Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eksplorując nieznane '14. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eksplorując nieznane '14. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 sierpnia 2014

Robert A. Heinlein "Dubler"

Klik!

Czytałem tę książkę po raz pierwszy dawno temu.
Powinienem skończyć z tym przykrym zwyczajem rozgrzebywania swoich starych fascynacji książkowych i weryfikowaniu swoich ówczesnych wyobrażeń sprzed lat z ich autentyczną wartością, którą mogę ocenić mniej-więcej po latach. Kiedyś, jeszcze w czasach gimnazjum lub może i nawet końcówki podstawówki ta książka była dla mnie arcydziełem (nie oszukujmy się - chyba jak każda, którą wtedy czytałem, dopiero rzucając się w bezdenne i bezbrzeżne otchłanie wszelakiej beletrystyki), a teraz, cóż...
Trudno. Stało się.
A teraz jest tylko dobrym czytadłem. Jak na rok powstania (1956) pewnie była spoko, całkiem odkrywcza i świeża, ale teraz już nie jest. Przede wszystkim sam pomysł na fabułę - przypadkowy aktor podobny do kogoś ważnego ma tego kogoś ważnego zastąpić, bo z tym kimś ważnym stało/dzieje się coś niedobrego, po czym okazuje się, że może to być rola dożywotnia - na przestrzeni lat został wyeksploatowany do wyczerpania i wcale nie potrzebował konwencji s-f. To pasowałoby do dowolnej epoki historycznej lub świata wymyślonego od zera, do dowolnej konwencji.
Po drugie, nie ujmując tej książce wartości, jaką mogła mieć w momencie powstania (nagroda Hugo 1956; twórczość samego autora i jego życiorys znam dość pobieżnie, wiem w sumie tyle, że był dosyć skomplikowany i na przestrzeni lat mniej lub bardziej bezwiednie zapłodnił intelektualnie kilka sprzecznych ze sobą prądów intelektualnych), fabuła jest dosyć toporna, przedstawieni w niej Marsjanie są pokraczni, co prawda autor miał na nich pomysł, ale są nieznośnie kreskówkowaci. Nie mam nic przeciw kreskówkom rzecz jasna, poza tym generalnie tak wtedy sobie różne dziwne dziwności, obce obcości wyobrażano - ale subiektywnie mi się to nie podoba, i nic na to nie poradzę.
Różne polityczne machlojki, ścierające się frakcje, stabilność całego układu słonecznego, podzielone społeczeństwo (uprzedzenia wobec Marsjan), ustrój polityczny w zamieszkanej przez ludzi części układu słonecznego przypominający monarchię konstytucyjną - to się autorowi udało; wizja świata jest spójna, śledzenie zmieniających się realiów i reakcji postronnych na zmieniające się realia jest zajmujące. Kreacja głównego bohatera od zera (hm, nic osobistego, ale nieco dosłownie) do -hm, dosłownie- bohatera (początkowo z przywdzianą tożsamością niczym maską, potem wszystko się nieco skomplikowało) też przykuwa uwagę czytelnika. Są i zwroty akcji, pojawiające się nagle (marsjański rytuał i marsjańskie dziecko, które weszło tam, gdzie nie powinno), czytelnik może się czasem dać zaskoczyć. Zakończenie jest do przewidzenia, chociaż jak dla mnie mimo tego było całkiem satysfakcjonujące.
Główną oś wokół której kręci się fabuła, już przedstawiłem. Lawrence Smith jest aktorem i mimem. Pewnego dnia, gdy siedzi spłukany w jakiejś zapyziałej knajpie odwiedzają go tajemniczy goście i składają ofertę nie do odrzucenia. Słynny polityk John Joseph Bonforte, lider frakcji dążącej do pokojowej współpracy z Marsjanami, zostaje porwany. Smith ma go zastąpić początkowo na chwilkę, potem jednak Bonforte umiera. Przed Smithem ciężka praca, przyswojenie zwyczajów, wyrobienie sobie pewności siebie i charyzmy, udział w marsjańskim rytuale nadania obywatelstwa (w razie niepowodzenia szlag trafi całą opcję polityczną ugodowców, bo do nawiązania pokojowych kontaktów nie doszłoby), wreszcie kontakty z najwyższymi politykami Imperium, w tym z gościem siedzącym na samym szczycie. Sytuacja się komplikuje raz po raz, a termin zwolnienia z kontraktu oddala się coraz dalej i dalej...
Podsumowując - ot, klasyk, nieco już przestarzały, nic wielkiego, ale może się podobać.

piątek, 15 sierpnia 2014

Timothy Zahn "Zaginiona rasa"


Klik!

Timothy Zahn jest autorem rozpoznawalnym przede wszystkim w fandomie Star Wars. A w każdym razie ja znam go stamtąd. Oprócz książek z fabułą osadzoną w różnych uniwersach Zahn kreował i kreuje też własne światy. Zaginiona rasa (tytuł oryginalny - Spinneret, tłumacz zaszalał jak rzadko kiedy) z 1985 roku wydana w Polsce przez Amber w '00 zawiera przykład takiego świata.
Zahn nie jest autorem książek przełomowych dla gatunku, nie snuje przeintelektualizowanych rozważań o człowieku i sensie życia, skupia się na wartkiej akcji, wyrazistych aczkolwiek nieco komiksowych bohaterach i żonglerce schematami.
Fabuła zaczyna się wręcz slapstickowo - gdy ziemskie mocarstwa w końcu osiągają stopień rozwoju technologicznego umożliwiający wysłanie w kosmos załogowych statków kosmicznych, okazuje się, że wszystkie planety uważane za nadające się do kolonizacji są już dawno zajęte a w kosmosie żyją dziesiątki inteligentnych ras, kilkanaście gwiezdnych imperiów rozwija się tuż za naszym układem słonecznym. Imperia te są bardzo stereotypowe - wśród nich są handlowcy, społeczności wojowników kierujących się kodeksem honorowym, itd.
W końcu udaje się... wydzierżawić nadającą się do zamieszkania planetę od jednej z ras. ONZ nie dowierza w powodzenie projektu, więc rolnicze osiedle na pozbawionej surowców, zabiedzonej planetce staje się wyłączną kolonią Stanów Zjednoczonych.
Szybko dochodzi do eskalacji konfliktu klasowego między prostymi robotnikami, głównie Latynosami, a wojskową administracją i naukowcami. Konflikt udaje się zażegnać dzięki powołaniu rady mieszkańców, mającej jednak charakter tylko doradczy.
W międzyczasie zaostrza się konflikt miedzy USA i ONZem, a także między USA, ONZem i kolonią. W pewnym momencie administracja kolonii jest zmuszona podejmować decyzje przeciwne niż postulowane przez Ziemię, co kończy się ogłoszeniem niepodległości i krótkotrwałymi walkami wewnętrznymi na Astrze, jak ochrzczono kolonię, potem groźbą inwazji z Ziemi.
Główną przyczyną konfliktów i wielopiętrowych intryg politycznych stało się jednak odnalezienie nadal funkcjonujących zabudowań i infrastruktury przemysłowej tajemniczej, pradawnej cywilizacji. Zaburzyło to i tak kruchą równowagę między gwiezdnymi mocarstwami. Astra postanowiła sprzedawać wytwory pradawnej maszynerii, mimo tego, że sami koloniści nie za bardzo wiedzieli, do czego one właściwie służą i jak właściwie powstają. Wyjaśniło się tylko, jakim cudem cała planeta pozbawiona była metali. Po przypadkowym uruchomieniu starożytnej maszynerii zaczęły znikać metalowe urządzenia i inne wyposażenie przywiezione z Ziemi. Produkt finalny został wystrzelony na orbitę.
Fabuła jest prosta i przewidywalna. Historii o pradawnych, dawno wymarłych rasach, po których pozostały niepojęte ruiny lub zagadkowe artefakty i  które żyły, rozwijały się i wymierały tysiące lat przed człowiekiem było już Legion. Zahn nie dodał od siebie absolutnie niczego nowego, tylko pozbierał najlepsze elementy i dodał intrygi polityczne oraz akcję rodem z filmu sensacyjnego. Moim zdaniem niepotrzebnie wyraźnie sympatyzował z niektórymi wykreowanymi przez siebie postaciami i stronnictwami kosztem innych. Ale miał do tego prawo.
Podsumowując, jest to czytadło. Trochę intryg a'la Star Wars, tyle że w innym uniwersum, trochę mrocznych tajemnic; space opera, ale bardzo dobrze napisana, dziełko rozrywkowe ale trzymające w napięciu, o wartkiej akcji. O wielkości Zahna niech świadczy fakt, że napisał do bólu odtwórczą książkę, nie wnoszącą absolutnie niczego do gatunku, a mimo tego nie mogłem się oderwać od lektury. Książka zebrała kilka nagród i nominacji, więc nie jestem odosobniony w swojej opinii.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Philip Jose Farmer "Gdzie wasze ciała porzucone"

