Pokrótce zmienia niniejszym nazwę na Czas na Cokolwiek. Czemu tak? Bo tak. Bawmy się, w końcu na końcu wszyscy umrzemy. Numeracja będzie kontynuowana.
***
Byłem na Jagaconie. Miałem być od piątku (jej, ile to już czasu w sumie minęło, ile piątków), ale nie wyszło, byłem w sobotę i niedzielę. Dobrze było zobaczyć starych i nowszych znajomych i przyjaciół, nie będę wymieniać nikogo, bo 1) kompletnie Was nie interesowałoby czytanie o tym jak pozdrawiam kumpli jeszcze z liceum, 2) jeszcze pominąłbym kogoś i ten ktoś poczułby się obrażony.
Nie wiedziałem, jak mi się poustawia grafik w robocie i urlopy, ostatecznie ustawił się zbyt późno by mi się chciało jechać tam z prelekcją. Ale za rok może będę miał możliwość lepszego zaplanowania wielu różnych rzeczy, bez niepewności do ostatniej chwili, czy w ogóle uda mi się tam wyrwać.
Widać wyraźnie rozwój samej imprezy, dużo bloków, punkty programu rozplanowane do godzin porannych. Droga przez las na dworzec kolejowy była oznaczona przyzwoicie.
***
Zgodnie z przepisami Unii Europejskiej musisz informować użytkowników z
krajów unijnych o plikach cookie wykorzystywanych na Twoim blogu. W
wielu przypadkach przepisy wymagają również uzyskania ich zgody.
Aby ułatwić Ci spełnienie tych wymagań, dodaliśmy na Twoim blogu
powiadomienie o wykorzystywaniu przez Google określonych plików cookie
Bloggera i Google, w tym plików cookie usług Google Analytics i AdSense.
Na Tobie spoczywa obowiązek upewnienia się, że to
powiadomienie jest odpowiednie dla Twojego bloga i wyświetla się na nim
prawidłowo. Jeśli stosujesz inne pliki cookie, na przykład związane z
dodaniem funkcji innych firm, to powiadomienie może nie być
wystarczające. Dowiedz się więcej o tym powiadomieniu i Twoich obowiązkach.
Chłodna historia blogspocie.
***
Bardzo poczciwa gra - Sad Satan (link do artykułu o niej, nie do niej jako takiej)
***
Powrót do Krk po urlopie nad morzem potrafi zaboleć - dopiero po detoksie w świeżym nadmorskim powietrzu czuć jakim syfem tutaj człowiek oddycha na co dzień.
***
W ciągu ostatniego czasu miałem niewątpliwą przyjemność narażenia na
szwank oczu oraz kręgosłupa przy sporej ilości książek i filmów, jakby
siedzenie przy kompie w pracy ~8 godzin/dzień nie było wystarczająco
autodestrukcyjne.
Guy N. Smith Szatan
Klasyk Phantom Pressu. Kuriozalne czytadło, niezłe w swojej kategorii, ale cała ta kategoria to takie książkowe Birdemiki. Wskrzeszony pierwszy sekretarz KC KPZR wprowadza bardziej hardkorową wersję stalinizmu, do tego dysponuje nadludzkimi zdolnościami.
Widać dość konserwatywne poglądy autora, jest sporo rozmaitych uproszczeń (Crowley jako wraży satanista, itp.). Pozycja w sam raz do przeczytania w pociągu. Mój egzemplarz wypożyczyłem z biblioteki, gdzie ktoś go oddał w darze (bardzo mocno brzmi to słowo, ale jest nawet naklejka na okładce od środka - TA KSIĄŻKA JEST DAREM OD CZYTELNIKA. Sądząc po cenie napisanej ołówkiem z tyłu książki - 1zł - ten ktoś przynajmniej nie przepłacił.
Guy N. Smith Przyczajeni
Thriller bez wątków ponadnaturalnych (co ostatecznie wyjaśnia się na zakończenie), dosyć mdły i niczym się nie wyróżniający pośród setek podobnych pozycji. Pisarz z rodziną przeprowadzają się do zabitej dechami wiochy, której mieszkańcy bardzo nie lubią obcych i nie kryją się z tym. Wprowadzają się do starego domu, o którym krążą mroczne i mrożące krew w żyłach legendy.
Mam pisać dalej? (pyt. retoryczne).
Też dar od czytelnika. Kosztowała 2zł. Tym razem ten ktoś przepłacił.
Zastanawiam się czasem, czemu w ogóle tracę życie na czytanie czegoś takiego. To chyba sublimacja nieuświadomionego masochizmu, nie znajduję innego wytłumaczenia.
F. Paul Wilson Twierdza
Kolejny klasyk z lat '90, tym razem jednak nie Phantom Press tylko Amber Horror. II wojna światowa, oddział Wehrmahtu pod dowództwem nieco jungerowskiego Prusaka zostaje przerzucony do Rumunii, gdzie zajmuje tajemnicze zamczysko. Pazerni żołnierze budzą Coś, co zaczyna ich mordować. Sprowadzony na miejsce oddział SS nie radzi sobie z sytuacją. Wyjście z sytuacji znajduje sprowadzony ze stolicy żydowski profesor, któremu udaje się skontaktować ze złem zamieszkującym tytułową twierdzę.
Sympatyczne czytadło w ciekawy sposób nawiązujące do wątków wampirycznych, do tego kilka nawiązań do Lovecrafta. Napisane/przetłumaczone dużo lepiej niż Smithy Phantom Pressu, ale w gruncie rzeczy nie wyrasta poza poziom literatury wagonowej.
Wiesław Myśliwski Traktat o łuskaniu fasoli
Cała książka ma formę monologu człowieka łuskającego fasolę, mieszkańca/strażnika osiedla domków letniskowych na zupełnym wypizdowie, do którego przychodzi tajemniczy nieznajomy. Czasem monolog bardziej przypomina rozmowę, ale kwestii tego drugiego bohatera nie widzimy. Być może tej postaci po prostu nie ma, widnieje tylko dla narratora.
Od spostrzeżeń ogólnych i historii o życiu (bardzo bogatym życiu, pełnym zwrotów akcji, dodajmy) autor wychodzi do rozważań natury ogólnej o człowieku i świecie.
Mimo dosyć statycznej formy czyta się bardzo dobrze, przestoje w akcji i przeskoki w fabule nie przeszkadzają. Autor nie popada w patos, nie użala się nad sobą, ze szczegółami odnotowuje zapamiętane szczegóły swojego życia, jak radził sobie z losem rzucającym go po Polsce i świecie. W opowieściach snutych przez niego jest wiele czułości, pogodzenia się ze sobą, łagodnej melancholii.
Nie każdemu przypadnie do gustu, ale gorąco polecam.
Andrzej Stasiuk Nie ma ekspresów przy żółtych drogach
Rzecz dużo dojrzalsza niż wczesna Dukla. Mniej tu egzystencjalnego niepokoju, więcej melancholijnego pogodzenia się z rzeczywistością, chociaż z morzem uśpionych konfliktów z samym sobą w tle.
Zbiór reportaży, felietonów i pozycji pośrednich pierwotnie publikowanych przez autora na łamach rozmaitych periodyków. Znów mamy wiwisekcję własnych wspomnień, światło i jego wpływ na ludzi i krajobraz, wyraźnie odczuwaną więź z naturą, gorączkę podróżowania oraz obrazy bardzo mocno siedzące gdzieś w głębi autora (jak świnie karmione małżami). O czymkolwiek Stasiuk by nie pisał, czuć, że to Stasiuk. Wyżej od tej pozycji stawiam jednak Duklę. Sięgnę kiedyś po inne książki autora.
Fritz Daum Wil Scott wyjęty spod prawa
Niemiecki western dla młodszych czytelników. Urocze przygodowe czytadełko (momentami bardzo ale to bardzo dziwnie przetłumaczone) o młodym gniewnym wchodzącym w konflikt z prawem w imieniu wyższych racji. Główny bohater oczywiście dysponuje niemożliwymi zdolnościami strzeleckimi, wychodzi cało z najgroźniejszych opresji, itd.
Pierwsza część trylogii. Dorwałem na targu za 5zł, w sumie nie żałuję.
China Miéville Miasto i miasto
Kryminał czerpiący pełnymi garściami z noir jak i weird i podobnych (czuć gdzieś tam Schulza). Opowieść o niesamowitych tytułowych miastach, wplecionych umiejętnie w realia postzimnowojennego świata. Wykreowani bohaterowie i ich pogmatwane losy, morderstwo spajające fabułę, polityczne spiski mające miejsce gdzieś w tle, potężne służby dysponujące magicznymi wręcz zdolnościami, to wszystko to blaga, tło, pierdoły, tak naprawdę jest to historia o ponad-historycznym i wręcz metafizycznym Mieście i Mieście, dwóch potężnych konstruktach, Państwach w Państwach i Miastach w Miastach. Będąc w jednym musisz "przeoczać" drugie, chociaż często granice biegną wzdłuż ulicy czy kroją dany budynek na dwie części. Nie da się całej złożoności i odrealnienia świata przedstawionego opisać w kilku zdaniach. Zwyrodniała, panoptyczna struktura Miast, odciskających niezatarte piętno na swoich mieszkańcach, budynki żyjące własnym życiem, przestrzenie pomiędzy, ludzie podporządkowani przerastającym ich wyobrażenia dziwacznym prawom, zredukowani do mrówek zamkniętych w przytłaczających kompleksach - to główne tezy autora, prawdziwy sens i treść książki.
Gorąco polecam.
China Miéville Żelazna rada
Kolejna część cyklu, jednak da się czytać bez poznania pozostałych. Trochę estetyki westernowej, mutacje magiczno-genetyczne, przytłaczające swoim rozmachem państwo i miasto pełne slumsów, walka klas, ścierające się ze sobą i z władzą frakcje, tajne wojny, pradawne demony, obce bóstwa, dziwaczne rasy i rozmaite bestie...
A całość zadziwiająco spójna. Trochę steampunk, trochę dark fantasy, trochę manifest polityczny autora (który, przypomnijmy, jest marksistą i aktywnym działaczem politycznym - trockistą). Do tego jest bardzo melancholijne i w gruncie rzeczy trudne do przewidzenia. W gruncie rzeczy Miasto i miasto jest dużo lepszą pozycją tego autora.
Leigh Brackett Rio Bravo
Klasyczna pozycja amerykańskiej autorki, zekranizowana przez Howarda Hawksa w 1959. W kultowym westernie Rio Bravo grali m.in. John Wayne czy Dean Martin. O ile od westernów amerykańskich znacznie bardziej trafiają do mnie eurowesterny (przede wszystkim spaghetti), to do tego obrazu zawsze będę z sentymentem/z sentymentu wracał. Obiektywnie trzeba przyznać, że motyw jest oklepany, tłumaczenie nie najlepsze, zakończenie bez wyrazu (chociaż hmm wybuchowe); mimo tego jest to na tyle poczciwe że można się skusić, zwłaszcza jak ktoś zna film. Książka trafia się czasem w antykwariatach.
Hermann Hesse Wyższy świat
Nowe wydanie książki znanej wcześniej u nas pod tytułem Pod kołami. Historia o wrażliwym chłopaku, który za namową nauczycieli i rodziny stara się dostać do dobrej, państwowej szkoły, po której stanęłaby przed nim otworem kariera (protestanckiego) duchownego lub urzędnika państwowego wyższego szczebla. Sytuacja przerasta głównego bohatera, żałuje, że nie mógł cieszyć się życiem i młodością jak rówieśnicy. Gdy udaje mu się zdać egzaminy i trafić do wymarzonej szkoły, sytuacja przerasta go jeszcze bardziej. Do tego zaprzyjaźnia się z buntownikiem, co przynosi oczywiste konsekwencje i prowadzi w ostateczności do smutnego finału.
Refleksyjna historia o sensie życia, poszukiwaniu swojego miejsca w świecie i sensowności podejmowanych decyzji. Nic odkrywczego ale nieźle się czytało.
William Gibson Trylogia Ciągu
Czyli Neuromencer, Graf Zero i Mona Liza Turbo wydane w jednym tomie - pokaźnej cegle w twardej oprawie. Jedna z pierwszych trzech część nowej serii wydawniczej Wydawnictwa Mag - Artefakty. Mieli wypuścić tę serię zamiast Uczty Wyobraźni, jednak ta seria nadal jest kontynuowana (i bardzo dobrze).
O Neuromancerze szmat czasu temu już gdzieś na tym blogu pisałem; dopiero po przeczytaniu wszystkich części trylogii widać w pełni cały obraz i cały sens historii opowiedzianej przez Gibsona. Poszczególne części dzieją się w różnych odstępach czasu, część bohaterów się powtarza, część znika z areny dziejów świata przedstawionego po jednym tomie. W gruncie rzeczy jest to metafizyka cyberprzestrzeni, opowieść o ogromnym symulakrze prawdziwej rzeczywistości który staje się samoświadomy jako taki. Sama wizja się nie zestarzała (zarówno tego symulakru jak i świata przedstawionego) - szczegóły są i będą inne, ale jesteśmy całkiem blisko takich czasów. Bardzo dobrym pomysłem było wydanie tego w jednym tomie. Więcej osób, również młodszych czytelników będzie miało możliwość zapoznania się z tym klasykiem. Jeśli nie odpadną od momentami dość hermetycznego języka, będą się dobrze bawić.
***
Oglądam na bieżąco drugi sezon True Detective (tzn. co środę-czwartek, kiedy na torrentach jest już kolejny odcinek w dobrej jakości). Oprócz natężenia problemów głównych bohaterów na granicy absurdu pierwsze co rzuca się w oczy to przerost formy nad treścią - mnóstwo symboliki i odniesień nawrzucanych dla samego nawrzucania (jak książka Mistrza Eckharta leżąca na stoliku w domu Velcoro w jednym z odcinków). Symbolika zawarta w pierwszym sezonie dorobiła się naprawdę dobrych, wyczerpujących analiz (np. Power and hunting in "True Detective") od czasu do czasu nawet w wykonaniu uznanych akademików (Mesjasz w piekle Luizjany prof. Mikołejki). W przypadku drugiego sezonu mam nieodparte wrażenie że twórcy chcieli nawrzucać do fabuły i świata przedstawionego jak najwięcej różnych rozmaitości. Widząc kolejne perypetie bohaterów czasem po prostu się śmieje, z tego jak bardzo serial zmierza w stronę niezamierzonej, przejaskrawionej autoparodii. Do końca sezonu drugiego już bliżej niż dalej, niezależnie od tego, że ten sezon to chała, jestem bardzo ciekawy, jak się ta historia skończy - jeśli się skończy w tym sezonie.
czwartek, 30 lipca 2015
środa, 8 lipca 2015
Odpryski/Opowieści dziwnej treści split
Czy wiecie, co to jest osadnik?
Być może niektórzy wiedzą, ale i tak wyjaśnię.
Osadnik to rodzaj basenu, pół/otwartej przestrzeni, zazwyczaj o żelbetowych ścianach, metalowych barierkach i również żelbetowym bądź cholera wie jakim podłożu. Zazwyczaj w jednej ze ścian widnieje otwór kanału, prowadzącego cholera wie gdzie, rozdzielającego się na plątaninę rur, prowadzącego całą skomplikowaną plątaniną rur do wanien i kadzi.
Do osadnika spuszczano (a może i gdzieś jeszcze taka infrastruktura funkcjonuje, niczego nie można wykluczyć) najróżniejszą chemię, szkodliwe trucizny, substancje żrące, wszelki syf, odrzuty z wytrawiania/impregnowania/cokolwiek powłok, lakierów, farb; zbiorniki te zazwyczaj lokowano gdzieś za danymi zakładami, ale na ich terenie, w lasach, na łąkach, odludziach.
Chemikalia parowały sobie spokojnie, dorzucano do nich tonę innej chemii i/lub wapna. Gdy wapno rozłożyło, co tylko mogło wchłonąć/rozłożyć, szlam był wywożony do utylizacji gdzieś indziej.
A w i blasku dymiących kominów, wśród refleksów światła pełzających po częściowo wybitych szybach wieżyczek strażniczych, wśród rdzawych zacieków z drutu kolczastego zwisającego smętnie nad krzywym żelbetowym płotem, tęczowo mieniące się mikstury zabierające życie zewsząd ze swojego szlaku nie raz i nie dwa rozpływały się po łonie matki ziemi po drodze do takiej czy innej rzeki, wyciekające przez szczeliny w poszyciu lub przelewające się górą.
Paradoks - dopiero po upadku większości zakładów na przełomie końcówki '80/I połowy '90 środowisko odetchnęło, odbierając co jego, skrywając niejedną ludzką tragedię pod źdźbłami trawi przebijającymi się przez stopniowo zmieniające się w piach lub zakalec z kamienistymi rodzynkami pytami chodnikowymi. Podobno po raz pierwszy od bardzo wielu, zbyt wielu lat, akurat do tej jednej rzeki wróciły raki.
Kurwa mać, jak ten czas leci. Jeszcze przed 2008 rokiem wszędzie było ich pewno. Mniej lub bardziej znajomych twarzy. Sporo z nich wbiło się w pamięć niczym drzazgi. Tak już mam, przeglądam wspomnienia, zwłaszcza te najdawniejsze, jak kolekcję blizn, ekwiwalent prawdziwych blizn, które nawet jeśli były, na przestrzeni lat zniknęły (i dobrze zresztą, zazwyczaj przypominały jedynie o własnej głupocie). Nie było wtedy gdzie iść, więc szliśmy tam, gdzie było blisko, gdzie byliśmy sami ze swoimi marzeniami, naiwnością, pierwszymi młodzieńczymi problemami, nadziejami, ze swoimi demonami. W krzakach nad rzeką, pod mostem takim czy innym, w ruinach fabryki farb i lakierów, na terenie równie skażonym jak nasze rozgorączkowane myśli uczyliśmy się życia. Czasy, gdy piwo, fajki (nie wciągnąłem się), wóda i mocniejsze alkohole oraz wszelkie inne substancje, zazwyczaj nielegalne, a także dziewczyny (da się je podciągnąć pod "wszelkie inne substancje") były jeszcze czymś nieznanym, czymś obcym, nieznanym terytorium na które wkraczaliśmy ochoczo i z podniesioną głową. Nasze małe przestrzenie wyrwane całemu światu, gdzie nie obowiązywały jego prawa i uwarunkowania.
Mój rocznik rozjechał się po świecie. Szlag trafił wiele przyjaźni, wiele nocnych rozmów i cichych szeptów pozostało tylko w przebłyskach wspomnień, czasem wracających samych z siebie, czasem zupełnie nieproszonych.
Skończyło się na tym, że po obejściu starych, tak dobrze znanych, śmieci (czasem dosłownie) dwóch około-korposzczurów bądź po studiach (ja), bądź kończących studia (on) poszło pić jakieś gówniane smakowe piwa na stary osadnik. Zostało nas w sumie dwóch. Dwóch tam i wtedy. Na przeciwko wszystkiego, co było wcześniej. W sumie nie został już nikt, bo i jesteśmy już zupełnie inni. Smażyło nas lipcowe słońce, takie samo co wiele razy lata temu, tematy do rozmów jednak poszły z biegiem czasu. Bliższe tym, którym bliżej już do 30tki niż 20tki. Co zrobić z mieszkaniem po rodzicach, gdy umrą - a nawet nieśmiertelne postaci drżą przed potęgą nieubłaganego czasu, a ty widzisz, że każdy koniec to przede wszystkim koniec - jakiś tam początek jest ewentualnością, wcale nie musi faktycznie nastąpić. Co zrobić z domem po dziadkach, gdy umrą. Gdzie się wynieść, i dlaczego byle dalej stąd, gdzie nic nie ma, a to co jest, stopniowo gnije. Skąd wziąć kasę na życie, na mieszkanie, na przyszłość - równie złudną jak teraźniejszość. Dlaczego Kraków ssie i najlepiej wynieść się i stamtąd. Kiedyś. Słowo klucz: kiedyś. Jeden z wielu zardzewiałych kluczy, nie otwierających niczego.
Byli tacy, co zostali, owszem. Kilkoro z nich to obecnie alkoholicy. Byli tacy, co wracali, owszem. Jak na razie jest jeden samobójca. Pewnie jeszcze kilku ich przybędzie. Były śluby i rozwody, były wielkie tragedie i wielkie radości, wszystko zmieszane w jedną ciastowatą, ubitą na jednolitą papkę masę wspomnień. Wszystkie tak wyblakłe, wszystkie zalane cynicznym doświadczeniem późniejszych lat. Z perspektywy czasu nawet wybuch supernowej byłby kompletnie bez znaczenia. Sami gasimy z czasem własne supernowe.
Nie no, sporo sobie jakoś radzi. Przeglądam czasem profile w takim czy innym serwisie społecznościowym znajomych sprzed wielu, wielu lat - ileż tam samotnych matek, iluż starych kumpli nie widzianych od 7+ lat jest teraz tatusiowatymi Januszami. Iluż. Inni radzą sobie nieźle rozrzuceni po Polsce bądź świecie. Lepiej lub gorzej - z grubsza do przodu.
Ściany osadnika, nie używanego od około 30 lat, pokrywały graffiti z innych czasów. W żadnym innym miejscu miasta nie przetrwały tak stare malunki. Jakieś gówna w stylu "Skinheads" przyozdobione krzyżami celtyckimi trafiają się jeszcze gdzieniegdzie, poza tym są ponadczasowe więc wciąż wyrastają w nowych mutacjach, zwłaszcza w tak gnijącym środowisku i czasach, gdzie najgłupsze rozwiązania zapewniają elementarny sens i poczucie własnej wartości. Inne jednak to relikty. Wyobraźcie sobie - napisy twardym, jakby technicznym pismem - "LEON ZAWODOWIEC" (aż sprawdziłem, wyszedł w 1994 roku), "PHILIPS". Malunek przedstawiający paczkę Malboro. Zakapturzony mnich z hakiem zamiast dłoni, wystającym spod warstw szaty. Pamiątki z czasów sprzed powszechnego dostępu do mediów społecznościowych czy telefonów komórkowych (o smartfonach nie wspominając). Pamiątki z czasów, kiedy mak był dużo bardziej popularny od konopi.
Ciekawe, co oni robią teraz. Kim są, gdzie są. Czy jeśli zostali na miejscu, chodzą starymi ścieżkami, przynajmniej tymi które zarosły (a zarosły nawet ścieżki sprzed ~7 lat, co dopiero sprzed przeszło dwukrotnie dłuższego okresu czasu), czy i co wspominają. Czy niczego nie żałują. Czy uśmiechają się na widok napisów wykonanych dawno temu własnymi dłońmi.
Moje rodzinne miasto jest miastem żelbetu. Żelbetu i lasów. Chwastów stopniowo wchodzących na rozpostarte przestrzenie torów, plątaniny zieleni pochłaniającej spękane ściany fabrycznych hal i innych wszelkiego rodzaju ruin. Spośród rdzawych zacieków wyrasta mech. Krzaki, chwasty, dwumetrowe źdźbła traw. Płyty chodnikowe, beton, zbrojone szkło, żelbetowe latarnie uliczne. Powolna, jednostajna atmosfera postępującego rozkładu. Cisza, spokój. puste ulice ciągnące się pod rozgwieżdżonym niebem. Nieustające życie, w którym niezależnie od nieśpiesznego, meandrującego nurtu bardzo łatwo można zahaczyć się o wystający korzeń.
Nawet burgerownia stojąca w centrum, nieopodal domu kultury (w tym kina), blokowiska i liceum - zbankrutowała. Najprawdopodobniej. Nie było informacji, że lokal przeniósł się gdzieś indziej. Istniała może ponad rok.
Być może niektórzy wiedzą, ale i tak wyjaśnię.
Osadnik to rodzaj basenu, pół/otwartej przestrzeni, zazwyczaj o żelbetowych ścianach, metalowych barierkach i również żelbetowym bądź cholera wie jakim podłożu. Zazwyczaj w jednej ze ścian widnieje otwór kanału, prowadzącego cholera wie gdzie, rozdzielającego się na plątaninę rur, prowadzącego całą skomplikowaną plątaniną rur do wanien i kadzi.
Do osadnika spuszczano (a może i gdzieś jeszcze taka infrastruktura funkcjonuje, niczego nie można wykluczyć) najróżniejszą chemię, szkodliwe trucizny, substancje żrące, wszelki syf, odrzuty z wytrawiania/impregnowania/cokolwiek powłok, lakierów, farb; zbiorniki te zazwyczaj lokowano gdzieś za danymi zakładami, ale na ich terenie, w lasach, na łąkach, odludziach.
Chemikalia parowały sobie spokojnie, dorzucano do nich tonę innej chemii i/lub wapna. Gdy wapno rozłożyło, co tylko mogło wchłonąć/rozłożyć, szlam był wywożony do utylizacji gdzieś indziej.
A w i blasku dymiących kominów, wśród refleksów światła pełzających po częściowo wybitych szybach wieżyczek strażniczych, wśród rdzawych zacieków z drutu kolczastego zwisającego smętnie nad krzywym żelbetowym płotem, tęczowo mieniące się mikstury zabierające życie zewsząd ze swojego szlaku nie raz i nie dwa rozpływały się po łonie matki ziemi po drodze do takiej czy innej rzeki, wyciekające przez szczeliny w poszyciu lub przelewające się górą.
Paradoks - dopiero po upadku większości zakładów na przełomie końcówki '80/I połowy '90 środowisko odetchnęło, odbierając co jego, skrywając niejedną ludzką tragedię pod źdźbłami trawi przebijającymi się przez stopniowo zmieniające się w piach lub zakalec z kamienistymi rodzynkami pytami chodnikowymi. Podobno po raz pierwszy od bardzo wielu, zbyt wielu lat, akurat do tej jednej rzeki wróciły raki.
Kurwa mać, jak ten czas leci. Jeszcze przed 2008 rokiem wszędzie było ich pewno. Mniej lub bardziej znajomych twarzy. Sporo z nich wbiło się w pamięć niczym drzazgi. Tak już mam, przeglądam wspomnienia, zwłaszcza te najdawniejsze, jak kolekcję blizn, ekwiwalent prawdziwych blizn, które nawet jeśli były, na przestrzeni lat zniknęły (i dobrze zresztą, zazwyczaj przypominały jedynie o własnej głupocie). Nie było wtedy gdzie iść, więc szliśmy tam, gdzie było blisko, gdzie byliśmy sami ze swoimi marzeniami, naiwnością, pierwszymi młodzieńczymi problemami, nadziejami, ze swoimi demonami. W krzakach nad rzeką, pod mostem takim czy innym, w ruinach fabryki farb i lakierów, na terenie równie skażonym jak nasze rozgorączkowane myśli uczyliśmy się życia. Czasy, gdy piwo, fajki (nie wciągnąłem się), wóda i mocniejsze alkohole oraz wszelkie inne substancje, zazwyczaj nielegalne, a także dziewczyny (da się je podciągnąć pod "wszelkie inne substancje") były jeszcze czymś nieznanym, czymś obcym, nieznanym terytorium na które wkraczaliśmy ochoczo i z podniesioną głową. Nasze małe przestrzenie wyrwane całemu światu, gdzie nie obowiązywały jego prawa i uwarunkowania.
Mój rocznik rozjechał się po świecie. Szlag trafił wiele przyjaźni, wiele nocnych rozmów i cichych szeptów pozostało tylko w przebłyskach wspomnień, czasem wracających samych z siebie, czasem zupełnie nieproszonych.
