*-* [Uwaga na spoilery] ^^
W światku horrorowym (wraz z przyległościami) o tej książce było głośno na długo, zanim się ukazała. Sami autorzy wypowiadając się o niej w kilku wywiadach (m.in. dla "Horror Masakry" czy "Grabarza Polskiego") podgrzali atmosferę.
We wspomnianych wywiadach sami autorzy opowiedzieli, z czym czytelnicy będą mieć do czynienia. Z jednej strony Pradawne zło miało być hołdem dla Wielkich Nazwisk (Lovecrafta, Grabińskiego, Jamesa Herberta), z drugiej strony sprawdzeniem, ile da się rzeczy bardziej ekstremalnych wrzucić do mainstreamu. Ponieważ jako-tako kojarzę twórczość autorów, więc z grubsza wiedziałem i bez czytania wywiadów, czego się spodziewać.
Łukasza Radeckiego kojarzę z opowiadań (w "Gorefikacjach" i "Horror
Masakrze"), Roberta Cichowlasa - z paru książek, których był
współautorem oraz przede wszystkim z opowiadania Duckfucker. Swoją drogą, straszną rzecz sam sobie wyrządził tym opowiadaniem - sądzę, iż nie jestem jedynym czytelnikiem, u którego na
hasło "Cichowlas" uwarunkowało się skojarzenie "Duckfucker".
Czy było na co czekać? Tak, zdecydowanie było na co.
Pradawne zło to trzy nowelki. Tytułowa jest pierwsza, potem mamy Świt szczurów oraz Seks to nie wszystko.
W pierwszej autorom udało się odświeżyć nieco spojrzenie na tzw. mitologię Cthulhu. Nadając Przedwiecznym (i ziemskim manifestacjom ich działań) cechy wyraźnie demoniczne
przywrócili im nieco rozmyty przez popkulturę charakter złowrogich, obcych, przerażających bóstw, wyraźnie nieprzychylnych ludziom. Temu samemu posłużyło zderzenie Lovecraftowych pomysłów z obrzędowością katolicką, z katolickim egzorcyzmem. Wielcy Przedwieczni są tutaj czymś bardziej złym, obcym, chaotycznym od szatana, ale działają podobnie jak on i podległe mu demony.
Przynajmniej jak demony w "narracji" chrześcijańskiej.
Intryga, która wprowadziła do fabuły głównego bohatera, mimo niedopowiedzeń (a może dzięki nim; świetny wątek z innym bohaterem, niby martwym, a bardzo rozmownym) jest spójna. Jedna rzecz mnie nie przekonała - posążek, który za - w sumie - byle co jest w stanie rozpirzyć człowieka po ścianach, dał się w spokoju przerobić na podobiznę Chrystusa. Trochę naciągane, ale ok, niech tam autorom będzie.
W drugiej nowelce mamy motyw stary jak sam horror (jeśli nie, to przynajmniej tak stary jak Szczury w ścianach Lovecrafta). Ot, w starej kamienicy pojawiają się szczury. Cała plaga szczurów. Gdy mieszkańcy nie dają sobie rady, informują o tym właściciela, a ten - po wizycie na miejscu - niechętnie zatrudnia szczurołapa, myśląc raczej o sprzedaży kamienicy razem z całym - pożądanym i niepożądanym - inwentarzem. Szczurołap okazuje się być nieźle trzepnięty - i to nie tylko dlatego, że poluje na gryzonie gołymi rękami. I zębami.
W międzyczasie agresywne, ogromne zwierzęta zaczynają atakować mieszkańców, padają ofiary wśród ludzi i zwierząt domowych.
Małym novum w motywie szczurów jest sięgnięcie do hinduizmu. Rzecz jasna, to raczej ciekawostka, pretekst, by napuścić zwierzęta na ludzi i cieszyć się masakrą.
Jak na mój gust - najlepsza nowelka w książce. Za opisy szczurów pożerających ludzi, za oddanie zatęchłej atmosfery starego budynku pełnego wścibskich i denerwujących staruszków, za postać szczurołapa. Chociaż ja tam szczury bardzo lubię. Śliczne stworzonka.
Trzecia nowelka podobała mi się najmniej. Co nie znaczy, że jest zła. Ot, po prostu "nie kupiłem" przekazu. Bo nie przepadam za nachalnym moralizowaniem. Chociaż tyle, że zły demon, który postanawia ukarać główną bohaterkę (i pierwszoosobową narratorkę) za jej nimfomanię i - delikatnie mówiąc - przedmiotowe traktowanie innych, jest gejem. Jedyne co w tej nowelce przypadło mi do gustu to fenomenalna scena - nazwijmy to - przemoco-seksu. Naprawdę mocna.
