Cegła wydawnictwa Vesper (792 strony). Zbiór opowiadań (czy też raczej noweli - np. Przypadek Charlesa Dextera Warda mi mignął niedawno w księgarni jako oddzielna książka jakiegoś innego wydawnictwa) autorstwa kultowego autora, bez którego nie byłoby dzisiejszego horroru - Samotnika z Providence, Howarda Philipsa Lovecrafta.
Wszystkie utwory zamieszczone w niniejszym tomie zostały przetłumaczone specjalnie z myślą o niniejszym tomie przez Macieja Płazę, który napisał też wnikliwe posłowie.
Fakt faktem, udało mu się dokonać rzeczy - zdawało by się - niemożliwej. Mimo tego, że doskonale znałem wszystkie zamieszczone w Zgrozie teksty, bo czytałem je już wiele razy, zarówno w oryginale, jak i w rozmaitych polskich tłumaczeniach, przeczytałem je wszystkie jednym tchem i wywarły na mnie wielkie wrażenie. Na chwilę obecną jest to najlepsze tłumaczenie Lovecrafta, jakie miałem przyjemność przeczytać. Co więcej, tłumacz przetłumaczył późne, uzupełnione i poprawione wersje utworów Lovecrafta. W kilku miejscach natrafiłem na wątki, których nie pamiętałem z poznanych wcześniej wersji. I tak, w zbiorze znalazły się: Dagon, Ustalenia dotyczące zmarłego Arthura Jermyna i jego rodu, Wyrzutek, Muzyka Ericha Zanna, Szczury w murach, Święto, Zew Cthulhu, Przypadek Charlesa Dextera Warda, Kolor z innego wszechświata, Zgroza w Dunwich, Szepczący w ciemności, W górach szaleństwa, Widmo nad Innsmouth, Cień spoza czasu, Nawiedziciel mroku.
Na jak najbardziej pozytywny odbiór całości wpłynęła też szata graficzna. Wydawnictwo wykorzystało grafiki Johna Coultharta. Nie ważne, czy czytelnik patrzy na ilustracje przedstawiające nieludzki krajobraz R'lyeh, umierającego Wilbura Whateley'a, ponure gmachy dotknięte Nieznanym czy podobizny bóstw z Lovecraftowej mitologii przypominające coś w rodzaju mrocznych, psychodelicznych ikon, za każdym razem ma ciarki na plecach. Pod względem formy książka ta to mroczne arcydzieło, może i nieco kiczowate, może i nieco patetyczne, ale taka jest konwencja, tak pisał też Lovecraft, nieco nawiedzony konserwatysta, zmagający się ze stanami depresyjnymi i zapewne rozmaitymi fobiami.
Posłowie tłumacza, zatytułowane W przeddzień potwornego zmartwychwstania, to świetny esej o Lovecrafcie, idealny dla tych, którzy znają jego sylwetkę pobieżnie. Autor nie tylko odwalił kawał dobrej roboty, tłumacząc od nowa klasyczne opowieści HPLa, lecz też bardzo sensownie i ze znawstwem napisał o samym Lovecrafcie. Uwypuklił kilka szczegółów, które na co dzień i w powszechnym odbiorze są skryte pod rakowatymi naroślami popkultury na mitologii Cthulhu. Lovecraft pozostał ateistą i dumnym wychowankiem kultury anglosaskiej zarazem. Jego strachy mają wyraźne - przynajmniej dla mnie - źródła w jego konserwatyzmie. Wpływy romantyzmu i powieści gotyckiej szybko zanikają u niego zanikają.
Jest sobie taki naukowiec, który zwie się Jeffrey Herf. Herf stworzył pojęcie reakcyjnego modernizmu (org. reactionary modernism), aby opisać takie zjawiska jak rewolucję konserwatywną w Republice Weimarskiej lub fundamentalistyczny, islamski terroryzm. Odrzucając płaszczyznę polityczną pojęcia, można je wykorzystać do opisania nastroju epoki autorów weird, gdyż - przynajmniej w przypadku Lovecrafta - reakcyjny modernizm pasuje do nich przynajmniej w ogólnym zarysie. Widzimy jak na dłoni z jednej strony przyśpieszenie cywilizacyjne, nagły skok technologiczny, rozwój nauki rozbijającej stare mity, podania, klechy i legendy, z drugiej - brak postępu społecznego, brak modernizacji na gruncie światopoglądowym, brak zmian w specyficznie pojętej nadbudowie; wytwarza się rodzaj pseudomorfozy (gdy nowe treści wchodzą w stare ramy, zamiast je rozsadzić), nie wytwarza się nowy, kompletny światopogląd, nie dokonuje się faktyczny postęp poza polem samej technologii i nauk ścisłych jako takich. Lovecraft fascynował się nauką, co widać w jego twórczości, czerpał od darwinizmu po przeżywającą rozwój astronomię, z drugiej strony tęsknił za swojskością, za stałością starego świata, który zaczął się rozpadać. W paradoksalny sposób zlało się to u niego ze strachem i odrazą wobec starości i tego, co było wcześniej, spoza idealizowanego okresu protestanckiej kultury Nowej Anglii w czasie jej rozkwitu. Strach przed nieznaną nowoczesną technologią i tym, co może ona przynieść autor połączył więc ze strachem przed obcymi, nie anglosaskimi kulturami (oraz zdegenerowaną kulturą anglosaską). Przeniósł poza tym niechęć do socjalizmu i faszyzmu (w jego czasach były to ustroje w których manifestował się pęd nowoczesności) wraz z niechęcią do procesów modernizacyjnych i rozwojem technologii aż do takiego stopnia, w którym stałaby się niezrozumiała dla szarego człowieka, na nieco groteskowe rasy żyjące na przedludzkiej ziemi miliardy lat temu lub trwające na niej i współcześnie. Wielka Rasa, Mi-Go czy inne gatunki zaludniające strony Lovecraftowych opowieści były autorowi równie obce jak Chińczycy, Włosi czy Polacy (chociaż w późniejszym okresie twórczości złagodził zdecydowanie swój rasizm; niezależnie od tego, że w jego utworach zwykli, ciężko pracujący katoliccy imigranci z Europy mogli nawet odgrywać pozytywną rolę, stykający się z nimi jego bohaterowie i tak czuli się nieswojo). Bohaterom Lovecrafta zaczynają się przytrafiać dziwne rzeczy równocześnie z ich postępującą alienacją ze zdrowego, (post)protestanckiego środowiska, także wtedy, gdy nie potrafią się oni odnaleźć wśród nowych mieszkańców, nie posługujących się na co dzień językiem angielskim.
Lovecraft zachował bardzo pesymistyczną postawę antropologiczną, jakże odległą od optymistycznego nastroju epoki mającym swoje źródła w oświeceniu oraz pozytywizmie. Uznał za niemożliwe pełne poznanie, upajał się wręcz niemocą ludzkiej percepcji, niemożnością obiektywnego poznania rzeczywistości - upajał się, lecz jednocześnie napełniała go ona przejmującą, paraliżującą trwogą. Czytelnik koniecznie musi zwrócić uwagę, że cały panteon Lovecrafta to nie są bogowie w metafizycznym sensie - to istoty dzierżące absolutną potęgę, czczone przez swoich wyznawców (ludzkich i nieludzkich) jako bogowie, lecz nie będące nimi faktycznie (dopiero kontynuatorzy i następcy Samotnika z Providence, tacy jak Derleth, spieprzyli sprawę, wprowadzając wartościowania metafizyczne zaczerpnięte z chrześcijaństwa). Tak samo magia u Lovecrafta ma znacznie więcej wspólnego ze współczesnym rozumowym okultyzmem, leżącym bliżej eksperymentalnej psychologii, filozofii czy alchemii niż prostackim zabobonom i gusłom w stylu współczesnych małopolskich znachorów z Nowego Sącza. Momentami zaawansowana technologia nieludzkich ras nabiera cech magicznych - i vice versa. Rzecz niezwykła - bohaterowie Lovecrafta zetknięci z Nieznanym, aczkolwiek Nieznanym nie mającym wrogich zamiarów, z czasem, przy bliższym poznaniu i oswojeniu się, są w stanie sympatyzować z tym mniej-Nieznanym przeciwko absolutnemu i absolutnie złowrogiemu Nieznanemu (ot, chociażby w Cieniu spoza czasu). Gdy Lovecraft pisze o nieludzkich bluźnierstwach, są one dla niego bluźniercze na kilku płaszczyznach - przeciwko optymizmowi szkiełka i oka oraz przeciwko sentymentom protestanckim. Zarówno nauka jak i religia nie odpowiadają na jakiekolwiek z zadanych przez Lovecrafta pytań, który notorycznie przyprawia swoich post protestanckich, oświeconych bohaterów o obłęd lub zabija ich stawiając przeciwko czemuś, czego ludzki rozum nijak nie jest w stanie choćby pobieżnie zrozumieć. O ile więc źródła koszmarów nękających Lovecrafta mają źródła w jego złożonej osobowości i jego konserwatyzmie, to ich wydźwięk jest ostatecznie anty konserwatywny - autor z iście masochistyczną przyjemnością rozbija zastane konserwatywne wizje świata swoich bohaterów. Ku przestrodze i ku refleksji.
Lovecraft zestarzał się tylko w takim stopniu, w jakim był produktem swojej epoki. Mnóstwo hipotez branych za pewnik w jego czasach zdążyło się zdezaktualizować. Poza tym nie dość, że jego świat nie jest do końca przemyślany (Przykład pierwszy z brzegu - Zew Cthulhu - Cthulhu się przebudził. I co dalej? Poszedł spać znów? To chyba nie tak miało wyglądać?), to jeszcze w świetle dzisiejszej estetyki niektóre jego straszliwe bluźnierstwa raczej śmieszą, niż straszną. Czy współcześnie kogokolwiek jest w stanie przestraszyć opis przedstawiciela Wielkiej Rasy lub Mi-Go? Śmiem wątpić.
Za to strach przed nieznanym/Nieznanym jest uniwersalną częścią człowieczeństwa, niezmienną i stałą. Na palcach jednej ręki można policzyć autorów, którym udało się go uchwycić tak przejmująco, jak Lovecraftowi, którzy tak jak on sięgnęli pewnej pierwotności drzemiącej w autorze, atawistycznej strefy pierwotnych lęków tkwiących w nas od czasów naszych odległych przodków odkrywających ogień. Całe bogactwo jego prozy zachwyca i zadziwia nadal, także dzięki tłumaczeniu Płazy, pomijając ogólną przestarzałość i zarzuty przedstawione pokrótce wyżej.
O ile sam nie jestem aż takim pesymistą jak Lovecraft i zwolennicy filozofii weird, jak współcześni autorzy tego nurtu reprezentujący - nazwijmy to umownie - frakcję Thomasa Ligottiego, odczuwam mieszaninę lęku przed kosmicznym przestworem połączoną z chorobliwą fascynacją tym, co wymykające się ludzkiemu poznaniu. Zdecydowanie bardziej wolę postawę heroiczną zabarwioną postmodernistycznym relatywizmem, niż uznanie a priori, że ludzkość i jednostkowe indywidualne życie to absurd, przypadek i nic nieznaczący kaprys losu, fakt faktem jednak to dzięki autorom takim jak Lovecraft te same gwiazdy widziane co noc na niebie za każdym razem świecą równie niesamowicie i zagadkowo.
piątek, 18 lipca 2014
Jack Kerouac "W drodze"
Opowieść - nomen omen - drogi oparta na doświadczeniach autora. Sportretował w niej siebie samego oraz swoich kumpli i znajomych, wśród których przewija się śmietanka beat generation, z Burroughsem na czele.
Jak na beat generation, Kerouac wydaje się być całkiem spokojnym gościem, zwłaszcza na tle wspomnianego Burroughsa (Starego Byka Lee) czy postaci ukrytej pod personaliami Dean Moriatry. Tak właściwie, to to jest książka o relacji głównego bohatera (i pierwszoosobowego narratora zarazem) z Moriarty'm. Dean był kompletnym wariatem, ale niekoniecznie w negatywnym sensie. Pensjonariusz poprawczaka, gość kradnący samochody po to, by się nimi przejechać i je porzucić, gnany ciągle przed siebie wolny duch, kilkukrotnie żonaty, kilkukrotnie rozwiedziony w najróżniejszych częściach Stanów, typ potrafiący autentycznie cieszyć się życiem, rozkoszujący się chwilą i łapczywie łapiący wszelkie możliwe doznania. Szalony włóczęga nieprzywiązujący wagi do niczego, kierujący się w życiu silnymi podnietami, typ świętego głupca, jak to ładnie ujął Sal Paradise, czyli alter ego autora.
Bohaterowie Kerouaca jak i on sam gnają przed siebie, przemierzają kraj w te i we wte. Autostopem, na gapę pociągami towarowymi, napędzani nieokreśloną potrzebą. Zbierają się w danym miejscu, czas upływa im na dorywczej pracy, libacjach, orgiach, atmosferze wystąpienia poza społeczne normy i uwarunkowania, na granicy prawa i wbrew dominującej wizji tego, jak powinno się żyć. Następnie przejściowo się wypalają/zaczynają się kłócić, następuje moment refleksji nad sobą i swoim miejscem w świecie. Rozjeżdżają się po kraju, każdy w swoją stronę (jeśli mają rodzinę, jak autor, to mają łatwiej). Z czasem niektórzy się wykruszają, innym próby ustatkowania się nijak nie wychodzą. Nie mija zbyt wiele czasu, jak znów spotykają się w drodze. Niektórzy nie są w stanie żyć inaczej, dla innych taki tryb życia staje się z czasem autodestrukcyjny. Niektórzy zdają się w ten sposób uciekać przed samymi sobą, inni znajdują się po drodze na tej permanentnej drodze.
Autor miał dobry zmysł obserwacji. Uchwycił wiele szalenie interesujących obrazów z Ameryki przełomu lat 40. i 50. XX wieku. Barwnie odmalował świat trampów, wszelkiej maści włóczęgów, prowincjonalną oraz wielkomiejską Amerykę w momencie powojennego przyśpieszenia, zarówno nastroje panujące wśród statecznych obywateli (ciotka głównego bohatera) jak też w półświatku; oddał wyśmienicie gorączkową wolę do przemieszczania się, nie tylko po kraju, lecz też wgłąb siebie i po obszarach granicznych leżących obok konserwatywnego społeczeństwa.
Czytelnik nadający w minimalnym chociaż stopniu na podobnych falach, którego też od czasu do czasu coś gna z miejsca na miejsce (lub który chociaż rozmyśla, jakby to było fajnie gnać z miejsca na miejsce, po czym jedyną jego wędrówką jest spacer z pokoju do kibla) będzie w czasie lektury miał wielką ochotę rzucić wszystko w diabły i bez grosza przy duszy wyruszyć czymkolwiek i jak się da na drugi koniec Polski.
Kerouac bardzo spoko, nie taki szur jak Burroughs, ale również warty wnikliwszego poznania.
Jak na beat generation, Kerouac wydaje się być całkiem spokojnym gościem, zwłaszcza na tle wspomnianego Burroughsa (Starego Byka Lee) czy postaci ukrytej pod personaliami Dean Moriatry. Tak właściwie, to to jest książka o relacji głównego bohatera (i pierwszoosobowego narratora zarazem) z Moriarty'm. Dean był kompletnym wariatem, ale niekoniecznie w negatywnym sensie. Pensjonariusz poprawczaka, gość kradnący samochody po to, by się nimi przejechać i je porzucić, gnany ciągle przed siebie wolny duch, kilkukrotnie żonaty, kilkukrotnie rozwiedziony w najróżniejszych częściach Stanów, typ potrafiący autentycznie cieszyć się życiem, rozkoszujący się chwilą i łapczywie łapiący wszelkie możliwe doznania. Szalony włóczęga nieprzywiązujący wagi do niczego, kierujący się w życiu silnymi podnietami, typ świętego głupca, jak to ładnie ujął Sal Paradise, czyli alter ego autora.
Bohaterowie Kerouaca jak i on sam gnają przed siebie, przemierzają kraj w te i we wte. Autostopem, na gapę pociągami towarowymi, napędzani nieokreśloną potrzebą. Zbierają się w danym miejscu, czas upływa im na dorywczej pracy, libacjach, orgiach, atmosferze wystąpienia poza społeczne normy i uwarunkowania, na granicy prawa i wbrew dominującej wizji tego, jak powinno się żyć. Następnie przejściowo się wypalają/zaczynają się kłócić, następuje moment refleksji nad sobą i swoim miejscem w świecie. Rozjeżdżają się po kraju, każdy w swoją stronę (jeśli mają rodzinę, jak autor, to mają łatwiej). Z czasem niektórzy się wykruszają, innym próby ustatkowania się nijak nie wychodzą. Nie mija zbyt wiele czasu, jak znów spotykają się w drodze. Niektórzy nie są w stanie żyć inaczej, dla innych taki tryb życia staje się z czasem autodestrukcyjny. Niektórzy zdają się w ten sposób uciekać przed samymi sobą, inni znajdują się po drodze na tej permanentnej drodze.
Autor miał dobry zmysł obserwacji. Uchwycił wiele szalenie interesujących obrazów z Ameryki przełomu lat 40. i 50. XX wieku. Barwnie odmalował świat trampów, wszelkiej maści włóczęgów, prowincjonalną oraz wielkomiejską Amerykę w momencie powojennego przyśpieszenia, zarówno nastroje panujące wśród statecznych obywateli (ciotka głównego bohatera) jak też w półświatku; oddał wyśmienicie gorączkową wolę do przemieszczania się, nie tylko po kraju, lecz też wgłąb siebie i po obszarach granicznych leżących obok konserwatywnego społeczeństwa.
Czytelnik nadający w minimalnym chociaż stopniu na podobnych falach, którego też od czasu do czasu coś gna z miejsca na miejsce (lub który chociaż rozmyśla, jakby to było fajnie gnać z miejsca na miejsce, po czym jedyną jego wędrówką jest spacer z pokoju do kibla) będzie w czasie lektury miał wielką ochotę rzucić wszystko w diabły i bez grosza przy duszy wyruszyć czymkolwiek i jak się da na drugi koniec Polski.
Kerouac bardzo spoko, nie taki szur jak Burroughs, ale również warty wnikliwszego poznania.
niedziela, 13 lipca 2014
Brian W. Aldiss "Chwila zaćmienia"
Czyli zbiór opowiadań The Best Of. Wydawnictwo Solaris trochę się zamotało w tekście na ostatniej stronie tylnej okładki - bo z jednej strony wybór (...) został przez niego dokonany specjalnie dla polskiego czytelnika a z drugiej strony światowa premiera zbioru The Best of Brian W. Aldiss. To specjalnie, czy jednak nie specjalnie?
Tak czy siak, zbiór opowiadań tak różnorodny i dotykający najróżniejszych kwestii, jak i sam autor. Część z tych opowiadań czytałem niegdyś w zbiorze Kto zastąpi człowieka?, większości nie znałem wcześniej.
Uogólniając, mamy tutaj opowiadania krótsze i groteskowe, przewrotne i żartobliwe, przywodzące w sumie na myśl bizarro, radosne pasaże surrealizmu i odrealnienia prowadzone przez autora z rozmachem i nagle kończone przewrotną puentą, nieraz wywracającą sens opowiadania do góry nogami (Swastyka; Generał Calex poległ, pożoga na końcu świata, bułeczki pyszne; Mortistan; Człowiek z osiołem; Historyczny dzień nad jeziorem Dohani; Tarzan wśród Alp). Bywają też dłuższe, pełne zadumy nad kondycją człowieka i człowieczeństwa, o pesymistycznym, melancholijnym wydźwięku, piętnujące ludzkie przywary lub całą cywilizację jako taką, ew. cywilizację zachodnią; czasem wystają z tych opowiadań lekko lewicowe, zielonkawe poglądy autora bądź ogólne przemyślenia o polityce lub filozofii (W stoczni kosmicznej; Nieszczęsny, mały wojowniku; Klucz do kości; Bezgłowy; Tygrys w mroku; Wiejski oszust; Lot o zmierzchu; Promienie słońca; Chwila zaćmienia; Kwiecie eocenu; O tym, jak wrota otwarły się i zamknęły). W kilku autor stawia pytanie o granice między człowieczeństwem a sztuczną inteligencją, o granice między człowiekiem i rozumną maszyną w światach, gdzie jedno i drugie potrafi bardzo się do siebie upodobnić - lub wręcz gdzie maszyny potrafią być bardziej ludzkie, ewentualnie gdzie popełniają typowo ludzkie błędy (Kto zastąpi człowieka?; Superzabawki na lato; Superzabawki zimą; Superzabawki przez resztę roku; Nigdy nie zapytałeś, jak się nazywam; Na zewnątrz). W jeszcze innych autor zahacza o specyficznie pojętą metafizykę, nawiązuje do pojęć i postaci związanych z mitologią chrześcijańską, wcześniejszymi wierzeniami, lub uniwersalnych pojęć; gdzieniegdzie ta grupa jego opowiadań przywodzi na myśl weird (Łyżka jest potężniejsza; Mroczny tłum; Obiekt okołoziemski; Chwila chwały Evansa; Taniec Judasza). Mamy też opowieści o ewolucji świata post-ludzkiego, zamieszkałego przez najbardziej niesamowite twory natury (i nie tylko natury) żyjące na sposoby wykraczające poza granice ludzkiego poznania; w jednym przypadku taka kreacja służy za tło dla historii o jednym z tematów przewodnich wymienionych wyżej (Kiedy ranne wstają zorze; Na pokładzie Błogostanu; Miasta płoną najlepiej w zerze absolutnym [jest to zarazem przykład na formę eksperymentalną]).
Tłumacze spisali się bardzo dobrze, nic nie zazgrzytało. Autor potrafi korzystać z języka na najróżniejsze sposoby, za każdym razem daje z siebie wszystko i nawet, jeśli nad jakimś tekstem trzeba się intensywniej zastanowić, samo zastanawianie się jest przyjemnością. Wszystkie opowiadania stoją na wysokim poziomie, nawet jeśli część z nich może wydawać się błaha lub całkiem zwyczajna. Aldiss świetnie się odnajduje zarówno w kreowaniu wariacji "tu i teraz", jak i w wymyślaniu od podstaw skomplikowanych i rozbudowanych wizji świata, do tego przyciętych do rozmiarów opowiadania.
Jak na mój gust, jest to świetny zbiór, przeczytałem go z przyjemnością.
Tak czy siak, zbiór opowiadań tak różnorodny i dotykający najróżniejszych kwestii, jak i sam autor. Część z tych opowiadań czytałem niegdyś w zbiorze Kto zastąpi człowieka?, większości nie znałem wcześniej.