Skończyło się na tym, że po obejściu starych, tak dobrze znanych, śmieci (czasem dosłownie) dwóch około-korposzczurów bądź po studiach (ja), bądź kończących studia (on) poszło pić jakieś gówniane smakowe piwa na stary osadnik. Zostało nas w sumie dwóch. Dwóch tam i wtedy. Na przeciwko wszystkiego, co było wcześniej. W sumie nie został już nikt, bo i jesteśmy już zupełnie inni. Smażyło nas lipcowe słońce, takie samo co wiele razy lata temu, tematy do rozmów jednak poszły z biegiem czasu. Bliższe tym, którym bliżej już do 30tki niż 20tki. Co zrobić z mieszkaniem po rodzicach, gdy umrą - a nawet nieśmiertelne postaci drżą przed potęgą nieubłaganego czasu, a ty widzisz, że każdy koniec to przede wszystkim koniec - jakiś tam początek jest ewentualnością, wcale nie musi faktycznie nastąpić. Co zrobić z domem po dziadkach, gdy umrą. Gdzie się wynieść, i dlaczego byle dalej stąd, gdzie nic nie ma, a to co jest, stopniowo gnije. Skąd wziąć kasę na życie, na mieszkanie, na przyszłość - równie złudną jak teraźniejszość. Dlaczego Kraków ssie i najlepiej wynieść się i stamtąd. Kiedyś. Słowo klucz: kiedyś. Jeden z wielu zardzewiałych kluczy, nie otwierających niczego.
Byli tacy, co zostali, owszem. Kilkoro z nich to obecnie alkoholicy. Byli tacy, co wracali, owszem. Jak na razie jest jeden samobójca. Pewnie jeszcze kilku ich przybędzie. Były śluby i rozwody, były wielkie tragedie i wielkie radości, wszystko zmieszane w jedną ciastowatą, ubitą na jednolitą papkę masę wspomnień. Wszystkie tak wyblakłe, wszystkie zalane cynicznym doświadczeniem późniejszych lat. Z perspektywy czasu nawet wybuch supernowej byłby kompletnie bez znaczenia. Sami gasimy z czasem własne supernowe.
Nie no, sporo sobie jakoś radzi. Przeglądam czasem profile w takim czy innym serwisie społecznościowym znajomych sprzed wielu, wielu lat - ileż tam samotnych matek, iluż starych kumpli nie widzianych od 7+ lat jest teraz tatusiowatymi Januszami. Iluż. Inni radzą sobie nieźle rozrzuceni po Polsce bądź świecie. Lepiej lub gorzej - z grubsza do przodu.
Ściany osadnika, nie używanego od około 30 lat, pokrywały graffiti z innych czasów. W żadnym innym miejscu miasta nie przetrwały tak stare malunki. Jakieś gówna w stylu "Skinheads" przyozdobione krzyżami celtyckimi trafiają się jeszcze gdzieniegdzie, poza tym są ponadczasowe więc wciąż wyrastają w nowych mutacjach, zwłaszcza w tak gnijącym środowisku i czasach, gdzie najgłupsze rozwiązania zapewniają elementarny sens i poczucie własnej wartości. Inne jednak to relikty. Wyobraźcie sobie - napisy twardym, jakby technicznym pismem - "LEON ZAWODOWIEC" (aż sprawdziłem, wyszedł w 1994 roku), "PHILIPS". Malunek przedstawiający paczkę Malboro. Zakapturzony mnich z hakiem zamiast dłoni, wystającym spod warstw szaty. Pamiątki z czasów sprzed powszechnego dostępu do mediów społecznościowych czy telefonów komórkowych (o smartfonach nie wspominając). Pamiątki z czasów, kiedy mak był dużo bardziej popularny od konopi.
Ciekawe, co oni robią teraz. Kim są, gdzie są. Czy jeśli zostali na miejscu, chodzą starymi ścieżkami, przynajmniej tymi które zarosły (a zarosły nawet ścieżki sprzed ~7 lat, co dopiero sprzed przeszło dwukrotnie dłuższego okresu czasu), czy i co wspominają. Czy niczego nie żałują. Czy uśmiechają się na widok napisów wykonanych dawno temu własnymi dłońmi.
Moje rodzinne miasto jest miastem żelbetu. Żelbetu i lasów. Chwastów stopniowo wchodzących na rozpostarte przestrzenie torów, plątaniny zieleni pochłaniającej spękane ściany fabrycznych hal i innych wszelkiego rodzaju ruin. Spośród rdzawych zacieków wyrasta mech. Krzaki, chwasty, dwumetrowe źdźbła traw. Płyty chodnikowe, beton, zbrojone szkło, żelbetowe latarnie uliczne. Powolna, jednostajna atmosfera postępującego rozkładu. Cisza, spokój. puste ulice ciągnące się pod rozgwieżdżonym niebem. Nieustające życie, w którym niezależnie od nieśpiesznego, meandrującego nurtu bardzo łatwo można zahaczyć się o wystający korzeń.
Nawet burgerownia stojąca w centrum, nieopodal domu kultury (w tym kina), blokowiska i liceum - zbankrutowała. Najprawdopodobniej. Nie było informacji, że lokal przeniósł się gdzieś indziej. Istniała może ponad rok.
środa, 1 lipca 2015
Odpryski XLVII
Że zaczerpnę wyrażenie od Ligottiego (wraz z kontekstem tego wyrażenia): jeszcze nie skończyłem.
Chociaż czasem mam wielką ochotę pieprznąć to wszystko w diabły. Zarówno klecenie bloga sobie a muzom jak i klecenie do szuflady poronionych płodów własnej wyobraźni stało się ostatnio nieznośnie męczące. Po ośmiu (minimum) godzinach zapieprzu dziennie, w nieprzejrzystym środowisku pełnym sprzecznych zasad, niedookreślonych reguł, nieczytelnego podziału kompetencji, czasem człowiek nie ma siły nawet rozmawiać, siedzi i patrzy się w sufit, nie jest w stanie zebrać najprostszych myśli ani wykrzesać z siebie czegokolwiek bardziej kreatywnego od ewentualnego podniesienia tyłka i przeniesienia go tymczasowo do spożywczaka/alkoholi 48h. Ostatnimi czasy zrobił się ze mnie koneser łychy, cóż, skoro i tak wszyscy umrzemy, to w imieniu czego nie moglibyśmy pozwalać sobie na małe przyjemności, jeśli dziwnym zrządzeniem losu akurat nas na nie stać?
A czasem, jak już człowiek ruszy się gdzieś, by przewietrzyć zwoje mózgowe, to może np. znaleźć zwłoki na zielonym, zarośniętym skwerku między sklepem a przystankiem autobusowym. Starszy, trochę obdarty gość nadal siedział w przewróconym (na "plecy") wózku inwalidzkim i szeroko otwartymi, mętniejącymi oczami wpatrywał się w dogasające w zasmrodzonym powietrzu gwiazdy na nocnym niebie. Jak na ironię, przed wyjściem wtedy na mały chaotyczny spacer połączony z przypadkowo wrzuconymi elementami psychogeografii zdałem się na Przypadek, nastawiłem się na czerpanie bodźców z chwili, domagałem się od samego siebie subiektywnych wrażeń wywołanych przemieszczaniem się i spoglądaniem na świat z coraz to nowszych i innych punktów widzenia, różnych od uwarunkowanych. Powtarzam sobie często, że nie ma po co dać się zaskakiwać czymkolwiek, tylko trzeba z podniesioną twarzą i opuchniętymi oczami stanąć raźno i w podniosłym oczekiwaniu na kolejną dowolną historię w którą wmiesza nas życie, z drugiej strony na własny użytek mam też inną subiektywną prawdę - nic tak nie zadziwia, jak własne życie. Znów się sprawdziło. Poza takimi pożałowania godnymi incydentami składającymi się na szarą codzienność życia w Krakowie, kilka współczesnych dzielnic dawnej Nowej Huty nie wydaje się być bardziej niebezpiecznymi czy odpychającymi - nawet o drugiej, trzeciej w nocy, gdy życie wyraźnie wypala się pośród trędowatych, poszarpanych kamienic Kazimierza czy centrum, gdy kolejne fale hedonizmu rozbijają się o skały przeszywającego poczucia bezsensu - od centrum czy Kazimierza właśnie. Co prawda może faktycznie nie warto zagłębiać się w osiedla, tylko kroczyć znikąd donikąd wzdłuż głównych ulic, zawsze można też mieć pecha i natrafić na najazd orków z maczetami z innego osiedla na dane osiedle, ale to jest po prostu element lokalnego kolorytu. A tak w ogóle to Kazimierz jest ohydny, rozpadające się zabudowania wyglądają jakby odpadały z nich płaty butwiejącej materii (bo w sumie tak jest w większości przypadków), butwiejącego mięcha, jakby te wszystkie szczerbate i bezokie kamienice były trędowate. Stateczne starzenie się z godnością starej Nowej Huty, starzenie się prawie jednolitej szarości, przemawia do mnie znacznie silniej. Kazimierz to dobre miejsce by iść się napić, by zawsze o czymś pamiętać lub jak najszybciej o czymś zapomnieć, nie wyobrażam sobie jednak, jak można tam mieszkać, w każdym innym przypadku gdy nie jest się nawiedzoną, przeintelektualizowaną studentką ASP.
Mieszanina przewidywalności (odkąd poszedłem do tej pracy, praktycznie każdy mój dzień wygląda identycznie, zlewają się w jedną bezkształtną bryłę, breję, ściek godzin i dni, sporadycznie rozświetlanych przerywnikami gasnącymi zaraz po ich odpływie z teraźniejszości) i nieprzewidywalności (nie mam pojęcia, co i gdzie i czy w ogóle będę robił za 2-3 lata) bywa czasem na tyle przytłaczająca, że marzę o tym by choć na chwilę się wyłączyć, by rozmyć się gdzieś, nie myśleć, nie mieć świadomości samego siebie, nie uginać się pod ciężarem własnych uwarunkowań, nadchodzącej nocą udręki, martwego blasku gwiazd idealnie obojętnego wszechświata, nie być kolejnym gwoździem do swojej własnej przyszłej trumny.
W tym roku jeszcze nie byłem nad morzem. Może się uda ogarnąć urlop. Nie ma go dużo, ale przynajmniej jest płatny. Ja sam pod pustą przestrzenią ciągnącą się aż po horyzont wiszącą nade mną i rozpościerającą się przede mną - dla mnie to doświadczenie niemalże mistyczne. Mogę godzinami wpatrywać się w morze, w falującą materię stykającą się z niebem. Bezkształtna, przelewająca się materia jest dla mnie idealną formą życia - życia z którego na przestrzeni milionów lat wyszliśmy i my, życia trwającego, pierwotnej zupy, życia stanowiącego jedność z wszechświatem, nie podążającego za złudzeniami podsyłanymi wciąż i wciąż przez własną świadomość. Jeszcze jakiś czas temu stwierdziłbym coś zupełnie innego, stanął w obronie jednostkowej twórczości, autonomii, itp. bzdur - ale to wszystko tylko kolejne upiory zasłaniające nasze prywatne pustki.
Nie komentowałem wyników wyborów prezydenckich. W gruncie rzeczy nie ma tu niczego do skomentowania. Zamiast tego pozwolę sobie na taką luźną uwagę - im dłużej czytam w internecie komentarze moich współmieszkańców odnośnie dowolnej kwestii - od dostępności pigułek antykoncepcyjnych, przez in vitro, przez postulat zmiany nazwy warszawskiej ulicy im. Dąbrowszczaków, przez opinie o bankrutującej Grecji, po odnoszenie się do umożliwienia prawnej legalizacji związków homoseksualnych w USA na poziomie federalnym, tym częściej przyłapuję się na rozmyślaniu, by pierdolnąć to wszystko w cholerę, wyjechać na Islandię i hodować tam kozy. Ten kraj nie ma przyszłości - kolejne z moich powiedzonek, które nadużywam.
Swoją drogą, gdybym miał na kogoś zagłosować w nadchodzących wyborach - zagłosowałbym na Razem. Ale nie będę miał okazji, bo nie uda im się zarejestrować list, po czym najprędzej rozpadną się. Mimo tego, że ta partia to takie wszystko i nic, mieszanina pomysłów sensownych i mniej sensownych, patrzę na nich przychylnie o tyle, że w razie gdyby udało im się zaistnieć, mogliby spróbować przesunąć dyskurs w lewo.
Zmodyfikuję niedługo listę blogów widniejących na tym blogu po prawej stronie - albo usunę ją całkowicie. Nic osobistego, to bardziej lista dla mnie, by być na bieżąco co tam kto fajnego obczaił ostatnimi czasy czy co ma do powiedzenia, ale fakt faktem pod niektóre adresy ostatni raz wszedłem chyba w momencie gdy je do tej listy dodawałem.
Kto wie, czy coś tu w lipcu jeszcze będzie. Czytam cały czas. Oglądam coś co jakiś czas. Gram w coś co jakiś czas. Piszę co jakiś czas. Zobaczymy.
Chociaż czasem mam wielką ochotę pieprznąć to wszystko w diabły. Zarówno klecenie bloga sobie a muzom jak i klecenie do szuflady poronionych płodów własnej wyobraźni stało się ostatnio nieznośnie męczące. Po ośmiu (minimum) godzinach zapieprzu dziennie, w nieprzejrzystym środowisku pełnym sprzecznych zasad, niedookreślonych reguł, nieczytelnego podziału kompetencji, czasem człowiek nie ma siły nawet rozmawiać, siedzi i patrzy się w sufit, nie jest w stanie zebrać najprostszych myśli ani wykrzesać z siebie czegokolwiek bardziej kreatywnego od ewentualnego podniesienia tyłka i przeniesienia go tymczasowo do spożywczaka/alkoholi 48h. Ostatnimi czasy zrobił się ze mnie koneser łychy, cóż, skoro i tak wszyscy umrzemy, to w imieniu czego nie moglibyśmy pozwalać sobie na małe przyjemności, jeśli dziwnym zrządzeniem losu akurat nas na nie stać?
A czasem, jak już człowiek ruszy się gdzieś, by przewietrzyć zwoje mózgowe, to może np. znaleźć zwłoki na zielonym, zarośniętym skwerku między sklepem a przystankiem autobusowym. Starszy, trochę obdarty gość nadal siedział w przewróconym (na "plecy") wózku inwalidzkim i szeroko otwartymi, mętniejącymi oczami wpatrywał się w dogasające w zasmrodzonym powietrzu gwiazdy na nocnym niebie. Jak na ironię, przed wyjściem wtedy na mały chaotyczny spacer połączony z przypadkowo wrzuconymi elementami psychogeografii zdałem się na Przypadek, nastawiłem się na czerpanie bodźców z chwili, domagałem się od samego siebie subiektywnych wrażeń wywołanych przemieszczaniem się i spoglądaniem na świat z coraz to nowszych i innych punktów widzenia, różnych od uwarunkowanych. Powtarzam sobie często, że nie ma po co dać się zaskakiwać czymkolwiek, tylko trzeba z podniesioną twarzą i opuchniętymi oczami stanąć raźno i w podniosłym oczekiwaniu na kolejną dowolną historię w którą wmiesza nas życie, z drugiej strony na własny użytek mam też inną subiektywną prawdę - nic tak nie zadziwia, jak własne życie. Znów się sprawdziło. Poza takimi pożałowania godnymi incydentami składającymi się na szarą codzienność życia w Krakowie, kilka współczesnych dzielnic dawnej Nowej Huty nie wydaje się być bardziej niebezpiecznymi czy odpychającymi - nawet o drugiej, trzeciej w nocy, gdy życie wyraźnie wypala się pośród trędowatych, poszarpanych kamienic Kazimierza czy centrum, gdy kolejne fale hedonizmu rozbijają się o skały przeszywającego poczucia bezsensu - od centrum czy Kazimierza właśnie. Co prawda może faktycznie nie warto zagłębiać się w osiedla, tylko kroczyć znikąd donikąd wzdłuż głównych ulic, zawsze można też mieć pecha i natrafić na najazd orków z maczetami z innego osiedla na dane osiedle, ale to jest po prostu element lokalnego kolorytu. A tak w ogóle to Kazimierz jest ohydny, rozpadające się zabudowania wyglądają jakby odpadały z nich płaty butwiejącej materii (bo w sumie tak jest w większości przypadków), butwiejącego mięcha, jakby te wszystkie szczerbate i bezokie kamienice były trędowate. Stateczne starzenie się z godnością starej Nowej Huty, starzenie się prawie jednolitej szarości, przemawia do mnie znacznie silniej. Kazimierz to dobre miejsce by iść się napić, by zawsze o czymś pamiętać lub jak najszybciej o czymś zapomnieć, nie wyobrażam sobie jednak, jak można tam mieszkać, w każdym innym przypadku gdy nie jest się nawiedzoną, przeintelektualizowaną studentką ASP.
Mieszanina przewidywalności (odkąd poszedłem do tej pracy, praktycznie każdy mój dzień wygląda identycznie, zlewają się w jedną bezkształtną bryłę, breję, ściek godzin i dni, sporadycznie rozświetlanych przerywnikami gasnącymi zaraz po ich odpływie z teraźniejszości) i nieprzewidywalności (nie mam pojęcia, co i gdzie i czy w ogóle będę robił za 2-3 lata) bywa czasem na tyle przytłaczająca, że marzę o tym by choć na chwilę się wyłączyć, by rozmyć się gdzieś, nie myśleć, nie mieć świadomości samego siebie, nie uginać się pod ciężarem własnych uwarunkowań, nadchodzącej nocą udręki, martwego blasku gwiazd idealnie obojętnego wszechświata, nie być kolejnym gwoździem do swojej własnej przyszłej trumny.
W tym roku jeszcze nie byłem nad morzem. Może się uda ogarnąć urlop. Nie ma go dużo, ale przynajmniej jest płatny. Ja sam pod pustą przestrzenią ciągnącą się aż po horyzont wiszącą nade mną i rozpościerającą się przede mną - dla mnie to doświadczenie niemalże mistyczne. Mogę godzinami wpatrywać się w morze, w falującą materię stykającą się z niebem. Bezkształtna, przelewająca się materia jest dla mnie idealną formą życia - życia z którego na przestrzeni milionów lat wyszliśmy i my, życia trwającego, pierwotnej zupy, życia stanowiącego jedność z wszechświatem, nie podążającego za złudzeniami podsyłanymi wciąż i wciąż przez własną świadomość. Jeszcze jakiś czas temu stwierdziłbym coś zupełnie innego, stanął w obronie jednostkowej twórczości, autonomii, itp. bzdur - ale to wszystko tylko kolejne upiory zasłaniające nasze prywatne pustki.
Nie komentowałem wyników wyborów prezydenckich. W gruncie rzeczy nie ma tu niczego do skomentowania. Zamiast tego pozwolę sobie na taką luźną uwagę - im dłużej czytam w internecie komentarze moich współmieszkańców odnośnie dowolnej kwestii - od dostępności pigułek antykoncepcyjnych, przez in vitro, przez postulat zmiany nazwy warszawskiej ulicy im. Dąbrowszczaków, przez opinie o bankrutującej Grecji, po odnoszenie się do umożliwienia prawnej legalizacji związków homoseksualnych w USA na poziomie federalnym, tym częściej przyłapuję się na rozmyślaniu, by pierdolnąć to wszystko w cholerę, wyjechać na Islandię i hodować tam kozy. Ten kraj nie ma przyszłości - kolejne z moich powiedzonek, które nadużywam.
Swoją drogą, gdybym miał na kogoś zagłosować w nadchodzących wyborach - zagłosowałbym na Razem. Ale nie będę miał okazji, bo nie uda im się zarejestrować list, po czym najprędzej rozpadną się. Mimo tego, że ta partia to takie wszystko i nic, mieszanina pomysłów sensownych i mniej sensownych, patrzę na nich przychylnie o tyle, że w razie gdyby udało im się zaistnieć, mogliby spróbować przesunąć dyskurs w lewo.
Zmodyfikuję niedługo listę blogów widniejących na tym blogu po prawej stronie - albo usunę ją całkowicie. Nic osobistego, to bardziej lista dla mnie, by być na bieżąco co tam kto fajnego obczaił ostatnimi czasy czy co ma do powiedzenia, ale fakt faktem pod niektóre adresy ostatni raz wszedłem chyba w momencie gdy je do tej listy dodawałem.
Kto wie, czy coś tu w lipcu jeszcze będzie. Czytam cały czas. Oglądam coś co jakiś czas. Gram w coś co jakiś czas. Piszę co jakiś czas. Zobaczymy.
czwartek, 4 czerwca 2015
Pokrótce #10
Notka numer 400. Przynajmniej do czasu kolejnej czystki.
Adam Wiśniewski-Snerg Nagi cel
Czytelnik 1984, wydanie II.
Jedna z najbardziej matriksowych książek w dorobku autora. Ze Snergiem jest trochę tak, że jak przeczyta się jedną jego książkę, to jakby przeczytało się wszystkie, bo każda jedna opiera się na tym samym pomyśle i obrazuje tę samą idee fix autora - że nasz świat nie jest prawdziwy, jest reżyserowany przez nieznane, obce siły, których logika i celowość działania znajduje się poza zasięgiem ludzkiego pojmowania. Tutaj mamy wrzucenie przypadkowego bohatera do obcego świata, z którego ma on możliwość przenoszenia się do innych czasów i miejsc - tyle, że w każdym z nich ma postępować według określonej fabuły, bo wszystko jest produktem rozrywkowym. Rzecz jasna nie dość, że nie wie, co właściwie się dzieje wokół niego, to jeszcze nierzeczywistość w której się znajduje jest znacznie bardziej skomplikowana niż mu się wydawało wcześniej.
Autor zdaje się stawiać pytanie, czy w iluzji można ugrzęznąć na stałe, na dodatek z własnej woli, jeśli ma się ku temu dobry powód - po czym udziela na nie odpowiedzi twierdzącej, nawet jeśli oznaczałoby to pogoń za kolejną iluzją.
Książkę czyta się szybko, akcja toczy się wartko. Przemyślenia autora nie przytłaczają tych, dla których mają mniejszą wartość od sensacyjnej intrygi, toczącej się z licznymi zwrotami akcji.
Andrzej Stasiuk Dukla
Pierwsza książka Stasiuka jaką przeczytałem. Melancholijna i sentymentalna wyprawa w świat wspomnień autora. Słowa toczące się powoli i nieubłaganie niczym walec, miażdżące czytelnika i rozprasowujące go na czynniki pierwsze. Potężny, nihilistyczny kopniak prosto w poczucie sensu i wszystkie małe stabilizacje i punkty odniesienia czytelnika. Smoliste pasaże w które im bardziej czytelnik się zagłębia, tym bardziej ma ochotę się pochlastać. A gdy czasem wydaje się, że już, już możesz wyjść na suchy brzeg z bagna egzystencjalnego niepokoju, do jakiego zepchnął Cię autor, ten nagle staje tuż przed Twoimi dłońmi próbującymi schwycić suchą trawę i leje Ci na twarz.
Naprawdę, wiele razy miałem wrażenie, że za stronę lub dwa z rozgwieżdżonego nocnego nieba nad zapyziałymi, zapomnianymi przez ludzi i bogów miasteczkami zstąpią Wielcy Przedwieczni lub jakiś inny Cień, Ciemność. Gdyby nie brak estetyki kojarzonej z weird fiction, byłoby to weird pełną gębą. Nie ma tu linearnej fabuły, wspomnienia autora z różnych czasów i okazji przewijają się jedno za drugim, ciężkie i wyrwane z szerszego kontekstu niczym fragmenty złych snów. Obrazy zapamiętane w czasach dzieciństwa mieszają się z wyniesionymi wiele lat później. A w tle jest nieubłagany, obojętny wszechświat, równie obojętna i okrutna wobec swoich poddanych natura oraz skomplikowany i czasem nieprzejrzysty świat relacji międzyludzkich. Styl Stasiuka jest bardzo plastyczny, poetycki, zwłaszcza w odniesieniu do opisów gry światła i cienia.
Książkę uzupełniają rysunki Kamila Targosza - posępne, przyciężkie, dosyć prymitywne i oszczędne w środkach, ale szarpiące za te same struny w duszy czytelnika co kolejne obrazy wyrzygiwane przez Stasiuka z własnej pamięci.
Polecam gorąco.
Noc Muzeów 2015
Jak ten czas leci, dopiero była poprzednia Noc Muzeów, a już minęła kolejna, która staje się coraz odleglejszym wspomnieniem. Tym razem zaczęła się jak noc z bourbonem wśród odrapanych kamienic i mdłego, przesyconego rozczarowanym hedonizmem powietrzem Kazimierza (nie cierpię tej dzielnicy, jest pod każdym względem przesycona), skończyła się za to w miejscu dość niezwykłym - w Ogrodzie Botanicznym. Nie wiem, kto wpadł na pomysł udostępnienia Ogrodu zwiedzającym w Noc Muzeów, tym bardziej, że nie ma tam przecież lamp ulicznych i całe miejsce skąpane było w prawie jednolitej ciemności, ale o dziwo był to bardzo dobry pomysł. Wzdłuż głównej ścieżki ustawiono znicze - efekt był piorunujący. Przynajmniej w szklarniach włączono elektryczne oświetlenie. Obok Ogrodu jest jakieś mniejsze przyrodnicze muzeum, cała jedna salka - w poszukiwaniu wejścia tam też trafiłem. Pełen oldschool, półki z eksponatami bez żadnych udziwnień.
Byłem w kinie zarówno na Avengersach: Czasie Ultrona jak i na nowym Mad Maxie. Avengersi to w gruncie rzeczy typowo disneyowski blockbuster familijny, narzekałem głównie na różnice w stosunku do komiksów, chociaż bardzo przyjemnie się go oglądało. Filmowych Quicksilvera i Scarlet Witch wolałem w X-Menach, a ją ostatnią w komiksach - najbardziej w House of M.
O Mad Maxie zaś wypowiadali się już najróżniejsi recenzenci i publicyści, zostawię więc tylko linki do dwóch materiałów z których wypadkowa to mniej-więcej moja opinia. Klik! Klik!
Od siebie dodam tylko, że w wielu momentach samo aktorstwo jest przytłoczone przez akcję, podobnie jak dialogi, na które nie ma czasu (przy okazji - zapowiedziano Blu-Rayową wersję filmu bez dialogów, tylko z muzyką), wiele elementów świata przedstawionego to absurd. W końcu widzimy szaleństwo tytułowego bohatera (który wcale nie jest głównym bohaterem), wątek ten potraktowano jednak z jednej strony nachalnie, z drugiem - po macoszemu. On również zszedł na dalszy plan przytłoczony niekończącą się rozpierduchą. Z początku obawiałem się, że będzie mi brakować Mela Gibsona, były to jednak obawy niczym nie uzasadnione. W kategorii nieskrępowanej rozpierduchy właśnie, z elementami niegłupiego przekazu w tle, nowy Mad Max to jak dla mnie kandydat do filmu roku. Zwróćcie też uwagę na the making of, zajrzyjcie pod ten link - to nie był film ulepiony w całości na komputerze. Wszystkie pojazdy były zbudowano naprawdę.
Adam Wiśniewski-Snerg Nagi cel
Czytelnik 1984, wydanie II.
