niedziela, 15 grudnia 2013

Odpryski XXIV

1) Podwójne (bo wpłacone w listopadzie, za listopad i październik) stypendium naukowe rozłazi się w niebycie - przeznaczone na nic konkretnego - niewiarygodnie szybko.

2) Ponad 100 notek na blogu w tym roku. I to w roku, kiedy powinienem zająć się innymi rzeczami, niż czytaniem (głównie) beletrystyki i prezentowaniem jej z grubsza wraz z własnymi, niedookreślonymi (bo subiektywnymi) opiniami.
Tak czy siak, niezły wynik.

3) Sytuacja z kiedyś tam, sprzed lat. Przypomniałem sobie o niej wczoraj, w sumie przypadkiem. Ot, siedząc w małym gronie wyciągaliśmy różne historie na światło dzienne.
Zatłoczony przedział w wagonie kolejowym (a może to był wagon przez przedziałów? nie pamiętam już dokładnie), też gdzieś tam siedzę. Wszystkie miejsca zajęte. Drzwi się otwierają, wchodzi do środka jakiś typ.
- "Przepraszam państwa, Bóg już mnie nie kocha, czy ktoś z państwa mógłby mnie pokochać?" (cyt. niedokładny, ale o to mu chodziło).
Brak reakcji, gościu wychodzi i szuka miłości gdzieś indziej.

niedziela, 8 grudnia 2013

Fryderyk Nietzsche "Zmierzch bożyszcz, czyli jak filozofuje się młotem"

Ze Starym Kanonierem jest problem podstawowy - na przestrzeni lat klecił swoje notatki, aforyzmy, myśli nieuczesane, z których potem wychodziły mu książki, jeśli chciało mu się je pisać.
"Wola mocy" została sklecona z takich właśnie notatek, na dodatek nie przez samego autora; autor pisał najpierw zwięźle i mało dlatego iż nie dość, że nasilało mu się pograniczne zaburzenie osobowości, to na dodatek cierpiał na chorobę oczu, przez co nie mógł pisać długo zawsze kiedy chciał.
Tak prawdę powiedziawszy, każda książka Nietzschego traktuje w sumie o tych samych wątkach - w zależności od dokładnego tytułu zmienia się tylko rozłożenie akcentów. Jakby ktoś chciał jego myśli przyswoić na raz i w miarę wszystkie (tyle że niedokładnie) lepszym pomysłem wydaje się być przeczytanie "Pism pozostałych" wydanych przez Aletheię.
Tak czy owak, "Zmierzch bożyszcz" wydany przez vis-a-vis etiudę składa się z kilku części, tylko częściowo powiązanych ze sobą nawzajem, tzn. tytułem całości.
"Zdania i groty" to 44 aforyzmy. Większość została potem/wcześniej rozwinięta. "Problemat Sokratesa" to zaś historia w 12 punktach o tym, jak to Sokrates był antygrecki, przez swoje moralizatorstwo i niejako antycypowanie chrześcijaństwa. " "Rozum" w filozofii" dotyczy niemożności poznania, autor krytykuje filozofię jako taką, przychylnie patrząc tylko na Heraklita. Tę część książeczki podsumowuje czterema twierdzeniami: 1) jeśli "ten" świat określa się jako pozorny, znaczy to, że jest realny [jest to rozwinięte w tekście], 2) to, co przypisuje się "prawdziwemu bytowi" to ułuda; "świat prawdziwy" to świat pozorny, nierzeczywisty, "jest tylko moralno-optycznem złudzeniem", 3) "bajania" o innym, lepszym świecie to samooszukiwanie się, zemsta na życiu, 4) podział świata na "prawdziwy" i "pozorny" to oznaka dekadencji [jedno z pojęć-kluczy u Nietzschego], "oznaka zanikającego życia". Potem jest krótka analiza "Jak "świat prawdziwy" stał się w końcu baśnią", a po niej kolejne, których nie ma w sumie po co tutaj rozwijać - ot, mamy trochę o Dionizosie, mamy gruntowną krytykę Niemiec teraźniejszych autorowi, itd.
Wszystkie wyszczególnione bożyszcza faktycznie autor z pasją i przekonaniem rozłupał młotem, niczym z wiersza Heinego Thor mury kamiennych katedr.
Gdy nie wychodzi z autora toporny konserwatyzm i absurdalny elitaryzm, to można znaleźć sporo sensu w jego słowach.

sobota, 7 grudnia 2013

Ludwik Dorn, Robert Krasowski "Anatomia słabości"

Była już "Anatomia siły", czyli wywiad-rzeka Krasowskiego z Leszkiem Millerem, teraz czas na Ludwika Dorna.
Swoją drogą, ciekawe co się z gościem obecnie dzieje. Zniknął gdzieś z politycznego mainstreamu.
A poniekąd szkoda, bo z tego wywiadu wyłania się obraz polityka - jak na prawicowca - w miarę rozgarniętego, którego swego czasu pod skrzydła PiSu i tworów wcześniejszych przywiał podobny osąd rzeczywistości - ale mimo wszystko znacznie trzeźwiejszy.
Zresztą przychylność dla polityki braci Kaczyńskich znacznie bardziej jest widoczna we wspomnieniach przepytywanego polityka jeszcze z wczesnych lat III RP.
Wg. Dorna pomysł na Polskę miały dwa środowiska - Michnika i Kaczyńskich właśnie. Solidarność, reprezentowana przez Geremka i Mazowieckiego nie zauważyła, że PRL się skończył nie tylko w kwestii prostej reformy systemu, nawet biorąc pod uwagę upadek tego, co określa się potocznie jako "komunizm", lecz oto nastała zupełnie nowa rzeczywistość. Po Okrągłym Stole nie było już stron, które toczyły rozmowy. PZPR uwiądł, pozostawiając po sobie tylko strukturę biurokratyczną, resztkę dawnego "centrum", całą machinę biurokratyczną, chwilowo bez głowy i z chaosem poniżej. Pogrobowcy PZPR potrafili się jakoś zorganizować, ekipa postsolidarnościowa - wręcz przeciwnie.
O ile Michnik bał się, zdaniem Dorna, że z szafy wyjdą stare, endeckie demony i zrobią drugi Pogrom Kielecki, albo coś jeszcze gorszego. Ten gość miał też się nieco obawiać środowisk także post-PZPRowskich, za wspomnienia o '68.
Tymczasem jeden Kaczyński miał program by zorganizować nowy ośrodek władzy, silny i niezależny, który narzuciłby coś nowego, wziął w ryzy rozpadające się szczątki PRLu i prowizorki post-solidarnościowej, która zaczęła powstawać bez ładu i składu.
Sympatia Dorna dla braci Kaczyńskich skończyła się jednak bardzo szybko, wraz z powstaniem PiSu, podporządkowaniem partii braciom; Dorn wspomina, że nie chciał być "ministrem na telefon", takim jak potem stał się Kamiński.
Różnił się także w kwestii osądu czym jest "Układ". Wg. Dorna to po prostu niehierarchiczna sieć powiązań, która się zawiązała na gruzach państwowego zarządzania środkami produkcji na przełomie "wieków", sieć biznesowo-polityczno-medialna. Nie żadna zorganizowana struktura, hierarchiczna i z określonym kierownictwem.
Wg. Dorna w walce z tą strukturą poległ swego czasu Leszek Miller, "odstrzelony" poniekąd też przez własne lub sympatyzujące środowiska. Za bardzo chciał wziąć za mordę całe to towarzystwo - nie w sensie zagrożenia ich najrozmaitszym interesom, tylko aby uznali go jego polityczne zwierzchnictwo. Zdaniem Dorna, Miller okazywał się przy tym zdolnym i inteligentnym politykiem.
Sam Dorn też sypie odniesieniami historycznymi i powołuje się na analizy ocierające się o filozofię. Jego analiza, znacznie bardziej stonowana od poglądów przeciętnego sympatyka "sekty smoleńskiej" nie wydaje się być aż tak odległa od rzeczywistości, jak wariant Kaczyńskich.
Chociaż ci również potrafili jeszcze w latach '90 grać politycznie bez przeideologizowania.
Wywiad z Dornem bardzo ładnie się zazębia, dopełnia, z wywiadem z Millerem.
Pozostaje mi tylko jeszcze dorwać wywiad z Rokitą.

Brian Lumley "Dom Cthulhu"