Uogólniając, mamy tutaj opowiadania krótsze i groteskowe, przewrotne i żartobliwe, przywodzące w sumie na myśl bizarro, radosne pasaże surrealizmu i odrealnienia prowadzone przez autora z rozmachem i nagle kończone przewrotną puentą, nieraz wywracającą sens opowiadania do góry nogami (Swastyka; Generał Calex poległ, pożoga na końcu świata, bułeczki pyszne; Mortistan; Człowiek z osiołem; Historyczny dzień nad jeziorem Dohani; Tarzan wśród Alp). Bywają też dłuższe, pełne zadumy nad kondycją człowieka i człowieczeństwa, o pesymistycznym, melancholijnym wydźwięku, piętnujące ludzkie przywary lub całą cywilizację jako taką, ew. cywilizację zachodnią; czasem wystają z tych opowiadań lekko lewicowe, zielonkawe poglądy autora bądź ogólne przemyślenia o polityce lub filozofii (W stoczni kosmicznej; Nieszczęsny, mały wojowniku; Klucz do kości; Bezgłowy; Tygrys w mroku; Wiejski oszust; Lot o zmierzchu; Promienie słońca; Chwila zaćmienia; Kwiecie eocenu; O tym, jak wrota otwarły się i zamknęły). W kilku autor stawia pytanie o granice między człowieczeństwem a sztuczną inteligencją, o granice między człowiekiem i rozumną maszyną w światach, gdzie jedno i drugie potrafi bardzo się do siebie upodobnić - lub wręcz gdzie maszyny potrafią być bardziej ludzkie, ewentualnie gdzie popełniają typowo ludzkie błędy (Kto zastąpi człowieka?; Superzabawki na lato; Superzabawki zimą; Superzabawki przez resztę roku; Nigdy nie zapytałeś, jak się nazywam; Na zewnątrz). W jeszcze innych autor zahacza o specyficznie pojętą metafizykę, nawiązuje do pojęć i postaci związanych z mitologią chrześcijańską, wcześniejszymi wierzeniami, lub uniwersalnych pojęć; gdzieniegdzie ta grupa jego opowiadań przywodzi na myśl weird (Łyżka jest potężniejsza; Mroczny tłum; Obiekt okołoziemski; Chwila chwały Evansa; Taniec Judasza). Mamy też opowieści o ewolucji świata post-ludzkiego, zamieszkałego przez najbardziej niesamowite twory natury (i nie tylko natury) żyjące na sposoby wykraczające poza granice ludzkiego poznania; w jednym przypadku taka kreacja służy za tło dla historii o jednym z tematów przewodnich wymienionych wyżej (Kiedy ranne wstają zorze; Na pokładzie Błogostanu; Miasta płoną najlepiej w zerze absolutnym [jest to zarazem przykład na formę eksperymentalną]).
Tłumacze spisali się bardzo dobrze, nic nie zazgrzytało. Autor potrafi korzystać z języka na najróżniejsze sposoby, za każdym razem daje z siebie wszystko i nawet, jeśli nad jakimś tekstem trzeba się intensywniej zastanowić, samo zastanawianie się jest przyjemnością. Wszystkie opowiadania stoją na wysokim poziomie, nawet jeśli część z nich może wydawać się błaha lub całkiem zwyczajna. Aldiss świetnie się odnajduje zarówno w kreowaniu wariacji "tu i teraz", jak i w wymyślaniu od podstaw skomplikowanych i rozbudowanych wizji świata, do tego przyciętych do rozmiarów opowiadania.
Jak na mój gust, jest to świetny zbiór, przeczytałem go z przyjemnością.
Westerny które warto zobaczyć II
Kolejna część niewielkiego cyklu rozpoczętego szmat czasu temu. Uwaga na spoilery. Tym razem będą to westerny, które warto zobaczyć, ale jednak raczej jednorazowo.
Wszystkie należały do podgatunku spaghetti westernów zwanego twilight spaghetti. Podgatunek obejmował filmy schyłkowe, powstające w latach 70. XX wieku, kiedy spaghetti przejadło się już zarówno widzom jak i krytykom i zaczęło zjadać własny ogon. Próbowano odświeżyć konwencję, powstawały obrazy eklektyczne i dziwaczne, przełamujące bariery gatunkowe.
Sam spaghetti western jako taki już przełamywał bariery. Był bowiem wariacją europejską nawet nie na temat historii Stanów Zjednoczonych, co zabawą formą, treścią i konwencją westernu jako takiego. Europejskie westerny zaliczane do spagów były surrealistyczne - o tyle, o ile surrealizm to nie tylko absolutny pojazd po estetycznej bandzie w stylu - chociażby - Psa andaluzyjskiego, lecz też gra motywami, odrealnienie, przejaskrawienie i pogrubienie konturów, wszystko okraszone bogatą symboliką i odniesieniami do tego, co tylko bogata wyobraźnia twórców zdołała wymyślić i tam nawrzucać. Schyłkowe spaghetti próbowało wyjść z siebie i stanąć obok - co tylko potęgowało uczucie przejmującej dziwności, odrealnienia, nieraz onirycznego, nieraz gęstego jak koszmarny sen.
Koszmarnym snem - przynajmniej dla mnie - bez wątpienia jest film Matalo! z 1970 roku. Powszechnie uznawany za jeden z najbardziej oryginalnych i dziwacznych westernów jakie powstały kiedykolwiek, wyróżnia się na tle gatunku na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim - i jest to powód, dla którego musiałem robić w czasie oglądania przerwy - technicznej. Pal licho fragmenty zrealizowane w slow-motion, i to takie jak długa sekwencja tortur - ten film jest niewyobrażalnie kwaśny. Kamera pływa. Pływa tak bardzo, że głowa boli od samego patrzenia. Pływa, fruwa, czasem najeżdża na dosyć przypadkowe obiekty w kadrze. Czasem obraz ma coś dziwnego w sobie pod względem kontrastu i nasycenia, co tylko podkreśla przećpany klimat.
Kostiumy bohaterów wpasowują się w klimat epoki idealnie - spodnie-dzwony, akcesoria flower-power, jeden z bohaterów, u którego łatwość zabijania wręcz przeraża, nosi tatuaż z motylkiem. Ścieżka dźwiękowa zaś to coś pomiędzy wczesnymi Pink Floyd i Hendrixem; do tego dźwięki tła dobrano perfekcyjnie, np. ciche zawodzenie i odległe śpiewy rozbrzmiewają w czasie scen na cmentarzu.
Brzmi dziwacznie? To jeszcze nie wszystko. Scenarzysta dorzucił do tego femme-fatale najprawdopodobniej zabijającą pocałunkiem (chyba, że coś opacznie zrozumiałem, ale w przypadku akurat tego filmu nie trudno czegoś nie zrozumieć), wątki sado-maso, symbolikę rodem z Freuda (jak w żadnym innym westernie tutaj pistolet wyjątkowo dobitnie nie jest tylko i wyłącznie pistoletem) oraz finałowy pojedynek w czasie którego jeden z bohaterów... używa bumerangu. Przy odrobinie wyobraźni z dość typowej jak na spag fabuły o zemście, zdradzie, złocie i (głównie cielesnej) miłości udało się twórcom zrobić coś, co bardziej przypomina narkotyczne, psychodeliczne wizje niż zwykły film. Jak dla mnie, obraz Cesarego Canevari to film na raz, mimo tego gorąco polecam, bo to ewenement i dzieło absolutnie oryginalne, niezależnie od tego, że formalnie jest to remake starszego Kill the wicked!. Trzeba jednak przyznać, że hippisi nie mieli szczęścia do westernów, a i twórcy westernów nie przepadali za hippisami, nawet twórcy o jednoznacznie lewicowych przekonaniach, jak Sergio Corbucci (nie wyobrażam sobie, by ktoś, kto oglądał The Specialists [1969] był w stanie kiedykolwiek zapomnieć końcową scenę).
Równie surrealistycznym spagiem bliższym jednak klasycznej konwencji (bez całej ahistorycznej, eklektycznej otoczki, lecz również z wielopiętrową symboliką) jest Se sei vivo spara (znany także pod tytułem Django Kill, if You live, Shoot!). Film ten nie miał rzecz jasna niczego wspólnego z kamieniem milowym gatunku, klasykiem Django z 1966 roku. Nagminną praktyką było podszywanie się przez autorów bądź dystrybutorów danego filmu pod tytuły znacznie bardziej znanych (i zazwyczaj lepszych) filmów z gatunku. I tak, filmów z Django w tytule były dziesiątki, w tym tylko jeden oficjalny sequel. Podobny los spotkał Sabatę, Saratanę czy Trinity'ego - doczekali się dziesiątków zupełnie przypadkowych spin-offów i filmów bezczelnie nawiązujących do oryginalnych obrazów o ich przygodach.
Django Kill... łączy western z horrorem. Brzmi intrygująco? Cóż, można było zrobić to znacznie lepiej. Tutaj mamy konwencję znacznie bardziej zbliżoną do kina artystycznego, do tego z mnóstwem odniesień politycznych i całkiem niezłymi efektami gore.
Na samym początku główny bohater wydostaje się z płytkiego grobu. Wystająca z ziemi dłoń jasno określa koneksje gatunkowe. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy po prostu został nie do końca zabity (uh, jak to brzmi), czy też wskrzeszony przez dwóch obecnych przy jego zmartwychwstaniu Indian. W przebłyskach widzimy, co się stało. Historia stara jak gatunek - grupa bandytów pokłóciła się o podział łupów (tutaj do tego dochodzi wątek rasistowski, gdyż grupka białych wymordowała Meksykanów). Wraz z dwoma Indianami, główny bohater trafia do miasta zwanego The Unhappy Place. Mieszkańcy byli w stanie samodzielnie rozprawić się z bandytami, nasz Nieznajomy ochrzczony w tytule mianem Django ma możliwość wywarcia zemsty tylko na jednym ze swoich (niedoszłych?) morderców, za pomocą złotych nabojów wytopionych z części zagrabionego złota. The Unhappy Place poraża swoim odrealnieniem oraz stężeniem przedstawionego tam, namacanego wręcz zła, bijącego spod dobrze ubranych, porządnych obywateli. Scena, w której główny bohater wjeżdża do nienaturalnie sterylnego, bijącego wręcz absurdalnością i odrealnieniem miasta zapada w pamięć na długo. Pijak siedzący na ganku trzyma nogę na leżącej małej dziewczynce, mały chłopiec stoi nagi i bawi się penisem, przez okno widzimy, jak mężczyzna szarpie się z kobietą, która go gryzie.
The Stranger, jak w filmie zwracają się do niego inni bohaterowie, zostaje wmieszany w konflikt między dwoma grupkami chcącymi przejąć zrabowane złoto. Jedną z nich jest gang odzianych na czarno kowbojów-homoseksualistów jeżdżących na białych koniach. Przewodzi nimi wzorowany na Mussolinim herszt zwany Zorro (lub Sorrow lub jakoś podobnie - prawdę powiedziawszy, w mojej kopii filmu czasem trudno było zrozumieć dubbing). Uprowadzają synka właściciela saloonu. Główny bohater postanawia go uwolnić, ale nie udaje mu się to. Wzorowani na faszystowskich bojówkach kowboje w czerni gwałcą chłopca w czasie wielkiej popijawy (nie zostaje to pokazane wprost, ale to, co pokazano, pokazano bardzo sugestywnie), następnego dnia rano nieszczęśnik popełnia samobójstwo. Film wyreżyserował Guilio Questi, związany w czasie wojny z antyfaszystowskim ruchem oporu we Włoszech, stąd też wątki polityczne.
Oprócz gangu o złoto konkuruje jeszcze wspomniany wyżej właściciel saloonu i jego wyrachowana partnerka oraz lokalny potentat przetrzymujący w zamknięciu szaloną żonę (stręczy ją głównemu bohaterowi, by ten zdecydował się opowiedzieć za nim w narastającym konflikcie).
Fabuła jest zakręcona i wielowątkowa. Obfituje nie tylko w aluzje polityczne, lecz też i religijne (motyw ukrzyżowania). Scen przemocy nie ma wiele, ale jak już są, to bardzo brutalne (jak na ówczesne czasy). Możemy zobaczyć np. scenę skalpowania (stary Indianin pada ofiarą dystyngowanych, elegancko ubranych mieszczan), śmierci przez oblanie roztopionym złotem, tortury za pomocą nietoperzy-wampirów, itp. W internecie można znaleźć plotki, że w pierwotnej wersji filmu, później ocenzurowanej mieliśmy jeszcze kanibalizm i zabijanie prawdziwych zwierząt. Poza tym, tak naprawdę nie wiadomo, jakim cudem główny bohater właściwie przeżył/żyje, skąd się wzięli ludzie Sorrowa, o co właściwie chodzi z The Unhappy Place i czemu to miejsce jest tak niewiarygodnie spaczone, itd. Widz jest wrzucony z rozmachem w świat przedstawiony przypominający znów świat rodem z halucynacji niż cokolwiek realistycznego. Również film na raz, nie umywający się nawet pod względem budżetu do klasyki gatunku, ale warty obejrzenia z racji na swoją absurdalność i odrealnienie.
Wątki horrorowe i nieco przećpany klimat przeplatają się również w Four of the Apocalypse, spag westernie z 1975 roku wyreżyserowanym przez samego króla włoskich horrorów Lucia Fulciego. Film ten jest niezwykły z kilku względów. Przede wszystkim czworo głównych bohaterów - hazardzista i oszust karciany przywiązany do wygody i luksusów, ciężarna prostytutka, alkoholik oraz czarnoskóry grabarz widzący duchy - jest tak odległych od stereotypowego bohatera spag westernu, jak to tylko możliwe. Przez większość część filmu hazardzista Preston, główny bohater, nie używa nawet broni, bo tego nie lubi, a cała czwórka raczej ucieka przed niebezpieczeństwami, niż stawia im czoło.
Czworo [jeźdźców] Apokalipsy zostaje wyprawione w nieznane z miasta. W czasie podróży w nieznane stopniowo odkrywane są portrety psychologiczne postaci i cała złożoność ich osobowości. W tyle przygrywa kwaśny folk-rock, co zupełnie rozbija klimat filmu. Muzyka jest wybitnie niedobrana, rozbija zupełnie napięcie, chociaż kapela odpowiedzialna za ścieżkę dźwiękową nie jest zła sama w sobie - Bixio, Frizzi & Tempera.
Pewnego dnia na drodze czwórki staje bandyta Chaco, charyzmatyczny i pewny siebie. Po pierwszych oporach Prestona i reszty dołącza do czworga bohaterów ze względu na swoje umiejętności strzeleckie. Fenomenalny aktor Tomas Milian nadał swojemu arcyzłemu bohaterowi cechy Charlesa Mansona. Niedługo później noszący hippisowską przepaskę długowłosy Chaco częstuje swoich towarzyszy podróży halucynogenami, wiąże ich a następnie gwałci ciężarną Bunny, w tym momencie już zakochaną z wzajemnością w Prestonie. Odjeżdża w nieznane z resztą dobytku i wozem czworga, pozostawiając ich na pewną śmierć.
Naszym bohaterom udaje się uratować, trafiają do na poły opuszczonego miasteczka górniczego, gdzie Bunny umiera przy porodzie. Preston postanawia zostawić dziecko pod opieką mieszkańców, sam wyrusza w poszukiwaniu Chaco, by pomścić swoją ukochaną...
Film zdecydowanie stonowany, większą wagę kładący na psychikę bohaterów niż dynamiczną akcję. Nie ma tu charakterystycznych dla gatunku epickich pojedynków z najazdami kamery na krople potu powoli spływające po ogorzałych twarzach stojących na przeciwko siebie bohaterów. Bardzo mało westernowy jest ten western, podobnie jak mało horrorowy. Nie jest to zły film, jest jednak bardzo specyficzny. Próba przedefiniowania gatunku i tchnięcia w niego odrobinę świeżości nie wyszła jednak Fulciemu, głównie ze względu na ścieżkę dźwiękową i brak tego wszystkiego, co stanowiło esencję gatunku.
Znacznie lepszym horroro-westernem był hiszpański Condenados a vivir {pol. Skazani na życie} znany lepiej pod tytułem Cut-Throats Nine z 1971 roku. Doczekał się remake'u w roku 2011. Szokował efektami gore (głowa trafiona pociskiem nigdy w westernie nie wyglądała tak realistycznie, podobnie jak i trawione ogniem, rozpadające się ciało), naturalizmem w przedstawianiu śmierci i odhumanizowanego okrucieństwa. Na dodatek akcja rozgrywała się w zimę, w klaustrofobicznych, zaśnieżonych lasach i odludnych chatach. Jest to jeden z najbardziej depresyjnych, przygnębiających filmów, jakie w życiu widziałem.
Siedmiu skutych ze sobą łańcuchami zbrodniarzy wojennych (z Wojny Secesyjnej), w tym gwałciciel, psychopata, mordercy, itp., strażnik więzienny ich eskortujący oraz jego młoda córka na skutek serii wydarzeń kończących się rozbiciem transportującego ich dyliżansu zostają zmuszeni do pieszej wędrówki przez góry do znajdującego się za nimi więzienia. Strażnik, sierżant Brown ma osobisty powód, by konwojowanych nie lubić - jeden z nich zabił jego żonę - on jednak nie wie, który z nich to zrobił. W czasie wędrówki najpierw kilku przestępców ginie, potem okazuje się, że łańcuch, którym są spętani jest ze złota, a cała historia z więzieniem to pretekst, by je dostarczyć, następnie następuje moment kulminacyjny - wycieńczona gromada dociera do samotnej chaty, gdzie strażnik zostaje sadystycznie skatowany a jego córka zgwałcona. Na odchodnym pozostali przy życiu bandyci opuszczają chatę, podpalają ją zabijając przy tym sierżanta. Zostało to wszystko dosadnie pokazane.
Zgwałcona Sarah kontynuuje marsz wraz ze swoimi oprawcami. Zakochała się w jednym z nich, najmłodszym i sprawiającym wrażenie najnormalniejszego z całej bandy degeneratów. Chciał obronić ją przed gwałtem, przez co też został pobity przez swoich kompanów. Pragnęła też zobaczyć śmierć wszystkich pozostałych jej oprawców i morderców jej ojca.
Biedna dziewczyna nie wie, że to właśnie jej wybranek ma na rękach krew jej matki. Historia ta pojawia się czasem w przebłyskach różnych bohaterów. Reżyser wykorzystał do ich wkomponowania w film proste a sugestywne metody - przed każdym flashbackiem film się zatrzymuje, także w trakcie ujęcia.
Grupa dociera do leżącej na rozstajach stacji transportowej czy czegoś w tym stylu, gdzie dochodzi do finału, którego nie powstydziłaby się antyczna tragedia.
Mimo niskich nakładów finansowych i słabej strony technicznej film ten nadrabia niepowtarzalnym klimatem, dusznym, depresyjnym, przygniatającym widza ogromem okrucieństwa i bezsilnością wobec zła, bijącym na głowę nawet inny zimowy spag western, The Great Silence (1968) Corbucciego.
Wszystkie należały do podgatunku spaghetti westernów zwanego twilight spaghetti. Podgatunek obejmował filmy schyłkowe, powstające w latach 70. XX wieku, kiedy spaghetti przejadło się już zarówno widzom jak i krytykom i zaczęło zjadać własny ogon. Próbowano odświeżyć konwencję, powstawały obrazy eklektyczne i dziwaczne, przełamujące bariery gatunkowe.
Sam spaghetti western jako taki już przełamywał bariery. Był bowiem wariacją europejską nawet nie na temat historii Stanów Zjednoczonych, co zabawą formą, treścią i konwencją westernu jako takiego. Europejskie westerny zaliczane do spagów były surrealistyczne - o tyle, o ile surrealizm to nie tylko absolutny pojazd po estetycznej bandzie w stylu - chociażby - Psa andaluzyjskiego, lecz też gra motywami, odrealnienie, przejaskrawienie i pogrubienie konturów, wszystko okraszone bogatą symboliką i odniesieniami do tego, co tylko bogata wyobraźnia twórców zdołała wymyślić i tam nawrzucać. Schyłkowe spaghetti próbowało wyjść z siebie i stanąć obok - co tylko potęgowało uczucie przejmującej dziwności, odrealnienia, nieraz onirycznego, nieraz gęstego jak koszmarny sen.
Koszmarnym snem - przynajmniej dla mnie - bez wątpienia jest film Matalo! z 1970 roku. Powszechnie uznawany za jeden z najbardziej oryginalnych i dziwacznych westernów jakie powstały kiedykolwiek, wyróżnia się na tle gatunku na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim - i jest to powód, dla którego musiałem robić w czasie oglądania przerwy - technicznej. Pal licho fragmenty zrealizowane w slow-motion, i to takie jak długa sekwencja tortur - ten film jest niewyobrażalnie kwaśny. Kamera pływa. Pływa tak bardzo, że głowa boli od samego patrzenia. Pływa, fruwa, czasem najeżdża na dosyć przypadkowe obiekty w kadrze. Czasem obraz ma coś dziwnego w sobie pod względem kontrastu i nasycenia, co tylko podkreśla przećpany klimat.
Kostiumy bohaterów wpasowują się w klimat epoki idealnie - spodnie-dzwony, akcesoria flower-power, jeden z bohaterów, u którego łatwość zabijania wręcz przeraża, nosi tatuaż z motylkiem. Ścieżka dźwiękowa zaś to coś pomiędzy wczesnymi Pink Floyd i Hendrixem; do tego dźwięki tła dobrano perfekcyjnie, np. ciche zawodzenie i odległe śpiewy rozbrzmiewają w czasie scen na cmentarzu.
Brzmi dziwacznie? To jeszcze nie wszystko. Scenarzysta dorzucił do tego femme-fatale najprawdopodobniej zabijającą pocałunkiem (chyba, że coś opacznie zrozumiałem, ale w przypadku akurat tego filmu nie trudno czegoś nie zrozumieć), wątki sado-maso, symbolikę rodem z Freuda (jak w żadnym innym westernie tutaj pistolet wyjątkowo dobitnie nie jest tylko i wyłącznie pistoletem) oraz finałowy pojedynek w czasie którego jeden z bohaterów... używa bumerangu. Przy odrobinie wyobraźni z dość typowej jak na spag fabuły o zemście, zdradzie, złocie i (głównie cielesnej) miłości udało się twórcom zrobić coś, co bardziej przypomina narkotyczne, psychodeliczne wizje niż zwykły film. Jak dla mnie, obraz Cesarego Canevari to film na raz, mimo tego gorąco polecam, bo to ewenement i dzieło absolutnie oryginalne, niezależnie od tego, że formalnie jest to remake starszego Kill the wicked!. Trzeba jednak przyznać, że hippisi nie mieli szczęścia do westernów, a i twórcy westernów nie przepadali za hippisami, nawet twórcy o jednoznacznie lewicowych przekonaniach, jak Sergio Corbucci (nie wyobrażam sobie, by ktoś, kto oglądał The Specialists [1969] był w stanie kiedykolwiek zapomnieć końcową scenę).