Jedna z najbardziej matriksowych książek w dorobku autora. Ze Snergiem jest trochę tak, że jak przeczyta się jedną jego książkę, to jakby przeczytało się wszystkie, bo każda jedna opiera się na tym samym pomyśle i obrazuje tę samą idee fix autora - że nasz świat nie jest prawdziwy, jest reżyserowany przez nieznane, obce siły, których logika i celowość działania znajduje się poza zasięgiem ludzkiego pojmowania. Tutaj mamy wrzucenie przypadkowego bohatera do obcego świata, z którego ma on możliwość przenoszenia się do innych czasów i miejsc - tyle, że w każdym z nich ma postępować według określonej fabuły, bo wszystko jest produktem rozrywkowym. Rzecz jasna nie dość, że nie wie, co właściwie się dzieje wokół niego, to jeszcze nierzeczywistość w której się znajduje jest znacznie bardziej skomplikowana niż mu się wydawało wcześniej.
Autor zdaje się stawiać pytanie, czy w iluzji można ugrzęznąć na stałe, na dodatek z własnej woli, jeśli ma się ku temu dobry powód - po czym udziela na nie odpowiedzi twierdzącej, nawet jeśli oznaczałoby to pogoń za kolejną iluzją.
Książkę czyta się szybko, akcja toczy się wartko. Przemyślenia autora nie przytłaczają tych, dla których mają mniejszą wartość od sensacyjnej intrygi, toczącej się z licznymi zwrotami akcji.
Andrzej Stasiuk Dukla
Pierwsza książka Stasiuka jaką przeczytałem. Melancholijna i sentymentalna wyprawa w świat wspomnień autora. Słowa toczące się powoli i nieubłaganie niczym walec, miażdżące czytelnika i rozprasowujące go na czynniki pierwsze. Potężny, nihilistyczny kopniak prosto w poczucie sensu i wszystkie małe stabilizacje i punkty odniesienia czytelnika. Smoliste pasaże w które im bardziej czytelnik się zagłębia, tym bardziej ma ochotę się pochlastać. A gdy czasem wydaje się, że już, już możesz wyjść na suchy brzeg z bagna egzystencjalnego niepokoju, do jakiego zepchnął Cię autor, ten nagle staje tuż przed Twoimi dłońmi próbującymi schwycić suchą trawę i leje Ci na twarz.
Naprawdę, wiele razy miałem wrażenie, że za stronę lub dwa z rozgwieżdżonego nocnego nieba nad zapyziałymi, zapomnianymi przez ludzi i bogów miasteczkami zstąpią Wielcy Przedwieczni lub jakiś inny Cień, Ciemność. Gdyby nie brak estetyki kojarzonej z weird fiction, byłoby to weird pełną gębą. Nie ma tu linearnej fabuły, wspomnienia autora z różnych czasów i okazji przewijają się jedno za drugim, ciężkie i wyrwane z szerszego kontekstu niczym fragmenty złych snów. Obrazy zapamiętane w czasach dzieciństwa mieszają się z wyniesionymi wiele lat później. A w tle jest nieubłagany, obojętny wszechświat, równie obojętna i okrutna wobec swoich poddanych natura oraz skomplikowany i czasem nieprzejrzysty świat relacji międzyludzkich. Styl Stasiuka jest bardzo plastyczny, poetycki, zwłaszcza w odniesieniu do opisów gry światła i cienia.
Książkę uzupełniają rysunki Kamila Targosza - posępne, przyciężkie, dosyć prymitywne i oszczędne w środkach, ale szarpiące za te same struny w duszy czytelnika co kolejne obrazy wyrzygiwane przez Stasiuka z własnej pamięci.
Polecam gorąco.
Noc Muzeów 2015
Jak ten czas leci, dopiero była poprzednia Noc Muzeów, a już minęła kolejna, która staje się coraz odleglejszym wspomnieniem. Tym razem zaczęła się jak noc z bourbonem wśród odrapanych kamienic i mdłego, przesyconego rozczarowanym hedonizmem powietrzem Kazimierza (nie cierpię tej dzielnicy, jest pod każdym względem przesycona), skończyła się za to w miejscu dość niezwykłym - w Ogrodzie Botanicznym. Nie wiem, kto wpadł na pomysł udostępnienia Ogrodu zwiedzającym w Noc Muzeów, tym bardziej, że nie ma tam przecież lamp ulicznych i całe miejsce skąpane było w prawie jednolitej ciemności, ale o dziwo był to bardzo dobry pomysł. Wzdłuż głównej ścieżki ustawiono znicze - efekt był piorunujący. Przynajmniej w szklarniach włączono elektryczne oświetlenie. Obok Ogrodu jest jakieś mniejsze przyrodnicze muzeum, cała jedna salka - w poszukiwaniu wejścia tam też trafiłem. Pełen oldschool, półki z eksponatami bez żadnych udziwnień.
Byłem w kinie zarówno na Avengersach: Czasie Ultrona jak i na nowym Mad Maxie. Avengersi to w gruncie rzeczy typowo disneyowski blockbuster familijny, narzekałem głównie na różnice w stosunku do komiksów, chociaż bardzo przyjemnie się go oglądało. Filmowych Quicksilvera i Scarlet Witch wolałem w X-Menach, a ją ostatnią w komiksach - najbardziej w House of M.
O Mad Maxie zaś wypowiadali się już najróżniejsi recenzenci i publicyści, zostawię więc tylko linki do dwóch materiałów z których wypadkowa to mniej-więcej moja opinia. Klik! Klik!
Od siebie dodam tylko, że w wielu momentach samo aktorstwo jest przytłoczone przez akcję, podobnie jak dialogi, na które nie ma czasu (przy okazji - zapowiedziano Blu-Rayową wersję filmu bez dialogów, tylko z muzyką), wiele elementów świata przedstawionego to absurd. W końcu widzimy szaleństwo tytułowego bohatera (który wcale nie jest głównym bohaterem), wątek ten potraktowano jednak z jednej strony nachalnie, z drugiem - po macoszemu. On również zszedł na dalszy plan przytłoczony niekończącą się rozpierduchą. Z początku obawiałem się, że będzie mi brakować Mela Gibsona, były to jednak obawy niczym nie uzasadnione. W kategorii nieskrępowanej rozpierduchy właśnie, z elementami niegłupiego przekazu w tle, nowy Mad Max to jak dla mnie kandydat do filmu roku. Zwróćcie też uwagę na the making of, zajrzyjcie pod ten link - to nie był film ulepiony w całości na komputerze. Wszystkie pojazdy były zbudowano naprawdę.
środa, 13 maja 2015
Bruno Schulz "Proza"
Wydawnictwo Literackie 1973. Kompletne wydanie wszystkiego, co zostało po Schulzu (poza grafikami i korespondencją), czyli zbiory opowiadań Sklepy cynamonowe, Sanatorium pod Klepsydrą, fragmenty innych utworów oraz rozproszone zapiski krytyczne (recenzje książek zamieszczane w prasie).
Schulz jest autorem nieco zapomnianym współcześnie, mimo posiadania grona oddanych miłośników jego twórczości i obecności w dyskursie akademickim. Ponadto ukazuje się poświęcone mu pismo.
Autora spokojnie można zaliczyć do autorów weird. Rzecz jasna nie tych pulpowych czytadeł, lecz weird rozumianego jako (w miarę) kompletna filozofia według której świat jest rodzajem piętrowej anomalii, wieży złudzeń, uwieńczonej koszmarem bezkresu kosmicznej pustki. Poniekąd potwierdza to w swoim wstępie do książki Artur Sandauer (nota bene wstęp nosi tytuł Rzeczywistość zdegradowana), tylko innymi słowami i z nawiązaniami do determinizmu historycznego.
Ze stron książki bije egzystencjalny niepokój. Małość człowieka wrzuconego w absurdalny, niezrozumiały świat. Groza istnienia narasta nawet wtedy, gdy jest piękna, letnia pogoda. W twórczości Schulza jest więcej grozy i napięcia niż w niejednym horrorze. Niewielu autorów potrafi/ło operować językiem w taki sposób jak Schulz. Jego opowiadania można porównać do obrazów. Czytelnik nie tylko jest wrzucony do świata przedstawionego, czytelnik doświadcza wręcz jego dźwięków, zapachów, smaku. Z twórczością autora zetknąłem się już dawno, jednak dopiero teraz dotarła do mnie jej wielkość. Nagle dojrzałem wpływy Schulza u wielu innych autorów, nie tylko takich, którzy wprost się do tego przyznają (np. Ligotti).
Sklepy cynamonowe były debiutem autora. Już tam wyraźne są jednak charakterystyczne cechy jego stylu: niespieszność akcji, postępujące odrealnienie świata przedstawionego, duszna, oniryczna atmosfera, wyraźne wpływy surrealizmu. Być może też psychoanalizy - w każdym razie miałem takie skojarzenie. Sam autor wciela się w rolę dziecka, wczuwa się w optykę dziecka patrzącego na świat jak na miejsce pełne cudów i dziwów, miejsce nieznane, a przez to też czyste i świeże, gdzie w każdej chwili z dowolnego kierunku może nadejść coś niepojętego. I to niepojęte nadchodzi. Stosunki rodzinne panujące w domu bohatera są równie surrealistyczne jak perypetie domowników. Z grubsza wycofana matka, służąca Adela trzęsąca domem, wielowymiarowy, nieobecny ojciec nie mogący poradzić sobie ze zmieniającą się rzeczywistością i miotający się w poszukiwaniu samego siebie i swojego miejsca w rodzinie, domu i świecie.
Sanatorium pod Klepsydrą jest dojrzalsze. Jest to kontynuacja Sklepów, poznajemy dalsze losy rodziny narratora. Autor swoje wizje przekazuje ze znacznie większą pewnością i rozmachem. Jego przemyślenia oszałamiają także na płaszczyźnie literackiej - nad paroma opowiadaniami trzeba się skupić, by w pełni zrozumieć zamierzenia autora. Zaburzona zostaje linearność fabuły, bohater nie jest już małym chłopcem, autor skacze po czasach i w czasie, także dosłownie - nierealność i względność świata rozszerza o istotę czasu jako takiego, jak w tytułowym opowiadaniu z tego zbioru lub Emerycie. Akcja toczy się żwawiej. Egzystencjalny niepokój wzbogacony zostaje o melancholię, ponure pogodzenie się z losem. Czuć ciężar wspomnień autora oraz jego (nad)wrażliwość, opierającego się na własnych doświadczeniach przy kreowaniu świata przedstawionego i swoich bohaterów. Autor nie wyjaśnia niczego, autor przedstawia rozrywające się wydarzenia bez wartościowania. Patrzy razem z czytelnikiem na złożoność świata, plątaninę rządzących nim prawideł, przetaczające się jedna po drugiej anomalie są wyeksponowane na pierwszym planie, nawet jak pojawiają się przy okazji czegoś zwykłego. Jeśli tekst miałby swoją własną podświadomość, w przypadku tego tekstu kotłowałby się tam istny chaos najróżniejszych emocji, które odczytujemy między wierszami. Odniosłem wrażenie, że autor nie mógł poradzić sobie ze starzeniem się, zarówno swoim jak i własnego ojca, którego prawie-że-zabija kilkukrotnie i przenosi poza czas.
Podsumowując, jak ktoś nie zna Schulza, a siedzi w weird/horrorze i lubi przy tym literaturę złożoną, wielopłaszczyznową, trudną w odbiorze lecz satysfakcjonującą, musi nadrobić braki. Na rynku dostępnych jest kilka innych, nowszych zbiorczych wydań.
Schulz jest autorem nieco zapomnianym współcześnie, mimo posiadania grona oddanych miłośników jego twórczości i obecności w dyskursie akademickim. Ponadto ukazuje się poświęcone mu pismo.
Autora spokojnie można zaliczyć do autorów weird. Rzecz jasna nie tych pulpowych czytadeł, lecz weird rozumianego jako (w miarę) kompletna filozofia według której świat jest rodzajem piętrowej anomalii, wieży złudzeń, uwieńczonej koszmarem bezkresu kosmicznej pustki. Poniekąd potwierdza to w swoim wstępie do książki Artur Sandauer (nota bene wstęp nosi tytuł Rzeczywistość zdegradowana), tylko innymi słowami i z nawiązaniami do determinizmu historycznego.
Ze stron książki bije egzystencjalny niepokój. Małość człowieka wrzuconego w absurdalny, niezrozumiały świat. Groza istnienia narasta nawet wtedy, gdy jest piękna, letnia pogoda. W twórczości Schulza jest więcej grozy i napięcia niż w niejednym horrorze. Niewielu autorów potrafi/ło operować językiem w taki sposób jak Schulz. Jego opowiadania można porównać do obrazów. Czytelnik nie tylko jest wrzucony do świata przedstawionego, czytelnik doświadcza wręcz jego dźwięków, zapachów, smaku. Z twórczością autora zetknąłem się już dawno, jednak dopiero teraz dotarła do mnie jej wielkość. Nagle dojrzałem wpływy Schulza u wielu innych autorów, nie tylko takich, którzy wprost się do tego przyznają (np. Ligotti).
Sklepy cynamonowe były debiutem autora. Już tam wyraźne są jednak charakterystyczne cechy jego stylu: niespieszność akcji, postępujące odrealnienie świata przedstawionego, duszna, oniryczna atmosfera, wyraźne wpływy surrealizmu. Być może też psychoanalizy - w każdym razie miałem takie skojarzenie. Sam autor wciela się w rolę dziecka, wczuwa się w optykę dziecka patrzącego na świat jak na miejsce pełne cudów i dziwów, miejsce nieznane, a przez to też czyste i świeże, gdzie w każdej chwili z dowolnego kierunku może nadejść coś niepojętego. I to niepojęte nadchodzi. Stosunki rodzinne panujące w domu bohatera są równie surrealistyczne jak perypetie domowników. Z grubsza wycofana matka, służąca Adela trzęsąca domem, wielowymiarowy, nieobecny ojciec nie mogący poradzić sobie ze zmieniającą się rzeczywistością i miotający się w poszukiwaniu samego siebie i swojego miejsca w rodzinie, domu i świecie.
Sanatorium pod Klepsydrą jest dojrzalsze. Jest to kontynuacja Sklepów, poznajemy dalsze losy rodziny narratora. Autor swoje wizje przekazuje ze znacznie większą pewnością i rozmachem. Jego przemyślenia oszałamiają także na płaszczyźnie literackiej - nad paroma opowiadaniami trzeba się skupić, by w pełni zrozumieć zamierzenia autora. Zaburzona zostaje linearność fabuły, bohater nie jest już małym chłopcem, autor skacze po czasach i w czasie, także dosłownie - nierealność i względność świata rozszerza o istotę czasu jako takiego, jak w tytułowym opowiadaniu z tego zbioru lub Emerycie. Akcja toczy się żwawiej. Egzystencjalny niepokój wzbogacony zostaje o melancholię, ponure pogodzenie się z losem. Czuć ciężar wspomnień autora oraz jego (nad)wrażliwość, opierającego się na własnych doświadczeniach przy kreowaniu świata przedstawionego i swoich bohaterów. Autor nie wyjaśnia niczego, autor przedstawia rozrywające się wydarzenia bez wartościowania. Patrzy razem z czytelnikiem na złożoność świata, plątaninę rządzących nim prawideł, przetaczające się jedna po drugiej anomalie są wyeksponowane na pierwszym planie, nawet jak pojawiają się przy okazji czegoś zwykłego. Jeśli tekst miałby swoją własną podświadomość, w przypadku tego tekstu kotłowałby się tam istny chaos najróżniejszych emocji, które odczytujemy między wierszami. Odniosłem wrażenie, że autor nie mógł poradzić sobie ze starzeniem się, zarówno swoim jak i własnego ojca, którego prawie-że-zabija kilkukrotnie i przenosi poza czas.
Podsumowując, jak ktoś nie zna Schulza, a siedzi w weird/horrorze i lubi przy tym literaturę złożoną, wielopłaszczyznową, trudną w odbiorze lecz satysfakcjonującą, musi nadrobić braki. Na rynku dostępnych jest kilka innych, nowszych zbiorczych wydań.
Aleister Crowley "The Drug and Other Stories"
Wordsworth Editions Limited, 2010. Miękka oprawa, niezbyt dobrej jakości papier - za to mający intensywny zapach. Seria Tales of Mystery & The Supernatural.
Bestia vel Słoneczko to postać, której nie trzeba przedstawiać. Jeden z najwybitniejszych okultystów zachodniej tradycji ezoterycznej, autor sztuk teatralnych, poezji i prozy, filozof, gość bez którego współczesny okultyzm czy popkultura nie istniałyby takie, jakimi je znamy. Mało kto wie, że pisał także opowiadania, które bez cienia wątpliwości możemy zaliczyć do weird. Większość z nich przez lata nie była nigdzie publikowana, niektóre z tych utworów ukazały się pierwszy i ostatni raz w niszowych pismach ezoterycznych około stu lat temu.
Książka ma ponad 600 stron zapisanych czcionką mniejszą niż w przeciętnej książce, zgromadzono na jej kartach czterdzieści dziewięć opowiadań, od szortów po mikropowieści. Wstęp napisał sam David Tibet, artysta znany głownie z projektu muzycznego Current 93.
Gdyby te opowiadania były szerzej znane w czasach w których powstały, wymienialibyśmy Crowleya dziś na równi z Machenem (którego twórczość znał i cenił) czy Lovecraftem jako jednego z klasyków gatunku. Sięgał do własnych przemyśleń i koncepcji - spora część opowiadań to ezoteryczne przypowieści ściśle związane z Thelemą lub chociaż silnie na niej oparte. Duszna atmosfera fin de siecle miesza się z ironicznym (momentami cynicznym) poczuciem humoru autora. Zdegenerowana arystokracja walczy o swoje w nowych czasach, stare wartości odchodzą w cień. Żarty sytuacyjne lub nawiązania do ważnych wydarzeń politycznych i społecznych czasów w których pisał niestety w większości są już niezrozumiałe dla kogoś, kto nie zna ich kontekstu - za to piętnowanie obłudy, materialistycznego podejścia do życia i powszechnej dulszczyzny się nie zestarzało. Dają o sobie też znać zainteresowania filozoficzne autora - poza Thelemą przez karty książki przewija się ogromna ilość nawiązań do myśli Nietzschego czy Schopenhauera. Spośród opowiadań wyróżniają się tytułowe The Drug, zawierające jeden z pierwszych zapisów doświadczenia psychedelicznego, przewrotna, cyniczna antyutopia Atlantis, The Testament of Magdalen Blair, będące ukłonem w stronę Poego, Cancer?, czyli przesiąknięta czarnym humorem opowieść o paranoiku, The Wake World, kompletnie niezrozumiałe dla profanów, The Stone of the Philosophers, pełna poezji alegoryczna, hermetyczna opowieść o poszukiwaniu boskości, przedstawiona w formie dialogu kilku postaci (kończąca się słowami But the Socialist had hanged himself in his own red necktie. He had seen God, and died), The Mysterious Malady, napisane w formie dziennika chorobliwie zazdrosnego męża (kolejny bohater z zaburzeniami psychicznymi), satyra polityczna The Vampire of Vespuccia, postępowy short The Argument that Took the Wrong Turning, przeciwko prohibicji...
Prawdziwą perełką jest króciutkie opowiadanie The Woodcutter, opowiadające od drwalu, który spotyka pewnego dnia w lesie thelemicznego myśliciela (być może samego autora). Rozmawiają o sensie istnienia (Rise up, man! (the peroration) Be not slothful, be ambitious! Be statesman, artist, divine, strategist, inventor; nay, theif or murderer, if you will! But do not be content to chop wood! - słyszy od niego poczciwy drwal). Główny bohater tak bardzo bierze sobie te słowa do siebie, że gdy do jego chaty trafia przypadkiem zabłąkana arystokratka (Honourable Diana Villiers-Jernyngham-Ketteringham), ten morduje ją swoją siekierą.
Myśl autora bywa obecnie wielokrotnie re- i nad interpretowana. Łączy się go z jakimiś odmianami libertarianizmu (w końcu Do what thou wilt). Tymczasem z jego twórczości wyraźnie wyłaniają się jego elitarystyczne poglądy. W gruncie rzeczy był konserwatystą (nawet jeśli antychrześcijańskim), skłaniał się do rozwiązań przywodzących na myśl korporacjonizm. Przed magyią chaosu okultyzm zawsze był dla wybranych, sam autor zajmował też określoną pozycję w drabinie społecznej, do tego czasy były takie a nie inne, więc nie ma się czemu dziwić.
Mimo wielkiej wartości (nie tylko literackiej - część z nich jest dosyć średnia, powiedzmy sobie szczerze - jak i poznawczej) zebranych opowiadań, czytałem tę książkę z przerwami przez kilka lat. Styl Crowleya jest dosyć specyficzny. Moja znajomość języka angielskiego nie raz była wystawiona na próbę. Przeważająca część opowiadań jest o perypetiach rozmaitych (częstokroć przerysowanych) arystokratów bądź gentlemanów i wypindrzonych dam, po kolejnym takim utworze z rzędu wszystkie zaczęły zlewać mi się w jedno, musiałem więc przerywać lekturę.
Tak czy siak, zarówno dla fanów autora jak i dla fanów weird fiction/inteligentnej, mrocznej fantastyki z drugim dnem, pozycja ta jest obowiązkowa do przeczytania. Czasem się trafia w polskich księgarniach internetowych.
Bestia vel Słoneczko to postać, której nie trzeba przedstawiać. Jeden z najwybitniejszych okultystów zachodniej tradycji ezoterycznej, autor sztuk teatralnych, poezji i prozy, filozof, gość bez którego współczesny okultyzm czy popkultura nie istniałyby takie, jakimi je znamy. Mało kto wie, że pisał także opowiadania, które bez cienia wątpliwości możemy zaliczyć do weird. Większość z nich przez lata nie była nigdzie publikowana, niektóre z tych utworów ukazały się pierwszy i ostatni raz w niszowych pismach ezoterycznych około stu lat temu.
Książka ma ponad 600 stron zapisanych czcionką mniejszą niż w przeciętnej książce, zgromadzono na jej kartach czterdzieści dziewięć opowiadań, od szortów po mikropowieści. Wstęp napisał sam David Tibet, artysta znany głownie z projektu muzycznego Current 93.
Gdyby te opowiadania były szerzej znane w czasach w których powstały, wymienialibyśmy Crowleya dziś na równi z Machenem (którego twórczość znał i cenił) czy Lovecraftem jako jednego z klasyków gatunku. Sięgał do własnych przemyśleń i koncepcji - spora część opowiadań to ezoteryczne przypowieści ściśle związane z Thelemą lub chociaż silnie na niej oparte. Duszna atmosfera fin de siecle miesza się z ironicznym (momentami cynicznym) poczuciem humoru autora. Zdegenerowana arystokracja walczy o swoje w nowych czasach, stare wartości odchodzą w cień. Żarty sytuacyjne lub nawiązania do ważnych wydarzeń politycznych i społecznych czasów w których pisał niestety w większości są już niezrozumiałe dla kogoś, kto nie zna ich kontekstu - za to piętnowanie obłudy, materialistycznego podejścia do życia i powszechnej dulszczyzny się nie zestarzało. Dają o sobie też znać zainteresowania filozoficzne autora - poza Thelemą przez karty książki przewija się ogromna ilość nawiązań do myśli Nietzschego czy Schopenhauera. Spośród opowiadań wyróżniają się tytułowe The Drug, zawierające jeden z pierwszych zapisów doświadczenia psychedelicznego, przewrotna, cyniczna antyutopia Atlantis, The Testament of Magdalen Blair, będące ukłonem w stronę Poego, Cancer?, czyli przesiąknięta czarnym humorem opowieść o paranoiku, The Wake World, kompletnie niezrozumiałe dla profanów, The Stone of the Philosophers, pełna poezji alegoryczna, hermetyczna opowieść o poszukiwaniu boskości, przedstawiona w formie dialogu kilku postaci (kończąca się słowami But the Socialist had hanged himself in his own red necktie. He had seen God, and died), The Mysterious Malady, napisane w formie dziennika chorobliwie zazdrosnego męża (kolejny bohater z zaburzeniami psychicznymi), satyra polityczna The Vampire of Vespuccia, postępowy short The Argument that Took the Wrong Turning, przeciwko prohibicji...
Prawdziwą perełką jest króciutkie opowiadanie The Woodcutter, opowiadające od drwalu, który spotyka pewnego dnia w lesie thelemicznego myśliciela (być może samego autora). Rozmawiają o sensie istnienia (Rise up, man! (the peroration) Be not slothful, be ambitious! Be statesman, artist, divine, strategist, inventor; nay, theif or murderer, if you will! But do not be content to chop wood! - słyszy od niego poczciwy drwal). Główny bohater tak bardzo bierze sobie te słowa do siebie, że gdy do jego chaty trafia przypadkiem zabłąkana arystokratka (Honourable Diana Villiers-Jernyngham-Ketteringham), ten morduje ją swoją siekierą.
Myśl autora bywa obecnie wielokrotnie re- i nad interpretowana. Łączy się go z jakimiś odmianami libertarianizmu (w końcu Do what thou wilt). Tymczasem z jego twórczości wyraźnie wyłaniają się jego elitarystyczne poglądy. W gruncie rzeczy był konserwatystą (nawet jeśli antychrześcijańskim), skłaniał się do rozwiązań przywodzących na myśl korporacjonizm. Przed magyią chaosu okultyzm zawsze był dla wybranych, sam autor zajmował też określoną pozycję w drabinie społecznej, do tego czasy były takie a nie inne, więc nie ma się czemu dziwić.
Mimo wielkiej wartości (nie tylko literackiej - część z nich jest dosyć średnia, powiedzmy sobie szczerze - jak i poznawczej) zebranych opowiadań, czytałem tę książkę z przerwami przez kilka lat. Styl Crowleya jest dosyć specyficzny. Moja znajomość języka angielskiego nie raz była wystawiona na próbę. Przeważająca część opowiadań jest o perypetiach rozmaitych (częstokroć przerysowanych) arystokratów bądź gentlemanów i wypindrzonych dam, po kolejnym takim utworze z rzędu wszystkie zaczęły zlewać mi się w jedno, musiałem więc przerywać lekturę.
Tak czy siak, zarówno dla fanów autora jak i dla fanów weird fiction/inteligentnej, mrocznej fantastyki z drugim dnem, pozycja ta jest obowiązkowa do przeczytania. Czasem się trafia w polskich księgarniach internetowych.
Odpryski Special #3
Uwaga, będzie o polityce. I trochę o filozofii. Ba, wyszedł mi z tego manifest. Taka okazja, że trudno, aby o polityce nie było.
Zapewne część czytelników poczuje się dotknięta do żywego. Cóż, trudno. Tak bardzo mnie to nie obchodzi. Na wszelki wypadek zaznaczam, że mocno prawicowi czytelnicy niech tego nie czytają. W sumie nie wiem, po co to napisałem. Ale niech już będzie, jak jest. Kilka dni usuwałem kolejne wersje.
Pierwsza tura wyborów bez zaskoczenia jak dla mnie. Zupełnie bezbarwny, do tego wybitnie bucowaty urzędujący prezydent dostał pstryczek w nos. Druga tura rozstrzygnie, czy jego elektorat negatywny zmobilizuje się bardziej niż elektorat negatywny kontrkandydata.