A poza tym, to nimfomanki są spoko. Może i nie przedstawisz takiej rodzicom, ale ma inne zalety.
W fabułę wpleciona jest postać pisarza, który napisał opowiadanie o seksie człowieka z papugą. Niezwykle mnie to zasmuciło, bo sam akurat współ-piszę coś podobnego. Tyle, że bohaterką będzie kobieta. Panowie, nie zerżnąłem tego pomysłu od Was.
Podsumowując, przede wszystkim trzeba się cieszyć, że taka książka się ukazała. I że trafiła do mainstreamowych księgarni (i sieci księgarni), gdzie cieszy się sporą popularnością wśród kupujących. Ot, coś drgnęło, horror powoli trafia na drogę do portfeli i serc szerszego grona czytelników. A przy okazji książka jest naprawdę niezła - nie dość, że sensownie i solidnie napisana, to autorzy nie patyczkują się z czytelnikiem, nie litują się nad jego poczuciem estetyki. Czuć radość, jaką autorom sprawiło napisanie tych trzech nowelek, czuć lekkość pióra (czy tam klawiatury).
No i jeszcze ta rozkosznie kiczowato-pulpowa okładka.
Polecam.
wtorek, 11 lutego 2014
James Herbert "Jonasz"
Klasyk z Amber Horror, 1990 rok.
Fajna okładka, nieadekwatna do treści książki. Tytuł zapisany "krwawiącą" czcionką.
Wstęp (same superlatywy) o Herbercie napisał niejaki Tadeusz Zysk, doktor (chyba ten sam od współczesnego Zysku i Spółki).
Jim Kelso jest policjantem. Jest niezły w swoim fachu, ale nie jest lubiany. Zbyt często dochodzi na akcjach z jego udziałem do tragicznych wypadków i niefortunnych zbiegów okoliczności. Po kolejnym takim wypadku, kolejnym, w którym bezsensowną śmiercią umiera jeden z towarzyszących policjantów, Kelso zostaje przeniesiony do wydziału walczącegoz wiatra z narkotykami.
W małej, zapyziałej, rybackiej mieścinie na prowincji zupełnie przypadkowa rodzina została nafaszerowana LSD. Kelso ma sprawdzić, co tam się dzieje.
Sprawa zaczyna się komplikować, potencjalny informator znika, ktoś próbuje uniemożliwić Jimowi - oraz agentce wywiadu, zajmującej się podobną sprawą - dotarcie do prawdy, jakakolwiek by nie była. W międzyczasie czytelnik poznaje w retrospekcjach wspomnienia Jima oraz różne dziwne wydarzenia związane z jego tragicznymi losami. Od najmłodszych lat podąża za nim niesprecyzowana, mroczna siła.
Sensacyjno-kryminalna intryga prawie się urywa, schodzi na dalszy plan; autor z rozmachem przeorał świat przedstawiony, każąc bohaterowi w momencie kulminacyjnym stanąć w twarzą w twarz z mroczną tajemnicą z jego przeszłości.
Jonasz jest solidnym horrorem. Krucha równowaga między kreowaniem nastroju a prowadzeniem wartkiej akcji została zachowana. Dopiero na koniec to, co straszne, objawia się we własnej osobie. Jim został przez autora wykreowany dobrze; reszta postaci to w sumie to dla niego i historii się wokół niego historii (no i łatwo się domyśliłem, że jak pojawia się postać kobieca, to bohaterowie prędzej czy później wylądują w łóżku). Mała apokalipsa nawiedzająca miejsce akcji pod koniec książki to mały powiew świeżości. Czegoś takiego się nie spodziewałem. Autor nie przegiął.
Tłumaczenie jest, jakie jest; jak na tamte lata, nie jest źle.
Przyczepię się za to do wątku o narkotykach, przedstawionych jednoznacznie negatywnie. Rzecz jasna, z każdym środkiem trzeba uważać, ale akurat enteogeny robią człowiekowi więcej dobrego, niż złego.
Fajna okładka, nieadekwatna do treści książki. Tytuł zapisany "krwawiącą" czcionką.
Wstęp (same superlatywy) o Herbercie napisał niejaki Tadeusz Zysk, doktor (chyba ten sam od współczesnego Zysku i Spółki).