Lumleya znałem od lat. Z nazwiska. Tzn. wiedziałem, że jest ktoś taki. Za zupełnego szczeniaka, będąc u siostry ciotecznej, zwinąłem z jej pokoju z półki z książkami któryś tom "Nekroskopu", jeszcze to stare takie wydanie. Potem oddałem rzecz jasna.
Tamta książka wpłynęła na mnie w stopniu mniejszym niżbym przypuszczał. Było tam coś o wampirach, tylko pokazanych trochę mniej szablonowo niż zazwyczaj (a i kontekst tego był zupełnie inny, niż obecnie). Wąpierz jeden z drugim czy jeden sam przetrwał ileśtam wieków w na poły zawalonej krypcie, w międzyczasie za pomocą jakieś macki czy tam czegoś "współtworzył" płód jakiejś lasce, która ze swoim chłopem akurat pieprzyła się w pobliżu będąc przejazdem. Całą fabuła była osnuta wokół wątku tego dzieciaka, który jak podrósł, to poszedł w ślady wiekowego, wysuszonego przodka. Ktoś tam z nim walczył, itd.
Potraktowałem tę książkę wtedy jako takie czytadło. Pamiętam ją do tej pory (bardzo niedokładnie) chyba tylko dlatego, że miałem może z 10-12 lat, jak ją przeczytałem.
Nie wpłynęła jednak znacząco ani na moje gusta literackie, ani na mój styl, nie wywarła znaczącego wpływu na mnie. Lumley jest niby postacią kultową, ale mnie, od tamtego czasu, kojarzy się z autorem czytadeł.
"Dom Cthulhu" nie zmienił tej opinii. Jak się chce, z mocno już pokrytego nie tyle patyną co wręcz zarastającego mchem i rdzewiejącego w kwaśnych deszczach popkultury dziedzictwa Lovecrafta można wykrzesać trochę życia, co pokazali autorzy zgromadzeni chociażby w antologiach "Weird fiction po polsku" czy "Cienie spoza czasu", ewentualnie jeden-dwóch autorów z  - w ogólnym rozrachunku dennej i mulistej - antologii "Chodząc nędznymi ulicami".
Jedyne co Lumley zrobił ze spuścizną Lovecrafta w miarę oryginalnego to uczynił z niej komedię. Sarkastyczną, trochę cyniczną i zdecydowanie czarną, ale jednak lekką i przyjazną - parodię. Kosmiczna groza gdzieś uleciała (poza ostatnim opowiadaniem), zastąpiona przez opowiastki o magach i barbarzyńcach ze stereotypowego, bardzo howardowskiego uniwersum osadzonego w historii ludzkości na prakontynencie jeszcze przed czasami dinozaurów. Gdzie panteony wyznawanych bóstw opierają się na tzw. "Mitologii Cthulhu". Głównymi wadami tych historyjek jest ich wtórność i miałkość.
Pojawia się przy tym dodatkowy motyw, zaczerpnięty nieco chociażby z Haggarda ("Alan w krainie lodów" to się chyba nazywało); samo wprowadzenie do zbioru jest bardzo odtwórcze - prawie wszystkie opowiadania to niby pradawne teksty przetłumaczone przez przyjaciela narratora, który po zniknięciu w tajemniczych okolicznościach tegoż upublicznia je.
W kategorii parodii książka nie jest tragiczna, bo autor faktycznie potrafił zrobić sobie jaja z napuszonego światka Lovecrafta i jego bezkrytycznych nieraz naśladowców [np. odwrócona runa zdejmująca czar z innej runy brzmi tak: Ukpułg, ęis law! - a to tylko jeden przykład z wielu podobnych; imiona bohaterów to nie raz też majstersztyk], ale pod każdym innym względem jest naprawdę słabo.
Kuleje nie tylko warsztat autora, ale i tłumaczenie (kto wie, może tłumacz - niejaki Stefan Baranowski - zawinił znacznie bardziej od autora). Momentami tekst jest naprawdę "nieociosany", toporny, bez polotu, niespójny, prostacki wręcz. Trafiają się też prawdziwe "perełki", jak jedno zdanie zajmujące w tekście dziewięć linijek. Nawet mnie, arcymistrzowi zdań wielokrotnie złożonych i gubiących przy każdym kolejnym złożeniu jakikolwiek sens, coś takiego przytrafia się relatywnie rzadko: (...) Chociaż Zar-thule czuł wielki głód, chociaż był obolały i znużony nieustannym wpatrywaniem się w bezmiar oceanu, który rozciągał się za zwisającym ogonem smoka wieńczącego rufę jego statku, Czerwonego Ognia, patrząc zaczerwienionymi oczyma na czarną wyspę, powstrzymywał swych ludzi, każąc im stanąć na kotwicy na pełnym morzu i czekać, dopóki całkowicie nie zajdzie słońce, pogrążając się w Królestwie Cthona, który czeka w milczeniu, aby schwytać je w swą sieć. (...) Uffff. Wśród Straszliwych Epitetów określających np. tytułowego Cthulhu czy jakieś inne bezeceństwa i bezecne byty spoza czasu trafia się przymiotnik "okropny". Jak na mój gust, to trochę nie ta waga. Poza tym jestem prawie pewien że rzeczownik "lord" przy imieniu "Cthulhu" powinien zostać przetłumaczony na "bóg", "bóstwo", "bożyszcze", ew. niedokładnie na "bezbożny i popierdolony koszmar leżący poza granicami ludzkiego poznania" a niekoniecznie na "lord". Nie przetłumaczono nazwy własnej "Pnakotic Manuscripts", która funkcjonuje w formie spolszczonej.
Ogólnie rzecz biorąc, nie polecam.

czwartek, 5 grudnia 2013

Andrzej Urbanowicz "Bizarre? Cóż to znaczy?"

Krótki esej Andrzeja Urbanowicza (~26 stron, nie numerowane z czego kilka to grafiki i reprodukcje jego dzieł; rozmiarem przypomina modlitewnik lol) ładnie wydany i dołączony gratis do "Trans/wizji" nr 4/2013 (czyli po prostu nr 4).
Andrzej Urbanowicz (1938 - 2011) był artystą, performerem, twórcą sztuki talizmanicznej, pionierem buddyzmu w Polsce; poza tym był jednym z założycieli Kręgu Oneiron oraz inicjatorem i prezesem Towarzystwa Bellmer. Jego twórczość miała charakter ezoteryczny - mieszały się tam wpływy surrealizmu, wątki zaczerpnięte z filozofii Wschodu, estetyki bizarre, psychodelii i erotyzmu.
Esej opowiada o kiczu. O niejako "politycznej" funkcji kiczu (chociaż autor tak tego nie ujmuje) - kicz nie jest zwyrodnieniem sztuki wysokiej, tylko czymś zupełnie innym, rządzącym się własnymi prawami. A w każdym razie "kicz świadomy" (znów moje określenie), bizarre, jako coś nie przynależnego także popkulturze jako takiej. Kicz to narzędzie do rozsadzenia dyskursu hegemonicznego, przesiąkniętego urojeniami konserwatystów, rozpaczliwie próbujących utrzymać swoje fantomy przy życiu. Zresztą sam autor pięknie to wyłożył: (...) Zauważamy, że sztuka i literatura, a także tak zwana humanistyka, w swojej mainstreamowej masie uporczywie podtrzymują przebrzmiałe melodie marszowe. Stają na straży wartości, które są już fantomami, ale przede wszystkim hołdują zasadom hierarchiczności, które w nowej rzeczywistości już się nie sprawdzają. Kicz jest niepokojący, ponieważ wydaje się być pozbawiony tych zasad.
Bizarre, camp, sztuka zorientowana na spółkowanie z przejawami tego, co określane jest jako kicz, wychodzi naprzeciw nowym oczekiwaniom. Już wiemy, że nie musimy się umartwiać, to nikomu niepotrzebne. Nie trzeba się też troszczyć o czystość moralną, wystarczy przestrzegać godności ludzkiej.
Zrelaksujmy się nieco, mówi nam kicz. Tak zwany kicz najczęściej towarzyszy mentalności, która wydaje się gorsza, a nawet całkiem zła, zwolennikom archaicznych porządków, również estetycznych. Zbyt długo powtarzano słowa potępienia, trudno im nie wierzyć. Sekularyzująca się kultura przemieniła diabła w kicz (...).
Autor wplótł do eseju wątki autobiograficzne. Czytelnik ma okazję towarzyszyć mu w wędrówce, która zetknęła go z kiczem, w czasach gdy jeszcze studiował. Potem towarzyszymy mu w jego przygodach ze sztuką, z jaką zetknął się w Stanach Zjednoczonych.
Autor nie tylko błyskotliwie chłoszcze zastaną rzeczywistość w mieniu kiczu, ale też rozciąga swoje przemyślenia w bardzo interesujące kierunki - np. zastanawia się nad istotą bondage jako pewnego rodzaju deprywacją sensoryczną, dodaje do tego wątki transgresywne i magiczne.

~~ ~~ ~~ ~~ ~~ ~~ ~~

W sumie co wydaje mi się bardzo zabawne, sam nadaję na podobnych falach. To, co nazywam "popkulturą" (patrz podtytuł bloga) to mniej-więcej te same kategorie, które autor opisuje jako kicz, bizarre. Potężny moloch form i treści, opierający się na sprzeciwie wobec tych wszystkich zadufanych w sobie snobów z jednej strony i ciemnej masie przetrąconej chrześcijaństwem z drugiej. Sztuka zaangażowana w radosnym przeżuwaniu wątków zewsząd, polewająca kwasami żołądkowymi wszystko, co w sobie wtłoczy. Drugie, trzecie dno skrywane pod błahościami, stylistyka wideo-mp3-przypowieści ze stron z torrentami i pulpowych czytadeł o seksie i przemocy. Świat transgresji, rozrywki, twórczego szału.
Odróżniony rzecz jasna od umasowionej popkultury popcornu i jasełek, świata wykreowanych z niczego obrazów.
Dopiero żonglując tymi obrazami, bawiąc się kontekstem i uwarunkowaniami można wykrzesać z nich iskrę, od której spłonie stary świat. Jego odbicia w nas samych.

środa, 4 grudnia 2013

Robert Cichowlas, Kazimierz Kyrcz Jr. "Koszmar na miarę"

Niesamowite rzeczy można czasem znaleźć w Taniej Książce. Na przykład taką perełkę wydaną przez Grashoppera. Wydawnictwo to, na ile kojarzę, chyba zniknęło już z rynku. Takie czasy.
Tak czy owak, duet znanych i lubianych autorów grozy, zaserwował tym razem czytelnikom nie zbiór opowiadań, lecz powieść.
Rzecz dzieje się głównie w Poznaniu i traktuje o pracującym w sklepie z ekskluzywną odzieżą (w Starym Browarze) sympatycznym młodym człowieku. Pracuje tam, chociaż nie musi, ale chce się usamodzielnić, nie siedzieć na garnuszku rodziców. Poza tym stara się łączyć pracę ze studiami.
Zmaga się z codziennością, z upiornym przełożonym, z grupą pracowników, którzy pod byle pretekstem by wkopali jeden drugiego w najgorszą kabałę, jeśli by im się to opłacało. Ciuła pieniądze, coraz bardziej popadając w niechęć do nowobogackich klientów.
Gdy atmosfera jest wyjątkowo zła, okazuje się, że może być jeszcze gorzej - garniaki Armaniego zaczynają... krwawić.
A to tylko początek historii z prasłowiańskim demonem w tle. Nawet jeśli to spoiler, to i tak zdradził to sam wydawca na tylnej stronie okładki.
Jest nastrój grozy, zagrożenie wynikające ze zmiany percepcji wobec otaczającej rzeczywistości (czyli taka groza, jaką lubię najbardziej) (tzn. pojawia się nagle w naszym szarym, topornym świecie coś, czego tu być nie powinno), jest seks (tylko raz co prawda, ale za to jaki) i sporo przemocy.
Trochę zbyt często się okazuje, że a to ktoś tam coś tam wie i poleca się zgłosić po pomoc do jeszcze kogoś innego (a ten ktoś też jest już wtajemniczony), ale ok, taka narracja. Z jednej strony rozprasza to trochę nastrój - samotnych bohaterów walczących z Nieznanym, chociaż w tym starciu nie mają szans - z drugiej strony odsłania "nieracjonalny" fragment rzeczywistości, czegoś, co zostało zepchnięte współcześnie co najwyżej do roli folkloru lub atawizmu. Główny bohater jest dosyć zwyczajnym gościem - ale to też dobrze, przecież wszyscy poniekąd tacy jesteśmy. Za to kierownik sklepu okazuje się być postacią tragiczną. Z czym wiąże się bardzo trudny wybór i konflikt natury moralnej głównego bohatera.
Zdecydowanie interesującym pomysłem było zetknięcie ze sobą demonologi prasłowiańskiej i naszej napędzanej nie dającej się już kontrolować konsumpcją rzeczywistości współczesnego kapitalizmu. Te elementy nie pasują do siebie nijak, a mimo to świetnie tutaj ze sobą współgrają. O ileż ciekawszy jest to motyw od użycia "zwykłych" motywów satanistycznych, jakie zazwyczaj się w takim kontekście pojawiają.
Autorzy opisują świat głównego bohatera, z grubsza nasz świat, bez owijania w bawełnę i bez upiększania. Jako iż jestem po lekturze "Podwójnej pętli" Kazika Kyrcza, podejrzewam, że taka dopracowana stylizacja, pokazanie tej szarości jaką jest, nie upiększanie języka postaci na siłę, świetnie oddany strach o przyszłość kogoś, kto pracuje z dnia na dzień, i nie wie, jak długo jeszcze przyjdzie mu znosić kosmiczne wymagania i mobbing pracodawcy, to jego zasługa.
Tak czy owak, bardzo dobry horror.