Równie surrealistycznym spagiem bliższym jednak klasycznej konwencji (bez całej ahistorycznej, eklektycznej otoczki, lecz również z wielopiętrową symboliką) jest Se sei vivo spara (znany także pod tytułem Django Kill, if You live, Shoot!). Film ten nie miał rzecz jasna niczego wspólnego z kamieniem milowym gatunku, klasykiem Django z 1966 roku. Nagminną praktyką było podszywanie się przez autorów bądź dystrybutorów danego filmu pod tytuły znacznie bardziej znanych (i zazwyczaj lepszych) filmów z gatunku. I tak, filmów z Django w tytule były dziesiątki, w tym tylko jeden oficjalny sequel. Podobny los spotkał Sabatę, Saratanę czy Trinity'ego - doczekali się dziesiątków zupełnie przypadkowych spin-offów i filmów bezczelnie nawiązujących do oryginalnych obrazów o ich przygodach.
Django Kill... łączy western z horrorem. Brzmi intrygująco? Cóż, można było zrobić to znacznie lepiej. Tutaj mamy konwencję znacznie bardziej zbliżoną do kina artystycznego, do tego z mnóstwem odniesień politycznych i całkiem niezłymi efektami gore.
Na samym początku główny bohater wydostaje się z płytkiego grobu. Wystająca z ziemi dłoń jasno określa koneksje gatunkowe. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy po prostu został nie do końca zabity (uh, jak to brzmi), czy też wskrzeszony przez dwóch obecnych przy jego zmartwychwstaniu Indian. W przebłyskach widzimy, co się stało. Historia stara jak gatunek - grupa bandytów pokłóciła się o podział łupów (tutaj do tego dochodzi wątek rasistowski, gdyż grupka białych wymordowała Meksykanów). Wraz z dwoma Indianami, główny bohater trafia do miasta zwanego The Unhappy Place. Mieszkańcy byli w stanie samodzielnie rozprawić się z bandytami, nasz Nieznajomy ochrzczony w tytule mianem Django ma możliwość wywarcia zemsty tylko na jednym ze swoich (niedoszłych?) morderców, za pomocą złotych nabojów wytopionych z części zagrabionego złota. The Unhappy Place poraża swoim odrealnieniem oraz stężeniem przedstawionego tam, namacanego wręcz zła, bijącego spod dobrze ubranych, porządnych obywateli. Scena, w której główny bohater wjeżdża do nienaturalnie sterylnego, bijącego wręcz absurdalnością i odrealnieniem miasta zapada w pamięć na długo. Pijak siedzący na ganku trzyma nogę na leżącej małej dziewczynce, mały chłopiec stoi nagi i bawi się penisem, przez okno widzimy, jak mężczyzna szarpie się z kobietą, która go gryzie.
The Stranger, jak w filmie zwracają się do niego inni bohaterowie, zostaje wmieszany w konflikt między dwoma grupkami chcącymi przejąć zrabowane złoto. Jedną z nich jest gang odzianych na czarno kowbojów-homoseksualistów jeżdżących na białych koniach. Przewodzi nimi wzorowany na Mussolinim herszt zwany Zorro (lub Sorrow lub jakoś podobnie - prawdę powiedziawszy, w mojej kopii filmu czasem trudno było zrozumieć dubbing). Uprowadzają synka właściciela saloonu. Główny bohater postanawia go uwolnić, ale nie udaje mu się to. Wzorowani na faszystowskich bojówkach kowboje w czerni gwałcą chłopca w czasie wielkiej popijawy (nie zostaje to pokazane wprost, ale to, co pokazano, pokazano bardzo sugestywnie), następnego dnia rano nieszczęśnik popełnia samobójstwo. Film wyreżyserował Guilio Questi, związany w czasie wojny z antyfaszystowskim ruchem oporu we Włoszech, stąd też wątki polityczne.
Oprócz gangu o złoto konkuruje jeszcze wspomniany wyżej właściciel saloonu i jego wyrachowana partnerka oraz lokalny potentat przetrzymujący w zamknięciu szaloną żonę (stręczy ją głównemu bohaterowi, by ten zdecydował się opowiedzieć za nim w narastającym konflikcie).
Fabuła jest zakręcona i wielowątkowa. Obfituje nie tylko w aluzje polityczne, lecz też i religijne (motyw ukrzyżowania). Scen przemocy nie ma wiele, ale jak już są, to bardzo brutalne (jak na ówczesne czasy). Możemy zobaczyć np. scenę skalpowania (stary Indianin pada ofiarą dystyngowanych, elegancko ubranych mieszczan), śmierci przez oblanie roztopionym złotem, tortury za pomocą nietoperzy-wampirów, itp. W internecie można znaleźć plotki, że w pierwotnej wersji filmu, później ocenzurowanej mieliśmy jeszcze kanibalizm i zabijanie prawdziwych zwierząt. Poza tym, tak naprawdę nie wiadomo, jakim cudem główny bohater właściwie przeżył/żyje, skąd się wzięli ludzie Sorrowa, o co właściwie chodzi z The Unhappy Place i czemu to miejsce jest tak niewiarygodnie spaczone, itd. Widz jest wrzucony z rozmachem w świat przedstawiony przypominający znów świat rodem z halucynacji niż cokolwiek realistycznego. Również film na raz, nie umywający się nawet pod względem budżetu do klasyki gatunku, ale warty obejrzenia z racji na swoją absurdalność i odrealnienie.
Wątki horrorowe i nieco przećpany klimat przeplatają się również w Four of the Apocalypse, spag westernie z 1975 roku wyreżyserowanym przez samego króla włoskich horrorów Lucia Fulciego. Film ten jest niezwykły z kilku względów. Przede wszystkim czworo głównych bohaterów - hazardzista i oszust karciany przywiązany do wygody i luksusów, ciężarna prostytutka, alkoholik oraz czarnoskóry grabarz widzący duchy - jest tak odległych od stereotypowego bohatera spag westernu, jak to tylko możliwe. Przez większość część filmu hazardzista Preston, główny bohater, nie używa nawet broni, bo tego nie lubi, a cała czwórka raczej ucieka przed niebezpieczeństwami, niż stawia im czoło.
Czworo [jeźdźców] Apokalipsy zostaje wyprawione w nieznane z miasta. W czasie podróży w nieznane stopniowo odkrywane są portrety psychologiczne postaci i cała złożoność ich osobowości. W tyle przygrywa kwaśny folk-rock, co zupełnie rozbija klimat filmu. Muzyka jest wybitnie niedobrana, rozbija zupełnie napięcie, chociaż kapela odpowiedzialna za ścieżkę dźwiękową nie jest zła sama w sobie - Bixio, Frizzi & Tempera.
Pewnego dnia na drodze czwórki staje bandyta Chaco, charyzmatyczny i pewny siebie. Po pierwszych oporach Prestona i reszty dołącza do czworga bohaterów ze względu na swoje umiejętności strzeleckie. Fenomenalny aktor Tomas Milian nadał swojemu arcyzłemu bohaterowi cechy Charlesa Mansona. Niedługo później noszący hippisowską przepaskę długowłosy Chaco częstuje swoich towarzyszy podróży halucynogenami, wiąże ich a następnie gwałci ciężarną Bunny, w tym momencie już zakochaną z wzajemnością w Prestonie. Odjeżdża w nieznane z resztą dobytku i wozem czworga, pozostawiając ich na pewną śmierć.
Naszym bohaterom udaje się uratować, trafiają do na poły opuszczonego miasteczka górniczego, gdzie Bunny umiera przy porodzie. Preston postanawia zostawić dziecko pod opieką mieszkańców, sam wyrusza w poszukiwaniu Chaco, by pomścić swoją ukochaną...
Film zdecydowanie stonowany, większą wagę kładący na psychikę bohaterów niż dynamiczną akcję. Nie ma tu charakterystycznych dla gatunku epickich pojedynków z najazdami kamery na krople potu powoli spływające po ogorzałych twarzach stojących na przeciwko siebie bohaterów. Bardzo mało westernowy jest ten western, podobnie jak mało horrorowy. Nie jest to zły film, jest jednak bardzo specyficzny. Próba przedefiniowania gatunku i tchnięcia w niego odrobinę świeżości nie wyszła jednak Fulciemu, głównie ze względu na ścieżkę dźwiękową i brak tego wszystkiego, co stanowiło esencję gatunku.
Znacznie lepszym horroro-westernem był hiszpański Condenados a vivir {pol. Skazani na życie} znany lepiej pod tytułem Cut-Throats Nine z 1971 roku. Doczekał się remake'u w roku 2011. Szokował efektami gore (głowa trafiona pociskiem nigdy w westernie nie wyglądała tak realistycznie, podobnie jak i trawione ogniem, rozpadające się ciało), naturalizmem w przedstawianiu śmierci i odhumanizowanego okrucieństwa. Na dodatek akcja rozgrywała się w zimę, w klaustrofobicznych, zaśnieżonych lasach i odludnych chatach. Jest to jeden z najbardziej depresyjnych, przygnębiających filmów, jakie w życiu widziałem.
Siedmiu skutych ze sobą łańcuchami zbrodniarzy wojennych (z Wojny Secesyjnej), w tym gwałciciel, psychopata, mordercy, itp., strażnik więzienny ich eskortujący oraz jego młoda córka na skutek serii wydarzeń kończących się rozbiciem transportującego ich dyliżansu zostają zmuszeni do pieszej wędrówki przez góry do znajdującego się za nimi więzienia. Strażnik, sierżant Brown ma osobisty powód, by konwojowanych nie lubić - jeden z nich zabił jego żonę - on jednak nie wie, który z nich to zrobił. W czasie wędrówki najpierw kilku przestępców ginie, potem okazuje się, że łańcuch, którym są spętani jest ze złota, a cała historia z więzieniem to pretekst, by je dostarczyć, następnie następuje moment kulminacyjny - wycieńczona gromada dociera do samotnej chaty, gdzie strażnik zostaje sadystycznie skatowany a jego córka zgwałcona. Na odchodnym pozostali przy życiu bandyci opuszczają chatę, podpalają ją zabijając przy tym sierżanta. Zostało to wszystko dosadnie pokazane.
Zgwałcona Sarah kontynuuje marsz wraz ze swoimi oprawcami. Zakochała się w jednym z nich, najmłodszym i sprawiającym wrażenie najnormalniejszego z całej bandy degeneratów. Chciał obronić ją przed gwałtem, przez co też został pobity przez swoich kompanów. Pragnęła też zobaczyć śmierć wszystkich pozostałych jej oprawców i morderców jej ojca.
Biedna dziewczyna nie wie, że to właśnie jej wybranek ma na rękach krew jej matki. Historia ta pojawia się czasem w przebłyskach różnych bohaterów. Reżyser wykorzystał do ich wkomponowania w film proste a sugestywne metody - przed każdym flashbackiem film się zatrzymuje, także w trakcie ujęcia.
Grupa dociera do leżącej na rozstajach stacji transportowej czy czegoś w tym stylu, gdzie dochodzi do finału, którego nie powstydziłaby się antyczna tragedia.
Mimo niskich nakładów finansowych i słabej strony technicznej film ten nadrabia niepowtarzalnym klimatem, dusznym, depresyjnym, przygniatającym widza ogromem okrucieństwa i bezsilnością wobec zła, bijącym na głowę nawet inny zimowy spag western, The Great Silence (1968) Corbucciego.
Kir Bułyczow "Utwory wybrane 3. Osada"
Wydawnictwo "Współpraca", W-wa 1989, tłum. Tadeusz Gosk.
Trzeci tom utworów wybranych Bułyczowa. O dwóch poprzednich już pisałem - w 2012 i 2011 roku. Z perspektywy czasu przyznać muszę, że tamte notki nie nadają się do niczego. Zarówno pod względem formy, jak i pod względem treści. Cóż, człowiek doskonali warsztat z każdym kolejnym namazanym słowem.
Tak prawdę powiedziawszy, to o fragmencie Osady też już tu było. Obszerną część książki, noszącą tytuł Przełęcz, dawno, dawno temu wydała w zeszytowej formie Nowa Fantastyka. Czytałem ten fragment już wiele lat temu, zrobił na mnie wielkie wrażenie.
~~ Nadal nie wiem, czemu w Polsce Bułyczow drukowany był raz jako Kirył a raz jako Kir. Jeśli ktoś wie i może mi zdradzić tę mroczną tajemnicę to byłbym niezmiernie rad. ~~
Osada opowiada o losach małej ludzkiej społeczności na odległej planecie. Społeczności nielicznych rozbitków, zmuszonych do opuszczenia wraku statku kosmicznego ze względu na skażenie. Musieli stawić czoła ciężkiemu klimatowi oraz groźnej faunie i florze. Mozolnie wznieśli niewielką osadę wiele kilometrów dalej od miejsca rozbicia się statku, w prymitywnych warunkach zbudowali namiastkę cywilizacji. Ziemskie nazwy roślin i zwierząt nadawali napotykanemu na swojej drodze życiu. Metodą prób i błędów nauczyli się rozpoznawać rośliny jadalne od trujących, zwierzęta możliwe do oswojenia od niebezpiecznych drapieżników.
Kolejne pokolenie nie pamiętało już ani statku, ani tym bardziej Ziemi. Ich światem stała się planeta, którą znali od urodzenia i na której czuli się pewniej od swoich rodziców. Niektórzy zaczęli powątpiewać w możliwość ratunku i powrotu do Układu Słonecznego. Stara ziemska wiedza, przekazywana przez pierwsze pokolenie osady, zaczęła tracić na znaczeniu. Zwyczajne ludzkie namiętności, marzenia i dążenia, pierwsze miłości i szukanie swojego miejsca w życiu - konflikt starego i młodego pokolenia oraz okres burzliwego dorastania młodzieży wyglądał pod obcymi gwiazdami tak samo jak na Ziemi.
Po latach postanowiono podjąć wyprawę do obrastającego legendami wraku statku. Wyprawa skończyła się częściowym sukcesem, rozbudziła wyobraźnię niektórych sceptyków, przywróciła nadzieję na możliwość opuszczenia planety.
Czas mijał. Jeden z młodych członków społeczności, zainspirowany ziemską historią, postanawia skonstruować balon, by dzięki temu móc szybciej dotrzeć do statku (kolejna ekspedycja miała spróbować naprawić urządzenia do kosmicznej komunikacji) i lepiej poznać otaczający osadę nieznany świat. Projekt został zrealizowany nakładem pracy całej społeczności. W czasie jednego z lotów zauważono coś, co było jednoznacznym dowodem na obecność na planecie innych ludzi...
Bułyczow pisał niezwykle melancholijnie. Jego twórczość jest przesiąknięta mieszaniną smutku, nadziei i jakimś nieuchwytnym pogodzeniem się ze światem. Nawet jeśli na drodze jego bohaterów stają przeszkody - wydawałoby się - nie do pokonania, z nieco naiwną dobrodusznością wszystko kończy się dobrze. Nie inaczej jest i tym razem. Mimo licznych problemów i osobistych konfliktów wśród załogi naukowej ekspedycji na nieznaną planetę, ostatecznie udaje im się nawiązać kontakt z osadą rozbitków. Heroiczny wysiłek przyniósł rezultaty.
Co ciekawe, nie jest to pierwsza książka autora w której nadzieja na odwrócenie złego losu, na coś w rodzaju zeświecczonego zbawienia od niedostatków cywilizacyjnych i problemów społecznych spełnia się dzięki interwencji bardziej zaawansowanych technologicznie i kierujących się przy tym rozumnym humanizmem przybyszy z kosmosu, z zewnątrz, skądinąd; także ze strony wyżej i bardziej rozwiniętej gałęzi ludzkości. Było tak w chociażby w Mieście na górze oraz kilku opowiadaniach guslarskich. Trudno stwierdzić, na ile było to wynikiem kontekstu historycznego a na ile rzeczywistej wiary i poglądów autora, zresztą nierozerwalnie sprzęgniętych ze społecznymi i politycznymi uwarunkowaniami, w ramach których kształtował się jego światopogląd.
Znając fragment Osady (i nie wiedząc o tym, że jest to fragment większej całości) obawiałem się nieco, jak wypadnie kompletna książka, tym bardziej, że Przełęcz wyglądała mi na utwór skończony i o zamkniętym zakończeniu. Nie zawiodłem się.
sobota, 12 lipca 2014
Edward Redliński "Krfotok"
Książka, która miała być sztuką teatralną. Nadal nosi wyraźne cechy dramatu, nie epiki, akcja jest z grubsza statyczna i rozgrywa się głównie przez dialogi.
Alternatywna historia, w której generał Wojciech Jaruzelski nie wprowadza stanu wojennego, a zamiast tego mieliśmy wojnę domową przerwaną przez interwencję Układu Warszawskiego (na prośbę zachodu zresztą). W 1982 roku w zamachu terrorystycznym wylatuje w powietrze Pałac Kultury i Nauki. Rok później zawarto pokój w Terespolu, Ziemie Zachodnie wracają do NRD, Warmia i Mazury do ZSRR. W bliżej nieokreślonej przyszłości sytuacja stabilizuje się, lecz Polska nie jest niepodległym krajem.
Trzeba autorowi przyznać, że przekonywająco wykreował całą alternatywną geopolitykę i spójną wizję świata po wojnie światowej, która wybuchła w międzyczasie. Udała mu się żonglerka postaciami historycznymi, które obsadził w innych rolach i kontekstach.
Zresztą, jego dramato-epika ma dwie płaszczyzny na jakich można ją rozpatrywać. Z jednej strony jest to dość kontrowersyjna jak na szeroko rozpowszechnioną obecnie topornie anty"komunistyczną" narrację opowieść o losach rodziny zmielonej w trybach historii, z drugiej - historia o historii w kontekście wieloświata i alternatywnych rzeczywistości, pojawiających się w momentach licznych i rozlicznych rozwidleń możliwości wyboru.
Jedna gałąź rodziny wraca ze Stanów, druga żyje w Polsce od lat, jeden gość właśnie wrócił z Syberii, gdzie zdarzyło mu się uciec z łagru w taki sposób, jak uciekano z Nazino (dwóch starszych stażem i jeden młodszy - tzw. "świnka" - tamtych dwóch go zjadało w czasie ucieczki). Jak w kalejdoskopie w rozmowach między bohaterami autor przedstawia mnogość postaw wobec zastanej rzeczywistości i historii Polski. Są spadkobiercy tradycji romantycznej, wychowywani w kulcie kolejnych (zazwyczaj niezbyt sensownych i mało roztropnych, o ile powstania można nazwać roztropnymi) powstań, w tym ostatniego z 1981 roku, "drugiego styczniowego", które zakończyło się tak samo jak większość poprzednich. Są wychowani w PRLu, którzy nie znają innej Polski, którzy wszystko osiągnęli w PRLu, którym PRL dał szanse na wyjście z biedy, opuszczenie wsi, otrzymanie wykształcenia i dorobienie się. Jest syn robotnika, który na antykomunizm przeszedł dla dizewczyny pochodzącej z przedwojennej "dobrej" rodziny. Są realiści polityczni, są zwolennicy takiej czy innej frakcji w wojsku. Są najróżniejsze motywacje, są czyny straszne i momenty refleksji. Są przypadki, które zapoczątkowały lawinę wydarzeń. Redliński w fascynujący sposób splótł ze sobą wydarzenia konstytuujące świat przedstawiony z historią przedstawionej w książce rodziny.
Autor sam zdaje się uznawać gen. Jaruzelskiego za patriotę i ewentualny stan wojenny za mniejsze zło wobec tragedii, którą uniemożliwił. Z ust jego bohaterów płyną czasem bardzo gorzkie słowa, np.: Tylko że Breżniew wcale nie wszedłby do Polski - gdybyśmy go nie sprowokowali. A kto go sprowokował? Janosikowie z Matką Boską w klapie! A kto tych Kmiciców i Ondraszków rozzuchwalił? Nie on? (...) On reanimował ten najgorszy patriotyzm. Dewocyjny! "Boże coś Polskę - przez tak liczne wieki - otaczał blaskiem potęgi i chwały". Nie otaczał! I nie przez liczne! Tylko przez trzy wieki - na dziesięć! (...) "Coś ją osłaniał tarczą swej opieki..."? Bujda! Nie osłaniał! Trzy wieki osłaniał, a siedem wieków gnębił! Poniewierał! Najeżdżał Tatarami, Krzyżakami, Szwedami, Turkami, Moskalami, Prusakami, Austriakami, bolszewikami, hitlerowcami! A ta ciemnota niewiedząca, gdzie Rzym, gdzie Krym, podniosła łby i zaryczała: Hajże na Moskala! Ruskim tak przyp...limy, że moskiewskie kuranty zagrają Mazurka Dąbrowskiego! Zwyciężymy! Matka Częstochowska i Ojciec Święty załatwią to nam u Pana Boga! Okazja! lub Że tak długo wierzyłem - pośrednikom. Nie przyszło mi do głowy, że to mogą być... fałszerze. Wierzyłem w... mądre miny. Siwe włosy. Zmarszczki na czole. Ściągnięte brwi. Uroczyste gesty. Eleganckie garnitury. Skąd mi się wzięło przekonanie, że pan w muszce [ahaha - dop. ja] na pewno jest szlachetny, a pani w garsonce musi być mądra? Wierzyłem w wysokie pokoje i w stylowe meble. I w stare pomniki. Stare nazwiska! Czcigodne przydomki! Mój ojciec ma rację: rechotałem z innymi durniami z Marksa - ale przecież ja nie przeczytałem ani jednego zdania Marksa. O Marksie wiedziałem tylko od pośredników. Rechotałem z Lenina, z Bieruta, Gomułki - ze ślepych kuchni, z trabanta, z pegeerów... bo wszyscy rechotali. I klękałem przed Piłsudskim, papieżem, Wałęsą - bo wszyscy klękali. Nabrałeś mnie, Ako, rację ma Zygmunt: wy, starzy, załatwialiście jakieś swoje stare porachunki z Rosją, z Bierutem - i wciągnęliście w to nas, młodych, głupich. Dość tego.
Mocne, ale coś w tym jest. Zdecydowanie coś w tym jest.
Książka do zastanowienia się nad sobą i nad światem. Wiwisekcja polskiego ducha i polskich mitów. Próba zdiagnozowania, co takiego siedzi w nas, mieszkających w tym smętnym kraju leżącym nad Wisłą, próba zderzenia ze sobą postaw i pozycji, polskie spory toczące się wciąż i wciąż i wciąż od wieków, polska gorączka, przekrzykiwanie się, kto jest lepszym patriotą a kto jest zdrajcą czego i dlaczego.
Alternatywna historia, w której generał Wojciech Jaruzelski nie wprowadza stanu wojennego, a zamiast tego mieliśmy wojnę domową przerwaną przez interwencję Układu Warszawskiego (na prośbę zachodu zresztą). W 1982 roku w zamachu terrorystycznym wylatuje w powietrze Pałac Kultury i Nauki. Rok później zawarto pokój w Terespolu, Ziemie Zachodnie wracają do NRD, Warmia i Mazury do ZSRR. W bliżej nieokreślonej przyszłości sytuacja stabilizuje się, lecz Polska nie jest niepodległym krajem.
