~~~~~~ Recenzja w ramach projektu Eksplorując nieznane. ~~~~~~
Odkąd dawno, dawno temu po raz pierwszy przeczytałem Cieplarnię (krótka wzmianka tutaj, notka sprzed lat, teraz napisałbym ją inaczej), wiedziałem, że oto coś się zmieniło w moim postrzeganiu świata.
Czytałem jeszcze kilka innych dzieł i dziełek Aldissa, jedne były świetne (Kto zastąpi człowieka?), inne trochę gorsze, ale i tak znajdujące się na poziomie twórczości nieosiągalnej dla wielu autorów s-f (Tłumacz i Krążenie krwi...); ze znanych mi książek Aldissa rozczarowało mnie tylko Superpaństwo, spodziewałem się czegoś znacznie cięższego treściowo, stylistycznie, koncepcyjnie. Co nie znaczy, że była to zła książka. Na tle znanej mi twórczości anglika po prostu była po prostu inna.
Non stop jest tak dobre, jak Cieplarnia. Nie ma jej rozmachu (ale nie znam niczego, co miałoby rozmach Cieplarni; no, równie mocno kopała po zwojach mózgowych i po wyobraźni Księga Nowego Słońca Gene'a Wolfe'a, ale z zupełnie innych powodów; to dzieła zupełnie różne, nieporównywalne) ale nie potrzebuje takiego rozmachu. Zaraz wyjaśnię czemu, po przerwie na kwestie techniczne.
Mój egzemplarz omawianej książki znalazłem w jakiejś księgarence typu "-666% na wszystko, oprócz kasjerki". Rzadko zaglądam do takich miejsc, bo zazwyczaj nie ma w nich niczego ciekawego poza romansidłami, pop-kryminałami, poradnikami dla życiowych rozbitków/ludzi lubiących odkrywać rzeczy oczywiste i dyskursem hegemonicznym (ha, ale mi się żarcik udał). Dlatego możecie sobie wyobrazić ogrom mojego zdziwienia, jak w koszyku z końcówkami asortymentu znalazłem Non stop w twardych okładkach za 15zł. Wydane schludnie, ładnie, czasem tusz trochę zbyt blady, formatowanie stron mogłoby być lepsze (rażą ogromne puste przestrzenie na pierwszych stronach każdego kolejnego rozdziału i każdej kolejnej części). Na zakończenie - posłowie Marka Oramusa.
Dawno, dawno temu doszło do jakiejś katastrofy. Ci, którzy stworzyli świat - Giganci - odeszli, pozostawiając swoje dzieło na łasce sił natury oraz tajemniczych Obcych. W świecie żyją ludzie, zorganizowani w mniej lub bardziej prymitywne plemiona. Gnębią ich rozliczne mutacje, zagrożenie ze strony innych plemion, wędrujących grupek mutantów, anomalii spotykanych w różnych częściach świata.
Jak na razie jesteście sobie w stanie to wyobrazić, nie?
To teraz uważajcie - ten świat to zamknięta przestrzeń korytarzy, plątanina przejść, pięter, sal i pokojów, pomieszczeń użytkowych, mieszkalnych i technicznych. Ten świat to ogromny statek kosmiczny żeglujący przez przestrzeń od wielu pokoleń. Religia (nazywana "Nauką") wyznawana przez zdegenerowane plemiona zamieszkująca go opiera się na popłuczynach po psychoanalizie połączonej z systemem kastowym. Kapłani przechowują do własnych celów okruchy dawnej wiedzy o statku, jaką zdobywają w opuszczonych od wieków pomieszczeniach po Gigantach. Większość prastarych artefaktów jednak jest niszczona przez kastę strażników.
Przynajmniej tak to wygląda w plemieniu głównego bohatera. Był myśliwym, pewnego dnia miał pecha, wrogie plemię uprowadziło mu kobietę. Nie mając niczego do stracenia, przyłącza się do wyprawy zorganizowanej przez kapłana-renegata - wyprawy na Dziób, w poszukiwaniu tego, kto kieruje statkiem.
To tylko wstęp fabuły. Sama wprawa zmienia się w poszukiwanie własnej tożsamości i próby przywrócenia pamięci o przeszłości. Oczywiście wszystko się komplikuje, gdy okazuje się, że Giganci wrócili, Obcy żyją wśród ludzi, a statek zamieszkuje jeszcze jedna inteligentna rasa...
Jak wspomniałem wcześniej, Non stop nie potrzebuje takiego rozmachu, jak Cieplarnia. W sumie to nie wiem właściwie, po co te dwie książki ze sobą zestawiam, cóż, chyba już tak mamy, że szukamy punktów odniesienia. Poniekąd jednak takie zestawienie jest sensowne, bo w jednej i drugiej książce autor pokazuje świat po bliżej nie określonym hmmm przerwaniu linearnego ciągu historii (czyli - restart w którymś momencie) i dużą wagę przywiązuje do kwestii ewolucji i mutacji, powstawaniu nowych gatunków i rozwoju człowieka.
Rozmach świata przedstawionego Non stop jest rozmachem klaustrofobicznym. Skarłowaciali ludzie, zdegenerowani przez chów wsobny i mutacje, porastająca statek roślinność, jadalna i mająca wiele zastosowań, ale jednak rezultat czegoś niedobrego, zawirowania związane z cyklem dobowym i pojmowaniem czasu. Ciasne, opuszczone, martwe przestrzenie, metal rozświetlany trupim blaskiem ciągle działających lamp, duszne korytarze zamienione w dżunglę. Stary basen nazwany morzem.
Autor, na ile oczywiście mógł bez zrobienia z Non stop fantastyki psychologicznej, mimo uproszczeń, w przekonywujący sposób pokazał postępującą d/ewolucję mieszkańców statku, ich systemy społeczno-religijne i kruchą geopolitykę.
Z Cieplarni zapamiętałem głównie samą wizję świata, oszałamiającą i zachwycającą, bardzo plastycznie przedstawioną, silnie przemawiającą do wyobraźni czytelnika, namalowaną słowem. W Non stop większą wagę czytelnik przywiąże do fabuły - jest znacznie bardziej dramatyczna, toczy się żywszym tempem, postacie są bardziej wyraziste.
W końcu inaczej wygląda koniec świata głównych bohaterów na Ziemi, a inaczej na statku kosmicznym.
Ach, zapomniałem, muszę dopisać. Wybaczcie. W posłowiu Marek Oramus przedstawia historię Non stop w PRLu (książka była drukowana w Trybunie Robotniczej) zastanawia się też nad różnicami w tłumaczeniu wydania obecnego w stosunku do tamtego oraz wspomina wpływ książki na ówczesny fandom. Ciekawostki, ale interesujące.
piątek, 24 stycznia 2014
niedziela, 12 stycznia 2014
William S. Burroughs "Delikatny mechanizm"
Burroughs to postać kultowa w pewnych kręgach. Jedna z ikon Beat Generation i późniejszej kontrkultury, pisarz, poeta, ćpun, handlarz dragami (przez jakiś czas), biseksualista, mag chaosu.
Od tytułu omawianej książki wzięła się nazwa kapeli The Soft Machine.
W latach '53-'58 uzależniony od narkotyków Burroughs, nie potrafiący sobie poradzić ani z nałogiem, ani z wyrzutami sumienia po tym, jak niechcący zastrzelił swoją partnerkę, napisał na maszynie 1000 stron tekstu, które następnie posegregował i przy użyciu techniki cut-up poprzerabiał przez kolejne lata na kilka książek.
Wśród nich znalazła się też tzw. "Nova Trilogy". "Delikatny mechanizm" jest jej pierwszym tomem. Autor pracował nad nim w latach '61-'68. Ukazały się trzy edycje, każda kolejna bardziej linearna. Polskie tłumaczenie, sądząc po spisie treści i porównaniu go z wersją angielskojęzyczną, opiera się na edycji ostatniej, z '68 roku - chociaż copyrighty odsyłają do drugiej edycji, z '66.
Tłumacz określił swoją pracę oraz oryginał Burroughsa mianem spektakularnej porażki. Tak radykalna opinia wynika z niemożności i w sumie bezsensu tłumaczenia czegoś, co powstało przy użyciu eksperymentalnej techniki pisania, co nie ma linearnej narracji, fabuły, akcji ani nawet świata przedstawionego, co jest zapisem majaczeń pod wpływem.
Autor chciał napisać mitologię dla ery kosmicznej. Ery, w której nie ma nic świętego i w której znikają wszystkie tabu. Tytułowy mechanizm to poniekąd narzędzie kontroli - język, uwarunkowania płciowe (gender w sumie), czas, reprodukcja biologiczna społeczeństwa. To maszyny wdzierające się w ludzkie ciało, walczące ze sobą ego, id i superego. Autora zafrapowały informacja jako taka, coś w rodzaju przekazu podprogowego oraz - że tak ujmę baudrillardowsko - pustka skrywająca się pod obrazami (obrazy jako narzędzie kontroli). Istnieje sobie Nova Policja i Nova Kryminaliści, którzy walczą ze sobą przez światy i czasy.
Książka, o ile w ogóle można to tak nazwać, to potężny atak więc na wszelką opresję, na hierarchie, na podporządkowanie, na role społeczne, na uzależnienie jako takie, na wszystko i nic. Treść jest ciężka do zrozumienia, zresztą chyba nawet nie o to chodziło, by była zrozumiana jak zwykła książka. To bardziej estetyczny eksperyment. Co kilka stron jest przedstawiony seks homoseksualny (czasem w sumie kilka razy na jednej stronie), połamane, poplątane obrazy ze świata narkomanów i dołów społecznych, żyjących w beznadziei i marazmie. Imiona, postacie pojawiają się i znikają zupełnie znikąd i zewsząd, główny bohater, jeśli tam rzeczywiście ktoś taki jest, przybiera rozmaite maski, formy, kształty, dzięki dziwacznym rytuałom przenosi się w czasie w innych ciałach, itd.
Najbardziej przypomina "zwykłą" książkę rozdział "Majańska heca", w którym główny bohater niszczy imperium Majów robiąc mały cut-up z taśmami z nagranymi instrukcjami zachowania się wplecionymi w kalendarz. Hierarchia kapłańska upada w chaosie.
Dodatkiem do "Mechanizmu" oprócz krótkiego appendixu jest esej autora "Kuracja, która leczy z uzależnienia". Nieco obsesyjnie autor opisuje tam iście cudowny środek jakim ma być jego zdaniem apomorfina. Jego zdaniem narkotyki zaburzają metabolizm - apomorfina, zakwalifikowana przez opresyjne instytucje, którym postępująca narkomania jest na rękę jako również narkotyk ma być w rzeczywistości idealnym środkiem na zwalczenie uzależnienia od praktycznie każdego (ówczesnego) narkotyku. Hm, muszę o tym doczytać.
Podsumowując - rzecz na pewno nie dla każdego, lecz jeśli ktoś lubi szalone eksperymenty literackie na dodatek z radykalnym (tylko może nieco - ekhm - nietrzeźwym) przesłaniem to na pewno się nie zawiedzie. Jakby na to nie patrzeć - rzecz już kultowa.
Od tytułu omawianej książki wzięła się nazwa kapeli The Soft Machine.
W latach '53-'58 uzależniony od narkotyków Burroughs, nie potrafiący sobie poradzić ani z nałogiem, ani z wyrzutami sumienia po tym, jak niechcący zastrzelił swoją partnerkę, napisał na maszynie 1000 stron tekstu, które następnie posegregował i przy użyciu techniki cut-up poprzerabiał przez kolejne lata na kilka książek.
Wśród nich znalazła się też tzw. "Nova Trilogy". "Delikatny mechanizm" jest jej pierwszym tomem. Autor pracował nad nim w latach '61-'68. Ukazały się trzy edycje, każda kolejna bardziej linearna. Polskie tłumaczenie, sądząc po spisie treści i porównaniu go z wersją angielskojęzyczną, opiera się na edycji ostatniej, z '68 roku - chociaż copyrighty odsyłają do drugiej edycji, z '66.
Tłumacz określił swoją pracę oraz oryginał Burroughsa mianem spektakularnej porażki. Tak radykalna opinia wynika z niemożności i w sumie bezsensu tłumaczenia czegoś, co powstało przy użyciu eksperymentalnej techniki pisania, co nie ma linearnej narracji, fabuły, akcji ani nawet świata przedstawionego, co jest zapisem majaczeń pod wpływem.
Autor chciał napisać mitologię dla ery kosmicznej. Ery, w której nie ma nic świętego i w której znikają wszystkie tabu. Tytułowy mechanizm to poniekąd narzędzie kontroli - język, uwarunkowania płciowe (gender w sumie), czas, reprodukcja biologiczna społeczeństwa. To maszyny wdzierające się w ludzkie ciało, walczące ze sobą ego, id i superego. Autora zafrapowały informacja jako taka, coś w rodzaju przekazu podprogowego oraz - że tak ujmę baudrillardowsko - pustka skrywająca się pod obrazami (obrazy jako narzędzie kontroli). Istnieje sobie Nova Policja i Nova Kryminaliści, którzy walczą ze sobą przez światy i czasy.
Książka, o ile w ogóle można to tak nazwać, to potężny atak więc na wszelką opresję, na hierarchie, na podporządkowanie, na role społeczne, na uzależnienie jako takie, na wszystko i nic. Treść jest ciężka do zrozumienia, zresztą chyba nawet nie o to chodziło, by była zrozumiana jak zwykła książka. To bardziej estetyczny eksperyment. Co kilka stron jest przedstawiony seks homoseksualny (czasem w sumie kilka razy na jednej stronie), połamane, poplątane obrazy ze świata narkomanów i dołów społecznych, żyjących w beznadziei i marazmie. Imiona, postacie pojawiają się i znikają zupełnie znikąd i zewsząd, główny bohater, jeśli tam rzeczywiście ktoś taki jest, przybiera rozmaite maski, formy, kształty, dzięki dziwacznym rytuałom przenosi się w czasie w innych ciałach, itd.
Najbardziej przypomina "zwykłą" książkę rozdział "Majańska heca", w którym główny bohater niszczy imperium Majów robiąc mały cut-up z taśmami z nagranymi instrukcjami zachowania się wplecionymi w kalendarz. Hierarchia kapłańska upada w chaosie.
Dodatkiem do "Mechanizmu" oprócz krótkiego appendixu jest esej autora "Kuracja, która leczy z uzależnienia". Nieco obsesyjnie autor opisuje tam iście cudowny środek jakim ma być jego zdaniem apomorfina. Jego zdaniem narkotyki zaburzają metabolizm - apomorfina, zakwalifikowana przez opresyjne instytucje, którym postępująca narkomania jest na rękę jako również narkotyk ma być w rzeczywistości idealnym środkiem na zwalczenie uzależnienia od praktycznie każdego (ówczesnego) narkotyku. Hm, muszę o tym doczytać.
Podsumowując - rzecz na pewno nie dla każdego, lecz jeśli ktoś lubi szalone eksperymenty literackie na dodatek z radykalnym (tylko może nieco - ekhm - nietrzeźwym) przesłaniem to na pewno się nie zawiedzie. Jakby na to nie patrzeć - rzecz już kultowa.
Edward Lee "Sukkub. Wydanie kolekcjonerskie"
Jest to pierwsza książka Edwarda Lee jaką przeczytałem. Wcześniej miałem styczność tylko z jego krótkimi formami - "Stołem", "Przejażdżką" z "Bizarro Bazar" oraz "Pierwiastkiem zła" z "Cieni spoza czasu".
"Wydanie kolekcjonerskie" miało zostać wydane w ilości stu egzemplarzy. Z tego bodajże dziesięć (czy tam ileś) z nich (w tym i mój egzemplarz) samo wydawnictwo wystawiło na allegro za śmieszną kwotę 15zł (wliczając w to koszty przesyłki) (ze względu na drobne uszkodzenia - np. lekko zgiętą okładkę). Nie wpisano, jaki numer ma mój egzemplarz. Szkoda.
W skład "wydania kolekcjonerskiego", oprócz samego "Sukkuba" wchodzi: opowiadanie "Matka" (było w jakiejś antologii tego samego wydawnictwa - Repliki - w któryś "Cięciach"/"Szramach"/"Ranach"/"Szparach" czy czymś), wywiad z Edwardem przeprowadzony dla Horror Online oraz wstęp autorstwa Roberta Cichowlasa.
Ktoś lepiej zorientowany ode mnie powiedział mi kiedyś, że po prawdzie to w Polsce nie wydano tych najbardziej hardkorowych z hardkorowych dzieł Edwarda. Nie mam porównania do jego książek uznawanych powszechnie za wyjątkowo bezbożne i popierdolone, jak "The Bighead", ale wygląda na to, że w istocie właśnie tak jest.
Tak szczerze mówiąc, spodziewałem się po wstępie Cichowlasa (i przytoczonej przez niego historii że nikt nie chciał tego składać, edytować, itd. - a to wrażliwcy się znaleźli) czegoś na kształt odmalowanych słowem efektów i scen rodem z filmów np. niejakiego Lucifera Valentine, a tymczasem przy lekturze spokojnie byłem w stanie zjeść kilka kanapek z salami i popić herbatą.
Cóż, albo już tak jestem znieczulony, że słowo mnie nie obrzydza, mimo tego iż jestem szczęśliwym posiadaczem plastycznej i wrażliwej (w sensie - rozwiniętej; reagującej na wiele bodźców) wyobraźni, albo mimo wszystko to jeszcze nie to, co jest w innych książkach autora.
W wywiadzie zaś Edward stwierdza, iż jego twórczość ma przede wszystkim dostarczać rozrywkę. I w takiej kategorii trzeba postrzegać tę książkę. W "Sukkubie" nie ma drugiego dna, jest za to wyczuwalna radość autora serwującego czytelnikowi feerię seksu (lub może raczej - zachowań seksualnych, bo czasem to bardzo mocno poza seks wykracza) i przemocy, nieraz iście absurdalnej, do tego opisy tortur, znęcania się nad żywymi i pomordowanymi, itd.
Autor nie sili się na wiarygodne oddanie realiów świata przedstawionego. W pewnym momencie lektury przeszkadzało mi to - dopiero w chwilę po przeczytaniu całości i zastanowieniu się uzmysłowiłem sobie, że w sumie to taka konwencja. To nie miało być na serio. To wyrzygany z macicy chorej (ok, powiedzmy że transgresywnej) wyobraźni autora płód zlepiony z elementów porno i gore. Może i to horror, ale ja się przy tym śmiałem, przy tych wszystkich opisach masturbujących się piętnastolatek i wiszących do góry nogami bezgłowych ciał, których krew kapała prosto do podstawionych pod nimi kociołków. Tego się nie da wziąć na serio; czytelnik głównie dlatego pochłania kolejne strony, by przekonać się, jakie jeszcze radosne wynaturzenia autor bez skrępowania przelał na papier. To jest tak głupkowate, że aż śmieszne. I - mimo wszystko - nie jest to zarzut. Po prostu trzeba coś takiego lubić. De gustibus non est disputandum.
Fabuła jest prosta - ot, mamy starożytny, matriarchalny kult bogini-sukkuba. Jego wyznawczynie przetrwały do współczesności, w USA, w hermetycznej społeczności żyjącej na odludziu. Po latach wraca tam Ann, prawniczka z wielkiego miasta, wraz z nieco zbuntowaną nastoletnią córką i aktualnym partnerem - poetą. Pochodziła z tej dziury, wyrwała się stamtąd gdy poszła na studia, gdyby nie tragiczna wiadomość - o wylewie ojca - nie wróciłaby tam za żadne skarby. Na miejscu okazuje się, że nic nie jest takie, jakim się jej z początku wydaje. Do tego męczą ją koszmarne sny, itd.
W międzyczasie ze szpitala psychiatrycznego ucieka dwóch świrów - były sługa tegoż kultu wraz z maniakalnym gwałcicielem i mordercą (z tym nożem w tyłku to się autorowi udało). Ich drogę do miasteczka wyznawczyń sukkuba znaczy szlak spermy i krwi.
Zlepiona przez autora z nie wiadomo czego "mitologia" wyznawczyń sukkuba oraz język, którym się posługują są za to kuriozalne, no ale nie o ich realizm czy też prawdopodobieństwo chodzi. Jacyś wiccanie czy inni neopoganie matriarchalni lub druidyczni mogliby się naprawdę mocno przyczepić (i w sumie słusznie) do wyobrażeń autora.
Styl autora jest nieco toporny, chociaż czuć, że pisanie sprawia mu frajdę. Tworzy też plastyczne opisy rozmaitych bezeceństw. Tłumaczenie jest solidne - znalazłem jeden szczególik - Nineweh to Niniwa.
Jest więc nieźle - ostro i brutalnie, dosadnie i bez skrępowania - ale spodziewałem się czegoś znacznie mocniejszego.
Opowiadanie "Matka" zaś to jak dla mnie nie jest horror - to raczej jakieś weird po "edwadriańsku", czyli z seksem i przemocą. Fabuła się kręci wokół beczek z odpadami chemicznymi, które pewien sympatyczny gość znalazł na swoim terenie. Tutaj można pokusić się o jakieś interpretacje, ale autor nie miał żadnej z nich na myśli, bo sam to w wywiadzie stwierdził. Beczki wzięły się w sumie znikąd, autor nie dopowiedział, co i jak, przez co zachował nastrój niezwykłości. Gore tu w sumie nie ma. Rzecz jasna zależy to też od przyjętej definicji "gore".
"Wydanie kolekcjonerskie" miało zostać wydane w ilości stu egzemplarzy. Z tego bodajże dziesięć (czy tam ileś) z nich (w tym i mój egzemplarz) samo wydawnictwo wystawiło na allegro za śmieszną kwotę 15zł (wliczając w to koszty przesyłki) (ze względu na drobne uszkodzenia - np. lekko zgiętą okładkę). Nie wpisano, jaki numer ma mój egzemplarz. Szkoda.
W skład "wydania kolekcjonerskiego", oprócz samego "Sukkuba" wchodzi: opowiadanie "Matka" (było w jakiejś antologii tego samego wydawnictwa - Repliki - w któryś "Cięciach"/"Szramach"/"Ranach"/"Szparach" czy czymś), wywiad z Edwardem przeprowadzony dla Horror Online oraz wstęp autorstwa Roberta Cichowlasa.
Ktoś lepiej zorientowany ode mnie powiedział mi kiedyś, że po prawdzie to w Polsce nie wydano tych najbardziej hardkorowych z hardkorowych dzieł Edwarda. Nie mam porównania do jego książek uznawanych powszechnie za wyjątkowo bezbożne i popierdolone, jak "The Bighead", ale wygląda na to, że w istocie właśnie tak jest.
Tak szczerze mówiąc, spodziewałem się po wstępie Cichowlasa (i przytoczonej przez niego historii że nikt nie chciał tego składać, edytować, itd. - a to wrażliwcy się znaleźli) czegoś na kształt odmalowanych słowem efektów i scen rodem z filmów np. niejakiego Lucifera Valentine, a tymczasem przy lekturze spokojnie byłem w stanie zjeść kilka kanapek z salami i popić herbatą.
Cóż, albo już tak jestem znieczulony, że słowo mnie nie obrzydza, mimo tego iż jestem szczęśliwym posiadaczem plastycznej i wrażliwej (w sensie - rozwiniętej; reagującej na wiele bodźców) wyobraźni, albo mimo wszystko to jeszcze nie to, co jest w innych książkach autora.
W wywiadzie zaś Edward stwierdza, iż jego twórczość ma przede wszystkim dostarczać rozrywkę. I w takiej kategorii trzeba postrzegać tę książkę. W "Sukkubie" nie ma drugiego dna, jest za to wyczuwalna radość autora serwującego czytelnikowi feerię seksu (lub może raczej - zachowań seksualnych, bo czasem to bardzo mocno poza seks wykracza) i przemocy, nieraz iście absurdalnej, do tego opisy tortur, znęcania się nad żywymi i pomordowanymi, itd.
Autor nie sili się na wiarygodne oddanie realiów świata przedstawionego. W pewnym momencie lektury przeszkadzało mi to - dopiero w chwilę po przeczytaniu całości i zastanowieniu się uzmysłowiłem sobie, że w sumie to taka konwencja. To nie miało być na serio. To wyrzygany z macicy chorej (ok, powiedzmy że transgresywnej) wyobraźni autora płód zlepiony z elementów porno i gore. Może i to horror, ale ja się przy tym śmiałem, przy tych wszystkich opisach masturbujących się piętnastolatek i wiszących do góry nogami bezgłowych ciał, których krew kapała prosto do podstawionych pod nimi kociołków. Tego się nie da wziąć na serio; czytelnik głównie dlatego pochłania kolejne strony, by przekonać się, jakie jeszcze radosne wynaturzenia autor bez skrępowania przelał na papier. To jest tak głupkowate, że aż śmieszne. I - mimo wszystko - nie jest to zarzut. Po prostu trzeba coś takiego lubić. De gustibus non est disputandum.
Fabuła jest prosta - ot, mamy starożytny, matriarchalny kult bogini-sukkuba. Jego wyznawczynie przetrwały do współczesności, w USA, w hermetycznej społeczności żyjącej na odludziu. Po latach wraca tam Ann, prawniczka z wielkiego miasta, wraz z nieco zbuntowaną nastoletnią córką i aktualnym partnerem - poetą. Pochodziła z tej dziury, wyrwała się stamtąd gdy poszła na studia, gdyby nie tragiczna wiadomość - o wylewie ojca - nie wróciłaby tam za żadne skarby. Na miejscu okazuje się, że nic nie jest takie, jakim się jej z początku wydaje. Do tego męczą ją koszmarne sny, itd.
W międzyczasie ze szpitala psychiatrycznego ucieka dwóch świrów - były sługa tegoż kultu wraz z maniakalnym gwałcicielem i mordercą (z tym nożem w tyłku to się autorowi udało). Ich drogę do miasteczka wyznawczyń sukkuba znaczy szlak spermy i krwi.
Zlepiona przez autora z nie wiadomo czego "mitologia" wyznawczyń sukkuba oraz język, którym się posługują są za to kuriozalne, no ale nie o ich realizm czy też prawdopodobieństwo chodzi. Jacyś wiccanie czy inni neopoganie matriarchalni lub druidyczni mogliby się naprawdę mocno przyczepić (i w sumie słusznie) do wyobrażeń autora.
Styl autora jest nieco toporny, chociaż czuć, że pisanie sprawia mu frajdę. Tworzy też plastyczne opisy rozmaitych bezeceństw. Tłumaczenie jest solidne - znalazłem jeden szczególik - Nineweh to Niniwa.
