środa, 6 maja 2015

R. Andrew Chesnut "Santa Muerte. Święta Śmierć"

Okultura, 2015


No! W końcu dorwałem tę pozycję. I nieco się rozczarowałem. Ale po kolei.
Autor przyjmuje dosyć osobisty stosunek do omawianego zagadnienia, stawia się nie tylko w roli obserwatora pragnącego oddać bohaterce tytułowej sprawiedliwość (ze względu na dosyć jednostronne jej przedstawianie w mainstreamie i nagonce rozpętanej przez meksykańskie władze i kościół katolicki), lecz poniekąd też sympatyka. Przy pisaniu tej książki zetknął się z głównym i palącym problemem dotykającym każdego, kto styka się z tematem i chce przeprowadzić rzetelne badania - tak na prawdę kult jest jeszcze daleki od ujednolicenia i kodyfikacji, ma dosyć ubogą warstwę teoretyczną, rozwija się głównie w środowiskach nie przykładających wagi do tworzenia kompletnych i spójnych teologii, na dodatek przez lata wiara ta była zwalczana i trwała w podziemiu - co ma swoje przełożenie na ilość dostępnej fachowej literatury na ten temat.
Z racji na tak oczywiste braki autor oparł się więc na wywiadach z wyznawcami i mniej lub bardziej samozwańczymi duchowymi liderami tej burzliwie rozkwitającej nowej a jednak bardzo starej religii a także na źródłach internetowych. Wspomina, że rozmawiał z ogromną ilością wiernych (w tym z wyznawcami wśród swoich bliskich), tymczasem wspomina w książce tylko o paru z nich, do tego o kilku kilkukrotnie. Jasne, z pewnością od szeregowych wiernych uzyskał z grubsza te same odpowiedzi i absolutnie nie zachodziła potrzeba ich dokładniejszego wypunktowania, jednak uczucie niedosytu pozostaje.
Również w związku z tym autor pewne poboczne kwestie potraktował po macoszemu. Ja akurat mam jakiekolwiek pojęcie o kulturze meksykańskiej oraz meksykańskiej religijności, a także orientuję się w tematyce eklektycznych kultów indiańsko-chrześcijańsko-afrykańskich w stylu chociażby Santerii, które są stałym elementem duchowego pejzażu Ameryki Środkowej i Południowej. Spora część czytelników zapewne też, w końcu to książka Okultury, jednak dla laika za dużo pojęć będzie niezrozumiałych, cały kontekst kultury meksykańskiej i poplątanej historii całego regionu będzie dla niego jeszcze bardziej niezrozumiały, a bez znajomości uwarunkowań które wypłynęły na taki a nie inny kształt religii nie da się zrozumieć danej religii jako takiej. Rodzi się tu inny kłopot - przy uwzględnieniu wszystkich możliwych backgroundów kompletne dzieło mogłoby mieć i z 1500 stron a i tak jakieś kwestie nie zostałyby w nim poruszone.
Meksyk jeszcze w czasach gdy był Tenochtitlanem miał fioła na punkcie śmierci. Z gruntu pogańskie wyobrażenie przetrwało wieki, z czasem wsiąkło w ludowy katolicyzm, czasem - podobnie zresztą jak i polski ludowy katolicyzm - katolicki w gruncie rzeczy tylko z nazwy. Oprócz Świętej Śmierci wśród tzw. ludowych świętych nijak nie uznanych przez kościół jako instytucję jest też np. ten miły pan. Na zasadzie dosyć odległej analogii, kult Santa Muerte w takim ujęciu to trochę jakby u nas ktoś składał na domowych ołtarzach ofiary Janowi Pawłowi II i prosił go o najróżniejsze rzeczy - od pognębienia swoich wrogów przez prośby sprowadzenie do domu niewiernych kochanków aż po łaskawe wyrok dla prawilnych ziomków z dzielni. Ok, zły przykład - bo u nas w naszym ludowym katolicyzmie właśnie tak kult Papieża-Polaka wygląda.A zresztą, nie ważne, wróćmy do tematu.
Kult Świętej Śmierci wyszedł z podziemia w ciągu ostatnich lat i przeżywa ogromny boom w skali całego kraju, jest też elementem tradycji łączącej Meksykanów na emigracji - wraz z nimi rozprzestrzenia się też po Stanach Zjednoczonych, docierając w bardzo odległe rejony ziemskiego imperium Reptilian. Z racji na wielonurtowość i niedookreślenie religii spora część wyznawców łączy go z katolicyzmem, inni z plemiennym szamanizmem lub lokalną wiarą rodzimą - wszystkie te podejścia rzecz jasna przeplatają się płynnie, dochodzą jeszcze wpływy chociażby Santerii lub jej podobnych eklektycznych religii. Wśród głównych najbardziej zinstytucjonalizowanych ośrodków kultu jest zarówno zarejestrowana religia byłego księdza - tradycjonalisty katolickiego jak i ośrodek założony dość spontanicznie na prywatnej posesji kobiety, której syn dzięki wstawiennictwu Ponurej Żniwiarki wyszedł z więzienia.
Kult najsilniej rozprzestrzenia się w środowiskach biednych i wykluczonych - czasem przez względu na błędy strukturalne systemu, czasem ze względu na takie a nie inne życiowe wybory, czasem przez spot jednego i drugiego (baroni narkotykowi trzęsący większością kraju są dla pozbawionej perspektyw młodzieży wzorami do naśladowania), śmierć jest równa dla wszystkich, jej prerogatywy czasem dorównują boskim, czasem je przewyższają, poza tym jest mocno antropomorfizowana (jak większość świętych katolickich w ludowym katolicyzmie, co jest echami dawnego pogaństwa), bliska ludziom i rozumiejąca ich potrzeby.
Obrządki ku czci Świętej Śmierci łączą wpływy katolickie i wszelkie inne (nie chcę po raz kolejny przepisywać tego samego). Mamy więc poświęcone świece, obrządki z udziałem dymu tytoniowego, składanie w ofierze pokarmów i alkoholu, kwiatów, wody. Bardzo pogańskie w swojej naturze (budzące też skojarzenia z licznymi praktykami magicznymi) - jest ofiara, w zamian za nią bóstwo spełnia prośby. Do tego dokłada się np. zaczerpniętą z katolicyzmu modlitwę różańcową. Autor moim zdaniem zbyt po macoszemu potraktował same obrządki, opisując tylko niektóre.
Cała książka podzielona jest na rozdziały nazwane kolorami najpopularniejszych świec zapalanych ku czci Santa Muerte. Oprócz opisów niezwykle rozległych kompetencji świętej każdy rozdział wzbogacony jest o tło społeczne i próbę ustalenia, skąd dane prerogatywy właściwie się wzięły. Wbrew imieniu, Święta Śmierć poza nękaniem wrogów swoich wyznawców m.in. leczy z chorób, przynosi bogactwo, przywraca na łono rodziny niewiernych mężów; wyznają ją zarówno ludzie z marginesu i środowisk przestępczych jak i wojskowi, policjanci, członkowie aparatu sądowniczego. Kult Santa Muerte jest najszybciej rozwijającą się religią w Meksyku.
Nie sposób odmówić autorowi tego, że na tyle wyczerpał temat, na ile mógł. Jako jeden z pierwszych wprowadził Świętą Śmierć do dyskursu akademickiego. Ze względu na rozległość tematu nie sposób nie odnieść wrażenia, że niektóre wątki poboczne autor mógł przedstawić szerzej. Mnie zasmuciło jeszcze to, że w książce ani razu nie pada słowo hierofania ani teofania, ale to nie jest żaden argument przeciwko tej książce tylko moje dziwactwo.
Odnośnie tłumaczenia, zastanawiam się nad jedną rzeczą. Wśród meksykańskich ludowych świętych autor wymienia też "Świętego Judasza". Najprawdopodobniej chodzi o świętego Judę Tadeusza, w katolicyzmie patrona m.in. spraw beznadziejnych. Jego kult odbiegający od wykładni oficjeli kościelnych i przyjętej tradycji pojawiał się spontanicznie i w Polsce - kiedyś po kościołach leżały nie klepnięte przez wierchuszkę litanie do niego - warunkiem spełnienia się takiej modlitwy było m.in. wydrukowanie jej treści w określonej ilości egzemplarzy i zostawienie ich w kościele, w ławkach. Zastanawiam się, czy w oryginale był Saint Jude czy Saint Judas, czy jeszcze jakoś inaczej. Tłumaczenia jego imienia na Judasz raczej się nie spotyka, zapewne ze względu na oczywiste skojarzenia z innym Judaszem. Być może więc warto by inaczej przetłumaczyć to imię, w zależności rzecz jasna od tego, jak brzmiało w oryginale. Ogólnie Okultura mogłaby lepiej przykładać się do tłumaczeń fragmentów związanych z chrześcijaństwem - chociaż nie jest to ten sam kaliber hipotetycznej wpadki co "Wschodni Kościół Ortodoksyjny" (zamiast takiej czy innej Cerkwi Prawosławnej) w Czerwonej Bogini.
Być może w przyszłości powstaną lepsze pozycje o religii Santa Muerte, na chwilę obecną ta pozycja jest jednak jedną z lepszych, jeśli w ogóle są jakieś inne chociaż zahaczające o poziom literatury naukowej.

Jako uzupełnienie tematyki tej książki ogarnąłem sobie grimuar Liber Falxifer. Ta współczesna księga czarów poświęcona jest bytowi znanemu m.in. pod imieniem Senor La Muerte - jest to męski odpowiednik Santa Muerte rozpowszechniony w Ameryce Południowej, np. w Argentynie. Pierwsza część księgi zawiera pewne ogólne wprowadzenie, gdzie łopatologicznie rozróżnia się kult publiczny (czyli z grubsza to, co czym swoją książkę napisał Chesnut) od prywatnego.
Tu już nie ma różnokolorowych świec Jeśli ktoś ewokując demony i rozkazując im zaznacza przy tym, żeby nikt postronny ani żadna żywa istota nie ucierpiała przy spełnianiu żądań maga, nie powinien sięgać po LF. Spora część opisanych rytuałów wymaga użycia części ludzkich zwłok lub przynajmniej cmentarnych utensyliów, do tego mamy tu jeszcze składanie ofiar ze zwierząt. Sam Władca Cmentarza jest w tej tradycji utożsamiony z Kainem (Qayin). W drugiej części grimuara - Liber Falxifer II autor wprowadza jeszcze siostrę Kaina, Qalmanę. Wg. części źródeł żydowskich Kain wraz z siostrą to pierwsze dzieci Adama i Ewy, Abel i jego siostra byli następni. Tradycja w której sytuują się powyżej pokrótce przedstawione grimuary (rodzaj mieszaniny gnostycyzmu z satanizmem zwanej przez anglosasów mianem Anti-Cosmic Satanism; jak ktoś słucha black/death metalu to nieświadomie mógł się zetknąć z tym zjawiskiem) łączy pierwsze rodzeństwo z Szatanem który pod postacią węża posiadł Ewę. Pozwolę sobie zacytować odpowiedni fragment, z którego zapewne niczego nie zrozumiecie, niewtajemniczony plebsie, gliniane bękarty Demiurga: Eve Loved the Serpent for the gift it had bestowed upon her and the Serpent injected its Black Light into her womb. Thus the male spiritual essence of Satan-Samael and female spiritual essence of Taninsam-Lilith impregnated Eve with the Acosmic Seed-Fire. Ok, zawsze jest to jakaś podbudowa ezoteryczna dla współczesnego kultu śmierci - do mnie jednak nie przemawia.
Mój kumpel słowiański rodzimowierca/szaman poddał też w wątpliwość, jakoby Nicotiana Tabacum wspomniana w pierwszej części grimuaru była demonem - nie dość, że to gatunek sztuczny, to na dodatek Nicotina Rustica jest zwyczajnym duchem. Ufam jego kompetencjom.
Co ciekawe, twierdzenie jakoby Szatan miał posiąść Ewę podnoszą też zwolennicy tzw. Christian Identity, czyli obrzydliwego, rasistowskiego sekciarstwa z USA, sięgającego w swojej historii do brytyjskich izraelitów i teorii o zaginionych plemionach Izraela. Ich zdaniem - uogólniając - Kain był pierwszym złowrogim, domyślnie "anty-białym" Żydem, biblijnymi żydami są tak naprawdę "aryjczycy", itd.
Ale to wszystko to już inne historie.

środa, 15 kwietnia 2015

Kazimierz Kyrcz Jr "Femme Fatale"

Przeglądając internety natknąłem się dziś na kilka informacji o przesuniętych terminach wydania książek. Problem ten spotkał rozmaitych autorów, od duetu Robert Cichowlas/Łukasz Radecki po Witolda Jabłońskiego.
Czemu o tym wspomniałem? Pierwotnie najnowszy zbiór opowiadań (zawierający co prawda teksty powstałe na przestrzeni dekady) krakowskiego pisarza miał ukazać się w przyszłym tygodniu. Data premiery została jednak nagle przesunięta - na dzisiaj. Wydawnictwo FORMA zapewne samo nie mogło się doczekać.
Autor zdążył przyzwyczaić czytelników do wysokiego poziomu swojej twórczości - poziom został utrzymany. Kazimierz Kyrcz Jr to solidna firma. Omawiana książka jest zbiorem piętnastu opowiadań utrzymanych w stylistyce horroru miejskiego, tym razem jednak, w przeciwieństwie chociażby do Podwójnej pętli, horror szarego miasta został doprawiony zarówno elementami groteski jak i polany gęstym sosem czarnego humoru. Nie oznacza to, że wszystkie opowiadania są humorystyczne - czytelnik będzie miał też okazję poznać teksty (nomen omen) śmiertelnie poważne.
Autora inspiruje otaczający go świat, więc także miasto w którym żyje i tworzy - Kraków. Szare ulice Stołecznego Królewskiego, rozpoznawalne wieżowce (w tym jeden niedoszły wieżowiec jeszcze sprzed czasów, w których Kraków stał się zagłębiem outsourcingu/call center, nieformalny symbol miasta - Szkieletor), nowohuckie osiedla - to wszystko i więcej przewija się przez karty książki. Czasem jako ważny element fabuły, innym razem jako tło rozgrywających się wydarzeń, które mogłyby się wydarzyć wszędzie. Niematerialną (chociaż to kwestia dyskusyjna, w końcu trochę materii tam było) część krakowskiego klimatu oddaje jedno z opowiadań nawiązujące do znanej historii z wyłowioną z Wisły ludzką skórą. Bohaterowie wykreowani przez autora, oprócz pojawiających się tu i tam femme fatale, to albo postacie niezwykle ekscentryczne i kierujące się własnymi wartościami; albo postacie, które myślały, że ich życie potoczy się jakoś inaczej, niż się potoczyło, na skutek ich własnych decyzji lub czynników niezależnych (a czasem i czynników nie z tego świata); wreszcie postacie przygaszone przez szarą codzienność i zmagające się z jej absurdami bądź przeciwnościami losu, radzące sobie z narastającą frustracją przy zastosowaniu nietuzinkowych sposobów. W paru miejscach mamy też standardowy typ bohatera horroru: zwyczajnego gościa/babkę któremu/ej nagle przytrafia się coś Niezwykłego i Nieznanego (bez rozróżnienia na naturalne lub nadnaturalne lub niesprecyzowane źródło zmiany).
Podsumowując, Femme fatale to bardzo sprawnie napisany zbiór opowiadań. Mimo różnego czasu powstania, żadne z nich nie odstaje od reszty. Największym plusem książki jest to, że w ramach popularnej i lubianej konwencji autor wrzuca do niej tyle oryginalnych pomysłów, ile tylko może, czerpiąc z otaczającego (bliżej lub dalej) świata, odpowiednio wykrzywionego i przejaskrawionego, i z własnych doświadczeń, a nie z ogranych i odgrzewanych w nieskończoność klasycznych motywów. Jeśli ktoś spaceruje w miejskiej szarzyźnie z cynicznym uśmiechem na ustach, smakuje klimat odrapanych ścian i równie odrapanych myśli mijanych ludzi, powinien tę książkę przeczytać, nie zawiedzie się. Reszta czytelników, zwłaszcza ci od horrorów, również powinna poczuć się usatysfakcjonowana.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Pokrótce #9

