Louis Masterson to jeden z pseudonimów norweskiego pisarza Kjella Hallbinga (1934-2004). Kjell zasłynął przede wszystkim z liczącej 83 tomy (tak, osiemdziesiąt trzy) serii westernów o Morganie Kane'ie, nieustraszonym szeryfie stanowym, pogromcy bandytów, byłym Texas Rangerze, itd.
W 1993 roku wydawnictwo POL-NORDICA Publishing Ltd. wydało kilka książek z serii w Polsce. W dosyć kiepskich tłumaczeniach, w dosyć kiepskiej edycji ale za to estetycznie i poręcznie.
Mówiąc szczerze, nie wiem, ile dokładnie książeczek (każda ponad 100 stron) wydawnictwo to wydało. Poszukując informacji na temat znalazłem wyszukiwarkę wydanych przez nich książek - nie wykrywa żadnej z tej serii.
Dawno temu miałem okazję kupić cztery pierwsze wydane w Polsce (nie są to chronologicznie cztery pierwsze; chyba, że wczesna seria jakoś tak dziwnie była poukładana - w sumie znów muszę się przyznać do niewiedzy; zresztą, chyba nawet na angielski nie przetłumaczono wszystkich tomów - wg. jakiejś listy z wikipedii po angielsku ukazało się 41 książek) książki z serii. Każda jedna kosztowała mnie 1,50zł. Pamiętam, było to wiele lat temu na jakiejś wycieczce szkolnej. Klasa poszła na "czas wolny" do Maca, ja poszedłem do księgarni. Żebym tylko pamiętał, jakie to było miasto. Tak czy owak, jeden z najlepszych interesów, jakie w życiu zrobiłem.
Przeczytałem je wtedy, wiele lat temu, jednym tchem. Potem leżały sobie długo, przygniecione innymi książkami, aż ostatnio szukając czegoś, natrafiłem na nie. I postanowiłem je sobie przypomnieć.
Kolejno są to: Pojedynek w Tombstone (wg. wspomnianej wyżej listy angielskich wydań jest to 23 książka w serii; w Polsce - pierwsza), Coyoteros! (26; 2), Lodowate piekło (25; 3), Dzień zmarłych (27; 4). Patrząc na tę listę kolejność tłumaczeń angielskojęzycznych nieco mnie dziwi. Nie znalazłem listy norweskiej. Być może na przestrzeni lat rozmaite wydawnictwa różnie układały te książki, a autor po prostu pisał - część na zasadzie prequeli/sequeli (może - kto wie; ot, moje przypuszczenia) a potem ktoś to poukładał - mniej-więcej chronologicznie. Były poza tym ambitne plany zrobienia filmu, mnóstwo książek (po angielsku i norwesku) zdigitalizowano i sprzedawano w formie ebooków - ale strona nie działa, fanpage na facebooku też przygasł, chyba nic z tego nie wyszło.
Jest to literatura do bólu rozrywkowa. I do bólu idąca po linii konwencji. Mamy więc samotnego i nieco socjopatycznego bohatera, wyciągającego broń w 0,2 sekundy. Mamy chętne i gorące kobiety, których w życiu bohatera jest pełno (po kilka na książkę - nawet i tak się trafia). Mamy złych, podłych, plugawych bandytów - nie ważne, czy zwykłych rewolwerowców (Pojedynek), czy bandę z pogranicza Stanów i Meksyku (Coyoteros!), czy bandę Indian i Francuzów z Quebecu (Piekło) czy też zorganizowaną grupę najemników chcących obalić prezydenta Meksyku (Dzień). Morganowi nie straszne lodowe pustkowie północy, nie straszne i pustynie południa, dobrze się czuje zarówno w miastach typowych dla dzikiego zachodu, jak i w - ówczesnych - wielkich metropoliach. Nie je owoców, uwielbia mięso i alkohol. W gruncie rzeczy jest wrażliwym gościem, ale maskuje to, z racji na burzliwą przeszłość, utratę żony i życie nie dość, że w ciągłym ruchu, to jeszcze igrając ze śmiercią.
Pulpa, ale jaka. Wartka akcja, mało skomplikowane fabuły (ale obfitujące w różne zwroty akcji), schematyczni do bólu bohaterowie (ale to dobrze, bo lubię taką konwencję). Urocze czytadła. Każdy fan westernów powinien byś usatysfakcjonowany. Kilka tych książeczek jest np. na popularnym serwisie aukcyjnym, nawet akurat te 4 w pakiecie. Polecam.
Jeśli ktoś wie, ile się tego dokładnie ukazało w Polsce, to byłbym wdzięczny za informacje.
piątek, 21 lutego 2014
niedziela, 16 lutego 2014
Stanisław Lem "Szpital Przemienienia"
Czytelnik, 1975.
Lemowi nie podobało się, że kazano mu z jego debiutanckiej powieści zrobić trylogię. Po jakimś czasie udało mu się przywrócić Szpital Przemienienia do wersji pierwotnej i opublikować tak, jak chciał. Omawiane wydane jest przynajmniej drugim tej książki w jej oryginalnym kształcie.
Swoją drogą, na bazie książki nakręcono pod koniec lat '70 film, aż go sobie na dniach odświeżę.
Lem stworzył niezwykle duszną, ciężką, naturalistyczną wręcz momentami opowieść rozgrywającą się w szpitalu psychiatrycznym. Rzecz się dzieje na polskiej prowincji w roku '39 lub '40, w zimę. Stefan Trzyniecki, którego poznajemy jak dociera na pogrzeb stryja, snując przy tym pesymistyczne i nihilizujące rozważania, na skutek w sumie szczęśliwego(?) zbiegu okoliczności znajduje zatrudnienie w tytułowym szpitalu.
Stefan jest wrażliwym młodzieńcem, szybko się uczy i jest bystrym obserwatorem. Kiepsko mu idzie w kontaktach międzyludzkich, ale potrafi dyskutować i wznosić się na wyżyny własnej śmiałości, jeśli sytuacja tego wymaga. Za to nie potrafi porozumieć się z rodziną, męczą - w zależności od kontekstu i konkretnej persony - pospołu wyrzuty sumienia, poczucie wyobcowania i pogarda.
Czytelnik poznaje realia pracy w ówczesnym szpitalu psychiatrycznym, jasne i ciemne strony pracowników. Ten obcy, odstręczający świat poznajemy najpierw razem z oszołomionym Stefanem, próbującym się tam odnaleźć.
W dalszej części książki odizolowana od horroru wojny społeczność styka się z nadciągającym w pełnej krasie koszmarem - pacjenci mają zostać wymordowani.
Książka napisana jest stylem charakterystycznym dla wczesnego Lema. Treść jest zrozumiała - nawet przy snutych przez sporą część książki rozważań etycznych, moralnych, filozoficznych o życiu, człowieku i świecie. Akcja jest dość nierówna - gdy Stefan odnajduje się w swoim miejscu pracy i życia, zwalnia - by znów przyśpieszyć, aż do tragicznego finału.
"Klimat" książki to największa zaleta - wręcz widziałem opisywane przez autora bardzo plastycznie i przejmująco wydarzenia, bohaterów, miejsca - wszystkie w brązach, szarości, czerni i bieli. Książka jest duszna, dołująca, autor potęguje nastrój niepewności, niestałości, upadku wartości, który otworzył drogę dla zimnej negacji, barbarzyńskiego, odhumanizowanego nihilizmu ubranego w naukowe szaty. W powszechnym odczuciu książka jest traktatem moralno-filozoficznym - to chyba jednak zbyt mocne określenie, ale fakt, wszystko się kręci wokół kondycji jednostki ludzkiej, wokół jej przemienienia - na płaszczyźnie jej człowieczeństwa. Lem nie zaprasza czytelnika gdzieś hen w nieznane skryte w gwiezdnych przestrzeniach (jak wiadomo, czasem ten kosmos był mu potrzebny do bardzo pragmatycznych celów krytyki tego, co widział i z czym się stykał na co dzień - i nie on jeden tak miał), tylko do przetrąconego ciężarem dekadencji, rozpadu i niewiary (w cokolwiek) makrokosmosu ludzkiego ducha. Nie wiem, na ile to tylko moje subiektywne odczucie, ale postrzegam tę książkę jako potężną krytykę nietzscheanizmu - lub raczej pewnej formy nietzscheanizmu opartej tylko i wyłącznie o negację. Albo inaczej - Lem doszedł do punktu, w którym nie majaczą na horyzoncie nowe wartości, a dekadencja zniszczyła już wszystkie stare; ich obrońcy podejmują rozpaczliwe próby ich zachowania, pojawiają się zwiastuny nadchodzących zmian, ale reprezentują tylko szał bezmyślnego niszczenia, radują się panującą zgnilizną.
Potężna rzecz. Ku refleksji. Pewien czas temu była wznowiona (wraz z dodatkowymi materiałami, w tym rozkminami jakiegoś księżula), więc nie powinno być trudności większych z dotarciem do niej.
Lemowi nie podobało się, że kazano mu z jego debiutanckiej powieści zrobić trylogię. Po jakimś czasie udało mu się przywrócić Szpital Przemienienia do wersji pierwotnej i opublikować tak, jak chciał. Omawiane wydane jest przynajmniej drugim tej książki w jej oryginalnym kształcie.
Swoją drogą, na bazie książki nakręcono pod koniec lat '70 film, aż go sobie na dniach odświeżę.
Lem stworzył niezwykle duszną, ciężką, naturalistyczną wręcz momentami opowieść rozgrywającą się w szpitalu psychiatrycznym. Rzecz się dzieje na polskiej prowincji w roku '39 lub '40, w zimę. Stefan Trzyniecki, którego poznajemy jak dociera na pogrzeb stryja, snując przy tym pesymistyczne i nihilizujące rozważania, na skutek w sumie szczęśliwego(?) zbiegu okoliczności znajduje zatrudnienie w tytułowym szpitalu.
Stefan jest wrażliwym młodzieńcem, szybko się uczy i jest bystrym obserwatorem. Kiepsko mu idzie w kontaktach międzyludzkich, ale potrafi dyskutować i wznosić się na wyżyny własnej śmiałości, jeśli sytuacja tego wymaga. Za to nie potrafi porozumieć się z rodziną, męczą - w zależności od kontekstu i konkretnej persony - pospołu wyrzuty sumienia, poczucie wyobcowania i pogarda.
Czytelnik poznaje realia pracy w ówczesnym szpitalu psychiatrycznym, jasne i ciemne strony pracowników. Ten obcy, odstręczający świat poznajemy najpierw razem z oszołomionym Stefanem, próbującym się tam odnaleźć.
W dalszej części książki odizolowana od horroru wojny społeczność styka się z nadciągającym w pełnej krasie koszmarem - pacjenci mają zostać wymordowani.
Książka napisana jest stylem charakterystycznym dla wczesnego Lema. Treść jest zrozumiała - nawet przy snutych przez sporą część książki rozważań etycznych, moralnych, filozoficznych o życiu, człowieku i świecie. Akcja jest dość nierówna - gdy Stefan odnajduje się w swoim miejscu pracy i życia, zwalnia - by znów przyśpieszyć, aż do tragicznego finału.
"Klimat" książki to największa zaleta - wręcz widziałem opisywane przez autora bardzo plastycznie i przejmująco wydarzenia, bohaterów, miejsca - wszystkie w brązach, szarości, czerni i bieli. Książka jest duszna, dołująca, autor potęguje nastrój niepewności, niestałości, upadku wartości, który otworzył drogę dla zimnej negacji, barbarzyńskiego, odhumanizowanego nihilizmu ubranego w naukowe szaty. W powszechnym odczuciu książka jest traktatem moralno-filozoficznym - to chyba jednak zbyt mocne określenie, ale fakt, wszystko się kręci wokół kondycji jednostki ludzkiej, wokół jej przemienienia - na płaszczyźnie jej człowieczeństwa. Lem nie zaprasza czytelnika gdzieś hen w nieznane skryte w gwiezdnych przestrzeniach (jak wiadomo, czasem ten kosmos był mu potrzebny do bardzo pragmatycznych celów krytyki tego, co widział i z czym się stykał na co dzień - i nie on jeden tak miał), tylko do przetrąconego ciężarem dekadencji, rozpadu i niewiary (w cokolwiek) makrokosmosu ludzkiego ducha. Nie wiem, na ile to tylko moje subiektywne odczucie, ale postrzegam tę książkę jako potężną krytykę nietzscheanizmu - lub raczej pewnej formy nietzscheanizmu opartej tylko i wyłącznie o negację. Albo inaczej - Lem doszedł do punktu, w którym nie majaczą na horyzoncie nowe wartości, a dekadencja zniszczyła już wszystkie stare; ich obrońcy podejmują rozpaczliwe próby ich zachowania, pojawiają się zwiastuny nadchodzących zmian, ale reprezentują tylko szał bezmyślnego niszczenia, radują się panującą zgnilizną.
Potężna rzecz. Ku refleksji. Pewien czas temu była wznowiona (wraz z dodatkowymi materiałami, w tym rozkminami jakiegoś księżula), więc nie powinno być trudności większych z dotarciem do niej.
H.P.Lovecraft, Zealia Bishop "Kopiec"
Co prawda B jest w alfabecie przed L, ale wkład Lovecrafta w powstanie trzech nowelek składających się na tę książkę jest dużo większy, co oznajmiło samo wydawnictwo.
Lovecraft bowiem oprócz klecenia własnych historii czasem coś komuś poprawiał - jak w przypadku kilku prac Zealii Bishop, które poprawił na tyle mocno, że w sumie to jest ich faktycznym autorem.
Jeśli ktoś zna Lovecrafta, to wie, czego się spodziewać. Ot, znów mamy Nieznane wrzucone w strach przed starością, przed innymi niż anglosaska (lub generalnie - biała) cywilizacjami, przez "gorszymi" rasami.
Prawie wszystkie historie Lovecrafta są napisane w ten sam sposób i z grubsza o tym samym - racjonalnie myślący naukowiec (mający jednak otwarty umysł) jedzie sprawdzić gdzieś coś niezwykłego [ew. jest przypadkowym podróżnikiem, natrafiającym na coś niezwykłego]. Znajduje/widzi/odczuwa coś faktycznie niezwykłego, styka się z Nieznanym. Na koniec w najlepszym razie rozsypuje mu się światopogląd, w najgorszym - umiera/popada w obłęd. Zmieniają się tylko rekwizyty, miejsca, formy i kształty tegoż Nieznanego.
Zealia dorzuciła od siebie (przynajmniej tak mi się wydaje, że to od niej, bo u samego Lovecrafta tego nie uświadczyłem) fobię przed wężami, co zaowocowało nawet kreacją wężowego bóstwa - Yiga czczonego przez Indian z centralnych części Stanów, z równin (Klątwa Yiga). W drugiej nowelce (tytułowy Kopiec) pojawia się stary jak mity motyw świata podziemnego, pełnego dziwów (a czasem i dziw też, ale niekoniecznie akurat w omawianym przypadku), cudów, bogactw i magyi. Podziemna cywilizacja stara jak jasna cholera, starsza nawet od Atlantydy, Mu i Lemurii (czy co tam było pierwsze, Mu chyba) nie jest jednak przedstawiona jako banda zdegenerowanych, atawistycznych abnegatów (u Lovecrafta raczej tak bywało) lecz jako popadająca w dekadencję bardzo stara i potężna kultura, potężniejsza od naziemnej. Jako ciekawostkę można zaznaczyć obecność strachu przed kanibalizmem, przed inżynierią genetyczną (w tamtych czasach raczej przed eksperymentami z krzyżowaniem ras niższych, wyższych i kreowaniem użytkowych post/pół-ludzkich monstrów) i komentarz społeczny, zupełnie niepasujący do miejsca, w którym został przez bohatera odnaleziony - w zapiskach Hiszpana rozbijającego się po Ameryce Północnej w XVI wieku. Trzecia nowelka (Sploty Meduzy) zawiera resentyment feudalnego Południa, wielkich plantacji i patriarchalnego stosunku właścicieli do czarnoskórych sług. Tym razem Nieznane przybywa jednak z Europy, z dekadenckiej Francji - dopiero potem się okazuje, że ma dużo wspólnego z afrykańskim Nieznanym, z domniemanego Wielkiego Zimbabwe. Zapewne Lovecraft dorzucił tu motyw wrażliwego artysty-geniusza widzącego więcej niż inni.
Tłumaczenie jest niezłe - czasem zachowano angielskojęzyczną składnię, czasem jest za dużo powtórzeń, itp., ale to bardziej wina edycji/korekty niż samej tłumaczki.
Wydało to Wydawnictwo C&T z Torunia. Nie słyszałem o nich wcześniej, a wypuścili całą serię klasycznego weird, trochę Lovecrafta, Woolrich, Blackwooda, Hodgsona, Le Fanu.
Mimo tego, iż konwencja jest stara jak współczesny horror (sięga w sumie do Poego a korzenie ma i wcześniej), czytało mi się te trzy nowelki miło i przyjemnie. Mimo wszystko lubię Lovecrafta, nie zestarzał się w moich oczach tak mocno, jak chociażby Tolkien (wiem, to inne gatunki, ale chodzi mi o sam fakt bycia seniorem gatunku literackiego, na którego powstanie i rozwój miało się ogromny wpływ [i ma się nadal, mimo upływu kolejnych lat od śmierci]). Dla fanów klasyki weird/horroru a w szczególności Lovecrafta pozycja obowiązkowa - reszta czytelników może sobie Kopiec odpuścić.
Lovecraft bowiem oprócz klecenia własnych historii czasem coś komuś poprawiał - jak w przypadku kilku prac Zealii Bishop, które poprawił na tyle mocno, że w sumie to jest ich faktycznym autorem.
Jeśli ktoś zna Lovecrafta, to wie, czego się spodziewać. Ot, znów mamy Nieznane wrzucone w strach przed starością, przed innymi niż anglosaska (lub generalnie - biała) cywilizacjami, przez "gorszymi" rasami.
Prawie wszystkie historie Lovecrafta są napisane w ten sam sposób i z grubsza o tym samym - racjonalnie myślący naukowiec (mający jednak otwarty umysł) jedzie sprawdzić gdzieś coś niezwykłego [ew. jest przypadkowym podróżnikiem, natrafiającym na coś niezwykłego]. Znajduje/widzi/odczuwa coś faktycznie niezwykłego, styka się z Nieznanym. Na koniec w najlepszym razie rozsypuje mu się światopogląd, w najgorszym - umiera/popada w obłęd. Zmieniają się tylko rekwizyty, miejsca, formy i kształty tegoż Nieznanego.
Zealia dorzuciła od siebie (przynajmniej tak mi się wydaje, że to od niej, bo u samego Lovecrafta tego nie uświadczyłem) fobię przed wężami, co zaowocowało nawet kreacją wężowego bóstwa - Yiga czczonego przez Indian z centralnych części Stanów, z równin (Klątwa Yiga). W drugiej nowelce (tytułowy Kopiec) pojawia się stary jak mity motyw świata podziemnego, pełnego dziwów (a czasem i dziw też, ale niekoniecznie akurat w omawianym przypadku), cudów, bogactw i magyi. Podziemna cywilizacja stara jak jasna cholera, starsza nawet od Atlantydy, Mu i Lemurii (czy co tam było pierwsze, Mu chyba) nie jest jednak przedstawiona jako banda zdegenerowanych, atawistycznych abnegatów (u Lovecrafta raczej tak bywało) lecz jako popadająca w dekadencję bardzo stara i potężna kultura, potężniejsza od naziemnej. Jako ciekawostkę można zaznaczyć obecność strachu przed kanibalizmem, przed inżynierią genetyczną (w tamtych czasach raczej przed eksperymentami z krzyżowaniem ras niższych, wyższych i kreowaniem użytkowych post/pół-ludzkich monstrów) i komentarz społeczny, zupełnie niepasujący do miejsca, w którym został przez bohatera odnaleziony - w zapiskach Hiszpana rozbijającego się po Ameryce Północnej w XVI wieku. Trzecia nowelka (Sploty Meduzy) zawiera resentyment feudalnego Południa, wielkich plantacji i patriarchalnego stosunku właścicieli do czarnoskórych sług. Tym razem Nieznane przybywa jednak z Europy, z dekadenckiej Francji - dopiero potem się okazuje, że ma dużo wspólnego z afrykańskim Nieznanym, z domniemanego Wielkiego Zimbabwe. Zapewne Lovecraft dorzucił tu motyw wrażliwego artysty-geniusza widzącego więcej niż inni.
Tłumaczenie jest niezłe - czasem zachowano angielskojęzyczną składnię, czasem jest za dużo powtórzeń, itp., ale to bardziej wina edycji/korekty niż samej tłumaczki.
Wydało to Wydawnictwo C&T z Torunia. Nie słyszałem o nich wcześniej, a wypuścili całą serię klasycznego weird, trochę Lovecrafta, Woolrich, Blackwooda, Hodgsona, Le Fanu.
Mimo tego, iż konwencja jest stara jak współczesny horror (sięga w sumie do Poego a korzenie ma i wcześniej), czytało mi się te trzy nowelki miło i przyjemnie. Mimo wszystko lubię Lovecrafta, nie zestarzał się w moich oczach tak mocno, jak chociażby Tolkien (wiem, to inne gatunki, ale chodzi mi o sam fakt bycia seniorem gatunku literackiego, na którego powstanie i rozwój miało się ogromny wpływ [i ma się nadal, mimo upływu kolejnych lat od śmierci]). Dla fanów klasyki weird/horroru a w szczególności Lovecrafta pozycja obowiązkowa - reszta czytelników może sobie Kopiec odpuścić.
piątek, 14 lutego 2014
Bartosz Orlewski "Za garść zbawienia i inne opowiadania"
Czyli tak jakby Bartosz Orlewski: The Early Years, gdyż w tym ebooku mieści się zebrana pieczołowicie przez autora jego twórczość (opowiadania) z lat 2011-2013 (chociaż nie ma podanych dat przy szortach - więc być może od ciut wcześniej). Wszystkie były już co prawda publikowane to tu, to tam, od Nowej Fantastyki przez Niedobre Literki po Horror Masakrę i Szortala oraz rozmaite antologie (Bizarro Bazar, Zombiefilia, Pod drugiej stronie), ale tutaj są w jednym miejscu i w "revised edition" (podobno, nie chciało mi się sprawdzać, czy rzeczywiście, ale jak autor tak stwierdził, to zapewne wie, co pisze).
Bardzo dobrze się więc stało, że ten ebook się ukazał (za 10zł można go kupić, o, tutaj), bo warto to mieć w jednym miejscu. Poza tym sama książka prezentuje się bardzo poczciwie - jest przejrzysta, napisana dużą czcionką, w spisie treści są linki do poszczególnych opowiadań.
Autor pisze weird - czasem zjeżdża muscle carem w stronę bizarro, czasem galopuje na dzikim mustangu wyobraźni na weird west[ern]. Jego inspiracje są rozmaicie porozrzucane - od klasycznych spaghetti westernów po rozważania filozoficzne. Bardzo często przez fabułę opowiadań przewijają się wspomniane już muscle cary, wykorzystana przez autora w wielu opowiadaniach konwencja westernu pęka w szwach i czasem ciężko ją na pierwszy rzut oka dostrzec - gdzieniegdzie mieszka się z równie przeinterpretowaną konwencją noir, zaś - uogólniając - bohaterowie lubią kawę (i cynamon) oraz seks oralny.
Jak weird western, to weird western. Autor ukazuje nam miasta-widmo z ektoplazmatycznymi panienkami w lokalnym burdelu, poznajemy rewolwerowców-czarnoksiężników i Bliżej Nieokreślone Pradawne Bóstwa Dużo Starsze Niż Ludzkość a to bawiące się losami śmiertelników, a to proszące ich o przysługę. W jednym westernie w konwencji post-apo główny bohater taszczy za sobą przez pustkowie trumnę - trudno o bardziej bezpośrednie nawiązanie do Django Sergio Corbucciego z Franco Nero w roli głównej (później ten motyw się rozprzestrzenił, ale to ten klasyk z 1966 go wprowadził do popkultury). Sam Corbucci jako taki też został przez autora upamiętniony - zresztą nie on jeden (jeszcze chociażby Leone). Weird westernowe opowieści Orlewskiego świetnie mnie się czytało słuchając jednocześnie Those Poor Bastards; zapewne dowolna inna kapela spod znaku gothic americana/alternatywnego country dałaby radę. Autor świetnie odmalowuje zapyziałość zapomnianych przez Boga (przynajmniej tego chrześcijańskiego) miasteczek rozrzuconych po Zachodzie pośród Niczego niczym krosty na tyłku i równie mistrzowsko wrzuca tam Nieznane, brutalne, niezrozumiałe, do bólu obce i nie dające się wyjaśnić Nieznane. Stykający się z Nieznanym bohaterowie Orlewskiego czasem sami są elementem tegoż Nieznanego, co "wychodzi" z treści i rozpycha się mackami dopiero w trakcie czytania. I w sumie nie jest ważne, czy te miasteczka to taki bardziej typowy Dziki Zachód, czy np. Dzikie Gdziekolwiek po dowolnej, zazwyczaj niesprecyzowanej apokalipsie.
Autora inspiracje filozoficzne zakorzenione są w dosyć odległej historii filozofii. Trwający przez wieczność spór stoików z epikurejczykami rozgrywa się i w teraźniejszości, przy użyciu zarówno magicznych artefaktów jak i broni palnej. Innym razem autor utożsamia element weird, toto cholerne Nieznane, łypiące na bohaterów zarówno spoza czasu i gwiazd, jak i z ich najbliższego otoczenia (jak kubek z kawą lub domy i/lub pomieszczenia, które są, ale których nie ma), z tęsknotami metafizycznymi i historiozoficznymi - bo co by było, gdyby ktoś przepisał historię lub - pojadę teraz Voegelinem - zimmanentyzował nieco eschaton. A jeśli do tego jeszcze strach przed rozgrzebaniem sensu - o, to skutki mogą być nieprzewidywalne. Nawet człowieko-psowaty Diogenes tutaj nie pomoże, gdy pewien relatywizm znaczeń zostanie przez kogoś/coś zdefiniowany tak, a nie inaczej. W pewnym momencie dochodzi do tego jeszcze coś, co skojarzyło mi się z czymś pomiędzy Stirnerem i Nietzschem, ale ja generalnie mam na ich punkcie nerwicę natręctw (no, jeszcze na punkcie Baudrillarda i w dużo mniejszym stopniu Jüngera), znaczy się zdanie sobie sprawy ze splotów i syndromów uwarunkowań wiszących wszędzie wokoło i warunkujących wszystko wokoło, wraz z idącą za tym próbą ich przezwyciężenia - która jednak okazuje się zakamuflowaną kolejną metafizyką.
