Uwaga na spoilery.
~~~~
1) The Great Silence aka Il Grande silencio
Spaghetti western rozgrywający się w zimę? To nie jedyna rzecz raczej niespotykana dla gatunku, która pojawia się w tym filmie.
Film (ponoć oparty na faktach) opowiada historię grupy ludzi, którzy z jakiegoś powodu zostali wyjęci spod prawa. Nie byli to źli ludzie, tylko grupa religijna (Mormoni lub jakiś ich odłam, historii Stanów Zjednoczonych nie znam zbyt dobrze), z kobietami, starcami i dziećmi. Nadchodzi czas rządowej amnestii, która pozwoli im powrócić do społeczeństwa. Jednak nie jest to takie proste - zima pozbawiła ich żywności czy lekarstw, przez co zmuszeni zostali do obrabiania podróżnych.
W miasteczku na pustkowiu nieopodal pojawia się nowy szeryf, humanista o dobrym sercu, mający wykonać postanowienia amnestii. Do tego samego miejsca przybywają też - łowca nagród Tigrero (fantastyczna rola Klausa Kinskiego!) i łowca łowców nagród, niemowa Silence (Jean-Louis Trintignant), "ostatni sprawiedliwy", biorący stronę tych, którzy zostali pokrzywdzeni przez prawo. Silence nie bierze zapłaty za swoje "usługi", zabija też w ostateczności, ograniczając się zazwyczaj do odstrzelenia przeciwnikowi kciuka. Jego uraz do łowców nagród wziął się z dzieciństwa, gdy grupa łowców zabiła jego rodzinę (gdy sprowokowany ojciec zaczął strzelać, prawo umożliwiło tamtym na egzekucję - a chodziło rzecz jasna o to, że nie chciał sprzedać ziemi jakiemuś potentatowi - który zresztą okaże się być wysoko postawionym członkiem rady miejskiej w miejscu akcji...). W pewnym momencie historia o amnestii i grupce wyrzutków schodzi na plan dalszy, a uwypuklona zostaje nieuchronna konfrontacja Tigrero i Silence'a, ten drugi zostaje "wynajęty" do zabicia pierwszego przez młodą wdowę, aby pomścił śmierć jej męża...
W międzyczasie szeryf postanawia pozbyć się brużdżących mu łowców nagród z Tigrero na czele, niestety pada ofiarą własnej naiwności - pozbawiony skrupułów łowca zostawia go na zamarzniętym jeziorze - lód pęka, scena utonięcia szeryfa nie jest pokazana, co może sugerować, że w momencie kulminacyjnym, cudem uratowany, powróci...
Ale nie powróci (chociaż nakręcono dwie wersje zakończenia filmu, alternatywne - dobre - można znaleźć np. na youtube). Film wywraca do góry nogami poczucie sprawiedliwości widza - triumfuje odhumanizowany zapis prawny, ale nie sprawiedliwość. Ranny Silence ginie ostatecznie w nierównej konfrontacji z Tigrero i sprowadzonymi przez niego innymi łowcami, ginie młoda wdowa, giną też, po prostu związani i rozstrzelani na podłodze w saloonie członkowie grupy, która nie doczekała na amnestię.
Film nie pozostawia obojętnym, polecam gorąco.
2) The Big Gundown aka Colorado aka La resa dei conti
Lee Van Cleef (grający głównego bohatera, Jonathana "Colorado" Corbetta) jak zawsze rewelacyjny i Sergio Sollima (reżyser) nie schodzący poniżej pewnego poziomu. Film, który również odświeża konwencje gatunku, gdyż nic nie jest w nim takie, na jakie wyglądało.
Corbett to łowca nagród i nieco samozwańczy stróż prawa, były wojskowy i były szeryf, cieszący się popularnością w społeczeństwie i powszechnie rozpoznawany. Pewnego dnia, gdy jest na przyjęciu weselnym u lokalnego potentata, otrzymuje od niego propozycję, aby kandydował do senatu. Potentat deklaruje chęć pokrycia kosztów jego kampanii, w zamian za poparcie przez Corbetta projektu przeprowadzenia przez Teksas kolei. Zanim panowie dochodzą do porozumienia, wybucha wieść, że pewien meksykanin (Manuel "Cuchillo" Sanchez grany przez Tomasa Miliana) zgwałcił i zabił 12-letnią dziewczynkę. Corbett wyrusza na poszukiwania.
W tym momencie wszystko jest jasne - dobry łowca nagród wyrusza na polowanie, by znaleźć i pojmać - lub zabić - pedofila-mordercę. Sprytny meksykanin co rusz wywodzi Colorado w pole, trup ściele się przy tym gęsto, jednak w pewnym momencie, pomiędzy ściganym i ścigającym nawiązuje się czysto personalna rywalizacja, kto z nich jest lepszy. Do tego to właśnie ścigany Cuchillo okazuje się być bardziej ludzki od pochłoniętego rządzą złapania go Colorado.
W filmie jest przejmująca scena, gdy Cuchillo dołącza do podróżujących gdzieś mormonów. Colorado natomiast przemocą od ichniejszego pastora (? nie wiem, jakie tam mają tytuły) wydostaje informację, że tenże duchowny ulokował Meksykanina w swoim wozie - razem z 13-letnią Sarą.
Następnie widzimy, jak wóz stoi przy rzece, Meksykanin się kąpie, dziewczynka robi coś przy wozie. Cuchillo nakłania jednak Sarę, by weszła do wody, proponuje zabawę w której były "złym wilkiem" a ona "małą, mormońską dziewczynką". Widz zastyga w przerażeniu, widząc jak tych dwoje zaczyna się w końcu - ze śmiechem, ale jednak - szamotać, pewny, że Cuchillo jest mordercą i pedofilem (do tego momentu filmu wszystko by właśnie na to wskazywało - a w każdym razie wszystko wskazywało na to, że jest z niego kawał sukinsyna). Przybywa jednak Colorado - dziewczynka ucieka, myśląc, że to bandyta, a Cuchillo również uderza w takie tony, głośno lamentując, że on nic nie ma cennego, itd.
Sara, schowana w wozie za stojącym Amerykaniem, strzela mu w plecy. Meksykanin śmieje się, bierze konia, i ucieka. Przychodzi pastor, pochyla się nad rannym. Corbett pojękując i dysząc mówi mu, że przynajmniej Cuchillo nie zdążył zrobić czegoś złego jego córce. Na to zdziwiony pastor odpowiada, że Sara to jego czwarta żona, a nie córka.
Majstersztyk. A widz w tym momencie nie wie już na pewno, kto jest dobry, a kto zły, ew. czym ci dobrzy różnią się w sumie od złych.
Jak się okazuje potem, gdy w pogoni za Cuchillo Colorado udaje się do Meksyku, Meksykanin jest "polityczny", związany był z jakimś ludowym rewolucjonistą, wrogiem wielkim właścicielom ziemskim, skorumpowanemu rządowi i potentatom przemysłowym. Za to zaślepiony Corbett posuwa się do takich czynów, jak kradzież konia i pobicie człowieka bogu ducha winnego, który uratował mu życie.
W Meksyku role się odwracają - przybywa z małą, prywatną armią potentat z Teksasu (ten od kolei, z początku filmu, przyjaciel Corbetta), by osobiście dowodzić obławą na Cuchillo. Okazuje się, że prawdziwym mordercą i pedofilem jest ktoś inny (jego zięć lol) a Meksykanin był tylko kozłem ofiarnym. W końcowej strzelaninie nie mogło też zabraknąć barona z Europy (ach, ten monokl), twardo stojącego po stronie wielkiego kapitału.
Polecam, wspaniały klasyk.
3) Keoma
Keoma (w tej roli Franco Nero, chyba jego najlepsza kreacja, ze wszystkich filmów, które z nim oglądałem - tylko w Django był równie dobry) jest pół-indianinem, dzieckiem ocalałym z masakry jakiejś wioski (niestety nie wiem dokładnie, jaka była jego historia - ściągnąłem ten film w wersji z angielskim dubbingiem na filmie włoskim, przez co czasami było bardzo ciężko zrozumieć, o czym właściwie mówili), przygarniętym przez bogatego, szanowanego właściciela ziemskiego. Od najmłodszych lat był ofiarą dyskryminacji ze strony swoich przyrodnich trzech braci, za przyjaciela mając (oprócz przybranego ojca) tylko jego czarnoskórego niewolnika. Po wojnie secesyjnej, wraca do miasteczka, gdzie się wychował, zastając tam smród, brud i ubóstwo, miasto pogrążone w częściowej ruinie, szalejącą tajemniczą plagę (zanieczyszczenie wód gruntowych zrobiło swoje), grupę żołnierzy pod dowództwem dawnego pułkownika Konfederacji Caldwella, terroryzującą ludność i zamykającą chorych w obozie koncentracyjnym w starej kopalni za miastem. Najpierw ratuje żonę pastora (kobieta jest w ciąży), który ginie przy próbie ucieczki z obozu, potem wraca z nią do miasta, budząc wrogość i popłoch, odnajduje swojego dawnego czarnoskórego przyjaciela, który obecnie jest zaszczutym alkoholikiem.
Jak się okazuje, jego trzech przyrodnich braci przyłączyło się do Caldwella, miasto jest odcięte od świata, pozbawione dostępu do leków. Szukający swego miejsca na świecie Keoma postanawia pomóc mieszkańcom.
Ostatecznie, po wielu perypetiach, dochodzi w mieście do zbrojnej konfrontacji, w której ginie jego ojciec z ręki Caldwella. Caldwell jednak sam ginie niedługo potem z rąk trzech synów zabitego, którzy postanawiają wykorzystać sytuację, i przejąć władzę w miasteczku. Keoma zostaje uratowany przez kobietę, którą sam uratował, po czym jedzie z nią do starej czarownicy, która kiedyś go uratowała. Podążają za nim jego przyrodni bracia.
Strach i poczucie osaczenia wylewają się wręcz z filmu, gdy Keoma i jego bracia szukają się po opuszczonym budynku, a jedynymi dźwiękami dochodzącymi do widza są opętańcze krzyki bólu rodzącej kobiety. Najbardziej przejmująca rzecz, jaką widziałem ostatnimi czasy.
Brutalny i posępny film, poziom naturalistycznie pokazanej przemocy musiał w tamtych latach wydać się wręcz niewiarygodny. Sceny takie jak ta, gdy na pobitego Murzyna jego oprawca sika, a wszyscy ludzie siedzący i stojący nieopodal (bo to się w saloonie działo) śmieją się, zostały nakręcone tak, że robią wrażenie aż po dziś dzień.
Świetny (anty)western, mroczny, duszny, ale liryczny (i ach, ten soundtrack! z tego, co wyczytałem na IMDb, raczej się nie podoba, mi tam się podobało), kojarzący się wręcz momentami z grecką tragedią, no i o dość lewicowym przesłaniu, polecam gorąco. Jeden z najlepszych obrazów jakie powstały w ramach tzw. twilight spaghetti, czyli schyłkowego okresu popularności spag westernów.
c.d.n.
poniedziałek, 4 czerwca 2012
Piers Anthony "Sfery"
Biada, biada, biada mi, biada, pierwsza książka tego autora, jaką przeczytałem. A przecie taki klasyk, twórca tylu tasiemców, cykli, trylogii, itd. Cóż poradzić.
Książka ta bardzo, ale to bardzo przypomina mi pewną inną książkę, którą czytałem na tyle dawno temu (koniec podstawówki jakoś to był), że nie pamiętam ani tytułu, ani autora. Kiedyśtam w odległeś galaktyce ludzkość napotykała liczne problemy z nawiązywaniem kontaktów z istotami inteligentnymi, i główny bohater był chirurgicznie (jeśli dobrze pamiętam, o genetyce nie było tam mowy, więc książka musiała być odpowiednio stara) przerabiany na danego autochtona i zostawiany na danej planecie, by rozwiązał pewne problemy po myśli swoich pracodawców. I tak, był turlającym się czymś, co porozumiewało się za pomocą plecionych pułapek na zwierzęta, był jakimś czymś o zdolnościach empatycznych, był istotą pustynną podobną do kota, był stworzeniem latającym (i popsuł tradycyjne zwyczaje tych stworzeń, wynajdując oszczep, co znacznie przyśpieszyło przekształcanie się hierarchii społecznej) a na końcu książki poprosił o to, by stworzono z niego istotę będącą miksem poprzednich form, i zostawiono na planecie, która byłaby miksem światów, gdzie uprzednio działał. Gdyby ktoś z Czytelników wiedział, o jakiej książce piszę, to prosiłbym o podzielenie się ze mną tą wiedzą.
Tak czy siak, w "Sferach" mamy motyw nieco podobny. Tyle, że nie ma tam mowy o zabiegach chirurgiczno - genetycznych, lecz dochodzi do transferu aury Kirliana, w której zawiera się osobowość danej osoby. Głównym bohaterem jest zielony człowiek z planety leżącej na peryferiach ludzkiego Imperium kosmicznego, planety będącej w stadium paleolitu. Ze względu na posiadanie niewiarygodnie silnej aury (oraz doskonałej pamięci ejdetycznej), zostaje przez Imperium wysyłany do najróżniejszych światów z bardzo ważną misją - przekazania im pewnej technologii, umożliwiającej coś w rodzaju teleportacji międzyplanetarnej i/lub przenoszenie aury Kirliana. Ludzkość dostała tą technologię za darmo od pewnego posłańca z innego układu, w celu umożliwienia stworzenia galaktycznej konfederacji przeciwko imperium z obcej galaktyki, które rozpoczęło przygotowania do ... zabrania całej energii z Drogi Mlecznej, co skończyłoby się zagładą wszystkich leżących tam światów.
I tak, nasz zielony prostaczek, zajmujący się wcześniej głównie polowaniem na dinozaury na swojej rodzinnej planecie, wchodzi w skórę świeżo zmarłych przedstawicieli danej cywilizacji (ciało już martwe, bez aury, można przejąć na czas nieokreślony), w istotę, która zamiast nóg ma koło, w istotę podwodną (nieźle nabruździł na świecie podwodnym, trzy razy dokonał tam gwałtu, w tym raz homoseksualnego - swoją drogą, motyw z rasą składającą się z trzech płci, które kopulują razem ze sobą, przenikając się, był też w "Równi Bogom" Asimova, też świetna książka), w dziwactwo posługujące się wydawaniem skomplikowanych melodii w celu porozumiewania się, w niewolnika owadopodobnych istot zwanych "Panami", itp. Autor opisał te wszystkie obce dziwności ze smakiem i wyobraźnią, tworząc całe rozległe systemy filozoficzne, którymi te wszystkie istoty się posługiwały. Widać też fascynację autora Tarotem (w końcu napisał też kiedyś trylogię "Tarot"), kult religijny oparty na kartach tarota i wróżeniu z nich rozprzestrzenił się w różnych formach na całą galaktykę. W jednym miejscu pojawia się dodatkowo uwaga pachnąca Danikenem, a pod koniec książki, gdy główny bohater i przedstawiciele innych ras rozumnych przeszukują ruiny Starożytnych (cholernie oklepany motyw z pradawną, wszechkosmiczną cywilizacją, po której pozostało tylko gdzieniegdzie co nieco niezrozumiałych artefaktów i okruchów przepotężnych technologii, ale jak zwykle fajny), mamy namiastkę kryminału, gdy członkowie grupy zaczynają po kolei ginąć. Zakończenie jest niejednoznaczne, jak się okazuje, tropiąca głównego bohatera agentka obcej galaktyki, obdarzona równie potężną aurą Kirliana, co on sam, nie jest w sumie tym, za kogo czytelnik mógłby ją wziąć, opierając się na skąpo udzielanych informacjach przez autora na wcześniejszych stronach książki.