Jest więc nieźle - ostro i brutalnie, dosadnie i bez skrępowania - ale spodziewałem się czegoś znacznie mocniejszego.
Opowiadanie "Matka" zaś to jak dla mnie nie jest horror - to raczej jakieś weird po "edwadriańsku", czyli z seksem i przemocą. Fabuła się kręci wokół beczek z odpadami chemicznymi, które pewien sympatyczny gość znalazł na swoim terenie. Tutaj można pokusić się o jakieś interpretacje, ale autor nie miał żadnej z nich na myśli, bo sam to w wywiadzie stwierdził. Beczki wzięły się w sumie znikąd, autor nie dopowiedział, co i jak, przez co zachował nastrój niezwykłości. Gore tu w sumie nie ma. Rzecz jasna zależy to też od przyjętej definicji "gore".
środa, 8 stycznia 2014
Fryderyk Nietzsche "Dytyramby dionizyjskie"
Ostatnimi czasy poczułem potrzebę uduchowienia się nieco. Potrzebę kontaktu ze słowem - ale słowem innym niż w suchej prozie. Postanowiłem więc zaopatrzyć się w jakąś poezję.
Cóż, i chyba to by było na tyle, jeśli chodzi o uduchowianie się, bo padło na Nietzschego (w sumie skusiła mnie cena - mniej niż 5zł, i to za nowy egzemplarz [vis-a-vis Etiuda] - jednak to tylko [lub aż] 48 stron).
To jakby suplement do "Tako rzecze Zaratustra"; zbiór wierszy, poematów, w których autor wadzi się z Bogiem, ludźmi, światem; to lament Ariadny i Cienia Zaratustry. Wadzenie się poniekąd również z własnymi możliwościami; całość ma dosyć "schyłkowy" wydźwięk, ale jeśli pamiętamy, co stało się z Zaratustrą, to nie powinno to dziwić. Jest w tym jednak cień nadziei.
Ot, ku refleksji. Nietzsche równie dobrze potrafi smagać piórem w prozie jak i w poezji, chociaż jednak wolę go jako prozaika.
Cóż, i chyba to by było na tyle, jeśli chodzi o uduchowianie się, bo padło na Nietzschego (w sumie skusiła mnie cena - mniej niż 5zł, i to za nowy egzemplarz [vis-a-vis Etiuda] - jednak to tylko [lub aż] 48 stron).
To jakby suplement do "Tako rzecze Zaratustra"; zbiór wierszy, poematów, w których autor wadzi się z Bogiem, ludźmi, światem; to lament Ariadny i Cienia Zaratustry. Wadzenie się poniekąd również z własnymi możliwościami; całość ma dosyć "schyłkowy" wydźwięk, ale jeśli pamiętamy, co stało się z Zaratustrą, to nie powinno to dziwić. Jest w tym jednak cień nadziei.
Ot, ku refleksji. Nietzsche równie dobrze potrafi smagać piórem w prozie jak i w poezji, chociaż jednak wolę go jako prozaika.
Mario Soldati "Opowiadania wachmistrza"
Czytelnik, 1971.
Soldati był włoskim głównie reżyserem, ale zdarzyło mu się od czasu do czasu coś napisać.
Bohaterem opowiadań jest tytułowy wachmistrz karabinierów, który opowiada rozmaite historie swojemu przyjacielowi, pisarzowi.
Są to historie o ludzkich namiętnościach, o ludzkiej naiwności i o tym, jak łatwo można samemu sobie wyrządzić krzywdę - lub jak łatwo można zostać ofiarom niesprzyjającego splotu uwarunkowań. Lżejsze i cięższe treściowo, o lżejszym i cięższym przekazie. Rzecz się dzieje na włoskiej prowincji, tuż przed i po II wojnie światowej. Wachmistrz jest wyrozumiałym człowiekiem, obdarzonym nie tyle analitycznym umysłem, co swoistym instynktem, wyczuciem, ma po prostu smykałkę do rozwiązywania zagadek kryminalnych. Chociaż nie wszystkie z opowiadań to kryminały. Są to historie bardziej obyczajowe.
Nieco razi wątek rasistowski (jedno z opowiadań ma wydźwięk - delikatnie mówiąc - dość nieprzychylny cyganom;przynajmniej się kończy przewrotną puentą, nieco łagodzącą wydźwięk, chociaż równie rasistowską) i kilka wątków seksistowskich (stereotypowe i krzywdzące przedstawienie kobiet w kilku opowiadaniach; uznanie, że zdrada się po prostu przytrafia, bo facet jest facetem, itp.), no ale takie to czasy. Z drugiej strony główny bohater jak na wachmistrza z prowincji stara się podchodzić do każdego podejrzanego nieszablonowo i indywidualnie; nie nienawidzi też przestępców, zwłaszcza ofiar okoliczności i "złego towarzystwa" - on im współczuje.
Książkę przeczytałem w pociągu. W sumie - książka jakich wiele, ale kilka pomysłów autora może zapadnąć w pamięć.
Soldati był włoskim głównie reżyserem, ale zdarzyło mu się od czasu do czasu coś napisać.
Bohaterem opowiadań jest tytułowy wachmistrz karabinierów, który opowiada rozmaite historie swojemu przyjacielowi, pisarzowi.
Są to historie o ludzkich namiętnościach, o ludzkiej naiwności i o tym, jak łatwo można samemu sobie wyrządzić krzywdę - lub jak łatwo można zostać ofiarom niesprzyjającego splotu uwarunkowań. Lżejsze i cięższe treściowo, o lżejszym i cięższym przekazie. Rzecz się dzieje na włoskiej prowincji, tuż przed i po II wojnie światowej. Wachmistrz jest wyrozumiałym człowiekiem, obdarzonym nie tyle analitycznym umysłem, co swoistym instynktem, wyczuciem, ma po prostu smykałkę do rozwiązywania zagadek kryminalnych. Chociaż nie wszystkie z opowiadań to kryminały. Są to historie bardziej obyczajowe.
Nieco razi wątek rasistowski (jedno z opowiadań ma wydźwięk - delikatnie mówiąc - dość nieprzychylny cyganom;przynajmniej się kończy przewrotną puentą, nieco łagodzącą wydźwięk, chociaż równie rasistowską) i kilka wątków seksistowskich (stereotypowe i krzywdzące przedstawienie kobiet w kilku opowiadaniach; uznanie, że zdrada się po prostu przytrafia, bo facet jest facetem, itp.), no ale takie to czasy. Z drugiej strony główny bohater jak na wachmistrza z prowincji stara się podchodzić do każdego podejrzanego nieszablonowo i indywidualnie; nie nienawidzi też przestępców, zwłaszcza ofiar okoliczności i "złego towarzystwa" - on im współczuje.
Książkę przeczytałem w pociągu. W sumie - książka jakich wiele, ale kilka pomysłów autora może zapadnąć w pamięć.
piątek, 3 stycznia 2014
Odpryski XXVII
1) Witam wszystkich czytelników w nowym roku, który zapewne będzie takim samym rokiem, jak każdy poprzedni.
2) W grudniu 2013 odnotowałem najwięcej wyświetleń w historii bloga - 915. Dzięki i polecam się na przyszłość.
3) Rok 2013 był dla mnie - jako bloggera i początkującego pisarza - przełomowy. Zacząłem budować sobie markę, że tak to określę. Oby się trend udało utrzymać. I naskrobać jeszcze wiele rzeczy, także na papier.
Chociaż w tym roku priorytetem jest magisterka. W sumie powinienem był napisać od zeszłego roku przynajmniej już z 50 stron, ale jakoś nie wyszło. Cóż.
4) No i to tyle w sumie ode mnie tym razem. Pozdrawiam.
2) W grudniu 2013 odnotowałem najwięcej wyświetleń w historii bloga - 915. Dzięki i polecam się na przyszłość.
3) Rok 2013 był dla mnie - jako bloggera i początkującego pisarza - przełomowy. Zacząłem budować sobie markę, że tak to określę. Oby się trend udało utrzymać. I naskrobać jeszcze wiele rzeczy, także na papier.
Chociaż w tym roku priorytetem jest magisterka. W sumie powinienem był napisać od zeszłego roku przynajmniej już z 50 stron, ale jakoś nie wyszło. Cóż.
4) No i to tyle w sumie ode mnie tym razem. Pozdrawiam.
2x Andrzej Pilipiuk
Twórczość Andrzeja Pilipiuka jest mi znana od dawna. Czytałem wszystko, co napisał w cyklu o Jakubie Wędrowyczu (oprócz "Notesu", czymkolwiek on jest, oraz adaptacji komiksowej - prawie puste, monotonne, jednostajne tła odstraszyły mnie), poza tym "Wampira z M-3", "Operację: Dzień Wskrzeszenia", " Rzeźnika drzew", "Czerwoną gorączkę" i wszystkie części "Oka Jelenia".
"Trucizna"
Kolejny zbiór opowiadań o Jakubie Wędrowyczu, alkoholiku, świeckim egzorcyście, człowieku renesansu po kilku klasach podstawówki (jeszcze za cara). Po bardzo średnich poprzednich tomach ("Wieszać każdy może", "Homo bimbrownikus") zastanawiałem się długo, czy tę książkę kupić. W końcu nabyłem ją - i rozczarowałem się pozytywnie. Jest mniej przekombinowana i znacznie mniej cudaczna. Chociaż dla mnie kwintesencją opowieści o Wędrowyczu i tak jest opowiadanie "Hotel pod Łupieżcą" z pierwszego tomu ("Kroniki Jakuba Wędrowycza"). Najbardziej zaś zawiodłem się na "Zagadce Kuby Rozpruwacza" (czwarty tom), bo większość opowiadań z tamtej książki znałem wcześniej z jakiś Clicków Fantasy i itp. czasopism czy skądś tam.
Tak czy owak, mamy tutaj demokratyczne wybory w gminie, podróże w czasie, rzadkie zwierzęta a nawet wizytę Jakuba i Semena na Falkonie. Autor jak zwykle zachowuje zdrowy dystans do siebie i do czytelników, robiąc sobie jaja z samego siebie, z wydawnictwa "Fabryka Słów", ze Szczepana Twardocha; autor nawiązuje też nie raz przewrotnie do własnych poprzednich książek, chociażby ich tytułów wplecionych tu i ówdzie czy nazwisk bohaterów. Przypomina też Bułyczowa (hm, to tutaj, czy w drugiej książce, o której zaraz będzie niżej? A, nie pamiętam. W każdym razie - plus za to). Generalnie, jest to bardzo poczciwe czytadło. Fani Wędrowycza na pewno już dawno czytali. Jeśli ktoś się wahał, bo np. poprzednie tomy mu nie podeszły - teraz jest lepiej. W każdym razie - jak dla mnie.
"Wampir z MO"
Drugi tom opowiadań o Gosi, Marku, Igorze, Hrabim i całej ferajnie warszawskich wampirów żyjących w czasach późnego PRLu. Znów mamy humorystyczne perypetie nieumarłych i ich codzienne problemy, okraszone parodiowaniem motywów z popkultury (dziewczynka wychodząca z telewizora rodem z filmu "Ring" czy klan wampirów-wegetarian Coollenów z USA, którzy wydzielają świecący proszek). Do tego absurdy PRLu - prowokacje władz przeciwko opozycji, babcia-dewotka w rodzinie aparatczyka partyjnego, rozterki młodego Tajnego Współpracownika (bezdennie głupiego), konflikty władz z warszawskimi kiziorami.
Do tego wątek jakby weird. Czyli historia o fabryce, która zaczęła żyć własnym życiem. Coś złego stało się z przestrzenią dawno nie używanych hal fabrycznych. Przy okazji autor przypomniał, że żył sobie ktoś taki, jak Stefan Grabiński - miło z jego strony.
Tylko jedna rzecz mi się u Pilipiuka jako takiego nie podoba - jego poglądy. Przejaskrawiony PRL z "Wampira" czasem mnie męczył, scena pogrzebu komunisty z "Trucizny" również. No ale cóż, każdy ma swoje dziwactwa, mniej lub bardziej szkodliwe.
"Trucizna"
Kolejny zbiór opowiadań o Jakubie Wędrowyczu, alkoholiku, świeckim egzorcyście, człowieku renesansu po kilku klasach podstawówki (jeszcze za cara). Po bardzo średnich poprzednich tomach ("Wieszać każdy może", "Homo bimbrownikus") zastanawiałem się długo, czy tę książkę kupić. W końcu nabyłem ją - i rozczarowałem się pozytywnie. Jest mniej przekombinowana i znacznie mniej cudaczna. Chociaż dla mnie kwintesencją opowieści o Wędrowyczu i tak jest opowiadanie "Hotel pod Łupieżcą" z pierwszego tomu ("Kroniki Jakuba Wędrowycza"). Najbardziej zaś zawiodłem się na "Zagadce Kuby Rozpruwacza" (czwarty tom), bo większość opowiadań z tamtej książki znałem wcześniej z jakiś Clicków Fantasy i itp. czasopism czy skądś tam.
Tak czy owak, mamy tutaj demokratyczne wybory w gminie, podróże w czasie, rzadkie zwierzęta a nawet wizytę Jakuba i Semena na Falkonie. Autor jak zwykle zachowuje zdrowy dystans do siebie i do czytelników, robiąc sobie jaja z samego siebie, z wydawnictwa "Fabryka Słów", ze Szczepana Twardocha; autor nawiązuje też nie raz przewrotnie do własnych poprzednich książek, chociażby ich tytułów wplecionych tu i ówdzie czy nazwisk bohaterów. Przypomina też Bułyczowa (hm, to tutaj, czy w drugiej książce, o której zaraz będzie niżej? A, nie pamiętam. W każdym razie - plus za to). Generalnie, jest to bardzo poczciwe czytadło. Fani Wędrowycza na pewno już dawno czytali. Jeśli ktoś się wahał, bo np. poprzednie tomy mu nie podeszły - teraz jest lepiej. W każdym razie - jak dla mnie.
"Wampir z MO"
Drugi tom opowiadań o Gosi, Marku, Igorze, Hrabim i całej ferajnie warszawskich wampirów żyjących w czasach późnego PRLu. Znów mamy humorystyczne perypetie nieumarłych i ich codzienne problemy, okraszone parodiowaniem motywów z popkultury (dziewczynka wychodząca z telewizora rodem z filmu "Ring" czy klan wampirów-wegetarian Coollenów z USA, którzy wydzielają świecący proszek). Do tego absurdy PRLu - prowokacje władz przeciwko opozycji, babcia-dewotka w rodzinie aparatczyka partyjnego, rozterki młodego Tajnego Współpracownika (bezdennie głupiego), konflikty władz z warszawskimi kiziorami.
Do tego wątek jakby weird. Czyli historia o fabryce, która zaczęła żyć własnym życiem. Coś złego stało się z przestrzenią dawno nie używanych hal fabrycznych. Przy okazji autor przypomniał, że żył sobie ktoś taki, jak Stefan Grabiński - miło z jego strony.
Tylko jedna rzecz mi się u Pilipiuka jako takiego nie podoba - jego poglądy. Przejaskrawiony PRL z "Wampira" czasem mnie męczył, scena pogrzebu komunisty z "Trucizny" również. No ale cóż, każdy ma swoje dziwactwa, mniej lub bardziej szkodliwe.
Erich Maria Remarque "Na zachodzie bez zmian"
Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974. Ta sama seria co książka Poego omówiona notkę wcześniej, skóropodobnym czymś oprawiona okładka, złocone litery w niej.
W posłowiu Wilhelma Szewczyka zestawiono Remarque'a z Ernstem Jüngerem. Faktycznie, "Na zachodzie bez zmian" bywała często i gęsto porównywana do "W stalowych burzach" (aka "Książę piechoty"). Autor posłowia słusznie zauważył, że o ile Erich był burżuazyjnym, postępowym liberałem, to ówczesny Jünger trzymał z ciemną stroną mocy. Szewczyk nie zauważył jednak, że niedługo potem Ernst przeszedł w rejony szarości.
W gruncie rzeczy obie książki, i Ericha, i Ernsta opowiadają o tym samym, nawet w takim sam sposób. I tu, i tam mamy zderzenie się młodego człowieka, wywodzącego się z mieszczaństwa z rozpętanym żywiołem, który pozostaje nie zrozumiały dla niego. Erich trzyma się kurczowo resztek człowieczeństwa i mentalności-moralności liberalnej, chociaż zdaje sobie sprawę, że szlag ją trafił w byle okopie na froncie zachodnim. Podobnie jak dla Ernsta, jest to doświadczenie pokoleniowe, warunkujące późniejsze życie młodych ludzi, z których w huraganowych nawałnicach pocisków, granatów i bomb oraz gazu uczyniono przedwcześnie starców. Erich również opisuje plastycznie życie w okopach, wszechobecną śmierć, problemy z zaopatrzeniem, upadek tabu dotyczących chociażby defekacji i seksu, nieadekwatność tego, o czym opowiadali nauczyciele do rzeczywistości, z jaką przyszło się młodym rekrutom zetknąć. Odmalowaniu piekła wojny pozycyjnej, pełnej naturalistycznych opisów śmierci i przemocy towarzyszy refleksja nad człowieczeństwem. Wartości liberalne, humanistyczne giną pod gradem kul. Główny bohater po własnoręcznym zabiciu żołnierza przeciwnika, z którym trafił do jednego leja po ostrzale artyleryjskim, próbuje go opatrzyć. Tłumaczy to sobie tym, że w razie gdyby przyszło mu zostać wziętym do niewoli, może i uznano by to za okoliczność łagodzącą. Później jednak przeraża go fakt, że odebrał mu życie. Namacalne życie, poznał imię tego człowieka, znalazł przy nim zdjęcie jego rodziny. Niewiele potrzeba było, by "przeszło mu" - gdy został odnaleziony przez towarzyszy broni, którzy wyjaśnili mu, że wojna już taka jest, że się zabija. W przeciwieństwie do Ernsta Erich nie służył od początku wojny, był saperem, od 1916 roku. Swoją książkę, opowiadającą o grupce przyjaciół z ławy szkolnej, którzy trafili na front, po czym stopniowo poginęli, zazwyczaj w bezsensowny sposób pisał nie tylko na bazie własnych doświadczeń, lecz też na bazie listów z frontu i innych doniesień. Niektórzy zarzucali mu przez to, że koloryzuje i pisze pod tezę.
Ernst przeczuwał nadejście nowego świata, nowej formy bytu. Od Żołnierza Frontowego, figury samotnej jednostki walczącej na froncie w wojnie, w której nie zostało nic z pojedynku, a w której nastały warunki jak w maszynce do mielenia mięsa, wiodła droga do Robotnika, który nie był już pasywnym przedmiotem absolutnej dominacji technologii nad sobą, i dalej. Jego poparcie dla nazizmu było krótkotrwałe i wzięło się nieco z przypadku. Książkę Ericha za to palono na stosach w III Rzeszy. Oprócz jednak kilku fragmentów (gdy autor wyciąga wnioski) nie różni się znacznie od książki Ernsta - jak już wspominałem, jedna i druga przedstawia ogrom i rozmach wojny jakiej świat jeszcze nie widział, jeden i drugi autor próbował zracjonalizować to, co się wydarzyło, nadać mu głębszy sens. Co ciekawe, fragmenty "Na zachodzie bez zmian" wysłano pewnego razu, w ramach żartu, do jednego z pism nazistowskich, gdzie zostały uznane za arcydzieło. Obaj autorzy opisali wojnę taką, jaką była. Bez owijania w bawełnę. Zauważyli bowiem to samo - cokolwiek mówiono im wcześniej, jakkolwiek wcześniej świat był zorganizowany, właśnie legł w gruzach, krwi i gównie.
Erich skupia się na uwypukleniu bezsensowności wojny. Nie robi tego jakoś bardzo nachalnie, ale nie widzi sensu w tym, co się dzieje, uważa to za niepotrzebne i szkodliwe, wychodząc z założenia ostatecznie, że nie ma sensu strzelać do takiego samego gościa jak ja, tylko mającego inną czapkę i inaczej mówiącego. I nie ukrywa tego, że nie widzi w tym sensu. Ja też w tym sensu nie widzę, gdyby ktoś się mnie pytał.
W posłowiu Wilhelma Szewczyka zestawiono Remarque'a z Ernstem Jüngerem. Faktycznie, "Na zachodzie bez zmian" bywała często i gęsto porównywana do "W stalowych burzach" (aka "Książę piechoty"). Autor posłowia słusznie zauważył, że o ile Erich był burżuazyjnym, postępowym liberałem, to ówczesny Jünger trzymał z ciemną stroną mocy. Szewczyk nie zauważył jednak, że niedługo potem Ernst przeszedł w rejony szarości.
W gruncie rzeczy obie książki, i Ericha, i Ernsta opowiadają o tym samym, nawet w takim sam sposób. I tu, i tam mamy zderzenie się młodego człowieka, wywodzącego się z mieszczaństwa z rozpętanym żywiołem, który pozostaje nie zrozumiały dla niego. Erich trzyma się kurczowo resztek człowieczeństwa i mentalności-moralności liberalnej, chociaż zdaje sobie sprawę, że szlag ją trafił w byle okopie na froncie zachodnim. Podobnie jak dla Ernsta, jest to doświadczenie pokoleniowe, warunkujące późniejsze życie młodych ludzi, z których w huraganowych nawałnicach pocisków, granatów i bomb oraz gazu uczyniono przedwcześnie starców. Erich również opisuje plastycznie życie w okopach, wszechobecną śmierć, problemy z zaopatrzeniem, upadek tabu dotyczących chociażby defekacji i seksu, nieadekwatność tego, o czym opowiadali nauczyciele do rzeczywistości, z jaką przyszło się młodym rekrutom zetknąć. Odmalowaniu piekła wojny pozycyjnej, pełnej naturalistycznych opisów śmierci i przemocy towarzyszy refleksja nad człowieczeństwem. Wartości liberalne, humanistyczne giną pod gradem kul. Główny bohater po własnoręcznym zabiciu żołnierza przeciwnika, z którym trafił do jednego leja po ostrzale artyleryjskim, próbuje go opatrzyć. Tłumaczy to sobie tym, że w razie gdyby przyszło mu zostać wziętym do niewoli, może i uznano by to za okoliczność łagodzącą. Później jednak przeraża go fakt, że odebrał mu życie. Namacalne życie, poznał imię tego człowieka, znalazł przy nim zdjęcie jego rodziny. Niewiele potrzeba było, by "przeszło mu" - gdy został odnaleziony przez towarzyszy broni, którzy wyjaśnili mu, że wojna już taka jest, że się zabija. W przeciwieństwie do Ernsta Erich nie służył od początku wojny, był saperem, od 1916 roku. Swoją książkę, opowiadającą o grupce przyjaciół z ławy szkolnej, którzy trafili na front, po czym stopniowo poginęli, zazwyczaj w bezsensowny sposób pisał nie tylko na bazie własnych doświadczeń, lecz też na bazie listów z frontu i innych doniesień. Niektórzy zarzucali mu przez to, że koloryzuje i pisze pod tezę.
Ernst przeczuwał nadejście nowego świata, nowej formy bytu. Od Żołnierza Frontowego, figury samotnej jednostki walczącej na froncie w wojnie, w której nie zostało nic z pojedynku, a w której nastały warunki jak w maszynce do mielenia mięsa, wiodła droga do Robotnika, który nie był już pasywnym przedmiotem absolutnej dominacji technologii nad sobą, i dalej. Jego poparcie dla nazizmu było krótkotrwałe i wzięło się nieco z przypadku. Książkę Ericha za to palono na stosach w III Rzeszy. Oprócz jednak kilku fragmentów (gdy autor wyciąga wnioski) nie różni się znacznie od książki Ernsta - jak już wspominałem, jedna i druga przedstawia ogrom i rozmach wojny jakiej świat jeszcze nie widział, jeden i drugi autor próbował zracjonalizować to, co się wydarzyło, nadać mu głębszy sens. Co ciekawe, fragmenty "Na zachodzie bez zmian" wysłano pewnego razu, w ramach żartu, do jednego z pism nazistowskich, gdzie zostały uznane za arcydzieło. Obaj autorzy opisali wojnę taką, jaką była. Bez owijania w bawełnę. Zauważyli bowiem to samo - cokolwiek mówiono im wcześniej, jakkolwiek wcześniej świat był zorganizowany, właśnie legł w gruzach, krwi i gównie.
Erich skupia się na uwypukleniu bezsensowności wojny. Nie robi tego jakoś bardzo nachalnie, ale nie widzi sensu w tym, co się dzieje, uważa to za niepotrzebne i szkodliwe, wychodząc z założenia ostatecznie, że nie ma sensu strzelać do takiego samego gościa jak ja, tylko mającego inną czapkę i inaczej mówiącego. I nie ukrywa tego, że nie widzi w tym sensu. Ja też w tym sensu nie widzę, gdyby ktoś się mnie pytał.
Ale przy tym paradoksalnie, mimo tego, że wczesny Jünger ze swoim żołnierskim nacjonalizmem jest co najmniej mętny, szczególnie przy uwzględnieniu kontekstu historycznego (należy pamiętać, że rewolucja konserwatywna nie dość, że była mimo wszystko na swój sposób konserwatywna, to jeszcze przyczyniła się do wytworzenia powszechnego dyskursu przychylnemu późniejszemu nazizmowi), właśnie on ze swoimi figurami i pasjonującą walką człowieka z technologią o swoją tożsamość przemawia do mnie silniej niż walczący o burżuazyjno-liberalny święty spokój Remarque, któremu o ile świat się zawalił, to nie postawił na gruzach niczego nowego, co nie wykracza poza przerażenie nowym światem, którego się nie rozumie. Przynajmniej w późniejszych swoich latach zaczął krytykować i zwalczać faszyzm.
Z drugiej strony Ernst też miał moment zwątpienia, czyli przytrafił mu się "Sturm".
Skomplikowane jest to wszystko.
Edgar Allan Poe "Opowieści niesamowite"
Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976. Okładka obłożona taką pseudo-jakby-skórą, na złoto wytłoczone litery.
Przekłady Bolesława Leśmiana i Stanisława Wyrzykowskiego.
Poego nie trzeba przedstawiać. Jeden z praszczurów zarówno horroru, jak i kryminału, weird, itd.
Klasyk, którego wstyd nie znać, co więcej, który się nie zestarzał aż tak, jak niektórzy inni klasycy. Czasem trąci to wszystko myszką, ale generalnie jest nadal urokliwe.
Przekład Leśmiana przypadł mi do gustu bardziej niż drugiego z szanownych tłumaczy. Leśmian, młodopolski poeta, gość z epoki nieźle oddał klimat czasów.
