piątek, 2 sierpnia 2013

Odpryski XVI

1) Było koło północy, gdy usłyszałem pod blokiem dziwne odgłosy. Jako że mieszkanie wynajmowane przeze mnie w Krk jest usytuowane na parterze, wolałem się upewnić, co się dzieje. Wyjrzałem przez okno.
Parę kroków od mojego balkonu, w przyblokowym "ogródku", stał pijany koleś z łopatą. Wykopywał rosnącego tam iglaka. Sporego iglaka, trzeba przyznać. Męczył się prawie godzinę, po czym zniknął razem ze swoją zdobyczą w mrokach nocy.
Kraków to nie miejsce, Kraków to stan umysłu.

2) Będę bez internetów przez jakiś tydzień.

Robert E. Howard "Królestwo cieni"

Zbiór opowiadań Howarda umiejscowionych w ramach mitologii Cthulhu, lub pokrewnych zjawisk + wstęp samego Lovecrafta. Kilka z nich (oraz wstęp) już znałem, z "Płomienia Assurbanipala", czy jak się to dokładnie zwało, takie zeszytowe wydanie.
Pozostałe to w sumie Howard jak Howard. Silni mężczyźni, wielkie namiętności, wierność rasie i plemiennym bogom, mieszanie ras jako oznaka degeneracji. Cóż, w takich a nie innych to powstawało czasach. Heroizm wojowników, heroizm szalonych poetów. Przypominanie sobie poprzednich wcieleń. Nie straszy, a jedno opowiadanie hmm kryminalne z kultem Cthulhu w tle i jego zagadka są oczywiste dla czytelnika po paru akapitach. Trafiają się koszmarne uogólnienia - Jazydzi, Szintoizm i Starsi Bogowie sprowadzeni do jednego, wspólnego mianownika - satanizmu. Cóż. Hmm, jak już wspominałem, czasy były takie, a nie inne.
Mimo ogólnej czytadłowatości, czyta się przyjemnie. Duch Lovecrafta został zachowany. I dobrze poniekąd, że komuś się chciało tyle tego zebrać w jednym miejscu.

środa, 31 lipca 2013

"Bizarro Bazar"

Jak sama nazwa wskazuje, "Bizarro Bazar" to zbiór opowiadań bizarro. Mamy tutaj zarówno autorów rodzimych, jak i kilka sław zza oceanu. A czym właściwie jest to bizarro?
W sumie to nie wiem, to trochę takie wszystko i nic - dla mnie osobiście to nic złego - jeśli przyjmiemy, że pewnego pięknego dnia (a może w zeszły piątek) upadły wielkie narracje i żyjemy w ponowoczesności, jeśli przyjmiemy, że wszystko już było, i że pozostaje tylko zabawa konwencją i reinterpretowanie pojęć - to bizarro jest hordą pstrokatych szaleńców ucztujących na coraz bardziej gnijącym i rozpływającym się truchle wszystkiego, co było wcześniej. To ucieleśnienie świata "post-" - zabawa treścią, czysty absurd, groteska, surrealizm, gwałt na związkach przyczynowo-skutkowych, na sensie jako takim.
A w każdym razie miałem o bizarro taką opinię po kilku dorwanych w .pdf książkach klasykach gatunku (o dupo-goblinach z Auschwitz, itd.). Po "Bizarro Bazar" w sumie nie wiem, czym jest bizarro, bo większość zamieszczonych tutaj opowiadań zakwalifikowałbym bez problemu do innych gatunków - do parodii (np. "Czarne galery" Krzysztofa Maciejewskiego - w tym konkretnym przypadku byłaby to parodia urban fantasy), do wykrzywionej, zakrzaczonej, nieco perwersyjnej i ociekającej jadem dystopii/krytyki społecznej przywodzącej na myśl bardzo dalekie echa najróżniejszych skojarzeń, np. z niektórymi opowieściami staruszka Lema, zwłaszcza tymi z Bim-Bam-Bom i Miastochodami czy Zajdlem na kwasie (np. "Opcja" Dawida Kaina, "Homo Pregnantus" Jana Maszczyszyna, "Ojciec roku" Kazimierza Krycza Jr, "Polski gotyk" Marka Grzywacza, "Porno w sierpniu" Carltona Mellica III) przez czyste, niczym nie skrępowane i wręcz toporne (co nie znaczy, że złe) gore ("Przejażdżka" Edwarda Lee), czy przez odrealnioną, brutalną i krwawą ale jednak głównie psychologiczną opowieść o traumie i wyparciu ("Wirująca, szara mgła" Jeremy'ego C. Shippa), itd.
Czyli wróciliśmy do punktu wyjścia. Bizarro to wszystko i nic, lub, parafrazując słynną encyklopedię, bizarro jakie jest - każdy widzi. Lub schodząc na poziom czysto subiektywny - bizarro to to, czego autor uzna, że to bizarro. Elementem wspólnym byłaby dziwność bijąca z treści, pewna odczuwana podskórnie przewrotność, poczucie braku oparcia, jakaś taka przyćpana atmosfera. Chociaż niekoniecznie co do tego ostatniego. Do mojej pierwotnej, przytoczonej u góry tej notki definicji gatunku pasowałoby tylko kilka opowiadań z całej antologii - fenomenalna w swojej absurdalności i odrealnieniu "Cipakabra" Karola Mitki, "Dom (z) kotów" Jeffa Burke'a, "Skóra" Michała Stonawskiego, gwałt na opowieści o leśnych zwierzątkach, czyli "Ponure bobry" Camerona Pierce'a, no i "144000" Marcina Rojka, przewrotna opowieść o Paruzji. Swoją drogą, Marcin to mój dobry ziom jeszcze z liceum, więc mogę to napisać, i się nie obrazi - stary, stać Cię na więcej. To nie jest złe opowiadanie, nie. Po prostu oczekiwałem zniszczenia w stylu tego o zabawkach co kiedyś było w "Nowej Fantastyce", a "144000" to jednak lajcik w porównaniu do tamtego.
Nie chce mi się przedstawiać pozostałych opowiadań - nie było wśród nich jednak jakiegoś, które byłoby zdecydowanie gorsze od pozostałych.
Bizarro ma niby jakieś swoje mity założycielskie, rozwija się jako pewna subkultura i coś w rodzaju kontestującego zastany świat ruchu autorów; ciekawe, czy przyjmie się w Polsce na dłużej, gdzie jak na razie, z tego co widzę, znalazło sobie przystań głównie w "Niedobrych Literkach", siedzi tam i bluźni wniebogłosy oraz penisa pokazuje przechodzącym nieopodal gatunkom mainstreamu. I bardzo dobrze.
Omówioną pokrótce antologię, do dostania np. przez allegro chyba jeszcze, lub być może na kolejnych w tym roku konwentach, polecam jako papierowe świadectwo ekspansji bizarro w Polsce w pierwszym okresie tejże ekspansji. Dla kogoś nieobeznanego z gatunkiem będzie to tym bardziej wartościowa pozycja, bo przekrojowo pokazująca liczne warianty i wariacje w obrębie tego wirującego chaosu, jakim jest bizarro.

Sylwia Błach "Bo śmierć to dopiero początek"


Wbrew nastawieniu, z jakim zacząłem czytać tę książkę, nie jest to horror. W sumie thriller też nie. Bardziej powieść psychologiczna o postępującym obłędzie. Autorka uderzyła w mój czuły punkt, bo w fabule jest mnóstwo o kreowaniu siebie od nowa, przewartościowywaniu pojęć, co prawda tutaj nieco wbrew woli głównej bohaterki, no ale zawsze.
Jest tu też coś innego, co bardzo lubię, czyli sztuczne kreowanie rzeczywistości przez media (rzeczywistości w sensie obecnych w dyskursie pojęć - w tym wypadku mocno zdekonstruowane wampiry - nie chodzi o namacalną płaszczyznę bytu, lecz - jakby to ujął Baudrillard [tak, wiem, mam na jego tle nerwicę natręctw] - precesja modelu nad rzeczywistością. Rzeczywistością wg jeszcze innej definicji, ale nie ważne w sumie).
Tak czy owak, niezależnie od tego, w jakich kategoriach przeinterpretuje się treść książki na tysiąc sposobów, o jakich autorce się zapewne nawet nie śniło, historia snuta przez Sylwię to opowieść o losach młodej pisarki Malwiny i jej matki Jadwigi. Po śmierci męża i ojca Malwiny parę lat przed wydarzeniami przedstawionymi w książce Jadwiga nadal nie może się psychicznie pozbierać, cały czas bierze leki uspokajające. Malwina utrzymuje siebie i matkę, marząc skrycie o tym, by zostać pisarką. Wysłała kilku wydawnictwom rękopis napisanej przez siebie powieści o wampirach, jednak nikt nie zechciał jej tego wydać. Dlatego kiedy przy pomocy (także finansowej) swojego chłopaka Rafała udaje się jej w końcu wydać książkę w wydawnictwie, które najpierw każe sobie za wydanie książki płacić, jej radość jest ogromna.
Sukces jednak nie przychodzi, zamiast niego nadciąga rozczarowanie i postępująca depresja, która kończy się samobójstwem głównej bohaterki. A w każdym razie tak to wygląda na samym początku, później historia się komplikuje, gdy okazuje się, że ktoś postanowił zarobić na rzekomej śmierci młodej pisarki i przekonaniu fanów, że powróciła ona z zaświatów jako wampirzyca. A także przekonaniu o tym jej samej. Problem w tym, że sama Malwina zaczyna w pewnym momencie w to wierzyć.
Książkę czytało mi się nieźle, przerobiłem ją w jakieś 2-3 godziny (czyli jak dla mnie standard jak na książkę o takiej grubości). Nigdy w sumie nie zwracałem uwagi na styl, jeśli nie był odpychający, więc pod tym względem nie mam się do czego przyczepić. Pod względem treści też nie mam się do czego przyczepić - mimo tego, że od pewnego momentu fabuła staje się nieco przewidywalna (oprócz zakończenia), a i opowieści z wątkami - nazwijmy to - o dobrych chęciach, którymi jest piekło wybrukowane oraz o zaborczych rodzicach, wiedzących najlepiej co będzie najlepsze dla ich dzieci było legion, wampirza otoczka nadaje książce Sylwii trochę świeżości na tle naszego gnijącego postmodernizmu, tym bardziej że same motywy, którymi kierują się postacie w swoich działaniach, są nieco rozmyte - zwłaszcza w przypadku dosyć biernej głównej bohaterki. Jak na mój gust część wydarzeń rozegrała się trochę za szybko, osobiście nie miałbym też nic przeciwko znaczniej większej ilości wnikania w psychikę postaci i tok ich myślenia (jeśli są dobrze przedstawione, to bardzo lubię wewnętrzne monologi postaci i inne strumienie świadomości ciągnące się przez 10 stron minimum), także część motywów "gotyckich" (jak pokój ukryty w bibliotece - za to plus za książkę, którą się go otwierało, uśmiechnąłem się promiennie przy tym) jest trochę kiczowata, no ale to taka konwencja, poza tym to odczucia czysto subiektywne.
Z życzliwym zainteresowaniem będę śledził dalszą (oraz - jakby to nie zabrzmiało - wcześniejszą) twórczość autorki.

poniedziałek, 29 lipca 2013

"Asimov's Science Fiction (wydanie polskie)" 5/1992

Kupiłem to kiedyś przypadkiem, i przeczytałem w trakcie podróży pociągiem. Bardzo poczciwy aczkolwiek niewielki zbiorek różności.
1) Rudy Rucker, Bruce Sterling "Podbijanie kosmosu"
nieco groteskowa, przejaskrawiona opowieść o radzieckiej wyprawie po Meteoryt Tunguski. Do tego główny bohater, donosiciel KGB. Fajne.
2) John Varley "Żegnaj, Robinsonie"
opowieść o tym, że nie da się uciec przed rzeczywistością, jaka by nie była, nawet, jeśli zapragniesz być dzieckiem na bezludnej wyspie. Przejmujące.
3) Isaac Asimov "Diabeł w kieliszku"
lekka komedia s-f z cyklu o Azazelu. Morał - gdy widzisz fajną, ale spiętą laskę, grzebanie w jej odporności na alkohol nie zawsze jest tak dobrym pomysłem, jak wydaje się na pierwszy rzut oka.
4) Lawrence Watt-Evans "Nowe światy"
Standardowa opowieść o podróży po alternatywnych rzeczywistościach. Nic specjalnego.
5) Kim Stanley Robinson "Zielony Mars"
opowieść o wyprawie na szczyt najwyższej góry na Marsie, najeżonej kraterami wielkości Luksemburgu, itd. Im wchodzi wyżej, tym bardziej główny bohater akceptuje swoją życiową sytuację. Optymistyczne, choć lekko melancholijne, no i wątek o przemijaniu.
6) Marek Pąkciński "Szkarłatne litery. Howard Phillips Lovecraft a wyobraźnia purytan"
esej o wszystko mówiącym tytule. Food for thought.