Klik!


Ze Światem Rzeki zetknąłem się po raz pierwszy bardzo dawno temu. Jakoś u progu lat dwutysięcznych Świat Gier Komputerowych zamieścił pełną wersję gry RiverWorld bodajże najpierw w piśmie, potem w wydaniu specjalnym, razem z pełną wersją gry Mortyr. Nie zapamiętałem tej gry. Być może chwilę w nią pograłem, nie wiem jak długo. Była bardzo sympatycznym RTSem z elementami RPG, nieco wyprzedzającym późniejsze RPSy (jak Warcraft III). Wtedy jednak nie liczyły się dla mnie inne strategie niż StarCraft, Age of Empires, Submarine Titans (tak, wiem, to nie było nic wielkiego), w międzyczasie usiłowałem ogarnąć jeszcze serię Panzer General i jej offshoty oraz eksplorowałem antyki w rodzaju Dune 2000. A może było to jednak ciut wcześniej. Hmm, nie ważne. Tak czy siak, zanotowałem w pamięci, że coś takiego jak RiverWorld istniało.
W opisie gry wspomniano, że powstała na bazie książkowego cyklu jakiegoś gościa. Z twórczością tego gościa spotkałem się po raz pierwszy całkiem niedawno, parę lat temu, gdy u bukinistów dorwałem Przebudzenie Kamiennego Boga. Przebudzenie świadczyło o ogromnej i nieco szalonej wyobraźni autora, niestety przewyższającej jego możliwości przelania podsyłanych mu przez nią obrazów na papier. Co by nie mówić, gdyby nie świat przedstawiony nie pamiętałbym o tej książce, bo była w gruncie rzeczy czytadłem jakich wiele.
Dlatego gdy kiedyś w Taniej Książce dorwałem pierwsze kilka tomów książkowego Świata Rzeki, nie wiedząc nawet, że ukazało się to w Polsce (niestety nigdy nie byłem dobry w śledzeniu tego, co kto kiedy wydaje), zapadłem w zadumę widząc nazwisko autora. Nie wiedziałem nawet, że to Farmer za ten cykl odpowiada, bo od czasów gry komputerowej nie interesowałem się tymże cyklem. Do lektury książki (już po tym, jak skompletowałem cały cykl) zasiadłem więc z mieszanymi uczuciami.
I przeczucie w gruncie rzeczy mnie nie zawiodło. Wizja autora przytłacza swoim rozmachem. Ot, ktoś lub coś wskrzesiło całą ludzkość, jaka żyła kiedykolwiek, włączając w to różnych praludzi i postludzi. Wskrzesiło i zasiedliło nimi świat rozciągający się wzdłuż Rzeki. Świat o rozmiarach niewyobrażalnych, skoro znalazły przy nim swoje miejsce miliardy istnień z najróżniejszych czasów i kultur. Gdy minął pierwszy szok, ludzkość szybko zdała sobie sprawę, że nie jest w niebie. Co prawda wszyscy zostali wskrzeszeni nago, dziwna infrastruktura dostarcza pożywienia i podstawowych dóbr, ale wraz z ludźmi powróciło wszystko co w nich ludzkie - od emocji po stare przyzwyczajenia. I tak na brzegach rzeki szybko zaczęły się rozwijać - oprócz przemocy na tle seksualnej i niewolnictwa - organizmy quasi-państwowe, nieraz tak egzotyczne jak dyktatura dowodzona przez dygnitarza nazistowskiego wraz z oficjelem ze starożytnego Rzymu. Zderzone ze sobą najróżniejsze cywilizacje z najróżniejszych epok zaczęły walczyć i łączyć się ze sobą, konfrontować wyniesione prawdy z otaczającą nieznaną rzeczywistością. Pojawiły się wszech-Rzeczne nowe ruchy religijne, kierujące swoje przesłanie do wszystkich ludzi wszystkich epok, ras i kultur.
Wizję świata komplikuje dodatkowo to, że w Świecie Rzeki ludzie mogą umrzeć. Zabici wskrzeszani się ponownie, tyle że w losowym miejscu niewyobrażalnie wielkiego świata.
Autor zrobił co mógł, by tak wszechogarniający projekt przedstawić tak dokładnie, na ile się da. Chcąc nie chcąc, realia świata spłycił nieraz do tła przygód grupki bohaterów, a zwłaszcza głównego - XIX-wiecznego brytyjskiego poszukiwacza przygód Richarda Francisa Burtona, do tego akcja toczy się nieraz przy bardzo przyśpieszonym upływie czasu i obejmuje przynajmniej kilkuletni wycinek historii ludzkości w Świecie Rzeki. Jednak tak na swój ogrom, to wizja Farmera została przez niego zarysowana zbyt delikatnie. Z pewnością miał przy niej mnóstwo pracy (obsadzenie w roli bohaterów autentycznych postaci historycznych, od Göringa po dziewczynkę będącą muzą Jonathana Carrolla wymagało jakichkolwiek badań i zebrania informacji o nich samych i ich życiu), jednak czegoś zabrakło. Braki są widoczne przede wszystkim w warsztacie autora. Farmer nie był wirtuozem słowa, jak na projekt zaprojektowany z tak ogromnym rozmachem jego rzemieślnicza sprawność nie wystarczyła, by w pełni oddać złożoność i realia jego wizji. Nawet jak na pierwszy tom historii mającej tomów sześć, historia wydaje się być niepełna, niedopracowana, zbyt oszczędnie przedstawiona. Postacie z rozmaitych epok i kultur potrafią dogadać się zadziwiająco łatwo. Czasem fabuła sprawia wrażenie pretekstowej, by zaprezentować świat przedstawiony, kilka stron później czytelnik może odnieść przeciwne wrażenie - że świat przedstawiony jest pretekstem by ukazać w sumie mało wymyślną historię o próbie dotarcia do źródła rzeki, gdzie być może ktoś lub coś się skrywa. Mimo wszystkich plusów książki nie zachęciła mnie do tego, by sięgnąć już teraz po dalsze tomy.
Fabuła opowiada o wspomnianym Burtonie, który na skutek jakiegoś błędu wskrzeszających widział więcej niż reszta ludzi. Postanawia rozwikłać tajemnice świata, w którym się znalazł. Szybko natrafia na ślad agentów czegoś pozaludzkiego wśród ludzi. Postanawia odnaleźć odpowiedzi na pytania, które zadają sobie chyba wszyscy (którzy są w stanie myśleć na takim poziomie abstrakcji) - gdzie i po co właściwie ludzkość została wskrzeszona? Czy to rezultat zamierzeń jakiejś boskiej siły? Jakiś gigantyczny eksperyment? Czy coś jeszcze innego? Jego osobowość autor przedstawił w miarę dokładnie. Gorzej mu wyszło z pozostałymi postaciami. Göring jak dla mnie był żenujący a wątek o jego przemianie i odkupieniu - porządnie kontrowersyjny, ale wrzucony do treści trochę na siłę.
Cóż poradzić, być może Świat Rzeki to najlepsze, co wyszło spod ręki Farmera, ale czytelnik nie powinien mieć zbyt wielkich oczekiwań, żeby się nie rozczarował.

poniedziałek, 28 lipca 2014

George R.R. Martin "Tuf Voyaging"

Eksplorując nieznane
Klik!