A co naskrobał sam Poe? Rzeczy dziwne, niepokojące, przejmujące. Źródła tego Nieznanego mogą być różne - zarówno widać echa nadnaturalnych obsesji bardzo popularnych w czasach autora (pozorny zgon czy też lęk przed pogrzebaniem żywcem, hipnoza, mesmeryzm, statki-widmo, teoria pustej ziemi wydrążonej wewnątrz), innych obsesji, wiecznych jak człowiek i jego twórczość (klątwy, uroki, bezradność w sytuacji skrajnej, chęć zemsty) jak, nieco dla kontrastu, wiary w możliwości rozumowego przejrzenia rzeczywistości przez jednostki obdarzone zmysłem analitycznym. Szczerze mówiąc, jedno z tych opowiadań quasi-kryminalnych mnie szczerze znudziło i nie doczytałem go do końca (Tajemnica Marii Roget), to jedyny taki przypadek w całym tym zbiorze, resztę czytało mi się miło i przyjemnie a nawet z zapałem (Czarny kot, Berenice, Beczka Amontillada). Oprócz tego kilka historii opowiada o dżumie, jedno o poszukiwaniu skarbu, jedno wreszcie dosyć abstrakcyjne, fikuśna bajka o czasie.
Autor buduje nastrój grozy/niepokoju stopniowo, krok za krokiem. Zwykle najbardziej przejmującym/przerażającym dowala czytelnikowi na koniec, jest od tej reguły kilka wyjątków. W sumie widać, od kogo wziął właśnie taką konstrukcję opowiadań Lovecraft. Zapożyczył od Poego również sposób narracji bardzo charakterystyczny, wiecie, jak typ opowiada, że jest szanownym dżentelmenem i racjonalistą, ale nagle coś się przytrafia dziwnego, i potem historia się rozwija.
Bywają chwile, kiedy nawet dla trzeźwych oczu rozumu świat naszego nieszczęsnego człowieczeństwa staje się podobny do piekła; atoli wyobraźnia ludzka nie może, jak Carathis, badać bezkarnie wszystkich jego czeluści. Niestety! straszliwszy korowód lęków pogrzebowych nie jest tylko urojeniem. Niby owe demony, które towarzyszyły Afrasiabowi w jego podróży przez Oxus, muszą one spoczywać we śnie albo nas pochłoną - trzeba je uśpić, jeśli nie chcemy zginąć. Ot, właśnie. Słowo na zakończenie.
Przekłady Bolesława Leśmiana i Stanisława Wyrzykowskiego.
Poego nie trzeba przedstawiać. Jeden z praszczurów zarówno horroru, jak i kryminału, weird, itd.
Klasyk, którego wstyd nie znać, co więcej, który się nie zestarzał aż tak, jak niektórzy inni klasycy. Czasem trąci to wszystko myszką, ale generalnie jest nadal urokliwe.
Przekład Leśmiana przypadł mi do gustu bardziej niż drugiego z szanownych tłumaczy. Leśmian, młodopolski poeta, gość z epoki nieźle oddał klimat czasów.
A co naskrobał sam Poe? Rzeczy dziwne, niepokojące, przejmujące. Źródła tego Nieznanego mogą być różne - zarówno widać echa nadnaturalnych obsesji bardzo popularnych w czasach autora (pozorny zgon czy też lęk przed pogrzebaniem żywcem, hipnoza, mesmeryzm, statki-widmo, teoria pustej ziemi wydrążonej wewnątrz), innych obsesji, wiecznych jak człowiek i jego twórczość (klątwy, uroki, bezradność w sytuacji skrajnej, chęć zemsty) jak, nieco dla kontrastu, wiary w możliwości rozumowego przejrzenia rzeczywistości przez jednostki obdarzone zmysłem analitycznym. Szczerze mówiąc, jedno z tych opowiadań quasi-kryminalnych mnie szczerze znudziło i nie doczytałem go do końca (Tajemnica Marii Roget), to jedyny taki przypadek w całym tym zbiorze, resztę czytało mi się miło i przyjemnie a nawet z zapałem (Czarny kot, Berenice, Beczka Amontillada). Oprócz tego kilka historii opowiada o dżumie, jedno o poszukiwaniu skarbu, jedno wreszcie dosyć abstrakcyjne, fikuśna bajka o czasie.
Autor buduje nastrój grozy/niepokoju stopniowo, krok za krokiem. Zwykle najbardziej przejmującym/przerażającym dowala czytelnikowi na koniec, jest od tej reguły kilka wyjątków. W sumie widać, od kogo wziął właśnie taką konstrukcję opowiadań Lovecraft. Zapożyczył od Poego również sposób narracji bardzo charakterystyczny, wiecie, jak typ opowiada, że jest szanownym dżentelmenem i racjonalistą, ale nagle coś się przytrafia dziwnego, i potem historia się rozwija.
Bywają chwile, kiedy nawet dla trzeźwych oczu rozumu świat naszego nieszczęsnego człowieczeństwa staje się podobny do piekła; atoli wyobraźnia ludzka nie może, jak Carathis, badać bezkarnie wszystkich jego czeluści. Niestety! straszliwszy korowód lęków pogrzebowych nie jest tylko urojeniem. Niby owe demony, które towarzyszyły Afrasiabowi w jego podróży przez Oxus, muszą one spoczywać we śnie albo nas pochłoną - trzeba je uśpić, jeśli nie chcemy zginąć. Ot, właśnie. Słowo na zakończenie.
J.G.Ballard "Witaj, Ameryko"
Wydawnictwo "Książnica", seria kieszonkowa. Znów łup z Taniej Książki.
Pełnowartościowa historia o symulakrach. Ale może po kolei.
Pod koniec XX wieku nastąpiła seria katastrof ekologicznych (częściowo wywołanych przez człowieka - któremu chciało się np. postawić Tamę Beringa), która zbiegła się z kryzysem energetycznym na gigantyczną skalę. W wyniku tych wydarzeń, które spowodowały pustynnienie większej części Stanów Zjednoczonych oraz stworzyły uroczą dżunglę w stanach centralnych i południowych (np. w Nevadzie) oraz wymusiły powrót do silników parowych (także w motoryzacji) ostatecznie miliony mieszkańców Stanów wyemigrowało do Europy. Kontynent opustoszał, niezdatny (przynajmniej tak się wydawało) do zamieszkania. Tymczasem Europa cofnęła się do w rozwoju do XIX wieku, powstało tam coś w rodzaju quasi-stalinizmu ze stolicą w Moskwie, racjonalizuje się żywność, ubrania, itd. Kolonie amerykańskie powoli integrują się z europejczykami, potomkowie dawnych emigrantów powracają do nazwisk przodków, itd. Rząd Stanów Zjednoczonych istnieje przez jakiś czas w Europie, po czym rozwiązuje się, gdy prezydent Brown zamyka się w klasztorze zen w Japonii (niedługo potem Japonia zostaje zamieniona przez zmienione prący morskie w lodowe pustkowie).
Mijają lata. Zza oceanu do Europy dochodzi zwiększony poziom promieniowania. Czy to dawne elektrownie atomowe rozpadają się ze starości lub starożytne rakiety balistyczne rdzewieją w silosach? A może coś jednak tam się dzieje? Ktoś tam żyje? I pyrga sobie niefrasobliwie bronią nuklearną na lewo i prawo?
Dlatego też w końcu do Stanów wypływa z Europy wyprawa, która ma sprawdzić co i jak. W skład wchodzą naukowcy i marynarze, którzy mają korzenie amerykańskie. Pojawia się konflikt kompetencji miedzy kapitanem statku SS "Apollo", Steinerem i komisarzem Grigorijem Orłowskim [przodkowie Orłowskiego wyjechali do USA z Ukrainy, zanim ostatecznie przyszło im wrócić do kraju przodków; w USA nosili nazwisko... Orwell], rozwiązany wkrótce na korzyść... pasażera na gapę, niejakiego Wayne'a, fascynata Ameryki, goniącego za marzeniem o odrodzeniu kontynentu i odbudowaniu potęgi sprzed lat. Oraz szukającego człowieka, który mógł być jego ojcem, a który zaginął na kontynencie w czasie poprzedniej, nieudanej wyprawy. Nie on jeden jednak niósł w sobie marzenia o kraju wolności, przestrzeni i ogromnych możliwości. Podobne nastroje szybko opanowały także resztę uczestników ekspedycji. Każde z nich szukało własnego El Dorado. Nadziei na lepsze jutro.
Nowy Jork zastali zakopany w piaskach pustyni drapieżnie pochłaniającej dawne miasto. Nikt ich tam nie powitał hamburgerami i komiksami, jak oczekiwali. Przyszło im potem wieść długą drogę przez kontynent, aż w puszczach Nevady natrafili na świecące wszystkimi neonami Las Vegas, kontrolowane przez milicje latynoskich nastolatków (lecz nie tylko) pod dowództwem samozwańczego prezydenta... Charlesa Mansona, który za pomocą posiadanej broni nuklearnej walczy z "zarazą", niszcząc opustoszałe miasta na kontynencie. Wayne zaś odnalazł, czego szukał, ale znalazł też znacznie więcej - a część zgubił (wiem jak to zdanie brzmi, ale nie poradzę, bez nadmiernych spoilerów się inaczej nie da).
Manson (tutaj bez znaku charakterystycznego pomiędzy brwiami) i jego ludzie nie są jedynymi mieszkańcami zniszczonego kontynentu. W pustyni i w puszczy żyją plemiona nomadów, nazwanych przez autora Indianami oraz prawdziwymi amerykanami - Geje w San Francisco, Rozwódki w Reno i Biurokraci w Waszyngtonie. Niedobitki Urzędników (przyłączyli się do wyprawy), noszących stare garnitury jako oznakę przynależności plemiennej i nadających funkcję kultową np. niedziałającym do lat kalkulatorom noszą imiona dawnych produktów i korporacji, np. - 7-UP, Big Mac, Exxon. Wszystkie kobiety noszą imię Xerox, bo robią dobre kopie.
Dlaczego na początku napisałem, że to opowieść ze świata symulakrów ? (jak miło czasem myśleć Baudrillardem)
Bo dotyczy potęgi wyobrażeń i sztucznych, odtworzonych obrazów. Bohaterowie natrafiają na gigantyczne hologramy na niebie, mające albo odstraszyć wrogów prezydenta Mansona, albo przyciągnąć potencjalnych sojuszników - Wayne pognał w stronę Vegas po tym, jak zobaczył widziadła - aktorów grających w słynnych westernach. Nad bombardowanymi miastami wyświetlano Myszkę Miki lub Enterprise (ten ze "Star Treka"). Członkowie ekspedycji zbierają dobra niedostępne w Europie, które w opuszczonych w pospiechu miastach zachodniego wybrzeża jeszcze zalegają. Dla doktor Anny Summers szminka i kosmetyki stają się relikwiami niby z raju utraconego, podobnie dla innego naukowca, McNaira, zbierającego broń i stylizującego się na gangstera z lat '20 - '30 XX wieku. Gdy ekipa wyrusza przez pustynie, nacieranie całych połaci ciała starymi kosmetykami (by uniknąć oparzeń słonecznych) znacznie przekracza funkcję ochronną, a wchodzi w funkcję kultową, szalony kult cargo, kult pamięci i wyobraźni, kult dawnej Ameryki, tęsknota za utraconą (pop)kulturą, za miastami neonów, za wyobrażoną krainą nieograniczonych możliwości. Tęsknota za własnymi marzeniami marzących o lepszym, cudowniejszym, dzikim i niezwykłym świecie.
Potem pojawiają się zaś roboty. Idealne, człekokształtne kopie artystów, aktorów, muzyków - oraz prezydentów USA. Aktorzy wypowiadają kwestie, z których są najbardziej znani, piosenkarze śpiewają stare przeboje. Prezydenci przypominają słynne przemówienia, bon moty, itp. Jakże przejmująca jest jedna z ostatnich scen, w której te symulakry dawnych prezydentów, uzbrojone dodajmy, idą po Mansona. Obleczone w mechaniczne ciała wyobrażenia o dawnej przeszłości, pięknej i tragicznej, strasznej i dumnej idą po szaleńca-uzurpatora. Ależ to wymowne!
Równie wymowne jest samo zakończenie (uh, miało nie być spoilerów, trudno) - główni bohaterowie odlatują w stronę słońca w szklanych maszynach napędzanych promieniami słonecznymi.
Nadszedł czas na nowe sny, godne prawdziwego dnia jutrzejszego, marzenia o pierwszym z prezydentów Słonecznych Ptaków. Zostawili symulakry za sobą i wyruszyli na spotkanie Nowego.
Typowym fanom post-apo książka może się nie spodobać, bo mało w niej typowego post-apo, ale ci, którzy lubią ambitne lektury nie zawiodą się na niej. Polecam gorąco. Książka miała kilka różnych wydań, nie powinno być trudności z dotarciem do któregokolwiek z nich.
Pełnowartościowa historia o symulakrach. Ale może po kolei.
Pod koniec XX wieku nastąpiła seria katastrof ekologicznych (częściowo wywołanych przez człowieka - któremu chciało się np. postawić Tamę Beringa), która zbiegła się z kryzysem energetycznym na gigantyczną skalę. W wyniku tych wydarzeń, które spowodowały pustynnienie większej części Stanów Zjednoczonych oraz stworzyły uroczą dżunglę w stanach centralnych i południowych (np. w Nevadzie) oraz wymusiły powrót do silników parowych (także w motoryzacji) ostatecznie miliony mieszkańców Stanów wyemigrowało do Europy. Kontynent opustoszał, niezdatny (przynajmniej tak się wydawało) do zamieszkania. Tymczasem Europa cofnęła się do w rozwoju do XIX wieku, powstało tam coś w rodzaju quasi-stalinizmu ze stolicą w Moskwie, racjonalizuje się żywność, ubrania, itd. Kolonie amerykańskie powoli integrują się z europejczykami, potomkowie dawnych emigrantów powracają do nazwisk przodków, itd. Rząd Stanów Zjednoczonych istnieje przez jakiś czas w Europie, po czym rozwiązuje się, gdy prezydent Brown zamyka się w klasztorze zen w Japonii (niedługo potem Japonia zostaje zamieniona przez zmienione prący morskie w lodowe pustkowie).
Mijają lata. Zza oceanu do Europy dochodzi zwiększony poziom promieniowania. Czy to dawne elektrownie atomowe rozpadają się ze starości lub starożytne rakiety balistyczne rdzewieją w silosach? A może coś jednak tam się dzieje? Ktoś tam żyje? I pyrga sobie niefrasobliwie bronią nuklearną na lewo i prawo?
Dlatego też w końcu do Stanów wypływa z Europy wyprawa, która ma sprawdzić co i jak. W skład wchodzą naukowcy i marynarze, którzy mają korzenie amerykańskie. Pojawia się konflikt kompetencji miedzy kapitanem statku SS "Apollo", Steinerem i komisarzem Grigorijem Orłowskim [przodkowie Orłowskiego wyjechali do USA z Ukrainy, zanim ostatecznie przyszło im wrócić do kraju przodków; w USA nosili nazwisko... Orwell], rozwiązany wkrótce na korzyść... pasażera na gapę, niejakiego Wayne'a, fascynata Ameryki, goniącego za marzeniem o odrodzeniu kontynentu i odbudowaniu potęgi sprzed lat. Oraz szukającego człowieka, który mógł być jego ojcem, a który zaginął na kontynencie w czasie poprzedniej, nieudanej wyprawy. Nie on jeden jednak niósł w sobie marzenia o kraju wolności, przestrzeni i ogromnych możliwości. Podobne nastroje szybko opanowały także resztę uczestników ekspedycji. Każde z nich szukało własnego El Dorado. Nadziei na lepsze jutro.
Nowy Jork zastali zakopany w piaskach pustyni drapieżnie pochłaniającej dawne miasto. Nikt ich tam nie powitał hamburgerami i komiksami, jak oczekiwali. Przyszło im potem wieść długą drogę przez kontynent, aż w puszczach Nevady natrafili na świecące wszystkimi neonami Las Vegas, kontrolowane przez milicje latynoskich nastolatków (lecz nie tylko) pod dowództwem samozwańczego prezydenta... Charlesa Mansona, który za pomocą posiadanej broni nuklearnej walczy z "zarazą", niszcząc opustoszałe miasta na kontynencie. Wayne zaś odnalazł, czego szukał, ale znalazł też znacznie więcej - a część zgubił (wiem jak to zdanie brzmi, ale nie poradzę, bez nadmiernych spoilerów się inaczej nie da).
Manson (tutaj bez znaku charakterystycznego pomiędzy brwiami) i jego ludzie nie są jedynymi mieszkańcami zniszczonego kontynentu. W pustyni i w puszczy żyją plemiona nomadów, nazwanych przez autora Indianami oraz prawdziwymi amerykanami - Geje w San Francisco, Rozwódki w Reno i Biurokraci w Waszyngtonie. Niedobitki Urzędników (przyłączyli się do wyprawy), noszących stare garnitury jako oznakę przynależności plemiennej i nadających funkcję kultową np. niedziałającym do lat kalkulatorom noszą imiona dawnych produktów i korporacji, np. - 7-UP, Big Mac, Exxon. Wszystkie kobiety noszą imię Xerox, bo robią dobre kopie.
Dlaczego na początku napisałem, że to opowieść ze świata symulakrów ? (jak miło czasem myśleć Baudrillardem)
Bo dotyczy potęgi wyobrażeń i sztucznych, odtworzonych obrazów. Bohaterowie natrafiają na gigantyczne hologramy na niebie, mające albo odstraszyć wrogów prezydenta Mansona, albo przyciągnąć potencjalnych sojuszników - Wayne pognał w stronę Vegas po tym, jak zobaczył widziadła - aktorów grających w słynnych westernach. Nad bombardowanymi miastami wyświetlano Myszkę Miki lub Enterprise (ten ze "Star Treka"). Członkowie ekspedycji zbierają dobra niedostępne w Europie, które w opuszczonych w pospiechu miastach zachodniego wybrzeża jeszcze zalegają. Dla doktor Anny Summers szminka i kosmetyki stają się relikwiami niby z raju utraconego, podobnie dla innego naukowca, McNaira, zbierającego broń i stylizującego się na gangstera z lat '20 - '30 XX wieku. Gdy ekipa wyrusza przez pustynie, nacieranie całych połaci ciała starymi kosmetykami (by uniknąć oparzeń słonecznych) znacznie przekracza funkcję ochronną, a wchodzi w funkcję kultową, szalony kult cargo, kult pamięci i wyobraźni, kult dawnej Ameryki, tęsknota za utraconą (pop)kulturą, za miastami neonów, za wyobrażoną krainą nieograniczonych możliwości. Tęsknota za własnymi marzeniami marzących o lepszym, cudowniejszym, dzikim i niezwykłym świecie.
Potem pojawiają się zaś roboty. Idealne, człekokształtne kopie artystów, aktorów, muzyków - oraz prezydentów USA. Aktorzy wypowiadają kwestie, z których są najbardziej znani, piosenkarze śpiewają stare przeboje. Prezydenci przypominają słynne przemówienia, bon moty, itp. Jakże przejmująca jest jedna z ostatnich scen, w której te symulakry dawnych prezydentów, uzbrojone dodajmy, idą po Mansona. Obleczone w mechaniczne ciała wyobrażenia o dawnej przeszłości, pięknej i tragicznej, strasznej i dumnej idą po szaleńca-uzurpatora. Ależ to wymowne!
Równie wymowne jest samo zakończenie (uh, miało nie być spoilerów, trudno) - główni bohaterowie odlatują w stronę słońca w szklanych maszynach napędzanych promieniami słonecznymi.
Nadszedł czas na nowe sny, godne prawdziwego dnia jutrzejszego, marzenia o pierwszym z prezydentów Słonecznych Ptaków. Zostawili symulakry za sobą i wyruszyli na spotkanie Nowego.
Typowym fanom post-apo książka może się nie spodobać, bo mało w niej typowego post-apo, ale ci, którzy lubią ambitne lektury nie zawiodą się na niej. Polecam gorąco. Książka miała kilka różnych wydań, nie powinno być trudności z dotarciem do któregokolwiek z nich.
niedziela, 29 grudnia 2013
Odpryski XXVI
1) Spotkałem wczoraj w lesie sympatyczną starowinkę, która zbierała kamienie. Widząc
moje zdziwione spojrzenie odrzekła spokojnie, iż zbiera tylko te
kamienie, które śpiewają najładniej.
Ot, magia świętokrzyskich lasów.
2) Cóż robiłem w lesie? Odczuwałem obecność sfery sacrum, lub czegoś do niej zbliżonego. Zdecydowanie dobrze czuję się w lesie. Otoczony życiem, otoczony echami żywiołów. Zerwaliśmy jako gatunek kontakt z naturą, odgrodziliśmy się betonem, stalą, plastikiem i bezprzewodowym internetem od kosmicznych cykli czasu, od źródeł wartości i wewnętrznej równowagi. Przez co czasem próba dotarcia z powrotem do natury przeradza się w atawizm równie zabawny (i w gruncie rzeczy w niewiele mniej szkodliwy) jak chrześcijaństwo. Sfera sacrum jest pojmowana subiektywnie, ewoluuje też razem z człowiekiem. Tylko pory roku następują po sobie stale tak samo.
Rozmyślałem tam też, radując się promieniami długiego słońca przebijającymi się przez chmury i mile dla oka kontrastującymi z cieniami pni drzew i gałęzi, odmalowanymi na kępach trawy wyrastającej z omszałego podłoża, nad aktem apostazji. W sumie taki akt jest jednak bezsensowny. Z Kościoła Katolickiego nie da się formalnie wypisać, bo akt apostazji nie jest anty-chrztem. Nie ma anty-chrztu. Apostata, zdaniem KK, jeśli zdanie tego molocha kogokolwiek obchodzi, nadal jest katolikiem, tylko ekskomunikowanym.
Spośród wszystkich radości Życia, Kościół odebrał swoim byłym (i/lub nie poczuwającym się dłużej do bycia nimi) członkom nawet możliwości uwolnienia się od siebie.
Rozmyślania w sam raz na Boże Narodzenie i na kilka dni po.
3) Sylwester i Nowy Rok to w sumie daty czysto umowne. Jak dla mnie, nie tyle symbolizują odnowienie i następstwo cykli, co raczej po prostu upływający czas i jego nieuchronność. Nie składam więc życzeń Wam, drodzy czytelnicy, akurat z tych okazji. Po prostu skorzystajcie mądrze z dorobku hedonizmu (jako filozofii), do tego wyszydzając tabu i sięgając wzrokiem gdzieś hen, poza linię graniczną nihilizmu, tam gdzie jest świeże powietrze i czekają nowe wartości. No, pozdrawiam.
Ot, magia świętokrzyskich lasów.
2) Cóż robiłem w lesie? Odczuwałem obecność sfery sacrum, lub czegoś do niej zbliżonego. Zdecydowanie dobrze czuję się w lesie. Otoczony życiem, otoczony echami żywiołów. Zerwaliśmy jako gatunek kontakt z naturą, odgrodziliśmy się betonem, stalą, plastikiem i bezprzewodowym internetem od kosmicznych cykli czasu, od źródeł wartości i wewnętrznej równowagi. Przez co czasem próba dotarcia z powrotem do natury przeradza się w atawizm równie zabawny (i w gruncie rzeczy w niewiele mniej szkodliwy) jak chrześcijaństwo. Sfera sacrum jest pojmowana subiektywnie, ewoluuje też razem z człowiekiem. Tylko pory roku następują po sobie stale tak samo.
Rozmyślałem tam też, radując się promieniami długiego słońca przebijającymi się przez chmury i mile dla oka kontrastującymi z cieniami pni drzew i gałęzi, odmalowanymi na kępach trawy wyrastającej z omszałego podłoża, nad aktem apostazji. W sumie taki akt jest jednak bezsensowny. Z Kościoła Katolickiego nie da się formalnie wypisać, bo akt apostazji nie jest anty-chrztem. Nie ma anty-chrztu. Apostata, zdaniem KK, jeśli zdanie tego molocha kogokolwiek obchodzi, nadal jest katolikiem, tylko ekskomunikowanym.
Spośród wszystkich radości Życia, Kościół odebrał swoim byłym (i/lub nie poczuwającym się dłużej do bycia nimi) członkom nawet możliwości uwolnienia się od siebie.
Rozmyślania w sam raz na Boże Narodzenie i na kilka dni po.
3) Sylwester i Nowy Rok to w sumie daty czysto umowne. Jak dla mnie, nie tyle symbolizują odnowienie i następstwo cykli, co raczej po prostu upływający czas i jego nieuchronność. Nie składam więc życzeń Wam, drodzy czytelnicy, akurat z tych okazji. Po prostu skorzystajcie mądrze z dorobku hedonizmu (jako filozofii), do tego wyszydzając tabu i sięgając wzrokiem gdzieś hen, poza linię graniczną nihilizmu, tam gdzie jest świeże powietrze i czekają nowe wartości. No, pozdrawiam.
Kirył Bułyczow "Retrogenetyka i inne opowiadania"
Ot, poczciwości mnóstwo. Większość z zawartych w tym zbiorze opowiadań miałem już okazję czytać gdzie indziej. Większość rozgrywa się w Wielkim Guslarze, kilka gdzie indziej, ale tak czy owak wszystkie są bardzo poczciwe, pogodne i optymistyczne.
Za to nadal jest zagadką dla mnie czemu kiedyś był Kirył, a od jakiegoś czasu później jest Kir.
Jakkolwiek by nie brzmiało po polsku jego imię (pseudonim znaczy się, jeśli dobrze kojarzę), spokojnie można go dokooptować do radosnej zbieraniny nie mających nieraz niczego ze sobą wspólnego autorów uznanych autorytatywnie na mocy subiektywnych moich odczuć przeze mnie za praszczurów bizarro. Bo do czego innego można zaliczyć opowiadania o piecu samobieżnym poruszającym się na poduszce powietrznej, o tym, że wystarczy "biec" w powietrzu, by nie spaść, o hodowli kochających ludzi pterodaktyli i termometrze mierzącym temperaturę uczuć? Lub o ludziach zmieniających się w ryby i ptaki (mieszkających na pewnej dalekiej planecie - takie mechanizmy obronne wykształciła tam ewolucja), co spowodowało skandal na igrzyskach olimpijskich?
Za to nadal jest zagadką dla mnie czemu kiedyś był Kirył, a od jakiegoś czasu później jest Kir.