Reasumując, polecam, klasyk, który się nie zestarzał.
Książka ta bardzo, ale to bardzo przypomina mi pewną inną książkę, którą czytałem na tyle dawno temu (koniec podstawówki jakoś to był), że nie pamiętam ani tytułu, ani autora. Kiedyśtam w odległeś galaktyce ludzkość napotykała liczne problemy z nawiązywaniem kontaktów z istotami inteligentnymi, i główny bohater był chirurgicznie (jeśli dobrze pamiętam, o genetyce nie było tam mowy, więc książka musiała być odpowiednio stara) przerabiany na danego autochtona i zostawiany na danej planecie, by rozwiązał pewne problemy po myśli swoich pracodawców. I tak, był turlającym się czymś, co porozumiewało się za pomocą plecionych pułapek na zwierzęta, był jakimś czymś o zdolnościach empatycznych, był istotą pustynną podobną do kota, był stworzeniem latającym (i popsuł tradycyjne zwyczaje tych stworzeń, wynajdując oszczep, co znacznie przyśpieszyło przekształcanie się hierarchii społecznej) a na końcu książki poprosił o to, by stworzono z niego istotę będącą miksem poprzednich form, i zostawiono na planecie, która byłaby miksem światów, gdzie uprzednio działał. Gdyby ktoś z Czytelników wiedział, o jakiej książce piszę, to prosiłbym o podzielenie się ze mną tą wiedzą.
Tak czy siak, w "Sferach" mamy motyw nieco podobny. Tyle, że nie ma tam mowy o zabiegach chirurgiczno - genetycznych, lecz dochodzi do transferu aury Kirliana, w której zawiera się osobowość danej osoby. Głównym bohaterem jest zielony człowiek z planety leżącej na peryferiach ludzkiego Imperium kosmicznego, planety będącej w stadium paleolitu. Ze względu na posiadanie niewiarygodnie silnej aury (oraz doskonałej pamięci ejdetycznej), zostaje przez Imperium wysyłany do najróżniejszych światów z bardzo ważną misją - przekazania im pewnej technologii, umożliwiającej coś w rodzaju teleportacji międzyplanetarnej i/lub przenoszenie aury Kirliana. Ludzkość dostała tą technologię za darmo od pewnego posłańca z innego układu, w celu umożliwienia stworzenia galaktycznej konfederacji przeciwko imperium z obcej galaktyki, które rozpoczęło przygotowania do ... zabrania całej energii z Drogi Mlecznej, co skończyłoby się zagładą wszystkich leżących tam światów.
I tak, nasz zielony prostaczek, zajmujący się wcześniej głównie polowaniem na dinozaury na swojej rodzinnej planecie, wchodzi w skórę świeżo zmarłych przedstawicieli danej cywilizacji (ciało już martwe, bez aury, można przejąć na czas nieokreślony), w istotę, która zamiast nóg ma koło, w istotę podwodną (nieźle nabruździł na świecie podwodnym, trzy razy dokonał tam gwałtu, w tym raz homoseksualnego - swoją drogą, motyw z rasą składającą się z trzech płci, które kopulują razem ze sobą, przenikając się, był też w "Równi Bogom" Asimova, też świetna książka), w dziwactwo posługujące się wydawaniem skomplikowanych melodii w celu porozumiewania się, w niewolnika owadopodobnych istot zwanych "Panami", itp. Autor opisał te wszystkie obce dziwności ze smakiem i wyobraźnią, tworząc całe rozległe systemy filozoficzne, którymi te wszystkie istoty się posługiwały. Widać też fascynację autora Tarotem (w końcu napisał też kiedyś trylogię "Tarot"), kult religijny oparty na kartach tarota i wróżeniu z nich rozprzestrzenił się w różnych formach na całą galaktykę. W jednym miejscu pojawia się dodatkowo uwaga pachnąca Danikenem, a pod koniec książki, gdy główny bohater i przedstawiciele innych ras rozumnych przeszukują ruiny Starożytnych (cholernie oklepany motyw z pradawną, wszechkosmiczną cywilizacją, po której pozostało tylko gdzieniegdzie co nieco niezrozumiałych artefaktów i okruchów przepotężnych technologii, ale jak zwykle fajny), mamy namiastkę kryminału, gdy członkowie grupy zaczynają po kolei ginąć. Zakończenie jest niejednoznaczne, jak się okazuje, tropiąca głównego bohatera agentka obcej galaktyki, obdarzona równie potężną aurą Kirliana, co on sam, nie jest w sumie tym, za kogo czytelnik mógłby ją wziąć, opierając się na skąpo udzielanych informacjach przez autora na wcześniejszych stronach książki.
Reasumując, polecam, klasyk, który się nie zestarzał.
piątek, 1 czerwca 2012
Odpryski IV
1) Nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi, gdy zajmuje się wolne miejsce w przedziale. Kto wie, czy mile wyglądająca młoda kobieta siedząca naprzeciwko nie ma skłonności sadystycznych, a brodaty staruszek drzemiący koło okna nie jest brodatym staruszkiem.
Tak czy siak, czasem przytrafić się może podróżnemu coś zupełnie dziwacznego. Wyobraźcie sobie świecką wersję typowej "panny oazowej" (bluzka rozmiar za duża w jakimś oczojebnym kolorze, getry, sandały, charakterystyczny wyraz twarzy - między uniesieniem religijnym, wytrzeszczem i "oo, faktycznie duży, ale do czego służy?"), która dosiadła się koło mnie, gdyż tam było wolne.
Pociąg dowlókł się do miejsca docelowego, wysiadam, a ona pochyla się do mnie i mówi: "Niech pan uważa z słuchaniem głośnej muzyki". Najwyraźniej słuchałem głośniej niż zazwyczaj, a może tylko siedząca ze mną ucho w ucho troskliwa koleżanka przestraszyła się np. refrenu tego? Tak czy siak, podziękowałem rzecz jasna za troskliwość.
Tymczasem też obok mnie, z drugiej strony, siedział jakiś zarośnięty typ, przypominający jako żywo Hakim Beya. Co jakiś czas poruszał wargami żywo przy tym gestykulując, ew. nagle załamywał ręce lub rozglądał się po przedziale nieobecnym wzrokiem.
Za to z rok temu chyba jechałem pociągiem z jakimś miłym starszym gościem, któremu zebrało się na zwierzenia i wspomnienia z czasów IIWŚ, jak był na robotach w Reichu, itp. Po 10 minutach wyłączyłem się, potakując tylko i okazując zainteresowanie w losowych momentach.
2) Pogrzeby są smętne i dołujące, szczególnie, gdy poczciwy, porządny człowiek umarł nagle w wieku 45 lat, a rozmawiało się z nim jeszcze kilka dni wcześniej. Gdy zostawił żonę i córkę. Trumna opuszczona do błotnistej, gliniastej, rozpływającej się ziemi sprawia wyjątkowo ponure wrażenie. Szkoda, wielka szkoda, zmarły był wspaniałym sąsiadem, zawsze uczynnym i chętnym do bezinteresownej pomocy. Najprędzej zabiło go życie jako takie - nadmiar problemów w życiu osobistym, rodzinnym, zawodowym. 28 maja świeciło słońce, dziś zaś padał deszcz. A cmentarz batowicki jest ogromnym kompleksem, prawie się zgubiłem, szukając kaplicy (na teren cmentarza wszedłem boczną furtką na drugim końcu całego kompleksu, bo tak miałem bliżej idąc z autobusu).
3) Androidy śnią o elektrycznych owcach, a internetowi radykałowie śnią o projektowaniu ogrodów.
Tak czy siak, czasem przytrafić się może podróżnemu coś zupełnie dziwacznego. Wyobraźcie sobie świecką wersję typowej "panny oazowej" (bluzka rozmiar za duża w jakimś oczojebnym kolorze, getry, sandały, charakterystyczny wyraz twarzy - między uniesieniem religijnym, wytrzeszczem i "oo, faktycznie duży, ale do czego służy?"), która dosiadła się koło mnie, gdyż tam było wolne.
Pociąg dowlókł się do miejsca docelowego, wysiadam, a ona pochyla się do mnie i mówi: "Niech pan uważa z słuchaniem głośnej muzyki". Najwyraźniej słuchałem głośniej niż zazwyczaj, a może tylko siedząca ze mną ucho w ucho troskliwa koleżanka przestraszyła się np. refrenu tego? Tak czy siak, podziękowałem rzecz jasna za troskliwość.
Tymczasem też obok mnie, z drugiej strony, siedział jakiś zarośnięty typ, przypominający jako żywo Hakim Beya. Co jakiś czas poruszał wargami żywo przy tym gestykulując, ew. nagle załamywał ręce lub rozglądał się po przedziale nieobecnym wzrokiem.
Za to z rok temu chyba jechałem pociągiem z jakimś miłym starszym gościem, któremu zebrało się na zwierzenia i wspomnienia z czasów IIWŚ, jak był na robotach w Reichu, itp. Po 10 minutach wyłączyłem się, potakując tylko i okazując zainteresowanie w losowych momentach.
2) Pogrzeby są smętne i dołujące, szczególnie, gdy poczciwy, porządny człowiek umarł nagle w wieku 45 lat, a rozmawiało się z nim jeszcze kilka dni wcześniej. Gdy zostawił żonę i córkę. Trumna opuszczona do błotnistej, gliniastej, rozpływającej się ziemi sprawia wyjątkowo ponure wrażenie. Szkoda, wielka szkoda, zmarły był wspaniałym sąsiadem, zawsze uczynnym i chętnym do bezinteresownej pomocy. Najprędzej zabiło go życie jako takie - nadmiar problemów w życiu osobistym, rodzinnym, zawodowym. 28 maja świeciło słońce, dziś zaś padał deszcz. A cmentarz batowicki jest ogromnym kompleksem, prawie się zgubiłem, szukając kaplicy (na teren cmentarza wszedłem boczną furtką na drugim końcu całego kompleksu, bo tak miałem bliżej idąc z autobusu).
3) Androidy śnią o elektrycznych owcach, a internetowi radykałowie śnią o projektowaniu ogrodów.
środa, 30 maja 2012
Aldous Huxley "Nowy wspaniały świat"
(Zawsze zastanawiało mnie, czemu w polskim tytule nie ma w nazwie przecinka pomiędzy "nowy" a "wspaniały".)
Klasyczna dystopia, która nie zestarzała się, ba, można tylko przyklasnąć autorowi przenikliwego spojrzenia na rzeczywistość i przewidywania pewnych trendów.
Mamy więc wizje globalnego państwa, w którym rządzi przede wszystkim konsumpcja - konsumpcja zaprogramowana od góry do dołu, od najmłodszych lat życia człowieka aż do jego śmierci (zaprogramowana do tego stopnia, że ludzi się hoduje przy pomocy inżynierii genetycznej, chociaż autor tego określenia nie używa, pojęcia takie jak "ojciec", "matka" są obraźliwe, itp; poza tym od samego początku ludzi hoduje się z myślą o umieszczeniu ich w określonym miejscu społeczeństwa kastowego - najniższe warstwy są wręcz specjalnie upośledzane umysłowo; pranie mózgu jest powszechne i zaczyna się jeszcze w okresie niemowlęctwa w wielkich ośrodkach), człowiek nie może myśleć samodzielnie, jako hodowany element panującego systemu ma być tylko trybikiem niezdolnym do (nadmiaru) samodzielnej refleksji, a żeby przypadkiem nie miał kiedy pomyśleć, organizuje się jego wolny czas w ten sposób, żeby praktycznie nigdy nie był sam na sam ze swoimi myślami, i żeby zajmował go tylko płytki hedonizm i równie płytkie rozrywki, jak czuciofilmy. Jest jeszcze Soma, narkotyk, który podaje się nawet dzieciom.
Nigdy nie byłem zwolennikiem patrzenia na dzieła przeszłości przez pryzmat myśli i analiz ludzi żyjących nieraz wiele lat po twórcy danego dzieła, jednak nie sposób nie zauważyć w "Nowym wspaniałym świecie" elementów sensu stricte baudrillardowskich, przy uwzględnieniu nawiązań do Deborda czy Hakim Beya. Nowy, wspaniały świat to spektakl zintegrowany - system kapitalistyczny dotarł do miejsca, w którym podporządkował sobie nawet życie ludzie jako takie, hoduje ludzi jako swoich niewolników, posłuszne elementy machiny. Zło (oraz, uogólniając, to co "inne" w tym świecie) zostało werbalnie wyrugowane - dlatego tym bardziej przeraża i fascynuje tych, którzy się z nim stykają (końcówka książki, gdy do Dzikusa przybywają ludzie), system kapitalistyczny próbuje z jednej strony wchłonąć wszelką inność (albo z pozycji czysto konsumenckich, komercyjnych - stara prawda, kapitalizm sprzedaje (w naszym świecie zazwyczaj jako dobra luksusowe) to, co sam zniszczył, z drugiej strony - próbuje ją wyrugować ze swojego świata, nierzadko wykorzystując do tego celu ksenofobię (istnieją wydzielone rezerwaty ludności "niecywilizowanej", rozmnażającej się płciowo, itd, enklawy starego świata, które jednak zdegenerowały się do pierwotnego trybalizmu, wytworzyła się kultura eklektyczna, łącząca w sobie wiele wspomnień po starym świecie, np. uznająca Jezusa za jedno z bóstw plemiennych na równi ze zwierzętami totemistycznymi, będące czymś w rodzaju skansenu i zoo dla zwiedzających z "cywilizowanego" świata.). Nie wiem, co autor chciał przekazać przez nadanie niektórym bohaterom nazwisk Marks czy Bakunin lub imion jak Lenina, tym bardziej, że czas liczy się od nowa, od początku Ery Forda. Tak czy siak, wracając do Baudrillarda, kolejny przykład na wchłonięcie radykalizmu antykapitalistycznego przez kapitalizm.
Sama książka posłużyła za źródło inspiracji dla wielu innych autorów - od Raya Bradbury'ego (zwalcza się to, co pozostało z kultury i sztuki sprzed Ery Forda), przez filmowe antyutopie ("Equilibrum", gdzie rządzący światem nie przestrzegali tego, co sami wprowadzili) po architektów NWO lol.
Innym wątkiem, ale włączonym w główny wątek fabularny jest "szok kulturowy" jaki doświadcza przybysz z rezerwatu, syn zaginionej Bety Minus i Alfy cośtam, który mając w pamięci opowieści matki o wspaniałym świecie, z jakiego przybyła, bardzo szybko weryfikuje te wizje. Pojawia się też wątek jednostek potrafiących myśleć samodzielnie - to, co się z nimi dzieje, przypomina mi nieco "Limes inferior" Zajdla, gdzie proponowało się im udział w rządzeniu światem - tutaj mają to wyboru albo to, albo zesłanie na wybraną przez siebie wyspę.
Książkę polecam, fascynująca. Np. u Najgorszego Pracodawcy 2012 można dostać.
Klasyczna dystopia, która nie zestarzała się, ba, można tylko przyklasnąć autorowi przenikliwego spojrzenia na rzeczywistość i przewidywania pewnych trendów.
