poniedziałek, 30 marca 2015

Odpryski XLV

1) Siedzę sobie spokojnie w przychodni, czekam aby się zaczipować, zarazić autyzmem i przyjąć śmiertelną dawkę metali ciężkich. Nieopodal siedzi znużona młoda matka, obok chodzi w kółko mała dziewczynka, taka na oko 3-4 lata. W pewnym momencie wskazuje kogoś palcem (nie mnie) i mówi do mamy (ale całkiem głośno): "jebać tego pana".

2) W internetach wypłynął ostatnio zaginiony skecz z Saturday Night Live z 1989 roku pt. Attack of the Masturbating Zombies. Po tytule można sobie wyobrazić za dużo. Porn of the Dead to nie jest. Ale niecałe sześć minut można na tę paść poświęcić (a potem drugie pięć można poświęcić na refleksję co ja robię z własnym życiem).

3) Nadchodzą coraz bliżej wybory prezydenckie. Unikam wyrażania własnych opinii na temat polityki, bo po co siebie i innych denerwować, tym razem jednak pozwolę sobie na skomentowanie sytuacji: jak zwykle najwięcej kandydatów wystawił episkopat. Jeśli czarna mafia jest dla kogoś za mało bogoojczyźniana, to ma do wyboru kilku kandydatów psychotycznej prawicy. Lewica, do której jako relatywiście i nihiliście z różnych aczkolwiek oczywistych przyczyn jest mi bliżej (co nie znaczy, że lewica powiedziałaby o mnie to samo, tzn. że lewicy jest blisko do mnie) jest w stanie agonalnym. Kandydatka dogorywających postkomunistów, ładny słup przewodniczącego, poglądy nt. gospodarki i społeczeństwa ma bliskie niektórym kandydatom z psychotycznej prawicy, a zwłaszcza jednemu nawiedzonemu guru który co jakiś czas (ostatnio coraz częściej) zakłada nową sektę. Dwie potencjalne kandydatki, obie jak na mój gust całkiem sensowne (sensowne biorąc pod uwagę kontekst czyli ogół kandydatów i aktualnie panujący dyskurs hegemoniczny) (w tym jedna będąca żywą ilustracją tezy, że jeśli taka jest Jego Wola, Człowiek może przekroczyć granice narzucone przez biologicznie uwarunkowaną płeć) nie zebrały nawet ilości podpisów wymaganych do rejestracji. Zaś psychotyczna lewica to w naszym grajdołku zupełnie zdziczały i zdegenerowany światek, poza nielicznymi, osamotnionymi i stale się degenerującymi niedobitkami z takiej czy innej (neo/post)trockistowskiej międzynarodówki nie ma tam z kim i o czym rozmawiać.
Ciekawostką jest, że podpisy zebrał kandydat Demokracji Bezpośredniej. Jak ktoś by chciał z ciekawości wygóglać gostka, ostrzegam - jego strona (trzeba to przyznać - profesjonalnie zrobiona) dwukrotnie zawiesiła mi sterownik główny ekranu.
Generalnie rzecz biorąc, korzystając z przysługującego mi tytułu magistra politologii i związanego z tym tytułem autorytetu, jeśli ktoś nie jest wyborcą psychotycznej prawicy, episkopatu albo takiej czy innej grupy interesów, to polecam albo zbierać na bilet w jedną stronę, chociażby i do Czech, albo kupić dużo mocnego alkoholu. Następnie proponuję kupować go przynajmniej raz na tydzień, aż do odwołania.

4) Im dłuższej siedzę w fejsbukowych grupach fanów czytania i książek, tym bardziej zauważam niepokojące zjawisko. Fani jakichś najprostszych gówien, jakiś odtwórczych easy-readingów, fani najgorszych szmir wydawanych u nas jako bestsellery i zasrywających półki takiej czy innej sieci księgarni, dowartościowują się tym, że czytają. Ileż to tandetnych i patetycznych obrazków widziałem, że jak kto czyta, to już niemalże jest półbogiem, itd.
Fakt faktem, zawsze byłem trochę socjopatą i zawsze miałem tendencje elitarystyczne (wynikające z ogólnego przeintelektualizowania), jednak chyba zgodzicie się ze mną, jeśli nie jesteście stereotypowymi blogerkami książkowymi, że sam fakt czytania o niczym nie świadczy, jeśli czyta się gnój, na który szkoda papieru.
Zaprawdę powiadam Wam, sytuacja pod przynajmniej dwoma względami była lepsza w PRLu - dzięki odgórnym nakładom i dotowaniu wydawano autorów wybitnie mało komercyjnych i trudnych w odbiorze nawet i współcześnie, którzy nie przebiliby się gdyby nie to wsparcie - mam tu na myśli przede wszystkim Wiktora Żwikiewicza, zaś - paradoksalnie! - dzięki ograniczonemu dostępowi do szeroko pojętej fikcji spekulatywnej zza żelaznej kurtyny przy tłumaczeniach skupiano się zazwyczaj na książkach mających faktycznie jakąś wartość lub zasłużonej klasyce.

5) Ligotti został doceniony w rankingu Nowej Fantastyki (nominacja do Książki Roku 2015), zresztą obok autorów może mniej radykalnych, ale nie aż tak odległych od niego światopoglądowo, jak mogłoby się wydawać - Vandermeera i Wattsa. Vandermeer napisze wprowadzenie do zbiorku Ligottiego wydanego przez Penguin Classics, napisał też krótką rekomendację na okładkę polskiej edycji TG.
Co ciekawe, horrorowi ortodoksi o gustach wyciosanych na Kingu i Mastertonie oraz kontynuatorach, epigonach i plagiatorach tych dwóch raczej nie docenili twórczości Amerykanina. W jednej z recenzji (chociaż nieźle ocenionej, 7/10) książki główną wadą było to, że nie jest to klasyczny horror. No ba, ale to jest jej największa zaleta. Że to coś zupełnie innego. Ta inność za to całkiem dobrze została przyjęta w środowisku fanów fantastyki. To by było na tyle jeśli chodzi o spory na linii fantastyka-horror, przynajmniej w Polsce. Współczesne weird stoi pośrodku. Bizarro w sumie też, przynajmniej w mojej opinii. A w każdym razie - podstawowe elementy konstytuujące jedno i drugie mogą być i w horrorze, i w fantastyce, i w czymkolwiek w sumie innym.
Umiejscowienie TG w rankingu jest tym lepszą wiadomością, że tak naprawdę Teatro Grottesco było przeznaczone głównie dla samych zainteresowanych, akcji promocyjnej praktycznie nie było, podobnie jak sieci dystrybucji (samo wydawnictwo nie przewidziało takiego zainteresowania, przez co ich strona nawet padła chwilowo przez ilość wejść), nakład był (uwzględniając pośpieszny dodruk) niewielki, do tego Okultura nie jest kojarzona z beletrystyką; w sumie to chyba w ogóle nie jest kojarzona poza dosyć specyficznymi środowiskami, którym raczej nie zależy na promowaniu się w głównym nurcie. Światek weird na pewno skorzysta na tej niespodziewanej popularności. Mam nadzieję, że zapowiedziany już Spisek przeciwko ludzkiej rasie wyjdzie w większym pierwszym nakładzie.

6) Co do Vandermeera - dorwałem całą trylogię Southern Reach w CzyTaniu za 62zł. Tak mnie to ucieszyło (dwa pierwsze tomy po 15zł każdy), że niech mają reklamę za darmo. Niedawno mieli tam Króla Bólu Dukaja też za 15zł. Ilekroć jestem w okolicy (okolice centrum Nowej Huty), zaglądam do nich.

7) Teletubisie w czerni i bieli wyglądają trochę jak jakiś bardziej przećpany i mniej ziarnisty Begotten - klik!

8) Przeczytałem ostatnio świetny, długi, bogato ukraszony cytatami i przypisami artykuł (w języku angielskim) w którym zestawiono ze sobą Lovecrafta i Hermana Melville'a - klik! Aż chyba odświeżę sobie Moby Dicka.

9) Czerwone, rozdarte, rozlane plamy migoczą silniejszą czerwienią i bledszą naprzemiennie, zgodnie z rytmem bicia serca.

niedziela, 29 marca 2015

Pokrótce #8

Janusz Meissner Czarna bandera

wyd. Iskry, 1972. Czasem dobrze jest przypomnieć sobie treść książki przeczytanej po raz pierwszy całe otchłanie lat temu, gdy jednymi zmartwieniami były nadmiar wolnego czasu i niemożność zwrócenia na siebie uwagi koleżanki siedzącej ławkę obok, zwłaszcza, jeśli ta książka się nie zestarzała od tamtego czasu.
Meissner był niezwykłą postacią. Nie chce mi się o nim tu rozpisywać, w końcu to Pokrótce, więc podaję link do wiki. Można tylko ubolewać nad tym, że w morzu napływającego zewsząd chłamu i trzeciorzędnych pierdół wydawanych u nas jako bestsellery, nasi autorzy książek dla dorastającej młodzieży tacy jak Meissner, Alfred Szklarki czy chociażby Adam Bahdaj odchodzą w zapomnienie.
Czarna bandera to pierwszy tom marynistycznej trylogii o XVI-wiecznym korsarzu Janie "Martenie" Kunie. OK, powiedzmy sobie szczerze, Conrad to nie jest, Herman Melville też nie, jednak w swojej kategorii, książki przygodowej czerpiącej mnóstwo z klasycznych pozycji gatunku sprawdza się bardzo dobrze. Aż się chce pojechać nad morze i wyruszyć na poszukiwanie ostatnich białych plam rozsianych gdzieś pośród błękitnego bezkresu.

Sunless Sea

jak już jesteśmy przy tematyce marynistycznej nie mogę nie wspomnieć o najlepszej grze komputerowej w jaką grałem od dłuższego czasu. Ten przepoczciwy indyk to mieszanina zręcznościówki 2D, RPG i gry paragrafowej (tak, nie widać bohatera, tak, przeklikowujesz się przez ściany tekstu). Rzecz się dzieje w podziemnym świecie na podziemnym morzu, na które został niegdyś przemieszczony... Londyn. Fallen London to główna metropolia tego świata, świata bezkresnego morza z rozrzuconymi na nim wyspami i pływającymi między nimi bestiami rodem z koszmarów. Po morzu pływa się za pomocą kursorów, także walka jest w trybie zręcznościowym - wszelkie interakcje z postaciami i w portach to paragrafówka.
Świat przedstawiony to surrealistyczny majstersztyk, ulepiony z dziwnych i czasem na pierwszy rzut oka niedobranych elementów. Weźmy trochę wspomnianych wcześniej autorów klasycznych książek marynistycznych, Lovecrafta, Pratchetta i Gaimana (u tego nawet był Londyn Pod) i wymieszajmy razem. Pradawni bogowie, inteligentne szczury i świnki morskie, nieumarli stanowiący kokony dla ciem, pradawne artefakty, obce rasy, intrygi polityczne, walka mocarstw...
Gra jest trudna i pomyślana w taki sposób, że ze śmierci głównego bohatera można wyciągnąć korzyści - w postaci bonusów przekazywanych kolejnym bohaterom (także jako potomkom bohatera - można sobie zrobić cały ród kapitanów). Gra nie ma formalnego zakończenia - - to taki sandbox - gracz sam decyduje w jaki sposób chce grę zakończyć i kiedy. Część miejsc na mapie świata zawsze leży w tych samych miejscach, reszta jest generowana pół losowo.
Ponieważ człowiek już tak ma, że nie lubi ciemności, pływając po Bezsłonecznym Morzu trzeba uważać, by nie wpaść w obłęd/nie wpędzić w obłęd załogi. A gdy coś sobie źle policzymy w kwestii zapasów, jest jeszcze gorzej - możemy utknąć pośrodku niczego bez paliwa i bez żywności. Składanie ofiar bóstwom lub kanibalizm to rozwiązania tymczasowe.
Reasumując, polecam gorąco. Specyficzna gra, nie dla każdego, na dłuższą metę nieco nużąca, jednak wynagradzająca niedogodności wizją i rozmachem świata przedstawionego. Twórcy prowadzą też przeglądarkową grę osadzoną w tym samym uniwersum, zwie się ona Fallen London.

Pora Zwyrola: Noc z superbohaterami Tromy, 27.03.15.

aka Noc z chujowymi superbohaterami. Do tego stopnia, że od jednego ze sponsorów, sex-shopu Kinky Winky jeden ze szczęśliwych widzów otrzymał cock ring. Przyczepiłbym się tylko do sposobu wyłonienia osoby otrzymującej upominek. Osoby siedzące w dalszych rzędach nie miały szans się załapać.
Wyświetlono dla klasyki Tromy - kultowego Toxic Avengera (nic a nic się nie zestarzał, ba, w dobie boomu na kino superbohaterskie przeżywa drugą młodość; cudowny film zabijający stereotypowe studentki dietetyki i kosmetologii) i niemniej kultowy obraz Sgt. Kabukiman N.Y.P.D. (pomyślany jako film dla dzieci - wyszło coś zupełnie innego, ale z infantylnymi, kreskówkowymi gagami). Ja tam się bawiłem świetnie.

