chronologicznie), jak już wspomniałem jest to o tyle parodia RPG czy heroic fantasy, że opowiada o bohaterach ratujących świat nie z perspektywy ich samych, ale z perspektywy maga, który świadczy im usługi przed wyruszeniem na spotkanie Przygody - identyfikuje im magiczne przedmioty, rozprasza przeklętą magię, bada artefakty po zapomnianych, starożytnych cywilizacjach, handluje mapami, eliksirami i magiczną bronią, itd. Bohater oczywiście nie siedzi cały czas w wieży - obserwujemy go w kontaktach międzyludzkich, poznajemy jedną z przygód w czasie studiów, mamy wgląd w jego rozterki i myśli. Sama postać też nie jest stereotypowym czarodziejem z wieży - jest dosyć młody, broda mu dopiero rośnie, na dodatek woli machać mieczem - i robi to zręcznie i z wprawą - niż kosturem. Autorowi należą się brawa za wizję świata, za zabawę konwencją i licznymi znanymi skądinąd motywami, także za wprowadzenie elementów współczesnego świata i jego problemów (liga drużyn gladiatorów zorganizowana na podobieństwo współczesnych i zwyczajnych piłkarskich, gdzie bogatsze kluby podkupują zawodników, a niechcący zadana śmierć w meczu pokazowym nazwana jest "kontuzją", itp.). W czasie czytania nie opuszczało mnie ani na chwilę wrażenie, że autor sam się dobrze bawił w czasie tworzenia. Powiedzonka bohaterów w rodzaju "porwałem się z wędką na krakena", "gość w dom - broń do ręki" też są niczego sobie.
Książka jest naprawdę dobra - jest pogodnym, sympatycznym czytadłem, ale jest tylko tym. Gdyby nie była dodana za darmo do pisma, to nie wiem, czy kupiłbym ją osobno. Ale jak już ją kupiłem, to tom drugi kupię, autor sobie zasłużył solidną robotą, chociaż nie jest to przełomowe dla gatunku arcydzieło. Jest to po prostu literatura rozrywkowa, i jako literatura rozrywkowa sprawdza się doskonale.

Jeszcze o Falloucie 2 Restoration Project

Shi Submarine

Jeśli wkurzycie Enklawę przez sieć komputerową w Gecko, to wreszcie przylecą po Was

Ah, ten Fallout puszczający do gracza oko

Klimatyczne ujęcie z intra

Klimatyczne ujęcie z intra, BTW, niezgodne z fabułą samej gry

Klimatyczne ujęcie z intra

Ranger's Safe House - jedna z kilku takich lokacji w grze

Tag Finesee + Perk Sniper + Bozar = zabicie Melchiora jedną serią (tak, Bozar niestety nie jest już snajperką) zanim przywoła jakiekolwiek ze swoich "zwierzątek"

Ulepszone implanty

Crashed Whale

Cafe of Broken Dreams

Vertibird Landing Pod - nowa część Enklwy, można tu przylecieć Vertibirdem

Cóż :D

Obrazki mówią więcej niż tysiąc słów, więc najpierw były obrazki. Miałem napisać o tym, że fabuła gry jest momentami nielogiczna, że sama lokacja Arroyo i Temple of Trials (Jordan i Kaga, ale i sama świątynia jako taka) to jedno wielkie gówno, itd, ale nie chce mi się. Może kiedyś do tego wrócę.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Fallout 2 Restoration Project

Problem?

Solved! BTW, jako, że ma to rozmiar 1200x800, możecie ustawić se jako tapetę

Tak już kiedyś tutaj gdzieś wspominałem, są mody i mody i mody, i każdy inny. Niektóre to właściwie nowe gry wykorzystujące elementy starej, inne dodają multum nowości, inne stawiają sobie za cel dokonanie zmian "technicznych" (utrudnienia, zmiany sposobu liczenia obrażeń, itd.). Są też i takie, które starają się uczynić grę taką, jaką powinna być od początku, ale z jakiegoś powodu (zazwyczaj potrzeba pośpieszenia się aby zdążyć z premierą) - nie była.