Mamy więc wizje globalnego państwa, w którym rządzi przede wszystkim konsumpcja - konsumpcja zaprogramowana od góry do dołu, od najmłodszych lat życia człowieka aż do jego śmierci (zaprogramowana do tego stopnia, że ludzi się hoduje przy pomocy inżynierii genetycznej, chociaż autor tego określenia nie używa, pojęcia takie jak "ojciec", "matka" są obraźliwe, itp; poza tym od samego początku ludzi hoduje się z myślą o umieszczeniu ich w określonym miejscu społeczeństwa kastowego - najniższe warstwy są wręcz specjalnie upośledzane umysłowo; pranie mózgu jest powszechne i zaczyna się jeszcze w okresie niemowlęctwa w wielkich ośrodkach), człowiek nie może myśleć samodzielnie, jako hodowany element panującego systemu ma być tylko trybikiem niezdolnym do (nadmiaru) samodzielnej refleksji, a żeby przypadkiem nie miał kiedy pomyśleć, organizuje się jego wolny czas w ten sposób, żeby praktycznie nigdy nie był sam na sam ze swoimi myślami, i żeby zajmował go tylko płytki hedonizm i równie płytkie rozrywki, jak czuciofilmy. Jest jeszcze Soma, narkotyk, który podaje się nawet dzieciom.
Nigdy nie byłem zwolennikiem patrzenia na dzieła przeszłości przez pryzmat myśli i analiz ludzi żyjących nieraz wiele lat po twórcy danego dzieła, jednak nie sposób nie zauważyć w "Nowym wspaniałym świecie" elementów sensu stricte baudrillardowskich, przy uwzględnieniu nawiązań do Deborda czy Hakim Beya. Nowy, wspaniały świat to spektakl zintegrowany - system kapitalistyczny dotarł do miejsca, w którym podporządkował sobie nawet życie ludzie jako takie, hoduje ludzi jako swoich niewolników, posłuszne elementy machiny. Zło (oraz, uogólniając, to co "inne" w tym świecie) zostało werbalnie wyrugowane - dlatego tym bardziej przeraża i fascynuje tych, którzy się z nim stykają (końcówka książki, gdy do Dzikusa przybywają ludzie), system kapitalistyczny próbuje z jednej strony wchłonąć wszelką inność (albo z pozycji czysto konsumenckich, komercyjnych - stara prawda, kapitalizm sprzedaje (w naszym świecie zazwyczaj jako dobra luksusowe) to, co sam zniszczył, z drugiej strony - próbuje ją wyrugować ze swojego świata, nierzadko wykorzystując do tego celu ksenofobię (istnieją wydzielone rezerwaty ludności "niecywilizowanej", rozmnażającej się płciowo, itd, enklawy starego świata, które jednak zdegenerowały się do pierwotnego trybalizmu, wytworzyła się kultura eklektyczna, łącząca w sobie wiele wspomnień po starym świecie, np. uznająca Jezusa za jedno z bóstw plemiennych na równi ze zwierzętami totemistycznymi, będące czymś w rodzaju skansenu i zoo dla zwiedzających z "cywilizowanego" świata.). Nie wiem, co autor chciał przekazać przez nadanie niektórym bohaterom nazwisk Marks czy Bakunin lub imion jak Lenina, tym bardziej, że czas liczy się od nowa, od początku Ery Forda. Tak czy siak, wracając do Baudrillarda, kolejny przykład na wchłonięcie radykalizmu antykapitalistycznego przez kapitalizm.
Sama książka posłużyła za źródło inspiracji dla wielu innych autorów - od Raya Bradbury'ego (zwalcza się to, co pozostało z kultury i sztuki sprzed Ery Forda), przez filmowe antyutopie ("Equilibrum", gdzie rządzący światem nie przestrzegali tego, co sami wprowadzili) po architektów NWO lol.
Innym wątkiem, ale włączonym w główny wątek fabularny jest "szok kulturowy" jaki doświadcza przybysz z rezerwatu, syn zaginionej Bety Minus i Alfy cośtam, który mając w pamięci opowieści matki o wspaniałym świecie, z jakiego przybyła, bardzo szybko weryfikuje te wizje. Pojawia się też wątek jednostek potrafiących myśleć samodzielnie - to, co się z nimi dzieje, przypomina mi nieco "Limes inferior" Zajdla, gdzie proponowało się im udział w rządzeniu światem - tutaj mają to wyboru albo to, albo zesłanie na wybraną przez siebie wyspę.
Książkę polecam, fascynująca. Np. u Najgorszego Pracodawcy 2012 można dostać.
niedziela, 27 maja 2012
Bohdan Petecki "Operacja Wieczność"
Kolejny klasyk z serii "Fantastyka - przygoda" z "Iskier". trzecia książka Peteckiego, jaką czytałem.
Fabuła przywodzi na myśl odległe skojarzenia z filmem "6 dzień", które jednak szybko okazują się być dosyć przypadkowymi.
Trzecia książka Peteckiego, jaką miałem przyjemność czytać, jak na razie wszystkie mają element wspólny - główny bohater to jednostka z zadatkami na wybitną, typ nie godzący się na to, co się dzieje, lub godzący się, ale pozostający wewnętrznie suwerenny, taki anarcha trochę.
Tym razem mamy kosmonautę żyjącego w świecie przyszłości, gdy wymyślono genofory - pakiety genów i zapis pamięci, aktualizowane na bieżąco co jakiś czas, z których w razie śmierci danej osoby odtwarza się ją. W ten sposób ustanowiono tytułową wieczność.
Główny bohater ma jednak wątpliwości, spotęgowane po tym, jak w wypadku ginie jego dziewczyna, która następnie zostaje "rehabilitowana". Dan odchodzi od jej klona, targany emocjami zgadza się w końcu na zapis z siebie, po czym pozoruje własną śmierć, przez co jest już ich dwóch. Gdy pierwszy leci w kosmos z arcyważną i tajną misją, drugi zostaje na Ziemi.
Myślałem, że więcej w fabule będzie o zbuntowanym pantomacie. Dan leci gdzieś w przestrzeń, by sprawdzić, co stało się z jednym z kilku banków całej ludzkiej wiedzy, dla bezpieczeństwa umieszczonym hen w przestrzeni. Na miejscu okazuje się, że urządzenie albo zostało przez kogoś/coś przeprogramowane, albo uzyskało samoświadomość. Wątek ten został przez autora szybko jednak porzucony, a fabuła wraca na tor rozmyślań o zasadności osiągnięcia nieśmiertelności i etyczne zagadnienia związane z kwestą odtwarzania zmarłych. I tak, główny bohater głownie rozmyśla, szorstko obnosi się ze sim niezadowoleniem, wreszcie przy próbie zabicia siebie i klona sam ginie, i zostaje odtworzony. W międzyczasie pojawia się jeszcze jedna kobieta i tworzy się ogólny galimatias. A dlaczego ludzie przestali chodzić po górach? Po nieśmiertelność zabiła żądzę ryzyka, co to za ryzyko upadku ze skały, skoro łatwo można "odżyć".
Pomysł i wykonanie dobre, ale (zapewne z racji czasów, w jakich powstała - lub z racji na nieznane mi poglądy samego autora) czegoś zabrakło. A dokładnie - głębi w podjętych przez autora rozważaniach. Nie ma ani jednej koncepcji związanej z duszą (co się z nią dzieje, czy klon pośmiertny ją posiada;), autor nie wpadł też na pomysł postawienia i rozwiązania kilku fascynujących problemów - co by się stało, gdyby jakiś klon zechciał odrzucić pamięć siebie samego sprzed śmierci, i uznał się za zupełnie "nową" osobę, itd.
Mimo tych niedociągnięć książka trzyma poziom.
Fabuła przywodzi na myśl odległe skojarzenia z filmem "6 dzień", które jednak szybko okazują się być dosyć przypadkowymi.
Trzecia książka Peteckiego, jaką miałem przyjemność czytać, jak na razie wszystkie mają element wspólny - główny bohater to jednostka z zadatkami na wybitną, typ nie godzący się na to, co się dzieje, lub godzący się, ale pozostający wewnętrznie suwerenny, taki anarcha trochę.
Tym razem mamy kosmonautę żyjącego w świecie przyszłości, gdy wymyślono genofory - pakiety genów i zapis pamięci, aktualizowane na bieżąco co jakiś czas, z których w razie śmierci danej osoby odtwarza się ją. W ten sposób ustanowiono tytułową wieczność.
Główny bohater ma jednak wątpliwości, spotęgowane po tym, jak w wypadku ginie jego dziewczyna, która następnie zostaje "rehabilitowana". Dan odchodzi od jej klona, targany emocjami zgadza się w końcu na zapis z siebie, po czym pozoruje własną śmierć, przez co jest już ich dwóch. Gdy pierwszy leci w kosmos z arcyważną i tajną misją, drugi zostaje na Ziemi.
Myślałem, że więcej w fabule będzie o zbuntowanym pantomacie. Dan leci gdzieś w przestrzeń, by sprawdzić, co stało się z jednym z kilku banków całej ludzkiej wiedzy, dla bezpieczeństwa umieszczonym hen w przestrzeni. Na miejscu okazuje się, że urządzenie albo zostało przez kogoś/coś przeprogramowane, albo uzyskało samoświadomość. Wątek ten został przez autora szybko jednak porzucony, a fabuła wraca na tor rozmyślań o zasadności osiągnięcia nieśmiertelności i etyczne zagadnienia związane z kwestą odtwarzania zmarłych. I tak, główny bohater głownie rozmyśla, szorstko obnosi się ze sim niezadowoleniem, wreszcie przy próbie zabicia siebie i klona sam ginie, i zostaje odtworzony. W międzyczasie pojawia się jeszcze jedna kobieta i tworzy się ogólny galimatias. A dlaczego ludzie przestali chodzić po górach? Po nieśmiertelność zabiła żądzę ryzyka, co to za ryzyko upadku ze skały, skoro łatwo można "odżyć".
Pomysł i wykonanie dobre, ale (zapewne z racji czasów, w jakich powstała - lub z racji na nieznane mi poglądy samego autora) czegoś zabrakło. A dokładnie - głębi w podjętych przez autora rozważaniach. Nie ma ani jednej koncepcji związanej z duszą (co się z nią dzieje, czy klon pośmiertny ją posiada;), autor nie wpadł też na pomysł postawienia i rozwiązania kilku fascynujących problemów - co by się stało, gdyby jakiś klon zechciał odrzucić pamięć siebie samego sprzed śmierci, i uznał się za zupełnie "nową" osobę, itd.
Mimo tych niedociągnięć książka trzyma poziom.
piątek, 25 maja 2012
"Pocket Tanks Deluxe"
Dawno, dawno temu była sobie gra "Castle". Opierała się na banalnym pomyśle, genialnym w swojej prostocie - są dwa zamki, z których następuje ostrzał przeciwnika. Ustawiało się tam bodaj kąt armaty i silę, ten gracz, kogo zamek się rozpadł pierwszy, przegrywał.
Lub coś w tym stylu, nie widziałem tej gry od baaaaardzo dawna.
Było rzecz jasna wiele mutacji tejże gry, opierających się na tym samym pomyśle, z czego najlepiej pamiętam dwóch king-kongów stojących na wieżowcach i rzucających czymś w siebie.
"Pocket Tanks" to kolejna mutacja. Zamiast zamków są czołgi - mogą się poruszać - do 4 ruchów na grę, lufę można obracać dookoła czołgu niczym koło młyńskie, plansze są zróżnicowane. Ustawia się siłę, z jaką strzelamy w przeciwnika. Można pogrzebać w ustawieniach, włączyć sobie np. wiatr, wpływający na trajektorię lotu pocisków.
Największym plusem gry jest jednak ogrom broni, które gracze wybierają na przemian przed rozpoczęciem gry (jedna gra trwa z 10 rund, nie pamiętam, nie zwracałem na to w sumie uwagi :D). Jeśli pościąga i doinstaluje się wszystkie dostępne dodatki, to broni będzie... 250. A to bardzo duża pula, z której gra wybiera losowo bronie do wyboru przez graczy przed każdą grą.
A jakie to bronie? Najróżniejsze i najdziwniejsze. Od zwykłych pocisków czołgowych, przez kupy błota, meteoryty, broń nuklearną, lasery, naprowadzanie dla UFO, wybuchowe robaki, kule armatnie, cytrynę, tarcze, bunkry, rozlewający się klej lub substancja odbijająca lecące pociski, itp, itd, etc - naprawdę ciężko nawet pokrótce opisać ten przebogaty arsenał.
Czołg nie ma HP, każde trafienie nabija graczowi punkty, różne bronie dają różne ilości punktów (od symbolicznych po gargantuiczne), niektóre nie dodają punktów, robią coś innego, np. zakopują czołg przeciwnika w ziemi lub rozpościerają tarcze nad czołgiem gracza.
Siła "czołgów" tkwi w multiplayerze. Można grać w dwóch na jednym kompie lub dwóch przez sieć lokalną (np. popularne Hamachii). Nigdy się nie zdarzyło, żeby jakaś rozgrywka była taka sama jak inna, i w tym tkwi największa zaleta, sprawiająca, że ta mała i nieskomplikowana gierka jest niewiarygodnie grywalna.
Lub coś w tym stylu, nie widziałem tej gry od baaaaardzo dawna.
Było rzecz jasna wiele mutacji tejże gry, opierających się na tym samym pomyśle, z czego najlepiej pamiętam dwóch king-kongów stojących na wieżowcach i rzucających czymś w siebie.
"Pocket Tanks" to kolejna mutacja. Zamiast zamków są czołgi - mogą się poruszać - do 4 ruchów na grę, lufę można obracać dookoła czołgu niczym koło młyńskie, plansze są zróżnicowane. Ustawia się siłę, z jaką strzelamy w przeciwnika. Można pogrzebać w ustawieniach, włączyć sobie np. wiatr, wpływający na trajektorię lotu pocisków.
Największym plusem gry jest jednak ogrom broni, które gracze wybierają na przemian przed rozpoczęciem gry (jedna gra trwa z 10 rund, nie pamiętam, nie zwracałem na to w sumie uwagi :D). Jeśli pościąga i doinstaluje się wszystkie dostępne dodatki, to broni będzie... 250. A to bardzo duża pula, z której gra wybiera losowo bronie do wyboru przez graczy przed każdą grą.
A jakie to bronie? Najróżniejsze i najdziwniejsze. Od zwykłych pocisków czołgowych, przez kupy błota, meteoryty, broń nuklearną, lasery, naprowadzanie dla UFO, wybuchowe robaki, kule armatnie, cytrynę, tarcze, bunkry, rozlewający się klej lub substancja odbijająca lecące pociski, itp, itd, etc - naprawdę ciężko nawet pokrótce opisać ten przebogaty arsenał.
Czołg nie ma HP, każde trafienie nabija graczowi punkty, różne bronie dają różne ilości punktów (od symbolicznych po gargantuiczne), niektóre nie dodają punktów, robią coś innego, np. zakopują czołg przeciwnika w ziemi lub rozpościerają tarcze nad czołgiem gracza.
Siła "czołgów" tkwi w multiplayerze. Można grać w dwóch na jednym kompie lub dwóch przez sieć lokalną (np. popularne Hamachii). Nigdy się nie zdarzyło, żeby jakaś rozgrywka była taka sama jak inna, i w tym tkwi największa zaleta, sprawiająca, że ta mała i nieskomplikowana gierka jest niewiarygodnie grywalna.
wtorek, 22 maja 2012
Jacek Dukaj "Lód"
Dukaj. W sumie wystarczyłoby spojrzeć na nazwisko autora, wystarczyłoby to spokojnie za recenzję. Nie czytałem dużo Dukaja. Pierwsze wydanie "Xavrasa Wyżryna" (jeszcze SuperNOWA, swoją drogą, słabo, że w nowszym nie ma "Zanim noc"), potem szaloną książkę o pomieszanym świecie platońskich idei (tytułu zapomniałem niestety), i to w sumie tyle, ale wystarczyło, żebym został fanem tego autora. Fanem to może jednak za dużo powiedziane - osobą patrzącą na jego twórczość z modyfikatorem reakcji +10.