999. Antologia opowieści niesamowitych, red. Al Sarrantonio, tom I i II

Znalazłem to na pchlim targu i kupiłem za śmieszne pieniądze. Wyd. Albatros 2001, 2002.
Zebrano tu najróżniejszych autorów reprezentujących najróżniejsze podejścia i szkoły w ramach szeroko pojętego horroru. Trafiło tu wiele znanych nazwisk - tyle, że znanych niekoniecznie w Polsce. Niedzielny fan horroru kojarzyłby pewnie tylko Kinga - akurat zamieszczone tu jego opowiadanie jest, delikatnie mówiąc, denne.
Ostatnimi czasy wyostrza i radykalizuje mi się gust. Jeszcze z pół roku temu myślę że pisałbym o niniejszych książkach w superlatywach - teraz jednak kolejne przewidywalne i odtwórcze historyjki o zabójcach, koszmarach sennych, czymś czyhającym w mroku lub chociażby w mroku psychiki bohaterów, i jakiejś innej horrorowej gadzinie nie robią na mnie takiego wrażenia. Próby rewitalizacji starych motywów z nawiedzonymi domami, duchami, zombie czy wampirami mieszają się z próbami wyjścia poza klasyczne horrorowe instrumentarium, w stronę nowszego horrorowego instrumentarium - złych snów, traum z dzieciństwa, szalonych morderców, takich czy innych zaburzeń i anomalii w perfekcyjnie zwyczajnej rzeczywistości. Czasem oczywistych aż do toporności, innym razem całkiem subtelnych.
Najbardziej do gustu przypadły mi teksty nieoczywiste - podjeżdżające pod weird lub wszelką dziwność. Takie, gdzie nie da się wyjaśnić tego, co się dzieje, lub gdzie występuje obcość niepojęta i nie dająca się rozszyfrować lub wreszcie gdzie mamy do czynienia z czymś niepasującym, nieprzystającym - coś drga w duchu czytelnika, jest niepokojące per se. A także takie, które są po prostu dziwne. Było ich tutaj całkiem sporo; niektóre lepsze, niektóre gorsze, nieraz rozczarowujące oczywistym zakończeniem po obiecującym początku.
W drugim tomie trafił się Ligotti z Cień i ciemność. Opowiadanie to, znane mi z Teatro Grottesco tutaj w innym tłumaczeniu rzuca nieco inne światło na twórczość autora. Ligotti nabiera w tym tłumaczeniu znacznie wyraźniejszego odcienia, nazwijmy to, cyniczno-ironicznego. W tłumaczeniu z Teatro tekst stracił sporo z niewymuszonego, złośliwego humoru z którym autor odmalował świat przedstawiony i zaludniające go postaci.

niedziela, 15 marca 2015

Pokrótce #7

1) The Moon and the Nightspirit + Helroth, 18.02.15, Alchemia
Koncert dwóch pogańskich zespołów to świetny sposób na uczczenie środy popielcowej.
Helroth widziałem kiedyś gdzieś wcześniej, w wydaniu akustycznym wypadli równie dobrze jak w folk metalowym. W warstwie lirycznej odwołują się do wiary rodzimej, czerpią z mitów i ludowych opowieści. Zaś Węgrzy z THatN swoją mieszanką folku i neofolku rozpostarli przed słuchaczami niezmierzone przestrzenie - trzeba było by tego posłuchać, by tego doświadczyć. Obawiałem się nieco, jak wypadną na żywo - nie było się czego obawiać. Jeden z utworów zadedykowali Matce Ziemi - co dobrze podsumowuje ich światopogląd i warstwę liryczną, pogański uniwersalizm skupiony głównie na hierofanii lunarnej i tellurycznej oraz praktykach szamańskich.
Jeden z lepszych koncertów na jakich byłem.

2) Heroes of Might and Magic III: Horn of the Abyss, aktualnie w wersji 1.3.7 wraz z modem HD jest dużo lepszą grą niż HoMMIII: HD Edition. I jest za darmo. I być może są też do tego mody umożliwiające uruchomienie na urządzeniach mobilnych. Nie przeczę, grafika w edycji HD jest ładniejsza - ale poza tym edycja HD niczego nowego nie wnosi. Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że to skok na kasę wykorzystujący sentymentalizm graczy.

3) Path of Exile doczekało się wersji 1.3.1d. Dla kogoś, kto wcześniej grał w wersję poniżej 1, przerzucenie się na tą było sporym szokiem. Gra została dokończona, trzeci akt rozwinięty, poprzednie akty zostały wzbogacone o więcej informacji o świecie gry i o jego historii (całkiem skomplikowanej), endgame content opiera się na zbieraniu map do kolejnych lokacji, wprowadzono dwa dodatki wzbogacające grę o możliwość posiadania własnej kryjówki (hideout) i korzystania z usług mistrzów (Forgotten Masters) czy o możliwość natknięcia się w czasie gry na pół-losowo generowane, zawieszone poza czasem i przestrzenią spaczone urywki rzeczywistości, pozostałości po zniszczonej cywilizacji Vaal (Sacrifice of the Vaal).
O ile mój Duelist na Cruelu zaczął dostawać w dupę od samego początku gry, to Scion (też na Cruelu) dopiero od trzeciego aktu (no, od Vaal Oversoul'a). Widzę u siebie postęp.

4) Jacek Dukaj Perfekcyjna niedoskonałość. Pierwsza tercja Progresu
Cóż, Dukaj jak Dukaj. Chyba każdy, kto zetknął się z dowolną jego książką, wie mniej-więcej czego może się spodziewać - przede wszystkim kompletnej wizji świata, przytłaczającej czytelnika swoim rozmachem i totalnością (łącznie z prawami fizyki czy ontologią).
Tu jest nie inaczej, tyle, że świat przedstawiony przytłacza momentami mało czytelną fabułę. Czego tu nie ma - nierzeczywistość wirtualna nie do odróżnienia od rzeczywistości, istoty ludzkie, post-ludzkie, feeria bytów, niebytów, śmiałych tez i jeszcze śmielszych prób ich realizowania, rzucających się na granicę tego, co jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Sama przedstawiona tu historia o człowieku znikąd (tym razem dosłownie znikąd) który nagle stał się Bardzo Ważną Postacią Dla Całego Świata byłaby całkiem błaha, gdyby nie jej rozmach i patos.
Kiedyś może będą kolejne dwie tercje Progresu. Aż boję się myśleć, co mogłyby zawierać.

5) Kim Newman Anno Dracula
Pierwsza część cyklu do którego należy też Krwawy baron. Przyjemne czytadło o wampirach, alternatywna rzeczywistość w której autor nawrzucał tyle nawiązań do kultury, popkultury, historii że można by przynajmniej dzień spędzić na wyłapywaniu ich. Wizja świata opiera się na następstwach przełomowego wydarzenia - Dracula przybywa do Wielkiej Brytanii gdzie żeni się z królową Wiktorią. Na całym świecie wampiry wychodzą z cienia. Wybuchają społeczne niepokoje, mozolnie i z trudem świat się zmienia.
Mija pewien czas. Wampiry i ludzie koegzystują obok siebie. Wiktoriańska Anglia jest miejscem pełnym kontrastów. W rządzie ścierają się rozmaite frakcje, zakulisowe grupy wpływu realizują własne interesy. Jakiś maniak morduje wampirzyce-prostytutki. W liście wysłanym do gazet przedstawia się (ale czy to na pewno on?) jako Kuba Rozpruwacz. Najróżniejsze środowiska próbują coś z tego wyciągnąć dla siebie, także stronnictwa skrajne, zwolennicy ludzkiej czy wampirzej hegemonii.
Paradoksalnie, największym plusem tej książki jest jej odtwórczość i cały ten miks najróżniejszych nawiązań upchniętych przez autora do jednego wora i wymieszanych ze sobą. Akcja toczy się żwawo, fabuła nie jest zbyt prosta, postacie są wyraziste.
Jak na rzecz typowo rozrywkową, sprawdza się dobrze.

6) Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki
Wydawnictwo Czarne nie schodzi poniżej pewnego poziomu, książka LeDuff'a jest kolejnym tego przykładem.
Po latach pracy w różnych częściach świata, autor wraca do rodzinnego Detroit. Nie rozpoznaje swojego miasta, przypominającego raczej scenografię z filmu post-apokaliptycznego niż dawne zagłębie przemysłu motoryzacyjnego. Ludzie umierają na ulicach, gangi rządzą w opustoszałych dzielnicach, podpalenia pustostanów są plagą, wierchuszka obraca grubymi milionami, prezesi koncernów stracili kontrolę nad tym, co właściwie się dzieje. Straż pożarna boryka się z permanentnym niedofinansowaniem, polegając często na chałupniczych naprawach. Radykalne ruchy społeczne kiszą się we własnym sosie. Marazm, apatia i brak perspektyw są jedynymi perspektywami w gnijącym mieście, oprócz prostytucji, narkomanii i alkoholizmu. Atmosfera rozkładu udziela się autorowi, rozpada się powoli jego życie osobiste. Cóż, z każdego snu - nawet i amerykańskiego - trzeba się kiedyś obudzić. Na obszarach postindustrialnych chyba nie da się obudzić spokojnie, niezależnie od strony Atlantyku, po której te obszary się znajdują.
Przeczytałem jednym tchem.

czwartek, 12 marca 2015

Odpryski XLIV

1) Zmarło się dziś Terry'emu Pratchettowi. Nigdy nie byłem fanem, jeszcze w ogólniaku przeczytałem 2-3 książki ze Świata Dysku, były całkiem spoko, ale taka literatura nie przemówiła do mnie.
Poza tym, cóż, wszyscy kiedyś umrzemy.

1,5) Dziś urodziny obchodziłby zmarły w 2012 roku (jak ten czas leci) Harry Harrison.

2) Nowa płyta Marduk brzmi trochę jakby to było Funeral Mist, nie Marduk. Np. w takim Nebelwerfer. I nie, to rzecz jasna nie jest zarzut.

3) Nie miałem jeszcze przyjemności obcować z najnowszym Dukajem (Starość aksolotla), ale cała ta otoczka marketingowa, że jakie to jest zajebiste ze względu na formę, jest z pewnością przesadzona. Tzn. zapewne faktycznie jest to zajebiste, w końcu nowy Dukaj, ale forma może spodobać się tylko komuś, kto nie słyszał nigdy o tych wszystkich hiper/intertekstualnych konceptach, wywracających formę książki na tysiąc i jeden różny sposób, pojawiających się co jakiś czas i budzących gorące dyskusje w światku wszystkich dziesięciu zwolenników.

4) Varg Vikernes doradza jak poderwać aryjską kobietę na poziomie. Za pośrednictwem filmiku na youtube. Filmiku będącym najprędzej reklamą jego autorskiego systemu RPG. Cóż (nadużywam tego słowa, wiem), ludzie się zmieniają.

5) Tak naprawdę, to ostatnio nie mam o czym pisać. I w sumie to nie chce mi się pisać. Bloga pisać, co innego co jakiś czas klecę. Mam na wydanie opowiadanie post-apo (i to podwójne post-apo, bo rozpirz świata zewnętrznego jest ściśle związany z rozpirzem wewnętrznych mikrokosmosów przewijających się postaci [z naciskiem na głównego bohatera]). Opowiadanie powstało z myślą o antologii, która ostatecznie nie powstała. Pewnie spróbuję to gdzieś wcisnąć/opchnąć jak się uda.

5,5) Jednak zdechlikowym debiutem (zdechlikowym jako Zdechlika, bo inne moje osoby już jakieś teksty gdzieś tam miewały) będzie najprawdopodobniej opowiadanie Trzmielu chwal mokry maj (tak, serio dałem taki tytuł; jak ktoś już gdzieś taką lub podobną frazę słyszał, to uprzedzam, że wyrwałem ją z wszelkich kontekstów w jakich mogła się pojawiać i podszedłem do niej bardzo dosłownie). Jest to rzewna opowieść o relatywnej dupie metafizycznej Maryni, z obowiązkowym najazdem na rozmaite konstrukty zwane popularnie wartościami i na obiektywnie poznawalną rzeczywistość. A gdzie się to ukaże - to powiem kiedy indziej. W sumie to tematyka mojej twórczości zaczyna krzepnąć właśnie wokół relatywnej dupy metafizycznej Maryni i ten trend się pewnie utrzyma przez dłuższy czas.

sobota, 21 lutego 2015

"Otwarte oko"

Druga Plaga (po Śnijmy dalej) zawitała na niedobre literki. Tutaj.
Podobnie jak pierwsza, jest to znacznie przerobiony stary tekst, niegdyś wrzucony przeze mnie na Nową Fantastykę. Plaga jako taka jest ta sama, jednak cała wizja świata, także powód wykwitu i rozwoju Plagi jest inny (zakładając, że w tej wersji faktycznie nastąpił - interpretacje mogą być różne). Niekompatybilność uniwersów obu tekstów przy spajającym je wspólnym motywie jest - rzecz jasna - zamierzona.
Ten tekst to trochę body horror, trochę bizarro, do tego z - mam nadzieję - nienachalnym podkładem, nazwijmy to, filozoficzno-światopoglądowym.
Ekipa literek trochę namieszała w tytułach. Nie czepiam się, bo tytuły są dla mnie wtórne do treści i nie przywiązuje do nich aż takiej wagi. Śnijmy dalej pierwotnie miało tytuł Plaga - Śnijmy dalej, zostało opublikowane po prostu jako Śnijmy dalej (i spoko, nawet lepiej). Opowiadanie Plaga - Otwarte Oko miało właśnie taki tytuł, ale skoro pierwsza część "cyklu" nie ma Plagi w tytule, to ta też mogłaby nie mieć. Poza tym najpierw wkradł się mały błąd (teraz poprawiony, ale został w linku) i zamiast oka było okno.
Tak czy owak, polecam się.

sobota, 7 lutego 2015

Gaja Grzegorzewska "Betonowy pałac"