Nie brałem udziału w tej szopce. Większość kandydatów wystawił tak naprawdę episkopat, łącznie z tzw. "kandydatami antysystemowymi", których pitolenie często wprost przyniosłoby korzyści dla obecnych beneficjentów. Chociażby JOWy postulowane przez krzykacza Kukiza, najbardziej rozpoznawalny element ze zbieraniny jego przypadkowych i sprzecznych ze sobą postulatów. JOWy zabetonowałyby polską scenę polityczną na wieki, tak jak stało się to w Wielkiej Brytanii. Prześledźcie wyniki tamtejszych wyborów parlamentarnych. Poza przedstawicielami dwóch największych partii do władz dostaliby się co najwyżej bogaci celebryci, których stać byłoby na kampanię przytłaczającą swoim rozmachem kampanie przeciwników. Również postulat zniesienia finansowania partii politycznych z budżetu państwa jest złym pomysłem. Oczywistym jest, że przetrwałyby partie realizujące interesy klasowe tych, których stać byłoby na utrzymywanie takiej partii. Byłby to koniec jakkolwiek pojętego pluralizmu, gdyż partie utrzymujące się tylko ze składek członkowskich lub innych określonych obowiązującymi przepisami źródeł finansowania partii politycznych nie miałyby możliwości przetrwania w starciu z takimi molochami. Zresztą - już teraz praktycznie nie mają. Jeśli to są niewystarczające argumenty, to poczytajcie o gerrymanderingu.
Elektorat Kukiza zasługuje na analizę porządniejszą niż moja, jednak jest niezmiernie fascynujący. Głosowali na niego najróżniejsi ludzie, często nie mający ze sobą nic wspólnego i mający zupełnie rozbieżne poglądy, lub nie mający ich wcale. Chcieli na kogoś zagłosować, a nie mieli zupełnie na kogo, więc kupili ładnie wykreowany produkt, głośno krzyczącego kandydata-buntownika, który nie miał niczego sensownego do powiedzenia ale za to był wyrazisty i autentyczny. W jednych z zeszłych wyborów takim gościem był Palikot. Wprowadził do sejmu kilka interesujących nowych twarzy, lub działaczy nie należących wcześniej do partii politycznej, na tym skończyły się jego zasługi. Jestem święcie przekonany, że próba skonstruowania przez Kukiza jakiejś partii skończy się szybką katastrofą spowodowaną niemożnością wypracowania spójnego programu, tak jak to miało miejsce w przypadku Palikota, który chciał zbyt wiele srok złapać za ogony. Poza tym jego głośne performance szybko się wyborcom przejadły. Kompleks oblężonej twierdzy Kukiza też się im przeje. W następnych wyborach pojawi się jakiś inny jednorazowy kandydat kanalizujący niezadowolonych. Aż chciałoby się zaśpiewać, bo tutaj jest jak jest, po prostu.
Bardzo mnie cieszy wynik Korwina. Ten stary dziad to największy szkodnik polskiej sceny politycznej, od lat infekujący niewyrobione umysły przekonywająco brzmiącym stekiem pierdół. Poparcie dla niego wśród uczniów i studentów świadczy jedynie o tym, że polska edukacja jest pogrążona w ciężkim kryzysie. Całe szczęście, przy jego trybie życia i wieku być może są to już ostatnie jego wybory. A gdy go zabraknie, na gruzach KORWiNa (zakładając, że do czasu następnych wyborów nie powstanie kilka kolejnych jego partii) powstanie kilka zwalczających się wzajemnie sekt, z których każda jedna będzie uważać się za tę jedyną prawdziwą spadkobierczynię myśli Wodza w muszce.
To niewiarygodne, że ktokolwiek uważa kandydatów takich jak jak Korwin, Braun, Kowalski, Kukiz za antysystemowych. Przyjrzymy się ich postulatom, zdecydowana większość z nich dokładnie pokrywa się z zawartością dyskursu hegemonialnego. Świetnie wypunktował to jeden z publicystów lewicy.pl, pozwolę sobie przytoczyć odpowiedni fragment: (...) Setki tysięcy młodych ludzi, którzy poszli za Ruchem Narodowym i Kongresem Nowej Prawicy [chodzi tu rzecz jasna o dowolną partię w której akurat siedzi Korwin], wierzy, że postawą antysystemową jest dziś wyznawanie katolicyzmu w skrajnie katolickim kraju. Są przekonani, że antysystemowe jest zwalczanie imigracji, w kraju gdzie imigrantów niemal wcale nie ma, a ci nieliczni są zamykani w ośrodkach o zaostrzonym rygorze lub deportowani do krajów pochodzenia, czasem na pewną śmierć. W ramach swojej antysystemowości czczą tzw. „żołnierzy wyklętych”, wśród nich morderców cywili, choć ich kult jest ustawowy, zresztą przegłosowany przez posłów PO (sic!). Popularnym przejawem „antysystemowości” jest także walka z „pedalstwem” oraz aborcją – w kraju, gdzie rząd z automatu odrzuca a kolejne ustawy o związkach partnerskich, a prawa aborcyjne należy do najostrzejszych w Europie. Wreszcie, najmodniejszy obecnie „antysystemowy” temat, czyli żądanie militaryzacji narodu, gdy władza deklaruje wydanie ponad 100 miliardów złotych na zbrojenia. Czy jakikolwiek System mógł sobie wymarzyć lepszych przeciwników? Radykalna, prawa strona polskiej sceny politycznej realizuje politykę tego, co Alhtusser nazwał aparatami ideologicznymi państwa. Według francuskiego filozofa, są to wszelkie praktyki, wartości, organizacje i instytucje, które umożliwiają społeczną reprodukcję i podtrzymywanie istnienia systemu. Tysiące wściekłych, młodych ludzi na ulicach doskonale realizuje te cele. W obliczu gospodarczego krachu i topnienia klasy średniej, skrzętnie konstruuje coraz nowszych wrogów, którzy istnieją tylko w ich wyobraźni – a w dodatku zaciekle zwalcza te mityczne, genderowo‑komunistyczne potwory. Gdy ich rówieśnicy na całym świecie wypisują na sztandarach redystrybucję i walkę klas, narodowo‑KNPowskie szeregi wyklinają złodziejski ZUS okradający pracodawców i międzynarodowy, antypolski spisek, który dał pierwsze miejsce na Eurowizji zdegenerowanej babie z brodą. (...) Nie przepadam co prawda za tą stroną, można tam trafić na takie bzdury, że aż wstyd się utożsamiać (przynajmniej w jakiejś drobnej części) z tą samą stroną politycznej barykady co autorzy, ale ten tekst im się udał.
Wyniki Palikota i Ogórek również mnie cieszą. Swoje zdanie o Palikocie wyraziłem wcześniej, co do SLD będącego na dobrej drodze do stania się planktonem politycznym, pozostaje się tylko cieszyć, że ten koszmar sięgający swoimi korzeniami do zdegenerowanego, PRL-owskiego aparatu biurokratycznego w końcu się kończy. Może zwolni miejsce na scenie politycznej dla jakiejś bardziej sensownej lewicy, będącej zarazem lewicą nie tylko z nazwy.
Szkoda, że podpisów nie zebrała Anna Grodzka. Jest ona chodzącym pogwałceniem jednych z najsilniejszych tabu gnębiących nasze społeczeństwo - tabu związanych z seksualnością. Nie dziwota więc, że najsilniejsze i najbardziej ohydne ataki na nią wychodzą ze środowisk mających największe problemy z tymi tabu, wszystkich samozwańczych obrońców "normalności", których przeraża sama myśl, że ktoś mógłby przekroczyć granice własnej płciowości, ktoś śmiałby przekroczyć uwarunkowania biologiczne i/lub kształt i formę otrzymaną w niezmiennej postaci od takiego czy innego jedynego prawdziwego Boga. Jeśli sama ludzka seksualność jest uznawana za nieczystą, prymitywną, zwierzęcą sferę która powinna być poddana surowym ograniczeniom odgórnie narzuconej moralności (przez co tylko wyrodnieje - zob. pedofilia u księży, bardzo popularne nerwice na tle religijnym albo rzeczowa analiza w chociażby Psychologii mas wobec faszyzmu Wilhelma Reicha [który sam pozostawał pod wpływem idei popularnych w jego czasach] lub innych freudo-marksistów) to swobodne przekroczenie jej barier, ba, samo zastanawianie się nad własną płcią jest obrzydliwe i amoralne. Anna Grodzka byłaby więc bardzo transgresywną kandydatką. Dla najradykalniejszych jej przeciwników nawet sam fakt, że jeszcze nie została zabita przez Boga piorunem z jasnego nieba jest wystarczająco straszny i wprowadzający zamieszanie w ich ustabilizowane światopoglądy - no bo jak to, dlaczego jeszcze to nie nastąpiło, skoro to takie plugastwo i splunięcie Bogu w twarz.
Wracając do przerwanego wątku, Duda czy Komorowski. Pytanie to jest trudne i łatwe zarazem. Komorowski to typ dalekiego wuja, który jest traktowany z politowaniem przez resztę rodziny; taki stereotypowy wąsaty Janusz, co pali śmieci na działce, po pracy siada przed telewizorem z piwem w dłoni, nie ma pojęcia o niczym ale przy wódce ze szwagrem przedstawia szczegółową analizę sytuacji politycznej kraju. Koleś nie ma ani klasy, ani wiedzy, ani charyzmy. Jego prezydentura to pasmo wizerunkowych kompromitacji. Do tego jest myśliwym - co dla mnie osobiście jest odstręczające. Światopoglądowo jest mdłą konserwą jakich wiele. Prezydent i jego partia akceptują pozycję Polski z peryferyjnym kapitalizmem i jako zagłębiem call center jako szansą rozwoju. Ponieważ nie ma żadnych zalet, jego bezbarwność, bezwolność i rozlazłość są uznane za zalety.
Duda jest znacznie bardziej energicznym gościem. Jest lepszy wizerunkowo. Pierwsza dama nie wyglądałaby jak pani Grażynka spod czwórki. Z całym szacunkiem dla pani Grażynki spod czwórki, polityk i jego rodzina mają ładnie wyglądać, bo taka jest logika społeczeństwa spektaklu a także moich subiektywnych odczuć estetycznych. Jego córka jest mądrzejsza np. od takiej Kasi Tusk - to w sumie żaden wyczyn, poddane aborcji płody są mądrzejsze od córki byłego premiera, ale warto to odnotować, bo wśród rodzin polityków jak i samych polityków różnie z tym bywa. Duda reprezentowałby lepsze stanowisko w polityce zagranicznej niż Bronek. PiS, co by o nich nie mówić, ma wątpliwości co do uznania za rozwój zmianę Polski w zagłębie call center. No i tam w Smoleńsku to nie była zwyczajna katastrofa. Zamach pewnie też nie, ale takie katastrofy się nie zdarzają. Sposób w jaki do sprawy podeszła Rosja woła o pomstę do czegokolwiek.
Wady Dudy są oczywiste. Duda jako prezydent i PiS jako partia rządząca to koniec marzeń o jakimkolwiek przewietrzeniu naszego grajdołka. Zapewne cofnięta zostanie ratyfikacja konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, zaostrzone zostaną i tak drakońskie przepisy antyaborcyjne, projekty ustawy o związkach partnerskich jak leżą w sejmowej zamrażarce tak będą leżeć aż nikt się nad nimi nigdy nie pochyli; uogólniając, atmosfera intelektualna panująca w naszym smutnym kraju do reszty zostanie zalana bogoojczyźnianym ściekiem a nowotwór katolicyzmu rozleje się do reszty po schorzałych organach naszych instytucji społecznych formalnych i nieformalnych (nie, żeby teraz się to nie działo, ale przy rządach PiSu przerzutów by przybywało w postępie geometrycznym). Potwory w rodzaju Profesora Krystyny w rządzie? Bardzo możliwe. Duda to bądź co bądź PiSowiec.
Dlatego najlepiej zdać sobie sprawę, że cała ludzkość jako taka to chichot losu. Nasze istnienie jako gatunku jest w skali czasu istnienia idealnie obojętnego, wiecznego wszechświata mrugnięciem okiem. Nas już nie będzie, naszych ewentualnych potomków już nie będzie, całą planetę może szlag trafi, a przez wszechświat nadal będzie mknęło znikąd donikąd światło gwiazd martwych od miliardów lat. Tak bardzo rozpaczliwie chcemy zostawić coś po sobie, a i tak nic z nas nie zostanie. Wszystkie polityczne spory i problemy są zupełnie nieważne pod rozgwieżdżonym niebem, gdzie czuć działanie niepojętych sił przekraczających ludzkie zdolności pojmowania. Gadające głowy prześcigają się w odtwarzaniu obrazów narzuconych na rzeczywistość, pojęcia nie mają znaczeń, kolejne stirnerowskie upiory panoszą się na Ziemi, reklama zlała się w jedno z propagandą, partie typu catch-all to śmierć polityki z jej rozróżnieniem na sojusznika i wroga (i Chantal Mouffe nie jest w stanie tego zmienić), pojęcia wyorbitowały, utowarowieniu uległa każda dziedzina życia, żyjemy w piętrowej iluzji, od przyjmowania za swoje narzuconych obrazów po kreowanie światów wirtualnych przez projekcje własnych marzeń. System kapitalistyczny sprzedaje jako dobra luksusowe to, co sam zniszczył. Suwerenność nie istnieje w dobie ponadnarodowych korporacji, które często jako takie stają się osobami prawnymi bo ich właściciele w dobie giełdy zmieniają się zbyt często. Flagi, godła, symbole kolejnych religii - to wszystko wykwita raz za razem i raz za razem przemija, zbyt szybko by zwracać na to baczniejszą uwagę.
Nie ma w nas niczego od nas samych. Wszystkie nasze myśli, poglądy, przekonania to reakcje na bodźce, na zastane zewnętrzne pojęcia i Innych poddanych innym uwarunkowaniom. Pod społecznymi rolami i niezliczonymi maskami buzują zwierzęce instynkty oraz nieznane światy podświadomości. "Świadoma jednostka" to oksymoron. Folgowanie własnym żądzom bądź podporządkowanie się bilansowi zysków i strat to uganianie się za upiorami. Tylko zdając sobie sprawę z tego, co składa się na nas samych wiemy, kim jesteśmy. To jedyna forma egoizmu która nie jest sobkostwem. Spójrzcie we wszystkie odcienie pustki drzemiącej w was samych i zaakceptujcie to, co tam znajdziecie. Spluńcie na wszystko, w co wierzycie, zerwijcie wszystkie maski i uniformy ról społecznych, a uzyskacie nową perspektywę i kolejną z iluzji - ale bardzo cenną - iluzję wolności, wolności od tyranii pojęć - to nie wy jesteście dla nich, to one pasożytują na was. A potem załóżcie to wszystko na siebie z powrotem, bogatsi o wiedzę o ich prawdziwej naturze - lub raczej jej braku. Sens nas samych powinien wypływać z nas samych - nic spoza nas nie powinno go nadawać nam za nas. Zwłaszcza, jeśli to coś to tylko pojęcie.
Więc zamiast iść na wybory weźcie kwas i zostańcie w domu. Albo wyjdźcie pokłonić się Słońcu i Księżycowi.
Zapewne część czytelników poczuje się dotknięta do żywego. Cóż, trudno. Tak bardzo mnie to nie obchodzi. Na wszelki wypadek zaznaczam, że mocno prawicowi czytelnicy niech tego nie czytają. W sumie nie wiem, po co to napisałem. Ale niech już będzie, jak jest. Kilka dni usuwałem kolejne wersje.
Pierwsza tura wyborów bez zaskoczenia jak dla mnie. Zupełnie bezbarwny, do tego wybitnie bucowaty urzędujący prezydent dostał pstryczek w nos. Druga tura rozstrzygnie, czy jego elektorat negatywny zmobilizuje się bardziej niż elektorat negatywny kontrkandydata.
Nie brałem udziału w tej szopce. Większość kandydatów wystawił tak naprawdę episkopat, łącznie z tzw. "kandydatami antysystemowymi", których pitolenie często wprost przyniosłoby korzyści dla obecnych beneficjentów. Chociażby JOWy postulowane przez krzykacza Kukiza, najbardziej rozpoznawalny element ze zbieraniny jego przypadkowych i sprzecznych ze sobą postulatów. JOWy zabetonowałyby polską scenę polityczną na wieki, tak jak stało się to w Wielkiej Brytanii. Prześledźcie wyniki tamtejszych wyborów parlamentarnych. Poza przedstawicielami dwóch największych partii do władz dostaliby się co najwyżej bogaci celebryci, których stać byłoby na kampanię przytłaczającą swoim rozmachem kampanie przeciwników. Również postulat zniesienia finansowania partii politycznych z budżetu państwa jest złym pomysłem. Oczywistym jest, że przetrwałyby partie realizujące interesy klasowe tych, których stać byłoby na utrzymywanie takiej partii. Byłby to koniec jakkolwiek pojętego pluralizmu, gdyż partie utrzymujące się tylko ze składek członkowskich lub innych określonych obowiązującymi przepisami źródeł finansowania partii politycznych nie miałyby możliwości przetrwania w starciu z takimi molochami. Zresztą - już teraz praktycznie nie mają. Jeśli to są niewystarczające argumenty, to poczytajcie o gerrymanderingu.
Elektorat Kukiza zasługuje na analizę porządniejszą niż moja, jednak jest niezmiernie fascynujący. Głosowali na niego najróżniejsi ludzie, często nie mający ze sobą nic wspólnego i mający zupełnie rozbieżne poglądy, lub nie mający ich wcale. Chcieli na kogoś zagłosować, a nie mieli zupełnie na kogo, więc kupili ładnie wykreowany produkt, głośno krzyczącego kandydata-buntownika, który nie miał niczego sensownego do powiedzenia ale za to był wyrazisty i autentyczny. W jednych z zeszłych wyborów takim gościem był Palikot. Wprowadził do sejmu kilka interesujących nowych twarzy, lub działaczy nie należących wcześniej do partii politycznej, na tym skończyły się jego zasługi. Jestem święcie przekonany, że próba skonstruowania przez Kukiza jakiejś partii skończy się szybką katastrofą spowodowaną niemożnością wypracowania spójnego programu, tak jak to miało miejsce w przypadku Palikota, który chciał zbyt wiele srok złapać za ogony. Poza tym jego głośne performance szybko się wyborcom przejadły. Kompleks oblężonej twierdzy Kukiza też się im przeje. W następnych wyborach pojawi się jakiś inny jednorazowy kandydat kanalizujący niezadowolonych. Aż chciałoby się zaśpiewać, bo tutaj jest jak jest, po prostu.
Bardzo mnie cieszy wynik Korwina. Ten stary dziad to największy szkodnik polskiej sceny politycznej, od lat infekujący niewyrobione umysły przekonywająco brzmiącym stekiem pierdół. Poparcie dla niego wśród uczniów i studentów świadczy jedynie o tym, że polska edukacja jest pogrążona w ciężkim kryzysie. Całe szczęście, przy jego trybie życia i wieku być może są to już ostatnie jego wybory. A gdy go zabraknie, na gruzach KORWiNa (zakładając, że do czasu następnych wyborów nie powstanie kilka kolejnych jego partii) powstanie kilka zwalczających się wzajemnie sekt, z których każda jedna będzie uważać się za tę jedyną prawdziwą spadkobierczynię myśli Wodza w muszce.
To niewiarygodne, że ktokolwiek uważa kandydatów takich jak jak Korwin, Braun, Kowalski, Kukiz za antysystemowych. Przyjrzymy się ich postulatom, zdecydowana większość z nich dokładnie pokrywa się z zawartością dyskursu hegemonialnego. Świetnie wypunktował to jeden z publicystów lewicy.pl, pozwolę sobie przytoczyć odpowiedni fragment: (...) Setki tysięcy młodych ludzi, którzy poszli za Ruchem Narodowym i Kongresem Nowej Prawicy [chodzi tu rzecz jasna o dowolną partię w której akurat siedzi Korwin], wierzy, że postawą antysystemową jest dziś wyznawanie katolicyzmu w skrajnie katolickim kraju. Są przekonani, że antysystemowe jest zwalczanie imigracji, w kraju gdzie imigrantów niemal wcale nie ma, a ci nieliczni są zamykani w ośrodkach o zaostrzonym rygorze lub deportowani do krajów pochodzenia, czasem na pewną śmierć. W ramach swojej antysystemowości czczą tzw. „żołnierzy wyklętych”, wśród nich morderców cywili, choć ich kult jest ustawowy, zresztą przegłosowany przez posłów PO (sic!). Popularnym przejawem „antysystemowości” jest także walka z „pedalstwem” oraz aborcją – w kraju, gdzie rząd z automatu odrzuca a kolejne ustawy o związkach partnerskich, a prawa aborcyjne należy do najostrzejszych w Europie. Wreszcie, najmodniejszy obecnie „antysystemowy” temat, czyli żądanie militaryzacji narodu, gdy władza deklaruje wydanie ponad 100 miliardów złotych na zbrojenia. Czy jakikolwiek System mógł sobie wymarzyć lepszych przeciwników? Radykalna, prawa strona polskiej sceny politycznej realizuje politykę tego, co Alhtusser nazwał aparatami ideologicznymi państwa. Według francuskiego filozofa, są to wszelkie praktyki, wartości, organizacje i instytucje, które umożliwiają społeczną reprodukcję i podtrzymywanie istnienia systemu. Tysiące wściekłych, młodych ludzi na ulicach doskonale realizuje te cele. W obliczu gospodarczego krachu i topnienia klasy średniej, skrzętnie konstruuje coraz nowszych wrogów, którzy istnieją tylko w ich wyobraźni – a w dodatku zaciekle zwalcza te mityczne, genderowo‑komunistyczne potwory. Gdy ich rówieśnicy na całym świecie wypisują na sztandarach redystrybucję i walkę klas, narodowo‑KNPowskie szeregi wyklinają złodziejski ZUS okradający pracodawców i międzynarodowy, antypolski spisek, który dał pierwsze miejsce na Eurowizji zdegenerowanej babie z brodą. (...) Nie przepadam co prawda za tą stroną, można tam trafić na takie bzdury, że aż wstyd się utożsamiać (przynajmniej w jakiejś drobnej części) z tą samą stroną politycznej barykady co autorzy, ale ten tekst im się udał.
Wyniki Palikota i Ogórek również mnie cieszą. Swoje zdanie o Palikocie wyraziłem wcześniej, co do SLD będącego na dobrej drodze do stania się planktonem politycznym, pozostaje się tylko cieszyć, że ten koszmar sięgający swoimi korzeniami do zdegenerowanego, PRL-owskiego aparatu biurokratycznego w końcu się kończy. Może zwolni miejsce na scenie politycznej dla jakiejś bardziej sensownej lewicy, będącej zarazem lewicą nie tylko z nazwy.
Szkoda, że podpisów nie zebrała Anna Grodzka. Jest ona chodzącym pogwałceniem jednych z najsilniejszych tabu gnębiących nasze społeczeństwo - tabu związanych z seksualnością. Nie dziwota więc, że najsilniejsze i najbardziej ohydne ataki na nią wychodzą ze środowisk mających największe problemy z tymi tabu, wszystkich samozwańczych obrońców "normalności", których przeraża sama myśl, że ktoś mógłby przekroczyć granice własnej płciowości, ktoś śmiałby przekroczyć uwarunkowania biologiczne i/lub kształt i formę otrzymaną w niezmiennej postaci od takiego czy innego jedynego prawdziwego Boga. Jeśli sama ludzka seksualność jest uznawana za nieczystą, prymitywną, zwierzęcą sferę która powinna być poddana surowym ograniczeniom odgórnie narzuconej moralności (przez co tylko wyrodnieje - zob. pedofilia u księży, bardzo popularne nerwice na tle religijnym albo rzeczowa analiza w chociażby Psychologii mas wobec faszyzmu Wilhelma Reicha [który sam pozostawał pod wpływem idei popularnych w jego czasach] lub innych freudo-marksistów) to swobodne przekroczenie jej barier, ba, samo zastanawianie się nad własną płcią jest obrzydliwe i amoralne. Anna Grodzka byłaby więc bardzo transgresywną kandydatką. Dla najradykalniejszych jej przeciwników nawet sam fakt, że jeszcze nie została zabita przez Boga piorunem z jasnego nieba jest wystarczająco straszny i wprowadzający zamieszanie w ich ustabilizowane światopoglądy - no bo jak to, dlaczego jeszcze to nie nastąpiło, skoro to takie plugastwo i splunięcie Bogu w twarz.
Wracając do przerwanego wątku, Duda czy Komorowski. Pytanie to jest trudne i łatwe zarazem. Komorowski to typ dalekiego wuja, który jest traktowany z politowaniem przez resztę rodziny; taki stereotypowy wąsaty Janusz, co pali śmieci na działce, po pracy siada przed telewizorem z piwem w dłoni, nie ma pojęcia o niczym ale przy wódce ze szwagrem przedstawia szczegółową analizę sytuacji politycznej kraju. Koleś nie ma ani klasy, ani wiedzy, ani charyzmy. Jego prezydentura to pasmo wizerunkowych kompromitacji. Do tego jest myśliwym - co dla mnie osobiście jest odstręczające. Światopoglądowo jest mdłą konserwą jakich wiele. Prezydent i jego partia akceptują pozycję Polski z peryferyjnym kapitalizmem i jako zagłębiem call center jako szansą rozwoju. Ponieważ nie ma żadnych zalet, jego bezbarwność, bezwolność i rozlazłość są uznane za zalety.
Duda jest znacznie bardziej energicznym gościem. Jest lepszy wizerunkowo. Pierwsza dama nie wyglądałaby jak pani Grażynka spod czwórki. Z całym szacunkiem dla pani Grażynki spod czwórki, polityk i jego rodzina mają ładnie wyglądać, bo taka jest logika społeczeństwa spektaklu a także moich subiektywnych odczuć estetycznych. Jego córka jest mądrzejsza np. od takiej Kasi Tusk - to w sumie żaden wyczyn, poddane aborcji płody są mądrzejsze od córki byłego premiera, ale warto to odnotować, bo wśród rodzin polityków jak i samych polityków różnie z tym bywa. Duda reprezentowałby lepsze stanowisko w polityce zagranicznej niż Bronek. PiS, co by o nich nie mówić, ma wątpliwości co do uznania za rozwój zmianę Polski w zagłębie call center. No i tam w Smoleńsku to nie była zwyczajna katastrofa. Zamach pewnie też nie, ale takie katastrofy się nie zdarzają. Sposób w jaki do sprawy podeszła Rosja woła o pomstę do czegokolwiek.
Wady Dudy są oczywiste. Duda jako prezydent i PiS jako partia rządząca to koniec marzeń o jakimkolwiek przewietrzeniu naszego grajdołka. Zapewne cofnięta zostanie ratyfikacja konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, zaostrzone zostaną i tak drakońskie przepisy antyaborcyjne, projekty ustawy o związkach partnerskich jak leżą w sejmowej zamrażarce tak będą leżeć aż nikt się nad nimi nigdy nie pochyli; uogólniając, atmosfera intelektualna panująca w naszym smutnym kraju do reszty zostanie zalana bogoojczyźnianym ściekiem a nowotwór katolicyzmu rozleje się do reszty po schorzałych organach naszych instytucji społecznych formalnych i nieformalnych (nie, żeby teraz się to nie działo, ale przy rządach PiSu przerzutów by przybywało w postępie geometrycznym). Potwory w rodzaju Profesora Krystyny w rządzie? Bardzo możliwe. Duda to bądź co bądź PiSowiec.