Akurat jest w Krakowie gorąco jak jasna cholera, i tak też było dziś (rzut okiem na ekran laptopa, a dokładnie na prawy dolny róg - umh, wczoraj), jak skończyłem czytać. Nie było łatwo przebić się przez taką cegłę (ponad 1000 stron), musiałem przedłużać termin wypożyczenia książki w bibliotece, ale tak czy siak, było warto.
No dobra, uwaga na spoilery.
Książka opowiada o Benedykcie Gierosławskim, młodym matematyku, studencie, żyjącym w Warszawie. W sumie zapomniałem jaki to był rok, ale jest po 1920. Świat wygląda zupełnie inaczej, niż znamy to z historii. Nie było rewolucji, wielkie cesarstwa europejskie nadal istnieją. Dmowski nie żyje, Piłsudski rozbija się z partyzantką na Syberii, będąc na usługach Japonii, toczącej akurat z Carstwem Rosyjskim wojnę, niepodległej Polski nie ma.
Eurazja, a w każdym razie od Polski po Kamczatkę, skuta jest Lodem. Coś kiedyś pierdyknęło srogo na Syberii (Meteoryt tunguski, joł), i rozlazła się zmarzlina jakiej świat nie widział. Zmarzlina żywa - chociaż ciężko powiedzieć, czy i jak Lute, istoty zrodzone z lodu, żyły i jak żyły. Poruszały się na lądzie, wodzie i w powietrzu, przemrażały się przez ściany budynków, tworzyły całe skupiska zwane Soplicowami. Poruszały się bardzo powoli, ale jednak.
Świat podzielił się wręcz na rozmemłane, chaotyczne Lato, i wyregulowany Lód, gdzie nawet Prawda jako taka "zamarzła", i gdzie nie można było kłamać o sobie, tzn. działały jakieś szalone prawa logiki determinujące "zamarznięcie" w określonej przybranej postaci.
Pojawiły się też nowe minerały Lodowe - zbudowano z nich całą nową Tablicę Mendelejewa. Ćmiatło, przeciwieństwo światła. Teslektryczność - przeciwieństwo elektryczności, nad którym eksperymentował Tesla, ściągnięty na Syberię przez samego Batiuszkę Cara, w celu wykonania pewnego zadania. Puch złoty. Zimnazo, tungeryt, z których wykonywano konstrukcje przeczące swoim istnieniem prawa klasycznej fizyki.
Lód sprowadził na Ziemię, na terenach przez siebie zajętych, zupełnie inną rzeczywistość.
Tak czy siak, odyseja głównego bohatera zaczyna się, gdy przedstawiciele Ministerstwa Zimy każą mu zbierać dupę w troki i spieprzać na Syberię, aby znaleźć tam ojca - zesłańca, o którym krążą pogłoski, że potrafi rozmawiać z Lutymi.
Odpowiednio więc nakierowany mógłby "rozmrozić" Historię, zamarłą pod Lodem.
Dukajowej metafizyki, ciągnących się całymi setkami stron rozkmin filozoficznych na najróżniejsze tematy, zagadnień z logiki, matematyki, rozbebeszania podstaw istoty bytu, jest tu pełno, tak ogromnie wręcz, że niektórzy zostaną od książki odrzuceni. Tak czy siak, sama akcja, mimo tego, że nie toczy się jakoś szczególnie wartko (co nie znaczy, że nie ma efektownych pościgów, katastrof, rewolucji, a trup nie ściele się gęsto), to jednak trzyma w napięciu, a losy głównego bohatera są tym bardziej ciekawe, że jest to postać cały czas szukająca siebie w życiu, i życia w życiu, Benedykt uważał się za "nieistniejącego". Domniemane nieistnienie nie uchroniło go jednak, jeszcze zanim dotarł do Irkucka, przez wplątaniem się w ogromne ilości spisków politycznych i religijnych. Koterie na cesarskim dworze, zwolennicy zniszczenia Lodu i jego utrzymania, radykałowie wszystkich możliwych maści (trockiści, leniniści, demokraci, eserowcy, narodowcy, zwolennicy niepodległości Syberii, monarchiści, anarchiści, fiodorowcy [ci od powszechnego wskrzeszenia], itd, itp, etc.), kilkanaście wzajemnie zwalczających się sekt Marcynowców, z Rasputinem na czele (brawa dla autora za fenomenalne sportretowanie rosyjskiego ducha religijnego szaleństwa), a także liczne osoby prywatne, każdy albo chciał przekabacić Syna Mroza na swoją stronę - albo go zabić. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Dochodzi do tego niespełniona miłość (lub raczej nieuświadomiona), wierzenia i praktyki szamańskie rdzennych ludów syberyjskich (przedstawione tak, że sam Eliade by się nie powstydził), zawieruchy w środowisku fabrykantów....
Dawno nie czytałem książki, gdzie naprawdę niesamowity świat przedstawiony byłby przedstawiony z taką pieczołowitością. No ale ilość zapisanych stron zobowiązuje. Czego w tej książce nie ma. Prawdy życiowe zamrożone, prawdy o świecie, swobodna wariacja na różne różnorodne tematy. No fantastyczna nomen omen sprawa. A autor pisał to wszystko na dodatek w narracji pierwszoosobowej z pozycji Benedykta, językiem stylizowanym na język z epoki. Polecam serdecznie, polecam gorąco (tak, otiepielnicy FTW).
Akurat jest w Krakowie gorąco jak jasna cholera, i tak też było dziś (rzut okiem na ekran laptopa, a dokładnie na prawy dolny róg - umh, wczoraj), jak skończyłem czytać. Nie było łatwo przebić się przez taką cegłę (ponad 1000 stron), musiałem przedłużać termin wypożyczenia książki w bibliotece, ale tak czy siak, było warto.
No dobra, uwaga na spoilery.
Książka opowiada o Benedykcie Gierosławskim, młodym matematyku, studencie, żyjącym w Warszawie. W sumie zapomniałem jaki to był rok, ale jest po 1920. Świat wygląda zupełnie inaczej, niż znamy to z historii. Nie było rewolucji, wielkie cesarstwa europejskie nadal istnieją. Dmowski nie żyje, Piłsudski rozbija się z partyzantką na Syberii, będąc na usługach Japonii, toczącej akurat z Carstwem Rosyjskim wojnę, niepodległej Polski nie ma.
Eurazja, a w każdym razie od Polski po Kamczatkę, skuta jest Lodem. Coś kiedyś pierdyknęło srogo na Syberii (Meteoryt tunguski, joł), i rozlazła się zmarzlina jakiej świat nie widział. Zmarzlina żywa - chociaż ciężko powiedzieć, czy i jak Lute, istoty zrodzone z lodu, żyły i jak żyły. Poruszały się na lądzie, wodzie i w powietrzu, przemrażały się przez ściany budynków, tworzyły całe skupiska zwane Soplicowami. Poruszały się bardzo powoli, ale jednak.
Świat podzielił się wręcz na rozmemłane, chaotyczne Lato, i wyregulowany Lód, gdzie nawet Prawda jako taka "zamarzła", i gdzie nie można było kłamać o sobie, tzn. działały jakieś szalone prawa logiki determinujące "zamarznięcie" w określonej przybranej postaci.
Pojawiły się też nowe minerały Lodowe - zbudowano z nich całą nową Tablicę Mendelejewa. Ćmiatło, przeciwieństwo światła. Teslektryczność - przeciwieństwo elektryczności, nad którym eksperymentował Tesla, ściągnięty na Syberię przez samego Batiuszkę Cara, w celu wykonania pewnego zadania. Puch złoty. Zimnazo, tungeryt, z których wykonywano konstrukcje przeczące swoim istnieniem prawa klasycznej fizyki.
Lód sprowadził na Ziemię, na terenach przez siebie zajętych, zupełnie inną rzeczywistość.
Tak czy siak, odyseja głównego bohatera zaczyna się, gdy przedstawiciele Ministerstwa Zimy każą mu zbierać dupę w troki i spieprzać na Syberię, aby znaleźć tam ojca - zesłańca, o którym krążą pogłoski, że potrafi rozmawiać z Lutymi.
Odpowiednio więc nakierowany mógłby "rozmrozić" Historię, zamarłą pod Lodem.
Dukajowej metafizyki, ciągnących się całymi setkami stron rozkmin filozoficznych na najróżniejsze tematy, zagadnień z logiki, matematyki, rozbebeszania podstaw istoty bytu, jest tu pełno, tak ogromnie wręcz, że niektórzy zostaną od książki odrzuceni. Tak czy siak, sama akcja, mimo tego, że nie toczy się jakoś szczególnie wartko (co nie znaczy, że nie ma efektownych pościgów, katastrof, rewolucji, a trup nie ściele się gęsto), to jednak trzyma w napięciu, a losy głównego bohatera są tym bardziej ciekawe, że jest to postać cały czas szukająca siebie w życiu, i życia w życiu, Benedykt uważał się za "nieistniejącego". Domniemane nieistnienie nie uchroniło go jednak, jeszcze zanim dotarł do Irkucka, przez wplątaniem się w ogromne ilości spisków politycznych i religijnych. Koterie na cesarskim dworze, zwolennicy zniszczenia Lodu i jego utrzymania, radykałowie wszystkich możliwych maści (trockiści, leniniści, demokraci, eserowcy, narodowcy, zwolennicy niepodległości Syberii, monarchiści, anarchiści, fiodorowcy [ci od powszechnego wskrzeszenia], itd, itp, etc.), kilkanaście wzajemnie zwalczających się sekt Marcynowców, z Rasputinem na czele (brawa dla autora za fenomenalne sportretowanie rosyjskiego ducha religijnego szaleństwa), a także liczne osoby prywatne, każdy albo chciał przekabacić Syna Mroza na swoją stronę - albo go zabić. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Dochodzi do tego niespełniona miłość (lub raczej nieuświadomiona), wierzenia i praktyki szamańskie rdzennych ludów syberyjskich (przedstawione tak, że sam Eliade by się nie powstydził), zawieruchy w środowisku fabrykantów....
Dawno nie czytałem książki, gdzie naprawdę niesamowity świat przedstawiony byłby przedstawiony z taką pieczołowitością. No ale ilość zapisanych stron zobowiązuje. Czego w tej książce nie ma. Prawdy życiowe zamrożone, prawdy o świecie, swobodna wariacja na różne różnorodne tematy. No fantastyczna nomen omen sprawa. A autor pisał to wszystko na dodatek w narracji pierwszoosobowej z pozycji Benedykta, językiem stylizowanym na język z epoki. Polecam serdecznie, polecam gorąco (tak, otiepielnicy FTW).
sobota, 19 maja 2012
Noc Muzeów 2012
Dopisek 2014 - punkt widzenia zdezaktualizowany, małe przewartościowanie wartości przedstawione tutaj.
1) Muzeum PRL - ciekawa wystawa, ale muzeum małe i dopiero rozwijające się. Dobry pomysł z transportem ludzi Nyską i saturatorem z epoki (ciekawe, czy bakterie Coli były też z epoki, czy nowsze - dobra, czepiam się, może ktoś to jednak umył przed użyciem). A wystawa jako taka głównie o piłce nożnej w PRL. Niezła, sporo ciekawostek, eksponatów, ładnie zaaranżowane sale (szatnia, fragment stadionu, trzepak między blokami). Oprócz tego odtworzona meblościanka (uwielbiam meblościanki), odtworzony wystrój stereotypowego PRLowskiego "pubu" (z autentycznymi "Trybunami Ludu" z epoki wiszącymi na tych takich czymś, jak współcześnie "Wyborcza" w Maku), kilka półek z różnymi pierdołami z epoki (klocki Lego tam przedstawione nie były z epoki, lecz z pierwszej połowy lat '90, gdyż jeszcze ja sam akurat takie pamiętałem - pierdołowate ale jednak niedopatrzenie, za które Muzeum ma minus u mnie), itp. Na plus, ale pozostaje niedosyt.
2) Barbakan - radosny minimalizm - jak dla mnie fajnie zwiedzić go w środku, gdyż architektura obronna z lat dawnych ma dla mnie swój specyficzny urok, ale mimo wszystko było aż za pusto. Za to na dziedzińcu pokazy jakiś scenek rodzajowych z epoki, w stylu - dwóch rycerzy dobiera się do białogłowy, biją interweniującego mnicha, itp. Raczej wyszła z tego fragmentu, który widziałem, postmodernistyczna zabawa konwencją średniowieczną niż próba realnego odwzorowania tamtych czasów, ale skoro bardzo licznej widowni się podobało, to funkcję rozrywkową spełniło najwyraźniej dobrze.
3) Sukiennice - o tak, tego właśnie mi brakowało - trochę sztuki nie będącej jakimiś przeintelektualizowanymi popłuczynami po treści i formie, nie przeoranej szponami postmodernizmu, mającej konkretne miejsce w czasie i przestrzeni. Chociaż postmodernizm zaczął już tam wchodzić, np. w salce poświęconej słynnemu obrazowi z Rejtanem (i licznymi jego kopiami czy też odniesieniami do niego) znalazła się książka Marii Janion "Wobec zła" z Rejtanem-wampirem na okładce; abstrahując od kontekstu - którego nie znam, bo książki nie czytałem - uwagi od ilustratora, zaprezentowane w opisie obok, były na żenująco niskim poziomie - coś pomiędzy pseudo-żartobliwością rodem z "Wyborczej" czy "Krytyki Politycznej" [w przełożeniu tych pierdół z knajackiego języka samozwańczej inteligencjo-awangardy artystycznej na polski - "zrobiłem jakieś gówno, polaczki się wkurzyły, ale to dobrze, bo zostałem -we własnym mniemaniu- męczennikiem, ofiarą kato-talibanu, itp."] i nieuzasadnionym poczuciem własnej wysokiej wartości. O ile sam wampir-Rejtan nie robił jeszcze, mimo ogólnej kiczowatości, złego wrażenia, to opis położył pierwsze, niezłe, ale i niedobre, wrażenie. Za to inna zabawa postmodernistyczna zabawa konwencją, czyli odwołania do Rejtana w propagandzie "Solidarności", sprawiły dużo lepsze wrażenie, może ze względu na to, że niosły treść widoczną na pierwszy rzut oka, a nie były takim w sumie szokowaniem dla szoku (szokowanie dla szoku jest całkiem OK, jeśli coś sobą reprezentuje). (Cholera, zacząłem prawicowieć znowu czy co.).
Za to przeraził mnie poziom części zwiedzających. Jasne, nie każdy musi znać się na sztuce, sam nie jestem alfą i omegą, jak już, to, jestem znacznie bliższy omedze niż alfie, ale, na litość Quetzalcoatla, jak można nie wiedzieć, kto to był Wernyhora czy kim była Salome.
Także prezentacje multimedialne miały tendencje to zawieszania się, część tekstów była ucięta (zabrakło gdzieś przycisku "Więcej"), no ale czepiam się, kto w ogóle normalny przegląda te prezentacje.
A samej sztuki jako takiej zgromadzonej w Sukiennicach chyba nie muszę opisywać.