W Falloucie 2 każdy fan wie, że sporo rzeczy nie zostało zaimplementowanych - ot, chociażby quest z Klamath, gdzie bracia Dunton straszą upośledzonego Torra i kradną mu bydło. Nawet jak się znalazło szczypce radoskorpiona i zobaczyło, że braminy w ich zagrodzie mają pozmieniane znaki przynależności, to ni chuja nie można było z tym nic a nic zrobić. Siostra Sulika - nie było jej nigdzie, podobnie jak i samego sulikowego plemienia. Gdy Myron wspominał o opuszczonej, przedwojennej bazie nie miał na myśli ani Sierry, ani Mariposy, tylko nieimplementowaną do finalnej gry EPĘ. Gdy w Den gang Lary atakował gang Tylera, nie przejęli się tym, że część z przeciwników była akurat na imprezie gdzieś - znów w grze czegoś zabrakło. Gdy w elektrowni atomowej w Gecko bawiłeś się drogi graczu komputerem, mogłeś połączyć się z Nawarrą - lecz wysłane do nakopania Ci do dupy oddziały Enklawy nigdy się nie pojawiły. Grałeś postacią nastawioną na dyplomację, i denerwowała Cię konieczność wyrżnięcia wszystkich w obozie Raiderów? Zawsze ciekawiło Cię, co się stało z łodzią podwodną, którą przodkowie Shi przybyli do San Francisco? A może chciałbyś zobaczyć, skąd pochodził Ojciec Tully?
A więc masz teraz graczu taką możliwość. Tak, wszystko powyższe zostało już do gry zaimplementowane w powyższym modzie. To wszystko, a także o wiele więcej, i to wszystko w zgodzie z kanonem i w zgodzie z materiałami o niedokończonych lokacjach, jakie trafiały się publikowane przez samych twórców gry w legendarnych Fallout Bible'ach. Z nowych lokacji mamy więc - Shi Submarine (blokuje drogę tankowcowi, poza tym jest cały czas uzbrojona, i rozwaliłaby wszystko, co próbowałoby przepłynąć obok - trzeba się tam jakoś dostać i zrobić mały burdel - albo wręcz przeciwnie, po prostu pewne rzeczy powyłączać), EPA (ogromna, podziemno-naziemna przedwojenna baza, gdzie przeprowadzano eksperymenty biologiczno-genetyczne + ... muzeum, gdzie zdążały wycieczki z dziećmi, 7 poziomów pod ziemią, tylko częściowo połączonych ze sobą), Abbey - macierzysty "klasztor" ojca Tully'ego, Primitive Tribe - plemię Sulika i jego siostry, którą wreszcie można uratować - w kolejnej z nowych lokacji, jest dodatkowo mała wioska niedaleko Kryptopolis i leżący poza San Francisco magazyn Hubologistów. Możemy też znaleźć nowe lokacje, małe lokacje związane z Rangersami i Enklawą, a także przelecieć się Vertibirdem. Poprawiono chyba wszystkie błędy, jakie posiadał oryginalny Fallout 2 (a każdy wie, że było to zabugowane jak diabli), niestety, mod ma swoje własne małe błędy, które można reportować tutaj - KLIK! - a zostaną poprawione w nadchodzącej, nowej wersji moda (Killap to główny twórca moda).
Jednak nowe lokacje, które powinny być w Falloucie 2 od początku, oraz możliwość dokończenia sporej ilości questów, które też powinny być całe od początku, to nie wszystko. Mod dodaje trochę innych nowości, jednak żadna z nich nie psuje ani klimatu, ani nie jest niezgodna z kanonem. Przede wszystkim, tworząc postać, możemy zmienić jej wygląd. W bardzo ograniczonym zakresie, i, jak na razie, tylko postać płci męskiej. Możemy grać standardowo wyglądającym ziutkiem, ziutkiem łysym, lub długowłosym. Inne modele postaci (w tym kobiece) będą dodawane do gry w kolejnych wersjach moda. Dodano też do gry dzieci - dziewczynki, do tej pory byli to sami chłopcy. Mod wprowadził sporo nowych elementów graficznych - albo związanych z nowymi lokacjami, albo po prostu ładniej wyglądających w lokacjach już nam znanych. Wprowadzono nowe, piękne animacje eksplozji. Gdy moda się instaluje - jest automatyczny instalator - możemy wybrać, co chcemy zainstalować - są elementy opcjonalne, jak np. nowe animacje postaci używających karabinów czy katan, dodatkowe (i zazwyczaj koszmarnie drogie) pancerze dla NPCów nie używających do tej pory pancerzy - Marcusa, Gorisa, psów (zabugowane, nie polecam, może ktoś to naprawi w nowszych wersjach), czy Yet Another Ammo Mod, cośtam robiący z amunicją, by było lekko rzeczywiściej i lekko trudniej.
Sam mod wprowadził też dwie wspaniałe rzeczy - Timeslip Sfall'a - pliczek .dll oraz .ini, gdzie można łatwo zmieniać dodatkowe opcje gry - można tam wprowadzić i pozmieniać absolutnie wszystko, gdzie się wie, co i jak, rzecz jasna - np. ustawić obsługę akceleratorów graficznych i 32bit paletę kolorów, ale też zmienić prędkość poruszania się na mapie świata, i poustawiać tysiąc innych pierdół. Drugą z tych rzeczy jest High Resolution Patch, już skonfigurowany z Restoration Project. Dzięki niemu można uruchomić Fallouta 2 np. w rodzielczości 1200x800, i wygląda gra świetnie. Ten bajer, również obsługiwany raczej przez plik .ini, jest dużo prostszy i milszy w obsłudze niż czysto techniczna część Sfalla.
O modzie można poczytać tutaj, w wątku na świetnym forum No Mutants Allowed. W tym samym miejscu moda można ściągnąć.

