niedziela, 9 marca 2014

Odpryski XXXII

1) No, to dodałem w końcu listę blogów odwiedzanych przeze mnie. Jest gdzieś w słupku po prawej stronie, pod kategoriami i spisem postów. Niektórzy z autorów może i się zdziwią, że trafili na nią, bo rzadko komentuję, raptem w kilku miejscach.
Zastanawiam się, czy przeszukując horrendalne ilości zakładek w dwóch przeglądarkach uwzględniłem wszystkich, do których zaglądam częściej niż 2-3 na rok; jeśli nie, to listę będę sukcesywnie rozbudowywał. Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy się na niej znaleźli.

Brian Aldiss "Cieplarnia"

~~~~~~ Recenzja w ramach wyzwania czytelniczego Eksplorując Nieznane ~~~~~~

* małe spoilery *

Do Cieplarni mam ogromny sentyment.
Po raz pierwszy przeczytałem tę ponadczasową książkę Aldissa niedługo po tym, jak zapoznałem się z twórczością Tolkiena i Howarda.
Nie muszę chyba pisać, że dla dzieciaka kończącego szkołę podstawową zetknięcie się z Aldissem zaraz po klasyce epic (czy tam heroic - zawsze się gubiłem w tych wszystkich etykietkach) fantasy i sword & sorcery było jak objawienie. Aldiss otworzył przede mną świat wyobraźni, z jakiego istnienia nawet nie zdawałem sobie sprawy. To tak w ogóle da się pisać? To coś takiego w ogóle dało się wymyślić? - zadawałem sobie takie i inne pytania, pożerając treść. O Peruniku, jak to było dawno.
Kiedyś już na tym blogu o Cieplarni wspomniałem - o, gdzieś tutaj. Bardzo krótko. Miałem wtedy trochę inną wizję tego, co chcę robić z tym blogiem.
Lata sobie płynęły przez moje życie, a do Cieplarni wracałem co jakiś czas. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało - czułem się tam jak w domu. Wspominając ostatnio całą gamę emocji, jakie lektura we mnie wzbudziła, wszystkich przemyśleń, do jakich mnie pobudziła, doszedłem do wniosku, że dużo wody w Wiśle upłynęło, odkąd ukończyłem lekturę ostatnim razem. Za dużo.
Wygrzebałem więc Cieplarnię i przeczytałem ją. Było to moje piąte lub szóste spotkanie z tę książką.
Nie zestarzała się. Wiadomo, czytając coś, co się zna, nie ma to już takiego uroku jak na samym początku, ale nadal czytało mi się to świetnie. Wraz z każdym kolejnym przeczytaniem odnajduje tam coś nowego, zwracam uwagę na coś innego. Ta książka rozwija się wraz ze mną, aż chciałoby się powiedzieć, wraz z rozwojem mojego postrzegania świata dostrzegam więcej szczegółów świata przedstawionego u Aldissa.
Autor wykreował absolutnie niesamowitą wizję świata. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć książki o tak niepowtarzalnym worldbuildingu, jakie czytałem kiedykolwiek. Pewnie jeszcze niejedno takie odkrycie przede mną. Ale to swoją drogą. Na razie cieszę się tym, co już miałem szczęście poznać.
Bardzo daleka przyszłość. Ewolucja fauny i flory postępowała w całym wszechświecie, aż po osiągnięciu pewnego momentu szczytowego zaczęła zwijać się z powrotem do Jednego, jakiejś jedności całego życia jako takiego. W skali wszechświata.
Do tego momentu jeszcze nieco brakuje, ale świat przedstawiony jest w połowie drogi ku temu. Ziemia już dawno przestała się obracać wokół Słońca. Po kosmosie, na czymś w rodzaju pajęczyny, przemieszczają się gargantuiczne istoty. Ciała niebieskie również są połączone taką pajęczyną (oczywiście nie dotyczy to gwiazd, itp.). Kula ziemska podzielona została na dwie części - jedną stale nasłonecznioną i drugą, skrytą w wiecznym mroku.
Wszechświatem rządzą rośliny. Rośliny przypominające zwierzęta, czy nawet upodabniające się do ludzi. Organizmy inteligentne i świetnie przystosowane do nowych warunków życia. Wyobraźcie sobie drzewa potrafiące wyciągać z podłoża określone substancje i tworzyć z nich broń (np. granaty) do walki z innymi drzewami, zwierzętami, roślino-zwierzętami lub nielicznymi i marginalnymi ludźmi. Są też rośliny latające, pływające, itd. Flora zajęła wszystkie nisze ekologiczne.
Wyobraźcie sobie drzewo porastające cały kontynent. W omawianym dziele Aldissa nie tylko kosmiczne pająki są tak wielkie, że trudne do wyobrażenia. Sam tytuł książki odnosi się do tego, że przez zatrzymanie ruchu obrotowego i obiegowego Ziemi, jej stale nasłoneczniona strona stała się jedną, wielką puszczą tropikalną na sterydach.
Skarłowaciałe i zielonoskóre niedobitki ludzki, podzielone na zwalczające się plemiona i podgatunki (tajemnica przemiany człowieka wyjaśnia się pod koniec) to gatunek wymierający i poddany ciągłej dewolucji. Dawni władcy Ziemi, korona stworzenia, przemykają po gigantycznym drzewie, złowrogich dżunglach, stale zagrożeni przez nieokiełznaną naturę. Są śmietnikiem historii, pozostałościami po dumnym królestwie ssaków, które kiedyś w pewnym momencie diabli wzięli. Pozostałe królestwa świata fauny też zresztą implodowały pochłonięte przez przejmującą ich cechy florą. Ludzie zmagają się ze światem roślin, uzbrojonym w całe arsenały kłów, pazurów, macek i znającym wiele innych efektownych sposobów zabijania w stale toczącej się walce o przetrwanie.
Jak się jednak okazuje, niedobitki ludzi to nie jedyne nie-roślinne inteligentne istoty, jakie jeszcze egzystują na świecie. Z jednymi z nich - mającymi zdolności telepatyczne pasożytami - związana jest szalona teoria, dlaczego ludzkość przestała się w pewnym momencie historii planety liczyć. Oraz dlaczego kolejne pokolenia były coraz głupsze.
Fabuła Cieplarni opisuje losy młodych członków jednego z ludzkich stad. Starsi odchodzą, jako niepotrzebni i obciążający niepotrzebnie młodszych. Związany jest z ich odejściem i przemianą poboczny wątek, niestety słabo rozwinięty (o czym gdzieś wyżej już napomknąłem).
Stado w końcu rozpada się, po konflikcie samców o przywództwo (i, poniekąd, samice). Dalsza wędrówka bohaterów w stronę skrytej w wiecznym mroku części planety służy autorowi za pretekst do rozpościerania przez oczami wyobraźni czytelnika fascynujących opisów wszechwładnej, wszechogarniającej flory. Nie znaczy to, że fabuła się nie liczy, że jest pretekstowa - ale wyraźnie schodzi w pewnym momencie na dalszy plan. Mimo tego, że trzyma w napięciu.
Aldiss to autor pozostający w obrębie science-fiction, lecz przekraczający granice gatunku (i charakterystyczne dla gatunku rekwizyty) w najróżniejsze strony. Poetyką Cieplarnia zbliżona jest nawet nie do fantasy, lecz do baśni. Autor dochodzi do tej granicy dowolnie pojętych elementów science w fiction, za którymi jest nieograniczony kosmos fantazji.
Tłumacz (Marek Marszał) spisał się świetnie, efektownie przekładając neologizmy autora.
Cóż napisać więcej - Cieplarnia to arcydzieło. Każdy fan s-f (ale i fantasy również) powinien tę książkę przeczytać - chociażby po to, by wyrobić sobie własną opinię.


sobota, 8 marca 2014

Stepan Chapman "Trojka"

(Spojlery, ale delikatne; w przypadku tej książki i tak nie będziecie wiedzieć, o co chodzi, więc czytajcie śmiało)

(Dopisek)

Bardzo rzadko trafia mi się książka, po przeczytaniu której czuję się mizerny i nieogarnięty, która pokazała mi coś, czego nie potrafiłem sobie wyobrazić, ba, nawet pomyśleć o wyobrażeniu sobie czegoś takiego nie potrafiłem. Do tej pory trafiło mi się tylko kilka - pięcioksiąg (tzn. nie pięcioksiąg, ale nie chce mi się teraz tych zawiłości tłumaczyć) Księga Nowego Słońca Gene Wolfe'a, Imago Wiktora Żwikiewicza, Cieplarnia Briana Aldissa. A także kilka pozycji filozoficznych i okołofilozoficznych.
Pisząc te słowa, zastanawiam się, czy Trojka dołączy do nich. Do takiego mojego małego, literackiego "Wewnętrznego Kręgu" rzeczy absolutnie ponadczasowych, przełomowych. Zastanawiam się, bo nie wiem, czy przypadkiem takich książek nie jest na pęczki - tyle, że nie miałem z nimi jak dotąd większej, bliższej, bardziej osobistej styczności. I być może w tym nurcie rzeczy absolutnie niesamowitych i wywracających wyobraźnię czytelnika milion razy wokół własnej osi, po czym gwałcących tą wyobraźnię analnie kijem od mopa, Trojka nie będzie niczym niezwykłym.
Ale na chwilę obecną, na godzinę 22:35 08.03.2014, Trojka jest dla mnie czymś niezwykłym. W kolejce do przeczytania czeka Pokój Gene Wolfe'a, więc być może wkrótce niezwykłość mi spowszednieje.
Czemu wcześniej nie sięgałem po Ucztę Wyobraźni Wydawnictwa Mag? Jeśli każda książka wydana przez nich w tej serii jest taka jak Trojka... Cholera, tyle, że tego nigdzie nie ma, w żadnym miejscu z tanimi/przecenionymi/używanymi książkami, jakie znam w okolicy. Pozostają promocje w pewnej dużej sieci księgarniopodobnej.
Ad rem. Fabuła książki rozgrywa się w oszałamiającym Nigdziebądź, absolutnym Niewiadomogdzie. Akcja skacze po światach, krajobrazach, rzeczywistościach rodem z gęstych, dzikich, nieokrzesanych, absurdalnych i nie tkniętych przez logikę i ciągi przyczynowo-skutkowe miejscach, nie będących jednak miejscami. Tzn. i tak, i nie.
Bohaterów głównych mamy troje (co sugeruje sam tytuł). Dwie kobiety i jednego mężczyznę. Mężczyzna jest cyber-dżipem (tak, samochodem), starsza kobieta jest człowiekiem, młodsza - brontozaurem. Przemieszczają się po pustyni. Od burzy, do burzy. Wraz z burzami zamieniają się ciałami. Porozumiewają się telepatycznie. Nawet jak umierają, bądź zabijają się wzajemnie, budzą się żywi na nowo.
I to jest sam początek książki. Potem jest milion razy bardziej niesamowicie. Sny, marzenia, wizje, wspomnienia (fałszywe? prawdziwe? a czymże w sumie są i prawda, i fałsz? zwłaszcza w tym świecie przedstawionym?) bohaterów snują się przez większą część książki. Zdradzają psychozy o iście gargantuicznych rozmiarach. Alex, który chce się przerobić na maszynę. Jeszcze jako człowiek pracujący we wszechogarniającej fabryce wymienia sobie ręce na niewiarygodnie zaawansowane technologicznie protezy. Potem jego mózg trafia do kilku różnych pojazdów po kolei. Od maszyny do dezynsekcji po ambulans. Eva, snująca wspomnienia o świecie, w którym genetycznie zmodyfikowana ludzkość jest podzielona na kasty, według tego, jaką głowę się nosi. Do wyboru jest plejada istot morskich. Cesarz jest wielorybem, prostytutki ukwiałami, skalary to kapłanki, rekiny służą jako żołnierze. I tak dalej, i tak dalej. A wszystko spaja religia oparta rzecz jasna na bóstwach morza. Noszących aztecko brzmiące imiona. Naomi, najmłodsza. Zahibernowana na wypadek wojny. Zesłana do ni to więzienia, ni to obozu jenieckiego, ni to nie wiadomo gdzie. Jedna z ofiar wojny plazmowej, która zniszczyła świat. Sztucznie stworzony brontozaur-mnich lecący w statku kosmicznym mającym rozmiar niewiele większy od kilku ziarenek piasku. Istota zdolna wchłaniać w siebie innych. Coś. Słoń na nowej arce Noego.