niedziela, 1 grudnia 2013

Leszek Miller, Robert Krasowski "Anatomia siły"

Czyli wywiad-rzeka - Robert Krasowski rozmawia z Leszkiem Millerem.
Dowiedzieć się z tego można wielu szalenie interesujących rzeczy.
Niezależnie od osobistych sympatii przyznać trzeba, że były premier jest człowiekiem diablo inteligentnym. Opowiada ciekawie i ze swadą.
Z jednej strony potrafi przyznać, że czasem zdarzyło mu się nie mieć racji (gdy startował do sejmu z listy Samoobrony), lub przyznać wprost, że zmienił poglądy (kiedyś był za podatkiem liniowym, teraz opowiada się za progresywnym i wysoką stawką dla najbogatszych - wynikało to z uznania manifestu Blaira i Schroedera, w którym socjaldemokracja ostatecznie zlała się w jedno z mdłym etatyzmem; w ogromnym uogólnieniu - uznano, że dochód z gospodarki wolnorynkowej powinien iść na socjal i programy pomocowe, więc jeśli jakiś rodzaj podatku - np. liniowy mógłby się przyczynić do zwiększenia dochodów państwa, które można by przeznaczyć do redystrybucji, to można by go wprowadzić; w mojej subiektywnej opinii - kolejny krok socjaldemokracji donikąd, pierwszy tak wielki od czasu konwencji w Bad Godesberg).
Albo czytając byłem już zmęczony, albo mi to umknęło, albo nic o tym nie było - ale zapewne utworzenie przez naszego bohatera Polskiej Lewicy też było błędem. Ciekawe, czy był to rodzaj szantażu wymierzony w SLD czy chęć "przezimowania" chwilowych gorszych politycznie czasów.
Zdecydowanie zbyt łatwo też naszemu bohaterowi przychodzi zmierzyć się z rozlicznymi aferami, które pojawiały się w czasie jego rządów. Wszystko po nim spływa, wszystko sprowadza do ataków personalnych, konfliktów interesów środowisk, którym zawadzał (w tym nieraz i wywodzących się z tej samej tradycji politycznej co on sam) lub bagatelizuje.
Fakt faktem, okres rządów Millera jest oceniany zbyt surowo, zwłaszcza przez prawicę. Postarał się przeprowadzić proces akcesyjny do UE najlepiej jak potrafił. Zaś wiele lat wcześniej zorganizował otwarte spotkanie w świetlicy KC na które przyszyli także członkowie nielegalnego NZSu. Było to całkiem miłe z jego strony.
Zapytany o pro-amerykański kurs swojej polityki odparł, że ZSRR się zawalił a Rosja ma wystarczająco dużo swoich problemów, by się na niej opierać. Sam próbował lawirować między sąsiadami i wielkim bratem zza oceanu, który czasem się czepiał o różne pierdołowate w sumie rzeczy (np. o sprawę Kuklińskiego - to się działo przed wejściem do NATO).
Bardzo ciekawy obraz się wyłania za to odnośnie SLD jako takiego i podejścia byłego premiera. Partia ta jest w sumie partią zachowawczą. PRLowski resentyment ciągnie się za tym środowiskiem, wzorce się reprodukują dalej, wzorce takiego swoistego patriotyzmu państwowego. Wyobraź sobie, drogi czytelniku, Leszek Miller czepia się np. takiego Macierewicza, że ten był guevarystą; w schyłkowym PZPR takich ludzi nie było już od dawna. Zresztą, jeszcze w tym roku w wewnętrznym piśmie członków i sympatyków SLD - "Socjaldemokraci" obok artykułów o tym, że jesteśmy europejską, nowoczesną socjaldemokracją i jesteśmy fajni, był też artykuł broniący akcji "Wisła" (fakt faktem, z terroryzmem band ukraińskich trzeba było coś zrobić, ale to co zrobiono to strzelanie z kałacha do komara).
Z drugiej strony nie ma się co dziwić, że środowisko SLD szuka swojej tożsamości w PRLu. Ocena historyczna państwowości polskiej z lat '45 - '89 jest zaburzona. Ba, spora część społeczeństwa zdaje się wręcz negować zupełnie te czasy, uwypuklając wszystkie oczywiste absurdy i rzeczy złe, ale fakt faktem - lepszy PRL od reakcyjnych postulatów band "żołnierzy wyklętych" destabilizujących sytuację w pierwszych latach po wojnie i marzących o generale Andersie spadającym na Polskę na białym koniu i kilku megatonach lub od urojeń rozbitków historii dryfujących w Londynie i okolicach.
Wreszcie Miller zauważa rzecz oczywistą - porozumienia okrągłostołowe nie były teatrem jednego aktora - Solidarności. Strona rządowa, której też zależało na konsensusie społecznym, też się tam znalazła. Bez jej woli Solidarność mogłaby co najwyżej rozmawiać z głosami w głowie Wałęsy.
A już Lew Trocki pisał o tym, że stalinizm (i post-stalinizm, rozwińmy) utoruje drogę powrotowi do gospodarki kapitalistycznej. Bowiem gdy kuriozalny system nakazowo-rozdzielczy toczony wrzodami przerośniętej biurokracji w końcu się rozpadnie, to kto będzie w pierwszej kolejności "predestynowany" do kontroli środków produkcji? Ano właśnie biurokracja, która i tak tym wszystkim wcześniej zarządzała, tyle, że jako własnością państwa. Jak się śni o wyidealizowanym wolnym rynku, to trzeba się potem obudzić i nie obrażać się na rzeczywistość, że nie zgadza się z przyjętymi a priori założeniami.
Miller zauważa też, że marketing polityczny wszedł do polityki niedawno. On sam jeszcze przyzwyczajony był do innego sposobu sprawowania władzy, znacznie mniej rozmemłanego, znacznie bardziej na serio.
A jakie fantastyczne spostrzeżenia ma były premier o post-solidarnościowej prawicy. I jak bardzo są one trafne. Podsumowałbym je tak, że gdzie kilkoro się kłóci, tam korzystają inni, oraz że dla prawicy większym wrogiem jest inna prawica, niż lewica.
Generalnie bardzo interesująca książka, jeśli kogoś to interesuje.

Harry A. Knight "Fungus"

Grzebię sobie w najlepsze w książkach u Jarka na stoisku, patrzę, książeczka mała wydana przez Phantom Press (przyciągnęło uwagę) z dziwnym czymś na okładce (jeszcze bardziej przyciągnęło uwagę), a potem spojrzałem na cenę, no i kupiłem.
Bo kto by nie kupił horroru o grzybach mordujących ludzi? Chyba tylko ktoś bez wyobraźni. :-P
Ok, dopiero po paru stronach dotarło do mnie, że nie mam do czynienia z zupełną pulpą, tylko czymś ciut bardziej ambitnym.
Pewna pani doktor przeprowadzała eksperymenty na grzybach - chciała rozwiązać problem głodu na świecie, grzebiąc w enzymach wzrostu.
Coś jednak poszło bardzo nie tak. Enzym wydostaje się poza laboratorium i  rozprzestrzenia się po całej Anglii (rzecz się bowiem dzieje na Wyspach Brytyjskich). Oddziałuje na dowolne grzyby rosnące sobie wszędzie dookoła ludzkiego środowiska w ilościach hurtowych, z czego na co dzień nawet nie zdajemy sobie sprawy.
Niektóre grzyby po prostu zabijają swoich nosicieli, inne pasożytują na nich, wpływając też na ich sposób postrzegania świata, za to wszystkie rozrastają się do gargantuicznych rozmiarów. Wkrótce cały Londyn zmienia się w królestwo grzybów i pleśni.
W walce z epidemią rząd Margaret Thatcher (której autor nie lubi - słusznie - i daje temu wyraz) decyduje się na wprowadzenie ścisłej kwarantanny - Londyn zostaje de facto odcięty od reszty kraju. Pojedyncze ogniska epidemii wybuchają i w reszcie kraju. Sytuacja międzynarodowa zaostrza się. Francja domaga się zgody od ONZu na użycie broni nuklearnej przeciwko Wielkiej Brytanii, francuska marynarka wojenna zatapia cokolwiek, co usiłuje podpłynąć do kontynentu.
Na dodatek część jednostek wojskowych w "kordonie sanitarnym" buntuje się, a część zostaje "przejęta" przez grzyba.
Ostatnią szansą na zapobieżenie zagładzie jest zespół trojga przypadkowych bohaterów - byłego męża babki, która pracowała nad grzybami i od której się to wszystko zaczęło - również naukowca, który jednak porzucił karierę naukową i zajął się pisaniem thrillerów; uwielbiającego strzelać do tłumów sierżanta, wielokrotnie przedtem karanego za niesubordynację; tajemniczej pani doktor z RPA, pracującej nad szczepionką przeciwko grzybom. Ta trójka ma dostać się do opanowanego przez grzyby Londynu, dostać się do laboratorium skąd wydostał się enzym, odnaleźć panią doktor odpowiedzialną za to wszystko lub jej notatki, ewentualnie jakiekolwiek materiały, które pozwoliłby na zrozumienie, co właściwie się stało i jak to odwrócić.
Autor nie daje prztyczka w nos tylko Margaret T., dostaje się też członkom niszowej, marksistowskiej sekty. Autor najwyraźniej zna realia panujące w takich grupkach i świetnie je parodiuje, sprowadzając do absurdu.
Autor przedstawia też parę lesbijską - jak na tamte czasy to jednak było to coś.
Sama wizja apokalipsy spowodowanej przez grzyby jest czymś świeżym. Autor sięga do stylistyki body horroru opisując ludzi porośniętych grzybem, zabijanych przez niego lub uczynionych nosicielami. Trochę mi się kojarzyło ze smardzami z "Cieplarni" Aldissa, ale to było skojarzenie zupełnie na wyrost.
Mimo tego, że to czytadło, to jednak czytadło z wyższej półki niż np. taki Guy N. Smith, przy całej mojej sympatii do niego, muszę to stwierdzić.