Moje pierwsze zetknięcie z twórczością autorki. Środowiska polskich autorów i fanów kryminałów nie znam zupełnie, ot, obiło mi się o uszy, że taka autorka sobie istnieje, że została zauważona przez mainstream, wcześniej zgarnęła jakąś branżową nagrodę.
Z tego co zaobserwowałem czytając recenzje książki (tak, to ten przypadek, że reakcje innych mogą być zróżnicowane i interesujące), wzbudziła skrajne emocje. Jedni (zwłaszcza ci wrażliwi) odsądzają autorkę od czci i wiary, inny zastygli w niemym zachwycie. Tych letnich jest jakby mniej.
Czemu opisywana pozycja wzbudziła takie emocje? Książka opowiada o perypetiach niejakiego Profesora. Profesor był prawilnym ziomkiem z Osiedla, zaufanym żołnierzem Króla. Życie upływało mu na mordobiciach, chlaniu, ruchaniu i ćpaniu, w międzyczasie jednak zdążył ukończyć liceum, pójść na studia, jest całkiem oczytanym gościem, stąd też wzięła się jego ksywa. Po kilku latach przymusowego wygania (na egzotycznej wyspie) wraca do rodzinnego Krakowa, na rodzinne Osiedle, gdzie przez dwa lata jego nieobecności dużo się pozmieniało. W żelbetowym Jądrze Ciemności rządzi nowy władca - Opiekun. Pozbierał z całej dzielni najgorsze męty i świrów, uczynił z nich swój dwór. Przedstawia Profesorowi propozycję nie do odrzucenia - albo odnajdzie jego żonę, która zniknęła w tajemniczych okolicznościach, albo jego bliskim stanie się krzywda. To początek historii, pełnej seksu (także kazirodczego i pedofilii, sporo postaci jest homoseksualnych, autorka nie boi się też pokazywać nam głównego bohatera w sytuacji jak stoi w krzakach i się masturbuje lub kiedy dogadza mu w samochodzie prostytutka z Kleparza) i przemocy a także wszelkich zachowań uznawanych za niewskazane i patologiczne. Autorka zebrała do kupy wszystko co najgorsze z szarych blokowisk Azorów, Bieżanowa, Nowej Huty, Czyżyn, Kurdwanowa, z trybun stadionów zajmowanych przez kibolskie mafie mających powiązania z najwyższymi szczeblami władzy w mieście, łysych, przypakowanych orków z maczetami i handlarzy dragami, i z rozsypujących się kamienic Kazimierza, zwielokrotniła to wszystko do czystej esencji zbydlęcenia i wszelkiej patologi, do formy tak przejaskrawionej, że aż rażącej w oczy i z rozmachem wrzuciła do fikcyjnego Osiedla, miasta w mieście zapomnianego przez bogów i ludzi, zamieszkiwanego praktycznie tylko przez samych życiowych rozbitków, degeneratów i pozbawionych perspektyw blokersów. Tytułowy betonowy pałac to stojący w centrum Osiedla wieżowiec, z którego okien na ostatnim piętrze na swoje wiecznie spite, zaćpane, przedawkowujące anaboliki królestwo patrzy Opiekun.
Do tego zrobiła to z dużą dozą czarnego humoru i dziwnej, pozornie nie pasującej do takiego świata przedstawionego, lekkości. Zadbała rzecz jasna o pozostałe elementy świata przedstawionego - np. o język używany przez bohaterów. Stylizacja udała się jej wyśmienicie.
Mnie jednak cała ta doza obrzydliwości jakoś niespecjalnie ruszyła. Moje poczucie estetyki jest bardzo liberalne, poza tym pomijając oczywiste przejaskrawienie atmosferę Stołecznego Królewskiego autorka oddała całkiem nieźle. Takie jest to miasto, jak wyściubi się nos poza okolice turystyczne/studenckie. A czasem tego nosa wcale nie trzeba wyściubiać, tylko trzeba mieć pecha lub po prostu być dobrym obserwatorem. Autorka mogła do swojej wizji dorzucić jeszcze starych krakusów, wszystkich tych napuszonych staruszków będących wcieleniem miksu pani Dulskiej z austro-węgierskim urzędasem, to krakowskie (post)mieszczańskie Ahnenerbe strzegące coraz bardziej zdegenerowanej legendy dawnego Krakowa, z uporem maniaka strojące skronie w zwiędły lauru liść.
Tak czy owak, w pewnym momencie zadałem sobie pytanie, o czym właściwie jest ta książka i jaki cel ma to wszystko, bo główny wątek w którym co chwila wyłażą kolejne brudy z przeszłości kolejnych bohaterów (dawno nie spotkałem się z taką ilością kościotrupów wypadających z szaf) i każdy ma świetne powody by na wszystkich pozostałych się zemścić, zapowiadał się nieźle, a skończył się jakoś tak nijako, mało wyraziście (ok, nie mam na myśli samej samiusieńkiej końcówki, raczej zwolnienie akcji przed nim, gdy wszystko jest w miarę jasne a finałem nie było to, co myślałem że finałem będzie).
Zaryzykowałbym stwierdzenie, że w gruncie rzeczy jest to historia o mieście, o jego mrocznej stronie, o marginesie miasta, czasem zatrważająco szerokim i o złożonych procesach rozgrywających się w nim. I o tym, jak trudno się wygrzebać z własnej przeszłości, zwłaszcza, jeśli chciałoby się do niej nie wracać, a ona nie chce się odczepić. Dobra książka, ale niekoniecznie jako kryminał i absolutnie nie dla każdego.

Pokrótce #6

Chris Beckett Ciemny Eden

Pierwsze skojarzenie - Buczyłow i jego Osada (a także Przełęcz). Motyw ten sam - kolejne pokolenia ludzi żyjących na obcej planecie zmagają się z wrogim i nieznanym ekosystemem. Tyle, że w tym przypadku w przeciwieństwie do książki radzieckiego autora pamięć o Ziemi i nadzieję na ratunek ludzie przekuli w system społeczno-religijny, obłożony tabu i wykluczający jakiekolwiek zmiany, rozwój myśli technicznej, oswajanie środowiska, itd. Na dodatek na przestrzeni lat zlikwidowano Szkołę, bo przy zwiększającej się ilości ludności dzieci również miały chodzić na polowania lub zbierać pożywienie. Poza tym, ze względu na pochodzenie od wspólnych przodków (w tym gościa gwałcącego nagminnie własne córki) wszyscy ludzcy  mieszkańcy planety uprawiają kazirodztwo. Wiąże się to z dużym odsetkiem w populacji jednostek o dosyć odpychającej fizjonomii. O dziwo nie z wadami psychicznymi i ogólnorozwojowymi, w każdym razie nie ma opisanych takich przypadków. Trzeba przyznać, że obyczaje panują w Edenie dosyć luźne, jest to umotywowane potrzebą przetrwania gatunku.
Na drodze do zupełnej degrengolady i wtórnego barbarzyństwa stoi młody, za dużo myślący innowator-ikonoklasta; wraz z grupką przyjaciół najpierw zostaje wyłączony ze wspólnoty za złamanie najbardziej uświęconego tabu (co budzi silną konserwatywną reakcję i przyspiesza też zmiany w samej wspólnocie) a potem wyrusza w nieznane. Ludzkie osiedle znajduje się w dolinie otoczonej górami, gdzie panuje wieczna zima - główny bohater wierzy, że za nimi rozciąga się wielki świat.
Świetna historia, dobrze napisana, wiarygodnie przedstawiona, z zacięciem socjologicznym. Znacznie bardziej posępna i pesymistyczna w porównaniu do wspomnianej, o szmat czasu i miejsca wcześniejszej historii Buczyłowa.

Yukio Mishima Zimny płomień

Zbiór opowiadań kontrowersyjnego japońskiego autora, w którego twórczości granice między miłością do drugiego człowieka (także homoseksualną), zachowaniami autodestrukcyjnymi a miłością do ojczyzny i przywiązaniem do wartości kultury samurajskiej są bardzo płynne. Mishima popełnił seppuku, po nieudanej próbie - no właśnie - puczu? spowodowanej zrzeczeniem się boskości przez cesarza.
Tak czy siak, opowiadania w tym zbiorze bardzo dobrze odzwierciedlają niespokojnego ducha autora. Jest naturalistyczny wręcz opis seppuku popełnianego przez młodego wojskowego i samobójstwa jego pięknej żony, jest historia o nieszczęśliwej miłości (homoseksualnej z - jakbyśmy to teraz mogli określić - podtekstem genderowym), są opowieści o konfrontacji starej i nowej kultury, są poruszające opowiadania o tragediach spadających na przypadkowych ludzi. Autorowi niezwykle plastycznie, na swój sposób poetycko udało się przedstawić sceny śmierci i zniszczenia, jak i duchowej i cielesnej miłości. Zanim sam się rozciął potrafił dokonywać wiwisekcji cierpiących umysłów, lekko, zwiewnie, chwilami wręcz onirycznie.
Podsumowując, wysmakowany literacko zbiór okraszony posłowiem Beaty Kubiak Ho-Chi stanowi interesujący wgląd w twórczość nietuzinkowego autora i jego prywatny świat.

Czarna msza. Antologia opowiadań science-fiction, red. Wojciech Sedeńko

Wbrew tytułowi budzącemu całkiem przyjemne skojarzenia, nie mamy do czynienia z promocją satanizmu. Ot, redaktor we wstępie zauważył (i to w 1992 roku) że pustkę po totalitarnej ideologii panującej w PRLu wypełnił kościelny moloch. Zgromadzeni autorzy wyciągnęli z tematyki religijnej różne wnioski - najbardziej w pamięć zapadły mi dwa opowiadania, z socjologicznym mechanizmem kozła ofiarnego u Jacka Inglota (Umieraj z nami) oraz metafizyką high-tech w odległym kosmosie u Jacka Dukaja (Korporacja Mesjasz). Ciekawym pomysłem było na swój sposób ekumeniczne Interregnum Tadeusza Oszubskiego. Rafał Ziemkiewicz popełnił zaś tekst (Źródło bez wody) biorący w obronę lefebvrystów. To opowiadanie też zapamiętałem, niestety. Interesująca wizja przewinęła się przez dopełniające się nawzajem opowiadania Jarosława Grzędowicza i Jacka Piekary (kolejno Dom na krawędzi Światła, Dom na krawędzi Ciemności).
Za tę klasyczną antologię (wyd. 1992) dałem na targu 3zł.

Dzikie karty, red. George R.R. Martin

Tłumaczenie rozszerzonego wydania niezwykle poczciwej antologii, ulepionej w ramach jednego uniwersum i po części wspólnych bohaterów.
W tej alternatywnej historii niedługo po IIWŚ dochodzi w Stanach Zjdenoczonych do rozpylenia wirusa tytułowej dzikiej karty, opracowanego na odległej planecie przez zbliżoną w genotypie do ludzi rasę. Rzecz jasna, związana jest z tym dłuższa historia, której nie ma sensu tutaj streszczać. Katastrofie chce zapobiec samotny przybysz, znany później jako doktor Tachion.
Mleko się rozlało - wirus wpada w ręce iście komiksowych łotrów, przy próbie ich unieszkodliwienia ginie iście komiksowy (super)bohater Śmig. Ogrom zarażonych wirusem umiera od razu, reszta przechodzi najróżniejsze, najrozmaitsze mutacje. Ci, którzy uzyskali przydatne moce, nie zostali przy tym zbytnio zdeformowani ani nie odczuli poważniejszych skutków ubocznych nazywani są mianem Asów. Ci, których wirus zmienił w postludzkie, zmutowane potwory lub w najlepszym razie mocno oszpecił i popsuł zdrowie nazywani są mianem Dżokerów. Wirus może uaktywniać się sam z siebie lub w określonej sytuacji. Jest przenoszony z pokolenia na pokolenie, bo doczepia się do DNA. Czasem można nauczyć się kontrolować nabyte zdolności, czasem nie.
Sama wizja jest do bólu komiksowa. Skojarzenia z X-Men nasuwają się same, nawet jedna z Asów otrzymała moce podobne do Shadowcat. Rzecz jasna, nie są to negatywne skojarzenia. Taka konwencja idealnie sprawdziła się w przypadku tej książki.
Majstersztykiem jest powiązanie tego wszystkiego w mniej-więcej spójną całość i poprowadzenie tej historii przez faktyczną historię Stanów Zjednoczonych. Mccartyzm, Wietnam, Strefa 51, katastrofa samolotu U-2 nad ZSRR, środowisko filmowców w Hollywood, zimna wojna, hippisi, ruchy emancypacyjne, miejskie legendy, jak ta o aligatorze w kanałach - wszystko zostało przez autorów powiązane i przefitrowane przez ich historię o wirusie z kosmosu. Do tego dorzucili interludia, czyli urywki stylizowane na fragmenty z prasy, książek, wspomnień - jest nawet gonzo Lęk i odraza w Dżokerowie autorstwa Dr Huntera S. Thompsona (i jest to majstersztyk; jak nie znacie prawdziwej książki Fear and Loathing in Las Vegas Thompsona to polecam).
Podobnie jak w przypadku wspomnianego tytułu Marvel Comics, historyjki o ludziach borykających się z supermocami kryją głębsze dno, są opowieściami o akceptacji i otwartości i radzeniu sobie z samym sobą (a także o dokonujących się zmianach społecznych, seksie, narkotykach i przemocy).
Trudno wyróżnić mi najlepszy i najgorszy tekst - tym bardziej, że (przynajmniej w większości) stanowią w miarę połączoną całość. Cała antologia jako taka jest bardzo dobra, polecam uwadze zwłaszcza fanów komiksów i pulpy z przekazem.

Mary Shelley Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz

Klasyk horroru i s-f co jakiś czas odkrywany na nowo i odczytywany na rozmaite sposoby. Nowe wydanie w tłumaczeniu Macieja Płazy, zawierające posłowie jego autorstwa oraz ilustracje (drzeworyty) Lynda Warda. Do tego w książce znalazły się wstęp autorki do trzeciego wydania (to jest tłumaczenie wersji pierwotnej), fragment Pogrzebu George'a Gordona Byrona, Opowieści o duchach męża autorki oraz Wampir Johna Williama Polidori'ego.
Szczerze? Frankenstein  to koszmarna ramota, egzaltowana, naiwna i pełna dłużyzn, cierpiąca na wszystkie choroby literatury romantycznej. Mogę to porównać do pradziadka-bohatera wojennego, o którego heroicznych czynach pamięta cała rodzina, które ukonstytuowały niejako pozycję rodziny i poczucie jej wspólnoty, wspólną tożsamość łączącą najbardziej oddalonych od siebie krewnych. Przodka wszyscy szanują, pamięć o nim przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Niestety, obecnie zacny praszczur jest zżartym przez Parkinsona i Alzheimera wrakiem załatwiającym się bezwiednie pod siebie. Okrutne, ale prawdziwe.
Długo by wymieniać, dlaczego książka była (i jest) dziełem ponadczasowym (wprowadzenie odniesień filozoficznych i naukowych na taką skalę, pytania o człowieczeństwo i jego granice, o moralną odpowiedzialność w ogóle i w badaniach naukowych, o istotę zła i dobra, itp, itd., etc.), nie warto też przypominać jej wkładu w naszą kulturę (masową i bardziej zindywidualizowaną) bo jest oczywisty. Pokłońmy się i idźmy na przód, zmianę pieluchy pozostawiając przeklinającej pod nosem pielęgniarce.

Władysław Reymont Wampir

Wszystkie zarzuty jakie mam wobec Frankensteina pasują jak ulał do Wampira. Oczywiście z uwzględnieniem diametralnie innego kontekstu wynikającego z innych czasów, warunków i miejsca oraz faktu, że Wampir jest pozycją raczej nieznaną szerzej rzeczy czytelników, nawet siedzących w gatunku. Dotarłem do połowy książki, nie byłem w stanie ruszyć dalej. Cóż, co kto lubi.