Jakkolwiek by nie brzmiało po polsku jego imię (pseudonim znaczy się, jeśli dobrze kojarzę), spokojnie można go dokooptować do radosnej zbieraniny nie mających nieraz niczego ze sobą wspólnego autorów uznanych autorytatywnie na mocy subiektywnych moich odczuć przeze mnie za praszczurów bizarro. Bo do czego innego można zaliczyć opowiadania o piecu samobieżnym poruszającym się na poduszce powietrznej, o tym, że wystarczy "biec" w powietrzu, by nie spaść, o hodowli kochających ludzi pterodaktyli i termometrze mierzącym temperaturę uczuć? Lub o ludziach zmieniających się w ryby i ptaki (mieszkających na pewnej dalekiej planecie - takie mechanizmy obronne wykształciła tam ewolucja), co spowodowało skandal na igrzyskach olimpijskich?
Brian Lumley "Nekroskop 2: Wampiry"
Ach, klasyk. I to jeszcze z Phantom Press International. Przez lata stał na półce w miejscu nasłonecznionym - aż wyblakł, bidoczek.
Czytałem to kiedyś, bardzo dawno. Nie planowałem wracać do tej książki, jednak w ostatnim "Grabarzu Polskim" (nr 44) było o cyklu Nekroskop (recenzje pierwszych trzech części), więc postanowiłem sobie posiadany jedyny posiadany tom odświeżyć. Tych tomów jest w sumie 17 (tak, siedemnaście), wliczając w to pod-serie i zbiór opowiadań. Pierwszy ukazał się w 1986 roku, ostatni w 2010.
W sumie tytuł oryginału - "Necroscope II: Wamphyri" można by przetłumaczyć inaczej niż "Wampiry" (np. jako "Wąpierze" - no co, o ileż bardziej klimatycznie by to brzmiało), ale nie czepiajmy się niepotrzebnie. Tłumacz z Phantom Press, zresztą nie wymieniony z nazwiska, spisał się nieźle. Gdzieniegdzie coś lekko zgrzytało, ale w porównaniu np. do "ryb i chipsów" z któregoś tomu cyklu o krabach (to samo wydawnictwo) nie ma wpadek spektakularnych.
Zasługą Lumley'a jest bez wątpienia to, że wykreował bardzo interesującą wizję wampirów. Ocierającą się w sumie o horror cielesny. Wampir jest osobną istotą, pasożytem żyjącym w ludzkim ciele. Może jednak też żyć poza organizmem nosiciela. Tak czy owak, jest ektoplazmatycznym czymś, może przybierać rozmaite kształty i formy. Na przestrzeni tysiącleci życia danego wampira, człowiek i pasożyt mogą w pełni zintegrować się w jedno.
Wampir (ten w człowieku) może przyjmować różne kształty również razem z nosicielem. Z elementów siebie (np. zębów) wampir może tworzyć inne byty wampiryczne, nierozumną ektoplazmę bez nosiciela. Może także zmieniać innych na swój obraz i podobieństwo, przez ugryzienie, wprowadzenie swojej ektoplazmy w ranę (lub przez uprawnianie seksu - chyba, nie zostało to dokładnie wyjaśnione). To wszystko jest bardziej skomplikowane, "hierarchia bytów" jest dłuższa, ale do krótkiej notki na blogu wystarczy tyle. Zresztą, kolejne części cyklu przynoszą więcej wyjaśnień, których nie znam.
Takiego wampira można jednak zabić klasycznymi metodami - przez wbicie kołka w serce, odcięcie głowy, następnie - dla pewności - spalenie lub zalanie wodą święconą.
Tom drugi cyklu jest bezpośrednią kontynuacją tomu pierwszego, jednak wszystko zostaje na bieżąco przypomniane i zaspoilerowane, więc nie znając części pierwszej i tak można mieć frajdę z czytania.
Fabuła jest wielowątkowa. Akcja płynie wartko, bohaterowie szwendają się w te i we wte po zimnowojennej Europie, w retrospekcjach zaś dawno zmarłych wampirów i ludzi (z którymi może się porozumiewać tytułowy nekroskop, Harry Keogh) mamy okazję pozwiedzać średniowieczną Wołoszczyznę, Kijów i bardzo szeroko pojęte przyległości, np. Konstantynopol. Do tego we współczesności świata przedstawionego mamy jeszcze rozgrywki wywiadów parapsychologicznych - radzieckiego Wydziału E i brytyjskiego INTESP, które jednoczą siły przeciwko wspólnemu wrogowi - Wampirom.
Autor znalazł też ciekawe zastosowanie dla kontinuum Möbiusa, pozbawiony powłoki cielesnej Harry (znajduje ją sobie dopiero pod koniec książki) porusza się przez nie.
Nie ma sensu dokładniej przedstawiać fabuły, bo dzieje się wiele, zapewniam że wszystkie wątki się ładnie ze sobą wiążą, nie ma dłużyzn - oprócz miejsc, gdzie autor musi co nieco wyjaśnić - jest sporo przemocy, opisów krwistych i mało estetycznych, także nieco seksu - ale to, rzecz jasna, nie jest porno.
Na przykładzie tomu drugiego cały cykl wydaje się być bardzo interesujący, większość tomów (chyba szesnaście) wydało współcześnie vis-a-vis etiuda; jeśli ktoś chce pozbyć się niesmaku po tym, co z wampirów zrobiły książki typu cykl "Zmierzch", to nie powinien zawieść się na "Nekroskopie".
Czytałem to kiedyś, bardzo dawno. Nie planowałem wracać do tej książki, jednak w ostatnim "Grabarzu Polskim" (nr 44) było o cyklu Nekroskop (recenzje pierwszych trzech części), więc postanowiłem sobie posiadany jedyny posiadany tom odświeżyć. Tych tomów jest w sumie 17 (tak, siedemnaście), wliczając w to pod-serie i zbiór opowiadań. Pierwszy ukazał się w 1986 roku, ostatni w 2010.
W sumie tytuł oryginału - "Necroscope II: Wamphyri" można by przetłumaczyć inaczej niż "Wampiry" (np. jako "Wąpierze" - no co, o ileż bardziej klimatycznie by to brzmiało), ale nie czepiajmy się niepotrzebnie. Tłumacz z Phantom Press, zresztą nie wymieniony z nazwiska, spisał się nieźle. Gdzieniegdzie coś lekko zgrzytało, ale w porównaniu np. do "ryb i chipsów" z któregoś tomu cyklu o krabach (to samo wydawnictwo) nie ma wpadek spektakularnych.
Zasługą Lumley'a jest bez wątpienia to, że wykreował bardzo interesującą wizję wampirów. Ocierającą się w sumie o horror cielesny. Wampir jest osobną istotą, pasożytem żyjącym w ludzkim ciele. Może jednak też żyć poza organizmem nosiciela. Tak czy owak, jest ektoplazmatycznym czymś, może przybierać rozmaite kształty i formy. Na przestrzeni tysiącleci życia danego wampira, człowiek i pasożyt mogą w pełni zintegrować się w jedno.
Wampir (ten w człowieku) może przyjmować różne kształty również razem z nosicielem. Z elementów siebie (np. zębów) wampir może tworzyć inne byty wampiryczne, nierozumną ektoplazmę bez nosiciela. Może także zmieniać innych na swój obraz i podobieństwo, przez ugryzienie, wprowadzenie swojej ektoplazmy w ranę (lub przez uprawnianie seksu - chyba, nie zostało to dokładnie wyjaśnione). To wszystko jest bardziej skomplikowane, "hierarchia bytów" jest dłuższa, ale do krótkiej notki na blogu wystarczy tyle. Zresztą, kolejne części cyklu przynoszą więcej wyjaśnień, których nie znam.
Takiego wampira można jednak zabić klasycznymi metodami - przez wbicie kołka w serce, odcięcie głowy, następnie - dla pewności - spalenie lub zalanie wodą święconą.
Tom drugi cyklu jest bezpośrednią kontynuacją tomu pierwszego, jednak wszystko zostaje na bieżąco przypomniane i zaspoilerowane, więc nie znając części pierwszej i tak można mieć frajdę z czytania.
Fabuła jest wielowątkowa. Akcja płynie wartko, bohaterowie szwendają się w te i we wte po zimnowojennej Europie, w retrospekcjach zaś dawno zmarłych wampirów i ludzi (z którymi może się porozumiewać tytułowy nekroskop, Harry Keogh) mamy okazję pozwiedzać średniowieczną Wołoszczyznę, Kijów i bardzo szeroko pojęte przyległości, np. Konstantynopol. Do tego we współczesności świata przedstawionego mamy jeszcze rozgrywki wywiadów parapsychologicznych - radzieckiego Wydziału E i brytyjskiego INTESP, które jednoczą siły przeciwko wspólnemu wrogowi - Wampirom.
Autor znalazł też ciekawe zastosowanie dla kontinuum Möbiusa, pozbawiony powłoki cielesnej Harry (znajduje ją sobie dopiero pod koniec książki) porusza się przez nie.
Nie ma sensu dokładniej przedstawiać fabuły, bo dzieje się wiele, zapewniam że wszystkie wątki się ładnie ze sobą wiążą, nie ma dłużyzn - oprócz miejsc, gdzie autor musi co nieco wyjaśnić - jest sporo przemocy, opisów krwistych i mało estetycznych, także nieco seksu - ale to, rzecz jasna, nie jest porno.
Na przykładzie tomu drugiego cały cykl wydaje się być bardzo interesujący, większość tomów (chyba szesnaście) wydało współcześnie vis-a-vis etiuda; jeśli ktoś chce pozbyć się niesmaku po tym, co z wampirów zrobiły książki typu cykl "Zmierzch", to nie powinien zawieść się na "Nekroskopie".
piątek, 27 grudnia 2013
Ursula K. LeGuin "Ziemiomorze"
Ukończenie cyklu zajęło autorce ponad trzydzieści lat. Ostatnie dwie książki ukazały się w 2001 roku, pierwsza w 1968. Mimo tego, jak dla mnie (i zapewne nie tylko jak dla mnie) "Czarnoksiężnik z Archipelagu" i kolejne części sagi o Arcymagu Gedzie i Tenar, byłej kapłance Bezimiennych to pozycja absolutnie kultowa, kwintesencja high fantasy, klasyk gatunku i punkt orientacyjny na mapie wyobraźni. Osobiście stawiam dzieło LeGuin wyżej od chociażby takiego klasyka jak Tolkien. Mam jednak na uwadze to, że Tolkien stanowił jedno ze źródeł inspiracji dla LeGuin.
Jeszcze przed liceum (lecz nie pamiętam, jak dawno przed liceum) czytałem trzy (albo dwa, dawno to było) pierwsze tomy wydane jeszcze przez nieodżałowanej pamięci Phantom Press. Dorwałem je najprędzej w bibliotece w Domu Kultury. Tamto wydanie czasem pojawia się na allegro, osiągając nieraz kuriozalne wręcz ceny.
Dlatego bardzo mnie ucieszył fakt, że Prószyński i S-ka zebrało cały cykl i wydało w jednym tomie. Choć wypadałoby powiedzieć raczej - tomiszczu. Twarde okładki, format "mniejsze-a4" (nigdy nie wiem, jak się formaty książek fachowo nazywają, muszę w końcu doczytać gdzieś o tym), prawie 945 stron. W sam raz do przeczytania przez Wigilię i dwa dni świąt. I nie, nie pochodzę ani z rozbitej, ani z dysfunkcyjnej rodziny.
"Czarnoksiężnik z archipelagu" to opowieść o tym, jak młody pasterz kóz zmaga się z własnym talentem magicznym. Gdy udaje mu się trafić do szkoły magów na Roke, w końcu popełnia wyjątkową głupotę i zmaga się z tą głupotą do końca książki.
Czytelnik poznaje zarysy świata, sytuację polityczną, legendy i podania z czasów niknących w mrokach dziejów; poznaje smoki i świat magów. Dowiaduje się o Prawdziwych Imionach rzeczy oraz o tym, że wielka moc to także wielka odpowiedzialność. Można to rzecz jasna odczytać też inaczej - jako opowieść o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, o walce z własnymi słabościami i o tym, że każdy ma mroczną stronę swojej osobowości, jakieś wady, coś, co nie daje nam myśleć swobodnie, coś, co nas zniewala - nie należy przed tym czymś uciekać, tylko stawić temu czoło i okiełznać to, pokonać i zrozumieć - wchłonąć w siebie.
"Grobowce Atuanu" przenosi czytelnika na wschód, w inną część Ziemiomorza - gdzie na wyspie Atuan, jednej z kilku wysp zamieszkałych przez barbarzyński lud Kargów, rządzi Bóg-Król. Istnieje jednak tam również świątynia starszych bóstw - mrocznych, nierozumnych ale złych i wrogich sił zwanych Bezimiennymi Bóstwami. Poznajemy Temar, która jako Pożarta zostaje bezimienną kapłanką tychże bóstw, zabrana rodzicom i wychowana w świątyni. Niby zostaje w końcu główną arcykapłanką, ale okazuje się, że w praktyce i tak kapłanka Boga-Króla znaczy więcej, a ona sama staje się zakładniczką własnej pozycji, której wcale nie chciała osiągnąć.
Pewnego dnia w labiryncie pod kompleksem świątynnym zjawia się złodziej. Poszukuje najprędzej połowy pradawnego pierścienia o wielkim znaczeniu dla losów świata...
I znów można to odczytać w kategorii uniwersalnych pra... interpretacji. Mamy więc historię o wyzwoleniu się z religijnej ciemnoty (tutaj - dosłownie), gdy Tenar zdaje sobie sprawę, że uczestniczy w szwindlu, gdzie liczą się władza i prestiż, a ona jest zakładniczką rytuałów, których nie rozumie, nie zna, których sens, jeśli kiedykolwiek miały sens, zaginęły w mroku dziejów - i dobrze się stało. Uczy się też myśleć samodzielnie, podejmować samodzielne decyzje i ufać drugiemu człowiekowi. Spadają z jej oczu zasłony utkane przez ślepą, bzdurną wiarę, staje się wolnym człowiekiem - i lęka się swojej wolności, bo życie w ciemnocie religii było prostsze, kierowały nim jasno określone zasady.
Widzimy też jak Ged się zmienił. Po wydarzeniach z "Czarnoksiężnika..." minęło dużo czasu, jest już dojrzałym mężczyzną znającym swoje wady i zalety, swoje siły i swoje słabości, znającym swoją wartość. Pewnym siebie, ale skromnym. Promieniującym wewnętrzną siłą i spokojem ducha, nie szukającym poklasku i sztucznego rozgłosu. Robiącym to, co musi robić. Bo taka jest jego natura, natura maga.
"Najdalszy brzeg" wprowadza bardzo ważne wątki dla całej historii Ziemiomorza. Wydarzenia z poprzednich tomów mogły wydawać się oderwane od siebie - teraz historia zaczyna się zazębiać. Pierścień z Zaginioną Runą Królów zostaje naprawiony i wraca na swoje miejsce, do Havnoru. Czy jednak proroctwo o królu Ziemiomorza wypełni się? Tymczasem zaczynają się dziać straszliwe wydarzenia - coś zabija magię jako taką, wszyscy zapominają kim są, zapominają pieśni, wyzbywają się swoich Prawdziwych Imion, cały świat pogrąża się w apatii i szaleństwie. Tajemniczy mag, który trafił poza granicę życia i śmierci obiecuje wieczne trwanie - ale oznacza ono rezygnację z życia jako takiego. Równowagę świata może naprawić tylko arcymag Ged - z pomocą młodego księcia z Havnoru, który nie zdaje sobie sprawy, jak wielka rolę przyznało mu przeznaczenie w pewnym proroctwie...
Odczytałem to dwojako - raz jako opowieść o świecie symulakrów i symulacji, w którym rozmycie zaciera wszystko ze wszystkim, wszystko traci sens, znika (wiem, nerwica natręctw i/lub zboczenie "zawodowe"), drugi raz jako wyraz tęsknoty za poznaniem Nieznanego, za wiecznością, dążeniem do zmiany, za wszelką cenę i dowolną drogą - także tą, która prowadzi donikąd (świetny przykład z narkotyzowaniem się jako symulakrem doznań duchowych związanych z przekroczeniem muru oddzielającego świat żywych od świata zmarłych, doznań właściwych tylko umierającym, bardziej potężnym czarownicom lub magom). Zapomnienie Mowy Tworzenia, pradawnej mowy znanej magom i smokom, mowy za pomocą której, przez nazywanie rzeczy i ludzi jakimi są naprawdę, można kreować rzeczywistość, to uniwersalny symbol zapominania o dawnej wiedzy zawartej w mitach i w naturze, życiu jako takim. Tak, wiem, dziwna analogia.
Heroiczna i epicka historia kończy się rzecz jasna dobrze, ale niezwykle dramatycznie - arcymag Ged poświęcił całą swoją magiczną moc by uleczyć ranę świata i przywrócić Wielką Równowagę, nadchodzą też smoki, Ziemiomorze doczekało się swojego jedynego króla...
"Tehanu" jest książką - w porównaniu do poprzednich - zupełnie inną. Schodzimy wraz z autorką poziom niżej - nie pokonujemy razem z bohaterami ogromnych przestrzeni, nie schodzimy z nimi ze świata żywych do świata umarłych, nie ma tu proroctw i pradawnego nie-wiadomo-czego. Jest to zaś opowieść w całości rozgrywająca się na jednej wyspie - Goncie - opowiadająca o małych, ludzkich tragediach. A także piętnująca zastane tradycje, piętnująca nierówności społeczne i nierówności płci, mająca wręcz przekaz feministyczny i nieco genderowy.
Tenar, nie nawykła do nieznanego jej świata, schroniła się na Goncie, rodzinnej wyspie Geda, u jego dawnego mistrza, Ogiona. Szybko jednak udało się jej dogadać z częścią lokalnej społeczności. Po odrzuconej roli kapłanki, odnalazła się w roli posłusznej żony w patriarchalnej rodzinie. Dorobiła się córki i syna z prostym chłopem, Krzemieniem. Rodzina jednak rozpadła się jej.
Rzecz się dzieje w trakcie niejako fabuły poprzedniej książki, zakończenie poprzedniej jest tutaj wplecione w środek akcji. Na wyspie nastały mroczne czasy - wędrowna banda dopuszcza się gwałtu i próby morderstwa na małej dziewczynce. Dziewczynkę udaje się uratować - przy pomocy czarownic i silnej woli - Tenar przygarnia ją jako córkę. Dziewczynka jest jednak okaleczona - górna połowa jej ciała - w tym głowa, twarz i ręka - jest spalona, jest jedną, wielką blizną. Jej dłoń przypomina zniekształcony szpon, dziecko nie może długo i głośno mówić, nie widzi na jedno oko.
Lokalna społeczność uznała, bo takie przekonanie po prostu istniało zakorzenione od wieków, że jeśli spotkało ją coś tak okrutnego, to najwyraźniej na to zasłużyła. Poza tym samotna wdowa - Tenar - nie powinna zajmować się sprawami zmarłego maga tak długo. Powinna trwać w swojej roli cierpiącej wdowy. Jeśli tego nie robi - najwyraźniej jest obca, dzika, zła, jest inna - i wypadałoby się jej pozbyć. Albo przynajmniej dać jej do zrozumienia, co praworządni i wyznający stare, dobre zasady mieszkańcy myślą o takich odmieńcach jak ona, i przygarnięty przez nią okaleczony dzieciak. A także przygarnięty przez nią były arcymag Ged (nie rozpoznany przez nikogo, wrak człowieka). Powinna cierpieć po stracie męża przecież, a nie już po kilku latach sprowadzać sobie do domu obcego mężczyznę! Obraza obyczajów!
Kto jest przyjacielem, a kto wrogiem? Kim są ludzie nachodzący ją? Czego chcą od dziecka? Co się stało z Gedem, czemu przybył on na grzbiecie najstarszego ze smoków, Kalessina, czemu wreszcie Kalessin nazwał okaleczoną dziewczynkę - Tehanu - mianem swojej córki? Czy Kalessin jest tylko najstarszym ze smoków, czy jeszcze kimś innym?
O jakich pradawnych prawdach podzielona ludzkość Ziemiomorza zapomniała?
"Inny wiatr" to zwieńczenie historii o Tenar i Gedzie. Bardzo epickie. Mamy tu mnóstwo metafizyki.
Pradawne proroctwa się wypełniły. Mur oddzielający światy żywych i umarłych zostaje zburzony. Smoki, magowie i Kargowie znają po fragmencie historii. Muszą się zjednoczyć, by naprawić to, co zostało rozdzielone tak dawno, że ja pierdolę.
Kargowie zatrzymali wiedzę o odrodzeniu (coś w rodzaju reinkarnacji), magowie i ludzie z wysp na zachód od Kargu zatrzymali wiedzę o Mowie Tworzenia - motyw wręcz prometejski, o zabraniu tej wiedzy smokom - smokom, które nie stworzyły jednak cywilizacji, tylko trwają, zawieszone poza ludzkim dobrem i złem, potężne relikty przeszłości. Dochodzi do tego motyw poboczny - A wszystko zaczęło się od tego, że do starego rolnika Geda przybył niewykształcony czarownik zajmujący się naprawami z prośbą o uwolnienie go od makabrycznych i wstrząsających sennych wizji - zabójczo realnych...
"Opowieści z Ziemiomorza" to zbiór opowiadań z różnych okresów historii Ziemiomorza. Historie częściowo zazębiają się z historią opowiedzianą w pięcioksięgu - częściowo ją uzupełniają, ukazują z innej perspektywy. Ot, chociażby wysoka magia w Ziemiomorzu. Zdominowana przez mężczyzn żyjących w celibacie. Tylko wiedźmy potrafiły docenić rozkosze cielesne, czasem żyły także w związkach lesbijskich. Tymczasem okazuje się, że szkoła magów na Roke została założona przez kobiety. I wcale nie obowiązywał tam celibat. Tego typu smaczków stawiających całe uniwersum w innym świetle jest więcej.
Warto też zaznaczyć, że czasy, w jakich rozgrywa się historia, to odpowiednik naszej Ery Żelaza, nie kolejne, nudne średniowiecze, oraz że tylko barbarzyńscy Kargowie są biali - reszta mieszkańców ma ciemną skórę. Wątki taoistyczne, feministyczne i społeczne też są obecne. I są przedstawione z bliskiej mi perspektywy. Dlatego Ziemiomorze stawiam wyżej od Śródziemia. Jeśli ktoś nie zna - polecam gorąco. Wątki o których wspomniałem są wyraźnie zarysowane - ale nie nachalnie, więc nawet konserwy od Tolkiena mogą to polubić.
Jeszcze przed liceum (lecz nie pamiętam, jak dawno przed liceum) czytałem trzy (albo dwa, dawno to było) pierwsze tomy wydane jeszcze przez nieodżałowanej pamięci Phantom Press. Dorwałem je najprędzej w bibliotece w Domu Kultury. Tamto wydanie czasem pojawia się na allegro, osiągając nieraz kuriozalne wręcz ceny.
Dlatego bardzo mnie ucieszył fakt, że Prószyński i S-ka zebrało cały cykl i wydało w jednym tomie. Choć wypadałoby powiedzieć raczej - tomiszczu. Twarde okładki, format "mniejsze-a4" (nigdy nie wiem, jak się formaty książek fachowo nazywają, muszę w końcu doczytać gdzieś o tym), prawie 945 stron. W sam raz do przeczytania przez Wigilię i dwa dni świąt. I nie, nie pochodzę ani z rozbitej, ani z dysfunkcyjnej rodziny.
"Czarnoksiężnik z archipelagu" to opowieść o tym, jak młody pasterz kóz zmaga się z własnym talentem magicznym. Gdy udaje mu się trafić do szkoły magów na Roke, w końcu popełnia wyjątkową głupotę i zmaga się z tą głupotą do końca książki.
Czytelnik poznaje zarysy świata, sytuację polityczną, legendy i podania z czasów niknących w mrokach dziejów; poznaje smoki i świat magów. Dowiaduje się o Prawdziwych Imionach rzeczy oraz o tym, że wielka moc to także wielka odpowiedzialność. Można to rzecz jasna odczytać też inaczej - jako opowieść o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, o walce z własnymi słabościami i o tym, że każdy ma mroczną stronę swojej osobowości, jakieś wady, coś, co nie daje nam myśleć swobodnie, coś, co nas zniewala - nie należy przed tym czymś uciekać, tylko stawić temu czoło i okiełznać to, pokonać i zrozumieć - wchłonąć w siebie.
"Grobowce Atuanu" przenosi czytelnika na wschód, w inną część Ziemiomorza - gdzie na wyspie Atuan, jednej z kilku wysp zamieszkałych przez barbarzyński lud Kargów, rządzi Bóg-Król. Istnieje jednak tam również świątynia starszych bóstw - mrocznych, nierozumnych ale złych i wrogich sił zwanych Bezimiennymi Bóstwami. Poznajemy Temar, która jako Pożarta zostaje bezimienną kapłanką tychże bóstw, zabrana rodzicom i wychowana w świątyni. Niby zostaje w końcu główną arcykapłanką, ale okazuje się, że w praktyce i tak kapłanka Boga-Króla znaczy więcej, a ona sama staje się zakładniczką własnej pozycji, której wcale nie chciała osiągnąć.
Pewnego dnia w labiryncie pod kompleksem świątynnym zjawia się złodziej. Poszukuje najprędzej połowy pradawnego pierścienia o wielkim znaczeniu dla losów świata...
I znów można to odczytać w kategorii uniwersalnych pra... interpretacji. Mamy więc historię o wyzwoleniu się z religijnej ciemnoty (tutaj - dosłownie), gdy Tenar zdaje sobie sprawę, że uczestniczy w szwindlu, gdzie liczą się władza i prestiż, a ona jest zakładniczką rytuałów, których nie rozumie, nie zna, których sens, jeśli kiedykolwiek miały sens, zaginęły w mroku dziejów - i dobrze się stało. Uczy się też myśleć samodzielnie, podejmować samodzielne decyzje i ufać drugiemu człowiekowi. Spadają z jej oczu zasłony utkane przez ślepą, bzdurną wiarę, staje się wolnym człowiekiem - i lęka się swojej wolności, bo życie w ciemnocie religii było prostsze, kierowały nim jasno określone zasady.
Widzimy też jak Ged się zmienił. Po wydarzeniach z "Czarnoksiężnika..." minęło dużo czasu, jest już dojrzałym mężczyzną znającym swoje wady i zalety, swoje siły i swoje słabości, znającym swoją wartość. Pewnym siebie, ale skromnym. Promieniującym wewnętrzną siłą i spokojem ducha, nie szukającym poklasku i sztucznego rozgłosu. Robiącym to, co musi robić. Bo taka jest jego natura, natura maga.