Jim Kelso jest policjantem. Jest niezły w swoim fachu, ale nie jest lubiany. Zbyt często dochodzi na akcjach z jego udziałem do tragicznych wypadków i niefortunnych zbiegów okoliczności. Po kolejnym takim wypadku, kolejnym, w którym bezsensowną śmiercią umiera jeden z towarzyszących policjantów, Kelso zostaje przeniesiony do wydziału walczącego
W małej, zapyziałej, rybackiej mieścinie na prowincji zupełnie przypadkowa rodzina została nafaszerowana LSD. Kelso ma sprawdzić, co tam się dzieje.
Sprawa zaczyna się komplikować, potencjalny informator znika, ktoś próbuje uniemożliwić Jimowi - oraz agentce wywiadu, zajmującej się podobną sprawą - dotarcie do prawdy, jakakolwiek by nie była. W międzyczasie czytelnik poznaje w retrospekcjach wspomnienia Jima oraz różne dziwne wydarzenia związane z jego tragicznymi losami. Od najmłodszych lat podąża za nim niesprecyzowana, mroczna siła.
Sensacyjno-kryminalna intryga prawie się urywa, schodzi na dalszy plan; autor z rozmachem przeorał świat przedstawiony, każąc bohaterowi w momencie kulminacyjnym stanąć w twarzą w twarz z mroczną tajemnicą z jego przeszłości.
Jonasz jest solidnym horrorem. Krucha równowaga między kreowaniem nastroju a prowadzeniem wartkiej akcji została zachowana. Dopiero na koniec to, co straszne, objawia się we własnej osobie. Jim został przez autora wykreowany dobrze; reszta postaci to w sumie to dla niego i historii się wokół niego historii (no i łatwo się domyśliłem, że jak pojawia się postać kobieca, to bohaterowie prędzej czy później wylądują w łóżku). Mała apokalipsa nawiedzająca miejsce akcji pod koniec książki to mały powiew świeżości. Czegoś takiego się nie spodziewałem. Autor nie przegiął.
Tłumaczenie jest, jakie jest; jak na tamte lata, nie jest źle.
Przyczepię się za to do wątku o narkotykach, przedstawionych jednoznacznie negatywnie. Rzecz jasna, z każdym środkiem trzeba uważać, ale akurat enteogeny robią człowiekowi więcej dobrego, niż złego.
Odpryski XXIX
1) Było już całkiem późno w nocy, gdy wracałem do siebie.
Spostrzegłem nagle, że w moją stronę biegnie jakiś koleś. Wyglądał całkiem normalnie, ot, jakiś student. Na pewno nie był to typ tubylca z maczetą. Biegł tak, jakby uciekał przed kimś, wręcz się nieco słaniał co parę kroków.
Dobiegł do mnie, złapał mnie za ramiona (zamurowało mnie zupełnie), ledwo łapiąc oddech najpierw coś tam biadolił, czego nie zrozumiałem, potem głośnym szeptem dodał "nadchodzą".
Spojrzał na mnie, jakbym był jakimś potworem z kosmosu, obejrzał się za siebie, mina mu zrzedła do końca (a i tak płakał już wcześniej) i pobiegł dalej.
Stałem na środku pustego chodnika przez kilka minut, zastanawiając się, co właściwie mnie spotkało. Zrobiło mi się zimno, więc spokojnym krokiem poszedłem dalej. Rzecz jasna nikogo po drodze nie spotkałem.
Spostrzegłem nagle, że w moją stronę biegnie jakiś koleś. Wyglądał całkiem normalnie, ot, jakiś student. Na pewno nie był to typ tubylca z maczetą. Biegł tak, jakby uciekał przed kimś, wręcz się nieco słaniał co parę kroków.
Dobiegł do mnie, złapał mnie za ramiona (zamurowało mnie zupełnie), ledwo łapiąc oddech najpierw coś tam biadolił, czego nie zrozumiałem, potem głośnym szeptem dodał "nadchodzą".
Spojrzał na mnie, jakbym był jakimś potworem z kosmosu, obejrzał się za siebie, mina mu zrzedła do końca (a i tak płakał już wcześniej) i pobiegł dalej.
Stałem na środku pustego chodnika przez kilka minut, zastanawiając się, co właściwie mnie spotkało. Zrobiło mi się zimno, więc spokojnym krokiem poszedłem dalej. Rzecz jasna nikogo po drodze nie spotkałem.
czwartek, 6 lutego 2014
Witold Jabłoński "Słowo i miecz"
Z twórczością Witolda Jabłońskiego zetknąłem się po raz pierwszy. Co nie znaczy, że wcześniej o nim nie słyszałem. W końcu to autor m.in. tetralogii Gwiazda Wenus, Gwiazda Lucyfer, przez którą - jak czytałem gdzieś w internecie, więc nie ręczę za tego prawdziwość - miał ponoć zostać zwolniony z pracy; zarzucano mu promowanie satanizmu, czarnej magii i homoseksualizmu. Na ile się naczytałem recenzji książek wchodzących w skład tetralogii to poniekąd słusznie - tyle, że jak dla mnie, to wcale nie jest to zarzut.