Trzeba autorowi przyznać, że przekonywająco wykreował całą alternatywną geopolitykę i spójną wizję świata po wojnie światowej, która wybuchła w międzyczasie. Udała mu się żonglerka postaciami historycznymi, które obsadził w innych rolach i kontekstach.
Zresztą, jego dramato-epika ma dwie płaszczyzny na jakich można ją rozpatrywać. Z jednej strony jest to dość kontrowersyjna jak na szeroko rozpowszechnioną obecnie topornie anty"komunistyczną" narrację opowieść o losach rodziny zmielonej w trybach historii, z drugiej - historia o historii w kontekście wieloświata i alternatywnych rzeczywistości, pojawiających się w momentach licznych i rozlicznych rozwidleń możliwości wyboru.
Jedna gałąź rodziny wraca ze Stanów, druga żyje w Polsce od lat, jeden gość właśnie wrócił z Syberii, gdzie zdarzyło mu się uciec z łagru w taki sposób, jak uciekano z Nazino (dwóch starszych stażem i jeden młodszy - tzw. "świnka" - tamtych dwóch go zjadało w czasie ucieczki). Jak w kalejdoskopie w rozmowach między bohaterami autor przedstawia mnogość postaw wobec zastanej rzeczywistości i historii Polski. Są spadkobiercy tradycji romantycznej, wychowywani w kulcie kolejnych (zazwyczaj niezbyt sensownych i mało roztropnych, o ile powstania można nazwać roztropnymi) powstań, w tym ostatniego z 1981 roku, "drugiego styczniowego", które zakończyło się tak samo jak większość poprzednich. Są wychowani w PRLu, którzy nie znają innej Polski, którzy wszystko osiągnęli w PRLu, którym PRL dał szanse na wyjście z biedy, opuszczenie wsi, otrzymanie wykształcenia i dorobienie się. Jest syn robotnika, który na antykomunizm przeszedł dla dizewczyny pochodzącej z przedwojennej "dobrej" rodziny. Są realiści polityczni, są zwolennicy takiej czy innej frakcji w wojsku. Są najróżniejsze motywacje, są czyny straszne i momenty refleksji. Są przypadki, które zapoczątkowały lawinę wydarzeń. Redliński w fascynujący sposób splótł ze sobą wydarzenia konstytuujące świat przedstawiony z historią przedstawionej w książce rodziny.
Autor sam zdaje się uznawać gen. Jaruzelskiego za patriotę i ewentualny stan wojenny za mniejsze zło wobec tragedii, którą uniemożliwił. Z ust jego bohaterów płyną czasem bardzo gorzkie słowa, np.: Tylko że Breżniew wcale nie wszedłby do Polski - gdybyśmy go nie sprowokowali. A kto go sprowokował? Janosikowie z Matką Boską w klapie! A kto tych Kmiciców i Ondraszków rozzuchwalił? Nie on? (...) On reanimował ten najgorszy patriotyzm. Dewocyjny! "Boże coś Polskę - przez tak liczne wieki - otaczał blaskiem potęgi i chwały". Nie otaczał! I nie przez liczne! Tylko przez trzy wieki - na dziesięć! (...) "Coś ją osłaniał tarczą swej opieki..."? Bujda! Nie osłaniał! Trzy wieki osłaniał, a siedem wieków gnębił! Poniewierał! Najeżdżał Tatarami, Krzyżakami, Szwedami, Turkami, Moskalami, Prusakami, Austriakami, bolszewikami, hitlerowcami! A ta ciemnota niewiedząca, gdzie Rzym, gdzie Krym, podniosła łby i zaryczała: Hajże na Moskala! Ruskim tak przyp...limy, że moskiewskie kuranty zagrają Mazurka Dąbrowskiego! Zwyciężymy! Matka Częstochowska i Ojciec Święty załatwią to nam u Pana Boga! Okazja! lub Że tak długo wierzyłem - pośrednikom. Nie przyszło mi do głowy, że to mogą być... fałszerze. Wierzyłem w... mądre miny. Siwe włosy. Zmarszczki na czole. Ściągnięte brwi. Uroczyste gesty. Eleganckie garnitury. Skąd mi się wzięło przekonanie, że pan w muszce [ahaha - dop. ja] na pewno jest szlachetny, a pani w garsonce musi być mądra? Wierzyłem w wysokie pokoje i w stylowe meble. I w stare pomniki. Stare nazwiska! Czcigodne przydomki! Mój ojciec ma rację: rechotałem z innymi durniami z Marksa - ale przecież ja nie przeczytałem ani jednego zdania Marksa. O Marksie wiedziałem tylko od pośredników. Rechotałem z Lenina, z Bieruta, Gomułki - ze ślepych kuchni, z trabanta, z pegeerów... bo wszyscy rechotali. I klękałem przed Piłsudskim, papieżem, Wałęsą - bo wszyscy klękali. Nabrałeś mnie, Ako, rację ma Zygmunt: wy, starzy, załatwialiście jakieś swoje stare porachunki z Rosją, z Bierutem - i wciągnęliście w to nas, młodych, głupich. Dość tego.
Mocne, ale coś w tym jest. Zdecydowanie coś w tym jest.
Książka do zastanowienia się nad sobą i nad światem. Wiwisekcja polskiego ducha i polskich mitów. Próba zdiagnozowania, co takiego siedzi w nas, mieszkających w tym smętnym kraju leżącym nad Wisłą, próba zderzenia ze sobą postaw i pozycji, polskie spory toczące się wciąż i wciąż i wciąż od wieków, polska gorączka, przekrzykiwanie się, kto jest lepszym patriotą a kto jest zdrajcą czego i dlaczego.
H.P. Lovecraft, August Derleth "Czyhający w progu"
Klasyk wydany przez Zysk i Spółkę w 2004 roku w tłumaczeniu Roberta Lipskiego. Egzemplarz nieco wymięty, bo używany, przynajmniej był tani.
Bardzo zabawny tekst na tylnej okładce (tuż za krawędzią naszego świata czają się starożytne demony Cthulhu rodem z otchłani piekieł, które tylko czekają, by ktoś przyzwał je z powrotem) zwłaszcza iż tym razem to nie Cthulhu czyha na progu.
Tłumaczenie poprawne, ot, kilka chwastów dziwnych czasem tłumaczowi wyrosło, a jeden raz dowiedziałem się czegoś nowego (byłem pewien, że bullfrog tłumaczy się jakoś na polski - jak się okazało, pewność mnie zawiodła).
Sama historia jest do bólu Lovecraftowa. Rozwój fabuły poznajemy ze wspomnień bohaterów. Każda z trzech części książki to punkt widzenia innego bohatera. Nie wszyscy z nich zostaną z czytelnikiem do samego końca, nie wszyscy też zostaną sobą we własnej osobie do samego końca. Książka została napisana przez Derletha na bazie dwóch niedokończonych opowieści Lovecrafta w 1945 roku. Ciekawostka - odniesienia do przedstawionej w niej historii znajdują się w innych utworach Samotnika z Providence, np. w At the Mountains of Madness z 1931 roku.
Ambrose Dewart przybywa z Europy do najbardziej odludnej i zapyziałej części Massachusetts (na północ od Arkham) objąć w posiadanie posiadłość należącą do jego dalekiego przodka. Jak się okazuje, na terenie posiadłości znajdują się dziwne budowle niewiadomego przeznaczenia a ród Dewarta cieszy się wyjątkowo złą opinią. Nasz bohater mozolnie odkrywa mrożące krew w żyłach fakty...
Stephen Bates jest kuzynem Ambożego. Dewart prosi go w histerycznym liście o jak najszybsze przybycie. Bates przybywa więc jak tylko może najszybciej, tylko po to, by zderzyć się na miejscu z murem wrogości. Z czasem dochodzi do wniosku, że jego kuzyn cierpi na rozdwojenie jaźni. Szybko przekonuje się jednak, że hipotetyczne rozdwojenie jaźni Ambrożego byłoby jego najmniejszym problemem. Wśród mrocznych lasów i bagien Stephen wielokrotnie jest świadkiem czegoś, czego być nie powinno i czego nie da się wytłumaczyć.
Życie Winfielda Phillipsa płynęło spokojnym nurtem pracownika naukowego Uniwersytetu Miskatonic aż do chwili, gdy los zetknął go z błagającym o pomoc i znajdującym się na krawędzi załamania nerwowego Stephenem Batesem. Bates przedstawił grupie uczonych mrożącą krew w żyłach historię. Była zadziwiająco podobna do treści starożytnych, bluźnierczych ksiąg przechowywanych w zakamarkach uniwersyteckiej biblioteki i nie udostępnianych do wypożyczenia szerokiemu gronu czytelników.
Niedługo potem Bates znika bez śladu a na barkach Winfielda ląduje los wszechświata.
Historia zawiera w sobie kilka chwytów wprost zaczerpniętych z Lovecrafta lub powtórzonych przez niego samego - list Dewarta przypomina list Henry'ego Akeley'a z The Whisperer in Darkness, motyw bohatera odkrywającego mroczną przeszłość własnego rodu przewijał się przez kilkanaście opowieści Lovecrafta, tutaj najbardziej przypomina historię z genialnej noweli The Case of Charles Dexter Ward. Zakończenie troszkę rozczarowuje - zadziwiająco łatwo i szybko udaje się ekipie z Uniwersytetu Miskatonic zapobiec kosmicznemu kataklizmowi.
Derleth zrobił coś bardzo złego - a w każdym razie przynajmniej tak mi się wydaje, że to jego sprawka, bo na ile znam twórczość Lovecrafta, nie było u niego takiego rozróżnienia - wprowadził wartościowanie istot z Mitologii Cthulhu. Starsi Bogowie mieli pokonać i spętać Zewnętrznych Bogów. Zewnętrzni Bogowie nadal, jak u Lovecrafta, są źródłem niewyobrażalnego zła przez sam fakt swojego istnienia, zaś Starsi Bogowie nagle wydają się być całkiem sympatyczni, przynajmniej w porównaniu z Zewnętrznymi. W górach szaleństwa Lovecraft wprowadził co prawda całkiem sympatyczne Starsze Istoty - ale sympatyczne w porównaniu do Cthulhi, Mi-Go oraz - przede wszystkim - shoggotów, wobec człowieka były one tak samo złowieszcze, obce, plugawe i wrogie jak wszystkie pozostałe istoty z Lovecraftowego uniwersum. Zaś u Derletha wartościowanie na dobre i złe bóstwa zaczyna zahaczać o jakąś metafizykę. Być może chciał po prostu uporządkować Lovecraftowską hierarchię bytów, ale podział na mniej i bardziej złych jednak zaburza same podstawy - że wszystkie one są tak samo obce, złe i niepojęte dla człowieka.
Fani HPLa pewnie czytali już dawno, reszta może sobie odpuścić. Jak dla mnie - solidny kawał tekstu.
Bardzo zabawny tekst na tylnej okładce (tuż za krawędzią naszego świata czają się starożytne demony Cthulhu rodem z otchłani piekieł, które tylko czekają, by ktoś przyzwał je z powrotem) zwłaszcza iż tym razem to nie Cthulhu czyha na progu.
Tłumaczenie poprawne, ot, kilka chwastów dziwnych czasem tłumaczowi wyrosło, a jeden raz dowiedziałem się czegoś nowego (byłem pewien, że bullfrog tłumaczy się jakoś na polski - jak się okazało, pewność mnie zawiodła).
Sama historia jest do bólu Lovecraftowa. Rozwój fabuły poznajemy ze wspomnień bohaterów. Każda z trzech części książki to punkt widzenia innego bohatera. Nie wszyscy z nich zostaną z czytelnikiem do samego końca, nie wszyscy też zostaną sobą we własnej osobie do samego końca. Książka została napisana przez Derletha na bazie dwóch niedokończonych opowieści Lovecrafta w 1945 roku. Ciekawostka - odniesienia do przedstawionej w niej historii znajdują się w innych utworach Samotnika z Providence, np. w At the Mountains of Madness z 1931 roku.
Ambrose Dewart przybywa z Europy do najbardziej odludnej i zapyziałej części Massachusetts (na północ od Arkham) objąć w posiadanie posiadłość należącą do jego dalekiego przodka. Jak się okazuje, na terenie posiadłości znajdują się dziwne budowle niewiadomego przeznaczenia a ród Dewarta cieszy się wyjątkowo złą opinią. Nasz bohater mozolnie odkrywa mrożące krew w żyłach fakty...
Stephen Bates jest kuzynem Ambożego. Dewart prosi go w histerycznym liście o jak najszybsze przybycie. Bates przybywa więc jak tylko może najszybciej, tylko po to, by zderzyć się na miejscu z murem wrogości. Z czasem dochodzi do wniosku, że jego kuzyn cierpi na rozdwojenie jaźni. Szybko przekonuje się jednak, że hipotetyczne rozdwojenie jaźni Ambrożego byłoby jego najmniejszym problemem. Wśród mrocznych lasów i bagien Stephen wielokrotnie jest świadkiem czegoś, czego być nie powinno i czego nie da się wytłumaczyć.
Życie Winfielda Phillipsa płynęło spokojnym nurtem pracownika naukowego Uniwersytetu Miskatonic aż do chwili, gdy los zetknął go z błagającym o pomoc i znajdującym się na krawędzi załamania nerwowego Stephenem Batesem. Bates przedstawił grupie uczonych mrożącą krew w żyłach historię. Była zadziwiająco podobna do treści starożytnych, bluźnierczych ksiąg przechowywanych w zakamarkach uniwersyteckiej biblioteki i nie udostępnianych do wypożyczenia szerokiemu gronu czytelników.
Niedługo potem Bates znika bez śladu a na barkach Winfielda ląduje los wszechświata.
Historia zawiera w sobie kilka chwytów wprost zaczerpniętych z Lovecrafta lub powtórzonych przez niego samego - list Dewarta przypomina list Henry'ego Akeley'a z The Whisperer in Darkness, motyw bohatera odkrywającego mroczną przeszłość własnego rodu przewijał się przez kilkanaście opowieści Lovecrafta, tutaj najbardziej przypomina historię z genialnej noweli The Case of Charles Dexter Ward. Zakończenie troszkę rozczarowuje - zadziwiająco łatwo i szybko udaje się ekipie z Uniwersytetu Miskatonic zapobiec kosmicznemu kataklizmowi.
Derleth zrobił coś bardzo złego - a w każdym razie przynajmniej tak mi się wydaje, że to jego sprawka, bo na ile znam twórczość Lovecrafta, nie było u niego takiego rozróżnienia - wprowadził wartościowanie istot z Mitologii Cthulhu. Starsi Bogowie mieli pokonać i spętać Zewnętrznych Bogów. Zewnętrzni Bogowie nadal, jak u Lovecrafta, są źródłem niewyobrażalnego zła przez sam fakt swojego istnienia, zaś Starsi Bogowie nagle wydają się być całkiem sympatyczni, przynajmniej w porównaniu z Zewnętrznymi. W górach szaleństwa Lovecraft wprowadził co prawda całkiem sympatyczne Starsze Istoty - ale sympatyczne w porównaniu do Cthulhi, Mi-Go oraz - przede wszystkim - shoggotów, wobec człowieka były one tak samo złowieszcze, obce, plugawe i wrogie jak wszystkie pozostałe istoty z Lovecraftowego uniwersum. Zaś u Derletha wartościowanie na dobre i złe bóstwa zaczyna zahaczać o jakąś metafizykę. Być może chciał po prostu uporządkować Lovecraftowską hierarchię bytów, ale podział na mniej i bardziej złych jednak zaburza same podstawy - że wszystkie one są tak samo obce, złe i niepojęte dla człowieka.
Fani HPLa pewnie czytali już dawno, reszta może sobie odpuścić. Jak dla mnie - solidny kawał tekstu.
wtorek, 8 lipca 2014
Raymond Chandler "Siostrzyczka"
Wydawnictwo Dolnośląskie, Klasyka kryminału. Półka z tanimi książkami w supermarkecie.
W sumie to się nie znam na kryminałach. Nawet nie bardzo lubię kryminały. Czytałem wiele lat temu Aghatę Christie, oglądałem Hitchcocka, biało-czarną klasykę kina noir, serial o poruczniku Colombo i coś tam jeszcze było po drodze, ale już nie pamiętam. W czasach podstawówki przerobiłem wszystkie tomy Przygód trzech detektywów i Nowych przygód trzech detektywów jakie znalazłem w miejskiej bibliotece. Od dłuższego czasu zaś klimat noir kojarzy mi się przede wszystkim z doom jazzem, wykonawcami takimi jak Bohren & der Club of Gore, Heroin And Your Veins czy Somewhere off Jazz Street. Inni wykonawcy tego gatunku nie wzbudzają aż takich skojarzeń z zadymionymi podłymi knajpami pełnymi antybohaterów w wytartych prochowcach.
Fabułą wydaje się prosta. Ot, zahukana młoda kobieta z prowincji szuka zaginionego brata, który w wielkim mieście związał się z bliżej nieokreśloną bohemą artystyczną. A że główny bohater - prywatny detektyw Philip Marlowe - lubi zahukane młode kobiety to decyduje się jej pomóc, i to za marne 20 dolarów, które ona jest w stanie mu zaoferować. Sytuacja, rzecz jasna, bardzo szybko się komplikuje i wykracza poza zwykłe odszukanie zaginionego.
Akcja toczy się wartko, wątki się mnożą, główny bohater rozwiązuje intrygę w sumie przez przypadek, stawia wszystko na jedno kartę nieraz opierając się na dosyć wątłych podstawach. Trup ściele się gęsto, świat przedstawiony jest pełen cynicznych skurczybyków, z głównym bohaterem na czele. Mało co jest tym, czym wydaje się być. W natłoku postaci i zdarzeń mniej uważny czytelnik może się pogubić. Pogubić się też może w relacjach między postaciami, które komplikują się znacznie wraz z kolejnymi odkrywanymi przez autora elementami układanki.
Pierwszoosobowy narrator zintegrowany z głównym bohaterem rzuca często trafne uwagi dotyczące świata - jakbyśmy to dziś nazwali - celebrytów, wśród których obraca się rozwiązując sprawę; prócz tego też trafiają mu się bardziej ogólne myśli, trochę konserwatywne i oddające zmęczenie życiem, ale pasujące do ironicznego twardziela jakim jest Marlowe.
Rzecz się trochę zestarzała, trzeba przyznać, zwłaszcza pod względem kreacji samego świata przedstawionego jako takiego, ale mimo wszystko czytało się to nieźle. W końcu to Chandler, nie na darmo jest uznawany za klasyka gatunku i autora niezwykle zasłużonego dla popkultury.
W sumie to się nie znam na kryminałach. Nawet nie bardzo lubię kryminały. Czytałem wiele lat temu Aghatę Christie, oglądałem Hitchcocka, biało-czarną klasykę kina noir, serial o poruczniku Colombo i coś tam jeszcze było po drodze, ale już nie pamiętam. W czasach podstawówki przerobiłem wszystkie tomy Przygód trzech detektywów i Nowych przygód trzech detektywów jakie znalazłem w miejskiej bibliotece. Od dłuższego czasu zaś klimat noir kojarzy mi się przede wszystkim z doom jazzem, wykonawcami takimi jak Bohren & der Club of Gore, Heroin And Your Veins czy Somewhere off Jazz Street. Inni wykonawcy tego gatunku nie wzbudzają aż takich skojarzeń z zadymionymi podłymi knajpami pełnymi antybohaterów w wytartych prochowcach.
Fabułą wydaje się prosta. Ot, zahukana młoda kobieta z prowincji szuka zaginionego brata, który w wielkim mieście związał się z bliżej nieokreśloną bohemą artystyczną. A że główny bohater - prywatny detektyw Philip Marlowe - lubi zahukane młode kobiety to decyduje się jej pomóc, i to za marne 20 dolarów, które ona jest w stanie mu zaoferować. Sytuacja, rzecz jasna, bardzo szybko się komplikuje i wykracza poza zwykłe odszukanie zaginionego.
Akcja toczy się wartko, wątki się mnożą, główny bohater rozwiązuje intrygę w sumie przez przypadek, stawia wszystko na jedno kartę nieraz opierając się na dosyć wątłych podstawach. Trup ściele się gęsto, świat przedstawiony jest pełen cynicznych skurczybyków, z głównym bohaterem na czele. Mało co jest tym, czym wydaje się być. W natłoku postaci i zdarzeń mniej uważny czytelnik może się pogubić. Pogubić się też może w relacjach między postaciami, które komplikują się znacznie wraz z kolejnymi odkrywanymi przez autora elementami układanki.
Pierwszoosobowy narrator zintegrowany z głównym bohaterem rzuca często trafne uwagi dotyczące świata - jakbyśmy to dziś nazwali - celebrytów, wśród których obraca się rozwiązując sprawę; prócz tego też trafiają mu się bardziej ogólne myśli, trochę konserwatywne i oddające zmęczenie życiem, ale pasujące do ironicznego twardziela jakim jest Marlowe.
Rzecz się trochę zestarzała, trzeba przyznać, zwłaszcza pod względem kreacji samego świata przedstawionego jako takiego, ale mimo wszystko czytało się to nieźle. W końcu to Chandler, nie na darmo jest uznawany za klasyka gatunku i autora niezwykle zasłużonego dla popkultury.
niedziela, 6 lipca 2014
J. G. Ballard "W pośpiechu do raju"
Mój kolejny Ballard, kolejny z kieszonkowej serii Książnicy, kolejny kupiony w przecenie. Tym razem w upadłej już aczkolwiek nadal istniejącej księgarni na Placu Centralnym.
W okładce tkwiła drzazga. Pomiędzy kolorową okładką a jej białą, wewnętrzną stroną. Nie cierpię takiej inwazyjnej ingerencji w coś, co ma określony kształt, barwę, kolor. Sam obiekt - drzazga - jest odpychający, godzący w integralność czegoś, w jego materię.
I tak, znam Freuda. Ale nie widzę związku.
Książkę tę, wraz z drugą, którą tego dnia nabyłem, otrzymałem ładnie spakowane w papier. Tak po prostu. Zamiast papierowej reklamówki z sieciówki. Echo innej kultury, innego podejścia do książki i do czytania. Nie dziwota, że nie wytrzymali konkurencji.
Ballard snuje opowieść surrealistyczną. Odrealnioną. Niby jest to mniej-więcej nasze tu i teraz, a tak naprawdę każdy jeden kontur jest zarysowany słowami bardzo grubo, postaci są nieco nienaturalne, stanowią rozmazujące się i przenikające się tło. Niektóre są wyjątkowo tekturowe, tak bardzo nieprawdziwe i będące tylko dalszym tłem dla czegoś, co rozgrywa się wyraźniej.
Historia, jak to u Ballarda, jest też niesamowita. Mogłaby się wydarzyć, a jednak czuć bijącą od tego fikcję. Jest zakorzeniona tu i teraz, ale pewne wątki świata przedstawionego są rozdmuchane, autor wyciągnął ze spostrzeżeń wnioski i stworzył ich logiczne ekstrema.