Pora Zwyrola: Noc Zombie, 30.01.15

Noce terroru (ech, jakby nie można było przetłumaczyć terror na groza) i Zombie: Pożeracze mięsa (Fulci! scena w której zombie walczy pod wodą z rekinem!) nie były takimi paściami jak nunsploitation z poprzedniej Pory, więc momentami się nudziłem. Ale i tak była to wspaniała uczta filmowa dla wybrednych o ekscentrycznych gustach.

Odpryski Special #2

1) Z początkiem roku zakończyło się wyzwanie czytelnicze Eksplorując Nieznane. Wyniki są na blogu głównej pomysłodawczyni i realizatorki projektu, Silaqui.
Zająłem drugie miejsce. Serdecznie gratuluję pozostałym zwycięzcom. Udział w wyzwaniu czytelniczym był ciekawym doświadczeniem, aczkolwiek jednorazowym, ze względu na brak czasu na czytanie według określonego z góry klucza, w sytuacji gdy czasu na jakiekolwiek czytanie i pisanie nie jest wiele.
Notki o książkach przeczytanych przeze mnie w ramach wyzwania są dostępne pod etykietą Eksplorując nieznane '14.
Kilka z nich wymaga pomniejszych poprawek, zwłaszcza w przypadku składni i zachowania ciągów przyczynowo-skutkowych, ale niech tam.

sobota, 24 stycznia 2015

Pokrótce #5

Neverending Nightmares, Infinitap Games, 2014

Gra komputerowa, indyk opłacony przez kickstartera. Gra chodzona, polegająca na przemieszczaniu się poczciwym protagonistą przez senne koszmary, coraz gorsze, raz za razem. Horror w którym nastrój grozy uzyskano przez stare, dobre, prostackie wręcz metody - widzimy coś, czego nie powinno być, widzimy jak coś się w otoczeniu zmienia, bądź zmienia się kontekst ukazanych przedmiotów/sytuacji, dajemy się zaskoczyć przez nagłość wystąpienia Czegoś, widzimy jak niesamowicie obskurne i odrealnione, przejaskrawione są senne lokacje przez które przemieszczamy drepczącego bohatera (posiadłość, szpital, szpital psychiatryczny, stary cmentarz, mroczy las).
Oldschoolowa grafika, scenerie wymownie tonące w szarości, czerni i bieli, z wyjątkiem krwi, flaków, potworów (z którymi nie walczymy i z którymi kontakt kończy się natychmiastowym i brutalnym zejściem) i paru przedmiotów.
Fantastyczne udźwiękowienie, zarówno ścieżka dźwiękowa (dark ambient) jak i odgłosy.
Jak to w sennych koszmarach, interakcji i wpływu na cokolwiek mamy jak na lekarstwo. Dialogi przewijają się same, ekwipunku w sumie nie ma (czasem możemy przenieść jakiś przedmiot, np. świecę rozświetlającą egipskie ciemności w części plansz), czasem akcja się urywa, przerywają ją cut-scenki. Ciekawie rozwiązano przechodzenie do dalszych etapów gry - niekiedy trzeba zginąć, by obudzić się w następnym koszmarze, bądź zginąć odpowiednią ilość razy, by na planszy coś się zmieniło.
Całkiem sensowne i zróżnicowane są trzy możliwe zakończenia - każde jest kompletnie inne i opowiada inną historię. Dlatego w gruncie rzeczy nie wiadomo, co naprawdę wpędziło głównego bohatera w serię dręczących go nocnych koszmarów.
Głównym pomysłodawcą i twórcą gry jest Matt Gilgenbach, który sam zmagał się z depresją i zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi; w NN zawarł osobiste emocje i wrażenia.
Specyficzna gra dla świadomego odbiorcy, mnie się podobała.


William Faulkner Opowiadania tom II, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1958

Faulkner to jeden z moich ulubionych pisarzy amerykańskich i pisarzy w ogóle ever. Pierwszy raz zetknąłem się z jego twórczością jeszcze w ogólniaku, wywarła na mnie duże wrażenie. Jakoś tak się historia poukładała, że musiały minąć całe lata, nim do Faulknera wróciłem.
Drugi tom opowiadań składa się z trzech części, grupujących opowiadania według wątków przewodnich. Część czwarta grupuje historie o żołnierzach z frontów I wojny światowej, ich rozpadających i składających się w ogniu i krwi światach, niezgodzie na bezsens wojny i jeszcze większy bezsens śmierci (poniekąd życia też) oraz prób odnalezienia się w nowym świecie po zakończeniu wojny. Faulkner zdecydowanie pokrewny jest Remarque'mu niż Jüngerowi w swoim spojrzeniu na fenomen wojny, boleśnie odzierającej wkręconych w jej tryby ze złudzeń. Część piąta zawiera głównie opowiadania umiejscowione na amerykańskim Południu po wojnie secesyjnej. Obserwujemy zderzenie kultur między południowcami a Jankesami, zmiany w zwyczajach i mentalności, mniejsze i większe ludzkie dramaty na tle bolesnych i nieuniknionych przemian. Wszystkie opowiadania z tej części ukazują jakąś formę rozliczania się z amerykańską historią i kulturą. Część szósta zaś, najbardziej niejednoznaczna, grupuje opowiadania z pogranicza weird. Autor stawia przez swoich bohaterów pytania o sens życia, o sens wartości, zestawia ich z szaleństwem i wrzuca w sytuacje, których nie da się racjonalnie wyjaśnić. W innych przypadkach snuje narracje z niejasnych punktów widzenia, nie przedstawia tych, których przemyślenia i punkty widzenia rozpościera przed czytelnikiem.
Faulkner pisał w charakterystycznym stylu, bardzo plastycznym, dosyć poetyckim, każde jego słowo jest żywe, barwne, niewymuszone, na swoim miejscu; jego porównania i metafory są niebanalne i zaskakują nieraz przyjętą optyką. Jak na rok wydania, tłumaczenie jest bardzo dobre - ot, czasem tłumacze mieli problem z nazwami własnymi, np. miast - jest to jednak nieważny w sumie szczegół.


William S. Burroughs Wybuchowy bilet, vis-a-vis Etiuda, 2014

Ok, mam dosyć Burroughsa. Ledwo tę pozycję zmęczyłem. Cóż, o ile Nagi Lunch czy Ćpun były bardzo dobrymi historiami podanymi w eksperymentalnej formie (do tego z ładną podbudową około-filozoficzno-ideologiczną), to Trylogia Nova, czyli - jak na razie - Delikatny mechanizm i Wybuchowy bilet to przerost formy nad treścią. Ok, szacunek budzi rozmiar i skomplikowanie całego zamysłu, do tego jako rodzaj manifestu sprawdza się naprawdę dobrze, ale jest to czytelne w niewielkim stopniu. Jak dla mnie, jest to przerost formy nad treścią. Sporadyczne naprawdę dobre bon-moty czy przedstawione hmm wizje wrzucone są do chaosu przypadkowo poskładanych zdań o wszystkim i o niczym i mimo mojej sympatii dla postaci autora jak i przyświecającego mu zamysłu z przykrością muszę stwierdzić, że już dawno żadna książka nie zmęczyła mnie tak, jak Wybuchowy bilet. Za tłumaczenie odpowiada kto inny niż za poprzednie Burroughsy wydane przez vis-a-vis i to widać. Maya to nie imię żeńskie, tylko odwołanie do Majów z poprzedniej części, a przetłumaczenie Nova Police (dwa rzeczowniki) jako Nova Policja (przymiotnik rzeczownik; deklinacja np. Novej Policji, itd.) to pomysł co najmniej dziwny i niezbyt trafiony. Ale niech tam, w końcu sam pomysł by to tłumaczyć jest szalony, bo zabiera z książki to, co Burroughs chciał osiągnąć - przypadkowość, zerwanie z tyranią słów i kontrolą świata przez zawarte w piśmie/mowie/obrazie/itp. pojęcia (przynajmniej ja tak to odbieram).
Zabawa intelektualna: zamiast tłumaczenia poszczególnych książek można by przetłumaczyć rękopis, który posłużył za źródło treści wszystkich trzech książek, po czym można by było przerobić go techniką cut-up w trzy osobne książki, zgodnie mniej-więcej z oryginalnym podziałem autora. To by było coś.


Wystawa - Olga Boznańska, Muzeum Narodowe, Kraków

Jak dla kogoś, kto o artystce wiedział tyle, że sobie kiedyś gdzieś tam żyła i tworzyła, to wystawa mogła być naprawdę wartościowa. W każdym razie ja sporo wiedzy i doznań estetycznych z niej wyniosłem.
Dla bardziej zaawansowanych w malarstwie (jak np. dla mojej partnerki, z którą tam byłem) wystawa może być rozczarowująca.


Tsutomu Nihei Abara, J.P.Fantastica, 2014

Autor, znany głównie z serii BLAME! (nie czytałem, tak twierdzi polska Wikipedia), nie jest jakoś szczególnie rozpoznawany, aczkolwiek zdążył wyrobić sobie markę. Rysował też m.in. dla Marvela (Wolverine: Snikt! - to akurat kojarzyłem, miałem gdzieś nawet ściągnięte pirackie skany).
Abara (Żebra) to rzecz dosyć skomplikowana. Tak na prawdę nie wiadomo, o co właściwie chodzi, co, po co i na co się dzieje, prawidła rządzące światem przedstawionym czytelnik poznaje na przykładach. Do tego co chwila zasypywany jest nieznanymi terminami, nieraz co najmniej groteskowymi. Polski wydawca słusznie dołączył krótkie posłowie, w którym podsumował i uporządkował treść tomu.
Ogólny klimat jest bliski weird, sceneria to obłędne, odhumanizowane, gargantuiczne megalopolis, do tego w sporej części wyludnione lub przynajmniej sprawiające takie wrażenie (ewentualnie ludzie są tak śmiesznie mali i nic nie znaczący w porównaniu ze scenerią, że rozmywają się w niej/na jej tle). Plątaniny niebotycznych budowli, całych kompleksów, zdają się ciągnąć po horyzont, nie widać ani jednego drzewa, a nawet dróg pomiędzy nimi. Stałym elementem miasta są do tego miliony rur sterczących ze ścian, podłóg, sufitów, lub przykrywających całe przestrzenie między częściami miasta (co budzi skojarzenie z niektórymi pracami Gigera).
Autor z wykształcenia jest architektem, co widać. Oprócz plątanin kolosów miło kojarzących się z żelbetowymi kanionami są też obłędne, surrealistyczne około-zamki, pełne wyrastających ze wspólnych brył strzelistych wieżyczek.
Kreska autora zasługuje na pochwałę nie tylko odnośnie miejsc akcji. Jego styl jest zarazem bardzo szczegółowy, z uwzględnieniem niewiarygodnej ilości detali (twarze!) jak i naturalistyczny i realistyczny zarazem, także realistyczny w przedstawianiu tego, co wyjątkowo nierealistyczne.
Tak cudownego horroru cielesnego, tak schorzałych, wynaturzonych i poddanych dekonstrukcji sylwetek ludzkich, nieludzkich, prawie-że-ludzkich oraz być-może-kiedyś-ludzkich dawno nie widziałem. Ileż tu kościanych zewnętrznych szkieletów/pancerzy, ni to macek, ni to kończyn, narządów o nieznanych lecz złowrogich funkcjach.
Do tego krew leje się gęsto, flaki, głowy i odcięte kończyny fruwają malowniczo w powietrzu. Mamy tu m.in. scenę wyrwania kręgosłupa. Postać poddana temu zabiegowi potem jest cała i zdrowa, ale taka jest logika świata przedstawionego, takiego trochę cyberpunku bez charakterystycznych dla gatunku gadżetów i gadżeciarstwa.
O samej fabule ciężko coś napisać - to opowieść o apokalipsie, ukrytych rządowych agendach i nieprzyjaznym Nieznanym pojawiającym się (dosłownie) znienacka.
Tom zamyka dwuczęściowa historia Digimortal. Szczerze mówiąc, nie wiem, jaki ma związek z Żebrami. Jest kolejnym niedopowiedzeniem. Wizja świata jest podobna ale inna. Rekwizyty te same, konwencja ta sama, postacie mają znajome rysy, świat jest inny.


Aleksandra Waliszewska Gold Hands Tremble/Złote rączki drżą, Fontarte Editions 2014

Artbook zbierający około 170 grafik (uwzględniając te na okładce) mojej ulubionej współczesnej polskiej malarki, bogato czerpiącej z najróżniejszych tradycji i nurtów. Na malarstwie znam się tyle o ile, nie znam odpowiedniej metodologii i aparatu pojęciowego, więc jeśli gdzieś rozminę się z ekwiwalentem empirycznym to przypadkiem, niechcący. Tak czy owak, u Aleksandry Waliszewskiej istoty rodem ze średniowiecznych i renesansowych grymuarów czy bestiariuszy sąsiadują z postaciami w dresach czy skinheadami, a ci z potworami niszczącymi miasta i innymi motywami zaczerpniętymi z popkultury. Barokowe pełne twarze, obok twarze pełne emocji i zachwycające szczegółami sąsiadują z uproszczonymi, zniekształconymi sylwetkami. Jednolite plamy tła podkreślają sceny absurdalne, groteskowe, urywki z jakiś nieopowiedzianych nigdy baśni, motywy apokaliptyczne i okultystyczne zderzają się z urokliwą, nieco infantylną perspektywą jakby dzieci zagubionych w bardzo niedobrych miejscach lub śniących coś, czego raczej nikt nie chciałby przeżyć. Jest dziwacznie, duszno, czasem groteskowo, czasem przytłaczająco, czasem przejmująco, czasem autorka puszcza oko do chłonącego jej obrazy widza i serwuje jakiś żart z sobie tylko znaną puentą, czasem pozostawia go zadziwionego i idzie dalej. Bohaterki i - rzadziej - bohaterowie Waliszewskiej są rzuceni na pastwę czegoś niedopowiedzianego, niewyrażonego, czegoś hipnotyzującego i drażniącego zmysły. Czegoś złowrogiego. Jej wyobraźnia zdaje się nie mieć ograniczeń.
Oprócz reprodukcji obrazów (szkoda, że takich małych, co jednak jest uzasadnione i zrozumiałe oraz szkoda, że nie podpisanych, nawet jeśli część z nich nie miała nadanych tytułów) w książce znalazło się kilka tekstów o autorce/dla autorki. Każdy z tych tekstów został zamieszczony w dwóch wersjach językowych - polskiej i angielskiej. Są to m.in. opowiadanie Szczepana Twardocha (całkiem dobre, świetnie wpisujące się w klimat obrazów), wyrazy uznania + wiersz Davida Tibeta, wyrazy uznania od Warrena Ellisa oraz wywiad z malarką.
Codziennie przeglądam tę książkę, przynajmniej kilka stron, codziennie daję się zaskoczyć i zadziwić.

czwartek, 15 stycznia 2015

"Śnijmy dalej"

Moje opowiadanie o tym tytule właśnie wylądowało na niedobrych literkach. O, tutaj.