Zresztą, autor jest w stanie wykrzesać z siebie najbardziej szalone rozkminy filozoficzne przy okazji nawet tak - zdawałoby się - błahej jak recenzja płyty Motörhead (o, tu na blogu autora). Pewnie dlatego mi się autora tak dobrze czyta. Swój świr.
Twórczość Bartosza Orlewskiego, nie każdemu jednak przypadnie do gustu. Nad każdym jego opowiadaniem trzeba się zastanowić. Tzn. nad każdym czytanym tekstem wypadałoby chwil(k)ę podumać, ale w przypadku Orlewskiego tym bardziej - ma on bowiem manierę wrzucania czytelnika w obcy, wykoślawiony świat nagle i bez pasów bezpieczeństwa (za to czasem w kaftanie). Nieznane po prostu się rozgrywa, pojawia się, dzieje się - i autor nie prowadzi przez nie czytelnika za rękę. Jakieś bliższe wyjaśnienia, co właściwie się dzieje, i dlaczego, które sięgałyby głębiej, niż w poziom ciągu przyczynowo-skutkowego fabuły, jakaś - nomen omen - "metafizyka" tych opowiadań trafia się sporadycznie. Jeśli ktoś jest w stanie nadążyć za tokiem rozumowania autora i "odczuwa" kreowane przez niego światy oraz wizje, to przeczytanie tego zbioru opowiadań da mu mnóstwo radości. Dla sporej ilości potencjalnych czytelników omawiany ebook może być jednak za trudny w odbiorze. Jeszcze raz zaznaczam, iż ta potencjalna trudność wiąże się tylko z oszczędnością w odkrywaniu (nie/od)realiów świata przedstawionego, styl autora jest bardzo zrozumiały, plastyczny, czasem może nieco oszczędny, ale i tak przemawiający do wyobraźni. Autorowi udało się też rozmyślania o naturze świata i bytu jako takiego wpleść bezboleśnie w wartko toczącą się akcje.
Tak czy siak, jeśli wymagasz od "fikcji spekulatywnej" by rozruszała Twoje szare komórki na równi z wyobraźnią - gorąco zachęcam do kupienia tegoż ebooka. Dziesięć zeta za osiemnaście wciągających oraz wymagających opowiadań i szortów to niewiele.
Bardzo dobrze się więc stało, że ten ebook się ukazał (za 10zł można go kupić, o, tutaj), bo warto to mieć w jednym miejscu. Poza tym sama książka prezentuje się bardzo poczciwie - jest przejrzysta, napisana dużą czcionką, w spisie treści są linki do poszczególnych opowiadań.
Autor pisze weird - czasem zjeżdża muscle carem w stronę bizarro, czasem galopuje na dzikim mustangu wyobraźni na weird west[ern]. Jego inspiracje są rozmaicie porozrzucane - od klasycznych spaghetti westernów po rozważania filozoficzne. Bardzo często przez fabułę opowiadań przewijają się wspomniane już muscle cary, wykorzystana przez autora w wielu opowiadaniach konwencja westernu pęka w szwach i czasem ciężko ją na pierwszy rzut oka dostrzec - gdzieniegdzie mieszka się z równie przeinterpretowaną konwencją noir, zaś - uogólniając - bohaterowie lubią kawę (i cynamon) oraz seks oralny.
Jak weird western, to weird western. Autor ukazuje nam miasta-widmo z ektoplazmatycznymi panienkami w lokalnym burdelu, poznajemy rewolwerowców-czarnoksiężników i Bliżej Nieokreślone Pradawne Bóstwa Dużo Starsze Niż Ludzkość a to bawiące się losami śmiertelników, a to proszące ich o przysługę. W jednym westernie w konwencji post-apo główny bohater taszczy za sobą przez pustkowie trumnę - trudno o bardziej bezpośrednie nawiązanie do Django Sergio Corbucciego z Franco Nero w roli głównej (później ten motyw się rozprzestrzenił, ale to ten klasyk z 1966 go wprowadził do popkultury). Sam Corbucci jako taki też został przez autora upamiętniony - zresztą nie on jeden (jeszcze chociażby Leone). Weird westernowe opowieści Orlewskiego świetnie mnie się czytało słuchając jednocześnie Those Poor Bastards; zapewne dowolna inna kapela spod znaku gothic americana/alternatywnego country dałaby radę. Autor świetnie odmalowuje zapyziałość zapomnianych przez Boga (przynajmniej tego chrześcijańskiego) miasteczek rozrzuconych po Zachodzie pośród Niczego niczym krosty na tyłku i równie mistrzowsko wrzuca tam Nieznane, brutalne, niezrozumiałe, do bólu obce i nie dające się wyjaśnić Nieznane. Stykający się z Nieznanym bohaterowie Orlewskiego czasem sami są elementem tegoż Nieznanego, co "wychodzi" z treści i rozpycha się mackami dopiero w trakcie czytania. I w sumie nie jest ważne, czy te miasteczka to taki bardziej typowy Dziki Zachód, czy np. Dzikie Gdziekolwiek po dowolnej, zazwyczaj niesprecyzowanej apokalipsie.
Autora inspiracje filozoficzne zakorzenione są w dosyć odległej historii filozofii. Trwający przez wieczność spór stoików z epikurejczykami rozgrywa się i w teraźniejszości, przy użyciu zarówno magicznych artefaktów jak i broni palnej. Innym razem autor utożsamia element weird, toto cholerne Nieznane, łypiące na bohaterów zarówno spoza czasu i gwiazd, jak i z ich najbliższego otoczenia (jak kubek z kawą lub domy i/lub pomieszczenia, które są, ale których nie ma), z tęsknotami metafizycznymi i historiozoficznymi - bo co by było, gdyby ktoś przepisał historię lub - pojadę teraz Voegelinem - zimmanentyzował nieco eschaton. A jeśli do tego jeszcze strach przed rozgrzebaniem sensu - o, to skutki mogą być nieprzewidywalne. Nawet człowieko-psowaty Diogenes tutaj nie pomoże, gdy pewien relatywizm znaczeń zostanie przez kogoś/coś zdefiniowany tak, a nie inaczej. W pewnym momencie dochodzi do tego jeszcze coś, co skojarzyło mi się z czymś pomiędzy Stirnerem i Nietzschem, ale ja generalnie mam na ich punkcie nerwicę natręctw (no, jeszcze na punkcie Baudrillarda i w dużo mniejszym stopniu Jüngera), znaczy się zdanie sobie sprawy ze splotów i syndromów uwarunkowań wiszących wszędzie wokoło i warunkujących wszystko wokoło, wraz z idącą za tym próbą ich przezwyciężenia - która jednak okazuje się zakamuflowaną kolejną metafizyką.
Zresztą, autor jest w stanie wykrzesać z siebie najbardziej szalone rozkminy filozoficzne przy okazji nawet tak - zdawałoby się - błahej jak recenzja płyty Motörhead (o, tu na blogu autora). Pewnie dlatego mi się autora tak dobrze czyta. Swój świr.
Twórczość Bartosza Orlewskiego, nie każdemu jednak przypadnie do gustu. Nad każdym jego opowiadaniem trzeba się zastanowić. Tzn. nad każdym czytanym tekstem wypadałoby chwil(k)ę podumać, ale w przypadku Orlewskiego tym bardziej - ma on bowiem manierę wrzucania czytelnika w obcy, wykoślawiony świat nagle i bez pasów bezpieczeństwa (za to czasem w kaftanie). Nieznane po prostu się rozgrywa, pojawia się, dzieje się - i autor nie prowadzi przez nie czytelnika za rękę. Jakieś bliższe wyjaśnienia, co właściwie się dzieje, i dlaczego, które sięgałyby głębiej, niż w poziom ciągu przyczynowo-skutkowego fabuły, jakaś - nomen omen - "metafizyka" tych opowiadań trafia się sporadycznie. Jeśli ktoś jest w stanie nadążyć za tokiem rozumowania autora i "odczuwa" kreowane przez niego światy oraz wizje, to przeczytanie tego zbioru opowiadań da mu mnóstwo radości. Dla sporej ilości potencjalnych czytelników omawiany ebook może być jednak za trudny w odbiorze. Jeszcze raz zaznaczam, iż ta potencjalna trudność wiąże się tylko z oszczędnością w odkrywaniu (nie/od)realiów świata przedstawionego, styl autora jest bardzo zrozumiały, plastyczny, czasem może nieco oszczędny, ale i tak przemawiający do wyobraźni. Autorowi udało się też rozmyślania o naturze świata i bytu jako takiego wpleść bezboleśnie w wartko toczącą się akcje.
Tak czy siak, jeśli wymagasz od "fikcji spekulatywnej" by rozruszała Twoje szare komórki na równi z wyobraźnią - gorąco zachęcam do kupienia tegoż ebooka. Dziesięć zeta za osiemnaście wciągających oraz wymagających opowiadań i szortów to niewiele.
wtorek, 11 lutego 2014
Robert Cichowlas, Łukasz Radecki "Pradawne zło"
*-* [Uwaga na spoilery] ^^
W światku horrorowym (wraz z przyległościami) o tej książce było głośno na długo, zanim się ukazała. Sami autorzy wypowiadając się o niej w kilku wywiadach (m.in. dla "Horror Masakry" czy "Grabarza Polskiego") podgrzali atmosferę.
We wspomnianych wywiadach sami autorzy opowiedzieli, z czym czytelnicy będą mieć do czynienia. Z jednej strony Pradawne zło miało być hołdem dla Wielkich Nazwisk (Lovecrafta, Grabińskiego, Jamesa Herberta), z drugiej strony sprawdzeniem, ile da się rzeczy bardziej ekstremalnych wrzucić do mainstreamu. Ponieważ jako-tako kojarzę twórczość autorów, więc z grubsza wiedziałem i bez czytania wywiadów, czego się spodziewać. Łukasza Radeckiego kojarzę z opowiadań (w "Gorefikacjach" i "Horror Masakrze"), Roberta Cichowlasa - z paru książek, których był współautorem oraz przede wszystkim z opowiadania Duckfucker. Swoją drogą, straszną rzecz sam sobie wyrządził tym opowiadaniem - sądzę, iż nie jestem jedynym czytelnikiem, u którego na
hasło "Cichowlas" uwarunkowało się skojarzenie "Duckfucker".
Czy było na co czekać? Tak, zdecydowanie było na co.
Pradawne zło to trzy nowelki. Tytułowa jest pierwsza, potem mamy Świt szczurów oraz Seks to nie wszystko.
W pierwszej autorom udało się odświeżyć nieco spojrzenie na tzw. mitologię Cthulhu. Nadając Przedwiecznym (i ziemskim manifestacjom ich działań) cechy wyraźnie demoniczne
przywrócili im nieco rozmyty przez popkulturę charakter złowrogich, obcych, przerażających bóstw, wyraźnie nieprzychylnych ludziom. Temu samemu posłużyło zderzenie Lovecraftowych pomysłów z obrzędowością katolicką, z katolickim egzorcyzmem. Wielcy Przedwieczni są tutaj czymś bardziej złym, obcym, chaotycznym od szatana, ale działają podobnie jak on i podległe mu demony.
Przynajmniej jak demony w "narracji" chrześcijańskiej.
Intryga, która wprowadziła do fabuły głównego bohatera, mimo niedopowiedzeń (a może dzięki nim; świetny wątek z innym bohaterem, niby martwym, a bardzo rozmownym) jest spójna. Jedna rzecz mnie nie przekonała - posążek, który za - w sumie - byle co jest w stanie rozpirzyć człowieka po ścianach, dał się w spokoju przerobić na podobiznę Chrystusa. Trochę naciągane, ale ok, niech tam autorom będzie.
W drugiej nowelce mamy motyw stary jak sam horror (jeśli nie, to przynajmniej tak stary jak Szczury w ścianach Lovecrafta). Ot, w starej kamienicy pojawiają się szczury. Cała plaga szczurów. Gdy mieszkańcy nie dają sobie rady, informują o tym właściciela, a ten - po wizycie na miejscu - niechętnie zatrudnia szczurołapa, myśląc raczej o sprzedaży kamienicy razem z całym - pożądanym i niepożądanym - inwentarzem. Szczurołap okazuje się być nieźle trzepnięty - i to nie tylko dlatego, że poluje na gryzonie gołymi rękami. I zębami.
W międzyczasie agresywne, ogromne zwierzęta zaczynają atakować mieszkańców, padają ofiary wśród ludzi i zwierząt domowych.
Małym novum w motywie szczurów jest sięgnięcie do hinduizmu. Rzecz jasna, to raczej ciekawostka, pretekst, by napuścić zwierzęta na ludzi i cieszyć się masakrą.
Jak na mój gust - najlepsza nowelka w książce. Za opisy szczurów pożerających ludzi, za oddanie zatęchłej atmosfery starego budynku pełnego wścibskich i denerwujących staruszków, za postać szczurołapa. Chociaż ja tam szczury bardzo lubię. Śliczne stworzonka.
Trzecia nowelka podobała mi się najmniej. Co nie znaczy, że jest zła. Ot, po prostu "nie kupiłem" przekazu. Bo nie przepadam za nachalnym moralizowaniem. Chociaż tyle, że zły demon, który postanawia ukarać główną bohaterkę (i pierwszoosobową narratorkę) za jej nimfomanię i - delikatnie mówiąc - przedmiotowe traktowanie innych, jest gejem. Jedyne co w tej nowelce przypadło mi do gustu to fenomenalna scena - nazwijmy to - przemoco-seksu. Naprawdę mocna.
A poza tym, to nimfomanki są spoko. Może i nie przedstawisz takiej rodzicom, ale ma inne zalety.
W fabułę wpleciona jest postać pisarza, który napisał opowiadanie o seksie człowieka z papugą. Niezwykle mnie to zasmuciło, bo sam akurat współ-piszę coś podobnego. Tyle, że bohaterką będzie kobieta. Panowie, nie zerżnąłem tego pomysłu od Was.
Podsumowując, przede wszystkim trzeba się cieszyć, że taka książka się ukazała. I że trafiła do mainstreamowych księgarni (i sieci księgarni), gdzie cieszy się sporą popularnością wśród kupujących. Ot, coś drgnęło, horror powoli trafia na drogę do portfeli i serc szerszego grona czytelników. A przy okazji książka jest naprawdę niezła - nie dość, że sensownie i solidnie napisana, to autorzy nie patyczkują się z czytelnikiem, nie litują się nad jego poczuciem estetyki. Czuć radość, jaką autorom sprawiło napisanie tych trzech nowelek, czuć lekkość pióra (czy tam klawiatury).
No i jeszcze ta rozkosznie kiczowato-pulpowa okładka.
Polecam.
W światku horrorowym (wraz z przyległościami) o tej książce było głośno na długo, zanim się ukazała. Sami autorzy wypowiadając się o niej w kilku wywiadach (m.in. dla "Horror Masakry" czy "Grabarza Polskiego") podgrzali atmosferę.
We wspomnianych wywiadach sami autorzy opowiedzieli, z czym czytelnicy będą mieć do czynienia. Z jednej strony Pradawne zło miało być hołdem dla Wielkich Nazwisk (Lovecrafta, Grabińskiego, Jamesa Herberta), z drugiej strony sprawdzeniem, ile da się rzeczy bardziej ekstremalnych wrzucić do mainstreamu. Ponieważ jako-tako kojarzę twórczość autorów, więc z grubsza wiedziałem i bez czytania wywiadów, czego się spodziewać. Łukasza Radeckiego kojarzę z opowiadań (w "Gorefikacjach" i "Horror Masakrze"), Roberta Cichowlasa - z paru książek, których był współautorem oraz przede wszystkim z opowiadania Duckfucker. Swoją drogą, straszną rzecz sam sobie wyrządził tym opowiadaniem - sądzę, iż nie jestem jedynym czytelnikiem, u którego na
hasło "Cichowlas" uwarunkowało się skojarzenie "Duckfucker".
Czy było na co czekać? Tak, zdecydowanie było na co.
Pradawne zło to trzy nowelki. Tytułowa jest pierwsza, potem mamy Świt szczurów oraz Seks to nie wszystko.
W pierwszej autorom udało się odświeżyć nieco spojrzenie na tzw. mitologię Cthulhu. Nadając Przedwiecznym (i ziemskim manifestacjom ich działań) cechy wyraźnie demoniczne
przywrócili im nieco rozmyty przez popkulturę charakter złowrogich, obcych, przerażających bóstw, wyraźnie nieprzychylnych ludziom. Temu samemu posłużyło zderzenie Lovecraftowych pomysłów z obrzędowością katolicką, z katolickim egzorcyzmem. Wielcy Przedwieczni są tutaj czymś bardziej złym, obcym, chaotycznym od szatana, ale działają podobnie jak on i podległe mu demony.
Przynajmniej jak demony w "narracji" chrześcijańskiej.
Intryga, która wprowadziła do fabuły głównego bohatera, mimo niedopowiedzeń (a może dzięki nim; świetny wątek z innym bohaterem, niby martwym, a bardzo rozmownym) jest spójna. Jedna rzecz mnie nie przekonała - posążek, który za - w sumie - byle co jest w stanie rozpirzyć człowieka po ścianach, dał się w spokoju przerobić na podobiznę Chrystusa. Trochę naciągane, ale ok, niech tam autorom będzie.
W drugiej nowelce mamy motyw stary jak sam horror (jeśli nie, to przynajmniej tak stary jak Szczury w ścianach Lovecrafta). Ot, w starej kamienicy pojawiają się szczury. Cała plaga szczurów. Gdy mieszkańcy nie dają sobie rady, informują o tym właściciela, a ten - po wizycie na miejscu - niechętnie zatrudnia szczurołapa, myśląc raczej o sprzedaży kamienicy razem z całym - pożądanym i niepożądanym - inwentarzem. Szczurołap okazuje się być nieźle trzepnięty - i to nie tylko dlatego, że poluje na gryzonie gołymi rękami. I zębami.
W międzyczasie agresywne, ogromne zwierzęta zaczynają atakować mieszkańców, padają ofiary wśród ludzi i zwierząt domowych.
Małym novum w motywie szczurów jest sięgnięcie do hinduizmu. Rzecz jasna, to raczej ciekawostka, pretekst, by napuścić zwierzęta na ludzi i cieszyć się masakrą.
Jak na mój gust - najlepsza nowelka w książce. Za opisy szczurów pożerających ludzi, za oddanie zatęchłej atmosfery starego budynku pełnego wścibskich i denerwujących staruszków, za postać szczurołapa. Chociaż ja tam szczury bardzo lubię. Śliczne stworzonka.
Trzecia nowelka podobała mi się najmniej. Co nie znaczy, że jest zła. Ot, po prostu "nie kupiłem" przekazu. Bo nie przepadam za nachalnym moralizowaniem. Chociaż tyle, że zły demon, który postanawia ukarać główną bohaterkę (i pierwszoosobową narratorkę) za jej nimfomanię i - delikatnie mówiąc - przedmiotowe traktowanie innych, jest gejem. Jedyne co w tej nowelce przypadło mi do gustu to fenomenalna scena - nazwijmy to - przemoco-seksu. Naprawdę mocna.
A poza tym, to nimfomanki są spoko. Może i nie przedstawisz takiej rodzicom, ale ma inne zalety.
W fabułę wpleciona jest postać pisarza, który napisał opowiadanie o seksie człowieka z papugą. Niezwykle mnie to zasmuciło, bo sam akurat współ-piszę coś podobnego. Tyle, że bohaterką będzie kobieta. Panowie, nie zerżnąłem tego pomysłu od Was.
Podsumowując, przede wszystkim trzeba się cieszyć, że taka książka się ukazała. I że trafiła do mainstreamowych księgarni (i sieci księgarni), gdzie cieszy się sporą popularnością wśród kupujących. Ot, coś drgnęło, horror powoli trafia na drogę do portfeli i serc szerszego grona czytelników. A przy okazji książka jest naprawdę niezła - nie dość, że sensownie i solidnie napisana, to autorzy nie patyczkują się z czytelnikiem, nie litują się nad jego poczuciem estetyki. Czuć radość, jaką autorom sprawiło napisanie tych trzech nowelek, czuć lekkość pióra (czy tam klawiatury).
No i jeszcze ta rozkosznie kiczowato-pulpowa okładka.
Polecam.
James Herbert "Jonasz"
Klasyk z Amber Horror, 1990 rok.
Fajna okładka, nieadekwatna do treści książki. Tytuł zapisany "krwawiącą" czcionką.
Wstęp (same superlatywy) o Herbercie napisał niejaki Tadeusz Zysk, doktor (chyba ten sam od współczesnego Zysku i Spółki).
Jim Kelso jest policjantem. Jest niezły w swoim fachu, ale nie jest lubiany. Zbyt często dochodzi na akcjach z jego udziałem do tragicznych wypadków i niefortunnych zbiegów okoliczności. Po kolejnym takim wypadku, kolejnym, w którym bezsensowną śmiercią umiera jeden z towarzyszących policjantów, Kelso zostaje przeniesiony do wydziału walczącegoz wiatra z narkotykami.
W małej, zapyziałej, rybackiej mieścinie na prowincji zupełnie przypadkowa rodzina została nafaszerowana LSD. Kelso ma sprawdzić, co tam się dzieje.
Sprawa zaczyna się komplikować, potencjalny informator znika, ktoś próbuje uniemożliwić Jimowi - oraz agentce wywiadu, zajmującej się podobną sprawą - dotarcie do prawdy, jakakolwiek by nie była. W międzyczasie czytelnik poznaje w retrospekcjach wspomnienia Jima oraz różne dziwne wydarzenia związane z jego tragicznymi losami. Od najmłodszych lat podąża za nim niesprecyzowana, mroczna siła.
Sensacyjno-kryminalna intryga prawie się urywa, schodzi na dalszy plan; autor z rozmachem przeorał świat przedstawiony, każąc bohaterowi w momencie kulminacyjnym stanąć w twarzą w twarz z mroczną tajemnicą z jego przeszłości.
Jonasz jest solidnym horrorem. Krucha równowaga między kreowaniem nastroju a prowadzeniem wartkiej akcji została zachowana. Dopiero na koniec to, co straszne, objawia się we własnej osobie. Jim został przez autora wykreowany dobrze; reszta postaci to w sumie to dla niego i historii się wokół niego historii (no i łatwo się domyśliłem, że jak pojawia się postać kobieca, to bohaterowie prędzej czy później wylądują w łóżku). Mała apokalipsa nawiedzająca miejsce akcji pod koniec książki to mały powiew świeżości. Czegoś takiego się nie spodziewałem. Autor nie przegiął.
Tłumaczenie jest, jakie jest; jak na tamte lata, nie jest źle.
Przyczepię się za to do wątku o narkotykach, przedstawionych jednoznacznie negatywnie. Rzecz jasna, z każdym środkiem trzeba uważać, ale akurat enteogeny robią człowiekowi więcej dobrego, niż złego.
Fajna okładka, nieadekwatna do treści książki. Tytuł zapisany "krwawiącą" czcionką.
Wstęp (same superlatywy) o Herbercie napisał niejaki Tadeusz Zysk, doktor (chyba ten sam od współczesnego Zysku i Spółki).
Jim Kelso jest policjantem. Jest niezły w swoim fachu, ale nie jest lubiany. Zbyt często dochodzi na akcjach z jego udziałem do tragicznych wypadków i niefortunnych zbiegów okoliczności. Po kolejnym takim wypadku, kolejnym, w którym bezsensowną śmiercią umiera jeden z towarzyszących policjantów, Kelso zostaje przeniesiony do wydziału walczącego
W małej, zapyziałej, rybackiej mieścinie na prowincji zupełnie przypadkowa rodzina została nafaszerowana LSD. Kelso ma sprawdzić, co tam się dzieje.
Sprawa zaczyna się komplikować, potencjalny informator znika, ktoś próbuje uniemożliwić Jimowi - oraz agentce wywiadu, zajmującej się podobną sprawą - dotarcie do prawdy, jakakolwiek by nie była. W międzyczasie czytelnik poznaje w retrospekcjach wspomnienia Jima oraz różne dziwne wydarzenia związane z jego tragicznymi losami. Od najmłodszych lat podąża za nim niesprecyzowana, mroczna siła.
Sensacyjno-kryminalna intryga prawie się urywa, schodzi na dalszy plan; autor z rozmachem przeorał świat przedstawiony, każąc bohaterowi w momencie kulminacyjnym stanąć w twarzą w twarz z mroczną tajemnicą z jego przeszłości.
Jonasz jest solidnym horrorem. Krucha równowaga między kreowaniem nastroju a prowadzeniem wartkiej akcji została zachowana. Dopiero na koniec to, co straszne, objawia się we własnej osobie. Jim został przez autora wykreowany dobrze; reszta postaci to w sumie to dla niego i historii się wokół niego historii (no i łatwo się domyśliłem, że jak pojawia się postać kobieca, to bohaterowie prędzej czy później wylądują w łóżku). Mała apokalipsa nawiedzająca miejsce akcji pod koniec książki to mały powiew świeżości. Czegoś takiego się nie spodziewałem. Autor nie przegiął.
Tłumaczenie jest, jakie jest; jak na tamte lata, nie jest źle.
Przyczepię się za to do wątku o narkotykach, przedstawionych jednoznacznie negatywnie. Rzecz jasna, z każdym środkiem trzeba uważać, ale akurat enteogeny robią człowiekowi więcej dobrego, niż złego.
Odpryski XXIX
1) Było już całkiem późno w nocy, gdy wracałem do siebie.
Spostrzegłem nagle, że w moją stronę biegnie jakiś koleś. Wyglądał całkiem normalnie, ot, jakiś student. Na pewno nie był to typ tubylca z maczetą. Biegł tak, jakby uciekał przed kimś, wręcz się nieco słaniał co parę kroków.
Dobiegł do mnie, złapał mnie za ramiona (zamurowało mnie zupełnie), ledwo łapiąc oddech najpierw coś tam biadolił, czego nie zrozumiałem, potem głośnym szeptem dodał "nadchodzą".
Spojrzał na mnie, jakbym był jakimś potworem z kosmosu, obejrzał się za siebie, mina mu zrzedła do końca (a i tak płakał już wcześniej) i pobiegł dalej.
Stałem na środku pustego chodnika przez kilka minut, zastanawiając się, co właściwie mnie spotkało. Zrobiło mi się zimno, więc spokojnym krokiem poszedłem dalej. Rzecz jasna nikogo po drodze nie spotkałem.