Dlatego najlepiej zdać sobie sprawę, że cała ludzkość jako taka to chichot losu. Nasze istnienie jako gatunku jest w skali czasu istnienia idealnie obojętnego, wiecznego wszechświata mrugnięciem okiem. Nas już nie będzie, naszych ewentualnych potomków już nie będzie, całą planetę może szlag trafi, a przez wszechświat nadal będzie mknęło znikąd donikąd światło gwiazd martwych od miliardów lat. Tak bardzo rozpaczliwie chcemy zostawić coś po sobie, a i tak nic z nas nie zostanie. Wszystkie polityczne spory i problemy są zupełnie nieważne pod rozgwieżdżonym niebem, gdzie czuć działanie niepojętych sił przekraczających ludzkie zdolności pojmowania. Gadające głowy prześcigają się w odtwarzaniu obrazów narzuconych na rzeczywistość, pojęcia nie mają znaczeń, kolejne stirnerowskie upiory panoszą się na Ziemi, reklama zlała się w jedno z propagandą, partie typu catch-all to śmierć polityki z jej rozróżnieniem na sojusznika i wroga (i Chantal Mouffe nie jest w stanie tego zmienić), pojęcia wyorbitowały, utowarowieniu uległa każda dziedzina życia, żyjemy w piętrowej iluzji, od przyjmowania za swoje narzuconych obrazów po kreowanie światów wirtualnych przez projekcje własnych marzeń. System kapitalistyczny sprzedaje jako dobra luksusowe to, co sam zniszczył. Suwerenność nie istnieje w dobie ponadnarodowych korporacji, które często jako takie stają się osobami prawnymi bo ich właściciele w dobie giełdy zmieniają się zbyt często. Flagi, godła, symbole kolejnych religii - to wszystko wykwita raz za razem i raz za razem przemija, zbyt szybko by zwracać na to baczniejszą uwagę.
Nie ma w nas niczego od nas samych. Wszystkie nasze myśli, poglądy, przekonania to reakcje na bodźce, na zastane zewnętrzne pojęcia i Innych poddanych innym uwarunkowaniom. Pod społecznymi rolami i niezliczonymi maskami buzują zwierzęce instynkty oraz nieznane światy podświadomości. "Świadoma jednostka" to oksymoron. Folgowanie własnym żądzom bądź podporządkowanie się bilansowi zysków i strat to uganianie się za upiorami. Tylko zdając sobie sprawę z tego, co składa się na nas samych wiemy, kim jesteśmy. To jedyna forma egoizmu która nie jest sobkostwem. Spójrzcie we wszystkie odcienie pustki drzemiącej w was samych i zaakceptujcie to, co tam znajdziecie. Spluńcie na wszystko, w co wierzycie, zerwijcie wszystkie maski i uniformy ról społecznych, a uzyskacie nową perspektywę i kolejną z iluzji - ale bardzo cenną - iluzję wolności, wolności od tyranii pojęć - to nie wy jesteście dla nich, to one pasożytują na was. A potem załóżcie to wszystko na siebie z powrotem, bogatsi o wiedzę o ich prawdziwej naturze - lub raczej jej braku. Sens nas samych powinien wypływać z nas samych - nic spoza nas nie powinno go nadawać nam za nas. Zwłaszcza, jeśli to coś to tylko pojęcie.
Więc zamiast iść na wybory weźcie kwas i zostańcie w domu. Albo wyjdźcie pokłonić się Słońcu i Księżycowi.
środa, 6 maja 2015
R. Andrew Chesnut "Santa Muerte. Święta Śmierć"
Okultura, 2015
No! W końcu dorwałem tę pozycję. I nieco się rozczarowałem. Ale po kolei.
Autor przyjmuje dosyć osobisty stosunek do omawianego zagadnienia, stawia się nie tylko w roli obserwatora pragnącego oddać bohaterce tytułowej sprawiedliwość (ze względu na dosyć jednostronne jej przedstawianie w mainstreamie i nagonce rozpętanej przez meksykańskie władze i kościół katolicki), lecz poniekąd też sympatyka. Przy pisaniu tej książki zetknął się z głównym i palącym problemem dotykającym każdego, kto styka się z tematem i chce przeprowadzić rzetelne badania - tak na prawdę kult jest jeszcze daleki od ujednolicenia i kodyfikacji, ma dosyć ubogą warstwę teoretyczną, rozwija się głównie w środowiskach nie przykładających wagi do tworzenia kompletnych i spójnych teologii, na dodatek przez lata wiara ta była zwalczana i trwała w podziemiu - co ma swoje przełożenie na ilość dostępnej fachowej literatury na ten temat.
Z racji na tak oczywiste braki autor oparł się więc na wywiadach z wyznawcami i mniej lub bardziej samozwańczymi duchowymi liderami tej burzliwie rozkwitającej nowej a jednak bardzo starej religii a także na źródłach internetowych. Wspomina, że rozmawiał z ogromną ilością wiernych (w tym z wyznawcami wśród swoich bliskich), tymczasem wspomina w książce tylko o paru z nich, do tego o kilku kilkukrotnie. Jasne, z pewnością od szeregowych wiernych uzyskał z grubsza te same odpowiedzi i absolutnie nie zachodziła potrzeba ich dokładniejszego wypunktowania, jednak uczucie niedosytu pozostaje.
Również w związku z tym autor pewne poboczne kwestie potraktował po macoszemu. Ja akurat mam jakiekolwiek pojęcie o kulturze meksykańskiej oraz meksykańskiej religijności, a także orientuję się w tematyce eklektycznych kultów indiańsko-chrześcijańsko-afrykańskich w stylu chociażby Santerii, które są stałym elementem duchowego pejzażu Ameryki Środkowej i Południowej. Spora część czytelników zapewne też, w końcu to książka Okultury, jednak dla laika za dużo pojęć będzie niezrozumiałych, cały kontekst kultury meksykańskiej i poplątanej historii całego regionu będzie dla niego jeszcze bardziej niezrozumiały, a bez znajomości uwarunkowań które wypłynęły na taki a nie inny kształt religii nie da się zrozumieć danej religii jako takiej. Rodzi się tu inny kłopot - przy uwzględnieniu wszystkich możliwych backgroundów kompletne dzieło mogłoby mieć i z 1500 stron a i tak jakieś kwestie nie zostałyby w nim poruszone.
Meksyk jeszcze w czasach gdy był Tenochtitlanem miał fioła na punkcie śmierci. Z gruntu pogańskie wyobrażenie przetrwało wieki, z czasem wsiąkło w ludowy katolicyzm, czasem - podobnie zresztą jak i polski ludowy katolicyzm - katolicki w gruncie rzeczy tylko z nazwy. Oprócz Świętej Śmierci wśród tzw. ludowych świętych nijak nie uznanych przez kościół jako instytucję jest też np. ten miły pan. Na zasadzie dosyć odległej analogii, kult Santa Muerte w takim ujęciu to trochę jakby u nas ktoś składał na domowych ołtarzach ofiary Janowi Pawłowi II i prosił go o najróżniejsze rzeczy - od pognębienia swoich wrogów przez prośby sprowadzenie do domu niewiernych kochanków aż po łaskawe wyrok dla prawilnych ziomków z dzielni. Ok, zły przykład - bo u nas w naszym ludowym katolicyzmie właśnie tak kult Papieża-Polaka wygląda.A zresztą, nie ważne, wróćmy do tematu.
Kult Świętej Śmierci wyszedł z podziemia w ciągu ostatnich lat i przeżywa ogromny boom w skali całego kraju, jest też elementem tradycji łączącej Meksykanów na emigracji - wraz z nimi rozprzestrzenia się też po Stanach Zjednoczonych, docierając w bardzo odległe rejony ziemskiego imperium Reptilian. Z racji na wielonurtowość i niedookreślenie religii spora część wyznawców łączy go z katolicyzmem, inni z plemiennym szamanizmem lub lokalną wiarą rodzimą - wszystkie te podejścia rzecz jasna przeplatają się płynnie, dochodzą jeszcze wpływy chociażby Santerii lub jej podobnych eklektycznych religii. Wśród głównych najbardziej zinstytucjonalizowanych ośrodków kultu jest zarówno zarejestrowana religia byłego księdza - tradycjonalisty katolickiego jak i ośrodek założony dość spontanicznie na prywatnej posesji kobiety, której syn dzięki wstawiennictwu Ponurej Żniwiarki wyszedł z więzienia.
Kult najsilniej rozprzestrzenia się w środowiskach biednych i wykluczonych - czasem przez względu na błędy strukturalne systemu, czasem ze względu na takie a nie inne życiowe wybory, czasem przez spot jednego i drugiego (baroni narkotykowi trzęsący większością kraju są dla pozbawionej perspektyw młodzieży wzorami do naśladowania), śmierć jest równa dla wszystkich, jej prerogatywy czasem dorównują boskim, czasem je przewyższają, poza tym jest mocno antropomorfizowana (jak większość świętych katolickich w ludowym katolicyzmie, co jest echami dawnego pogaństwa), bliska ludziom i rozumiejąca ich potrzeby.
Obrządki ku czci Świętej Śmierci łączą wpływy katolickie i wszelkie inne (nie chcę po raz kolejny przepisywać tego samego). Mamy więc poświęcone świece, obrządki z udziałem dymu tytoniowego, składanie w ofierze pokarmów i alkoholu, kwiatów, wody. Bardzo pogańskie w swojej naturze (budzące też skojarzenia z licznymi praktykami magicznymi) - jest ofiara, w zamian za nią bóstwo spełnia prośby. Do tego dokłada się np. zaczerpniętą z katolicyzmu modlitwę różańcową. Autor moim zdaniem zbyt po macoszemu potraktował same obrządki, opisując tylko niektóre.
Cała książka podzielona jest na rozdziały nazwane kolorami najpopularniejszych świec zapalanych ku czci Santa Muerte. Oprócz opisów niezwykle rozległych kompetencji świętej każdy rozdział wzbogacony jest o tło społeczne i próbę ustalenia, skąd dane prerogatywy właściwie się wzięły. Wbrew imieniu, Święta Śmierć poza nękaniem wrogów swoich wyznawców m.in. leczy z chorób, przynosi bogactwo, przywraca na łono rodziny niewiernych mężów; wyznają ją zarówno ludzie z marginesu i środowisk przestępczych jak i wojskowi, policjanci, członkowie aparatu sądowniczego. Kult Santa Muerte jest najszybciej rozwijającą się religią w Meksyku.
Nie sposób odmówić autorowi tego, że na tyle wyczerpał temat, na ile mógł. Jako jeden z pierwszych wprowadził Świętą Śmierć do dyskursu akademickiego. Ze względu na rozległość tematu nie sposób nie odnieść wrażenia, że niektóre wątki poboczne autor mógł przedstawić szerzej. Mnie zasmuciło jeszcze to, że w książce ani razu nie pada słowo hierofania ani teofania, ale to nie jest żaden argument przeciwko tej książce tylko moje dziwactwo.
Odnośnie tłumaczenia, zastanawiam się nad jedną rzeczą. Wśród meksykańskich ludowych świętych autor wymienia też "Świętego Judasza". Najprawdopodobniej chodzi o świętego Judę Tadeusza, w katolicyzmie patrona m.in. spraw beznadziejnych. Jego kult odbiegający od wykładni oficjeli kościelnych i przyjętej tradycji pojawiał się spontanicznie i w Polsce - kiedyś po kościołach leżały nie klepnięte przez wierchuszkę litanie do niego - warunkiem spełnienia się takiej modlitwy było m.in. wydrukowanie jej treści w określonej ilości egzemplarzy i zostawienie ich w kościele, w ławkach. Zastanawiam się, czy w oryginale był Saint Jude czy Saint Judas, czy jeszcze jakoś inaczej. Tłumaczenia jego imienia na Judasz raczej się nie spotyka, zapewne ze względu na oczywiste skojarzenia z innym Judaszem. Być może więc warto by inaczej przetłumaczyć to imię, w zależności rzecz jasna od tego, jak brzmiało w oryginale. Ogólnie Okultura mogłaby lepiej przykładać się do tłumaczeń fragmentów związanych z chrześcijaństwem - chociaż nie jest to ten sam kaliber hipotetycznej wpadki co "Wschodni Kościół Ortodoksyjny" (zamiast takiej czy innej Cerkwi Prawosławnej) w Czerwonej Bogini.
Być może w przyszłości powstaną lepsze pozycje o religii Santa Muerte, na chwilę obecną ta pozycja jest jednak jedną z lepszych, jeśli w ogóle są jakieś inne chociaż zahaczające o poziom literatury naukowej.
Jako uzupełnienie tematyki tej książki ogarnąłem sobie grimuar Liber Falxifer. Ta współczesna księga czarów poświęcona jest bytowi znanemu m.in. pod imieniem Senor La Muerte - jest to męski odpowiednik Santa Muerte rozpowszechniony w Ameryce Południowej, np. w Argentynie. Pierwsza część księgi zawiera pewne ogólne wprowadzenie, gdzie łopatologicznie rozróżnia się kult publiczny (czyli z grubsza to, co czym swoją książkę napisał Chesnut) od prywatnego.
Tu już nie ma różnokolorowych świec Jeśli ktoś ewokując demony i rozkazując im zaznacza przy tym, żeby nikt postronny ani żadna żywa istota nie ucierpiała przy spełnianiu żądań maga, nie powinien sięgać po LF. Spora część opisanych rytuałów wymaga użycia części ludzkich zwłok lub przynajmniej cmentarnych utensyliów, do tego mamy tu jeszcze składanie ofiar ze zwierząt. Sam Władca Cmentarza jest w tej tradycji utożsamiony z Kainem (Qayin). W drugiej części grimuara - Liber Falxifer II autor wprowadza jeszcze siostrę Kaina, Qalmanę. Wg. części źródeł żydowskich Kain wraz z siostrą to pierwsze dzieci Adama i Ewy, Abel i jego siostra byli następni. Tradycja w której sytuują się powyżej pokrótce przedstawione grimuary (rodzaj mieszaniny gnostycyzmu z satanizmem zwanej przez anglosasów mianem Anti-Cosmic Satanism; jak ktoś słucha black/death metalu to nieświadomie mógł się zetknąć z tym zjawiskiem) łączy pierwsze rodzeństwo z Szatanem który pod postacią węża posiadł Ewę. Pozwolę sobie zacytować odpowiedni fragment, z którego zapewne niczego nie zrozumiecie, niewtajemniczony plebsie, gliniane bękarty Demiurga: Eve Loved the Serpent for the gift it had bestowed upon her and the Serpent injected its Black Light into her womb. Thus the male spiritual essence of Satan-Samael and female spiritual essence of Taninsam-Lilith impregnated Eve with the Acosmic Seed-Fire. Ok, zawsze jest to jakaś podbudowa ezoteryczna dla współczesnego kultu śmierci - do mnie jednak nie przemawia.
Mój kumpel słowiański rodzimowierca/szaman poddał też w wątpliwość, jakoby Nicotiana Tabacum wspomniana w pierwszej części grimuaru była demonem - nie dość, że to gatunek sztuczny, to na dodatek Nicotina Rustica jest zwyczajnym duchem. Ufam jego kompetencjom.
Co ciekawe, twierdzenie jakoby Szatan miał posiąść Ewę podnoszą też zwolennicy tzw. Christian Identity, czyli obrzydliwego, rasistowskiego sekciarstwa z USA, sięgającego w swojej historii do brytyjskich izraelitów i teorii o zaginionych plemionach Izraela. Ich zdaniem - uogólniając - Kain był pierwszym złowrogim, domyślnie "anty-białym" Żydem, biblijnymi żydami są tak naprawdę "aryjczycy", itd.
Ale to wszystko to już inne historie.
No! W końcu dorwałem tę pozycję. I nieco się rozczarowałem. Ale po kolei.
Autor przyjmuje dosyć osobisty stosunek do omawianego zagadnienia, stawia się nie tylko w roli obserwatora pragnącego oddać bohaterce tytułowej sprawiedliwość (ze względu na dosyć jednostronne jej przedstawianie w mainstreamie i nagonce rozpętanej przez meksykańskie władze i kościół katolicki), lecz poniekąd też sympatyka. Przy pisaniu tej książki zetknął się z głównym i palącym problemem dotykającym każdego, kto styka się z tematem i chce przeprowadzić rzetelne badania - tak na prawdę kult jest jeszcze daleki od ujednolicenia i kodyfikacji, ma dosyć ubogą warstwę teoretyczną, rozwija się głównie w środowiskach nie przykładających wagi do tworzenia kompletnych i spójnych teologii, na dodatek przez lata wiara ta była zwalczana i trwała w podziemiu - co ma swoje przełożenie na ilość dostępnej fachowej literatury na ten temat.
Z racji na tak oczywiste braki autor oparł się więc na wywiadach z wyznawcami i mniej lub bardziej samozwańczymi duchowymi liderami tej burzliwie rozkwitającej nowej a jednak bardzo starej religii a także na źródłach internetowych. Wspomina, że rozmawiał z ogromną ilością wiernych (w tym z wyznawcami wśród swoich bliskich), tymczasem wspomina w książce tylko o paru z nich, do tego o kilku kilkukrotnie. Jasne, z pewnością od szeregowych wiernych uzyskał z grubsza te same odpowiedzi i absolutnie nie zachodziła potrzeba ich dokładniejszego wypunktowania, jednak uczucie niedosytu pozostaje.
Również w związku z tym autor pewne poboczne kwestie potraktował po macoszemu. Ja akurat mam jakiekolwiek pojęcie o kulturze meksykańskiej oraz meksykańskiej religijności, a także orientuję się w tematyce eklektycznych kultów indiańsko-chrześcijańsko-afrykańskich w stylu chociażby Santerii, które są stałym elementem duchowego pejzażu Ameryki Środkowej i Południowej. Spora część czytelników zapewne też, w końcu to książka Okultury, jednak dla laika za dużo pojęć będzie niezrozumiałych, cały kontekst kultury meksykańskiej i poplątanej historii całego regionu będzie dla niego jeszcze bardziej niezrozumiały, a bez znajomości uwarunkowań które wypłynęły na taki a nie inny kształt religii nie da się zrozumieć danej religii jako takiej. Rodzi się tu inny kłopot - przy uwzględnieniu wszystkich możliwych backgroundów kompletne dzieło mogłoby mieć i z 1500 stron a i tak jakieś kwestie nie zostałyby w nim poruszone.
Meksyk jeszcze w czasach gdy był Tenochtitlanem miał fioła na punkcie śmierci. Z gruntu pogańskie wyobrażenie przetrwało wieki, z czasem wsiąkło w ludowy katolicyzm, czasem - podobnie zresztą jak i polski ludowy katolicyzm - katolicki w gruncie rzeczy tylko z nazwy. Oprócz Świętej Śmierci wśród tzw. ludowych świętych nijak nie uznanych przez kościół jako instytucję jest też np. ten miły pan. Na zasadzie dosyć odległej analogii, kult Santa Muerte w takim ujęciu to trochę jakby u nas ktoś składał na domowych ołtarzach ofiary Janowi Pawłowi II i prosił go o najróżniejsze rzeczy - od pognębienia swoich wrogów przez prośby sprowadzenie do domu niewiernych kochanków aż po łaskawe wyrok dla prawilnych ziomków z dzielni. Ok, zły przykład - bo u nas w naszym ludowym katolicyzmie właśnie tak kult Papieża-Polaka wygląda.A zresztą, nie ważne, wróćmy do tematu.
Kult Świętej Śmierci wyszedł z podziemia w ciągu ostatnich lat i przeżywa ogromny boom w skali całego kraju, jest też elementem tradycji łączącej Meksykanów na emigracji - wraz z nimi rozprzestrzenia się też po Stanach Zjednoczonych, docierając w bardzo odległe rejony ziemskiego imperium Reptilian. Z racji na wielonurtowość i niedookreślenie religii spora część wyznawców łączy go z katolicyzmem, inni z plemiennym szamanizmem lub lokalną wiarą rodzimą - wszystkie te podejścia rzecz jasna przeplatają się płynnie, dochodzą jeszcze wpływy chociażby Santerii lub jej podobnych eklektycznych religii. Wśród głównych najbardziej zinstytucjonalizowanych ośrodków kultu jest zarówno zarejestrowana religia byłego księdza - tradycjonalisty katolickiego jak i ośrodek założony dość spontanicznie na prywatnej posesji kobiety, której syn dzięki wstawiennictwu Ponurej Żniwiarki wyszedł z więzienia.
Kult najsilniej rozprzestrzenia się w środowiskach biednych i wykluczonych - czasem przez względu na błędy strukturalne systemu, czasem ze względu na takie a nie inne życiowe wybory, czasem przez spot jednego i drugiego (baroni narkotykowi trzęsący większością kraju są dla pozbawionej perspektyw młodzieży wzorami do naśladowania), śmierć jest równa dla wszystkich, jej prerogatywy czasem dorównują boskim, czasem je przewyższają, poza tym jest mocno antropomorfizowana (jak większość świętych katolickich w ludowym katolicyzmie, co jest echami dawnego pogaństwa), bliska ludziom i rozumiejąca ich potrzeby.
Obrządki ku czci Świętej Śmierci łączą wpływy katolickie i wszelkie inne (nie chcę po raz kolejny przepisywać tego samego). Mamy więc poświęcone świece, obrządki z udziałem dymu tytoniowego, składanie w ofierze pokarmów i alkoholu, kwiatów, wody. Bardzo pogańskie w swojej naturze (budzące też skojarzenia z licznymi praktykami magicznymi) - jest ofiara, w zamian za nią bóstwo spełnia prośby. Do tego dokłada się np. zaczerpniętą z katolicyzmu modlitwę różańcową. Autor moim zdaniem zbyt po macoszemu potraktował same obrządki, opisując tylko niektóre.
Cała książka podzielona jest na rozdziały nazwane kolorami najpopularniejszych świec zapalanych ku czci Santa Muerte. Oprócz opisów niezwykle rozległych kompetencji świętej każdy rozdział wzbogacony jest o tło społeczne i próbę ustalenia, skąd dane prerogatywy właściwie się wzięły. Wbrew imieniu, Święta Śmierć poza nękaniem wrogów swoich wyznawców m.in. leczy z chorób, przynosi bogactwo, przywraca na łono rodziny niewiernych mężów; wyznają ją zarówno ludzie z marginesu i środowisk przestępczych jak i wojskowi, policjanci, członkowie aparatu sądowniczego. Kult Santa Muerte jest najszybciej rozwijającą się religią w Meksyku.
Nie sposób odmówić autorowi tego, że na tyle wyczerpał temat, na ile mógł. Jako jeden z pierwszych wprowadził Świętą Śmierć do dyskursu akademickiego. Ze względu na rozległość tematu nie sposób nie odnieść wrażenia, że niektóre wątki poboczne autor mógł przedstawić szerzej. Mnie zasmuciło jeszcze to, że w książce ani razu nie pada słowo hierofania ani teofania, ale to nie jest żaden argument przeciwko tej książce tylko moje dziwactwo.
Odnośnie tłumaczenia, zastanawiam się nad jedną rzeczą. Wśród meksykańskich ludowych świętych autor wymienia też "Świętego Judasza". Najprawdopodobniej chodzi o świętego Judę Tadeusza, w katolicyzmie patrona m.in. spraw beznadziejnych. Jego kult odbiegający od wykładni oficjeli kościelnych i przyjętej tradycji pojawiał się spontanicznie i w Polsce - kiedyś po kościołach leżały nie klepnięte przez wierchuszkę litanie do niego - warunkiem spełnienia się takiej modlitwy było m.in. wydrukowanie jej treści w określonej ilości egzemplarzy i zostawienie ich w kościele, w ławkach. Zastanawiam się, czy w oryginale był Saint Jude czy Saint Judas, czy jeszcze jakoś inaczej. Tłumaczenia jego imienia na Judasz raczej się nie spotyka, zapewne ze względu na oczywiste skojarzenia z innym Judaszem. Być może więc warto by inaczej przetłumaczyć to imię, w zależności rzecz jasna od tego, jak brzmiało w oryginale. Ogólnie Okultura mogłaby lepiej przykładać się do tłumaczeń fragmentów związanych z chrześcijaństwem - chociaż nie jest to ten sam kaliber hipotetycznej wpadki co "Wschodni Kościół Ortodoksyjny" (zamiast takiej czy innej Cerkwi Prawosławnej) w Czerwonej Bogini.
Być może w przyszłości powstaną lepsze pozycje o religii Santa Muerte, na chwilę obecną ta pozycja jest jednak jedną z lepszych, jeśli w ogóle są jakieś inne chociaż zahaczające o poziom literatury naukowej.
Jako uzupełnienie tematyki tej książki ogarnąłem sobie grimuar Liber Falxifer. Ta współczesna księga czarów poświęcona jest bytowi znanemu m.in. pod imieniem Senor La Muerte - jest to męski odpowiednik Santa Muerte rozpowszechniony w Ameryce Południowej, np. w Argentynie. Pierwsza część księgi zawiera pewne ogólne wprowadzenie, gdzie łopatologicznie rozróżnia się kult publiczny (czyli z grubsza to, co czym swoją książkę napisał Chesnut) od prywatnego.
Tu już nie ma różnokolorowych świec Jeśli ktoś ewokując demony i rozkazując im zaznacza przy tym, żeby nikt postronny ani żadna żywa istota nie ucierpiała przy spełnianiu żądań maga, nie powinien sięgać po LF. Spora część opisanych rytuałów wymaga użycia części ludzkich zwłok lub przynajmniej cmentarnych utensyliów, do tego mamy tu jeszcze składanie ofiar ze zwierząt. Sam Władca Cmentarza jest w tej tradycji utożsamiony z Kainem (Qayin). W drugiej części grimuara - Liber Falxifer II autor wprowadza jeszcze siostrę Kaina, Qalmanę. Wg. części źródeł żydowskich Kain wraz z siostrą to pierwsze dzieci Adama i Ewy, Abel i jego siostra byli następni. Tradycja w której sytuują się powyżej pokrótce przedstawione grimuary (rodzaj mieszaniny gnostycyzmu z satanizmem zwanej przez anglosasów mianem Anti-Cosmic Satanism; jak ktoś słucha black/death metalu to nieświadomie mógł się zetknąć z tym zjawiskiem) łączy pierwsze rodzeństwo z Szatanem który pod postacią węża posiadł Ewę. Pozwolę sobie zacytować odpowiedni fragment, z którego zapewne niczego nie zrozumiecie, niewtajemniczony plebsie, gliniane bękarty Demiurga: Eve Loved the Serpent for the gift it had bestowed upon her and the Serpent injected its Black Light into her womb. Thus the male spiritual essence of Satan-Samael and female spiritual essence of Taninsam-Lilith impregnated Eve with the Acosmic Seed-Fire. Ok, zawsze jest to jakaś podbudowa ezoteryczna dla współczesnego kultu śmierci - do mnie jednak nie przemawia.
Mój kumpel słowiański rodzimowierca/szaman poddał też w wątpliwość, jakoby Nicotiana Tabacum wspomniana w pierwszej części grimuaru była demonem - nie dość, że to gatunek sztuczny, to na dodatek Nicotina Rustica jest zwyczajnym duchem. Ufam jego kompetencjom.
Co ciekawe, twierdzenie jakoby Szatan miał posiąść Ewę podnoszą też zwolennicy tzw. Christian Identity, czyli obrzydliwego, rasistowskiego sekciarstwa z USA, sięgającego w swojej historii do brytyjskich izraelitów i teorii o zaginionych plemionach Izraela. Ich zdaniem - uogólniając - Kain był pierwszym złowrogim, domyślnie "anty-białym" Żydem, biblijnymi żydami są tak naprawdę "aryjczycy", itd.