Autor snuję historię o wzajemnym stosunku młodego Neila i doktor Barbary Rafferty. Pani doktor jest bardzo radykalną obrończynią praw zwierząt, wraz z Neilem i starszym od niego Hawajskim separatystą wyrusza na samotną wyspę, gdzie stacjonujący francuscy żołnierze mordują albatrosy. Neil zostaje postrzelony przez jednego z żołnierzy, zostaje to uwiecznione na filmie, film robi furorę na świecie, troje bohaterów zostaje bohaterami międzynarodowej opinii publicznej. Zdobywają sponsorów, mnóstwo sympatyków, ludzie z całego świata dołączają do kolejnej wyprawy.
Kolejna wyprawa osiąga zamierzony skutek. Wyspa zostaje zajęta i - decyzją pani doktor - zmieniona w rezerwat dla wszystkich zagrożonych zwierząt z całego świata. Na skrawek lądu pośrodku oceanu przybywają kolejni ochotnicy, zaopatrzenie a wkrótce i potencjalni deweloperzy...
Barbara fascynuje Neila zarówno jako kobieta, jak i jako osoba obdarzona poczuciem misji i ogromną charyzmą. Chłopak bagatelizuje pierwsze ostrzegawcze sygnały, że z jej pomysłami jest coś nie w porządku. Bagatelizuje też postępującą radykalizację społeczności, która zaczęła nabierać charakter kastowy. Niedługo potem przywódczyni społeczności rozkazuje zniszczyć wszystkie zapasy przywiezione przez sponsorów i zwykłych ludzi z całego świata, a potem zaczynają znikać ludzie. Na odciętej od świata wyspie powstaje ekologiczny raj, niekomercyjny i budowany mozolnie rękoma swoich mieszkańców. Ale czy na pewno wyjdzie z tego raj?
Dalszy rozwój historii to coś pomiędzy Jądrem Ciemności, eksperymentem więziennym Zimbardo, opowieściami o zdradzonych rewolucjach, pamiętnikiem członka Świątyni Ludu oraz zarazem pobieżne studium psychologiczne dwójki głównych bohaterów, ich relacje oparte na wzajemnej fascynacji, niechęci i jednocześnie czymś w stylu syndromu sztokholmskiego. A także zapis postępującego obłędu i radykalizacji pani doktor, w przypadku której nad zdrowym rozsądkiem i w miarę racjonalnie przedstawionymi pierwotnymi celami zaczynają górować fanatyzm, sekciarstwo, prymitywizm i napędzane nienawiścią szalone, pierwotne instynkty. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że pani doktor dawno temu przestała być panią doktor - za zabijanie ciężko i nieuleczalnie chorych pacjentów...
W tyle wszystko zależy zaś od obrazów przekazywanych przez wszechobecną telewizję i media.
Przejmująca historia o tym, że gruntowną świata w imieniu choćby i szczytnych, ale i abstrakcyjnych i niesprecyzowanych idei, wypadałoby zacząć od siebie. I, dla bezpieczeństwa swojego i postronnych, na sobie skończyć. Ewentualnie - nie pozwolić na naturalne i instynktowne wykształcenie się kultu jednostki.
Tłumaczenie nieco kulało momentami, ale rozkręcało się (znaczy się, robiło się lepszym) wraz z postępami w fabule.
W okładce tkwiła drzazga. Pomiędzy kolorową okładką a jej białą, wewnętrzną stroną. Nie cierpię takiej inwazyjnej ingerencji w coś, co ma określony kształt, barwę, kolor. Sam obiekt - drzazga - jest odpychający, godzący w integralność czegoś, w jego materię.
I tak, znam Freuda. Ale nie widzę związku.
Książkę tę, wraz z drugą, którą tego dnia nabyłem, otrzymałem ładnie spakowane w papier. Tak po prostu. Zamiast papierowej reklamówki z sieciówki. Echo innej kultury, innego podejścia do książki i do czytania. Nie dziwota, że nie wytrzymali konkurencji.
Ballard snuje opowieść surrealistyczną. Odrealnioną. Niby jest to mniej-więcej nasze tu i teraz, a tak naprawdę każdy jeden kontur jest zarysowany słowami bardzo grubo, postaci są nieco nienaturalne, stanowią rozmazujące się i przenikające się tło. Niektóre są wyjątkowo tekturowe, tak bardzo nieprawdziwe i będące tylko dalszym tłem dla czegoś, co rozgrywa się wyraźniej.
Historia, jak to u Ballarda, jest też niesamowita. Mogłaby się wydarzyć, a jednak czuć bijącą od tego fikcję. Jest zakorzeniona tu i teraz, ale pewne wątki świata przedstawionego są rozdmuchane, autor wyciągnął ze spostrzeżeń wnioski i stworzył ich logiczne ekstrema.
Autor snuję historię o wzajemnym stosunku młodego Neila i doktor Barbary Rafferty. Pani doktor jest bardzo radykalną obrończynią praw zwierząt, wraz z Neilem i starszym od niego Hawajskim separatystą wyrusza na samotną wyspę, gdzie stacjonujący francuscy żołnierze mordują albatrosy. Neil zostaje postrzelony przez jednego z żołnierzy, zostaje to uwiecznione na filmie, film robi furorę na świecie, troje bohaterów zostaje bohaterami międzynarodowej opinii publicznej. Zdobywają sponsorów, mnóstwo sympatyków, ludzie z całego świata dołączają do kolejnej wyprawy.
Kolejna wyprawa osiąga zamierzony skutek. Wyspa zostaje zajęta i - decyzją pani doktor - zmieniona w rezerwat dla wszystkich zagrożonych zwierząt z całego świata. Na skrawek lądu pośrodku oceanu przybywają kolejni ochotnicy, zaopatrzenie a wkrótce i potencjalni deweloperzy...
Barbara fascynuje Neila zarówno jako kobieta, jak i jako osoba obdarzona poczuciem misji i ogromną charyzmą. Chłopak bagatelizuje pierwsze ostrzegawcze sygnały, że z jej pomysłami jest coś nie w porządku. Bagatelizuje też postępującą radykalizację społeczności, która zaczęła nabierać charakter kastowy. Niedługo potem przywódczyni społeczności rozkazuje zniszczyć wszystkie zapasy przywiezione przez sponsorów i zwykłych ludzi z całego świata, a potem zaczynają znikać ludzie. Na odciętej od świata wyspie powstaje ekologiczny raj, niekomercyjny i budowany mozolnie rękoma swoich mieszkańców. Ale czy na pewno wyjdzie z tego raj?
Dalszy rozwój historii to coś pomiędzy Jądrem Ciemności, eksperymentem więziennym Zimbardo, opowieściami o zdradzonych rewolucjach, pamiętnikiem członka Świątyni Ludu oraz zarazem pobieżne studium psychologiczne dwójki głównych bohaterów, ich relacje oparte na wzajemnej fascynacji, niechęci i jednocześnie czymś w stylu syndromu sztokholmskiego. A także zapis postępującego obłędu i radykalizacji pani doktor, w przypadku której nad zdrowym rozsądkiem i w miarę racjonalnie przedstawionymi pierwotnymi celami zaczynają górować fanatyzm, sekciarstwo, prymitywizm i napędzane nienawiścią szalone, pierwotne instynkty. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że pani doktor dawno temu przestała być panią doktor - za zabijanie ciężko i nieuleczalnie chorych pacjentów...
W tyle wszystko zależy zaś od obrazów przekazywanych przez wszechobecną telewizję i media.
Przejmująca historia o tym, że gruntowną świata w imieniu choćby i szczytnych, ale i abstrakcyjnych i niesprecyzowanych idei, wypadałoby zacząć od siebie. I, dla bezpieczeństwa swojego i postronnych, na sobie skończyć. Ewentualnie - nie pozwolić na naturalne i instynktowne wykształcenie się kultu jednostki.
Tłumaczenie nieco kulało momentami, ale rozkręcało się (znaczy się, robiło się lepszym) wraz z postępami w fabule.
Robert Louis Stevenson "Doktor Jekyll i pan Hyde"
Arcydzieła Literatury Światowej, Vesper.
Stevenson to klasyk już nieco zapomniany. Jeden z wielkich klasyków literatury awanturniczej i przygodowej, rozpalający wyobraźnię kolejnych pokoleń mniej lub bardziej domorosłych poszukiwaczy przygód, rzucających wyzwanie Nieznanemu i dążących do świata wolnego od cichej, spokojnej i uporządkowanej cywilizacji sam był - jak to często w takich przypadkach bywa - człowiekiem chorowitym. Zwiedził co prawda kawałek świata, ale szukał dobrego miejsca dla swojego zdrowia, nie przygód. Za młodu był socjalistą (mówimy o wczesnym, XIX-wiecznym okresie rozwoju tej gałęzi myśli politycznej), potem zgnuśniał jako taka typowa, brytyjska konserwa.
Tak czy siak, tytułami takimi jak Wyspa skarbów (czytałem jeszcze w czasach podstawówki, razem z Vernem, Mayem, Szklarskim, Bahdajem, i in.) czy właśnie Doktor Jekyll... na stałe wpisał się do historii literatury. Wikipedia podaje, że twórczość Stevensona inspirowała m.in. Hemingwaya, Borgesa, Prousta, Brechta, Kiplinga, Londona... Bez Doktora... nie byłoby też kilkorga superbohaterów i superzłoczyńców, z Hulkiem i Two Facem na czele.
Doktor Jekyll i pan Hyde to nowela znana głównie ze swoich około stu dwudziestu trzech adaptacji filmowych (lecz nie tylko - pamięta ktoś jeszcze grę Dr Jekyll and Mr Hyde na NESa?) nieraz bardzo swobodnie podchodzących do oryginalnej treści. Dziełko Stevensona uchodzi za klasykę zarówno horroru (groza związana z przemianami bohatera tytułowego) jak i fantastyki naukowej (przemiany bohatera tytułowego jako rezultat eksperymentu naukowego). Cóż, przynajmniej moim zdaniem zestarzała się zarówno jako horror (wątpię, żeby była w stanie przestraszyć/wzbudzić niepokój w kimkolwiek, szczególnie, że główny motyw jest jednak znany w popkulturze w oderwaniu od znajomości książki, z której pochodzi) jak i jako s-f. Trzeba zaznaczyć, że jak na ówczesne czasy (1886 rok), to autor napisał rzecz przełomową, tyle, że to było w 1886. Od 1886 roku świat się trochę zmienił. Nie deprecjonuje wagi tej noweli dla literatury jako takiej, bo musiałbym być idiotą, zauważam tylko, że historia jest jak na współczesne czasy dosyć prostacka i naiwna.
Historia opowiedziana w noweli jest całkiem prosta i mało skomplikowana - z szanownym i szanowanym obywatelem, człowiekiem o nieposzlakowanej opinii i kryształowych wręcz zasadach moralnych dzieje się coś złego. Jego przyjaciel postanawia dowiedzieć się, co się stało, i co ma wspólnego z Jekyllem niejaki Hyde, wyjątkowo plugawa kreatura, ropiejący wrzód na starym, dobrym, protestanckim społeczeństwie Anglii. Sytuacja się komplikuje, gdy Hyde - tak dla beki i z głupia frant - popełnia morderstwo.
I tak wszyscy wiedzą, o co chodzi, więc mogę zaspoilerować - okazuje się, że Jekyll i Hyde to jedna i ta sama osoba. Doktor pracował nad specyfikiem do dłubania w ludzkiej naturze (blah). Rezultatem było przemienienie się w Hyde'a, nie tylko psychiczne, mentalne, lecz też fizyczne. Doktor zasmakował w anonimowym czynieniu zła pod postacią Hyde'a, aż nagle zdał sobie sprawę, że nie dość, że jest uzależniony od przyrządzanego przez siebie specyfiku umożliwiającego przemianę, to jak na złość specyfik przestaje działać, a zmiany zaczynają zachodzić samoczynnie. Hyde zaczął przejmować nad Jekyllem kontrolę.
Morał jest jasny - nie igrajcie ze złem ludkowie, bo zło i Zły sobie okręci Was wokół pyty i wszystko co Dobre, Piękne i Prawdziwe w Waszym życiu ulegnie zagładzie, a Wy sami nie poradzicie sobie z uniesieniem brzemienia niegodziwości, których się dopuściliście. Z mojego punktu widzenia wizja taka nie dość, że jest chrześcijańska, to jeszcze naiwna i spłycająca jednostkę ludzką do pyłku zależnego od absurdalno-absolutnych pojęć niosących za sobą jasno sprecyzowany sens. Najlepiej być Dobrym, Statecznym Obywatelem, nawet nie warto interesować się niczym, co może chociażby nieco wpłynąć na nasze postrzeganie świata (w końcu Jekyll pastwił się nad ludzką naturą przy pomocy preparatów chemicznych, wniosek - lepiej nauki nie ruszać, bo jeszcze Zły wyjdzie z niej). Rzecz jasna nie ma ani absolutnego dobra, ani absolutnego zła, mamy tylko miliardy odcieni szarości, niejednoznacznych i osadzonych każdy w swoim własnym kontekście, skomplikowanych tak bardzo, jak tylko skomplikowany może być człowiek. Ja zaś więc odczytuję książkę przewrotnie i inaczej niż autor i jemu współcześni - jako zapis nerwic na tle religijnym, najwyraźniej bardzo popularnych w społeczeństwie ery wiktoriańskiej. Jako wyraz strachu przed wszystkim co w człowieku naturalne, dzikie, pierwotne, zasnute smogiem cywilizacji, konwenansów, tabu, wyparte, stłamszone i obłożone najcięższymi głazami abstrakcyjnych pojęć i jeszcze bardziej abstrakcyjnych wartości i norm. Jekyll boi się samego siebie, więc swoje ukryte marzenia i pragnienia przerzuca na Hyde'a (być może ważny jest też motyw anonimowości i tego, co komu wypada w zgnuśniałej, ściśle hierarchicznej strukturze społecznej). Hyde'owi brakuje jednak równowagi w tym, co robi. Wahadło się przechyla - świętoszkowaty Jekyll wychyla się w skrajną przeciwną stronę, przez co radykalnie odrzucający normy społeczne Hyde nie cofa się przed przypadkowym popełnieniem morderstwa, bo jego niechęć do zastanych foucaltowskich instytucji władzy sięgających metafizycznych, niebiańskich szczytów wszystkiego omija instynkt samozachowawczy i wpada w autodestrukcyjną negację dla samej negacji. Jekyll ostatecznie nie może poradzić sobie z własnym człowieczeństwem tłamszonym przez społeczeństwo Pań Dulskich i umiera. Nie był w stanie oswoić i wchłonąć Hyde'a w samego siebie, pogodzić z drzemiącym w nim "złem", przerobić się w kogoś rozpoznającego pustkę za pojęciami i wszechobecne uwarunkowania lecz jednocześnie potrafiącego przetrwać w zastanym społeczeństwie. Tak naprawdę poniósł jednak klęskę już na poziomie rozmyślań o ludzkiej naturze, bo "ludzka natura" to nic więcej poza pojęciem o doraźnie definiowanej treści w zależności od miejsca i czasu. Podobnie jak "prawo naturalne" i jakieś inne tego typu fantazmaty.
Nieortodoksyjny punkt widzenia, wiem. Ale zawsze lubiłem Żiżka i jego karkołomne analizy filmów i sam zawsze chciałem odczytać coś zupełnie inaczej, niż się odczytuje, tyle, że na płaszczyźnie książek. Stevenson aż się prosił o taki gwałt na treści.
Stevenson to klasyk już nieco zapomniany. Jeden z wielkich klasyków literatury awanturniczej i przygodowej, rozpalający wyobraźnię kolejnych pokoleń mniej lub bardziej domorosłych poszukiwaczy przygód, rzucających wyzwanie Nieznanemu i dążących do świata wolnego od cichej, spokojnej i uporządkowanej cywilizacji sam był - jak to często w takich przypadkach bywa - człowiekiem chorowitym. Zwiedził co prawda kawałek świata, ale szukał dobrego miejsca dla swojego zdrowia, nie przygód. Za młodu był socjalistą (mówimy o wczesnym, XIX-wiecznym okresie rozwoju tej gałęzi myśli politycznej), potem zgnuśniał jako taka typowa, brytyjska konserwa.
Tak czy siak, tytułami takimi jak Wyspa skarbów (czytałem jeszcze w czasach podstawówki, razem z Vernem, Mayem, Szklarskim, Bahdajem, i in.) czy właśnie Doktor Jekyll... na stałe wpisał się do historii literatury. Wikipedia podaje, że twórczość Stevensona inspirowała m.in. Hemingwaya, Borgesa, Prousta, Brechta, Kiplinga, Londona... Bez Doktora... nie byłoby też kilkorga superbohaterów i superzłoczyńców, z Hulkiem i Two Facem na czele.
Doktor Jekyll i pan Hyde to nowela znana głównie ze swoich około stu dwudziestu trzech adaptacji filmowych (lecz nie tylko - pamięta ktoś jeszcze grę Dr Jekyll and Mr Hyde na NESa?) nieraz bardzo swobodnie podchodzących do oryginalnej treści. Dziełko Stevensona uchodzi za klasykę zarówno horroru (groza związana z przemianami bohatera tytułowego) jak i fantastyki naukowej (przemiany bohatera tytułowego jako rezultat eksperymentu naukowego). Cóż, przynajmniej moim zdaniem zestarzała się zarówno jako horror (wątpię, żeby była w stanie przestraszyć/wzbudzić niepokój w kimkolwiek, szczególnie, że główny motyw jest jednak znany w popkulturze w oderwaniu od znajomości książki, z której pochodzi) jak i jako s-f. Trzeba zaznaczyć, że jak na ówczesne czasy (1886 rok), to autor napisał rzecz przełomową, tyle, że to było w 1886. Od 1886 roku świat się trochę zmienił. Nie deprecjonuje wagi tej noweli dla literatury jako takiej, bo musiałbym być idiotą, zauważam tylko, że historia jest jak na współczesne czasy dosyć prostacka i naiwna.
Historia opowiedziana w noweli jest całkiem prosta i mało skomplikowana - z szanownym i szanowanym obywatelem, człowiekiem o nieposzlakowanej opinii i kryształowych wręcz zasadach moralnych dzieje się coś złego. Jego przyjaciel postanawia dowiedzieć się, co się stało, i co ma wspólnego z Jekyllem niejaki Hyde, wyjątkowo plugawa kreatura, ropiejący wrzód na starym, dobrym, protestanckim społeczeństwie Anglii. Sytuacja się komplikuje, gdy Hyde - tak dla beki i z głupia frant - popełnia morderstwo.
I tak wszyscy wiedzą, o co chodzi, więc mogę zaspoilerować - okazuje się, że Jekyll i Hyde to jedna i ta sama osoba. Doktor pracował nad specyfikiem do dłubania w ludzkiej naturze (blah). Rezultatem było przemienienie się w Hyde'a, nie tylko psychiczne, mentalne, lecz też fizyczne. Doktor zasmakował w anonimowym czynieniu zła pod postacią Hyde'a, aż nagle zdał sobie sprawę, że nie dość, że jest uzależniony od przyrządzanego przez siebie specyfiku umożliwiającego przemianę, to jak na złość specyfik przestaje działać, a zmiany zaczynają zachodzić samoczynnie. Hyde zaczął przejmować nad Jekyllem kontrolę.
Morał jest jasny - nie igrajcie ze złem ludkowie, bo zło i Zły sobie okręci Was wokół pyty i wszystko co Dobre, Piękne i Prawdziwe w Waszym życiu ulegnie zagładzie, a Wy sami nie poradzicie sobie z uniesieniem brzemienia niegodziwości, których się dopuściliście. Z mojego punktu widzenia wizja taka nie dość, że jest chrześcijańska, to jeszcze naiwna i spłycająca jednostkę ludzką do pyłku zależnego od absurdalno-absolutnych pojęć niosących za sobą jasno sprecyzowany sens. Najlepiej być Dobrym, Statecznym Obywatelem, nawet nie warto interesować się niczym, co może chociażby nieco wpłynąć na nasze postrzeganie świata (w końcu Jekyll pastwił się nad ludzką naturą przy pomocy preparatów chemicznych, wniosek - lepiej nauki nie ruszać, bo jeszcze Zły wyjdzie z niej). Rzecz jasna nie ma ani absolutnego dobra, ani absolutnego zła, mamy tylko miliardy odcieni szarości, niejednoznacznych i osadzonych każdy w swoim własnym kontekście, skomplikowanych tak bardzo, jak tylko skomplikowany może być człowiek. Ja zaś więc odczytuję książkę przewrotnie i inaczej niż autor i jemu współcześni - jako zapis nerwic na tle religijnym, najwyraźniej bardzo popularnych w społeczeństwie ery wiktoriańskiej. Jako wyraz strachu przed wszystkim co w człowieku naturalne, dzikie, pierwotne, zasnute smogiem cywilizacji, konwenansów, tabu, wyparte, stłamszone i obłożone najcięższymi głazami abstrakcyjnych pojęć i jeszcze bardziej abstrakcyjnych wartości i norm. Jekyll boi się samego siebie, więc swoje ukryte marzenia i pragnienia przerzuca na Hyde'a (być może ważny jest też motyw anonimowości i tego, co komu wypada w zgnuśniałej, ściśle hierarchicznej strukturze społecznej). Hyde'owi brakuje jednak równowagi w tym, co robi. Wahadło się przechyla - świętoszkowaty Jekyll wychyla się w skrajną przeciwną stronę, przez co radykalnie odrzucający normy społeczne Hyde nie cofa się przed przypadkowym popełnieniem morderstwa, bo jego niechęć do zastanych foucaltowskich instytucji władzy sięgających metafizycznych, niebiańskich szczytów wszystkiego omija instynkt samozachowawczy i wpada w autodestrukcyjną negację dla samej negacji. Jekyll ostatecznie nie może poradzić sobie z własnym człowieczeństwem tłamszonym przez społeczeństwo Pań Dulskich i umiera. Nie był w stanie oswoić i wchłonąć Hyde'a w samego siebie, pogodzić z drzemiącym w nim "złem", przerobić się w kogoś rozpoznającego pustkę za pojęciami i wszechobecne uwarunkowania lecz jednocześnie potrafiącego przetrwać w zastanym społeczeństwie. Tak naprawdę poniósł jednak klęskę już na poziomie rozmyślań o ludzkiej naturze, bo "ludzka natura" to nic więcej poza pojęciem o doraźnie definiowanej treści w zależności od miejsca i czasu. Podobnie jak "prawo naturalne" i jakieś inne tego typu fantazmaty.
Nieortodoksyjny punkt widzenia, wiem. Ale zawsze lubiłem Żiżka i jego karkołomne analizy filmów i sam zawsze chciałem odczytać coś zupełnie inaczej, niż się odczytuje, tyle, że na płaszczyźnie książek. Stevenson aż się prosił o taki gwałt na treści.
niedziela, 29 czerwca 2014
James Herbert "Nawiedzony"
Tanie, kieszonkowe wydanie Książnicy, nawet tańsze niż domyślna cena, bo upolowane gdzieś w przecenie. Nie pamiętam już gdzie.