~*#@ Swoją drogą, jeśli ktoś ma na sprzedaż całą tetralogię, to kupiłbym. Tanio. @#*~
Więc sporo sobie obiecywałem po Słowie i mieczu.
Zresztą, nie ja jeden. Książkę pożyczył mi mój dobry przyjaciel. Najnowsze dzieło Jabłońskiego kupił po przeczytaniu wywiadu z nim. Od lektury zakupionej książki nie mógł się oderwać.
A nie przepada on za szeroko pojętą fantastyką, uznałem to więc za rekomendację.
Słowo i miecz było reklamowane jako słowiańska Gra o tron. Nie mam porównania, bo od pierwszego tomu słynnej sagi Martina się odbiłem, a serialu nie oglądałem (no, to się doigrałem teraz).
Rzecz dotyczy historii Miecława, który utrzymał na terenie dzisiejszego Mazowsza niezależne od Piastów państewko w czasach mniej-więcej między najazdem Brzetysława i powrotem do przyszłej Polski Kazimierza Odnowiciela, który srogo pogromił Miecława.
Historia ta jest opowiedziana inaczej, niż bywa przedstawiana zazwyczaj. Piastowie są ukazani jako dynastia tyranów i zaprzańców, zaprzedanych obcemu bóstwu - Jezu Krystowi - i jego fanatycznym, nieco psychopatycznym kultystom - krystowiercom. Prześladują bezlitośnie - także przy pomocy niemieckiego rycerstwa oraz wychowanych w Rzeczy krystowierczych "janczarów" pochodzących z terenów podbitych przez Piastów - wyznawców starych, rodzimych wierzeń. Wiedźmy i guślarze kryją się po lasach lub wtapiają się tłum, by przetrwać złe czasy. Święte gaje są niszczone, świątynie burzone, posągi bóstw obalane. Kraj spływa krwią tych, którzy nie chcą przyjąć nowej wiary i tych, którzy nie chcą płacić złowrogim czerńcom daniny.
Autor się - mówiąc kolokwialnie - nie pierdzieli. Ukazuje chrystianizację przyszłej Polski, proces przedstawiany w naszej historii jednostronnie, po myśli tych, którzy ostatecznie zwyciężyli, jako niemalże czystkę etniczną, realizowaną po myśli mrocznych, kościelnych sił zlokalizowanych (głównie) w Cesarstwie Niemieckim.
Czytając recenzje i opinie o tej książce zauważyłem, że niektórzy recenzenci zarzucali autorowi jednostronność i bardzo radykalną postawę antychrześcijańską. Jak dla mnie to jedne z największych plusów omawianej książki. Aż po dziś dzień Kościół Katolicki sprawuje - całe szczęście, słabnącą z pokolenia na pokolenie - władzę nad dyskursem hegemonicznym w Polsce. Książka Jabłońskiego to potężny głos sprzeciwu wobec trwającej od wieków dominacji chrześcijaństwa i wywołanych przez chrześcijaństwo uwarunkowań. Jest to także protest przeciwko powszechnemu zafałszowywaniu polskiej historii, zwłaszcza tej nauczanej w szkołach, wg. której historia kraju zaczyna się nagle w 966, a wcześniejsze czasy albo są pomijane, albo przedstawione jako okres nierozumnej dziczy, którą dopiero chrześcijaństwo sprowadziło z drzew do drewnianych grodów i pierwszych kamiennych zamków.
Mając świadomość tego, że Jabłoński mocno pojechał po bandzie i że w żadnym razie nie odpowiada to jakiejś ulotnej, obiektywnej prawdzie historycznej (bo takowej nie ma), jest to wyartykułowane zdanie strony od wieków lekceważonej, uważanej za raz na zawsze wymarłą, ew. sprowadzanej do roli trącącego niezrozumiałymi atawizmami folkloru.
Historia opowiedziana przez autora jest wielowątkowa i ciągnie się przez lata. Zaczyna się w momencie, gdy Bolesław I Chrobry gwałci Dziewannę, młodą dziewczynę z pomniejszego rodu niegdyś panującego na dzisiejszym Mazowszu. Wcześniej zmusza jej oblubieńca do popełnienia samobójstwa oraz napuszcza czerńców (kler łaciński) na praktykujących wciąż rodzimą wiarę mieszkańców grodu.