Krakon 2013

Akurat byłem w Krakowie i nie miałem niczego lepszego do roboty, więc postanowiłem przejść się. Bo czemu nie. Zaznajomiłem się z programem, nawet wypisałem sobie, na co kiedy warto się udać (niepotrzebnie, bo przecież dostawało się program na wejściu) i poszedłem. Zanim opiszę pokrótce kiedy na czym byłem, zacznę od różności ogólnych.
Tegoroczny Krakon odbył się w budynku AGH, tam gdzie jest m.in. odlewnictwo, część paneli prezentowana była także gdzieś w okolicy, np. w klubie Studio. Organizacja - jak na Kraków - była naprawdę niezła. Tzn. panował chaos, ludzie nie wiedzieli, kto co gdzie prezentuje, czasem prowadzący prelekcje też nie wiedzieli, budynek był fatalnie oznakowany (przez pierwsze dwa dni - potem się poprawiło), zdarzyło się, iż organizatorzy pozmieniali coś w programie nie informując o tym prelegentów, itd. Ciała dało też dużo samych prelegentów - z różnych powodów wielu z nich nie pojawiło się na konwencie, co zaburzyło i tak momentami płynny program. Mimo tego, przyzwyczajony do Krakowskiej Szkoły Organizowania Czegokolwiek Gdziekolwiek Przez Kogokolwiek (KSOCGPK)™ muszę przyznać, że absolutnie nie była to organizacyjna klęska, wiadomo, że mogło być lepiej, ale nie dość, że ideałów nie ma, to zawsze może być lepiej. Poza tym wszyscy lubimy narzekać bez sensu, a w każdym razie ja uwielbiam.
Przez konwent przewinęło się mnóstwo ludzi, reprezentujących najrozmaitsze odmiany i podgatunki szeroko pojętej fantastyki - obok siebie po korytarzach AGHowego molocha chodzili steampunkowcy i fanki anime w pluszowych, kocich uszach (doprawdy, im człowiek jest starszy, tym dziwaczniejsze fetysze w sobie znajduje; pozdrawiam w tym momencie jedną z - bodajże - helperów, która oprócz kotów lubiła też macki), odbywały się prelekcje na najróżniejsze i najbardziej odległe od siebie tematy - od wojskowości przez komiks, gry RPG, anime, popkulturę, porno, horrory po cokolwiek. Jeśli akurat organizatorzy albo sam prelegent nie schrzanił sprawy, to każdy zainteresowany mógł znaleźć coś dla siebie.
Swoje "stoiska" miały wydawnictwa, sklepy, pisarze. Solaris zamierza odświeżyć klasyków polskiej fantastyki, w tym uwielbianego przeze mnie Peteckiego - jak dla mnie to chyba najbardziej elektryzująca informacja wyniesiona z konwentu. Oprócz książek (ktoś sprzedawał m.in. Ligottiego), gier RPG czy karcianek można było kupić sobie np. poduszkę z wizerunkiem bohatera z ulubionego anime, jakieś przypinki, steampunkowe gogle, drogiego i niesmacznego hamburgera, za darmo można było dostać od sympatycznej uczestniczki obrazek przedstawiający kota. Można było pograć, zarówno w rozmaite planszówki czy RPG, jaki i w dowolną karciankę, jeśli znalazło się odpowiednich ludzi (ja znalazłem, przez co jednego przegapiłem 3 panele pod rząd, ale było warto). Gdzieś tam grupki nołlajfów łoiły w coś na kompach i konsolach.
Dzień I.
Spóźniłem się na dwa pierwsze panele, w tym na prelekcję o świecie Gor. A mogłem zrobić przedpłatę, to nie stałbym ponad godzinę w kolejce po wejściówkę. Cóż, na przyszłość zorganizuję się inaczej. Potem wbiłem na opowieść o hybrydach, chimerach flakowatych formach u Witkacego. Nie dowiedziałem się w sumie niczego nowego, ale prezentacja była niezła.
Potem udałem się na prelekcje o horrorze satanistycznym. Spodziewałem się trochę czegoś innego, ale stwierdzenie prelegenta, że czy tego chcemy, czy nie, to i tak żyjemy w postmodernizmie, bardzo przypadło mi do gustu. Ten sam gość miał dzień później prelekcję o demonologii w Johnym Bravo wg. Rudolfa Steinera, niestety nie byłem na niej obecny, również musiało być to niezłe.
Potem zrobiłem sobie przerwę. Pogawędziłem z przygodnie poznanymi ludźmi, znalazłem kilku znajomych, poszedłem coś zjeść, przepłaciłem. Spóźniłem się na prelekcję o odwołaniach do antyku we współczesności, w popkulturze i w ogóle. Tej prelekcji miało nie być, weszła zamiast opowieści o Słowianach, której autor przyszedł, najwyraźniej nie wiedział, że jego prelekcja została usunięta. Wracając do antyku, autor prezentacji przedstawił multum odwołań to tu, to tam, w filmach, komiksach, codzienności. Wspomniał o tym, że przekładał na łacinę wyjątkowo głupie sentencje dla Red Bulla, by wyglądały na antyczne.
Następnie gość od Słowian powrócił. Okazało się, że znałem go z widzenia wcześniej, okazało się też, że jest on mistrzem dygresji, bo od Słowian płynnie przeszedł do różnic między kastracją w Europie i Chinach czy do silników parowych starożytnego Rzymu.
Potem zgubiłem blok literacki i prelekcję o fantastyce socjologicznej. Nie znalazłem w całym budynku auli małej, być może chodziło o salę w klubie Studio, być może nie, nie chciało mi się iść i szukać dalej. Następnie i tak wyszedłem daleko, hen, na przystanek autobusowy po spóźnionego na konwent szalonego nihilistę, z którym po powrocie na teren Krakonu zdążyłem się jeszcze załapać na prelekcję o Zombie. Jak na tak szeroki temat, autor prelekcji wykazał się znajomością tematu i bardzo dobrym przygotowaniem merytorycznym.
Na koniec pierwszego dnia załapałem się jeszcze na kawałek prelekcji o aktorkach porno, która odbywała się w ramach bloku "18" w jednej z sal w Studio.
Dzień II.
Nauczony przykrymi doświadczeniami pierwszego dnia, zrobiłem sobie kanapki i wziąłem mineralkę ze sobą. To był długi i męczący dzień, siedziałem tam 10 godzin - w końcu jak już wykupiłem karnet na wszystko na wszystkie dni, to nie byłbym sobą, gdybym nie starał się wykorzystać tego do maksimum.
Zacząłem od odwiedzenia prelekcji o wszczepach, umiejscowionej w barze w Studio. Przed wejściem musiałem zostawić swoją mineralkę, całe szczęście, nikt mi jej nie zabrał, ani nie zamienił, i odzyskałem ją potem. Jestem w stanie zrozumieć, że polityka klubu jest taka, że nie ma wejścia z własnym napojem, ale ja nie przyszedłem tam pić, tylko na prelekcję. Być może nawet nie wyjąłbym z plecaka tej smętnej butelki z wodą gazowaną. Ale cóż, ot, drobne niedogodności dnia codziennego.
Prelekcję o wszczepach prowadził konwentowy człowiek-orkiestra/renesansu, który codziennie miał po kilka prelekcji na najróżniejsze tematy w ramach najróżniejszych blokach - Bodvar. Pozdrawiam serdecznie.
Potem trafiłem na prelekcję o "Gorefikacjach". Właśnie, "Gorefikacje". Kiedyś przedstawię to na blogu. Kiedyś na pewno. Prelegenci opowiedzieli co nieco o tym, czemu tak, a nie inaczej, czemu pierwotna nazwa - "Chuj w mózg" została jednak odrzucona, powiedzieli nieco o literackim gore. Wygrałem tam wtedy książkę i dwa filmy, więc prelekcję wspominam miło. O książce też kiedyś tu gdzieś będzie, bo po przekartkowaniu zapowiada się bardziej niż nieźle.
Następnie coś złego stało się z panelem o seryjnych mordercach, więc poszedłem się poszwendać. Gdzieś tam niby był Masterton, ale nie znam jego twórczości aż tak dobrze, by być oddanym fanem.
Godzinę później znów siedziałem w Studio, na przekrojowej opowieści o serii Heroes of Might & Magic. Zaczynając od Knight's Bounty prelegent doszedł do Might & Magic: Heroes VI, morał z jego opowieści był taki, że mimo wzlotów i upadków los serii jest stabilny i nic jej raczej nie grozi (nic w rodzaju HoMM IV).
Co dalej? Rewolucja ("Rasy świata fantasy na barykady!") się nie odbyła - albo - co jest równie lub bardziej prawdopodobne - jej nie znalazłem - więc znów poszedłem na blok horroru, gdzie akurat trafiłem na przekrojowy panel o tym, czego się boją autorzy horrorów. W sumie wszyscy mówili mniej-więcej to samo, zresztą myślę w podobny sposób, więc nic mnie tam nie zaskoczyło.
Po horrorze poszedłem na prelekcję o bohaterach urban fantasy. Gatunek ten jest mi mało znany, oprócz opisanego przeze mnie kiedyś na tym blogu klasyka "Wojna o Dąb", więc wysłuchałem prelegentki z zaciekawieniem, dowiedziałem się sporo interesujących rzeczy.
Potem, krążąc po budynku bez ładu i składu (nie było nic ciekawego w nadchodzącej godzinie) znalazłem Sylwię Błach sprzedającą swoją nową książkę. Jako iż twórczość Sylwii, chociaż znana mi w stopniu dosyć mizernym (głównie antologie), mimo tego wydawała się mi być zakręcona mocno w moją stronę, przynajmniej w niektórych aspektach, to pogawędziłem sobie z autorką chwilę czasu.
Następnie poszedłem na prelekcję o wężach. Prelegentką była pani ucząca zapewne na jakimś uniwerku krakowskim (lub przynajmniej sprawiała takie wrażenie) bo jej prelekcja była bardzo akademicka - padło pełno suchych faktów o wężach, faktów wręcz rodem z zajęć z biologii. Samych zaś legend i stereotypów, które były w tytule spotkania, było troszkę zbyt mało. Ale zawsze mogło być gorzej, to nie narzekam niepotrzebnie. Historia z wężami rodzącymi się w cerkwi gdzieś na jakiejś wyspie w Grecji była bardzo interesująca.
Gdy węże odpełzły, poszedłem na dwugodzinną prelekcję o okultyzmie w III Rzeszy. Spóźniłem się parę minut, po czym wyszedłem po paru minutach, zasmucony nieodwracalnie straconym czasem. Typ stwierdził, że teozofia to był "czysty satanizm". Mój znajomy nihilista został do końca na tym badziewiu, i co jakiś czas przysyłał mi smsem inne kwiatki pożal się koźle prelegenta - Adenauer miał założyć Werwolf, Edelman został pomylony z Finkelsteinem, Mosdorf miał uciec z Auschwitz (no chyba przez komin co najwyżej), a UB wymordowało milion ludzi (w sumie może świat byłby wtedy lepszy, nie byłoby może takich ludzi jak prelegent). Czy przy sporej ilości ochotników pomagających w organizacji konwentu nie znalazł się nikt, kto mógłby sprawdzić treść wystąpień pod kontem merytorycznym? Czy były w ogóle jakieś abstrakty, itp.? No ale cóż, takie rzeczy się po prostu zdarzają. W sumie to chociażby ja mógłbym z marszu powiedzieć więcej sensownych (merytorycznie!) rzeczy o ezoterycznym nazizmie niż tamten przyczłap.
Po drodze gdzieśtam spotkałem Sylwię i Jakuba Ćwieka, ubranego w kamizelkę a'la policyjną z napisem "Writer". Zrobiłem im słit focię (a nawet trzy, bo co chwila ktoś przeszkadzał) i poszedłem dalej. Nie pamiętam, czy aby na pewno było to drugiego dnia (piątek), ale przyjmijmy, że owszem.
A dalej było spotkanie z ludźmi z "Niedobrych Literek". Aż dziw bierze, że przynajmniej dwójka z nich to krakusi lub ludzie siedzący w Krakowie, nie spodziewałbym się, że w tym mieście austro-węgierskich urzędasów średniego szczebla uchowa się ktoś taki. Prędzej czy później, jeśli w końcu coś napiszę, to wyślę na "Literki". Spotkanie wypadło bardzo sympatycznie.
Potem byłem już tak padnięty, że poszedłem na piwo. Trochę żałuję, że nie zostałem na koncercie wieczornym (grał Nonamen, o którym parę notek niżej), tym bardziej że ich wokalistka siedziała przy piwie nieopodal i mogłem się bezwstydnie na nią gapić, ale nie ustałbym tam. No i skończył mi się bilet miesięczny, przez co na konwent jechałem autobusem, ale dla oszczędności 1,40zł za bilet wracałem na piechotę. Co zajmowało około godziny dziennie.
Dzień III.
Sobota zacząłem od steampunka - pisarz "siedzący" w tym gatunku, Krzysztof Piskorski opowiadał o różnych obliczach retrofuturystki. Tuż po nim wspomniany już przeze mnie wcześniej Bodvar opowiadał o Tesli. Do tego kilka osób obecnych na sali przedstawiło na poczekaniu fascynujące historie m.in. o różnicach między prądem zmiennym a stałym.
Potem poszedłem na horror, gdzie trafiłem na prelekcję o horrorze jako zjawisku kulturowym, jako worze bez dna. Narysowany przez prelegentkę wór, wyglądał raczej jak pomidor, poza tym bolały ją plecy, mówiła o sprawach, które kojarzyłem, więc nie dowiedziałem się niczego nowego.
A potem poszedłem pograć w Magic:The Gathering i w ten sposób trzy godziny z życia minęły jak sen. No, powiedzmy. Kto by pomyślał, że moje poczciwe mono B aggro/control da jeszcze radę w miarę.
Na panelu steampunkowym grupa autorów dyskutowała o przyszłości gatunku w Polsce. Na odchodnym dostałem numer Fantasy & Science-Fiction PL z '11 poświęcony steampunkowi właśnie. W tym momencie bardzo się ucieszyłem, że nie kupiłem go właśnie w tym '11 roku, gdy gdzieś - bodajże w Empiku - natknąłem się na niego.
Wróciłem do bloku horroru, gdzie gość z horror.com.pl opowiadał o splatterpunku. Nie wiedziałem nawet, że splatterpunk to było właśnie to, czym był splatterpunk, więc prelekcja mi się podobała, chociaż prelegent sprawiał wrażenie nieco stremowanego i czasem nie mówił zbyt składnie.
Potem zmieniłem sobie klimat, i poszedłem na prelekcję o tym, że wbrew pojawiającym się opiniom oraz ostatecznemu efektowi znanemu z historii, Wehrmacht był jednak słabszy od Armii Czerwonej. Prelegent przedstawił wiele dobrze uzasadnionych argumentów i przykładów.
Następnie, na zakończenie soboty, miałem aż zbyt dużo rzeczy do wyboru - mogłem iść albo na prelekcję o berserkrgangrze, albo na prelekcję o Katawie Shoujo (przeszedłem - czy też raczej - przeczytałem[?] w tym wszystko co się dało; ha, nie spodziewaliście się), albo na "dobranockę" w ramach horroru, czyli spotkanie z kilkorgiem autorów i autorek czytających "na dobranoc" zgromadzonej publiczności swoje utwory. Poszedłem na dobranockę, gdzie usypiali zgromadzonych - Sylwia Błach, jakiś gość oraz Magdalena Kałużyńska, czyli babka z prelekcji sprzed paru godzin, ta od bolących pleców i pomidora z horrorami. Tzn. nikt nie usnął, a publiczność spiorunowała mnie wzrokiem, gdy w pewnym momencie roześmiałem się cicho. Najlepsze były opowiadania zaprezentowane przez obecne tam autorki - ex aequo, gdyż to jednak inne podgatunki. Opowiadanie Sylwii Błach tonęło w szalonych, groteskowych sennych wizjach, pełnych seksu i przemocy, było mroczną wyprawą w głąb psychiki gnębionej w nocnych koszmarach (bardzo realnych, trzeba przyznać) młodej dziewczyny zaś opowiadanie Magdaleny Kałużyńskiej dotykało pewnej wielkiej, mrocznej Tajemnicy. Opowiadanie trzeciego autora, niestety nie wiem, jak się nazywającego (wg. programu zgromadzonych autorów miało być więcej, itd.) również dotyczyło snów, ale raczej na zasadzie niesamowitości niż uderzenia prosto w czerep.
Dzień IV.
I zarazem ostatni. Krótszy od dwóch poprzednich, ostatni panel na Krakonie skończył się o 18.
Śpiesząc się gdzieś o 10.00 nieco przez przypadek trafiłem na blok komiksu, gdzie akurat trwało spotkanie z twórcami "Kapitana Minety". Kompletnie nie wiedziałem, co to, więc posiedziałem spokojnie prawie do końca i poszedłem dalej, a dalej była prelekcja o śmierci i przemijaniu w grach RPG. Takiego ujęcia problemu, jak zaprezentował to autor, się nie spodziewałem, ale nie da się ukryć, że było to bardzo inspirujące.
Następnie trafiłem na spotkanie autorskie Sylwii Błach. Nie opowiedziała żadnych pieprznych plotek ze swojego życia, co trochę mnie zawiodło, ale sprawiła dobre wrażenie.
O 13.00 poszedłem na prelekcję o Wolverinie, prowadzoną przez wspomnianego już dwukrotnie wcześniej Bodvara. Było tak upalnie, że nie był w pełnej zbroi z uniwersum Warhammera 40k. Prelegent powiedział co mógł i na co starczyło czasu, po czym odpowiedział na trzy moje pytania.
Potem miałem małą zagwozdkę - czy iść na spotkanie o absyncie, czy prelekcję o "(...) o baśniach, historykach i psychoanalizie". Padło na absynt, i słusznie zrobiłem, bo od prelegenta dostałem przepis na absynt, była degustacja, wreszcie poza tym dowiedziałem się, o co właściwie chodzi z cukrem i ażurową, srebrną łyżeczką.
Potem jeszcze zajrzałem na prelekcję o ukrywaniu zwłok - pamiętajcie, wybielacz jest dobry na wszystko.
O 16.00 udałem się do Studio, gdzie miała być prelekcja chyba o BDSM (sądząc po tytule) w ramach bloku "18". Ale nie było jej, więc poszedłem na piechtę do siebie.
I to by było na tyle.