Negura Bunget + supporty, 09.04.15, Rotunda

Ominęło mnie większość supportów, w robocie świat zapłonął i trzeba było go chociaż lekko przygasić. Ale nic straconego, dawno nie byłem na koncercie, gdzie kapele byłyby aż tak niedobrane. Northern Plague to odtwórczy i nudny black/death, Grimegod to jakiś doom/death, również nic specjalnego, Lacrima (doom/gothic) zaś o ile reprezentowała sobą jakikolwiek poziom w przeciwieństwie do innych supportów, to wrzucenie ich przed Negurą z racji na rozbieżności stylistyczne nie było najszczęśliwszym pomysłem. Headliner wypał zajebiście, zwłaszcza w świetle ostatnich przetasowań w składzie. Niepotrzebnie się obawiałem o stopień ich zgrania się ze sobą. Tylko trochę szkoda, że nie zagrali żadnego z najstarszych kawałków.


Command & Conquer Generals: Zero Hour: Rise of the Reds 1.85

W końcu jest. Po kilku latach oczekiwania. Warto było czekać, bez dwóch zdań najlepszy mod do starych, dobrych Generalsów.


Robert E. Howard Solomon Kane. Okrutne przygody

Klasyka sword & sorcery przez duże K. Zbiór opowiadań o fanatycznym purytaninie uważającym się za bicz boży na wszelkie zło, ludzkie i nadnaturalne. Szermierz i strzelec Kane staje na drodze atlantydzkich kapłanów, nekromantów i czarnoksiężników, wampirów, duchów i harpii, piratów, gwałcicieli, handlarzy niewolników, a nawet i demonów uwięzionych przed wiekami przez samego króla Salomona. Nie dba o własne życie i zdrowie, nie interesują go dobra doczesne, gna przed siebie wykonując wolę Boga i karząc bezlitośnie wszystkich złoczyńców, czy to na lądzie, czy to na pokładzie żaglowca, czy to na rozstajach dróg na Wyspach Brytyjskich, czy w niemieckich lasach, czy w afrykańskich dżunglach czy cholera wie gdzie.
Chyba każdy kojarzy chociaż pobieżnie postać autora, przez co nie ma co się o nim rozpisywać. Podobnie jak w przypadku historii o znacznie bardziej znanym Conanie, krew leje się strumieniami, piękne kobiety omdlewają lub próbują zwieść na złą drogę głównego bohatera. Tutaj nieco wyraźniej tenże główny bohater niesie dumnie powinność i brzemię Białego Człowieka przez obce, zdegenerowane i barbarzyńskie ziemie. Na końcu dobro zwycięża (niekoniecznie przy użyciu faktycznie dobrych metod). Patos przydusza czytelnika ale ten w pogoni za wartką akcją nie zwraca na to uwagi, lub zdaje sobie sprawę, że to taka konwencja i produkt określonego miejsca i czasu.
Rebis odwalił o tyle dobrą robotę, że pozbierał do kupy z twórczości autora co tylko mógł pozbierać o Solomonie Kanie'ie. Dlatego obok kompletnych opowiadań w ich pierwotnej formie, bez późniejszych przeróbek nie zawsze zgodnych z wizją autora, mamy też w tej książce liczne fragmenty i urywki historii, których nigdy nie będzie nam dane poznać w całości. Za grafiki ozdabiające treść i idealnie wpisujące się w klimat opowiadań (chociaż nie zawsze ściśle je odwzorowujące) odpowiada Gary Gianni.
Ach, guilty pleasure. Naprawdę nic wielkiego, ale fajnie się czyta.


Joseph Conrad Nostromo

Dzieła zebrane Josepha Conrada, tom ósmy (z dwudziestu siedmiu).
Znów guilty pleasure, tym bardziej, że rzecz się zestarzała bardzo pod względem świata przedstawionego, pokazanej w jednostronnym dobrym świetle kolonialnej burżuazji i arystokracji (nawet jeśli wywodzącej się z europejskich ruchów rewolucyjnych tamtej epoki, np. jeden z bohaterów walczył u boku Garibaldiego), oraz jednoznacznie negatywnie przedstawionych, nazwijmy to, rewolucjonistów trzecioświatowych, podnoszących rękę na tak dobrych, cywilizowanych i kulturalnych białych panów.
Autor z metahistorycznym zacięciem opowiada historię małego państewka w Ameryce Łacińskiej, a zwłaszcza jednej prowincji, słynącej ze znajdującej się tam kopalni srebra. Fabuła ciągnie się przez długi okres czasu, burzliwe dni następujących po sobie rewolucji i przemian, zakończonych szczęśliwie powstaniem nowego państwa. Akcja prowadzi do momentu przełomowego, autor ją zwalnia i przyśpiesza fabułę, przerzucając akcje nagle o całe lata naprzód, już po szczęśliwym rozwiązaniu problemów, które kilka stron wcześniej wydawały się być nie do rozwiązania. Tytułowy bohater, człowiek do zadań niemożliwych dopiero w ostatniej części książki staje się bohaterem głównym. Pochodzący z ludu prosty przybysz z Europy staje się kimś w rodzaju - niemalże - męża opatrznościowego, demiurga dokonującego niezwykłych czynów w niezwykłych czasach i ważnych momentach historycznych dla całego kraju. Co najciekawsze, jego szaleńcza odwaga, niezłomność charakteru i zarazem zadufanie biorą się przede wszystkim z jego egoizmu. Po wielu latach jego charakter zostaje wystawiony na bardzo ciężką próbę, a jego legenda stanie na krawędzi zniszczenia przez chciwość i kobiety. I taki w sumie wypływa z książki morał - co pieniądze, także takie, w których posiadanie wchodzi się nagle i za pomocą niezbyt legalnych środków wraz z kobietami robią z dumnymi i wolnymi mężczyznami.
Książka może i trąci myszką, ale trzeba to oddać Conradowi, był świetnym pisarzem.


Lucius Shepard Krokodylowa skała

Solaris, seria The best of.
Jest to jedna z niewielu książek, w przypadku których uważam, że zapłaciłem za nie zbyt mało. Za tę konkretną dałem 7zł w jednej z sieci z tanimi książkami. Tymczasem spokojnie dałbym za nią cenę okładkową, a nawet wyższą.
Sheperd pisał fantastykę, ale fantastykę niejednoznaczną i niejednorodną. Bardzo skręcał na równo w stronę weird jak i realizmu magicznego (aczkolwiek bardziej magicznego niż u stereotypowych przedstawicieli nurtu pochodzących z Ameryki Południowej), wśród zamieszczonych w zbiorze opowiadań (każde z tych opowiadań było nominowane do różnych Hugo, Stokerów, itp., część z nich kilka nagród pozgarniało, lub przynajmniej jedną) są też horrory (także z dosyć brutalnymi scenami) czy utwór w konwencji s-f.
Autor wiedział jak operować słowem. Pod względem czysto literackim zamieszczone w zbiorze opowiadania to małe arcydzieła. Najprostszy i najbardziej prozaiczny opis zyskuje głębię, zachwyca doborem słownictwa, poetyką; nawet brutalna przemoc czy (nieraz równie brutalne) ruchanie kiedy autor tak chce, to nabierają cech onirycznych.
Z autorem zwiedzimy kawał świata, od Afryki po rozdartą przytłaczającymi swoim rozmachem (i bezsensem) konfliktami zbrojnymi (rys hippisowski u autora jest widoczny, aczkolwiek nie przytłacza; jest rodzajem delikatnej przyprawy, nie głównym daniem) Amerykę Południową, przez senne miasteczka, metropolie, staje kosmiczne aż po gargantuicznego, uśpionego smoka robiącego za element krajobrazu, bóstwo i zarazem miejsce, w którym wykształcił się kompletny ekosystem. Sheperd swobodnie zarówno reinterpretował motywy jak i krzesał z siebie oryginalne pomysły.
Przesłanie każdego z opowiadań jest zbliżone. Osią napędową zgromadzonych tekstów jest wewnętrzne dojrzewanie bohaterów, ich szukanie własnego miejsca w świecie, zmaganie się z przeciwnościami losu, wreszcie z kryzysem wartości, przełamywaniem go i odnajdywaniem własnych zasad, własnej woli. Rozważania na poważne tematy snute przez bohaterów zazwyczaj zapoczątkowywało wyżej wspomniane wkroczenie Nieznanego. Bohaterowie łamią się, mają liczne wątpliwości, czasem sami nie wiedzą, czego chcą, nawet nierealistyczne postacie przedstawione są realistycznie, z pokaźnym bagażem wad i zalet, przyzwyczajeń, lęków, nadziei.
Sheperda wydał u nas jeszcze Mag, w Uczcie wyobraźni. Kolejna książka dopisana do listy "przeczytać koniecznie".

niedziela, 12 kwietnia 2015

Odpryski XLVI

Zostałem nominowany do łańcuszka Liebster Blog Award przez Alicyę (mam nadzieję, że poprawnie odmieniłem) Rivard prowadzącą blog Alicya w Krainie Słów. Po tej stronie lustra. Nie darzę zbyt dużą estymą łańcuszków, do tego się jednak - połowicznie - odniosę.
Zasady są dosyć proste - ot, blogger(k)a wymyśla 11 pytań i do odpowiedzi typuje innych piszących. Ci wymyślają swoje pytania i przekazują je dalej. I tak to się kręci. Kryje się za tym jakaś myśl przewodnia, ale sprawia (przynajmniej mi) wrażenie drugorzędnej.
Tak szczerze, to nawet jakbym chciał gdzieś pchnąć to dalej, to nie miałbym do kogo. Moje stosunki z blogosferą są dość luźne, praktycznie u nikogo niczego nie komentuję (i praktycznie nikt nie komentuje niczego u mnie, ale nie przeszkadza mi to), nie wyobrażam sobie, by nagle z głupia frant przesłać komuś coś takiego, choćby i miałoby to Blog Award w nazwie. Gdy zacząłem klecić tego bloga około roku 2011 - jakkolwiek może i dziwnie by to nie zabrzmiało - nie miałem świadomości istnienia książkowej blogosfery (której najburzliwszy rozwój [powiedzmy sobie szczerze, ilość nie idąca w parze z jakością] to czasy bliższe teraźniejszości), nie czułem się jej częścią i w sumie nadal się nie czuję jej częścią. Pisałem i piszę w sumie głównie dla własnej rozrywki. Jeśli przypadkiem ktoś się ze mną w czymś zgodzi - ok, fajnie.
Ale ja generalnie nie czuję się częścią czegokolwiek, i absolutnie nie jest to zarzut wobec czegokolwiek. Cóż, niektórzy już tak mają. Kiedyś miałem silną potrzebę przynależności, potem jednak zanikła prawie całkowicie.
Jednakże na zadane pytania zamierzam odpowiedzieć. Z jednej strony przez grzeczność, skoro zostałem wywołany do odpowiedzi, z drugiej strony żeby połechtać sobie ego (na zasadzie wow, kogoś obchodzi co mam do powiedzenia).

1. Jaka postać literacka mogłaby być twoim awatarem?

Standardowy bohater lovecraftowski, odkrywający mozolnie ukrytą prawdę o rzeczywistości i stopniowo popadający w obłęd.

2. Czy masz jakąś fobię? Jaką?

Kilka w miarę łagodnych.

3. Twoje ulubione miejsce pełne książek to?

Zapyziała osiedlowa biblioteka, na tym bądź innym osiedlu, im dalej od centrum, tym lepiej. Wszystkie są do siebie podobne. Zazwyczaj są pośpiesznie i niechlujnie zmodernizowanymi reliktami PRLowskimi, panująca tam atmosfera mi odpowiada.

4. Opowiedz o najstraszniejszej książce.

"Najstraszniejsza książka" to dość nieostre pojęcie. Poza tym w zależności od dodatkowych bodźców i uwarunkowań, straszność danej książki może się zmieniać na przestrzeni czasu. Potrafiłem się bać nawet w czasie lektury poczciwego Lovecrafta, gdy czytałem go w środku nocy będąc samemu w mieszkaniu a w tle puściłem sobie na granicy słyszalności dark ambient. W jakichkolwiek innych okolicznościach taka lektura nie wzbudziłaby u mnie żadnego lęku poza być może lekkim egzystencjalnym dyskomfortem.
Straszne ale w sensie jak najbardziej pozytywnym są książki podważające to, co uznajemy za nieomylne i niepodważalne prawdy o nas, naszym miejscu w świecie i świecie jako takim. Pozytywnym, bo nie pozwalają na ciągłe strojenie skroni zwiędłym lauru liściem, wymuszają reakcje na coś, z czym się nie zgadzamy, co budzi nasze oburzenie, wrogość, lęk.
Jeśli jednak chodziłoby o książkę w czasie lektury której autentycznie się bałem, to była jedna taka pozycja. Liber Falxifer: The Book of the Left-Handed Reaper. Czytałem bądź przeglądałem całkiem sporo różnych grimuarów należących nieraz i do wrogich sobie tradycji, tylko przy lekturze tego jednego dostałem nagłego ataku paniki.