Odsyła następnie zhańbioną dziewczynę do klasztoru w Poznaniu. Jej synem jest właśnie Miecław.
To początek historii, snując którą autor skacze po czasie i miejscach, przedstawiając rozmaite postacie i wydarzenia, rozwijając wątki, rzucając światło na powody zachowania bohaterów. Żywii (czyli Dziewannie/Donacie po zrzuceniu habitu) - kapłance Mokoszy i jej synowi przyjdzie się zmagać z kilkoma kolejnymi Piastami, po tym jak Bolesław umiera, podtruwany magiczną maścią. Widzimy więc Bezpryma (świetny zabieg autora z przerobieniem znanej fragmentarycznie historii o Bolesławie Zapomnianym), widzimy Mieszka Lamberta, postać tragiczną, widzimy wreszcie krystowierczego fanatyka Kazimierza Karola. Nie został odesłany do zwykłego klasztoru, oj nie.
Dochodzi do tego drugi wątek - by zniszczyć chrześcijaństwo Żywia postanawia odnaleźć i uwolnić Czarnoboga. Potrzebuje jednak do tego magicznego artefaktu - Młota Peruna. Wyrusza więc wraz z grupką śmiałków do magicznej krainy, by go odnaleźć. Wszystko się, jak to w fantasy bywa, kilkakrotnie komplikuje, w drużynie wyruszającej na questa jest zdrajca, niektórzy członkowie chcą zrealizować własne cele, itd.
Autor rzecz jasna nie zmienia historii - Miecław ostatecznie zostaje najechany przez Kazimierza, miasto Płock zostaje wyrżnięte w pień przez oddziały wierne germańsko-łacińskim czerńcom oraz ruskim popom. Reakcja pogańska ostatecznie zostaje na podporządkowanych Piastom ziemiach zdławiona.
Jak już wspomniałem, świat przedstawiony jest przerysowany. Prawie każdy chrześcijanin ukazany w powieści to postać odpychająca. Tylko przyszłemu biskupowi Aaronowi autor pozostawił nieco cech ludzkich; Aaron waha się nie raz, czy tak przeprowadzana chrystianizacja ma sens, jednak jest zbyt słaby, by przeciwstawić się potężnym mentorom i przełożonym (zwłaszcza jednemu), szybko też odpędza od siebie wątpliwości, nazywając je podszeptami szatańskimi. Reszta to zaślepieni fanatycy, świry, masochiści, gwałciciele, ludzie pazerni, dybiący na pogańskich Słowian i chcący ich zniewolić w imię zarówno własnych, doczesnych interesów jak i obłąkańczych przepowiedni.
Z drugiej strony żyjący po swojemu Lud Słowa - oraz również pogańscy sąsiedzi - Jadźwingowie (praktykujący wolną miłość - także homoseksualną; wychowaniem dzieci - kolektywnie - zajmuje się starszyzna) czy ludy zamieszkujące Pomorze są wyidealizowane. Autor nawet bezbrzeżną nienawiść do chrześcijaństwa i chrześcijan jaką reprezentuje kilkoro bohaterów (w sumie to wszyscy, i wszyscy mają ku temu dobre powody) zdaje się uznawać za usprawiedliwioną.
I w porządku. Taka wizja zapewne jest dużo bliższa historycznej prawdzie niż lansowane tezy o bezbolesnym i bezproblemowym przyjmowaniu chrześcijaństwa. Na marginesie dodam, że spotkałem się nawet z teoriami, że nie było reakcji pogańskiej, tylko prawosławna (skrót myślowy, wiem, prawosławia jako takiego jeszcze formalnie nie było, katolicyzmu w sumie też nie), tzn. chrześcijan już żyjących na tych ziemiach przed przyjęciem chrztu z Cesarstwa przez Mieszka I.
Tyle, że wraz z wątkami wyprawy po magiczny artefakt i kolejnej wyprawy w celu jego wykorzystania fabuła się nieco wyjałowiła, przyjmując w sumie formę znaną z dziesiątków książek fantasy. Gdyby zamiast ekipy słowiańsko-jadźwińskiej podstawić koalicję ludzi i Elfów a zamiast chrześcijan podstawić orków (takich klasycznych, z Tolkiena) a zamiast scenerii zaczerpniętej ze słowiańskich wierzeń wykombinować dowolny Neverland, ta książka nie wyróżniałaby się niczym. W tym momencie cała słowiańska otoczka posłużyła autorowi tylko i wyłącznie jako rekwizyt do opisania rzeczy zupełnie standardowej w epic/heroic fantasy. I za to minus. Można to było rozwiązać jakoś inaczej, niż popadając momentami wręcz w efekciarstwo.