Spostrzegłem nagle, że w moją stronę biegnie jakiś koleś. Wyglądał całkiem normalnie, ot, jakiś student. Na pewno nie był to typ tubylca z maczetą. Biegł tak, jakby uciekał przed kimś, wręcz się nieco słaniał co parę kroków.
Dobiegł do mnie, złapał mnie za ramiona (zamurowało mnie zupełnie), ledwo łapiąc oddech najpierw coś tam biadolił, czego nie zrozumiałem, potem głośnym szeptem dodał "nadchodzą".
Spojrzał na mnie, jakbym był jakimś potworem z kosmosu, obejrzał się za siebie, mina mu zrzedła do końca (a i tak płakał już wcześniej) i pobiegł dalej.
Stałem na środku pustego chodnika przez kilka minut, zastanawiając się, co właściwie mnie spotkało. Zrobiło mi się zimno, więc spokojnym krokiem poszedłem dalej. Rzecz jasna nikogo po drodze nie spotkałem.
czwartek, 6 lutego 2014
Witold Jabłoński "Słowo i miecz"
Z twórczością Witolda Jabłońskiego zetknąłem się po raz pierwszy. Co nie znaczy, że wcześniej o nim nie słyszałem. W końcu to autor m.in. tetralogii Gwiazda Wenus, Gwiazda Lucyfer, przez którą - jak czytałem gdzieś w internecie, więc nie ręczę za tego prawdziwość - miał ponoć zostać zwolniony z pracy; zarzucano mu promowanie satanizmu, czarnej magii i homoseksualizmu. Na ile się naczytałem recenzji książek wchodzących w skład tetralogii to poniekąd słusznie - tyle, że jak dla mnie, to wcale nie jest to zarzut.
~*#@ Swoją drogą, jeśli ktoś ma na sprzedaż całą tetralogię, to kupiłbym. Tanio. @#*~
Więc sporo sobie obiecywałem po Słowie i mieczu.
Zresztą, nie ja jeden. Książkę pożyczył mi mój dobry przyjaciel. Najnowsze dzieło Jabłońskiego kupił po przeczytaniu wywiadu z nim. Od lektury zakupionej książki nie mógł się oderwać.
A nie przepada on za szeroko pojętą fantastyką, uznałem to więc za rekomendację.
Słowo i miecz było reklamowane jako słowiańska Gra o tron. Nie mam porównania, bo od pierwszego tomu słynnej sagi Martina się odbiłem, a serialu nie oglądałem (no, to się doigrałem teraz).
Rzecz dotyczy historii Miecława, który utrzymał na terenie dzisiejszego Mazowsza niezależne od Piastów państewko w czasach mniej-więcej między najazdem Brzetysława i powrotem do przyszłej Polski Kazimierza Odnowiciela, który srogo pogromił Miecława.
Historia ta jest opowiedziana inaczej, niż bywa przedstawiana zazwyczaj. Piastowie są ukazani jako dynastia tyranów i zaprzańców, zaprzedanych obcemu bóstwu - Jezu Krystowi - i jego fanatycznym, nieco psychopatycznym kultystom - krystowiercom. Prześladują bezlitośnie - także przy pomocy niemieckiego rycerstwa oraz wychowanych w Rzeczy krystowierczych "janczarów" pochodzących z terenów podbitych przez Piastów - wyznawców starych, rodzimych wierzeń. Wiedźmy i guślarze kryją się po lasach lub wtapiają się tłum, by przetrwać złe czasy. Święte gaje są niszczone, świątynie burzone, posągi bóstw obalane. Kraj spływa krwią tych, którzy nie chcą przyjąć nowej wiary i tych, którzy nie chcą płacić złowrogim czerńcom daniny.
Autor się - mówiąc kolokwialnie - nie pierdzieli. Ukazuje chrystianizację przyszłej Polski, proces przedstawiany w naszej historii jednostronnie, po myśli tych, którzy ostatecznie zwyciężyli, jako niemalże czystkę etniczną, realizowaną po myśli mrocznych, kościelnych sił zlokalizowanych (głównie) w Cesarstwie Niemieckim.
Czytając recenzje i opinie o tej książce zauważyłem, że niektórzy recenzenci zarzucali autorowi jednostronność i bardzo radykalną postawę antychrześcijańską. Jak dla mnie to jedne z największych plusów omawianej książki. Aż po dziś dzień Kościół Katolicki sprawuje - całe szczęście, słabnącą z pokolenia na pokolenie - władzę nad dyskursem hegemonicznym w Polsce. Książka Jabłońskiego to potężny głos sprzeciwu wobec trwającej od wieków dominacji chrześcijaństwa i wywołanych przez chrześcijaństwo uwarunkowań. Jest to także protest przeciwko powszechnemu zafałszowywaniu polskiej historii, zwłaszcza tej nauczanej w szkołach, wg. której historia kraju zaczyna się nagle w 966, a wcześniejsze czasy albo są pomijane, albo przedstawione jako okres nierozumnej dziczy, którą dopiero chrześcijaństwo sprowadziło z drzew do drewnianych grodów i pierwszych kamiennych zamków.
Mając świadomość tego, że Jabłoński mocno pojechał po bandzie i że w żadnym razie nie odpowiada to jakiejś ulotnej, obiektywnej prawdzie historycznej (bo takowej nie ma), jest to wyartykułowane zdanie strony od wieków lekceważonej, uważanej za raz na zawsze wymarłą, ew. sprowadzanej do roli trącącego niezrozumiałymi atawizmami folkloru.
Historia opowiedziana przez autora jest wielowątkowa i ciągnie się przez lata. Zaczyna się w momencie, gdy Bolesław I Chrobry gwałci Dziewannę, młodą dziewczynę z pomniejszego rodu niegdyś panującego na dzisiejszym Mazowszu. Wcześniej zmusza jej oblubieńca do popełnienia samobójstwa oraz napuszcza czerńców (kler łaciński) na praktykujących wciąż rodzimą wiarę mieszkańców grodu.
Odsyła następnie zhańbioną dziewczynę do klasztoru w Poznaniu. Jej synem jest właśnie Miecław.
To początek historii, snując którą autor skacze po czasie i miejscach, przedstawiając rozmaite postacie i wydarzenia, rozwijając wątki, rzucając światło na powody zachowania bohaterów. Żywii (czyli Dziewannie/Donacie po zrzuceniu habitu) - kapłance Mokoszy i jej synowi przyjdzie się zmagać z kilkoma kolejnymi Piastami, po tym jak Bolesław umiera, podtruwany magiczną maścią. Widzimy więc Bezpryma (świetny zabieg autora z przerobieniem znanej fragmentarycznie historii o Bolesławie Zapomnianym), widzimy Mieszka Lamberta, postać tragiczną, widzimy wreszcie krystowierczego fanatyka Kazimierza Karola. Nie został odesłany do zwykłego klasztoru, oj nie.
Dochodzi do tego drugi wątek - by zniszczyć chrześcijaństwo Żywia postanawia odnaleźć i uwolnić Czarnoboga. Potrzebuje jednak do tego magicznego artefaktu - Młota Peruna. Wyrusza więc wraz z grupką śmiałków do magicznej krainy, by go odnaleźć. Wszystko się, jak to w fantasy bywa, kilkakrotnie komplikuje, w drużynie wyruszającej na questa jest zdrajca, niektórzy członkowie chcą zrealizować własne cele, itd.
Autor rzecz jasna nie zmienia historii - Miecław ostatecznie zostaje najechany przez Kazimierza, miasto Płock zostaje wyrżnięte w pień przez oddziały wierne germańsko-łacińskim czerńcom oraz ruskim popom. Reakcja pogańska ostatecznie zostaje na podporządkowanych Piastom ziemiach zdławiona.
Jak już wspomniałem, świat przedstawiony jest przerysowany. Prawie każdy chrześcijanin ukazany w powieści to postać odpychająca. Tylko przyszłemu biskupowi Aaronowi autor pozostawił nieco cech ludzkich; Aaron waha się nie raz, czy tak przeprowadzana chrystianizacja ma sens, jednak jest zbyt słaby, by przeciwstawić się potężnym mentorom i przełożonym (zwłaszcza jednemu), szybko też odpędza od siebie wątpliwości, nazywając je podszeptami szatańskimi. Reszta to zaślepieni fanatycy, świry, masochiści, gwałciciele, ludzie pazerni, dybiący na pogańskich Słowian i chcący ich zniewolić w imię zarówno własnych, doczesnych interesów jak i obłąkańczych przepowiedni.
Z drugiej strony żyjący po swojemu Lud Słowa - oraz również pogańscy sąsiedzi - Jadźwingowie (praktykujący wolną miłość - także homoseksualną; wychowaniem dzieci - kolektywnie - zajmuje się starszyzna) czy ludy zamieszkujące Pomorze są wyidealizowane. Autor nawet bezbrzeżną nienawiść do chrześcijaństwa i chrześcijan jaką reprezentuje kilkoro bohaterów (w sumie to wszyscy, i wszyscy mają ku temu dobre powody) zdaje się uznawać za usprawiedliwioną.
I w porządku. Taka wizja zapewne jest dużo bliższa historycznej prawdzie niż lansowane tezy o bezbolesnym i bezproblemowym przyjmowaniu chrześcijaństwa. Na marginesie dodam, że spotkałem się nawet z teoriami, że nie było reakcji pogańskiej, tylko prawosławna (skrót myślowy, wiem, prawosławia jako takiego jeszcze formalnie nie było, katolicyzmu w sumie też nie), tzn. chrześcijan już żyjących na tych ziemiach przed przyjęciem chrztu z Cesarstwa przez Mieszka I.
Tyle, że wraz z wątkami wyprawy po magiczny artefakt i kolejnej wyprawy w celu jego wykorzystania fabuła się nieco wyjałowiła, przyjmując w sumie formę znaną z dziesiątków książek fantasy. Gdyby zamiast ekipy słowiańsko-jadźwińskiej podstawić koalicję ludzi i Elfów a zamiast chrześcijan podstawić orków (takich klasycznych, z Tolkiena) a zamiast scenerii zaczerpniętej ze słowiańskich wierzeń wykombinować dowolny Neverland, ta książka nie wyróżniałaby się niczym. W tym momencie cała słowiańska otoczka posłużyła autorowi tylko i wyłącznie jako rekwizyt do opisania rzeczy zupełnie standardowej w epic/heroic fantasy. I za to minus. Można to było rozwiązać jakoś inaczej, niż popadając momentami wręcz w efekciarstwo.
Autor zaszalał też, jeśli chodzi o słowiańskie wierzenia religijne. Problem z nimi jest taki, że zostały dosyć skutecznie wyniszczone. Nieliczne przetrwały w egzoterycznej obrzędowości, zwyczajach ludowych i wiejskich, zdegenerowane i wypaczone całymi wiekami chrześcijańskich naleciałości a potem skutecznie dobite PRLowską "piastowską" polityką historyczną. Snuta przez autora intryga związana z uwięzionym przez Białoboga Czarnobogiem ma jeden zasadniczy minus - nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy Czarnobog rzeczywiście istniał. Jasne, wiem, to fikcja literacka a nie naukowe opracowanie, no ale mimo wszystko no. Hmm. No.
Słowiańscy kapłani i kapłani potrafią u Jabłońskiego rzucać czarami na lewo i prawo, co w pewnym momencie wyglądało wręcz nieco groteskowo. Strona chrześcijańska też ma swoich czarowników. A w każdym razie przynajmniej jednego, nie licząc posiadaczy zagadkowych amuletów. Ścierające się ze sobą nowa i stara religia często ścierają się dosłownie, na planie materialnym, przez manifestacje sił kierowanych przez magów/kapłanów. Lub przez walkę rycerzy z berserkami zmieniającymi się w niedźwiedzie. Autor wprowadził rzecz jasna do książki ogrom istot rodem ze słowiańskiej mitologii - od skrzatów przez zjawy, mary, wilkołaki, wróżki aż po płanetników; prócz tego w ogólnych zarysach, tam, gdzie znalazł dziury, to posiłkował się chyba nieco gnostycyzmem (tym przedchrześcijańskim) i hermetyzmem. Tak przynajmniej to odczułem. Niezależnie od tego bardzo dobrze ukazał różnice w pojmowaniu świata przez pogan i chrześcijan, różnice w ich mentalności, podejściu do życia, natury, człowieka i do miejsca człowieka w świecie.
Sporo miejsca autor poświęcił historiom z życia bohaterów. Niestety, nie wszystkich z nich rozbudował. Kilka postaci jest dosyć - nomen omen - papierowych. Dotyczy to zwłaszcza strony chrześcijańskiej (oprócz wspomnianego wyżej Aarona), nieźle oddany jest obłęd i rozpacz Mieszka Lamberta; ale i wśród Ludu Słowa znajdziemy mnóstwo postaci "zapychających". Najlepiej przedstawiona jest Żywia. Miecław jest zadziwiająco nijaki, jak na postać w sumie kluczową dla fabuły.
Podsumowując, kiedyś bodajże Andrzej Sapkowski stwierdził, iż nie da się napisać dobrej fantasy w realiach słowiańskich. Przez dłuższy czas przyznawałem mu rację, rozciągając dodatkowo tę tezę na komputerowe gry RPG, osadzone w quasi-słowiańskich uniwersach.
W końcu ktoś zaprzeczył tej tezie. Słowo i miecz jest dobrym, słowiańskim fantasy; chociaż nie dla wszystkich. Można także polemizować co do tego, czy "słowiaństwo" ma być bardziej estetyką, czy celem samym dla siebie, czy czymś pośrednim (tu jest pośrednio). Ale tak czy siak, w końcu jest.
~*#@ Swoją drogą, jeśli ktoś ma na sprzedaż całą tetralogię, to kupiłbym. Tanio. @#*~
Więc sporo sobie obiecywałem po Słowie i mieczu.
Zresztą, nie ja jeden. Książkę pożyczył mi mój dobry przyjaciel. Najnowsze dzieło Jabłońskiego kupił po przeczytaniu wywiadu z nim. Od lektury zakupionej książki nie mógł się oderwać.
A nie przepada on za szeroko pojętą fantastyką, uznałem to więc za rekomendację.
Słowo i miecz było reklamowane jako słowiańska Gra o tron. Nie mam porównania, bo od pierwszego tomu słynnej sagi Martina się odbiłem, a serialu nie oglądałem (no, to się doigrałem teraz).
Rzecz dotyczy historii Miecława, który utrzymał na terenie dzisiejszego Mazowsza niezależne od Piastów państewko w czasach mniej-więcej między najazdem Brzetysława i powrotem do przyszłej Polski Kazimierza Odnowiciela, który srogo pogromił Miecława.
Historia ta jest opowiedziana inaczej, niż bywa przedstawiana zazwyczaj. Piastowie są ukazani jako dynastia tyranów i zaprzańców, zaprzedanych obcemu bóstwu - Jezu Krystowi - i jego fanatycznym, nieco psychopatycznym kultystom - krystowiercom. Prześladują bezlitośnie - także przy pomocy niemieckiego rycerstwa oraz wychowanych w Rzeczy krystowierczych "janczarów" pochodzących z terenów podbitych przez Piastów - wyznawców starych, rodzimych wierzeń. Wiedźmy i guślarze kryją się po lasach lub wtapiają się tłum, by przetrwać złe czasy. Święte gaje są niszczone, świątynie burzone, posągi bóstw obalane. Kraj spływa krwią tych, którzy nie chcą przyjąć nowej wiary i tych, którzy nie chcą płacić złowrogim czerńcom daniny.
Autor się - mówiąc kolokwialnie - nie pierdzieli. Ukazuje chrystianizację przyszłej Polski, proces przedstawiany w naszej historii jednostronnie, po myśli tych, którzy ostatecznie zwyciężyli, jako niemalże czystkę etniczną, realizowaną po myśli mrocznych, kościelnych sił zlokalizowanych (głównie) w Cesarstwie Niemieckim.
Czytając recenzje i opinie o tej książce zauważyłem, że niektórzy recenzenci zarzucali autorowi jednostronność i bardzo radykalną postawę antychrześcijańską. Jak dla mnie to jedne z największych plusów omawianej książki. Aż po dziś dzień Kościół Katolicki sprawuje - całe szczęście, słabnącą z pokolenia na pokolenie - władzę nad dyskursem hegemonicznym w Polsce. Książka Jabłońskiego to potężny głos sprzeciwu wobec trwającej od wieków dominacji chrześcijaństwa i wywołanych przez chrześcijaństwo uwarunkowań. Jest to także protest przeciwko powszechnemu zafałszowywaniu polskiej historii, zwłaszcza tej nauczanej w szkołach, wg. której historia kraju zaczyna się nagle w 966, a wcześniejsze czasy albo są pomijane, albo przedstawione jako okres nierozumnej dziczy, którą dopiero chrześcijaństwo sprowadziło z drzew do drewnianych grodów i pierwszych kamiennych zamków.
Mając świadomość tego, że Jabłoński mocno pojechał po bandzie i że w żadnym razie nie odpowiada to jakiejś ulotnej, obiektywnej prawdzie historycznej (bo takowej nie ma), jest to wyartykułowane zdanie strony od wieków lekceważonej, uważanej za raz na zawsze wymarłą, ew. sprowadzanej do roli trącącego niezrozumiałymi atawizmami folkloru.
Historia opowiedziana przez autora jest wielowątkowa i ciągnie się przez lata. Zaczyna się w momencie, gdy Bolesław I Chrobry gwałci Dziewannę, młodą dziewczynę z pomniejszego rodu niegdyś panującego na dzisiejszym Mazowszu. Wcześniej zmusza jej oblubieńca do popełnienia samobójstwa oraz napuszcza czerńców (kler łaciński) na praktykujących wciąż rodzimą wiarę mieszkańców grodu.
Odsyła następnie zhańbioną dziewczynę do klasztoru w Poznaniu. Jej synem jest właśnie Miecław.
To początek historii, snując którą autor skacze po czasie i miejscach, przedstawiając rozmaite postacie i wydarzenia, rozwijając wątki, rzucając światło na powody zachowania bohaterów. Żywii (czyli Dziewannie/Donacie po zrzuceniu habitu) - kapłance Mokoszy i jej synowi przyjdzie się zmagać z kilkoma kolejnymi Piastami, po tym jak Bolesław umiera, podtruwany magiczną maścią. Widzimy więc Bezpryma (świetny zabieg autora z przerobieniem znanej fragmentarycznie historii o Bolesławie Zapomnianym), widzimy Mieszka Lamberta, postać tragiczną, widzimy wreszcie krystowierczego fanatyka Kazimierza Karola. Nie został odesłany do zwykłego klasztoru, oj nie.
Dochodzi do tego drugi wątek - by zniszczyć chrześcijaństwo Żywia postanawia odnaleźć i uwolnić Czarnoboga. Potrzebuje jednak do tego magicznego artefaktu - Młota Peruna. Wyrusza więc wraz z grupką śmiałków do magicznej krainy, by go odnaleźć. Wszystko się, jak to w fantasy bywa, kilkakrotnie komplikuje, w drużynie wyruszającej na questa jest zdrajca, niektórzy członkowie chcą zrealizować własne cele, itd.
Autor rzecz jasna nie zmienia historii - Miecław ostatecznie zostaje najechany przez Kazimierza, miasto Płock zostaje wyrżnięte w pień przez oddziały wierne germańsko-łacińskim czerńcom oraz ruskim popom. Reakcja pogańska ostatecznie zostaje na podporządkowanych Piastom ziemiach zdławiona.
Jak już wspomniałem, świat przedstawiony jest przerysowany. Prawie każdy chrześcijanin ukazany w powieści to postać odpychająca. Tylko przyszłemu biskupowi Aaronowi autor pozostawił nieco cech ludzkich; Aaron waha się nie raz, czy tak przeprowadzana chrystianizacja ma sens, jednak jest zbyt słaby, by przeciwstawić się potężnym mentorom i przełożonym (zwłaszcza jednemu), szybko też odpędza od siebie wątpliwości, nazywając je podszeptami szatańskimi. Reszta to zaślepieni fanatycy, świry, masochiści, gwałciciele, ludzie pazerni, dybiący na pogańskich Słowian i chcący ich zniewolić w imię zarówno własnych, doczesnych interesów jak i obłąkańczych przepowiedni.
Z drugiej strony żyjący po swojemu Lud Słowa - oraz również pogańscy sąsiedzi - Jadźwingowie (praktykujący wolną miłość - także homoseksualną; wychowaniem dzieci - kolektywnie - zajmuje się starszyzna) czy ludy zamieszkujące Pomorze są wyidealizowane. Autor nawet bezbrzeżną nienawiść do chrześcijaństwa i chrześcijan jaką reprezentuje kilkoro bohaterów (w sumie to wszyscy, i wszyscy mają ku temu dobre powody) zdaje się uznawać za usprawiedliwioną.
I w porządku. Taka wizja zapewne jest dużo bliższa historycznej prawdzie niż lansowane tezy o bezbolesnym i bezproblemowym przyjmowaniu chrześcijaństwa. Na marginesie dodam, że spotkałem się nawet z teoriami, że nie było reakcji pogańskiej, tylko prawosławna (skrót myślowy, wiem, prawosławia jako takiego jeszcze formalnie nie było, katolicyzmu w sumie też nie), tzn. chrześcijan już żyjących na tych ziemiach przed przyjęciem chrztu z Cesarstwa przez Mieszka I.
Tyle, że wraz z wątkami wyprawy po magiczny artefakt i kolejnej wyprawy w celu jego wykorzystania fabuła się nieco wyjałowiła, przyjmując w sumie formę znaną z dziesiątków książek fantasy. Gdyby zamiast ekipy słowiańsko-jadźwińskiej podstawić koalicję ludzi i Elfów a zamiast chrześcijan podstawić orków (takich klasycznych, z Tolkiena) a zamiast scenerii zaczerpniętej ze słowiańskich wierzeń wykombinować dowolny Neverland, ta książka nie wyróżniałaby się niczym. W tym momencie cała słowiańska otoczka posłużyła autorowi tylko i wyłącznie jako rekwizyt do opisania rzeczy zupełnie standardowej w epic/heroic fantasy. I za to minus. Można to było rozwiązać jakoś inaczej, niż popadając momentami wręcz w efekciarstwo.
Autor zaszalał też, jeśli chodzi o słowiańskie wierzenia religijne. Problem z nimi jest taki, że zostały dosyć skutecznie wyniszczone. Nieliczne przetrwały w egzoterycznej obrzędowości, zwyczajach ludowych i wiejskich, zdegenerowane i wypaczone całymi wiekami chrześcijańskich naleciałości a potem skutecznie dobite PRLowską "piastowską" polityką historyczną. Snuta przez autora intryga związana z uwięzionym przez Białoboga Czarnobogiem ma jeden zasadniczy minus - nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy Czarnobog rzeczywiście istniał. Jasne, wiem, to fikcja literacka a nie naukowe opracowanie, no ale mimo wszystko no. Hmm. No.
Słowiańscy kapłani i kapłani potrafią u Jabłońskiego rzucać czarami na lewo i prawo, co w pewnym momencie wyglądało wręcz nieco groteskowo. Strona chrześcijańska też ma swoich czarowników. A w każdym razie przynajmniej jednego, nie licząc posiadaczy zagadkowych amuletów. Ścierające się ze sobą nowa i stara religia często ścierają się dosłownie, na planie materialnym, przez manifestacje sił kierowanych przez magów/kapłanów. Lub przez walkę rycerzy z berserkami zmieniającymi się w niedźwiedzie. Autor wprowadził rzecz jasna do książki ogrom istot rodem ze słowiańskiej mitologii - od skrzatów przez zjawy, mary, wilkołaki, wróżki aż po płanetników; prócz tego w ogólnych zarysach, tam, gdzie znalazł dziury, to posiłkował się chyba nieco gnostycyzmem (tym przedchrześcijańskim) i hermetyzmem. Tak przynajmniej to odczułem. Niezależnie od tego bardzo dobrze ukazał różnice w pojmowaniu świata przez pogan i chrześcijan, różnice w ich mentalności, podejściu do życia, natury, człowieka i do miejsca człowieka w świecie.
Sporo miejsca autor poświęcił historiom z życia bohaterów. Niestety, nie wszystkich z nich rozbudował. Kilka postaci jest dosyć - nomen omen - papierowych. Dotyczy to zwłaszcza strony chrześcijańskiej (oprócz wspomnianego wyżej Aarona), nieźle oddany jest obłęd i rozpacz Mieszka Lamberta; ale i wśród Ludu Słowa znajdziemy mnóstwo postaci "zapychających". Najlepiej przedstawiona jest Żywia. Miecław jest zadziwiająco nijaki, jak na postać w sumie kluczową dla fabuły.
Podsumowując, kiedyś bodajże Andrzej Sapkowski stwierdził, iż nie da się napisać dobrej fantasy w realiach słowiańskich. Przez dłuższy czas przyznawałem mu rację, rozciągając dodatkowo tę tezę na komputerowe gry RPG, osadzone w quasi-słowiańskich uniwersach.
W końcu ktoś zaprzeczył tej tezie. Słowo i miecz jest dobrym, słowiańskim fantasy; chociaż nie dla wszystkich. Można także polemizować co do tego, czy "słowiaństwo" ma być bardziej estetyką, czy celem samym dla siebie, czy czymś pośrednim (tu jest pośrednio). Ale tak czy siak, w końcu jest.
poniedziałek, 3 lutego 2014
Harry Adam Knight "Pochodnia"
Kolejny klasyk z Phantom Press, wygrzebany przeze mnie u bukinistów.
Kupiłem to w sumie ze względu na okładkę. Poza tym czytałem wcześniej Fungusa tegoż autora, więc wiedziałem mniej-więcej, czego się mogę spodziewać.
Jak na horror, to za mało jest tutaj horroru. Jest za to sporo sensacji; książka nawet kończy się w iście hollywoodzkim stylu (lub raczej w hollywoodzkim stylu filmów akcji klasy B, emitowanych przed laty często i gęsto po nocach przez Polsat), a jedna z postaci przewijających się na kartach książki mówi o jednym z bohaterów, że jest trochę jak skrzyżowanie Jamesa Bonda z Sherlockiem Holmesem. I racja, jest. Ale autor mógł sobie podarować motyw z przeżyciem katastrofy lotniczej.