5.  Czy uważasz, że groza ma swoje ambitne oblicze?

Pewnie. Fandom horroru ma przed sobą do nadrobienia wszystkie te dyskusje o własnej tożsamości i poczuciu własnej wartości, które fandom szeroko pojętej fantastyki ma już za sobą.

6. Bez jakiego pisarza nie możesz żyć?

Takich pisarzy było Legion. Po czym człowiek szedł dalej i znajdował kolejny ich Legion. W sumie mogę żyć bez wielu lubianych przeze mnie pisarzy, gdyby ich nie było to bym ich nie znał i nie lubił. Ta-dam.
Czasem wracam do Lovecrafta, czekam na nowe tłumaczenia Ligottiego; nie byłoby mnie tu i teraz gdyby nie przemyślenia chłopaków takich jak Ernst Jünger (zwłaszcza w przedziale jego twórczości mniej-więcej od Przybliżeń do Eumeswil), Jean Baudrillard, Nietzsche, Stirner; także i Crowley czy Peter Grey. Estymą darzę wszystkich Mistrzów Podejrzeń i sporą część ich następców, co poniekąd wiąże się z moją odpowiedzią na pytanie 1. Jednak za żadnego z nich nie dałbym się pokroić i do żadnego nie podchodzę bezkrytycznie.

7. Jaki horror/powieść grozy polecasz do przeczytania?

Teatro Grottesco Thomasa Ligottiego, Powrót Wojciecha Guni, Dama Tyfusowa Hannsa Heinza Ewersa, Lovecrafta w tłumaczeniu Macieja Płazy (fakt faktem, nowych tłumaczeń wydawnictwa C&T nie znam, więc wydawnictwu Vesper przyznaję palmę pierwszeństwa nad ogółem wcześniejszych tłumaczeń); Igły i grzechy Johna Eversona, Księżyc na wodzie Morte'a Castle'a, The Drug and Other Stories Aleistera Crowley'a; mangi Juni Ito, zwłaszcza Uzumaki i Gyo; komiksy spod szyldu Crossed, zwłaszcza (najlepiej trade paperback) Crossed: Psychopath (David Lapham, Raulo Caceres).
Fakt faktem, horror jako taki, lub to, co za horror jako taki w naszym grajdole jest powszechnie uznawane, czyli średnia wyciągnięta z Kinga i Mastertona, to nie moje klimaty, nawet jeśli jednemu i drugiemu zdarzają się obiektywnie dobre książki.

8. Gdybyś musiał zostać potworem, jakiego byś wybrał?

Shoggotha.

9. Czytasz powieści graficzne? Jeśli tak, to które z ostatnich wywarły na tobie największe wrażenie?

Przede wszystkim, za Alanem Moorem uważam, że powieść graficzna to sztuczne i durne pojęcie powstałe by oddzielić ambitniejsze komiksy od mniej ambitnych. Wspomniałem już wcześniej o Junji Ito czy wielu różnych seriach Crossed, dodam do tego jeszcze refleksyjny horror s-f Absolute Zero (trzy długie odcinki; autorzy to Christophe Bec, Richard Marazano, Homer Reyes) oraz kilkuodcinkowe serie Caligula i Caligula: Heart of Rome (David Lapham, German Noble).

10. Najdziwniejsza lub najbardziej niepokojąca książka jaka została przez ciebie przeczytana?

Najdziwniejsze pod względem formy to cut-upy Williama S. Burroughsa. Pod względem treści - ech, długo by wymieniać. Można by wprowadzić jeszcze podkategorie dziwności. I tak, najdziwniejszy world building to by było coś Dukaja, np. Perfekcyjna niedoskonałość, najdziwniejszy świat przedstawiony jako taki to zapewne Troika Chapmana albo jakieś bizarro. Najbardziej niepokojąca? Jeszcze dłużej by wymieniać. Sporo już wspomniałem wcześniej. Znów poszczególne opowiadania Lovecrafta, Ligottiego, Guni, Ewersa, itd.. Stare s-f Księżyc dwunastu rąk Lino Aldaniego, opowiadanie tytułowe; gdy czytałem je kilka lat temu bardzo mocno przejąłem się opisaną sytuacją. Niezwyciężony Lema. Proces Kafki. Anioł Przemocy Snerga, opowiadanie tytułowe, przynajmniej do pewnego momentu. Żuk w mrowisku Strugackich. O psie, który jeździł koleją Romana Pisarskiego - pamiętam jak dziś, jak ta książka - jej zakończenie - mną wstrząsnęło jak czytałem ją gdy byłem w jednej z pierwszych klas szkoły podstawowej.

11. Gdyby istniała możliwość zmiany zakończenia jednej wybranej przez ciebie książki, to jaka by to była i co byś w nim zmodyfikował?

Nie chciałbym niczego zmieniać, bo to nie byłaby już integralna wizja autora, mająca początek, rozwinięcie i koniec. Jeśli autor chciał coś w swojej książce przekazać, wszelka chęć zmiany czegokolwiek byłaby zaprzeczeniem jego pomysłu i integralności fabuły.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Zdechlik w "Bizarro dla zaawansowanych"

Ruszyła już przedsprzedaż Bizarro dla zaawansowanych, kolejnej antologii bizarro wypuszczonej przez niedobre literki. O, tutej na allegro można zamówić.
Znalazło się tam moje opowiadanie, noszące wszystko mówiący tytuł Trzmielu chwal mokry maj. Jest to debiut papierowy Zdechlika. Znalazłem się tam w zajebistym towarzystwie - nie tylko obok autorów mogących pochwalić się sporym dorobkiem na naszym rodzinnym podwórku, ale też obok szerzej rozpoznawalnych nazwisk zza oceanu, i wreszcie obok starych znajomych i przyjaciół - siedząc z Marcinem Rojkiem przed taką czy inną lekcją w licbazie rozkminialiśmy jak fajnie by było kiedyś wylądować w jednej książce - i po ~7 latach udało się. Ciekawi mnie też, czy Michał, autor okładki, jeszcze pamięta jak kiedyś, również w czasach licbazy, całą noc przestałem w rzęsistym deszczu narąbany prawie w trupa na jego balkonie i rzygałem dalej niż widziałem.
Sam tytuł opowiadania jest nawiązaniem do tekstu b. dobrej poczciwej piosenki, tekstu w tłumaczeniu mojego b. dobrego przyjaciela Łukasza. Sama treść jest jednak moim autorskim pomysłem, chociaż może i niezbyt odkrywczym, w końcu wszystko już było, a [spoiler] my wszyscy i tak kiedyś umrzemy.
Tak czy siak, polecam się i innych.

sobota, 4 kwietnia 2015

3x Adam Wiśniewski-Snerg + Philip K. Dick

Snerg to postać nieco zapomniana. Jeden z klasyków polskiej fantastyki socjologicznej doby PRLu, autor o wyrazistych i nietuzinkowych przekonaniach. Dokładniej można o nim przeczytać w różnych miejscach w internetach, chociażby na wiki, nie chce mi się kompilować notki biograficznej z kilku źródeł, nie o to przecież chodzi.
Twórczość Snerga jest bardzo zbliżona w wielu aspektach do weird, zwłaszcza weird współczesnego, wyzwolonego z resztek XIX-wiecznych rekwizytów i skupiającego się na esencji gatunku, czyli przekonaniu, że otaczająca nas rzeczywistość kryje w sobie/jest anomalią wrogą człowiekowi a ludzkie poznanie jest subiektywne, niepełne, ograniczone; tylko nieliczni dochodzą do okruchów jakiejś większej, wyższej prawdy i zazwyczaj przypieczętowują swoje odkrycia obłędem bądź śmiercią. Jedyna różnica to jakościowa różnica - tu mamy Coś, w weird zazwyczaj pod płaszczykiem wartości i treści czai się Nic, ewentualnie Być Może.
Snerg ze swoich przemyśleń ulepił teorie, którym starał się nadać cechy naukowości. Teoria Nadistot wylądowała w dostępnym za darmo małym zbiorku zdefragmentowanej twórczości autora Czasoprzestrzenie Snerga. Zbiorek był do pobrania na stronie bookrage giveway, z tego, co widzę, już nie jest. Bookrage jakiś czas temu oferował do kupienia pakiet książek Snerga - była to słuszna i wielce chwalebna inicjatywa. Poza tym książki Snerga na 99% leżą zapomniane w Twojej osiedlowej bibliotece, a Ty nawet o tym nie wiesz.
Pokrótce, teoria nadistot zakłada, że organizmy niższe nie mają świadomości istnienia organizmów wyższych. Nawet jeśli rozpoznają efekty ich działań, uważają je za efekty naturalne. Teoria ta zakłada, że nad człowiekiem (a właściwie - nad jego rozumem, bo rozum człowieka jest dla autora osobnym zjawiskiem niż zwierzęce w sumie ciało) mogą występować takowe istoty - mogą żyć nawet koło nas, mogą nas nawet i hodować, a tego nie rozpoznajemy, tak samo jak związek mineralny nie rozpoznaje roślin, rośliny zwierząt, zwierzęta ludzkiego rozumu. Teoria ta nie spełnia rzecz jasna żadnych wymogów naukowości, dyskusyjny jest fakt, czy rośliny nie rozpoznają zwierząt (skoro potrafią się ze sobą komunikować, co wykazały jakieś tam badania o których czytałem niedawno na jakiejś zwariowanej, new age'owej stronie) a zwierzęta nie rozpoznają w człowieku jego świadomości (skoro same taką świadomość - a przynajmniej niektóre gatunki - posiadają). Tak czy siak, sedno teorii przemawia do mnie silnie - ale nie w takim sensie, o jaki chodziło autorowi. Tu nie ma żadnej nauki, a jeśli uznamy a priori, że nie możemy - jaki organizmy niższe - rozpoznać tych ponad nami, to wyjdzie nam z tego coś równie prawdziwego jak aksjomat o nieagresji we współczesnych odłamach ekonomii wulgarnej. To kwestia wyobraźni, uczucia, przeczucia, odczytania znaków, umiejętności patrzenia na świat. Coś jak gestalt/teoria formy bytu u Ernsta Jüngera - są to dwie diametralnie inne teorie, ale romantyczne przekonanie, że coś nieodgadnionego wisi nad rzeczywistością i manifestuje się w różny sposób a my nie jesteśmy w stanie rozpoznać tego czegoś w sobie samym, jedynie przez "odciskanie się" formy w nas/w otaczającym nas świecie/przejawy działania tego czegoś wydaje się być tym samym przekonaniem, jednym uczuciem oddanym innymi słowami. Kolejnym zbliżonym tropem wydaje się być teoria pola morfogenetycznego, najsensowniej skompilowana chyba dopiero przez Ruperta Sheldrake'a. Próby nadania pozorów naukowości przez Snerga swoim przekonaniom tylko im zaszkodziły, próbował je upchnąć w zbyt ciasny garnitur. Autor wziął się także za psychologię/psychoanalizę. Zdewastował podział na instynkt śmierci i miłości, przeciwstawił temu własną teorię bezpieczeństwa. Odwołania do niej zawarł w swoich książkach, podobnie jak i odwołania do teorii nadistot. Fakt faktem, niejako przeczył tym samym sam sobie, bo jego bohaterowie mieli wgląd przynajmniej w drobny urywek tej najprawdziwszej rzeczywistości, mieli świadomość istnienia nadistot i mieli drobny wgląd (nie zrozumienie) w ich działalność. Nie tylko był psychologiem amatorem i filozofem amatorem, parał się także fizyką, również amatorsko - jest autorem więc także kilku teorii związanych z naukami ścisłymi.
Wspomniany ebook Czasoprzestrzenie Snerga zawierał oprócz fragmentów książek i Teorii nadistot także opowiadanie Anioł przemocy. Pierwszy raz słyszałem o nim tak dawno, że aż strach pomyśleć, jakoś w okolicach premiery filmu Matrix - w telewizji leciał jakiś program publicystyczny w którym porównywano myśl przewodnią opowiadania z myślą przewodnią filmu i w filmie dopatrywano się plagiatu. Faktycznie, jedna ze scen i przy okazji kluczowy element świata przedstawionego filmu jest zadziwiająco zbliżony do tego, co pojawia się w opowiadaniu. Na skutek przypadku główna bohaterka poznaje coś, czego nie potrafi zrozumieć, co każe jej zwątpić we własny ogląd rzeczywistości. A potem jest tylko ciekawiej, bo ułuda zdaje się być piętrowa.
W osiedlowej bibliotece znalazłem dwie książki autora. Były to: Arka (Czytelnik 1989) oraz Według łotra (Rebis 1997).
Obie książki to jedne z najlepszych książek, jakie czytałem kiedykolwiek. Arka opowiada historię marynarza, który w czasie rejsu na skutek niesamowitego zbiegu okoliczności trafia na pokład statku - tytułowej Arki - na którym przyszedł na świat i gdzie się wychował. Jego wspomnienia nie pokrywają się jednak z tym, co zastał na pokładzie. Co więcej, statek jest zamieszkany przez grupy najróżniejszych i najdziwniejszych mieszkańców, przekonanych, że tak na prawdę Arka nie jest statkiem, ale - w zależności od grupki - uniwersytetem, pociągiem, statkiem kosmicznym, więzieniem, itd. Przedstawiciele każdego stronnictwa postrzegają otaczającą rzeczywistość na diametralnie różne sposoby. Przekonany o posiadaniu prawdy obiektywnej o Arce główny bohater stopniowo przekracza granicę miedzy staniem się zalążkiem kolejnego takiego stronnictwa, kolejnego biorącego udziału w skomplikowanej grze stronnictw, a poznanie całej prawdy, czym właściwie jest miejsce akcji staje się praktycznie niemożliwe.
Według łotra wykorzystuje motywy religijne - życia i śmierci Jezusa - na równo z teorią nadistot. Sposób poprowadzenia fabuły, mimo oczywistego spojlera w samym tytule, nie raz i nie dwa zaskakuje obranymi przez autora drogami i rozwiązaniami. Główny bohater pewnego dnia odkrywa, że otaczający go świat jest zamieszkały przez manekiny i wypełniony atrapami. Całe jego życie, większość przyjaciół, miejsce pracy - wszystko okazuje się być sztucznymi elementami scenografii wszechogarniającego planu filmowego, skupionego tylko na kilku głównych bohaterach, aktorach, za którymi podąża oko niewidocznej kamery. Tam, gdzie bohaterowie pierwszoplanowi pojawiają się często, tam świat odzyskuje dawną spoistość i materialność - im dalej od nich, im dalej od niewidocznej ekipy filmowej, tym bardziej wszystko staje się sztuczne i nieprawdziwe, staje się prowizorycznym zapełnieniem tła.
Tyle, że ogół ludności zdaje się tego wszystkiego nie dostrzegać, łącznie z tym, że są nieistotnymi elementami scenariusza, tłem dla rozgrywających się  wydarzeń, ewentualnie mają do odegrania epizodyczną rólkę po czym przemijają, nie wiedząc nawet o tym, że grają.
Główny bohater trafia do "filmu sensacyjnego" mniej więcej w czasie, gdy pewien uliczny prorok zaczyna czynić cuda i głosić wywrotowe teorie...
Fakt faktem, lubię takie klimaty, wiwisekcję rzeczywistości, próby dotarcia do tego, co może się kryć w głębi, pod płaszczykiem oczywistości. Jeśli ktoś lubi fantastykę trudną, dającą do myślenia, przekazującą niepopularne i wzbudzające egzystencjalny niepokój poglądy, do tego nie zrażają go monologi i rozważania ciągnące się nie raz przez wiele stron, to takiemu komuś twórczość Snerga gorąco polecam.