Cóż jeszcze napisać, w ramach jakiegoś podsumowania, czy czegoś. Było naprawdę fajnie. Kupiłem sporo książek, posłuchałem ciekawych rzeczy, poznałem ludzi z którymi może w końcu zagram w jakiegoś RPGa kiedyś. Ogólne wrażenie - na pewno pozytywne.

niedziela, 28 lipca 2013

Gordon R. Dickson "Żołnierzu, nie pytaj"

Ostatnimi czasy mam szczęście do opowieści bardzo nietzscheanizujących w rozmaitym sensie, albo to tylko postępująca nerwica natręctw. Tak czy siak, powieść s-f nieznanego mi w sumie chyba klasycznego autora (nie chce mi się za nim góglać, w chwili gdy piszę te słowa, chcę je po prostu napisać i iść poczytać, a książka ta zbyt długo już czekała na to, by tu trafić) znów ma nadczłowieczego bohatera, który z nihilizmu, tym razem naprawdę jadowitego, przechodzi na zupełnie inne pozycje, do tego mamy śliczny wątek z Freuda (albo to tylko znów kolejna nerwica natręctw) czyli opozycja Erosa i Tanatosa, silnie wzbierająca w głównym bohaterze.
Ok, zrobiłem mały "research" (mój język się degeneruje, coraz więcej w nim idiotycznych naleciałości) i okazało się, że książka to trzeci tom cyklu Dorsaj. Mimo tego z treści tego nie wywnioskowałem, bo jest to zamknięta całość.
Mamy sobie odległą przyszłość, w której dochodzi do kosmicznej wojny pomiędzy grupami ludzkich światów (tak, nie ma tu obcych). Ludzie się wyspecjalizowali na tych obcych światach, mamy więc planety słynące z wojowników, filozofów, naukowców (ścisłych) oraz z fanatyków religijnych. Ziemia jako taka jest w sumie smętnym zadupiem, gdzie wielką popularnością cieszy się dosyć nihilistyczna filozofia, której naczelnym hasłem jest "NISZCZYĆ!".
Główny bohater to egoista i bardzo zdolny manipulator (to coś w rodzaju jego super-mocy, czy też raczej naturalnie wyczulonych zmysłów), którego życie nie będzie już takie samo jak wcześniej, gdy zetknie się z Encyklopedią. Encyklopedia to projekt nieco szalonego naukowca i filozofa, mający na celu umieszczenie na orbicie ziemskiej skarbnicy wiedzy całej ludzkości, także wyspecjalizowanych, pozaziemskich odgałęzień. A w każdym razie tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. W rzeczywistości chodziło o coś nieco innego, ale sza.
Próbuje więc nasz bohater, noszący imię Tam, uciec przed przeznaczeniem swoim, czyli Encyklopedią, której głosy słyszał, zajmując się dziennikarstwem. Rychło jednak dostaje ważny powód - zemstę - by spróbować od tegoż przeznaczenia uciec (co ciekawe, to przeznaczenie zostało pokazane jako nauka - ontogenetyka - co bardzo mi przypomina "Fundację" Asimova), zamierza przeprowadzić małe ludobójstwo, rzecz jasna nie swoimi rękami, tylko nakręcając umiejętnie spiralę przemocy pod pretekstem niezależnego dziennikarstwa.
Ciekawie autor przedstawił (czy też raczej - zarysował) panujący między planetami system społeczny. Wyspecjalizowane światy wymieniały się swoimi specjalistami z innymi, w zamian za innych specjalistów. Na jednych światach rządy odgórnie przydzielały swoich eksportowych specjalistów do kontraktów na innych planetach, zaś na innych światach rządy pozostawiały to w gestii samych zainteresowanych. Wizja dosyć niepokojąca, nieco dystopijna, ale nie przedstawiona na sposób dystopii.
I tyle w sumie, poczciwie mi się to czytało, czytałem w pociągu i nie zauważyłem, że wjechał na stację w Krakowie. Bardzo rzadko mi się zdarza takie zaczytanie.

Ernst Jünger "Niebezpieczne spotkanie"

Jak co uważniejsi czytelnicy tego smętnego blogsqa zauważyli jakiś czas temu, bardzo sobie cenię twórczość Jüngera. Twórczość Ernsta to bezdenna otchłań motywów, koncepcji i postaw, szalenie inspirujących (te późne) lub szalenie intrygujących w sensie poznawczym.
Gdy Ernst miał 90 lat, napisał kryminał. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie wykorzystał konwencji kryminału do snucia rozważań charakterystycznych dla siebie.
Rzecz się dzieje w dekadenckim Paryżu. Główny bohater, młody arystokrata, to postać z innej bajki, żywcem wyjęty ze średniowiecza lub romantyzmu nie potrafi się odnaleźć w cynicznym i nihilistycznym świecie. 
Bowiem, jak to już u Ernsta bywa, główny bohater to rozbitek wzdychający za czymś innym, co już przeminęło. Arystokracja jaka otacza go to dekadenci, nihiliści, wreszcie parweniusze nie czujący czym arystokracja była wcześniej. Rzecz jasna Ernst sam nie dopuszcza do siebie myśli, że przodkowie arystokracji nad której upadkiem tak bardzo boleje byli taką samą tłuszczą, która wtargnęła na salony poprzedniej arystokracji, jak ci, którzy w 1889 roku wtargnęli na salony francuskie. Ernst wzdycha, że ginie etos rycerski czy tam dżentelmeński, poczucie honoru odchodzi w zapomnienie, tak samo jak i postawa heroiczna i w ogóle wszystko się chrzani.
Główny bohater, cipa do sześcianu, typ marzący o nadobnych dziewicach do uratowania i smokach do pokonania, wrażliwy odludek żyjący w świecie własnych wyobrażeń, pada ofiarą cynicznego dandysa, który dla zabawy umawia go na spotkanie z pewną damą, która słynie z tego, że daje każdemu jak leci i że ma niezwykle krewkiego męża.
W czasie schadzki dochodzi jednak do morderstwa. Śledztwo prowadzi żyd polskiego pochodzenia, kolejny typ bohatera jungerowskiego, nie zgadzającego się ze światem i będący jednocześnie w tymże świecie, lecz także - a może przede wszystkim - poza nim.
Dobra książka, Ernst nigdy nie zszedł poniżej pewnego poziomu, może i sporo tu naiwnego sentymentalizmu, że świat nie jest taki, jaki był kiedyś, ale i tak jest to całkiem niezłe.

Odpryski XV // Pre-opowieści dziwnej treści -1

1) W Krk w '16 będą Światowe Dni Młodzieży. Do miasta zjadą się hordy frustratów, ludzi znerwicowanych i z problemami z osobowością, fanatyków religijnych, nieprzebitych oazówek, wyluzowanych yeah-katoli, ludzi nawiedzanych przez koszmarne wizje szaf z embrionami, i całej wszelkiej możliwej pozostałej, szalonej, kościółkowej ferajny. A, no i papież Franciszek też się zapewne pojawi. A że miasto nie ma odpowiedniej infrastruktury do zorganizowania czegoś takiego (chyba, że stadion Wisły się w końcu przyda do czegoś - ba, może nawet się zawali z wszystkim uczestnikami na pokładzie) to inna sprawa, nad którą chyba jeszcze nikt z cieszących się się nie pochylił. Ciekawi mnie też, kto za to zapłaci.

2) Kilku moich bliskich znajomych, deklarujących przywiązanie do wiary katolickiej i wartości jakie ona z sobą niesie, w gruncie rzeczy tak naprawdę, mimo nieraz radykalnie manifestowanego przywiązania do tego czy owego w katolicyzmie, jest zwyczajnymi satanistami szarej codzienności, zresztą podobnie jak i ja, agnostyk. Takie luźne spostrzeżenie.

3) Jeśli się dobrze poszuka, to w Krk można znaleźć rozmaite fast-foody. Co prawda staram się unikać tego typu żarcia, bo człowiek albo się truje plastikiem i chemią, albo nadgniłym, starym mięsem niewiadomego pochodzenia, ale są sytuacje, gdy nie ma innego wyjścia. Np. w przerwie w czasie posiadówy przy piwie.
W czasie jednego z takich późnonocnych questów, razem z jednym znajomym trafiliśmy do grill baru, stojącego nieopodal jednej z głównych dróg miasta, tyle, że w nieco odległej od centrum części. Zastanawialiśmy się czy tam zostać, gdyż klientela i obsługa wyglądała na stereotypowych potencjalnych wyborców Ruchu Narodowego (czyli były to takie karki osiedlowe + kilka plastikowych panienek), ale było po 23.00, padał deszcz, byliśmy głodni i w sumie nie mięliśmy nic do stracenia (prócz kajdan).
Spojrzałem na listę żarcia, jakie można było tam dostać, i zadziwiłem się nieco. Kiełbasy, kaszanki, gyros, kotlety. Swojsko. Zapytałem się gościa przypatrującego się mi od kilku chwil, jak duży jest schabowy. Odpowiedział mi, że jest jedenasta w nocy i on ma wyjebane na to, jak duże jest to mięso, że to po prostu kotlet, i żebym kupił - jak nie posmakuje, to już tam nie wrócę. Siła tych argumentów zadecydowała, że skusiłem się na schabowego, który to zresztą schabowy podany był niczym kebab - ot, kotlet wsadzony w bułkę i sałatkę, polany sosem, itd. Plus za pomysł, rzadko spotykany.
Posiłek był nawet niezły. Co prawda, już po zjedzeniu czuć było posmak starego tłuszczu, no ale tak już po prostu jest. Ja byłem całkiem zadowolony, w przeciwieństwie do mojego towarzysza nocnej wędrówki w poszukiwaniu jedzenia, któremu zrobiło się niedobrze, i który nie dojadł swojego schabokebaba. Ech, te krakowskie burżuje.