Tufa Wędrowca już na niniejszym blogu przedstawiałem. Wiele lat temu. Na tyle dawno, że dobrze mi zrobiło odświeżenie sobie tej pozycji (i może lepiej w link do mojej - ekhm - recenzji z roku 2011 nie klikajcie, co?). Okazja ku temu nadarzyła się sama. Pewnego dnia w czasie miłego spędzania chwili wolnego czasu w lokalu należącym do sieci księgarnio-kawiarni zauważyłem tę książkę stojącą na półce z literaturą anglojęzyczną. Wydanie z 2014 roku, Gollancz (imprint Orion Publishing Group), Wielka Brytania. Pierwsze opowiadanie (nie chronologicznie pierwsze) w pierwotnej wersji autor popełnił w 1976 roku, ostatnie w 1986. Użyty papier (eko, z recyklingu) (a może to zasługa użytego atramentu lub farby drukarskiej?) ma miły, intensywny zapach.
Tuf Wędrowiec był jedną z pierwszych książek należących do szeroko pojętego science-fiction, jaką w życiu czytałem. Po raz pierwszy natrafiłem na nią w miejskiej bibliotece w rodzinnym mieście jeszcze w pięknych i beztroskich czasach późnej podstawówki. Wtedy jej lektura była dla mnie  istnym objawieniem, tym bardziej, że nie miałem jej do czego porównać, wyróżniała się znacznie pośród rozmaitych innych pozycji wtedy przeze mnie wchłanianych plastycznością i złożonością świata przedstawionego, ciekawymi rozwiązaniami fabularnymi, nietuzinkowymi bohaterami, umiejętnościami pisarskimi autora.
Po latach przeczytałem oryginał, niedawno skończyłem, muszę przyznać, że był to dla mnie zimny prysznic (w sumie dobrze, w końcu jest tak diabelnie upalnie). Świat przedstawiony okazał się być dosyć plastikowy, rządzące nim prawidła absurdalnie naiwne, postacie - oprócz tytułowego bohatera - pozbawione głębi, pełniące w większości jedynie rolę dekoracji, gadających głów zlecających questy. Jedyne co po latach nadal się broni to sam pomysł, umiejętności pisarskie autora (ta książka jest naprawdę dobrze napisana, na tyle dobrze, że przy ogólnej czytadłowatości - w końcu mamy do czynienia ze space operą - nie mogłem się od niej oderwać) oraz jego wyobraźnia, którą nieźle rozruszał przy tworzeniu kosmicznych bestii, zwierząt i rozumnych ras.
Jest to zbiór opowiadań, tyle że opowiadań złączonych w jeden chronologiczny ciąg, z początkiem, rozwinięciem i finałem akcji. Tuf jest kosmicznym kupcem. Wysokim, łysym mężczyzną. Jest flegmatykiem, nieco stoickim. Potrafi przegadać każdego, i to przegadać inteligentnie, na dodatek bez podnoszenia głosu. Jest przy tym słowny i trzyma się sztywno swoich zasad oraz raz danego słowa. Ma szczęście do hazardu i podejmowania ryzyka - na końcu zawsze jego wypływa na wierzch. Jest wegetarianinem. Uwielbia koty.
Tuf przypadkiem staje się posiadaczem Arki, mającego ponad 30 kilometrów długości ogromnego seedshipu należącego niegdyś do nieistniejącego od setek lat Federalnego Imperium (w skład tej obrastającej mitami grupy politycznej wchodziły m.in. Ziemia i Prometeusz), a dokładnie formacji o nazwie Ecological Engineering Corps. Na okręcie znajdują się próbki DNA roślin, zwierząt, bakterii, grzybów, itd. pobranych z tysięcy planet wraz z kompletnymi instalacjami do klonowania i przyśpieszania wzrostu. Okręt ten to potężna broń biologiczna, zdolna w mgnieniu oka niszczyć ekosystemy całych planet - lub tworzyć kompletnie nowe ekosystemy od zera, przy użyciu istniejącego życia lub zaprojektowanego na miejscu.
Tuf rozpoczyna więc swoją karierę jako samozwańczy inżynier-genetyk, lata od galaktyki do galaktyki oferując swoje usługi. Wszędzie, gdzie się pojawia wzbudza zdumienie, czasem przy okazji realizowania zamówień zdarza mu się obalać lokalne systemy religijno-społeczno-polityczne, zwłaszcza wtedy, gdy uderzają w jego przekonania (opowiadanie A Beast For Norn, gdzie rozwala lokalny zwyczaj związany z walkami zwierząt lub przejmujące historie o świecie borykającym się z przeludnieniem i panującą religią akcentującą rozmnażanie się - Loaves and Fishes, Second Helpings, Manna From Heaven). Mimo tego, że opowiadania traktują o inżynierii genetycznej i ingerowaniu w ekosystemy planet na poziomie - dosłownie - kosmicznym, przygody Tufa mają silny wydźwięk pro-ekologiczny i często zawierają krytykę przeciw zastałym i szkodliwym tradycjom oraz religijnemu fundamentalizmowi.
Autor posługuje się łatwym do zrozumienia językiem. Nie używa ani zbyt wielu neologizmów (za wyjątkiem nazw własnych), ani terminologii fachowej. Dialogi Tufa to majstersztyk, jego język również, jego powolne dochodzenie do sedna sprawy nawet w sytuacjach kryzysowych, nadużywanie zwrotów grzecznościowych balansujące na granicy kpiny, jego pozorna powolność ale i błyskotliwość rozumowania i argumentowania to jedne z najjaśniejszych zalet książki.
Fascynująca jest sama koncepcja seedshipów, a Arki w szczególności. Gargantuiczny okręt, dryfujący w kosmosie, na pokładzie którego znajduje się wiedza i technologia zaginiona w odmętach czasu po rozpadzie Federalnego Imperium (co zamieszkaną przez ludzi część kosmosu cofnęło w rozwoju o całe lata, trochę jak po zagładzie Imperium w Fundacji Asimova ale nie aż na taką skalę), plątaniny klaustrofobicznych korytarzy, przejścia wiodące z nieznanego w nieznane - wielka szkoda, że autor nie napisał ani jednego opowiadania o samotnej eksploracji statku przez Tufa, już po tym, gdy został jego jedynym posiadaczem. Taka sceneria pasowałaby wręcz do horroru. Z drugiej strony niewiarygodnie naiwnym ze strony autora było uczynienie z Tufa jedynego członka załogi (nie licząc gromadki kotów) odnalezionej na rubieżach kosmosu Arki.
Podsumowując - na pewno zweryfikowałem po latach swój zachwyt tę książką. W sumie to jest tylko tylko lub aż space opera, naiwna i mało skomplikowana, na pewno nie jest to przełomowe arcydzieło, za jakie tę książkę miałem jeszcze parę lat temu. Mimo tego dzieło Martina może się podobać, w swojej kategorii jest naprawdę dobre, autor późniejszej Gry o tron nie schodzi poniżej pewnego poziomu (czego nie można powiedzieć o redagowanych przez niego antologiach, ale to inna historia).