Philip K. Dick zaś to autor, którego raczej nie muszę przedstawiać. Zestawiłem go w jednej notce ze Snergiem, bo obaj panowie podzielali krytyczny stosunek do przekonania o prawdziwości/przejrzystości otaczającej ich rzeczywistości. Wszedłem w posiadanie elegancko wydanego Oka na niebie (Rebis 2015), ozdobionego fantastycznymi grafikami Wojciecha Siudmaka. Ta wczesna książka Dicka, w której dopiero zaczyna kształtować się jego idee fix przenikająca całą jego twórczość, w tym wydaniu została wzbogacona o esej Marka Oramusa - radzę go przeczytać po lekturze książki, gdyż zawiera spojlery, na dodatek spojlery także innych książek Dicka. Jeśli ktoś nie zna twórczości amerykańskiego pisarza, Oko jest świetną książką na początek.
Grupa ośmiorga nie znających się wcześniej osób pada ofiarą katastrofy w czasie zwiedzania pomieszczenia z urządzeniem będącym - upraszając - czymś, co poprzedzało współczesny Wielki Zderzacz Hadronów. Odnieśli zadziwiająco niewielkie obrażenia. Po jakimś czasie od wypadku odnajdują nieznane wcześniej elementy otaczającej ich rzeczywistości - a w pewnym momencie świat zmienia się nie do poznania.
Powyższy opis jest rzecz jasna uproszczeniem, do tego mylącym, bo samo urządzenie, które spowodowało katastrofę jest trzeciorzędnym rekwizytem. Deformacje rzeczywistości, wszystkie następujące po sobie, coraz bardziej absurdalne i odległe od tego, co główni bohaterowie mieli za prawdziwy świat, mają inne źródło niż maszyneria. Gdybym napisał coś więcej, zdradziłbym treść książki (co zrobił wspomniany Oramus).
Również gorąco polecam - tym bardziej, że jak na Dicka, to książka jest całkiem lekka w odbiorze.

poniedziałek, 30 marca 2015

Odpryski XLV

1) Siedzę sobie spokojnie w przychodni, czekam aby się zaczipować, zarazić autyzmem i przyjąć śmiertelną dawkę metali ciężkich. Nieopodal siedzi znużona młoda matka, obok chodzi w kółko mała dziewczynka, taka na oko 3-4 lata. W pewnym momencie wskazuje kogoś palcem (nie mnie) i mówi do mamy (ale całkiem głośno): "jebać tego pana".

2) W internetach wypłynął ostatnio zaginiony skecz z Saturday Night Live z 1989 roku pt. Attack of the Masturbating Zombies. Po tytule można sobie wyobrazić za dużo. Porn of the Dead to nie jest. Ale niecałe sześć minut można na tę paść poświęcić (a potem drugie pięć można poświęcić na refleksję co ja robię z własnym życiem).

3) Nadchodzą coraz bliżej wybory prezydenckie. Unikam wyrażania własnych opinii na temat polityki, bo po co siebie i innych denerwować, tym razem jednak pozwolę sobie na skomentowanie sytuacji: jak zwykle najwięcej kandydatów wystawił episkopat. Jeśli czarna mafia jest dla kogoś za mało bogoojczyźniana, to ma do wyboru kilku kandydatów psychotycznej prawicy. Lewica, do której jako relatywiście i nihiliście z różnych aczkolwiek oczywistych przyczyn jest mi bliżej (co nie znaczy, że lewica powiedziałaby o mnie to samo, tzn. że lewicy jest blisko do mnie) jest w stanie agonalnym. Kandydatka dogorywających postkomunistów, ładny słup przewodniczącego, poglądy nt. gospodarki i społeczeństwa ma bliskie niektórym kandydatom z psychotycznej prawicy, a zwłaszcza jednemu nawiedzonemu guru który co jakiś czas (ostatnio coraz częściej) zakłada nową sektę. Dwie potencjalne kandydatki, obie jak na mój gust całkiem sensowne (sensowne biorąc pod uwagę kontekst czyli ogół kandydatów i aktualnie panujący dyskurs hegemoniczny) (w tym jedna będąca żywą ilustracją tezy, że jeśli taka jest Jego Wola, Człowiek może przekroczyć granice narzucone przez biologicznie uwarunkowaną płeć) nie zebrały nawet ilości podpisów wymaganych do rejestracji. Zaś psychotyczna lewica to w naszym grajdołku zupełnie zdziczały i zdegenerowany światek, poza nielicznymi, osamotnionymi i stale się degenerującymi niedobitkami z takiej czy innej (neo/post)trockistowskiej międzynarodówki nie ma tam z kim i o czym rozmawiać.
Ciekawostką jest, że podpisy zebrał kandydat Demokracji Bezpośredniej. Jak ktoś by chciał z ciekawości wygóglać gostka, ostrzegam - jego strona (trzeba to przyznać - profesjonalnie zrobiona) dwukrotnie zawiesiła mi sterownik główny ekranu.
Generalnie rzecz biorąc, korzystając z przysługującego mi tytułu magistra politologii i związanego z tym tytułem autorytetu, jeśli ktoś nie jest wyborcą psychotycznej prawicy, episkopatu albo takiej czy innej grupy interesów, to polecam albo zbierać na bilet w jedną stronę, chociażby i do Czech, albo kupić dużo mocnego alkoholu. Następnie proponuję kupować go przynajmniej raz na tydzień, aż do odwołania.

4) Im dłuższej siedzę w fejsbukowych grupach fanów czytania i książek, tym bardziej zauważam niepokojące zjawisko. Fani jakichś najprostszych gówien, jakiś odtwórczych easy-readingów, fani najgorszych szmir wydawanych u nas jako bestsellery i zasrywających półki takiej czy innej sieci księgarni, dowartościowują się tym, że czytają. Ileż to tandetnych i patetycznych obrazków widziałem, że jak kto czyta, to już niemalże jest półbogiem, itd.
Fakt faktem, zawsze byłem trochę socjopatą i zawsze miałem tendencje elitarystyczne (wynikające z ogólnego przeintelektualizowania), jednak chyba zgodzicie się ze mną, jeśli nie jesteście stereotypowymi blogerkami książkowymi, że sam fakt czytania o niczym nie świadczy, jeśli czyta się gnój, na który szkoda papieru.
Zaprawdę powiadam Wam, sytuacja pod przynajmniej dwoma względami była lepsza w PRLu - dzięki odgórnym nakładom i dotowaniu wydawano autorów wybitnie mało komercyjnych i trudnych w odbiorze nawet i współcześnie, którzy nie przebiliby się gdyby nie to wsparcie - mam tu na myśli przede wszystkim Wiktora Żwikiewicza, zaś - paradoksalnie! - dzięki ograniczonemu dostępowi do szeroko pojętej fikcji spekulatywnej zza żelaznej kurtyny przy tłumaczeniach skupiano się zazwyczaj na książkach mających faktycznie jakąś wartość lub zasłużonej klasyce.

5) Ligotti został doceniony w rankingu Nowej Fantastyki (nominacja do Książki Roku 2015), zresztą obok autorów może mniej radykalnych, ale nie aż tak odległych od niego światopoglądowo, jak mogłoby się wydawać - Vandermeera i Wattsa. Vandermeer napisze wprowadzenie do zbiorku Ligottiego wydanego przez Penguin Classics, napisał też krótką rekomendację na okładkę polskiej edycji TG.
Co ciekawe, horrorowi ortodoksi o gustach wyciosanych na Kingu i Mastertonie oraz kontynuatorach, epigonach i plagiatorach tych dwóch raczej nie docenili twórczości Amerykanina. W jednej z recenzji (chociaż nieźle ocenionej, 7/10) książki główną wadą było to, że nie jest to klasyczny horror. No ba, ale to jest jej największa zaleta. Że to coś zupełnie innego. Ta inność za to całkiem dobrze została przyjęta w środowisku fanów fantastyki. To by było na tyle jeśli chodzi o spory na linii fantastyka-horror, przynajmniej w Polsce. Współczesne weird stoi pośrodku. Bizarro w sumie też, przynajmniej w mojej opinii. A w każdym razie - podstawowe elementy konstytuujące jedno i drugie mogą być i w horrorze, i w fantastyce, i w czymkolwiek w sumie innym.
Umiejscowienie TG w rankingu jest tym lepszą wiadomością, że tak naprawdę Teatro Grottesco było przeznaczone głównie dla samych zainteresowanych, akcji promocyjnej praktycznie nie było, podobnie jak sieci dystrybucji (samo wydawnictwo nie przewidziało takiego zainteresowania, przez co ich strona nawet padła chwilowo przez ilość wejść), nakład był (uwzględniając pośpieszny dodruk) niewielki, do tego Okultura nie jest kojarzona z beletrystyką; w sumie to chyba w ogóle nie jest kojarzona poza dosyć specyficznymi środowiskami, którym raczej nie zależy na promowaniu się w głównym nurcie. Światek weird na pewno skorzysta na tej niespodziewanej popularności. Mam nadzieję, że zapowiedziany już Spisek przeciwko ludzkiej rasie wyjdzie w większym pierwszym nakładzie.

6) Co do Vandermeera - dorwałem całą trylogię Southern Reach w CzyTaniu za 62zł. Tak mnie to ucieszyło (dwa pierwsze tomy po 15zł każdy), że niech mają reklamę za darmo. Niedawno mieli tam Króla Bólu Dukaja też za 15zł. Ilekroć jestem w okolicy (okolice centrum Nowej Huty), zaglądam do nich.

7) Teletubisie w czerni i bieli wyglądają trochę jak jakiś bardziej przećpany i mniej ziarnisty Begotten - klik!

8) Przeczytałem ostatnio świetny, długi, bogato ukraszony cytatami i przypisami artykuł (w języku angielskim) w którym zestawiono ze sobą Lovecrafta i Hermana Melville'a - klik! Aż chyba odświeżę sobie Moby Dicka.

9) Czerwone, rozdarte, rozlane plamy migoczą silniejszą czerwienią i bledszą naprzemiennie, zgodnie z rytmem bicia serca.

niedziela, 29 marca 2015

Pokrótce #8

Janusz Meissner Czarna bandera

wyd. Iskry, 1972. Czasem dobrze jest przypomnieć sobie treść książki przeczytanej po raz pierwszy całe otchłanie lat temu, gdy jednymi zmartwieniami były nadmiar wolnego czasu i niemożność zwrócenia na siebie uwagi koleżanki siedzącej ławkę obok, zwłaszcza, jeśli ta książka się nie zestarzała od tamtego czasu.
Meissner był niezwykłą postacią. Nie chce mi się o nim tu rozpisywać, w końcu to Pokrótce, więc podaję link do wiki. Można tylko ubolewać nad tym, że w morzu napływającego zewsząd chłamu i trzeciorzędnych pierdół wydawanych u nas jako bestsellery, nasi autorzy książek dla dorastającej młodzieży tacy jak Meissner, Alfred Szklarki czy chociażby Adam Bahdaj odchodzą w zapomnienie.
Czarna bandera to pierwszy tom marynistycznej trylogii o XVI-wiecznym korsarzu Janie "Martenie" Kunie. OK, powiedzmy sobie szczerze, Conrad to nie jest, Herman Melville też nie, jednak w swojej kategorii, książki przygodowej czerpiącej mnóstwo z klasycznych pozycji gatunku sprawdza się bardzo dobrze. Aż się chce pojechać nad morze i wyruszyć na poszukiwanie ostatnich białych plam rozsianych gdzieś pośród błękitnego bezkresu.

Sunless Sea

jak już jesteśmy przy tematyce marynistycznej nie mogę nie wspomnieć o najlepszej grze komputerowej w jaką grałem od dłuższego czasu. Ten przepoczciwy indyk to mieszanina zręcznościówki 2D, RPG i gry paragrafowej (tak, nie widać bohatera, tak, przeklikowujesz się przez ściany tekstu). Rzecz się dzieje w podziemnym świecie na podziemnym morzu, na które został niegdyś przemieszczony... Londyn. Fallen London to główna metropolia tego świata, świata bezkresnego morza z rozrzuconymi na nim wyspami i pływającymi między nimi bestiami rodem z koszmarów. Po morzu pływa się za pomocą kursorów, także walka jest w trybie zręcznościowym - wszelkie interakcje z postaciami i w portach to paragrafówka.
Świat przedstawiony to surrealistyczny majstersztyk, ulepiony z dziwnych i czasem na pierwszy rzut oka niedobranych elementów. Weźmy trochę wspomnianych wcześniej autorów klasycznych książek marynistycznych, Lovecrafta, Pratchetta i Gaimana (u tego nawet był Londyn Pod) i wymieszajmy razem. Pradawni bogowie, inteligentne szczury i świnki morskie, nieumarli stanowiący kokony dla ciem, pradawne artefakty, obce rasy, intrygi polityczne, walka mocarstw...
Gra jest trudna i pomyślana w taki sposób, że ze śmierci głównego bohatera można wyciągnąć korzyści - w postaci bonusów przekazywanych kolejnym bohaterom (także jako potomkom bohatera - można sobie zrobić cały ród kapitanów). Gra nie ma formalnego zakończenia - - to taki sandbox - gracz sam decyduje w jaki sposób chce grę zakończyć i kiedy. Część miejsc na mapie świata zawsze leży w tych samych miejscach, reszta jest generowana pół losowo.
Ponieważ człowiek już tak ma, że nie lubi ciemności, pływając po Bezsłonecznym Morzu trzeba uważać, by nie wpaść w obłęd/nie wpędzić w obłęd załogi. A gdy coś sobie źle policzymy w kwestii zapasów, jest jeszcze gorzej - możemy utknąć pośrodku niczego bez paliwa i bez żywności. Składanie ofiar bóstwom lub kanibalizm to rozwiązania tymczasowe.
Reasumując, polecam gorąco. Specyficzna gra, nie dla każdego, na dłuższą metę nieco nużąca, jednak wynagradzająca niedogodności wizją i rozmachem świata przedstawionego. Twórcy prowadzą też przeglądarkową grę osadzoną w tym samym uniwersum, zwie się ona Fallen London.