Guy N. Smith "Kleszcze śmierci"

Kolejny tom z cyklu "Kraby", w którym to cyklu gigantyczne, zmutowane, praktycznie niezniszczalne kraby mordują ludzi.
Pulp i kicz, na dodatek każdy kolejny tom jest wtórny i opiera się w sumie na tym samym mechanizmie: malowniczy/egzotyczny kurort nad morzem + atak krabów + niestabilna sytuacja w kurorcie + nimfomanka + jurny, bardzo męski bohater-macho. Reszta wątków się zmienia według uznania autora.
Tutaj np. wątkiem pobocznym była intryga kryminalna z morderstwem w tle i walizką pełną pieniędzy. Jeden z kilku napakowanych macho okazał się zaś niechętny do wątku erotycznego, co było również niejakim urozmaiceniem sztampowej fabuły.
Nie wiem, co o tym można napisać więcej. Klasyk w swoim gatunku. Chała jakich mało, badziew do sześcianu, a ja coś takiego po prostu uwielbiam, doskonale zdając sobie sprawę, że czytam chłam.
Kosztowała mnie ta przyjemność, razem z innym horrorem Phantom Pressu, 15zł koło dworca w Krakowie. Może uda mi się tam skompletować wszystkie historie o krabach. Wygląda na to, że to jest szósty. Wcześniej czytałem drugi, jest gdzieś tu na blogu.
Tłumaczenie - pełne dziwacznych "krzaczków" w tekście, jeden błąd merytoryczny - nie żadne "czołgi Churchilla", tylko "czołgi Churchill" - to nazwa modelu. Zawsze mogło być gorzej.

John Everson "Igły i grzechy"

No proszę. Jakiś czas temu czytałem wywiad z Eversonem (o, tutaj, na Horror Online), a z tydzień później znalazłem zbiór jego opowiadań w Taniej Książce za jakieś śmieszne pieniądze (~10zł, 9 lub 11 - nie pamiętam już). Kupiłem rzecz jasna.
Jest to mój pierwszy kontakt z autorem, więc percepcję mam zaburzoną, a punktu odniesienia nie znam, bo nie znam aż tak dobrze twórczości pisarzy piszących podobnie.
Autor nie stroni od stylistyki horroru ekstremalnego, żongluje elementami bizarro/weird (bo "dark fantasy" jak napisało wydawnictwo na tylnej okładce to raczej - przynajmniej jak dla mnie - nie jest; no ale to zależy od przyjętej definicji), pisze czasem groteskowe rzeczy mające po prostu kopnąć czytelnika w mózg, a czasem opowieści o wielu dnach, mające a to potencjał transgresywny, a to będące wyrazem gorzkiej refleksji o społeczeństwie i człowieku.
Zadziwiająco dużo opowiadań traktuje o piekle - indywidualnym piekle zawiedzionych nadziei, złamanych żywotów, bezsensownych śmierci - lub miejscu po śmierci, gdzie dusze przeżywają przez wieczność to, co schrzanili za życia. Zazwyczaj rzeczy niezwykle brutalne i obsceniczne. Eros i Tanatos ramię w ramię kroczą przez opisywane przez autora wydarzenia, decyzje bohaterów, rzeczywistości, z którymi się zmagają. Rzeczywistości przewrotne, perwersyjne, pełne rozpaczy; nie ma odkupienia majaczącego za rogiem, a jak jest, to bywa bardzo złudne. Nie tylko mamy quasi-religijne wizje czy przerysowaną codzienność, post-apokalipsa też się trafi.
Motyw igieł i grzechów przewija się przez kilka opowiadań, oprócz tytułowego. A to są karą za grzechy, a to cięcie/zszywanie/wbijanie jest karą ot, tak, zdawałoby się, jakiegoś złego demiurga na Bogu ducha winnej istocie, czasem słabej i bezbronnej.
Motywy religijne również się przewijają. A to mamy groteskową wizję romansu anielicy i demona (bardzo bizarrowaty tekst) a to prawdziwą bombę atomową i grzech śmiertelny w jednym - bluźnierczą "Maryję", w której Bóg molestuje i gwałci główną bohaterkę, Józef jest zupełnym przyczłapem, Elżbieta spędza płody, a na końcu historii... w sumie może tego akurat nie napiszę, bo stracę najczęściej komentującego czytelnika tegoż bloga. Zszedłby na zawał.
Zbiór opowiadań kończy wyłączona z niego, pod wspólnym tytułem, część składająca się z kilku opowiadaniach o cyrku. Cyrk jest motywem łączącym, tak samo bohaterowie - zmienia się co najwyżej punkt widzenia i moment w jego historii. Mamy tam i osobliwości iście bizarrowate znów (w tym takie wynalazki jak trzygłowego noworodka - hermafrodytę; jego matka w sumie nie za bardzo była człowiekiem), ale i tragiczne i bardzo gorzkie zakończenie - mówiące o tym, że oto nadszedł koniec czasów cyrku, cyrk rozbił się na rafach historii, wepchnięty tam przez głównie umasowioną popkulturę, telewizję i internet.
Tak czy owak, zbiór opowiadań bardzo przypadł mi do gustu, ale, jak już wspominałem, nie mam porównania ani z resztą twórczości autora, ani z podobną twórczością.

Max Stirner "Jedyny i jego własność"

Stirner to był bardzo poczciwy gość.
Właściwie nazywał się Johann Kaspar Schmidt. Wywarł wielki wpływ na anarchoindywidualizm, a także na post-anarchizm, tzw. anarchizm post-lewicowy (post-left anarchism), post-strukturalizm i postmodernizm; na nihilizm, amoralizm i egzystencjalizm; na myślicieli i autorów takich jak Ernst Jünger, Renzo Novatore, Robert Anton Wilson, Gustaw Landauer, Hakim Bey, Wolfi Landstreicher (aka Feral Faun), Raoul Vaneigem, Rudolf Steiner, Jurgen Habermas, Oscar Wilde, Emma Goldman, Giles Deleuze. Jego wpływ na Nietzschego jest przedmiotem dyskusji. Podłożył także filozoficzne podwaliny pod pierwszy na świecie periodyk skierowany do homoseksualistów, „Der Eigene” (1896-1931), wydawcą był stirnerysta i gej Adolf Brand; wpływ na feminizm też wywarł – Emmę Goldman; oraz zwolenników wolnej miłości i poliamorii – np. na Emile Armand.
Mało pisał, zasłynął książką „Jedyny i jego własność”. Wpływy Hegla oczywiste, zresztą uczęszczał na jego wykłady, potem obracał się w środowisku młodoheglistów (grupa „Die Freien”; należeli tam też m.in. Bruno Bauer czy Fryderyk Engels, który uważał – przez pewien czas - Stirnera za swojego dobrego przyjaciela; Engels jest też autorem szkicu przedstawiającego Stirnera); niektórzy uznają jednak „Jedynego” za parodię i kpinę z Hegla. Tak czy siak, to co z Heglem zrobił w tej książce Stirner to z pewnością bardzo twórcza (re)interpretacja.
Dwukrotnie żonaty, pakował się w nieszczęśliwe związki (pierwsza żona zmarła przy porodzie, z drugą się rozstał); utrzymywał się z różnych prac, w późniejszym okresie życia często zmieniał miejsce zamieszkania, uciekając przed wierzycielami, nie zajmował się bieżącą polityką, zignorował zupełnie rozpoczynającą się Wiosnę Ludów; zmarł po reakcji alergicznej na ukąszenie owada.
Karol Marx napisał polemikę (tzn. zjechał Stirnera równo) do „Jedynego”, w swojej „Ideologii niemieckiej”; rozdział tej książki zatytułowany „Święty Max” miał - jak internety głoszą - więcej stron, niż razem wzięte wszystko co Stirner napisał.
Stirner miał zaplanować, założyć i sfinansować (z pomocą drugiej żony)... mleczarnię, którą chciał prowadzić na zasadach spółdzielni razem z kilkoma innymi młodoheglistami. Projekt miał upaść z dwóch powodów – rolnicy nie chcieli sprzedawać mleka grupie dobrze ubranych, miastowych intelektualistów, a sam sklep był tak elegancko udekorowany, że potencjalni klienci myśleli, że cokolwiek tam sprzedają, to nie na ich kieszeń.
A o czym jest jego najsłynniejsze (i w sumie - nomen omen - jedyne dzieło)? Co takiego nasz młodoheglista naskrobał, że stał się (już po śmierci) inspiracją dla kolejnych pokoleń?
Naplótł mnóstwo niespójnych głupot, ale dokonał czegoś fantastycznego, cudownego, fenomenalnego - zanegował wszystko oprócz samego siebie. Nikt wcześniej z takim rozmachem i taką siłą nie uderzył w świat uwarunkowań i kontekstów. On to nazwał co prawda inaczej, żonglował odwołaniami do heglizmu, do toczących się ówcześnie polemik - strony "Jedynego" zaludniają duchy i upiory (np. "wolność", "państwo", "naród", "interesy klasowe", "wolny rynek", "Bóg", "rozum") - tak czy owak po odrzuceniu tych wszystkich uwarunkowań, egzorcyzmowaniu upiorów, osiągnięciu odpowiedniego etapu dojrzałości, po zdaniu sobie sprawy, że otaczają nas tylko konstrukty i pojęcia, po ich zanegowaniu - wszystkich instytucji (w szerokim rozumieniu nowego instytucjonalizmu) i relacji społecznych człowiek pozostaje sam z sobą - świadomy samego siebie - stajemy się "Jedynymi", rozporządzającymi naszymi "swojościami".
Ci, którzy posiadają samych siebie, w celu realizowania doraźnych potrzeb i zachcianek łączą się w nietrwałe Związki Egoistów, które rozwiązują się po zrealizowaniu celów członków. Zauważyć należy, że ci egoiści nie mają wspólnych celów jako takich, cokolwiek wspólnego nie byłoby już ich samych - współpracują ze sobą z powodów utylitarnych, dążąc przy tym do swoich własnych celów jednostkowych - nawet jeśli któryś z nich można by obiektywnie nazwać wspólnym dla nich wszystkich.
Teorie Stirnera, fascynujące w swojej bezkompromisowej (książka dlatego nie została ocenzurowana, że cenzorzy doszli do wniosku, że to taki odlot, że nikt się tym nie zainspiruje) negacji kultury, cywilizacji, państwa, kościoła, społeczeństwa, władzy mają wiele luk. Autor nie zastanowił się, skąd się biorą te wszystkie "duchy" i "upiory" i czy przypadkiem jego teoria nie jest jednym z nich, nie zastanowił się też nad tym, czy Związek Egoistów może przypadkiem "zdegenerować się" do nowego społeczeństwa.
Mimo tego należy mu się szacunek - my wszyscy z niego, przetarł nam szlak wiodący w Twórczą Pustkę (nawet jeśli nie o to mu chodziło), dokąd zmierzamy kierując się Radosnym Nihilizmem (nawet jeśli on tak nie uważał).