środa, 23 lipca 2014

William Gibson, Bruce Sterling "Maszyna różnicowa"

http://www.kronikinomady.pl/p/eksplorujac-nieznane.html
Kliknij w obrazkę, jeśli nic nie schrzaniłem to powinien tam być link.

Uczta Wyobraźni, Mag, 2010. Co prawda rzecz z 1991 roku, ale klasyk w obrębie swojej stylistyki, którą niejako ukonstytuował (a w każdym razie wpłynął na jej kształt) - steampunku. Do tego klasyk mało popularny w Polsce, więc powinien się nadać do zaprezentowania w ramach Eksplorując nieznane. Jeśli nie, to trudno. Zapewne można się spierać, na ile steampunk jest jeszcze s-f. Jak na mój gust jest s-f w takim samym zakresie, w jakim s-f są opowieści o teleportacji czy radosnym lataniu w te i we wte po kosmosie.

Gibson jest znany z innej niszy w ramach szeroko pojętej fikcji spekulatywnej - cyberpunku. Swoje cyberpunkowe obsesje i strachy przeniósł zresztą bardzo łatwo i do steampunku. Steampunk jest raczej - na ile się orientuje, wybitnym znawcą nie jestem - stylistyką stanowiącą tło dla opowieści bardziej przygodowych, niż zawierających przemyślenia przywodzące na myśl myśl Baudrillarda i quasi-filozoficzny wymiar Matrixa. Tutaj jednak udało się Gibsonowi dołożyć tego typu spostrzeżenia - bohaterowie mimochodem zastanawiają się nad dominującą rolą obrazu nad treścią w nim zawartej (lub raczej nie zawartej), nad rolą masowej, nowoczesnej propagandy w bujnie rozwijającym się, przeżywającym gorączkową modernizację świecie, roztrząsają kwestie . W każdym razie znając kilka książek Gibsona założyłem z góry, że to jego wkład do tej książki, nie Sterlinga.
Kilka spostrzeżeń (o wojnie na Krymie i o wojnie na terenie Ameryki Północnej, w świecie przedstawionym podzielonej na kilka zwalczających się organizmów państwowych w tym niepodległy Manhattan gdzie wybuchła zakończona sukcesem rewolucja komunistyczna kierowana m.in. przez samego Marxa) przywodziło mi na myśl wręcz Ernsta Jüngera i jego początkowy (tak gdzieś do ~1934 roku) zachwyt nad wojną materiałową, czyli odejściem od wojny widzianej jako wielki pojedynek zastąpionym przez starcie wzajemnie kotłujących się mas żelaza, ogromnych pokładów materiału ujarzmionego przez swoich operatorów, jednocześnie podporządkowanych tejże nowoczesnej technologii.
Szalenie interesujące są też przemyślenia o samoświadomości Maszyny, czy wręcz rodzaju jej zlaicyzowanego przebóstwienia.
Powieść jest wielowątkowa, autorzy zdają się być zafascynowani wykreowanym przez siebie światem na tyle, że umiejętnie wplatają akcję w szerszy kontekst, skomplikowane życie polityczne Wielkiej Brytanii w alternatywnej rzeczywistości przełomu wieku XIX i XX. Czytelnik nie ma pełnego obrazu rzeczywistości, wie tylko tyle, ile manipulowani przez rozmaite siły bohaterowie mozolnie usiłujący połapać się w grze wywiadów i grup rewolucjonistów i określić chociaż swoje miejsce pośrodku wszechogarniającego chaosu sięgającego od zaułków najgorszych slumsów po quasi-okutystyczne zakony do których przynależą najwyższe elity władzy. Bohaterowie Gibsona i Sterlinga są ludzcy. Trzeba to autorom przyznać, stworzyli postacie niezwykle żywe, czasem zachowujące się idiotycznie w sytuacjach zagrożenia, mające swoje mniejsze i większe przywary, strachy, nadzieje, osobowość, kochające się i nienawidzące. Czytelnicy znający historię Wielkiej Brytanii mają dodatkową radość z rozpoznawania takich postaci jak Disraeli, Wellington, Keats, Marx, Engels i inni w nowych kontekstach i przy innych uwarunkowaniach. Sama wizja świata jest niezwykle rozbudowana i bardzo przemyślana. Wszystko do siebie pasuje i wszystko się ze sobą łączy. Nastrój epoki gwałtownego rozwoju nauki i industrializacji, gwałtownych i radykalnych przemian społecznych, postępującego rozwarstwienia społecznego, galopującego zanieczyszczenia środowiska, kształtowania się radykalnych filozofii w tym politycznych, pauperyzacja starej arystokracji z gnuśniejących rodów szlacheckich i wybicie się nowej, mieszczańskiej arystokracji pieniądza... to wszystko i więcej jest tutaj, doprawione parowymi pojazdami jeżdżącymi po asfaltowych drogach, metrem, dowodami osobistymi, czymś w rodzaju pra-komputerów, indywidualnymi telegrafami, z dorzuconymi smaczkami w rodzaju YMAA (Young Men Agnostic Association) zamiast YMCA, itd...
Jak już wspomniałem, intryga obraca się wokół tajemniczych perforowanych kart służących do kodowania danych w Maszynach, czymś w rodzaju analogowych komputerów. Tzn. nie ma niczego tajemniczego w nich jako popularnym nośniku danych, tamten konkretny zestaw jest tajemniczy i niewiadomego przeznaczenia. Zawiera dane mające ogromną wagę dla świata (motyw bardzo cyberpunkowy, wspomnijmy chociażby scenariusz Johnny'ego Mnemonica napisany przez Gibsona). Różne siły usiłują go dostać, a nieco przypadkowo trafia do cenionego paleontologa. Od tego momentu jego życie zmienia się w koszmar. Wcześniej o karty otarła córka bohatera luddystów, zmuszona do pracy jako prostytutka, wmanipulowana w rozgrywki między wywiadem brytyjskim i teksańskim (w świecie przedstawionym Teksas, Kalifornia, CSA, USA i Manhattan są osobnymi państwami) generałem Houstonem. Drogi tej dwójki bohaterów nie krzyżują się, za to drogi pociągających za sznurki - owszem. W gruncie rzeczy Maszyna różnicowa to thriller kryminalny, autorzy nie bali się seksu i przemocy.
Autorzy wrzucili do swojej książki też trochę czarnego humoru. Jeden z bohaterów leczył się u post-mesmerysty, potem okazało się, że na jego dolegliwość - źle zdiagnozowany syfilis - okładanie  magnesami i odwracanie pól energetycznych na wiele się nie zdało. Prztyczki w nos dostali socjaliści/komuniści, ale zwolennicy każdej innej ideologii również. Różni bohaterowie mieli zresztą różne poglądy.
Tłumaczenie dobre, korekta przeoczyła kilka braków spacji między wyrazami, nic wielkiego. Solidne wydanie, niepokojąca grafika na okładce (autorstwa Piotra Chylińskiego).
Mnie się podobało.

niedziela, 13 lipca 2014

Kir Bułyczow "Utwory wybrane 3. Osada"