4) Są doświadczenia, które dostarczają krótkich lecz bardzo mocnych i intensywnych doznań, które nagle wrzucają uczestnika w kalejdoskop wrażeń. Doświadczenia takie najlepiej smakują we dwoje. Życie pulsuje w żyłach, życie dudni w oszalałym, walącym jak młot o kowadło sercu, zdawałoby się, tuż pod spoconą skórą. I pulsujące życie, jak tylko może pulsować, drgać, rozrywać umysł, ciało, ducha. Żąda, by iść naprzód, by zdobywać niezdobyte, by przeć aż do zatracenia się w pędzie. Nie ma doświadczenia, którego bym żałował, nie ma przeżycia, w które nie można by wgryźć się najmocniej jak się da i smakować je, gryz za gryzem, aż ciepło rozleje się po podniebieniu. Nie ma bólu, który nie niósłby ze sobą obietnicy uwolnienia, nie ma przyjemności, która nie miałaby słonego posmaku wyrzeczeń. Wszystko istnieje po to, by czerpać, by zabierać, by dostawać, by dawać i rozumieć. By poznawać i interpretować. By żyć. Świat jest sumą ewentualności, świat jest piękny, życie jest cudem, nawet doprawione zmęczeniem, nawet doprawione upojeniem, zatraceniem, smakiem potu, krwi z przygryzionych warg, oblanego spermą parującego, drgającego, wierzgającego w orgazmicznych spazmach jej ciała; życie, czyn, przewartościowanie - to wartości same dla siebie, wiązki w świadomym Ja, stanowiące o tym, kim jesteśmy Tu i Teraz.
Grzech, czyli świadome wystąpienie przeciwko idiotycznym tabu, nie smakuje tak dobrze, gdy po prostu jest grzechem; trzeba go wzmocnić, trzeba wznieść się ponad to, co społecznie akceptowana wyobraźnia może sobie wyobrazić. Ot, tak po prostu, dla własnej satysfakcji. Im bardziej graniczne doświadczenie, za którym rozciąga się Nieznane, obietnica przygody, jedynej przygody, jaka dziś pozostała dostępna - tym lepiej.

Norse Rage Over Poland Tour 2013

Pewnego pięknego dnia, jakoś przed 11 lipca, z zapytaniem zwróciła się do mnie znajoma, czy nie poszedłbym na koncert, który będzie właśnie 11 lipca. Co prawda, moje uszy jeszcze nie były wtedy do końca sprawne, ale jak 7zł wejście i można popatrzeć na sporo młodszą znajomą (a dokładnie na jej nogi) no to czemu nie. Nie musiałem nikomu niczego udowadniać, poza udowodnieniem moim uszom, że mimo wszystko zależy mi na nich, więc wziąłem ze sobą zatyczki do uszu (fantastyczna sprawa, i tak muzykę słychać, a nie słychać prawie wcale dodatkowego koncertowego harmideru, od szumu sali po problemy z nagłośnieniem) i poszedłem.
Miejsce pamiętałem jeszcze sprzed jakiegoś czasu, gdy była tam chyba jakaś inna knajpa czy tam klub, najwyraźniej upadła i powstało coś innego na jej miejscu - dobór naturalny działa całkiem nieźle w świecie krakowskich lokali mniej lub bardziej rozrywkowych.
Nie znałem żadnej kapeli, która tam grała. A były to dwa krakowskie supporty (Netherfell i Nonamen) i gwiazda wieczoru, norweskie, toporne, black metalowe trolle z Uburen (Uburen gra ponoć viking/black metal, ale oprócz nawiązań w tekstach, rekwizytach walających się na scenie oraz czymś w rodzaju krótkiego intra "zagranego" na rogu nie dopatrzyłem/dosłuchałem się tam więcej elementów wikińskich).
Netherfell wypadł średnio, jednakże ponoć był to ich debiut sceniczny, więc można im to wybaczyć, bardziej się ogarną wraz z kolejnymi koncertami. Za to nieco postmodernistycznym okazał się ich wokalista, ubrany w koszulkę Deathspell Omegi, było to nieco kontrastowe w stosunku do muzyki, którą grała kapela, w której śpiewał, gdyż Netherfell grał takie jakieś pogańskie pierdololo, w składzie kapeli oprócz gitarzysty, basisty (chyba, nie pamiętam już - taki los basistów) i perkusisty był typ co dmuchał w fujarkę (bez skojarzeń) i laska ze skrzypcami.
Po pierwszym supporcie wystąpił drugi. Nonamen gra jakiś taki metal gotycko-progresywny. W składzie również mają laskę ze skrzypcami, i nie jest to jedyna kobieta w ich składzie, bo na wokalu mają całkiem fajnie wyglądającą blondynę. Chciała być chyba dowcipna, ale moim skromnym zdaniem troszkę jej nie wyszło. Ale że akurat lubię takie blondynki, to jestem w stanie przymknąć na to oko. Jedyny kawałek, który grali, a który zapamiętałem, to kower Metalliki ("Master of Puppets"). Ich własna twórczość w sumie niczym szczególnym się w mojej pamięci nie zapisała.
Gwiazda wieczoru reprezentowała sobą wyższy nieco poziom od supportów, zagrali sprawnie, zachowując bardzo dobry kontakt z publicznością, chociaż momentami wyglądało to trochę groteskowo. Mimo wszystko ich muzyka była dosyć monotonna, jednostajna (no ja wiem, że black metal, i że Norwegia, ale kto nie idzie naprzód, ten się cofa) i słyszałem wiele dużo lepszych kapel/projektów z tego gatunku.
Mimo wszystko imprezę uznałem za udaną, stosunek ceny do jakości był zdecydowanie dobry.

niedziela, 30 czerwca 2013

Choroba Ogień 2013

Jako iż dawno nie byłem na żadnym koncercie, to poszedłem na jeden. Minęło już od tego wydarzenia około miesiąc czasu, części szczegółów już nie pamiętam, więc piszę to raczej z kronikarskiego obowiązku, niż jako pełnoprawną relację.
O tyle było to wydarzenie ważne dla mnie, bo w kilka dni po nim, stojąc w kolejce do laryngologa, zdałem sobie sprawę z upływającego czasu. Jako iż w gruncie rzeczy jestem melancholikiem, to często mam takie wrażenie, ale w tym przypadku było wyjątkowo silne. Całe szczęście, nie ogłuchłem, uszkodzenie słuchu okazało się odwracalne, co więcej, raczej słyszałem za dużo. I czasem błędnik skarżył mi się na swoje ciężkie życie. No i musiałem do ceny biletu doliczyć betaserc. Ale już wszystko w sumie wróciło do normy. Na przyszłość mam nauczkę, że stanie przy scenie koło głośnika to nie jest dobre miejsce do stania.
Na wstępie zasmucił mnie fakt, że Rotunda od strony ogródka nie ma szatni, a potem zasmucił mnie fakt, że jeden z wykonawców, Jesus Is The Noise Commander, odwołał swój występ.
Dwa pierwsze supporty nie zapisały się w mojej pamięci na dłużej, Exmortum zagrał przyzwoicie, Embrional również. Medico Peste zasiało spustoszenie jak na Doktora Zarazy przystało, na uwagę zasługiwał charakterystyczny image wokalisty. Potem chwilka oddechu - industrialne Dead Factory i materiał filmowy, prosto z czarnej, śląskiej ziemi. Na końcu Massemord - zagrali same szlagiery i kilka kawałków z najnowszej płyty, na koniec "Eerie we have to be"; nie na darmo byli headlinerem.
Szkoda ucha, ale warto było.

"Literatura na świecie" nr 9(182) [1986]

W tym numerze "Literatury na świecie" znalazło się mnóstwo szalenie interesujących rzeczy - cały tekst "Na marmurowych skałach" Ernsta Jüngera, fragment "Heliopolis" tegoż oraz kilka innych, niezwykle interesujących materiałów, zarówno Ernsta, jak i innych autorów.
Za śmieszne pieniądze znalazłem to na allegro. Razem z dwoma innymi książkami i kosztami przesyłki zapłaciłem niecałe 30zł. Sama książka "Na marmurowych skałach" potrafi kosztować kilka razy tyle. Fortuna sprzyja tym, którzy lajkują na facebooku fanpage'e z przydatnymi informacjami.
Zawsze sądziłem, że "Na marmurowych skałach" to grube tomiszcze. Nie wiem z czego wynikało to przekonanie. Niezależnie jednak od objętości na treści się nie zawiodłem.
Jeśli mógłbym beletrystykę Jüngera zamknąć w jakiejś szufladce, byłby to najprędzej realizm magiczny. Lub może i przypowieść. "Na marmurowych skałach" to naszpikowana symboliką na każdej możliwej płaszczyźnie opowieść o upadku kultury w spokojnej, bardzo plastycznie i poetycko odmalowanej, krainie i nastaniu mrocznej dyktatury, wywracającej panujący ład, tchnący orientem, Afryką północną i elementami kultury grecko-rzymskiej lub może bardziej - aleksandrysjkim uniwersalizmem. Ład ten jest w gruncie rzeczy konserwatywny. To, co go wywraca to hordy Nadleśniczego, żyjące na nieprzebytych bagnach hordy, sfory i bojówki wszelkiej maści elementów wywrotowych, cieszących się z bezsensownego niszczenia i reprezentujących coś, co można by określić jako totalitarną anarchię, stalowe, opresyjne ramię zorganizowanej przemocy i nihilizmu wprowadzającej jednak chaos dla samego chaosu, pod płaszczykiem odwołań do pradawnych tradycji czy bliskości z naturą, co w ogólnym rozrachunku przeradza się w bluźnierczą parodię tradycji. Głównymi bohaterami jest dwóch braci, żołnierzy, arystokratów (ducha) i botaników.
Najprostsze i najbardziej toporne zinterpretowanie fabuły tego dzieła to krytyka reżimu nazistowskiego, a główni bohaterowie to sam autor i jego brat Friedrich Georg. Całą gamę innych interpretacji oraz wyprawę przez oszałamiające pejzaże jüngerowskiej symboliki (i estetyki) przedstawia zarówno nieoceniony tłumacz prof. Kunicki w obszernym eseju, jak i sam Ernst w przedrukowanych fragmentach jego pamiętników, w których pisze o książce.
Oprócz kilku esejów o autorze różnych autorów mamy jeszcze szalenie interesujący esej Jüngera "O bólu", gdzie niechęć do bólu została przeniesiona na społeczeństwo masowe, co doprowadziło autora do ciekawych wniosków, nieco kojarzących się z Baudrillardem (ale mi się wszystko kojarzy z Baudrillardem, więc proszę się nie sugerować).
Wreszcie mamy tu fragment "Heliopolis", łączącej realizm magiczny z elementami s-f powieści środkowo-późnego Jüngera, że tak to ujmę. Fabuła jest nieco zbliżona zarówno do "Na marmurowych skałach" jak i np. do "Eumeswil", jednak styl i charakter twórczości Ernsta nie pozwala zwrócić uwagi na to, że w sumie opiera się to na jednym i tym samym pomyśle - krytyce totalitaryzmu z punktu widzenia autora, którego nie da się krótko opisać, a mi się już nie chce klepać na ten temat, o Jüngerze czeka mnie jeszcze magisterka, więc wybaczcie, tyle na tu i teraz.
Jak ktoś ceni Jüngera, to bardzo przedstawiany numer "Literatury na świecie" polecam.

Odpryski XIV

1) Żyję i mam się dobrze. Z grubsza. Ale pisząc te słowa wyglądam przez okno, patrzę na las na horyzoncie, na zachodzące słońce - i nie mogę, pisząc tu i teraz, stwierdzić, że nie mam się dobrze. Promienie słońca malowniczo rozlewają się na firance, żarzy się ona złocisto, a ponieważ jest falowana, złoto miesza się z cieniem. Niebo jest błękitne, na horyzoncie, nad lasem wiszą chmury. Błękit stopniowo przechodzi w biel, a ta - w szarość. Tak, zdecydowanie dziś mam się dobrze. Wcześniej też miałem się dobrze; sesję zakończyłem bez poprawek, mieszkanie się jeszcze nie rozpadło, współlokator nie zabił niechcący ani mnie, ani siebie, ani nie wysadził bloku w powietrze, nie zabiło mnie też krakowskie powietrze, chociaż wiele razy próbowało, ani hamulce w moim rowerze.
Powinienem pisać częściej i więcej. Ileż razy miliony słów, miliony bodźców, cała masa obrazów, wrażeń i pomysłów przepływają mi przez głowę rwącym strumieniem. Problem w tym, że zazwyczaj albo nie mogę tego wtedy zapisać, albo - gdy już siadam i próbuję - nie chce mi się. Albo coś odciąga moją uwagę.
Zachodzące słońce tymczasem zostało przesłonięte przez podłużną, stalowoszarą chmurę, rozciągniętą przez szerokość nieba, jakby zrobioną tam jednym, gwałtownym i niedbałym pociągnięciem pędzla. Złoty blask słońca jarzy się tam, gdzie zza chmury wystaje jego górny fragment - od dołu zaś blask jest pomarańczowy, wpadający lekko w delikatną czerwień. Skąd w ogóle ta chmura się tam wzięła? Czasem wystarczy stracić uwagę na mgnienie oka, by nagle zastać warunki inne, niż jeszcze - zdawałoby się - mrugnięcie okiem temu.
Światło żarówki nie dorównuje słonecznemu, nawet zachodzącego słońca, ale nie czasem nie ma wyboru.