"Najdalszy brzeg" wprowadza bardzo ważne wątki dla całej historii Ziemiomorza. Wydarzenia z poprzednich tomów mogły wydawać się oderwane od siebie - teraz historia zaczyna się zazębiać. Pierścień z Zaginioną Runą Królów zostaje naprawiony i wraca na swoje miejsce, do Havnoru. Czy jednak proroctwo o królu Ziemiomorza wypełni się? Tymczasem zaczynają się dziać straszliwe wydarzenia - coś zabija magię jako taką, wszyscy zapominają kim są, zapominają pieśni, wyzbywają się swoich Prawdziwych Imion, cały świat pogrąża się w apatii i szaleństwie. Tajemniczy mag, który trafił poza granicę życia i śmierci obiecuje wieczne trwanie - ale oznacza ono rezygnację z życia jako takiego. Równowagę świata może naprawić tylko arcymag Ged - z pomocą młodego księcia z Havnoru, który nie zdaje sobie sprawy, jak wielka rolę przyznało mu przeznaczenie w pewnym proroctwie...
Odczytałem to dwojako - raz jako opowieść o świecie symulakrów i symulacji, w którym rozmycie zaciera wszystko ze wszystkim, wszystko traci sens, znika (wiem, nerwica natręctw i/lub zboczenie "zawodowe"), drugi raz jako wyraz tęsknoty za poznaniem Nieznanego, za wiecznością, dążeniem do zmiany, za wszelką cenę i dowolną drogą - także tą, która prowadzi donikąd (świetny przykład z narkotyzowaniem się jako symulakrem doznań duchowych związanych z przekroczeniem muru oddzielającego świat żywych od świata zmarłych, doznań właściwych tylko umierającym, bardziej potężnym czarownicom lub magom). Zapomnienie Mowy Tworzenia, pradawnej mowy znanej magom i smokom, mowy za pomocą której, przez nazywanie rzeczy i ludzi jakimi są naprawdę, można kreować rzeczywistość, to uniwersalny symbol zapominania o dawnej wiedzy zawartej w mitach i w naturze, życiu jako takim. Tak, wiem, dziwna analogia.
Heroiczna i epicka historia kończy się rzecz jasna dobrze, ale niezwykle dramatycznie - arcymag Ged poświęcił całą swoją magiczną moc by uleczyć ranę świata i przywrócić Wielką Równowagę, nadchodzą też smoki, Ziemiomorze doczekało się swojego jedynego króla...
"Tehanu" jest książką - w porównaniu do poprzednich - zupełnie inną. Schodzimy wraz z autorką poziom niżej - nie pokonujemy razem z bohaterami ogromnych przestrzeni, nie schodzimy z nimi ze świata żywych do świata umarłych, nie ma tu proroctw i pradawnego nie-wiadomo-czego. Jest to zaś opowieść w całości rozgrywająca się na jednej wyspie - Goncie - opowiadająca o małych, ludzkich tragediach. A także piętnująca zastane tradycje, piętnująca nierówności społeczne i nierówności płci, mająca wręcz przekaz feministyczny i nieco genderowy.
Tenar, nie nawykła do nieznanego jej świata, schroniła się na Goncie, rodzinnej wyspie Geda, u jego dawnego mistrza, Ogiona. Szybko jednak udało się jej dogadać z częścią lokalnej społeczności. Po odrzuconej roli kapłanki, odnalazła się w roli posłusznej żony w patriarchalnej rodzinie. Dorobiła się córki i syna z prostym chłopem, Krzemieniem. Rodzina jednak rozpadła się jej.
Rzecz się dzieje w trakcie niejako fabuły poprzedniej książki, zakończenie poprzedniej jest tutaj wplecione w środek akcji. Na wyspie nastały mroczne czasy - wędrowna banda dopuszcza się gwałtu i próby morderstwa na małej dziewczynce. Dziewczynkę udaje się uratować - przy pomocy czarownic i silnej woli - Tenar przygarnia ją jako córkę. Dziewczynka jest jednak okaleczona - górna połowa jej ciała - w tym głowa, twarz i ręka - jest spalona, jest jedną, wielką blizną. Jej dłoń przypomina zniekształcony szpon, dziecko nie może długo i głośno mówić, nie widzi na jedno oko.
Lokalna społeczność uznała, bo takie przekonanie po prostu istniało zakorzenione od wieków, że jeśli spotkało ją coś tak okrutnego, to najwyraźniej na to zasłużyła. Poza tym samotna wdowa - Tenar - nie powinna zajmować się sprawami zmarłego maga tak długo. Powinna trwać w swojej roli cierpiącej wdowy. Jeśli tego nie robi - najwyraźniej jest obca, dzika, zła, jest inna - i wypadałoby się jej pozbyć. Albo przynajmniej dać jej do zrozumienia, co praworządni i wyznający stare, dobre zasady mieszkańcy myślą o takich odmieńcach jak ona, i przygarnięty przez nią okaleczony dzieciak. A także przygarnięty przez nią były arcymag Ged (nie rozpoznany przez nikogo, wrak człowieka). Powinna cierpieć po stracie męża przecież, a nie już po kilku latach sprowadzać sobie do domu obcego mężczyznę! Obraza obyczajów!
Kto jest przyjacielem, a kto wrogiem? Kim są ludzie nachodzący ją? Czego chcą od dziecka? Co się stało z Gedem, czemu przybył on na grzbiecie najstarszego ze smoków, Kalessina, czemu wreszcie Kalessin nazwał okaleczoną dziewczynkę - Tehanu - mianem swojej córki? Czy Kalessin jest tylko najstarszym ze smoków, czy jeszcze kimś innym?
O jakich pradawnych prawdach podzielona ludzkość Ziemiomorza zapomniała?
"Inny wiatr" to zwieńczenie historii o Tenar i Gedzie. Bardzo epickie. Mamy tu mnóstwo metafizyki.
Pradawne proroctwa się wypełniły. Mur oddzielający światy żywych i umarłych zostaje zburzony. Smoki, magowie i Kargowie znają po fragmencie historii. Muszą się zjednoczyć, by naprawić to, co zostało rozdzielone tak dawno, że ja pierdolę.
Kargowie zatrzymali wiedzę o odrodzeniu (coś w rodzaju reinkarnacji), magowie i ludzie z wysp na zachód od Kargu zatrzymali wiedzę o Mowie Tworzenia - motyw wręcz prometejski, o zabraniu tej wiedzy smokom - smokom, które nie stworzyły jednak cywilizacji, tylko trwają, zawieszone poza ludzkim dobrem i złem, potężne relikty przeszłości. Dochodzi do tego motyw poboczny - A wszystko zaczęło się od tego, że do starego rolnika Geda przybył niewykształcony czarownik zajmujący się naprawami z prośbą o uwolnienie go od makabrycznych i wstrząsających sennych wizji - zabójczo realnych...
"Opowieści z Ziemiomorza" to zbiór opowiadań z różnych okresów historii Ziemiomorza. Historie częściowo zazębiają się z historią opowiedzianą w pięcioksięgu - częściowo ją uzupełniają, ukazują z innej perspektywy. Ot, chociażby wysoka magia w Ziemiomorzu. Zdominowana przez mężczyzn żyjących w celibacie. Tylko wiedźmy potrafiły docenić rozkosze cielesne, czasem żyły także w związkach lesbijskich. Tymczasem okazuje się, że szkoła magów na Roke została założona przez kobiety. I wcale nie obowiązywał tam celibat. Tego typu smaczków stawiających całe uniwersum w innym świetle jest więcej.
Warto też zaznaczyć, że czasy, w jakich rozgrywa się historia, to odpowiednik naszej Ery Żelaza, nie kolejne, nudne średniowiecze, oraz że tylko barbarzyńscy Kargowie są biali - reszta mieszkańców ma ciemną skórę. Wątki taoistyczne, feministyczne i społeczne też są obecne. I są przedstawione z bliskiej mi perspektywy. Dlatego Ziemiomorze stawiam wyżej od Śródziemia. Jeśli ktoś nie zna - polecam gorąco. Wątki o których wspomniałem są wyraźnie zarysowane - ale nie nachalnie, więc nawet konserwy od Tolkiena mogą to polubić.
poniedziałek, 23 grudnia 2013
Odpryski XXV
1) Korzystając z okazji chciałbym czytelnikom tego bloga życzyć jak najlepszego i najbardziej owocnego (w dowolnym, bo subiektywnym, tego słowa rozumieniu) przeżycia nadchodzących świąt, jeśli akurat je obchodzicie. Jeśli obchodzicie coś innego w tym samym czasie, to również wszystkiego najlepszego. Szczodre Gody skończyły się wczoraj, ale jeśli ktoś je obchodził, to spóźnione wszystkiego najlepszego również. Z okazji nadchodzącego kolejnego roku życzę Wam zaś wyrobienia w sobie wewnętrznej równowagi, pogody ducha, pogodzenia się z cyklicznymi koncepcjami czasu i radosnego oczekiwania na Powrót Wiecznego, czym/kim by miał/o to nie być. W tym momencie nie ważny jest ten obiekt - ważne jest samo oczekiwanie. A nóż wyzwolimy się z samsary, albo nastąpi jednak Paruzja i pójdziemy do piekła. Kto to wie. Albo najprędzej najzupełniej w świecie nic się nie stanie. Poza tym - oby było i zdrowie, i cel w życiu, i czas na czytanie. I jeszcze ta jedna ukochana osoba (chyba że ktoś woli kilka, ok, tak też można). No i w sumie pieniądze tyż. by się przydały.
No, niech nam się darzy.
2) Podsumowałem nieco swoją twórczość -o, tutaj. Zebrałem linki do mojej twórczości, którą gdzieś ktoś zamieścił. Nie ma tego na chwilę obecną dużo, ale od czegoś trzeba zacząć. Jak na powrót do pisania po kilku latach, i to w sumie od mniej-więcej października, to cztery opublikowane opowiadania to niezły wynik. Kolejne dwa wysłałem do dwóch antologii - jednej w formie ebooka i jednej papierowej. Jeszcze nie wiem, co i jak z nimi i z moimi tekstami z myślą o nich popełnionymi. Jak będę coś wiedział, i będę mógł o tym cokolwiek napisać - to napiszę bez wątpienia. Podlinkowana strona będzie przeze mnie rzecz jasna na bieżąco aktualizowana.
No, niech nam się darzy.
2) Podsumowałem nieco swoją twórczość -o, tutaj. Zebrałem linki do mojej twórczości, którą gdzieś ktoś zamieścił. Nie ma tego na chwilę obecną dużo, ale od czegoś trzeba zacząć. Jak na powrót do pisania po kilku latach, i to w sumie od mniej-więcej października, to cztery opublikowane opowiadania to niezły wynik. Kolejne dwa wysłałem do dwóch antologii - jednej w formie ebooka i jednej papierowej. Jeszcze nie wiem, co i jak z nimi i z moimi tekstami z myślą o nich popełnionymi. Jak będę coś wiedział, i będę mógł o tym cokolwiek napisać - to napiszę bez wątpienia. Podlinkowana strona będzie przeze mnie rzecz jasna na bieżąco aktualizowana.
J. G. Ballard "Rzeźbiarze chmur"
O Ballardzie było już tutaj przedwczoraj ("Ogród czasu"), więc dziś bez rozbudowanego wstępu.
Tym razem mniej jednoznacznych i oczywistych elementów wspólnych. Za to faktycznie widać, słuchać, czuć te Baudrillardowe symulakry (ale w sumie Deleuze też o nich pisał i szukał korzeni pojęcia gdzieś hen, daleko, w filozofii antycznej), zwłaszcza w dwóch ostatnich opowiadaniach w niniejszym zbiorze.
Tym razem autor nie przedstawiał przed każdym kolejnym opowiadaniem żadnych swoich uwag. Szkoda - jego króciutkie uwagi z "Ogrodu czasu" (do pół strony) rzucały nieraz ciekawe światło na różne fazy jego twórczych procesów.
Fabuła kilku opowiadań ze zbioru toczy się w iście postmodernistycznym Nigdziebądź o nazwie Vermillion Sands. Jest to miejscowość przyciągająca artystów wszelkiej maści - śpiewaczki, rzeźbiarki, mieszkańcy to w większości bohema artystyczna. Poszczególne historie nie pasują jednak do siebie oprócz miejsca akcji, nawet jeśli przewijają się te same nazwiska - i tak, albo mamy opowieść o rzeźbie, która rośnie i śpiewa (bo w świecie przedstawionym rzeźby tak po prostu grają na wietrze, lub i bez wiatru), opowieść o antycznej muzie poezji, która powraca do świata co zapomniał jak to jest pisać poezję autentyczną - poeci klecą odtwórczą twórczość dzięki odpowiedniemu oprogramowaniu, wreszcie opowieść o wydzielających z siebie (źle to brzmi ale nie wymyśliłem lepszego określenia) muzykę. Innym razem do miasta przybywa młode małżeństwo z zamiarem zakupu domu, który odbierał i wchłaniał emocje poprzednich lokatorów, poza tym swobodnie zmienia swoje kształty i formę. Akurat tamtym razem w Vermillion Sands były tylko takie domy. Ot, taki świat.
Zbiór zawiera też i inne historie, jedna z nich znów kojarzy mi się z Dawidem Kainem, zaś tytułowa opowieść dotyczy szybowników "rzeźbiących" w chmurach za pomocą tlenku srebra. Znów osadzona w niesamowitym, niedopowiedzianym Nigdziebądź, przestrzeni rodem z "ciężkich", plastycznych wizji sennych gdzie horyzont łączy się z oceanem. Wydźwięk jej jest bardzo melancholijny. Czytelnik łatwo może sobie wyobrazić przestwór nieba a pod nim iście oniryczną przestrzeń znaną nam na co dzień, a jednak zamazaną pędzlem słów dzierżonym przez autora, więc nieznaną. Podobnie jak w "Ogrodzie czasu" mamy historie o chaotycznym, złowieszczym ale też ślepym i przede wszystkim względnym czasie, tyle, że tu jest ich zdecydowanie mniej niż we wspomnianym zbiorze, znów mamy też wyprawy w głąb ludzkiej psychiki i subiektywnego postrzegania świata (np. w fenomenalnym, jakimś takim "niezdrowym", zeschizowanym opowiadaniu o strażnicach wiszących na niebie, i ludzkich relacjach na nie). Część pomysłów autora polega na dobrze znanym zabiegu jakim jest wrzucenie Nieznanego do świata i obserwacja uczestnicząca, jak postronni na to Nieznane reagują. Historia o panu Goddardzie i zawartości jego sejfu spokojnie mogłaby zostać uznana za weird, i to po linii ludzi od "Weird fiction po polsku".
Pod niesamowitymi obrazami skrywa się niby i zwyczajność, której prawideł jednak nie znamy i która zaskakuje nas tak jak w momencie, gdy śpimy i zdajemy sobie sprawę, że śni nam się tylko, że się obudziliśmy i tak na prawdę wcale nie jemy jeszcze śniadania w fioletowym świetle padającym z żółtych źrenic czerwonych oczu wiszących na niebie za oknem. Ok, psychodelii tu nie ma, zdecydowanie przesadziłem, ale nie potrafię oddać wszystkich niuansów stylu autora, nieraz bardzo delikatnie poruszającego jakieś struny w duchu czytelnika. W każdym razie w moim coś tam się poruszyło.
Ależ to wszystko musi brzmieć bełkotliwie, jak tak to piszę.
Za to tłumaczenie paru opowiadań mnie nieco zdziwiło - bo pojawiało się w nich słowo "wiedźmin". Rzecz jasna absolutnie bez związku z tamtym wiedźminem. Jak chciałem je znaleźć teraz na szybko, to kurcze jak na złość nigdzie go nie ma, a było z dwa razy na pewno. Chyba, że się przewidziałem, co w sumie jest być może możliwe. Czytam czasem po nocach, gdy i wzrok, i inne zmysły mogą ulegać przeciążeniu. Niektóre tłumaczenia są też nieco udziwnione - ot, archaizmy wtrącane (po co?), jakieś dziwne zabawy składnią. Niby trzyma to klimat, ale jest po prostu udziwnieniem.
Czekam na ten trzeci zbiór, zapowiedziany razem z tymi dwoma przez wydawnictwo.
Tym razem mniej jednoznacznych i oczywistych elementów wspólnych. Za to faktycznie widać, słuchać, czuć te Baudrillardowe symulakry (ale w sumie Deleuze też o nich pisał i szukał korzeni pojęcia gdzieś hen, daleko, w filozofii antycznej), zwłaszcza w dwóch ostatnich opowiadaniach w niniejszym zbiorze.
Tym razem autor nie przedstawiał przed każdym kolejnym opowiadaniem żadnych swoich uwag. Szkoda - jego króciutkie uwagi z "Ogrodu czasu" (do pół strony) rzucały nieraz ciekawe światło na różne fazy jego twórczych procesów.
Fabuła kilku opowiadań ze zbioru toczy się w iście postmodernistycznym Nigdziebądź o nazwie Vermillion Sands. Jest to miejscowość przyciągająca artystów wszelkiej maści - śpiewaczki, rzeźbiarki, mieszkańcy to w większości bohema artystyczna. Poszczególne historie nie pasują jednak do siebie oprócz miejsca akcji, nawet jeśli przewijają się te same nazwiska - i tak, albo mamy opowieść o rzeźbie, która rośnie i śpiewa (bo w świecie przedstawionym rzeźby tak po prostu grają na wietrze, lub i bez wiatru), opowieść o antycznej muzie poezji, która powraca do świata co zapomniał jak to jest pisać poezję autentyczną - poeci klecą odtwórczą twórczość dzięki odpowiedniemu oprogramowaniu, wreszcie opowieść o wydzielających z siebie (źle to brzmi ale nie wymyśliłem lepszego określenia) muzykę. Innym razem do miasta przybywa młode małżeństwo z zamiarem zakupu domu, który odbierał i wchłaniał emocje poprzednich lokatorów, poza tym swobodnie zmienia swoje kształty i formę. Akurat tamtym razem w Vermillion Sands były tylko takie domy. Ot, taki świat.
Zbiór zawiera też i inne historie, jedna z nich znów kojarzy mi się z Dawidem Kainem, zaś tytułowa opowieść dotyczy szybowników "rzeźbiących" w chmurach za pomocą tlenku srebra. Znów osadzona w niesamowitym, niedopowiedzianym Nigdziebądź, przestrzeni rodem z "ciężkich", plastycznych wizji sennych gdzie horyzont łączy się z oceanem. Wydźwięk jej jest bardzo melancholijny. Czytelnik łatwo może sobie wyobrazić przestwór nieba a pod nim iście oniryczną przestrzeń znaną nam na co dzień, a jednak zamazaną pędzlem słów dzierżonym przez autora, więc nieznaną. Podobnie jak w "Ogrodzie czasu" mamy historie o chaotycznym, złowieszczym ale też ślepym i przede wszystkim względnym czasie, tyle, że tu jest ich zdecydowanie mniej niż we wspomnianym zbiorze, znów mamy też wyprawy w głąb ludzkiej psychiki i subiektywnego postrzegania świata (np. w fenomenalnym, jakimś takim "niezdrowym", zeschizowanym opowiadaniu o strażnicach wiszących na niebie, i ludzkich relacjach na nie). Część pomysłów autora polega na dobrze znanym zabiegu jakim jest wrzucenie Nieznanego do świata i obserwacja uczestnicząca, jak postronni na to Nieznane reagują. Historia o panu Goddardzie i zawartości jego sejfu spokojnie mogłaby zostać uznana za weird, i to po linii ludzi od "Weird fiction po polsku".
Pod niesamowitymi obrazami skrywa się niby i zwyczajność, której prawideł jednak nie znamy i która zaskakuje nas tak jak w momencie, gdy śpimy i zdajemy sobie sprawę, że śni nam się tylko, że się obudziliśmy i tak na prawdę wcale nie jemy jeszcze śniadania w fioletowym świetle padającym z żółtych źrenic czerwonych oczu wiszących na niebie za oknem. Ok, psychodelii tu nie ma, zdecydowanie przesadziłem, ale nie potrafię oddać wszystkich niuansów stylu autora, nieraz bardzo delikatnie poruszającego jakieś struny w duchu czytelnika. W każdym razie w moim coś tam się poruszyło.
Ależ to wszystko musi brzmieć bełkotliwie, jak tak to piszę.
Za to tłumaczenie paru opowiadań mnie nieco zdziwiło - bo pojawiało się w nich słowo "wiedźmin". Rzecz jasna absolutnie bez związku z tamtym wiedźminem. Jak chciałem je znaleźć teraz na szybko, to kurcze jak na złość nigdzie go nie ma, a było z dwa razy na pewno. Chyba, że się przewidziałem, co w sumie jest być może możliwe. Czytam czasem po nocach, gdy i wzrok, i inne zmysły mogą ulegać przeciążeniu. Niektóre tłumaczenia są też nieco udziwnione - ot, archaizmy wtrącane (po co?), jakieś dziwne zabawy składnią. Niby trzyma to klimat, ale jest po prostu udziwnieniem.
Czekam na ten trzeci zbiór, zapowiedziany razem z tymi dwoma przez wydawnictwo.
sobota, 21 grudnia 2013
J. G. Ballard "Ogród czasu"
W Taniej Książce dostałem swego czasu trzy książki Ballarda. W cenie 1,5 książki. Swego czasu do tego przybytku literackiej rozpusty chodziłem codziennie i codziennie zostawiałem tam po trochu pieniądze ze stypendium.
Ballarda poznałem przez innych autorów. Nad "Kraksą" rozwodził się Jean Baudrillard w "Symulacji i symulakrach". "Kraksę" zekranizował Cronenberg. "Imperium słońca", powieść opartą na wątkach autobiograficznych zekranizował Spielberg. Zdaniem tego pierwszego Ballard to pierwsze pióro świata symulacji. Więcej można przeczytać o tym w tym świetnym eseju, o, tutaj. Za bardzo bym odszedł od tematu, wchodząc teraz w filozofię sensu stricto, więc pozostawiam ten wątek do opracowania przez Was samych.
Ballardem inspiruje się ogromny kawał pop(/kontr)kultury - w muzyce np. od Radiohead przez Madonnę po Joy Division, także wielu pisarzy - pewne bardzo ballardowskie sposoby zapisywania tekstu widziałem np. u Dawida Kaina - choć to może przypadek, lub po prostu zarówno Kain jak i Ballard czerpali w tym z Williama Burroughsa. Tego nie wiem na pewno, bo "Nagi lunch" i inne poczciwości dopiero przede mną.
"Ogród czasu" to pierwszy ze zbiorów opowiadań autora, zawierających wszystkie popełnione przez niego krótkie formy. W Polsce wydało przynajmniej dwa z nich ("Rzeźbiarzy chmur" skończę czytać może i jeszcze dzisiaj, albo w najbliższej przyszłości) (a planowane są trzy) wydawnictwo vis-a-vis Etiuda.
Ballarda zalicza się do grona autorów piszących science-fiction. To bardzo zacne grono, pełne zasłużonych nazwisk. Trzeba jednak przyznać, że jak dla Ballarda, to jest to zbyt wąska szufladka. W "Ogrodzie czasu" jest mnóstwo s-f - ale to czasem bardzo inne s-f od charakterystycznych dzieł gatunku. Autor maluje słowami surrealistyczne obrazy. Pomija przy tym często rozliczne szczegóły, bo są one na obrazie nieistotne. Czytelnik zostaje wrzucony w - nomen omen - "tu i teraz" tekstu, czuje go, obserwuje, oddycha nim i odczuwa go wszystkimi zmysłami. I jest obserwowany.
Jak sam tytuł wskazuje, główną myślą przewodnią wszystkich opowiadań jest czas. Czas jako coś względnego, plastycznego, coś ciekłego, nieuchwytnego, rozpływającego się, zanikającego, dokonującego rozmaitych przemian na sobie i tych, którzy się z nim zderzyli, lub od których czegoś chciał. Nie ważne przy tym, czy dane opowiadanie dzieje się w gigantycznym molochu miejskim, w którym ludzkość zapomniała o niezmierzonych przestworzach, czy na zasypanym marsjańskim piaskiem przylądku Canaveral, czy gdziekolwiek indziej, pod innymi słońcami, pod innymi chmurami, w rozmaitym onirycznym i poetyckim nigdziebądź, gdzie czas rośnie w kwiatach (tytułowy "Ogród czasu"), rodem z obrazów Salvadora Dali lub snów przytrafiających się wtedy, gdy noc jest najzimniejsza. Do tego raz przytrafił się autorowi Wieczny Powrót, i to w niezwykłej dla niego (bo patrz niżej) konwencji pozaplanetarnej.
Autora oprócz czasu jako takiego zajmuje makrokosmos człowieka. On nie szuka Nieznanego, obcości (nie)(do)określonej gdzieś w niedostępnych przestworzach, tylko tu, na Ziemi, lub w nas samych. W odautorskich komentarzach krótkich przy każdym opowiadaniu kolejnym bardzo nieraz i nie dwa razy gorzko odniósł się do marzeń o Erze Kosmicznej. Stwierdził przytomnie, że autor s-f powinien sięgnąć dalej, poza teraźniejszość.
Więc sięgnął.
Polecam gorąco, a sam zamierzam wchłonąć w siebie jak najwięcej twórczości autora, do jakiej tylko dotrę.
Ballarda poznałem przez innych autorów. Nad "Kraksą" rozwodził się Jean Baudrillard w "Symulacji i symulakrach". "Kraksę" zekranizował Cronenberg. "Imperium słońca", powieść opartą na wątkach autobiograficznych zekranizował Spielberg. Zdaniem tego pierwszego Ballard to pierwsze pióro świata symulacji. Więcej można przeczytać o tym w tym świetnym eseju, o, tutaj. Za bardzo bym odszedł od tematu, wchodząc teraz w filozofię sensu stricto, więc pozostawiam ten wątek do opracowania przez Was samych.
Ballardem inspiruje się ogromny kawał pop(/kontr)kultury - w muzyce np. od Radiohead przez Madonnę po Joy Division, także wielu pisarzy - pewne bardzo ballardowskie sposoby zapisywania tekstu widziałem np. u Dawida Kaina - choć to może przypadek, lub po prostu zarówno Kain jak i Ballard czerpali w tym z Williama Burroughsa. Tego nie wiem na pewno, bo "Nagi lunch" i inne poczciwości dopiero przede mną.
"Ogród czasu" to pierwszy ze zbiorów opowiadań autora, zawierających wszystkie popełnione przez niego krótkie formy. W Polsce wydało przynajmniej dwa z nich ("Rzeźbiarzy chmur" skończę czytać może i jeszcze dzisiaj, albo w najbliższej przyszłości) (a planowane są trzy) wydawnictwo vis-a-vis Etiuda.