Autor zaszalał też, jeśli chodzi o słowiańskie wierzenia religijne. Problem z nimi jest taki, że zostały dosyć skutecznie wyniszczone. Nieliczne przetrwały w egzoterycznej obrzędowości, zwyczajach ludowych i wiejskich, zdegenerowane i wypaczone całymi wiekami chrześcijańskich naleciałości a potem skutecznie dobite PRLowską "piastowską" polityką historyczną. Snuta przez autora intryga związana z uwięzionym przez Białoboga Czarnobogiem ma jeden zasadniczy minus - nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy Czarnobog rzeczywiście istniał. Jasne, wiem, to fikcja literacka a nie naukowe opracowanie, no ale mimo wszystko no. Hmm. No.
Słowiańscy kapłani i kapłani potrafią u Jabłońskiego rzucać czarami na lewo i prawo, co w pewnym momencie wyglądało wręcz nieco groteskowo. Strona chrześcijańska też ma swoich czarowników. A w każdym razie przynajmniej jednego, nie licząc posiadaczy zagadkowych amuletów. Ścierające się ze sobą nowa i stara religia często ścierają się dosłownie, na planie materialnym, przez manifestacje sił kierowanych przez magów/kapłanów. Lub przez walkę rycerzy z berserkami zmieniającymi się w niedźwiedzie. Autor wprowadził rzecz jasna do książki ogrom istot rodem ze słowiańskiej mitologii - od skrzatów przez zjawy, mary, wilkołaki, wróżki aż po płanetników; prócz tego w ogólnych zarysach, tam, gdzie znalazł dziury, to posiłkował się chyba nieco gnostycyzmem (tym przedchrześcijańskim) i hermetyzmem. Tak przynajmniej to odczułem. Niezależnie od tego bardzo dobrze ukazał różnice w pojmowaniu świata przez pogan i chrześcijan, różnice w ich mentalności, podejściu do życia, natury, człowieka i do miejsca człowieka w świecie.
Sporo miejsca autor poświęcił historiom z życia bohaterów. Niestety, nie wszystkich z nich rozbudował. Kilka postaci jest dosyć - nomen omen - papierowych. Dotyczy to zwłaszcza strony chrześcijańskiej (oprócz wspomnianego wyżej Aarona), nieźle oddany jest obłęd i rozpacz Mieszka Lamberta; ale i wśród Ludu Słowa znajdziemy mnóstwo postaci "zapychających". Najlepiej przedstawiona jest Żywia. Miecław jest zadziwiająco nijaki, jak na postać w sumie kluczową dla fabuły.
Podsumowując, kiedyś bodajże Andrzej Sapkowski stwierdził, iż nie da się napisać dobrej fantasy w realiach słowiańskich. Przez dłuższy czas przyznawałem mu rację, rozciągając dodatkowo tę tezę na komputerowe gry RPG, osadzone w quasi-słowiańskich uniwersach.
W końcu ktoś zaprzeczył tej tezie. Słowo i miecz jest dobrym, słowiańskim fantasy; chociaż nie dla wszystkich. Można także polemizować co do tego, czy "słowiaństwo" ma być bardziej estetyką, czy celem samym dla siebie, czy czymś pośrednim (tu jest pośrednio). Ale tak czy siak, w końcu jest.
~*#@ Swoją drogą, jeśli ktoś ma na sprzedaż całą tetralogię, to kupiłbym. Tanio. @#*~
Więc sporo sobie obiecywałem po Słowie i mieczu.
Zresztą, nie ja jeden. Książkę pożyczył mi mój dobry przyjaciel. Najnowsze dzieło Jabłońskiego kupił po przeczytaniu wywiadu z nim. Od lektury zakupionej książki nie mógł się oderwać.
A nie przepada on za szeroko pojętą fantastyką, uznałem to więc za rekomendację.
Słowo i miecz było reklamowane jako słowiańska Gra o tron. Nie mam porównania, bo od pierwszego tomu słynnej sagi Martina się odbiłem, a serialu nie oglądałem (no, to się doigrałem teraz).
Rzecz dotyczy historii Miecława, który utrzymał na terenie dzisiejszego Mazowsza niezależne od Piastów państewko w czasach mniej-więcej między najazdem Brzetysława i powrotem do przyszłej Polski Kazimierza Odnowiciela, który srogo pogromił Miecława.