A teraz łzawa historia mojego grania, i trochę screenshotów. Pochodzą z wcześniejszej wersji moda, aktualna jest pod linkiem wyżej, 2.2.

Początek. Łysy ziutek, szybko zrobiłem inną postać i zacząłem od nowa.

House was against them.

Ekranik wizerunku + domyślna, dla każdego taka sama na starcie gry, karma.

Za chwilkę koniec wczesnego początku.

Den Residental

Abbey - kawałek podziemi

Abbey - "nadziemia", fragment

Cóż, samo życie, problemy z samym sobą, szukanie akceptacji, itp.

Den Residental. Kontynuacja questu dla Lary - spod kościoła idziemy bić Tylera dalej.

Primitive Tribe (w wersji 2.2 - Umbra Tribe. Lokacja ta została gruntownie przerobiona)

Primitive Tribe

Szczepionka


Popsute Arroyo + zwłoki Hakunina

"Teacher", człowiek rodziny Wright

Pierwszy implant

Teraz tak, na pierwszy rzut oka, wygląda mapa Raiders

Jeeeeeeeeeee, rycerze króla Artura! Monty Python w Falloucie

Mój drugi implant

Sprzątanie gówien daje bonus do Speech ;D

Ghul (mutant, nie nieumarły) Typhon rozmawia o Heglu z Seymourem, gadającą, inteligentną rośliną.
EPA

EPA

EPA

EPA

EPA

EPA

EPA. Wbrew temu, co mówi ten komputer, Sub-Level Blue jednak istnieje.

EPA

EPA

EPA. Tak, to robactwo lata.

EPA.

EPA

EPA. Sub-level Blue, początek
Yeah

Uzależnienie od Rad-Away'u możne wydać się dziwne, ale to jeszcze nic. Kiedyś uzależniłem się od stimpaków.

Mam pecha do karawan #1. Encounter - inna karawana, odpierająca atak Deathclawów. Cóż, te ziomy z minigunami zrobili większe spustoszenie w mojej karawanie niż deathclawy. Najgorsze jest to, że karawany są jeszcze zabugowane - w Redding nie dostałem ani grosza, a wszyscy karawaniarze zniknęli (ciekawe, czy w wersji 2.2 ktoś to w końcu naprawił).

Mam pecha do karawan #2 - ta sama karawana co powyżej, aktualnie zdziesiątkowana, jeden encounter dalej.....