1) Muzeum PRL - ciekawa wystawa, ale muzeum małe i dopiero rozwijające się. Dobry pomysł z transportem ludzi Nyską i saturatorem z epoki (ciekawe, czy bakterie Coli były też z epoki, czy nowsze - dobra, czepiam się, może ktoś to jednak umył przed użyciem). A wystawa jako taka głównie o piłce nożnej w PRL. Niezła, sporo ciekawostek, eksponatów, ładnie zaaranżowane sale (szatnia, fragment stadionu, trzepak między blokami). Oprócz tego odtworzona meblościanka (uwielbiam meblościanki), odtworzony wystrój stereotypowego PRLowskiego "pubu" (z autentycznymi "Trybunami Ludu" z epoki wiszącymi na tych takich czymś, jak współcześnie "Wyborcza" w Maku), kilka półek z różnymi pierdołami z epoki (klocki Lego tam przedstawione nie były z epoki, lecz z pierwszej połowy lat '90, gdyż jeszcze ja sam akurat takie pamiętałem - pierdołowate ale jednak niedopatrzenie, za które Muzeum ma minus u mnie), itp. Na plus, ale pozostaje niedosyt.
2) Barbakan - radosny minimalizm - jak dla mnie fajnie zwiedzić go w środku, gdyż architektura obronna z lat dawnych ma dla mnie swój specyficzny urok, ale mimo wszystko było aż za pusto. Za to na dziedzińcu pokazy jakiś scenek rodzajowych z epoki, w stylu - dwóch rycerzy dobiera się do białogłowy, biją interweniującego mnicha, itp. Raczej wyszła z tego fragmentu, który widziałem, postmodernistyczna zabawa konwencją średniowieczną niż próba realnego odwzorowania tamtych czasów, ale skoro bardzo licznej widowni się podobało, to funkcję rozrywkową spełniło najwyraźniej dobrze.
3) Sukiennice - o tak, tego właśnie mi brakowało - trochę sztuki nie będącej jakimiś przeintelektualizowanymi popłuczynami po treści i formie, nie przeoranej szponami postmodernizmu, mającej konkretne miejsce w czasie i przestrzeni. Chociaż postmodernizm zaczął już tam wchodzić, np. w salce poświęconej słynnemu obrazowi z Rejtanem (i licznymi jego kopiami czy też odniesieniami do niego) znalazła się książka Marii Janion "Wobec zła" z Rejtanem-wampirem na okładce; abstrahując od kontekstu - którego nie znam, bo książki nie czytałem - uwagi od ilustratora, zaprezentowane w opisie obok, były na żenująco niskim poziomie - coś pomiędzy pseudo-żartobliwością rodem z "Wyborczej" czy "Krytyki Politycznej" [w przełożeniu tych pierdół z knajackiego języka samozwańczej inteligencjo-awangardy artystycznej na polski - "zrobiłem jakieś gówno, polaczki się wkurzyły, ale to dobrze, bo zostałem -we własnym mniemaniu- męczennikiem, ofiarą kato-talibanu, itp."] i nieuzasadnionym poczuciem własnej wysokiej wartości. O ile sam wampir-Rejtan nie robił jeszcze, mimo ogólnej kiczowatości, złego wrażenia, to opis położył pierwsze, niezłe, ale i niedobre, wrażenie. Za to inna zabawa postmodernistyczna zabawa konwencją, czyli odwołania do Rejtana w propagandzie "Solidarności", sprawiły dużo lepsze wrażenie, może ze względu na to, że niosły treść widoczną na pierwszy rzut oka, a nie były takim w sumie szokowaniem dla szoku (szokowanie dla szoku jest całkiem OK, jeśli coś sobą reprezentuje). (Cholera, zacząłem prawicowieć znowu czy co.).
Za to przeraził mnie poziom części zwiedzających. Jasne, nie każdy musi znać się na sztuce, sam nie jestem alfą i omegą, jak już, to, jestem znacznie bliższy omedze niż alfie, ale, na litość Quetzalcoatla, jak można nie wiedzieć, kto to był Wernyhora czy kim była Salome.
Także prezentacje multimedialne miały tendencje to zawieszania się, część tekstów była ucięta (zabrakło gdzieś przycisku "Więcej"), no ale czepiam się, kto w ogóle normalny przegląda te prezentacje.
A samej sztuki jako takiej zgromadzonej w Sukiennicach chyba nie muszę opisywać.
"Revolution"
Ot, co, zajawka nowego serialu BBC:
Pomysł na pierwszy rzut oka ciekawy (post-apo; do tego myśl przewodnia - żegnaj nam elektryczności - kojarzy mi się z "Autobahn nach Poznań" Ziemiańskiego, które jest jednak kilka poziomów wyżej pod względem konstrukcji świata przedstawionego niż toto), jednak całość wygląda co najmniej biednie. Ale po kolei: 1) Minęło 15 lat po wielkim "zaciemnieniu" - wszystko zarosło. Hmm, może zdążyłem pozapominać z historii już sporo szczegółów, ale nie wydaje mi się, aby przed Edisonem (i Teslą) świat był porośnięty przez dżungle, nie wiem jak to wyglądało w USA, ale w Europie rozwój techniczny i cywilizacyjny był niezły mimo nieznania elektryczności; 1b) Co ma związek z powyższym - nie wiem jeszcze, jak zostanie to wyjaśnione, ale przecież ogrom złomu w rodzaju zwykłych pistoletów czy starych samochodów bez komputerów pokładowych i elektrycznego wspomagania wszystkiego, powinien spokojnie działać mimo braku elektryczności; 1c) urządzenie pokazane na końcu trailera wydaje się być jakimś rodzajem komputera, działającego na elektryczność właśnie. Skoro więc elektryczność nie została w jakiś cudowny sposób "wymazana" z historii ludzkości i praw fizyki naszego świata, to kuhwa w czym problem zacząć odtwarzać dawne elektrownie, zaczynając od chałupniczo konstruowanych, prymitywnych generatorów? Oby to zostało jakoś fabularnie wyjaśnione. 2) Zamiast tego, co w trailerze można zobaczyć, o wiele fajniejszym rozwiązaniem byłoby przedstawienie świata steampunkowego, umieszczonego w przyszłości ziemskiej historii zamiast w alternatywnej rzeczywistości/przeszłości, jak wygląda to zazwyczaj. Powrót do sterowców, jakiś pokracznych pojazdów parowych, ale zamiast całego wiktoriańskiego "feelingu" - post-apoc falloutowe. O, i to by było coś, a nie takie niewiadomoco. Nie wróżę sukcesu temu serialowi.
Pomysł na pierwszy rzut oka ciekawy (post-apo; do tego myśl przewodnia - żegnaj nam elektryczności - kojarzy mi się z "Autobahn nach Poznań" Ziemiańskiego, które jest jednak kilka poziomów wyżej pod względem konstrukcji świata przedstawionego niż toto), jednak całość wygląda co najmniej biednie. Ale po kolei: 1) Minęło 15 lat po wielkim "zaciemnieniu" - wszystko zarosło. Hmm, może zdążyłem pozapominać z historii już sporo szczegółów, ale nie wydaje mi się, aby przed Edisonem (i Teslą) świat był porośnięty przez dżungle, nie wiem jak to wyglądało w USA, ale w Europie rozwój techniczny i cywilizacyjny był niezły mimo nieznania elektryczności; 1b) Co ma związek z powyższym - nie wiem jeszcze, jak zostanie to wyjaśnione, ale przecież ogrom złomu w rodzaju zwykłych pistoletów czy starych samochodów bez komputerów pokładowych i elektrycznego wspomagania wszystkiego, powinien spokojnie działać mimo braku elektryczności; 1c) urządzenie pokazane na końcu trailera wydaje się być jakimś rodzajem komputera, działającego na elektryczność właśnie. Skoro więc elektryczność nie została w jakiś cudowny sposób "wymazana" z historii ludzkości i praw fizyki naszego świata, to kuhwa w czym problem zacząć odtwarzać dawne elektrownie, zaczynając od chałupniczo konstruowanych, prymitywnych generatorów? Oby to zostało jakoś fabularnie wyjaśnione. 2) Zamiast tego, co w trailerze można zobaczyć, o wiele fajniejszym rozwiązaniem byłoby przedstawienie świata steampunkowego, umieszczonego w przyszłości ziemskiej historii zamiast w alternatywnej rzeczywistości/przeszłości, jak wygląda to zazwyczaj. Powrót do sterowców, jakiś pokracznych pojazdów parowych, ale zamiast całego wiktoriańskiego "feelingu" - post-apoc falloutowe. O, i to by było coś, a nie takie niewiadomoco. Nie wróżę sukcesu temu serialowi.
niedziela, 13 maja 2012
Olympus 2207 - angielskie demo
Olympus 2207 to totalna modyfikacja (nie wymagająca zainstalowanej "podstawki") starego, dobrego Fallouta 2, jednak zdecydowanie bardziej obszerna niż jakakolwiek inna (no, może Mutants Rising reprezentuje podobnie wysoki poziom). Praktycznie wszystkie elementy interfejsu czy obiekty w grze to zupełnie nowe grafiki, ciężko uwierzyć, że to stareńki engine FO2 a nie FOnline.
Tak czy siak, piszą o tym tutaj.
Tak czy siak, piszą o tym tutaj.
Thomas Carlyle "Bohaterowie"
Z Carlyle'm mam problem. Z jednej strony jego prze-nietzscheański heroizm, kult jednostki wybitnej, która zmagając się ze światem popycha go na nowe tory wbrew wszystkim możliwym "dziejowym koniecznościom" lub nawet samej naturze, brzmi naprawdę nieźle, ba, można nawet to sobie przerobić samemu na wersję anarchistyczną. Do tego mamy jakieś aluzje do niemieckiego romantyzmu, do koncepcji "wiecznego powrotu", patetyczny antyintelektualizm. Niestety, po lekturze "Bohaterów" nawet przychylnego autorowi czytelnika może ogarnąć w najlepszym razie znudzenie, w najgorszym zniechęcenie.
Nie jest to zła książka, gdyby patrzeć na nią pod względem tylko stylistycznym. Trzeba przyznać, że autor był erudytą, i wiedział, jak posługiwać się językiem. Z drugiej strony, jak na dłoni widać miałkość jego myśli, którą spłycić można tutaj tylko do fascynacji ludźmi wybitnymi, i maskowanego kompleksu niższości (moja autorska interpretacja wyczytana między wierszami, nie musisz się z tym zgadzać, ba, sam nie będę tego twierdzenia jakoś specjalnie mocno bronił), jego wręcz absurdalny elitaryzm (chociaż jakiś heroizm proletariacki niby też powstał, aaaale...), wreszcie pochwała i obrona angielskiego imperializmu. Co ciekawe, fascynacja ludźmi wybitnymi nie dotyczy wszystkich aspektów ich myśli czy kultury, w jakiej się obracali, autor podchodzi do tych kwestii z charakterystycznym dla Anglosasów poczuciem wyższości, uznając np. Odyna za człowieka, który na tyle był rozgarnięty wśród społeczności otaczających go dzikusów, że obwołano go potem bogiem.
Autor przedstawia bohatera jako bóstwo, poetę, wodza, proroka, itd, podając odpowiednie przykłady (Odyn, Mahomet, Szekspir, Dante, Napoleon, Cromwell, Luter, ktoś tam jeszcze chyba był), skupiając się na przewadze moralnej, a nie intelektualnej, oraz na powinności, którą ci bohaterowie spełniali wobec swoich społeczności, spełniali dla nich, samemu żyjąc skromnie, nieraz wręcz ascetycznie, poświęcając się dla innych, widać tutaj post-protestancki rys w myśli autora (który porzucił kalwinizm pod wpływem najprędzej romantyzmu niemieckiego).
Największym plusem książki jest zaś to, że w jakiś tanich książkach można i za 6zł znaleźć.
Nie jest to zła książka, gdyby patrzeć na nią pod względem tylko stylistycznym. Trzeba przyznać, że autor był erudytą, i wiedział, jak posługiwać się językiem. Z drugiej strony, jak na dłoni widać miałkość jego myśli, którą spłycić można tutaj tylko do fascynacji ludźmi wybitnymi, i maskowanego kompleksu niższości (moja autorska interpretacja wyczytana między wierszami, nie musisz się z tym zgadzać, ba, sam nie będę tego twierdzenia jakoś specjalnie mocno bronił), jego wręcz absurdalny elitaryzm (chociaż jakiś heroizm proletariacki niby też powstał, aaaale...), wreszcie pochwała i obrona angielskiego imperializmu. Co ciekawe, fascynacja ludźmi wybitnymi nie dotyczy wszystkich aspektów ich myśli czy kultury, w jakiej się obracali, autor podchodzi do tych kwestii z charakterystycznym dla Anglosasów poczuciem wyższości, uznając np. Odyna za człowieka, który na tyle był rozgarnięty wśród społeczności otaczających go dzikusów, że obwołano go potem bogiem.
Autor przedstawia bohatera jako bóstwo, poetę, wodza, proroka, itd, podając odpowiednie przykłady (Odyn, Mahomet, Szekspir, Dante, Napoleon, Cromwell, Luter, ktoś tam jeszcze chyba był), skupiając się na przewadze moralnej, a nie intelektualnej, oraz na powinności, którą ci bohaterowie spełniali wobec swoich społeczności, spełniali dla nich, samemu żyjąc skromnie, nieraz wręcz ascetycznie, poświęcając się dla innych, widać tutaj post-protestancki rys w myśli autora (który porzucił kalwinizm pod wpływem najprędzej romantyzmu niemieckiego).
Największym plusem książki jest zaś to, że w jakiś tanich książkach można i za 6zł znaleźć.
Czyżynalia dzień 2
Pierwsze wrażenie - zimno, bardzo zimno. Drugie wrażenie - a, co tam.
Grubson (nie wiem co brał ten ktoś, kto wrzucił tego smętka przed same kapele metalowe, ale musiał to być mocny towar) - przyszedłem w 3/4 występu i poszedłem do ogródka piwnego od razu, więc nie wiem i nie chcę wiedzieć.
Jelonek - od jego płyt się odbijałem, nawet jak jeszcze słuchałem na co dzień takie pocieszne cudactwa bez przekazu i czegokolwiek. Trzeba jednak przyznać, że show potrafi zrobić naprawdę niezły.
W międzyczasie zaczęło padać.
Illusion - jak wyżej, tzn. odbijałem się od płyt kiedyś, poza tym z wczoraj Lipali, mimo gorszej nazwy (tak, wiem, co oznacza), a w składzie praktycznie tym samym, spodobało mi się bardziej. Poczciwość, pomylili się raz, zaczęli grać jedno, a to było co innego, pocieszność.
Hey - Kasia Nosowska wygląda jak tapczan, na 3/4 tego smętnego występu byłem w ogródku piwnym.
Apocalyptica - ech, piękne i beztroskie czasy gimnazjum się przypominają (no dobra, liceum jeszcze ciut też), gdy słuchałem tego namiętnie. O dziwo nie zagrali samych smętków, a nawet kilka kowerów metaliki, fani powinni być zadowoleni.
Wychodząc w sumie na ostatniej piosence Apokaliptyki, jeszcze przed formalnym końcem i bisami, poczciwość zasłyszałem idąc wśród ludzi wielu - fragment dowcipu o elektronach kowalencyjnych potasu czy tam czegoś. Postmodernizm jest wśród nas.
Grubson (nie wiem co brał ten ktoś, kto wrzucił tego smętka przed same kapele metalowe, ale musiał to być mocny towar) - przyszedłem w 3/4 występu i poszedłem do ogródka piwnego od razu, więc nie wiem i nie chcę wiedzieć.