Fabuła opowiada o losach dwóch agentów ubezpieczeniowych (zajmujących się pożarami), którym przydzielono szalenie dziwną sprawę. Jej rozwiązanie samo się im narzuca, ale jest nieprawdopodobne (samozapłon, przetłumaczony jako samokremacja). Przeprowadzają własne śledztwo, aż natrafiają na złowieszczą intrygę uknutą przez pewną grubą rybę z pornobiznesu. Pojawia się (niespójny i dziurawy) wątek siostry bliźniaczki aktorki porno zamordowanej przez wywołanie samozapłonu, która najpierw sama ledwo uchodzi z życiem, a potem postanawia się zemścić.
Akcja toczy się wartko, postacie - przynajmniej dwóch głównych bohaterów - zostały przedstawione jeszcze jako-tako; tłumaczenie momentami kuleje, podobnie jak korekta. Opisy tego, co w wysokiej temperaturze dzieje się z ludzkim ciałem wyglądają na prawdopodobne; za research i za iluśtamplanową postać paranoika autor ma u mnie plusy. Oprócz przemocy jest i trochę seksu, ale bez dużej ilości szczegółów.
Pulpa, ale pulpa poczciwa. Do odreagowania treści skryptu czytanego pod nadchodzący egzamin książka ta nadała się idealnie. W kategorii czytadeł - solidna rzecz.
Kupiłem to w sumie ze względu na okładkę. Poza tym czytałem wcześniej Fungusa tegoż autora, więc wiedziałem mniej-więcej, czego się mogę spodziewać.
Jak na horror, to za mało jest tutaj horroru. Jest za to sporo sensacji; książka nawet kończy się w iście hollywoodzkim stylu (lub raczej w hollywoodzkim stylu filmów akcji klasy B, emitowanych przed laty często i gęsto po nocach przez Polsat), a jedna z postaci przewijających się na kartach książki mówi o jednym z bohaterów, że jest trochę jak skrzyżowanie Jamesa Bonda z Sherlockiem Holmesem. I racja, jest. Ale autor mógł sobie podarować motyw z przeżyciem katastrofy lotniczej.
Fabuła opowiada o losach dwóch agentów ubezpieczeniowych (zajmujących się pożarami), którym przydzielono szalenie dziwną sprawę. Jej rozwiązanie samo się im narzuca, ale jest nieprawdopodobne (samozapłon, przetłumaczony jako samokremacja). Przeprowadzają własne śledztwo, aż natrafiają na złowieszczą intrygę uknutą przez pewną grubą rybę z pornobiznesu. Pojawia się (niespójny i dziurawy) wątek siostry bliźniaczki aktorki porno zamordowanej przez wywołanie samozapłonu, która najpierw sama ledwo uchodzi z życiem, a potem postanawia się zemścić.
Akcja toczy się wartko, postacie - przynajmniej dwóch głównych bohaterów - zostały przedstawione jeszcze jako-tako; tłumaczenie momentami kuleje, podobnie jak korekta. Opisy tego, co w wysokiej temperaturze dzieje się z ludzkim ciałem wyglądają na prawdopodobne; za research i za iluśtamplanową postać paranoika autor ma u mnie plusy. Oprócz przemocy jest i trochę seksu, ale bez dużej ilości szczegółów.
Pulpa, ale pulpa poczciwa. Do odreagowania treści skryptu czytanego pod nadchodzący egzamin książka ta nadała się idealnie. W kategorii czytadeł - solidna rzecz.
niedziela, 2 lutego 2014
Odpryski XXVIII
1) Styczeń zakończył się rekordową jak na razie ilością wejść na bloga - 1058 (po raz pierwszy przekroczyło 1000). Pewnie połowa z tego to boty i trackery, ćwierć to kilku stałych bądź sporadycznych czytelników (w tym tylko jeden komentujący często i drugi sporadycznie), z 5 wyświetleń to pewnie moje własne wyświetlenia (po czyszczeniu co jakiś czas plików cookies w przeglądarce zapominam od razu po tym zmienić ustawienia bloga, żeby własnych wejść nie liczył do statystyk). Ale tak czy owak, fajnie, miło, poczciwie. Polecam się na przyszłość.
2) Spod numeru alarmowego (112) odeślą do Straży Miejskiej, a Straż Miejska będzie starała się przenieść odpowiedzialność na dzwoniącego, tzn. najlepiej żeby dzwoniący sam zaprowadził średnio przytomnego typa do noclegowni. Ot, takie życie. Całe szczęście, siedzący na schodkach obskurnej kamienicy w nocy i na mrozie blady jak trup gość odżył znienacka w pewnej chwili i poszedł sobie, bez konieczności obdzwonienia jeszcze pogotowia.
3) Kraków, rynek, noc. Naganiacze do klubów ze striptizem robią się coraz bardziej namolni. Na stwierdzenie zaczepionego, że nie interesuje go to, bo ma na kogo popatrzeć, naganiaczka potrafiła odpowiedzieć, że ona tak nie tańczy. Tak po prawdzie, to akurat ostatnimi czasy nie mam na kogo popatrzeć, ale bezczelność odpowiedzi mnie zamurowała; po prostu poszedłem dalej, nie odwracając się za siebie.
2) Spod numeru alarmowego (112) odeślą do Straży Miejskiej, a Straż Miejska będzie starała się przenieść odpowiedzialność na dzwoniącego, tzn. najlepiej żeby dzwoniący sam zaprowadził średnio przytomnego typa do noclegowni. Ot, takie życie. Całe szczęście, siedzący na schodkach obskurnej kamienicy w nocy i na mrozie blady jak trup gość odżył znienacka w pewnej chwili i poszedł sobie, bez konieczności obdzwonienia jeszcze pogotowia.
3) Kraków, rynek, noc. Naganiacze do klubów ze striptizem robią się coraz bardziej namolni. Na stwierdzenie zaczepionego, że nie interesuje go to, bo ma na kogo popatrzeć, naganiaczka potrafiła odpowiedzieć, że ona tak nie tańczy. Tak po prawdzie, to akurat ostatnimi czasy nie mam na kogo popatrzeć, ale bezczelność odpowiedzi mnie zamurowała; po prostu poszedłem dalej, nie odwracając się za siebie.
J.G.Ballard "Kokainowe Noce"
Jak nie lubić autora i jego dzieła, które rozpoczyna się zdaniami Przekraczanie granic stało się moim zawodem. Pasma ziemi niczyjej między punktami kontroli wydają mi się strefami obietnic, pełnymi możliwości, nowego życia, nowych zapachów, uczuć. Jednocześnie wzbudzają we mnie niepokój, którego nigdy nie udało mi się zdławić do końca.?
Co prawda Ballard miał na myśli granicę między państwami, ale można to najrozmaiciej interpretować. Sama lektura książki sprzyja takim interpretacjom.
Rzecz zaczyna się trochę jak kryminał, tylko przewrotny, bo główny winowajca właśnie czeka na osądzenie w rękach wymiaru sprawiedliwości. Pisarz Charles Prentice przybywa na Gibraltar, do zamieszkałego głównie przez brytyjskich nuworyszy, młodych i bogatych emerytów, kurortu Estrella de Mar. Sprowadza go tu wiadomość, że jego brat Frank dokonał straszliwej zbrodni (podpalenia w którym zginęło pięć osób) i przyznał się do winy.
Charles nie wierzy w to, że jego brat byłby w stanie zrobić coś takiego. Postanawia więc na własną rękę rozwikłać zagadkę. Czuje się odpowiedzialny za brata - po śmierci matki opiekował się nim. Do procesu jest jeszcze trochę czasu, ma zamiar wyrobić się ze znalezieniem prawdziwego winowajcy przed procesem Franka.
Im dłużej jednak przebywa w kurorcie, w ekskluzywnym klubie (i lokalnym centrum kultury wszelakiej zarazem) którego właścicielem nadal pozostaje uwięziony przez hiszpańskie władze Frank, tym bardziej zdaje sobie sprawę, że dzieje się tam coś dziwnego.
Na tyle dziwnego, że pornografia z zapisem prawdziwych gwałtów i ocean narkotyków to czubek góry lodowej.
Znudzeni życiem mieszkańcy kurortu prowadzą co prawda huczne życie towarzyskie i kulturalne, ale jednocześnie są zupełnie amoralni. Cyniczne okrucieństwo miesza się w różnych proporcjach z rozbuchanym hedonizmem. Jak się okazuje, za metamorfozą mieszkańców stoi Bobby Crawford - na pierwszy rzut oka będący tylko instruktorem gry w tenisa.
Crawford to socjo/psychopata, postać mająca rysy nietzscheańskie. Niezwykle charyzmatyczny organizator (i manipulator) twierdzący, że po upadku religii i polityki jedyne co może nadać sens bezbarwnemu i beznadziejnemu życiu mieszkańców nadmorskich kurortów to przestępczość. Przestępczość służąca wyższemu dobru, jakim jest odkrycie swoistego prawdziwego życia, czerpania z niego tyle, ile się da, wykreowanie nowych tożsamości i sensu. Przestępczość nie uważana już za przestępczość, za coś moralnie nagannego i etycznie odrażającego.
Główny bohater wsiąkając powoli w życie kurortu staje się narzędziem w rękach Crawforda, szalonego trickstera, psychopatycznego proroka i takiego swoistego quasi-nadczłowieka. Tymczasem prawda o zbrodni Franka czeka na odkrycie...
W tej książce Ballard zawarł kilka rozmaitych wątków, jakie w jego twórczości się przewijają. Mamy więc zadumę nad skrystalizowanym czasem, mamy doznania pędu w czasie szalonych - nazwijmy to - przejażdżek samochodowych, mamy zadumę nad rozpadem społeczeństwa, gnuśniejącego w dobrobycie, mamy stymulowaną rozmaicie erotykę obrazów, doznań i działań. Mamy wątki, które zachwycony twórczością Ballarda Baudrillard nazwał literaturą postmodernistyczną, literaturą świata symulakrów (to nie cytat, bo dokładnego cytatu nie pamiętam, nie chce mi się teraz szukać).
Tajemnicza zbrodnia staje się wręcz naśladowaniem plemiennych atawizmów, jest to czyn syndykatu winy, niewinna ofiara konstytuująca wspólnotę, łącząca ją w jednej tajemnicy.
Czytelnik może zastanowić się, na ile fascynująca postać Bobby'ego, jako tego, który niejako otwiera oczy uśpionym mieszkańcom, przez gniew i strach pobudza ich do zostawienia wyciszonych telewizorów i podjęcie (no, powiedzmy) twórczej aktywności jest zła, dobra i/lub tragiczna. To postać de facto poza dobrem i złem, napędzany tysiącem myśli i marzeń na minutę, uzależniony od adrenaliny i nie stroniący od dragów nadczłowiek szarej codzienności, samozwańczy budziciel instynktów i dążeń uśpionych przez społeczeństwo późnego kapitalizmu. Fascynująca i niejednoznaczna postać.
Prorocy przekraczający granice nie mają jednak łatwo, zwłaszcza jeśli nie mają do końca trzeźwego oglądu rzeczywistości. Dawni wierni, uwalniając się od swoich męczących bóstw, nawet i głoszących wolność i nie oczekujących niczego w zamian, mają w zwyczaju te bóstwa zabijać. Na płaszczyźnie normatywnej, ale czasem i empirycznej również.
Autor skrupulatnie przedstawił nie tylko realia kurortu w świecie przedstawionym - bardzo przerysowane, ale odmalowane słowem w surrealistyczny sposób - ale również portrety psychologiczne bohaterów - zwłaszcza Charlesa i Bobby'ego. Frank zaś jest postacią tragiczną - wracając od odniesień konstruowania tożsamości (neo)plemiennej, jest kimś pomiędzy zbuntowanym mesjaszem, składającym ofiarę, o którą bóstwo w sumie nie prosiło a kozłem ofiarnym biorącym na siebie winę całego ludu.
Tak czy owak, świetna książka. Jak każdy Ballard, którego miałem przyjemność czytać. Minusem może być trochę miejscami drętwe tłumaczenie, zwłaszcza z początku książki. Potem czytelnik wsiąka w akcję i przestaje zwracać uwagę na stronę techniczną.
Po przeczytaniu całości, pierwsze zdania ukazują zupełnie inne granice do przekraczania i zupełnie inne punkty kontroli. I zupełnie inny niepokój bohatera wyrażającego takie myśli.
Co prawda Ballard miał na myśli granicę między państwami, ale można to najrozmaiciej interpretować. Sama lektura książki sprzyja takim interpretacjom.
Rzecz zaczyna się trochę jak kryminał, tylko przewrotny, bo główny winowajca właśnie czeka na osądzenie w rękach wymiaru sprawiedliwości. Pisarz Charles Prentice przybywa na Gibraltar, do zamieszkałego głównie przez brytyjskich nuworyszy, młodych i bogatych emerytów, kurortu Estrella de Mar. Sprowadza go tu wiadomość, że jego brat Frank dokonał straszliwej zbrodni (podpalenia w którym zginęło pięć osób) i przyznał się do winy.
Charles nie wierzy w to, że jego brat byłby w stanie zrobić coś takiego. Postanawia więc na własną rękę rozwikłać zagadkę. Czuje się odpowiedzialny za brata - po śmierci matki opiekował się nim. Do procesu jest jeszcze trochę czasu, ma zamiar wyrobić się ze znalezieniem prawdziwego winowajcy przed procesem Franka.
Im dłużej jednak przebywa w kurorcie, w ekskluzywnym klubie (i lokalnym centrum kultury wszelakiej zarazem) którego właścicielem nadal pozostaje uwięziony przez hiszpańskie władze Frank, tym bardziej zdaje sobie sprawę, że dzieje się tam coś dziwnego.
Na tyle dziwnego, że pornografia z zapisem prawdziwych gwałtów i ocean narkotyków to czubek góry lodowej.
Znudzeni życiem mieszkańcy kurortu prowadzą co prawda huczne życie towarzyskie i kulturalne, ale jednocześnie są zupełnie amoralni. Cyniczne okrucieństwo miesza się w różnych proporcjach z rozbuchanym hedonizmem. Jak się okazuje, za metamorfozą mieszkańców stoi Bobby Crawford - na pierwszy rzut oka będący tylko instruktorem gry w tenisa.
Crawford to socjo/psychopata, postać mająca rysy nietzscheańskie. Niezwykle charyzmatyczny organizator (i manipulator) twierdzący, że po upadku religii i polityki jedyne co może nadać sens bezbarwnemu i beznadziejnemu życiu mieszkańców nadmorskich kurortów to przestępczość. Przestępczość służąca wyższemu dobru, jakim jest odkrycie swoistego prawdziwego życia, czerpania z niego tyle, ile się da, wykreowanie nowych tożsamości i sensu. Przestępczość nie uważana już za przestępczość, za coś moralnie nagannego i etycznie odrażającego.
Główny bohater wsiąkając powoli w życie kurortu staje się narzędziem w rękach Crawforda, szalonego trickstera, psychopatycznego proroka i takiego swoistego quasi-nadczłowieka. Tymczasem prawda o zbrodni Franka czeka na odkrycie...
W tej książce Ballard zawarł kilka rozmaitych wątków, jakie w jego twórczości się przewijają. Mamy więc zadumę nad skrystalizowanym czasem, mamy doznania pędu w czasie szalonych - nazwijmy to - przejażdżek samochodowych, mamy zadumę nad rozpadem społeczeństwa, gnuśniejącego w dobrobycie, mamy stymulowaną rozmaicie erotykę obrazów, doznań i działań. Mamy wątki, które zachwycony twórczością Ballarda Baudrillard nazwał literaturą postmodernistyczną, literaturą świata symulakrów (to nie cytat, bo dokładnego cytatu nie pamiętam, nie chce mi się teraz szukać).
Tajemnicza zbrodnia staje się wręcz naśladowaniem plemiennych atawizmów, jest to czyn syndykatu winy, niewinna ofiara konstytuująca wspólnotę, łącząca ją w jednej tajemnicy.
Czytelnik może zastanowić się, na ile fascynująca postać Bobby'ego, jako tego, który niejako otwiera oczy uśpionym mieszkańcom, przez gniew i strach pobudza ich do zostawienia wyciszonych telewizorów i podjęcie (no, powiedzmy) twórczej aktywności jest zła, dobra i/lub tragiczna. To postać de facto poza dobrem i złem, napędzany tysiącem myśli i marzeń na minutę, uzależniony od adrenaliny i nie stroniący od dragów nadczłowiek szarej codzienności, samozwańczy budziciel instynktów i dążeń uśpionych przez społeczeństwo późnego kapitalizmu. Fascynująca i niejednoznaczna postać.
Prorocy przekraczający granice nie mają jednak łatwo, zwłaszcza jeśli nie mają do końca trzeźwego oglądu rzeczywistości. Dawni wierni, uwalniając się od swoich męczących bóstw, nawet i głoszących wolność i nie oczekujących niczego w zamian, mają w zwyczaju te bóstwa zabijać. Na płaszczyźnie normatywnej, ale czasem i empirycznej również.
Autor skrupulatnie przedstawił nie tylko realia kurortu w świecie przedstawionym - bardzo przerysowane, ale odmalowane słowem w surrealistyczny sposób - ale również portrety psychologiczne bohaterów - zwłaszcza Charlesa i Bobby'ego. Frank zaś jest postacią tragiczną - wracając od odniesień konstruowania tożsamości (neo)plemiennej, jest kimś pomiędzy zbuntowanym mesjaszem, składającym ofiarę, o którą bóstwo w sumie nie prosiło a kozłem ofiarnym biorącym na siebie winę całego ludu.
Tak czy owak, świetna książka. Jak każdy Ballard, którego miałem przyjemność czytać. Minusem może być trochę miejscami drętwe tłumaczenie, zwłaszcza z początku książki. Potem czytelnik wsiąka w akcję i przestaje zwracać uwagę na stronę techniczną.
Po przeczytaniu całości, pierwsze zdania ukazują zupełnie inne granice do przekraczania i zupełnie inne punkty kontroli. I zupełnie inny niepokój bohatera wyrażającego takie myśli.
Guy N. Smith "Noc krabów"
Pierwszy tom kultowego cyklu o morderczych krabach. Miałem okazję przeczytać wcześniej tom drugi oraz trzeci. Tomów jest - jak podaje wikipedia - siedem (ostatni z roku 2012). Do cyklu zalicza się też cztery opowiadania, gdzieś tam kiedyś opublikowane (również za wikipedią).
Nie załapałem się na tę klasykę, gdy była świeża, więc nadrabiam po latach.
Cóż mam napisać. Rzecz z rodzaju tak złych, że aż dobrych. Horrorowa pulpa. Szalony (ale całkiem oryginalny i - mówcie co chcecie - świadczący o zwariowanej kreatywności autora) pomysł to jedyna zaleta całego cyklu. Poza tym nie ma tutaj niczego godnego uwagi, ani pod względem literackim, ani pod jakimkolwiek innym. Ot, literatura rozrywkowa, jeśli ktoś lubi się rozrywać obcując z czymś takim.
Ja lubię.
Zabójcze kraby atakują po raz pierwszy. Gdy w czasie wyjazdu nad morze siostrzeniec profesora Cliffa Davenporta wraz ze swoją narzeczoną zostają uznani za zaginionych, profesor wyrusza na Wyspę Muszli by samemu sprawdzić, co się stało. Dokona od odkrycia, że za zaginięciami stoją kraby, nikt nie będzie chciał mu uwierzyć, co skończy się źle dla całej okolicy, wojsko da ciała, kraby okażą się praktycznie niezniszczalne, w międzyczasie jeszcze profesor znajdzie sobie kobietę swoich marzeń, bardzo szybko skonsumuje związek. Pod koniec książki nasz akademik prawie bohatersko zginie, ale rzecz jasna przeżyje.
I w sumie to tyle.
Seks, przemoc, gigantyczne kraby. Rzecz dla koneserów, ja polecam, jeśli kogoś ominęły szalone (wczesne) lata '90 w horrorowym światku w Polsce, to nigdy nie jest za późno, by to nadrobić. W Krk można dostać najróżniejsze książki Phantom Pressu i Amber Horror u rozmaitych bukinistów koło dworców PKP i PKS.
Nie załapałem się na tę klasykę, gdy była świeża, więc nadrabiam po latach.
Cóż mam napisać. Rzecz z rodzaju tak złych, że aż dobrych. Horrorowa pulpa. Szalony (ale całkiem oryginalny i - mówcie co chcecie - świadczący o zwariowanej kreatywności autora) pomysł to jedyna zaleta całego cyklu. Poza tym nie ma tutaj niczego godnego uwagi, ani pod względem literackim, ani pod jakimkolwiek innym. Ot, literatura rozrywkowa, jeśli ktoś lubi się rozrywać obcując z czymś takim.
Ja lubię.
Zabójcze kraby atakują po raz pierwszy. Gdy w czasie wyjazdu nad morze siostrzeniec profesora Cliffa Davenporta wraz ze swoją narzeczoną zostają uznani za zaginionych, profesor wyrusza na Wyspę Muszli by samemu sprawdzić, co się stało. Dokona od odkrycia, że za zaginięciami stoją kraby, nikt nie będzie chciał mu uwierzyć, co skończy się źle dla całej okolicy, wojsko da ciała, kraby okażą się praktycznie niezniszczalne, w międzyczasie jeszcze profesor znajdzie sobie kobietę swoich marzeń, bardzo szybko skonsumuje związek. Pod koniec książki nasz akademik prawie bohatersko zginie, ale rzecz jasna przeżyje.
I w sumie to tyle.
Seks, przemoc, gigantyczne kraby. Rzecz dla koneserów, ja polecam, jeśli kogoś ominęły szalone (wczesne) lata '90 w horrorowym światku w Polsce, to nigdy nie jest za późno, by to nadrobić. W Krk można dostać najróżniejsze książki Phantom Pressu i Amber Horror u rozmaitych bukinistów koło dworców PKP i PKS.
wtorek, 28 stycznia 2014
Łukasz Orbitowski "Horror Show"
Ech.
Powinienem w końcu nauczyć się kilku rzeczy.
1) Aby nie chodzić po antykwariatach/bukinistach, gdy kończą się środki na żarcie i rachunek za internet.
2) Aby nie chodzić po antykwariatach/bukinistach, gdy jest sesja i człowiek powinien uczyć się, ew. pisać magisterkę lub ogarniać jakieś konferencje/publikacje.
3) Aby przed kupieniem książki, zwłaszcza używanej, sprawdzić, czy wszystko jest z nią ok, czyli np. czy plamy krwi uniemożliwiają odczytanie treści (nie, to nie ten przypadek, ale kiedyś mi się taka książka przytrafiła), czy nie brakuje stron lub nie ma błędów w druku.
Zwłaszcza 3) potrafi zaboleć, zwłaszcza, gdy ~6 stron nie ma, tzn. są, ale niezadrukowane i to w tym miejscu w książce, gdy akcja przyspiesza, nadchodzi punkt kulminacyjny i rozwiązanie akcji.
Tak, właśnie taki egzemplarz Horror Show mi się przytrafił. Pewne rzeczy się wyjaśniają (na ile mogą się wyjaśnić) a główny bohater jest w rozjazdach, a tu puste strony co parę kartek. Wyjątkowo przykra sytuacja.
W takich sytuacjach z pomocą przychodzą pirackie .pdfy wiszące w ogromnych ilościach w różnych częściach internetu. Życie jest ciężkie, cóż poradzić.
Jedna z wczesnych książek autora, jak głosi krótka biografia na tylnej okładce, jego pierwsza powieść. Wydana przez ha!art, co nieco mnie zdziwiło, że w ogóle wydawali/ją taką beletrystykę, ale zdziwiło na plus. Człowiek przez całe życie poznaje nowe, ciekawe informacje o świecie.
Horror Show to w sumie niezupełnie horror. Przynajmniej jak dla mnie. Jak na mój gust, to w znacznie większym stopniu jest to weird. I to takie bardzo klasyczne, po linii Poe-Lovecraft-itd., pomieszane z nieco wręcz turpistyczną, dosadną opowieścią - powiedzmy - obyczajową o szarych mieszkańcach Krakowa. I o Krakowie. Szarym Krakowie, mieście klubów ze striptizem, zawiedzionych nadziei, złamanych żywotów, mieście rozpaczy maskowanej hedonizmem, mieście zgnuśniałym.
Głównym bohaterem jest Giełdziarz. Ksywa tak się z nim zlała w jedno, że nie używa swojego imienia. Giełdziarz sprzedaje na giełdzie (rodzaj targu, gdzie - dzisiejsza młodzież, wychowana w dobie piractwa internetowego, które w sumie jest nowym rodzajem piractwa, bo przecież nie płacisz za ściągnięte pliki nikomu, może tego nie wiedzieć - gdzie kupowało się pirackie kopie gier [pamiętam jeszcze np. Age of Empires II czy Commandosa 1 przetłumaczone na język "polskawy" przez jakiś rosyjskich piratów, czy też pakiety gier z usuniętymi filmami i muzyką, by zajmowały mniej miejsca na płycie CD {dzięki czemu można było ich tam więcej upchnąć}] , płyt z muzyką, itd.; w moich rodzinnych stronach coś takiego pamiętam jeszcze z czasów wczesnego liceum, choć w dużo "uboższej" wersji - "kolega kolegi" miał listę gier, coś się chciało - płaciło mu się koszt czystego CD + ~1-2zł więcej - przynosił - potem zjawisko implodowało; w tamtych czasach {~7-9 lat temu}, mimo tego, że nie było to dawno, dostęp do internetu nie był jeszcze tak powszechny jak teraz) pirackie płyty. [przepraszam za mega-dygresję nie na temat, zdanie wielokrotnie złożone, ale czasem muszę]
Tak czy siak, Giełdziarz jest się w stanie z tego jako-tako utrzymać, nie jest źle, jest nawet całkiem fajnie, ale zawsze mogło być lepiej. Ma dziewczynę, z którą jest szczęśliwy, mimo tego, że widują się raz na jakiś czas. Ma paru kumpli z giełdy, którzy wystarczają mu za znajomych i przyjaciół.
Pewnego dnia, zupełnym przypadkiem, wchodzi w posiadanie świecznika i układanki. Zdaje sobie sprawę, że najprawdopodobniej są kradzione, ale nie za bardzo się tym przejmuje. Ba, postanawia nawet oddać je właścicielowi, kimkolwiek by nie był.
Tymczasem właścicielem jest tajemniczy staruszek o ksywie Wuj, któremu raz na jakiś czas zdarza się wyrzygać białe robaczki. Przed Wujem ucieka niejaki Brandon, który - rzecz jasna - wpada na Giełdziarza, gdy ten jeszcze nie wie nic a nic o Wuju.