Pora Zwyrola: Noc z superbohaterami Tromy, 27.03.15.

aka Noc z chujowymi superbohaterami. Do tego stopnia, że od jednego ze sponsorów, sex-shopu Kinky Winky jeden ze szczęśliwych widzów otrzymał cock ring. Przyczepiłbym się tylko do sposobu wyłonienia osoby otrzymującej upominek. Osoby siedzące w dalszych rzędach nie miały szans się załapać.
Wyświetlono dla klasyki Tromy - kultowego Toxic Avengera (nic a nic się nie zestarzał, ba, w dobie boomu na kino superbohaterskie przeżywa drugą młodość; cudowny film zabijający stereotypowe studentki dietetyki i kosmetologii) i niemniej kultowy obraz Sgt. Kabukiman N.Y.P.D. (pomyślany jako film dla dzieci - wyszło coś zupełnie innego, ale z infantylnymi, kreskówkowymi gagami). Ja tam się bawiłem świetnie.

999. Antologia opowieści niesamowitych, red. Al Sarrantonio, tom I i II

Znalazłem to na pchlim targu i kupiłem za śmieszne pieniądze. Wyd. Albatros 2001, 2002.
Zebrano tu najróżniejszych autorów reprezentujących najróżniejsze podejścia i szkoły w ramach szeroko pojętego horroru. Trafiło tu wiele znanych nazwisk - tyle, że znanych niekoniecznie w Polsce. Niedzielny fan horroru kojarzyłby pewnie tylko Kinga - akurat zamieszczone tu jego opowiadanie jest, delikatnie mówiąc, denne.
Ostatnimi czasy wyostrza i radykalizuje mi się gust. Jeszcze z pół roku temu myślę że pisałbym o niniejszych książkach w superlatywach - teraz jednak kolejne przewidywalne i odtwórcze historyjki o zabójcach, koszmarach sennych, czymś czyhającym w mroku lub chociażby w mroku psychiki bohaterów, i jakiejś innej horrorowej gadzinie nie robią na mnie takiego wrażenia. Próby rewitalizacji starych motywów z nawiedzonymi domami, duchami, zombie czy wampirami mieszają się z próbami wyjścia poza klasyczne horrorowe instrumentarium, w stronę nowszego horrorowego instrumentarium - złych snów, traum z dzieciństwa, szalonych morderców, takich czy innych zaburzeń i anomalii w perfekcyjnie zwyczajnej rzeczywistości. Czasem oczywistych aż do toporności, innym razem całkiem subtelnych.
Najbardziej do gustu przypadły mi teksty nieoczywiste - podjeżdżające pod weird lub wszelką dziwność. Takie, gdzie nie da się wyjaśnić tego, co się dzieje, lub gdzie występuje obcość niepojęta i nie dająca się rozszyfrować lub wreszcie gdzie mamy do czynienia z czymś niepasującym, nieprzystającym - coś drga w duchu czytelnika, jest niepokojące per se. A także takie, które są po prostu dziwne. Było ich tutaj całkiem sporo; niektóre lepsze, niektóre gorsze, nieraz rozczarowujące oczywistym zakończeniem po obiecującym początku.
W drugim tomie trafił się Ligotti z Cień i ciemność. Opowiadanie to, znane mi z Teatro Grottesco tutaj w innym tłumaczeniu rzuca nieco inne światło na twórczość autora. Ligotti nabiera w tym tłumaczeniu znacznie wyraźniejszego odcienia, nazwijmy to, cyniczno-ironicznego. W tłumaczeniu z Teatro tekst stracił sporo z niewymuszonego, złośliwego humoru z którym autor odmalował świat przedstawiony i zaludniające go postaci.

niedziela, 15 marca 2015

Pokrótce #7

1) The Moon and the Nightspirit + Helroth, 18.02.15, Alchemia
Koncert dwóch pogańskich zespołów to świetny sposób na uczczenie środy popielcowej.
Helroth widziałem kiedyś gdzieś wcześniej, w wydaniu akustycznym wypadli równie dobrze jak w folk metalowym. W warstwie lirycznej odwołują się do wiary rodzimej, czerpią z mitów i ludowych opowieści. Zaś Węgrzy z THatN swoją mieszanką folku i neofolku rozpostarli przed słuchaczami niezmierzone przestrzenie - trzeba było by tego posłuchać, by tego doświadczyć. Obawiałem się nieco, jak wypadną na żywo - nie było się czego obawiać. Jeden z utworów zadedykowali Matce Ziemi - co dobrze podsumowuje ich światopogląd i warstwę liryczną, pogański uniwersalizm skupiony głównie na hierofanii lunarnej i tellurycznej oraz praktykach szamańskich.
Jeden z lepszych koncertów na jakich byłem.

2) Heroes of Might and Magic III: Horn of the Abyss, aktualnie w wersji 1.3.7 wraz z modem HD jest dużo lepszą grą niż HoMMIII: HD Edition. I jest za darmo. I być może są też do tego mody umożliwiające uruchomienie na urządzeniach mobilnych. Nie przeczę, grafika w edycji HD jest ładniejsza - ale poza tym edycja HD niczego nowego nie wnosi. Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że to skok na kasę wykorzystujący sentymentalizm graczy.

3) Path of Exile doczekało się wersji 1.3.1d. Dla kogoś, kto wcześniej grał w wersję poniżej 1, przerzucenie się na tą było sporym szokiem. Gra została dokończona, trzeci akt rozwinięty, poprzednie akty zostały wzbogacone o więcej informacji o świecie gry i o jego historii (całkiem skomplikowanej), endgame content opiera się na zbieraniu map do kolejnych lokacji, wprowadzono dwa dodatki wzbogacające grę o możliwość posiadania własnej kryjówki (hideout) i korzystania z usług mistrzów (Forgotten Masters) czy o możliwość natknięcia się w czasie gry na pół-losowo generowane, zawieszone poza czasem i przestrzenią spaczone urywki rzeczywistości, pozostałości po zniszczonej cywilizacji Vaal (Sacrifice of the Vaal).
O ile mój Duelist na Cruelu zaczął dostawać w dupę od samego początku gry, to Scion (też na Cruelu) dopiero od trzeciego aktu (no, od Vaal Oversoul'a). Widzę u siebie postęp.

4) Jacek Dukaj Perfekcyjna niedoskonałość. Pierwsza tercja Progresu
Cóż, Dukaj jak Dukaj. Chyba każdy, kto zetknął się z dowolną jego książką, wie mniej-więcej czego może się spodziewać - przede wszystkim kompletnej wizji świata, przytłaczającej czytelnika swoim rozmachem i totalnością (łącznie z prawami fizyki czy ontologią).
Tu jest nie inaczej, tyle, że świat przedstawiony przytłacza momentami mało czytelną fabułę. Czego tu nie ma - nierzeczywistość wirtualna nie do odróżnienia od rzeczywistości, istoty ludzkie, post-ludzkie, feeria bytów, niebytów, śmiałych tez i jeszcze śmielszych prób ich realizowania, rzucających się na granicę tego, co jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Sama przedstawiona tu historia o człowieku znikąd (tym razem dosłownie znikąd) który nagle stał się Bardzo Ważną Postacią Dla Całego Świata byłaby całkiem błaha, gdyby nie jej rozmach i patos.
Kiedyś może będą kolejne dwie tercje Progresu. Aż boję się myśleć, co mogłyby zawierać.

5) Kim Newman Anno Dracula
Pierwsza część cyklu do którego należy też Krwawy baron. Przyjemne czytadło o wampirach, alternatywna rzeczywistość w której autor nawrzucał tyle nawiązań do kultury, popkultury, historii że można by przynajmniej dzień spędzić na wyłapywaniu ich. Wizja świata opiera się na następstwach przełomowego wydarzenia - Dracula przybywa do Wielkiej Brytanii gdzie żeni się z królową Wiktorią. Na całym świecie wampiry wychodzą z cienia. Wybuchają społeczne niepokoje, mozolnie i z trudem świat się zmienia.
Mija pewien czas. Wampiry i ludzie koegzystują obok siebie. Wiktoriańska Anglia jest miejscem pełnym kontrastów. W rządzie ścierają się rozmaite frakcje, zakulisowe grupy wpływu realizują własne interesy. Jakiś maniak morduje wampirzyce-prostytutki. W liście wysłanym do gazet przedstawia się (ale czy to na pewno on?) jako Kuba Rozpruwacz. Najróżniejsze środowiska próbują coś z tego wyciągnąć dla siebie, także stronnictwa skrajne, zwolennicy ludzkiej czy wampirzej hegemonii.
Paradoksalnie, największym plusem tej książki jest jej odtwórczość i cały ten miks najróżniejszych nawiązań upchniętych przez autora do jednego wora i wymieszanych ze sobą. Akcja toczy się żwawo, fabuła nie jest zbyt prosta, postacie są wyraziste.
Jak na rzecz typowo rozrywkową, sprawdza się dobrze.

6) Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki
Wydawnictwo Czarne nie schodzi poniżej pewnego poziomu, książka LeDuff'a jest kolejnym tego przykładem.
Po latach pracy w różnych częściach świata, autor wraca do rodzinnego Detroit. Nie rozpoznaje swojego miasta, przypominającego raczej scenografię z filmu post-apokaliptycznego niż dawne zagłębie przemysłu motoryzacyjnego. Ludzie umierają na ulicach, gangi rządzą w opustoszałych dzielnicach, podpalenia pustostanów są plagą, wierchuszka obraca grubymi milionami, prezesi koncernów stracili kontrolę nad tym, co właściwie się dzieje. Straż pożarna boryka się z permanentnym niedofinansowaniem, polegając często na chałupniczych naprawach. Radykalne ruchy społeczne kiszą się we własnym sosie. Marazm, apatia i brak perspektyw są jedynymi perspektywami w gnijącym mieście, oprócz prostytucji, narkomanii i alkoholizmu. Atmosfera rozkładu udziela się autorowi, rozpada się powoli jego życie osobiste. Cóż, z każdego snu - nawet i amerykańskiego - trzeba się kiedyś obudzić. Na obszarach postindustrialnych chyba nie da się obudzić spokojnie, niezależnie od strony Atlantyku, po której te obszary się znajdują.
Przeczytałem jednym tchem.

czwartek, 12 marca 2015

Odpryski XLIV

1) Zmarło się dziś Terry'emu Pratchettowi. Nigdy nie byłem fanem, jeszcze w ogólniaku przeczytałem 2-3 książki ze Świata Dysku, były całkiem spoko, ale taka literatura nie przemówiła do mnie.
Poza tym, cóż, wszyscy kiedyś umrzemy.

1,5) Dziś urodziny obchodziłby zmarły w 2012 roku (jak ten czas leci) Harry Harrison.

2) Nowa płyta Marduk brzmi trochę jakby to było Funeral Mist, nie Marduk. Np. w takim Nebelwerfer. I nie, to rzecz jasna nie jest zarzut.

3) Nie miałem jeszcze przyjemności obcować z najnowszym Dukajem (Starość aksolotla), ale cała ta otoczka marketingowa, że jakie to jest zajebiste ze względu na formę, jest z pewnością przesadzona. Tzn. zapewne faktycznie jest to zajebiste, w końcu nowy Dukaj, ale forma może spodobać się tylko komuś, kto nie słyszał nigdy o tych wszystkich hiper/intertekstualnych konceptach, wywracających formę książki na tysiąc i jeden różny sposób, pojawiających się co jakiś czas i budzących gorące dyskusje w światku wszystkich dziesięciu zwolenników.

4) Varg Vikernes doradza jak poderwać aryjską kobietę na poziomie. Za pośrednictwem filmiku na youtube. Filmiku będącym najprędzej reklamą jego autorskiego systemu RPG. Cóż (nadużywam tego słowa, wiem), ludzie się zmieniają.

5) Tak naprawdę, to ostatnio nie mam o czym pisać. I w sumie to nie chce mi się pisać. Bloga pisać, co innego co jakiś czas klecę. Mam na wydanie opowiadanie post-apo (i to podwójne post-apo, bo rozpirz świata zewnętrznego jest ściśle związany z rozpirzem wewnętrznych mikrokosmosów przewijających się postaci [z naciskiem na głównego bohatera]). Opowiadanie powstało z myślą o antologii, która ostatecznie nie powstała. Pewnie spróbuję to gdzieś wcisnąć/opchnąć jak się uda.