sobota, 30 listopada 2013

Hakim Bey "Tymczasowa Strefa Autonomiczna i inne eseje"

Hakim Bey, czyli Peter Lamborn Wilson, to postać niezwykle intrygująca. Dawny tradycjonalista integralny, uczeń myślicieli tej rangi co Frithjof Schuon, sufi i gnostyk uciekający z Iranu przed islamską rewolucją; utrzymujący kontakty z francuską Nouvelle Droite; mag chaosu, okultysta, neopoganin, łączący wątki islamskie (w ujęciu sufizmu zmiksowanego z czarnym islamem i wierzeniami Indian Ameryki Północnej) z Maxem Stirnerem, sytuacjonizmem i ociekającą psychodelikami kontrkulturą lat '60-70. Anarchista, ale jedyny w swoim rodzaju. Samozwańczy prorok dla grupy wielbicieli lub też – dla przeciwników – przypadek bardziej psychiatryczny, niż polityczny.
Murray Bookchin poświęcił mu dużą część swojej krytycznej analizy o „anarchizmie stylu życia”, jeszcze zanim się sam obraził na to, że nikt go nie słucha. Użytkownicy libcom.org snują o Beyu rozmaite teorie – wg jednej z nich jego prawdziwe personalia również nie są prawdziwe.
Na dodatek nad tym sympatycznie wyglądającym staruszkiem o aparycji pomiędzy podstarzałym hippisem i kloszardem unosi się mroczny cień – zdarzyło mu się kiedyś pisać dla periodyków organizacji promujących „dobrą pedofilię”.
Co właściwie Bey proponuje w swojej chyba najbardziej znanej książce?
W sumie wszystko i nic. Ślizga się po pojęciach, rzuca setkami terminów, podanych na dodatek w rozmaitych (re)interpretacjach, skacze z tematu na temat, przywołuje na swoich świadków wręcz sprzeczne ze sobą nurty i zjawiska.
Jego anarchizm w swoich najgłębszych podstawach ma cyniczny uśmieszek postaci naszkicowanej przez Fryderyka Engelsa w czasie kilku spotkań Die Freien. Podobnie jak dla Maxa Stirnera, anarchizm Beya nie dotyczy w sumie określonego ideału społeczeństwa rządzącego się bez władzy, bez hierarchii i bez prywatnej własności środków produkcji, tylko maksymalizacji jednostkowej wolności każdego człowieka tu i teraz. Anarchizm miałby być narzędziem do uzyskania autonomii kiedy i jak to możliwe, bez nadawania pojęciu „wolności” cechy absolutu, wielkiej Idei (stirnerowskiego „upiora”) w imieniu której anarchista miałby wyzionąć ducha na barykadach takiej czy innej ruchawki.
Hakim Bey zabija więc to, co zostało współcześnie z anarchizmu, zanim pojęcie to zostało do reszty zdewastowane z jednej strony przez prymitywistów a z drugiej przez libertarian. Swoją drogą, autor omawianej książki trzymał swego czasu sztamę zarówno z jednymi, jak i drugimi. Anarchizm staje się sztuką dla sztuki – pozbawiony zupełnie szansy oddziaływania na płaszczyźnie politycznej sensu stricto. Zabawką dla rozpieszczonych i ześwirowanych burżujów w stylu samego Beya – jak argumentują jego przeciwnicy.
Autor analizuje „tymczasową strefę autonomiczną” na przykładach. Nie definiuje jednak tego pojęcia jako takiego. Nie ma w tym nic dziwnego – temporalność, rozmycie i przenikanie unosi się nad czytelnikiem w czasie lektury. „TSA” miałaby być (niedo)określonym miejscem lub stanem, w którym ci, którzy się tam znaleźli, mieliby maksymalizować swoją wolność i cieszyć się życiem. Skojarzenia ze staruszkiem Stirnerem znów narzucają się same – ot, Związki Egoistów przeniesione w XXI wiek (no, jeszcze w końcówkę XX-go) z całym dobrodziejstwem inwentarza i oceanem sprzeczności.
Jednymi z pierwszych TSA miały być twory nazwane przez autora mianem „pirackich utopii”. Tak, morskich rabusiów Bey zalicza w poczet anarchistów, uwypukla demokratyczne zasady panujące na okrętach, z grubsza tytularną funkcję kapitana, równość przy podziale łupów, pływanie od horyzontu po horyzont po pustej przestrzeni jako dosyć romantycznie pojęty udział w wolności, itd.
Niestety nie mam wystarczającej wiedzy historycznej, by móc jasno stwierdzić, czy autor nie przesadza. Sam zaś autor nie podaje żadnych przypisów, najprędzej uważając, że dla jego czytelników wszystko o czym pisze jest jasne – no niestety nie jest. Kwestia na ile okręty pirackie były demokracją bezpośrednią w działaniu a na ile wojną wszystkich przeciw wszystkim pozostaje więc dla mnie otwarta.
Później jest tylko lepiej. Ostatnią nowożytną TSA miała być... Regencja Fiume, rządzona przez awanturnika i proto-faszystę Gabrielle D'Annunzio. Bey opisuje, jak do Fiume zjeżdżały się kolorowe ptaki z całego ówczesnego świata, społeczni i religijni heretycy, odmieńcy, wyrzutki wszelkiej maści, wagabundy i poszukiwacze przygód. Faktem jest, że naczelną zasadą organizującą życie społeczne Fiume, co zostało zapisane w konstytucji tego efemerycznego tworu była muzyka, również znane są fakty, że D'Annunzio korespondował z i bardzo sobie chwalił Lenina, samemu będąc syndykalistą. Flota miasta wzięła nazwę od średniowiecznych piratów nawiedzających tamte okolice, tworzyli ją członkowie portowych związków zawodowych. Znów jednak nie jestem w stanie określić, w jakim stopniu autor przesadza.
Czasem może się zdarzyć, że członkowie jakiejś TSA po prostu znikną. Stało się tak, gdy grupa osadników protestanckich udała się do „Croatan”. Dla autora, inspirującego się zarówno heretyckimi odmianami islamu jak i wierzeniami Indian, biali osadnicy opuszczający swoje osady i porzucający ich zasady, religię, itd., którzy następnie w niedostępnej dziczy tworzyli nowe, niejako „wtórne” plemiona wraz z lokalna ludnością, a w późniejszym okresie także ze zbiegłymi czarnoskórymi niewolnikami wydali się o tyle fascynujący, że tworzyli od podstaw coś zupełnie nowego, odrzucając jednak to, co znali wcześniej.
Gdy nie ma się pod ręką przyjaciół, zawsze też można zrobić sobie TSA samemu. Wystarczy zażyć LSD. Lub cokolwiek. Świat wykreowany przez zaburzoną gospodarkę hormonalną w mózgu też autor uznaje za pełnoprawną TSA. Cóż.
To wszystko powyższe nie oznacza jednak, że „Tymczasowa Strefa Autonomiczna i innej eseje” to zła książka nawiedzonego wariata. Lubię myślicieli nietuzinkowych, ekstremistów dla samego ekstremizmu – w sensie poznawczym wszystkie takie jednostki czerpiące z najróżniejszych źródeł, skonfliktowane ze wszystkimi wokoło, a mimo to trzymające się jasno i wyraziście własnych przekonań są naprawdę fascynujące i zasługują na odnotowanie swojej obecności.
Bey pokusił się o odrobinę rozważań o współczesnym społeczeństwie konsumpcyjnym. Nie zrobił tego tak błyskotliwie jak w „Millennium” (książka wydana kiedyś w Polsce, w koszmarnym przekładzie i najprawdopodobniej bez korekty), ale zauważył kilka interesujących rzeczy. Co prawda, nie on pierwszy, ale zawsze. Wpisuje się on w narrację o wyzysku Peryferiów przez Centrum oraz podział świata na Pierwszy, Drugi (który implodował jego zdaniem wraz z upadkiem ZSRR i wylądował jako Półperyferia w Pierwszym, wtedy zaczął się XXI wiek) i Trzeci. Postuluje organizacje społeczności, TSA i czegokolwiek na zasadzie sieci, ze swobodnym przepływem elementów tożsamości, ale bez narzucania komukolwiek czegokolwiek – co jest wyraźnym odwołaniem np. do koncepcji „kłącza” Deleuze'a. Zauważył, że system kapitalistyczny sprzedaje jako dobra luksusowe to, co kiedyś sam zniszczył lub sprowadził do folkloru. Fascynacja internetem później mu przeszła, tutaj jeszcze głosi możliwość powstania TSA w internecie – faktycznie, np. fora w sieci TOR, pełne wątków z pedofilską pornografią i kącikami porad w stylu „jak ukryć zwłoki” faktycznie są wolne od władzy dowolnego państwa, ale nie wiem, czy rzeczywiście autorowi chodziło o coś takiego.
Wreszcie pojawia się też trochę ogólnych obserwacji w duchu Baudrillarda – postsytuacjoniści myślą podobnie. To, co dla Francuza stanowiło iście gnostycką tragedię, czyli np. znikanie, rozmycie się w świecie obrazów, dla Beya stanowiło w ostateczności narzędzie do wolności. I to jest chyba najcenniejsze spostrzeżenie z całej książki. Potem autor i tak zrobił z niego metafizyczny koszmar, nawołując do pomieszania współczesnych technologii informatycznych z „mentalnym paleolitem”, ale pominę to milczeniem.
Podsumowując, Hakim Bey (czy jak mu tam) to bez wątpienia enfant terrible współczesnego anarchizmu. Z pewnością jest szalenie inteligentnym i oczytanym myślicielem, do tego w miarę oryginalnym, jak na dzisiejsze czasy, nie raz błyszczy erudycją, ma bardzo żywy, intensywny styl, plastycznie odmalowuje słowem obrazy, nawet, jeśli pisze o wydarzeniach i postaciach historycznych. Jego myśl może być inspirująca – w aspekcie jednostkowym (zresztą innego autor zdaje się nie zauważać), osobistym. Na pewno swoimi spostrzeżeniami wymusza na czytelniku reakcję, opowiedzenie się za tym, lub przeciwko temu.
Ale dla mnie interesujące jest wszystko, co otarło się o Stirnera. Ciekawe, czy Bey czytał Ernsta Jüngera. „Eumeswil” czy „Afrikanische Spiele” z pewnością mogły by dostarczyć mu ciekawych przemyśleń.