Wuj chce odzyskać swoje rzeczy, a także odnaleźć Brandona, więc płaci chwilowo nie mającemu niczego do stracenia Szpadowi, giełdziarzowemu znajomkowi z giełdy, by ten porozklejał po mieście tysiące plakatów z odpowiednią informacją.
A potem zaczynają ginąć ludzie, a życie Giełdziarza, wszystko w co wierzył i na czym opierał swoją egzystencję, rozsypuje się bardzo efektownie i bardzo weirdowato. Życie Szpada zresztą również.
W pewnym momencie, po okresie krótkiej równowagi, Nieznane przejmuje rzeczywistość Giełdziarza; niczego nie może być pewnym, nie jest możliwe samo stwierdzenie, co jest realne, a co nie, i dlaczego to, co nie jest realne, zdaje się jakby nigdy nic egzystować na płaszczyźnie materialnej. Wiąże się z tym pewne niedopatrzenie - Giełdziarz zastanawia się w pewnej chwili, jak był w stanie wynająć mieszkanie, ale czyżby nie miał dowodu tożsamości? Ten dokument mógłby mu sporo powiedzieć, nawet jeśli nie byłaby to... hmmmh... pewna wiedza. I jak bez dowodu, jeśli go nie miał, udało mu się zapisać do Biblioteki Jagiellońskiej? Chyba, że w świecie przedstawionym mógł. Wiem, czepiam się. Ale kiedyś trzeba się w końcu czegoś przyczepić.
Autor zrobił dobry research, jeśli chodzi o Kraków. Trudno się dziwić - ukończył filozofię na UJu - pewnie w każdej opisanej knajpie zdarzyło mu się trochę kasy przepuścić. A przestawił te knajpy bezbłędnie. Rzecz jasna, bardzo subiektywnie, ale przytakuję jego opiniom. Wątek z Białym Prądnikiem też mnie ujął za serce.
Świat przedstawiony autor odmalował słowami szorstko. Momentami brutalnie. Brudno i naturalistycznie. Dosadnie. Mimo wszystko, taka stylistyka pasuje mi do Krakowa. I do opowiadania o wódce, kacu i kobietach. Bohaterowie, łącznie z Giełdziarzem, są co prawda nieco sztuczni, ale biorąc pod uwagę fakt, że ... hmm, no tak czy owak, poniekąd to do kilkorga z nich pasuje (tyle, że nie wiem, czy autorowi akurat o to chodziło). Plusem jest to, że ciężko stwierdzić, kto tu jest dobry, a kto zły - raczej każdy ma po prostu swoje interesy, porusza się w obrębie swoich uwarunkowań, sympatii i antypatii.
Miałem czasem problem przy dialogach, których jest dużo i które są długie - niekiedy gubiłem się, kto co mówi.
Kolejna dygresja - sama intryga, wokół której kręci się fabuła, i którą Giełdziarz mozolnie odkrywa, skojarzyła mi się z podobnym wątkiem (o potędze wyobraźni i o granicy możliwości stwarzania sobie świata i tego świata przyległości) w takim jednym anime, które kiedyś oglądałem. Nie zarzucam rzecz jasna autorowi, że skądś ściągał, byłoby to niedorzeczne, zaznaczam tylko, że to pozytywne skojarzenie, bo takie kwestie mnie interesują.
Podsumowując, cieszę się z zakupu, tzn. że wygrzebałem to na półce w takim jednym antykwariacie. Nie jest to przełomowe arcydzieło, ale z pewnością jest to powieść solidna, dobrze napisana i przedstawiająca intrygującą historię (niby oklepaną, a jednak nie), co skutecznie rekompensuje pewne wady "techniczne" czy luki w fabule/niedopowiedzenia w świecie przedstawionym. W roku wydania - 2006 - zapewne Horror Show był wtedy czymś całkiem świeżym w polskim światku horrorowym/ogólnofantastycznym.
A autor trafił na moją niekończącą się listę "Autorów, których twórczość kiedyś można by było poznać lepiej".
I tylko żałuję, że za cholerę nie znalazłem nawiązań do Burgessa. Oprócz ogólnej brutalności świata przedstawionego, tyle, że u Orbitowskiego polegającej na czymś innym, niż u twórcy Mechanicznej Pomarańczy.
Powinienem w końcu nauczyć się kilku rzeczy.
1) Aby nie chodzić po antykwariatach/bukinistach, gdy kończą się środki na żarcie i rachunek za internet.
2) Aby nie chodzić po antykwariatach/bukinistach, gdy jest sesja i człowiek powinien uczyć się, ew. pisać magisterkę lub ogarniać jakieś konferencje/publikacje.
3) Aby przed kupieniem książki, zwłaszcza używanej, sprawdzić, czy wszystko jest z nią ok, czyli np. czy plamy krwi uniemożliwiają odczytanie treści (nie, to nie ten przypadek, ale kiedyś mi się taka książka przytrafiła), czy nie brakuje stron lub nie ma błędów w druku.
Zwłaszcza 3) potrafi zaboleć, zwłaszcza, gdy ~6 stron nie ma, tzn. są, ale niezadrukowane i to w tym miejscu w książce, gdy akcja przyspiesza, nadchodzi punkt kulminacyjny i rozwiązanie akcji.
Tak, właśnie taki egzemplarz Horror Show mi się przytrafił. Pewne rzeczy się wyjaśniają (na ile mogą się wyjaśnić) a główny bohater jest w rozjazdach, a tu puste strony co parę kartek. Wyjątkowo przykra sytuacja.
W takich sytuacjach z pomocą przychodzą pirackie .pdfy wiszące w ogromnych ilościach w różnych częściach internetu. Życie jest ciężkie, cóż poradzić.
Jedna z wczesnych książek autora, jak głosi krótka biografia na tylnej okładce, jego pierwsza powieść. Wydana przez ha!art, co nieco mnie zdziwiło, że w ogóle wydawali/ją taką beletrystykę, ale zdziwiło na plus. Człowiek przez całe życie poznaje nowe, ciekawe informacje o świecie.
Horror Show to w sumie niezupełnie horror. Przynajmniej jak dla mnie. Jak na mój gust, to w znacznie większym stopniu jest to weird. I to takie bardzo klasyczne, po linii Poe-Lovecraft-itd., pomieszane z nieco wręcz turpistyczną, dosadną opowieścią - powiedzmy - obyczajową o szarych mieszkańcach Krakowa. I o Krakowie. Szarym Krakowie, mieście klubów ze striptizem, zawiedzionych nadziei, złamanych żywotów, mieście rozpaczy maskowanej hedonizmem, mieście zgnuśniałym.
Głównym bohaterem jest Giełdziarz. Ksywa tak się z nim zlała w jedno, że nie używa swojego imienia. Giełdziarz sprzedaje na giełdzie (rodzaj targu, gdzie - dzisiejsza młodzież, wychowana w dobie piractwa internetowego, które w sumie jest nowym rodzajem piractwa, bo przecież nie płacisz za ściągnięte pliki nikomu, może tego nie wiedzieć - gdzie kupowało się pirackie kopie gier [pamiętam jeszcze np. Age of Empires II czy Commandosa 1 przetłumaczone na język "polskawy" przez jakiś rosyjskich piratów, czy też pakiety gier z usuniętymi filmami i muzyką, by zajmowały mniej miejsca na płycie CD {dzięki czemu można było ich tam więcej upchnąć}] , płyt z muzyką, itd.; w moich rodzinnych stronach coś takiego pamiętam jeszcze z czasów wczesnego liceum, choć w dużo "uboższej" wersji - "kolega kolegi" miał listę gier, coś się chciało - płaciło mu się koszt czystego CD + ~1-2zł więcej - przynosił - potem zjawisko implodowało; w tamtych czasach {~7-9 lat temu}, mimo tego, że nie było to dawno, dostęp do internetu nie był jeszcze tak powszechny jak teraz) pirackie płyty. [przepraszam za mega-dygresję nie na temat, zdanie wielokrotnie złożone, ale czasem muszę]
Tak czy siak, Giełdziarz jest się w stanie z tego jako-tako utrzymać, nie jest źle, jest nawet całkiem fajnie, ale zawsze mogło być lepiej. Ma dziewczynę, z którą jest szczęśliwy, mimo tego, że widują się raz na jakiś czas. Ma paru kumpli z giełdy, którzy wystarczają mu za znajomych i przyjaciół.
Pewnego dnia, zupełnym przypadkiem, wchodzi w posiadanie świecznika i układanki. Zdaje sobie sprawę, że najprawdopodobniej są kradzione, ale nie za bardzo się tym przejmuje. Ba, postanawia nawet oddać je właścicielowi, kimkolwiek by nie był.
Tymczasem właścicielem jest tajemniczy staruszek o ksywie Wuj, któremu raz na jakiś czas zdarza się wyrzygać białe robaczki. Przed Wujem ucieka niejaki Brandon, który - rzecz jasna - wpada na Giełdziarza, gdy ten jeszcze nie wie nic a nic o Wuju.
Wuj chce odzyskać swoje rzeczy, a także odnaleźć Brandona, więc płaci chwilowo nie mającemu niczego do stracenia Szpadowi, giełdziarzowemu znajomkowi z giełdy, by ten porozklejał po mieście tysiące plakatów z odpowiednią informacją.
A potem zaczynają ginąć ludzie, a życie Giełdziarza, wszystko w co wierzył i na czym opierał swoją egzystencję, rozsypuje się bardzo efektownie i bardzo weirdowato. Życie Szpada zresztą również.
W pewnym momencie, po okresie krótkiej równowagi, Nieznane przejmuje rzeczywistość Giełdziarza; niczego nie może być pewnym, nie jest możliwe samo stwierdzenie, co jest realne, a co nie, i dlaczego to, co nie jest realne, zdaje się jakby nigdy nic egzystować na płaszczyźnie materialnej. Wiąże się z tym pewne niedopatrzenie - Giełdziarz zastanawia się w pewnej chwili, jak był w stanie wynająć mieszkanie, ale czyżby nie miał dowodu tożsamości? Ten dokument mógłby mu sporo powiedzieć, nawet jeśli nie byłaby to... hmmmh... pewna wiedza. I jak bez dowodu, jeśli go nie miał, udało mu się zapisać do Biblioteki Jagiellońskiej? Chyba, że w świecie przedstawionym mógł. Wiem, czepiam się. Ale kiedyś trzeba się w końcu czegoś przyczepić.
Autor zrobił dobry research, jeśli chodzi o Kraków. Trudno się dziwić - ukończył filozofię na UJu - pewnie w każdej opisanej knajpie zdarzyło mu się trochę kasy przepuścić. A przestawił te knajpy bezbłędnie. Rzecz jasna, bardzo subiektywnie, ale przytakuję jego opiniom. Wątek z Białym Prądnikiem też mnie ujął za serce.
Świat przedstawiony autor odmalował słowami szorstko. Momentami brutalnie. Brudno i naturalistycznie. Dosadnie. Mimo wszystko, taka stylistyka pasuje mi do Krakowa. I do opowiadania o wódce, kacu i kobietach. Bohaterowie, łącznie z Giełdziarzem, są co prawda nieco sztuczni, ale biorąc pod uwagę fakt, że ... hmm, no tak czy owak, poniekąd to do kilkorga z nich pasuje (tyle, że nie wiem, czy autorowi akurat o to chodziło). Plusem jest to, że ciężko stwierdzić, kto tu jest dobry, a kto zły - raczej każdy ma po prostu swoje interesy, porusza się w obrębie swoich uwarunkowań, sympatii i antypatii.
Miałem czasem problem przy dialogach, których jest dużo i które są długie - niekiedy gubiłem się, kto co mówi.
Kolejna dygresja - sama intryga, wokół której kręci się fabuła, i którą Giełdziarz mozolnie odkrywa, skojarzyła mi się z podobnym wątkiem (o potędze wyobraźni i o granicy możliwości stwarzania sobie świata i tego świata przyległości) w takim jednym anime, które kiedyś oglądałem. Nie zarzucam rzecz jasna autorowi, że skądś ściągał, byłoby to niedorzeczne, zaznaczam tylko, że to pozytywne skojarzenie, bo takie kwestie mnie interesują.
Podsumowując, cieszę się z zakupu, tzn. że wygrzebałem to na półce w takim jednym antykwariacie. Nie jest to przełomowe arcydzieło, ale z pewnością jest to powieść solidna, dobrze napisana i przedstawiająca intrygującą historię (niby oklepaną, a jednak nie), co skutecznie rekompensuje pewne wady "techniczne" czy luki w fabule/niedopowiedzenia w świecie przedstawionym. W roku wydania - 2006 - zapewne Horror Show był wtedy czymś całkiem świeżym w polskim światku horrorowym/ogólnofantastycznym.
A autor trafił na moją niekończącą się listę "Autorów, których twórczość kiedyś można by było poznać lepiej".
I tylko żałuję, że za cholerę nie znalazłem nawiązań do Burgessa. Oprócz ogólnej brutalności świata przedstawionego, tyle, że u Orbitowskiego polegającej na czymś innym, niż u twórcy Mechanicznej Pomarańczy.
piątek, 24 stycznia 2014
William Gibson "Spook County. W kraju agentów."
Ech, nie lubię takich tytułów. Jak na moje - subiektywne rzecz jasna - poczucie estetyki zostawienie oryginalnego tytułu i dopisanie czegoś ni w pięć, ni w dziesięć, nie jest ani przydatne, ani ładne. Ale ok, to tylko moja opinia.
Spook Country to jedna z nowszych książek dziadka, ojca i szwagra cyberpunku, wydana w 2007 roku. Polskie tłumaczenie pojawiło się przynajmniej rok później, może gotowe było już wcześniej, kto wie.
Nadal jest to cyberpunk. Ale inny cyberpunk niż chociażby w Neuromancerze czy filmie Johnny Mnemonic. Cyberpunk znacznie bliższy współczesności/rzeczywistości, przywodzący na myśl myśl Jeana Baudrillarda czy - dalsze skojarzenie - Guya Deborda (kapitał stający się obrazem - w bardzo dosłownej interpretacji). Nie grozi nam (jeszcze?) sztuczna inteligencja przejmująca władzę nad światem czy szaleństwo ze wszczepami, worldbuilding jest - hmm jakby to określić - miękki. W stosunku do Neuromancera.
Znacznie więcej jest tu elementów powieści szpiegowskiej. Jednak takiej bez prawie-nadludzkich herosów. Zamiast nich są szarzy ludzie tonący w wirach wydarzeń, na które nie mieli żadnego wpływu. Nawet jeśli niektórzy z tych szarych ludzi znają Sistiemę i mają wsparcie dawnych bóstw, nadal są zwykłymi ludźmi w niezwykłych sytuacjach. To piękne, jak autor wplótł tożsamości etniczne z całym dobrodziejstwem inwentarza w realia świata na pierwszy rzut oka zupełnie innego, nieprzystającego.
I nie, nie jest to książka o III, IV, którejkolwiek RP, chociaż co niektórym tytuł może kojarzyć się jednoznacznie.
Stare, dobre "Trust no one" można uznać hasłem przewodnim tej książki. Zwłaszcza jedna z bohaterek, dziennikarka i była piosenkarka, w coraz to dziwniejszych miejscach napotykająca coraz to dziwniejszych fanów jej dawnej kapeli, pracująca dla enigmatycznego magnata medialnego (ale czy na pewno?) stanie przed kilkukrotnym wybraniem sobie sprzymierzeńców. W tle są brudne pieniądze zarobione na wojnie w Iraku (mówiłem, to książka bardzo współczesna), środowiska byłych i obecnych agentów najróżniejszych wywiadów, kontrwywiadów, agend; ludzi mafii. W tle jest świat po 11 września 2001, z jego strachem i przebitym balonem ciszy i spokoju.
Rozbitkowie wyorbitowanych obrazów. Narkoman, który pracuje dla agenta niesprecyzowanej organizacji za dragi. Artyści tworzący wirtualne obrazy (pełne 3D, wysoka jakość tekstur) nakładane na rzeczywistość (nie da się ich dzieł zobaczyć bez odpowiedniego sprzętu.
Feeria świateł, bodźców, obrazów, zasypanie czytelnika nawałą znanych bardziej lub mniej marek.
Urywki rzeczywistości widziane z subiektywnych perspektyw. Kto jest kim i czego chce od kogo. W kraju agentów jest dosyć przygnębiająco. Refleksyjna książka.
Spook Country to jedna z nowszych książek dziadka, ojca i szwagra cyberpunku, wydana w 2007 roku. Polskie tłumaczenie pojawiło się przynajmniej rok później, może gotowe było już wcześniej, kto wie.
Nadal jest to cyberpunk. Ale inny cyberpunk niż chociażby w Neuromancerze czy filmie Johnny Mnemonic. Cyberpunk znacznie bliższy współczesności/rzeczywistości, przywodzący na myśl myśl Jeana Baudrillarda czy - dalsze skojarzenie - Guya Deborda (kapitał stający się obrazem - w bardzo dosłownej interpretacji). Nie grozi nam (jeszcze?) sztuczna inteligencja przejmująca władzę nad światem czy szaleństwo ze wszczepami, worldbuilding jest - hmm jakby to określić - miękki. W stosunku do Neuromancera.
Znacznie więcej jest tu elementów powieści szpiegowskiej. Jednak takiej bez prawie-nadludzkich herosów. Zamiast nich są szarzy ludzie tonący w wirach wydarzeń, na które nie mieli żadnego wpływu. Nawet jeśli niektórzy z tych szarych ludzi znają Sistiemę i mają wsparcie dawnych bóstw, nadal są zwykłymi ludźmi w niezwykłych sytuacjach. To piękne, jak autor wplótł tożsamości etniczne z całym dobrodziejstwem inwentarza w realia świata na pierwszy rzut oka zupełnie innego, nieprzystającego.
I nie, nie jest to książka o III, IV, którejkolwiek RP, chociaż co niektórym tytuł może kojarzyć się jednoznacznie.
Stare, dobre "Trust no one" można uznać hasłem przewodnim tej książki. Zwłaszcza jedna z bohaterek, dziennikarka i była piosenkarka, w coraz to dziwniejszych miejscach napotykająca coraz to dziwniejszych fanów jej dawnej kapeli, pracująca dla enigmatycznego magnata medialnego (ale czy na pewno?) stanie przed kilkukrotnym wybraniem sobie sprzymierzeńców. W tle są brudne pieniądze zarobione na wojnie w Iraku (mówiłem, to książka bardzo współczesna), środowiska byłych i obecnych agentów najróżniejszych wywiadów, kontrwywiadów, agend; ludzi mafii. W tle jest świat po 11 września 2001, z jego strachem i przebitym balonem ciszy i spokoju.
Rozbitkowie wyorbitowanych obrazów. Narkoman, który pracuje dla agenta niesprecyzowanej organizacji za dragi. Artyści tworzący wirtualne obrazy (pełne 3D, wysoka jakość tekstur) nakładane na rzeczywistość (nie da się ich dzieł zobaczyć bez odpowiedniego sprzętu.
Feeria świateł, bodźców, obrazów, zasypanie czytelnika nawałą znanych bardziej lub mniej marek.
Urywki rzeczywistości widziane z subiektywnych perspektyw. Kto jest kim i czego chce od kogo. W kraju agentów jest dosyć przygnębiająco. Refleksyjna książka.
Brian W. Aldiss "Non stop"
~~~~~~ Recenzja w ramach projektu Eksplorując nieznane. ~~~~~~
Odkąd dawno, dawno temu po raz pierwszy przeczytałem Cieplarnię (krótka wzmianka tutaj, notka sprzed lat, teraz napisałbym ją inaczej), wiedziałem, że oto coś się zmieniło w moim postrzeganiu świata.
Czytałem jeszcze kilka innych dzieł i dziełek Aldissa, jedne były świetne (Kto zastąpi człowieka?), inne trochę gorsze, ale i tak znajdujące się na poziomie twórczości nieosiągalnej dla wielu autorów s-f (Tłumacz i Krążenie krwi...); ze znanych mi książek Aldissa rozczarowało mnie tylko Superpaństwo, spodziewałem się czegoś znacznie cięższego treściowo, stylistycznie, koncepcyjnie. Co nie znaczy, że była to zła książka. Na tle znanej mi twórczości anglika po prostu była po prostu inna.
Non stop jest tak dobre, jak Cieplarnia. Nie ma jej rozmachu (ale nie znam niczego, co miałoby rozmach Cieplarni; no, równie mocno kopała po zwojach mózgowych i po wyobraźni Księga Nowego Słońca Gene'a Wolfe'a, ale z zupełnie innych powodów; to dzieła zupełnie różne, nieporównywalne) ale nie potrzebuje takiego rozmachu. Zaraz wyjaśnię czemu, po przerwie na kwestie techniczne.
Mój egzemplarz omawianej książki znalazłem w jakiejś księgarence typu "-666% na wszystko, oprócz kasjerki". Rzadko zaglądam do takich miejsc, bo zazwyczaj nie ma w nich niczego ciekawego poza romansidłami, pop-kryminałami, poradnikami dla życiowych rozbitków/ludzi lubiących odkrywać rzeczy oczywiste i dyskursem hegemonicznym (ha, ale mi się żarcik udał). Dlatego możecie sobie wyobrazić ogrom mojego zdziwienia, jak w koszyku z końcówkami asortymentu znalazłem Non stop w twardych okładkach za 15zł. Wydane schludnie, ładnie, czasem tusz trochę zbyt blady, formatowanie stron mogłoby być lepsze (rażą ogromne puste przestrzenie na pierwszych stronach każdego kolejnego rozdziału i każdej kolejnej części). Na zakończenie - posłowie Marka Oramusa.
Dawno, dawno temu doszło do jakiejś katastrofy. Ci, którzy stworzyli świat - Giganci - odeszli, pozostawiając swoje dzieło na łasce sił natury oraz tajemniczych Obcych. W świecie żyją ludzie, zorganizowani w mniej lub bardziej prymitywne plemiona. Gnębią ich rozliczne mutacje, zagrożenie ze strony innych plemion, wędrujących grupek mutantów, anomalii spotykanych w różnych częściach świata.
Jak na razie jesteście sobie w stanie to wyobrazić, nie?
To teraz uważajcie - ten świat to zamknięta przestrzeń korytarzy, plątanina przejść, pięter, sal i pokojów, pomieszczeń użytkowych, mieszkalnych i technicznych. Ten świat to ogromny statek kosmiczny żeglujący przez przestrzeń od wielu pokoleń. Religia (nazywana "Nauką") wyznawana przez zdegenerowane plemiona zamieszkująca go opiera się na popłuczynach po psychoanalizie połączonej z systemem kastowym. Kapłani przechowują do własnych celów okruchy dawnej wiedzy o statku, jaką zdobywają w opuszczonych od wieków pomieszczeniach po Gigantach. Większość prastarych artefaktów jednak jest niszczona przez kastę strażników.
Przynajmniej tak to wygląda w plemieniu głównego bohatera. Był myśliwym, pewnego dnia miał pecha, wrogie plemię uprowadziło mu kobietę. Nie mając niczego do stracenia, przyłącza się do wyprawy zorganizowanej przez kapłana-renegata - wyprawy na Dziób, w poszukiwaniu tego, kto kieruje statkiem.
To tylko wstęp fabuły. Sama wprawa zmienia się w poszukiwanie własnej tożsamości i próby przywrócenia pamięci o przeszłości. Oczywiście wszystko się komplikuje, gdy okazuje się, że Giganci wrócili, Obcy żyją wśród ludzi, a statek zamieszkuje jeszcze jedna inteligentna rasa...
Jak wspomniałem wcześniej, Non stop nie potrzebuje takiego rozmachu, jak Cieplarnia. W sumie to nie wiem właściwie, po co te dwie książki ze sobą zestawiam, cóż, chyba już tak mamy, że szukamy punktów odniesienia. Poniekąd jednak takie zestawienie jest sensowne, bo w jednej i drugiej książce autor pokazuje świat po bliżej nie określonym hmmm przerwaniu linearnego ciągu historii (czyli - restart w którymś momencie) i dużą wagę przywiązuje do kwestii ewolucji i mutacji, powstawaniu nowych gatunków i rozwoju człowieka.
Rozmach świata przedstawionego Non stop jest rozmachem klaustrofobicznym. Skarłowaciali ludzie, zdegenerowani przez chów wsobny i mutacje, porastająca statek roślinność, jadalna i mająca wiele zastosowań, ale jednak rezultat czegoś niedobrego, zawirowania związane z cyklem dobowym i pojmowaniem czasu. Ciasne, opuszczone, martwe przestrzenie, metal rozświetlany trupim blaskiem ciągle działających lamp, duszne korytarze zamienione w dżunglę. Stary basen nazwany morzem.
Autor, na ile oczywiście mógł bez zrobienia z Non stop fantastyki psychologicznej, mimo uproszczeń, w przekonywujący sposób pokazał postępującą d/ewolucję mieszkańców statku, ich systemy społeczno-religijne i kruchą geopolitykę.
Z Cieplarni zapamiętałem głównie samą wizję świata, oszałamiającą i zachwycającą, bardzo plastycznie przedstawioną, silnie przemawiającą do wyobraźni czytelnika, namalowaną słowem. W Non stop większą wagę czytelnik przywiąże do fabuły - jest znacznie bardziej dramatyczna, toczy się żywszym tempem, postacie są bardziej wyraziste.
W końcu inaczej wygląda koniec świata głównych bohaterów na Ziemi, a inaczej na statku kosmicznym.
Ach, zapomniałem, muszę dopisać. Wybaczcie. W posłowiu Marek Oramus przedstawia historię Non stop w PRLu (książka była drukowana w Trybunie Robotniczej) zastanawia się też nad różnicami w tłumaczeniu wydania obecnego w stosunku do tamtego oraz wspomina wpływ książki na ówczesny fandom. Ciekawostki, ale interesujące.
Odkąd dawno, dawno temu po raz pierwszy przeczytałem Cieplarnię (krótka wzmianka tutaj, notka sprzed lat, teraz napisałbym ją inaczej), wiedziałem, że oto coś się zmieniło w moim postrzeganiu świata.
Czytałem jeszcze kilka innych dzieł i dziełek Aldissa, jedne były świetne (Kto zastąpi człowieka?), inne trochę gorsze, ale i tak znajdujące się na poziomie twórczości nieosiągalnej dla wielu autorów s-f (Tłumacz i Krążenie krwi...); ze znanych mi książek Aldissa rozczarowało mnie tylko Superpaństwo, spodziewałem się czegoś znacznie cięższego treściowo, stylistycznie, koncepcyjnie. Co nie znaczy, że była to zła książka. Na tle znanej mi twórczości anglika po prostu była po prostu inna.