Wydawnictwo "Współpraca", W-wa 1989, tłum. Tadeusz Gosk.
Trzeci tom utworów wybranych Bułyczowa. O dwóch poprzednich już pisałem - w 2012 i 2011 roku. Z perspektywy czasu przyznać muszę, że tamte notki nie nadają się do niczego. Zarówno pod względem formy, jak i pod względem treści. Cóż, człowiek doskonali warsztat z każdym kolejnym namazanym słowem.
Tak prawdę powiedziawszy, to o fragmencie Osady też już tu było. Obszerną część książki, noszącą tytuł Przełęcz, dawno, dawno temu wydała w zeszytowej formie Nowa Fantastyka. Czytałem ten fragment już wiele lat temu, zrobił na mnie wielkie wrażenie.
~~ Nadal nie wiem, czemu w Polsce Bułyczow drukowany był raz jako Kirył a raz jako Kir. Jeśli ktoś wie i może mi zdradzić tę mroczną tajemnicę to byłbym niezmiernie rad. ~~
Osada opowiada o losach małej ludzkiej społeczności na odległej planecie. Społeczności nielicznych rozbitków, zmuszonych do opuszczenia wraku statku kosmicznego ze względu na skażenie. Musieli stawić czoła ciężkiemu klimatowi oraz groźnej faunie i florze. Mozolnie wznieśli niewielką osadę wiele kilometrów dalej od miejsca rozbicia się statku, w prymitywnych warunkach zbudowali namiastkę cywilizacji. Ziemskie nazwy roślin i zwierząt nadawali napotykanemu na swojej drodze życiu. Metodą prób i błędów nauczyli się rozpoznawać rośliny jadalne od trujących, zwierzęta możliwe do oswojenia od niebezpiecznych drapieżników.
Kolejne pokolenie nie pamiętało już ani statku, ani tym bardziej Ziemi. Ich światem stała się planeta, którą znali od urodzenia i na której czuli się pewniej od swoich rodziców. Niektórzy zaczęli powątpiewać w możliwość ratunku i powrotu do Układu Słonecznego. Stara ziemska wiedza, przekazywana przez pierwsze pokolenie osady, zaczęła tracić na znaczeniu. Zwyczajne ludzkie namiętności, marzenia i dążenia, pierwsze miłości i szukanie swojego miejsca w życiu - konflikt starego i młodego pokolenia oraz okres burzliwego dorastania młodzieży wyglądał pod obcymi gwiazdami tak samo jak na Ziemi.
Po latach postanowiono podjąć wyprawę do obrastającego legendami wraku statku. Wyprawa skończyła się częściowym sukcesem, rozbudziła wyobraźnię niektórych sceptyków, przywróciła nadzieję na możliwość opuszczenia planety.
Czas mijał. Jeden z młodych członków społeczności, zainspirowany ziemską historią, postanawia skonstruować balon, by dzięki temu móc szybciej dotrzeć do statku (kolejna ekspedycja miała spróbować naprawić urządzenia do kosmicznej komunikacji) i lepiej poznać otaczający osadę nieznany świat. Projekt został zrealizowany nakładem pracy całej społeczności. W czasie jednego z lotów zauważono coś, co było jednoznacznym dowodem na obecność na planecie innych ludzi...
Bułyczow pisał niezwykle melancholijnie. Jego twórczość jest przesiąknięta mieszaniną smutku, nadziei i jakimś nieuchwytnym pogodzeniem się ze światem. Nawet jeśli na drodze jego bohaterów stają przeszkody - wydawałoby się - nie do pokonania, z nieco naiwną dobrodusznością wszystko kończy się dobrze. Nie inaczej jest i tym razem. Mimo licznych problemów i osobistych konfliktów wśród załogi naukowej ekspedycji na nieznaną planetę, ostatecznie udaje im się nawiązać kontakt z osadą rozbitków. Heroiczny wysiłek przyniósł rezultaty.
Co ciekawe, nie jest to pierwsza książka autora w której nadzieja na odwrócenie złego losu, na coś w rodzaju zeświecczonego zbawienia od niedostatków cywilizacyjnych i problemów społecznych spełnia się dzięki interwencji bardziej zaawansowanych technologicznie i kierujących się przy tym rozumnym humanizmem przybyszy z kosmosu, z zewnątrz, skądinąd; także ze strony wyżej i bardziej rozwiniętej gałęzi ludzkości. Było tak w chociażby w Mieście na górze oraz kilku opowiadaniach guslarskich. Trudno stwierdzić, na ile było to wynikiem kontekstu historycznego a na ile rzeczywistej wiary i poglądów autora, zresztą nierozerwalnie sprzęgniętych ze społecznymi i politycznymi uwarunkowaniami, w ramach których kształtował się jego światopogląd.
Znając fragment Osady (i nie wiedząc o tym, że jest to fragment większej całości) obawiałem się nieco, jak wypadnie kompletna książka, tym bardziej, że Przełęcz wyglądała mi na utwór skończony i o zamkniętym zakończeniu. Nie zawiodłem się.