Sny, wizje, historie opowiadane przez bohaterów są rzecz jasna tylko do pewnego stopnia spójne ze sobą. W większości z nich przewijają się wszyscy główni bohaterowie. A także parę innych postaci. Kim właściwie są tzw. anioły? Czy anioły mogą oszaleć? A kim lub czym jest pozytywka?
Dokąd się idzie, przechodząc przez stół bilardowy, ogromny jak wszechświat?
Nawet, jak czytelnik dowiaduje się, o co właściwie chodzi, to pojawia się kolejne pytanie, na które już nie potrafi znaleźć odpowiedzi - dlaczego? Sporej części fabuły trzeba się domyśleć, odsączyć z nieraz absolutnie odrealnionych, ni to przećpanych, ni to rodem z najbardziej pogmatwanych snów elementów, by złożyć kruchy szkielet pogmatwanych losów trojga bohaterów. Nawet charakteru łączących ich relacji trzeba się domyśleć. Bo oni sami uważają różnie. I to, co zostało ukazane na końcu, to nie koniec tej opowieści. To początek innej. Więc zanim do tego doszło, mogło dziać się cokolwiek. Przed tym, co zostało w tej książce przedstawione, a co zostało tylko - na sposoby opisane powyżej - zarysowane. A może i to właśnie jest początek historii? Kto wie.
Ufff.
Ogólnie pojętym klimatem, gatunkowo najbliżej tej książce do bizarro. Nie jest to jednak bizarro, bo jest miliard razy bardziej skompilowane od dowolnej noweli czy opowiadania z gatunku. Porusza też dużo poważniejsze kwestie, odchodząc od walorów rozrywkowych.
Chapman korzysta też z estetyki horroru cielesnego ukazując przemiany ludzi w maszyny i/lub zwierzęta, efekt epidemii rozpuszczającej ludzi, tworzenie hybryd ludzko-zwierzęcych, itp.
Autor, oprócz niewyobrażalnie rozległej wyobraźni, posiada zdolności pisarskie na tyle szerokie, że z czegoś tak surrealistycznego i odrealnionego, kierującego się swoją własną (anty)logiką nie wyszła grafomania. Mistrzowsko mu się udało zarówno wykreować przestrzenie, w które powrzucał uprzednio stworzone postacie, jak i napisać ich dialogi i prezentowane przez nie opowieści. Czuć chorobę ducha w tym wszystkim, co opowiada trójka bohaterów. Jak już wspomniałem, ciężką psychozę. Manie, fobie, urojenia. Projekcje umysłów naznaczonych przez koszmary, których nie ma.
Cała ta książka ma taki duszny, chory, przygnębiający klimat. To wyprawa w głębiny umysłów zupełnie inaczej postrzegających rzeczywistość. Czytelnik pochłania stronę za stroną, zastanawiając się, co też jeszcze autor wymyślił.
Cóż jeszcze dodać. Polecam gorąco. To nie tyle nawet dobra książka fantastyczna, to dobra książka w dowolnym gatunku. Dobra po prostu. Ba, jak na chwilę obecną, jak dla mnie jest to wręcz arcydzieło. Może kiedyś się rozmyślę, co do tak entuzjastycznej oceny - jeśli tak, to nie omieszkam się tym pochwalić, ale i tak to jest jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałem w ciągu ostatnich lat.

czwartek, 6 marca 2014

Hanns Heinz Ewers "Dama tyfusowa"

Civis-Press, Seria z wampirem, 1990. Wybór opowiadań z trzech książek autora, wydanych w latach 1912, 1920, 1922.
Na tylnej okładce jest blurb z samego Josepha Goebbelsa. Autor "Wampira" i "Alrauny" już dawno przeszedł samego siebie... To, co pisze teraz, przechodzi ludzkie pojęcie. Aha. Wyżej jest jeszcze (...) sensacyjną fabułę łączy często z erotycznoseksualnymi, sadystycznymi, okultystycznymi i ekscentrycznymi elementami (Gerard Kozielek). Mhm.
Uwzględniając kontekst historyczny faktycznie można się z tym zgodzić. Tyle, że trochę wody w Menie upłynęło od czasów Republiki Weimarskiej, świat ruszył do przodu, granice powszechnie akceptowalnej estetyki przesunęły się bardzo w rejony, o których pisarzom z pierwszej połowy XX wieku się nie śniło. Powiedzmy sobie szczerze, większa część zebranych tu opowiadań to poczciwe ramoty. W stylu Merritta, Howarda (Howarda spuszczającego się nad cudowną rasą anglosaskich nadludzi, nie Howarda piszącego o Conanie, Onanie i spółce, bo ten Howard się aż tak nie zestarzał, ot, taka konwencja) czy wczesnego Grabińskiego (nie bijcie). Da się to czytać, ba, nawet czyta się bardzo przyjemnie, ale czuć zaduch muzealnego magazynu. Wiecie, ci wszyscy bogaci, piękni i młodzi duchem dystyngowani arystokraci bądź dżentelmeni, wymuskane i wzniosłe damy z dobrych domów, które aż by się chciało znacjonalizować i uspołecznić, te wszystkie rozbrzmiewające między zdaniami echa fascynacji (pobieżnie rozumianą) egzotyką, dalekimi krajami, fascynacji połączonej z kolonialnym poczuciem wyższości nad dzikusami, itd.; widać, słychać i czuć, że zdezaktualizowało się to mocno. Autorstwo kilku z opowiadań spokojnie można by przypisać Poemu. Lub nawet i Lovecraftowi (chociaż zależy z jakiego okresu jego twórczości; ponoć Lovecraft znał twórczość Ewersa i inspirował się nią w jakimś stopniu).
Co nie znaczy, że autor jest odtwórczym nudziarzem, co to, to nie. Nie zapominajmy, że to Niemiaszek z czasów międzywojnia. Miał w życiorysie interesującą kartę - trzymał z rodzącym się nazizmem. Był nawet autorem książki o wszystko mówiącym tytule - Horst Wessel - Ein deutsches Schicksal. To dopiero musiało być weird. Jednak na skutek niesprzyjających okoliczności politycznych autor zmarł zapomniany w 1943 roku, po tym, gdy reżim hitlerowski obraził się na niego (była afera z jakimś jasnowidzem). A jeszcze parę lat wcześniej dopatrywano się w nim wskrzesiciela tradycji romantycznej. W Polsce Przybyszewski hołubił go jako proroka nowej epoki.
Dygresja - dlatego poniekąd nie trawię romantyków politycznych (przy całym szacunku dla wszystkich nurtów wywrotowych, rewolucyjnych, postępowych). Źle kończyli, abstrakcyjne pojęcia przekładając ponad obiektywnie poznawalny czubek własnego nosa. Koniec dygresji.
Akurat krakowskie Wydawnictwo Agharta wydało Alraunę, więc do Damy tyfusowej dotarłem na czasie. O Alraunie mówi się, że to rodzaj nietzscheańskiego manifestu, książka ma być ponoć przesiąknięta zimnym amoralizmem. Nie wiem, na ile to prawda, ale coś w tym może być - i to jest wkład Ewersa do gatunku - bo i w Damie tyfusowej czytelnik znajdzie tego typu wątki. Czasem powiązane z rasizmem (chociaż w opowiadaniu Martwy Żyd Niemiec jest gorszy od tytułowego bohatera - ma gorszy charakter, Żyd jest mniej estetyczny), czasem z pochwałą eugeniki (m.in. tytułowe) i pogardą dla fizycznie i psychicznie niepełnosprawnych (Kraina czarów). Część opowiadań kończy się puentami zdradzającymi złośliwe, "czarne" poczucie humoru autora (Stracenie Damiensa, Moja matka czarownica, trochę Sukkub) odczuwającego schadenfreude z losów swoich bohaterów, zwłaszcza, gdy bohaterowie drugoplanowi podejmują inne działania, niż główny by oczekiwał.
Lubię Nietzschego. Na równo przeraża i inspiruje. Jeden z najbardziej niejednoznacznych filozofów w historii. Z jednej strony przypisuje mu się zainspirowanie nazizmu - taka interpretacja ma sporo argumentów na swoją korzyść, z drugiej strony bez niego nie byłoby postmodernizmu. Co prawda, nie on pierwszy stwierdził, że prawdy (obiektywnej, boskiej, itp.) nie ma, nie on pierwszy też wskazał dłonią kierunek poza granicę obowiązujących wartości (w pierwszym i drugim przypadku przed nim był Max Stirner; korzeni takiego myślenia można doszukać się jednak i w starożytności), ale pierwszy zrobił to w takim stylu i na taką skalę; był jednym z pierwszych wielkich Mistrzów Podejrzeń. Nawet i niektórych postmarksistów nie byłoby bez Nietzschego, tzw. teoria krytyczna sporo z niego czerpie, podobnie jak niektórzy post-sytuacjoniści i myśliciele trudni do jednoznacznego zakwalifikowania (podsumowując - np. Baudrillard, Agamben, Negri, Deleuze, Guattari, Foucault, Sloterdijk, Debord. Jünger).
Więc opowiadanie tytułowe bardzo mi przypadło do gustu. Dama tyfusowa to Nadczłowiek stojący ponad wartościami i słabościami słabej trzody otaczającej ją i płaszczącej się przed nią. Poprzez własną twórczość ale też wrodzoną charyzmę (posiadaną wolę mocy, aż chciałoby się powiedzieć) sprawia jednak, że jej fani bardzo szybko się degenerują. Gdy ona smakuje narkotyki i alkohol, bo może, nie uzależnia się od nich. A jej naśladowcy lądują w zakładach zamkniętych. Tak samo to działa z hazardem, orgiami, seksem homoseksualnym, propagowaniem eugeniki. Po niej spływa wszystko jak po kaczce, a wśród idących po jej śladach wybuchają wyniszczające plagi, rozgrywają się tragedie, ludzie zatracają się w nałogach przejmujących błyskawicznie nad nimi kontrolę.
I oto ci marni, zbyt słabi by sięgnąć po rozrywki Nadczłowieka, ośmielili się zwabić ją na wyspę i osądzić w imieniu jakiejś tam ludzkości. Porównać do tyfusu, do przypadku człowieka zarażającego tyfusem. Jakby zdając sobie sprawę z własnej marności, ją samą uczynili własną sędziną, sugerując jednak, że dla dobra ogółu powinna popełnić samobójstwo.
Co było do przewidzenia, nie dość, że się obroniła, to jeszcze uzmysłowiła im ich nicość.
Zdaję sobie sprawę, że autor zamanifestował tu najbardziej skompromitowany (i prymitywny zarazem) wariant nietzscheanizmu. Mimo tego przyjemnie się to czytało. Czasem trzeba się podnieść na duchu (wiem, jakie to marne; dlatego jüngerowski anarcha przemawia do mnie silniej niż nietzscheański nadczłowiek). Interesujące, że tym Nadczłowiekiem jest u Ewersa kobieta. Podobnie jak w Alraunie. Dla samego Nietzschego coś takiego byłoby raczej nie do pomyślenia.
W świetle tego wszystkiego zabawnie brzmi adnotacja od wydawcy na jednej z pierwszych stron książki - Ze sprzedaży tego egzemplarza wydawca przeznacza 500zł na fundację Brata Alberta.