Jelonek - od jego płyt się odbijałem, nawet jak jeszcze słuchałem na co dzień takie pocieszne cudactwa bez przekazu i czegokolwiek. Trzeba jednak przyznać, że show potrafi zrobić naprawdę niezły.
W międzyczasie zaczęło padać.
Illusion - jak wyżej, tzn. odbijałem się od płyt kiedyś, poza tym z wczoraj Lipali, mimo gorszej nazwy (tak, wiem, co oznacza), a w składzie praktycznie tym samym, spodobało mi się bardziej. Poczciwość, pomylili się raz, zaczęli grać jedno, a to było co innego, pocieszność.
Hey - Kasia Nosowska wygląda jak tapczan, na 3/4 tego smętnego występu byłem w ogródku piwnym.
Apocalyptica - ech, piękne i beztroskie czasy gimnazjum się przypominają (no dobra, liceum jeszcze ciut też), gdy słuchałem tego namiętnie. O dziwo nie zagrali samych smętków, a nawet kilka kowerów metaliki, fani powinni być zadowoleni.
Wychodząc w sumie na ostatniej piosence Apokaliptyki, jeszcze przed formalnym końcem i bisami, poczciwość zasłyszałem idąc wśród ludzi wielu - fragment dowcipu o elektronach kowalencyjnych potasu czy tam czegoś. Postmodernizm jest wśród nas.
sobota, 12 maja 2012
Czyżynalia dzień 1
Miałem tam nie iść, ale pomyślałem sobie, że co mi szkodzi. Na pierwszy dzień miałem nie iść, ale jak zobaczyłem, że bilet na dzień drugi kosztował 50zł (w przedsprzedaży) a karnet 60zł, to kupiłem karnet, więc poszedłem i dnia pierwszego. A dziś będzie dzień drugi, ot, poczciwości nieskończona.
Organizacja niezła, sporo różnych znajomych się natrafiło, no i bardzo dobry powód się znalazło, by chodzić na piwo do "ogródka" koło wejścia na teren.
230 Volt - ogródek piwny.
Frontside - łupanka bez ładu i składu, chujowe, ale można było głową pokiwać.
Lipali - nie znałem wcześniej, a technicznie całkiem niezłe, aż obczaję dokładniej kiedyś.
Maleńczuk - ogródek, potem trawa (bez skojarzeń!). Nie moje klimaty, ale ciężko nie mieć szacunku do artysty, który jest cynikiem, i wprost w wywiadach stwierdza, że gra taką muzykę, która się sprzedaje. No i to poczciwy satanista.
Dżem - nie rozumiem fenomenu tej grupy ani jej statusu "kultowości". Grupa jakiś dziadów i Rysiek 2.0, na basie typ co wyglądał jak Święty Mikołaj (taki popkulturowy). Mdłe i bez polotu, teksty szarpiące dusze każdej wrażliwej gimnazjalówki.
A dalej nie wiem, się zmyłem stamtąd.
Złoty Penis Kozła 2012 dla tego, kto wymyślił toto takie coś z pianą.
Organizacja niezła, sporo różnych znajomych się natrafiło, no i bardzo dobry powód się znalazło, by chodzić na piwo do "ogródka" koło wejścia na teren.
230 Volt - ogródek piwny.
Frontside - łupanka bez ładu i składu, chujowe, ale można było głową pokiwać.
Lipali - nie znałem wcześniej, a technicznie całkiem niezłe, aż obczaję dokładniej kiedyś.
Maleńczuk - ogródek, potem trawa (bez skojarzeń!). Nie moje klimaty, ale ciężko nie mieć szacunku do artysty, który jest cynikiem, i wprost w wywiadach stwierdza, że gra taką muzykę, która się sprzedaje. No i to poczciwy satanista.
Dżem - nie rozumiem fenomenu tej grupy ani jej statusu "kultowości". Grupa jakiś dziadów i Rysiek 2.0, na basie typ co wyglądał jak Święty Mikołaj (taki popkulturowy). Mdłe i bez polotu, teksty szarpiące dusze każdej wrażliwej gimnazjalówki.
A dalej nie wiem, się zmyłem stamtąd.
Złoty Penis Kozła 2012 dla tego, kto wymyślił toto takie coś z pianą.
Chodź zaklikaj mi kozła
Czyli krótka opowieść o różnych action-RPG zwanych też hack 'n' slash. Czasem człek poczciwy staje się smętny, siedzi w domu kilka tygodni i nie odchodzi od laptopa. Paradoksalnie dzieje się to jeszcze zanim wyszło Diablo III. Tak czy siak, grą z tegoż gatunku, która zjadła chore ilości mojego żywota ostatnimi czasy, jest Titan Quest. Gra uproszczona nawet jak na hns (teleport z każdego miejsca, tylko dwa rodzaje napojów, których kupcy mają nieskończoność, świat liniowy jak cholera i dużo mniejszy np, od takiego Sacreda, śmiesznie mało questów pobocznych, tylko trzy atrybuty (siła, zręczność, inteligencja), itp.), ale wyróżniająca się ładną grafiką (efekty śliczne, no i rag-doll), do tego pierdylionem przedmiotów do znalezienia. Fabuła to postmodernistyczny bełkot, zupełna zlewka z mitologii i historii starożytnej wzbogacona o setki uproszczeń, na dodatek dziurawa i niedopracowana, ale to najmniejszy problem - wiadomo że i tak fabuła jako taka to tylko pretekst do masowych rzezi. Ach, i jeszcze jedna rzecz - można wybrać dwie "klasy postaci" (czy tam "drogi", itp, zwał jak zwał, wiadomo o co chodzi), co stwarza ogromne możliwości przy projektowaniu swojej postaci.
Nie byłbym sobą, gdybym nie kombinował z modami. Grałem z dwoma (oczywiście nie jednocześnie, jeden wyklucza drugi) - Paths i Unterlord. Paths zmienia grę jako taką w małym stopniu, za to zmienia zupełnie wszystkie dostępne w grze "klasy postaci" (tytułowe "ścieżki"), na oryginalne i mało sztampowe oraz bardzo klimatyczne, równoważąc zdolności potężne i koszmarne wady (np. spróbujcie Lichem czy Kholrosem niskopoziomowymi iść na nieumarłych z marszu). Unterlord robi trochę coś innego - zmienia tylko jedną z dostępnych w grze "ścieżek rozwoju" (Rogue zmienia się na Occultist), za to utrudnia grę niemożebnie, dodając hordy przeciwników więcej, nowe zdolności dla bossów, itp.
O co zaś chodzi z kozłem w tytule notki? Bo satyry fajnie latają, trzepnięte dowolną obszarową umiejętnością Seera.
Powróciłem też chwilowo do stareńkiego Sacreda - niestety na smętnym laptopie moim średnio już chodzi (za nowy laptop, gra za stara), a szkoda wielka, bo pod względem obszaru gry Sacred nadal potrafi oszołomić.
Warto jeszcze wspomnieć o czymś tak poczciwym jak Unepic - gra amatorska przypominająca klasyczną platformówkę 2D, a będąca pełnoprawnym RPGiem, tyle, że parodystycznym. Główny bohater poszedł się odlać w czasie sesji RPG z kumplami, po czym przekonał się, że za drzwiami kibla rozpościera się ogromne zamczysko... Świetna, poczciwa gra, z jednej strony zupełny polew na gry RPG i ogólnie na grową popkulturę (aluzje do WoWa, Starcrafta, itd.), także na samych graczy, z drugiej strony złożony świat pozbawiony nadmiernych uproszczeń (np. chcesz mieć napój leczniczy? musisz upolować składniki i mieć pustą butelkę, no i znać przepis na niego. I dostać się do kotła na palenisku, by składniki tam ugotować).
Nie byłbym sobą, gdybym nie kombinował z modami. Grałem z dwoma (oczywiście nie jednocześnie, jeden wyklucza drugi) - Paths i Unterlord. Paths zmienia grę jako taką w małym stopniu, za to zmienia zupełnie wszystkie dostępne w grze "klasy postaci" (tytułowe "ścieżki"), na oryginalne i mało sztampowe oraz bardzo klimatyczne, równoważąc zdolności potężne i koszmarne wady (np. spróbujcie Lichem czy Kholrosem niskopoziomowymi iść na nieumarłych z marszu). Unterlord robi trochę coś innego - zmienia tylko jedną z dostępnych w grze "ścieżek rozwoju" (Rogue zmienia się na Occultist), za to utrudnia grę niemożebnie, dodając hordy przeciwników więcej, nowe zdolności dla bossów, itp.
O co zaś chodzi z kozłem w tytule notki? Bo satyry fajnie latają, trzepnięte dowolną obszarową umiejętnością Seera.
Powróciłem też chwilowo do stareńkiego Sacreda - niestety na smętnym laptopie moim średnio już chodzi (za nowy laptop, gra za stara), a szkoda wielka, bo pod względem obszaru gry Sacred nadal potrafi oszołomić.
Warto jeszcze wspomnieć o czymś tak poczciwym jak Unepic - gra amatorska przypominająca klasyczną platformówkę 2D, a będąca pełnoprawnym RPGiem, tyle, że parodystycznym. Główny bohater poszedł się odlać w czasie sesji RPG z kumplami, po czym przekonał się, że za drzwiami kibla rozpościera się ogromne zamczysko... Świetna, poczciwa gra, z jednej strony zupełny polew na gry RPG i ogólnie na grową popkulturę (aluzje do WoWa, Starcrafta, itd.), także na samych graczy, z drugiej strony złożony świat pozbawiony nadmiernych uproszczeń (np. chcesz mieć napój leczniczy? musisz upolować składniki i mieć pustą butelkę, no i znać przepis na niego. I dostać się do kotła na palenisku, by składniki tam ugotować).
środa, 9 maja 2012
Stalowy Szczur x3
Czyli trzy czytadła Harrisona, wydane w Polsce kiedyś przez Wydawnictwo Poznańskie - "Stalowy Szczur", " Zemsta Stalowego Szczura" i "Stalowy Szczur ocala świat". Autor napisał tych czytadeł 12 - czy w Polsce ukazało się ich więcej niż 3, nie wiem.
W sumie już napisałem co to - czytadła. Na dodatek małe, lekkie, przyjemne i bezproblemowe do szybkiego przyswojenia (sam przeczytałem wszystkie trzy w czasie jednej jazdy pociągiem). Tam nie ma drugiego dna, ani rozmów o życiu i filozofii ciągnących się przez kilka stron. Jest za to brawurowa, nieskrępowana niczym, wartka akcja.
"Stalowy Szczur" to okreslenie na przestępce żyjącego na dowolnej z ludzkich planet w dalekiej przyszłości, gdy w sumie przestępczość jako taka praktycznie nie istnieje. Szczurów jest trochę, każdy ma inne zasady i metody działania. Główny bohater, James Bolivar diGriz, oprócz tego, że propaguje ateizm i kieruje się specyficznie pojętym humanitaryzmem (zabija tylko w ostateczności, bo w końcu każdy ma tylko jedno życie), oraz zna Esperanto, to złodziej, malwersant, nie unikający strzelanin i radzący sobie zarówno w chaotycznej walce w zwarciu, jak i w planowaniu kolejnych posunięć. Pewnego dnia zostaje jednak złapany przez Korpus Specjalny - okazuje się, że szef Korpusu to dawny Szczur, zwerbowany kiedyś już przez innego. Najlepsi zaś agenci to byłe Szczury, którym stawia się propozycję nie do odrzucenia.
DiGriz nie przestaje być antybohaterem, egoistą kierującym się głównie własnym interesem i chęcią przeżycia, jednak szybko odnajduje się w Korpusie i brawurowo rozprawia się z kolejnymi przeciwnikami pokoju w galaktyce. Ba, nawet żeni się ze swoją przeciwniczką, która po drobnych korektach psychiki (zostawiała za sobą szlak trupów) również trafiła do korpusu. Udaremnia międzyplanetarne inwazje totalitarnej dyktatury oraz podróżuje w czasie tropem szaleńca, który postanawia zniszczyć Korpus. Brawurowo lecz ze spokojem i humorem.
Fani czytadeł s-f jeśli nie znają tej klasyki, nie mogą przejść obok obojętnie.
W sumie już napisałem co to - czytadła. Na dodatek małe, lekkie, przyjemne i bezproblemowe do szybkiego przyswojenia (sam przeczytałem wszystkie trzy w czasie jednej jazdy pociągiem). Tam nie ma drugiego dna, ani rozmów o życiu i filozofii ciągnących się przez kilka stron. Jest za to brawurowa, nieskrępowana niczym, wartka akcja.
"Stalowy Szczur" to okreslenie na przestępce żyjącego na dowolnej z ludzkich planet w dalekiej przyszłości, gdy w sumie przestępczość jako taka praktycznie nie istnieje. Szczurów jest trochę, każdy ma inne zasady i metody działania. Główny bohater, James Bolivar diGriz, oprócz tego, że propaguje ateizm i kieruje się specyficznie pojętym humanitaryzmem (zabija tylko w ostateczności, bo w końcu każdy ma tylko jedno życie), oraz zna Esperanto, to złodziej, malwersant, nie unikający strzelanin i radzący sobie zarówno w chaotycznej walce w zwarciu, jak i w planowaniu kolejnych posunięć. Pewnego dnia zostaje jednak złapany przez Korpus Specjalny - okazuje się, że szef Korpusu to dawny Szczur, zwerbowany kiedyś już przez innego. Najlepsi zaś agenci to byłe Szczury, którym stawia się propozycję nie do odrzucenia.
DiGriz nie przestaje być antybohaterem, egoistą kierującym się głównie własnym interesem i chęcią przeżycia, jednak szybko odnajduje się w Korpusie i brawurowo rozprawia się z kolejnymi przeciwnikami pokoju w galaktyce. Ba, nawet żeni się ze swoją przeciwniczką, która po drobnych korektach psychiki (zostawiała za sobą szlak trupów) również trafiła do korpusu. Udaremnia międzyplanetarne inwazje totalitarnej dyktatury oraz podróżuje w czasie tropem szaleńca, który postanawia zniszczyć Korpus. Brawurowo lecz ze spokojem i humorem.
Fani czytadeł s-f jeśli nie znają tej klasyki, nie mogą przejść obok obojętnie.
Brian W. Aldiss "Superpaństwo"
Jedna z nowszych książek Aldissa, jak na mój gust wyraźnie jednak gorsza od chociażby takiej "Cieplarni". Widać też jak na dłoni poglądy autora, które w sumie zajeżdżają jakąś socjaldemokracją.
Niby ma to być satyra na Unię Europejską z elementami antyutopii ale momentami nie było to zbytnio śmieszne. Ale co kto lubi.
Autor przedstawia przedstawicieli elit biznesowych i rządowych, ale i prostszych ludzi, w tym imigrantów, ukazuje ich perypetie w szerszym kontekście społecznym i kulturowym. Mamy więc zblazowanych burżujów, nowobogackich wysyłających w charakterze zamiennika androida w celu zawarcia ślubu, maniaków religijnych różnych orientacji (dostaje się nie tylko chrześcijaństwu [postać maniaka, mordercy, itd.], ale też wyznawcom jakiś wschodnich pierdół), szalonych militarystów, politykierów pozujących na mężów stanu, itd. Zawsze pod płaszczykiem postępu czy tolerancji wychodzi z nich coś zupełnie innego.