niedziela, 9 marca 2014

Brian Aldiss "Cieplarnia"

~~~~~~ Recenzja w ramach wyzwania czytelniczego Eksplorując Nieznane ~~~~~~

* małe spoilery *

Do Cieplarni mam ogromny sentyment.
Po raz pierwszy przeczytałem tę ponadczasową książkę Aldissa niedługo po tym, jak zapoznałem się z twórczością Tolkiena i Howarda.
Nie muszę chyba pisać, że dla dzieciaka kończącego szkołę podstawową zetknięcie się z Aldissem zaraz po klasyce epic (czy tam heroic - zawsze się gubiłem w tych wszystkich etykietkach) fantasy i sword & sorcery było jak objawienie. Aldiss otworzył przede mną świat wyobraźni, z jakiego istnienia nawet nie zdawałem sobie sprawy. To tak w ogóle da się pisać? To coś takiego w ogóle dało się wymyślić? - zadawałem sobie takie i inne pytania, pożerając treść. O Peruniku, jak to było dawno.
Kiedyś już na tym blogu o Cieplarni wspomniałem - o, gdzieś tutaj. Bardzo krótko. Miałem wtedy trochę inną wizję tego, co chcę robić z tym blogiem.
Lata sobie płynęły przez moje życie, a do Cieplarni wracałem co jakiś czas. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało - czułem się tam jak w domu. Wspominając ostatnio całą gamę emocji, jakie lektura we mnie wzbudziła, wszystkich przemyśleń, do jakich mnie pobudziła, doszedłem do wniosku, że dużo wody w Wiśle upłynęło, odkąd ukończyłem lekturę ostatnim razem. Za dużo.
Wygrzebałem więc Cieplarnię i przeczytałem ją. Było to moje piąte lub szóste spotkanie z tę książką.
Nie zestarzała się. Wiadomo, czytając coś, co się zna, nie ma to już takiego uroku jak na samym początku, ale nadal czytało mi się to świetnie. Wraz z każdym kolejnym przeczytaniem odnajduje tam coś nowego, zwracam uwagę na coś innego. Ta książka rozwija się wraz ze mną, aż chciałoby się powiedzieć, wraz z rozwojem mojego postrzegania świata dostrzegam więcej szczegółów świata przedstawionego u Aldissa.
Autor wykreował absolutnie niesamowitą wizję świata. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć książki o tak niepowtarzalnym worldbuildingu, jakie czytałem kiedykolwiek. Pewnie jeszcze niejedno takie odkrycie przede mną. Ale to swoją drogą. Na razie cieszę się tym, co już miałem szczęście poznać.
Bardzo daleka przyszłość. Ewolucja fauny i flory postępowała w całym wszechświecie, aż po osiągnięciu pewnego momentu szczytowego zaczęła zwijać się z powrotem do Jednego, jakiejś jedności całego życia jako takiego. W skali wszechświata.
Do tego momentu jeszcze nieco brakuje, ale świat przedstawiony jest w połowie drogi ku temu. Ziemia już dawno przestała się obracać wokół Słońca. Po kosmosie, na czymś w rodzaju pajęczyny, przemieszczają się gargantuiczne istoty. Ciała niebieskie również są połączone taką pajęczyną (oczywiście nie dotyczy to gwiazd, itp.). Kula ziemska podzielona została na dwie części - jedną stale nasłonecznioną i drugą, skrytą w wiecznym mroku.
Wszechświatem rządzą rośliny. Rośliny przypominające zwierzęta, czy nawet upodabniające się do ludzi. Organizmy inteligentne i świetnie przystosowane do nowych warunków życia. Wyobraźcie sobie drzewa potrafiące wyciągać z podłoża określone substancje i tworzyć z nich broń (np. granaty) do walki z innymi drzewami, zwierzętami, roślino-zwierzętami lub nielicznymi i marginalnymi ludźmi. Są też rośliny latające, pływające, itd. Flora zajęła wszystkie nisze ekologiczne.
Wyobraźcie sobie drzewo porastające cały kontynent. W omawianym dziele Aldissa nie tylko kosmiczne pająki są tak wielkie, że trudne do wyobrażenia. Sam tytuł książki odnosi się do tego, że przez zatrzymanie ruchu obrotowego i obiegowego Ziemi, jej stale nasłoneczniona strona stała się jedną, wielką puszczą tropikalną na sterydach.
Skarłowaciałe i zielonoskóre niedobitki ludzki, podzielone na zwalczające się plemiona i podgatunki (tajemnica przemiany człowieka wyjaśnia się pod koniec) to gatunek wymierający i poddany ciągłej dewolucji. Dawni władcy Ziemi, korona stworzenia, przemykają po gigantycznym drzewie, złowrogich dżunglach, stale zagrożeni przez nieokiełznaną naturę. Są śmietnikiem historii, pozostałościami po dumnym królestwie ssaków, które kiedyś w pewnym momencie diabli wzięli. Pozostałe królestwa świata fauny też zresztą implodowały pochłonięte przez przejmującą ich cechy florą. Ludzie zmagają się ze światem roślin, uzbrojonym w całe arsenały kłów, pazurów, macek i znającym wiele innych efektownych sposobów zabijania w stale toczącej się walce o przetrwanie.
Jak się jednak okazuje, niedobitki ludzi to nie jedyne nie-roślinne inteligentne istoty, jakie jeszcze egzystują na świecie. Z jednymi z nich - mającymi zdolności telepatyczne pasożytami - związana jest szalona teoria, dlaczego ludzkość przestała się w pewnym momencie historii planety liczyć. Oraz dlaczego kolejne pokolenia były coraz głupsze.
Fabuła Cieplarni opisuje losy młodych członków jednego z ludzkich stad. Starsi odchodzą, jako niepotrzebni i obciążający niepotrzebnie młodszych. Związany jest z ich odejściem i przemianą poboczny wątek, niestety słabo rozwinięty (o czym gdzieś wyżej już napomknąłem).
Stado w końcu rozpada się, po konflikcie samców o przywództwo (i, poniekąd, samice). Dalsza wędrówka bohaterów w stronę skrytej w wiecznym mroku części planety służy autorowi za pretekst do rozpościerania przez oczami wyobraźni czytelnika fascynujących opisów wszechwładnej, wszechogarniającej flory. Nie znaczy to, że fabuła się nie liczy, że jest pretekstowa - ale wyraźnie schodzi w pewnym momencie na dalszy plan. Mimo tego, że trzyma w napięciu.
Aldiss to autor pozostający w obrębie science-fiction, lecz przekraczający granice gatunku (i charakterystyczne dla gatunku rekwizyty) w najróżniejsze strony. Poetyką Cieplarnia zbliżona jest nawet nie do fantasy, lecz do baśni. Autor dochodzi do tej granicy dowolnie pojętych elementów science w fiction, za którymi jest nieograniczony kosmos fantazji.
Tłumacz (Marek Marszał) spisał się świetnie, efektownie przekładając neologizmy autora.
Cóż napisać więcej - Cieplarnia to arcydzieło. Każdy fan s-f (ale i fantasy również) powinien tę książkę przeczytać - chociażby po to, by wyrobić sobie własną opinię.


sobota, 1 marca 2014

James E. Gunn "Słuchacze"

~~~~~~ Recenzja w ramach wyzwania czytelniczego Eksplorując Nieznane ~~~~~~

Słuchacze Jamesa E. Gunna (książka z 1972 roku, w Polsce wydana w 1987) to jedna z pierwszych książek ze słynnej (ok, może na chwilę obecną "słynna" to za mocne słowo - ale w swoich czasach seria była rozpoznawalna; w końcu jedno z pierwszych źródeł literatury s-f w Polsce) serii wydawniczej wydawnictwa Iskry Fantastyka-Przygoda jakie w życiu czytałem. I zarazem jedna z pierwszych książek fantastycznych (bardzo szeroko pojmując tę etykietkę) jakie w życiu czytałem.
Pamiętam, że wywarła na mnie wielkie wrażenie. To było zupełnie inne science-fiction niż człowiek sobie wyobrażał.
Gdy do tej książki wróciłem po wielu latach, zastanawiałem się, czy nie rozczaruję się. Zazwyczaj tak mam, wracając do czegoś po wielu latach, szczególnie w przypadku, gdy człowiek coś czytał nie znając gatunku, nieźle sobie psuję wspomnienia. Ta zasada działa również w przypadku gier komputerowych, ale to temat na innego posta.
I nie, nie rozczarowałem się. Nadal jest to ta sama, niezwykle ciepła, delikatna wręcz, nastrojowa i napisana z wyjątkowym wyczuciem drgań biegnących po strunach ludzkiego ducha książka, jaką czytałem z wypiekami na twarzy ~15 lat temu (Peruniku, jak ten czas leci).
Nie jestem obiektywny i zdaję sobie sprawę z tego, ale do tej książki zawsze będę miał sentyment.
Dzieło Gunna opowiada o pierwszym kontakcie z obcą cywilizacją. Kontakt dokonał się drogą radiową, przy użyciu niezwykle skomplikowanej aparatury, potrafiącej przedstawić graficznie część informacji zakodowanych w sygnale.
Na odpowiedź trzeba było czekać latami. W końcu sygnał leciał 45 lat świetnych, nim powrócił.
Kwestią sporną pozostaje sens kolejnego sygnału. Czy aż tak chcieli nas poznać (jakie mieli zamiary i czy aby na pewno takie?), że .... czy może jednak wynikło to poniekąd na skutek jakiegoś zrządzenia losu niezależnego od ludzkości?
Tytułowi słuchacze słuchają przy okazji samych siebie, borykając się z rozmaitymi problemami. Skonfrontowani z odpowiedzią z Nieznanego świata niejako poznają się sami na nowo. Podobnie jak przywódca ruchu religijnego, sceptyczny wobec ich osiągnięć. Interpretuje odpowiedź po swojemu. Nikt nie może pozostać obojętny. I w sumie o tym jest ta książka. O ludziach jako takich, ich zdolności do adaptacji do zmieniających się paradygmatów, na których opiera się holistyczna wizja świata. A raczej o braku takich zdolności adaptacyjnych, lub o wielkich wyrzeczeniach, jakie ze sobą niosą.
A gdy dzieło naszego życia biorą w pewnym momencie diabli i nic nie możemy z tym zrobić? O, to dopiero powód do rozmyślań!
Polecam tak owak. Teraz się już tak nie wzruszyłem przy lekturze jak lata temu, ale ta książka nadal uwypukla w człowieku pewne trudne do zdefiniowania obszary, które na co dzień może i są gdzieś głębiej zepchnięte. Taki nasz mikrokosmos.