Drugim najlepszym opowiadaniem, bliskim horrorowi, jest poruszający Pająk. Ma wszystkie cechy dobrego weird, wprowadza czytelnika w duszny, ciężki nastrój narastających osaczenia, strachu i paranoi.
Generalnie rzecz biorąc, książka jest świadectwem swojej epoki, czasów, które już minęły. Ukazuje intelektualne fascynacje współczesne autorowi, prądy umysłowe porywające swoich zwolenników. Tyle, że poniekąd każda książka ma taką funkcję. Ewers wyróżnia się swoim nietzscheanizmem. W dzisiejszych czasach takie wątki nie pojawiają się często. Jako klasyk gatunku nie broni się jednak wystarczająco mocno, większa część jego opowiadań (przynajmniej w tej książce) jest po prostu średnia. Także ci wszyscy wrażliwcy unikający czegokolwiek, co jest kontrowersyjne, nie mają tu czego szukać. Reszta może się za Hannsem rozejrzeć.

środa, 5 marca 2014

Odpryski XXXI

1) Jak wspomniałem przy okazji poprzednich Odprysków, byłem na koncercie ostatnio. 28.02. Trasa Bewitching The Polonia '14, Kraków. Nie robię o tym osobnego posta, bo poszedłem tam w sumie tylko na Morowe, twórczości pozostałych dwóch kapel praktycznie nie znam, i głupio by to wyglądało w osobnej notce.
I tak, Thaw zagrali coś niesamowicie przećpanego, aż prosiłoby się zażyć jakiś enteogen przed wejściem na salę. Kosmiczne pasaże, ni to black metal, ni to jakiś psychodeliczny doom/stoner. Najszybciej mi zleciał ich występ. Na Mord'A'Stigmata wynudziłem się nieco. OK, nie grają źle, ale przynajmniej to, co zaprezentowali było wyjątkowo spokojne, aż za spokojne. Przeglądając w internecie relacje i opinie o tym koncercie, nie ja jeden doszedłem do wniosku, że można ich muzykę kontemplować niekoniecznie stojąc pod sceną.
No i Morowe. Zaczęli od Dziurawego świata ze składanki Silesian Black Attack, oprócz nowych kawałków (z którymi się jeszcze nie osłuchałem, tym bardziej, że z nową płytą wystąpiły niespodziewane trudności) z pierwszej płyty zagrali na pewno Tylko piekło, labirynty, diabły, Komendę, Czas trwanie zatrzymać i bodajże albo Wstęp albo Zakończenie. Namnożyło się ich tam na scenie trochę, więc w pewnym momencie kilka zakapturzonych postaci w charakterystycznych maskach zeszło między publiczność i przechadzało się spokojnie pomiędzy machającymi łbami i/lub innymi najlepszymi częściami siebie widzami.
I tylko szkoda, że mój "skład" koncertowy (tzn. kilka nie znających się wzajemnie osób) zupełnie się posypał i byłem tam samotny w tłumie.
Organizacja była wyjątkowo dobra, praktycznie nie było żadnych obsuw. Minusem miejsca (Rotunda, ale ta od strony Błoń) jest jednak brak szatni. Poza tym, odkąd rok temu po koncercie Massemord odbywającym się w tym samym miejscu uszkodziłem sobie słuch (tyle dobrze, że odwracalnie), na każdym koncercie, na jakim jestem, mam w uszach stopery. Muzykę i tak słychać, a nie słychać tych wszystkich pogłosów, echa, problemów technicznych, hałasu na sali/w klubie, itd. Polecam.

2) Zaś w ostatni poniedziałek było spotkanie promocyjne świeżo wydanej antologii Księga Wampirów. Odbywało się w artetece, tam gdzie był Kfason. Miałem okazję w końcu osobiście poznać kilku autorów. Po afterparty byłem w stanie dotrzeć do siebie o własnych siłach, więc nie było źle. Co prawda, przez ten event mój wtorek był nieco ciężkim dniem, ale raz się żyje.

3) Przeglądając cyklicznie różne zakamarki internetu znajduję czasem bardzo przyjemne niespodzianki. I tak, buszując ostatnio na bandcampie, spostrzegłem, iż niejaki Mories, gość od kilku projektów muzycznych/antymuzycznych (m.in. Gnaw Their Tongues), sporo swojej wczesnej i "środkowej" twórczości udostępnił do ściągnięcia za darmo - o, tutaj. Wśród pozytywnych komentarzy o GTT na lastfm znalazłem dwa, pod którymi mogę się podpisać. Pozwolę sobie je tutaj zacytować: need therapy but no money? oraz przeraźliwie obskurwiałe uwielbiam.

4) Różni ludzie trafiają na tego bloga. Czasem w statystykach (w źródłach ruchu sieciowego) natrafiam na istny panoptykon. Ale coś takiego:

trafiło się po raz pierwszy. Cóż, ktokolwiek to był, trafił fatalnie, bo wprost na recenzję Ósmego kręgu piekieł Borunia.

5) Pod oficjalnymi personaliami należę do takiego jednego stowarzyszenia. Ostatnimi czasy mój mały, popkulturowo zorientowany projekt znów, po prawie rocznej przerwie, ruszył. Przy współpracy z czymś bardzo podobnym. Yeah.

wtorek, 4 marca 2014

Guy N. Smith "Odraza"

Oryginalny tytuł - Abomination. Nigdy nie wiedziałem, jak właściwie się ten wyraz tłumaczy. Dawno temu (ale dużo później niż w czasach omawianej książki) była sobie gra komputerowa Warcraft III, gdzie jedna z jednostek Nieumarłych tak się nazywała. W polskiej wersji językowej przetłumaczono to tam na Plugastwo. Przy jakiejś innej okazji spotkałem się też z tłumaczeniem abomination na abominacja. Twórcze, trzeba to przyznać. Chociaż nie odpowiada na pytanie, co to właściwie jest, ta nieszczęsna abominacja?
Do zakupienia omawianej książki, na jednym ze stoisk okołodworcowych bukinistów w Krk, zachęciła mnie, oprócz nazwiska autora, okładka. Nie jest tak - hmmh - przemawiająca do wyobraźni jak w przypadku Szatańskiego Pierwiosnka, ale też jest ładna.
Odkryłem coś nowego w twórczości autora. Wcześniej nie zwracałem w sumie na to uwagi, a i nie wszędzie faktycznie ten motyw się pojawiał, ale tutaj jest wyraźny. I w jego świetle można się pokusić o próbę znalezienia drugiego dna w cyklu o krabach.
Ktoś mógłby nazwać Odrazę mianem ekologicznej (w sensie ruchu społeczno-politycznego, nie gałęzi nauki) agitki, i ten ktoś miałby wiele racji. Smith wyżalił się na świat. Mimo tego, iż zrobił to całkiem otwarcie i nachalnie (miał do tego zresztą święte prawo), nie sposób nie przyznać mu choćby odrobiny racji. Przynajmniej ja mu trochę racji przyznaję.
Książka traktuje o małej, walijskiej (lub kornwalijskiej, sądząc po celtyckiej nazwie) miejscowości. Znajdują się tam zakłady produkujące pestycydy, herbicydy i wszelki chemiczny syf stosowany do nawożenia upraw i zwalczania szkodników.
Jak można się domyśleć, właściciela-socjopatę obchodzi tylko i wyłącznie zysk, nie liczy się ze zdrowiem i życiem mieszkańców. Test nowego środka wymyka się spod kontroli. Miasteczko zostaje zaatakowane przez gigantyczne, zmutowane okazy fauny - owadów, płazów, itp. Część mieszkańców autor przedstawia tylko po to, by na końcu rozdziału efektownie ich zabić chmarą takich czy innych stworzeń. Nieco tragikomiczne wątki erotyczne urozmaicają ponury przekaz całości.
Jednym z bohaterów jest toczący na łamach lokalnej prasy polemiki ze zwolennikami "chemii" farmer przekonany o wyższości tradycyjnych, ekologicznych upraw (i do tego wegetarianin). Na początku wyszydzany przez przeciwników, z czasem staje na czele ruchu oporu przeciwko działaniom złowrogiego przedsiębiorcy. Jest już jednak za późno.
Jak już wspomniałem, Smith otwarcie manifestuje swoje poglądy, bije na alarm przed optymistycznym podejściem do dobrodziejstw technologii, zwłaszcza tej sprzedawanej przez wielkie koncerny. Patrząc na rezultaty nie-korporacyjnych badań przeprowadzonych nad żywnością modyfikowaną genetycznie (przy okazji ciekawostka - Monsanto produkowało broń chemiczną, np. słynną z czasów wojny w Wietnamie substancję Agent Orange), a także pamiętając o talidomidzie czy tragedii w Bhopalu (do której autor wprost nawiązuje), nie sposób się nie zgodzić z jego główną tezą, że tam, gdzie ludzka chciwość dąży do maksymalizowania zysku za wszelką cenę, kosztem życia ludzkiego i równowagi biologicznej, tam o tragedie nie trudno. Cały czas dziejący się wyzysk Trzeciego Świata przez Pierwszy i nieustanny napływ kapitału z peryferii do centrum to pokłosie właśnie tej skrytykowanej przez Smitha logiki współczesnej formy światowego kapitalizmu. Tyle, że Smith nie używa tych pojęć, ale ma na myśli właśnie coś mniej-więcej takiego. Nawet, jeśli zdradza też konserwatywną tęsknotę do ciszy i spokoju brytyjskiej wsi, świeżego powietrza i zdrowych, ekologicznych upraw.
Tak czy owak, rzecz bardzo poczciwa, mnie się podobało, mimo jednoznacznego podziału na dobrych i złych w świecie przedstawionym.

niedziela, 2 marca 2014

Guy N. Smith "Szatański pierwiosnek"

Uh-oh.
Sam tytuł (wbrew pozorom jego tłumaczenie nie jest zbyt odległe od tytułu oryginalnego - Satan's Snowdrop) miażdży. A co dopiero tytuł w połączeniu z okładką.
Nie miałem zbyt wysokich oczekiwań wobec książki gościa, którego znałem z cyklu o gigantycznych (i praktycznie niezniszczalnych) krabach mordujących ludzi. Zawiodłem się pozytywnie. O ile cokolwiek o krabach to rzecz z rodzaju Tak zła, że aż dobra to Szatański pierwiosnek jest faktycznie niezłym horrorem. Przy założeniu, że "niezłe" jest wyżej niż "złe", ale niżej niż "dobre".
Bowiem mamy do czynienia z pulpą. Z pulpą wręcz ekstremalną w ramach swojej pulpowatości. Z pomysłami autora wołającymi o pomstę do kozła, z płytkimi postaciami, z kulejącą wizją świata.
Na dodatek nie ma wątku erotycznego, jak w przypadku którejkolwiek książki z cyklu o krabach.
Książka zaczyna się jak dowolna książka o nawiedzonym domu. Chata stoi na odludziu w Szwajcarii i zamieszkuje ją były nazistowski zbrodniarz. We wstępie jednak ginie zabity przez mściciela który przeżył kiedyś spotkanie z nim. Ale sam mściciel też przypłacił swoją zemstę śmiercią.
Następnie dom zostaje wykupiony przez śmiałego i mającego w poważaniu zarówno zdanie swojej rodziny jak i dawne legendy Amerykanina handlującego nieruchomościami. On i jego rodzina styka się z potężnym, demonicznym Nieznanym; charakterystyczna konwencja nawiedzonego domu (szepty, głosy, sylwetki w ciemności, poruszające się przedmioty, zaburzenia w postrzeganiu czasu i przestrzeni) zostaje rozszerzona o ducha-zombie nazistowskiego zbrodniarza pochodzącego z rodu o tego typu tradycjach. Gdy nasz handlarz przewozi dom do Stanów, myśli, że duchy zostaną na miejscu w Szwajcarii.