Ale to wszystko to już inne historie.
środa, 15 kwietnia 2015
Kazimierz Kyrcz Jr "Femme Fatale"
Przeglądając internety natknąłem się dziś na kilka informacji o przesuniętych terminach wydania książek. Problem ten spotkał rozmaitych autorów, od duetu Robert Cichowlas/Łukasz Radecki po Witolda Jabłońskiego.
Czemu o tym wspomniałem? Pierwotnie najnowszy zbiór opowiadań (zawierający co prawda teksty powstałe na przestrzeni dekady) krakowskiego pisarza miał ukazać się w przyszłym tygodniu. Data premiery została jednak nagle przesunięta - na dzisiaj. Wydawnictwo FORMA zapewne samo nie mogło się doczekać.
Autor zdążył przyzwyczaić czytelników do wysokiego poziomu swojej twórczości - poziom został utrzymany. Kazimierz Kyrcz Jr to solidna firma. Omawiana książka jest zbiorem piętnastu opowiadań utrzymanych w stylistyce horroru miejskiego, tym razem jednak, w przeciwieństwie chociażby do Podwójnej pętli, horror szarego miasta został doprawiony zarówno elementami groteski jak i polany gęstym sosem czarnego humoru. Nie oznacza to, że wszystkie opowiadania są humorystyczne - czytelnik będzie miał też okazję poznać teksty (nomen omen) śmiertelnie poważne.
Autora inspiruje otaczający go świat, więc także miasto w którym żyje i tworzy - Kraków. Szare ulice Stołecznego Królewskiego, rozpoznawalne wieżowce (w tym jeden niedoszły wieżowiec jeszcze sprzed czasów, w których Kraków stał się zagłębiem outsourcingu/call center, nieformalny symbol miasta - Szkieletor), nowohuckie osiedla - to wszystko i więcej przewija się przez karty książki. Czasem jako ważny element fabuły, innym razem jako tło rozgrywających się wydarzeń, które mogłyby się wydarzyć wszędzie. Niematerialną (chociaż to kwestia dyskusyjna, w końcu trochę materii tam było) część krakowskiego klimatu oddaje jedno z opowiadań nawiązujące do znanej historii z wyłowioną z Wisły ludzką skórą. Bohaterowie wykreowani przez autora, oprócz pojawiających się tu i tam femme fatale, to albo postacie niezwykle ekscentryczne i kierujące się własnymi wartościami; albo postacie, które myślały, że ich życie potoczy się jakoś inaczej, niż się potoczyło, na skutek ich własnych decyzji lub czynników niezależnych (a czasem i czynników nie z tego świata); wreszcie postacie przygaszone przez szarą codzienność i zmagające się z jej absurdami bądź przeciwnościami losu, radzące sobie z narastającą frustracją przy zastosowaniu nietuzinkowych sposobów. W paru miejscach mamy też standardowy typ bohatera horroru: zwyczajnego gościa/babkę któremu/ej nagle przytrafia się coś Niezwykłego i Nieznanego (bez rozróżnienia na naturalne lub nadnaturalne lub niesprecyzowane źródło zmiany).
Podsumowując, Femme fatale to bardzo sprawnie napisany zbiór opowiadań. Mimo różnego czasu powstania, żadne z nich nie odstaje od reszty. Największym plusem książki jest to, że w ramach popularnej i lubianej konwencji autor wrzuca do niej tyle oryginalnych pomysłów, ile tylko może, czerpiąc z otaczającego (bliżej lub dalej) świata, odpowiednio wykrzywionego i przejaskrawionego, i z własnych doświadczeń, a nie z ogranych i odgrzewanych w nieskończoność klasycznych motywów. Jeśli ktoś spaceruje w miejskiej szarzyźnie z cynicznym uśmiechem na ustach, smakuje klimat odrapanych ścian i równie odrapanych myśli mijanych ludzi, powinien tę książkę przeczytać, nie zawiedzie się. Reszta czytelników, zwłaszcza ci od horrorów, również powinna poczuć się usatysfakcjonowana.
Czemu o tym wspomniałem? Pierwotnie najnowszy zbiór opowiadań (zawierający co prawda teksty powstałe na przestrzeni dekady) krakowskiego pisarza miał ukazać się w przyszłym tygodniu. Data premiery została jednak nagle przesunięta - na dzisiaj. Wydawnictwo FORMA zapewne samo nie mogło się doczekać.
Autor zdążył przyzwyczaić czytelników do wysokiego poziomu swojej twórczości - poziom został utrzymany. Kazimierz Kyrcz Jr to solidna firma. Omawiana książka jest zbiorem piętnastu opowiadań utrzymanych w stylistyce horroru miejskiego, tym razem jednak, w przeciwieństwie chociażby do Podwójnej pętli, horror szarego miasta został doprawiony zarówno elementami groteski jak i polany gęstym sosem czarnego humoru. Nie oznacza to, że wszystkie opowiadania są humorystyczne - czytelnik będzie miał też okazję poznać teksty (nomen omen) śmiertelnie poważne.
Autora inspiruje otaczający go świat, więc także miasto w którym żyje i tworzy - Kraków. Szare ulice Stołecznego Królewskiego, rozpoznawalne wieżowce (w tym jeden niedoszły wieżowiec jeszcze sprzed czasów, w których Kraków stał się zagłębiem outsourcingu/call center, nieformalny symbol miasta - Szkieletor), nowohuckie osiedla - to wszystko i więcej przewija się przez karty książki. Czasem jako ważny element fabuły, innym razem jako tło rozgrywających się wydarzeń, które mogłyby się wydarzyć wszędzie. Niematerialną (chociaż to kwestia dyskusyjna, w końcu trochę materii tam było) część krakowskiego klimatu oddaje jedno z opowiadań nawiązujące do znanej historii z wyłowioną z Wisły ludzką skórą. Bohaterowie wykreowani przez autora, oprócz pojawiających się tu i tam femme fatale, to albo postacie niezwykle ekscentryczne i kierujące się własnymi wartościami; albo postacie, które myślały, że ich życie potoczy się jakoś inaczej, niż się potoczyło, na skutek ich własnych decyzji lub czynników niezależnych (a czasem i czynników nie z tego świata); wreszcie postacie przygaszone przez szarą codzienność i zmagające się z jej absurdami bądź przeciwnościami losu, radzące sobie z narastającą frustracją przy zastosowaniu nietuzinkowych sposobów. W paru miejscach mamy też standardowy typ bohatera horroru: zwyczajnego gościa/babkę któremu/ej nagle przytrafia się coś Niezwykłego i Nieznanego (bez rozróżnienia na naturalne lub nadnaturalne lub niesprecyzowane źródło zmiany).
Podsumowując, Femme fatale to bardzo sprawnie napisany zbiór opowiadań. Mimo różnego czasu powstania, żadne z nich nie odstaje od reszty. Największym plusem książki jest to, że w ramach popularnej i lubianej konwencji autor wrzuca do niej tyle oryginalnych pomysłów, ile tylko może, czerpiąc z otaczającego (bliżej lub dalej) świata, odpowiednio wykrzywionego i przejaskrawionego, i z własnych doświadczeń, a nie z ogranych i odgrzewanych w nieskończoność klasycznych motywów. Jeśli ktoś spaceruje w miejskiej szarzyźnie z cynicznym uśmiechem na ustach, smakuje klimat odrapanych ścian i równie odrapanych myśli mijanych ludzi, powinien tę książkę przeczytać, nie zawiedzie się. Reszta czytelników, zwłaszcza ci od horrorów, również powinna poczuć się usatysfakcjonowana.
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Pokrótce #9
Negura Bunget + supporty, 09.04.15, Rotunda
Ominęło mnie większość supportów, w robocie świat zapłonął i trzeba było go chociaż lekko przygasić. Ale nic straconego, dawno nie byłem na koncercie, gdzie kapele byłyby aż tak niedobrane. Northern Plague to odtwórczy i nudny black/death, Grimegod to jakiś doom/death, również nic specjalnego, Lacrima (doom/gothic) zaś o ile reprezentowała sobą jakikolwiek poziom w przeciwieństwie do innych supportów, to wrzucenie ich przed Negurą z racji na rozbieżności stylistyczne nie było najszczęśliwszym pomysłem. Headliner wypał zajebiście, zwłaszcza w świetle ostatnich przetasowań w składzie. Niepotrzebnie się obawiałem o stopień ich zgrania się ze sobą. Tylko trochę szkoda, że nie zagrali żadnego z najstarszych kawałków.
Command & Conquer Generals: Zero Hour: Rise of the Reds 1.85
W końcu jest. Po kilku latach oczekiwania. Warto było czekać, bez dwóch zdań najlepszy mod do starych, dobrych Generalsów.
Robert E. Howard Solomon Kane. Okrutne przygody
Klasyka sword & sorcery przez duże K. Zbiór opowiadań o fanatycznym purytaninie uważającym się za bicz boży na wszelkie zło, ludzkie i nadnaturalne. Szermierz i strzelec Kane staje na drodze atlantydzkich kapłanów, nekromantów i czarnoksiężników, wampirów, duchów i harpii, piratów, gwałcicieli, handlarzy niewolników, a nawet i demonów uwięzionych przed wiekami przez samego króla Salomona. Nie dba o własne życie i zdrowie, nie interesują go dobra doczesne, gna przed siebie wykonując wolę Boga i karząc bezlitośnie wszystkich złoczyńców, czy to na lądzie, czy to na pokładzie żaglowca, czy to na rozstajach dróg na Wyspach Brytyjskich, czy w niemieckich lasach, czy w afrykańskich dżunglach czy cholera wie gdzie.
Chyba każdy kojarzy chociaż pobieżnie postać autora, przez co nie ma co się o nim rozpisywać. Podobnie jak w przypadku historii o znacznie bardziej znanym Conanie, krew leje się strumieniami, piękne kobiety omdlewają lub próbują zwieść na złą drogę głównego bohatera. Tutaj nieco wyraźniej tenże główny bohater niesie dumnie powinność i brzemię Białego Człowieka przez obce, zdegenerowane i barbarzyńskie ziemie. Na końcu dobro zwycięża (niekoniecznie przy użyciu faktycznie dobrych metod). Patos przydusza czytelnika ale ten w pogoni za wartką akcją nie zwraca na to uwagi, lub zdaje sobie sprawę, że to taka konwencja i produkt określonego miejsca i czasu.
Rebis odwalił o tyle dobrą robotę, że pozbierał do kupy z twórczości autora co tylko mógł pozbierać o Solomonie Kanie'ie. Dlatego obok kompletnych opowiadań w ich pierwotnej formie, bez późniejszych przeróbek nie zawsze zgodnych z wizją autora, mamy też w tej książce liczne fragmenty i urywki historii, których nigdy nie będzie nam dane poznać w całości. Za grafiki ozdabiające treść i idealnie wpisujące się w klimat opowiadań (chociaż nie zawsze ściśle je odwzorowujące) odpowiada Gary Gianni.
Ach, guilty pleasure. Naprawdę nic wielkiego, ale fajnie się czyta.
Joseph Conrad Nostromo
Dzieła zebrane Josepha Conrada, tom ósmy (z dwudziestu siedmiu).
Znów guilty pleasure, tym bardziej, że rzecz się zestarzała bardzo pod względem świata przedstawionego, pokazanej w jednostronnym dobrym świetle kolonialnej burżuazji i arystokracji (nawet jeśli wywodzącej się z europejskich ruchów rewolucyjnych tamtej epoki, np. jeden z bohaterów walczył u boku Garibaldiego), oraz jednoznacznie negatywnie przedstawionych, nazwijmy to, rewolucjonistów trzecioświatowych, podnoszących rękę na tak dobrych, cywilizowanych i kulturalnych białych panów.
Autor z metahistorycznym zacięciem opowiada historię małego państewka w Ameryce Łacińskiej, a zwłaszcza jednej prowincji, słynącej ze znajdującej się tam kopalni srebra. Fabuła ciągnie się przez długi okres czasu, burzliwe dni następujących po sobie rewolucji i przemian, zakończonych szczęśliwie powstaniem nowego państwa. Akcja prowadzi do momentu przełomowego, autor ją zwalnia i przyśpiesza fabułę, przerzucając akcje nagle o całe lata naprzód, już po szczęśliwym rozwiązaniu problemów, które kilka stron wcześniej wydawały się być nie do rozwiązania. Tytułowy bohater, człowiek do zadań niemożliwych dopiero w ostatniej części książki staje się bohaterem głównym. Pochodzący z ludu prosty przybysz z Europy staje się kimś w rodzaju - niemalże - męża opatrznościowego, demiurga dokonującego niezwykłych czynów w niezwykłych czasach i ważnych momentach historycznych dla całego kraju. Co najciekawsze, jego szaleńcza odwaga, niezłomność charakteru i zarazem zadufanie biorą się przede wszystkim z jego egoizmu. Po wielu latach jego charakter zostaje wystawiony na bardzo ciężką próbę, a jego legenda stanie na krawędzi zniszczenia przez chciwość i kobiety. I taki w sumie wypływa z książki morał - co pieniądze, także takie, w których posiadanie wchodzi się nagle i za pomocą niezbyt legalnych środków wraz z kobietami robią z dumnymi i wolnymi mężczyznami.
Książka może i trąci myszką, ale trzeba to oddać Conradowi, był świetnym pisarzem.
Lucius Shepard Krokodylowa skała
Solaris, seria The best of.
Jest to jedna z niewielu książek, w przypadku których uważam, że zapłaciłem za nie zbyt mało. Za tę konkretną dałem 7zł w jednej z sieci z tanimi książkami. Tymczasem spokojnie dałbym za nią cenę okładkową, a nawet wyższą.
Sheperd pisał fantastykę, ale fantastykę niejednoznaczną i niejednorodną. Bardzo skręcał na równo w stronę weird jak i realizmu magicznego (aczkolwiek bardziej magicznego niż u stereotypowych przedstawicieli nurtu pochodzących z Ameryki Południowej), wśród zamieszczonych w zbiorze opowiadań (każde z tych opowiadań było nominowane do różnych Hugo, Stokerów, itp., część z nich kilka nagród pozgarniało, lub przynajmniej jedną) są też horrory (także z dosyć brutalnymi scenami) czy utwór w konwencji s-f.
Autor wiedział jak operować słowem. Pod względem czysto literackim zamieszczone w zbiorze opowiadania to małe arcydzieła. Najprostszy i najbardziej prozaiczny opis zyskuje głębię, zachwyca doborem słownictwa, poetyką; nawet brutalna przemoc czy (nieraz równie brutalne) ruchanie kiedy autor tak chce, to nabierają cech onirycznych.
Z autorem zwiedzimy kawał świata, od Afryki po rozdartą przytłaczającymi swoim rozmachem (i bezsensem) konfliktami zbrojnymi (rys hippisowski u autora jest widoczny, aczkolwiek nie przytłacza; jest rodzajem delikatnej przyprawy, nie głównym daniem) Amerykę Południową, przez senne miasteczka, metropolie, staje kosmiczne aż po gargantuicznego, uśpionego smoka robiącego za element krajobrazu, bóstwo i zarazem miejsce, w którym wykształcił się kompletny ekosystem. Sheperd swobodnie zarówno reinterpretował motywy jak i krzesał z siebie oryginalne pomysły.
Przesłanie każdego z opowiadań jest zbliżone. Osią napędową zgromadzonych tekstów jest wewnętrzne dojrzewanie bohaterów, ich szukanie własnego miejsca w świecie, zmaganie się z przeciwnościami losu, wreszcie z kryzysem wartości, przełamywaniem go i odnajdywaniem własnych zasad, własnej woli. Rozważania na poważne tematy snute przez bohaterów zazwyczaj zapoczątkowywało wyżej wspomniane wkroczenie Nieznanego. Bohaterowie łamią się, mają liczne wątpliwości, czasem sami nie wiedzą, czego chcą, nawet nierealistyczne postacie przedstawione są realistycznie, z pokaźnym bagażem wad i zalet, przyzwyczajeń, lęków, nadziei.
Sheperda wydał u nas jeszcze Mag, w Uczcie wyobraźni. Kolejna książka dopisana do listy "przeczytać koniecznie".
Ominęło mnie większość supportów, w robocie świat zapłonął i trzeba było go chociaż lekko przygasić. Ale nic straconego, dawno nie byłem na koncercie, gdzie kapele byłyby aż tak niedobrane. Northern Plague to odtwórczy i nudny black/death, Grimegod to jakiś doom/death, również nic specjalnego, Lacrima (doom/gothic) zaś o ile reprezentowała sobą jakikolwiek poziom w przeciwieństwie do innych supportów, to wrzucenie ich przed Negurą z racji na rozbieżności stylistyczne nie było najszczęśliwszym pomysłem. Headliner wypał zajebiście, zwłaszcza w świetle ostatnich przetasowań w składzie. Niepotrzebnie się obawiałem o stopień ich zgrania się ze sobą. Tylko trochę szkoda, że nie zagrali żadnego z najstarszych kawałków.
Command & Conquer Generals: Zero Hour: Rise of the Reds 1.85
W końcu jest. Po kilku latach oczekiwania. Warto było czekać, bez dwóch zdań najlepszy mod do starych, dobrych Generalsów.
Robert E. Howard Solomon Kane. Okrutne przygody
Klasyka sword & sorcery przez duże K. Zbiór opowiadań o fanatycznym purytaninie uważającym się za bicz boży na wszelkie zło, ludzkie i nadnaturalne. Szermierz i strzelec Kane staje na drodze atlantydzkich kapłanów, nekromantów i czarnoksiężników, wampirów, duchów i harpii, piratów, gwałcicieli, handlarzy niewolników, a nawet i demonów uwięzionych przed wiekami przez samego króla Salomona. Nie dba o własne życie i zdrowie, nie interesują go dobra doczesne, gna przed siebie wykonując wolę Boga i karząc bezlitośnie wszystkich złoczyńców, czy to na lądzie, czy to na pokładzie żaglowca, czy to na rozstajach dróg na Wyspach Brytyjskich, czy w niemieckich lasach, czy w afrykańskich dżunglach czy cholera wie gdzie.
Chyba każdy kojarzy chociaż pobieżnie postać autora, przez co nie ma co się o nim rozpisywać. Podobnie jak w przypadku historii o znacznie bardziej znanym Conanie, krew leje się strumieniami, piękne kobiety omdlewają lub próbują zwieść na złą drogę głównego bohatera. Tutaj nieco wyraźniej tenże główny bohater niesie dumnie powinność i brzemię Białego Człowieka przez obce, zdegenerowane i barbarzyńskie ziemie. Na końcu dobro zwycięża (niekoniecznie przy użyciu faktycznie dobrych metod). Patos przydusza czytelnika ale ten w pogoni za wartką akcją nie zwraca na to uwagi, lub zdaje sobie sprawę, że to taka konwencja i produkt określonego miejsca i czasu.
Rebis odwalił o tyle dobrą robotę, że pozbierał do kupy z twórczości autora co tylko mógł pozbierać o Solomonie Kanie'ie. Dlatego obok kompletnych opowiadań w ich pierwotnej formie, bez późniejszych przeróbek nie zawsze zgodnych z wizją autora, mamy też w tej książce liczne fragmenty i urywki historii, których nigdy nie będzie nam dane poznać w całości. Za grafiki ozdabiające treść i idealnie wpisujące się w klimat opowiadań (chociaż nie zawsze ściśle je odwzorowujące) odpowiada Gary Gianni.
Ach, guilty pleasure. Naprawdę nic wielkiego, ale fajnie się czyta.
Joseph Conrad Nostromo
Dzieła zebrane Josepha Conrada, tom ósmy (z dwudziestu siedmiu).
Znów guilty pleasure, tym bardziej, że rzecz się zestarzała bardzo pod względem świata przedstawionego, pokazanej w jednostronnym dobrym świetle kolonialnej burżuazji i arystokracji (nawet jeśli wywodzącej się z europejskich ruchów rewolucyjnych tamtej epoki, np. jeden z bohaterów walczył u boku Garibaldiego), oraz jednoznacznie negatywnie przedstawionych, nazwijmy to, rewolucjonistów trzecioświatowych, podnoszących rękę na tak dobrych, cywilizowanych i kulturalnych białych panów.
Autor z metahistorycznym zacięciem opowiada historię małego państewka w Ameryce Łacińskiej, a zwłaszcza jednej prowincji, słynącej ze znajdującej się tam kopalni srebra. Fabuła ciągnie się przez długi okres czasu, burzliwe dni następujących po sobie rewolucji i przemian, zakończonych szczęśliwie powstaniem nowego państwa. Akcja prowadzi do momentu przełomowego, autor ją zwalnia i przyśpiesza fabułę, przerzucając akcje nagle o całe lata naprzód, już po szczęśliwym rozwiązaniu problemów, które kilka stron wcześniej wydawały się być nie do rozwiązania. Tytułowy bohater, człowiek do zadań niemożliwych dopiero w ostatniej części książki staje się bohaterem głównym. Pochodzący z ludu prosty przybysz z Europy staje się kimś w rodzaju - niemalże - męża opatrznościowego, demiurga dokonującego niezwykłych czynów w niezwykłych czasach i ważnych momentach historycznych dla całego kraju. Co najciekawsze, jego szaleńcza odwaga, niezłomność charakteru i zarazem zadufanie biorą się przede wszystkim z jego egoizmu. Po wielu latach jego charakter zostaje wystawiony na bardzo ciężką próbę, a jego legenda stanie na krawędzi zniszczenia przez chciwość i kobiety. I taki w sumie wypływa z książki morał - co pieniądze, także takie, w których posiadanie wchodzi się nagle i za pomocą niezbyt legalnych środków wraz z kobietami robią z dumnymi i wolnymi mężczyznami.
Książka może i trąci myszką, ale trzeba to oddać Conradowi, był świetnym pisarzem.
Lucius Shepard Krokodylowa skała
Solaris, seria The best of.
Jest to jedna z niewielu książek, w przypadku których uważam, że zapłaciłem za nie zbyt mało. Za tę konkretną dałem 7zł w jednej z sieci z tanimi książkami. Tymczasem spokojnie dałbym za nią cenę okładkową, a nawet wyższą.
Sheperd pisał fantastykę, ale fantastykę niejednoznaczną i niejednorodną. Bardzo skręcał na równo w stronę weird jak i realizmu magicznego (aczkolwiek bardziej magicznego niż u stereotypowych przedstawicieli nurtu pochodzących z Ameryki Południowej), wśród zamieszczonych w zbiorze opowiadań (każde z tych opowiadań było nominowane do różnych Hugo, Stokerów, itp., część z nich kilka nagród pozgarniało, lub przynajmniej jedną) są też horrory (także z dosyć brutalnymi scenami) czy utwór w konwencji s-f.
Autor wiedział jak operować słowem. Pod względem czysto literackim zamieszczone w zbiorze opowiadania to małe arcydzieła. Najprostszy i najbardziej prozaiczny opis zyskuje głębię, zachwyca doborem słownictwa, poetyką; nawet brutalna przemoc czy (nieraz równie brutalne) ruchanie kiedy autor tak chce, to nabierają cech onirycznych.
Z autorem zwiedzimy kawał świata, od Afryki po rozdartą przytłaczającymi swoim rozmachem (i bezsensem) konfliktami zbrojnymi (rys hippisowski u autora jest widoczny, aczkolwiek nie przytłacza; jest rodzajem delikatnej przyprawy, nie głównym daniem) Amerykę Południową, przez senne miasteczka, metropolie, staje kosmiczne aż po gargantuicznego, uśpionego smoka robiącego za element krajobrazu, bóstwo i zarazem miejsce, w którym wykształcił się kompletny ekosystem. Sheperd swobodnie zarówno reinterpretował motywy jak i krzesał z siebie oryginalne pomysły.
Przesłanie każdego z opowiadań jest zbliżone. Osią napędową zgromadzonych tekstów jest wewnętrzne dojrzewanie bohaterów, ich szukanie własnego miejsca w świecie, zmaganie się z przeciwnościami losu, wreszcie z kryzysem wartości, przełamywaniem go i odnajdywaniem własnych zasad, własnej woli. Rozważania na poważne tematy snute przez bohaterów zazwyczaj zapoczątkowywało wyżej wspomniane wkroczenie Nieznanego. Bohaterowie łamią się, mają liczne wątpliwości, czasem sami nie wiedzą, czego chcą, nawet nierealistyczne postacie przedstawione są realistycznie, z pokaźnym bagażem wad i zalet, przyzwyczajeń, lęków, nadziei.
Sheperda wydał u nas jeszcze Mag, w Uczcie wyobraźni. Kolejna książka dopisana do listy "przeczytać koniecznie".
niedziela, 12 kwietnia 2015
Odpryski XLVI
Zostałem nominowany do łańcuszka Liebster Blog Award przez Alicyę (mam nadzieję, że poprawnie odmieniłem) Rivard prowadzącą blog Alicya w Krainie Słów. Po tej stronie lustra. Nie darzę zbyt dużą estymą łańcuszków, do tego się jednak - połowicznie - odniosę.
Zasady są dosyć proste - ot, blogger(k)a wymyśla 11 pytań i do odpowiedzi typuje innych piszących. Ci wymyślają swoje pytania i przekazują je dalej. I tak to się kręci. Kryje się za tym jakaś myśl przewodnia, ale sprawia (przynajmniej mi) wrażenie drugorzędnej.
Tak szczerze, to nawet jakbym chciał gdzieś pchnąć to dalej, to nie miałbym do kogo. Moje stosunki z blogosferą są dość luźne, praktycznie u nikogo niczego nie komentuję (i praktycznie nikt nie komentuje niczego u mnie, ale nie przeszkadza mi to), nie wyobrażam sobie, by nagle z głupia frant przesłać komuś coś takiego, choćby i miałoby to Blog Award w nazwie. Gdy zacząłem klecić tego bloga około roku 2011 - jakkolwiek może i dziwnie by to nie zabrzmiało - nie miałem świadomości istnienia książkowej blogosfery (której najburzliwszy rozwój [powiedzmy sobie szczerze, ilość nie idąca w parze z jakością] to czasy bliższe teraźniejszości), nie czułem się jej częścią i w sumie nadal się nie czuję jej częścią. Pisałem i piszę w sumie głównie dla własnej rozrywki. Jeśli przypadkiem ktoś się ze mną w czymś zgodzi - ok, fajnie.
Ale ja generalnie nie czuję się częścią czegokolwiek, i absolutnie nie jest to zarzut wobec czegokolwiek. Cóż, niektórzy już tak mają. Kiedyś miałem silną potrzebę przynależności, potem jednak zanikła prawie całkowicie.
Jednakże na zadane pytania zamierzam odpowiedzieć. Z jednej strony przez grzeczność, skoro zostałem wywołany do odpowiedzi, z drugiej strony żeby połechtać sobie ego (na zasadzie wow, kogoś obchodzi co mam do powiedzenia).
1. Jaka postać literacka mogłaby być twoim awatarem?
Standardowy bohater lovecraftowski, odkrywający mozolnie ukrytą prawdę o rzeczywistości i stopniowo popadający w obłęd.
2. Czy masz jakąś fobię? Jaką?
Kilka w miarę łagodnych.
3. Twoje ulubione miejsce pełne książek to?
Zapyziała osiedlowa biblioteka, na tym bądź innym osiedlu, im dalej od centrum, tym lepiej. Wszystkie są do siebie podobne. Zazwyczaj są pośpiesznie i niechlujnie zmodernizowanymi reliktami PRLowskimi, panująca tam atmosfera mi odpowiada.