Vorpal Rat zabija Rycerzy Okrągłego Stołu

Holy Hand Grenade (of Antioch)

Vorpal Rat wybił część rycerzy, chociaż ładowali do niego ze wszystkiego co się dało (miniguny, plazma, etc) - aż nagle jeden z nich trafił go krytycznie w oczy za 1 obrażeń... i szczur zginął. :D

Encounter pomiędzy Vault 13 i New California Republic - ledwo co wziąłem Gorisa, a właśnie zaraz zginie.

Wygląda nieźle, nie? Zeta-scan już mam, może przyłączyć się do scjentolo... do Hubologistów? :P
GUARDIAN OF FOREVER czy cośtam

Srogi i bezbożny wpierdol w bazie Navarro. Wybiłem ich wszystkich, odnalazłem Snooky i zgwałciłem jej bezgłowego trupa w szyję. Haha. Ekhm.
Shi Submarine. Albo gra się spieprzyła, albo właśnie nie mogę jej ukończyć, opis poniżej będzie.

Shi Submarine

To, co powiedział ten technik, zanim spopieliłem go z pulse rifle, doskonale oddaje to, co się chyba stało z grą, zresztą opiszę to poniżej.

Jak schrzaniłem grę sobie, czyli czemu być może jej już nie ukończę.
Żeby przelać paliwo do tankowca, trzeba było panu A przynieść pancerz wspomagany ulepszony przez pana B, pracującego dla Hubologistów. Niestety, oni wszyscy już nie żyją, łącznie z nim. Inny człowiek, który mógłby przelać paliwo, też już nie żyje (cut-scene, do odtworzenia na komputerze medycznym - Horrigan przychodzi do bunkra BOS w San Francisco i zabija tego typa z BOS). Ani wejście, ani whackowanie się na Emperora nie ujawnia opcji przelania paliwa.
Nic to - pomyślałem. Jeśli coś się schrzaniło, to się schrzaniło, może potem się odchrzani, jak przyjdę do Badgera i powiem mu, że mam Tanker Fob i części. W międzyczasie chciałem więc dostać się na łódź podwodną Shi i zdezaktywować systemy. Udało mi się coś zrobić z jedną konsolą. Pozostałe - nic nie mogę z nimi zrobić. Wybiłem nawet nieszczęsnych Shi na pokładzie (podałem się za jednego z nich - naukowca, dopisałem się na listę techników w pamięci Emperora :P a strażnika motorówki ], którą z San Fran można dotrzeć do łodzi przegadałem). Nic to nie dało, i najprawdopodobniej utknąłem, jeśli na forum NMA nic mi nie doradzą. A szkoda. Mam 30 poziom i m.in. perk Sniper, a z wyposażenia pulse rifle i karabin gaussa, więc przeszedłbym przez Oil Rig jak przez masło (oprócz tego m.in. 12 plasma rifle na sprzedaż. Jeżdżę jak głupi bez sensu po kupcach i sprzedaję im tonę sprzętu za śmieszne pieniądze, ze względu na to, że implanty są cholernie drogie, a strzeliłbym sobie jeszcze dwa, łącznie za ok. 80 000 [High Dermal i ten ulepszony Phoenix]. Na razie mam ponad 30 000, i chyba nie będzie już nawet jak uzbierać do końca taką sumę, ew. nie będzie mi się chciało, jeśli gry nie będę mógł już przejść, to zacznę od nowa, trudno.).

Jeszcze trochę obrazków:

EPA, sub-level Blue. Czysto, wszystkie Alieny wybite. Swoją drogą, to nie Obcy sensu stricte, tylko kolejny eksperyment, w EPA można o tym poczytać...

Rozkopując Golgothę.

Drobne kłopoty w Mariposie. Wybrnąłem z nich i wyrżnąłem ich wszystkich.

Nie, jednak się nie przyłączyłem.
Solar Scorcher. Ta potężna broń z pewnego Special Encountera trafiła teraz do EPA, trzeba jednak namęczyć się nieźle i mieć dobre staty, żeby w ogóle móc porozumieć się z kimś i dostać pewnego questa...

Mała, martwa dziewczynka <3

Pozerzy to plagą każdych czasów.