Non stop jest tak dobre, jak Cieplarnia. Nie ma jej rozmachu (ale nie znam niczego, co miałoby rozmach Cieplarni; no, równie mocno kopała po zwojach mózgowych i po wyobraźni Księga Nowego Słońca Gene'a Wolfe'a, ale z zupełnie innych powodów; to dzieła zupełnie różne, nieporównywalne) ale nie potrzebuje takiego rozmachu. Zaraz wyjaśnię czemu, po przerwie na kwestie techniczne.
Mój egzemplarz omawianej książki znalazłem w jakiejś księgarence typu "-666% na wszystko, oprócz kasjerki". Rzadko zaglądam do takich miejsc, bo zazwyczaj nie ma w nich niczego ciekawego poza romansidłami, pop-kryminałami, poradnikami dla życiowych rozbitków/ludzi lubiących odkrywać rzeczy oczywiste i dyskursem hegemonicznym (ha, ale mi się żarcik udał). Dlatego możecie sobie wyobrazić ogrom mojego zdziwienia, jak w koszyku z końcówkami asortymentu znalazłem Non stop w twardych okładkach za 15zł. Wydane schludnie, ładnie, czasem tusz trochę zbyt blady, formatowanie stron mogłoby być lepsze (rażą ogromne puste przestrzenie na pierwszych stronach każdego kolejnego rozdziału i każdej kolejnej części). Na zakończenie - posłowie Marka Oramusa.
Dawno, dawno temu doszło do jakiejś katastrofy. Ci, którzy stworzyli świat - Giganci - odeszli, pozostawiając swoje dzieło na łasce sił natury oraz tajemniczych Obcych. W świecie żyją ludzie, zorganizowani w mniej lub bardziej prymitywne plemiona. Gnębią ich rozliczne mutacje, zagrożenie ze strony innych plemion, wędrujących grupek mutantów, anomalii spotykanych w różnych częściach świata.
Jak na razie jesteście sobie w stanie to wyobrazić, nie?
To teraz uważajcie - ten świat to zamknięta przestrzeń korytarzy, plątanina przejść, pięter, sal i pokojów, pomieszczeń użytkowych, mieszkalnych i technicznych. Ten świat to ogromny statek kosmiczny żeglujący przez przestrzeń od wielu pokoleń. Religia (nazywana "Nauką") wyznawana przez zdegenerowane plemiona zamieszkująca go opiera się na popłuczynach po psychoanalizie połączonej z systemem kastowym. Kapłani przechowują do własnych celów okruchy dawnej wiedzy o statku, jaką zdobywają w opuszczonych od wieków pomieszczeniach po Gigantach. Większość prastarych artefaktów jednak jest niszczona przez kastę strażników.
Przynajmniej tak to wygląda w plemieniu głównego bohatera. Był myśliwym, pewnego dnia miał pecha, wrogie plemię uprowadziło mu kobietę. Nie mając niczego do stracenia, przyłącza się do wyprawy zorganizowanej przez kapłana-renegata - wyprawy na Dziób, w poszukiwaniu tego, kto kieruje statkiem.
To tylko wstęp fabuły. Sama wprawa zmienia się w poszukiwanie własnej tożsamości i próby przywrócenia pamięci o przeszłości. Oczywiście wszystko się komplikuje, gdy okazuje się, że Giganci wrócili, Obcy żyją wśród ludzi, a statek zamieszkuje jeszcze jedna inteligentna rasa...
Jak wspomniałem wcześniej, Non stop nie potrzebuje takiego rozmachu, jak Cieplarnia. W sumie to nie wiem właściwie, po co te dwie książki ze sobą zestawiam, cóż, chyba już tak mamy, że szukamy punktów odniesienia. Poniekąd jednak takie zestawienie jest sensowne, bo w jednej i drugiej książce autor pokazuje świat po bliżej nie określonym hmmm przerwaniu linearnego ciągu historii (czyli - restart w którymś momencie) i dużą wagę przywiązuje do kwestii ewolucji i mutacji, powstawaniu nowych gatunków i rozwoju człowieka.
Rozmach świata przedstawionego Non stop jest rozmachem klaustrofobicznym. Skarłowaciali ludzie, zdegenerowani przez chów wsobny i mutacje, porastająca statek roślinność, jadalna i mająca wiele zastosowań, ale jednak rezultat czegoś niedobrego, zawirowania związane z cyklem dobowym i pojmowaniem czasu. Ciasne, opuszczone, martwe przestrzenie, metal rozświetlany trupim blaskiem ciągle działających lamp, duszne korytarze zamienione w dżunglę. Stary basen nazwany morzem.
Autor, na ile oczywiście mógł bez zrobienia z Non stop fantastyki psychologicznej, mimo uproszczeń, w przekonywujący sposób pokazał postępującą d/ewolucję mieszkańców statku, ich systemy społeczno-religijne i kruchą geopolitykę.
Z Cieplarni zapamiętałem głównie samą wizję świata, oszałamiającą i zachwycającą, bardzo plastycznie przedstawioną, silnie przemawiającą do wyobraźni czytelnika, namalowaną słowem. W Non stop większą wagę czytelnik przywiąże do fabuły - jest znacznie bardziej dramatyczna, toczy się żywszym tempem, postacie są bardziej wyraziste.
W końcu inaczej wygląda koniec świata głównych bohaterów na Ziemi, a inaczej na statku kosmicznym.
Ach, zapomniałem, muszę dopisać. Wybaczcie. W posłowiu Marek Oramus przedstawia historię Non stop w PRLu (książka była drukowana w Trybunie Robotniczej) zastanawia się też nad różnicami w tłumaczeniu wydania obecnego w stosunku do tamtego oraz wspomina wpływ książki na ówczesny fandom. Ciekawostki, ale interesujące.
niedziela, 12 stycznia 2014
William S. Burroughs "Delikatny mechanizm"
Burroughs to postać kultowa w pewnych kręgach. Jedna z ikon Beat Generation i późniejszej kontrkultury, pisarz, poeta, ćpun, handlarz dragami (przez jakiś czas), biseksualista, mag chaosu.
Od tytułu omawianej książki wzięła się nazwa kapeli The Soft Machine.
W latach '53-'58 uzależniony od narkotyków Burroughs, nie potrafiący sobie poradzić ani z nałogiem, ani z wyrzutami sumienia po tym, jak niechcący zastrzelił swoją partnerkę, napisał na maszynie 1000 stron tekstu, które następnie posegregował i przy użyciu techniki cut-up poprzerabiał przez kolejne lata na kilka książek.
Wśród nich znalazła się też tzw. "Nova Trilogy". "Delikatny mechanizm" jest jej pierwszym tomem. Autor pracował nad nim w latach '61-'68. Ukazały się trzy edycje, każda kolejna bardziej linearna. Polskie tłumaczenie, sądząc po spisie treści i porównaniu go z wersją angielskojęzyczną, opiera się na edycji ostatniej, z '68 roku - chociaż copyrighty odsyłają do drugiej edycji, z '66.
Tłumacz określił swoją pracę oraz oryginał Burroughsa mianem spektakularnej porażki. Tak radykalna opinia wynika z niemożności i w sumie bezsensu tłumaczenia czegoś, co powstało przy użyciu eksperymentalnej techniki pisania, co nie ma linearnej narracji, fabuły, akcji ani nawet świata przedstawionego, co jest zapisem majaczeń pod wpływem.
Autor chciał napisać mitologię dla ery kosmicznej. Ery, w której nie ma nic świętego i w której znikają wszystkie tabu. Tytułowy mechanizm to poniekąd narzędzie kontroli - język, uwarunkowania płciowe (gender w sumie), czas, reprodukcja biologiczna społeczeństwa. To maszyny wdzierające się w ludzkie ciało, walczące ze sobą ego, id i superego. Autora zafrapowały informacja jako taka, coś w rodzaju przekazu podprogowego oraz - że tak ujmę baudrillardowsko - pustka skrywająca się pod obrazami (obrazy jako narzędzie kontroli). Istnieje sobie Nova Policja i Nova Kryminaliści, którzy walczą ze sobą przez światy i czasy.
Książka, o ile w ogóle można to tak nazwać, to potężny atak więc na wszelką opresję, na hierarchie, na podporządkowanie, na role społeczne, na uzależnienie jako takie, na wszystko i nic. Treść jest ciężka do zrozumienia, zresztą chyba nawet nie o to chodziło, by była zrozumiana jak zwykła książka. To bardziej estetyczny eksperyment. Co kilka stron jest przedstawiony seks homoseksualny (czasem w sumie kilka razy na jednej stronie), połamane, poplątane obrazy ze świata narkomanów i dołów społecznych, żyjących w beznadziei i marazmie. Imiona, postacie pojawiają się i znikają zupełnie znikąd i zewsząd, główny bohater, jeśli tam rzeczywiście ktoś taki jest, przybiera rozmaite maski, formy, kształty, dzięki dziwacznym rytuałom przenosi się w czasie w innych ciałach, itd.
Najbardziej przypomina "zwykłą" książkę rozdział "Majańska heca", w którym główny bohater niszczy imperium Majów robiąc mały cut-up z taśmami z nagranymi instrukcjami zachowania się wplecionymi w kalendarz. Hierarchia kapłańska upada w chaosie.
Dodatkiem do "Mechanizmu" oprócz krótkiego appendixu jest esej autora "Kuracja, która leczy z uzależnienia". Nieco obsesyjnie autor opisuje tam iście cudowny środek jakim ma być jego zdaniem apomorfina. Jego zdaniem narkotyki zaburzają metabolizm - apomorfina, zakwalifikowana przez opresyjne instytucje, którym postępująca narkomania jest na rękę jako również narkotyk ma być w rzeczywistości idealnym środkiem na zwalczenie uzależnienia od praktycznie każdego (ówczesnego) narkotyku. Hm, muszę o tym doczytać.
Podsumowując - rzecz na pewno nie dla każdego, lecz jeśli ktoś lubi szalone eksperymenty literackie na dodatek z radykalnym (tylko może nieco - ekhm - nietrzeźwym) przesłaniem to na pewno się nie zawiedzie. Jakby na to nie patrzeć - rzecz już kultowa.
Od tytułu omawianej książki wzięła się nazwa kapeli The Soft Machine.
W latach '53-'58 uzależniony od narkotyków Burroughs, nie potrafiący sobie poradzić ani z nałogiem, ani z wyrzutami sumienia po tym, jak niechcący zastrzelił swoją partnerkę, napisał na maszynie 1000 stron tekstu, które następnie posegregował i przy użyciu techniki cut-up poprzerabiał przez kolejne lata na kilka książek.
Wśród nich znalazła się też tzw. "Nova Trilogy". "Delikatny mechanizm" jest jej pierwszym tomem. Autor pracował nad nim w latach '61-'68. Ukazały się trzy edycje, każda kolejna bardziej linearna. Polskie tłumaczenie, sądząc po spisie treści i porównaniu go z wersją angielskojęzyczną, opiera się na edycji ostatniej, z '68 roku - chociaż copyrighty odsyłają do drugiej edycji, z '66.
Tłumacz określił swoją pracę oraz oryginał Burroughsa mianem spektakularnej porażki. Tak radykalna opinia wynika z niemożności i w sumie bezsensu tłumaczenia czegoś, co powstało przy użyciu eksperymentalnej techniki pisania, co nie ma linearnej narracji, fabuły, akcji ani nawet świata przedstawionego, co jest zapisem majaczeń pod wpływem.
Autor chciał napisać mitologię dla ery kosmicznej. Ery, w której nie ma nic świętego i w której znikają wszystkie tabu. Tytułowy mechanizm to poniekąd narzędzie kontroli - język, uwarunkowania płciowe (gender w sumie), czas, reprodukcja biologiczna społeczeństwa. To maszyny wdzierające się w ludzkie ciało, walczące ze sobą ego, id i superego. Autora zafrapowały informacja jako taka, coś w rodzaju przekazu podprogowego oraz - że tak ujmę baudrillardowsko - pustka skrywająca się pod obrazami (obrazy jako narzędzie kontroli). Istnieje sobie Nova Policja i Nova Kryminaliści, którzy walczą ze sobą przez światy i czasy.
Książka, o ile w ogóle można to tak nazwać, to potężny atak więc na wszelką opresję, na hierarchie, na podporządkowanie, na role społeczne, na uzależnienie jako takie, na wszystko i nic. Treść jest ciężka do zrozumienia, zresztą chyba nawet nie o to chodziło, by była zrozumiana jak zwykła książka. To bardziej estetyczny eksperyment. Co kilka stron jest przedstawiony seks homoseksualny (czasem w sumie kilka razy na jednej stronie), połamane, poplątane obrazy ze świata narkomanów i dołów społecznych, żyjących w beznadziei i marazmie. Imiona, postacie pojawiają się i znikają zupełnie znikąd i zewsząd, główny bohater, jeśli tam rzeczywiście ktoś taki jest, przybiera rozmaite maski, formy, kształty, dzięki dziwacznym rytuałom przenosi się w czasie w innych ciałach, itd.
Najbardziej przypomina "zwykłą" książkę rozdział "Majańska heca", w którym główny bohater niszczy imperium Majów robiąc mały cut-up z taśmami z nagranymi instrukcjami zachowania się wplecionymi w kalendarz. Hierarchia kapłańska upada w chaosie.
Dodatkiem do "Mechanizmu" oprócz krótkiego appendixu jest esej autora "Kuracja, która leczy z uzależnienia". Nieco obsesyjnie autor opisuje tam iście cudowny środek jakim ma być jego zdaniem apomorfina. Jego zdaniem narkotyki zaburzają metabolizm - apomorfina, zakwalifikowana przez opresyjne instytucje, którym postępująca narkomania jest na rękę jako również narkotyk ma być w rzeczywistości idealnym środkiem na zwalczenie uzależnienia od praktycznie każdego (ówczesnego) narkotyku. Hm, muszę o tym doczytać.
Podsumowując - rzecz na pewno nie dla każdego, lecz jeśli ktoś lubi szalone eksperymenty literackie na dodatek z radykalnym (tylko może nieco - ekhm - nietrzeźwym) przesłaniem to na pewno się nie zawiedzie. Jakby na to nie patrzeć - rzecz już kultowa.
Edward Lee "Sukkub. Wydanie kolekcjonerskie"
Jest to pierwsza książka Edwarda Lee jaką przeczytałem. Wcześniej miałem styczność tylko z jego krótkimi formami - "Stołem", "Przejażdżką" z "Bizarro Bazar" oraz "Pierwiastkiem zła" z "Cieni spoza czasu".
"Wydanie kolekcjonerskie" miało zostać wydane w ilości stu egzemplarzy. Z tego bodajże dziesięć (czy tam ileś) z nich (w tym i mój egzemplarz) samo wydawnictwo wystawiło na allegro za śmieszną kwotę 15zł (wliczając w to koszty przesyłki) (ze względu na drobne uszkodzenia - np. lekko zgiętą okładkę). Nie wpisano, jaki numer ma mój egzemplarz. Szkoda.
W skład "wydania kolekcjonerskiego", oprócz samego "Sukkuba" wchodzi: opowiadanie "Matka" (było w jakiejś antologii tego samego wydawnictwa - Repliki - w któryś "Cięciach"/"Szramach"/"Ranach"/"Szparach" czy czymś), wywiad z Edwardem przeprowadzony dla Horror Online oraz wstęp autorstwa Roberta Cichowlasa.
Ktoś lepiej zorientowany ode mnie powiedział mi kiedyś, że po prawdzie to w Polsce nie wydano tych najbardziej hardkorowych z hardkorowych dzieł Edwarda. Nie mam porównania do jego książek uznawanych powszechnie za wyjątkowo bezbożne i popierdolone, jak "The Bighead", ale wygląda na to, że w istocie właśnie tak jest.
Tak szczerze mówiąc, spodziewałem się po wstępie Cichowlasa (i przytoczonej przez niego historii że nikt nie chciał tego składać, edytować, itd. - a to wrażliwcy się znaleźli) czegoś na kształt odmalowanych słowem efektów i scen rodem z filmów np. niejakiego Lucifera Valentine, a tymczasem przy lekturze spokojnie byłem w stanie zjeść kilka kanapek z salami i popić herbatą.
Cóż, albo już tak jestem znieczulony, że słowo mnie nie obrzydza, mimo tego iż jestem szczęśliwym posiadaczem plastycznej i wrażliwej (w sensie - rozwiniętej; reagującej na wiele bodźców) wyobraźni, albo mimo wszystko to jeszcze nie to, co jest w innych książkach autora.
W wywiadzie zaś Edward stwierdza, iż jego twórczość ma przede wszystkim dostarczać rozrywkę. I w takiej kategorii trzeba postrzegać tę książkę. W "Sukkubie" nie ma drugiego dna, jest za to wyczuwalna radość autora serwującego czytelnikowi feerię seksu (lub może raczej - zachowań seksualnych, bo czasem to bardzo mocno poza seks wykracza) i przemocy, nieraz iście absurdalnej, do tego opisy tortur, znęcania się nad żywymi i pomordowanymi, itd.
Autor nie sili się na wiarygodne oddanie realiów świata przedstawionego. W pewnym momencie lektury przeszkadzało mi to - dopiero w chwilę po przeczytaniu całości i zastanowieniu się uzmysłowiłem sobie, że w sumie to taka konwencja. To nie miało być na serio. To wyrzygany z macicy chorej (ok, powiedzmy że transgresywnej) wyobraźni autora płód zlepiony z elementów porno i gore. Może i to horror, ale ja się przy tym śmiałem, przy tych wszystkich opisach masturbujących się piętnastolatek i wiszących do góry nogami bezgłowych ciał, których krew kapała prosto do podstawionych pod nimi kociołków. Tego się nie da wziąć na serio; czytelnik głównie dlatego pochłania kolejne strony, by przekonać się, jakie jeszcze radosne wynaturzenia autor bez skrępowania przelał na papier. To jest tak głupkowate, że aż śmieszne. I - mimo wszystko - nie jest to zarzut. Po prostu trzeba coś takiego lubić. De gustibus non est disputandum.
Fabuła jest prosta - ot, mamy starożytny, matriarchalny kult bogini-sukkuba. Jego wyznawczynie przetrwały do współczesności, w USA, w hermetycznej społeczności żyjącej na odludziu. Po latach wraca tam Ann, prawniczka z wielkiego miasta, wraz z nieco zbuntowaną nastoletnią córką i aktualnym partnerem - poetą. Pochodziła z tej dziury, wyrwała się stamtąd gdy poszła na studia, gdyby nie tragiczna wiadomość - o wylewie ojca - nie wróciłaby tam za żadne skarby. Na miejscu okazuje się, że nic nie jest takie, jakim się jej z początku wydaje. Do tego męczą ją koszmarne sny, itd.
W międzyczasie ze szpitala psychiatrycznego ucieka dwóch świrów - były sługa tegoż kultu wraz z maniakalnym gwałcicielem i mordercą (z tym nożem w tyłku to się autorowi udało). Ich drogę do miasteczka wyznawczyń sukkuba znaczy szlak spermy i krwi.
Zlepiona przez autora z nie wiadomo czego "mitologia" wyznawczyń sukkuba oraz język, którym się posługują są za to kuriozalne, no ale nie o ich realizm czy też prawdopodobieństwo chodzi. Jacyś wiccanie czy inni neopoganie matriarchalni lub druidyczni mogliby się naprawdę mocno przyczepić (i w sumie słusznie) do wyobrażeń autora.
Styl autora jest nieco toporny, chociaż czuć, że pisanie sprawia mu frajdę. Tworzy też plastyczne opisy rozmaitych bezeceństw. Tłumaczenie jest solidne - znalazłem jeden szczególik - Nineweh to Niniwa.
Jest więc nieźle - ostro i brutalnie, dosadnie i bez skrępowania - ale spodziewałem się czegoś znacznie mocniejszego.
Opowiadanie "Matka" zaś to jak dla mnie nie jest horror - to raczej jakieś weird po "edwadriańsku", czyli z seksem i przemocą. Fabuła się kręci wokół beczek z odpadami chemicznymi, które pewien sympatyczny gość znalazł na swoim terenie. Tutaj można pokusić się o jakieś interpretacje, ale autor nie miał żadnej z nich na myśli, bo sam to w wywiadzie stwierdził. Beczki wzięły się w sumie znikąd, autor nie dopowiedział, co i jak, przez co zachował nastrój niezwykłości. Gore tu w sumie nie ma. Rzecz jasna zależy to też od przyjętej definicji "gore".
"Wydanie kolekcjonerskie" miało zostać wydane w ilości stu egzemplarzy. Z tego bodajże dziesięć (czy tam ileś) z nich (w tym i mój egzemplarz) samo wydawnictwo wystawiło na allegro za śmieszną kwotę 15zł (wliczając w to koszty przesyłki) (ze względu na drobne uszkodzenia - np. lekko zgiętą okładkę). Nie wpisano, jaki numer ma mój egzemplarz. Szkoda.
W skład "wydania kolekcjonerskiego", oprócz samego "Sukkuba" wchodzi: opowiadanie "Matka" (było w jakiejś antologii tego samego wydawnictwa - Repliki - w któryś "Cięciach"/"Szramach"/"Ranach"/"Szparach" czy czymś), wywiad z Edwardem przeprowadzony dla Horror Online oraz wstęp autorstwa Roberta Cichowlasa.
Ktoś lepiej zorientowany ode mnie powiedział mi kiedyś, że po prawdzie to w Polsce nie wydano tych najbardziej hardkorowych z hardkorowych dzieł Edwarda. Nie mam porównania do jego książek uznawanych powszechnie za wyjątkowo bezbożne i popierdolone, jak "The Bighead", ale wygląda na to, że w istocie właśnie tak jest.
Tak szczerze mówiąc, spodziewałem się po wstępie Cichowlasa (i przytoczonej przez niego historii że nikt nie chciał tego składać, edytować, itd. - a to wrażliwcy się znaleźli) czegoś na kształt odmalowanych słowem efektów i scen rodem z filmów np. niejakiego Lucifera Valentine, a tymczasem przy lekturze spokojnie byłem w stanie zjeść kilka kanapek z salami i popić herbatą.
Cóż, albo już tak jestem znieczulony, że słowo mnie nie obrzydza, mimo tego iż jestem szczęśliwym posiadaczem plastycznej i wrażliwej (w sensie - rozwiniętej; reagującej na wiele bodźców) wyobraźni, albo mimo wszystko to jeszcze nie to, co jest w innych książkach autora.
W wywiadzie zaś Edward stwierdza, iż jego twórczość ma przede wszystkim dostarczać rozrywkę. I w takiej kategorii trzeba postrzegać tę książkę. W "Sukkubie" nie ma drugiego dna, jest za to wyczuwalna radość autora serwującego czytelnikowi feerię seksu (lub może raczej - zachowań seksualnych, bo czasem to bardzo mocno poza seks wykracza) i przemocy, nieraz iście absurdalnej, do tego opisy tortur, znęcania się nad żywymi i pomordowanymi, itd.
Autor nie sili się na wiarygodne oddanie realiów świata przedstawionego. W pewnym momencie lektury przeszkadzało mi to - dopiero w chwilę po przeczytaniu całości i zastanowieniu się uzmysłowiłem sobie, że w sumie to taka konwencja. To nie miało być na serio. To wyrzygany z macicy chorej (ok, powiedzmy że transgresywnej) wyobraźni autora płód zlepiony z elementów porno i gore. Może i to horror, ale ja się przy tym śmiałem, przy tych wszystkich opisach masturbujących się piętnastolatek i wiszących do góry nogami bezgłowych ciał, których krew kapała prosto do podstawionych pod nimi kociołków. Tego się nie da wziąć na serio; czytelnik głównie dlatego pochłania kolejne strony, by przekonać się, jakie jeszcze radosne wynaturzenia autor bez skrępowania przelał na papier. To jest tak głupkowate, że aż śmieszne. I - mimo wszystko - nie jest to zarzut. Po prostu trzeba coś takiego lubić. De gustibus non est disputandum.
Fabuła jest prosta - ot, mamy starożytny, matriarchalny kult bogini-sukkuba. Jego wyznawczynie przetrwały do współczesności, w USA, w hermetycznej społeczności żyjącej na odludziu. Po latach wraca tam Ann, prawniczka z wielkiego miasta, wraz z nieco zbuntowaną nastoletnią córką i aktualnym partnerem - poetą. Pochodziła z tej dziury, wyrwała się stamtąd gdy poszła na studia, gdyby nie tragiczna wiadomość - o wylewie ojca - nie wróciłaby tam za żadne skarby. Na miejscu okazuje się, że nic nie jest takie, jakim się jej z początku wydaje. Do tego męczą ją koszmarne sny, itd.
W międzyczasie ze szpitala psychiatrycznego ucieka dwóch świrów - były sługa tegoż kultu wraz z maniakalnym gwałcicielem i mordercą (z tym nożem w tyłku to się autorowi udało). Ich drogę do miasteczka wyznawczyń sukkuba znaczy szlak spermy i krwi.
Zlepiona przez autora z nie wiadomo czego "mitologia" wyznawczyń sukkuba oraz język, którym się posługują są za to kuriozalne, no ale nie o ich realizm czy też prawdopodobieństwo chodzi. Jacyś wiccanie czy inni neopoganie matriarchalni lub druidyczni mogliby się naprawdę mocno przyczepić (i w sumie słusznie) do wyobrażeń autora.
Styl autora jest nieco toporny, chociaż czuć, że pisanie sprawia mu frajdę. Tworzy też plastyczne opisy rozmaitych bezeceństw. Tłumaczenie jest solidne - znalazłem jeden szczególik - Nineweh to Niniwa.
Jest więc nieźle - ostro i brutalnie, dosadnie i bez skrępowania - ale spodziewałem się czegoś znacznie mocniejszego.
Opowiadanie "Matka" zaś to jak dla mnie nie jest horror - to raczej jakieś weird po "edwadriańsku", czyli z seksem i przemocą. Fabuła się kręci wokół beczek z odpadami chemicznymi, które pewien sympatyczny gość znalazł na swoim terenie. Tutaj można pokusić się o jakieś interpretacje, ale autor nie miał żadnej z nich na myśli, bo sam to w wywiadzie stwierdził. Beczki wzięły się w sumie znikąd, autor nie dopowiedział, co i jak, przez co zachował nastrój niezwykłości. Gore tu w sumie nie ma. Rzecz jasna zależy to też od przyjętej definicji "gore".