4. Opowiedz o najstraszniejszej książce.
"Najstraszniejsza książka" to dość nieostre pojęcie. Poza tym w zależności od dodatkowych bodźców i uwarunkowań, straszność danej książki może się zmieniać na przestrzeni czasu. Potrafiłem się bać nawet w czasie lektury poczciwego Lovecrafta, gdy czytałem go w środku nocy będąc samemu w mieszkaniu a w tle puściłem sobie na granicy słyszalności dark ambient. W jakichkolwiek innych okolicznościach taka lektura nie wzbudziłaby u mnie żadnego lęku poza być może lekkim egzystencjalnym dyskomfortem.
Straszne ale w sensie jak najbardziej pozytywnym są książki podważające to, co uznajemy za nieomylne i niepodważalne prawdy o nas, naszym miejscu w świecie i świecie jako takim. Pozytywnym, bo nie pozwalają na ciągłe strojenie skroni zwiędłym lauru liściem, wymuszają reakcje na coś, z czym się nie zgadzamy, co budzi nasze oburzenie, wrogość, lęk.
Jeśli jednak chodziłoby o książkę w czasie lektury której autentycznie się bałem, to była jedna taka pozycja. Liber Falxifer: The Book of the Left-Handed Reaper. Czytałem bądź przeglądałem całkiem sporo różnych grimuarów należących nieraz i do wrogich sobie tradycji, tylko przy lekturze tego jednego dostałem nagłego ataku paniki.
5. Czy uważasz, że groza ma swoje ambitne oblicze?
Pewnie. Fandom horroru ma przed sobą do nadrobienia wszystkie te dyskusje o własnej tożsamości i poczuciu własnej wartości, które fandom szeroko pojętej fantastyki ma już za sobą.
6. Bez jakiego pisarza nie możesz żyć?
Takich pisarzy było Legion. Po czym człowiek szedł dalej i znajdował kolejny ich Legion. W sumie mogę żyć bez wielu lubianych przeze mnie pisarzy, gdyby ich nie było to bym ich nie znał i nie lubił. Ta-dam.
Czasem wracam do Lovecrafta, czekam na nowe tłumaczenia Ligottiego; nie byłoby mnie tu i teraz gdyby nie przemyślenia chłopaków takich jak Ernst Jünger (zwłaszcza w przedziale jego twórczości mniej-więcej od Przybliżeń do Eumeswil), Jean Baudrillard, Nietzsche, Stirner; także i Crowley czy Peter Grey. Estymą darzę wszystkich Mistrzów Podejrzeń i sporą część ich następców, co poniekąd wiąże się z moją odpowiedzią na pytanie 1. Jednak za żadnego z nich nie dałbym się pokroić i do żadnego nie podchodzę bezkrytycznie.
7. Jaki horror/powieść grozy polecasz do przeczytania?
Teatro Grottesco Thomasa Ligottiego, Powrót Wojciecha Guni, Dama Tyfusowa Hannsa Heinza Ewersa, Lovecrafta w tłumaczeniu Macieja Płazy (fakt faktem, nowych tłumaczeń wydawnictwa C&T nie znam, więc wydawnictwu Vesper przyznaję palmę pierwszeństwa nad ogółem wcześniejszych tłumaczeń); Igły i grzechy Johna Eversona, Księżyc na wodzie Morte'a Castle'a, The Drug and Other Stories Aleistera Crowley'a; mangi Juni Ito, zwłaszcza Uzumaki i Gyo; komiksy spod szyldu Crossed, zwłaszcza (najlepiej trade paperback) Crossed: Psychopath (David Lapham, Raulo Caceres).
Fakt faktem, horror jako taki, lub to, co za horror jako taki w naszym grajdole jest powszechnie uznawane, czyli średnia wyciągnięta z Kinga i Mastertona, to nie moje klimaty, nawet jeśli jednemu i drugiemu zdarzają się obiektywnie dobre książki.
8. Gdybyś musiał zostać potworem, jakiego byś wybrał?
Shoggotha.
9. Czytasz powieści graficzne? Jeśli tak, to które z ostatnich wywarły na tobie największe wrażenie?
Przede wszystkim, za Alanem Moorem uważam, że powieść graficzna to sztuczne i durne pojęcie powstałe by oddzielić ambitniejsze komiksy od mniej ambitnych. Wspomniałem już wcześniej o Junji Ito czy wielu różnych seriach Crossed, dodam do tego jeszcze refleksyjny horror s-f Absolute Zero (trzy długie odcinki; autorzy to Christophe Bec, Richard Marazano, Homer Reyes) oraz kilkuodcinkowe serie Caligula i Caligula: Heart of Rome (David Lapham, German Noble).
10. Najdziwniejsza lub najbardziej niepokojąca książka jaka została przez ciebie przeczytana?
Najdziwniejsze pod względem formy to cut-upy Williama S. Burroughsa. Pod względem treści - ech, długo by wymieniać. Można by wprowadzić jeszcze podkategorie dziwności. I tak, najdziwniejszy world building to by było coś Dukaja, np. Perfekcyjna niedoskonałość, najdziwniejszy świat przedstawiony jako taki to zapewne Troika Chapmana albo jakieś bizarro. Najbardziej niepokojąca? Jeszcze dłużej by wymieniać. Sporo już wspomniałem wcześniej. Znów poszczególne opowiadania Lovecrafta, Ligottiego, Guni, Ewersa, itd.. Stare s-f Księżyc dwunastu rąk Lino Aldaniego, opowiadanie tytułowe; gdy czytałem je kilka lat temu bardzo mocno przejąłem się opisaną sytuacją. Niezwyciężony Lema. Proces Kafki. Anioł Przemocy Snerga, opowiadanie tytułowe, przynajmniej do pewnego momentu. Żuk w mrowisku Strugackich. O psie, który jeździł koleją Romana Pisarskiego - pamiętam jak dziś, jak ta książka - jej zakończenie - mną wstrząsnęło jak czytałem ją gdy byłem w jednej z pierwszych klas szkoły podstawowej.
11. Gdyby istniała możliwość zmiany zakończenia jednej wybranej przez ciebie książki, to jaka by to była i co byś w nim zmodyfikował?
Nie chciałbym niczego zmieniać, bo to nie byłaby już integralna wizja autora, mająca początek, rozwinięcie i koniec. Jeśli autor chciał coś w swojej książce przekazać, wszelka chęć zmiany czegokolwiek byłaby zaprzeczeniem jego pomysłu i integralności fabuły.
Zasady są dosyć proste - ot, blogger(k)a wymyśla 11 pytań i do odpowiedzi typuje innych piszących. Ci wymyślają swoje pytania i przekazują je dalej. I tak to się kręci. Kryje się za tym jakaś myśl przewodnia, ale sprawia (przynajmniej mi) wrażenie drugorzędnej.
Tak szczerze, to nawet jakbym chciał gdzieś pchnąć to dalej, to nie miałbym do kogo. Moje stosunki z blogosferą są dość luźne, praktycznie u nikogo niczego nie komentuję (i praktycznie nikt nie komentuje niczego u mnie, ale nie przeszkadza mi to), nie wyobrażam sobie, by nagle z głupia frant przesłać komuś coś takiego, choćby i miałoby to Blog Award w nazwie. Gdy zacząłem klecić tego bloga około roku 2011 - jakkolwiek może i dziwnie by to nie zabrzmiało - nie miałem świadomości istnienia książkowej blogosfery (której najburzliwszy rozwój [powiedzmy sobie szczerze, ilość nie idąca w parze z jakością] to czasy bliższe teraźniejszości), nie czułem się jej częścią i w sumie nadal się nie czuję jej częścią. Pisałem i piszę w sumie głównie dla własnej rozrywki. Jeśli przypadkiem ktoś się ze mną w czymś zgodzi - ok, fajnie.
Ale ja generalnie nie czuję się częścią czegokolwiek, i absolutnie nie jest to zarzut wobec czegokolwiek. Cóż, niektórzy już tak mają. Kiedyś miałem silną potrzebę przynależności, potem jednak zanikła prawie całkowicie.
Jednakże na zadane pytania zamierzam odpowiedzieć. Z jednej strony przez grzeczność, skoro zostałem wywołany do odpowiedzi, z drugiej strony żeby połechtać sobie ego (na zasadzie wow, kogoś obchodzi co mam do powiedzenia).
1. Jaka postać literacka mogłaby być twoim awatarem?
Standardowy bohater lovecraftowski, odkrywający mozolnie ukrytą prawdę o rzeczywistości i stopniowo popadający w obłęd.
2. Czy masz jakąś fobię? Jaką?
Kilka w miarę łagodnych.
3. Twoje ulubione miejsce pełne książek to?
Zapyziała osiedlowa biblioteka, na tym bądź innym osiedlu, im dalej od centrum, tym lepiej. Wszystkie są do siebie podobne. Zazwyczaj są pośpiesznie i niechlujnie zmodernizowanymi reliktami PRLowskimi, panująca tam atmosfera mi odpowiada.
4. Opowiedz o najstraszniejszej książce.
"Najstraszniejsza książka" to dość nieostre pojęcie. Poza tym w zależności od dodatkowych bodźców i uwarunkowań, straszność danej książki może się zmieniać na przestrzeni czasu. Potrafiłem się bać nawet w czasie lektury poczciwego Lovecrafta, gdy czytałem go w środku nocy będąc samemu w mieszkaniu a w tle puściłem sobie na granicy słyszalności dark ambient. W jakichkolwiek innych okolicznościach taka lektura nie wzbudziłaby u mnie żadnego lęku poza być może lekkim egzystencjalnym dyskomfortem.
Straszne ale w sensie jak najbardziej pozytywnym są książki podważające to, co uznajemy za nieomylne i niepodważalne prawdy o nas, naszym miejscu w świecie i świecie jako takim. Pozytywnym, bo nie pozwalają na ciągłe strojenie skroni zwiędłym lauru liściem, wymuszają reakcje na coś, z czym się nie zgadzamy, co budzi nasze oburzenie, wrogość, lęk.
Jeśli jednak chodziłoby o książkę w czasie lektury której autentycznie się bałem, to była jedna taka pozycja. Liber Falxifer: The Book of the Left-Handed Reaper. Czytałem bądź przeglądałem całkiem sporo różnych grimuarów należących nieraz i do wrogich sobie tradycji, tylko przy lekturze tego jednego dostałem nagłego ataku paniki.
5. Czy uważasz, że groza ma swoje ambitne oblicze?
Pewnie. Fandom horroru ma przed sobą do nadrobienia wszystkie te dyskusje o własnej tożsamości i poczuciu własnej wartości, które fandom szeroko pojętej fantastyki ma już za sobą.
6. Bez jakiego pisarza nie możesz żyć?
Takich pisarzy było Legion. Po czym człowiek szedł dalej i znajdował kolejny ich Legion. W sumie mogę żyć bez wielu lubianych przeze mnie pisarzy, gdyby ich nie było to bym ich nie znał i nie lubił. Ta-dam.
Czasem wracam do Lovecrafta, czekam na nowe tłumaczenia Ligottiego; nie byłoby mnie tu i teraz gdyby nie przemyślenia chłopaków takich jak Ernst Jünger (zwłaszcza w przedziale jego twórczości mniej-więcej od Przybliżeń do Eumeswil), Jean Baudrillard, Nietzsche, Stirner; także i Crowley czy Peter Grey. Estymą darzę wszystkich Mistrzów Podejrzeń i sporą część ich następców, co poniekąd wiąże się z moją odpowiedzią na pytanie 1. Jednak za żadnego z nich nie dałbym się pokroić i do żadnego nie podchodzę bezkrytycznie.
7. Jaki horror/powieść grozy polecasz do przeczytania?
Teatro Grottesco Thomasa Ligottiego, Powrót Wojciecha Guni, Dama Tyfusowa Hannsa Heinza Ewersa, Lovecrafta w tłumaczeniu Macieja Płazy (fakt faktem, nowych tłumaczeń wydawnictwa C&T nie znam, więc wydawnictwu Vesper przyznaję palmę pierwszeństwa nad ogółem wcześniejszych tłumaczeń); Igły i grzechy Johna Eversona, Księżyc na wodzie Morte'a Castle'a, The Drug and Other Stories Aleistera Crowley'a; mangi Juni Ito, zwłaszcza Uzumaki i Gyo; komiksy spod szyldu Crossed, zwłaszcza (najlepiej trade paperback) Crossed: Psychopath (David Lapham, Raulo Caceres).
Fakt faktem, horror jako taki, lub to, co za horror jako taki w naszym grajdole jest powszechnie uznawane, czyli średnia wyciągnięta z Kinga i Mastertona, to nie moje klimaty, nawet jeśli jednemu i drugiemu zdarzają się obiektywnie dobre książki.
8. Gdybyś musiał zostać potworem, jakiego byś wybrał?
Shoggotha.
9. Czytasz powieści graficzne? Jeśli tak, to które z ostatnich wywarły na tobie największe wrażenie?
Przede wszystkim, za Alanem Moorem uważam, że powieść graficzna to sztuczne i durne pojęcie powstałe by oddzielić ambitniejsze komiksy od mniej ambitnych. Wspomniałem już wcześniej o Junji Ito czy wielu różnych seriach Crossed, dodam do tego jeszcze refleksyjny horror s-f Absolute Zero (trzy długie odcinki; autorzy to Christophe Bec, Richard Marazano, Homer Reyes) oraz kilkuodcinkowe serie Caligula i Caligula: Heart of Rome (David Lapham, German Noble).
10. Najdziwniejsza lub najbardziej niepokojąca książka jaka została przez ciebie przeczytana?
Najdziwniejsze pod względem formy to cut-upy Williama S. Burroughsa. Pod względem treści - ech, długo by wymieniać. Można by wprowadzić jeszcze podkategorie dziwności. I tak, najdziwniejszy world building to by było coś Dukaja, np. Perfekcyjna niedoskonałość, najdziwniejszy świat przedstawiony jako taki to zapewne Troika Chapmana albo jakieś bizarro. Najbardziej niepokojąca? Jeszcze dłużej by wymieniać. Sporo już wspomniałem wcześniej. Znów poszczególne opowiadania Lovecrafta, Ligottiego, Guni, Ewersa, itd.. Stare s-f Księżyc dwunastu rąk Lino Aldaniego, opowiadanie tytułowe; gdy czytałem je kilka lat temu bardzo mocno przejąłem się opisaną sytuacją. Niezwyciężony Lema. Proces Kafki. Anioł Przemocy Snerga, opowiadanie tytułowe, przynajmniej do pewnego momentu. Żuk w mrowisku Strugackich. O psie, który jeździł koleją Romana Pisarskiego - pamiętam jak dziś, jak ta książka - jej zakończenie - mną wstrząsnęło jak czytałem ją gdy byłem w jednej z pierwszych klas szkoły podstawowej.
11. Gdyby istniała możliwość zmiany zakończenia jednej wybranej przez ciebie książki, to jaka by to była i co byś w nim zmodyfikował?
Nie chciałbym niczego zmieniać, bo to nie byłaby już integralna wizja autora, mająca początek, rozwinięcie i koniec. Jeśli autor chciał coś w swojej książce przekazać, wszelka chęć zmiany czegokolwiek byłaby zaprzeczeniem jego pomysłu i integralności fabuły.
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
Zdechlik w "Bizarro dla zaawansowanych"
Ruszyła już przedsprzedaż Bizarro dla zaawansowanych, kolejnej antologii bizarro wypuszczonej przez niedobre literki. O, tutej na allegro można zamówić.
Znalazło się tam moje opowiadanie, noszące wszystko mówiący tytuł Trzmielu chwal mokry maj. Jest to debiut papierowy Zdechlika. Znalazłem się tam w zajebistym towarzystwie - nie tylko obok autorów mogących pochwalić się sporym dorobkiem na naszym rodzinnym podwórku, ale też obok szerzej rozpoznawalnych nazwisk zza oceanu, i wreszcie obok starych znajomych i przyjaciół - siedząc z Marcinem Rojkiem przed taką czy inną lekcją w licbazie rozkminialiśmy jak fajnie by było kiedyś wylądować w jednej książce - i po ~7 latach udało się. Ciekawi mnie też, czy Michał, autor okładki, jeszcze pamięta jak kiedyś, również w czasach licbazy, całą noc przestałem w rzęsistym deszczu narąbany prawie w trupa na jego balkonie i rzygałem dalej niż widziałem.
Sam tytuł opowiadania jest nawiązaniem do tekstu b. dobrej poczciwej piosenki, tekstu w tłumaczeniu mojego b. dobrego przyjaciela Łukasza. Sama treść jest jednak moim autorskim pomysłem, chociaż może i niezbyt odkrywczym, w końcu wszystko już było, a [spoiler] my wszyscy i tak kiedyś umrzemy.
Tak czy siak, polecam się i innych.
Znalazło się tam moje opowiadanie, noszące wszystko mówiący tytuł Trzmielu chwal mokry maj. Jest to debiut papierowy Zdechlika. Znalazłem się tam w zajebistym towarzystwie - nie tylko obok autorów mogących pochwalić się sporym dorobkiem na naszym rodzinnym podwórku, ale też obok szerzej rozpoznawalnych nazwisk zza oceanu, i wreszcie obok starych znajomych i przyjaciół - siedząc z Marcinem Rojkiem przed taką czy inną lekcją w licbazie rozkminialiśmy jak fajnie by było kiedyś wylądować w jednej książce - i po ~7 latach udało się. Ciekawi mnie też, czy Michał, autor okładki, jeszcze pamięta jak kiedyś, również w czasach licbazy, całą noc przestałem w rzęsistym deszczu narąbany prawie w trupa na jego balkonie i rzygałem dalej niż widziałem.
Sam tytuł opowiadania jest nawiązaniem do tekstu b.
Tak czy siak, polecam się i innych.
sobota, 4 kwietnia 2015
3x Adam Wiśniewski-Snerg + Philip K. Dick
Snerg to postać nieco zapomniana. Jeden z klasyków polskiej fantastyki socjologicznej doby PRLu, autor o wyrazistych i nietuzinkowych przekonaniach. Dokładniej można o nim przeczytać w różnych miejscach w internetach, chociażby na wiki, nie chce mi się kompilować notki biograficznej z kilku źródeł, nie o to przecież chodzi.
Twórczość Snerga jest bardzo zbliżona w wielu aspektach do weird, zwłaszcza weird współczesnego, wyzwolonego z resztek XIX-wiecznych rekwizytów i skupiającego się na esencji gatunku, czyli przekonaniu, że otaczająca nas rzeczywistość kryje w sobie/jest anomalią wrogą człowiekowi a ludzkie poznanie jest subiektywne, niepełne, ograniczone; tylko nieliczni dochodzą do okruchów jakiejś większej, wyższej prawdy i zazwyczaj przypieczętowują swoje odkrycia obłędem bądź śmiercią. Jedyna różnica to jakościowa różnica - tu mamy Coś, w weird zazwyczaj pod płaszczykiem wartości i treści czai się Nic, ewentualnie Być Może.
Snerg ze swoich przemyśleń ulepił teorie, którym starał się nadać cechy naukowości. Teoria Nadistot wylądowała w dostępnym za darmo małym zbiorku zdefragmentowanej twórczości autora Czasoprzestrzenie Snerga. Zbiorek był do pobrania na stronie bookrage giveway, z tego, co widzę, już nie jest. Bookrage jakiś czas temu oferował do kupienia pakiet książek Snerga - była to słuszna i wielce chwalebna inicjatywa. Poza tym książki Snerga na 99% leżą zapomniane w Twojej osiedlowej bibliotece, a Ty nawet o tym nie wiesz.
Pokrótce, teoria nadistot zakłada, że organizmy niższe nie mają świadomości istnienia organizmów wyższych. Nawet jeśli rozpoznają efekty ich działań, uważają je za efekty naturalne. Teoria ta zakłada, że nad człowiekiem (a właściwie - nad jego rozumem, bo rozum człowieka jest dla autora osobnym zjawiskiem niż zwierzęce w sumie ciało) mogą występować takowe istoty - mogą żyć nawet koło nas, mogą nas nawet i hodować, a tego nie rozpoznajemy, tak samo jak związek mineralny nie rozpoznaje roślin, rośliny zwierząt, zwierzęta ludzkiego rozumu. Teoria ta nie spełnia rzecz jasna żadnych wymogów naukowości, dyskusyjny jest fakt, czy rośliny nie rozpoznają zwierząt (skoro potrafią się ze sobą komunikować, co wykazały jakieś tam badania o których czytałem niedawno na jakiejś zwariowanej, new age'owej stronie) a zwierzęta nie rozpoznają w człowieku jego świadomości (skoro same taką świadomość - a przynajmniej niektóre gatunki - posiadają). Tak czy siak, sedno teorii przemawia do mnie silnie - ale nie w takim sensie, o jaki chodziło autorowi. Tu nie ma żadnej nauki, a jeśli uznamy a priori, że nie możemy - jaki organizmy niższe - rozpoznać tych ponad nami, to wyjdzie nam z tego coś równie prawdziwego jak aksjomat o nieagresji we współczesnych odłamach ekonomii wulgarnej. To kwestia wyobraźni, uczucia, przeczucia, odczytania znaków, umiejętności patrzenia na świat. Coś jak gestalt/teoria formy bytu u Ernsta Jüngera - są to dwie diametralnie inne teorie, ale romantyczne przekonanie, że coś nieodgadnionego wisi nad rzeczywistością i manifestuje się w różny sposób a my nie jesteśmy w stanie rozpoznać tego czegoś w sobie samym, jedynie przez "odciskanie się" formy w nas/w otaczającym nas świecie/przejawy działania tego czegoś wydaje się być tym samym przekonaniem, jednym uczuciem oddanym innymi słowami. Kolejnym zbliżonym tropem wydaje się być teoria pola morfogenetycznego, najsensowniej skompilowana chyba dopiero przez Ruperta Sheldrake'a. Próby nadania pozorów naukowości przez Snerga swoim przekonaniom tylko im zaszkodziły, próbował je upchnąć w zbyt ciasny garnitur. Autor wziął się także za psychologię/psychoanalizę. Zdewastował podział na instynkt śmierci i miłości, przeciwstawił temu własną teorię bezpieczeństwa. Odwołania do niej zawarł w swoich książkach, podobnie jak i odwołania do teorii nadistot. Fakt faktem, niejako przeczył tym samym sam sobie, bo jego bohaterowie mieli wgląd przynajmniej w drobny urywek tej najprawdziwszej rzeczywistości, mieli świadomość istnienia nadistot i mieli drobny wgląd (nie zrozumienie) w ich działalność. Nie tylko był psychologiem amatorem i filozofem amatorem, parał się także fizyką, również amatorsko - jest autorem więc także kilku teorii związanych z naukami ścisłymi.
Wspomniany ebook Czasoprzestrzenie Snerga zawierał oprócz fragmentów książek i Teorii nadistot także opowiadanie Anioł przemocy. Pierwszy raz słyszałem o nim tak dawno, że aż strach pomyśleć, jakoś w okolicach premiery filmu Matrix - w telewizji leciał jakiś program publicystyczny w którym porównywano myśl przewodnią opowiadania z myślą przewodnią filmu i w filmie dopatrywano się plagiatu. Faktycznie, jedna ze scen i przy okazji kluczowy element świata przedstawionego filmu jest zadziwiająco zbliżony do tego, co pojawia się w opowiadaniu. Na skutek przypadku główna bohaterka poznaje coś, czego nie potrafi zrozumieć, co każe jej zwątpić we własny ogląd rzeczywistości. A potem jest tylko ciekawiej, bo ułuda zdaje się być piętrowa.
W osiedlowej bibliotece znalazłem dwie książki autora. Były to: Arka (Czytelnik 1989) oraz Według łotra (Rebis 1997).
Obie książki to jedne z najlepszych książek, jakie czytałem kiedykolwiek. Arka opowiada historię marynarza, który w czasie rejsu na skutek niesamowitego zbiegu okoliczności trafia na pokład statku - tytułowej Arki - na którym przyszedł na świat i gdzie się wychował. Jego wspomnienia nie pokrywają się jednak z tym, co zastał na pokładzie. Co więcej, statek jest zamieszkany przez grupy najróżniejszych i najdziwniejszych mieszkańców, przekonanych, że tak na prawdę Arka nie jest statkiem, ale - w zależności od grupki - uniwersytetem, pociągiem, statkiem kosmicznym, więzieniem, itd. Przedstawiciele każdego stronnictwa postrzegają otaczającą rzeczywistość na diametralnie różne sposoby. Przekonany o posiadaniu prawdy obiektywnej o Arce główny bohater stopniowo przekracza granicę miedzy staniem się zalążkiem kolejnego takiego stronnictwa, kolejnego biorącego udziału w skomplikowanej grze stronnictw, a poznanie całej prawdy, czym właściwie jest miejsce akcji staje się praktycznie niemożliwe.
Według łotra wykorzystuje motywy religijne - życia i śmierci Jezusa - na równo z teorią nadistot. Sposób poprowadzenia fabuły, mimo oczywistego spojlera w samym tytule, nie raz i nie dwa zaskakuje obranymi przez autora drogami i rozwiązaniami. Główny bohater pewnego dnia odkrywa, że otaczający go świat jest zamieszkały przez manekiny i wypełniony atrapami. Całe jego życie, większość przyjaciół, miejsce pracy - wszystko okazuje się być sztucznymi elementami scenografii wszechogarniającego planu filmowego, skupionego tylko na kilku głównych bohaterach, aktorach, za którymi podąża oko niewidocznej kamery. Tam, gdzie bohaterowie pierwszoplanowi pojawiają się często, tam świat odzyskuje dawną spoistość i materialność - im dalej od nich, im dalej od niewidocznej ekipy filmowej, tym bardziej wszystko staje się sztuczne i nieprawdziwe, staje się prowizorycznym zapełnieniem tła.
Tyle, że ogół ludności zdaje się tego wszystkiego nie dostrzegać, łącznie z tym, że są nieistotnymi elementami scenariusza, tłem dla rozgrywających się wydarzeń, ewentualnie mają do odegrania epizodyczną rólkę po czym przemijają, nie wiedząc nawet o tym, że grają.
Główny bohater trafia do "filmu sensacyjnego" mniej więcej w czasie, gdy pewien uliczny prorok zaczyna czynić cuda i głosić wywrotowe teorie...
Fakt faktem, lubię takie klimaty, wiwisekcję rzeczywistości, próby dotarcia do tego, co może się kryć w głębi, pod płaszczykiem oczywistości. Jeśli ktoś lubi fantastykę trudną, dającą do myślenia, przekazującą niepopularne i wzbudzające egzystencjalny niepokój poglądy, do tego nie zrażają go monologi i rozważania ciągnące się nie raz przez wiele stron, to takiemu komuś twórczość Snerga gorąco polecam.
Philip K. Dick zaś to autor, którego raczej nie muszę przedstawiać. Zestawiłem go w jednej notce ze Snergiem, bo obaj panowie podzielali krytyczny stosunek do przekonania o prawdziwości/przejrzystości otaczającej ich rzeczywistości. Wszedłem w posiadanie elegancko wydanego Oka na niebie (Rebis 2015), ozdobionego fantastycznymi grafikami Wojciecha Siudmaka. Ta wczesna książka Dicka, w której dopiero zaczyna kształtować się jego idee fix przenikająca całą jego twórczość, w tym wydaniu została wzbogacona o esej Marka Oramusa - radzę go przeczytać po lekturze książki, gdyż zawiera spojlery, na dodatek spojlery także innych książek Dicka. Jeśli ktoś nie zna twórczości amerykańskiego pisarza, Oko jest świetną książką na początek.