Ballarda zalicza się do grona autorów piszących science-fiction. To bardzo zacne grono, pełne zasłużonych nazwisk. Trzeba jednak przyznać, że jak dla Ballarda, to jest to zbyt wąska szufladka. W "Ogrodzie czasu" jest mnóstwo s-f - ale to czasem bardzo inne s-f od charakterystycznych dzieł gatunku. Autor maluje słowami surrealistyczne obrazy. Pomija przy tym często rozliczne szczegóły, bo są one na obrazie nieistotne. Czytelnik zostaje wrzucony w - nomen omen - "tu i teraz" tekstu, czuje go, obserwuje, oddycha nim i odczuwa go wszystkimi zmysłami. I jest obserwowany.
Jak sam tytuł wskazuje, główną myślą przewodnią wszystkich opowiadań jest czas. Czas jako coś względnego, plastycznego, coś ciekłego, nieuchwytnego, rozpływającego się, zanikającego, dokonującego rozmaitych przemian na sobie i tych, którzy się z nim zderzyli, lub od których czegoś chciał. Nie ważne przy tym, czy dane opowiadanie dzieje się w gigantycznym molochu miejskim, w którym ludzkość zapomniała o niezmierzonych przestworzach, czy na zasypanym marsjańskim piaskiem przylądku Canaveral, czy gdziekolwiek indziej, pod innymi słońcami, pod innymi chmurami, w rozmaitym onirycznym i poetyckim nigdziebądź, gdzie czas rośnie w kwiatach (tytułowy "Ogród czasu"), rodem z obrazów Salvadora Dali lub snów przytrafiających się wtedy, gdy noc jest najzimniejsza. Do tego raz przytrafił się autorowi Wieczny Powrót, i to w niezwykłej dla niego (bo patrz niżej) konwencji pozaplanetarnej.
Autora oprócz czasu jako takiego zajmuje makrokosmos człowieka. On nie szuka Nieznanego, obcości (nie)(do)określonej gdzieś w niedostępnych przestworzach, tylko tu, na Ziemi, lub w nas samych. W odautorskich komentarzach krótkich przy każdym opowiadaniu kolejnym bardzo nieraz i nie dwa razy gorzko odniósł się do marzeń o Erze Kosmicznej. Stwierdził przytomnie, że autor s-f powinien sięgnąć dalej, poza teraźniejszość.
Więc sięgnął.
Polecam gorąco, a sam zamierzam wchłonąć w siebie jak najwięcej twórczości autora, do jakiej tylko dotrę.
Mirosław P. Jabłoński, Andrzej Mol "Tajemnica czwartego apokryfu"
Pierwszy raz tę książkę czytałem szmat czasu temu.
I to był ostatni raz, kiedy ją czytałem.
Pod koniec liceum, pożyczyłem ją potem pewnemu koledze, do tej pory nie oddał. Podobnie jak i kilku innych książek. Cóż, niech mu tam, gdziekolwiek jest i cokolwiek teraz robi.
Tak czy owak, próbowałem sobie przypomnieć po treści książki, jakie kiedyś czytałem. Już tak mam, że o ile tytuły i autorzy gdzieś tam znikają mi w odmętach pamięci, to wspomnienie treści utrzymuje się całkiem długo.
Przeglądnąłem spis książek SuperNOWEJ, znalazłem tę pozycję, upewniłem się, że to było właśnie to, co kiedyś, dawno temu, przeczytałem w czasie wakacji w Gdańsku. Ileż to było lat temu, ech.
Książka (ciut ponad 150 stron) opowiadała historię polskiego fizyka - niedocenionego geniusza (i przy okazji ateisty), który przez swoją dziewczynę zostaje wmieszany w historię ciągnącą się od mroków średniowiecza. A zostaje wmieszany w sposób bardzo brutalny - jego dziewczyna zostaje rytualnie zamordowana. Rzecz się dzieje w latach '30 XXw. główny bohater przybywa do zapyziałego miasteczka, nad którym górują ruiny klasztoru i w okół którego rozpościerają się nieprzebyte bagniska...
Historia toczy się na przestrzeni epok, w tle jest tajemniczy apokryf napisany ponoć przez samego Chrystusa i zakon posługujący się symbolem czterolistnej koniczyny. Światowe (lub chociaż regionalne) potęgi próbują rozwiązać zagadkę - od inkwizycji, przez nazistów aż po ABW.
Rzecz jasna, tajemnicę rozwikła główny bohater. Ale czy znajdzie na końcu swojej drogi tam pustkę czy boskość - o, to inna historia.
Seks, przemoc, wątki okultystyczne i antyreligijne (a w każdym razie - przeciw dominującej religii w naszym grajdołku) - z chęcią bym to przeczytał ponownie
I to był ostatni raz, kiedy ją czytałem.
Pod koniec liceum, pożyczyłem ją potem pewnemu koledze, do tej pory nie oddał. Podobnie jak i kilku innych książek. Cóż, niech mu tam, gdziekolwiek jest i cokolwiek teraz robi.
Tak czy owak, próbowałem sobie przypomnieć po treści książki, jakie kiedyś czytałem. Już tak mam, że o ile tytuły i autorzy gdzieś tam znikają mi w odmętach pamięci, to wspomnienie treści utrzymuje się całkiem długo.
Przeglądnąłem spis książek SuperNOWEJ, znalazłem tę pozycję, upewniłem się, że to było właśnie to, co kiedyś, dawno temu, przeczytałem w czasie wakacji w Gdańsku. Ileż to było lat temu, ech.
Książka (ciut ponad 150 stron) opowiadała historię polskiego fizyka - niedocenionego geniusza (i przy okazji ateisty), który przez swoją dziewczynę zostaje wmieszany w historię ciągnącą się od mroków średniowiecza. A zostaje wmieszany w sposób bardzo brutalny - jego dziewczyna zostaje rytualnie zamordowana. Rzecz się dzieje w latach '30 XXw. główny bohater przybywa do zapyziałego miasteczka, nad którym górują ruiny klasztoru i w okół którego rozpościerają się nieprzebyte bagniska...
Historia toczy się na przestrzeni epok, w tle jest tajemniczy apokryf napisany ponoć przez samego Chrystusa i zakon posługujący się symbolem czterolistnej koniczyny. Światowe (lub chociaż regionalne) potęgi próbują rozwiązać zagadkę - od inkwizycji, przez nazistów aż po ABW.
Rzecz jasna, tajemnicę rozwikła główny bohater. Ale czy znajdzie na końcu swojej drogi tam pustkę czy boskość - o, to inna historia.
Seks, przemoc, wątki okultystyczne i antyreligijne (a w każdym razie - przeciw dominującej religii w naszym grajdołku) - z chęcią bym to przeczytał ponownie
Timothy Zahn "Dziedzic Imperium", "Ostatni rozkaz" - oraz ogólnie o książkach z uniwersów rozmaitych
Czytałem kiedyś mnóstwo książek z fabułą osadzoną w uniwersum Gwiezdnych Wojen. "Dziedzic Imperium" był jedną z pierwszych książek fantasy (tak, Star Wars to na pewno nie jest science-fiction, a czy to jest science fantasy czy space fantasy - to już kwestia drugorzędna) jakie przeczytałem kiedykolwiek - było to jeszcze w czasach, jak chodziłem do podstawówki.
Pamiętam, byłem chory, leżałem kilka tygodni w łóżku i plułem wydzieliną z płuc dalej niż widziałem, wchłonąłem wtedy po raz pierwszy właśnie to, poza tym Lema (najprędzej nic z niego nie rozumiejąc), Verne'a i jakieś różne książki o trójkącie bermudzkim i kosmitach ("Goście z kosmosu", to się chyba nazywało, miało dwa tomy).
Na przestrzeni lat czytałem wiele innych książek z uniwersum Star Wars. Niektóre z nich były to bez wątpienia najgorsze książki jakie czytałem w życiu (zbiory opowiadań "Opowieści z imperium", "Opowieści łowców głów"), inne były żenująco słabe ("Opowieści z pałacu Jabby" - tylko główna myśl, by każdy z autorów pisał o tych samych wydarzeniach rozgrywających się w tytułowym pałacu Jabby w tym samym czasie z perspektywy innych bohaterów jest godna uwagi).
Czytałem kilkanaście tytułów z Nowej Ery Jedi, po inwazji Yuuzhan Vongów na galaktykę. Dylogie "Mroczny przypływ", "Linie wroga", "Ostrze zwycięstwa", także pojedyncze "Gwiazda po gwieździe", "Mroczna podróż". Te tytuły stoją sobie na jednej z kilkunastu półek z książkami w moim pokoju. W czasach licealnych z jednym ówczesnym moim dobrym kumplem pożyczaliśmy sobie sporo tych książek, przez co na przestrzeni kilku lat przeczytałem ich znacznie więcej, z różnych okresów historycznych uniwersum. Sam część tych książek rozdałem lub sprzedałem. Oprócz niekompletnej "Trylogii Thrawna" mam jeszcze "Zasadzkę na Korelii". Znów pierwszy tom czegoś większego.
Z perspektywy czasu, im więcej czytałem książek nie związanych z żadną marką, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że te związane z jakimś "zewnętrznym" światami zazwyczaj nie reprezentują sobą w miarę wysokiego poziomu. Tak, wiem, bardzo odkrywcze spostrzeżenie. Z całej gamy autorów tworzących seryjne czytadła jestem w stanie wymienić kilku, których twórczość osiągnęła poziom wyższy - na pewno można zaliczyć tu R. A. Salvatore'a, Timothy'ego Zahna czy Drewa Karpyshyna.
Co do tego ostatniego, to parę dni temu kupiłem sobie w Empiku przecenioną trylogię o Darth Bane'ie za niecałe 15zł, wydanie jakby kieszonkowe (w każdym razie mniejszy format). Kiedyś ją przeczytam, pewnie jeszcze w styczniu.
Część tych w.w. autorów pisze także książki w uniwersach innych gier komputerowych/filmów (kilka z nich nawet przedstawiłem jakiś czas temu tu na blogu). Zwłaszcza ciężko o dobrą książkę opartą na czymkolwiek z AD&D, która nie przypominałaby treścią zapisu sesji RPG. I znów - zbiór opowiadań o potworach głębin był kichą niemożebną, cykl o wojnach (albo wojnie, nie pamiętam) Pajęczej Królowej (Bogini? nie pamiętam, nie chce mi się góglać za każdą nie ważną w sumie pierdołą) dało się czytać.
"Trylogia Thrawna", w skład której wchodzi "Dziedzic Imperium", "Ciemna strona mocy" (nie czytałem lol) i "Ostatni rozkaz" rozgrywa się jakiś czas po "Powrocie Jedi". Imperium zostało złamane, Nowa Republika ukonstytuowała się, ale nie dość, że walka z Imperium jeszcze trwa i jest tym trudniejsza, że Wielki Admirał Thrawn to rewelacyjny dowódca, to sama raczkująca Nowa Republika jest narażona na walki frakcyjne i rozgrywki zakulisowe.
Akcja toczy się błyskawicznie, sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie, wątki nawarstwiają się jeden za drugim. Ofensywa Thrawna, polityczny rozpieprz w Nowej Republice, przygody Luke'a Skywalkera i spółki, gdzieś tam jeszcze jak nie Calrissian, to piraci, itd. Wszystko, rzecz jasna, kończy się dobrze, w charakterystycznym dla uniwersum, nieco infantylnym stylu. Wcześniej dokonuje się sporo szalenie interesujących wydarzeń dla przyszłej historii uniwersum - ot, Mara Jade wykonuje ostatni rozkaz Imperatora, Noghri zmieniają stronę konfliktu, infrastruktura do tworzenia klonów zostaje zniszczona (ta i wtedy), kolejny szalony mroczny Jedi idzie do piachu, Wielki Admirał Thrawn ginie, itd.
Kiedyś sobie ściągnę chociażby i z Chomika "Ciemną stronę mocy" i całą trylogię przeczytam od nowa. Ot, tak po prostu.
Pamiętam, byłem chory, leżałem kilka tygodni w łóżku i plułem wydzieliną z płuc dalej niż widziałem, wchłonąłem wtedy po raz pierwszy właśnie to, poza tym Lema (najprędzej nic z niego nie rozumiejąc), Verne'a i jakieś różne książki o trójkącie bermudzkim i kosmitach ("Goście z kosmosu", to się chyba nazywało, miało dwa tomy).
Na przestrzeni lat czytałem wiele innych książek z uniwersum Star Wars. Niektóre z nich były to bez wątpienia najgorsze książki jakie czytałem w życiu (zbiory opowiadań "Opowieści z imperium", "Opowieści łowców głów"), inne były żenująco słabe ("Opowieści z pałacu Jabby" - tylko główna myśl, by każdy z autorów pisał o tych samych wydarzeniach rozgrywających się w tytułowym pałacu Jabby w tym samym czasie z perspektywy innych bohaterów jest godna uwagi).
Czytałem kilkanaście tytułów z Nowej Ery Jedi, po inwazji Yuuzhan Vongów na galaktykę. Dylogie "Mroczny przypływ", "Linie wroga", "Ostrze zwycięstwa", także pojedyncze "Gwiazda po gwieździe", "Mroczna podróż". Te tytuły stoją sobie na jednej z kilkunastu półek z książkami w moim pokoju. W czasach licealnych z jednym ówczesnym moim dobrym kumplem pożyczaliśmy sobie sporo tych książek, przez co na przestrzeni kilku lat przeczytałem ich znacznie więcej, z różnych okresów historycznych uniwersum. Sam część tych książek rozdałem lub sprzedałem. Oprócz niekompletnej "Trylogii Thrawna" mam jeszcze "Zasadzkę na Korelii". Znów pierwszy tom czegoś większego.
Z perspektywy czasu, im więcej czytałem książek nie związanych z żadną marką, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że te związane z jakimś "zewnętrznym" światami zazwyczaj nie reprezentują sobą w miarę wysokiego poziomu. Tak, wiem, bardzo odkrywcze spostrzeżenie. Z całej gamy autorów tworzących seryjne czytadła jestem w stanie wymienić kilku, których twórczość osiągnęła poziom wyższy - na pewno można zaliczyć tu R. A. Salvatore'a, Timothy'ego Zahna czy Drewa Karpyshyna.
Co do tego ostatniego, to parę dni temu kupiłem sobie w Empiku przecenioną trylogię o Darth Bane'ie za niecałe 15zł, wydanie jakby kieszonkowe (w każdym razie mniejszy format). Kiedyś ją przeczytam, pewnie jeszcze w styczniu.
Część tych w.w. autorów pisze także książki w uniwersach innych gier komputerowych/filmów (kilka z nich nawet przedstawiłem jakiś czas temu tu na blogu). Zwłaszcza ciężko o dobrą książkę opartą na czymkolwiek z AD&D, która nie przypominałaby treścią zapisu sesji RPG. I znów - zbiór opowiadań o potworach głębin był kichą niemożebną, cykl o wojnach (albo wojnie, nie pamiętam) Pajęczej Królowej (Bogini? nie pamiętam, nie chce mi się góglać za każdą nie ważną w sumie pierdołą) dało się czytać.
"Trylogia Thrawna", w skład której wchodzi "Dziedzic Imperium", "Ciemna strona mocy" (nie czytałem lol) i "Ostatni rozkaz" rozgrywa się jakiś czas po "Powrocie Jedi". Imperium zostało złamane, Nowa Republika ukonstytuowała się, ale nie dość, że walka z Imperium jeszcze trwa i jest tym trudniejsza, że Wielki Admirał Thrawn to rewelacyjny dowódca, to sama raczkująca Nowa Republika jest narażona na walki frakcyjne i rozgrywki zakulisowe.
Akcja toczy się błyskawicznie, sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie, wątki nawarstwiają się jeden za drugim. Ofensywa Thrawna, polityczny rozpieprz w Nowej Republice, przygody Luke'a Skywalkera i spółki, gdzieś tam jeszcze jak nie Calrissian, to piraci, itd. Wszystko, rzecz jasna, kończy się dobrze, w charakterystycznym dla uniwersum, nieco infantylnym stylu. Wcześniej dokonuje się sporo szalenie interesujących wydarzeń dla przyszłej historii uniwersum - ot, Mara Jade wykonuje ostatni rozkaz Imperatora, Noghri zmieniają stronę konfliktu, infrastruktura do tworzenia klonów zostaje zniszczona (ta i wtedy), kolejny szalony mroczny Jedi idzie do piachu, Wielki Admirał Thrawn ginie, itd.
Kiedyś sobie ściągnę chociażby i z Chomika "Ciemną stronę mocy" i całą trylogię przeczytam od nowa. Ot, tak po prostu.
piątek, 20 grudnia 2013
Wadim Szefner "Kulista tajemnica"
Jak zabić czas w czasie okienka między zajęciami, które wystarczy na obiad na mieście ale nie wystarczy na dojazd do miejsca zamieszkania i z powrotem?
Można kupić książkę, którą da się radę przeczytać akurat przez ten czas. Przez około godzinę pomiędzy obiadem i kolejnymi zajęciami.
Wadim Szefner nadał się do tego celu idealnie. Iskry, '75, "Fantastyka-przygoda".
Liryczna, melancholijna ale też bardzo hmm wybaczcie określenie poczciwa opowieść o początkującym dziennikarzu, który pewnego dnia znajduje w lesie 10k rubli. Oraz latającą, niezniszczalną, wszechmocną... kulę.
Historia nieco w stylu opowieści guslarskich Bułyczowa. Czuć rosyjską duszę, nieco fatalistyczną ale przy tym niezwykle pogodną i przewrotnie optymistyczną - nawet w warunkach stalinowskiego ZSRR, który był jaki był, ale był nasz, swojski (z punktu widzenia autora przyjaźnie piętnującego różne rzeczy).
Urocze, lekkie i przyjemne czytadełko w sam raz na godzinkę.
Można kupić książkę, którą da się radę przeczytać akurat przez ten czas. Przez około godzinę pomiędzy obiadem i kolejnymi zajęciami.
Wadim Szefner nadał się do tego celu idealnie. Iskry, '75, "Fantastyka-przygoda".
Liryczna, melancholijna ale też bardzo hmm wybaczcie określenie poczciwa opowieść o początkującym dziennikarzu, który pewnego dnia znajduje w lesie 10k rubli. Oraz latającą, niezniszczalną, wszechmocną... kulę.
Historia nieco w stylu opowieści guslarskich Bułyczowa. Czuć rosyjską duszę, nieco fatalistyczną ale przy tym niezwykle pogodną i przewrotnie optymistyczną - nawet w warunkach stalinowskiego ZSRR, który był jaki był, ale był nasz, swojski (z punktu widzenia autora przyjaźnie piętnującego różne rzeczy).
Urocze, lekkie i przyjemne czytadełko w sam raz na godzinkę.
Wiktor Żwikiewicz "Ballada o przekleństwie"
Seria "Stało się jutro". 1986 rok. Że też taka książeczka (dwudziesta siódma z cyklu?) przeszła bez oporów w tamtym roku. Ze szpiku kości obcym i w gruncie rzeczy złym, chociaż pozbawionym własnej ... substancji(?) Imperium Czerwonej Gwiazdy.
Jakoś mało składnie wydrukowana książeczka. Tekst wyrównany do lewej na wąskiej stronie nie prezentuje się najlepiej. Charakterystyczne dla epoki okładki. Tzn. grafiki na nich. Czasy takiej sztuki już minęły. Szkoda. Tym bardziej szkoda, że autorem ilustracji był sam autor "Ballady".
Jak to u Żwikiewicza, czytelnik przez większą część utworu nie wie, co dokładnie autor ma na myśli. Świat przedstawiony, niezwykle zakręcony, nasycony rozmaitą symboliką i oddany bardzo plastycznie, z ogromną pieczołowitością ale też bez podawania szczegółów na tacy (szczegóły wyłaniają się z barwnych plam słów przy zajęciu odpowiedniej perspektywy) odkrywa się w miarę rozwoju akcji. Znów jest o ewolucji, tylko inaczej niż zazwyczaj. Znów autorowi udało się wykreować kosmiczne zagrożenie, jakiego ze świecą szukać gdziekolwiek indziej. Znów sam sposób prowadzenia narracji zadziwia.
Historia o końcu ludzkości, która została wyniszczona przez ... no właśnie. To nie jest historia o pierwszym kontakcie, ani nie historia o pewnej anomalii. To historia o wszechświecie, o rewolucji pożerającej własne dzieci, historia z wątkami nietzscheańskimi oraz historia o świadomości samych siebie.
Książeczkę tę wygrzebałem na stoisku tam gdzie zawsze koło dworca PKP w Krk, co ciekawe, widnieją w niej pieczątki liczne "Biblioteka zakładowa MPK w Krakowie". Długopisem dopisany numer - 02463.
Ot, emerytura. U mnie ta książeczka zestarzeje się bezpiecznie.
Jakoś mało składnie wydrukowana książeczka. Tekst wyrównany do lewej na wąskiej stronie nie prezentuje się najlepiej. Charakterystyczne dla epoki okładki. Tzn. grafiki na nich. Czasy takiej sztuki już minęły. Szkoda. Tym bardziej szkoda, że autorem ilustracji był sam autor "Ballady".
Jak to u Żwikiewicza, czytelnik przez większą część utworu nie wie, co dokładnie autor ma na myśli. Świat przedstawiony, niezwykle zakręcony, nasycony rozmaitą symboliką i oddany bardzo plastycznie, z ogromną pieczołowitością ale też bez podawania szczegółów na tacy (szczegóły wyłaniają się z barwnych plam słów przy zajęciu odpowiedniej perspektywy) odkrywa się w miarę rozwoju akcji. Znów jest o ewolucji, tylko inaczej niż zazwyczaj. Znów autorowi udało się wykreować kosmiczne zagrożenie, jakiego ze świecą szukać gdziekolwiek indziej. Znów sam sposób prowadzenia narracji zadziwia.
Historia o końcu ludzkości, która została wyniszczona przez ... no właśnie. To nie jest historia o pierwszym kontakcie, ani nie historia o pewnej anomalii. To historia o wszechświecie, o rewolucji pożerającej własne dzieci, historia z wątkami nietzscheańskimi oraz historia o świadomości samych siebie.
Książeczkę tę wygrzebałem na stoisku tam gdzie zawsze koło dworca PKP w Krk, co ciekawe, widnieją w niej pieczątki liczne "Biblioteka zakładowa MPK w Krakowie". Długopisem dopisany numer - 02463.
Ot, emerytura. U mnie ta książeczka zestarzeje się bezpiecznie.
J.R.R. Tolkien "Dzieci Hurina"
Nawet będąc w Krynicy sporo czasu poświęciłem na to, by zrobić mały "obchód" po okolicznych księgarniach. W jednej z nich natrafiłem na promocję - "Dzieci Hurina" za ~10zł.
Ładna książka, wydawnictwo Amber.
Nie przeczytałem jej do końca. Doszedłem gdzieś tak do połowy - i w sumie to aż głupio się przyznać, ale bardzo niewiele treści zapamiętałem.
Zapewne polecą na mnie gromy, ale Tolkien - jak na mój gust - niemożebnie i niesłychanie zestarzał się. Ba - będę w swojej opinii okrutny wręcz - strupieszał.
Jasne, ja wiem, ja rozumiem, ja doskonale zdaję sobie sprawę, że Klasyka. Że bez niego europejska fantasy wyglądałaby zupełnie inaczej. Że on był jednym z pierwszych, którzy od podstaw, obficie czerpiąc z mitów wykreował kompletny, żyjący do dziś świat, z całą historią, mitologią, itd. Że bez niego nie byłoby też współczesnej popkultury jako takiej, tych wszystkich orków i goblinów, elfów i krasnoludów.
Bez Tolkiena świat naszej wyobraźni byłby uboższy. Jest to fakt niezaprzeczalny. Ale sama twórczość Tolkiena po prostu przestała do mnie przemawiać. Ot, epicka opowieść o walce dobra ze złem. A potem jeszcze jedna. I jeszcze. Heroiczne, ale puste w gruncie rzeczy postacie. Nawet, jak mają określone wątpliwości, są wpisane w logikę całej opowieści, "holistycznej" od początku do końca. Dla mnie ta wizja jest obecnie już po prostu przejaskrawiona i przytłaczająca, także przez światopogląd autora. Śródziemie jest do bólu czarno-białe.
Poniekąd my wszyscy z Tolkiena. A po nas przyjdą kolejni, którzy też zaczną od niego. Ja jednak wolę iść gdzieś dalej od poczciwego staruszka, który jest co prawda bohaterem, ale od jego czasów świat poszedł znacznie naprzód. Także zarysowane przez niego samego wątki zostały potem rozwinięte i reinterpretowane tysiące razy.
Fani Tolkiena na pewno czytali to już dawno temu; jeśli nie jesteś tolkienowym ortodoksem, możesz po "Dzieci Hurina" sięgnąć, ale nic się nie stanie, jeśli ten fragment historii Śródziemia pozostanie Ci nieznany. Jeśli jesteś, to pewnie już dawno czytałeś. Jeśli Tolkiena nie znasz jeszcze, zacznij od "Hobbita", potem przerób "Władcę pierścieni". Reszta to poziom rozszerzony, dla chętnych.
Ładna książka, wydawnictwo Amber.
Nie przeczytałem jej do końca. Doszedłem gdzieś tak do połowy - i w sumie to aż głupio się przyznać, ale bardzo niewiele treści zapamiętałem.
Zapewne polecą na mnie gromy, ale Tolkien - jak na mój gust - niemożebnie i niesłychanie zestarzał się. Ba - będę w swojej opinii okrutny wręcz - strupieszał.
Jasne, ja wiem, ja rozumiem, ja doskonale zdaję sobie sprawę, że Klasyka. Że bez niego europejska fantasy wyglądałaby zupełnie inaczej. Że on był jednym z pierwszych, którzy od podstaw, obficie czerpiąc z mitów wykreował kompletny, żyjący do dziś świat, z całą historią, mitologią, itd. Że bez niego nie byłoby też współczesnej popkultury jako takiej, tych wszystkich orków i goblinów, elfów i krasnoludów.
Bez Tolkiena świat naszej wyobraźni byłby uboższy. Jest to fakt niezaprzeczalny. Ale sama twórczość Tolkiena po prostu przestała do mnie przemawiać. Ot, epicka opowieść o walce dobra ze złem. A potem jeszcze jedna. I jeszcze. Heroiczne, ale puste w gruncie rzeczy postacie. Nawet, jak mają określone wątpliwości, są wpisane w logikę całej opowieści, "holistycznej" od początku do końca. Dla mnie ta wizja jest obecnie już po prostu przejaskrawiona i przytłaczająca, także przez światopogląd autora. Śródziemie jest do bólu czarno-białe.