2) Mało czytałem. Muszę to przyznać. Przed samym sobą odczuwam z tego powodu zażenowanie. Tyloma innymi pierdołami się człowiek zajmował. Za dużo czasu spędziłem w nierzeczywistości gier komputerowych. Nie mam nic do tego, czasem trzeba, czasem to fajne, ale czy ja naprawdę potrafię czerpać przyjemność z ubijania tego samego stwora po raz XYZ-ty, by zebrać z niego - z grubsza - te same przedmioty? Doprawdy, nic tak nie zadziwia, jak własne postępowanie.
Marzy mi się hack n' slash w konwencji gry paragrafowej. Podobno dla chcącego nic trudnego.

3) Za to odkryłem dla siebie świat wyobraźni, jaki przedtem znałem pobieżnie. Anime. Ale o tym może w osobnej notce.

4) W przyrodzie panuje równowaga. Mimo tego, że diabli wiedzą, o jaką równowagę chodzi i dlaczego tak się dzieje, świadomość tego może czasem być bardzo bolesna.
Pod ciemnym maźnięciem pojawiło się drugie, za którym schowało się małe, krwawo-pomarańczowe słońce. Różowawa poświata barwi spody chmur, ponad którymi widać jeszcze gasnący, złocisty blask, lub raczej jego dalekie echo na kilku białych strzępielach wiszących pośrodku błękitu, niknących u podstawy w oleistej, ciemnej smudze innych chmur. Las na horyzoncie ściemniał. Jaskółki nisko latają, obserwuję ich akrobacje. Trzy? Nie, cztery ptaki zataczają ciasne pętle, beczki i koła, machają skrzydłami by potem zdać się na prawa fizyki i szybować bez wykonywania najmniejszego ruchu.
O, odleciały.
Samotny pęcherzyk powietrza błyskawicznie pokonał całą wysokość butelki z wodą mineralną, by dotarłszy na jej powierzchnię - zatracić swoje cechy indywidualne w ramach ogólnego pojęcia "powietrza".

5) Raczej zapomniałem, czym różniły się od siebie tagi (vel etykiety) "Ból głowy" [chyba pitolenie o niczym], "Od autora"[jakieś "ważne" przesłania bądź kwestie techniczne?] oraz "Proza(k) życia
[chyba mniej ogólne pitolenie o niczym].

niedziela, 19 maja 2013

Czarna Sztuka I

0) Black metal to wyjątkowo pretensjonalny podgatunek szeroko pojętej muzyki metalowej (jakby samo określenie metal nie było wystarczająco pretensjonalne), jednak z różnych powodów czarna sierść jest moją ulubioną. Może dlatego, że wyjątkowo dobrze łączy się z innymi gatunkami, niekoniecznie metalem.
Black metal zaczął się jako bunt - bunt metafizyczny. Na przestrzeni lat wyewoluował znacznie, gdzieniegdzie wychodząc z zatęchłych piwnic i zaśnieżonych lasów na świeże powietrze lub nawet w blask fleszy mainstreamu (np. w Norwegii). To, co w gatunku szokowało niektórych w latach '90, na chwilę obecną nie ma już takiej siły oddziaływania (a ćwieki chyba nawet przebiły się do mody głównonurtowej, w każdym razie mam takie wrażenie), stąd całe mrowie eklektycznego łączenia tego i owego z black metalem. W końcu człek poczciwy jest panem form i wbrew ujadaniu niszowych jedynych prawdziwych nie trzeba robić z siebie idioty na każdym kroku, by zachować wierność gatunkowi, jeśli oczywiście kogoś takie pierdoły jak wierność jednemu określonemu rodzajowi muzyki obchodzą. Mnie nie.
Lubię posłuchać czasem i jakiś przynudzających, wiejących kosmicznym zimnem nieludzkich otchłani pasaży dźwiękowych, i lżejszych, melancholijnych kompozycji o braku sensu, śmierci ludzkości i składaniu ofiar Szatanowi, ale czasem też szybkich, brutalnych i chaotycznych nawalanek, innym razem przychodzi ochota na coś topornego, czasem na odrobinę wirtuozerii (ano, i w tym gatunku się zdarza. Rzadko ale zawsze). Nie wiem w sumie, po co ten wstęp napisałem, no ale ok, trudno, niech będzie.

1) Furia W melancholii, Pagan Records, 2013

Może i Furia to taka Coma polskiego black metalu, ale przyznać trzeba, że panowie z Let The World Burn, udzielający się nie tylko w Furii, lecz i pierdylionie innych projektów grać potrafią. I, co się bardzo chwali, zdają się mieć wyjebane na jojczenia fanów, grając nierzadko rzeczy, które potrafiły co bardziej trwardogłowych słuchaczy przyprawiać o jeszcze większy ból głowy, niż odczuwany przez takowych na co dzień. O ile albumy studyjne Furii nie przekraczają jeszcze aż tak granic gatunku, to na EP-kach wypuszczają wodze fantazji bardzo daleko. Już na Halnym pokazali swoje znacznie bardziej pinkfloydowe oblicze, zaś teraz przekroczyli zupełnie czas osiowy. W melancholii zawiera dwie kompozycje, Z melancholika krew nie wypływa oraz Napuchną mną drzewa. Patrząc na takie tytuły spodziewałem się charakterystycznych dla zespołu tekstów, przepełnionych dziwnością, absurdem i wzorowanych nieco na muzyce ludowej. Nie folkowej, ludowej. Słuchając kawałka Nieżyt ze składanki Silesian Black Attack czy ostatniego albumu, Marzannie, królowej Polski, nie trudno wyobrazić sobie scenki, w której Nihil wychodzi z biedaszybu, a dusza jego jest czarna jak wungiel, Namtar leży obok na pokrytej szarym pyłem trawie, patrzy niewidzącym wzrokiem w stalowoszare niebiosa rozpościerające się nad nim, bawiąc się przy tym nożem (takim plastikowym, czasem dają do kebaba), Sars leży pijany w rowie nieopodal, majacząc recytuje na przemian cytaty z Evoli i tekst Urojeń ksobnych, z repertuaru jego własnego projektu Duszę Wypuścił, zaś Voldtekt chwiejąc się stoi na hałdzie kawałek dalej, i leje przed siebie. Wyobrażacie sobie to? Ok, to teraz wyobraźcie sobie jeszcze, że zaczęło padać, Nihil siada ciężko na ziemi, pomrukując "o kurwa, zgniłem", zapala papierosa, takiego ukraińskiego, bez filtra, po czym zaczyna śpiewać, niczym staruszka siedząca przed krytą strzechą chatą, gdzieś na północ od Radomia:  "Wyszedł Nieżyt ze suchego morza, i wyszedł Jezus z niebios. Rzecze doń Jezus: ''Dokąd idziesz Nieżycie?'' Rzecze mu Nieżyt: ''Tu idę, Gospodynie, w człowieczej głowie mózg suszyć, kości łamać, uszy ogłuszyć, oczy oślepić, krew przelewać, usta wykrzywiać, żyły umartwiać, biesami je męczyć". Itd. Furia to muzyka ludowa na miarę współczesnego ludu, z którego wywodzą się muzycy, przegniłej i przegranej, skąpanej w pyle i umorusanej węglem populacji Górnego Śląska.
Zasmuciłem się więc nieco, gdy w dołączonej do płyty książeczki nie ma tekstów żadnych. Zamiast tego jest tam kilka zdjęć, przedstawiających jakieś skute lodem, sztuczne akweny, drzewo i butelkę po piwie, leżącą pod drzewem. Cóż, bywa i tak, pomyślałem, trzeba będzie słuchać uważnie. I tu się zadziwiłem po raz wtóry. Przede wszystkim, jak już napomknąłem wyżej, Furia lubi przekraczać łamy gatunku. I tym razem przekroczyli je na tyle, że w sumie to już nie jest black metal. Tzn. nadal unosi się nad tym jakaś siaka taka atmosfera radosnego nihilizmu, aktywnej melancholii, coś w rodzaju przeczucia mówiącego cieszymy się i radujmy ale na końcu i tak wyzdychamy, które jest całkiem nieco bardzo black metalowa w swojej ontologii, lecz black metalu jako takiego tutaj raczej nie ma. I słów żadnych nie ma, co wyjaśniałoby brak tekstów w książeczce. A co więc jest? Hmmm, no jest jakiś post-rock, shoegaze/blackgaze, trochę doom metalu, akordeon, wreszcie coś pomiędzy kołysanką a pomrukiwaniem (aaa-aaa-aaa ale nie na melodię Kotki dwa) na końcu Napuchną mną drzewa.
Materiał ten jest dosyć krótki, nie trwa nawet 20 minut ale to w końcu EP-ka. Furia to nie jakiś (przykład pierwszy z brzegu, przy chwili zastanowienia zapewne znalazłbym bardziej adekwatne, zbliżone stylistycznie i gatunkowo przykłady) Moonsorrow, nagrywający EP-ki trwające dłużej niż albumy innych kapel. Mimo tego, zapada w pamięć, słucha się W melancholii bardzo przyjemnie, nawet jeśli faktycznie ogarnia słuchacza melancholia. Nie obawiałbym się za to tego, iż Furia pójdzie muzycznie właśnie w tym kierunku. Po sporo psychedeliczno-progresywnym Halnym była black metalowa surowizna, Marzannie, królowej..., teraz mamy coś takiego, o ile w Halnym było więcej black metalu niż jest go W melancholii, to zapewne jest to wybryk jednorazowy. A jeśli nawet nie, to też dobrze. Bo czemu by nie.

2) Massemord A Life-giving Power of Devastation, Pagan Records, 2013

Massemord to drugi z najbardziej chyba znanych projektów ludzisków z Let The World Burn, czyli w sumie, oprócz perkusisty, tych samych ziutków, co i w Furii grają. O ile jednak Furia to black metal (na chwilę obecną black metal formalny, ale niezbyt materialny) taki bardziej stonowany, melancholijny, spokojny na swój sposób, choćby był to spokój nie zdradzającego żadnych emocji szalonego mordercy, czy też raczej, skoro to muzyka ludowa, szalonego miłośnika kóz spod Radomia, lub bohatera Domu złego, to Massemord był odbiciem znacznie bardziej żywiołowej strony twórczości zaangażowanych w niego muzyków. I nadal taki jest. O ile stylistycznie, w Furii przelewają się różne style i wpływy, to opisywana płyta Massemord łączy w sobie chyba wszystko, co przewinęło się pod tym szyldem przez ostatnie lata. Jest to więc black metal szybki i brutalny, momentami nieco thrashowy, gdy przy połamanej strukturze za przejścia robią pojedyncze gitarowe takie tam szuruburu, czasem lekko psychedeliczny w stylu  The Madness Tongue Devouring Juices of Livid Hope, jednak mniej inwazyjny, mniej wszechogarniający niż np. na Let The World Burn czy The Whore of Hate - znacznie więcej jest tutaj ciszy, w której czasem rozbrzmiewają pojedyncze dźwięki, rozbrzmiewające w jednostajnym rytmie, by potem przetoczyć się nagłą, potężną nawałnicą po uszach słuchacza.
Tak czy siak, na płycie jest 9 utworów, trwających łącznie prawie 50 minut. W książeczce dołączonej do płyty są ich teksty, oprócz 7-go Horror to Come. W sumie w książeczce niby tekst do tego jest umieszczony, ale to tak na prawdę tekst do 8-ki The Stoning Malignant, której w książeczce nie ma. Zaś Horror to Come ma jakiś tekst po polsku (jedyna piosenka z polskim tekstem na tej płycie), w którym jest coś i o otchłani, i o gniewie jakimś wielkim, i o złości, i o wymuszonym ekshibicjonizmie. Poza tym mały błąd jest w książeczce w tekście 4-ki, ale pierdołowaty, ot, nagle się tam w losowym momencie pojawił tytuł 2-ki. Zdarza się. Poza tym książeczka jest naprawdę ładna, utrzymana w odcieniach czerni, szarości, czerwieni i bieli, pełna jakiś krzywych mord (także członków kapeli), rysunków dłoni, rąk, jakiś dziwnych sylwetek poplątanych nieco, jest Jezus na odwróconym krzyżu, jest jakiś ptak dziki z Radomia pożerający kogoś, itd., no black metalowy standard, tutaj jednak bardzo ładnie przedstawiony, trzymający się całości, nawet, jeśli poszczególne elementy wyglądają jakby nasrane na siebie dosyć przypadkowo, to mimo wszystko wygląda to bardzo estetycznie.
Tak czy siak, wydaje mi się, że płyta ta to takie dobre podsumowanie tego, czym jest obecnie Massemord. Niby nie ma tu niczego odkrywczego, a mimo tego słucha się tego dobrze i nie nudzi się to zbytnio.