Ot, czytadło. Literatura pociągowa. W sam raz na dwie godziny. Nie powiem, całkiem sprawnie napisane, trzymające nawet w napięciu, ale jednak czytadło.
Główny bohater pracuje dla instytucji zajmującej się badaniem zjawisk paranormalnych. Nie wierzy w duchy ale nie jest też scjentystą-sceptykiem - raczej heretykiem w obrębie nauki, poruszającym się w obrębie teorii takich jak hipoteza o miejscach gdzie gromadzą się obrazy/projekcje dawno zmarłych osób, itp.. Jak się okazuje, za określonym stanowiskiem i sposobem życia (cynik przesadzający z alkoholem) stoi mroczna tajemnica z przeszłości, przed którą nasz bohater ucieka i z którą nie może sobie poradzić.
Kolejny nawiedzony dom, gdzie główny bohater trafia, by rozwiązać jego zagadkę, kryje tajemnicę straszniejszą i potężniejszą od wszystkich poprzednich jego zleceń. Wszystko w co wierzył i co uznawał za pewnik rzecz jasna okaże się być nieprawdziwe, przeszłość i teraźniejszość splecie się ze sobą, w retrospekcjach poznamy różne historie z jego życia, które wspomina inaczej, niż wyglądały naprawdę, itd.
Taka historia. Historia jak setki innych, podobnych lub różniących się w niewielkim stopniu. Eksploatacja starego jak fikcja spekulatywna wątku z nawiedzonym przez duchy domem i z niedowiarkiem przeżywającym na sam koniec zderzenie z metafizyką. Mimo tego, że autor nadał swojemu bohaterowi delikatny rys detektywa rodem z noir, co jest całkiem sympatycznym smaczkiem, to i tak jako całość Nawiedzony nie prezentuje się najlepiej. Autor potrafił pisać bardziej odkrywcze książki, jak chociażby Jonasza, którego kiedyś czytałem, czy słynną historię o szczurach, do której jeszcze nie dotarłem.
Ot, czytadło. Literatura pociągowa. W sam raz na dwie godziny. Nie powiem, całkiem sprawnie napisane, trzymające nawet w napięciu, ale jednak czytadło.
Główny bohater pracuje dla instytucji zajmującej się badaniem zjawisk paranormalnych. Nie wierzy w duchy ale nie jest też scjentystą-sceptykiem - raczej heretykiem w obrębie nauki, poruszającym się w obrębie teorii takich jak hipoteza o miejscach gdzie gromadzą się obrazy/projekcje dawno zmarłych osób, itp.. Jak się okazuje, za określonym stanowiskiem i sposobem życia (cynik przesadzający z alkoholem) stoi mroczna tajemnica z przeszłości, przed którą nasz bohater ucieka i z którą nie może sobie poradzić.
Kolejny nawiedzony dom, gdzie główny bohater trafia, by rozwiązać jego zagadkę, kryje tajemnicę straszniejszą i potężniejszą od wszystkich poprzednich jego zleceń. Wszystko w co wierzył i co uznawał za pewnik rzecz jasna okaże się być nieprawdziwe, przeszłość i teraźniejszość splecie się ze sobą, w retrospekcjach poznamy różne historie z jego życia, które wspomina inaczej, niż wyglądały naprawdę, itd.
Taka historia. Historia jak setki innych, podobnych lub różniących się w niewielkim stopniu. Eksploatacja starego jak fikcja spekulatywna wątku z nawiedzonym przez duchy domem i z niedowiarkiem przeżywającym na sam koniec zderzenie z metafizyką. Mimo tego, że autor nadał swojemu bohaterowi delikatny rys detektywa rodem z noir, co jest całkiem sympatycznym smaczkiem, to i tak jako całość Nawiedzony nie prezentuje się najlepiej. Autor potrafił pisać bardziej odkrywcze książki, jak chociażby Jonasza, którego kiedyś czytałem, czy słynną historię o szczurach, do której jeszcze nie dotarłem.
Odpryski XXXIX
1) No, to jestem z powrotem. Blog zarastał kurzem przez miesiąc, niniejszym odkurzam go. Sporo się u mnie działo. Napisałem magisterkę, skończyła się sesja, w międzyczasie się przeprowadziłem, zmiany na lepsze zaszły w moim życiu osobistym. Miałem (i w sumie to nadal mam) dużo do roboty i równie dużo do ogarnięcia, na różnych polach i płaszczyznach. W wolnych chwilach (a raczej w szybkich chwilach) rzecz jasna przeczytałem kilka książek. Miałem już dziś opisać na blogu wrażenia po lekturze kilku z nich, ale za długo mi zeszło z tymi Odpryskami, więc na dniach coś nie coś nawrzucam tu.
2) Dzięki mojej partnerce poznałem świetne literacko-kulturalne czasopismo, noszące tytuł Chimera. Po pożyczeniu od niej kilku starszych numerów i kupieniu najnowszego, zostałem stałym czytelnikiem. Jest to drugi periodyk (po Trans/wizjach), którego jestem stałym czytelnikiem. Zin Horror Masakra przestał wychodzić po trzech numerach, czekam na zapowiedzianą w jego miejsce Kryptę. Kupowałem niegdyś Czas fantastyki, ale - nie ujmując mu niczego - był jak dla mnie za bardzo prawicowy.
3) Jak wspomniałem wyżej, przeprowadziłem się. Zmieniłem dzielnicę na jedną bliżej Nowej Huty; w sumie to jest już to Nowa Huta, tyle, że nowsza od tej pierwszej Nowej Huty, rozchodzącej się promieniście od Placu Centralnego. Nowa Huta, wraz z Mistrzejowicami i Bieńczycami to w mojej opinii zdecydowanie najbardziej klimatyczna i najlepiej rozplanowana część tego smutnego miasta - oprócz części niezwykle sympatycznych i przepoczciwych osiedli na - szeroko pojętym - Ruczaju oraz Kuźnicy Kołłątajowskiej. Wszystko, co w Krakowie najlepsze, jest w zewnętrznych częściach miasta. Im bliżej do centrum, tym więcej odrapanych, zaszczanych kamienic, chaosu urbanizacyjnego, ciężaru wieków wylewającego się mętnym strumieniem i mieszającego się z breją pośpiesznej, pochopnej i raczej niezbyt przemyślanej modernizacji.
Jedyne, czego mi brakuje na Hucie, to księgarnie. Była przynajmniej jedna, na tutejszym rynku, czyli Placu Centralnym (nie mogę przywyknąć do tego, że nawet tubylcza ludność powiedzenia jadę do miasta używa na określenie wyjazdu do Krakowa, nie do centrum swojej dzielnicy), ale upadła po wielu latach działalności. Przykre. Byłem tam kilka razy, świetne miejsce. Jasny punkt na mapie Huty. A teraz pewnie nastąpi tam przerzut oddziału kolejnego banku czy innego szmateksu.
Nowa Huta powinna być oddzielnym miastem. Jedyne, na co może liczyć ze strony Krakowa, to ograniczenie w okresie wakacyjnym kursów autobusów.
Wybierając sobie lokalną przynależność, punkt zaczepienia, rodzaj tożsamości zacznę odpowiadać znajomym pytającym się, gdzie rzucił mnie los, że de facto na stałe mieszkam w Nowej Hucie - nie w Krakowie. Kraków, uogólniając i pamiętając zarazem o wszystkim, co tu jest mi bliskie, pamiętając też o wszystkich wspaniałych ludziach, których miałem przyjemność i zaszczyt tu poznać, ssie.
4) Wizyta w Galerii Bronowice w mgnieniu oka przywołuje na myśl tezy Baudrillarda o centrach handlowych wyłuszczone przez niego m.in. w Przejrzystości zła, Symulacji i symulakrach, itd. (moim zdaniem, oprócz uleganiu rozpaczy największą wadą tego myśliciela było to, iż wielokrotnie się powtarzał). Najnowsza chyba Galeria nie dość, że stoi tyłem do miasta i idąc od strony Ronda Ofiar Katynia (nie znających Krakowa informuję, że jest to okolica malownicza aczkolwiek nieziemsko zadupiasta - oprócz Galerii, kilku hipermarketów i mniejszych biurowców nic tam nie ma, nawet Krakowa już tam nie ma.) nie za bardzo da się tam intuicyjnie i bezproblemowo dojść, to na dodatek jest groteskowo wręcz wielka, szczególnie przy jej położeniu i skomunikowaniu z resztą miasta.
Poznań City Center to jeszcze nie jest, ale poznański moloch przynajmniej stoi w ścisłym centrum miasta i wchłonął w siebie dworzec kolejowy i autobusowy (chyba, szukając tego ostatniego - tadaaam - zgubiłem się w tym cholernym molochu w czasie mojej ostatniej wizyty w Wielkopolsce).
5) Wracając do przeprowadzki, opuszczając mieszkanie, gdzie spędziłem pięć lat, na odchodnym dostałem do właścicielki ogrom starych książek, leżących (przez minimum dziesięć lat) w jednej z szaf. Mieszkanie przechodzi na jakąś jej krewną, w lipcu będzie tam generalny remont. Książek tych było tak wiele, że po wyrzuceniu ponad dwudziestu z nich (no co, po kiego grzyba mi poradniki dla kobiet w stylu jak żyć i z kim się rozmnożyć, żeby było spoko z lat 70. i inna tego typu ambitna literatura) i rozdaniu wśród przyjaciół i znajomych z dziesięciu kolejnych, reszta zajęła w czasie przeprowadzki dwa pudła po odkurzaczach. A tu na miejscu kupiłem na nie regał, taki zwykły z Ikei. Zastawiłem go nimi w całości. Stendhal, Faulkner, Proust, trochę klasyki rozmaitej, od Manna przez Hessego przez rozmaitą literaturę polską po kilka pozycji autorów iberoamerykańskich. Zbiory scenariuszy Antonioniego i Bergmana. Albumy malarskie i fotograficzne, zarówno polskie jak i radzieckie. Kolejka pozycji do przeczytania urosła mi tak, że przestałem się nią przejmować.
6)
Dlaczego w Krakowie nie było powstania?
Bo konserwator zabytków zabronił.
2) Dzięki mojej partnerce poznałem świetne literacko-kulturalne czasopismo, noszące tytuł Chimera. Po pożyczeniu od niej kilku starszych numerów i kupieniu najnowszego, zostałem stałym czytelnikiem. Jest to drugi periodyk (po Trans/wizjach), którego jestem stałym czytelnikiem. Zin Horror Masakra przestał wychodzić po trzech numerach, czekam na zapowiedzianą w jego miejsce Kryptę. Kupowałem niegdyś Czas fantastyki, ale - nie ujmując mu niczego - był jak dla mnie za bardzo prawicowy.
3) Jak wspomniałem wyżej, przeprowadziłem się. Zmieniłem dzielnicę na jedną bliżej Nowej Huty; w sumie to jest już to Nowa Huta, tyle, że nowsza od tej pierwszej Nowej Huty, rozchodzącej się promieniście od Placu Centralnego. Nowa Huta, wraz z Mistrzejowicami i Bieńczycami to w mojej opinii zdecydowanie najbardziej klimatyczna i najlepiej rozplanowana część tego smutnego miasta - oprócz części niezwykle sympatycznych i przepoczciwych osiedli na - szeroko pojętym - Ruczaju oraz Kuźnicy Kołłątajowskiej. Wszystko, co w Krakowie najlepsze, jest w zewnętrznych częściach miasta. Im bliżej do centrum, tym więcej odrapanych, zaszczanych kamienic, chaosu urbanizacyjnego, ciężaru wieków wylewającego się mętnym strumieniem i mieszającego się z breją pośpiesznej, pochopnej i raczej niezbyt przemyślanej modernizacji.
Jedyne, czego mi brakuje na Hucie, to księgarnie. Była przynajmniej jedna, na tutejszym rynku, czyli Placu Centralnym (nie mogę przywyknąć do tego, że nawet tubylcza ludność powiedzenia jadę do miasta używa na określenie wyjazdu do Krakowa, nie do centrum swojej dzielnicy), ale upadła po wielu latach działalności. Przykre. Byłem tam kilka razy, świetne miejsce. Jasny punkt na mapie Huty. A teraz pewnie nastąpi tam przerzut oddziału kolejnego banku czy innego szmateksu.
Nowa Huta powinna być oddzielnym miastem. Jedyne, na co może liczyć ze strony Krakowa, to ograniczenie w okresie wakacyjnym kursów autobusów.
Wybierając sobie lokalną przynależność, punkt zaczepienia, rodzaj tożsamości zacznę odpowiadać znajomym pytającym się, gdzie rzucił mnie los, że de facto na stałe mieszkam w Nowej Hucie - nie w Krakowie. Kraków, uogólniając i pamiętając zarazem o wszystkim, co tu jest mi bliskie, pamiętając też o wszystkich wspaniałych ludziach, których miałem przyjemność i zaszczyt tu poznać, ssie.
4) Wizyta w Galerii Bronowice w mgnieniu oka przywołuje na myśl tezy Baudrillarda o centrach handlowych wyłuszczone przez niego m.in. w Przejrzystości zła, Symulacji i symulakrach, itd. (moim zdaniem, oprócz uleganiu rozpaczy największą wadą tego myśliciela było to, iż wielokrotnie się powtarzał). Najnowsza chyba Galeria nie dość, że stoi tyłem do miasta i idąc od strony Ronda Ofiar Katynia (nie znających Krakowa informuję, że jest to okolica malownicza aczkolwiek nieziemsko zadupiasta - oprócz Galerii, kilku hipermarketów i mniejszych biurowców nic tam nie ma, nawet Krakowa już tam nie ma.) nie za bardzo da się tam intuicyjnie i bezproblemowo dojść, to na dodatek jest groteskowo wręcz wielka, szczególnie przy jej położeniu i skomunikowaniu z resztą miasta.
Poznań City Center to jeszcze nie jest, ale poznański moloch przynajmniej stoi w ścisłym centrum miasta i wchłonął w siebie dworzec kolejowy i autobusowy (chyba, szukając tego ostatniego - tadaaam - zgubiłem się w tym cholernym molochu w czasie mojej ostatniej wizyty w Wielkopolsce).
5) Wracając do przeprowadzki, opuszczając mieszkanie, gdzie spędziłem pięć lat, na odchodnym dostałem do właścicielki ogrom starych książek, leżących (przez minimum dziesięć lat) w jednej z szaf. Mieszkanie przechodzi na jakąś jej krewną, w lipcu będzie tam generalny remont. Książek tych było tak wiele, że po wyrzuceniu ponad dwudziestu z nich (no co, po kiego grzyba mi poradniki dla kobiet w stylu jak żyć i z kim się rozmnożyć, żeby było spoko z lat 70. i inna tego typu ambitna literatura) i rozdaniu wśród przyjaciół i znajomych z dziesięciu kolejnych, reszta zajęła w czasie przeprowadzki dwa pudła po odkurzaczach. A tu na miejscu kupiłem na nie regał, taki zwykły z Ikei. Zastawiłem go nimi w całości. Stendhal, Faulkner, Proust, trochę klasyki rozmaitej, od Manna przez Hessego przez rozmaitą literaturę polską po kilka pozycji autorów iberoamerykańskich. Zbiory scenariuszy Antonioniego i Bergmana. Albumy malarskie i fotograficzne, zarówno polskie jak i radzieckie. Kolejka pozycji do przeczytania urosła mi tak, że przestałem się nią przejmować.
6)
Dlaczego w Krakowie nie było powstania?
Bo konserwator zabytków zabronił.
poniedziałek, 26 maja 2014
Caitlin R. Kiernan "Tonąca dziewczyna. Pamiętnik"
Jeśli coś zostało wydane w ramach Uczty Wyobraźni, to zapewne będzie to dobra rzecz. Albo przynajmniej taka, o której nie będzie się dało łatwo zapomnieć. Znam takich, którzy w ciemno kupują każdy kolejny tytuł w serii. Jestem w stanie zrozumieć takie zachowanie. Ba, to nie wydaje się być złym pomysłem.
Tonąca dziewczyna to książka fascynująca. Intertekstualna, post-strukturalistyczna. Zbudowana na kilku przenikających się płaszczyznach, opowieściach bohaterki, leczącej się psychiatrycznie Indii "Imp" Morgan Phelps, jej pamiętniku, zapiskach na marginesach jej pamiętnika, pisanych przez nią opowiadaniach, pisanej przez nią opowieści o duchach, którą raz po raz rozwija, to porzuca, by powrócić do pewnych wątków później. Bohaterka-narratorka pisze o sobie w różnych osobach, miesza narracje; autorka książki oddaje bardzo dobrze jej stany, zmieniając styl książki we fragmentach, które napisane zostały przez Indię po tym, jak odstawiła leki. Historia życia Imp, jej związek z transseksualistką Abalyn, szarość codzienności miesza się z obsesjami na punkcie tajemniczej Evy. Eva jest zarówno syreną, jak i wilkołakiem. Kilkakrotnie styka się z narratorką, w sytuacjach z pogranicza jawy i snu, z pogranicza rzeczywistości i halucynacji cierpiącego umysłu. A być może wcale jej nie ma. Czytelnik nie może mieć pewności, co z tego, co opisuje Imp, rzeczywiście rozgrywało się w świecie przedstawionym, a co jest tylko przejawami jej choroby. W tle mamy jeszcze legendy o Czerwonym Kapturku i tytułową Tonącą dziewczynę, obraz mało znanego, amerykańskiego malarza (wymyślonego przez autorkę na potrzeby książki, ale co to zmienia, nic). India się zapętla we własnych wyobrażeniach, czasem nawet odtwarza to, co sama wymyśliła. Odsyła czytelnika do swoich notatek z wcześniejszych stron książki, których znaczenie przez pryzmat późniejszych doświadczeń i stanów bohaterki może się zmienić.
Autorka przekonująco wykreowała Imp i jej mały świat. Czytelnik spokojnie może się wczuć w sytuację bohaterki, przemierzyć razem z nią pasaże obłędu, fobii i paranoi. Imp jest bohaterką tragiczną, niosącą brzemię swojej babki i matki, które skończyły w zamkniętym szpitalu. Być może wszystkie zmagały się z tą samą siłą. Dziewczyna nie nadąża za rzeczywistością, skupiona na własnym świecie. Nowinki technologiczne i świat popkultury ją omijają, spotkanie z Abalyn utrzymującej się z pisania recenzji gier otwiera przed nią nieznaną rzeczywistość.
Stylistycznie książce najbliżej do jakiegoś postmodernistycznego weird. Ukłon w stronę Lovecrafta jest bardzo wyraźny, jednak jest to ukłon nieoczywisty. Tutaj Nieznane nie nadchodzi z głębin mórz czy kosmicznych otchłani (ok, pośrednio z mórz nadchodzi), ale przede wszystkim trwa w człowieku, w jego aparacie poznawczym, w jego umyśle, emocjach, przeżyciach. Sama choroba Imp jest furtką, przez którą w jej życie wkracza to, co obce, nieludzkie, szalone. Tajemnicza Eva, znaleziona na poboczu drogi, naga i zziębnięta, mająca niedookreślony związek z historiami o tajemniczej istocie żyjącej w rzece, z historiami o apokaliptycznej sekcie, której członkowie popełnili zbiorowe samobójstwo przez utopienie się, tajemnicza Eva, wilczyca, istota zabita przez okrutnych ludzi. Wizje przekraczające biologiczne granice. Obsesje malarzy i poetów sięgające czasów legend i eposów. Nawiedzenia powodowane przez kontakt z treścią, dziełem literackim bądź obrazem.
Opowiedziana w książce historia, choć wydaje się prosta, rozgałęzia się ciasno splecionymi konarami, rzeczywistość się rozmywa, nawet obecność bohaterki-narratorki się rozmywa, próbuje się ona sama ustanowić w pisanych przez siebie słowach, wśród malowanych obrazów i pieczołowicie zbieranych wynikach z gazet, upewnia się co do samej siebie, pisząc (...) - napisała Imp. Ja napisałam (...). Przekreśla pomyłki, np. wtedy, gdy miesza jej się ona sama z bohaterkami swoich opowiadań. Jej wspomnienia płynnie przechodzą w snutą przez nią opowieść o duchach, czyli o Evie.
Tłumaczką książki jest Paulina Braiter, znana głównie z tłumaczeń Tolkiena, znacznie lepszych od bardziej popularnych autorstwa Marii Skibniewskiej. Tłumaczenie wydaje się być dobre, nie znam treści w oryginale, przyczepiłbym się tylko do dwóch małych szczegółów - istnieje polski odpowiednik słowa grimoire - grimuar, a Grecki Kościół Ortodoksyjny (w oryginale zapewne Greek Orthodox Chruch) to grecka cerkiew prawosławna.
Akcji jest tutaj stosunkowo niewiele, znacznie więcej dzieje się w umyśle bohaterki. Tak czy owak, Tonąca dziewczyna to książka nietuzinkowa, rzucająca na bardzo szeroko pojętą grozę nowe światło, ukazująca ją w odświeżonej formie i od subiektywnej, indywidualnej strony.
Tonąca dziewczyna to książka fascynująca. Intertekstualna, post-strukturalistyczna. Zbudowana na kilku przenikających się płaszczyznach, opowieściach bohaterki, leczącej się psychiatrycznie Indii "Imp" Morgan Phelps, jej pamiętniku, zapiskach na marginesach jej pamiętnika, pisanych przez nią opowiadaniach, pisanej przez nią opowieści o duchach, którą raz po raz rozwija, to porzuca, by powrócić do pewnych wątków później. Bohaterka-narratorka pisze o sobie w różnych osobach, miesza narracje; autorka książki oddaje bardzo dobrze jej stany, zmieniając styl książki we fragmentach, które napisane zostały przez Indię po tym, jak odstawiła leki. Historia życia Imp, jej związek z transseksualistką Abalyn, szarość codzienności miesza się z obsesjami na punkcie tajemniczej Evy. Eva jest zarówno syreną, jak i wilkołakiem. Kilkakrotnie styka się z narratorką, w sytuacjach z pogranicza jawy i snu, z pogranicza rzeczywistości i halucynacji cierpiącego umysłu. A być może wcale jej nie ma. Czytelnik nie może mieć pewności, co z tego, co opisuje Imp, rzeczywiście rozgrywało się w świecie przedstawionym, a co jest tylko przejawami jej choroby. W tle mamy jeszcze legendy o Czerwonym Kapturku i tytułową Tonącą dziewczynę, obraz mało znanego, amerykańskiego malarza (wymyślonego przez autorkę na potrzeby książki, ale co to zmienia, nic). India się zapętla we własnych wyobrażeniach, czasem nawet odtwarza to, co sama wymyśliła. Odsyła czytelnika do swoich notatek z wcześniejszych stron książki, których znaczenie przez pryzmat późniejszych doświadczeń i stanów bohaterki może się zmienić.