Ale gdzie tam.
Rzecz jasna wszystko kończy się tragicznie. Gość traci rodzinę, a dom zostaje sprzedany innemu handlarzowi, który przewozi go ze Stanów do Wielkiej Brytanii.
Ten gość, w przeciwieństwie do poprzedniego właściciela, nie jest takim cholernym bucem i egoistą, i gdy widzi, że zaczyna się dziać coś bardzo niedobrego, reaguje. Różne pomysły pozbycia się niechcianych lokatorów (wspomnianego już oprawcy i legionu jego nieżywych lecz mimo tego umierających w męczarniach codziennie od nowa ofiar) spalają na panewce - najbardziej efektowna próba kończy się śmiercią egzorcysty.
W międzyczasie z synem nieszczęsnego biznesmena kontaktuje się zjawa-syn poprzedniego właściciela. Opowiada mu różne ciekawe historie.
Wieki finał następuje ponownie w Szwajcarii. I ma związek z tytułowym pierwiosnkiem.

Mówiąc szczerze, w czasie czytania, w kilku miejscach tego poczciwego klasyka faktycznie się bałem. Potem zasypiając w ciemnym pokoju, obserwując jak moja bardzo wyostrzona i wrażliwa wyobraźnia (wrażliwa na bodźce) zaczyna w otaczającej mnie rzeczywistości wychwytywać różne rzeczy dosyć niepokojące, przypominałem sobie moje własne demony, zmory, cienistych czy dusiołki (kwestia semantyki), z którymi miałem parę lat temu burzliwe przygody; byłem zły na siebie, iż takie wspomnienia wywołała książka jakiegoś szura od krabów, mająca na dodatek tytuł Szatański pierwiosnek.
Wbrew pozorom autor potrafi zbudować atmosferę grozy, niepewności i zagrożenia. A także bezsilności wynikającej z niemożności uniknięcia tego niepojętego, obcego, demonicznego zagrożenia. Co prawda, czasem używa prostackich wręcz technik pisarskich (wrzucanie w środek tekstu słowa pisane dużymi literami, np. ZŁO, ICH, ONI, TO), ale mimo tego jest w stanie zbudować duszą i nieprzyjemną atmosferę. Także bardziej krwiste fragmenty czyta się nieźle.
Rano, po spokojnej nocy, w świetle dnia stwierdziłem jednak, że ta książka to jeden wielki farmazon (pierwiosnek? naprawdę? no proszę Was, to brzmi jak niezamierzona auto-parodia), ale muszę się sam przed sobą przyznać do tego, że książka ta wywołała wspomnienia i rozmaite obawy, które przez długie miesiące, lata nawet trzymałem zepchnięte, zagrzebane gdzieś we mnie. Wywołała poniekąd w oderwaniu od fabuły, przy użyciu opisów i przedstawionych sytuacji rodem z dowolnej innej historii o nawiedzonych domach, no ale jednak.

Więc w sumie mimo wszystko polecam tę książkę. Lepsza od krabów. Równie idiotyczna (pierwiosnek i nazistowski oprawca), ale ma klimat. Pewnie można gdzieś dostać tanio. Lub wypożyczyć.

sobota, 1 marca 2014

James E. Gunn "Słuchacze"

~~~~~~ Recenzja w ramach wyzwania czytelniczego Eksplorując Nieznane ~~~~~~

Słuchacze Jamesa E. Gunna (książka z 1972 roku, w Polsce wydana w 1987) to jedna z pierwszych książek ze słynnej (ok, może na chwilę obecną "słynna" to za mocne słowo - ale w swoich czasach seria była rozpoznawalna; w końcu jedno z pierwszych źródeł literatury s-f w Polsce) serii wydawniczej wydawnictwa Iskry Fantastyka-Przygoda jakie w życiu czytałem. I zarazem jedna z pierwszych książek fantastycznych (bardzo szeroko pojmując tę etykietkę) jakie w życiu czytałem.
Pamiętam, że wywarła na mnie wielkie wrażenie. To było zupełnie inne science-fiction niż człowiek sobie wyobrażał.
Gdy do tej książki wróciłem po wielu latach, zastanawiałem się, czy nie rozczaruję się. Zazwyczaj tak mam, wracając do czegoś po wielu latach, szczególnie w przypadku, gdy człowiek coś czytał nie znając gatunku, nieźle sobie psuję wspomnienia. Ta zasada działa również w przypadku gier komputerowych, ale to temat na innego posta.
I nie, nie rozczarowałem się. Nadal jest to ta sama, niezwykle ciepła, delikatna wręcz, nastrojowa i napisana z wyjątkowym wyczuciem drgań biegnących po strunach ludzkiego ducha książka, jaką czytałem z wypiekami na twarzy ~15 lat temu (Peruniku, jak ten czas leci).
Nie jestem obiektywny i zdaję sobie sprawę z tego, ale do tej książki zawsze będę miał sentyment.
Dzieło Gunna opowiada o pierwszym kontakcie z obcą cywilizacją. Kontakt dokonał się drogą radiową, przy użyciu niezwykle skomplikowanej aparatury, potrafiącej przedstawić graficznie część informacji zakodowanych w sygnale.
Na odpowiedź trzeba było czekać latami. W końcu sygnał leciał 45 lat świetnych, nim powrócił.
Kwestią sporną pozostaje sens kolejnego sygnału. Czy aż tak chcieli nas poznać (jakie mieli zamiary i czy aby na pewno takie?), że .... czy może jednak wynikło to poniekąd na skutek jakiegoś zrządzenia losu niezależnego od ludzkości?
Tytułowi słuchacze słuchają przy okazji samych siebie, borykając się z rozmaitymi problemami. Skonfrontowani z odpowiedzią z Nieznanego świata niejako poznają się sami na nowo. Podobnie jak przywódca ruchu religijnego, sceptyczny wobec ich osiągnięć. Interpretuje odpowiedź po swojemu. Nikt nie może pozostać obojętny. I w sumie o tym jest ta książka. O ludziach jako takich, ich zdolności do adaptacji do zmieniających się paradygmatów, na których opiera się holistyczna wizja świata. A raczej o braku takich zdolności adaptacyjnych, lub o wielkich wyrzeczeniach, jakie ze sobą niosą.
A gdy dzieło naszego życia biorą w pewnym momencie diabli i nic nie możemy z tym zrobić? O, to dopiero powód do rozmyślań!
Polecam tak owak. Teraz się już tak nie wzruszyłem przy lekturze jak lata temu, ale ta książka nadal uwypukla w człowieku pewne trudne do zdefiniowania obszary, które na co dzień może i są gdzieś głębiej zepchnięte. Taki nasz mikrokosmos.



Krzysztof Boruń "Ósmy krąg piekieł"

~~~~~~ Recenzja w ramach wyzwania blogowego Eksplorując Nieznane. ~~~~~~

(tekst lekko zmodyfikowany  02.03.14)

Krajowa Agencja Wydawnicza, 1987 rok. Któreś z kolejnych wydań tej książki (drugie być może).
Krzysztofa Borunia znałem jak dotąd z Małych, zielonych ludzików. Muszę kiedyś przepisać lekko podlinkowaną recenzję tego dwutomowego dziełka, bo sprawia wrażenie, jakbym nie był do końca sobą w czasie jej pisania. Zresztą, trudno.
Nie czytałem jeszcze osławionej Trylogii Kosmicznej. I żałuję bardzo. Ale wszystko w swoim czasie.
I jak na złość wczoraj wyleciała mi z laptopowej klawiatury literka "L". Tymczasowo przykleiłem ją taśmą klejącą do sąsiadujących przycisków, ale ani nie wygląda to dobrze, ani nie jest zbyt funkcjonalne.
Ale o czym to ja miałem. A, tak, Ósmy krąg piekieł. Wybaczcie przydługą dygresję na początek, ale zawsze mam problem ze wstępem. Byle wstęp napisać, to potem jest już z górki.
O książce tej wypowiedział się na jednym z blogów, gdzie zaglądam, pewien inny blogger, sugerując iż jest to ateistyczna niemal agitka. Cóż, jak dla mnie, to brzmiało to zachęcająco, więc mając wolną chwilę poszedłem do znajomych bukinistów poszperać za omawianą książką. Znalazłem ją już na pierwszym z odwiedzonych stoisk - i to nawet w dwóch egzemplarzach.  Wziąłem późniejszy, na wypadek, gdyby autor wprowadził w kolejnym wydaniu jakieś znaczące zmiany.
Pogrążyłem się w lekturze. I spotkała mnie niespodzianka. Mimo zdecydowanie ateistycznego przesłania nazwanie tej książki mianem ateistycznej agitki to gruba przesada. Ot, autor po prostu zawarł w niej własne przemyślenia, a że imć Boruń był przez większość czasu ateistą (pod koniec życia przeszedł ponoć na pozycje agnostyczne), do tego lubował się w nauce, nie fetyszyzując jej jednak, lecz zagłębiając także te jej rejony, na które sama nauka patrzy z powątpiewaniem - jak np. psychotronika - to nie ma się co dziwić, że książka ma taki, a nie inny wydźwięk.
(Wybaczcie mi to powyższe zdanie wielokrotnie złożone, ale ja już tak mam.)
Ósmy krąg piekieł to historia o zderzeniu się dwóch diametralnie innych światów, opartych na zupełnie innych podwalinach filozoficznych, zupełnie innej wizji człowieka i miejsca człowieka w świecie. Świat przyszłości, zarysowany przez autora w tylko w ogólnych zarysach, świat triumfującej nauki i rozumu (nie będący jednak absolutnie rodzajem oświeceniowej dyktatury) zderza się ze światopoglądem katolickiego księdza, inkwizytora przeniesionego w przyszłość wprost z 1593 roku.
Sam motyw przeniesienia biednego księżula (no, nie takiego biednego, ale o tym potem) w przyszłość również jest szczątkowy. Autor nie rozwodzi się nad tym, tylko pokrótce zarysowując wątek domniemanych kosmitów, którzy mieliby zrobić coś takiego. W przeciwieństwie chociażby do niektórych książek i opowiadań Ursuli LeGuin czy Andre Norton, gdzie motywy podróży międzygwiezdnych wyjaśniają zaburzenia czasowe doświadczane przez nieświadomych samego faktu podróży bohaterów, tutaj nie to jest istotą książki. Pająkowaci kosmici, przez głównego bohatera identyfikowani z Szatanem, posłużyli Boruniowi za pretekst.
Dla inkwizytora Modestusa Müncha świat to pole bezustannej walki Boga z Szatanem. Nic nie dzieje się bez przyczyny - boskiej lub szatańskiej. Grzeszny człowiek winien całą swoją uwagę poświęcić na unikaniu nie tylko samego grzechu, lecz także wszelkiego, co może ten grzech sprowokować - a więc wszystkiego, od nieskromnych strojów po samodzielne myślenie. Groźba potępienia wisząca nad każdym jest ważniejsza niż ziemskie życie, w końcu przejściowe i przechodnie, więc wysłanie torturowanej i umęczonej ofiary na stos jest rozpatrywane w kategorii ratowania jej przed perspektywą spędzenia wieczności w piekle.
Zaś świat, gdzie trafił, przypomina nasz świat. Pewne tabu upady, zostały pokonane. Światło rozumu, nawet, jeśli można porównać je do światła świetlówek zasłaniającego prawdziwe światło (np. gwiazd na nocnym niebie) i tak jest lepsze od błądzenia w świecie skrytego w mroku wiary. Ludzie przejmują się sytuacją swoją tu i teraz, dbają o siebie i swój los. Wizje piekła i nieba odeszły gdzieś dalej, w cień; między wierszami wyczytać można, że Kościół jest mniejszością.