3) FDS Nagranie z muzyką naiwną, Malignant Voices, 2011

Godz. 03:00, ja, absynt, ta płyta, pełne zaciemnienie w pokoju, słuchawki na głowie, wysłużony discman obok na podłodze, trip się rozpoczyna.
Godz. ~03:45 głowa mnie boli, wszystko mnie boli, idę spać. Miałem sen, w którym zabijałem ludzi, potem wróciłem po swoje zsiniałe sumienie i  następnie obudziłem się, przerażony, absolutnie pewien, że łapska moje w krwi niewinnej obmyłem.
Kolejny projekt związany z Let The World Burn, dwóch członków będących zarówno jednocześnie w Furii, jak i Massemord. Znów black metal, lecz coś zupełnie innego od dwóch projektów, o których już wcześniej wspominałem. Płyta całkiem dobrze przeze mnie obsłuchana, przesłuchana i wysłuchana, jednak mimo upływu czasu i wielu podejść (mam ją w końcu od ponad roku), jednakowo trudna w odbiorze. Nie mam pojęcia, co Nihil, Namtar i Cień ćpali w czasie jej nagrywania, ale zarówno teksty, jak i muzyka to jakiś bardzo zły trip, wyprawa w szaleństwo, które nie jest przyswajalne dla przeciętnego słuchacza, nawet przeciętnego słuchacza black metalu. Mamy więc zupełnie poplątaną strukturę, raz jest szybko i chaotycznie, po chwili wszystko zwalnia, muzyka nagle znika a zostaje tylko deklamujący tekst znudzonym głosem wokalista (Cień?), mamy w tle jakieś pasaże ambientowe, w których co jakiś czas coś strzyka, syczy i trzaska, jak mnie w kościach, gdy wstawałem z podłogi po ostatnim uważnym przesłuchaniu tej płyty, przy całym swoim chaosie, utwory są raczej mało skomplikowane. Produkcja stoi na wysokim poziomie, ma duży udział w kreowaniu chorej atmosfery całości.
Przy płycie jest książeczka z tekstami, wypisanymi często w dziwnych kierunkach, do tego bogato ozdobione jest to obrazkami gołych pań (rysowanych lub vintage), lub chociaż nagiego biustu, jednak całość jest poskładana na tyle dziwacznie i surrealistycznie, że jednych cycków nawet nie zauważyłem przy pierwszym przeglądaniu jej. Podsumowując, ta płyta wymaga od słuchacza dużo cierpliwości, jednak odwdzięcza mu się bardzo nietuzinkową formą i treścią, nie każdemu przypadnie toto do gustu, jak dla mnie jest to całkiem niezłe, nie jest to jednak muzyka, którą mógłbym słuchać codziennie.

wtorek, 7 maja 2013

Odpryski XIII

1)Dziś chciałem zainaugurować nowy pod-dział na mym blogu poczciwym. Panoptikum. Mam bowiem taki zwyczaj, że jak widzę coś ciekawego, nieszablonowego, porażającego głębią przeniknięcia do samej istoty rzeczy, co wisi na na jakimś słupie, tablicy ogłoszeniowej, czy w upadłych zakładach chemicznych, to zrywam, zabieram do siebie, i przyklejam do szafy. Oczywiście mam na myśli tylko coś, co da się zerwać i potem przymocować. O, spójrzcie sami:
I) Zerwane kiedyś z jakiegoś słupa w Krakowie:

II) Zerwane kilka dni temu z jakiegoś słupa w Poznaniu:


Może i trochę głupio się tak wyśmiewać z jakiś nieszczęśliwych, znerwicowanych frustratów, ale sami są sobie winni. Poniekąd. Poza tym akurat z tą chemią w żarciu (i nie tylko żarciu, trzeba przyznać) to w sumie prawda.

2) Zapomniałem wczoraj o jednym odprysku z Poznania. Załapałem się na tanie wino (które sam kupiłem, ech) z jakimiś dwoma punko-żulami, um, pardon, wolnymi ludźmi ze squatu Od:zysk. A że sam budynek był zamknięty akurat, to w sumie piliśmy na starym rynku, w biały dzień. Nie ma się czym chwalić, bo było to dosyć żenujące (nie sam fakt picia w miejscu publicznym, i to jeszcze takim, ale raczej ich towarzystwo; samo picie w miejscu publicznym to zawsze jakiś dreszczyk emocji dla takiego cynicznego, kawiarnianego lewaka jak ja, taki mały bunt dnia codziennego, wiecie, w stylu Konkina przyśpieszającego nadejście rewolucji agorystycznej przez przejeżdżanie przez skrzyżowanie na czerwonym świetle lub w stylu przeintelektualizowanej złośliwości u Stirnera czy Beya), ale tak czy siak doświadczenie interesujące. Samej idei squatów jako centrów kultury i myśli niezależnej od państwa można tylko przyklasnąć, ale z realizacją słusznych koncepcji jak zwykle bywa bardzo różnie. Na zachodzie squatting wygląda - dosłownie i w przenośni - lepiej niż w naszym grajdołku, trzeba to przyznać. Chociaż taki Rozbrat i jego księgarnia wysyłkowa odwalają dużo dobrej roboty. W każdym razie ja sobie chwalę.

3) Odprysk z Kielc, gdzie jakiś czas temu byłem przejazdem. Kielce to pierwsze miasto w którym spotkałem się z czymś tak kuriozalnym, jak bankomat stojący nie w budynku dworca PKP, ale w przejściu podziemnym pod dworcem. A przejście to wygląda na przejście podziemne z rodzaju tych przejść, w których nikt nie usłyszy Twojego krzyku. I rzeczywiście, kiedyś nikt nie usłyszał, albo udawał, że nie słyszy, jak kogoś tam zgwałcono w biały dzień. Ot, świętokrzyskie - tu się nikt z nikim nie pier... um, hmm.

niedziela, 5 maja 2013

Odpryski XII

1) Dawno mnie tu nie było. Na tyle dawno, że nie chciało mi się szukać, na jakim numerze skończyły się "Odpryski" (no dobra, pamiętam - na VII. Ale cóż w sumie z tego?), więc restart i ruszamy z numeracją od nowa. Pierwsze "Odpryski" w tym roku, więc taka numeracja. Wraca nowe.

A czemu mnie tu nie było? Cóż, życie takie. Brak weny, brak chęci, brak czasu wreszcie. Po prostu jakoś tak wyszło. Poza tym już dawno nie czytałem niczego z beletrystki, co mógłbym tutaj choćby pobieżnie przedstawić. Tak czy owak - wkrótce trochę anime, visual novel, Wilhelm Reich i Max Stirner. A także najnowsza Furia i Massemord. Ale w recenzjach muzycznych nigdy nie byłem specjalnie dobry, to nie wiem, czy się i na to porywać.

2) Cieszę się, że na bloga trafiają też poważni ludzie, którzy nawet czasem napiszą maila lub dwa.

3) Chciałbym poinformować szanownego odwiedzającego, który trafił tutaj przez wygóglanie frazy "kiedy kolejne tomy umierającej ziemi", że nie wiem, ale też czekam z niecierpliwością. Innego odwiedzającego, szukającego spolszczenia Age of Chivalry pragnę poinformować, że być może mamy na myśli inne mody, a takiego spolszczenia do moda do Age of Empires II nie ma.

4) Obrazek ilustrujący w pigułce, czym jest Kraków: jakiś czas temu byłem trochę chory, ot, przez krakowskie powietrze, w którym cholera jedna wie, czego jest więcej - jadu wydalanego przez mieszkańców, smogu, spalin i smug chemicznych czy opadających w bezwietrzne noce umarłych marzeń, zawiedzionych nadziei, itd. Tak czy siak, nic poważnego mi się nie działo - wasze niedoczekanie, żyję i mam się świetnie, jak nigdy. Mimo tego dostałem skierowanie do szpitala, na jakieś rutynowe, pierdołowate badania. Wbijam więc ze skierowaniem do odpowiedniego szpitala, idę do rejestracji, daję świstek pielęgniarce tam siedzącej. Spiorunowała mnie wzrokiem. "Ale u nas nigdy nie było i nie ma oddziału pulmonologicznego".

5) Przez kilka dni tzw. majówki byłem w Poznaniu. Nie była to moja pierwsza wizyta w tym pięknym, niemieckim mieście, teraz miałem okazję gruntowniej je pozwiedzać. W samym mieście obszedłem Muzeum Narodowe, Etnograficzne, Archeologiczne, wojskowe (to na rynku), zawitałem też do miejscowości o ekstrawaganckiej nazwie Kórnik, gdzie zwiedziłem muzeum w zamku i potężne arboretum. Rzecz jasna, z tego wyjazdu zapamiętałem kilka obrazów, które w sam raz nadają się do "Odprysków".
Odprysk poznański 1: idąc spokojnie na stary rynek, zaczepił mnie bezdomny. Na jego przykładzie widać, jak światowym i europejskim miastem jest Poznań, bo bezdomny ten był czarnoskóry, mimo tego mówił w miarę nieźle po polsku i, co więcej, przedstawił się jako Mariusz. Poprosił mnie, bym pomodlił się o to, żeby nie wybuchła III wojna światowa, wojna nuklearna. Ponieważ stałem przed nim ze słuchawkami na uszach, domagał się, żebym powtórzył, o co mnie prosił. Powtórzyłem, wzruszył się wyraźnie. Mimo tego tej prośby nie spełniłem. Nie żebym czekał na wojnę atomową, po prostu nie widzę sensu modlitwy jako takiej. W końcu tylko pustka patrzy na nas ze smutnych oczu rzeźb przedstawiających Ukrzyżowanego.
Odprysk poznański 2 i 3 oraz 4: jest koło 1 w nocy, razem z Panem Doktorantem stoimy na przystanku autobusowym na rondzie Kaponiera. Pan Doktorant czeka na autobus do siebie. Idziemy sprawdzić rozkład, bo coś mu się nie zgadza (wcześniej chodziliśmy po mieście ponad pół godziny, bo nie było autobusu o 00.30 skądinąd). Na ławce siedzi podpity drecho-menel, obok stoi drugi. Gdy my stoimy przy rozkładzie, ten drugi podchodzi do pierwszego ze słowami "musimy zadzwonić na 112, zostawiliśmy go przecież z otwartym złamaniem nogi" (cyt. niedokładny, ale sens był taki). Ja i Pan Doktorant wycofaliśmy się powoli. Minęło niewiele czasu, na przystanku zatrzymuje się autobus. Wysiadają z niego ludzie, niekiedy głośno rozmawiający o swoich bolączkach dnia codziennego na tym ziemskim padole łez. Słyszymy urywek rozmowy. "... znajdę go w takim miejscu, że..." (cyt. niedokładny). Oprócz starej piosenki Kazika ("Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca") nic innego nie przychodzi do głowy.
Wreszcie przyjechał autobus, który przyszłą nadzieję polskiej nauki, Pana Doktoranta wywiezie lada moment w nieznane, gdzieś w skąpany w mroku nocy Poznań. Do odjazdu jest chwila czasu, stoimy przed drzwiami. Do autobusu wchodzi jakiś dziad, niosący mnóstwo pakunków. Jeden z nich upada na obszczany i zapluty chodnik, lecz jego właściciel straty nie zauważa. Pan Doktorant, dobry człowiek, teraz takich już nie ma, podnosi pakunek i idzie go oddać właścicielowi. "Za to będzie XP". Śmiejemy się. Przez okno autobusu obserwuję z dworu całą sytuację. Wieje zimny wiatr, rozwiewa poły mojego płaszcza. XP Pan Doktorant może i dostał, ale podziękowania - już nie. Za mały speech lub charyzma, niestety.
Odprysk poznański 5: faux pas z mojej strony. W skórzanym płaszczu poszedłem jeść do wegańskiego bistro. Cóż, na swoje usprawiedliwienie mam to, iż w pierwszej chwili nie zauważyłem, że to wegańskie bistro. Tak czy siak, swoją skórę zachowałem, a ogromny, razowy naleśnik z pieczarkami i smażoną cebulką był naprawdę dobry.
Odprysk poznański 6: gdybym nie zobaczył słynnych poznańskich koziołków, tych na ratuszu na starym rynku, to tak, jakbym nie był w Poznaniu. Więc przyspieszyłem specjalnie zwiedzanie Muzeum Narodowego, by zdążyć na godzinę 12tą na rynek. Jednak akurat był 3 maj, i pod ratuszem odbywały się jakieś bogoojczyźniane jasełka. Mimo padającego deszczu, gęstniejący tłum oczekiwał w podnieceniu na coś. Wybiła dwunasta, przez tłum przeszedł szmer, nawet uroczystości zostały na kilka minut wstrzymane. Koziołki. Gdy w końcu schowały się znów w ratuszowej wieży, większa część tłumu po prostu sobie poszła. Ja również. Trzeba mieć jakieś priorytety. Żwawym krokiem wychodziłem z rynku, żegnany przez dobiegające spod ratusza dźwięki polskiego hymnu.