Jest to znacznie zmodyfikowana wersja Plagi, jednego z pierwszych opowiadań, jakie napisałem. Plagę wrzuciłem kilka lat temu na stronę Nowej Fantastyki, gdzie zebrała kilka pozytywnych komentarzy, przez ogół została zignorowana, pewnie wisi gdzieś tam do dziś.

Śnijmy dalej to trochę bizarro, momentami gore/body horror, przemyślenia jakie tam zawarłem zahaczają zaś o weird.

Poczciwość dla niepoczciwych. Polecam się.

niedziela, 11 stycznia 2015

Odpryski XLIII

1) No i zaczął się kolejny rok. I to ~1,5 tygodnia temu. Jak ten czas leci.
2014 był dobrym rokiem. Sądzę, że nie tylko dla mnie, ale i dla innych ~~24-26 latków po studiach, zaczynających pierwszą poważną pracę, wynajmujących kąt lub cztery w nieswoim mieszkaniu i nieposiadających rodziny innej niż dawni prawni opiekunowie, zwierząt, samochodu ani zaciągniętych kredytów był to dobry rok. Dla wszystkich pozostałych ludzi mógł być już mniej dobry. Ja osobiście nie narzekam, a w każdym razie - nie na to.

2) Nie cierpię podsumowań, a podsumowań noworocznych w szczególności. To, że tak się jakoś dziwacznie poukładało, że Nowy Rok wypada w zimę a nie w środku lata to efekt złożonych procesów historycznych, nie ma po co go absolutyzować. Liczenie czasu to kwestia sporna a magia liczb to abstrakcyjne pojęcia. Każdy sam lepiej wie, co i po jakim czasie w swoim życiu podsumować, i nie potrzebuje do tego odgórnych ram.

2,2137) Dając się mimo wszystko ponieść magii liczb - chciałbym mieć więcej czasu na cokolwiek, bo tego ciut brakowało. Mam ambitne plany na dokończenie to tego, to owego, na podjęcie kolejnych studiów (2-letnie magisterskie) przy jednoczesnej pracy, jeszcze jakieś pomniejsze projekty. Jest też opcja wejścia na papier z własnymi wypocinami. No, ale pożyjemy, zobaczymy, co z czego wyjdzie.

3) W każdym razie, postanowień noworocznych też nie cierpię. Jeśli ktoś chce coś zmienić w swoim życiu, to może to równie dobrze zrobić z dnia na dzień w ciągu roku. Jednakże ufejsbukowionym polecam takie oto sympatyczne postanowienie: klik.

4) Jak to mawiają ostatnio - je suis Charlie.

niedziela, 28 grudnia 2014

James Herbert "Szczury"

Debiut autora i pierwsza część cyklu, którego tylko dwie pierwsze części ukazały się w Polsce (w każdym razie nie słyszałem o późniejszych). Coś pomiędzy horrorem o zmutowanych zwierzętach a a post-apo (ostatni, trzeci, tom i dopełniająca trylogię powieść graficzna rozgrywają się po zagładzie atomowej).
Prosta fabuła, nakreślona z rozmachem. Ot, tajemniczy nowy gatunek szczurów rozwija się bujnie w slumsach powojennego Londynu. Zwierzęta atakują ludzi, roznoszą śmiertelną chorobę, przegryzają się przez przeszkody, są bardzo wytrzymałe, niezwykle inteligentne, na dodatek być może kieruje nimi jakaś inteligencja...
Główny bohater to nauczyciel, wychował się w niezbyt dobrej okolicy nieopodal doków, ale wrócił tam by pomagać takim dzieciakom, jakim on sam niegdyś był. Jest całkiem cyniczny i bardziej przypomina bohaterów jakiś hard boiled niż nauczyciela plastyki.
Krew leje się gęsto, wnętrzności sypią się obficie. Większość bohaterów drugo- i jeszczedalejplanowych pojawia na kartach powieści tylko po to, by efektownie zginąć.
A same szczury, cóż, jakoś tak wyszło, że nikt za nimi nie przepada, a to naprawdę cudne stworzenia. Inteligentne, potrafią przywiązywać się do właścicieli. Tak fajnie sobie dreptają, stają na tylnych łapach, rozglądają się wokoło, poruszają długimi ogonami. Nigdy nie rozumiałem, czemu po tylu wiekach od epidemii dżumy ludzie nadal mają zakodowany podświadomy strach przed nimi. A są piękne. Chętnie bym kilka hodowlanych przygarnął, gdybym miał czas by się nimi zajmować i gdybym miał w pokoju miejsce na klatkę.
Tak czy owak, książka jako taka spełnia dobrze swoją rolę poczciwego czytadła. Trzyma w napięciu, mamy kilka zwrotów akcji, jakieś niedookreślone wątki polityczne w tle, poprawnie odwlekany finał, wreszcie cliffhanger na zakończenie. Tyle i aż tyle/tylko tyle. Gdy się ukazała, momentalnie stała się hitem, ale czasy były inne i popkultura też była inna.

sobota, 27 grudnia 2014

Thomas Ligotti "Teatro Grottesco"

Ligotti jest postacią dosyć enigmatyczną w rodzimym światku horrorowym i zbliżonym. Chyba wszyscy siedzący w środowisku o nim słyszeli, że dobry nihilistyczny herbatnik, za to mało kto go czytał. Pojawiały się pojedyncze jego prace rozsiane po antologiach (999, Wielka Księga Potworów, Po drugiej stronie, może coś tam jeszcze) i czasopismach (kilka razy Nowa Fantastyka, Trans/Wizje, Coś na progu, może coś tam jeszcze), żadna jego kompletna książka jednak się nie ukazała w polskim tłumaczeniu (nie licząc wiszących w internetach fragmentów). Aż do teraz.
Teatro Grottesco wydała Okultura, wydawnictwo specjalizujące się w pozycjach okultystycznych, nauce, religii i psychologii - nazwijmy to - alternatywnych, ezoterycznych, zaangażowanej kontrkulturze, itp. To ich pierwsza beletrystyka od dłuższego czasu. Zainteresowanie Ligottim trochę ich przerosło - pierwszy rzut książki wydanej w nakładzie 500 sztuk (szkoda, że nie numerowane ręcznie, najlepiej krwią autora) wyprzedał się prawie cały w krótkim czasie, aż sklep internetowy wydawnictwa przestał działać (chyba, że przestał działać z jakiejś innej przyczyny, ale tak mi się skojarzyło, że jego Wola Mocy była słabsza niż suma Wól poszczególnych osób zainteresowanych książką). Może i w obrębie pewnej niszy, ale jednak sukces marketingowy Teatro być może pociągnie za sobą wydanie w Polsce innych pozycji Ligottiego, w tym słynnej (także przy okazji serialu True Detective i plagiatu na Ligottim) The Conspiracy Against The Human Race. Osobiście bardzo sobie cenię ofertę Wydawnictwa Okultura (Czerwona Bogini była od nich, Trans/Wizje również), mają ładne okładki, ich plusem jest także to, że nie wydają New Age'owego chłamu ani Davida Icke'a.
Mogliby wydać Science Delusion Sheldrake'a - jeśli ktoś z Wydawnictwa czyta te słowa, to sądzę, że byłby to całkiem niezły pomysł. Ja bym w każdym bądź razie tę książkę kupił.
Wracając do Teatro Grottesco, za tłumaczenie wzięli się ludzie rozumiejący twórczość Amerykanina, utrzymujący z nim kontakty i inspirujący się jego twórczością w różnym zakresie. Nie ma w tym niczego dziwnego, za to bardziej zdziwiłem się widząc nazwisko Joanna John pod Skład i łamanie.
Cóż można powiedzieć o twórczości Ligottiego. W sumie chyba wszystko na jego temat zostało już powiedziane. Musiałbym żywcem przepisywać innymi słowami opinie innych, a nie chce mi się tego robić. Więc tylko trochę uwag ogólnych. Pobrzękują w niej zimno wszystkie jego lęki i fobie, zmieszane z osobistymi doświadczeniami wyniesionymi od czasów młodości w Detroit aż po dzisiejszy dzień. Pełno tam postindustrialnych, wyjałowionych przestrzeni, które wyobrażam sobie jako szare, spowite smogiem pustkowia bez choćby jednego drzewa. Poniekąd rozumiem, jak bardzo inspirujące mogą być rozwalone fabryki i masy poskręcanego żelastwa pnące się w górę wyżej niż okoliczne domy, sam w czasach liceum piłem z kumplami w ruinach fabryki chemicznej, która niegdyś uległa pożarowi. Mimo upływu czasu teren był skażony, gdy siedziało się tam zbyt długo, każdego bolała głowa. Kominy, hale fabryczne, opustoszałe przestrzenie tak obrzydliwie wielkie - zawsze odczuwam je w podobny sposób jak człowiek średniowiecza musiał odczuwać potężne, strzeliste kościoły - jako coś niepojętego, napawającego nieokreślonym lękiem, tyle, że nie  poświęconego żadnej chwale żadnego Boga, lecz Człowieka i jego tytanicznych prób przekształcania świata. A że te próby różnie wychodziły, zazwyczaj wcale, to trudno.
Snujący się po zakamarkach Motor Town Ligotti naszprycowany lekami na depresję i cholera wie, na co jeszcze, musiał taki krajobraz odbierać podobnie, ale widział w nim tylko przejmującą pustkę lub zabsolutyzowane mechanizmy wyzwolone spod zasad logiki i ludzkiej ręki (jak w opowiadaniu Czerwona wieża). Pracował w korpo, co tylko zwiększyło jego odczuwanie bezsensu wszystkiego. Każdy to pracuje lub pracował w korpo zapewne nie raz i nie dwa zastanawiał się nad bezsensem sprzecznych zasad, niedookreślonych regulaminów, wykonywaną sztuką dla sztuki lub pracą nad pierdołowatym, na pierwszy rzut oka nikomu do niczego nie potrzebnym przelewaniem z pustego w próżne. Połączył z korporacjami lekarzy i w sumie całą organizacją społeczną, co momentami przypominało mi paranoiczne, apokaliptyczne wizje z manifestów Patientenfront/Sozialistisches Patientenkollektiv i rodziło pytania o sensowność antypsychiatrii (myślę, że gdyby Ligotti dostał jakieś dobre, działające psychotropy, to jego światopogląd by się zdecydowanie zmienił). Wykreował bohaterów tracących kontakt z i tak wynaturzoną rzeczywistością rodem z dziwacznego snu lub bad tripu lepiej nie wiedzieć, po jakich środkach, rozbitych schizofreników, dekadenckich artystów, postaci niedookreślonych, mających być może więcej niż jedną jaźń, itd. Czasem sięga także po środki horroru cielesnego. A na samym końcu dzięki wywołaniu bóli brzucha ciemność nadciąga nad świat(y tych, którzy wzięli udział w... a, nie ważne).
Jego styl jest charakterystyczny. Czasem akcja jest szczątkowa, fabuła jest pretekstowa do ukazania urywka z czegoś wszechogarniającego i przerażającego. Opanował do perfekcji sztukę pisania zdań wielokrotnie złożonych, głęboki ukłon należy się tłumaczom, że potrafili je oddać po polsku bez cięć i z zachowaniem ich sensu.
Książkę uzupełnia wstęp do polskiego wydania napisany przez samego Ligottiego, w którym pisze o wpływie na jego twórczość m.in. Bruno Schulza oraz wprowadzenie do nihilistycznej filozofii Amerykanina autorstwa Wojciecha Guni i Sławomira Wielhorskiego. Ten esej świetnie się sprawdza w roli swoistego Ligotti for the beginners i wprowadza trochę porządku i punktów odniesienia do jego przemyśleń. W dołączonej na sam koniec bibliografii niepotrzebnie pozostawiono kodowanie na stronę internetową.
Podsumowując, ci, którzy na to czekali, w końcu się doczekali. Wątpię, żeby po książkę sięgnął ktoś przypadkowy. A już na pewno stereotypowy fan kolejnych, wyrzygiwanych przez kolejne wydawnictwa reedycji Kinga czy Mastertona nie za bardzo ma tu czego szukać. Nawet i ktoś lubiący się w klasycznym weird, nieco ramotowatych macek Lovecrafta czy wcześniejszych od niego może poczuć się zagubiony w zetknięciu się z twórczością Ligottiego. Bo niby są tu gdzieniegdzie jakieś macki, a tak na prawdę to ich nie ma, jest tylko koszmar ludzkiej uwarunkowanej egzystencji i kłamstwo świadomości. I niewątpliwe szaleństwo autora. A może to on jeden ma rację, a świat jest szalony. Kto wie, kto wie.