5,5) Jednak zdechlikowym debiutem (zdechlikowym jako Zdechlika, bo inne moje osoby już jakieś teksty gdzieś tam miewały) będzie najprawdopodobniej opowiadanie Trzmielu chwal mokry maj (tak, serio dałem taki tytuł; jak ktoś już gdzieś taką lub podobną frazę słyszał, to uprzedzam, że wyrwałem ją z wszelkich kontekstów w jakich mogła się pojawiać i podszedłem do niej bardzo dosłownie). Jest to rzewna opowieść o relatywnej dupie metafizycznej Maryni, z obowiązkowym najazdem na rozmaite konstrukty zwane popularnie wartościami i na obiektywnie poznawalną rzeczywistość. A gdzie się to ukaże - to powiem kiedy indziej. W sumie to tematyka mojej twórczości zaczyna krzepnąć właśnie wokół relatywnej dupy metafizycznej Maryni i ten trend się pewnie utrzyma przez dłuższy czas.

sobota, 21 lutego 2015

"Otwarte oko"

Druga Plaga (po Śnijmy dalej) zawitała na niedobre literki. Tutaj.
Podobnie jak pierwsza, jest to znacznie przerobiony stary tekst, niegdyś wrzucony przeze mnie na Nową Fantastykę. Plaga jako taka jest ta sama, jednak cała wizja świata, także powód wykwitu i rozwoju Plagi jest inny (zakładając, że w tej wersji faktycznie nastąpił - interpretacje mogą być różne). Niekompatybilność uniwersów obu tekstów przy spajającym je wspólnym motywie jest - rzecz jasna - zamierzona.
Ten tekst to trochę body horror, trochę bizarro, do tego z - mam nadzieję - nienachalnym podkładem, nazwijmy to, filozoficzno-światopoglądowym.
Ekipa literek trochę namieszała w tytułach. Nie czepiam się, bo tytuły są dla mnie wtórne do treści i nie przywiązuje do nich aż takiej wagi. Śnijmy dalej pierwotnie miało tytuł Plaga - Śnijmy dalej, zostało opublikowane po prostu jako Śnijmy dalej (i spoko, nawet lepiej). Opowiadanie Plaga - Otwarte Oko miało właśnie taki tytuł, ale skoro pierwsza część "cyklu" nie ma Plagi w tytule, to ta też mogłaby nie mieć. Poza tym najpierw wkradł się mały błąd (teraz poprawiony, ale został w linku) i zamiast oka było okno.
Tak czy owak, polecam się.

sobota, 7 lutego 2015

Gaja Grzegorzewska "Betonowy pałac"

Moje pierwsze zetknięcie z twórczością autorki. Środowiska polskich autorów i fanów kryminałów nie znam zupełnie, ot, obiło mi się o uszy, że taka autorka sobie istnieje, że została zauważona przez mainstream, wcześniej zgarnęła jakąś branżową nagrodę.
Z tego co zaobserwowałem czytając recenzje książki (tak, to ten przypadek, że reakcje innych mogą być zróżnicowane i interesujące), wzbudziła skrajne emocje. Jedni (zwłaszcza ci wrażliwi) odsądzają autorkę od czci i wiary, inny zastygli w niemym zachwycie. Tych letnich jest jakby mniej.
Czemu opisywana pozycja wzbudziła takie emocje? Książka opowiada o perypetiach niejakiego Profesora. Profesor był prawilnym ziomkiem z Osiedla, zaufanym żołnierzem Króla. Życie upływało mu na mordobiciach, chlaniu, ruchaniu i ćpaniu, w międzyczasie jednak zdążył ukończyć liceum, pójść na studia, jest całkiem oczytanym gościem, stąd też wzięła się jego ksywa. Po kilku latach przymusowego wygania (na egzotycznej wyspie) wraca do rodzinnego Krakowa, na rodzinne Osiedle, gdzie przez dwa lata jego nieobecności dużo się pozmieniało. W żelbetowym Jądrze Ciemności rządzi nowy władca - Opiekun. Pozbierał z całej dzielni najgorsze męty i świrów, uczynił z nich swój dwór. Przedstawia Profesorowi propozycję nie do odrzucenia - albo odnajdzie jego żonę, która zniknęła w tajemniczych okolicznościach, albo jego bliskim stanie się krzywda. To początek historii, pełnej seksu (także kazirodczego i pedofilii, sporo postaci jest homoseksualnych, autorka nie boi się też pokazywać nam głównego bohatera w sytuacji jak stoi w krzakach i się masturbuje lub kiedy dogadza mu w samochodzie prostytutka z Kleparza) i przemocy a także wszelkich zachowań uznawanych za niewskazane i patologiczne. Autorka zebrała do kupy wszystko co najgorsze z szarych blokowisk Azorów, Bieżanowa, Nowej Huty, Czyżyn, Kurdwanowa, z trybun stadionów zajmowanych przez kibolskie mafie mających powiązania z najwyższymi szczeblami władzy w mieście, łysych, przypakowanych orków z maczetami i handlarzy dragami, i z rozsypujących się kamienic Kazimierza, zwielokrotniła to wszystko do czystej esencji zbydlęcenia i wszelkiej patologi, do formy tak przejaskrawionej, że aż rażącej w oczy i z rozmachem wrzuciła do fikcyjnego Osiedla, miasta w mieście zapomnianego przez bogów i ludzi, zamieszkiwanego praktycznie tylko przez samych życiowych rozbitków, degeneratów i pozbawionych perspektyw blokersów. Tytułowy betonowy pałac to stojący w centrum Osiedla wieżowiec, z którego okien na ostatnim piętrze na swoje wiecznie spite, zaćpane, przedawkowujące anaboliki królestwo patrzy Opiekun.
Do tego zrobiła to z dużą dozą czarnego humoru i dziwnej, pozornie nie pasującej do takiego świata przedstawionego, lekkości. Zadbała rzecz jasna o pozostałe elementy świata przedstawionego - np. o język używany przez bohaterów. Stylizacja udała się jej wyśmienicie.
Mnie jednak cała ta doza obrzydliwości jakoś niespecjalnie ruszyła. Moje poczucie estetyki jest bardzo liberalne, poza tym pomijając oczywiste przejaskrawienie atmosferę Stołecznego Królewskiego autorka oddała całkiem nieźle. Takie jest to miasto, jak wyściubi się nos poza okolice turystyczne/studenckie. A czasem tego nosa wcale nie trzeba wyściubiać, tylko trzeba mieć pecha lub po prostu być dobrym obserwatorem. Autorka mogła do swojej wizji dorzucić jeszcze starych krakusów, wszystkich tych napuszonych staruszków będących wcieleniem miksu pani Dulskiej z austro-węgierskim urzędasem, to krakowskie (post)mieszczańskie Ahnenerbe strzegące coraz bardziej zdegenerowanej legendy dawnego Krakowa, z uporem maniaka strojące skronie w zwiędły lauru liść.
Tak czy owak, w pewnym momencie zadałem sobie pytanie, o czym właściwie jest ta książka i jaki cel ma to wszystko, bo główny wątek w którym co chwila wyłażą kolejne brudy z przeszłości kolejnych bohaterów (dawno nie spotkałem się z taką ilością kościotrupów wypadających z szaf) i każdy ma świetne powody by na wszystkich pozostałych się zemścić, zapowiadał się nieźle, a skończył się jakoś tak nijako, mało wyraziście (ok, nie mam na myśli samej samiusieńkiej końcówki, raczej zwolnienie akcji przed nim, gdy wszystko jest w miarę jasne a finałem nie było to, co myślałem że finałem będzie).
Zaryzykowałbym stwierdzenie, że w gruncie rzeczy jest to historia o mieście, o jego mrocznej stronie, o marginesie miasta, czasem zatrważająco szerokim i o złożonych procesach rozgrywających się w nim. I o tym, jak trudno się wygrzebać z własnej przeszłości, zwłaszcza, jeśli chciałoby się do niej nie wracać, a ona nie chce się odczepić. Dobra książka, ale niekoniecznie jako kryminał i absolutnie nie dla każdego.

Pokrótce #6

Chris Beckett Ciemny Eden

Pierwsze skojarzenie - Buczyłow i jego Osada (a także Przełęcz). Motyw ten sam - kolejne pokolenia ludzi żyjących na obcej planecie zmagają się z wrogim i nieznanym ekosystemem. Tyle, że w tym przypadku w przeciwieństwie do książki radzieckiego autora pamięć o Ziemi i nadzieję na ratunek ludzie przekuli w system społeczno-religijny, obłożony tabu i wykluczający jakiekolwiek zmiany, rozwój myśli technicznej, oswajanie środowiska, itd. Na dodatek na przestrzeni lat zlikwidowano Szkołę, bo przy zwiększającej się ilości ludności dzieci również miały chodzić na polowania lub zbierać pożywienie. Poza tym, ze względu na pochodzenie od wspólnych przodków (w tym gościa gwałcącego nagminnie własne córki) wszyscy ludzcy  mieszkańcy planety uprawiają kazirodztwo. Wiąże się to z dużym odsetkiem w populacji jednostek o dosyć odpychającej fizjonomii. O dziwo nie z wadami psychicznymi i ogólnorozwojowymi, w każdym razie nie ma opisanych takich przypadków. Trzeba przyznać, że obyczaje panują w Edenie dosyć luźne, jest to umotywowane potrzebą przetrwania gatunku.
Na drodze do zupełnej degrengolady i wtórnego barbarzyństwa stoi młody, za dużo myślący innowator-ikonoklasta; wraz z grupką przyjaciół najpierw zostaje wyłączony ze wspólnoty za złamanie najbardziej uświęconego tabu (co budzi silną konserwatywną reakcję i przyspiesza też zmiany w samej wspólnocie) a potem wyrusza w nieznane. Ludzkie osiedle znajduje się w dolinie otoczonej górami, gdzie panuje wieczna zima - główny bohater wierzy, że za nimi rozciąga się wielki świat.
Świetna historia, dobrze napisana, wiarygodnie przedstawiona, z zacięciem socjologicznym. Znacznie bardziej posępna i pesymistyczna w porównaniu do wspomnianej, o szmat czasu i miejsca wcześniejszej historii Buczyłowa.

Yukio Mishima Zimny płomień

Zbiór opowiadań kontrowersyjnego japońskiego autora, w którego twórczości granice między miłością do drugiego człowieka (także homoseksualną), zachowaniami autodestrukcyjnymi a miłością do ojczyzny i przywiązaniem do wartości kultury samurajskiej są bardzo płynne. Mishima popełnił seppuku, po nieudanej próbie - no właśnie - puczu? spowodowanej zrzeczeniem się boskości przez cesarza.
Tak czy siak, opowiadania w tym zbiorze bardzo dobrze odzwierciedlają niespokojnego ducha autora. Jest naturalistyczny wręcz opis seppuku popełnianego przez młodego wojskowego i samobójstwa jego pięknej żony, jest historia o nieszczęśliwej miłości (homoseksualnej z - jakbyśmy to teraz mogli określić - podtekstem genderowym), są opowieści o konfrontacji starej i nowej kultury, są poruszające opowiadania o tragediach spadających na przypadkowych ludzi. Autorowi niezwykle plastycznie, na swój sposób poetycko udało się przedstawić sceny śmierci i zniszczenia, jak i duchowej i cielesnej miłości. Zanim sam się rozciął potrafił dokonywać wiwisekcji cierpiących umysłów, lekko, zwiewnie, chwilami wręcz onirycznie.
Podsumowując, wysmakowany literacko zbiór okraszony posłowiem Beaty Kubiak Ho-Chi stanowi interesujący wgląd w twórczość nietuzinkowego autora i jego prywatny świat.

Czarna msza. Antologia opowiadań science-fiction, red. Wojciech Sedeńko

Wbrew tytułowi budzącemu całkiem przyjemne skojarzenia, nie mamy do czynienia z promocją satanizmu. Ot, redaktor we wstępie zauważył (i to w 1992 roku) że pustkę po totalitarnej ideologii panującej w PRLu wypełnił kościelny moloch. Zgromadzeni autorzy wyciągnęli z tematyki religijnej różne wnioski - najbardziej w pamięć zapadły mi dwa opowiadania, z socjologicznym mechanizmem kozła ofiarnego u Jacka Inglota (Umieraj z nami) oraz metafizyką high-tech w odległym kosmosie u Jacka Dukaja (Korporacja Mesjasz). Ciekawym pomysłem było na swój sposób ekumeniczne Interregnum Tadeusza Oszubskiego. Rafał Ziemkiewicz popełnił zaś tekst (Źródło bez wody) biorący w obronę lefebvrystów. To opowiadanie też zapamiętałem, niestety. Interesująca wizja przewinęła się przez dopełniające się nawzajem opowiadania Jarosława Grzędowicza i Jacka Piekary (kolejno Dom na krawędzi Światła, Dom na krawędzi Ciemności).
Za tę klasyczną antologię (wyd. 1992) dałem na targu 3zł.

Dzikie karty, red. George R.R. Martin

Tłumaczenie rozszerzonego wydania niezwykle poczciwej antologii, ulepionej w ramach jednego uniwersum i po części wspólnych bohaterów.
W tej alternatywnej historii niedługo po IIWŚ dochodzi w Stanach Zjdenoczonych do rozpylenia wirusa tytułowej dzikiej karty, opracowanego na odległej planecie przez zbliżoną w genotypie do ludzi rasę. Rzecz jasna, związana jest z tym dłuższa historia, której nie ma sensu tutaj streszczać. Katastrofie chce zapobiec samotny przybysz, znany później jako doktor Tachion.
Mleko się rozlało - wirus wpada w ręce iście komiksowych łotrów, przy próbie ich unieszkodliwienia ginie iście komiksowy (super)bohater Śmig. Ogrom zarażonych wirusem umiera od razu, reszta przechodzi najróżniejsze, najrozmaitsze mutacje. Ci, którzy uzyskali przydatne moce, nie zostali przy tym zbytnio zdeformowani ani nie odczuli poważniejszych skutków ubocznych nazywani są mianem Asów. Ci, których wirus zmienił w postludzkie, zmutowane potwory lub w najlepszym razie mocno oszpecił i popsuł zdrowie nazywani są mianem Dżokerów. Wirus może uaktywniać się sam z siebie lub w określonej sytuacji. Jest przenoszony z pokolenia na pokolenie, bo doczepia się do DNA. Czasem można nauczyć się kontrolować nabyte zdolności, czasem nie.
Sama wizja jest do bólu komiksowa. Skojarzenia z X-Men nasuwają się same, nawet jedna z Asów otrzymała moce podobne do Shadowcat. Rzecz jasna, nie są to negatywne skojarzenia. Taka konwencja idealnie sprawdziła się w przypadku tej książki.
Majstersztykiem jest powiązanie tego wszystkiego w mniej-więcej spójną całość i poprowadzenie tej historii przez faktyczną historię Stanów Zjednoczonych. Mccartyzm, Wietnam, Strefa 51, katastrofa samolotu U-2 nad ZSRR, środowisko filmowców w Hollywood, zimna wojna, hippisi, ruchy emancypacyjne, miejskie legendy, jak ta o aligatorze w kanałach - wszystko zostało przez autorów powiązane i przefitrowane przez ich historię o wirusie z kosmosu. Do tego dorzucili interludia, czyli urywki stylizowane na fragmenty z prasy, książek, wspomnień - jest nawet gonzo Lęk i odraza w Dżokerowie autorstwa Dr Huntera S. Thompsona (i jest to majstersztyk; jak nie znacie prawdziwej książki Fear and Loathing in Las Vegas Thompsona to polecam).
Podobnie jak w przypadku wspomnianego tytułu Marvel Comics, historyjki o ludziach borykających się z supermocami kryją głębsze dno, są opowieściami o akceptacji i otwartości i radzeniu sobie z samym sobą (a także o dokonujących się zmianach społecznych, seksie, narkotykach i przemocy).
Trudno wyróżnić mi najlepszy i najgorszy tekst - tym bardziej, że (przynajmniej w większości) stanowią w miarę połączoną całość. Cała antologia jako taka jest bardzo dobra, polecam uwadze zwłaszcza fanów komiksów i pulpy z przekazem.