6) Powietrze rzecz jasna nie pachnie jako takie. Jednak mimo tego uwielbiam zapach nocnego powietrza. Taką mieszanką zapachów pachnie swoboda, wolność, chwila oderwania się od tego, co przynosi każdy kolejny dzień.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Szkoda życia, czyli rzecz o MMO

Mój obecny współlokator jest wielkim fanem mmorpg. W co on nie grał. Całe jego życie, zupełnie bezsensowne i zmarnowane, przesiedział w światach jakiś masowych gier, zwłaszcza tych dalekowschodnich. Do tego stopnia wsiąkł w nierzeczywistość, że kiedyś z płaczem w oczach i drżącym głosem opowiedział, jak do gry powrócił jakiś jego dawny "sensej", inny gracz, starszy i lepszy, który miał go nauczyć, czym jest dobro i zło [sic sic sic do sześcianu]. Innym razem nie spał kilka dni i nocy z rzędu, tylko siedział i grał, bo akurat XP w czymśtam było nabijane z jakimś dużym modyfikatorem. Raz ten jego no-lajfizm mógł się skończyć tragedią, bo nie zauważył, że gotujące się pierogi wykipiały, zalały palnik kuchenki a gaz ulatywał z pełną prędkością, świszcząc radośnie.
Ale ja nie o tym w sumie chciałem. Ten gość denerwuje mnie niewiarygodnie - ale cóż, przecież jeszcze kilka lat temu sam taki byłem - przeniesiony z rodzinnego miasta do wielkiego miasta, sam, zaczynający wszystko od zera. W sumie nawet trochę żałuję, że zamiast siedzieć i grać w coś, to pisywałem na jakiś psychotycznych forach. Tak czy siak, ciężko mieć do tego szczeniaka pretensje, że nim jest. Poza tym, sam tracę mnóstwo czasu na różne gry, czasu, który mógłbym spożytkować na coś zupełnie innego, bardziej wartościowego, jak czytanie książek, sprawy okołonaukowe czy twórczość własna (dygresja - najlepsze pomysły przynosi urywany, niespokojny, poranny sen). Czasem jednak trochę hipokryzji nie zaszkodzi.

1) Star Wars: The Old Republic.
Niby za darmo, więc się skusiłem. Bieganie z mieczem świetlnym i miotanie piorunów ma klimat, jednak mnie szybko znużyło. Jestem fanem uniwersum Star Wars, ale osadzenie fabuły i akcji gry w tak odległych czasach nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Chociażby z tego powodu, że niby to gwiezdne wojny, a jednak - z racji właśnie na Starą Republikę - coś zupełnie innego od filmów czy książek, które z tego uniwersum lubię (np. Trylogia Thrawna!). Nie te czasy. Poza tym, lista ograniczeń dla gracza bezpłatnego jest imponująca i w dalszych etapach gry powoduje nie tylko liczne frustracje, ale w zależności od indywidualnego stylu gry może czynić grę wręcz niegrywalną. Dobiłem Sith Inquisitorem do etapu wyboru specjalizacji (Sith Sorcerer) i dałem sobie z tą grą spokój. Olałem po drodze multum questów, które wymuszały na mnie przymusową socjalizację z innym graczami. Cóż, MMO to jednak chyba gatunek nie dla mnie.

2) Path of Exile.
Przede wszystkim - to nie jest MMO. Owszem, to gra tylko przez internet, ale innych graczy widujesz co najwyżej w miastach. To co to takiego? Ulepszony klon Diablo II wzbogacony o kilka nowych, świeżych pomysłów. Gra jest darmowa i nie musisz wcale dokupować jakiś exclusive feature'ów, żeby nie dostawać po głowie co krok. Poza tym, gra jest w dosyć wczesnej fazie produkcji, trwa beta-test, do jej ukończenia jeszcze szmat czasu i drogi przed jej twórcami, mimo tego, to, co jest, jest w pełni grywalne. Co to jest hack 'n' slash wiedzą chyba wszyscy, a co twórcy odświeżyli w konwencji? Przede wszystkim zamiast drzewka umiejętności jest niewiarygodnych rozmiarów sieć umiejętności pasywnych. Aktywne mają formę gemów, które są w dropach lub jako nagrody za questy. Z gemami związana jest też fabuła gry, gdyż pakowane bezpośrednio w ludzi, uczyniły z nich nieumarłych. W świecie gry każdy, kto umiera, powstaje jako zombie, kontynent jest spustoszony przez to, co do powietrza i wody wydostało się najpierw z miast i piramid Vaal a potem Eternal Empire, które prowadziło eksperymenty biologiczno-magiczne na ludziach, na masową skalę, które znało kolej, koła zębate i różne steampunkowo-wyglądające mechanizmy, i które jest dodatkowo wzorowane nieco na starożytnym Rzymie. PoE to dark fantasy/post-apokalipsa, ale są delikatne elemnty steampunka. Bardzo delikatne. Jako przyprawa do całości, niż fundament. Wizja spustoszonego świata, odległa od rozmaitych, charakterystycznych wastelandów opiera się tutaj na tym, iż resztki cywilizacji kryją się w dawnych ruinach. Nieliczni, którzy nie zmienili się w zombie czy istoty zombie-podobne, cofnęli się do wierzeń plemiennych, myślenia magicznego, wegetacji bez szansy na lepsze jutro.
Postać gracza (do wyboru spośród 6 gotowych postaci - Marauder [dziki, barbarzyński osiłek - główna cecha - siła], Ranger [łuczniczka, traperka - zręczność], Witch [spellcaster - inteligencja; "oni zabrali mi dom i chcieli mnie zabić za moje zdolności, ja w zamian zabrałam im dzieci" {cyt. niedokładny tłum. własne} - najlepsza historia wstępna, dlaczego w ogóle płynie na Wraeclast], Templar [coś w rodzaju paladyna, masywny i nieruchawy wojownik/spellcaster - siła/inteligencja], Duelist [awanturnik, bawidamek, szermierz - zręczność/siła] i Shadow [coś pomiędzy standardowym thiefem/rogue'm a jakimś mrocznym okultystą czy Mrocznym Elfem z Sacreda 1 - zręczność/inteligencja]) to wygnaniec z kontynentu Oriath, płynący na statku wiozącym nieszczęśników na spustoszony Wraeclast. Statek jednak tonie w czasie sztormu. Gra zaczyna się, jak w strugach ulewnego deszczu podnosimy się, wyrzuceni na brzeg niegościnnego kontynentu...
Ponieważ to dopiero beta, sporo kwestii pozostaje jeszcze twórcom do dokończenia i dopracowania. Fabuła jest liniowa i nieco przewidywalna, jednak w kilku momentach można się nieco zdziwić. Grać można w pojedynkę lub grupując się z innymi graczami. Po przejściu gry na normalu odblokowują się wyższe poziomy trudności, itd.
W grze nie ma pieniędzy/waluty/"golda". Zamiast tego jest system orbów i zwojów, które dostajemy od kupców w zamian za odpowiednie ilości odpowiednio dobranych przedmiotów (tak, jest handel wymienny + "vendor recipes") (rzecz jasna, te same orby i zwoje - a nawet więcej - można kupować za inne; no i oczywiście są w dropach). Rozwiązanie bardzo przypadło mi do gustu - nie ma "inflacji" charakterystycznej dla wielu innych tego typu gier, gdzie za najlepszy sprzęt trzeba było zbierać golda przez całą grę, trzeba też myśleć, co z czym kiedy i za co się opchnie, a nie klikać bezmyślnie.

sobota, 16 lutego 2013

Ernst Jünger "Przybliżenia. Narkotyki i upojenie"

Ernst Jünger to jeden z moich ulubionych pisarzy. Cenię go nie tylko za charakterystyczny styl, jego fenomenalny zmysł obserwacji, zdolność przejścia od opisu szczegółu do rozważań uniwersalnych, do opisu rzeczywistości, styl, z którego bije pasja pisania, każde słowo dźwięczy stalą, pobrzękuje nagromadzoną ekstatyczną energią. Książki Jüngera, jakie miałem okazję przeczytać, to wydarzenia, które przeżywa się wraz z autorem, który nie waha się otwierać przed czytelnikiem ścieżek, na jakie ten sam by nigdy nie wszedł, ba, być może nie zauważyłby nawet ich istnienia. Nawet jego wczesna publicystyka polityczna, dusząca chorobliwą atmosferą "rewolucji konserwatywnej" to niezapomniana przygoda, bo pokazuje już delikatnie zarysowane wątki, które autor uwypukla dużo później, lub z którymi sam się potem zmaga, w tytanicznej walce przezwyciężając samego siebie.
Do tej pory bywa kojarzony (zwłaszcza przez internetowych radykałów, znających go głównie z wikicytatów) ze skrajną prawicą lub faszyzmem, nie do końca słusznie, gdyż zawsze kroczył on własną drogą, nawet, jeśli przechodzącą przez jednoznacznie prawicowe ugory lub faszystowskie zatęchłe bagniska, to prowadzącą znacznie dalej, nie kończącą się na bezdrożach, z których autor nie potrafiłby się wydostać, lub przez które nie potrafiłby przejść dalej, nie oglądając się na próby zaszufladkowania. Żeby była żywą, myśl musi płynąć niestrudzenie, dalej i dalej.
Książka ta przez samego autora została uznana za kontynuację dwóch esejów, w tym znanego i w Polsce "Przez linię" (np. Kronos 1/2011), który był w sumie polemiką z Heideggerem. Zaś książka wyewoluowała z eseju, który autor napisał na 60tkę Mircei Eliadego, z którym wydawał pismo. 
Ernst wstrzelił się z tą książką w zły moment. Akurat trwały rozruchy przełomu lat '60 i 70' XX wieku, a tu nagle uznany za Goethego CDU Ernst pisze książkę o narkotykach. W której nie tylko przedstawia swoje własne przeżycia po rozmaitych środkach, ale też wyraża się ciepło o założycielu Czarnych Panter, o pewnym znajomym hipisie, o Albercie Hofmanie (z którym zresztą razem wyruszał w nieznane), o najróżniejszych autorach poruszających w swojej twórczości temat narkotyków, z Baudelaire'm na czele. Ba, samo pojęcie "psychonauta" pochodzi od Ernsta! Wątki autobiograficzne nie dotyczą jednak tylko zażywania - sam akt przyjmowania tych zeświecczonych komunikantów jest ukazany w szerszym kontekście, nie raz bardzo zabawnym lecz i wstydliwym dla autora (fenomenalny rozdział "Karp po polsku" i jego puenta). Poznajemy także ciemniejszą stronę autora - szwendającego się po rozmaitych zaułkach, szukającego Przygody w zakazanym, nocnym świecie, rozkwitającym dopiero, gdy strudzeni po ciężkim dniu porządni obywatele pójdą spać lub otwierającego przed czytelnikiem świat lazaretów, w których żołnierze leczą nie tyle rany zadane przez wroga w zmaganiach tytanicznych sił wojny materiałowej, co po prostu choroby weneryczne. Przedstawia nam też różnych swoich kolegów i znajomych, mających bardzo... naturalne podejście do kobiet. W tym jednego, który zdezerterował z polskiej kawalerii.
Autor sięgał po święte zioła i sterylną chemię w kilku celach. Pierwszym z nich, co rzuciło mi się w oczy już w czasie lektury "Promieniowań", jest fascynacja autora śmiercią. Nie jest zawsze jasno wyrażona, ale pojawia się i fascynuje autora, który się z nią zmaga. Widać to w momencie jego rozważań o śmierci ojca (w momencie jego śmierci na nocnym niebie zobaczył jego oczy) czy - zwłaszcza - w misterium jakim stało się dla niego rozstrzelanie dezertera. Już martwy, przeszyty kulami, zdawał się być autorowi nadal żywym, chcącym coś powiedzieć, coś przekazać.
Autor, doszedłszy do wniosku, że drogi religijne są nieprzejezdne we współczesnym świecie, do tej granicy, ostatecznej granicy oddzielającej życie od śmierci spróbował dotrzeć niejako na skróty, za pomocą narkotyków. Sam przy tym zadawał sobie pytanie, czy ten sposób na pewno zadziała, czy nie byłyby właściwsze "klasyczne" metody jak asceza, posty i praktyki religijne. Czuł się obco, niejako jak złodziej, chcący dotrzeć do Sacrum, chociaż tego niegodny.
Z drugiej strony, nad książką unosi się duch jednostki suwerennej. Unosi się duch gnanego ciągle naprzód, heroicznego łowcy przygód, rodem z dawnych powieści awanturniczych. Autor przecież od samej młodości poszukiwał w życiu wrażeń, co dobrze ilustruje chociażby jego epizod z Legią Cudzoziemską. W dzisiejszym świecie nie ma już białych plam na mapie, zaginionych plemion żyjących w niedostępnych dżunglach wśród ruin pradawnych, zatopionych w odmętach eonów czasu cywilizacji. Jeśli nie ma - to sami je stwórzmy. Właśnie przy pomocy narkotyków. Ten wątek bardzo ale to bardzo przypomina mi Hakima Beya. Ciekawe, czy Wilson zna twórczość Ernsta. Pewnie tak - jeden i drugi bardzo wiele czerpie od starego Stirnera, jeden i drugi tęskni za Nieznanym.
Wreszcie autor oczekuje tego, co nazwał "wielkim przejściem". Na ile dobrze zrozumiałem tą koncepcję, autor powraca niejako do konceptu zmiany form, mamy więc jakąś treść, niczym monadę, która promieniuje na świat, różnie się w nim manifestując. Wielkie przejście ma być zmianą wszystkiego, wręcz religijną, autor uznał, że przygotować się do tego można na drodze wspierania się odpowiednimi substancjami.
Są też inne dwa powody, przedstawione przez Ernsta już w "Heliopolis", które uwypukla z treści "Przybliżeń" nieoceniony prof. Wojciech Kunicki, w posłowiu. "Pruski anarchista" miał z jednej strony uciec od rzeczywistości, która wymknęła mu się spod kontroli, a którą sam pomagał konstytuować (już w "Promieniowaniach" narzekał, że "Robotnik" cieszył się wielką estymą wśród żołnierzy Waffen SS i Hitlerjugend, co nie za bardzo mu odpowiadało), wyemigrować wewnętrznie, gdy to, w co wierzył, rozsypało się, wyemigrować w świat wyobraźni, z drugiej strony stworzył w "Heliopolis" postać ofiary, przedstawiciela prześladowanego narodu, który do narkotyków sięga również po to, aby uciec od rzeczywistości, ale z diametralnie innych, oczywistych powodów.
Książka jest naprawdę świetna i gorąco polecam przeczytanie jej.