Fryderyk Nietzsche "Wola mocy"

"Wola mocy" to jedno z kluczowych pojęć nietzscheanizmu, razem z "wiecznym powrotem" i "nadczłowiekiem".
Problem polega na tym, że pojęcie to jest bardzo nieostre. Zresztą jak i pozostałe. Sama książka pod tym tytułem została złożona już przez siostrę autora, któremu nasilał się - co zostało stwierdzone jakiś czas temu - borderline. Chociażby Deleuze o tym wspomina w swoim eseju o "woli mocy" i "wiecznym powrocie". Tzn. nie o borderline jako takim, tylko uznał, iż autor jeszcze był na tyle przytomny, że książka sklecona z jego rozmaitych notatek nie jest tylko zapisem majaczeń szaleńca.
Czytając omawianą książkę czułem jednak wzbierającą gorączkę autora. Gorączkę myśli, gmatwaninę pojęć, chęć przezwyciężenia samego siebie. Trochę jakby myśl była szybsza od notującej ją dłoni, która nie nadążała z notowaniem wszystkiego, zwłaszcza rzeczy, które dla autora były oczywiste.
Jak na współczesne czasy, język jakim posługuje się autor, jest całkiem trudny, trzeba to przyznać. Nie został uwspółcześniony przez tłumacza czy tam wydawcę. Swoją drogą, vis-a-vis etiuda odwaliło kawał dobrej roboty przypominając Starego Kanoniera. Niedługo zagości na blogu jeszcze "Jutrzenka" oraz "Zmierzch bożyszcz" (cudowna okładka, rozbita delta świetlista).
Wola mocy to świat, wola mocy to życie jako takie. Nie jest to moc jako taka. To jest takie niesprecyzowane coś, czym kieruje się wszystko. To fakt elementarny. Każda siła działająca w naturze i świecie człowieka. Nie ma bytu ani substancji jako takich - są tylko interpretacje. Wola mocy sprawia, że wszystko działa i staje się - ale nie jest.
Nie ma nawet ciągów przyczynowo-skutkowych, ani logiki jako takiej. Przyczyna to realizowanie woli mocy siły X, skutek to manifestacja woli mocy zupełnie innej siły Y, ścierającej się z tamtą. Logika więc to tylko przerzucenie naszych wyobrażeń na rzeczywistość, której nie możemy poznać (pozdrawiam w tym momencie Jeana Baudrillarda), wyobrażamy sobie przyczynę - wtedy wszystko się zgadza nam. Ludzka świadomość nie gra żadnej roli w procesach adaptacji i systematyzowania, nie zdajemy sobie sprawy z tysiąca uczuć i odczuć przepływających przez nasz mózg i wpływających na nasze myśli - proces myślowy jest więc również poniekąd przez autora zanegowany, nie ma nawet kategorii, wg. której można by oddzielić świat pozorny od prawdziwego.
Wieczny powrót nie jest zaś do końca wiecznym powrotem - wiąże się to z przezwyciężeniem nihilizmu epoki przesiąkniętej przez moralność (pokłosie "chrześcijanizmu"). Chrześcijaństwo wytworzyło humanizm, logikę, socjalizm, w sumie wszystko, co oddala człowieka od przyjęcia (kierowania się?) wolą mocy i co tworzy fałszywe wizje świata, zarówno tego "naturalnego" jak i wtórnych do niego tworów człowieka. Ba, autor nie uznaje nie tylko prawa (przestępstwo jest ok, a lepsi, silniejsi, wyżsi mogą więcej, także czynić coś, co przeraża maluczkich i słabych - podejrzewam, że chodzi o coś w stylu usypania góry z głów swoich pokonanych wrogów, itp.) ale i równości między ludźmi - każdy jest miarą dla siebie do tego stopnia, że "między rzeczywistymi "indywiduami" nie ma równych postępków". Człowiek moralny zaś jest niczym więcej jak kopią - bo jego miara wartości nie pochodzi od niego, tylko z interpretacji wyznawanej też przez innych; wszyscy wierzący w nią są jej odbiciem niejako (pozdrawiam w tym miejscu - ale to bardzo odległe skojarzenie, zdecydowanie odleglejsze niż Baudrillard - Donnę Haraway).
Chrześcijanizm i jego następcy (wszystko, co opiera się na post-chrześcijańskiej, humanistycznej/humanitarnej moralności) wypaczyli wolę mocy - pojawia się polemika z Darwinem (so outdated), że - niespodzianka! - nie zawsze wygrywa lepszy, silniejszy, ale czasem lepiej dopasowany, stawiający na ilość, na spokój, na przeżycie; na przebiegłość i chytrość (trochę innymi słowy, ale chociażby Kropotkin już uzupełnił Darwina, że współpraca jest równie ważna jak bellum omnia contra omnes; potem biologia jako taka to potwierdziła również). Człowieka nieobliczalnego, wyższego, "innej rasy" (rozumianej w kategoriach bardziej klasy społecznej, arystokracji ducha czy czegoś w tym guście, niż kategoriach biologicznych; chociaż w sumie - cholera wie; wzmianki o państwie militarnym i nacjonalizmie jako "zachowaniu tradycji człowieka silnego" też się trafiają) nie można ocenić, bo nie ma punktów odniesienia, ani porównać - z tej samej przyczyny.
Jakby to podsumować - cóż. Bez Nietzschego nie byłoby mnóstwa fascynujących i fantastycznych (wy)myślicieli, Nietzsche inspiruje, przeraża, zmusza do myślenia; pod tym względem się nie zestarzał.
Jakby na to nie patrzeć, klasyk. A jednak mimo to klasyk, który nadal budzi emocje.

piątek, 29 listopada 2013

Odpryski XXIII

1) Byłem w Poznaniu. Przy okazji konferencji. O dziwo nic się nie działo, ani w czasie drogi pociągiem tam, ani w czasie drogi pociągiem tu. Za to nieco się działo na miejscu. Nic wielkiego, rzecz jasna, ot, takie małe "przygody" szarej codzienności.
Od ostatniej mojej wizyty w Poznaniu dokończono molocha o nazwie Poznań City Center (czy tam Centre, nie przyglądałem się dokładnie nazwie). W potężnym kompleksie łączącym "galerię", dworzec pkp, dworzec pks, parking, stary dworzec i przystanek autobusowy zmieściłoby się spokojnie kilka "galerii" kraków czy innych Bonarek.
Nie obszedłem całego kompleksu (i tak strawiłem w nim i w okolicach kilka godzin - częściowo tym, że w świecie obrazów i rozmycia pojęć straciłem w pewnej chwili punkty odniesienia i po prostu dryfowałem, częściowo tym, że i tak do schroniska nie mogłem przybyć przed 17tą), jednak to co widziałem wokoło wywoływało skojarzenia z tym, co centrach handlowych pisał Baudrillard.
Na Rondo Kaponiera (skąd miałem się przesiąść dalej) poszedłem ostatecznie na piechotę. Tu spotkało mnie kolejne zaskoczenie - okazało się, że - przynajmniej przez jakiś czas - rondo to jest formalne, ale nie materialne - tzn. funkcjonuje głównie jako nazwa.
Zapytałem się jakiegoś gościa, gdzie znaleźć autobus o takim-a-takim numerze, poszliśmy na przystanek. Przebiegliśmy na czerwonym świetle - prosto przed oczami kilku policjantów, stojących właśnie koło tego przystanku. Skończyło się na ustnym upomnieniu - chociaż tyle.
Typ wsiadł do autobusu i odjechał. Sprawdziłem rozkład jazdy. Nie w moją stronę. Poszedłem więc na przystanek po drugiej stronie torowiska (tak, puszczono autobusy trasą tramwajową - przynajmniej na tym odcinku). Dosłownie po drugiej stronie ulicy.
I jakież było moje wielkie zdziwienie, że w moją stronę autobusy się nie zatrzymują na tym przystanku, to możecie sobie tylko wyobrazić. Na dodatek kilka osób, które zacząłem wypytywać o tę niecodzienną sytuację, nie potrafiły mi powiedzieć, gdzie poszukiwany przeze mnie autobus się zatrzymuje.
Tak czy owak, ostatecznie znalazłem tenże przystanek po kilku minutach spaceru. Był w bocznej uliczce. Gdybym się nie przypatrywał, nie zauważyłbym go.

2) Sama konferencja wyszła bardzo poczciwie. Mój patchwork o wszystkim i o niczym chyba został nieźle przyjęty. Trochę się zagmatwałem przy pytaniach z sali, ale tak już bywa. I tak dobrze, że jedną z książek, której treść relacjonowałem, zdążyłem w ogóle przeczytać (w pociągu i w schronisku nocą).
Nie obeszło się bez nieprzewidzianych problemów logistycznych - pewien pan profesor (zresztą z Krakowa) dotarł na konferencję po 14 godzinach jazdy pociągiem, gdzie spotkały go nieprzewidziane przygody.

3) Jak jechałem do Poznania, razem ze mną w przedziale siedziały dwie staruszki. Jedna śliniła się, mlaskała i smarkała na siebie, druga narzekała na to, że jest jej zimno (tymczasem w przedziale było z ~25 stopni, siedziałem w samym t-shircie i nie miałem czym oddychać - cud, że się nie udusiłem). Melancholijna to była podróż, na dodatek pełna złych myśli o bliźnich i dobrych o eugenice.