Mary Shelley Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz

Klasyk horroru i s-f co jakiś czas odkrywany na nowo i odczytywany na rozmaite sposoby. Nowe wydanie w tłumaczeniu Macieja Płazy, zawierające posłowie jego autorstwa oraz ilustracje (drzeworyty) Lynda Warda. Do tego w książce znalazły się wstęp autorki do trzeciego wydania (to jest tłumaczenie wersji pierwotnej), fragment Pogrzebu George'a Gordona Byrona, Opowieści o duchach męża autorki oraz Wampir Johna Williama Polidori'ego.
Szczerze? Frankenstein  to koszmarna ramota, egzaltowana, naiwna i pełna dłużyzn, cierpiąca na wszystkie choroby literatury romantycznej. Mogę to porównać do pradziadka-bohatera wojennego, o którego heroicznych czynach pamięta cała rodzina, które ukonstytuowały niejako pozycję rodziny i poczucie jej wspólnoty, wspólną tożsamość łączącą najbardziej oddalonych od siebie krewnych. Przodka wszyscy szanują, pamięć o nim przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Niestety, obecnie zacny praszczur jest zżartym przez Parkinsona i Alzheimera wrakiem załatwiającym się bezwiednie pod siebie. Okrutne, ale prawdziwe.
Długo by wymieniać, dlaczego książka była (i jest) dziełem ponadczasowym (wprowadzenie odniesień filozoficznych i naukowych na taką skalę, pytania o człowieczeństwo i jego granice, o moralną odpowiedzialność w ogóle i w badaniach naukowych, o istotę zła i dobra, itp, itd., etc.), nie warto też przypominać jej wkładu w naszą kulturę (masową i bardziej zindywidualizowaną) bo jest oczywisty. Pokłońmy się i idźmy na przód, zmianę pieluchy pozostawiając przeklinającej pod nosem pielęgniarce.

Władysław Reymont Wampir

Wszystkie zarzuty jakie mam wobec Frankensteina pasują jak ulał do Wampira. Oczywiście z uwzględnieniem diametralnie innego kontekstu wynikającego z innych czasów, warunków i miejsca oraz faktu, że Wampir jest pozycją raczej nieznaną szerzej rzeczy czytelników, nawet siedzących w gatunku. Dotarłem do połowy książki, nie byłem w stanie ruszyć dalej. Cóż, co kto lubi.

Pora Zwyrola: Noc Zombie, 30.01.15

Noce terroru (ech, jakby nie można było przetłumaczyć terror na groza) i Zombie: Pożeracze mięsa (Fulci! scena w której zombie walczy pod wodą z rekinem!) nie były takimi paściami jak nunsploitation z poprzedniej Pory, więc momentami się nudziłem. Ale i tak była to wspaniała uczta filmowa dla wybrednych o ekscentrycznych gustach.

Odpryski Special #2

1) Z początkiem roku zakończyło się wyzwanie czytelnicze Eksplorując Nieznane. Wyniki są na blogu głównej pomysłodawczyni i realizatorki projektu, Silaqui.
Zająłem drugie miejsce. Serdecznie gratuluję pozostałym zwycięzcom. Udział w wyzwaniu czytelniczym był ciekawym doświadczeniem, aczkolwiek jednorazowym, ze względu na brak czasu na czytanie według określonego z góry klucza, w sytuacji gdy czasu na jakiekolwiek czytanie i pisanie nie jest wiele.
Notki o książkach przeczytanych przeze mnie w ramach wyzwania są dostępne pod etykietą Eksplorując nieznane '14.
Kilka z nich wymaga pomniejszych poprawek, zwłaszcza w przypadku składni i zachowania ciągów przyczynowo-skutkowych, ale niech tam.

sobota, 24 stycznia 2015

Pokrótce #5

Neverending Nightmares, Infinitap Games, 2014

Gra komputerowa, indyk opłacony przez kickstartera. Gra chodzona, polegająca na przemieszczaniu się poczciwym protagonistą przez senne koszmary, coraz gorsze, raz za razem. Horror w którym nastrój grozy uzyskano przez stare, dobre, prostackie wręcz metody - widzimy coś, czego nie powinno być, widzimy jak coś się w otoczeniu zmienia, bądź zmienia się kontekst ukazanych przedmiotów/sytuacji, dajemy się zaskoczyć przez nagłość wystąpienia Czegoś, widzimy jak niesamowicie obskurne i odrealnione, przejaskrawione są senne lokacje przez które przemieszczamy drepczącego bohatera (posiadłość, szpital, szpital psychiatryczny, stary cmentarz, mroczy las).
Oldschoolowa grafika, scenerie wymownie tonące w szarości, czerni i bieli, z wyjątkiem krwi, flaków, potworów (z którymi nie walczymy i z którymi kontakt kończy się natychmiastowym i brutalnym zejściem) i paru przedmiotów.
Fantastyczne udźwiękowienie, zarówno ścieżka dźwiękowa (dark ambient) jak i odgłosy.
Jak to w sennych koszmarach, interakcji i wpływu na cokolwiek mamy jak na lekarstwo. Dialogi przewijają się same, ekwipunku w sumie nie ma (czasem możemy przenieść jakiś przedmiot, np. świecę rozświetlającą egipskie ciemności w części plansz), czasem akcja się urywa, przerywają ją cut-scenki. Ciekawie rozwiązano przechodzenie do dalszych etapów gry - niekiedy trzeba zginąć, by obudzić się w następnym koszmarze, bądź zginąć odpowiednią ilość razy, by na planszy coś się zmieniło.
Całkiem sensowne i zróżnicowane są trzy możliwe zakończenia - każde jest kompletnie inne i opowiada inną historię. Dlatego w gruncie rzeczy nie wiadomo, co naprawdę wpędziło głównego bohatera w serię dręczących go nocnych koszmarów.
Głównym pomysłodawcą i twórcą gry jest Matt Gilgenbach, który sam zmagał się z depresją i zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi; w NN zawarł osobiste emocje i wrażenia.
Specyficzna gra dla świadomego odbiorcy, mnie się podobała.


William Faulkner Opowiadania tom II, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1958

Faulkner to jeden z moich ulubionych pisarzy amerykańskich i pisarzy w ogóle ever. Pierwszy raz zetknąłem się z jego twórczością jeszcze w ogólniaku, wywarła na mnie duże wrażenie. Jakoś tak się historia poukładała, że musiały minąć całe lata, nim do Faulknera wróciłem.
Drugi tom opowiadań składa się z trzech części, grupujących opowiadania według wątków przewodnich. Część czwarta grupuje historie o żołnierzach z frontów I wojny światowej, ich rozpadających i składających się w ogniu i krwi światach, niezgodzie na bezsens wojny i jeszcze większy bezsens śmierci (poniekąd życia też) oraz prób odnalezienia się w nowym świecie po zakończeniu wojny. Faulkner zdecydowanie pokrewny jest Remarque'mu niż Jüngerowi w swoim spojrzeniu na fenomen wojny, boleśnie odzierającej wkręconych w jej tryby ze złudzeń. Część piąta zawiera głównie opowiadania umiejscowione na amerykańskim Południu po wojnie secesyjnej. Obserwujemy zderzenie kultur między południowcami a Jankesami, zmiany w zwyczajach i mentalności, mniejsze i większe ludzkie dramaty na tle bolesnych i nieuniknionych przemian. Wszystkie opowiadania z tej części ukazują jakąś formę rozliczania się z amerykańską historią i kulturą. Część szósta zaś, najbardziej niejednoznaczna, grupuje opowiadania z pogranicza weird. Autor stawia przez swoich bohaterów pytania o sens życia, o sens wartości, zestawia ich z szaleństwem i wrzuca w sytuacje, których nie da się racjonalnie wyjaśnić. W innych przypadkach snuje narracje z niejasnych punktów widzenia, nie przedstawia tych, których przemyślenia i punkty widzenia rozpościera przed czytelnikiem.
Faulkner pisał w charakterystycznym stylu, bardzo plastycznym, dosyć poetyckim, każde jego słowo jest żywe, barwne, niewymuszone, na swoim miejscu; jego porównania i metafory są niebanalne i zaskakują nieraz przyjętą optyką. Jak na rok wydania, tłumaczenie jest bardzo dobre - ot, czasem tłumacze mieli problem z nazwami własnymi, np. miast - jest to jednak nieważny w sumie szczegół.


William S. Burroughs Wybuchowy bilet, vis-a-vis Etiuda, 2014

Ok, mam dosyć Burroughsa. Ledwo tę pozycję zmęczyłem. Cóż, o ile Nagi Lunch czy Ćpun były bardzo dobrymi historiami podanymi w eksperymentalnej formie (do tego z ładną podbudową około-filozoficzno-ideologiczną), to Trylogia Nova, czyli - jak na razie - Delikatny mechanizm i Wybuchowy bilet to przerost formy nad treścią. Ok, szacunek budzi rozmiar i skomplikowanie całego zamysłu, do tego jako rodzaj manifestu sprawdza się naprawdę dobrze, ale jest to czytelne w niewielkim stopniu. Jak dla mnie, jest to przerost formy nad treścią. Sporadyczne naprawdę dobre bon-moty czy przedstawione hmm wizje wrzucone są do chaosu przypadkowo poskładanych zdań o wszystkim i o niczym i mimo mojej sympatii dla postaci autora jak i przyświecającego mu zamysłu z przykrością muszę stwierdzić, że już dawno żadna książka nie zmęczyła mnie tak, jak Wybuchowy bilet. Za tłumaczenie odpowiada kto inny niż za poprzednie Burroughsy wydane przez vis-a-vis i to widać. Maya to nie imię żeńskie, tylko odwołanie do Majów z poprzedniej części, a przetłumaczenie Nova Police (dwa rzeczowniki) jako Nova Policja (przymiotnik rzeczownik; deklinacja np. Novej Policji, itd.) to pomysł co najmniej dziwny i niezbyt trafiony. Ale niech tam, w końcu sam pomysł by to tłumaczyć jest szalony, bo zabiera z książki to, co Burroughs chciał osiągnąć - przypadkowość, zerwanie z tyranią słów i kontrolą świata przez zawarte w piśmie/mowie/obrazie/itp. pojęcia (przynajmniej ja tak to odbieram).
Zabawa intelektualna: zamiast tłumaczenia poszczególnych książek można by przetłumaczyć rękopis, który posłużył za źródło treści wszystkich trzech książek, po czym można by było przerobić go techniką cut-up w trzy osobne książki, zgodnie mniej-więcej z oryginalnym podziałem autora. To by było coś.


Wystawa - Olga Boznańska, Muzeum Narodowe, Kraków

Jak dla kogoś, kto o artystce wiedział tyle, że sobie kiedyś gdzieś tam żyła i tworzyła, to wystawa mogła być naprawdę wartościowa. W każdym razie ja sporo wiedzy i doznań estetycznych z niej wyniosłem.
Dla bardziej zaawansowanych w malarstwie (jak np. dla mojej partnerki, z którą tam byłem) wystawa może być rozczarowująca.


Tsutomu Nihei Abara, J.P.Fantastica, 2014

Autor, znany głównie z serii BLAME! (nie czytałem, tak twierdzi polska Wikipedia), nie jest jakoś szczególnie rozpoznawany, aczkolwiek zdążył wyrobić sobie markę. Rysował też m.in. dla Marvela (Wolverine: Snikt! - to akurat kojarzyłem, miałem gdzieś nawet ściągnięte pirackie skany).
Abara (Żebra) to rzecz dosyć skomplikowana. Tak na prawdę nie wiadomo, o co właściwie chodzi, co, po co i na co się dzieje, prawidła rządzące światem przedstawionym czytelnik poznaje na przykładach. Do tego co chwila zasypywany jest nieznanymi terminami, nieraz co najmniej groteskowymi. Polski wydawca słusznie dołączył krótkie posłowie, w którym podsumował i uporządkował treść tomu.
Ogólny klimat jest bliski weird, sceneria to obłędne, odhumanizowane, gargantuiczne megalopolis, do tego w sporej części wyludnione lub przynajmniej sprawiające takie wrażenie (ewentualnie ludzie są tak śmiesznie mali i nic nie znaczący w porównaniu ze scenerią, że rozmywają się w niej/na jej tle). Plątaniny niebotycznych budowli, całych kompleksów, zdają się ciągnąć po horyzont, nie widać ani jednego drzewa, a nawet dróg pomiędzy nimi. Stałym elementem miasta są do tego miliony rur sterczących ze ścian, podłóg, sufitów, lub przykrywających całe przestrzenie między częściami miasta (co budzi skojarzenie z niektórymi pracami Gigera).
Autor z wykształcenia jest architektem, co widać. Oprócz plątanin kolosów miło kojarzących się z żelbetowymi kanionami są też obłędne, surrealistyczne około-zamki, pełne wyrastających ze wspólnych brył strzelistych wieżyczek.
Kreska autora zasługuje na pochwałę nie tylko odnośnie miejsc akcji. Jego styl jest zarazem bardzo szczegółowy, z uwzględnieniem niewiarygodnej ilości detali (twarze!) jak i naturalistyczny i realistyczny zarazem, także realistyczny w przedstawianiu tego, co wyjątkowo nierealistyczne.
Tak cudownego horroru cielesnego, tak schorzałych, wynaturzonych i poddanych dekonstrukcji sylwetek ludzkich, nieludzkich, prawie-że-ludzkich oraz być-może-kiedyś-ludzkich dawno nie widziałem. Ileż tu kościanych zewnętrznych szkieletów/pancerzy, ni to macek, ni to kończyn, narządów o nieznanych lecz złowrogich funkcjach.
Do tego krew leje się gęsto, flaki, głowy i odcięte kończyny fruwają malowniczo w powietrzu. Mamy tu m.in. scenę wyrwania kręgosłupa. Postać poddana temu zabiegowi potem jest cała i zdrowa, ale taka jest logika świata przedstawionego, takiego trochę cyberpunku bez charakterystycznych dla gatunku gadżetów i gadżeciarstwa.
O samej fabule ciężko coś napisać - to opowieść o apokalipsie, ukrytych rządowych agendach i nieprzyjaznym Nieznanym pojawiającym się (dosłownie) znienacka.
Tom zamyka dwuczęściowa historia Digimortal. Szczerze mówiąc, nie wiem, jaki ma związek z Żebrami. Jest kolejnym niedopowiedzeniem. Wizja świata jest podobna ale inna. Rekwizyty te same, konwencja ta sama, postacie mają znajome rysy, świat jest inny.