Historia ta jest opowiedziana inaczej, niż bywa przedstawiana zazwyczaj. Piastowie są ukazani jako dynastia tyranów i zaprzańców, zaprzedanych obcemu bóstwu - Jezu Krystowi - i jego fanatycznym, nieco psychopatycznym kultystom - krystowiercom. Prześladują bezlitośnie - także przy pomocy niemieckiego rycerstwa oraz wychowanych w Rzeczy krystowierczych "janczarów" pochodzących z terenów podbitych przez Piastów - wyznawców starych, rodzimych wierzeń. Wiedźmy i guślarze kryją się po lasach lub wtapiają się tłum, by przetrwać złe czasy. Święte gaje są niszczone, świątynie burzone, posągi bóstw obalane. Kraj spływa krwią tych, którzy nie chcą przyjąć nowej wiary i tych, którzy nie chcą płacić złowrogim czerńcom daniny.
Autor się - mówiąc kolokwialnie - nie pierdzieli. Ukazuje chrystianizację przyszłej Polski, proces przedstawiany w naszej historii jednostronnie, po myśli tych, którzy ostatecznie zwyciężyli, jako niemalże czystkę etniczną, realizowaną po myśli mrocznych, kościelnych sił zlokalizowanych (głównie) w Cesarstwie Niemieckim.
Czytając recenzje i opinie o tej książce zauważyłem, że niektórzy recenzenci zarzucali autorowi jednostronność i bardzo radykalną postawę antychrześcijańską. Jak dla mnie to jedne z największych plusów omawianej książki. Aż po dziś dzień Kościół Katolicki sprawuje - całe szczęście, słabnącą z pokolenia na pokolenie - władzę nad dyskursem hegemonicznym w Polsce. Książka Jabłońskiego to potężny głos sprzeciwu wobec trwającej od wieków dominacji chrześcijaństwa i wywołanych przez chrześcijaństwo uwarunkowań. Jest to także protest przeciwko powszechnemu zafałszowywaniu polskiej historii, zwłaszcza tej nauczanej w szkołach, wg. której historia kraju zaczyna się nagle w 966, a wcześniejsze czasy albo są pomijane, albo przedstawione jako okres nierozumnej dziczy, którą dopiero chrześcijaństwo sprowadziło z drzew do drewnianych grodów i pierwszych kamiennych zamków.
Mając świadomość tego, że Jabłoński mocno pojechał po bandzie i że w żadnym razie nie odpowiada to jakiejś ulotnej, obiektywnej prawdzie historycznej (bo takowej nie ma), jest to wyartykułowane zdanie strony od wieków lekceważonej, uważanej za raz na zawsze wymarłą, ew. sprowadzanej do roli trącącego niezrozumiałymi atawizmami folkloru.
Historia opowiedziana przez autora jest wielowątkowa i ciągnie się przez lata. Zaczyna się w momencie, gdy Bolesław I Chrobry gwałci Dziewannę, młodą dziewczynę z pomniejszego rodu niegdyś panującego na dzisiejszym Mazowszu. Wcześniej zmusza jej oblubieńca do popełnienia samobójstwa oraz napuszcza czerńców (kler łaciński) na praktykujących wciąż rodzimą wiarę mieszkańców grodu.
Odsyła następnie zhańbioną dziewczynę do klasztoru w Poznaniu. Jej synem jest właśnie Miecław.
To początek historii, snując którą autor skacze po czasie i miejscach, przedstawiając rozmaite postacie i wydarzenia, rozwijając wątki, rzucając światło na powody zachowania bohaterów. Żywii (czyli Dziewannie/Donacie po zrzuceniu habitu) - kapłance Mokoszy i jej synowi przyjdzie się zmagać z kilkoma kolejnymi Piastami, po tym jak Bolesław umiera, podtruwany magiczną maścią. Widzimy więc Bezpryma (świetny zabieg autora z przerobieniem znanej fragmentarycznie historii o Bolesławie Zapomnianym), widzimy Mieszka Lamberta, postać tragiczną, widzimy wreszcie krystowierczego fanatyka Kazimierza Karola. Nie został odesłany do zwykłego klasztoru, oj nie.
Dochodzi do tego drugi wątek - by zniszczyć chrześcijaństwo Żywia postanawia odnaleźć i uwolnić Czarnoboga. Potrzebuje jednak do tego magicznego artefaktu - Młota Peruna. Wyrusza więc wraz z grupką śmiałków do magicznej krainy, by go odnaleźć. Wszystko się, jak to w fantasy bywa, kilkakrotnie komplikuje, w drużynie wyruszającej na questa jest zdrajca, niektórzy członkowie chcą zrealizować własne cele, itd.