Postać inkwizytora jest nieco przerysowana. Autor dobrze oddał jego szok wobec zetknięcia się z zupełnie obcym światem, opierającym się na diametralnie innych wartościach. Uwypuklił jego fanatyzm, zderzając go ze stanowiskiem Kościoła Katolickiego przyszłości (stanowisko podobne w sumie do współczesnego; chociaż nie w Polsce, u nas nadal panuje 1593 rok). Konfrontacja Muncha z papieżem kończy się uznaniem papieża za heretyka i wyklęciem go. To prawie tak, jak podejście współczesnych niektórych środowisk polskich katolików do papieża Franciszka.
Fakt faktem, inkwizycja, mimo tego, że bez wątpienia (przynajmniej jak dla mnie) zbrodnicza (popsuli do końca domniemany tzw. kult czarownic), to jednak nie była tak krwista, jak się powszechnie przyjmuje. Inkwizycja hiszpańska, o, to była trochę inna instytucja. Drobne przekłamania jednak można wybaczyć. Więc postać Modestusa, z jednej strony tragiczna (obcy człowiek w obcym świecie), z drugiej strony komiczna (wszędzie Szatan; większość komizmu tej postaci polega z niezrozumienia i strachu przed zrozumieniem; może budzić delikatne skojarzenia z filmem Goście, goście) może być uznana za uniwersalny symbol zabobonnego konserwatyzmu, reagującego krzykiem i rozpaczą na nadciągające Nowe, na świeckie "wyegzorcyzmowanie" strachu sprzed wieków, na poszerzenie się świadomości szerokich mas.
Z drugiej jednak strony współczułem krwawemu inkwizytorowi. Książka ma bowiem głębszy sens, zbliżony do tego, co Lem przekazał w Powrocie z gwiazd. To historia o niemożności dostosowania się do zupełnie obcego sobie świata, o całkowitej rozbieżności już na poziomie pojedynczych symboli, kodu kulturowego, w tym wypadku o produkcji znaczeń zapośredniczonych przez wszechobecne maszyny (tendencja narastająca i współcześnie, teraz, zaraz, już). Absolutnie wyobcowany mnich, niezależnie od dobrych chęci jego opiekunów-naukowców, sam musi doświadczyć świata, w którym się znalazł, który jest dla niego piekłem. I doświadcza go, czasem wyciągając z tego jakąś naukę o otaczających go ludziach i o sobie samym. W sytuacji ekstremalnej zaczyna wreszcie wątpić, czy jego wiara ma sens, czy jego życie ma sens.
Autor nie robi jednak z pokazanej w książce przyszłości świata bez wad. Pokazuje i jej ciemniejsze strony, wątpliwości także szarych ludzi żyjących w nim, mających swoje zmartwienia i problemy. Nie zderza jednoznacznie skrytykowanego ciemnogrodu z równie jednoznacznie uwznioślonym jasnogrodem. Ludzie przyszłości są kształtowani przez uwarunkowania charakterystyczne dla świata, w którym żyją, tak samo jak XVI-wieczny mnich by ukształtowany przez własną epokę. Wszyscy jesteśmy zakładnikami prądów umysłowych z którymi się stykamy na co dzień, wszyscy kształtujemy własne poglądy zderzając się z danym spojrzeniem na świat, z danym fragmentem mozaiki rzeczywistości. Fakt faktem, to mnich jest tu postacią dynamiczną, ale samo jego pojawienie się w świecie po ponad 500 latach przebywania nie-wiadomo-za-bardzo-gdzie tworzy gigantyczne zawirowania w dyskursie i prowokuje powrót pytań o kwestie - zdawałoby się - dawno już zapomniane bądź zlekceważone.
Ja to dziełko polecam serdecznie - także wierzącym. Każdy może tu znaleźć myśl, która pobudzi go do snucia poważnych rozważań o wszystkim i niczym.




"Pierogowa Dolina Januszowych Marzeń"

Mój szort pod tym wszystko mówiącym tytułem znalazł się na Niedobrych Literkach w ramach celebracji Dnia Pierogów (jedyne święto przypadające na 01.03 jakie rzeczywiście warto obchodzić).
Jest to tekst zapoczątkowujący serię opowiadań/nek o przygodach Pana Janusza, Pana Kozła, Matki Piotra i Kija Od Mopa (podobieństwa do żyjących lub nie Januszów, Piotrów i Matek Piotrów absolutnie przypadkowe).
Oprócz mnie świętują również: Agnieszka Pilecka, Zeter Zelke, Kazimierz Kyrcz Jr., Paweł Milczarek, Artur "Dzikowy" Olchowy.

piątek, 28 lutego 2014

"Wielka Księga Potworów" tom I

Kosztowała mnie ta książka aż 9,99zł.
I w sumie nie do końca było warto.
Antologia o potworach. Ale takich potworach niemetaforycznych, nie siedzących na dnie ludzkiej podświadomości. Wydana w Prywiślańskim Kraju przez "Fabrykę Słów".
Cena wydawnictwa to 34,90zł. W życiu bym tyle za to nie dał.
Ze zgromadzonych tam 13 opowiadań tylko kilka daje radę. Są to:
Tam w dole Ramsey'a Campbella - fenomenalnie oddany klaustrofobiczny nastrój opustoszałego biurowca; sam przedstawiony potwór dość kuriozalny, za to w czasie snucia akcji malowniczo go autor rozsmarował windą.
Pajęczy pocałunek Christophera Fowlera - sam pomysł karmicznej policji (i motyw z duszami insektów zamieszkujących ludzi wyciągnięty bardzo przewrotnie z buddyzmu) zasługuje na uznanie. Samo opowiadanie jednak zdecydowanie za krótkie. I faktycznie, szkoda, że nie było o tym serialu (bo autor miał taki pomysł).
Meduza Thomasa Ligottiego - trzeba przedstawiać tego autora? Wątpię. Meduza to historia duszna, przyciężka, paranoiczna. Jak i sam autor. Czuć tam i jego własne poglądy (napisał m.in. The Conspiracy Against The Human Race), i trochę Ciorana, i ogólnie jest bardzo depresyjnie i wisielczo. Najlepsze opowiadanie w antologii, specjalnie dla niego zresztą tę książkę kupiłem. W tomie 2 zaś jest Król trupiogłowy Clive'a Barkera, ale to jednak za mała motywacja, bym tom 2 miał zakupić.
Przy okazji - Wydawnictwo Okultura wstępnie zapowiedziało wydanie zbioru opowiadań Ligottiego Teatro Grottesco.
Grubas Jay'a Lake'a - opowieść o Wielkiej Stopie. Wątek New Age i "zielony". Świetna kreacja świata przedstawionego i bohaterów.
Chudzielcy Briana Lumley'a - dowód na to, że pomysły zaczerpnięte z obserwowanej na co dzień rzeczywistości to jedne z najlepszych pomysłów, na bazie których można popełnić jakiś tekst. Wśród starych kamienic Londynu ukrywa się pradawna rasa, zazdrośnie strzegąca swoich sekretów. O jej istnieniu dowiaduje się jednak pewien pijaczek.
Reszta opowiadań, nawet jeśli są rewelacyjne pod względem czysto literackim (Kawiarnia "Wieczność": Wiosenny deszcz Nancy Holder) to z odczuć czysto subiektywnych po prostu nie przemówiły do mnie. Są o wszystkim i o niczym, za bardzo lub za mało wydumane; być może była to wina tłumaczki, bo większość tekstów odczuwało się niczym rozgotowane kluchy - może pożywne, może i sycące w dużych ilościach, ale jednak jednolita papka.
Zamieszczony w antologii klasyk Howarda (Koszmar ze wzgórza) rozczulił mnie ilością przewijającego się przez te parę kartek spuszczania się autora nad cudowną, heroiczną rasą anglosaskich self-made manów. Pewne rzeczy zestarzały się (niestety) zbyt mocno, by wyciągać je z muzeów.
Jak znajdziecie omawiają książkę gdzieś w bibliotece, to polecam, bo czemu nie. Ale w każdym innym wypadku - odradzam. Chyba, że ktoś jest fanem któregoś z zamieszczonych tu autorów.

wtorek, 25 lutego 2014

Odpryski XXX

Dziś w Odpryskach trochę bardziej merytorycznie niż zazwyczaj.

Sprawy ogólne:

1) Przyłączyłem się do takiej oto inicjatywy blogerskiej - Eksplorując nieznane. Chodzi tam o to, by czytać klasykę s-f i pisać recenzje. Czyli o to, co robiłem tutaj od dawna. Tylko szkoda, że zaczęła mi się kończyć klasyka s-f w domu, jakiej jeszcze nie czytałem. Ale nic to. Coś się znajdzie, coś się wymyśli. Za styczeń zgłosiłem się tam z Non Stop Aldissa.

2) Uzupełniłem nieco parę stron na blogu, głównie "O Autorze". W sumie nie wiem po co, bo bardzo lubię swoją prywatność, ale niech tam.

Ploteczky i co tam panie w świecie szerokim:

3) Przegapiłem wyjście anglojęzycznej, stabilnej i całkiem nieźle dopracowanej wersji moda/dodatku Horns of the Abyss do klasycznej strategii Heroes of Might & Magic III [btw 28 lutego mija 15 lat odkąd gra się ukazała!]. O modzie można poczytać - oraz ściągnąć do - np. stąd, z polskiej strony o tym modzie postawionej w serwisie Acid Cave. Nie mam tylko zielonego pojęcia, po co przetłumaczono tam na polski wszystkie nazwy nowych jednostek, itd., i to czasem w bardzo niedokładny sposób, skoro sam mod jest po angielsku (lub rosyjsku). Kilka wątków o dodatku jest też na forum Heroes Community, główny tutaj.

4) Jak już wspomniałem o 28 lutym, to trzeba nadmienić koniecznie, że wtedy do Krk zawita trasa koncertowa Bewitching The Polonia '14 w składzie Thaw, Mord'A'Stigmata i Morowe. Rzecz jasna przejdę się tam.

5) A jak wspomniałem o modach do klasycznych gier komputerowych, to nadmienić muszę, że do modowania powrócił gość od Megamoda do Fallouta 2. Ciekawe, co z tego wyjdzie. Stary Megamod był jednym z najbardziej bólogłowogennych modów do dowolnej gry, z jakimi zetknąłem się kiedykolwiek.

6) Jest to 300. post/notka na tym blogu. Tymczasowo, bo ilość postów tutaj jest bardzo płynna. Co jakiś czas uznaje, że coś starego nie jest już potrzebne/jest beznadziejnie napisane, i to coś wylatuje. Ot, proza życia.

piątek, 21 lutego 2014

"Strefa Mroku. Jedenastu Apostołów Grozy"

2002 rok, Wydawnictwo Bauer. Wychodziło w tamtym czasie pismo Click! Fantasy. Była to mutacja pisma o grach komputerowych, poświęcona bardzo szeroko pojętej fantastyce. Miałem kilka numerów i bardzo ciepło je wspominam, chociaż na przestrzeni lat, sprzątając w domu przed wyjazdem na studia, wszystkie oddałem na makulaturę (podobnie jak pierdylion starych komiksów TM Semic i in. oraz pism komputerowych. Tak, wiem, to było bardzo niefrasobliwe z mojej strony).
Pewnego razu dodali do pisma taką oto antologię. Profesjonalnie wydaną książkę, ciut szerszą i niższą od standardowego rozmiaru. Każde opowiadanie poprzedzono krótkim "o autorze" oraz ozdobiono grafiką (przygotowane przez Magdalenę Miszczak). Imiona i nazwiska autorów, podobnie jak tekst na okładce, zapisano gotykiem. Okładka książki przedstawia cmentarz pełen starych, powykręcanych drzew, skąpany w świetle księżyca. Na tylnej okładce jest jeszcze kawałek bladej twarzy jakiejś dziewczyny. I blurb - Strefa Mroku nie leży na drugim końcu świata, ona jest w nas. W naszych poczynaniach i w naszych myślach. To tu właśnie czai się koszmar. Zobaczcie, co przygotowali dla was Apostołowie Grozy.