Odpryski X

1) Z lekkim poślizgiem, ale oby się nam wszystkim darzyło. Nie mogłem się zebrać w sobie, by usiąść, i napisać cokolwiek. Ale w końcu trzeba przezwyciężyć niemoc i lenistwo - zwłaszcza w momencie, gdy słowa się nagromadziły, gdy domagają się ujścia.

2) Był zimowy, styczniowy wieczór, gdy poszedłem wyrzucić śmieci. Pamiętam, cały dzień się zbierałem do tego, żeby wyjąć wór z kubła z szafki pod zlewem. Mój współlokator oczywiście palcem nie ruszył, albo akurat otrzymywał od Boga kolejne wizje wielkich katastrof, jakie spadną na ludzkość, albo grał w jakiegoś mmorpg'a, albo oglądał jakiś zjebany, amerykański serial komediowy (na bazie takich seriali wyrabia sobie wiedzę o prawdziwym życiu; oprócz początków schizofrenii doskwiera mu jeszcze postępujący mizoginizm, a także ogrom frustracji i kompleksów). Więc w końcu zebrałem się ja, z workiem ze śmieciami w dłoni śmiało ruszyłem na spotkanie tej namiastki przyrody. Dochodziła 23 w nocy, czekała mnie potem jeszcze nauka na egzamin, odbywający się następnego dnia (jakby kogo to interesowało - zdałem na 4,5).
Stara forma śmietnika, pamiętająca zapewne jeszcze Gierka, rozpadła się z czasem, została zastąpiona przez nową. Pojedyncze kontenery, pamiętające jeszcze całe pokolenia śmieci i odpadków, są teraz zamykane każde w osobnym boksie, mającym łukowate sklepienie. Dostęp jest ułatwiony w stosunku do starego śmietnika, który miał formę półotwartego pomieszczenia, z drugiej strony teraz każdy jeden ciężki, masywny, przysadzisty, metalowy kontener zamknięty jest za osobnymi drzwiczkami, które trzeba sobie otworzyć. Bywa to utrudnieniem, gdy nadmiar śmieci przytłacza aż do ziemi.
Tak czy owak, spotkałem przy śmietniku bezdomnego, grzebiącego w odpadkach w poszukiwaniu puszek. Już tak mam, że przyciągam do siebie różnych dziwaków i żebraków, więc tak też się stało i tym razem, że zacząłem z Wieśkiem rozmawiać.
Jak się okazało, był robotnikiem w Hucie - tokarzem. Hutę jednak szlag trafił, a on został na lodzie. Co prawda, mógł iść na emeryturę wojskową, gdyż służył w 6 Brygadzie Powietrzno-Desantowej i trafił do Wietnamu. Nie dowierzałem tej historii, ale poszperałem tu i tam i faktycznie trochę Polaków brało udział w tej wojnie, poza tym Wiesiek pokazał mu stary tatuaż z godłem jednostki, wiecie, taki amatorsko wykonany tatuaż typowo więzienny lub wojskowy, wytatuowany na nadgarstku. Dlaczego nie poszedł na emeryturę wojskową? Bo nie chciał przed nikim salutować.
Gdy Huta rypnęła u progu transformacji, Wieśka zostawiła żona. Albo pokłócił się z nią i sam odszedł. W każdym razie większość pieniędzy przeznaczał na utrzymanie swojej młodo owdowiałej siostry i jej dwóch synów (mieszkających do tej pory w tym samym bloku, co i ja, tyle, że kilka klatek dalej), do tej pory ma u niej sporo ubrań i innych rzeczy, myje się tam, itd. Tak w każdym razie mówił.
Znał wiele ciekawych historii związanych z osiedlem, pokrywających się z opowieściami mojego dobrego ś.p. sąsiada, którego zresztą znał. Znał wielu mieszkańców bloku, zwłaszcza tych mieszkających tam od początku. Dowiedziałem się, że np. sąsiad z najwyższego piętra to stary leśnik i myśliwy i robi ponoć świetny bimber. Poznałem też historie o porachunkach mafijnych w bloku nieopodal, nie istniejącym od dawna, wśród których zdarzały się i widowiskowe egzekucje na oczach wszystkich mieszkańców.
Umówiłem się z nim na kolejny dzień, też na 23cią, by opowiedział mi, jak było w Wietnamie. Nie przyszedł jednak.

3) Nie mam czasu na fantastykę, niestety. Chociaż niektórych (hmmm - większość) filozofów, myślicieli i wymyślicieli których wchłaniam spokojnie można by pod tą kategorię podciągnąć. Poza tym, jak już człowiek weźmie się porządnie za swoje studia, to nagle okazują się być całkiem absorbującymi. Szczególnie, jak zacznie wreszcie robić coś więcej, poza minimum do odfajkowania.

4) Obecna demokracja nie jest celem samym dla siebie. Leninowskie "kto kogo" jest nadal aktualne. Jest zawsze aktualne. Podobnie jak schmittański podział przyjaciel - wróg, podział, który przy rozmywaniu się polityki, sfery politycznej na poszczególne dziedziny ludzkiego życia, jest nawet bardziej ostry, gdyż nie dotyka już tylko sfer klasycznie uznanych za polityczne. Polityka jest wszędzie, gdzie występują relacje władzy. Sprowadzając sprawę do absurdu - nawet, jak Twoją dziewczynę boli głowa, to odmowa ta, Twoja zależność od jej decyzji, jest polityczna.
Dlatego, w przeciwieństwie do różnych demokratów dla samej demokracji, cieszy mnie odmowa władz UW odnośnie spotkania z wierchuszką Ruchu Narodowego. Dyskusja jest możliwa wtedy, gdy możliwe jest porozumienie. Kto by pomyślał, że kiedyś to, co jest w tym smętnym kraiku obecnie, wyda mi się naprawdę sympatyczne w porównaniu z tym, co może zostać wprowadzone przez skrajną prawicę. Ot, życie bywa nieprzewidywalne.

5) Papież abdykował. Decyzja spadła jak grom z jasnego nieba na wszystkich wiernych. A potem spadł też grom na Bazylikę św. Piotra. Zapewne bił w nią często i gęsto przy innych okazjach, a teraz po prostu się zgrało. Byłoby cudownie, gdyby kolejnym papieżem został czarnoskóry. 3/4 tzw. "narodowych katolików", zapatrzonych bezmyślnie w Europę łacińsko-germańską zapewne przejdzie wtedy na wiarę rodzimą, a pozostałe 1/4 na sedewakantyzm. Byłby to wspaniały sprawdzian, na ile katolicyzm w Polsce jest faktycznie katolicyzmem, a nie coraz bardziej pustą formą, zespołem kulturowych i historycznych uwarunkowań, zwykłą wydmuszką, maskującą strach przed nieznanym.

niedziela, 11 listopada 2012

Mody, mody, mody!

1) Age of Chivalry: Hegemony 1.81 (do Age of Empires II: The Conquerors). Co się rzuca w oczy -integracja AI moda z domyślnym AI. Minus - AI grupuje się przeciwko graczowi w czasie gry bez ustalonych drużyn. Pojawiło się Humanist Historiography w Kościele, daje bonusy bohaterowi. Oprócz tego - głównie bugfix. Jak gdzieś na forum AoK Haven stwierdził autor, wszystko, co miało w modzie się znaleźć, już się znalazło.
Za to ja walczyłem, żeby zainstalować widescreena. Moda trzeba było zainstalować na wersję  1.0c, problem z tym, że moja wersja ze złotej edycji była już spatchowana, dlatego Widescreen nie wykrywał prawidłowego pliku .exe. Dlatego zainstalowałem nieoficjalną łatkę 1.0e, na którą udało się potem wszystko zainstalować. Jedyne, co być może jest pokłosiem pewnej niekompatybilności, są czasem włączające się głosy jednostek z gry oryginalnej, w miejsce podmienionych przez moda. Ale to pierdoła, nie ma co szat rozdzierać. Ach, i Widescreen ma w sobie już ddraw fixa, po prostu zabija explorer.exe. Co ma tą wadę, że z gry nie da się na chwilę wyjść, np. alt+tab, bez wyłączenia jej.

2) Shockwave 1.1 (do Command & Conquer: Generals: Zero Hour). Najlepszy w mojej opinii mod do Generalsów, zmieniający diametralnie każdą stronę konfliktu oraz każdego generała. Dodaje także trzech nowych - China Special Weapons (bez propagandy i energii jądrowej, generator trzęsień ziemi, śmigłowce transportujące zasoby, mnóstwo artylerii i wyrzutni rakiet), GLA Salvage (miks złomu z demobilu z czasów IIWŚ i Zimnej Wojny, śmigłowce Mi-8, samoloty Desert Fly, Katiusze, Basilisk - działo samobieżne + ckm, rakiety V2 [lol], bombowce Tu-2 zrzucające biały fosfor, rakieta Soyuz jako superbroń, potężne stanowiska rakiet przeciwlotniczych) i USA Armor (osobny budynek zapewnia radar, ciężarówki z zaopatrzeniem, a nie śmigłowce, czołgi Mammoth, dorównujące spokojnie Overlordowi, Cluster Missile jako superbroń). Starzy generałowie i "czyste" ugrupowania też zostały przerobione - i tak, po kolei: GLA dostało m.in. (moto)balony oraz Workerów na Quadach, GLA Toxin kilka różnych trucizn zrzucanych z powietrza, oraz każda jednostka jest bardziej trująca niż przedtem, GLA Demolition został pozbawiony trucizn, oprócz generalskiej Anthrax Bomb, za to wszystko zadaje chore obrażenia, wybucha, itd. Marauder wzbogacony o wyrzutnię rakiet niekierowanych, generalska czarnorynkowa bomba atomowa), GLA Stealth dostał kilka rodzajów elitarnej piechoty, w tym Rocket Snipera i Assassina, porównywalnego z amerykańskim Pathfinderem, stanowisko z ckmem, ruchomy Supply Stash, za to zabrano mu czołgi); China Nuclear dostał mnóstwo upgrade'ów atomowych dla jednostek, w tym dla MiGów, czołgów, nawet Hakerów (walizkowe bomby atomowe), China Tanks dostał mnóstwo nowych bajerów do czołgów, China Infantry dostał powiększone Hack Vany, potężne Battle Fortressy, także zespoły piechoty dowodzone przez oficera, zwykłe Chiny dostały kilka nowych budynków obronnych, w tym z miotaczem ognia, oraz śmigłowce Tiger; USA Airforce rządzi w powietrzu jak nigdy, USA Super Weapon dostał orbitalne coś, czołg teleportujący się, broń plazmową, roboty, itd, USA Laser każdy sprzęt ma laserowy, USA zwykłe dostało m.in. coś, co wygląda na jednoosobowe, gwiezdnowojenne AT-PT. Rzecz jasna zmian i nowinek jest znacznie, znacznie więcej.

3) Command & Conquer: Generals: Global Crisis (j.w.) inny mod do Generalsów, wprowadzający do gry strony konfliktu z innego moda, Middle-East cośtam, Syrię i Izrael, a do tego wprowadzający sporo kosmetycznych zmian do pozostałych. Syria to coś pomiędzy GLA i Chinami (mają elektryczność, itd. ale stary sprzęt rosyjski, do tego trochę fanatyków religijnych), Izrael to coś pomiędzy GLA i  USA - mogą zwijać i przenosić w inne miejsce Command Center, nie produkują jednostek, tylko są one im dowożone z powietrza, alternatywne źródło kasy to zespół dziennikarzy, robiący zdjęcia wrażym jednostkom. Bardzo poczciwe i pomysłowe (specjalizacje generalskie rozwiązano prosto - jako jeden z 3 wzajemnie się wykluczających upgrade'ów) ale wygląda jakoś gorzej i smutniej niż Shockwave.

3) Command & Conquer: Generals: Rise of the Reds (j.w.) cały czas rozwijany mod autorów Shockwave'a, chronologicznie umiejscowiony po nim. Obecna wersja, 1.72., oprócz diametralnie pozmienianych USA, Chin i GLA, wprowadziła Rosję. Rosja ma sprzęt naprawczy, mnóstwo śmigłowców, gorsze od Chin i USA lotnictwo (dwa Suchoje - Berkut i Frogfoot), do tego potężne czołgi (Sentinel zjada chińskiego Overlorda na śniadanie) i jednostki wyposażone w broń opartą na cewkach Tesli. Superbronią jest Tremor AGAS. W wersji 1.8 moda ma pojawić się kolejna, nowa, grywalna strona konfliktu - European Commonwealth, a w wersji 2.0 - generałowie każdej ze stron, teraz nie ma żadnych. Warto będzie na to poczekać.