Grupa ośmiorga nie znających się wcześniej osób pada ofiarą katastrofy w czasie zwiedzania pomieszczenia z urządzeniem będącym - upraszając - czymś, co poprzedzało współczesny Wielki Zderzacz Hadronów. Odnieśli zadziwiająco niewielkie obrażenia. Po jakimś czasie od wypadku odnajdują nieznane wcześniej elementy otaczającej ich rzeczywistości - a w pewnym momencie świat zmienia się nie do poznania.
Powyższy opis jest rzecz jasna uproszczeniem, do tego mylącym, bo samo urządzenie, które spowodowało katastrofę jest trzeciorzędnym rekwizytem. Deformacje rzeczywistości, wszystkie następujące po sobie, coraz bardziej absurdalne i odległe od tego, co główni bohaterowie mieli za prawdziwy świat, mają inne źródło niż maszyneria. Gdybym napisał coś więcej, zdradziłbym treść książki (co zrobił wspomniany Oramus).
Również gorąco polecam - tym bardziej, że jak na Dicka, to książka jest całkiem lekka w odbiorze.
Twórczość Snerga jest bardzo zbliżona w wielu aspektach do weird, zwłaszcza weird współczesnego, wyzwolonego z resztek XIX-wiecznych rekwizytów i skupiającego się na esencji gatunku, czyli przekonaniu, że otaczająca nas rzeczywistość kryje w sobie/jest anomalią wrogą człowiekowi a ludzkie poznanie jest subiektywne, niepełne, ograniczone; tylko nieliczni dochodzą do okruchów jakiejś większej, wyższej prawdy i zazwyczaj przypieczętowują swoje odkrycia obłędem bądź śmiercią. Jedyna różnica to jakościowa różnica - tu mamy Coś, w weird zazwyczaj pod płaszczykiem wartości i treści czai się Nic, ewentualnie Być Może.
Snerg ze swoich przemyśleń ulepił teorie, którym starał się nadać cechy naukowości. Teoria Nadistot wylądowała w dostępnym za darmo małym zbiorku zdefragmentowanej twórczości autora Czasoprzestrzenie Snerga. Zbiorek był do pobrania na stronie bookrage giveway, z tego, co widzę, już nie jest. Bookrage jakiś czas temu oferował do kupienia pakiet książek Snerga - była to słuszna i wielce chwalebna inicjatywa. Poza tym książki Snerga na 99% leżą zapomniane w Twojej osiedlowej bibliotece, a Ty nawet o tym nie wiesz.
Pokrótce, teoria nadistot zakłada, że organizmy niższe nie mają świadomości istnienia organizmów wyższych. Nawet jeśli rozpoznają efekty ich działań, uważają je za efekty naturalne. Teoria ta zakłada, że nad człowiekiem (a właściwie - nad jego rozumem, bo rozum człowieka jest dla autora osobnym zjawiskiem niż zwierzęce w sumie ciało) mogą występować takowe istoty - mogą żyć nawet koło nas, mogą nas nawet i hodować, a tego nie rozpoznajemy, tak samo jak związek mineralny nie rozpoznaje roślin, rośliny zwierząt, zwierzęta ludzkiego rozumu. Teoria ta nie spełnia rzecz jasna żadnych wymogów naukowości, dyskusyjny jest fakt, czy rośliny nie rozpoznają zwierząt (skoro potrafią się ze sobą komunikować, co wykazały jakieś tam badania o których czytałem niedawno na jakiejś zwariowanej, new age'owej stronie) a zwierzęta nie rozpoznają w człowieku jego świadomości (skoro same taką świadomość - a przynajmniej niektóre gatunki - posiadają). Tak czy siak, sedno teorii przemawia do mnie silnie - ale nie w takim sensie, o jaki chodziło autorowi. Tu nie ma żadnej nauki, a jeśli uznamy a priori, że nie możemy - jaki organizmy niższe - rozpoznać tych ponad nami, to wyjdzie nam z tego coś równie prawdziwego jak aksjomat o nieagresji we współczesnych odłamach ekonomii wulgarnej. To kwestia wyobraźni, uczucia, przeczucia, odczytania znaków, umiejętności patrzenia na świat. Coś jak gestalt/teoria formy bytu u Ernsta Jüngera - są to dwie diametralnie inne teorie, ale romantyczne przekonanie, że coś nieodgadnionego wisi nad rzeczywistością i manifestuje się w różny sposób a my nie jesteśmy w stanie rozpoznać tego czegoś w sobie samym, jedynie przez "odciskanie się" formy w nas/w otaczającym nas świecie/przejawy działania tego czegoś wydaje się być tym samym przekonaniem, jednym uczuciem oddanym innymi słowami. Kolejnym zbliżonym tropem wydaje się być teoria pola morfogenetycznego, najsensowniej skompilowana chyba dopiero przez Ruperta Sheldrake'a. Próby nadania pozorów naukowości przez Snerga swoim przekonaniom tylko im zaszkodziły, próbował je upchnąć w zbyt ciasny garnitur. Autor wziął się także za psychologię/psychoanalizę. Zdewastował podział na instynkt śmierci i miłości, przeciwstawił temu własną teorię bezpieczeństwa. Odwołania do niej zawarł w swoich książkach, podobnie jak i odwołania do teorii nadistot. Fakt faktem, niejako przeczył tym samym sam sobie, bo jego bohaterowie mieli wgląd przynajmniej w drobny urywek tej najprawdziwszej rzeczywistości, mieli świadomość istnienia nadistot i mieli drobny wgląd (nie zrozumienie) w ich działalność. Nie tylko był psychologiem amatorem i filozofem amatorem, parał się także fizyką, również amatorsko - jest autorem więc także kilku teorii związanych z naukami ścisłymi.
Wspomniany ebook Czasoprzestrzenie Snerga zawierał oprócz fragmentów książek i Teorii nadistot także opowiadanie Anioł przemocy. Pierwszy raz słyszałem o nim tak dawno, że aż strach pomyśleć, jakoś w okolicach premiery filmu Matrix - w telewizji leciał jakiś program publicystyczny w którym porównywano myśl przewodnią opowiadania z myślą przewodnią filmu i w filmie dopatrywano się plagiatu. Faktycznie, jedna ze scen i przy okazji kluczowy element świata przedstawionego filmu jest zadziwiająco zbliżony do tego, co pojawia się w opowiadaniu. Na skutek przypadku główna bohaterka poznaje coś, czego nie potrafi zrozumieć, co każe jej zwątpić we własny ogląd rzeczywistości. A potem jest tylko ciekawiej, bo ułuda zdaje się być piętrowa.
W osiedlowej bibliotece znalazłem dwie książki autora. Były to: Arka (Czytelnik 1989) oraz Według łotra (Rebis 1997).
Obie książki to jedne z najlepszych książek, jakie czytałem kiedykolwiek. Arka opowiada historię marynarza, który w czasie rejsu na skutek niesamowitego zbiegu okoliczności trafia na pokład statku - tytułowej Arki - na którym przyszedł na świat i gdzie się wychował. Jego wspomnienia nie pokrywają się jednak z tym, co zastał na pokładzie. Co więcej, statek jest zamieszkany przez grupy najróżniejszych i najdziwniejszych mieszkańców, przekonanych, że tak na prawdę Arka nie jest statkiem, ale - w zależności od grupki - uniwersytetem, pociągiem, statkiem kosmicznym, więzieniem, itd. Przedstawiciele każdego stronnictwa postrzegają otaczającą rzeczywistość na diametralnie różne sposoby. Przekonany o posiadaniu prawdy obiektywnej o Arce główny bohater stopniowo przekracza granicę miedzy staniem się zalążkiem kolejnego takiego stronnictwa, kolejnego biorącego udziału w skomplikowanej grze stronnictw, a poznanie całej prawdy, czym właściwie jest miejsce akcji staje się praktycznie niemożliwe.
Według łotra wykorzystuje motywy religijne - życia i śmierci Jezusa - na równo z teorią nadistot. Sposób poprowadzenia fabuły, mimo oczywistego spojlera w samym tytule, nie raz i nie dwa zaskakuje obranymi przez autora drogami i rozwiązaniami. Główny bohater pewnego dnia odkrywa, że otaczający go świat jest zamieszkały przez manekiny i wypełniony atrapami. Całe jego życie, większość przyjaciół, miejsce pracy - wszystko okazuje się być sztucznymi elementami scenografii wszechogarniającego planu filmowego, skupionego tylko na kilku głównych bohaterach, aktorach, za którymi podąża oko niewidocznej kamery. Tam, gdzie bohaterowie pierwszoplanowi pojawiają się często, tam świat odzyskuje dawną spoistość i materialność - im dalej od nich, im dalej od niewidocznej ekipy filmowej, tym bardziej wszystko staje się sztuczne i nieprawdziwe, staje się prowizorycznym zapełnieniem tła.
Tyle, że ogół ludności zdaje się tego wszystkiego nie dostrzegać, łącznie z tym, że są nieistotnymi elementami scenariusza, tłem dla rozgrywających się wydarzeń, ewentualnie mają do odegrania epizodyczną rólkę po czym przemijają, nie wiedząc nawet o tym, że grają.
Główny bohater trafia do "filmu sensacyjnego" mniej więcej w czasie, gdy pewien uliczny prorok zaczyna czynić cuda i głosić wywrotowe teorie...
Fakt faktem, lubię takie klimaty, wiwisekcję rzeczywistości, próby dotarcia do tego, co może się kryć w głębi, pod płaszczykiem oczywistości. Jeśli ktoś lubi fantastykę trudną, dającą do myślenia, przekazującą niepopularne i wzbudzające egzystencjalny niepokój poglądy, do tego nie zrażają go monologi i rozważania ciągnące się nie raz przez wiele stron, to takiemu komuś twórczość Snerga gorąco polecam.
Philip K. Dick zaś to autor, którego raczej nie muszę przedstawiać. Zestawiłem go w jednej notce ze Snergiem, bo obaj panowie podzielali krytyczny stosunek do przekonania o prawdziwości/przejrzystości otaczającej ich rzeczywistości. Wszedłem w posiadanie elegancko wydanego Oka na niebie (Rebis 2015), ozdobionego fantastycznymi grafikami Wojciecha Siudmaka. Ta wczesna książka Dicka, w której dopiero zaczyna kształtować się jego idee fix przenikająca całą jego twórczość, w tym wydaniu została wzbogacona o esej Marka Oramusa - radzę go przeczytać po lekturze książki, gdyż zawiera spojlery, na dodatek spojlery także innych książek Dicka. Jeśli ktoś nie zna twórczości amerykańskiego pisarza, Oko jest świetną książką na początek.
Grupa ośmiorga nie znających się wcześniej osób pada ofiarą katastrofy w czasie zwiedzania pomieszczenia z urządzeniem będącym - upraszając - czymś, co poprzedzało współczesny Wielki Zderzacz Hadronów. Odnieśli zadziwiająco niewielkie obrażenia. Po jakimś czasie od wypadku odnajdują nieznane wcześniej elementy otaczającej ich rzeczywistości - a w pewnym momencie świat zmienia się nie do poznania.
Powyższy opis jest rzecz jasna uproszczeniem, do tego mylącym, bo samo urządzenie, które spowodowało katastrofę jest trzeciorzędnym rekwizytem. Deformacje rzeczywistości, wszystkie następujące po sobie, coraz bardziej absurdalne i odległe od tego, co główni bohaterowie mieli za prawdziwy świat, mają inne źródło niż maszyneria. Gdybym napisał coś więcej, zdradziłbym treść książki (co zrobił wspomniany Oramus).
Również gorąco polecam - tym bardziej, że jak na Dicka, to książka jest całkiem lekka w odbiorze.
poniedziałek, 30 marca 2015
Odpryski XLV
1) Siedzę sobie spokojnie w przychodni, czekam aby się zaczipować, zarazić autyzmem i przyjąć śmiertelną dawkę metali ciężkich. Nieopodal siedzi znużona młoda matka, obok chodzi w kółko mała dziewczynka, taka na oko 3-4 lata. W pewnym momencie wskazuje kogoś palcem (nie mnie) i mówi do mamy (ale całkiem głośno): "jebać tego pana".
2) W internetach wypłynął ostatnio zaginiony skecz z Saturday Night Live z 1989 roku pt. Attack of the Masturbating Zombies. Po tytule można sobie wyobrazić za dużo. Porn of the Dead to nie jest. Ale niecałe sześć minut można na tę paść poświęcić (a potem drugie pięć można poświęcić na refleksję co ja robię z własnym życiem).
3) Nadchodzą coraz bliżej wybory prezydenckie. Unikam wyrażania własnych opinii na temat polityki, bo po co siebie i innych denerwować, tym razem jednak pozwolę sobie na skomentowanie sytuacji: jak zwykle najwięcej kandydatów wystawił episkopat. Jeśli czarna mafia jest dla kogoś za mało bogoojczyźniana, to ma do wyboru kilku kandydatów psychotycznej prawicy. Lewica, do której jako relatywiście i nihiliście z różnych aczkolwiek oczywistych przyczyn jest mi bliżej (co nie znaczy, że lewica powiedziałaby o mnie to samo, tzn. że lewicy jest blisko do mnie) jest w stanie agonalnym. Kandydatka dogorywających postkomunistów, ładny słup przewodniczącego, poglądy nt. gospodarki i społeczeństwa ma bliskie niektórym kandydatom z psychotycznej prawicy, a zwłaszcza jednemu nawiedzonemu guru który co jakiś czas (ostatnio coraz częściej) zakłada nową sektę. Dwie potencjalne kandydatki, obie jak na mój gust całkiem sensowne (sensowne biorąc pod uwagę kontekst czyli ogół kandydatów i aktualnie panujący dyskurs hegemoniczny) (w tym jedna będąca żywą ilustracją tezy, że jeśli taka jest Jego Wola, Człowiek może przekroczyć granice narzucone przez biologicznie uwarunkowaną płeć) nie zebrały nawet ilości podpisów wymaganych do rejestracji. Zaś psychotyczna lewica to w naszym grajdołku zupełnie zdziczały i zdegenerowany światek, poza nielicznymi, osamotnionymi i stale się degenerującymi niedobitkami z takiej czy innej (neo/post)trockistowskiej międzynarodówki nie ma tam z kim i o czym rozmawiać.
Ciekawostką jest, że podpisy zebrał kandydat Demokracji Bezpośredniej. Jak ktoś by chciał z ciekawości wygóglać gostka, ostrzegam - jego strona (trzeba to przyznać - profesjonalnie zrobiona) dwukrotnie zawiesiła mi sterownik główny ekranu.
Generalnie rzecz biorąc, korzystając z przysługującego mi tytułu magistra politologii i związanego z tym tytułem autorytetu, jeśli ktoś nie jest wyborcą psychotycznej prawicy, episkopatu albo takiej czy innej grupy interesów, to polecam albo zbierać na bilet w jedną stronę, chociażby i do Czech, albo kupić dużo mocnego alkoholu. Następnie proponuję kupować go przynajmniej raz na tydzień, aż do odwołania.
4) Im dłuższej siedzę w fejsbukowych grupach fanów czytania i książek, tym bardziej zauważam niepokojące zjawisko. Fani jakichś najprostszych gówien, jakiś odtwórczych easy-readingów, fani najgorszych szmir wydawanych u nas jako bestsellery i zasrywających półki takiej czy innej sieci księgarni, dowartościowują się tym, że czytają. Ileż to tandetnych i patetycznych obrazków widziałem, że jak kto czyta, to już niemalże jest półbogiem, itd.
Fakt faktem, zawsze byłem trochę socjopatą i zawsze miałem tendencje elitarystyczne (wynikające z ogólnego przeintelektualizowania), jednak chyba zgodzicie się ze mną, jeśli nie jesteście stereotypowymi blogerkami książkowymi, że sam fakt czytania o niczym nie świadczy, jeśli czyta się gnój, na który szkoda papieru.
Zaprawdę powiadam Wam, sytuacja pod przynajmniej dwoma względami była lepsza w PRLu - dzięki odgórnym nakładom i dotowaniu wydawano autorów wybitnie mało komercyjnych i trudnych w odbiorze nawet i współcześnie, którzy nie przebiliby się gdyby nie to wsparcie - mam tu na myśli przede wszystkim Wiktora Żwikiewicza, zaś - paradoksalnie! - dzięki ograniczonemu dostępowi do szeroko pojętej fikcji spekulatywnej zza żelaznej kurtyny przy tłumaczeniach skupiano się zazwyczaj na książkach mających faktycznie jakąś wartość lub zasłużonej klasyce.
5) Ligotti został doceniony w rankingu Nowej Fantastyki (nominacja do Książki Roku 2015), zresztą obok autorów może mniej radykalnych, ale nie aż tak odległych od niego światopoglądowo, jak mogłoby się wydawać - Vandermeera i Wattsa. Vandermeer napisze wprowadzenie do zbiorku Ligottiego wydanego przez Penguin Classics, napisał też krótką rekomendację na okładkę polskiej edycji TG.
Co ciekawe, horrorowi ortodoksi o gustach wyciosanych na Kingu i Mastertonie oraz kontynuatorach, epigonach i plagiatorach tych dwóch raczej nie docenili twórczości Amerykanina. W jednej z recenzji (chociaż nieźle ocenionej, 7/10) książki główną wadą było to, że nie jest to klasyczny horror. No ba, ale to jest jej największa zaleta. Że to coś zupełnie innego. Ta inność za to całkiem dobrze została przyjęta w środowisku fanów fantastyki. To by było na tyle jeśli chodzi o spory na linii fantastyka-horror, przynajmniej w Polsce. Współczesne weird stoi pośrodku. Bizarro w sumie też, przynajmniej w mojej opinii. A w każdym razie - podstawowe elementy konstytuujące jedno i drugie mogą być i w horrorze, i w fantastyce, i w czymkolwiek w sumie innym.
Umiejscowienie TG w rankingu jest tym lepszą wiadomością, że tak naprawdę Teatro Grottesco było przeznaczone głównie dla samych zainteresowanych, akcji promocyjnej praktycznie nie było, podobnie jak sieci dystrybucji (samo wydawnictwo nie przewidziało takiego zainteresowania, przez co ich strona nawet padła chwilowo przez ilość wejść), nakład był (uwzględniając pośpieszny dodruk) niewielki, do tego Okultura nie jest kojarzona z beletrystyką; w sumie to chyba w ogóle nie jest kojarzona poza dosyć specyficznymi środowiskami, którym raczej nie zależy na promowaniu się w głównym nurcie. Światek weird na pewno skorzysta na tej niespodziewanej popularności. Mam nadzieję, że zapowiedziany już Spisek przeciwko ludzkiej rasie wyjdzie w większym pierwszym nakładzie.
6) Co do Vandermeera - dorwałem całą trylogię Southern Reach w CzyTaniu za 62zł. Tak mnie to ucieszyło (dwa pierwsze tomy po 15zł każdy), że niech mają reklamę za darmo. Niedawno mieli tam Króla Bólu Dukaja też za 15zł. Ilekroć jestem w okolicy (okolice centrum Nowej Huty), zaglądam do nich.
7) Teletubisie w czerni i bieli wyglądają trochę jak jakiś bardziej przećpany i mniej ziarnisty Begotten - klik!
8) Przeczytałem ostatnio świetny, długi, bogato ukraszony cytatami i przypisami artykuł (w języku angielskim) w którym zestawiono ze sobą Lovecrafta i Hermana Melville'a - klik! Aż chyba odświeżę sobie Moby Dicka.
9) Czerwone, rozdarte, rozlane plamy migoczą silniejszą czerwienią i bledszą naprzemiennie, zgodnie z rytmem bicia serca.
2) W internetach wypłynął ostatnio zaginiony skecz z Saturday Night Live z 1989 roku pt. Attack of the Masturbating Zombies. Po tytule można sobie wyobrazić za dużo. Porn of the Dead to nie jest. Ale niecałe sześć minut można na tę paść poświęcić (a potem drugie pięć można poświęcić na refleksję co ja robię z własnym życiem).
3) Nadchodzą coraz bliżej wybory prezydenckie. Unikam wyrażania własnych opinii na temat polityki, bo po co siebie i innych denerwować, tym razem jednak pozwolę sobie na skomentowanie sytuacji: jak zwykle najwięcej kandydatów wystawił episkopat. Jeśli czarna mafia jest dla kogoś za mało bogoojczyźniana, to ma do wyboru kilku kandydatów psychotycznej prawicy. Lewica, do której jako relatywiście i nihiliście z różnych aczkolwiek oczywistych przyczyn jest mi bliżej (co nie znaczy, że lewica powiedziałaby o mnie to samo, tzn. że lewicy jest blisko do mnie) jest w stanie agonalnym. Kandydatka dogorywających postkomunistów, ładny słup przewodniczącego, poglądy nt. gospodarki i społeczeństwa ma bliskie niektórym kandydatom z psychotycznej prawicy, a zwłaszcza jednemu nawiedzonemu guru który co jakiś czas (ostatnio coraz częściej) zakłada nową sektę. Dwie potencjalne kandydatki, obie jak na mój gust całkiem sensowne (sensowne biorąc pod uwagę kontekst czyli ogół kandydatów i aktualnie panujący dyskurs hegemoniczny) (w tym jedna będąca żywą ilustracją tezy, że jeśli taka jest Jego Wola, Człowiek może przekroczyć granice narzucone przez biologicznie uwarunkowaną płeć) nie zebrały nawet ilości podpisów wymaganych do rejestracji. Zaś psychotyczna lewica to w naszym grajdołku zupełnie zdziczały i zdegenerowany światek, poza nielicznymi, osamotnionymi i stale się degenerującymi niedobitkami z takiej czy innej (neo/post)trockistowskiej międzynarodówki nie ma tam z kim i o czym rozmawiać.
Ciekawostką jest, że podpisy zebrał kandydat Demokracji Bezpośredniej. Jak ktoś by chciał z ciekawości wygóglać gostka, ostrzegam - jego strona (trzeba to przyznać - profesjonalnie zrobiona) dwukrotnie zawiesiła mi sterownik główny ekranu.
Generalnie rzecz biorąc, korzystając z przysługującego mi tytułu magistra politologii i związanego z tym tytułem autorytetu, jeśli ktoś nie jest wyborcą psychotycznej prawicy, episkopatu albo takiej czy innej grupy interesów, to polecam albo zbierać na bilet w jedną stronę, chociażby i do Czech, albo kupić dużo mocnego alkoholu. Następnie proponuję kupować go przynajmniej raz na tydzień, aż do odwołania.
4) Im dłuższej siedzę w fejsbukowych grupach fanów czytania i książek, tym bardziej zauważam niepokojące zjawisko. Fani jakichś najprostszych gówien, jakiś odtwórczych easy-readingów, fani najgorszych szmir wydawanych u nas jako bestsellery i zasrywających półki takiej czy innej sieci księgarni, dowartościowują się tym, że czytają. Ileż to tandetnych i patetycznych obrazków widziałem, że jak kto czyta, to już niemalże jest półbogiem, itd.
Fakt faktem, zawsze byłem trochę socjopatą i zawsze miałem tendencje elitarystyczne (wynikające z ogólnego przeintelektualizowania), jednak chyba zgodzicie się ze mną, jeśli nie jesteście stereotypowymi blogerkami książkowymi, że sam fakt czytania o niczym nie świadczy, jeśli czyta się gnój, na który szkoda papieru.
Zaprawdę powiadam Wam, sytuacja pod przynajmniej dwoma względami była lepsza w PRLu - dzięki odgórnym nakładom i dotowaniu wydawano autorów wybitnie mało komercyjnych i trudnych w odbiorze nawet i współcześnie, którzy nie przebiliby się gdyby nie to wsparcie - mam tu na myśli przede wszystkim Wiktora Żwikiewicza, zaś - paradoksalnie! - dzięki ograniczonemu dostępowi do szeroko pojętej fikcji spekulatywnej zza żelaznej kurtyny przy tłumaczeniach skupiano się zazwyczaj na książkach mających faktycznie jakąś wartość lub zasłużonej klasyce.
5) Ligotti został doceniony w rankingu Nowej Fantastyki (nominacja do Książki Roku 2015), zresztą obok autorów może mniej radykalnych, ale nie aż tak odległych od niego światopoglądowo, jak mogłoby się wydawać - Vandermeera i Wattsa. Vandermeer napisze wprowadzenie do zbiorku Ligottiego wydanego przez Penguin Classics, napisał też krótką rekomendację na okładkę polskiej edycji TG.
Co ciekawe, horrorowi ortodoksi o gustach wyciosanych na Kingu i Mastertonie oraz kontynuatorach, epigonach i plagiatorach tych dwóch raczej nie docenili twórczości Amerykanina. W jednej z recenzji (chociaż nieźle ocenionej, 7/10) książki główną wadą było to, że nie jest to klasyczny horror. No ba, ale to jest jej największa zaleta. Że to coś zupełnie innego. Ta inność za to całkiem dobrze została przyjęta w środowisku fanów fantastyki. To by było na tyle jeśli chodzi o spory na linii fantastyka-horror, przynajmniej w Polsce. Współczesne weird stoi pośrodku. Bizarro w sumie też, przynajmniej w mojej opinii. A w każdym razie - podstawowe elementy konstytuujące jedno i drugie mogą być i w horrorze, i w fantastyce, i w czymkolwiek w sumie innym.
Umiejscowienie TG w rankingu jest tym lepszą wiadomością, że tak naprawdę Teatro Grottesco było przeznaczone głównie dla samych zainteresowanych, akcji promocyjnej praktycznie nie było, podobnie jak sieci dystrybucji (samo wydawnictwo nie przewidziało takiego zainteresowania, przez co ich strona nawet padła chwilowo przez ilość wejść), nakład był (uwzględniając pośpieszny dodruk) niewielki, do tego Okultura nie jest kojarzona z beletrystyką; w sumie to chyba w ogóle nie jest kojarzona poza dosyć specyficznymi środowiskami, którym raczej nie zależy na promowaniu się w głównym nurcie. Światek weird na pewno skorzysta na tej niespodziewanej popularności. Mam nadzieję, że zapowiedziany już Spisek przeciwko ludzkiej rasie wyjdzie w większym pierwszym nakładzie.
6) Co do Vandermeera - dorwałem całą trylogię Southern Reach w CzyTaniu za 62zł. Tak mnie to ucieszyło (dwa pierwsze tomy po 15zł każdy), że niech mają reklamę za darmo. Niedawno mieli tam Króla Bólu Dukaja też za 15zł. Ilekroć jestem w okolicy (okolice centrum Nowej Huty), zaglądam do nich.
7) Teletubisie w czerni i bieli wyglądają trochę jak jakiś bardziej przećpany i mniej ziarnisty Begotten - klik!
8) Przeczytałem ostatnio świetny, długi, bogato ukraszony cytatami i przypisami artykuł (w języku angielskim) w którym zestawiono ze sobą Lovecrafta i Hermana Melville'a - klik! Aż chyba odświeżę sobie Moby Dicka.
9) Czerwone, rozdarte, rozlane plamy migoczą silniejszą czerwienią i bledszą naprzemiennie, zgodnie z rytmem bicia serca.
Subskrybuj:
Posty (Atom)