Punktem kulminacyjnym fabuły jest potężna katastrofa naturalna (ogromne połacie zachodniego i północnego wybrzeża Europy zostają zalane przez morze) o niewiadomych przyczynach. Podejrzenia spadają rzecz jasna na muzułmańskie państwo, wybucha wojna (przygotowywana w sumie już wcześniej). A to tylko wstęp do tego, co autor chciał przekazać.
"Cieplarnia" to to nie jest, ale czyta się nieźle.
Niby ma to być satyra na Unię Europejską z elementami antyutopii ale momentami nie było to zbytnio śmieszne. Ale co kto lubi.
Autor przedstawia przedstawicieli elit biznesowych i rządowych, ale i prostszych ludzi, w tym imigrantów, ukazuje ich perypetie w szerszym kontekście społecznym i kulturowym. Mamy więc zblazowanych burżujów, nowobogackich wysyłających w charakterze zamiennika androida w celu zawarcia ślubu, maniaków religijnych różnych orientacji (dostaje się nie tylko chrześcijaństwu [postać maniaka, mordercy, itd.], ale też wyznawcom jakiś wschodnich pierdół), szalonych militarystów, politykierów pozujących na mężów stanu, itd. Zawsze pod płaszczykiem postępu czy tolerancji wychodzi z nich coś zupełnie innego.
Punktem kulminacyjnym fabuły jest potężna katastrofa naturalna (ogromne połacie zachodniego i północnego wybrzeża Europy zostają zalane przez morze) o niewiadomych przyczynach. Podejrzenia spadają rzecz jasna na muzułmańskie państwo, wybucha wojna (przygotowywana w sumie już wcześniej). A to tylko wstęp do tego, co autor chciał przekazać.
"Cieplarnia" to to nie jest, ale czyta się nieźle.
środa, 25 kwietnia 2012
Meeeeee 2012
Czyli trasa Niech Kozły Świat 2012 + Covenant XV w Krakowie, a działo się to 21 kwietnia roku bieżącego.
Najpierw miały to być po prostu Kozły, ale potem doszło multum supportów, a potem połączono to z Covenant - zapewne z przyczyn finansowych lub jakiśtam, ale w sumie nie był to zły pomysł, zwłaszcza że na tegorocznym Covenancie świętowali 15-lecie weterani ze Stillborn, ciągle rześcy mimo upływającego czasu.
Program całej imprezy zakładał otwarcie bram o 13tej, a o północy miały być podstawione autobusy smętne by porozwozić niedobitków (klub Kwadrat to jednak daleko dla niektórych). Muszę zauważyć, że nie wyobrażam sobie, wysiedzieć w death/black metalowym - nie bójmy się tak tego nazwać - hałasie tyle czasu, jednak ponoć byli i tacy. Ja dotarłem na miejsce koło 19tej, załapując się na jakiś lokalny support jeszcze - Infautation of Death. Ot, death metal, szybko, brutalnie, ale, szczerze mówiąc, nie odróżniłbym tej kapeli od legionu innych, brzmiących praktycznie identycznie, i grających na podobną modłę. Jako że jednak dopiero tam przybyłem, to jako rozgrzewka sprawili się nieźle.
Potem wystąpiły po sobie trzy kapele składające się właśnie na trasę Niech Kozły, czyli Infidel, Bloodthirst i Furia.
Infidel to do bólu sztampowy ale bardzo solidny bm w szybkich tempach. Image też charakterystyczny dla gatunku i przyjętej konwencji - odwrócone krzyże na scenie, obwiązane drutem kolczastym, do tego czaszka kozła (lub czegoś rogatego) na jakimś pokracznym statywie, corpse paint, gwoździe, pasy amunicyjne, itd. Nieco pociesznie wyglądał basista, przez klatkę piersiową aż po wylewający się ze spodni brzuch miał narysowany odwrócony krzyż - nie mam nic do brzucha wylewającego się ze spodni, ale sprawiało to, jak wspomniałem, dosyć pocieszne wrażenie, w połączeniu z całością.
Infidel zagrał i poszedł sobie, ustępując na scenie miejsca Bloodthirst. Ta kapela natomiast to black/thrash, szybki, z przytupem, momentami bardzo punkowy. Na płycie ostatniej czy tam jakiejś EP ich, jaką mam, a której tytuł mi wyleciał z głowy ("Żądza krwi" chyba) nieco nie przypadł mi do gustu głos wokalisty, na żywo nie przeszkadzał mi wcale. Image bardziej thrashowy, jeśli kogoś by to interesowało. Dobry występ.
No i kapela, na którą w sumie przyszedłem - Furia. Dla niektórych objawienie, dla innych hipsterstwo i grafomania. Szczerze powiedziawszy, po analizie ich tekstów, opinia, że są black metalową Comą nie jest zupełnie bezpodstawna, jednak przynajmniej jest to coś oryginalnego. Tak czy owak, a nie chce mi się rozpisywać w sumie, bo nic mi się nie chce ostatnio, zagrali sporo starych przebojów ("Ślepych dzień", "Zgniję, nie odpowiem!", itd.) oraz trzy kawałki z najnowszej płyty ("Pódź w dół", "Są to koła" i cośtam jeszcze). Na żywo wypadły one lepiej niż na płycie, w moim przekonaniu bardziej surowej i będącej bardziej black metalową od np. "Halnego", który momentami przypominał mi Pink Floyd.
Nihil na zakończenie pozdrowił publiczność całusem.
Pomachałem se łbem, popiłem, pojadłem, wydałem ostatnie pieniądze na merch, po czym załapałem się na 15 minut koncertu gwiazdy wieczoru, Stillborn. Naprawdę nic do nich nie mam, zaczęli koncert na naprawdę wysokim poziomie, po prostu by czterech poprzednich kapelach byłem zwiędły już, a jakbym nie poszedł wtedy, to nie załapałbym się na któryś z ostatnich dziennych autobusów w stronę miasta, a potem musiałbym albo iść na piechtę, albo poczekać na nocny lub transport zapewniony przez organizatora (ale nie wiem, czy w sumie było coś takiego).
Z ciekawostek innych - dużo zgrabnych, kobiecych nóg w kabaretkach/pończochach/itp., sporo gotyckich dekoltów. Jedna fanka Massemord w ich wspaniałej, żółtej koszulce. Jakiś typ w pokracznej masce (ja bym się udusił w czymś takim), zadziwiająco dużo fanów nsbm. Trochę obora (stojąc na sali pod balkonami dwa razy polało się na mnie piwo z góry - całe szczęście, niewiele), ale zachowania wpisane jednak w konwencje.
Dobry koncert.
Najpierw miały to być po prostu Kozły, ale potem doszło multum supportów, a potem połączono to z Covenant - zapewne z przyczyn finansowych lub jakiśtam, ale w sumie nie był to zły pomysł, zwłaszcza że na tegorocznym Covenancie świętowali 15-lecie weterani ze Stillborn, ciągle rześcy mimo upływającego czasu.
Program całej imprezy zakładał otwarcie bram o 13tej, a o północy miały być podstawione autobusy smętne by porozwozić niedobitków (klub Kwadrat to jednak daleko dla niektórych). Muszę zauważyć, że nie wyobrażam sobie, wysiedzieć w death/black metalowym - nie bójmy się tak tego nazwać - hałasie tyle czasu, jednak ponoć byli i tacy. Ja dotarłem na miejsce koło 19tej, załapując się na jakiś lokalny support jeszcze - Infautation of Death. Ot, death metal, szybko, brutalnie, ale, szczerze mówiąc, nie odróżniłbym tej kapeli od legionu innych, brzmiących praktycznie identycznie, i grających na podobną modłę. Jako że jednak dopiero tam przybyłem, to jako rozgrzewka sprawili się nieźle.
Potem wystąpiły po sobie trzy kapele składające się właśnie na trasę Niech Kozły, czyli Infidel, Bloodthirst i Furia.
Infidel to do bólu sztampowy ale bardzo solidny bm w szybkich tempach. Image też charakterystyczny dla gatunku i przyjętej konwencji - odwrócone krzyże na scenie, obwiązane drutem kolczastym, do tego czaszka kozła (lub czegoś rogatego) na jakimś pokracznym statywie, corpse paint, gwoździe, pasy amunicyjne, itd. Nieco pociesznie wyglądał basista, przez klatkę piersiową aż po wylewający się ze spodni brzuch miał narysowany odwrócony krzyż - nie mam nic do brzucha wylewającego się ze spodni, ale sprawiało to, jak wspomniałem, dosyć pocieszne wrażenie, w połączeniu z całością.
Infidel zagrał i poszedł sobie, ustępując na scenie miejsca Bloodthirst. Ta kapela natomiast to black/thrash, szybki, z przytupem, momentami bardzo punkowy. Na płycie ostatniej czy tam jakiejś EP ich, jaką mam, a której tytuł mi wyleciał z głowy ("Żądza krwi" chyba) nieco nie przypadł mi do gustu głos wokalisty, na żywo nie przeszkadzał mi wcale. Image bardziej thrashowy, jeśli kogoś by to interesowało. Dobry występ.
No i kapela, na którą w sumie przyszedłem - Furia. Dla niektórych objawienie, dla innych hipsterstwo i grafomania. Szczerze powiedziawszy, po analizie ich tekstów, opinia, że są black metalową Comą nie jest zupełnie bezpodstawna, jednak przynajmniej jest to coś oryginalnego. Tak czy owak, a nie chce mi się rozpisywać w sumie, bo nic mi się nie chce ostatnio, zagrali sporo starych przebojów ("Ślepych dzień", "Zgniję, nie odpowiem!", itd.) oraz trzy kawałki z najnowszej płyty ("Pódź w dół", "Są to koła" i cośtam jeszcze). Na żywo wypadły one lepiej niż na płycie, w moim przekonaniu bardziej surowej i będącej bardziej black metalową od np. "Halnego", który momentami przypominał mi Pink Floyd.
Nihil na zakończenie pozdrowił publiczność całusem.
Pomachałem se łbem, popiłem, pojadłem, wydałem ostatnie pieniądze na merch, po czym załapałem się na 15 minut koncertu gwiazdy wieczoru, Stillborn. Naprawdę nic do nich nie mam, zaczęli koncert na naprawdę wysokim poziomie, po prostu by czterech poprzednich kapelach byłem zwiędły już, a jakbym nie poszedł wtedy, to nie załapałbym się na któryś z ostatnich dziennych autobusów w stronę miasta, a potem musiałbym albo iść na piechtę, albo poczekać na nocny lub transport zapewniony przez organizatora (ale nie wiem, czy w sumie było coś takiego).
Z ciekawostek innych - dużo zgrabnych, kobiecych nóg w kabaretkach/pończochach/itp., sporo gotyckich dekoltów. Jedna fanka Massemord w ich wspaniałej, żółtej koszulce. Jakiś typ w pokracznej masce (ja bym się udusił w czymś takim), zadziwiająco dużo fanów nsbm. Trochę obora (stojąc na sali pod balkonami dwa razy polało się na mnie piwo z góry - całe szczęście, niewiele), ale zachowania wpisane jednak w konwencje.
Dobry koncert.
środa, 18 kwietnia 2012
Metra od metra
Czyli dwie książki Dmitry'a Glukhovskiego (ah, gwałt na ortografii tego dziwnego języka, lub jego wersji zangielszczonej, ach, jak przyjemny), "Metro 2033" i "Metro 2034".
Mamy tam post-apoc w ujęciu bardzo rosyjskim. Taki słowiański fallout + rosyjska dusza + odwieczny, podświadomy ludzi strach przed ciemnością. Wszystko napisane jest bardzo lirycznie, poetycko, dobro rzadko triumfuje, jeśli w ogóle, nawet po tych wszystkich latach wegetacji pod ziemią, jedyne co ludzie potrafią robić dobrze, to mordować się wzajemnie (nawet powszechnie obowiązującą w Metrze walutą jest amunicja), spiskować, itd.
Wizja świata jest w sumie prosta jak koźli członek - komuś kiedyś puściły nerwy, i większa część świata jest niezdatna do zamieszkania przez ludzi, skażona i/lub zamieszkała przez mutanty i jakieś nowe, nieznane gatunki, wrogo nastawione do niedobitków ludzkości.
A te niedobitki ludzkości gnieżdżą się głównie w moskiewskim metrze, lub tym, co tam nadało się do zamieszkania. Poszczególne skupiska ludzkie na pojedynczych stacjach przyjęły w międzyczasie najróżniejsze ustroje i wizje świata, mamy społeczność kupiecką kilku stacji, nazwaną Hanzą, gdzie czci się książkę Adama Smitha jako cenną relikwię, mamy całą jedną linię zamieszkałą przez komunistów, mamy pojedyncze stacje Czwartej Rzeszy i trockistów-gewarystów, jest wreszcie Polis, potężne centrum naukowe i kulturalne, gdzie wykształcił się system kastowy, oparty nieco na tym indyjskim. Pomiędzy tym wszystkim kursują karawany kupieckie, toczą się mniejsze i większe wojenki, działają mniej lub bardziej dziwne sekty oraz poruszają się różni wagabundowie i awanturnicy. W tym świecie mamy też lokalną wersję stalkerów - wychodzących na powierzchnię i zabierających stamtąd co się da. Rzecz jasna, stalkerzy są narażeni na wszelkie możliwe niebezpieczeństwa spustoszonego świata.
Część pierwsza dylogii, która przypadła mi do gustu bardziej, niż kontynuacja, opowiada o odizolowanej stacji leżącej na jakimś zadupiu, lecz stacji, która zaopatruje praktycznie całe metro w towar zwany herbatą. Rzecz jasna z herbatą w dzisiejszym tego słowa znaczeniu napar ten nie miał nic wspólnego (była to pochodna grzybów jakiś), jednak zgodnie z zasadą "na bezrybiu i rak ryba" cieszył się ten specyfik w metrze dużą popularnością.
Jednak stacja jest w niebezpieczeństwie - z dalszych, niezamieszkałych czeluści metra, a zapewne i jakimś cudem z powierzchni nadchodzą Czarni, rasa dziwacznych mutantów, obdarzona potężnymi zdolnościami telepatycznymi. Los całego metra wydaje się być przesądzony, ale wtedy na stacje przybywa tajemniczy stalker Hunter ("Hunter? To nie jest rosyjskie nazwisko?"), który odmienia przypadkiem życie głównego bohatera, młodego Artema. Artem zostaje przez niego wysłany z misją dotarcia do Polis (czyli musiałby przejść w sumie całe metro). A jak tam w końcu dotrze, to jeszcze wiele przygód przed nim, m.in. wyjście na powierzchnię i natrafienie na "metro w metrze" czyli zapomniane, leżące gdzieś indziej bunkry rządowe.
W "Metrze 2033" najbardziej podobał mi się sugestywnie przedstawiony przez autora nastrój osaczenia i iście lovecraftowska atmosfera złowrogiego Nieznanego, istniejącego gdzieś na krawędzi padającego światła, w wiecznej ciemności tuneli metra. Nie zapomnę chyba do końca życia przygód Artema i spotkanego przypadkiem szalonego mistyka, uważającego się za kolejne wcielenie Czyngis-Chana, i ich ucieczki tunelami przed Czymś, co nie miało dobrych zamiarów.