4) Jakiś czas temu otworzyłem drzwi Świadkom Jehowy. Zrobiłem to niechcący - czekałem na kogoś, a na klatce schodowej nie paliło się światło (bo tam wiecznie nie ma żarówki). Pani i pan ograniczyli się do przekazania mi ulotki o życiu wiecznym i poszli sobie.
Może później wrócili, bo ktoś pukał jeszcze tego samego wieczora, ale nie poszedłem nawet sprawdzić, kto, zajęty byłem. A sama ulotka - wbrew zapewne intencjom - dosyć groteskowa.
Kiedyśtam dawniej też raz mi się zdarzyło otworzyć przypadkiem Świadkom. Byłem jednak w złej kondycji psychofizycznej, co było po mnie widać, poza tym miałem na sobie koszulkę takiej jednej kapeli black metalowej, wiecie, pentagram, jednoznaczna symbolika, więc rozmowa się nie kleiła.

wtorek, 19 listopada 2013

W "Kostnicy" też byłem.

Kostnica ogłosiła jakiś czas temu na opowiadanie do antologii "Krwawnik". Opowiadania mieli wybrać czytelnicy w głosowaniu mailowym.
Zgłosiłem się i ja, ale gdzie mi tam jeszcze stawać w szranki do walki na maile od fanów, jak w tym samym konkursie brali udział m.in. Tomasz Czarny, Tomasz "MordumX" Siwiec, Łukasz Radecki czy Paulina Król.
Poza tym swoje opowiadanie napisałem w godzinę przez deadline'm, z pewnością nie był to szczyt moich możliwości. Wygrali lepsi. :-)
Tak czy owak można moje "Drzazgi" przeczytać tutaj. Jeszcze wisi, nie wiem, czy kiedyś zostanie zdjęte ze strony razem z innymi, które nie przeszły.

poniedziałek, 18 listopada 2013

"Dzień jak co dzień"

Czyli drugie moje cokolwiek, co zostało opublikowane na "Niedobrych Literkach".
Można przeczytać je tutaj.
Tym razem jest to literatura faktu (no, prawie). W czasie czytania obrażone się mogą poczuć nie tylko osoby bardzo religijne, ale też mieszkańcy Krakowa, czerpiący masochistyczną przyjemność z mieszkania w nim.

sobota, 16 listopada 2013

Sylwia Błach "Strach"

Debiutancki zbiorek opowiadań Sylwii, wydany przez nieistniejące już wydawnictwo Radwan. Swoją drogą, wydawnictwo to przestało istnieć w sposób typowy dla "polskiej szkoły kapitalizmu" - ot, pewnego dnia właściciele (czy ktoś tam funkcyjny, nie śledzę sprawy dokładnie) zniknęli z pieniędzmi autorów.
51 stron to może niewiele, ale dzięki temu wystarcza to na jedno miłe popołudnie spędzone w atmosferze z dreszczykiem.
Chociaż w sumie, przynajmniej jak dla mnie, tego strachu było tu mało. Za to autorka poruszała się w konwencji bliskiej w sumie temu, co ja lubię w horrorze - gdy coś zwyczajnego przestaje być zwyczajne, staje się mniej lub bardziej obce, przerażające, wynaturzone.
W sumie źle to ubrałem w słowa - strach jest, ale odczuwany nierzadko przez bohaterów opowiadań. Czytelnik raczej jest świadkiem ich strachu, niż sam się boi.
Opowiadań jest dziewięć. I nie ma spisu treści. Huh? Cóż, jeśli chodzi o spisy treści jestem fetyszystą, zwłaszcza w zbiorach opowiadań/antologiach. Niektóre są bardzo krótkie. Krótkość idzie w parze z intensywnością tego, co zostało opisane. Nie raz jest to sama "sytuacja", poprzedzona tylko krótkim wprowadzeniem lub i bez niego.
Debiutanckie zbiorki mają to do siebie, że czuć w nich pewne nieokrzesanie autora/ki, niedotarcie się. Ma to swój niezaprzeczalny urok - ot, młoda i gniewna postać dopiero szturmująca świat literatury (dowolnej) zaznacza swoją obecność w nim. Ten zbiorek nie jest wyjątkiem. Śledząc twórczość Sylwii nie da się zaprzeczyć, że styl się jej na przestrzeni tych paru lat "dookreślił", a pewnie i tak jeszcze przed nią są lata dalszej twórczej ewolucji. Tak samo jak i źródeł inspiracji. Witkowo musi być całkiem urokliwą miejscowością.
Jakkolwiek określenie "poczciwy" nie za bardzo pasuje do horrorów czy bardziej może nawet dark fantasy/czy jakiegoś innego weird (czasem lubię się pobawić w szufladkowanie, zwłaszcza jeśli mogę przy tym ponaklejać mnóstwo kolorowych karteczek z różnymi mądrze brzmiącymi pojęciami) to nie znajduję innego słowa, które tak dobrze by opisywały tenże zbiorek. Jest on po prostu poczciwy na swój sposób.
Dla autorki stanie się kiedyś pewnie źródłem wspomnień, pewnie będzie się zastanawiać, jak pisała, co pisała, o czym myślała, co ją inspirowało wtedy, jak się czuła, gdy ktoś zechciał jej to opublikować (co prawda nie za darmo, no ale zawsze).
Jak na papierowy debiut, to był to debiut z pewnością udany. Ot, taka "zajawka" tego na co autorkę stać i tego, co potrafi.

Andrzej Sapkowski "Żmija"

Czytałem tę książkę parę lat temu, wtedy kiedy się ukazała.
Bardzo mnie zdziwiło, że nie ma o niej nic na tym blogu.
Byłem święcie przekonany, że pisałem coś gdzieś o niej.
Cóż, być może był to któryś z moich poprzednich blogów.
Książkę pamiętam jednak na tyle, by móc coś niecoś o niej napisać, bez sięgania do niej ponownie.
Co pomijają liczni recenzenci, albo to tylko moja interpretacja (w końcu wszystko interpretacją), książka traktuje o wiecznym powrocie. Bohaterem jest sam Afganistan jako taki, miejsce, gdzie od najdawniejszych czasów legiony najeźdźców z najrozmaitszych krain wybijali sobie zęby. Nawet sama żmija zdaje się być tylko częścią tego wiecznego mitu, odtwarzającego się wciąż i wciąż.
Inne wątki okultystyczne też się trafiają. Chociażby ten związany z symboliką złota.
Zauważyć trzeba, że mimo wszystko to nie jest fantasy. To bardziej realizm magiczny. 
Sama historia jest dosyć prosta. Najszerzej opisał autor najeźdźców z ZSRR. Poznajemy ich motywacje, ich historie, mamy wgląd w urywki polityki prowadzonej przez Związek Radziecki. Skojarzenia z filmem "9 Kompania" nasuwają się same - i nie są to skojarzenia negatywne.
Pod względem językowym autor przygotował się naprawdę dobrze. Do tego stopnia, że na końcu książki znalazł się słowniczek używanych pojęć, wojskowego radzieckiego slangu, itp.
Nieco gorzej jest z językiem i konwencją w przypadku wcześniejszych najeźdźców - imperium brytyjskiego oraz armii Aleksandra Wielkiego. Tamte wątki jednak pojawiają się nieco na doczepkę, mają uświadomić czytelnika, że historia się powtarza a tytułowy gad, o jakże bogatej symbolice, jest wieczny.
Autor z charakterystycznym dla siebie cynizmem i zgryźliwością (lub raczej odarciem ze złudzeń) przedstawił ludzkie okrucieństwo, bezsensowność wojny i namiętności targające ludzkimi duszami w sytuacjach skrajnych. Scena z autobusem zapada w pamięć na długo.
Jeden z recenzentów na lubimyczytać zarzucił autorowi, że w książce nie ma humoru. Ludzie, szanujmy siebie samych i autora. To po prostu nie miało i nie mogło być śmieszne. Ponura atmosfera nie zawsze musi zostać rozładowana w jakiś sposób, jeśli jest integralnym elementem fabuły i świata przedstawionego.
Jak dla mnie, "Żmija" jest lepsza przynajmniej od ostatniego tomu trylogii husyckiej. Poziom sagi o wiedźminie to nie jest, ale mimo wszystko jest to po prostu dobra książka. Jeśli ktoś nie spodziewa się nie wiadomo czego, nie powinien(był) się rozczarować. Autor udowodnił, że potrafi pisać w różnych konwencjach.

Andrzej Sapkowski "Sezon burz"