środa, 8 stycznia 2014
Fryderyk Nietzsche "Dytyramby dionizyjskie"
Ostatnimi czasy poczułem potrzebę uduchowienia się nieco. Potrzebę kontaktu ze słowem - ale słowem innym niż w suchej prozie. Postanowiłem więc zaopatrzyć się w jakąś poezję.
Cóż, i chyba to by było na tyle, jeśli chodzi o uduchowianie się, bo padło na Nietzschego (w sumie skusiła mnie cena - mniej niż 5zł, i to za nowy egzemplarz [vis-a-vis Etiuda] - jednak to tylko [lub aż] 48 stron).
To jakby suplement do "Tako rzecze Zaratustra"; zbiór wierszy, poematów, w których autor wadzi się z Bogiem, ludźmi, światem; to lament Ariadny i Cienia Zaratustry. Wadzenie się poniekąd również z własnymi możliwościami; całość ma dosyć "schyłkowy" wydźwięk, ale jeśli pamiętamy, co stało się z Zaratustrą, to nie powinno to dziwić. Jest w tym jednak cień nadziei.
Ot, ku refleksji. Nietzsche równie dobrze potrafi smagać piórem w prozie jak i w poezji, chociaż jednak wolę go jako prozaika.
Cóż, i chyba to by było na tyle, jeśli chodzi o uduchowianie się, bo padło na Nietzschego (w sumie skusiła mnie cena - mniej niż 5zł, i to za nowy egzemplarz [vis-a-vis Etiuda] - jednak to tylko [lub aż] 48 stron).
To jakby suplement do "Tako rzecze Zaratustra"; zbiór wierszy, poematów, w których autor wadzi się z Bogiem, ludźmi, światem; to lament Ariadny i Cienia Zaratustry. Wadzenie się poniekąd również z własnymi możliwościami; całość ma dosyć "schyłkowy" wydźwięk, ale jeśli pamiętamy, co stało się z Zaratustrą, to nie powinno to dziwić. Jest w tym jednak cień nadziei.
Ot, ku refleksji. Nietzsche równie dobrze potrafi smagać piórem w prozie jak i w poezji, chociaż jednak wolę go jako prozaika.
Mario Soldati "Opowiadania wachmistrza"
Czytelnik, 1971.
Soldati był włoskim głównie reżyserem, ale zdarzyło mu się od czasu do czasu coś napisać.
Bohaterem opowiadań jest tytułowy wachmistrz karabinierów, który opowiada rozmaite historie swojemu przyjacielowi, pisarzowi.
Są to historie o ludzkich namiętnościach, o ludzkiej naiwności i o tym, jak łatwo można samemu sobie wyrządzić krzywdę - lub jak łatwo można zostać ofiarom niesprzyjającego splotu uwarunkowań. Lżejsze i cięższe treściowo, o lżejszym i cięższym przekazie. Rzecz się dzieje na włoskiej prowincji, tuż przed i po II wojnie światowej. Wachmistrz jest wyrozumiałym człowiekiem, obdarzonym nie tyle analitycznym umysłem, co swoistym instynktem, wyczuciem, ma po prostu smykałkę do rozwiązywania zagadek kryminalnych. Chociaż nie wszystkie z opowiadań to kryminały. Są to historie bardziej obyczajowe.
Nieco razi wątek rasistowski (jedno z opowiadań ma wydźwięk - delikatnie mówiąc - dość nieprzychylny cyganom;przynajmniej się kończy przewrotną puentą, nieco łagodzącą wydźwięk, chociaż równie rasistowską) i kilka wątków seksistowskich (stereotypowe i krzywdzące przedstawienie kobiet w kilku opowiadaniach; uznanie, że zdrada się po prostu przytrafia, bo facet jest facetem, itp.), no ale takie to czasy. Z drugiej strony główny bohater jak na wachmistrza z prowincji stara się podchodzić do każdego podejrzanego nieszablonowo i indywidualnie; nie nienawidzi też przestępców, zwłaszcza ofiar okoliczności i "złego towarzystwa" - on im współczuje.
Książkę przeczytałem w pociągu. W sumie - książka jakich wiele, ale kilka pomysłów autora może zapadnąć w pamięć.
Soldati był włoskim głównie reżyserem, ale zdarzyło mu się od czasu do czasu coś napisać.
Bohaterem opowiadań jest tytułowy wachmistrz karabinierów, który opowiada rozmaite historie swojemu przyjacielowi, pisarzowi.
Są to historie o ludzkich namiętnościach, o ludzkiej naiwności i o tym, jak łatwo można samemu sobie wyrządzić krzywdę - lub jak łatwo można zostać ofiarom niesprzyjającego splotu uwarunkowań. Lżejsze i cięższe treściowo, o lżejszym i cięższym przekazie. Rzecz się dzieje na włoskiej prowincji, tuż przed i po II wojnie światowej. Wachmistrz jest wyrozumiałym człowiekiem, obdarzonym nie tyle analitycznym umysłem, co swoistym instynktem, wyczuciem, ma po prostu smykałkę do rozwiązywania zagadek kryminalnych. Chociaż nie wszystkie z opowiadań to kryminały. Są to historie bardziej obyczajowe.
Nieco razi wątek rasistowski (jedno z opowiadań ma wydźwięk - delikatnie mówiąc - dość nieprzychylny cyganom;przynajmniej się kończy przewrotną puentą, nieco łagodzącą wydźwięk, chociaż równie rasistowską) i kilka wątków seksistowskich (stereotypowe i krzywdzące przedstawienie kobiet w kilku opowiadaniach; uznanie, że zdrada się po prostu przytrafia, bo facet jest facetem, itp.), no ale takie to czasy. Z drugiej strony główny bohater jak na wachmistrza z prowincji stara się podchodzić do każdego podejrzanego nieszablonowo i indywidualnie; nie nienawidzi też przestępców, zwłaszcza ofiar okoliczności i "złego towarzystwa" - on im współczuje.
Książkę przeczytałem w pociągu. W sumie - książka jakich wiele, ale kilka pomysłów autora może zapadnąć w pamięć.
piątek, 3 stycznia 2014
Odpryski XXVII
1) Witam wszystkich czytelników w nowym roku, który zapewne będzie takim samym rokiem, jak każdy poprzedni.
2) W grudniu 2013 odnotowałem najwięcej wyświetleń w historii bloga - 915. Dzięki i polecam się na przyszłość.
3) Rok 2013 był dla mnie - jako bloggera i początkującego pisarza - przełomowy. Zacząłem budować sobie markę, że tak to określę. Oby się trend udało utrzymać. I naskrobać jeszcze wiele rzeczy, także na papier.
Chociaż w tym roku priorytetem jest magisterka. W sumie powinienem był napisać od zeszłego roku przynajmniej już z 50 stron, ale jakoś nie wyszło. Cóż.
4) No i to tyle w sumie ode mnie tym razem. Pozdrawiam.
2) W grudniu 2013 odnotowałem najwięcej wyświetleń w historii bloga - 915. Dzięki i polecam się na przyszłość.
3) Rok 2013 był dla mnie - jako bloggera i początkującego pisarza - przełomowy. Zacząłem budować sobie markę, że tak to określę. Oby się trend udało utrzymać. I naskrobać jeszcze wiele rzeczy, także na papier.
Chociaż w tym roku priorytetem jest magisterka. W sumie powinienem był napisać od zeszłego roku przynajmniej już z 50 stron, ale jakoś nie wyszło. Cóż.
4) No i to tyle w sumie ode mnie tym razem. Pozdrawiam.
2x Andrzej Pilipiuk
Twórczość Andrzeja Pilipiuka jest mi znana od dawna. Czytałem wszystko, co napisał w cyklu o Jakubie Wędrowyczu (oprócz "Notesu", czymkolwiek on jest, oraz adaptacji komiksowej - prawie puste, monotonne, jednostajne tła odstraszyły mnie), poza tym "Wampira z M-3", "Operację: Dzień Wskrzeszenia", " Rzeźnika drzew", "Czerwoną gorączkę" i wszystkie części "Oka Jelenia".
"Trucizna"
Kolejny zbiór opowiadań o Jakubie Wędrowyczu, alkoholiku, świeckim egzorcyście, człowieku renesansu po kilku klasach podstawówki (jeszcze za cara). Po bardzo średnich poprzednich tomach ("Wieszać każdy może", "Homo bimbrownikus") zastanawiałem się długo, czy tę książkę kupić. W końcu nabyłem ją - i rozczarowałem się pozytywnie. Jest mniej przekombinowana i znacznie mniej cudaczna. Chociaż dla mnie kwintesencją opowieści o Wędrowyczu i tak jest opowiadanie "Hotel pod Łupieżcą" z pierwszego tomu ("Kroniki Jakuba Wędrowycza"). Najbardziej zaś zawiodłem się na "Zagadce Kuby Rozpruwacza" (czwarty tom), bo większość opowiadań z tamtej książki znałem wcześniej z jakiś Clicków Fantasy i itp. czasopism czy skądś tam.
Tak czy owak, mamy tutaj demokratyczne wybory w gminie, podróże w czasie, rzadkie zwierzęta a nawet wizytę Jakuba i Semena na Falkonie. Autor jak zwykle zachowuje zdrowy dystans do siebie i do czytelników, robiąc sobie jaja z samego siebie, z wydawnictwa "Fabryka Słów", ze Szczepana Twardocha; autor nawiązuje też nie raz przewrotnie do własnych poprzednich książek, chociażby ich tytułów wplecionych tu i ówdzie czy nazwisk bohaterów. Przypomina też Bułyczowa (hm, to tutaj, czy w drugiej książce, o której zaraz będzie niżej? A, nie pamiętam. W każdym razie - plus za to). Generalnie, jest to bardzo poczciwe czytadło. Fani Wędrowycza na pewno już dawno czytali. Jeśli ktoś się wahał, bo np. poprzednie tomy mu nie podeszły - teraz jest lepiej. W każdym razie - jak dla mnie.
"Wampir z MO"
Drugi tom opowiadań o Gosi, Marku, Igorze, Hrabim i całej ferajnie warszawskich wampirów żyjących w czasach późnego PRLu. Znów mamy humorystyczne perypetie nieumarłych i ich codzienne problemy, okraszone parodiowaniem motywów z popkultury (dziewczynka wychodząca z telewizora rodem z filmu "Ring" czy klan wampirów-wegetarian Coollenów z USA, którzy wydzielają świecący proszek). Do tego absurdy PRLu - prowokacje władz przeciwko opozycji, babcia-dewotka w rodzinie aparatczyka partyjnego, rozterki młodego Tajnego Współpracownika (bezdennie głupiego), konflikty władz z warszawskimi kiziorami.
Do tego wątek jakby weird. Czyli historia o fabryce, która zaczęła żyć własnym życiem. Coś złego stało się z przestrzenią dawno nie używanych hal fabrycznych. Przy okazji autor przypomniał, że żył sobie ktoś taki, jak Stefan Grabiński - miło z jego strony.
Tylko jedna rzecz mi się u Pilipiuka jako takiego nie podoba - jego poglądy. Przejaskrawiony PRL z "Wampira" czasem mnie męczył, scena pogrzebu komunisty z "Trucizny" również. No ale cóż, każdy ma swoje dziwactwa, mniej lub bardziej szkodliwe.
"Trucizna"
Kolejny zbiór opowiadań o Jakubie Wędrowyczu, alkoholiku, świeckim egzorcyście, człowieku renesansu po kilku klasach podstawówki (jeszcze za cara). Po bardzo średnich poprzednich tomach ("Wieszać każdy może", "Homo bimbrownikus") zastanawiałem się długo, czy tę książkę kupić. W końcu nabyłem ją - i rozczarowałem się pozytywnie. Jest mniej przekombinowana i znacznie mniej cudaczna. Chociaż dla mnie kwintesencją opowieści o Wędrowyczu i tak jest opowiadanie "Hotel pod Łupieżcą" z pierwszego tomu ("Kroniki Jakuba Wędrowycza"). Najbardziej zaś zawiodłem się na "Zagadce Kuby Rozpruwacza" (czwarty tom), bo większość opowiadań z tamtej książki znałem wcześniej z jakiś Clicków Fantasy i itp. czasopism czy skądś tam.
Tak czy owak, mamy tutaj demokratyczne wybory w gminie, podróże w czasie, rzadkie zwierzęta a nawet wizytę Jakuba i Semena na Falkonie. Autor jak zwykle zachowuje zdrowy dystans do siebie i do czytelników, robiąc sobie jaja z samego siebie, z wydawnictwa "Fabryka Słów", ze Szczepana Twardocha; autor nawiązuje też nie raz przewrotnie do własnych poprzednich książek, chociażby ich tytułów wplecionych tu i ówdzie czy nazwisk bohaterów. Przypomina też Bułyczowa (hm, to tutaj, czy w drugiej książce, o której zaraz będzie niżej? A, nie pamiętam. W każdym razie - plus za to). Generalnie, jest to bardzo poczciwe czytadło. Fani Wędrowycza na pewno już dawno czytali. Jeśli ktoś się wahał, bo np. poprzednie tomy mu nie podeszły - teraz jest lepiej. W każdym razie - jak dla mnie.
"Wampir z MO"
Drugi tom opowiadań o Gosi, Marku, Igorze, Hrabim i całej ferajnie warszawskich wampirów żyjących w czasach późnego PRLu. Znów mamy humorystyczne perypetie nieumarłych i ich codzienne problemy, okraszone parodiowaniem motywów z popkultury (dziewczynka wychodząca z telewizora rodem z filmu "Ring" czy klan wampirów-wegetarian Coollenów z USA, którzy wydzielają świecący proszek). Do tego absurdy PRLu - prowokacje władz przeciwko opozycji, babcia-dewotka w rodzinie aparatczyka partyjnego, rozterki młodego Tajnego Współpracownika (bezdennie głupiego), konflikty władz z warszawskimi kiziorami.
Do tego wątek jakby weird. Czyli historia o fabryce, która zaczęła żyć własnym życiem. Coś złego stało się z przestrzenią dawno nie używanych hal fabrycznych. Przy okazji autor przypomniał, że żył sobie ktoś taki, jak Stefan Grabiński - miło z jego strony.
Tylko jedna rzecz mi się u Pilipiuka jako takiego nie podoba - jego poglądy. Przejaskrawiony PRL z "Wampira" czasem mnie męczył, scena pogrzebu komunisty z "Trucizny" również. No ale cóż, każdy ma swoje dziwactwa, mniej lub bardziej szkodliwe.
Erich Maria Remarque "Na zachodzie bez zmian"
Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974. Ta sama seria co książka Poego omówiona notkę wcześniej, skóropodobnym czymś oprawiona okładka, złocone litery w niej.
W posłowiu Wilhelma Szewczyka zestawiono Remarque'a z Ernstem Jüngerem. Faktycznie, "Na zachodzie bez zmian" bywała często i gęsto porównywana do "W stalowych burzach" (aka "Książę piechoty"). Autor posłowia słusznie zauważył, że o ile Erich był burżuazyjnym, postępowym liberałem, to ówczesny Jünger trzymał z ciemną stroną mocy. Szewczyk nie zauważył jednak, że niedługo potem Ernst przeszedł w rejony szarości.
W gruncie rzeczy obie książki, i Ericha, i Ernsta opowiadają o tym samym, nawet w takim sam sposób. I tu, i tam mamy zderzenie się młodego człowieka, wywodzącego się z mieszczaństwa z rozpętanym żywiołem, który pozostaje nie zrozumiały dla niego. Erich trzyma się kurczowo resztek człowieczeństwa i mentalności-moralności liberalnej, chociaż zdaje sobie sprawę, że szlag ją trafił w byle okopie na froncie zachodnim. Podobnie jak dla Ernsta, jest to doświadczenie pokoleniowe, warunkujące późniejsze życie młodych ludzi, z których w huraganowych nawałnicach pocisków, granatów i bomb oraz gazu uczyniono przedwcześnie starców. Erich również opisuje plastycznie życie w okopach, wszechobecną śmierć, problemy z zaopatrzeniem, upadek tabu dotyczących chociażby defekacji i seksu, nieadekwatność tego, o czym opowiadali nauczyciele do rzeczywistości, z jaką przyszło się młodym rekrutom zetknąć. Odmalowaniu piekła wojny pozycyjnej, pełnej naturalistycznych opisów śmierci i przemocy towarzyszy refleksja nad człowieczeństwem. Wartości liberalne, humanistyczne giną pod gradem kul. Główny bohater po własnoręcznym zabiciu żołnierza przeciwnika, z którym trafił do jednego leja po ostrzale artyleryjskim, próbuje go opatrzyć. Tłumaczy to sobie tym, że w razie gdyby przyszło mu zostać wziętym do niewoli, może i uznano by to za okoliczność łagodzącą. Później jednak przeraża go fakt, że odebrał mu życie. Namacalne życie, poznał imię tego człowieka, znalazł przy nim zdjęcie jego rodziny. Niewiele potrzeba było, by "przeszło mu" - gdy został odnaleziony przez towarzyszy broni, którzy wyjaśnili mu, że wojna już taka jest, że się zabija. W przeciwieństwie do Ernsta Erich nie służył od początku wojny, był saperem, od 1916 roku. Swoją książkę, opowiadającą o grupce przyjaciół z ławy szkolnej, którzy trafili na front, po czym stopniowo poginęli, zazwyczaj w bezsensowny sposób pisał nie tylko na bazie własnych doświadczeń, lecz też na bazie listów z frontu i innych doniesień. Niektórzy zarzucali mu przez to, że koloryzuje i pisze pod tezę.
Ernst przeczuwał nadejście nowego świata, nowej formy bytu. Od Żołnierza Frontowego, figury samotnej jednostki walczącej na froncie w wojnie, w której nie zostało nic z pojedynku, a w której nastały warunki jak w maszynce do mielenia mięsa, wiodła droga do Robotnika, który nie był już pasywnym przedmiotem absolutnej dominacji technologii nad sobą, i dalej. Jego poparcie dla nazizmu było krótkotrwałe i wzięło się nieco z przypadku. Książkę Ericha za to palono na stosach w III Rzeszy. Oprócz jednak kilku fragmentów (gdy autor wyciąga wnioski) nie różni się znacznie od książki Ernsta - jak już wspominałem, jedna i druga przedstawia ogrom i rozmach wojny jakiej świat jeszcze nie widział, jeden i drugi autor próbował zracjonalizować to, co się wydarzyło, nadać mu głębszy sens. Co ciekawe, fragmenty "Na zachodzie bez zmian" wysłano pewnego razu, w ramach żartu, do jednego z pism nazistowskich, gdzie zostały uznane za arcydzieło. Obaj autorzy opisali wojnę taką, jaką była. Bez owijania w bawełnę. Zauważyli bowiem to samo - cokolwiek mówiono im wcześniej, jakkolwiek wcześniej świat był zorganizowany, właśnie legł w gruzach, krwi i gównie.
Erich skupia się na uwypukleniu bezsensowności wojny. Nie robi tego jakoś bardzo nachalnie, ale nie widzi sensu w tym, co się dzieje, uważa to za niepotrzebne i szkodliwe, wychodząc z założenia ostatecznie, że nie ma sensu strzelać do takiego samego gościa jak ja, tylko mającego inną czapkę i inaczej mówiącego. I nie ukrywa tego, że nie widzi w tym sensu. Ja też w tym sensu nie widzę, gdyby ktoś się mnie pytał.
W posłowiu Wilhelma Szewczyka zestawiono Remarque'a z Ernstem Jüngerem. Faktycznie, "Na zachodzie bez zmian" bywała często i gęsto porównywana do "W stalowych burzach" (aka "Książę piechoty"). Autor posłowia słusznie zauważył, że o ile Erich był burżuazyjnym, postępowym liberałem, to ówczesny Jünger trzymał z ciemną stroną mocy. Szewczyk nie zauważył jednak, że niedługo potem Ernst przeszedł w rejony szarości.
W gruncie rzeczy obie książki, i Ericha, i Ernsta opowiadają o tym samym, nawet w takim sam sposób. I tu, i tam mamy zderzenie się młodego człowieka, wywodzącego się z mieszczaństwa z rozpętanym żywiołem, który pozostaje nie zrozumiały dla niego. Erich trzyma się kurczowo resztek człowieczeństwa i mentalności-moralności liberalnej, chociaż zdaje sobie sprawę, że szlag ją trafił w byle okopie na froncie zachodnim. Podobnie jak dla Ernsta, jest to doświadczenie pokoleniowe, warunkujące późniejsze życie młodych ludzi, z których w huraganowych nawałnicach pocisków, granatów i bomb oraz gazu uczyniono przedwcześnie starców. Erich również opisuje plastycznie życie w okopach, wszechobecną śmierć, problemy z zaopatrzeniem, upadek tabu dotyczących chociażby defekacji i seksu, nieadekwatność tego, o czym opowiadali nauczyciele do rzeczywistości, z jaką przyszło się młodym rekrutom zetknąć. Odmalowaniu piekła wojny pozycyjnej, pełnej naturalistycznych opisów śmierci i przemocy towarzyszy refleksja nad człowieczeństwem. Wartości liberalne, humanistyczne giną pod gradem kul. Główny bohater po własnoręcznym zabiciu żołnierza przeciwnika, z którym trafił do jednego leja po ostrzale artyleryjskim, próbuje go opatrzyć. Tłumaczy to sobie tym, że w razie gdyby przyszło mu zostać wziętym do niewoli, może i uznano by to za okoliczność łagodzącą. Później jednak przeraża go fakt, że odebrał mu życie. Namacalne życie, poznał imię tego człowieka, znalazł przy nim zdjęcie jego rodziny. Niewiele potrzeba było, by "przeszło mu" - gdy został odnaleziony przez towarzyszy broni, którzy wyjaśnili mu, że wojna już taka jest, że się zabija. W przeciwieństwie do Ernsta Erich nie służył od początku wojny, był saperem, od 1916 roku. Swoją książkę, opowiadającą o grupce przyjaciół z ławy szkolnej, którzy trafili na front, po czym stopniowo poginęli, zazwyczaj w bezsensowny sposób pisał nie tylko na bazie własnych doświadczeń, lecz też na bazie listów z frontu i innych doniesień. Niektórzy zarzucali mu przez to, że koloryzuje i pisze pod tezę.
Ernst przeczuwał nadejście nowego świata, nowej formy bytu. Od Żołnierza Frontowego, figury samotnej jednostki walczącej na froncie w wojnie, w której nie zostało nic z pojedynku, a w której nastały warunki jak w maszynce do mielenia mięsa, wiodła droga do Robotnika, który nie był już pasywnym przedmiotem absolutnej dominacji technologii nad sobą, i dalej. Jego poparcie dla nazizmu było krótkotrwałe i wzięło się nieco z przypadku. Książkę Ericha za to palono na stosach w III Rzeszy. Oprócz jednak kilku fragmentów (gdy autor wyciąga wnioski) nie różni się znacznie od książki Ernsta - jak już wspominałem, jedna i druga przedstawia ogrom i rozmach wojny jakiej świat jeszcze nie widział, jeden i drugi autor próbował zracjonalizować to, co się wydarzyło, nadać mu głębszy sens. Co ciekawe, fragmenty "Na zachodzie bez zmian" wysłano pewnego razu, w ramach żartu, do jednego z pism nazistowskich, gdzie zostały uznane za arcydzieło. Obaj autorzy opisali wojnę taką, jaką była. Bez owijania w bawełnę. Zauważyli bowiem to samo - cokolwiek mówiono im wcześniej, jakkolwiek wcześniej świat był zorganizowany, właśnie legł w gruzach, krwi i gównie.
Erich skupia się na uwypukleniu bezsensowności wojny. Nie robi tego jakoś bardzo nachalnie, ale nie widzi sensu w tym, co się dzieje, uważa to za niepotrzebne i szkodliwe, wychodząc z założenia ostatecznie, że nie ma sensu strzelać do takiego samego gościa jak ja, tylko mającego inną czapkę i inaczej mówiącego. I nie ukrywa tego, że nie widzi w tym sensu. Ja też w tym sensu nie widzę, gdyby ktoś się mnie pytał.
Ale przy tym paradoksalnie, mimo tego, że wczesny Jünger ze swoim żołnierskim nacjonalizmem jest co najmniej mętny, szczególnie przy uwzględnieniu kontekstu historycznego (należy pamiętać, że rewolucja konserwatywna nie dość, że była mimo wszystko na swój sposób konserwatywna, to jeszcze przyczyniła się do wytworzenia powszechnego dyskursu przychylnemu późniejszemu nazizmowi), właśnie on ze swoimi figurami i pasjonującą walką człowieka z technologią o swoją tożsamość przemawia do mnie silniej niż walczący o burżuazyjno-liberalny święty spokój Remarque, któremu o ile świat się zawalił, to nie postawił na gruzach niczego nowego, co nie wykracza poza przerażenie nowym światem, którego się nie rozumie. Przynajmniej w późniejszych swoich latach zaczął krytykować i zwalczać faszyzm.
Z drugiej strony Ernst też miał moment zwątpienia, czyli przytrafił mu się "Sturm".
Skomplikowane jest to wszystko.
Edgar Allan Poe "Opowieści niesamowite"
Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976. Okładka obłożona taką pseudo-jakby-skórą, na złoto wytłoczone litery.
Przekłady Bolesława Leśmiana i Stanisława Wyrzykowskiego.
Poego nie trzeba przedstawiać. Jeden z praszczurów zarówno horroru, jak i kryminału, weird, itd.
Klasyk, którego wstyd nie znać, co więcej, który się nie zestarzał aż tak, jak niektórzy inni klasycy. Czasem trąci to wszystko myszką, ale generalnie jest nadal urokliwe.
Przekład Leśmiana przypadł mi do gustu bardziej niż drugiego z szanownych tłumaczy. Leśmian, młodopolski poeta, gość z epoki nieźle oddał klimat czasów.
A co naskrobał sam Poe? Rzeczy dziwne, niepokojące, przejmujące. Źródła tego Nieznanego mogą być różne - zarówno widać echa nadnaturalnych obsesji bardzo popularnych w czasach autora (pozorny zgon czy też lęk przed pogrzebaniem żywcem, hipnoza, mesmeryzm, statki-widmo, teoria pustej ziemi wydrążonej wewnątrz), innych obsesji, wiecznych jak człowiek i jego twórczość (klątwy, uroki, bezradność w sytuacji skrajnej, chęć zemsty) jak, nieco dla kontrastu, wiary w możliwości rozumowego przejrzenia rzeczywistości przez jednostki obdarzone zmysłem analitycznym. Szczerze mówiąc, jedno z tych opowiadań quasi-kryminalnych mnie szczerze znudziło i nie doczytałem go do końca (Tajemnica Marii Roget), to jedyny taki przypadek w całym tym zbiorze, resztę czytało mi się miło i przyjemnie a nawet z zapałem (Czarny kot, Berenice, Beczka Amontillada). Oprócz tego kilka historii opowiada o dżumie, jedno o poszukiwaniu skarbu, jedno wreszcie dosyć abstrakcyjne, fikuśna bajka o czasie.