Brzmi nieźle, czyż nie? Można się spodziewać, że będą to sążniste, gęste i mocne horrory, na dodatek polskich autorów.
A tu jednak nie do końca. Horroru jest tutaj stosunkowo mało. Jest sporo quasi-weird i dark fantasy, także w konwencji zahaczającej o urban, jest satyra społeczna. Ale horroru jako takiego, no, powiedzmy sobie szczerze, nie ma tam zbyt wiele.
Zresztą, spis treści. Opowiadania m.in. Sapkowskiego, Pilipiuka, Dukaja, Piekary, Ziemiańskiego i Ziemkiewicza. Sapkowskiego Złote popołudnie, Pilipiuk każący Wędrowyczowi strzelać z panzerfausta do samej kostuchy. Ziemkiewicz snuje przemyślenia charakterystyczne dla swojej opcji politycznej (powszechne złodziejstwo, bo "socjalizm" - wiem, uogólniam; swoją drogą, poniekąd w tym opowiadaniu [Akwizytor] przytakuje marksowskiemu "byt kształtuje świadomość"). Zapewne redaktor antologii - Piekara we własnej osobie - specjalnie zebrał taki skład, by rozpoznawalne nazwiska przyciągnęły czytelników nie siedzących w horrorze - ale horroru jako takiego tu jest mało. Tak, powtarzam się, ale zacząłem myśl, zakończenie myśli mi uciekło, nie chciałem zmieniać całego zdania od początku.
Po otwierającym Sapkowskim, jest Dukaj (Gotyk). Mroczna historia, z elementami gore nawet (ale bardzo delikatnymi). Historia o spiskowcach angażujących do przeprowadzenia zamachu na cesarza... golema. Dopiero na końcu wyjaśnia się, co to za spiskowcy i co to za cesarz. Fajne motto - Najwspanialsze twory człowiecze poczynają się z nienawiści. Wczesne Dukaj-fiction klimatem dusznym a turpistycznym lekko przywodzące na myśl nieco Xavrasa Wyżryna. Bardzo dobre, no ale niezbyt horror.
Potem - Damian Kucharski (Zielone pola Avalonu). Trochę fantasy, trochę obyczajowa rzecz. Mąż-sadysta wyjeżdża, żona próbuje ogarnąć dom. Pomyłkowo (?) odbiera paczkę zaadresowaną do innej kobiety. I pojawia się motyw paranormalny.
Interesujący pomysł, dobre wykonanie; autor nie przegiął ani z sadyzmem męża, ani z pognębieniem żony, Ketchum to nie jest, ale akurat dobrze. I wszystko się kończy dobrze. Przyjemne, ale bardziej weird bez grozy jakiejkolwiek.
Grażyna Lasoń-Kochańska - Siostra czasu. Autorka zupełnie mi nieznana. Poetyckie, wizyjne fantasy/weird. Opowiadanie krótkie, ale bardzo treściwe. Tyle, że znowuż nijak groza.
Tomasz Pacyński - Opowieść wigilijna. Uch, och. Święty Mikołaj i Dziadek Mróz, młoda dziewczyna żyjąca na melinie z matką-prostytutką i kolejnymi "wujkami". Brudno i nieprzyjemnie, ale końcówka wręcz groteskowa.
Jacek Piekara - Piękna i bestia. Wędrówki przez przestrzeń, po różnych rzeczywistościach, w długiej drodze do domu - czym/gdziekolwiek on jest. Ale jedno przejście - jedna niewinna ofiara. Smutne. Jak dla mnie - znów weird, nie horror.
Kostucha Andrzeja Pilipiuka - w takiej antologii to żal i smutek i niedowierzanie. Bauer mógł postarać się od Fabryki Słów o coś bardziej na miejscu.
Jerzy Rzymowski Gdzie diabeł mówi dobranoc - o, to jest najbliżej horroru. Bardzo dobre opowiadanie. O splocie dziwnych zbiegów okoliczności w małym, amerykańskim miasteczku na prowincji. Z tajemniczym przybyszem w tle.
Michał Studniarek - Twarz na każdą okazję. Tytuł mówi wszystko. W codziennym życiu każdy zakłada tysiące masek. Niektórzy dosłownie. Gorzej, gdy maski przyrastają. Mocne weird.
Andrzej Ziemiański - Czarownice. Znów fantasy. O pechowcu i jego czarownicy. Sympatyczne.
No i na końcu Akwizytor Ziemkiewicza, o czym już wspominałem.
Niezależnie od mylącego tytułu antologii (być może wynikającego z innego rozumienia horroru - w sumie Piekara we wstępie przekazał swoje stanowisko), szkoda, że takich książeczek nie dodaje się do mainstremowych czasopism fantastycznych w dzisiejszych czasach. W tym 2002 roku przeczytałem to jednym tchem - i z taką samą przyjemnością (ale już znacznie bardziej krytycznie) wróciłem do tego ostatnio. W sam wystarczyło na kilka godzin jazdy pociągiem.

Louis Masterson x4

Louis Masterson to jeden z pseudonimów norweskiego pisarza Kjella Hallbinga (1934-2004). Kjell zasłynął przede wszystkim z liczącej 83 tomy (tak, osiemdziesiąt trzy) serii westernów o Morganie Kane'ie, nieustraszonym szeryfie stanowym, pogromcy bandytów, byłym Texas Rangerze, itd.
W 1993 roku wydawnictwo POL-NORDICA Publishing Ltd. wydało kilka książek z serii w Polsce. W dosyć kiepskich tłumaczeniach, w dosyć kiepskiej edycji ale za to estetycznie i poręcznie.
Mówiąc szczerze, nie wiem, ile dokładnie książeczek (każda ponad 100 stron) wydawnictwo to wydało. Poszukując informacji na temat znalazłem wyszukiwarkę wydanych przez nich książek - nie wykrywa żadnej z tej serii.
Dawno temu miałem okazję kupić cztery pierwsze wydane w Polsce (nie są to chronologicznie cztery pierwsze; chyba, że wczesna seria jakoś tak dziwnie była poukładana - w sumie znów muszę się przyznać do niewiedzy; zresztą, chyba nawet na angielski nie przetłumaczono wszystkich tomów - wg. jakiejś listy z wikipedii po angielsku ukazało się 41 książek) książki z serii. Każda jedna kosztowała mnie 1,50zł. Pamiętam, było to wiele lat temu na jakiejś wycieczce szkolnej. Klasa poszła na "czas wolny" do Maca, ja poszedłem do księgarni. Żebym tylko pamiętał, jakie to było miasto. Tak czy owak, jeden z najlepszych interesów, jakie w życiu zrobiłem.
Przeczytałem je wtedy, wiele lat temu, jednym tchem. Potem leżały sobie długo, przygniecione innymi książkami, aż ostatnio szukając czegoś, natrafiłem na nie. I postanowiłem je sobie przypomnieć.
Kolejno są to: Pojedynek w Tombstone (wg. wspomnianej wyżej listy angielskich wydań jest to 23 książka w serii; w Polsce - pierwsza), Coyoteros! (26; 2), Lodowate piekło (25; 3), Dzień zmarłych (27; 4). Patrząc na tę listę kolejność tłumaczeń angielskojęzycznych nieco mnie dziwi. Nie znalazłem listy norweskiej. Być może na przestrzeni lat rozmaite wydawnictwa różnie układały te książki, a autor po prostu pisał - część na zasadzie prequeli/sequeli (może - kto wie; ot, moje przypuszczenia) a potem ktoś to poukładał - mniej-więcej chronologicznie. Były poza tym ambitne plany zrobienia filmu, mnóstwo książek (po angielsku i norwesku) zdigitalizowano i sprzedawano w formie ebooków - ale strona nie działa, fanpage na facebooku też przygasł, chyba nic z tego nie wyszło.
Jest to literatura do bólu rozrywkowa. I do bólu idąca po linii konwencji. Mamy więc samotnego i nieco socjopatycznego bohatera, wyciągającego broń w 0,2 sekundy. Mamy chętne i gorące kobiety, których w życiu bohatera jest pełno (po kilka na książkę - nawet i tak się trafia). Mamy złych, podłych, plugawych bandytów - nie ważne, czy zwykłych rewolwerowców (Pojedynek), czy bandę z pogranicza Stanów i Meksyku (Coyoteros!), czy bandę Indian i Francuzów z Quebecu (Piekło) czy też zorganizowaną grupę najemników chcących obalić prezydenta Meksyku (Dzień). Morganowi nie straszne lodowe pustkowie północy, nie straszne i pustynie południa, dobrze się czuje zarówno w miastach typowych dla dzikiego zachodu, jak i w - ówczesnych - wielkich metropoliach. Nie je owoców, uwielbia mięso i alkohol. W gruncie rzeczy jest wrażliwym gościem, ale maskuje to, z racji na burzliwą przeszłość, utratę żony i życie nie dość, że w ciągłym ruchu, to jeszcze igrając ze śmiercią.
Pulpa, ale jaka. Wartka akcja, mało skomplikowane fabuły (ale obfitujące w różne zwroty akcji), schematyczni do bólu bohaterowie (ale to dobrze, bo lubię taką konwencję). Urocze czytadła. Każdy fan westernów powinien byś usatysfakcjonowany. Kilka tych książeczek jest np. na popularnym serwisie aukcyjnym, nawet akurat te 4 w pakiecie. Polecam.
Jeśli ktoś wie, ile się tego dokładnie ukazało w Polsce, to byłbym wdzięczny za informacje.

niedziela, 16 lutego 2014

Stanisław Lem "Szpital Przemienienia"

Czytelnik, 1975.
Lemowi nie podobało się, że kazano mu z jego debiutanckiej powieści zrobić trylogię. Po jakimś czasie udało mu się przywrócić Szpital Przemienienia do wersji pierwotnej i opublikować tak, jak chciał. Omawiane wydane jest przynajmniej drugim tej książki w jej oryginalnym kształcie.
Swoją drogą, na bazie książki nakręcono pod koniec lat '70 film, aż go sobie na dniach odświeżę.
Lem stworzył niezwykle duszną, ciężką, naturalistyczną wręcz momentami opowieść rozgrywającą się w szpitalu psychiatrycznym. Rzecz się dzieje na polskiej prowincji w roku '39 lub '40, w zimę. Stefan Trzyniecki, którego poznajemy jak dociera na pogrzeb stryja, snując przy tym pesymistyczne i nihilizujące rozważania, na skutek w sumie szczęśliwego(?) zbiegu okoliczności znajduje zatrudnienie w tytułowym szpitalu.
Stefan jest wrażliwym młodzieńcem, szybko się uczy i jest bystrym obserwatorem. Kiepsko mu idzie w kontaktach międzyludzkich, ale potrafi dyskutować i wznosić się na wyżyny własnej śmiałości, jeśli sytuacja tego wymaga. Za to nie potrafi porozumieć się z rodziną, męczą - w zależności od kontekstu i konkretnej persony - pospołu wyrzuty sumienia, poczucie wyobcowania i pogarda.
Czytelnik poznaje realia pracy w ówczesnym szpitalu psychiatrycznym, jasne i ciemne strony pracowników. Ten obcy, odstręczający świat poznajemy najpierw razem z oszołomionym Stefanem, próbującym się tam odnaleźć.
W dalszej części książki odizolowana od horroru wojny społeczność styka się z nadciągającym w pełnej krasie koszmarem - pacjenci mają zostać wymordowani.
Książka napisana jest stylem charakterystycznym dla wczesnego Lema. Treść jest zrozumiała - nawet przy snutych przez sporą część książki rozważań etycznych, moralnych, filozoficznych o życiu, człowieku i świecie. Akcja jest dość nierówna - gdy Stefan odnajduje się w swoim miejscu pracy i życia, zwalnia - by znów przyśpieszyć, aż do tragicznego finału.