Krzysztof Boruń "Ósmy krąg piekieł"

~~~~~~ Recenzja w ramach wyzwania blogowego Eksplorując Nieznane. ~~~~~~

(tekst lekko zmodyfikowany  02.03.14)

Krajowa Agencja Wydawnicza, 1987 rok. Któreś z kolejnych wydań tej książki (drugie być może).
Krzysztofa Borunia znałem jak dotąd z Małych, zielonych ludzików. Muszę kiedyś przepisać lekko podlinkowaną recenzję tego dwutomowego dziełka, bo sprawia wrażenie, jakbym nie był do końca sobą w czasie jej pisania. Zresztą, trudno.
Nie czytałem jeszcze osławionej Trylogii Kosmicznej. I żałuję bardzo. Ale wszystko w swoim czasie.
I jak na złość wczoraj wyleciała mi z laptopowej klawiatury literka "L". Tymczasowo przykleiłem ją taśmą klejącą do sąsiadujących przycisków, ale ani nie wygląda to dobrze, ani nie jest zbyt funkcjonalne.
Ale o czym to ja miałem. A, tak, Ósmy krąg piekieł. Wybaczcie przydługą dygresję na początek, ale zawsze mam problem ze wstępem. Byle wstęp napisać, to potem jest już z górki.
O książce tej wypowiedział się na jednym z blogów, gdzie zaglądam, pewien inny blogger, sugerując iż jest to ateistyczna niemal agitka. Cóż, jak dla mnie, to brzmiało to zachęcająco, więc mając wolną chwilę poszedłem do znajomych bukinistów poszperać za omawianą książką. Znalazłem ją już na pierwszym z odwiedzonych stoisk - i to nawet w dwóch egzemplarzach.  Wziąłem późniejszy, na wypadek, gdyby autor wprowadził w kolejnym wydaniu jakieś znaczące zmiany.
Pogrążyłem się w lekturze. I spotkała mnie niespodzianka. Mimo zdecydowanie ateistycznego przesłania nazwanie tej książki mianem ateistycznej agitki to gruba przesada. Ot, autor po prostu zawarł w niej własne przemyślenia, a że imć Boruń był przez większość czasu ateistą (pod koniec życia przeszedł ponoć na pozycje agnostyczne), do tego lubował się w nauce, nie fetyszyzując jej jednak, lecz zagłębiając także te jej rejony, na które sama nauka patrzy z powątpiewaniem - jak np. psychotronika - to nie ma się co dziwić, że książka ma taki, a nie inny wydźwięk.
(Wybaczcie mi to powyższe zdanie wielokrotnie złożone, ale ja już tak mam.)
Ósmy krąg piekieł to historia o zderzeniu się dwóch diametralnie innych światów, opartych na zupełnie innych podwalinach filozoficznych, zupełnie innej wizji człowieka i miejsca człowieka w świecie. Świat przyszłości, zarysowany przez autora w tylko w ogólnych zarysach, świat triumfującej nauki i rozumu (nie będący jednak absolutnie rodzajem oświeceniowej dyktatury) zderza się ze światopoglądem katolickiego księdza, inkwizytora przeniesionego w przyszłość wprost z 1593 roku.
Sam motyw przeniesienia biednego księżula (no, nie takiego biednego, ale o tym potem) w przyszłość również jest szczątkowy. Autor nie rozwodzi się nad tym, tylko pokrótce zarysowując wątek domniemanych kosmitów, którzy mieliby zrobić coś takiego. W przeciwieństwie chociażby do niektórych książek i opowiadań Ursuli LeGuin czy Andre Norton, gdzie motywy podróży międzygwiezdnych wyjaśniają zaburzenia czasowe doświadczane przez nieświadomych samego faktu podróży bohaterów, tutaj nie to jest istotą książki. Pająkowaci kosmici, przez głównego bohatera identyfikowani z Szatanem, posłużyli Boruniowi za pretekst.
Dla inkwizytora Modestusa Müncha świat to pole bezustannej walki Boga z Szatanem. Nic nie dzieje się bez przyczyny - boskiej lub szatańskiej. Grzeszny człowiek winien całą swoją uwagę poświęcić na unikaniu nie tylko samego grzechu, lecz także wszelkiego, co może ten grzech sprowokować - a więc wszystkiego, od nieskromnych strojów po samodzielne myślenie. Groźba potępienia wisząca nad każdym jest ważniejsza niż ziemskie życie, w końcu przejściowe i przechodnie, więc wysłanie torturowanej i umęczonej ofiary na stos jest rozpatrywane w kategorii ratowania jej przed perspektywą spędzenia wieczności w piekle.
Zaś świat, gdzie trafił, przypomina nasz świat. Pewne tabu upady, zostały pokonane. Światło rozumu, nawet, jeśli można porównać je do światła świetlówek zasłaniającego prawdziwe światło (np. gwiazd na nocnym niebie) i tak jest lepsze od błądzenia w świecie skrytego w mroku wiary. Ludzie przejmują się sytuacją swoją tu i teraz, dbają o siebie i swój los. Wizje piekła i nieba odeszły gdzieś dalej, w cień; między wierszami wyczytać można, że Kościół jest mniejszością.
Postać inkwizytora jest nieco przerysowana. Autor dobrze oddał jego szok wobec zetknięcia się z zupełnie obcym światem, opierającym się na diametralnie innych wartościach. Uwypuklił jego fanatyzm, zderzając go ze stanowiskiem Kościoła Katolickiego przyszłości (stanowisko podobne w sumie do współczesnego; chociaż nie w Polsce, u nas nadal panuje 1593 rok). Konfrontacja Muncha z papieżem kończy się uznaniem papieża za heretyka i wyklęciem go. To prawie tak, jak podejście współczesnych niektórych środowisk polskich katolików do papieża Franciszka.
Fakt faktem, inkwizycja, mimo tego, że bez wątpienia (przynajmniej jak dla mnie) zbrodnicza (popsuli do końca domniemany tzw. kult czarownic), to jednak nie była tak krwista, jak się powszechnie przyjmuje. Inkwizycja hiszpańska, o, to była trochę inna instytucja. Drobne przekłamania jednak można wybaczyć. Więc postać Modestusa, z jednej strony tragiczna (obcy człowiek w obcym świecie), z drugiej strony komiczna (wszędzie Szatan; większość komizmu tej postaci polega z niezrozumienia i strachu przed zrozumieniem; może budzić delikatne skojarzenia z filmem Goście, goście) może być uznana za uniwersalny symbol zabobonnego konserwatyzmu, reagującego krzykiem i rozpaczą na nadciągające Nowe, na świeckie "wyegzorcyzmowanie" strachu sprzed wieków, na poszerzenie się świadomości szerokich mas.
Z drugiej jednak strony współczułem krwawemu inkwizytorowi. Książka ma bowiem głębszy sens, zbliżony do tego, co Lem przekazał w Powrocie z gwiazd. To historia o niemożności dostosowania się do zupełnie obcego sobie świata, o całkowitej rozbieżności już na poziomie pojedynczych symboli, kodu kulturowego, w tym wypadku o produkcji znaczeń zapośredniczonych przez wszechobecne maszyny (tendencja narastająca i współcześnie, teraz, zaraz, już). Absolutnie wyobcowany mnich, niezależnie od dobrych chęci jego opiekunów-naukowców, sam musi doświadczyć świata, w którym się znalazł, który jest dla niego piekłem. I doświadcza go, czasem wyciągając z tego jakąś naukę o otaczających go ludziach i o sobie samym. W sytuacji ekstremalnej zaczyna wreszcie wątpić, czy jego wiara ma sens, czy jego życie ma sens.
Autor nie robi jednak z pokazanej w książce przyszłości świata bez wad. Pokazuje i jej ciemniejsze strony, wątpliwości także szarych ludzi żyjących w nim, mających swoje zmartwienia i problemy. Nie zderza jednoznacznie skrytykowanego ciemnogrodu z równie jednoznacznie uwznioślonym jasnogrodem. Ludzie przyszłości są kształtowani przez uwarunkowania charakterystyczne dla świata, w którym żyją, tak samo jak XVI-wieczny mnich by ukształtowany przez własną epokę. Wszyscy jesteśmy zakładnikami prądów umysłowych z którymi się stykamy na co dzień, wszyscy kształtujemy własne poglądy zderzając się z danym spojrzeniem na świat, z danym fragmentem mozaiki rzeczywistości. Fakt faktem, to mnich jest tu postacią dynamiczną, ale samo jego pojawienie się w świecie po ponad 500 latach przebywania nie-wiadomo-za-bardzo-gdzie tworzy gigantyczne zawirowania w dyskursie i prowokuje powrót pytań o kwestie - zdawałoby się - dawno już zapomniane bądź zlekceważone.
Ja to dziełko polecam serdecznie - także wierzącym. Każdy może tu znaleźć myśl, która pobudzi go do snucia poważnych rozważań o wszystkim i niczym.




piątek, 24 stycznia 2014

Brian W. Aldiss "Non stop"