Poniekąd my wszyscy z Tolkiena. A po nas przyjdą kolejni, którzy też zaczną od niego. Ja jednak wolę iść gdzieś dalej od poczciwego staruszka, który jest co prawda bohaterem, ale od jego czasów świat poszedł znacznie naprzód. Także zarysowane przez niego samego wątki zostały potem rozwinięte i reinterpretowane tysiące razy.
Fani Tolkiena na pewno czytali to już dawno temu; jeśli nie jesteś tolkienowym ortodoksem, możesz po "Dzieci Hurina" sięgnąć, ale nic się nie stanie, jeśli ten fragment historii Śródziemia pozostanie Ci nieznany. Jeśli jesteś, to pewnie już dawno czytałeś. Jeśli Tolkiena nie znasz jeszcze, zacznij od "Hobbita", potem przerób "Władcę pierścieni". Reszta to poziom rozszerzony, dla chętnych.
"Koniec podróży"
Trzecie już opowiadanie mojego autorstwa, które trafiło na "Niedobre Literki" - o, tu jest. Tym razem chyba nikt nie powinien poczuć się obrażony.
Z opowiadaniem tym związana jest taka poczciwa historia, że jego pierwotną wersję wysłałem na konkurs ogłoszony swego czasu przez Łukasza Śmigla na jego blogu. Konkursu nie wygrałem - spoko, nie tym razem, to następnym.
I to w sumie koniec tej historii.
Z opowiadaniem tym związana jest taka poczciwa historia, że jego pierwotną wersję wysłałem na konkurs ogłoszony swego czasu przez Łukasza Śmigla na jego blogu. Konkursu nie wygrałem - spoko, nie tym razem, to następnym.
I to w sumie koniec tej historii.
niedziela, 15 grudnia 2013
Fritz Leiber "Ciemności, przybywaj"
W pierwszej chwili, po przeczytaniu informacji zawartych na odwrocie tylnej okładki, moim skojarzeniem było - "o kurczę, anty-kantyczka!".
Rzecz jasna, było to skojarzenie bardzo na wyrost.
Leiberowi chodziło o coś innego, niż Millerowi. Powieść Millera, w gruncie rzeczy chrześcijańska, traktowała niejako o "wiecznym powrocie" w dosyć spłyconym, nie-metafizycznym ujęciu. "Cholera, ale z nas daremny gatunek, niczego się nie nauczyliśmy" - taka była moja pierwsza myśl po zakończeniu lektury "Kantyczki". Spoiler - "Kantyczka" kończy się powtórnym przyjściem. Ale nie Jezusa. I nie dosłownie.
Na pierwszy rzut oka faktycznie "Ciemności, przybywaj" Leibera wydaje się być satanistyczną wersją "Kantyczki". Mamy bowiem też post-apokaliptyczny świat, gdzie panuje feudalizm, a światem rządzi hierarchia kościelna Wielkiego Boga, przy użyciu zachowanej antycznej technologii (bardzo rozwiniętej i kojarzącej się z magią, dodajmy) tworząc cuda i utrzymując ubezwłasnowolnione masy plebejuszy w ścisłym posłuszeństwie.
Przeciwko Hierarchii występuje zakonspirowana grupa zwana Czarnoksięstwem, wyznająca Satanasa.
Oprócz umieszczenia fabuły w realiach post-apokaliptycznych i wykorzystania motywów religijnych "Kantyczkę" i "Ciemności" różni jednak wszystko.
Przede wszystkim, zarówno Hierarchia jak i Czarnoksięstwo tak na prawdę nie wierzą w nic. W żaden byt boski lub szatański. Jedni i drudzy wierzą w naukę - i jedni i drudzy wykorzystują ją dla własnych celów. Ci od Wielkiego Boga trzymają całe społeczeństwo w szachu, prymitywnych plebejuszy pracujących dla Hierarchii niemal niewolniczo, wzbudzają w nich strach i wymuszają na nich posłuszeństwo; ci od Satanasa to rewolucjoniści, chcący obalić Hierarchię. Nie jest sprecyzowane, co dokładnie proponują w zamian. Na pewno opowiadają się za upowszechnieniem technologii sprzed lat i jakąś formą demokracji. Wykorzystują symbolikę satanistyczną i odwołują się do czarnoksięstwa jako do określonego symbolu (i estetyki) - bo Satanas był przeciwnikiem Boga, a oni są przeciwnikami quasi-kościelnej Hierarchii (bo nie jest to po prostu chrześcijaństwo - raczej zabarwiony chrześcijańskim nazewnictwem [anioły, aureole, diakoni, itd.] "bez przymiotnikowy" monoteizm (chociaż rzecz jasna da się tę książkę zinterpretować jako antychrześcijańską).
Koniec starego świata też nie nadszedł nagle. Nie było żadnej zagłady atomowej ani niczego takiego, co by jednoznacznie i zdecydowanie odcięło więzi ze starym światem. Część świata została zniszczona, ale przejście do globalnej władzy Hierarchii i nawrotu do feudalizmu nastąpiło płynnie w końcowym stadium upadku dawnego świata. Władza Hierarchii rozwinęła się także na pozaziemskich koloniach Ziemi.
Treść tej powstałej w 1951 roku książki (Wydawnictwo Solaris zrobiło zabawny błąd i podało datę 2051) (a więc powstałej 8 lat przed "Kantyczką" - może więc to Miller się zainspirował w jakimś tam stopniu Leiberem, a nie na odwrót - kto tam wie) ma charakter uniwersalny. Autor porusza mnóstwo wątków, aktualnych także i teraz. Pokazuje hipokryzję zorganizowanych systemów religijnych, realizujących własne przyziemne interesy pod płaszczykiem czarów-marów, pokazuje tragedię manipulowanego od lat społeczeństwa, które w momencie przesilenia nie jest w stanie samo wziąć spraw we własne ręce ani odróżnić rzeczywistości od wizji rzeczywistości. Pokazuje problem rewolucjonistów, mających ograniczone środki i liczne problemy we własnych szeregach, rewolucjonistów, którzy w celu przeprowadzenia potężnych zmian muszą, czy tego chcą czy nie, oprzeć się na elementach starego systemu.
Wreszcie szalenie interesujący jest wątek gnuśnienia i postępującej degrengolady hierarchicznych struktur instytucji sprawujących władzę, gdzie napływa coraz więcej karierowiczów chcących stabilizacji, a nie rozwoju instytucji jako takiej. Gdy całą władzę w Hierarchii przejmuje jeden człowiek, nagle zdaje sobie sprawę, że oto nadszedł koniec Hierarchii, że ma pod sobą ubezwłasnowolnionych potakiwaczy, legiony potulnych wykonawców jego woli bez własnych poglądów i przekonań. Pozostaje więc kwestią otwartą, czy rewolucja zniesie Hierarchię, czy zastąpi Wielkiego Boga Satanasem - ale nie doprowadzi poza tym do żadnych społecznych zmian.
Równie ciekawy jest wątek postaci rozbitej między poczucie sprawiedliwości a dążenie do własnych korzyści. Akurat tutaj ten wątek jest wzbogacony o "pranie mózgu", jednak i tak pobudza do myślenia.
Za to szybko domyśliłem się, kim był naprawdę jeden z wysoko postawionych liderów Czarnoksięstwa, mający pseudonim Asmodeusz. Ot, również ciekawy wątek. Jakie ten człowiek (i cała frakcja) miał motywacje? Niebezpiecznie jest deklarować wiarę w cokolwiek, gdy tak na prawdę się w to nie wierzy.
Tak czy owak, "Ciemności, przybywaj" to świetna książka, do której będę wracał. Kopalnia najróżniejszych przemyśleń i rozważań o istocie władzy, hierarchii, relacji władzy i podporządkowania. Ba, postawiłbym to obok "Eumeswil" Ernsta Jüngera.
Rzecz jasna, było to skojarzenie bardzo na wyrost.
Leiberowi chodziło o coś innego, niż Millerowi. Powieść Millera, w gruncie rzeczy chrześcijańska, traktowała niejako o "wiecznym powrocie" w dosyć spłyconym, nie-metafizycznym ujęciu. "Cholera, ale z nas daremny gatunek, niczego się nie nauczyliśmy" - taka była moja pierwsza myśl po zakończeniu lektury "Kantyczki". Spoiler - "Kantyczka" kończy się powtórnym przyjściem. Ale nie Jezusa. I nie dosłownie.
Na pierwszy rzut oka faktycznie "Ciemności, przybywaj" Leibera wydaje się być satanistyczną wersją "Kantyczki". Mamy bowiem też post-apokaliptyczny świat, gdzie panuje feudalizm, a światem rządzi hierarchia kościelna Wielkiego Boga, przy użyciu zachowanej antycznej technologii (bardzo rozwiniętej i kojarzącej się z magią, dodajmy) tworząc cuda i utrzymując ubezwłasnowolnione masy plebejuszy w ścisłym posłuszeństwie.
Przeciwko Hierarchii występuje zakonspirowana grupa zwana Czarnoksięstwem, wyznająca Satanasa.
Oprócz umieszczenia fabuły w realiach post-apokaliptycznych i wykorzystania motywów religijnych "Kantyczkę" i "Ciemności" różni jednak wszystko.
Przede wszystkim, zarówno Hierarchia jak i Czarnoksięstwo tak na prawdę nie wierzą w nic. W żaden byt boski lub szatański. Jedni i drudzy wierzą w naukę - i jedni i drudzy wykorzystują ją dla własnych celów. Ci od Wielkiego Boga trzymają całe społeczeństwo w szachu, prymitywnych plebejuszy pracujących dla Hierarchii niemal niewolniczo, wzbudzają w nich strach i wymuszają na nich posłuszeństwo; ci od Satanasa to rewolucjoniści, chcący obalić Hierarchię. Nie jest sprecyzowane, co dokładnie proponują w zamian. Na pewno opowiadają się za upowszechnieniem technologii sprzed lat i jakąś formą demokracji. Wykorzystują symbolikę satanistyczną i odwołują się do czarnoksięstwa jako do określonego symbolu (i estetyki) - bo Satanas był przeciwnikiem Boga, a oni są przeciwnikami quasi-kościelnej Hierarchii (bo nie jest to po prostu chrześcijaństwo - raczej zabarwiony chrześcijańskim nazewnictwem [anioły, aureole, diakoni, itd.] "bez przymiotnikowy" monoteizm (chociaż rzecz jasna da się tę książkę zinterpretować jako antychrześcijańską).
Koniec starego świata też nie nadszedł nagle. Nie było żadnej zagłady atomowej ani niczego takiego, co by jednoznacznie i zdecydowanie odcięło więzi ze starym światem. Część świata została zniszczona, ale przejście do globalnej władzy Hierarchii i nawrotu do feudalizmu nastąpiło płynnie w końcowym stadium upadku dawnego świata. Władza Hierarchii rozwinęła się także na pozaziemskich koloniach Ziemi.
Treść tej powstałej w 1951 roku książki (Wydawnictwo Solaris zrobiło zabawny błąd i podało datę 2051) (a więc powstałej 8 lat przed "Kantyczką" - może więc to Miller się zainspirował w jakimś tam stopniu Leiberem, a nie na odwrót - kto tam wie) ma charakter uniwersalny. Autor porusza mnóstwo wątków, aktualnych także i teraz. Pokazuje hipokryzję zorganizowanych systemów religijnych, realizujących własne przyziemne interesy pod płaszczykiem czarów-marów, pokazuje tragedię manipulowanego od lat społeczeństwa, które w momencie przesilenia nie jest w stanie samo wziąć spraw we własne ręce ani odróżnić rzeczywistości od wizji rzeczywistości. Pokazuje problem rewolucjonistów, mających ograniczone środki i liczne problemy we własnych szeregach, rewolucjonistów, którzy w celu przeprowadzenia potężnych zmian muszą, czy tego chcą czy nie, oprzeć się na elementach starego systemu.
Wreszcie szalenie interesujący jest wątek gnuśnienia i postępującej degrengolady hierarchicznych struktur instytucji sprawujących władzę, gdzie napływa coraz więcej karierowiczów chcących stabilizacji, a nie rozwoju instytucji jako takiej. Gdy całą władzę w Hierarchii przejmuje jeden człowiek, nagle zdaje sobie sprawę, że oto nadszedł koniec Hierarchii, że ma pod sobą ubezwłasnowolnionych potakiwaczy, legiony potulnych wykonawców jego woli bez własnych poglądów i przekonań. Pozostaje więc kwestią otwartą, czy rewolucja zniesie Hierarchię, czy zastąpi Wielkiego Boga Satanasem - ale nie doprowadzi poza tym do żadnych społecznych zmian.
Równie ciekawy jest wątek postaci rozbitej między poczucie sprawiedliwości a dążenie do własnych korzyści. Akurat tutaj ten wątek jest wzbogacony o "pranie mózgu", jednak i tak pobudza do myślenia.
Za to szybko domyśliłem się, kim był naprawdę jeden z wysoko postawionych liderów Czarnoksięstwa, mający pseudonim Asmodeusz. Ot, również ciekawy wątek. Jakie ten człowiek (i cała frakcja) miał motywacje? Niebezpiecznie jest deklarować wiarę w cokolwiek, gdy tak na prawdę się w to nie wierzy.
Tak czy owak, "Ciemności, przybywaj" to świetna książka, do której będę wracał. Kopalnia najróżniejszych przemyśleń i rozważań o istocie władzy, hierarchii, relacji władzy i podporządkowania. Ba, postawiłbym to obok "Eumeswil" Ernsta Jüngera.
Robert Cichowlas, Kazimierz Kyrcz Jr. "Twarze Szatana"
Zbiór opowiadań (ponad 450 stron; autorstwa zarówno obu autorów razem, jak i każdego z osobna), pełen historii przewrotnych, opowieści o ludziach balansujących na granicy szaleństwa, zwyczajnych ludzi z sąsiedztwa, których szara egzystencja nagle staje się bardzo ekscytująca - ale niekoniecznie w taki sposób, jak może i by chcieli.
Niektórzy borykają się z własną przeszłością, inni z toksycznym towarzystwem, inni nagle stają w obliczu czegoś Niepojętego, mającego czasem i demoniczne zabarwienie (lub wręcz przeciwnie - jedno z opowiadań dotyczy odpowiedzi Boga na dosyć niecodzienną prośbę skierowaną do niego). Wydźwięk części opowiadań wydaje się jasny - czy to my jesteśmy szaleni, czy to może świat, ba, cała otaczająca nas rzeczywistość się pochrzaniła? A może - czy szaleństwo jako takie w ogóle jest jako zaburzenie w postrzeganiu siebie i świata, czy to tylko jeden z akceptowalnych punktów widzenia?
Atmosfera całości, nawet jeśli jest rozjaśniona czarnym humorem, przewrotnością samych koncepcji oraz gwałtem na zasadzie decorum, jest dusza i ciężka. Zazwyczaj poznajemy bohaterów gnieżdżących się w lichych kawalerkach na obrzeżach wielkich miast (lub dojeżdżających tam z prowincji), mamy wgląd w ich szare życie, próby łączenia końca z końcem, pomiędzy które wtacza się Nieznane. Czasem jest przerażające i obce, czasem ocieka krwią i nie stroni od przemocy. Nieznane może być przy tym całkiem swojskie - może mieć zwyczajną twarz zwyczajnego człowieka. Jedno z opowiadań zupełnie nie pasuje do reszty (przez co właśnie idealnie do reszty pasuje), ma ciepły i melancholijny, wręcz delikatny i rozczulający przekaz - śmierć nie jest końcem.
Mamy tutaj formy dłuższe, rozkręcające się powoli, obok utworów bardzo krótkich, przedstawiających bardzo plastycznie, jakby to ująć, rozbłyski szaleństwa, zgnilizny i zagubienia bez wdawania się w ich tło. Ot, po prostu coś się dzieje.
Tytuł zdaje się sugerować, jak autorzy postrzegają Szatana jako takiego. To już nie jest złowroga siła z innego świata, to może być ktokolwiek spotkany przypadkowo na ulicy. Lub splot okoliczności. Lub bicz, który samemu na siebie kręcimy, czasem najzupełniej w świecie bezwiednie.
Tę książkę też wygrzebałem w Taniej Książce.
Niektórzy borykają się z własną przeszłością, inni z toksycznym towarzystwem, inni nagle stają w obliczu czegoś Niepojętego, mającego czasem i demoniczne zabarwienie (lub wręcz przeciwnie - jedno z opowiadań dotyczy odpowiedzi Boga na dosyć niecodzienną prośbę skierowaną do niego). Wydźwięk części opowiadań wydaje się jasny - czy to my jesteśmy szaleni, czy to może świat, ba, cała otaczająca nas rzeczywistość się pochrzaniła? A może - czy szaleństwo jako takie w ogóle jest jako zaburzenie w postrzeganiu siebie i świata, czy to tylko jeden z akceptowalnych punktów widzenia?
Atmosfera całości, nawet jeśli jest rozjaśniona czarnym humorem, przewrotnością samych koncepcji oraz gwałtem na zasadzie decorum, jest dusza i ciężka. Zazwyczaj poznajemy bohaterów gnieżdżących się w lichych kawalerkach na obrzeżach wielkich miast (lub dojeżdżających tam z prowincji), mamy wgląd w ich szare życie, próby łączenia końca z końcem, pomiędzy które wtacza się Nieznane. Czasem jest przerażające i obce, czasem ocieka krwią i nie stroni od przemocy. Nieznane może być przy tym całkiem swojskie - może mieć zwyczajną twarz zwyczajnego człowieka. Jedno z opowiadań zupełnie nie pasuje do reszty (przez co właśnie idealnie do reszty pasuje), ma ciepły i melancholijny, wręcz delikatny i rozczulający przekaz - śmierć nie jest końcem.
Mamy tutaj formy dłuższe, rozkręcające się powoli, obok utworów bardzo krótkich, przedstawiających bardzo plastycznie, jakby to ująć, rozbłyski szaleństwa, zgnilizny i zagubienia bez wdawania się w ich tło. Ot, po prostu coś się dzieje.
Tytuł zdaje się sugerować, jak autorzy postrzegają Szatana jako takiego. To już nie jest złowroga siła z innego świata, to może być ktokolwiek spotkany przypadkowo na ulicy. Lub splot okoliczności. Lub bicz, który samemu na siebie kręcimy, czasem najzupełniej w świecie bezwiednie.
Tę książkę też wygrzebałem w Taniej Książce.
John Everson "Ofiara"
I znów byłem w Taniej Książce. Nie pamiętam, czy dałem za to 9zł czy 11zł - w każdym bądź razie znacznie mniej od 29,90zł. Tylna okładka jest nieco zmatowiała - oznaka, że książka gdzieś leżała dosyć długo.
Książki jednak służą do czytania. Nie ma niczego dziwnego w tym, że się z czasem niszczą, nawet jak stoją po prostu na półce, lub od leżenia gdzieś, pomiędzy innymi. Więc mnie to nie przeszkadza.
Druga książka Eversona, jaką czytałem kiedykolwiek. Poprzednią był zbiór opowiadań "Igły i grzechy", nabyty przeze mnie w tej samej Taniej Książce.
Jest to zręcznie napisany, przygodowy horror z wątkami okultystycznymi. Akcja toczy się wartko, fabuła powraca w retrospekcjach i wspomnieniach pojawiających się na kartach powieści postaci - czytelnik jest zanurzony w historii, która toczyła się od czasów znacznie wcześniejszych. Aż sprawdziłem, czy to nie jest sequel czegoś - i tak, to sequel "Demonicznego przymierza". Mogłem sprawdzić to wcześniej, teraz historia części pierwszej nie zaskoczy mnie już niczym, jeśli po nią kiedyś sięgnę. Cóż, trudno. Bywa i tak.
Książka nie jest zła. Jest to trzymające w napięciu, w miarę brutalne, mające kilka ciekawych wątków czytadło. Nie jest to poziom "Igieł i grzechów", gdzie autor bardzo często wykorzystywał brutalną, przerysowaną stylistykę do przekazania Czegoś, do wyrażenia swojej opinii zarówno o ludziach, społeczeństwie jak i o pojedynczym człowieku jako takim. Tutaj jest prościej i znacznie lżej - drugiego dna nie uświadczyłem. Stylistyka całości jest znacznie bardziej kiczowata (to nie zarzut!), ot, mamy po prostu mnóstwo seksu, mordów rytualnych, przemocy. Jest trochę gore, jest trochę ghost-story. "Ofiarę" postawiłbym na półce obok Guya N. Smitha (znów - to nie zarzut!) - po prostu trzeba takie klimaty lubić. Klimaty w sumie bezrefleksyjne. Po przeczytaniu tej książki nie zadumasz się nad kondycją człowieczeństwa i nie zaczniesz rozważać tajemnic Bytu. Ta książka po prostu dostarcza rozrywki. Prymitywnej i mało finezyjnej rozrywki, ktoś mógłby dodać. Ale przecież nie samą snobistyczną "sztuką wysoką" człowiek żyje.
Pod względem krwistości i wynaturzeń nie jest to jednak poziom chociażby naszych rodzimych "Gorefikacji". Fakt, jakiś wrażliwiec zapewne poczuje się nieswojo w czasie lektury (o ile jakiś wrażliwiec w ogóle sięgnie po ten tytuł), ale w tej książce (nie wiem jak to wygląda na tle jego twórczości w ogóle) autor nie schodzi w regiony absolutnie ekstremalne. Chociaż, rzecz jasna, jest znacznie ostrzej niż u głównonurtowych Kinga czy Mastertona.
Albo to tylko moja znieczulica daje o sobie znać.
Fabuła w gruncie rzeczy jest prosta. Główny bohater uratował miasteczko takie jedno, podporządkowując sobie demona, który w zamian za ochronę przed bytami znacznie potężniejszymi wymagał od mieszkańców krwawych ofiar. Włóczy się z nim po Ameryce, nie zagrzewając nigdzie miejsca i próbując ogarnąć jakkolwiek swój nieco przetrącony żywot.
Tymczasem niejaka Arianna podróżuje po Stanach i morduje przypadkowo poznanych w klubach (głównie klubach gotyckich i BDSM, dodajmy) mężczyzn. Zwabia ich do wynajmowanego przez siebie pokoju w hotelu, zabija rytualnie, jedzie dalej, sytuacja się powtarza. Jak się okazuje, próbuje przywołać Curburydów, bardzo potężne demony, przed którymi bronił ludzkość demon z części pierwszej.
Więc konfrontacja jej i jego (a raczej jej i jego "nosiciela") jest nieuchronna. Jest też wątek nastoletniej dziewuszki-medium, której rodzice chcieli ją spalić na stosie za to, że jest "czarownicą".
Ot, dzień jak co dzień w Stanach Zjednoczonych, chciało by się powiedzieć.
Książki jednak służą do czytania. Nie ma niczego dziwnego w tym, że się z czasem niszczą, nawet jak stoją po prostu na półce, lub od leżenia gdzieś, pomiędzy innymi. Więc mnie to nie przeszkadza.
Druga książka Eversona, jaką czytałem kiedykolwiek. Poprzednią był zbiór opowiadań "Igły i grzechy", nabyty przeze mnie w tej samej Taniej Książce.
Jest to zręcznie napisany, przygodowy horror z wątkami okultystycznymi. Akcja toczy się wartko, fabuła powraca w retrospekcjach i wspomnieniach pojawiających się na kartach powieści postaci - czytelnik jest zanurzony w historii, która toczyła się od czasów znacznie wcześniejszych. Aż sprawdziłem, czy to nie jest sequel czegoś - i tak, to sequel "Demonicznego przymierza". Mogłem sprawdzić to wcześniej, teraz historia części pierwszej nie zaskoczy mnie już niczym, jeśli po nią kiedyś sięgnę. Cóż, trudno. Bywa i tak.
Książka nie jest zła. Jest to trzymające w napięciu, w miarę brutalne, mające kilka ciekawych wątków czytadło. Nie jest to poziom "Igieł i grzechów", gdzie autor bardzo często wykorzystywał brutalną, przerysowaną stylistykę do przekazania Czegoś, do wyrażenia swojej opinii zarówno o ludziach, społeczeństwie jak i o pojedynczym człowieku jako takim. Tutaj jest prościej i znacznie lżej - drugiego dna nie uświadczyłem. Stylistyka całości jest znacznie bardziej kiczowata (to nie zarzut!), ot, mamy po prostu mnóstwo seksu, mordów rytualnych, przemocy. Jest trochę gore, jest trochę ghost-story. "Ofiarę" postawiłbym na półce obok Guya N. Smitha (znów - to nie zarzut!) - po prostu trzeba takie klimaty lubić. Klimaty w sumie bezrefleksyjne. Po przeczytaniu tej książki nie zadumasz się nad kondycją człowieczeństwa i nie zaczniesz rozważać tajemnic Bytu. Ta książka po prostu dostarcza rozrywki. Prymitywnej i mało finezyjnej rozrywki, ktoś mógłby dodać. Ale przecież nie samą snobistyczną "sztuką wysoką" człowiek żyje.
Pod względem krwistości i wynaturzeń nie jest to jednak poziom chociażby naszych rodzimych "Gorefikacji". Fakt, jakiś wrażliwiec zapewne poczuje się nieswojo w czasie lektury (o ile jakiś wrażliwiec w ogóle sięgnie po ten tytuł), ale w tej książce (nie wiem jak to wygląda na tle jego twórczości w ogóle) autor nie schodzi w regiony absolutnie ekstremalne. Chociaż, rzecz jasna, jest znacznie ostrzej niż u głównonurtowych Kinga czy Mastertona.
Albo to tylko moja znieczulica daje o sobie znać.
Fabuła w gruncie rzeczy jest prosta. Główny bohater uratował miasteczko takie jedno, podporządkowując sobie demona, który w zamian za ochronę przed bytami znacznie potężniejszymi wymagał od mieszkańców krwawych ofiar. Włóczy się z nim po Ameryce, nie zagrzewając nigdzie miejsca i próbując ogarnąć jakkolwiek swój nieco przetrącony żywot.
Tymczasem niejaka Arianna podróżuje po Stanach i morduje przypadkowo poznanych w klubach (głównie klubach gotyckich i BDSM, dodajmy) mężczyzn. Zwabia ich do wynajmowanego przez siebie pokoju w hotelu, zabija rytualnie, jedzie dalej, sytuacja się powtarza. Jak się okazuje, próbuje przywołać Curburydów, bardzo potężne demony, przed którymi bronił ludzkość demon z części pierwszej.