czwartek, 25 grudnia 2014

China Miéville x2

Mieville to autor niezwykły, zwłaszcza w przełożeniu na polskie warunki i nasze lokalne uwarunkowania, jak ewoluowała polska fantastyka w ciągu ostatnich stu lat.
Przede wszystkim, gość jest marksistą. Samo to jak na nasze warunki jest już czymś zupełnie kosmicznym. Nasi marksiści (całe promile promili procentów promili populacji) to albo niedobitki partyjno-biurokratycznego betonu tęskniące bezkrytycznie za PRLem, albo jakieś pojedyncze jednostki, rozsiane po uniwersytetach lub - zazwyczaj - gnijące w internetach. Rzecz jasna, większość z nich to świry, sekciarze lub członkowie grupek rekonstrukcji politycznej (moje określenie). China obronił doktorat z prawa międzynarodowego, związany jest bądź był z renomowanym marksistowskim pismem naukowym Historical Materialism. O dziwo pismo jest w miarę renomowane nawet w naszym grajdole, za publikację w nim jest dużo punktów wg. odpowiedniej listy ministerialnej. Pewnie dlatego, że większość polskich pożal się boże humanistów bądź kadry -ech- naukowej od nauk społecznych jest przekonana, że po Platonie (ew. po sarmackiej I RP lub II RP) nie wydarzyło się w filozofii nic godnego uwagi i nie wiedzą, co to właściwie jest za pismo.
Co więcej, Mieville był aktywnym i wysoko postawionym członkiem trockistowskiej międzynarodówki International Socialist Tendency [po śmierci Trockiego i katastrofalnym kierowaniu rozpadającą się IV Międzynarodówką przez kolejnych liderów - casus zupełnie zwariowanego Posadasa w Ameryce Południowej czy wmieszanie się Pabla w historię z Algierią - obrodziło na całym świecie rozmaitymi samozwańczymi IV, V i pośrednimi Międzynarodówkami]. Odszedł z IST gdy brytyjska komórka organizacji - Socialist Workers Party po incydencie z gwałtem jednego ze swoich liderów na młodej członkini zachowała się nie jak przystałoby na organizację trockistowską, wspierającą postępowy feminizm, tylko jak polska narodowa prawica. Szybko odnalazł się politycznie gdzie indziej - aktualnie należy do Left Unity. Tymczasem IST/SWP po tej bulwersującej sprawie z zamieceniem gwałtu pod dywan straciła wielu członków na całym świecie, w tym całe krajowe sekcje (polska sekcja, czyli pocieszno-pokraczna marginalna sekta o nazwie Pracownicza Demokracja raczej została przy macierzy i środkach macierzy). Poniekąd szkoda, że historia IST tak się potoczyła - wprowadzili do marksizmu - a dokładniej jeden z ich liderów i założyciel Tony Cliff wprowadził - teorię kapitalizmu państwowego na opisanie sytuacji mającej miejsce w Związku Radzieckim i krajach satelickich, gdy z aparatu partyjno-biurokratycznego wyłoniła się nowa warstwa dysponentów środkami produkcji. Jest to niezwykle ciekawe rozwinięcie tezy samego Lwa Trockiego o zdegenerowanych/zdeformowanych państwach robotniczych i systemie stalinowskim nieuchronnie prowadzącym do restytucji kapitalizmu (co zaobserwowaliśmy i na naszym podwórku; podobne tezy głosiła też nasza prawica, w tym Jadwiga Staniszkis, za młodu bardzo mocno lewicowa). Przez IST/SWP przeszło poza tym wielu innych, ciekawych myślicieli, jak np. konserwatysta Alasdair MacIntyre, czy kontrowersyjnych muzyków jak Douglas P. czy Tony Wakeford - akurat tych dwóch powszechnie łączonych jest z neofaszyzmem. Jak na troków, IST nie byli aż tak szurnięci jak np. Spartakusowcy. Ale to inna historia.

Tak czy siak, Miéville reprezentuje podejście do świata diametralnie inne od ogółu rodzimych autorów, nie powiem, było to całkiem odświeżające i przyjemne doświadczenie, mimo tego, że stara się nie wtykać własnych przekonań do własnej twórczości, a w każdym razie nie robi tego aż tak nachalnie jak np. niektóre korwinuchy wśród naszych tuz fantastyki.
W twórczości Miéville'a widać rozmaite fascynacje. Jego poglądy mają rzecz jasna wpływ na kreowane przez niego światy, widać też dalekie echa wpływów Lovecrafta i weird. Nie zaliczyłbym jednak brytyjskiego marksisty w poczet pisarzy weird, chociaż część strachów i tęsknot oraz sposobów budowania niepokoju, wprowadzenia Nieznanego do świata przedstawionego obecnych w jego twórczości wyraźnie może się z weird kojarzyć.

Zbiór opowiadań W poszukiwaniu Jake'a i inne opowiadania (swoją drogą, redaktorozżył się tam Robert Cichowlas) zawiera bardzo zróżnicowane treści. Mamy tu mikropowieść post-apokaliptyczną Lustra (o tym, co wyszło z luster, istoty oblekane w ludzkie oblicza lub urywki ludzkich oblicz obok czegoś zupełnie niepojętego), są bardzo polityczne Koniec z głodem (o hakerze psującym opinię domorosłym korporacyjnym filantropom, ukazującym ich obłudę), Dzień dziś wesoły (o zacopyrightowanym Bożym Narodzeniu i buncie przeciwko tyranii korporacji mających patenty na kolędy, rozdawanie prezentów, choinki, całą symbolikę świąt a nawet nazwę "Christmas"; pierwotnie ukazało się w piśmie Socialist Review), poruszający krótki komiks W drodze na front (o drodze na front w sensie metaforycznym, zwycięstwo odniesione na wojnie w międzyczasie sprawia, że tu w drodze na front, nigdy już nie będzie tak, jak przedtem), również całkiem polityczne Fundamenty (o pokucie bez odkupienia i prawdziwej zbrodni wojennej w tle), horrorowy Pokój kulek (duchy i czarna magyja w centrum handlowym), Jack (opowiadanie będące rozszerzeniem do innego utworu autora, spoiler), tytułowe, będące weird pełną gębą, następnie również będące weird Doniesienia o pewnych wypadkach w Londynie oraz Szczegóły, pastiż zahaczający o bizarro - Hasło z encyklopedii medycznej, znów horrorowy Chowaniec, itd. Łącznie utworów autora (Pokój kulek to współautorstwo, razem z Emmą Bircham i Maxem Schaeferem) jest w zbiorze zebranych czternaście. Wszystkie stoją na bardzo wysokim poziomie literackim, świadczą o bujnej wyobraźni autora a te bardziej polityczne obrazują jego prawidłową świadomość klasową. Tak trzymajcie, towarzyszu Miéville.

Ambasadoria zaś jest powieścią s-f z elementami cyberpunka i ogromną ilością odniesień i zapożyczeń filozoficznych. Autor próbował stworzyć najbardziej obcych obcych, jakich można wymyślić, gdy jest się człowiekiem. Granice wyobraźni oraz bycie humanoidem jednak ogranicza pole do popisu. Autor wpadł więc na wspaniały pomysł - obcość jego obcych - Ariekenów - oddał głównie przez język. Będący podwójnymi istotami Ariekeni rozumieją wypowiadane słowa tylko wtedy, jeśli są one wymawiane przez dwie osoby powiązane specyficzną więzią. W innym przypadku nawet słowa ich własnego języka są przez nich odbierane jak szum, nie mają znaczeń. Do rozmów z obcymi ludzie wykorzystują genetycznie modyfikowanych Ambasadorów, mających między sobą niezwykle silne mentalne i emocjonalne więzi. Próba utemperowania kolonii zamieszkałej przez ludzi i Gospodarzy przez międzyplanetarny byt polityczny Bremen kończy się katastrofą gdy nowy Ambasador okazuje się być efektem pewnego eksperymentu. Cała cywilizacja Ariekenów prawie że przestaje istnieć, a oni sami stają się fizycznie uzależnieni od głosu przybyszy z innej planety... W to wszystko wmieszana zostaje główna bohaterka Avice, niegdyś związana z językiem Gospodarzy (wykorzystujących namacalnych, pojedynczych ludzi jako środki stylistyczne). Język Ariekenów jest niezwykły jeszcze pod tym względem, że opiera się tylko na desygnatach empirycznych. Ariekeni nie są w stanie nazwać niczego, co nie istnieje naprawdę, co jest abstrakcyjnym pojęciem. Przez to nie potrafią też kłamać, a w każdym razie nie potrafili do czasu, gdy jeden z nich nauczył się tego, przezwyciężając własny język, co wywołało ogromne komplikacje... A, wspominałem, że Ariekeni i Ambasadorzy mają fraktalne imiona? To właśnie wspominam.
Dodatkową niezwykłością wprowadzoną przez autora jest Nurt, rodzaj prawdziwego, podstawowego wymiaru wszechświata w którym zanurzone jest wszystko inne. Jest to pierwotne, obce miejsce, obsługujący pojazdy poruszające się nurtem nazywani są Zanurzaczami - tytułowa bohaterka jest jedną z nich. Polskie tłumaczenie zabiło zamysł autora, który Nurt nazwał niemieckim określeniem Immer a znajdujący się jako jedna z płaszczyzn/wymiarów/itp. Nurtu wszechświat z ciałami niebieskimi - Manchmal. Zapewne są to odniesienia do jakiegoś filozofa, zapewne filozofa matematyki bądź fizyki - niestety mam zbyt małą wiedzę filozoficzną, by to wiedzieć lub sprawdzić. Jakaś pradawna, niewyobrażalnie potężna cywilizacja rozmieściła w Nurcie coś w rodzaju latarni sygnalizujących niebezpieczne miejsca (gdyż po Nurcie się żegluje).
Ambasadorię docenią przede wszystkim zajawieni na język, filozofię języka, teorię literatury, poststrukturalizm, a także chociażby na odwieczny problem, co było pierwsze - słowo czy rzecz opisywana. Już otwierający książkę cytat z Waltera Benjamina dużo mówi o tym, z czym będziemy mieć do czynienia. Jak dla mnie to jedne z lepszych soft s-f (rozróżnienie na hard i soft za inną lewaczką, Ursulą LeGuin) jakie w życiu czytałem, mimo tego, że jak na mój gust pod koniec książki za dużo i za szybko się dzieje.

Do twórczości autora będę wracał.

Odpryski Special #1

Wszystkim czytelnikom, stałym, chaotycznym, sporadycznym, przypadkowym, życzę zdrowych, rodzinnych, szczęśliwych, pogodnych, etc., świąt Bożego Narodzenia, Jul, Szczodrych Godów, Saturnaliów, etc. oraz zdrowego, rodzinnego, szczęśliwego, udanego, etc Nowego Roku.

Żebyśmy wszyscy mieli dużo czasu (i niekoniecznie na bezrobociu albo łóżku szpitalnym) na czytanie, dużo czasu na namysł nad własnym życiem i własną niszą ekologiczną w ramach Wieloświata, dużo czasu na uporządkowanie własnych spraw i wypracowanie sobie wewnętrznej równowagi, ostatecznego krachu wielkich narracji i masowego przewartościowania wszystkich wartości, wyzbycia się niepotrzebnych złudzeń (na dowolnej płaszczyźnie życia, na której można się łudzić) i żeby Cywilizacja Śmierci, Władca Ciemności Gender, Aborcja, Eutanazja i Dimetylotryptamina zapanowały nad światem.

Święta są ok, bo można wziąć urlop, ale szczerze mówiąc, po każdych świętach wypadałoby wziąć kolejny urlop, z myślą o odpoczynku od świątecznego odpoczynku. Jeśli ktoś faktycznie pomiędzy karpiem, zupą grzybową, kluskami z makiem, praniem rodzinnych brudów a Kevinem samym w domu znajduje chwilę na przemyślenia religijne, to dobrze dla niego. Dla mnie to wszystko to feeria symulakrów, o jakiejkolwiek głębszej treści zrutynizowanej i zdegenerowanej przez wieki kolejnych pseudomorfoz. Tyle, że dla mnie w sumie każda tradycja i zwyczaj to pył na wietrze uwarunkowań lub krąg na wodzie wypartych tabu. Najlepiej być miłymi dla siebie na co dzień i dawać swoim bliskim prezenty bez okazji. I nie szukać bóstw gdzieś w niebieskich odmętach.

Nic to. Niech nam tam no, darzy się. Pozdrawiam serdecznie.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Edward Lee "Ludzie z bagien"

Opłacało się wstać rano w niedzielę i udać się na pchli targ pod Halą Targową.
No dobra, w sumie to sam się obudziłem jeszcze przed piątą rano i pojechałem tam bo nie miałem niczego lepszego do roboty.
Kupiłem dużo książek, w tym Ludzi z bagien, całe szczęście, że za tydzień biorę urlop i spadam w rodzinne strony bo by do pierwszego nie wystarczyło.
Ale do rzeczy.
Jeśli czytaliście Sukkuba, to Ludzie są powtórką z rozrywki. Fabuła jest skonstruowana dokładnie w ten sam sposób.
Mamy bohatera pochodzącego z jakiegoś odludzia, o stopniu i stężeniu odludziowatości przekraczającym wszelkie normy i granice prawdopodobieństwa. Bohater radzi sobie w życiu całkiem nieźle, aż nagle pewnego dnia szlag trafia jego dotychczasową egzystencję, po czym wraca na stare śmieci.
W międzyczasie okazuje się, że rodzinne odludzie zdegenerowało się do formy zahaczającej o autoparodię, zaczynają wypełzać na światło dzienne mroczne tajemnice z przeszłości bohatera i/lub jego bliskich.
Na końcu okazuje się, że główny bohater był Kimś Niezwykle Ważnym dla lokalnej quasi-satanicznej sekty, całe jego życie ulega przewartościowaniu a on/a dochodzi do wniosku, że w sumie to czemu nie, bo oto zasłony opadły i ujrzał/a świat jakim jest naprawdę, z mrocznymi, okrutnymi bóstwami siedzącymi gdzieś za rogiem.
Lee nie silił się na nawiązania historyczne, jak w Sukkubie, i słusznie, bo ten element wyszedł mu tam najsłabiej. Odizolowana społeczność przywodzi na myśl - pierwsze skojarzenie - zwyrodniały ludek z Zewu Cthulhu Lovecrafta, żyjący na niedostępnych bagnach. Motywy Lovecraftowe pojawiają się jeszcze parokrotnie, przewija się nawet nazwa Dunwich, ale rzecz jasna Lee to Lee i zapuścił się w takie rejony wyobraźni, gdzie niezbyt zainteresowany seksualnością człowieka Lovecraft nigdy by nie dotarł, a nawet raczej by nawet nie pomyślał o dotarciu.
Zwyrodniały ludek przewodzony jest przez demonicznego proroka, który zwabia ofiary do złożenia dzięki przynęcie, jaką jest burdel z odmieńcami z bagien. Laski bez kończyn, o niezbyt prawidłowej ilości kończyn lub części składowych tychże kończyn, z kilkoma więcej lub mniej piersiami, waginami, garbate, włochate, opuchnięte, pokrzywione, bez pępków (sic!), bez ust, nosów, uszu lub z nieprawidłową ich ilością, z dwoma językami (tak, zgadnijcie przy okazji czego czytelnik się o tym drugim języku dowiaduje), laska potrafiąca wyjąć sobie nogi ze stawów biodrowych - autor na pewno świetnie się bawił, wymyślając kolejne możliwe i nijak niemożliwe ludzkie ułomności, i zapewne równie świetnie się bawił, opisując striptiz w wykonaniu różnych takich skrzywdzonych przez los istot. Plus dla niego, chciało mu się do tego przywołać kilka urywków z naukowych rozprawek o kazirodztwie i odizolowanych społecznościach, w książkach czytanych przez bohaterów.
Fabuła, mimo tego, że powielająca schemat - co samo w sobie nie jest minusem, bo czemu by zmieniać coś, co się sprawdza - potrafi zaskoczyć. Dużo się dzieje, akcja toczy się wartko, kolejne strony ociekają krwią i spermą, czasem główny bohater znajdzie chwilę czasu by zastanowić się nad własnym poplątanym życiem osobistym, rozdartym między byłą narzeczoną, która uzależniona od kokainy najpierw świadczyła usługi za jedynym barem w okolicy a potem została tam striptizerką i luksusową prostytutką a zwyczajną kobietą, poznaną w nowej-starej pracy.
Autor sporo też wie o redneckach. Ciekawe, jakim językiem posługiwali się tacy bohaterowie w oryginale. W polskim przekładzie ich język zastąpiono mieszaniną  stereotypowej"wsiowej" mowy i jakiś slangowych zwrotów. Efekt wyszedł nie najgorszy.
Jeśli ktoś lubi taką bezpretensjonalną i bezpruderyjną rozrywkę, to będzie bawił się świetnie. Jak ja. Książkę można jeszcze dostać w księgarniach. Miałem rzecz jasna świadomość, że nie czytam niczego, co zmiażdżyłoby mój światopogląd albo nawet poczucie estetyki i dobrego smaku, bo Lee wydany jak do tej pory w Polsce to jednak nie Lee w pełni swoich możliwości twórczych, jako rozrywka sprawdziło się to całkiem dobrze, lepiej niż Sukkub, w którym bzdury wymyślone przez autora na polach historycznym i - powiedzmy - religioznawczym czasem utrudniały mi czerpanie przyjemności z lektury.