"Klimat" książki to największa zaleta - wręcz widziałem opisywane przez autora bardzo plastycznie i przejmująco wydarzenia, bohaterów, miejsca - wszystkie w brązach, szarości, czerni i bieli. Książka jest duszna, dołująca, autor potęguje nastrój niepewności, niestałości, upadku wartości, który otworzył drogę dla zimnej negacji, barbarzyńskiego, odhumanizowanego nihilizmu ubranego w naukowe szaty. W powszechnym odczuciu książka jest traktatem moralno-filozoficznym - to chyba jednak zbyt mocne określenie, ale fakt, wszystko się kręci wokół kondycji jednostki ludzkiej, wokół jej przemienienia - na płaszczyźnie jej człowieczeństwa. Lem nie zaprasza czytelnika gdzieś hen w nieznane skryte w gwiezdnych przestrzeniach (jak wiadomo, czasem ten kosmos był mu potrzebny do bardzo pragmatycznych celów krytyki tego, co widział i z czym się stykał na co dzień - i nie on jeden tak miał), tylko do przetrąconego ciężarem dekadencji, rozpadu i niewiary (w cokolwiek) makrokosmosu ludzkiego ducha. Nie wiem, na ile to tylko moje subiektywne odczucie, ale postrzegam tę książkę jako potężną krytykę nietzscheanizmu - lub raczej pewnej formy nietzscheanizmu opartej tylko i wyłącznie o negację. Albo inaczej - Lem doszedł do punktu, w którym nie majaczą na horyzoncie nowe wartości, a dekadencja zniszczyła już wszystkie stare; ich obrońcy podejmują rozpaczliwe próby ich zachowania, pojawiają się zwiastuny nadchodzących zmian, ale reprezentują tylko szał bezmyślnego niszczenia, radują się panującą zgnilizną.
Potężna rzecz. Ku refleksji. Pewien czas temu była wznowiona (wraz z dodatkowymi materiałami, w tym rozkminami jakiegoś księżula), więc nie powinno być trudności większych z dotarciem do niej.

H.P.Lovecraft, Zealia Bishop "Kopiec"

Co prawda B jest w alfabecie przed L, ale wkład Lovecrafta w powstanie trzech nowelek składających się na tę książkę jest dużo większy, co oznajmiło samo wydawnictwo.
Lovecraft bowiem oprócz klecenia własnych historii czasem coś komuś poprawiał - jak w przypadku kilku prac Zealii Bishop, które poprawił na tyle mocno, że w sumie to jest ich faktycznym autorem.
Jeśli ktoś zna Lovecrafta, to wie, czego się spodziewać. Ot, znów mamy Nieznane wrzucone w strach przed starością, przed innymi niż anglosaska (lub generalnie - biała) cywilizacjami, przez "gorszymi" rasami.
Prawie wszystkie historie Lovecrafta są napisane w ten sam sposób i z grubsza o tym samym - racjonalnie myślący naukowiec (mający jednak otwarty umysł) jedzie sprawdzić gdzieś coś niezwykłego [ew. jest przypadkowym podróżnikiem, natrafiającym na coś niezwykłego]. Znajduje/widzi/odczuwa coś faktycznie niezwykłego, styka się z Nieznanym. Na koniec w najlepszym razie rozsypuje mu się światopogląd, w najgorszym - umiera/popada w obłęd. Zmieniają się tylko rekwizyty, miejsca, formy i kształty tegoż Nieznanego.
Zealia dorzuciła od siebie (przynajmniej tak mi się wydaje, że to od niej, bo u samego Lovecrafta tego nie uświadczyłem) fobię przed wężami, co zaowocowało nawet kreacją wężowego bóstwa - Yiga czczonego przez Indian z centralnych części Stanów, z równin (Klątwa Yiga). W drugiej nowelce (tytułowy Kopiec) pojawia się stary jak mity motyw świata podziemnego, pełnego dziwów (a czasem i dziw też, ale niekoniecznie akurat w omawianym przypadku), cudów, bogactw i magyi. Podziemna cywilizacja stara jak jasna cholera, starsza nawet od Atlantydy, Mu i Lemurii (czy co tam było pierwsze, Mu chyba) nie jest jednak przedstawiona jako banda zdegenerowanych, atawistycznych abnegatów (u Lovecrafta raczej tak bywało) lecz jako popadająca w dekadencję bardzo stara i potężna kultura, potężniejsza od naziemnej. Jako ciekawostkę można zaznaczyć obecność strachu przed kanibalizmem, przed inżynierią genetyczną (w tamtych czasach raczej przed eksperymentami z krzyżowaniem ras niższych, wyższych i kreowaniem użytkowych post/pół-ludzkich monstrów) i komentarz społeczny, zupełnie niepasujący do miejsca, w którym został przez bohatera odnaleziony - w zapiskach Hiszpana rozbijającego się po Ameryce Północnej w XVI wieku. Trzecia nowelka (Sploty Meduzy) zawiera resentyment feudalnego Południa, wielkich plantacji i patriarchalnego stosunku właścicieli do czarnoskórych sług. Tym razem Nieznane przybywa jednak z Europy, z dekadenckiej Francji - dopiero potem się okazuje, że ma dużo wspólnego z afrykańskim Nieznanym, z domniemanego Wielkiego Zimbabwe. Zapewne Lovecraft dorzucił tu motyw wrażliwego artysty-geniusza widzącego więcej niż inni.
Tłumaczenie jest niezłe - czasem zachowano angielskojęzyczną składnię, czasem jest za dużo powtórzeń, itp., ale to bardziej wina edycji/korekty niż samej tłumaczki.
Wydało to Wydawnictwo C&T z Torunia. Nie słyszałem o nich wcześniej, a wypuścili całą serię klasycznego weird, trochę Lovecrafta, Woolrich, Blackwooda, Hodgsona, Le Fanu.
Mimo tego, iż konwencja jest stara jak współczesny horror (sięga w sumie do Poego a korzenie ma i wcześniej), czytało mi się te trzy nowelki miło i przyjemnie. Mimo wszystko lubię Lovecrafta, nie zestarzał się w moich oczach tak mocno, jak chociażby Tolkien (wiem, to inne gatunki, ale chodzi mi o sam fakt bycia seniorem gatunku literackiego, na którego powstanie i rozwój miało się ogromny wpływ [i ma się nadal, mimo upływu kolejnych lat od śmierci]). Dla fanów klasyki weird/horroru a w szczególności Lovecrafta pozycja obowiązkowa - reszta czytelników może sobie Kopiec odpuścić.

piątek, 14 lutego 2014

Bartosz Orlewski "Za garść zbawienia i inne opowiadania"

Czyli tak jakby Bartosz Orlewski: The Early Years, gdyż w tym ebooku mieści się zebrana pieczołowicie przez autora jego twórczość (opowiadania) z lat 2011-2013 (chociaż nie ma podanych dat przy szortach - więc być może od ciut wcześniej). Wszystkie były już co prawda publikowane to tu, to tam, od Nowej Fantastyki przez Niedobre Literki po Horror Masakrę i Szortala oraz rozmaite antologie (Bizarro Bazar, Zombiefilia, Pod drugiej stronie), ale tutaj są w jednym miejscu i w "revised edition" (podobno, nie chciało mi się sprawdzać, czy rzeczywiście, ale jak autor tak stwierdził, to zapewne wie, co pisze).
Bardzo dobrze się więc stało, że ten ebook się ukazał (za 10zł można go kupić, o, tutaj), bo warto to mieć w jednym miejscu. Poza tym sama książka prezentuje się bardzo poczciwie - jest przejrzysta, napisana dużą czcionką, w spisie treści są linki do poszczególnych opowiadań.
Autor pisze weird - czasem zjeżdża muscle carem w stronę bizarro, czasem galopuje na dzikim mustangu wyobraźni na weird west[ern]. Jego inspiracje są rozmaicie porozrzucane - od klasycznych spaghetti westernów po rozważania filozoficzne. Bardzo często przez fabułę opowiadań przewijają się wspomniane już muscle cary, wykorzystana przez autora w wielu opowiadaniach konwencja westernu pęka w szwach i czasem ciężko ją na pierwszy rzut oka dostrzec - gdzieniegdzie mieszka się z równie przeinterpretowaną konwencją noir, zaś - uogólniając - bohaterowie lubią kawę (i cynamon) oraz seks oralny.
Jak weird western, to weird western. Autor ukazuje nam miasta-widmo z ektoplazmatycznymi panienkami w lokalnym burdelu, poznajemy rewolwerowców-czarnoksiężników i Bliżej Nieokreślone Pradawne Bóstwa Dużo Starsze Niż Ludzkość a to bawiące się losami śmiertelników, a to proszące ich o przysługę. W jednym westernie w konwencji post-apo główny bohater taszczy za sobą przez pustkowie trumnę - trudno o bardziej bezpośrednie nawiązanie do Django Sergio Corbucciego z Franco Nero w roli głównej (później ten motyw się rozprzestrzenił, ale to ten klasyk z 1966 go wprowadził do popkultury). Sam Corbucci jako taki też został przez autora upamiętniony - zresztą nie on jeden (jeszcze chociażby Leone). Weird westernowe opowieści Orlewskiego świetnie mnie się czytało słuchając jednocześnie Those Poor Bastards; zapewne dowolna inna kapela spod znaku gothic americana/alternatywnego country dałaby radę. Autor świetnie odmalowuje zapyziałość zapomnianych przez Boga (przynajmniej tego chrześcijańskiego) miasteczek rozrzuconych po Zachodzie pośród Niczego niczym krosty na tyłku i równie mistrzowsko wrzuca tam Nieznane, brutalne, niezrozumiałe, do bólu obce i nie dające się wyjaśnić Nieznane. Stykający się z Nieznanym bohaterowie Orlewskiego czasem sami są elementem tegoż Nieznanego, co "wychodzi" z treści i rozpycha się mackami dopiero w trakcie czytania. I w sumie nie jest ważne, czy te miasteczka to taki bardziej typowy Dziki Zachód, czy np. Dzikie Gdziekolwiek po dowolnej, zazwyczaj niesprecyzowanej apokalipsie.
Autora inspiracje filozoficzne zakorzenione są w dosyć odległej historii filozofii. Trwający przez wieczność spór stoików z epikurejczykami rozgrywa się i w teraźniejszości, przy użyciu zarówno magicznych artefaktów jak i broni palnej. Innym razem autor utożsamia element weird, toto cholerne Nieznane, łypiące na bohaterów zarówno spoza czasu i gwiazd, jak i z ich najbliższego otoczenia (jak kubek z kawą lub domy i/lub pomieszczenia, które są, ale których nie ma), z tęsknotami metafizycznymi i historiozoficznymi - bo co by było, gdyby ktoś przepisał historię lub - pojadę teraz Voegelinem - zimmanentyzował nieco eschaton. A jeśli do tego jeszcze strach przed rozgrzebaniem sensu - o, to skutki mogą być nieprzewidywalne. Nawet człowieko-psowaty Diogenes tutaj nie pomoże, gdy pewien relatywizm znaczeń zostanie przez kogoś/coś zdefiniowany tak, a nie inaczej. W pewnym momencie dochodzi do tego jeszcze coś, co skojarzyło mi się z czymś pomiędzy Stirnerem i Nietzschem, ale ja generalnie mam na ich punkcie nerwicę natręctw (no, jeszcze na punkcie Baudrillarda i w dużo mniejszym stopniu Jüngera), znaczy się zdanie sobie sprawy ze splotów i syndromów uwarunkowań wiszących wszędzie wokoło i warunkujących wszystko wokoło, wraz z idącą za tym próbą ich przezwyciężenia - która jednak okazuje się zakamuflowaną kolejną metafizyką.