Autorka przekonująco wykreowała Imp i jej mały świat. Czytelnik spokojnie może się wczuć w sytuację bohaterki, przemierzyć razem z nią pasaże obłędu, fobii i paranoi. Imp jest bohaterką tragiczną, niosącą brzemię swojej babki i matki, które skończyły w zamkniętym szpitalu. Być może wszystkie zmagały się z tą samą siłą. Dziewczyna nie nadąża za rzeczywistością, skupiona na własnym świecie. Nowinki technologiczne i świat popkultury ją omijają, spotkanie z Abalyn utrzymującej się z pisania recenzji gier otwiera przed nią nieznaną rzeczywistość.
Stylistycznie książce najbliżej do jakiegoś postmodernistycznego weird. Ukłon w stronę Lovecrafta jest bardzo wyraźny, jednak jest to ukłon nieoczywisty. Tutaj Nieznane nie nadchodzi z głębin mórz czy kosmicznych otchłani (ok, pośrednio z mórz nadchodzi), ale przede wszystkim trwa w człowieku, w jego aparacie poznawczym, w jego umyśle, emocjach, przeżyciach. Sama choroba Imp jest furtką, przez którą w jej życie wkracza to, co obce, nieludzkie, szalone. Tajemnicza Eva, znaleziona na poboczu drogi, naga i zziębnięta, mająca niedookreślony związek z historiami o tajemniczej istocie żyjącej w rzece, z historiami o apokaliptycznej sekcie, której członkowie popełnili zbiorowe samobójstwo przez utopienie się, tajemnicza Eva, wilczyca, istota zabita przez okrutnych ludzi. Wizje przekraczające biologiczne granice. Obsesje malarzy i poetów sięgające czasów legend i eposów. Nawiedzenia powodowane przez kontakt z treścią, dziełem literackim bądź obrazem.
Opowiedziana w książce historia, choć wydaje się prosta, rozgałęzia się ciasno splecionymi konarami, rzeczywistość się rozmywa, nawet obecność bohaterki-narratorki się rozmywa, próbuje się ona sama ustanowić w pisanych przez siebie słowach, wśród malowanych obrazów i pieczołowicie zbieranych wynikach z gazet, upewnia się co do samej siebie, pisząc (...) - napisała Imp. Ja napisałam (...). Przekreśla pomyłki, np. wtedy, gdy miesza jej się ona sama z bohaterkami swoich opowiadań. Jej wspomnienia płynnie przechodzą w snutą przez nią opowieść o duchach, czyli o Evie.
Tłumaczką książki jest Paulina Braiter, znana głównie z tłumaczeń Tolkiena, znacznie lepszych od bardziej popularnych autorstwa Marii Skibniewskiej. Tłumaczenie wydaje się być dobre, nie znam treści w oryginale, przyczepiłbym się tylko do dwóch małych szczegółów - istnieje polski odpowiednik słowa grimoire - grimuar, a Grecki Kościół Ortodoksyjny (w oryginale zapewne Greek Orthodox Chruch) to grecka cerkiew prawosławna.
Akcji jest tutaj stosunkowo niewiele, znacznie więcej dzieje się w umyśle bohaterki. Tak czy owak, Tonąca dziewczyna to książka nietuzinkowa, rzucająca na bardzo szeroko pojętą grozę nowe światło, ukazująca ją w odświeżonej formie i od subiektywnej, indywidualnej strony.
Odpryski XXXVIII
Znów polityka. Ostatnimi czasy nie daje o sobie zapomnieć.
1) Kurz opada po Eurowyborach. Gdy rozum śpi, budzą się korwiniści.
Zieloni/WSE 55 miejsc, GUE/NGL 43 miejsca. W skali kontynentu - mogło być lepiej, ale nie jest najgorzej.
Za czterech korwinuchów pojedzie na gościnne występy do Brukseli. Będą robić z siebie idiotów już nie tylko w skali naszego grajdołka, lecz na całą Europę. Nikt Korwina nie potraktuje tam poważnie, to ekstremista nawet w porównaniu do innych eurosceptyków, których trochę w Europarlamencie przybyło. Wyobrażacie sobie, jak zacznie tam chrzanić o Hitlerze, niepełnosprawnych czy o pozbawieniu kobiet praw wyborczych? Cóż, przynajmniej będzie się działo, przynajmniej będzie wesoło.
KaNaPa skorzysta na tym zwycięstwie, pytanie pozostaje otwarte, jak bardzo. Korwin jest już starym dziadem, nie będzie żył wiecznie. Jak już odejdzie na wieczny poligon Jaruzelskiego, jego partyjka zapewne rozpadnie się na kilka skłóconych ze sobą sekt, wyzywających się wzajemnie od komunistów i zdrajców. W czasie mojej burzliwej drogi po scenie politycznej (lub raczej jej terytoriach bardziej psychiatrycznych, niż politycznych) otarłem się kiedyś o jedną z poprzednich form KaNaPy. To towarzystwo to zupełni sekciarze żyjący we własnym świecie, nieprzemakalni na cokolwiek docierającego do nich z empirycznie poznawalnej rzeczywistości, reagujący strachem i gniewem na cokolwiek, co nie pasuje do ich światopoglądu, opartego na koszmarnych uproszczeniach i myśleniu życzeniowym. Wątpię, żeby od tamtego czasu dużo się u nich zmieniło. Korwin namaszcza niby jakiś następców, tyle, że tych następców nigdzie nie widać, a przynajmniej jeden, którego kiedyś miałem okazję poznać, sam z siebie dał sobie spokój z polityką. KaNaPa to Korwin, Korwina zabraknie, wszystko się rozleci, bo nie ma tam nikogo równie rozpoznawalnego i charakterystycznego jak ten buc w muszce.
Szkoda kasy z UE na KaNaPę, ale znając Korwina pewnie i tak te pieniądze wsiąkną gdzieś, np. pójdą na remont domu (odsyłam do ciekawych informacji, które wyciekły swego czasu w czasie afery z ówczesnym liderem innej skrajnie prawicowej organizacyjki).
Korwinistom sprzyjały: niska frekwencja (ludzie generalnie nie przykładają dużej wagi do wyborów do Europarlamentu, traktują je jako wybory niższej kategorii niż do władz krajowych, a także jako pewien głos sprzeciwu wobec bieżącej polityki swoich rządów - i tak jest nie tylko w Polsce, lecz w całej Europie, co pokazał sukces chociażby Frontu Narodowego we Francji - wyraźny sygnał do władzy Unii, że coś trzeba zmienić) (jakby na to nie patrzeć, 1,7% uprawnionych do głosowania wysłała do Brukseli czterech kuców!) oraz własny fanatyzm i zdolności mobilizacyjne. Problem w tym, że przekroczyli psychiczną barierę progu wyborczego. Głos na nich już nie jest głosem straconym (tzw. w mojej opinii jest tym bardziej), bo w końcu gdzieś się dostali. Potencjalni zwolennicy Korwina, w tym tacy, którzy teraz zagłosowali na niego dla beki lub dla zamanifestowania swojego buntu, faktycznie mogą przy partii zostać, skoro zobaczyli że w końcu ich głos zdziałał cokolwiek.
Korwin zebrał elektorat niezadowolony, w tym młodych ludzi mających dosyć zastanej sceny politycznej. Sytuacja dosyć absurdalna - elektorat niezadowolonych zebrała partia, która do absurdu doprowadziła wybrane wątki liberalne i konserwatywne - czyli miks PiSu i PO na sterydach i heroinie. Sukcesem Korwina jest sprzedanie tej zatęchłej brei jako czegoś nowego, świeżego, odkrywczego, jako realnej alternatywy dla tego, co jest. Widać jak na dłoni całkowitą porażkę systemu edukacyjnego, zwłaszcza humanistyki i nauk społecznych, skoro Korwin wychował sobie hordy zwolenników w gimnazjach i liceach. Jak ktoś to trafnie ujął gdzieś w jakimś komentarzu na facebooku, pokolenie kwejka i demotywatorów dorasta. I to jest straszne, że jest to pokolenie zaczadzonych socjopatów.
Korwin nie spadł jednak z powietrza. Na jego przykładzie, na przykładzie żałosności jego argumentacji widać ogromny problem z dyskursem w Polsce. W Polsce nie ma warunków do rozwoju normalnej lewicy w stylu zachodnioeuropejskim, bo PRL skutecznie uniemożliwił jej powstanie. SLD to partia klasowa, reprezentująca popłuczyny po dawnym aparacie państwowo-partyjnym, urabiająca w duchu pokracznego PRLowskiego patriotyzmu kolejne pokolenia członków i sympatyków. W ich piśmie Socjaldemokraci obok artykułów o współczesnej zachodniej socjaldemokracji zdarzają się kurioza w stylu wybielania Gierka czy nawet artykuły, których Ruch Narodowy by się nie powstydził - np. o konieczności Akcji Wisła. PRL, który z wszelką lewicowością, zwłaszcza w dwóch okresach - stalinowskim i późnym, miał tyle wspólnego, co ja z katolickim konserwatyzmem, skutecznie zapobiegł wytworzeniu się normalnej lewicy w Polsce, bo wszystko, co lewicowe utożsamił z sobą. Ten mit, o lewicowości PRLu czy o tym, że w Polsce kiedykolwiek był komunizm pokutuje do dziś. Dla bogoojczyźnianej prawicy (czyli dla większości społeczeństwa) wszystko, co lewicowe kojarzy się z Katyniem i strzelaniem do robotników na wybrzeżu. Natomiast wszystko, co w powszechnych wyobrażeniach funkcjonuje jako patriotyczne, narodowe jest wrzucane zazwyczaj do jednego wora ultrakatolicko-hurrapatriotycznego, bez zwrócenia uwagi na realny program i nieraz postępowe postulaty - konstytucja 3 maja, Kościuszko, określone frakcje powstańców styczniowych i listopadowych, Armia Krajowa, Solidarność... Żyjemy w kraju, gdzie wszystkie pojęcia pojebały się dokumentnie już dawno.
2) Generał Wojciech Jaruzelski nie żyje.
Zdanie wyżej pisałem o dokumentnym pojebaniu się pojęć. Generał Jaruzelski jest kolejnym, świetnie ten trend ilustrującym przykładem. Utopił we krwi oddolny ruch robotniczy, wysuwający postępowe, rewolucyjne postulaty, mieszczące się gdzieś w spektrum od Abramowskiego przez syndykalizm po Trockiego (tak, chodzi mi rzecz jasna o Solidarność, niby wszystkim doskonale znaną, a jednak zupełnie nie). Co więcej, był liderem wojskowej junty. Lubiła go Margaret Thatcher, w końcu też zwalczała strajkujących robotników. Reprezentował zachowawcze, konserwatywne interesy zastanego aparatu biurokracji państwowo-partyjnej. Nigdy nie był komunistą, co sam przyznał w wywiadzie, i co zauważyli już dawno pozytywnie się do niego odnoszący konserwatyści i endecy, chociażby związani ze środowiskiem konserwatyzmu.pl lub profesor Łagowski. Oraz Korwin. W Anatomii siły nie kto inny jak sam Leszek Miller stwierdził, że w partii już dawno nie było żadnych radykałów, a prawdziwi radykałowie, jak - ówcześnie - guevarysta Macierewicz byli po stronie opozycji. Co więcej, sam Jaruzelski, zapobiegając możliwej gwałtownej zmianie społecznej, ułatwił przejęcie przeważającej części państwowego majątku przez aparat biurokratyczny. Już Trocki w - bodajże - Zdradzonej rewolucji jasno wykazał, że stalinowska biurokracja prędzej czy później stanie się nowymi kapitalistami. Miał rację.
Dlatego nie mogłem się nadziwić widząc biednych, zmanipulowanych idiotów prawicowych, uznających posłuszeństwo Związkowi Radzieckiemu za jedyne kryterium komunizmu generała i rok w rok protestujących przed jego domem. Powinni go wielbić za to, że uniemożliwił wprowadzenie w Polsce jakkolwiek pojętej demokracji robotniczej i przygotował grunt pod reformy rynkowe.
W Związku Radzieckim też komunizmu nigdy nie było. Odsyłam do Tony'ego Cliffa czy gościa od koncepcji biurokratycznego kolektywizmu, zapomniałem teraz, jak mu było.
Więc ja, jako lewak i nihilista, mogę cieszyć się z tego, że kat ruchu robotniczego w końcu zszedł. Ale że prawica się z tego cieszy również - to jest coś zupełnie niesamowitego. Tak to jest, jak za główne wyznaczniki prawicowości i lewicowości uznaje się nie rzeczywiste poglądy, jak należy zorganizować sferę społeczno-ekonomiczną, ale stosunek do Rosji i Matki Boskiej.
3) Idealny dobór reklamy.
Akurat ten spot był całkiem ładny. Jak na mój gust, wyglądał lepiej od spotów Europy +, chociażby pod względem zastosowanej formy.
Co nie znaczy, że płaczę po kreaturach w rodzaju pewnego byłego posła. Wręcz przeciwnie.
1) Kurz opada po Eurowyborach. Gdy rozum śpi, budzą się korwiniści.
Zieloni/WSE 55 miejsc, GUE/NGL 43 miejsca. W skali kontynentu - mogło być lepiej, ale nie jest najgorzej.
Za czterech korwinuchów pojedzie na gościnne występy do Brukseli. Będą robić z siebie idiotów już nie tylko w skali naszego grajdołka, lecz na całą Europę. Nikt Korwina nie potraktuje tam poważnie, to ekstremista nawet w porównaniu do innych eurosceptyków, których trochę w Europarlamencie przybyło. Wyobrażacie sobie, jak zacznie tam chrzanić o Hitlerze, niepełnosprawnych czy o pozbawieniu kobiet praw wyborczych? Cóż, przynajmniej będzie się działo, przynajmniej będzie wesoło.
KaNaPa skorzysta na tym zwycięstwie, pytanie pozostaje otwarte, jak bardzo. Korwin jest już starym dziadem, nie będzie żył wiecznie. Jak już odejdzie na wieczny poligon Jaruzelskiego, jego partyjka zapewne rozpadnie się na kilka skłóconych ze sobą sekt, wyzywających się wzajemnie od komunistów i zdrajców. W czasie mojej burzliwej drogi po scenie politycznej (lub raczej jej terytoriach bardziej psychiatrycznych, niż politycznych) otarłem się kiedyś o jedną z poprzednich form KaNaPy. To towarzystwo to zupełni sekciarze żyjący we własnym świecie, nieprzemakalni na cokolwiek docierającego do nich z empirycznie poznawalnej rzeczywistości, reagujący strachem i gniewem na cokolwiek, co nie pasuje do ich światopoglądu, opartego na koszmarnych uproszczeniach i myśleniu życzeniowym. Wątpię, żeby od tamtego czasu dużo się u nich zmieniło. Korwin namaszcza niby jakiś następców, tyle, że tych następców nigdzie nie widać, a przynajmniej jeden, którego kiedyś miałem okazję poznać, sam z siebie dał sobie spokój z polityką. KaNaPa to Korwin, Korwina zabraknie, wszystko się rozleci, bo nie ma tam nikogo równie rozpoznawalnego i charakterystycznego jak ten buc w muszce.
Szkoda kasy z UE na KaNaPę, ale znając Korwina pewnie i tak te pieniądze wsiąkną gdzieś, np. pójdą na remont domu (odsyłam do ciekawych informacji, które wyciekły swego czasu w czasie afery z ówczesnym liderem innej skrajnie prawicowej organizacyjki).
Korwinistom sprzyjały: niska frekwencja (ludzie generalnie nie przykładają dużej wagi do wyborów do Europarlamentu, traktują je jako wybory niższej kategorii niż do władz krajowych, a także jako pewien głos sprzeciwu wobec bieżącej polityki swoich rządów - i tak jest nie tylko w Polsce, lecz w całej Europie, co pokazał sukces chociażby Frontu Narodowego we Francji - wyraźny sygnał do władzy Unii, że coś trzeba zmienić) (jakby na to nie patrzeć, 1,7% uprawnionych do głosowania wysłała do Brukseli czterech kuców!) oraz własny fanatyzm i zdolności mobilizacyjne. Problem w tym, że przekroczyli psychiczną barierę progu wyborczego. Głos na nich już nie jest głosem straconym (tzw. w mojej opinii jest tym bardziej), bo w końcu gdzieś się dostali. Potencjalni zwolennicy Korwina, w tym tacy, którzy teraz zagłosowali na niego dla beki lub dla zamanifestowania swojego buntu, faktycznie mogą przy partii zostać, skoro zobaczyli że w końcu ich głos zdziałał cokolwiek.
Korwin zebrał elektorat niezadowolony, w tym młodych ludzi mających dosyć zastanej sceny politycznej. Sytuacja dosyć absurdalna - elektorat niezadowolonych zebrała partia, która do absurdu doprowadziła wybrane wątki liberalne i konserwatywne - czyli miks PiSu i PO na sterydach i heroinie. Sukcesem Korwina jest sprzedanie tej zatęchłej brei jako czegoś nowego, świeżego, odkrywczego, jako realnej alternatywy dla tego, co jest. Widać jak na dłoni całkowitą porażkę systemu edukacyjnego, zwłaszcza humanistyki i nauk społecznych, skoro Korwin wychował sobie hordy zwolenników w gimnazjach i liceach. Jak ktoś to trafnie ujął gdzieś w jakimś komentarzu na facebooku, pokolenie kwejka i demotywatorów dorasta. I to jest straszne, że jest to pokolenie zaczadzonych socjopatów.
Korwin nie spadł jednak z powietrza. Na jego przykładzie, na przykładzie żałosności jego argumentacji widać ogromny problem z dyskursem w Polsce. W Polsce nie ma warunków do rozwoju normalnej lewicy w stylu zachodnioeuropejskim, bo PRL skutecznie uniemożliwił jej powstanie. SLD to partia klasowa, reprezentująca popłuczyny po dawnym aparacie państwowo-partyjnym, urabiająca w duchu pokracznego PRLowskiego patriotyzmu kolejne pokolenia członków i sympatyków. W ich piśmie Socjaldemokraci obok artykułów o współczesnej zachodniej socjaldemokracji zdarzają się kurioza w stylu wybielania Gierka czy nawet artykuły, których Ruch Narodowy by się nie powstydził - np. o konieczności Akcji Wisła. PRL, który z wszelką lewicowością, zwłaszcza w dwóch okresach - stalinowskim i późnym, miał tyle wspólnego, co ja z katolickim konserwatyzmem, skutecznie zapobiegł wytworzeniu się normalnej lewicy w Polsce, bo wszystko, co lewicowe utożsamił z sobą. Ten mit, o lewicowości PRLu czy o tym, że w Polsce kiedykolwiek był komunizm pokutuje do dziś. Dla bogoojczyźnianej prawicy (czyli dla większości społeczeństwa) wszystko, co lewicowe kojarzy się z Katyniem i strzelaniem do robotników na wybrzeżu. Natomiast wszystko, co w powszechnych wyobrażeniach funkcjonuje jako patriotyczne, narodowe jest wrzucane zazwyczaj do jednego wora ultrakatolicko-hurrapatriotycznego, bez zwrócenia uwagi na realny program i nieraz postępowe postulaty - konstytucja 3 maja, Kościuszko, określone frakcje powstańców styczniowych i listopadowych, Armia Krajowa, Solidarność... Żyjemy w kraju, gdzie wszystkie pojęcia pojebały się dokumentnie już dawno.
2) Generał Wojciech Jaruzelski nie żyje.
Zdanie wyżej pisałem o dokumentnym pojebaniu się pojęć. Generał Jaruzelski jest kolejnym, świetnie ten trend ilustrującym przykładem. Utopił we krwi oddolny ruch robotniczy, wysuwający postępowe, rewolucyjne postulaty, mieszczące się gdzieś w spektrum od Abramowskiego przez syndykalizm po Trockiego (tak, chodzi mi rzecz jasna o Solidarność, niby wszystkim doskonale znaną, a jednak zupełnie nie). Co więcej, był liderem wojskowej junty. Lubiła go Margaret Thatcher, w końcu też zwalczała strajkujących robotników. Reprezentował zachowawcze, konserwatywne interesy zastanego aparatu biurokracji państwowo-partyjnej. Nigdy nie był komunistą, co sam przyznał w wywiadzie, i co zauważyli już dawno pozytywnie się do niego odnoszący konserwatyści i endecy, chociażby związani ze środowiskiem konserwatyzmu.pl lub profesor Łagowski. Oraz Korwin. W Anatomii siły nie kto inny jak sam Leszek Miller stwierdził, że w partii już dawno nie było żadnych radykałów, a prawdziwi radykałowie, jak - ówcześnie - guevarysta Macierewicz byli po stronie opozycji. Co więcej, sam Jaruzelski, zapobiegając możliwej gwałtownej zmianie społecznej, ułatwił przejęcie przeważającej części państwowego majątku przez aparat biurokratyczny. Już Trocki w - bodajże - Zdradzonej rewolucji jasno wykazał, że stalinowska biurokracja prędzej czy później stanie się nowymi kapitalistami. Miał rację.
Dlatego nie mogłem się nadziwić widząc biednych, zmanipulowanych idiotów prawicowych, uznających posłuszeństwo Związkowi Radzieckiemu za jedyne kryterium komunizmu generała i rok w rok protestujących przed jego domem. Powinni go wielbić za to, że uniemożliwił wprowadzenie w Polsce jakkolwiek pojętej demokracji robotniczej i przygotował grunt pod reformy rynkowe.
W Związku Radzieckim też komunizmu nigdy nie było. Odsyłam do Tony'ego Cliffa czy gościa od koncepcji biurokratycznego kolektywizmu, zapomniałem teraz, jak mu było.
Więc ja, jako lewak i nihilista, mogę cieszyć się z tego, że kat ruchu robotniczego w końcu zszedł. Ale że prawica się z tego cieszy również - to jest coś zupełnie niesamowitego. Tak to jest, jak za główne wyznaczniki prawicowości i lewicowości uznaje się nie rzeczywiste poglądy, jak należy zorganizować sferę społeczno-ekonomiczną, ale stosunek do Rosji i Matki Boskiej.
3) Idealny dobór reklamy.
Akurat ten spot był całkiem ładny. Jak na mój gust, wyglądał lepiej od spotów Europy +, chociażby pod względem zastosowanej formy.