~~~~~~ Recenzja w ramach projektu Eksplorując nieznane. ~~~~~~


Odkąd dawno, dawno temu po raz pierwszy przeczytałem Cieplarnię (krótka wzmianka tutaj, notka sprzed lat, teraz napisałbym ją inaczej), wiedziałem, że oto coś się zmieniło w moim postrzeganiu świata.
Czytałem jeszcze kilka innych dzieł i dziełek Aldissa, jedne były świetne (Kto zastąpi człowieka?), inne trochę gorsze, ale i tak znajdujące się na poziomie twórczości nieosiągalnej dla wielu autorów s-f (Tłumacz i Krążenie krwi...); ze znanych mi książek Aldissa rozczarowało mnie tylko Superpaństwo, spodziewałem się czegoś znacznie cięższego treściowo, stylistycznie, koncepcyjnie. Co nie znaczy, że była to zła książka. Na tle znanej mi twórczości anglika po prostu była po prostu inna.
Non stop jest tak dobre, jak Cieplarnia. Nie ma jej rozmachu (ale nie znam niczego, co miałoby rozmach Cieplarni; no, równie mocno kopała po zwojach mózgowych i po wyobraźni Księga Nowego Słońca Gene'a Wolfe'a, ale z zupełnie innych powodów; to dzieła zupełnie różne, nieporównywalne) ale nie potrzebuje takiego rozmachu. Zaraz wyjaśnię czemu, po przerwie na kwestie techniczne.
Mój egzemplarz omawianej książki znalazłem w jakiejś księgarence typu "-666% na wszystko, oprócz kasjerki". Rzadko zaglądam do takich miejsc, bo zazwyczaj nie ma w nich niczego ciekawego poza romansidłami, pop-kryminałami, poradnikami dla życiowych rozbitków/ludzi lubiących odkrywać rzeczy oczywiste i dyskursem hegemonicznym (ha, ale mi się żarcik udał). Dlatego możecie sobie wyobrazić ogrom mojego zdziwienia, jak w koszyku z końcówkami asortymentu znalazłem Non stop w twardych okładkach za 15zł. Wydane schludnie, ładnie, czasem tusz trochę zbyt blady, formatowanie stron mogłoby być lepsze (rażą ogromne puste przestrzenie na pierwszych stronach każdego kolejnego rozdziału i każdej kolejnej części). Na zakończenie - posłowie Marka Oramusa.
Dawno, dawno temu doszło do jakiejś katastrofy. Ci, którzy stworzyli świat - Giganci - odeszli, pozostawiając swoje dzieło na łasce sił natury oraz tajemniczych Obcych. W świecie żyją ludzie, zorganizowani w mniej lub bardziej prymitywne plemiona. Gnębią ich rozliczne mutacje, zagrożenie ze strony innych plemion, wędrujących grupek mutantów, anomalii spotykanych w różnych częściach świata.
Jak na razie jesteście sobie w stanie to wyobrazić, nie?
To teraz uważajcie - ten świat to zamknięta przestrzeń korytarzy, plątanina przejść, pięter, sal i pokojów, pomieszczeń użytkowych, mieszkalnych i technicznych. Ten świat to ogromny statek kosmiczny żeglujący przez przestrzeń od wielu pokoleń. Religia (nazywana "Nauką") wyznawana przez zdegenerowane plemiona zamieszkująca go opiera się na popłuczynach po psychoanalizie połączonej z systemem kastowym. Kapłani przechowują do własnych celów okruchy dawnej wiedzy o statku, jaką zdobywają w opuszczonych od wieków pomieszczeniach po Gigantach. Większość prastarych artefaktów jednak jest niszczona przez kastę strażników.
Przynajmniej tak to wygląda w plemieniu głównego bohatera. Był myśliwym, pewnego dnia miał pecha, wrogie plemię uprowadziło mu kobietę. Nie mając niczego do stracenia, przyłącza się do wyprawy zorganizowanej przez kapłana-renegata - wyprawy na Dziób, w poszukiwaniu tego, kto kieruje statkiem.
To tylko wstęp fabuły. Sama wprawa zmienia się w poszukiwanie własnej tożsamości i próby przywrócenia pamięci o przeszłości. Oczywiście wszystko się komplikuje, gdy okazuje się, że Giganci wrócili, Obcy żyją wśród ludzi, a statek zamieszkuje jeszcze jedna inteligentna rasa...
Jak wspomniałem wcześniej, Non stop nie potrzebuje takiego rozmachu, jak Cieplarnia. W sumie to nie wiem właściwie, po co te dwie książki ze sobą zestawiam, cóż, chyba już tak mamy, że szukamy punktów odniesienia. Poniekąd jednak takie zestawienie jest sensowne, bo w jednej i drugiej książce autor pokazuje świat po bliżej nie określonym hmmm przerwaniu linearnego ciągu historii (czyli - restart w którymś momencie) i dużą wagę przywiązuje do kwestii ewolucji i mutacji, powstawaniu nowych gatunków i rozwoju człowieka.
Rozmach świata przedstawionego Non stop jest rozmachem klaustrofobicznym. Skarłowaciali ludzie, zdegenerowani przez chów wsobny i mutacje, porastająca statek roślinność, jadalna i mająca wiele zastosowań, ale jednak rezultat czegoś niedobrego, zawirowania związane z cyklem dobowym i pojmowaniem czasu. Ciasne, opuszczone, martwe przestrzenie, metal rozświetlany trupim blaskiem ciągle działających lamp, duszne korytarze zamienione w dżunglę. Stary basen nazwany morzem.
Autor, na ile oczywiście mógł bez zrobienia z Non stop fantastyki psychologicznej, mimo uproszczeń, w przekonywujący sposób pokazał postępującą d/ewolucję mieszkańców statku, ich systemy społeczno-religijne i kruchą geopolitykę.
Z Cieplarni zapamiętałem głównie samą wizję świata, oszałamiającą i zachwycającą, bardzo plastycznie przedstawioną, silnie przemawiającą do wyobraźni czytelnika, namalowaną słowem. W Non stop większą wagę czytelnik przywiąże do fabuły - jest znacznie bardziej dramatyczna, toczy się żywszym tempem, postacie są bardziej wyraziste.
W końcu inaczej wygląda koniec świata głównych bohaterów na Ziemi, a inaczej na statku kosmicznym.

Ach, zapomniałem, muszę dopisać. Wybaczcie. W posłowiu Marek Oramus przedstawia historię Non stop w PRLu (książka była drukowana w Trybunie Robotniczej) zastanawia się też nad różnicami w tłumaczeniu wydania obecnego w stosunku do tamtego oraz wspomina wpływ książki na ówczesny fandom. Ciekawostki, ale interesujące.