Elementów mistycyzujących jest w obu książkach multum - mamy stacje, gdzie każdy z tych, którzy tamtędy przechodzą, narażony jest na konfrontacje z rozmaitymi wizjami, mamy odcinki tuneli, gdzie występują różne para-psychiczne anomalie, powodujące obłęd u przechodzących, mamy wreszcie rozmaite sekty i pojedyncze nowe koncepcje religijne (m.in. o duszach zmarłych w metrze, które tam pozostają, i krążą w rurach; opowieść o stacji satanistów, kopiących dziurę do piekła; wagon zamieszkały przez grupę post-chrześcijańską). Jest motyw utraconego raju/Arkadii, odizolowanych stacji metra pod dawnym uniwersytetem, gdzie żyją samowystarczalnie najlepsi z ludzkości, którzy przedostaną się do reszty metra, gdy ludzkość tam mieszkająca stanie się lepsza. Autorowi należą się wielkie brawa za wizję świata.
Niestety, nastrój grozy w części pierwszej mija mniej-więcej w połowie książki, potem zastąpiony przez - chociaż tyle - niemniej ciekawe rozterki filozoficzne głównego bohatera, a dokładnie o wolności woli i predestynacji do wykonania wielkiego zadania. O tajemniczym Losie, wiszącym nad bohaterem jak antyczne fatum.
Ale zdecydowanie najciekawszym elementem jest wplecenie do fabuły książki teorii spiskowej, mówiącej o tym, że ZSRR był tworem sensu stricte satanistycznym - czerwone gwiazdy to pentagramy zamieszkałe przez demony. Najpotężniejsze zostały umieszczone na Kremlu - czerwone gwiazdy świecące na cały kraj, gwiazdy pulsujące i żyjące nieludzkim życiem, zwabiające stalkerów, którzy mieli nieszczęście na nie spojrzeć na zatracenie i śmierć. A młodzi komuniści od swojego pierwszego pentagramu w Komsomole, gdy byli nim kłóci lekko ale do krwi, przypieczętowali swój pakt tym z demonem żyjącym w pentagramie - na całe życie. Srogo.
I piękne zakończenie jest części pierwszej - niby zrealizowano, co chciano, ale okazało się, że to wcale nie było tak. Lubię złe zakończenia.
Część druga zaś, oj, średnio przypadła mi do gustu. Tzn. wszystko pozostało tam takie samo - ten sam klimat, ten sam świat, równie ciekawe i skomplikowane postacie (tajemniczy grajek-lekkoduch, córka zesłańca, starszy pisarz zazdrosny o nią jako o swoistą muzę - jednak bez podtekstów erotycznych żadnych, wreszcie... Hunter - ale bardzo odmieniony), liryczność i rosyjskość ducha została tam doprowadzona do ekstremum (scena finałowa...), jednak zabrakło jakiejś - takiej świeżości części pierwszej, jej polotu, jej napięcia i mroku. Co ciekawe, nie wiem też, czy główny bohater części pierwszej w książce się pojawia - występuje tam postać drugoplanowa o takim samym imieniu, ale nie jestem w stanie stwierdzić, czy to ten sam gość po latach.
Nie oznacza to w sumie, że 2034 jest dużo gorsze od 2033 - być może gdyby były napisane w odwrotnej kolejności, moja opinia byłaby inna. Tak czy siak, polecam jedno i drugie metro.
Mamy tam post-apoc w ujęciu bardzo rosyjskim. Taki słowiański fallout + rosyjska dusza + odwieczny, podświadomy ludzi strach przed ciemnością. Wszystko napisane jest bardzo lirycznie, poetycko, dobro rzadko triumfuje, jeśli w ogóle, nawet po tych wszystkich latach wegetacji pod ziemią, jedyne co ludzie potrafią robić dobrze, to mordować się wzajemnie (nawet powszechnie obowiązującą w Metrze walutą jest amunicja), spiskować, itd.
Wizja świata jest w sumie prosta jak koźli członek - komuś kiedyś puściły nerwy, i większa część świata jest niezdatna do zamieszkania przez ludzi, skażona i/lub zamieszkała przez mutanty i jakieś nowe, nieznane gatunki, wrogo nastawione do niedobitków ludzkości.
A te niedobitki ludzkości gnieżdżą się głównie w moskiewskim metrze, lub tym, co tam nadało się do zamieszkania. Poszczególne skupiska ludzkie na pojedynczych stacjach przyjęły w międzyczasie najróżniejsze ustroje i wizje świata, mamy społeczność kupiecką kilku stacji, nazwaną Hanzą, gdzie czci się książkę Adama Smitha jako cenną relikwię, mamy całą jedną linię zamieszkałą przez komunistów, mamy pojedyncze stacje Czwartej Rzeszy i trockistów-gewarystów, jest wreszcie Polis, potężne centrum naukowe i kulturalne, gdzie wykształcił się system kastowy, oparty nieco na tym indyjskim. Pomiędzy tym wszystkim kursują karawany kupieckie, toczą się mniejsze i większe wojenki, działają mniej lub bardziej dziwne sekty oraz poruszają się różni wagabundowie i awanturnicy. W tym świecie mamy też lokalną wersję stalkerów - wychodzących na powierzchnię i zabierających stamtąd co się da. Rzecz jasna, stalkerzy są narażeni na wszelkie możliwe niebezpieczeństwa spustoszonego świata.
Część pierwsza dylogii, która przypadła mi do gustu bardziej, niż kontynuacja, opowiada o odizolowanej stacji leżącej na jakimś zadupiu, lecz stacji, która zaopatruje praktycznie całe metro w towar zwany herbatą. Rzecz jasna z herbatą w dzisiejszym tego słowa znaczeniu napar ten nie miał nic wspólnego (była to pochodna grzybów jakiś), jednak zgodnie z zasadą "na bezrybiu i rak ryba" cieszył się ten specyfik w metrze dużą popularnością.
Jednak stacja jest w niebezpieczeństwie - z dalszych, niezamieszkałych czeluści metra, a zapewne i jakimś cudem z powierzchni nadchodzą Czarni, rasa dziwacznych mutantów, obdarzona potężnymi zdolnościami telepatycznymi. Los całego metra wydaje się być przesądzony, ale wtedy na stacje przybywa tajemniczy stalker Hunter ("Hunter? To nie jest rosyjskie nazwisko?"), który odmienia przypadkiem życie głównego bohatera, młodego Artema. Artem zostaje przez niego wysłany z misją dotarcia do Polis (czyli musiałby przejść w sumie całe metro). A jak tam w końcu dotrze, to jeszcze wiele przygód przed nim, m.in. wyjście na powierzchnię i natrafienie na "metro w metrze" czyli zapomniane, leżące gdzieś indziej bunkry rządowe.
W "Metrze 2033" najbardziej podobał mi się sugestywnie przedstawiony przez autora nastrój osaczenia i iście lovecraftowska atmosfera złowrogiego Nieznanego, istniejącego gdzieś na krawędzi padającego światła, w wiecznej ciemności tuneli metra. Nie zapomnę chyba do końca życia przygód Artema i spotkanego przypadkiem szalonego mistyka, uważającego się za kolejne wcielenie Czyngis-Chana, i ich ucieczki tunelami przed Czymś, co nie miało dobrych zamiarów.
Elementów mistycyzujących jest w obu książkach multum - mamy stacje, gdzie każdy z tych, którzy tamtędy przechodzą, narażony jest na konfrontacje z rozmaitymi wizjami, mamy odcinki tuneli, gdzie występują różne para-psychiczne anomalie, powodujące obłęd u przechodzących, mamy wreszcie rozmaite sekty i pojedyncze nowe koncepcje religijne (m.in. o duszach zmarłych w metrze, które tam pozostają, i krążą w rurach; opowieść o stacji satanistów, kopiących dziurę do piekła; wagon zamieszkały przez grupę post-chrześcijańską). Jest motyw utraconego raju/Arkadii, odizolowanych stacji metra pod dawnym uniwersytetem, gdzie żyją samowystarczalnie najlepsi z ludzkości, którzy przedostaną się do reszty metra, gdy ludzkość tam mieszkająca stanie się lepsza. Autorowi należą się wielkie brawa za wizję świata.
Niestety, nastrój grozy w części pierwszej mija mniej-więcej w połowie książki, potem zastąpiony przez - chociaż tyle - niemniej ciekawe rozterki filozoficzne głównego bohatera, a dokładnie o wolności woli i predestynacji do wykonania wielkiego zadania. O tajemniczym Losie, wiszącym nad bohaterem jak antyczne fatum.
Ale zdecydowanie najciekawszym elementem jest wplecenie do fabuły książki teorii spiskowej, mówiącej o tym, że ZSRR był tworem sensu stricte satanistycznym - czerwone gwiazdy to pentagramy zamieszkałe przez demony. Najpotężniejsze zostały umieszczone na Kremlu - czerwone gwiazdy świecące na cały kraj, gwiazdy pulsujące i żyjące nieludzkim życiem, zwabiające stalkerów, którzy mieli nieszczęście na nie spojrzeć na zatracenie i śmierć. A młodzi komuniści od swojego pierwszego pentagramu w Komsomole, gdy byli nim kłóci lekko ale do krwi, przypieczętowali swój pakt tym z demonem żyjącym w pentagramie - na całe życie. Srogo.
I piękne zakończenie jest części pierwszej - niby zrealizowano, co chciano, ale okazało się, że to wcale nie było tak. Lubię złe zakończenia.
Część druga zaś, oj, średnio przypadła mi do gustu. Tzn. wszystko pozostało tam takie samo - ten sam klimat, ten sam świat, równie ciekawe i skomplikowane postacie (tajemniczy grajek-lekkoduch, córka zesłańca, starszy pisarz zazdrosny o nią jako o swoistą muzę - jednak bez podtekstów erotycznych żadnych, wreszcie... Hunter - ale bardzo odmieniony), liryczność i rosyjskość ducha została tam doprowadzona do ekstremum (scena finałowa...), jednak zabrakło jakiejś - takiej świeżości części pierwszej, jej polotu, jej napięcia i mroku. Co ciekawe, nie wiem też, czy główny bohater części pierwszej w książce się pojawia - występuje tam postać drugoplanowa o takim samym imieniu, ale nie jestem w stanie stwierdzić, czy to ten sam gość po latach.
Nie oznacza to w sumie, że 2034 jest dużo gorsze od 2033 - być może gdyby były napisane w odwrotnej kolejności, moja opinia byłaby inna. Tak czy siak, polecam jedno i drugie metro.
Waldemar Łysiak "Wyspy zaczarowane"
Waldemar Łysiak to postać nietuzinkowa. Trochę mitoman, trochę egoista, dosyć kłótliwy nawet jak na prawicowca, zresztą mało kto go w sumie lubi - oprócz czytelników "GP" czy "URz". No i ma swoje fascynacje niezrozumiałe szerzej w kąąserwatywnym stęchłym półświatku, w rodzaju darzenia niezwykłą estymą postaci Napoleona, wyklinanego i przez post-endectwo jak i przez monarchistów.
Może właśnie dlatego, chociaż z poglądami autora, po okresie fascynacji i uwielbienia dla jego pozycji w stylu "Salon" czy "Stulecie kłamców" zdążyłem się rozminąć, samego autora darzę nadal szacunkiem. No i tak pięknie dokopał kiedyś smętnemu liberałowi Ziemkiewiczowi w polemice na łamach "GP" dawno, dawno temu.
"Wyspy zaczarowane" to dosyć wczesna książka autora, z czasów, gdy nie manifestował jeszcze swoich poglądów politycznych. Mamy tam kilka opowieści z autora podróży po Włoszech za czasów hmm no dawno temu. Jak to spotkał złodzieja zabytków, który za zarobione pieniądze odnawiał inne zabytki, jak to dał w łapę kustoszce muzeum, by wejść tam jak było nieczynne, rzecz jasna jest też kilka opowiastek z ery napoleońskiej. A wszystkie one dotyczą w pierwszej kolejności właśnie zabytków włoskich, rozmaitych.
Wszystko napisane ładnym, nieco poetyckim, wrażliwym ale i lekko zadziornym stylem.
A że książkę opisywaną kupiłem na targu staroci za 5zł to tym bardziej jestem zadowolony.
Może właśnie dlatego, chociaż z poglądami autora, po okresie fascynacji i uwielbienia dla jego pozycji w stylu "Salon" czy "Stulecie kłamców" zdążyłem się rozminąć, samego autora darzę nadal szacunkiem. No i tak pięknie dokopał kiedyś smętnemu liberałowi Ziemkiewiczowi w polemice na łamach "GP" dawno, dawno temu.
"Wyspy zaczarowane" to dosyć wczesna książka autora, z czasów, gdy nie manifestował jeszcze swoich poglądów politycznych. Mamy tam kilka opowieści z autora podróży po Włoszech za czasów hmm no dawno temu. Jak to spotkał złodzieja zabytków, który za zarobione pieniądze odnawiał inne zabytki, jak to dał w łapę kustoszce muzeum, by wejść tam jak było nieczynne, rzecz jasna jest też kilka opowiastek z ery napoleońskiej. A wszystkie one dotyczą w pierwszej kolejności właśnie zabytków włoskich, rozmaitych.
Wszystko napisane ładnym, nieco poetyckim, wrażliwym ale i lekko zadziornym stylem.
A że książkę opisywaną kupiłem na targu staroci za 5zł to tym bardziej jestem zadowolony.
wtorek, 17 kwietnia 2012
Odpryski VII
Cóż za świat, cóż za żywot smętny, że blog zarósł niczym trawa na grobie* Korwina. Najpierw walkirie przybyły po mojego laptopa (pa, pa 150 giga pirackich mp3), potem zaś ściągnąłem Titan Questa, i moje życie zawiesiło się na okres mniej-więcej miesiąca. Ale w końcu przemogłem się, i wracam tu w chałwie czy tam innej chwale. Chale. Czymkolwiek.
Ten blog nigdy nie był jednym z tych wielu wspaniałych internetowych pamiętników ("dziś się najebałem ze Staszkiem, potem zarzygałem oryginalnego Van Gogha Zbyszkowi") tzn. chciałem coś jeszcze napisać, ale w sumie nie wiem, co i po co. Tak to już jest, człowiek w najdziwniejszych sytuacjach snuje cudowne wizje czegokolwiek, pomysły godne literackiego Nobla przelatują przez jego umysł z siłą treści żołądkowej przelatującej akurat w drugą stronę niż zazwyczaj, a jak już siada i chce pisać, to zaczyna rozmyślać nagle ni z gruchy, ni z pietruchy, ni z kozła o dupie Maryni, czasami nawet dosłownie. I cóż poradzić, tak ten świat jest już skonstruowany.
Zapisałem się do osiedlowej filii biblioteki jakiejśtam wszechkrakowskiej. Ciekawostka - na komputerze dla użytkowników zainstalowane były Starcraft:Brood War, Diablo (1!), Homm3 i Worms3D. Hmm.
A wypożyczyłem sobie "Lód" Dukaja, uciąłem sobie też krótką pogawędkę na jego temat z miłą panią bibliotekarką, nie przypominającej jednak niestety stereotypowej bibliotekarki z filmów dla dorosłych.
No, dosyć smucenia, że źle i niedobrze, wracam do pisania.
* politycznym
Zapisałem się do osiedlowej filii biblioteki jakiejśtam wszechkrakowskiej. Ciekawostka - na komputerze dla użytkowników zainstalowane były Starcraft:Brood War, Diablo (1!), Homm3 i Worms3D. Hmm.
A wypożyczyłem sobie "Lód" Dukaja, uciąłem sobie też krótką pogawędkę na jego temat z miłą panią bibliotekarką, nie przypominającej jednak niestety stereotypowej bibliotekarki z filmów dla dorosłych.
No, dosyć smucenia, że źle i niedobrze, wracam do pisania.
* politycznym
Subskrybuj:
Posty (Atom)