niedziela, 14 grudnia 2014

Pokrótce #4

1) Twin Peaks reż. V/A.

Odświeżyłem sobie kultowy serial. Nie miałem wcześniej okazji przerobić drugiego sezonu, więc nadrobiłem zaległości.
O ile pierwszy sezon był majstersztykiem, groteskową, surrealistyczną opowieścią o źle drzemiącym w ludziach oraz o tym, jak jedno wydarzenie staje się katalizatorem przemian dokonujących się w małym mieście leżącym na uboczu, to drugi, cóż, drugiego jak dla mnie mogłoby nie być. Lub mógłby się skończyć w momencie rozwiązania przewodniej tajemnicy z pierwszego.
Pierwszy miał idealne zakończenie i rewelacyjnie poprowadzoną fabułę.Wątki poboczne rozwijały się w miarę logicznie, główni bohaterowie miotali się między różnymi odnogami prowadzonego śledztwa, aż do momentu kulminacyjnego, w którym tak na prawdę nic nie było jasne i wprost wyrażone.
Drugi był pastiszem telenoweli na znacznie większą skalę niż pierwszy. Część wątków doprowadzono do absurdu, inne dorzucono na siłę, część postaci tak zagmatwano, że zupełnie zbladły w porównaniu z samymi sobą z sezonu pierwszego. Niby tak miało być, że bohaterowie ulegają wewnętrznym przemianom, ale historia Nadine, wyjazd Jamesa, pościg odmienionego Bena Horne'a za czynieniem dobra, powrót z "zaświatów" najpierw samej Catherine a potem jej brata - w moim przypadku wywarły reakcję odmienną od zamierzonej - znudzenie i rozczarowanie. Poza tym przez kilka odcinków przysłoniły i tak rozmyty motyw przewodni. Znacznie bardziej rzucały się też w oczy uroki telewizyjnej produkcji, wszystkie jej niedociągnięcia i ograniczenia.
Zakończenie rekompensowało co prawda te niedogodności, ale pomiędzy odcinkiem w którym zagadka się wyjaśniła a ostatnim odcinkiem tylko dzięki samozaparciu nie porzuciłem oglądania serialu.
Ptaszki ćwierkają, że Lynch wraca do Twin Peaks. Pożyjemy, zobaczymy co z tego wyjdzie. Delikatnie trzymam kciuki.

2) Where the Dead Go to Die, reż. Jimmy ScreamerClauz, 2012

Niezwykle zwyrodniały, surrealistyczny, przejmujący, niepokojący, psychodeliczny, wszechogarniająco dziwaczny film animowany. Nieco przerost treści nad formą - animacja 3D wygląda jak pierwsze gry komputerowe zrealizowane w tej technologii, przetworzonych głosów niektórych postaci praktycznie nie da się zrozumieć - aczkolwiek ma to swój plus bo zestawiając z poruszanymi w obrazie kwestiami tworzy się przepaść warunkująca wynaturzony, groteskowy i duszny klimat całości.
Kilka pozornie niezwiązanych ze sobą historii skrzywdzonych rozmaicie dzieci łączy postać demonicznego, gadającego psa podrzucającego im świetne inaczej pomysły na rozwiązanie palących problemów. Do tego mamy odniesienia do symboliki religijnej, wyprawę w głąb umysłu co najmniej schizofrenicznego, naiwność dziecięcą skonfrontowaną z wyrachowanym okrucieństwem, mnóstwo przemocy i sporo odrażających czynności seksualnych (które raczej nie przeszłyby w filmie aktorskim dystrybuowanym w mainstreamie).
Bardzo dobra rzecz dla kogoś lubującego się w takich klimatach, ale opinie wiszące w internetach, że jest to krzyżówka "Gummo" i "Silent Hill" są przesadzone.
Dopóki nie dotarłem do wypowiedzi reżysera, byłem święcie przekonany, że zawarł w swojej animacji mnóstwo wszelakiej symboliki.
A okazało się, że po prostu się zjarał.
Pamiętajcie drogie dzieci, sięgajcie tylko po czysty towar z pewnych źródeł. Chyba, że macie talent i zjazdy jak pan ScreamerClauz.

3) Pink Floyd Endless River, 2014.

Niejako pośmiertny album legendarnej grupy pozbierany z różnych odprysków. Solidny poziom późnych Gilmourowskich Floydów, ale nic odkrywczego, wręcz przeciwnie. Tylko jeden kawałek nie instrumentalny. O ile do Floydów zawsze będę mieć sentyment (Wish You Were Here było chyba pierwszą płytą z muzyką [i zarazem pierwszy oryginalny album] jaką słyszałem) to do tego albumu niekoniecznie.

4) Pora zwyrola, 21.11.14

Wrócili do Krakowa, przycupnęli w kinie Mikro. Pierwszy seans po dłuższej nieobecności - padło na nunsploitation - filmy Satanico Pandemonium i Alucarda. To pierwsze to typowe nunsploitation, zestarzało się niemiłosiernie, fabuła dziurawa - dosłownie i w przenośni, efekty żadne, Lucyfer wzbudzający komizm niż strach; to, co szokowało wtedy (w 1975 roku) (np. całujące się półnagie zakonnice) dziś nie robi żadnego wrażenia na nikim oprócz wychowywanych w zamkniętej piwnicy bez okien ultra-katolików, takich, co czują się zbrukani na widok kobiety w spodniach.
Kamień milowy w swoim gatunku i kinie eksploatacji, ale mocno zakurzony.
To drugie to mroczna, surrealistyczna baśń, wyjątkowo nierówna pod względem formy i treści. Uroczo odrealniona. W połowie filmu zmienia się wydźwięk, co rozkłada całą fabułę i sens (do połowy - Kościół zły - po połowie - ok, diabeł istnieje i jest zły, "frakcja liberalna" w Kościele ok). Bardziej fantasy z elementami nunsploitation. Specyficzne habity ze specyficznym rozkładem krwawych(?) plam na nich, skojarzenia dość oczywiste, wnioski z takiego przedstawienia zakonnic całkiem feministyczne.
Minusem całej imprezy - ludzie na widowni żrący czipsy i szeleszczący niemiłosiernie oraz - paradoksalnie - amatorski dubbing na żywo. Niepotrzebnie czytający kwestie robili sobie dodatkowe jaja z tego, co akurat rozgrywało się na ekranie.
Ale tak czy siak stałe miejsce na popkulturalnej scenie Stołecznego Królewskiego.

5) Garth Ennis, Peter Snejbjerg Dear Billy, Dynamite Entertainment, 2009

Komiks, trade paperback. Fabuła Ennisa, kreska Snejbjerga. Mało dokładne tła, mało szczegółowe postaci. Tyle, że w przypadku tego komiksu nie rysunek jest najważniejszy.
Drugi tom metaserii Battlefields opowiada o losach brytyjskiej pielęgniarki cudem uratowanej po masowym gwałcie i mordzie żołnierzy japońskich na grupie kobiet w czasie inwazji na Singapur w 1942 roku.
Rany na ciele zabliźniły się, ale rany na duszy - nie. Obserwujemy jak bohaterka próbuje ułożyć sobie życie i poradzić sobie z traumą. Większa część akcji rozgrywa się w szpitalu wojskowym, gdzie pracuje a gdzie trafiają też ranni Japończycy - dezerterzy. Nasza bohaterka, Carrie Sutton, nie potrafi zapomnieć i wybaczyć. Zabija ich jednego za drugim, aż jej przełożeni zaczynają coś podejrzewać. W międzyczasie Ennis wprowadza Billy'ego, oficera lotnictwa, udekorowanego asa o również poranionej psychice, ale nie napędzanego nienawiścią w takim stopniu, jak Carrie. Fascynacja zmienia się w miłość, związek wystawiony jest na próbę, bla, bla, bla, tymczasem wojna zaczyna chylić się ku końcowi i dotychczasowi śmiertelni wrogowie stają pomału ni to rynkiem zbytu, ni to przyszłymi potencjalnymi partnerami handlowymi. Carrie nie może się z tym pogodzić...
Może i jest to historia obyczajowa, do tego zrealizowana w formie retrospekcji-listu do Billy'ego, ale zakończenie jest jak cios obuchem po łbie. Bardzo mocna rzecz stawiająca trudne pytania i nie udzielająca jednoznacznych odpowiedzi.

6) Francis Billotte Mord w Meksyku, Ethos,

Sensacyjno-kryminalna opowieść około-popularnonaukowa opowiadająca o stalinowskich mordach. O Trockim jest tylko jeden rozdział. Badziew charakterystyczny dla wczesnych lat '90 XXw., okładka upstrzona podtytułem Z archiwum N.K.W.D. i nazwą serii - Seria Szarego Wilka. Autor to najprawdopodobniej Polak ukrywający się pod francuskim pseudonimem. W tej serii ukazało się jeszcze parę jego książek, w tym o Kubie Rozpruwaczu.
Czytadło jakich wiele. Do poruszanej w książce tematyki można było - nawet w takiej samej konwencji - podejść ze znacznie lepszym rezultatem.

7) Tomasz Mann Tristan

Klasyk literatury niemieckiej XX wieku i jego - w miarę - standardowe tematy - przeobrażenia w świecie mieszczaństwa II Rzeszy/Republiki Weimarskiej, uczucie schyłkowości i nadciągającego rozpadu, bliżej nieokreślonego niebezpieczeństwa. Zmiany w relacjach międzyludzkich, zepchnięcie gdzieś ludzi wrażliwych, artystów, bunt młodego pokolenia a stateczni rodzice.
Na książkę składają się dwie niezwiązane ze sobą nowelki. Czytałem lepsze i znacznie lepsze rzeczy tego autora. Pozycja raczej dla fanów autora lub kronikarzy nastrojów epoki.

8) S.T. Joshi H.P. Lovecraft. Biografia

Może i głupio napisać raptem parę słów o książce-molochu mającej prawie 1200 stron, ale nie czuję się kompetentny do wydawania bardziej rozbudowanych osądów.
Autor dokonał niemożliwego - krok za krokiem rozmontował i prześwietlił życie Samotnika z Providence, pochylił się nad jego znajomymi, nielicznymi przyjaciółmi, trudnymi relacjami rodzinnymi. Ilość informacji zgromadzonych w tej książce jest wręcz przytaczająca. Autor rozgranicza swoje opinie o swoim bohaterze od informacji o nim, które prezentuje jak na poważnego naukowca przystało.
Nie wiem, co o tym myśleć. Oszałamia dociekliwość i dokładność autora. Jest to najbardziej kompletne kompendium wiedzy o Lovecrafcie z jakim zetknąłem się kiedykolwiek. Fani już dawno pewnie mają, więc nie muszę polecać. Niedzielni czytelnicy Lovecrafta zapewne odbiją się od treści.

9) Kronos 3/2014

Dużo o Friedrichu Georgu Jüngerze i dużo jego tekstów. Był jednak bardziej uporządkowanym i zarazem bardziej przewidywalnym autorem od brata. Zarazem bardziej konserwatywnym, miał swój udział w powolnych przemianach Ernsta.
Poza tym, jak to w Kronosie. Rzeczy interesujące i mniej interesujące. Recenzja Reactionary Modernism Herfa. Artykuł o Zinowjewie, dysydencie radzieckim i antystaliniście, który po upadku ZSRR przeszedł na stalinizm (w tym szaleństwie była metoda, aczkolwiek dźwięcząca rozpaczą po utracie punktów odniesienia).
Dobry numer.