Więc konfrontacja jej i jego (a raczej jej i jego "nosiciela") jest nieuchronna. Jest też wątek nastoletniej dziewuszki-medium, której rodzice chcieli ją spalić na stosie za to, że jest "czarownicą".
Ot, dzień jak co dzień w Stanach Zjednoczonych, chciało by się powiedzieć.
Odpryski XXIV
1) Podwójne (bo wpłacone w listopadzie, za listopad i październik) stypendium naukowe rozłazi się w niebycie - przeznaczone na nic konkretnego - niewiarygodnie szybko.
2) Ponad 100 notek na blogu w tym roku. I to w roku, kiedy powinienem zająć się innymi rzeczami, niż czytaniem (głównie) beletrystyki i prezentowaniem jej z grubsza wraz z własnymi, niedookreślonymi (bo subiektywnymi) opiniami.
Tak czy siak, niezły wynik.
3) Sytuacja z kiedyś tam, sprzed lat. Przypomniałem sobie o niej wczoraj, w sumie przypadkiem. Ot, siedząc w małym gronie wyciągaliśmy różne historie na światło dzienne.
Zatłoczony przedział w wagonie kolejowym (a może to był wagon przez przedziałów? nie pamiętam już dokładnie), też gdzieś tam siedzę. Wszystkie miejsca zajęte. Drzwi się otwierają, wchodzi do środka jakiś typ.
- "Przepraszam państwa, Bóg już mnie nie kocha, czy ktoś z państwa mógłby mnie pokochać?" (cyt. niedokładny, ale o to mu chodziło).
Brak reakcji, gościu wychodzi i szuka miłości gdzieś indziej.
2) Ponad 100 notek na blogu w tym roku. I to w roku, kiedy powinienem zająć się innymi rzeczami, niż czytaniem (głównie) beletrystyki i prezentowaniem jej z grubsza wraz z własnymi, niedookreślonymi (bo subiektywnymi) opiniami.
Tak czy siak, niezły wynik.
3) Sytuacja z kiedyś tam, sprzed lat. Przypomniałem sobie o niej wczoraj, w sumie przypadkiem. Ot, siedząc w małym gronie wyciągaliśmy różne historie na światło dzienne.
Zatłoczony przedział w wagonie kolejowym (a może to był wagon przez przedziałów? nie pamiętam już dokładnie), też gdzieś tam siedzę. Wszystkie miejsca zajęte. Drzwi się otwierają, wchodzi do środka jakiś typ.
- "Przepraszam państwa, Bóg już mnie nie kocha, czy ktoś z państwa mógłby mnie pokochać?" (cyt. niedokładny, ale o to mu chodziło).
Brak reakcji, gościu wychodzi i szuka miłości gdzieś indziej.
niedziela, 8 grudnia 2013
Fryderyk Nietzsche "Zmierzch bożyszcz, czyli jak filozofuje się młotem"
Ze Starym Kanonierem jest problem podstawowy - na przestrzeni lat klecił swoje notatki, aforyzmy, myśli nieuczesane, z których potem wychodziły mu książki, jeśli chciało mu się je pisać.
"Wola mocy" została sklecona z takich właśnie notatek, na dodatek nie przez samego autora; autor pisał najpierw zwięźle i mało dlatego iż nie dość, że nasilało mu się pograniczne zaburzenie osobowości, to na dodatek cierpiał na chorobę oczu, przez co nie mógł pisać długo zawsze kiedy chciał.
Tak prawdę powiedziawszy, każda książka Nietzschego traktuje w sumie o tych samych wątkach - w zależności od dokładnego tytułu zmienia się tylko rozłożenie akcentów. Jakby ktoś chciał jego myśli przyswoić na raz i w miarę wszystkie (tyle że niedokładnie) lepszym pomysłem wydaje się być przeczytanie "Pism pozostałych" wydanych przez Aletheię.
Tak czy owak, "Zmierzch bożyszcz" wydany przez vis-a-vis etiudę składa się z kilku części, tylko częściowo powiązanych ze sobą nawzajem, tzn. tytułem całości.
"Zdania i groty" to 44 aforyzmy. Większość została potem/wcześniej rozwinięta. "Problemat Sokratesa" to zaś historia w 12 punktach o tym, jak to Sokrates był antygrecki, przez swoje moralizatorstwo i niejako antycypowanie chrześcijaństwa. " "Rozum" w filozofii" dotyczy niemożności poznania, autor krytykuje filozofię jako taką, przychylnie patrząc tylko na Heraklita. Tę część książeczki podsumowuje czterema twierdzeniami: 1) jeśli "ten" świat określa się jako pozorny, znaczy to, że jest realny [jest to rozwinięte w tekście], 2) to, co przypisuje się "prawdziwemu bytowi" to ułuda; "świat prawdziwy" to świat pozorny, nierzeczywisty, "jest tylko moralno-optycznem złudzeniem", 3) "bajania" o innym, lepszym świecie to samooszukiwanie się, zemsta na życiu, 4) podział świata na "prawdziwy" i "pozorny" to oznaka dekadencji [jedno z pojęć-kluczy u Nietzschego], "oznaka zanikającego życia". Potem jest krótka analiza "Jak "świat prawdziwy" stał się w końcu baśnią", a po niej kolejne, których nie ma w sumie po co tutaj rozwijać - ot, mamy trochę o Dionizosie, mamy gruntowną krytykę Niemiec teraźniejszych autorowi, itd.
Wszystkie wyszczególnione bożyszcza faktycznie autor z pasją i przekonaniem rozłupał młotem, niczym z wiersza Heinego Thor mury kamiennych katedr.
Gdy nie wychodzi z autora toporny konserwatyzm i absurdalny elitaryzm, to można znaleźć sporo sensu w jego słowach.
"Wola mocy" została sklecona z takich właśnie notatek, na dodatek nie przez samego autora; autor pisał najpierw zwięźle i mało dlatego iż nie dość, że nasilało mu się pograniczne zaburzenie osobowości, to na dodatek cierpiał na chorobę oczu, przez co nie mógł pisać długo zawsze kiedy chciał.
Tak prawdę powiedziawszy, każda książka Nietzschego traktuje w sumie o tych samych wątkach - w zależności od dokładnego tytułu zmienia się tylko rozłożenie akcentów. Jakby ktoś chciał jego myśli przyswoić na raz i w miarę wszystkie (tyle że niedokładnie) lepszym pomysłem wydaje się być przeczytanie "Pism pozostałych" wydanych przez Aletheię.
Tak czy owak, "Zmierzch bożyszcz" wydany przez vis-a-vis etiudę składa się z kilku części, tylko częściowo powiązanych ze sobą nawzajem, tzn. tytułem całości.
"Zdania i groty" to 44 aforyzmy. Większość została potem/wcześniej rozwinięta. "Problemat Sokratesa" to zaś historia w 12 punktach o tym, jak to Sokrates był antygrecki, przez swoje moralizatorstwo i niejako antycypowanie chrześcijaństwa. " "Rozum" w filozofii" dotyczy niemożności poznania, autor krytykuje filozofię jako taką, przychylnie patrząc tylko na Heraklita. Tę część książeczki podsumowuje czterema twierdzeniami: 1) jeśli "ten" świat określa się jako pozorny, znaczy to, że jest realny [jest to rozwinięte w tekście], 2) to, co przypisuje się "prawdziwemu bytowi" to ułuda; "świat prawdziwy" to świat pozorny, nierzeczywisty, "jest tylko moralno-optycznem złudzeniem", 3) "bajania" o innym, lepszym świecie to samooszukiwanie się, zemsta na życiu, 4) podział świata na "prawdziwy" i "pozorny" to oznaka dekadencji [jedno z pojęć-kluczy u Nietzschego], "oznaka zanikającego życia". Potem jest krótka analiza "Jak "świat prawdziwy" stał się w końcu baśnią", a po niej kolejne, których nie ma w sumie po co tutaj rozwijać - ot, mamy trochę o Dionizosie, mamy gruntowną krytykę Niemiec teraźniejszych autorowi, itd.
Wszystkie wyszczególnione bożyszcza faktycznie autor z pasją i przekonaniem rozłupał młotem, niczym z wiersza Heinego Thor mury kamiennych katedr.
Gdy nie wychodzi z autora toporny konserwatyzm i absurdalny elitaryzm, to można znaleźć sporo sensu w jego słowach.
sobota, 7 grudnia 2013
Ludwik Dorn, Robert Krasowski "Anatomia słabości"
Była już "Anatomia siły", czyli wywiad-rzeka Krasowskiego z Leszkiem Millerem, teraz czas na Ludwika Dorna.
Swoją drogą, ciekawe co się z gościem obecnie dzieje. Zniknął gdzieś z politycznego mainstreamu.
A poniekąd szkoda, bo z tego wywiadu wyłania się obraz polityka - jak na prawicowca - w miarę rozgarniętego, którego swego czasu pod skrzydła PiSu i tworów wcześniejszych przywiał podobny osąd rzeczywistości - ale mimo wszystko znacznie trzeźwiejszy.
Zresztą przychylność dla polityki braci Kaczyńskich znacznie bardziej jest widoczna we wspomnieniach przepytywanego polityka jeszcze z wczesnych lat III RP.
Wg. Dorna pomysł na Polskę miały dwa środowiska - Michnika i Kaczyńskich właśnie. Solidarność, reprezentowana przez Geremka i Mazowieckiego nie zauważyła, że PRL się skończył nie tylko w kwestii prostej reformy systemu, nawet biorąc pod uwagę upadek tego, co określa się potocznie jako "komunizm", lecz oto nastała zupełnie nowa rzeczywistość. Po Okrągłym Stole nie było już stron, które toczyły rozmowy. PZPR uwiądł, pozostawiając po sobie tylko strukturę biurokratyczną, resztkę dawnego "centrum", całą machinę biurokratyczną, chwilowo bez głowy i z chaosem poniżej. Pogrobowcy PZPR potrafili się jakoś zorganizować, ekipa postsolidarnościowa - wręcz przeciwnie.
O ile Michnik bał się, zdaniem Dorna, że z szafy wyjdą stare, endeckie demony i zrobią drugi Pogrom Kielecki, albo coś jeszcze gorszego. Ten gość miał też się nieco obawiać środowisk także post-PZPRowskich, za wspomnienia o '68.
Tymczasem jeden Kaczyński miał program by zorganizować nowy ośrodek władzy, silny i niezależny, który narzuciłby coś nowego, wziął w ryzy rozpadające się szczątki PRLu i prowizorki post-solidarnościowej, która zaczęła powstawać bez ładu i składu.
Sympatia Dorna dla braci Kaczyńskich skończyła się jednak bardzo szybko, wraz z powstaniem PiSu, podporządkowaniem partii braciom; Dorn wspomina, że nie chciał być "ministrem na telefon", takim jak potem stał się Kamiński.
Różnił się także w kwestii osądu czym jest "Układ". Wg. Dorna to po prostu niehierarchiczna sieć powiązań, która się zawiązała na gruzach państwowego zarządzania środkami produkcji na przełomie "wieków", sieć biznesowo-polityczno-medialna. Nie żadna zorganizowana struktura, hierarchiczna i z określonym kierownictwem.
Wg. Dorna w walce z tą strukturą poległ swego czasu Leszek Miller, "odstrzelony" poniekąd też przez własne lub sympatyzujące środowiska. Za bardzo chciał wziąć za mordę całe to towarzystwo - nie w sensie zagrożenia ich najrozmaitszym interesom, tylko aby uznali go jego polityczne zwierzchnictwo. Zdaniem Dorna, Miller okazywał się przy tym zdolnym i inteligentnym politykiem.
Sam Dorn też sypie odniesieniami historycznymi i powołuje się na analizy ocierające się o filozofię. Jego analiza, znacznie bardziej stonowana od poglądów przeciętnego sympatyka "sekty smoleńskiej" nie wydaje się być aż tak odległa od rzeczywistości, jak wariant Kaczyńskich.
Chociaż ci również potrafili jeszcze w latach '90 grać politycznie bez przeideologizowania.
Wywiad z Dornem bardzo ładnie się zazębia, dopełnia, z wywiadem z Millerem.
Pozostaje mi tylko jeszcze dorwać wywiad z Rokitą.
Swoją drogą, ciekawe co się z gościem obecnie dzieje. Zniknął gdzieś z politycznego mainstreamu.
A poniekąd szkoda, bo z tego wywiadu wyłania się obraz polityka - jak na prawicowca - w miarę rozgarniętego, którego swego czasu pod skrzydła PiSu i tworów wcześniejszych przywiał podobny osąd rzeczywistości - ale mimo wszystko znacznie trzeźwiejszy.
Zresztą przychylność dla polityki braci Kaczyńskich znacznie bardziej jest widoczna we wspomnieniach przepytywanego polityka jeszcze z wczesnych lat III RP.
Wg. Dorna pomysł na Polskę miały dwa środowiska - Michnika i Kaczyńskich właśnie. Solidarność, reprezentowana przez Geremka i Mazowieckiego nie zauważyła, że PRL się skończył nie tylko w kwestii prostej reformy systemu, nawet biorąc pod uwagę upadek tego, co określa się potocznie jako "komunizm", lecz oto nastała zupełnie nowa rzeczywistość. Po Okrągłym Stole nie było już stron, które toczyły rozmowy. PZPR uwiądł, pozostawiając po sobie tylko strukturę biurokratyczną, resztkę dawnego "centrum", całą machinę biurokratyczną, chwilowo bez głowy i z chaosem poniżej. Pogrobowcy PZPR potrafili się jakoś zorganizować, ekipa postsolidarnościowa - wręcz przeciwnie.
O ile Michnik bał się, zdaniem Dorna, że z szafy wyjdą stare, endeckie demony i zrobią drugi Pogrom Kielecki, albo coś jeszcze gorszego. Ten gość miał też się nieco obawiać środowisk także post-PZPRowskich, za wspomnienia o '68.
Tymczasem jeden Kaczyński miał program by zorganizować nowy ośrodek władzy, silny i niezależny, który narzuciłby coś nowego, wziął w ryzy rozpadające się szczątki PRLu i prowizorki post-solidarnościowej, która zaczęła powstawać bez ładu i składu.
Sympatia Dorna dla braci Kaczyńskich skończyła się jednak bardzo szybko, wraz z powstaniem PiSu, podporządkowaniem partii braciom; Dorn wspomina, że nie chciał być "ministrem na telefon", takim jak potem stał się Kamiński.
Różnił się także w kwestii osądu czym jest "Układ". Wg. Dorna to po prostu niehierarchiczna sieć powiązań, która się zawiązała na gruzach państwowego zarządzania środkami produkcji na przełomie "wieków", sieć biznesowo-polityczno-medialna. Nie żadna zorganizowana struktura, hierarchiczna i z określonym kierownictwem.
Wg. Dorna w walce z tą strukturą poległ swego czasu Leszek Miller, "odstrzelony" poniekąd też przez własne lub sympatyzujące środowiska. Za bardzo chciał wziąć za mordę całe to towarzystwo - nie w sensie zagrożenia ich najrozmaitszym interesom, tylko aby uznali go jego polityczne zwierzchnictwo. Zdaniem Dorna, Miller okazywał się przy tym zdolnym i inteligentnym politykiem.
Sam Dorn też sypie odniesieniami historycznymi i powołuje się na analizy ocierające się o filozofię. Jego analiza, znacznie bardziej stonowana od poglądów przeciętnego sympatyka "sekty smoleńskiej" nie wydaje się być aż tak odległa od rzeczywistości, jak wariant Kaczyńskich.
Chociaż ci również potrafili jeszcze w latach '90 grać politycznie bez przeideologizowania.
Wywiad z Dornem bardzo ładnie się zazębia, dopełnia, z wywiadem z Millerem.
Pozostaje mi tylko jeszcze dorwać wywiad z Rokitą.
Brian Lumley "Dom Cthulhu"
Lumleya znałem od lat. Z nazwiska. Tzn. wiedziałem, że jest ktoś taki. Za zupełnego szczeniaka, będąc u siostry ciotecznej, zwinąłem z jej pokoju z półki z książkami któryś tom "Nekroskopu", jeszcze to stare takie wydanie. Potem oddałem rzecz jasna.
Tamta książka wpłynęła na mnie w stopniu mniejszym niżbym przypuszczał. Było tam coś o wampirach, tylko pokazanych trochę mniej szablonowo niż zazwyczaj (a i kontekst tego był zupełnie inny, niż obecnie). Wąpierz jeden z drugim czy jeden sam przetrwał ileśtam wieków w na poły zawalonej krypcie, w międzyczasie za pomocą jakieś macki czy tam czegoś "współtworzył" płód jakiejś lasce, która ze swoim chłopem akurat pieprzyła się w pobliżu będąc przejazdem. Całą fabuła była osnuta wokół wątku tego dzieciaka, który jak podrósł, to poszedł w ślady wiekowego, wysuszonego przodka. Ktoś tam z nim walczył, itd.
Potraktowałem tę książkę wtedy jako takie czytadło. Pamiętam ją do tej pory (bardzo niedokładnie) chyba tylko dlatego, że miałem może z 10-12 lat, jak ją przeczytałem.
Nie wpłynęła jednak znacząco ani na moje gusta literackie, ani na mój styl, nie wywarła znaczącego wpływu na mnie. Lumley jest niby postacią kultową, ale mnie, od tamtego czasu, kojarzy się z autorem czytadeł.
"Dom Cthulhu" nie zmienił tej opinii. Jak się chce, z mocno już pokrytego nie tyle patyną co wręcz zarastającego mchem i rdzewiejącego w kwaśnych deszczach popkultury dziedzictwa Lovecrafta można wykrzesać trochę życia, co pokazali autorzy zgromadzeni chociażby w antologiach "Weird fiction po polsku" czy "Cienie spoza czasu", ewentualnie jeden-dwóch autorów z - w ogólnym rozrachunku dennej i mulistej - antologii "Chodząc nędznymi ulicami".
Jedyne co Lumley zrobił ze spuścizną Lovecrafta w miarę oryginalnego to uczynił z niej komedię. Sarkastyczną, trochę cyniczną i zdecydowanie czarną, ale jednak lekką i przyjazną - parodię. Kosmiczna groza gdzieś uleciała (poza ostatnim opowiadaniem), zastąpiona przez opowiastki o magach i barbarzyńcach ze stereotypowego, bardzo howardowskiego uniwersum osadzonego w historii ludzkości na prakontynencie jeszcze przed czasami dinozaurów. Gdzie panteony wyznawanych bóstw opierają się na tzw. "Mitologii Cthulhu". Głównymi wadami tych historyjek jest ich wtórność i miałkość.
Pojawia się przy tym dodatkowy motyw, zaczerpnięty nieco chociażby z Haggarda ("Alan w krainie lodów" to się chyba nazywało); samo wprowadzenie do zbioru jest bardzo odtwórcze - prawie wszystkie opowiadania to niby pradawne teksty przetłumaczone przez przyjaciela narratora, który po zniknięciu w tajemniczych okolicznościach tegoż upublicznia je.
W kategorii parodii książka nie jest tragiczna, bo autor faktycznie potrafił zrobić sobie jaja z napuszonego światka Lovecrafta i jego bezkrytycznych nieraz naśladowców [np. odwrócona runa zdejmująca czar z innej runy brzmi tak: Ukpułg, ęis law! - a to tylko jeden przykład z wielu podobnych; imiona bohaterów to nie raz też majstersztyk], ale pod każdym innym względem jest naprawdę słabo.
Kuleje nie tylko warsztat autora, ale i tłumaczenie (kto wie, może tłumacz - niejaki Stefan Baranowski - zawinił znacznie bardziej od autora). Momentami tekst jest naprawdę "nieociosany", toporny, bez polotu, niespójny, prostacki wręcz. Trafiają się też prawdziwe "perełki", jak jedno zdanie zajmujące w tekście dziewięć linijek. Nawet mnie, arcymistrzowi zdań wielokrotnie złożonych i gubiących przy każdym kolejnym złożeniu jakikolwiek sens, coś takiego przytrafia się relatywnie rzadko: (...) Chociaż Zar-thule czuł wielki głód, chociaż był obolały i znużony nieustannym wpatrywaniem się w bezmiar oceanu, który rozciągał się za zwisającym ogonem smoka wieńczącego rufę jego statku, Czerwonego Ognia, patrząc zaczerwienionymi oczyma na czarną wyspę, powstrzymywał swych ludzi, każąc im stanąć na kotwicy na pełnym morzu i czekać, dopóki całkowicie nie zajdzie słońce, pogrążając się w Królestwie Cthona, który czeka w milczeniu, aby schwytać je w swą sieć. (...) Uffff. Wśród Straszliwych Epitetów określających np. tytułowego Cthulhu czy jakieś inne bezeceństwa i bezecne byty spoza czasu trafia się przymiotnik "okropny". Jak na mój gust, to trochę nie ta waga. Poza tym jestem prawie pewien że rzeczownik "lord" przy imieniu "Cthulhu" powinien zostać przetłumaczony na "bóg", "bóstwo", "bożyszcze", ew. niedokładnie na "bezbożny i popierdolony koszmar leżący poza granicami ludzkiego poznania" a niekoniecznie na "lord". Nie przetłumaczono nazwy własnej "Pnakotic Manuscripts", która funkcjonuje w formie spolszczonej.
Ogólnie rzecz biorąc, nie polecam.
Tamta książka wpłynęła na mnie w stopniu mniejszym niżbym przypuszczał. Było tam coś o wampirach, tylko pokazanych trochę mniej szablonowo niż zazwyczaj (a i kontekst tego był zupełnie inny, niż obecnie). Wąpierz jeden z drugim czy jeden sam przetrwał ileśtam wieków w na poły zawalonej krypcie, w międzyczasie za pomocą jakieś macki czy tam czegoś "współtworzył" płód jakiejś lasce, która ze swoim chłopem akurat pieprzyła się w pobliżu będąc przejazdem. Całą fabuła była osnuta wokół wątku tego dzieciaka, który jak podrósł, to poszedł w ślady wiekowego, wysuszonego przodka. Ktoś tam z nim walczył, itd.
Potraktowałem tę książkę wtedy jako takie czytadło. Pamiętam ją do tej pory (bardzo niedokładnie) chyba tylko dlatego, że miałem może z 10-12 lat, jak ją przeczytałem.
Nie wpłynęła jednak znacząco ani na moje gusta literackie, ani na mój styl, nie wywarła znaczącego wpływu na mnie. Lumley jest niby postacią kultową, ale mnie, od tamtego czasu, kojarzy się z autorem czytadeł.
"Dom Cthulhu" nie zmienił tej opinii. Jak się chce, z mocno już pokrytego nie tyle patyną co wręcz zarastającego mchem i rdzewiejącego w kwaśnych deszczach popkultury dziedzictwa Lovecrafta można wykrzesać trochę życia, co pokazali autorzy zgromadzeni chociażby w antologiach "Weird fiction po polsku" czy "Cienie spoza czasu", ewentualnie jeden-dwóch autorów z - w ogólnym rozrachunku dennej i mulistej - antologii "Chodząc nędznymi ulicami".
Jedyne co Lumley zrobił ze spuścizną Lovecrafta w miarę oryginalnego to uczynił z niej komedię. Sarkastyczną, trochę cyniczną i zdecydowanie czarną, ale jednak lekką i przyjazną - parodię. Kosmiczna groza gdzieś uleciała (poza ostatnim opowiadaniem), zastąpiona przez opowiastki o magach i barbarzyńcach ze stereotypowego, bardzo howardowskiego uniwersum osadzonego w historii ludzkości na prakontynencie jeszcze przed czasami dinozaurów. Gdzie panteony wyznawanych bóstw opierają się na tzw. "Mitologii Cthulhu". Głównymi wadami tych historyjek jest ich wtórność i miałkość.
Pojawia się przy tym dodatkowy motyw, zaczerpnięty nieco chociażby z Haggarda ("Alan w krainie lodów" to się chyba nazywało); samo wprowadzenie do zbioru jest bardzo odtwórcze - prawie wszystkie opowiadania to niby pradawne teksty przetłumaczone przez przyjaciela narratora, który po zniknięciu w tajemniczych okolicznościach tegoż upublicznia je.
W kategorii parodii książka nie jest tragiczna, bo autor faktycznie potrafił zrobić sobie jaja z napuszonego światka Lovecrafta i jego bezkrytycznych nieraz naśladowców [np. odwrócona runa zdejmująca czar z innej runy brzmi tak: Ukpułg, ęis law! - a to tylko jeden przykład z wielu podobnych; imiona bohaterów to nie raz też majstersztyk], ale pod każdym innym względem jest naprawdę słabo.
Kuleje nie tylko warsztat autora, ale i tłumaczenie (kto wie, może tłumacz - niejaki Stefan Baranowski - zawinił znacznie bardziej od autora). Momentami tekst jest naprawdę "nieociosany", toporny, bez polotu, niespójny, prostacki wręcz. Trafiają się też prawdziwe "perełki", jak jedno zdanie zajmujące w tekście dziewięć linijek. Nawet mnie, arcymistrzowi zdań wielokrotnie złożonych i gubiących przy każdym kolejnym złożeniu jakikolwiek sens, coś takiego przytrafia się relatywnie rzadko: (...) Chociaż Zar-thule czuł wielki głód, chociaż był obolały i znużony nieustannym wpatrywaniem się w bezmiar oceanu, który rozciągał się za zwisającym ogonem smoka wieńczącego rufę jego statku, Czerwonego Ognia, patrząc zaczerwienionymi oczyma na czarną wyspę, powstrzymywał swych ludzi, każąc im stanąć na kotwicy na pełnym morzu i czekać, dopóki całkowicie nie zajdzie słońce, pogrążając się w Królestwie Cthona, który czeka w milczeniu, aby schwytać je w swą sieć. (...) Uffff. Wśród Straszliwych Epitetów określających np. tytułowego Cthulhu czy jakieś inne bezeceństwa i bezecne byty spoza czasu trafia się przymiotnik "okropny". Jak na mój gust, to trochę nie ta waga. Poza tym jestem prawie pewien że rzeczownik "lord" przy imieniu "Cthulhu" powinien zostać przetłumaczony na "bóg", "bóstwo", "bożyszcze", ew. niedokładnie na "bezbożny i popierdolony koszmar leżący poza granicami ludzkiego poznania" a niekoniecznie na "lord". Nie przetłumaczono nazwy własnej "Pnakotic Manuscripts", która funkcjonuje w formie spolszczonej.
Ogólnie rzecz biorąc, nie polecam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