Co nie znaczy, że płaczę po kreaturach w rodzaju pewnego byłego posła. Wręcz przeciwnie.
niedziela, 18 maja 2014
Noc Muzeów 2014 w MOCAKu
1. Samokrytyka
Noc Muzeów to bardzo poczciwa inicjatywa. Za symboliczną złotówkę można obskoczyć, jeśli komuś by się chciało, nawet kilka muzeów. Dwa lata temu byłem w Sukiennicach, zahaczyłem o Barbakan, a przybyłem tam z Huty, z Muzeum PRLu. Swoją drogą, czytając własną notkę sprzed dwóch lat muszę złożyć samokrytykę. Jestem bohaterem dynamicznym i na chwilę obecną nie użyłbym takich sformułowań, jakich wtedy użyłem, i nie przeciwko temu, przeciwko czemu ich wtedy użyłem. Pomiędzy rokiem 2012 i 2014 ostatecznie, parafrazując tytuł kultowego filmu, przestałem się bać i pokochałem postmodernizm. Optyka mi się zmieniła - sztuka jest odzwierciedleniem czasów, w jakich powstaje. Czasów rozumianych bardziej Heglowsko czy Jüngerowsko (Gestalt - nie mylić z psychologią), jako niosących za sobą określone tęsknoty, nadzieje i odciskające swój wpływ na wszystkich, którzy z nimi rezonują. Określony czas tworzy swoich mieszkańców na swój obraz i podobieństwo, a oni nie pozostają mu w tym dłużni, albo dając się modelować, albo wprowadzając coś od siebie, albo stojąc okoniem (co musi się skończyć zmiażdżeniem w trybach raz wpuszczonej w ruch [meta]historii, pradawnego mechanizmu spoza czasu i miejsca, poruszającego się przez rzeczywistość po gargantuicznym okręgu). Przynajmniej tak mi się wydaje. Interkacjonizm symboliczny daje tutaj równie dużo jak niemiecka filozofia idealistyczna i postmarksiści. Byt może niekoniecznie kształtuje świadomość, ale wyznacza jej ogólny zarys. To, co powstaje na obszarze granicznym to najciekawsze ale i najbardziej przygnębiające przypadki pozamykane we własnych światach. Grunt, to kiedyś wyjść z własnego świata do rzeczywistości w granicach jej empirycznego poznania. Mnie się kiedyś udało.
A czy rok temu gdzieś byłem? Nie pamiętam, być może.
2. W drodze
Małopolska ma pecha do powodzi. Złośliwe skojarzenie z biblijnym potopem rozpisanym na raty samo wchodzi do głowy i wykwita na wargach cynicznym uśmieszkiem, niczym szarpaną raną. Powódź ostateczną, która zabierze Dzwon Zygmunta i zgasi czerwone światła w Cocomo przetrwają przypadkowi nihiliści, których sklecona z baniaków po pięciolitrowej wodzie mineralnej tratwa rozbije się o sterczące ponad kipiel pradawne ruiny starsze niż otaczająca je cywilizacja, czyli o Szkieletora. Ciąg dalszy tej historii to będzie przecięcie się wątków z Władcy much Goldinga, Gummo Korine'a i Fear and Loathing in Las Vegas Thompsona. Z Wielkimi Przedwiecznymi w tle.
Nim ten piękny czas nadejdzie, a świat zapłacze nad pochłoniętym przez wodę i przykrytym zmytym z niebios smogiem stołecznym królewskim miastem Krakowem, wędrowiec w pocie czoła szwendający się znikąd donikąd zasłania sobie większość otaczających go widoków rozłożonym parasolem/ką. Nic nie traci, bo w okolicy i tak nie ma niczego ciekawego do oglądania, oprócz pijanych sąsiadów, których od picia pod blokiem nie odstrasza nawet siąpiący deszcz, ale przynajmniej ryzyko jest mniejsze, że zderzy się z kimś równie odciętym od otaczającej mokrej rzeczywistości.
Ktoś akurat krzyczał przeciągle, gdy przebiegłem na czerwonym świetle goniąc hamujący na przystanku tramwaj, nigdy wcześniej nie słyszałem stukotu wysłużonego wagonu na wysłużonym torowisku jako muzyki, muszę Ci podziękować za to spostrzeżenie moja droga. Jak telefon może zmienić odbiór wrażeń, zapośredniczyć przekaz. A resztę dopowie wyobraźnia. Subiektywny odbiór bodźców nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.
Tak czy owak, tramwaj podrygujący niemrawo, telepiący się nieco przy tym, sunący przez szarobury świat rozmazujący się za załzawionymi oknami dotarł na Zabłocie wcześniej, niż bym przypuszczał.
Na Zabłociu ulokowane są przynajmniej dwa muzea - Fabryka Schindlera i MOCAK.
Każdy, kto szedł w ich kierunku - bowiem leżą obok siebie - z tego przystanku zapewne nie mógł się nadziwić okolicy, przez jaką się przemieszczał. Krajobraz jest tam wybitnie post-przemysłowy, stoją po drodze ni to magazyny, ni to stare biurowce. Całe Zabłocie jako takie ma swój bardzo specyficzny klimat. Lubię tamte rejony, czuć trochę zapyziałość zbliżoną do pozbawionej złudzeń i gnuśniejącej przebrzmiałości podobnych rejonów w moim rodzinnym mieście. Nie mam na myśli rzecz jasna tych bardziej uprzątniętych i wyperfumowanych zakamarków okolicy. One są nudne i nie na miejscu.
Tak jak się spodziewałem, przed Fabryką stała kolejka zaczynająca się jeszcze pod restauracją stojącą kawałek od budynku muzeum. Byłem tam kiedyś. Bardzo intensywny obiekt, dużo zaprezentowanych materiałów, przedstawionych nieraz na świeże i pomysłowe sposoby. W takich muzeach jednak niewiele się zmienia na przestrzeni lat, bo główna ich forma pozostaje taka sama. Podobnie odczuwam Sukiennice czy stare, dobre Muzeum Archeologiczne.
Co innego ten enfant terrible krakowskich muzeów, MOCAK, czyli Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie. Tutaj, również w zgodzie z moimi przewidywaniami, kolejki żadnej nie było. Nie ma się czemu dziwić. Współczesność zestawiona z Krakowem to oksymoron. Nad tym miastem unoszą się wciąż niedoegzorcyzmowane demony przeszłości, jak nie panie, kiedyś to byliśmy stolicą to okno papieskie, jak nie mentalność austro-węgierskiego urzędasa średniego szczebla bardzo popularna wśród zwłaszcza starszej populacji autochtonów to niezagojone rany po getcie czy po czymkolwiek. Czasem aż człowiek sobie myśli, że jakby z jaskini pod Wawelem wyszła jakaś pradawna gadzina i spowiła cały obiekt piekielnym ogniem, żeby nie przetrwał żaden arras ani żadna trumna w krypcie wawelskiej, to nic strasznego by się nie stało. W końcu już Marinetti pisał pozwólcie nam wybetonować śmierdzące kanały gruzem zgniłych starych pałaców. Miał na myśli Wenecję, ale w Krakowie też sporo śmierdzących kanałów by się znalazło. Kanałów metaforycznych. Miałem kiedyś sen, w którym na zapuszczonych gruzach Kościoła Mariackiego wyrósł Święty Gaj poświęcony Welesowi, ekumenicznie użyczany również wiccanom i tym, którzy tak jak ja oczekują na immanentyzację eschatonu. Obudziłem się wzruszony.
Sztuka współczesna w ogóle ma przechlapane. A to ktoś z obsługi niechcący posprząta eksponat, bo pomyli go z rozrzuconymi śmieciami, a to jakiś śmietnik historii przyjdzie protestować przeciwko sztuce, przeciwstawiając jej - ni z gruchy, ni z pietruchy - niższe podatki. Są bowiem tacy, głównie na naszym rodzimym podwórku, co mają nerwicę natręctw - wszędzie widzą wszechogarniające państwo kradnące im wszystkie dochody i zabierające im dzieci, po czym oddające Bogu ducha winne dziatki do genderowych przedszkoli i na wychowanie parom homoseksualistów. Zazwyczaj w swojej masie ograniczają się tylko do narzekania, więc nie ma co się nimi przejmować. Szkoda tylko, że ich narracja jest bardzo rozpowszechniona.
3. MOCAK
Ale odszedłem od tematu. Pierwsze, co zastałem po wejścia do gmachu MOCAKu, to miłą panią, która kazała mi zostawić przy wejściu parasolkę. Zostawiłem więc ją. Parę godzin później zdumiałem się, gdy jej nie znalazłem. Postanowiłem więc zabrać inną, najbardziej przypominającą mój zaginiony egzemplarz. Przykro mi. Jeśli ktoś przeze mnie wrócił do domu mokry i przeziębiony - cóż, niezbadane są ścieżki doboru naturalnego. Chociaż nie - a nóż widelec uczyniłem czyjeś życie lepszym. Być może wziąłem parasolkę należącą do jakiejś wrażliwej hipsterki, do której podszedł/a, gdy mokła smutno gdzieś przed budynkiem, alternatywny/a artysta/ka, objął/eła ją czule ramieniem, osłonił/a własną parasolką i zabrał/a do siebie, gdzie resztę wieczoru spędzili uprawiając seks w czasie zaimprowizowanego na macbooku przeglądu filmów Jodorowsky'ego z wyciszonym dźwiękiem i zapętlonymi płytami Marii Peszek w tle.
Osobiście i lubię, i rozumiem sztukę współczesną. OK, nie z definicji, więc jeśli coś jest przeintelektualizowanym bełkotem, to nie mam oporów przez użyciem tego określenia. Mimo tego i tak jestem w mniejszości. Spośród wszystkich moich bliższych, pośrednich i dalszych znajomych znam może garstkę osób, do których sztuka współczesna przemawia w jakikolwiek sposób. W samym MOCAKu na stałe znajduje się trochę eksponatów, których przesłanie do mnie nie dociera - np. obracające się walce lub jakieś coś przypominające fragmentaryczne te takie pokraczne matematyczne szlaczki w układzie współrzędnych. Nie neguję jednak podstawowego faktu - że jest to sztuka. Jakiś rodzaj sztuki. Sztuka jako taka bowiem znacząco się rozwinęła od czasu trącących nekrofilią koncepcji antycznych Hellenów od Prawdy, Dobra, Piękna. I nie warto się przez to obrażać na świat. Tak czy owak, nawet nie wszyscy obecni zwiedzający współodczuwali z tym, co oglądali. Minąłem na przykład zagubioną w budynku grupkę, jeden gość mówił do drugiego z wyraźnym przekąsem, że strzałki pokazujące kierunek do wyjścia też są elementem ekspozycji i nie warto się nimi sugerować.
Ostatni raz w MOCAKu byłem na wystawie Potrzeba wolności. Wystawa ta, w czasie gdy ją zwiedzałem, zmęczyła mnie bardziej, niż przesłuchanie kilku płyt Current 93 pod rząd. Dopiero po kilku dniach uporządkowałem sobie wrażenia, i doszedłem do wniosku, że była zajebista. Największe wrażenie zrobiły na mnie film Babel Sabiny Shikhlinskaya'ej (nie mam pojęcia, jak to odmienić, więc nawet nie próbuję) czy film Wolność wiodąca lud Cristiny Lucas, wykonany z iście wysublimowanym poczuciem estetyki, nieco oniryczny, bardzo plastyczny. Niezwykle interesujące były też obrazy pamiętające – i piętnujące – post-stalinowską biurokrację (stalinowską sensu largo) w Polsce czy Jugosławii, czy w innych miejscach za Żelazną Kurtyną, a także odwołania do akcjonistów wiedeńskich. No i przede wszystkim zapis wideo performance'u Mariny Abramović Usta Tomasza. Długo by o nim opowiadać.
Tym razem trafiłem na wystawę Zbrodnia w sztuce. Zbrodnia w rozumieniu bardzo szerokim - także około-Nietzscheańskim lub przywodzącym na myśl Jüngerowski eksces. Wystawę podzielono na dwie części - jedną dla wszystkich i drugą dla tych, którzy nie mają psychiki. Rzecz jasna, obszedłem i pooglądałem wszystko, co tylko mogłem i co mi się chciało oglądać, i część dla koneserów nie zrobiła na mnie wrażenia czegoś faktycznie obrazoburczego i kontrowersyjnego. Problem w tym, że mnie mało co rusza, a pewnych gałęzi sztuki współczesnej, które lubię i o których można poczytać chociażby w Trans/wizjach w MOCAKu i tak nigdy nie będzie, bo skończyłoby się to wizytą Episkopatu i publicznymi egzorcyzmami przed budynkiem muzeum. A potem stereotypowi mieszkańcy województwa przyszliby z pochodniami.
Jasny gwint, znowu odszedłem od tematu. Ta notka jest wszystkim, tylko nie notką o Nocy Muzeów. Mea maxima culpa. Tak czy siak, wielość form, kształtów, różnorodność treści i podejść do niej zaskoczyła mnie pozytywnie. Żeby nie zapomnieć, co właściwie mi się spodobało, robiłem zdjęcia opisów. Jak na złość, coś mi się schrzaniło z telefonem (a mogłem zabrać normalny aparat, chyba nikt by się nie obraził) i część z tego gdzieś znikła jak sen. Przez co może się to wszystko niżej wydać dość chaotyczne. Nie zamierzam też rzecz jasna wymienić tu każdego jednego eksponatu, bo zupełnie rozmijałoby się to z celem. Ot, krótki przegląd tego, na co zwróciłem uwagę i co z jakiegoś(kolwiekbądź) powodu zapamiętałem. Wszystkich eksponatów imię jest Legion.
Tam, gdzie w ramach Potrzeby wolności leżały jakieś rozsypane, gówniane kamienie, teraz stała instalacja dosyć przejmująca. W zaimprowizowanym plastikowym stawie leżał twarzą w wodzie świeży plastikowy topielec. Zobaczyć coś takiego - to było faktycznie zaskakujące. Zaskoczenie wynikało z nagłego zobaczenia czegoś takiego. To chyba była instalacja Les naufrageurs autorstwa Virginii Barre.
Zdjęć, obrazów, fotomontaży i jak się rozmaite formy, nazwijmy je umownie teraz, dwuwymiarowe i wiszące na ścianach stanowiły sporą część wystawy. Dosyć intensywnie przemawiające do (mojej chorej) wyobraźni były małego formatu obrazy Roberta Devriendta z cyklu Pasja podglądacza. Ot, na każdym z nich był niepokojący szczegół. A to fragment kobiecej nogi leżącej w krzakach (tzn. tylko fragment większej całości był na obrazie uwieczniony, artysta nie namalował urwanej kończyny), a to bardziej zastanawiające urywki.
Gobelin Z wisielcem Mariana Henela to wyprawa w wyobraźnię autora, który siedział w szpitalu psychiatrycznym za popełnianie czynów lubieżnych. Rzecz może i prymitywna, ale bardzo dosadna. Autor uwiecznił orgietkę dosyć otyłych kobiet, bliżej nieokreślonego zwierzęcia i czarownicy na miotle. W tle jest wisielec, za wisielcem na dalszym planie wybuchł właśnie wulkan.
Fotografie Andreasa Serrano z cyklu Kostnica ukazywały różne obrazy z kostnicy. Rzecz jasna, wątpię, żeby to, co uwiecznił, faktycznie uwiecznił w kostnicy, ale kto wie (to by było coś!). Tytuły kilku zaprezentowanych obrazów z serii mówią wszystko - Wielokrotne rany kłute, Wielokrotne rany kłute II, Maltretowane dziecko, Zabójstwo. Nie ma tu gore, oprócz artystycznie nachlapanej krwi gdzieniegdzie (na jednym zdjęciu bardzo obficie gdzieniegdzie). Zdjęcia są tak wykadrowane, że wyglądają dosyć poetycko, mało dosadnie, mało dosłownie.
Słownik - Ból Mladena Stilinovica to natomiast jest płaska instalacja wisząca na ścianie. Ot, strony z oksfordzkiego słownika języka angielskiego (od A do C), zamazane w treści definicji, zastąpionej jednym słowem - Pain. Tak głębokie, że w sumie nie wiem, co przedstawiające, ale też nie lubię angielskiego jako współczesnej lingua latina, więc poniekąd ból autora rozumiem.
Kilka wielkich fotografii Beat Streuliego przedstawia obrazy zjedzone przez obiektyw w przypadkowych momentach na ulicach miasta. Ot, przypadkowi ludzie w przypadkowych sytuacjach. Czy zwiedzający widzi na zdjęciu dziewczynę oddającą pieniądze komuś z rodziny lub chłopakowi - czy miłą panią rozliczającą się z alfonsem, to już zależy od zwiedzającego. Współczuję wyobraźni autorowi. Z takim podejściem musi mu być ciężko w życiu.
Bliżej mi nie znana grupa Generic Art Solutions odpowiada za wysłanie na krzesło elektryczne papieża Innocentego X. Pobawili się po prostu starym portretem siedzącego na fotelu papieża na coś bardziej elektryzującego. I to w dwóch wersjach - Studium według obrazu Portret Innocentego I i II. Twórcze. Miło było na to popatrzeć. Moja niechęć do monoteizmu poczuła się ukontentowana.
Seria fotografii Cisza Anny Orlikowskiej podobnie jak sporo innych eksponatów opierało się na domyśle, nie mówiło niczego wprost i nie przedstawiało niczego zdrożnego. Przerażające scenariusze układały się same w głowach zwiedzających. Chociaż niekoniecznie w mojej. Nieco wbrew tematowi wystawy, w takich niedookreślonych przypadkach mało co faktycznie mi się ze zbrodnią kojarzyło.
Larry Clark to autor kolejnej zaprezentowanej na wystawie serii fotografii. Tym razem stereotypowe studenckie życie, czyli ciężkie dragi, trochę seksu i broń palna. Niewielki rozmiar zdjęć, czarno-białe. Pierwsze skojarzenie - książki Burroughsa (tego od trylogii Nova, nie od Tarzana).
Wyliczanka Jarosława Kozłowskiego balansowała trochę na granicy przerostu formy nad treścią. Przynajmniej jak dla mnie. Ot, barwne szmatki ładnie oprawione, a pod nimi przymocowane do ściany miseczki z łuszczącą się farbą. Aluzja do umywania rąk niby oczywista, ale z drugiej strony - trochę to jakieś na wyrost. Chociaż z trzeciej strony łatwo o zapomnienie ludobójstwa w dzisiejszych czasach, bo jest go za dużo, za często i media nie rozczulają się nad każdym przypadkiem zbyt długo. Więc może i coś w tym jest. Bo każda taka miseczka ze szmatką ma symbolizować jedno miejsce ludobójstwa. Wszystkie zostały wypisane na ścianie dalej. Kilka nazw nic mi w sumie nie powiedziało.
Szymon Kobylarz zaprasza zwiedzających do Celi Pana Jana Kolano. Model celi został otoczony fragmentami historii opowiadanej przez odbywającego karę pozbawienia wolności Jana Kolano, któremu władze więzienia utrudniały zgłębianie we własnym zakresie i na bakier z przepisami więzienia nauk ścisłych. Na swój sposób tragikomiczna historia.
Na wystawie znalazło się kilka asamblaży Daniela Spoerri. Wszystkie opierały się na jednym - genialnym w swojej prostocie - pomyśle. Do archiwalnych fotografii policyjnych przedstawiających zwłoki autor dodał zwisające ze zdjęć, przymocowane do zdjęć, wbite w zdjęcia przedmioty, które też na tych zdjęciach są i które albo spowodowały zgon, albo mogły go ułatwić, albo po prostu bardzo pasują użyte tak, jak autor ich użył. Tych asemblaży było sporo. Największe wrażenie zrobiły na mnie Kapelusze, To może wpaść do oka (wiele ogromnych, ostrych narzędzi powbijanych w zdjęcie przedstawiające twarz), Monokl; Oczy wyjedzone przez szczury, Śmierć przez utonięcie (samobójczyni obciążyła się cegłami i drutem - autor dołożył do zdjęcia cegły zwisające na plątaninie drutów), Założyć pętlę czy nie zakładać; Wisielec. Lubię takie przekraczanie form, zwłaszcza, jeśli wykonane jest na wysokim poziomie, jak w omawianym przypadku.
Danny Devos to znowuż autor sporej ilości zademonstrowanych na wystawie rzeźb/instalacji, nierzadko z ruchomymi elementami. Wszystkie były głównie z drewna i metalu. Jedne były dosyć (niezamierzenie) komiczne - machająca szponami bryła Bestia z Jersey - inne faktycznie pomysłowe, złożone konstrukcje - Czarna Dalia, Norman Bates kocha sztukę.
Grafiki Rafała Bujnowskiego z cyklu Arsoniści bardzo oszczędną formą potrafiły przekazać spory ładunek treści.
Dziwna instalacja z kapiącą cieczą na rozgrzane płyty znajdowała się w sali, w której panował przyjemny półmrok.
Chyba tyle z samej wystawy czasowej. Jak najbardziej na plus. Nie chciało mi się przesiadywać przy puszczanych licznie filmach/klipach/czymkolwiek takim. Na kilka przelotnie rzuciłem okiem, przechodząc obok. Coś ze stworem zrobionym z wypełnionej czymś gumowej rękawiczki było naprawdę dobre. Film propagujący antypolską ideologię gender też był ok. Za to coś z artystą leżącym półnago na brzegu rzeki już nie bardzo przypadło mi do gustu.
Po reszcie muzeum też się przeszedłem. Tu już było trochę gorzej. W sumie nie zauważyłem nawet w pierwszej chwili, że pojawiły się nowe eksponaty na ekspozycji stałej. Za to miło było odświeżyć sobie Sasnala, jego symulakr z symulakru czyli obraz przedstawiający kadry z gry komputerowej Need for Speed III oraz obraz w 3D, czyli Apteczkę (lub jak się to właściwie zwało, zapomniałem).
Trollujący rzeczywistość Leopold Kessler nadal udawał, że naprawia wyświetlacz na dworcu lub jakby nigdy nic ubrany w kamizelkę odblaskową robotnika drogowego dziurawił znaki drogowe. Jeśli chciał wykazać, że zaufanie do określonego uniformu czyli funkcji społecznej spełnianej przez jego nosiciela powinno być ograniczone, to udało mu się to świetnie.
W osobnej salce przedstawiono fotografie Walkera Evansa. Fotografował przypadkowych ludzi, zwyczajne przedmioty, zwyczajne sytuacje. Lubię modernizm, więc miło było się na zebrane zdjęcia pogapić.
Na odchodnym wszedłem do sali kinowej znajdującej się w głównym budynku muzeum i obejrzałem krótki film o Zabłociu. Sposób, w jaki Zabłocie zostało w nim przedstawione nieco pokrywa się z moja opinią o tym terenie.
Nie miałem niestety czasu, by iść na wystawę w czytelni. Szkoda, bo być może skłoniłaby mnie do przemyślenia stanowiska w kwestii antypsychiatrii, na który to nurt spoglądam z przyjaznym zainteresowaniem, przynajmniej na umiarkowane jego manifestacje. Ale może się jeszcze raz tam kiedyś przejdę. Albo i nie, kto to wie.
Podsumowując, jestem z tegorocznej Nocy Muzeów całkiem zadowolony. Oglądnąłem trochę ciekawych eksponatów, trochę mniej ciekawych, niektóre będę mógł kiedyś wymienić wśród jakiś tam odległych inspiracji, niektórych już nie pamiętam. Tak czy siak, jeśli się ma odpowiednie podejście, to sztuka współczesna nikogo nie pogryzie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