Autor buduje nastrój grozy/niepokoju stopniowo, krok za krokiem. Zwykle najbardziej przejmującym/przerażającym dowala czytelnikowi na koniec, jest od tej reguły kilka wyjątków. W sumie widać, od kogo wziął właśnie taką konstrukcję opowiadań Lovecraft. Zapożyczył od Poego również sposób narracji bardzo charakterystyczny, wiecie, jak typ opowiada, że jest szanownym dżentelmenem i racjonalistą, ale nagle coś się przytrafia dziwnego, i potem historia się rozwija.
Bywają chwile, kiedy nawet dla trzeźwych oczu rozumu świat naszego nieszczęsnego człowieczeństwa staje się podobny do piekła; atoli wyobraźnia ludzka nie może, jak Carathis, badać bezkarnie wszystkich jego czeluści. Niestety! straszliwszy korowód lęków pogrzebowych nie jest tylko urojeniem. Niby owe demony, które towarzyszyły Afrasiabowi w jego podróży przez Oxus, muszą one spoczywać we śnie albo nas pochłoną - trzeba je uśpić, jeśli nie chcemy zginąć. Ot, właśnie. Słowo na zakończenie.
Przekłady Bolesława Leśmiana i Stanisława Wyrzykowskiego.
Poego nie trzeba przedstawiać. Jeden z praszczurów zarówno horroru, jak i kryminału, weird, itd.
Klasyk, którego wstyd nie znać, co więcej, który się nie zestarzał aż tak, jak niektórzy inni klasycy. Czasem trąci to wszystko myszką, ale generalnie jest nadal urokliwe.
Przekład Leśmiana przypadł mi do gustu bardziej niż drugiego z szanownych tłumaczy. Leśmian, młodopolski poeta, gość z epoki nieźle oddał klimat czasów.
A co naskrobał sam Poe? Rzeczy dziwne, niepokojące, przejmujące. Źródła tego Nieznanego mogą być różne - zarówno widać echa nadnaturalnych obsesji bardzo popularnych w czasach autora (pozorny zgon czy też lęk przed pogrzebaniem żywcem, hipnoza, mesmeryzm, statki-widmo, teoria pustej ziemi wydrążonej wewnątrz), innych obsesji, wiecznych jak człowiek i jego twórczość (klątwy, uroki, bezradność w sytuacji skrajnej, chęć zemsty) jak, nieco dla kontrastu, wiary w możliwości rozumowego przejrzenia rzeczywistości przez jednostki obdarzone zmysłem analitycznym. Szczerze mówiąc, jedno z tych opowiadań quasi-kryminalnych mnie szczerze znudziło i nie doczytałem go do końca (Tajemnica Marii Roget), to jedyny taki przypadek w całym tym zbiorze, resztę czytało mi się miło i przyjemnie a nawet z zapałem (Czarny kot, Berenice, Beczka Amontillada). Oprócz tego kilka historii opowiada o dżumie, jedno o poszukiwaniu skarbu, jedno wreszcie dosyć abstrakcyjne, fikuśna bajka o czasie.
Autor buduje nastrój grozy/niepokoju stopniowo, krok za krokiem. Zwykle najbardziej przejmującym/przerażającym dowala czytelnikowi na koniec, jest od tej reguły kilka wyjątków. W sumie widać, od kogo wziął właśnie taką konstrukcję opowiadań Lovecraft. Zapożyczył od Poego również sposób narracji bardzo charakterystyczny, wiecie, jak typ opowiada, że jest szanownym dżentelmenem i racjonalistą, ale nagle coś się przytrafia dziwnego, i potem historia się rozwija.
Bywają chwile, kiedy nawet dla trzeźwych oczu rozumu świat naszego nieszczęsnego człowieczeństwa staje się podobny do piekła; atoli wyobraźnia ludzka nie może, jak Carathis, badać bezkarnie wszystkich jego czeluści. Niestety! straszliwszy korowód lęków pogrzebowych nie jest tylko urojeniem. Niby owe demony, które towarzyszyły Afrasiabowi w jego podróży przez Oxus, muszą one spoczywać we śnie albo nas pochłoną - trzeba je uśpić, jeśli nie chcemy zginąć. Ot, właśnie. Słowo na zakończenie.
J.G.Ballard "Witaj, Ameryko"
Wydawnictwo "Książnica", seria kieszonkowa. Znów łup z Taniej Książki.
Pełnowartościowa historia o symulakrach. Ale może po kolei.
Pod koniec XX wieku nastąpiła seria katastrof ekologicznych (częściowo wywołanych przez człowieka - któremu chciało się np. postawić Tamę Beringa), która zbiegła się z kryzysem energetycznym na gigantyczną skalę. W wyniku tych wydarzeń, które spowodowały pustynnienie większej części Stanów Zjednoczonych oraz stworzyły uroczą dżunglę w stanach centralnych i południowych (np. w Nevadzie) oraz wymusiły powrót do silników parowych (także w motoryzacji) ostatecznie miliony mieszkańców Stanów wyemigrowało do Europy. Kontynent opustoszał, niezdatny (przynajmniej tak się wydawało) do zamieszkania. Tymczasem Europa cofnęła się do w rozwoju do XIX wieku, powstało tam coś w rodzaju quasi-stalinizmu ze stolicą w Moskwie, racjonalizuje się żywność, ubrania, itd. Kolonie amerykańskie powoli integrują się z europejczykami, potomkowie dawnych emigrantów powracają do nazwisk przodków, itd. Rząd Stanów Zjednoczonych istnieje przez jakiś czas w Europie, po czym rozwiązuje się, gdy prezydent Brown zamyka się w klasztorze zen w Japonii (niedługo potem Japonia zostaje zamieniona przez zmienione prący morskie w lodowe pustkowie).
Mijają lata. Zza oceanu do Europy dochodzi zwiększony poziom promieniowania. Czy to dawne elektrownie atomowe rozpadają się ze starości lub starożytne rakiety balistyczne rdzewieją w silosach? A może coś jednak tam się dzieje? Ktoś tam żyje? I pyrga sobie niefrasobliwie bronią nuklearną na lewo i prawo?
Dlatego też w końcu do Stanów wypływa z Europy wyprawa, która ma sprawdzić co i jak. W skład wchodzą naukowcy i marynarze, którzy mają korzenie amerykańskie. Pojawia się konflikt kompetencji miedzy kapitanem statku SS "Apollo", Steinerem i komisarzem Grigorijem Orłowskim [przodkowie Orłowskiego wyjechali do USA z Ukrainy, zanim ostatecznie przyszło im wrócić do kraju przodków; w USA nosili nazwisko... Orwell], rozwiązany wkrótce na korzyść... pasażera na gapę, niejakiego Wayne'a, fascynata Ameryki, goniącego za marzeniem o odrodzeniu kontynentu i odbudowaniu potęgi sprzed lat. Oraz szukającego człowieka, który mógł być jego ojcem, a który zaginął na kontynencie w czasie poprzedniej, nieudanej wyprawy. Nie on jeden jednak niósł w sobie marzenia o kraju wolności, przestrzeni i ogromnych możliwości. Podobne nastroje szybko opanowały także resztę uczestników ekspedycji. Każde z nich szukało własnego El Dorado. Nadziei na lepsze jutro.
Nowy Jork zastali zakopany w piaskach pustyni drapieżnie pochłaniającej dawne miasto. Nikt ich tam nie powitał hamburgerami i komiksami, jak oczekiwali. Przyszło im potem wieść długą drogę przez kontynent, aż w puszczach Nevady natrafili na świecące wszystkimi neonami Las Vegas, kontrolowane przez milicje latynoskich nastolatków (lecz nie tylko) pod dowództwem samozwańczego prezydenta... Charlesa Mansona, który za pomocą posiadanej broni nuklearnej walczy z "zarazą", niszcząc opustoszałe miasta na kontynencie. Wayne zaś odnalazł, czego szukał, ale znalazł też znacznie więcej - a część zgubił (wiem jak to zdanie brzmi, ale nie poradzę, bez nadmiernych spoilerów się inaczej nie da).
Manson (tutaj bez znaku charakterystycznego pomiędzy brwiami) i jego ludzie nie są jedynymi mieszkańcami zniszczonego kontynentu. W pustyni i w puszczy żyją plemiona nomadów, nazwanych przez autora Indianami oraz prawdziwymi amerykanami - Geje w San Francisco, Rozwódki w Reno i Biurokraci w Waszyngtonie. Niedobitki Urzędników (przyłączyli się do wyprawy), noszących stare garnitury jako oznakę przynależności plemiennej i nadających funkcję kultową np. niedziałającym do lat kalkulatorom noszą imiona dawnych produktów i korporacji, np. - 7-UP, Big Mac, Exxon. Wszystkie kobiety noszą imię Xerox, bo robią dobre kopie.
Dlaczego na początku napisałem, że to opowieść ze świata symulakrów ? (jak miło czasem myśleć Baudrillardem)
Bo dotyczy potęgi wyobrażeń i sztucznych, odtworzonych obrazów. Bohaterowie natrafiają na gigantyczne hologramy na niebie, mające albo odstraszyć wrogów prezydenta Mansona, albo przyciągnąć potencjalnych sojuszników - Wayne pognał w stronę Vegas po tym, jak zobaczył widziadła - aktorów grających w słynnych westernach. Nad bombardowanymi miastami wyświetlano Myszkę Miki lub Enterprise (ten ze "Star Treka"). Członkowie ekspedycji zbierają dobra niedostępne w Europie, które w opuszczonych w pospiechu miastach zachodniego wybrzeża jeszcze zalegają. Dla doktor Anny Summers szminka i kosmetyki stają się relikwiami niby z raju utraconego, podobnie dla innego naukowca, McNaira, zbierającego broń i stylizującego się na gangstera z lat '20 - '30 XX wieku. Gdy ekipa wyrusza przez pustynie, nacieranie całych połaci ciała starymi kosmetykami (by uniknąć oparzeń słonecznych) znacznie przekracza funkcję ochronną, a wchodzi w funkcję kultową, szalony kult cargo, kult pamięci i wyobraźni, kult dawnej Ameryki, tęsknota za utraconą (pop)kulturą, za miastami neonów, za wyobrażoną krainą nieograniczonych możliwości. Tęsknota za własnymi marzeniami marzących o lepszym, cudowniejszym, dzikim i niezwykłym świecie.
Potem pojawiają się zaś roboty. Idealne, człekokształtne kopie artystów, aktorów, muzyków - oraz prezydentów USA. Aktorzy wypowiadają kwestie, z których są najbardziej znani, piosenkarze śpiewają stare przeboje. Prezydenci przypominają słynne przemówienia, bon moty, itp. Jakże przejmująca jest jedna z ostatnich scen, w której te symulakry dawnych prezydentów, uzbrojone dodajmy, idą po Mansona. Obleczone w mechaniczne ciała wyobrażenia o dawnej przeszłości, pięknej i tragicznej, strasznej i dumnej idą po szaleńca-uzurpatora. Ależ to wymowne!
Równie wymowne jest samo zakończenie (uh, miało nie być spoilerów, trudno) - główni bohaterowie odlatują w stronę słońca w szklanych maszynach napędzanych promieniami słonecznymi.
Nadszedł czas na nowe sny, godne prawdziwego dnia jutrzejszego, marzenia o pierwszym z prezydentów Słonecznych Ptaków. Zostawili symulakry za sobą i wyruszyli na spotkanie Nowego.
Typowym fanom post-apo książka może się nie spodobać, bo mało w niej typowego post-apo, ale ci, którzy lubią ambitne lektury nie zawiodą się na niej. Polecam gorąco. Książka miała kilka różnych wydań, nie powinno być trudności z dotarciem do któregokolwiek z nich.
Pełnowartościowa historia o symulakrach. Ale może po kolei.
Pod koniec XX wieku nastąpiła seria katastrof ekologicznych (częściowo wywołanych przez człowieka - któremu chciało się np. postawić Tamę Beringa), która zbiegła się z kryzysem energetycznym na gigantyczną skalę. W wyniku tych wydarzeń, które spowodowały pustynnienie większej części Stanów Zjednoczonych oraz stworzyły uroczą dżunglę w stanach centralnych i południowych (np. w Nevadzie) oraz wymusiły powrót do silników parowych (także w motoryzacji) ostatecznie miliony mieszkańców Stanów wyemigrowało do Europy. Kontynent opustoszał, niezdatny (przynajmniej tak się wydawało) do zamieszkania. Tymczasem Europa cofnęła się do w rozwoju do XIX wieku, powstało tam coś w rodzaju quasi-stalinizmu ze stolicą w Moskwie, racjonalizuje się żywność, ubrania, itd. Kolonie amerykańskie powoli integrują się z europejczykami, potomkowie dawnych emigrantów powracają do nazwisk przodków, itd. Rząd Stanów Zjednoczonych istnieje przez jakiś czas w Europie, po czym rozwiązuje się, gdy prezydent Brown zamyka się w klasztorze zen w Japonii (niedługo potem Japonia zostaje zamieniona przez zmienione prący morskie w lodowe pustkowie).
Mijają lata. Zza oceanu do Europy dochodzi zwiększony poziom promieniowania. Czy to dawne elektrownie atomowe rozpadają się ze starości lub starożytne rakiety balistyczne rdzewieją w silosach? A może coś jednak tam się dzieje? Ktoś tam żyje? I pyrga sobie niefrasobliwie bronią nuklearną na lewo i prawo?
Dlatego też w końcu do Stanów wypływa z Europy wyprawa, która ma sprawdzić co i jak. W skład wchodzą naukowcy i marynarze, którzy mają korzenie amerykańskie. Pojawia się konflikt kompetencji miedzy kapitanem statku SS "Apollo", Steinerem i komisarzem Grigorijem Orłowskim [przodkowie Orłowskiego wyjechali do USA z Ukrainy, zanim ostatecznie przyszło im wrócić do kraju przodków; w USA nosili nazwisko... Orwell], rozwiązany wkrótce na korzyść... pasażera na gapę, niejakiego Wayne'a, fascynata Ameryki, goniącego za marzeniem o odrodzeniu kontynentu i odbudowaniu potęgi sprzed lat. Oraz szukającego człowieka, który mógł być jego ojcem, a który zaginął na kontynencie w czasie poprzedniej, nieudanej wyprawy. Nie on jeden jednak niósł w sobie marzenia o kraju wolności, przestrzeni i ogromnych możliwości. Podobne nastroje szybko opanowały także resztę uczestników ekspedycji. Każde z nich szukało własnego El Dorado. Nadziei na lepsze jutro.
Nowy Jork zastali zakopany w piaskach pustyni drapieżnie pochłaniającej dawne miasto. Nikt ich tam nie powitał hamburgerami i komiksami, jak oczekiwali. Przyszło im potem wieść długą drogę przez kontynent, aż w puszczach Nevady natrafili na świecące wszystkimi neonami Las Vegas, kontrolowane przez milicje latynoskich nastolatków (lecz nie tylko) pod dowództwem samozwańczego prezydenta... Charlesa Mansona, który za pomocą posiadanej broni nuklearnej walczy z "zarazą", niszcząc opustoszałe miasta na kontynencie. Wayne zaś odnalazł, czego szukał, ale znalazł też znacznie więcej - a część zgubił (wiem jak to zdanie brzmi, ale nie poradzę, bez nadmiernych spoilerów się inaczej nie da).
Manson (tutaj bez znaku charakterystycznego pomiędzy brwiami) i jego ludzie nie są jedynymi mieszkańcami zniszczonego kontynentu. W pustyni i w puszczy żyją plemiona nomadów, nazwanych przez autora Indianami oraz prawdziwymi amerykanami - Geje w San Francisco, Rozwódki w Reno i Biurokraci w Waszyngtonie. Niedobitki Urzędników (przyłączyli się do wyprawy), noszących stare garnitury jako oznakę przynależności plemiennej i nadających funkcję kultową np. niedziałającym do lat kalkulatorom noszą imiona dawnych produktów i korporacji, np. - 7-UP, Big Mac, Exxon. Wszystkie kobiety noszą imię Xerox, bo robią dobre kopie.
Dlaczego na początku napisałem, że to opowieść ze świata symulakrów ? (jak miło czasem myśleć Baudrillardem)
Bo dotyczy potęgi wyobrażeń i sztucznych, odtworzonych obrazów. Bohaterowie natrafiają na gigantyczne hologramy na niebie, mające albo odstraszyć wrogów prezydenta Mansona, albo przyciągnąć potencjalnych sojuszników - Wayne pognał w stronę Vegas po tym, jak zobaczył widziadła - aktorów grających w słynnych westernach. Nad bombardowanymi miastami wyświetlano Myszkę Miki lub Enterprise (ten ze "Star Treka"). Członkowie ekspedycji zbierają dobra niedostępne w Europie, które w opuszczonych w pospiechu miastach zachodniego wybrzeża jeszcze zalegają. Dla doktor Anny Summers szminka i kosmetyki stają się relikwiami niby z raju utraconego, podobnie dla innego naukowca, McNaira, zbierającego broń i stylizującego się na gangstera z lat '20 - '30 XX wieku. Gdy ekipa wyrusza przez pustynie, nacieranie całych połaci ciała starymi kosmetykami (by uniknąć oparzeń słonecznych) znacznie przekracza funkcję ochronną, a wchodzi w funkcję kultową, szalony kult cargo, kult pamięci i wyobraźni, kult dawnej Ameryki, tęsknota za utraconą (pop)kulturą, za miastami neonów, za wyobrażoną krainą nieograniczonych możliwości. Tęsknota za własnymi marzeniami marzących o lepszym, cudowniejszym, dzikim i niezwykłym świecie.
Potem pojawiają się zaś roboty. Idealne, człekokształtne kopie artystów, aktorów, muzyków - oraz prezydentów USA. Aktorzy wypowiadają kwestie, z których są najbardziej znani, piosenkarze śpiewają stare przeboje. Prezydenci przypominają słynne przemówienia, bon moty, itp. Jakże przejmująca jest jedna z ostatnich scen, w której te symulakry dawnych prezydentów, uzbrojone dodajmy, idą po Mansona. Obleczone w mechaniczne ciała wyobrażenia o dawnej przeszłości, pięknej i tragicznej, strasznej i dumnej idą po szaleńca-uzurpatora. Ależ to wymowne!
Równie wymowne jest samo zakończenie (uh, miało nie być spoilerów, trudno) - główni bohaterowie odlatują w stronę słońca w szklanych maszynach napędzanych promieniami słonecznymi.
Nadszedł czas na nowe sny, godne prawdziwego dnia jutrzejszego, marzenia o pierwszym z prezydentów Słonecznych Ptaków. Zostawili symulakry za sobą i wyruszyli na spotkanie Nowego.
Typowym fanom post-apo książka może się nie spodobać, bo mało w niej typowego post-apo, ale ci, którzy lubią ambitne lektury nie zawiodą się na niej. Polecam gorąco. Książka miała kilka różnych wydań, nie powinno być trudności z dotarciem do któregokolwiek z nich.
niedziela, 29 grudnia 2013
Odpryski XXVI
1) Spotkałem wczoraj w lesie sympatyczną starowinkę, która zbierała kamienie. Widząc
moje zdziwione spojrzenie odrzekła spokojnie, iż zbiera tylko te
kamienie, które śpiewają najładniej.
Ot, magia świętokrzyskich lasów.
2) Cóż robiłem w lesie? Odczuwałem obecność sfery sacrum, lub czegoś do niej zbliżonego. Zdecydowanie dobrze czuję się w lesie. Otoczony życiem, otoczony echami żywiołów. Zerwaliśmy jako gatunek kontakt z naturą, odgrodziliśmy się betonem, stalą, plastikiem i bezprzewodowym internetem od kosmicznych cykli czasu, od źródeł wartości i wewnętrznej równowagi. Przez co czasem próba dotarcia z powrotem do natury przeradza się w atawizm równie zabawny (i w gruncie rzeczy w niewiele mniej szkodliwy) jak chrześcijaństwo. Sfera sacrum jest pojmowana subiektywnie, ewoluuje też razem z człowiekiem. Tylko pory roku następują po sobie stale tak samo.
Rozmyślałem tam też, radując się promieniami długiego słońca przebijającymi się przez chmury i mile dla oka kontrastującymi z cieniami pni drzew i gałęzi, odmalowanymi na kępach trawy wyrastającej z omszałego podłoża, nad aktem apostazji. W sumie taki akt jest jednak bezsensowny. Z Kościoła Katolickiego nie da się formalnie wypisać, bo akt apostazji nie jest anty-chrztem. Nie ma anty-chrztu. Apostata, zdaniem KK, jeśli zdanie tego molocha kogokolwiek obchodzi, nadal jest katolikiem, tylko ekskomunikowanym.
Spośród wszystkich radości Życia, Kościół odebrał swoim byłym (i/lub nie poczuwającym się dłużej do bycia nimi) członkom nawet możliwości uwolnienia się od siebie.
Rozmyślania w sam raz na Boże Narodzenie i na kilka dni po.
3) Sylwester i Nowy Rok to w sumie daty czysto umowne. Jak dla mnie, nie tyle symbolizują odnowienie i następstwo cykli, co raczej po prostu upływający czas i jego nieuchronność. Nie składam więc życzeń Wam, drodzy czytelnicy, akurat z tych okazji. Po prostu skorzystajcie mądrze z dorobku hedonizmu (jako filozofii), do tego wyszydzając tabu i sięgając wzrokiem gdzieś hen, poza linię graniczną nihilizmu, tam gdzie jest świeże powietrze i czekają nowe wartości. No, pozdrawiam.
Ot, magia świętokrzyskich lasów.
2) Cóż robiłem w lesie? Odczuwałem obecność sfery sacrum, lub czegoś do niej zbliżonego. Zdecydowanie dobrze czuję się w lesie. Otoczony życiem, otoczony echami żywiołów. Zerwaliśmy jako gatunek kontakt z naturą, odgrodziliśmy się betonem, stalą, plastikiem i bezprzewodowym internetem od kosmicznych cykli czasu, od źródeł wartości i wewnętrznej równowagi. Przez co czasem próba dotarcia z powrotem do natury przeradza się w atawizm równie zabawny (i w gruncie rzeczy w niewiele mniej szkodliwy) jak chrześcijaństwo. Sfera sacrum jest pojmowana subiektywnie, ewoluuje też razem z człowiekiem. Tylko pory roku następują po sobie stale tak samo.
Rozmyślałem tam też, radując się promieniami długiego słońca przebijającymi się przez chmury i mile dla oka kontrastującymi z cieniami pni drzew i gałęzi, odmalowanymi na kępach trawy wyrastającej z omszałego podłoża, nad aktem apostazji. W sumie taki akt jest jednak bezsensowny. Z Kościoła Katolickiego nie da się formalnie wypisać, bo akt apostazji nie jest anty-chrztem. Nie ma anty-chrztu. Apostata, zdaniem KK, jeśli zdanie tego molocha kogokolwiek obchodzi, nadal jest katolikiem, tylko ekskomunikowanym.
Spośród wszystkich radości Życia, Kościół odebrał swoim byłym (i/lub nie poczuwającym się dłużej do bycia nimi) członkom nawet możliwości uwolnienia się od siebie.
Rozmyślania w sam raz na Boże Narodzenie i na kilka dni po.
3) Sylwester i Nowy Rok to w sumie daty czysto umowne. Jak dla mnie, nie tyle symbolizują odnowienie i następstwo cykli, co raczej po prostu upływający czas i jego nieuchronność. Nie składam więc życzeń Wam, drodzy czytelnicy, akurat z tych okazji. Po prostu skorzystajcie mądrze z dorobku hedonizmu (jako filozofii), do tego wyszydzając tabu i sięgając wzrokiem gdzieś hen, poza linię graniczną nihilizmu, tam gdzie jest świeże powietrze i czekają nowe wartości. No, pozdrawiam.
Kirył Bułyczow "Retrogenetyka i inne opowiadania"
Ot, poczciwości mnóstwo. Większość z zawartych w tym zbiorze opowiadań miałem już okazję czytać gdzie indziej. Większość rozgrywa się w Wielkim Guslarze, kilka gdzie indziej, ale tak czy owak wszystkie są bardzo poczciwe, pogodne i optymistyczne.
Za to nadal jest zagadką dla mnie czemu kiedyś był Kirył, a od jakiegoś czasu później jest Kir.
Jakkolwiek by nie brzmiało po polsku jego imię (pseudonim znaczy się, jeśli dobrze kojarzę), spokojnie można go dokooptować do radosnej zbieraniny nie mających nieraz niczego ze sobą wspólnego autorów uznanych autorytatywnie na mocy subiektywnych moich odczuć przeze mnie za praszczurów bizarro. Bo do czego innego można zaliczyć opowiadania o piecu samobieżnym poruszającym się na poduszce powietrznej, o tym, że wystarczy "biec" w powietrzu, by nie spaść, o hodowli kochających ludzi pterodaktyli i termometrze mierzącym temperaturę uczuć? Lub o ludziach zmieniających się w ryby i ptaki (mieszkających na pewnej dalekiej planecie - takie mechanizmy obronne wykształciła tam ewolucja), co spowodowało skandal na igrzyskach olimpijskich?
Za to nadal jest zagadką dla mnie czemu kiedyś był Kirył, a od jakiegoś czasu później jest Kir.
Jakkolwiek by nie brzmiało po polsku jego imię (pseudonim znaczy się, jeśli dobrze kojarzę), spokojnie można go dokooptować do radosnej zbieraniny nie mających nieraz niczego ze sobą wspólnego autorów uznanych autorytatywnie na mocy subiektywnych moich odczuć przeze mnie za praszczurów bizarro. Bo do czego innego można zaliczyć opowiadania o piecu samobieżnym poruszającym się na poduszce powietrznej, o tym, że wystarczy "biec" w powietrzu, by nie spaść, o hodowli kochających ludzi pterodaktyli i termometrze mierzącym temperaturę uczuć? Lub o ludziach zmieniających się w ryby i ptaki (mieszkających na pewnej dalekiej planecie - takie mechanizmy obronne wykształciła tam ewolucja), co spowodowało skandal na igrzyskach olimpijskich?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