Zresztą, autor jest w stanie wykrzesać z siebie najbardziej szalone rozkminy filozoficzne przy okazji nawet tak - zdawałoby się - błahej jak recenzja płyty Motörhead (o, tu na blogu autora). Pewnie dlatego mi się autora tak dobrze czyta. Swój świr.
Twórczość Bartosza Orlewskiego, nie każdemu jednak przypadnie do gustu. Nad każdym jego opowiadaniem trzeba się zastanowić. Tzn. nad każdym czytanym tekstem wypadałoby chwil(k)ę podumać, ale w przypadku Orlewskiego tym bardziej - ma on bowiem manierę wrzucania czytelnika w obcy, wykoślawiony świat nagle i bez pasów bezpieczeństwa (za to czasem w kaftanie). Nieznane po prostu się rozgrywa, pojawia się, dzieje się - i autor nie prowadzi przez nie czytelnika za rękę. Jakieś bliższe wyjaśnienia, co właściwie się dzieje, i dlaczego, które sięgałyby głębiej, niż w poziom ciągu przyczynowo-skutkowego fabuły, jakaś - nomen omen - "metafizyka" tych opowiadań trafia się sporadycznie. Jeśli ktoś jest w stanie nadążyć za tokiem rozumowania autora i "odczuwa" kreowane przez niego światy oraz wizje, to przeczytanie tego zbioru opowiadań da mu mnóstwo radości. Dla sporej ilości potencjalnych czytelników omawiany ebook może być jednak za trudny w odbiorze. Jeszcze raz zaznaczam, iż ta potencjalna trudność wiąże się tylko z oszczędnością w odkrywaniu (nie/od)realiów świata przedstawionego, styl autora jest bardzo zrozumiały, plastyczny, czasem może nieco oszczędny, ale i tak przemawiający do wyobraźni. Autorowi udało się też rozmyślania o naturze świata i bytu jako takiego wpleść bezboleśnie w wartko toczącą się akcje.
Tak czy siak, jeśli wymagasz od "fikcji spekulatywnej" by rozruszała Twoje szare komórki na równi z wyobraźnią - gorąco zachęcam do kupienia tegoż ebooka. Dziesięć zeta za osiemnaście wciągających oraz wymagających opowiadań i szortów to niewiele.

wtorek, 11 lutego 2014

Robert Cichowlas, Łukasz Radecki "Pradawne zło"

*-*   [Uwaga na spoilery]   ^^

W światku horrorowym (wraz z przyległościami) o tej książce było głośno na długo, zanim się ukazała. Sami autorzy wypowiadając się o niej w kilku wywiadach (m.in. dla "Horror Masakry" czy "Grabarza Polskiego") podgrzali atmosferę.
We wspomnianych wywiadach sami autorzy opowiedzieli, z czym czytelnicy będą mieć do czynienia. Z jednej strony Pradawne zło miało być hołdem dla Wielkich Nazwisk (Lovecrafta, Grabińskiego, Jamesa Herberta), z drugiej strony sprawdzeniem, ile da się rzeczy bardziej ekstremalnych wrzucić do mainstreamu. Ponieważ jako-tako kojarzę twórczość autorów, więc z grubsza wiedziałem i bez czytania wywiadów, czego się spodziewać. Łukasza Radeckiego kojarzę z opowiadań (w "Gorefikacjach" i "Horror Masakrze"), Roberta Cichowlasa - z paru książek, których był współautorem oraz przede wszystkim z opowiadania Duckfucker. Swoją drogą, straszną rzecz sam sobie wyrządził tym opowiadaniem - sądzę, iż nie jestem jedynym czytelnikiem, u którego na
hasło "Cichowlas" uwarunkowało się skojarzenie "Duckfucker".

Czy było na co czekać? Tak, zdecydowanie było na co.
Pradawne zło to trzy nowelki. Tytułowa jest pierwsza, potem mamy Świt szczurów oraz Seks to nie wszystko.
W pierwszej autorom udało się odświeżyć nieco spojrzenie na tzw. mitologię Cthulhu. Nadając Przedwiecznym (i ziemskim manifestacjom ich działań) cechy wyraźnie demoniczne
przywrócili im nieco rozmyty przez popkulturę charakter złowrogich, obcych, przerażających bóstw, wyraźnie nieprzychylnych ludziom. Temu samemu posłużyło zderzenie Lovecraftowych pomysłów z obrzędowością katolicką, z katolickim egzorcyzmem. Wielcy Przedwieczni są tutaj czymś bardziej złym, obcym, chaotycznym od szatana, ale działają podobnie jak on i podległe mu demony.
Przynajmniej jak demony w "narracji" chrześcijańskiej.
Intryga, która wprowadziła do fabuły głównego bohatera, mimo niedopowiedzeń (a może dzięki nim; świetny wątek z innym bohaterem, niby martwym, a bardzo rozmownym) jest spójna. Jedna rzecz mnie nie przekonała - posążek, który za - w sumie - byle co jest w stanie rozpirzyć człowieka po ścianach, dał się w spokoju przerobić na podobiznę Chrystusa. Trochę naciągane, ale ok, niech tam autorom będzie.
W drugiej nowelce mamy motyw stary jak sam horror (jeśli nie, to przynajmniej tak stary jak Szczury w ścianach Lovecrafta). Ot, w starej kamienicy pojawiają się szczury. Cała plaga szczurów. Gdy mieszkańcy nie dają sobie rady, informują o tym właściciela, a ten - po wizycie na miejscu -  niechętnie zatrudnia szczurołapa, myśląc raczej o sprzedaży kamienicy razem z całym - pożądanym i niepożądanym - inwentarzem. Szczurołap okazuje się być nieźle trzepnięty - i to nie tylko dlatego, że poluje na gryzonie gołymi rękami. I zębami.
W międzyczasie agresywne, ogromne zwierzęta zaczynają atakować mieszkańców, padają ofiary wśród ludzi i zwierząt domowych.
Małym novum w motywie szczurów jest sięgnięcie do hinduizmu. Rzecz jasna, to raczej ciekawostka, pretekst, by napuścić zwierzęta na ludzi i cieszyć się masakrą.
Jak na mój gust - najlepsza nowelka w książce. Za opisy szczurów pożerających ludzi, za oddanie zatęchłej atmosfery starego budynku pełnego wścibskich i denerwujących staruszków, za postać szczurołapa. Chociaż ja tam szczury bardzo lubię. Śliczne stworzonka.
Trzecia nowelka podobała mi się najmniej. Co nie znaczy, że jest zła. Ot, po prostu "nie kupiłem" przekazu. Bo nie przepadam za nachalnym moralizowaniem. Chociaż tyle, że zły demon, który postanawia ukarać główną bohaterkę (i pierwszoosobową narratorkę) za jej nimfomanię i - delikatnie mówiąc - przedmiotowe traktowanie innych, jest gejem. Jedyne co w tej nowelce przypadło mi do gustu to fenomenalna scena - nazwijmy to - przemoco-seksu. Naprawdę mocna.
A poza tym, to nimfomanki są spoko. Może i nie przedstawisz takiej rodzicom, ale ma inne zalety.
W fabułę wpleciona jest postać pisarza, który napisał opowiadanie o seksie człowieka z papugą. Niezwykle mnie to zasmuciło, bo sam akurat współ-piszę coś podobnego. Tyle, że bohaterką będzie kobieta. Panowie, nie zerżnąłem tego pomysłu od Was.

Podsumowując, przede wszystkim trzeba się cieszyć, że taka książka się ukazała. I że trafiła do mainstreamowych księgarni (i sieci księgarni), gdzie cieszy się sporą popularnością wśród kupujących. Ot, coś drgnęło, horror powoli trafia na drogę do portfeli i serc szerszego grona czytelników. A przy okazji książka jest naprawdę niezła - nie dość, że sensownie i solidnie napisana, to autorzy nie patyczkują się z czytelnikiem, nie litują się nad jego poczuciem estetyki. Czuć radość, jaką autorom sprawiło napisanie tych trzech nowelek, czuć lekkość pióra (czy tam klawiatury).
No i jeszcze ta rozkosznie kiczowato-pulpowa okładka.
Polecam.

James Herbert "Jonasz"

Klasyk z Amber Horror, 1990 rok.
Fajna okładka, nieadekwatna do treści książki. Tytuł zapisany "krwawiącą" czcionką.
Wstęp (same superlatywy) o Herbercie napisał niejaki Tadeusz Zysk, doktor (chyba ten sam od współczesnego Zysku i Spółki).
Jim Kelso jest policjantem. Jest niezły w swoim fachu, ale nie jest lubiany. Zbyt często dochodzi na akcjach z jego udziałem do tragicznych wypadków i niefortunnych zbiegów okoliczności. Po kolejnym takim wypadku, kolejnym, w którym bezsensowną śmiercią umiera jeden z towarzyszących policjantów, Kelso zostaje przeniesiony do wydziału walczącego z wiatra z narkotykami.
W małej, zapyziałej, rybackiej mieścinie na prowincji zupełnie przypadkowa rodzina została nafaszerowana LSD. Kelso ma sprawdzić, co tam się dzieje.
Sprawa zaczyna się komplikować, potencjalny informator znika, ktoś próbuje uniemożliwić Jimowi - oraz agentce wywiadu, zajmującej się podobną sprawą - dotarcie do prawdy, jakakolwiek by nie była. W międzyczasie czytelnik poznaje w retrospekcjach wspomnienia Jima oraz różne dziwne wydarzenia związane z jego tragicznymi losami. Od najmłodszych lat podąża za nim niesprecyzowana, mroczna siła.
Sensacyjno-kryminalna intryga prawie się urywa, schodzi na dalszy plan; autor z rozmachem przeorał świat przedstawiony, każąc bohaterowi w momencie kulminacyjnym stanąć w twarzą w twarz z mroczną tajemnicą z jego przeszłości.
Jonasz jest solidnym horrorem. Krucha równowaga między kreowaniem nastroju a prowadzeniem wartkiej akcji została zachowana. Dopiero na koniec to, co straszne, objawia się we własnej osobie. Jim został przez autora wykreowany dobrze; reszta postaci to w sumie to dla niego i historii się wokół niego historii (no i łatwo się domyśliłem, że jak pojawia się postać kobieca, to bohaterowie prędzej czy później wylądują w łóżku). Mała apokalipsa nawiedzająca miejsce akcji pod koniec książki to mały powiew świeżości. Czegoś takiego się nie spodziewałem. Autor nie przegiął.
Tłumaczenie jest, jakie jest; jak na tamte lata, nie jest źle.
Przyczepię się za to do wątku o narkotykach, przedstawionych jednoznacznie negatywnie. Rzecz jasna, z każdym środkiem trzeba uważać, ale akurat enteogeny robią człowiekowi więcej dobrego, niż złego.

Odpryski XXIX

1) Było już całkiem późno w nocy, gdy wracałem do siebie.
Spostrzegłem nagle, że w moją stronę biegnie jakiś koleś. Wyglądał całkiem normalnie, ot, jakiś student. Na pewno nie był to typ tubylca z maczetą. Biegł tak, jakby uciekał przed kimś, wręcz się nieco słaniał co parę kroków.
Dobiegł do mnie, złapał mnie za ramiona (zamurowało mnie zupełnie), ledwo łapiąc oddech najpierw coś tam biadolił, czego nie zrozumiałem, potem głośnym szeptem dodał "nadchodzą".
Spojrzał na mnie, jakbym był jakimś potworem z kosmosu, obejrzał się za siebie, mina mu zrzedła do końca (a i tak płakał już wcześniej) i pobiegł dalej.
Stałem na środku pustego chodnika przez kilka minut, zastanawiając się, co właściwie mnie spotkało. Zrobiło mi się zimno, więc spokojnym krokiem poszedłem dalej. Rzecz jasna nikogo po drodze nie spotkałem.