10) Noise Magazine 2/2014

Dużo radości.

poniedziałek, 10 listopada 2014

J.G. Ballard "Imperium Słońca"

Częściowo oparta na przeżyciach samego Ballarda książka, dzięki której w pełni został zauważony przez mainstream. Zekranizowana została z rozmachem przez Spielberga. Film oglądałem dawno temu, pamiętam, że mało z niego pamiętam, oprócz intensywnych kolorów. Dziwne wspomnienie, wiem. Nie wiem nawet, na ile prawdziwe. Czyż nasze wspomnienia nie są jednak tylko subiektywnymi kłamstwami o tym, co kiedyś przeszliśmy, na dodatek wymyślone przez nas z dodatkowo subiektywnego punktu widzenia?
Tak czy siak, Ballard oparł się dosyć luźno na własnym życiu. Zgadza się to, że faktycznie II wojna światowa zastała go w Szanghaju jako dzieciaka wchodzącego w swoje dziesiąte lata. Faktycznie był internowany w obozie w Lunghua. W książce zupełnie pominął ze swoich wspomnień swoją siostrę, najważniejszą różnicą jest jednak to, iż jego bohater i nieco alter ego, Jim Graham, zostaje rozłączony z rodzicami - trafiają do innego obozu.
Dla czytelnika, który o działaniach wojennych w Azji i na Pacyfiku wie tyle, że były, książka może być małym rozczarowaniem. Mimo tego, że Jim nie jest narratorem pierwszoosobowym, narrator trzecioosobowy przyjmuje punkt widzenia dzieciaka, który - mówiąc wprost - nie ogarnia rozgrywających się wokół niego wydarzeń. Obserwujemy atak Japonii na Szanghaj, zajęcie przez nich dzielnicy międzynarodowej, załamanie się jakiegokolwiek oporu, rozpad istniejących społeczności, zajęcie przez okupanta domów dawnej europejskiej burżuazji, itd. Wcześniej mieliśmy mały wgląd w życie bogatej białej elity miasta, przyjęć w luksusowych willach z basenami i wypadów do dzielnic z nocnymi klubami, pełnych Azjatek-prostytutek. Wojna rozgrywająca się w Europie docierała do miasta w postaci uchodźców, Żydów z Europy Wschodniej, którym udało się uciec z piekła, mniejszości niemieckiej przyjmującej nazistowskie wzorce z ojczyzny leżącej za morzem, uciekinierów z Polski i Czech sprzedającej na ulicach resztki dobytku, żeby przeżyć. Gdzieniegdzie skupiają się biali emigranci z czerwonej Rosji. Więcej jest wokoło pozostałości to krwawej i barbarzyńskiej wojnie japońsko-chińskiej. Wrzenie ogarnia same Chiny, rozdarte między komunistów i nacjonalistów.
Widać rozwarstwienie społeczne, nakładające się na podziały etniczne. Zostawiony sam sobie Jim, żyjący przez jakiś czas w opuszczonych rezydencjach, szybko zdaje sobie sprawę, że wszystko co nakładano mu do głowy przestało właśnie obowiązywać. Jeszcze zanim władza okupantów okrzepła, sam szukał u Japończyków ochrony przed szabrownikami i zorganizowanymi i uzbrojonymi grupami bandytów.
Po tym, jak Jim trafia do Lunghua, akcja przenosi się o parę lat w przód, gdy klęska Japonii jest już przesądzona. Dla mieszkańców obozu nie jest on złym miejscem do życia. Nie pracują, nie ma egzekucji. Mogą nawet próbować wymykać się z obozu, by poszukiwać więcej pożywienia niż otrzymują w stale zmniejszanych porcjach. Wraz ze schyłkiem wojny, gdy cała okolica zostaje zalana przez rozmaitych dezerterów, maruderów i pospolitych przestępców najróżniejszych ras i narodowości, obóz staje się jedynym bezpiecznym miejscem w okolicy. Wynędzniali więźniowie, mimo tego, że wielu z nich ginie ze słabości w czasie likwidacji obozu i marszu na stadion w Szanghaju, po tym, jak zostają porzuceni przez wycofujących się Japończyków, wracają do obozu i sami się w nim zamykają. Jim nie może się pogodzić z przegraną Japonii, uważa żołnierzy spod flagi ze Wschodzącym Słońcem za najodważniejszych na świecie, chociaż amerykańskie bombowce i myśliwce podobają mu się bardziej niż sprzęt cesarski. Jego przemyślenia, nie raz mogące wprawić czytelnika w osłupienie, to największy plus świata przedstawionego w książce.
Przekonany o wybuchu III wojny światowej, chłopiec chce odnaleźć rodziców i nakłonić ich, by pozostali w swoim obozie, bo będą tam bezpieczni. Silna władza, nawet okupacyjna i ludobójcza jest dla niego skutecznym źródłem ochrony przed złym zewnętrznym światem.
Czytelnik nie widzi jednak praktycznie żadnych działań wojennych, za to ma okazję poznać najpierw rozpad eklektycznej społeczności (przygody Jima w domach wywiezionych w nieznane europejskich bogaczy oraz jego własnym przywodziły mi na myśl... Kevina samego w domu; wiem, bardzo odległe i absurdalne skojarzenie), potem warunki życia w japońskich obozach dla internowanych. Japończycy potrafili robić niewiarygodnie okrutne rzeczy (ot, chociażby oddział 731 przychodzi na myśl), jednak akurat tamten obóz nie umywał się do wynalazków niemieckich czy stalinowskich. Doświadczenia wojenne bez wątpienia wywarły na autorze ogromny wpływ, nie da się go jednak zestawić z traumą jaką przeżywali ci, którzy przeżyli niemieckie obozy zagłady czy GUłagi. Nie ten poziom ciężkości.
Jestem fanem twórczości Ballarda, więc i ta książka przypadła mi do gustu. Fakt faktem, jest inna od reszty jego dzieł i dziełek.

niedziela, 9 listopada 2014

Łukasz Orbitowski "Złe wybrzeża"

Niepozorna książeczka będąca debiutem książkowym autora. Trzy opowiadania połączone jedną z postaci - co ciekawe, postaci pobocznej - policjanta prowadzącego przedstawione w nich sprawy.
Nie można odmówić autorowi solidności, fakt faktem jednak, nie pokazał tam jeszcze na co go stać. Jego debiut powieściowy - Horror Show - przypadł mi do gustu znacznie bardziej, gdyż autor przyjął w nim bardziej eksperymentalną formę, zwłaszcza przy dialogach.
Ogólnie rzecz biorąc, ostatnio autora jest dosyć dużo koło mnie. Tę książeczkę znalazłem przypadkiem u bukinistów, gdzie nie chciałem się zatrzymywać, mignęła mi okładka, opowiadanie Orbitowskiego było w którejś z ostatnich Chimer, felieton był w Noise Magazine... jakby wszystko to chciało mi przypomnieć, żebym się w jego nowsze rzeczy uzbroił.
Pierwsze z opowiadań - Ciało - spodobało mi się najbardziej. Ze względu na bardzo interesujący mnie temat - relatywizmu tzw. dobra i zła oraz uwolnienia się z niewoli tych pojęć. Tyle, że głównemu złemu chodziło o osiągnięcie pełni, był zawsze dobrym człowiekiem, postanowił popełnić coś przerażającego, straszliwego i złego, by się sprawdzić, czy mógłby coś takiego zrobić. Zrobił, i poczuł się świetnie. Czytelnik poznaje go w momencie, gdy celuje z pistoletu do przybranego ojca (był adoptowany) i opowiada mu, jak porwał i torturował swoją przybraną siostrę. Nie zabił jej jednak - za niego zrobił to zbieg okoliczności, za pomocą leśnego zwierzęcia. Zakończenie pokazało, że nasz domorosły wulgarny stirnerysta nie był taki twardy, za jakiego chciał uchodzić.
Czysta śmierć to miejska opowieść niesamowita o przemianie wewnętrznej policjanta i tajemniczym facecie otrzymującym pokaźne spadki po tragicznie zmarłych celebrytach. Takie tam.
Głowa Hieronima zaś opowiada o głowie Hieronima, jasnowidza-celebryty o złotych zębach i jego pośmiertnych przygodach z hienami cmentarnymi. Fajna puenta.
Nic wielkiego, ale i nic słabego, jak ktoś gdzieś znajdzie, to może śmiało kupić.

Wojciech Gunia "Powrót"

Zbiór opowiadań autora zaangażowanego w weird fiction, tłumacza Ligottiego (BTW dzisiaj przed godziną - gdy piszę te słowa, jest 19:24 - ogłoszono w końcu premierę Teatro Grottesco), publikującego m.in. w Trans/wizjach.
Jak autor przyznał w wywiadzie (generalnie polecam wywiady z Gunią, jest niezwykle inteligentnym i oczytanym gościem), siedział nad Powrotem kilka lat. Jedno z opowiadań - Wojna - ukazało się wcześniej w wydanej również przez Aghartę antologii Po drugiej stronie - weird fiction po polsku. Prawie równo rok temu pisałem o tej książce na niniejszym blogu, po upływie czasu muszę przyznać, że nieco zmieniło mi się spojrzenie na weird fiction jako takie. Nie zmienia to faktu, że i Powrót musiałem sobie dawkować.
Różnica między mną i autorami po linii Ligottiego (niedokładne określenie obejmujące także autorów żyjących wcześniej) jest taka, że ja widzę Coś tam, gdzie oni widzą Nic. Nie deprecjonuję przy tym jakichkolwiek ludzkich zdolności poznawczych, zdając sobie sprawę przy tym z zarówno subiektywności ludzkiego postrzegania, z tego, że sama koncepcja ja jest błędna, jak i z tego, że rozum nigdy nie przeniknie Nieznanego, bo jest na to zbyt miałki a otaczająca nas rzeczywistość - zakładając, że jej elementy są obiektywne - zbyt skomplikowana. Subiektywizm i dekonstrukcja, relatywizm odnośnie uznanych norm i znaczeń powszechnie obowiązujących pojęć, często obecne w weird, także i u Guni, przywodzą mi na myśl moich ulubionych filozofów - Maxa Stirnera, Fryderyka Nietzschego - mojego ulubionego z mistrzów podejrzeń,  Ernsta Jüngera, Jeana Baudrillarda. Nie oznacza to, że weird jest postmodernistyczne, lecz że pewne wątki twórczo przejawiają się na łamach nie raz bardzo odległych od siebie autorów.

W blurbie od Dawida Kaina widnieje porównanie twórczości Guni do Schulza, Kafki i Ligottiego. Abstrahując od tego, że blurby zazwyczaj nie mówią niczego istotnego, jest to bardzo trafne porównanie. Z czego najwięcej zapewne jest Ligottiego, bo Ligottiego znam najmniej, przez co ten punkt odniesienia, którego nie znam, zaświecił mi najmocniej.
Pierwsze co rzuca się w oczy, to styl autora. Używa niezwykle plastycznego języka, potrafi odmalować słowem tysiące odcieni szarości pochłaniającej jego światy i przechodzącej w czerń. Nie śpieszy się z fabułą, snuje nieraz bardzo długie monologi wewnętrzne swoich bohaterów, lub z namaszczeniem i zadziwieniem odpisuje zwyczajnie niezwyczajne krajobrazy, niby takie, jakie rozpościerają się za oknem, a jednak dotknięte czymś obcym, zwyrodniałym, niepojętym. Dawno nie czytałem niczego takiego, niczego napisanego w taki sposób, że każde zdanie można smakować.
Wątki poruszane przez autora są rozmaite. Jest idealny (i totalitarny zarazem) system polityczny, w którym panuje dyktatura ślepej litery prawa, ustrój raz uruchomiony i działający od tamtej pory w bardzo okrutny sposób (Bardzo długo była tylko ciemność), jest trochę o pierwotnych instynktach drzemiących pod kruchymi i spłowiałymi maskami społecznych i kulturowych uwarunkowań (Słowa brzmiały jak ich własne) jest bardzo przewrotna i przepełniona czarnym humorem opowieść o paranoiku pragnącym przystąpić do ogólnoświatowego, antyludzkiego spisku (Spisek), jest fascynacja manekinami jako swoistymi symulakrami człowieka, wystarczającymi do istnienia w społeczeństwa zamiast ludzi jako takich (Ostrza), jest przewrotna fascynacja krajobrazem (post)industrialnym (Kombinat), jest długa opowieść o naprawieniu czegoś, czego główny bohater niegdyś nie dopilnował, bo stchórzył (tytułowe), jest i przejmująca historia o ludzkich tragediach i wypieraniu tragedii (Syn), jest drobny pstryczek w nos różnym grupkom literackim i zarazem opowieść o fascynacji przenoszącej się wraz z osobowością autora (Zachwyt), wreszcie są i utwory będące takim weird w weird, czyli nie podejmujące konkretnych tematów, poza przejmującym i przenikającym świat przedstawiony Nieznanym (Dom, Ojciec). Łącznie opowiadań, z których najkrótsze mają po ~3-5 strony, jest w zbiorze trzynaście.
Jak wspomniałem wcześniej, czytając tę książkę, musiałem robić przerwy. Nie jestem pesymistą, raczej wykształciłem w sobie rodzaj wewnętrznej równowagi, pogody ducha, uznanie iż w całej swojej złożoności, przypadkowości, może i absurdalności świat może być pięknym miejscem. Zaś Nieznane może się ujawnić nagle i w skąpanym w blasku słońca osiedlu nowych, kolorowych domów wielorodzinnych. Wolę postawę znacznie bardziej heroiczną niż poddanie się negacji, wolę bohaterów rozbijających się o obłęd i szaleństwo wynikające z załamania się ich światopoglądu w pełnym pędzie życia, niż stopniowo poddających się coraz większej depresji i poczuciu beznadziejności; wynika to z różnicy między Czymś i Niczym, wyłożonej przeze mnie wcześniej. Stąd też ogólny pesymistyczny wydźwięk twórczości Wojciecha Guni czasem mnie męczył. Nie raz było go jak na mój gust za dużo. Mam wrażenie, że autor chwilami upajał się zabierającym wszelką nadzieję wydźwiękiem jego słów. Gdyby część opisów zastąpił bardziej neutralnymi sformułowaniami, niż bardziej i bardziej rozpaczliwymi, jego opowiadania nie straciłyby niczego ze swojej wyrazistości i wydżwięku. Ale to tylko moje zdanie. Fani konwencji powinni być w siódmym nieistniejącym niebie.
Autor zna też zapewne mało znany a bardzo dobry film Society. Jeśli w jednym z opowiadań maleńka wzmianka przywodząca na myśl jego fabułę znalazła się przypadkiem, bo po prostu wymyślił coś zbliżonego, nie zmieni to faktu, że przy tej maleńkiej wzmiance znający ten film uśmiechną się.
Tak czy owak, jest to jedna z najlepszych książek jakie czytałem w tym roku. Fani gmerania w duszach i przemyśleniach bohaterów, ci, których nie odstraszy ogrom opisów i nieraz brak akcji, fani weird i orbitujący gdzieś nieopodal weird (jak ja) powinni być bardzo ukontentowani. W kolejnej około horrorowej niszy w Polsce coś zaczęło drgać.