Aleksandra Waliszewska Gold Hands Tremble/Złote rączki drżą, Fontarte Editions 2014

Artbook zbierający około 170 grafik (uwzględniając te na okładce) mojej ulubionej współczesnej polskiej malarki, bogato czerpiącej z najróżniejszych tradycji i nurtów. Na malarstwie znam się tyle o ile, nie znam odpowiedniej metodologii i aparatu pojęciowego, więc jeśli gdzieś rozminę się z ekwiwalentem empirycznym to przypadkiem, niechcący. Tak czy owak, u Aleksandry Waliszewskiej istoty rodem ze średniowiecznych i renesansowych grymuarów czy bestiariuszy sąsiadują z postaciami w dresach czy skinheadami, a ci z potworami niszczącymi miasta i innymi motywami zaczerpniętymi z popkultury. Barokowe pełne twarze, obok twarze pełne emocji i zachwycające szczegółami sąsiadują z uproszczonymi, zniekształconymi sylwetkami. Jednolite plamy tła podkreślają sceny absurdalne, groteskowe, urywki z jakiś nieopowiedzianych nigdy baśni, motywy apokaliptyczne i okultystyczne zderzają się z urokliwą, nieco infantylną perspektywą jakby dzieci zagubionych w bardzo niedobrych miejscach lub śniących coś, czego raczej nikt nie chciałby przeżyć. Jest dziwacznie, duszno, czasem groteskowo, czasem przytłaczająco, czasem przejmująco, czasem autorka puszcza oko do chłonącego jej obrazy widza i serwuje jakiś żart z sobie tylko znaną puentą, czasem pozostawia go zadziwionego i idzie dalej. Bohaterki i - rzadziej - bohaterowie Waliszewskiej są rzuceni na pastwę czegoś niedopowiedzianego, niewyrażonego, czegoś hipnotyzującego i drażniącego zmysły. Czegoś złowrogiego. Jej wyobraźnia zdaje się nie mieć ograniczeń.
Oprócz reprodukcji obrazów (szkoda, że takich małych, co jednak jest uzasadnione i zrozumiałe oraz szkoda, że nie podpisanych, nawet jeśli część z nich nie miała nadanych tytułów) w książce znalazło się kilka tekstów o autorce/dla autorki. Każdy z tych tekstów został zamieszczony w dwóch wersjach językowych - polskiej i angielskiej. Są to m.in. opowiadanie Szczepana Twardocha (całkiem dobre, świetnie wpisujące się w klimat obrazów), wyrazy uznania + wiersz Davida Tibeta, wyrazy uznania od Warrena Ellisa oraz wywiad z malarką.
Codziennie przeglądam tę książkę, przynajmniej kilka stron, codziennie daję się zaskoczyć i zadziwić.

czwartek, 15 stycznia 2015

"Śnijmy dalej"

Moje opowiadanie o tym tytule właśnie wylądowało na niedobrych literkach. O, tutaj.

Jest to znacznie zmodyfikowana wersja Plagi, jednego z pierwszych opowiadań, jakie napisałem. Plagę wrzuciłem kilka lat temu na stronę Nowej Fantastyki, gdzie zebrała kilka pozytywnych komentarzy, przez ogół została zignorowana, pewnie wisi gdzieś tam do dziś.

Śnijmy dalej to trochę bizarro, momentami gore/body horror, przemyślenia jakie tam zawarłem zahaczają zaś o weird.

Poczciwość dla niepoczciwych. Polecam się.

niedziela, 11 stycznia 2015

Odpryski XLIII

1) No i zaczął się kolejny rok. I to ~1,5 tygodnia temu. Jak ten czas leci.
2014 był dobrym rokiem. Sądzę, że nie tylko dla mnie, ale i dla innych ~~24-26 latków po studiach, zaczynających pierwszą poważną pracę, wynajmujących kąt lub cztery w nieswoim mieszkaniu i nieposiadających rodziny innej niż dawni prawni opiekunowie, zwierząt, samochodu ani zaciągniętych kredytów był to dobry rok. Dla wszystkich pozostałych ludzi mógł być już mniej dobry. Ja osobiście nie narzekam, a w każdym razie - nie na to.

2) Nie cierpię podsumowań, a podsumowań noworocznych w szczególności. To, że tak się jakoś dziwacznie poukładało, że Nowy Rok wypada w zimę a nie w środku lata to efekt złożonych procesów historycznych, nie ma po co go absolutyzować. Liczenie czasu to kwestia sporna a magia liczb to abstrakcyjne pojęcia. Każdy sam lepiej wie, co i po jakim czasie w swoim życiu podsumować, i nie potrzebuje do tego odgórnych ram.

2,2137) Dając się mimo wszystko ponieść magii liczb - chciałbym mieć więcej czasu na cokolwiek, bo tego ciut brakowało. Mam ambitne plany na dokończenie to tego, to owego, na podjęcie kolejnych studiów (2-letnie magisterskie) przy jednoczesnej pracy, jeszcze jakieś pomniejsze projekty. Jest też opcja wejścia na papier z własnymi wypocinami. No, ale pożyjemy, zobaczymy, co z czego wyjdzie.

3) W każdym razie, postanowień noworocznych też nie cierpię. Jeśli ktoś chce coś zmienić w swoim życiu, to może to równie dobrze zrobić z dnia na dzień w ciągu roku. Jednakże ufejsbukowionym polecam takie oto sympatyczne postanowienie: klik.

4) Jak to mawiają ostatnio - je suis Charlie.

niedziela, 28 grudnia 2014

James Herbert "Szczury"

Debiut autora i pierwsza część cyklu, którego tylko dwie pierwsze części ukazały się w Polsce (w każdym razie nie słyszałem o późniejszych). Coś pomiędzy horrorem o zmutowanych zwierzętach a a post-apo (ostatni, trzeci, tom i dopełniająca trylogię powieść graficzna rozgrywają się po zagładzie atomowej).
Prosta fabuła, nakreślona z rozmachem. Ot, tajemniczy nowy gatunek szczurów rozwija się bujnie w slumsach powojennego Londynu. Zwierzęta atakują ludzi, roznoszą śmiertelną chorobę, przegryzają się przez przeszkody, są bardzo wytrzymałe, niezwykle inteligentne, na dodatek być może kieruje nimi jakaś inteligencja...
Główny bohater to nauczyciel, wychował się w niezbyt dobrej okolicy nieopodal doków, ale wrócił tam by pomagać takim dzieciakom, jakim on sam niegdyś był. Jest całkiem cyniczny i bardziej przypomina bohaterów jakiś hard boiled niż nauczyciela plastyki.
Krew leje się gęsto, wnętrzności sypią się obficie. Większość bohaterów drugo- i jeszczedalejplanowych pojawia na kartach powieści tylko po to, by efektownie zginąć.
A same szczury, cóż, jakoś tak wyszło, że nikt za nimi nie przepada, a to naprawdę cudne stworzenia. Inteligentne, potrafią przywiązywać się do właścicieli. Tak fajnie sobie dreptają, stają na tylnych łapach, rozglądają się wokoło, poruszają długimi ogonami. Nigdy nie rozumiałem, czemu po tylu wiekach od epidemii dżumy ludzie nadal mają zakodowany podświadomy strach przed nimi. A są piękne. Chętnie bym kilka hodowlanych przygarnął, gdybym miał czas by się nimi zajmować i gdybym miał w pokoju miejsce na klatkę.
Tak czy owak, książka jako taka spełnia dobrze swoją rolę poczciwego czytadła. Trzyma w napięciu, mamy kilka zwrotów akcji, jakieś niedookreślone wątki polityczne w tle, poprawnie odwlekany finał, wreszcie cliffhanger na zakończenie. Tyle i aż tyle/tylko tyle. Gdy się ukazała, momentalnie stała się hitem, ale czasy były inne i popkultura też była inna.

sobota, 27 grudnia 2014

Thomas Ligotti "Teatro Grottesco"

Ligotti jest postacią dosyć enigmatyczną w rodzimym światku horrorowym i zbliżonym. Chyba wszyscy siedzący w środowisku o nim słyszeli, że dobry nihilistyczny herbatnik, za to mało kto go czytał. Pojawiały się pojedyncze jego prace rozsiane po antologiach (999, Wielka Księga Potworów, Po drugiej stronie, może coś tam jeszcze) i czasopismach (kilka razy Nowa Fantastyka, Trans/Wizje, Coś na progu, może coś tam jeszcze), żadna jego kompletna książka jednak się nie ukazała w polskim tłumaczeniu (nie licząc wiszących w internetach fragmentów). Aż do teraz.
Teatro Grottesco wydała Okultura, wydawnictwo specjalizujące się w pozycjach okultystycznych, nauce, religii i psychologii - nazwijmy to - alternatywnych, ezoterycznych, zaangażowanej kontrkulturze, itp. To ich pierwsza beletrystyka od dłuższego czasu. Zainteresowanie Ligottim trochę ich przerosło - pierwszy rzut książki wydanej w nakładzie 500 sztuk (szkoda, że nie numerowane ręcznie, najlepiej krwią autora) wyprzedał się prawie cały w krótkim czasie, aż sklep internetowy wydawnictwa przestał działać (chyba, że przestał działać z jakiejś innej przyczyny, ale tak mi się skojarzyło, że jego Wola Mocy była słabsza niż suma Wól poszczególnych osób zainteresowanych książką). Może i w obrębie pewnej niszy, ale jednak sukces marketingowy Teatro być może pociągnie za sobą wydanie w Polsce innych pozycji Ligottiego, w tym słynnej (także przy okazji serialu True Detective i plagiatu na Ligottim) The Conspiracy Against The Human Race. Osobiście bardzo sobie cenię ofertę Wydawnictwa Okultura (Czerwona Bogini była od nich, Trans/Wizje również), mają ładne okładki, ich plusem jest także to, że nie wydają New Age'owego chłamu ani Davida Icke'a.
Mogliby wydać Science Delusion Sheldrake'a - jeśli ktoś z Wydawnictwa czyta te słowa, to sądzę, że byłby to całkiem niezły pomysł. Ja bym w każdym bądź razie tę książkę kupił.
Wracając do Teatro Grottesco, za tłumaczenie wzięli się ludzie rozumiejący twórczość Amerykanina, utrzymujący z nim kontakty i inspirujący się jego twórczością w różnym zakresie. Nie ma w tym niczego dziwnego, za to bardziej zdziwiłem się widząc nazwisko Joanna John pod Skład i łamanie.
Cóż można powiedzieć o twórczości Ligottiego. W sumie chyba wszystko na jego temat zostało już powiedziane. Musiałbym żywcem przepisywać innymi słowami opinie innych, a nie chce mi się tego robić. Więc tylko trochę uwag ogólnych. Pobrzękują w niej zimno wszystkie jego lęki i fobie, zmieszane z osobistymi doświadczeniami wyniesionymi od czasów młodości w Detroit aż po dzisiejszy dzień. Pełno tam postindustrialnych, wyjałowionych przestrzeni, które wyobrażam sobie jako szare, spowite smogiem pustkowia bez choćby jednego drzewa. Poniekąd rozumiem, jak bardzo inspirujące mogą być rozwalone fabryki i masy poskręcanego żelastwa pnące się w górę wyżej niż okoliczne domy, sam w czasach liceum piłem z kumplami w ruinach fabryki chemicznej, która niegdyś uległa pożarowi. Mimo upływu czasu teren był skażony, gdy siedziało się tam zbyt długo, każdego bolała głowa. Kominy, hale fabryczne, opustoszałe przestrzenie tak obrzydliwie wielkie - zawsze odczuwam je w podobny sposób jak człowiek średniowiecza musiał odczuwać potężne, strzeliste kościoły - jako coś niepojętego, napawającego nieokreślonym lękiem, tyle, że nie  poświęconego żadnej chwale żadnego Boga, lecz Człowieka i jego tytanicznych prób przekształcania świata. A że te próby różnie wychodziły, zazwyczaj wcale, to trudno.
Snujący się po zakamarkach Motor Town Ligotti naszprycowany lekami na depresję i cholera wie, na co jeszcze, musiał taki krajobraz odbierać podobnie, ale widział w nim tylko przejmującą pustkę lub zabsolutyzowane mechanizmy wyzwolone spod zasad logiki i ludzkiej ręki (jak w opowiadaniu Czerwona wieża). Pracował w korpo, co tylko zwiększyło jego odczuwanie bezsensu wszystkiego. Każdy to pracuje lub pracował w korpo zapewne nie raz i nie dwa zastanawiał się nad bezsensem sprzecznych zasad, niedookreślonych regulaminów, wykonywaną sztuką dla sztuki lub pracą nad pierdołowatym, na pierwszy rzut oka nikomu do niczego nie potrzebnym przelewaniem z pustego w próżne. Połączył z korporacjami lekarzy i w sumie całą organizacją społeczną, co momentami przypominało mi paranoiczne, apokaliptyczne wizje z manifestów Patientenfront/Sozialistisches Patientenkollektiv i rodziło pytania o sensowność antypsychiatrii (myślę, że gdyby Ligotti dostał jakieś dobre, działające psychotropy, to jego światopogląd by się zdecydowanie zmienił). Wykreował bohaterów tracących kontakt z i tak wynaturzoną rzeczywistością rodem z dziwacznego snu lub bad tripu lepiej nie wiedzieć, po jakich środkach, rozbitych schizofreników, dekadenckich artystów, postaci niedookreślonych, mających być może więcej niż jedną jaźń, itd. Czasem sięga także po środki horroru cielesnego. A na samym końcu dzięki wywołaniu bóli brzucha ciemność nadciąga nad świat(y tych, którzy wzięli udział w... a, nie ważne).
Jego styl jest charakterystyczny. Czasem akcja jest szczątkowa, fabuła jest pretekstowa do ukazania urywka z czegoś wszechogarniającego i przerażającego. Opanował do perfekcji sztukę pisania zdań wielokrotnie złożonych, głęboki ukłon należy się tłumaczom, że potrafili je oddać po polsku bez cięć i z zachowaniem ich sensu.
Książkę uzupełnia wstęp do polskiego wydania napisany przez samego Ligottiego, w którym pisze o wpływie na jego twórczość m.in. Bruno Schulza oraz wprowadzenie do nihilistycznej filozofii Amerykanina autorstwa Wojciecha Guni i Sławomira Wielhorskiego. Ten esej świetnie się sprawdza w roli swoistego Ligotti for the beginners i wprowadza trochę porządku i punktów odniesienia do jego przemyśleń. W dołączonej na sam koniec bibliografii niepotrzebnie pozostawiono kodowanie na stronę internetową.
Podsumowując, ci, którzy na to czekali, w końcu się doczekali. Wątpię, żeby po książkę sięgnął ktoś przypadkowy. A już na pewno stereotypowy fan kolejnych, wyrzygiwanych przez kolejne wydawnictwa reedycji Kinga czy Mastertona nie za bardzo ma tu czego szukać. Nawet i ktoś lubiący się w klasycznym weird, nieco ramotowatych macek Lovecrafta czy wcześniejszych od niego może poczuć się zagubiony w zetknięciu się z twórczością Ligottiego. Bo niby są tu gdzieniegdzie jakieś macki, a tak na prawdę to ich nie ma, jest tylko koszmar ludzkiej uwarunkowanej egzystencji i kłamstwo świadomości. I niewątpliwe szaleństwo autora. A może to on jeden ma rację, a świat jest szalony. Kto wie, kto wie.