(Uwaga na spoilery)
No i stało się.
Niczym - nomen omen - grom z jasnego nieba gruchnęła wieść, że Andrzej Sapkowski napisał nową książkę o akcji dziejącej się w "wiedźmińskim" uniwersum.
Internety zapłonęły. Ileż to jadu się rozlało. Że skończyła mu się kasa na wódkę (lol). Że odcina kupony od dawnej popularności. Itd.
Pierwsze recenzje, które się tu i ówdzie pojawiły, przyniosły dosyć dziwny obraz. A to komuś książka przypominała zbiór opowiadań (każdemu o podobnym stopniu spostrzegawczości dobrze radzę na przyszłość - piłeś? nie czytaj), inni sarkali na to, że to nie ten sam Wiedźmin, co kiedyś, kolejni narzekali na to, że to właśnie Wiedźmin, itp.
Cóż, stara to prawda - zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony.
Sapkowski ogólnie ma pecha do recenzentów, ale wynika to też z tego, że ludziom się wydaje, że jak napisał sagę o wiedźminie, to wszystko co by pisał kiedykolwiek, będzie pisane tak samo. Ot, chociażby czytając na lubimyczytać opinie "użytkowników" nt. "Żmii" jasno widać, że niektórzy mszczą się na autorze za to, że oczekiwali od niego czegoś innego. A on napisał to, co napisał. Jak on śmiał.
Saga o wiedźminie to zamknięta całość. Tamta historia się skończyła. Bardzo mnie ucieszył fakt, że nie jest to kontynuacja sagi. Już wystarczająco mocno tamto zakończenie zostało zdewastowane przez późniejsze gry komputerowe (których sam autor nie uważa za "kanoniczne" - szkoda, że całkiem spora ilość "fanów" nie jest w stanie tego zrozumieć).
Sapkowski kreując swoje nigdziebądź, stworzył ogromny świat. Zupełnym absurdem byłoby, gdyby pozwolił mu na zarośnięcie kurzem. Zarzekał się kiedyś co prawda, że do świata wiedźmińskiego nie wróci, ale nie ma się czemu dziwić, że swoje zarzekania zmienił.
Nie zabija się kopalni pomysłów, świata, gdzie można wrzucić praktycznie wszystko, co się zechce wrzucić.
Nie jest to kontynuacja sagi, nie jest to też jej prequel, chociaż czas akcji rozgrywa się przed opowiadaniem o strzydze. To po prostu inna historia z życia Geralta. Pewnie miał takich przygód setki i pewnie nie raz jeszcze autor niektóre opowie, w każdym razie ja nie miałbym nic przeciwko.
Faktem jest, że czas nie stoi w miejscu. Widać to po treści książki. Autor zrobił się znacznie bardziej zgryźliwy i cyniczny, niż był wcześniej. Humoru jest mniej, i jest znacznie bardziej wisielczy niż w sadze i poprzedzających ją zbiorach opowiadań.
Wiedźmin Geralt zaś stawia czoła przeciwnikowi, na którego nie wystarcza srebrny miecz. Stawia czoła biurokracji i sądownictwu, machinie administracyjnej, która kiedyś uruchomiona nie ma końca ani początku, tylko toczy się przez historię. Tutaj potrzeba sprytu i znajomości, nie tyle siły i zręczności w wywijaniu mieczem.
Chociaż do wywijania mieczem też dojdzie. Ba, nie tylko mieczem. Bo swoje wiedźmińskie miecze Geralt traci. Zostają mu skradzione.
Zdecydowanie trzeba przyznać, że to jeszcze nie jest Geralt-filozof jakiego znamy z końcówki sagi, postać rozbita, szukającego miejsca dla siebie i swoich najbliższych. Tu jest jeszcze Geralt-zabijaka, owszem, kierujący się swoimi własnymi zasadami moralnymi, mający liczne wątpliwości, do tego cytujący rozmaitych filozofów a nawet potrafiący sam się bronić w sądzie - ale nie liczmy na to, że trafi na kogoś, kto włada mieczem lepiej od niego.
Swoistym novum jest "uwspółcześnienie" wiedźmińskiego uniwersum. Co prawda inżynieria genetyczna, sterylne laboratoria i konflikt między rodzącym się w bólach postępem technicznym a ogólną przaśnością były już zarysowane w sadze, ale tutaj pojawiły się w nieznanym wcześniej natężeniu. Do tego stopnia, że Geraltowi przyjdzie walczyć nie tyle ze zwykłymi potworami, ale też (ba, głównie) z wytworami wspomnianych już laboratoriów, wytworami stworzonymi po to, by zabijać. To "uwspółcześnienie" dotyczy też sfery społecznej. Mecenasi w sądach, poglądy czarodziejki Koral (i samego autora) odnośnie aborcji, aluzje do państwa polskiego, do jego historii (brawa za zauważenie rzeczy oczywistych, które niestety dla ogółu społeczeństwa wcale nie są oczywiste) do przerośniętej biurokracji, kolesiostwa, nepotyzmu, panującej ksenofobii, wreszcie krytyka transhumanizmu (pojecie pojawia się jako takie!), co za tym idzie - eugeniki, manipulacji na genomie; także wiary w postęp i godzenie się na poświęcenie w jego imieniu setek istnień - to wszystko sprawia, że "Sezonowi burz" momentami bardzo blisko do fantastyki socjologicznej. Już saga była pełna takich wątków - tu jest ich znacznie więcej i są wyraźniej zarysowane.
Przy okazji czytelnik ma okazję dowiedzieć się więcej o wiedźminach jako takich. Poznajemy więcej szczegółów o magach, którzy zapoczątkowali ich "produkcję", dowiadujemy się też, że po świecie przedstawionym kroczą też "źli" wiedźmini, zwani Kotami. Przeszli bez problemu wszystkie próby, mutacje i trening, ale wywarło to katastrofalny wpływ na ich psychikę. Są bandą krwiożerczych socjo/psychopatów. Głównym ich problemem nie jest w sumie to, że łamią wiedźmiński kodeks (z sagi wiemy, jak to z tym kodeksem było naprawdę), ale że swoim zachowaniem (np. mordując mieszkańców przypadkowych wiosek) psują wiedźminom i tak nie najlepszy pijar.
Autor wprowadził też nie znany wcześniej wiedźmiński znak.
Fabuła jest wielowątkowa i nieźle zakręcona. Niektórzy narzekają, że to nie ten poziom epickości, co kiedyś - kuźwa, wiedźmin to wiedźmin - raz już mu się przytrafiło walczyć z samym przeznaczeniem, stawać na drodze królów, cesarzy, ogólnoświatowych spisków, zakulisowych działań rozgrywających się od setek lat - ileż można. Mamy jednak to, co Sapkowskiemu wychodzi bardzo dobrze - mnóstwo polityki i gier interesów, mnóstwo cynizmu, odmalowanie świata przedstawionego w zdecydowanie ciemnych barwach. Jest też seks i przemoc, ale to też całkiem oczywiste. Seks dotyczy głównie Geralta i czarodziejki Koral (która wplątuje go w całą awanturę "bo może", poza tym ma skłonności sadystyczne wobec swojej uczennicy, Mozaik), ale i Jaskier ma coś od życia. Przemoc zaś jest bardziej dosadna niż w sadze. Nie ma "pasaży" pełnych obrazów zwyrodniałej przemocy, jak w czasie opisów przesuwającego się frontu, ale jest bardziej naturalistycznie. I jakby mniej finezyjnie, ale to może tylko moje odczucie. Jako motto kolejnego rozdziału pojawia się cytat z LaVey'a. Wiedźmin mścić się potrafi, i znajduje do tego niezwykłych sojuszników (chociaż jak na niego, to wcale ten gość nie jest taki niezwykły).
Właśnie, Jaskier. Poeta jak zwykle zna wszystkich i wszystko, do tego ma wysoko postawioną rodzinę w różnych miejscach.
W książce pojawia się też Yennefer. Jej rola do odegrania jest znacznie większa, niż można by przypuszczać. Sama czarodziejka we własnej osobie pojawia się jednak tylko w małym epizodzie. Bardzo wymownym.
Przed sięgnięciem po tę książkę warto by jednak przeczytać sagę, jeśli ktoś nie zna. Mimo tego, że fabuła rozgrywa się w bliżej nieokreślonym "wcześniej" przed pierwszym opowiadaniem z "Ostatniego życzenia", autor zarzuca czytelnika ogromem odniesień do sagi, wśród których są postacie, kraje, instytucje, wizje bohaterów (Koral widzi coś, co miało miejsce dużo, dużo później w sadze, a co dotyczyło jej bezpośrednio). Ba, pojawia się nawet Nimue.
Podsumowując, jest to taki nowy-stary wiedźmin, mnie jak najbardziej pasuje taka wizja i lekka ewolucja/odświeżenie konwencji. Cieszę się, że autor wrócił do świata wiedźmina i mam nadzieję, że szybko go nie opuści. I nie obchodzą mnie jego motywacje.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Robert Cichowlas, Jacek M. Rostocki "Sępy"

Pewnego pięknego dnia zdałem sobie sprawę, że to był właśnie ten dzień, w którym trzeba iść po baterie.
Mam bowiem bardzo starą empetrójkę, pamiętającą jeszcze zamierzchłą starożytność - końcówkę mojego gimnazjum; ustrojstwo nie ma nawet kolorowego, świecącego wyświetlacza, miliona niepotrzebnych nikomu funkcji, no i jest właśnie na baterie.
Wychodzę z założenia, że jeśli coś działa, to po co to wyrzucać lub zastępować czymś innym. Może to szkodliwe dla słuchu cholerstwo nie wygląda już tak ładnie jak te ~>10 lat temu, jest poklejone taśmą klejącą, itd., ale działa.
Poszedłem więc do jednego takiego dużego sklepu z elektroniką, znajdującego się na piętrze -1 w "galerii" krakowskiej. Z autopsji wiedziałem, że można tam natrafić na w miarę tanie i porządne baterie.
Będąc na miejscu natrafiłem na ogrom przecenionych książek, kilka koszy. Nie byłbym sobą, gdybym w nich nie pogrzebał nieco.
No i wygrzebałem "Sępy". Przecenione z 31,99zł do 9,99zł. A że jest to zbiór opowiadań wydany przez Fabrykę Słów (w 2009 roku) w standardowym dla nich formacie książek, mający do tego ciut ponad 500 stron - to rzecz jasna nie mogłem tego nie kupić.
Tym bardziej, że twórczość Roberta Cichowlasa kojarzyłem piąte przez dziesiąte wcześniej (chociażby "Duckfucker" z "Bizarro Bazaru"), słyszałem też, że jest sympatycznym gościem. Ponadto ponoć lubi rysować penisy. Twórczość drugiego z współautorów była mi nieznana.
Jak sama okładka wskazuje, czytelnik ma do czynienia z horrorami. Niektóre opowiadania zostały napisane przez obydwu autorów, pozostałe przez jednego albo drugiego.
Powiedzmy sobie szczerze, nie są to dzieła przełomowe dla gatunku, jednak widać i czuć toksyczne wyziewy całkiem otwartych umysłów autorów, którzy wiele razy wyszli nieco poza skostniałe konwencje. Niektóre opowiadania zostawiały po prostu uczucie przejmującej dziwności, że ciasne granice szarości wszechobecnej zostały poszerzone, niektóre miały wydźwięk całkiem groteskowy, spora część pogrążała w jakiejś takiej zadumanej refleksji nad wszystkim i nad niczym. Także nad kondycją ludzką i losem człowieczym. Jest trochę zabawnych w sumie gier z konwencją (złota rybka, wampiry, Szatan) i nieco melancholijnych zabaw z konwencją też od czasu do czasu (Bóg).
Jest trochę przemocy, jest też trochę atmosfery zagrożenia, wreszcie jest też zmaganie się bohaterów z czymś obcym, nieznanym. Nie ma gore sensu stricte (bo rozgraniczam gore od opisanych efektów przemocy, nie raz bardzo gwałtownej) ani jakiś wynaturzeń zupełnie po bandzie. Na uwagę zasługuje opowiadanie tytułowe, będące opowieścią typa siedzącego w klimatach filmów mondo i snuff, który sam co nieco filmował.
Przy niczym z tego się nie bałem, ale czytało się po prostu fajnie. Plusy za wyobraźnię autorów i ogólny wydźwięk całości.