Autor rzecz jasna nie zmienia historii - Miecław ostatecznie zostaje najechany przez Kazimierza, miasto Płock zostaje wyrżnięte w pień przez oddziały wierne germańsko-łacińskim czerńcom oraz ruskim popom. Reakcja pogańska ostatecznie zostaje na podporządkowanych Piastom ziemiach zdławiona.
Jak już wspomniałem, świat przedstawiony jest przerysowany. Prawie każdy chrześcijanin ukazany w powieści to postać odpychająca. Tylko przyszłemu biskupowi Aaronowi autor pozostawił nieco cech ludzkich; Aaron waha się nie raz, czy tak przeprowadzana chrystianizacja ma sens, jednak jest zbyt słaby, by przeciwstawić się potężnym mentorom i przełożonym (zwłaszcza jednemu), szybko też odpędza od siebie wątpliwości, nazywając je podszeptami szatańskimi. Reszta to zaślepieni fanatycy, świry, masochiści, gwałciciele, ludzie pazerni, dybiący na pogańskich Słowian i chcący ich zniewolić w imię zarówno własnych, doczesnych interesów jak i obłąkańczych przepowiedni.
Z drugiej strony żyjący po swojemu Lud Słowa - oraz również pogańscy sąsiedzi - Jadźwingowie (praktykujący wolną miłość - także homoseksualną; wychowaniem dzieci - kolektywnie - zajmuje się starszyzna) czy ludy zamieszkujące Pomorze są wyidealizowane. Autor nawet bezbrzeżną nienawiść do chrześcijaństwa i chrześcijan jaką reprezentuje kilkoro bohaterów (w sumie to wszyscy, i wszyscy mają ku temu dobre powody) zdaje się uznawać za usprawiedliwioną.
I w porządku. Taka wizja zapewne jest dużo bliższa historycznej prawdzie niż lansowane tezy o bezbolesnym i bezproblemowym przyjmowaniu chrześcijaństwa. Na marginesie dodam, że spotkałem się nawet z teoriami, że nie było reakcji pogańskiej, tylko prawosławna (skrót myślowy, wiem, prawosławia jako takiego jeszcze formalnie nie było, katolicyzmu w sumie też nie), tzn. chrześcijan już żyjących na tych ziemiach przed przyjęciem chrztu z Cesarstwa przez Mieszka I.
Tyle, że wraz z wątkami wyprawy po magiczny artefakt i kolejnej wyprawy w celu jego wykorzystania fabuła się nieco wyjałowiła, przyjmując w sumie formę znaną z dziesiątków książek fantasy. Gdyby zamiast ekipy słowiańsko-jadźwińskiej podstawić koalicję ludzi i Elfów a zamiast chrześcijan podstawić orków (takich klasycznych, z Tolkiena) a zamiast scenerii zaczerpniętej ze słowiańskich wierzeń wykombinować dowolny Neverland, ta książka nie wyróżniałaby się niczym. W tym momencie cała słowiańska otoczka posłużyła autorowi tylko i wyłącznie jako rekwizyt do opisania rzeczy zupełnie standardowej w epic/heroic fantasy. I za to minus. Można to było rozwiązać jakoś inaczej, niż popadając momentami wręcz w efekciarstwo.
Autor zaszalał też, jeśli chodzi o słowiańskie wierzenia religijne. Problem z nimi jest taki, że zostały dosyć skutecznie wyniszczone. Nieliczne przetrwały w egzoterycznej obrzędowości, zwyczajach ludowych i wiejskich, zdegenerowane i wypaczone całymi wiekami chrześcijańskich naleciałości a potem skutecznie dobite PRLowską "piastowską" polityką historyczną. Snuta przez autora intryga związana z uwięzionym przez Białoboga Czarnobogiem ma jeden zasadniczy minus - nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy Czarnobog rzeczywiście istniał. Jasne, wiem, to fikcja literacka a nie naukowe opracowanie, no ale mimo wszystko no. Hmm. No.
Słowiańscy kapłani i kapłani potrafią u Jabłońskiego rzucać czarami na lewo i prawo, co w pewnym momencie wyglądało wręcz nieco groteskowo. Strona chrześcijańska też ma swoich czarowników. A w każdym razie przynajmniej jednego, nie licząc posiadaczy zagadkowych amuletów. Ścierające się ze sobą nowa i stara religia często ścierają się dosłownie, na planie materialnym, przez manifestacje sił kierowanych przez magów/kapłanów. Lub przez walkę rycerzy z berserkami zmieniającymi się w niedźwiedzie. Autor wprowadził rzecz jasna do książki ogrom istot rodem ze słowiańskiej mitologii - od skrzatów przez zjawy, mary, wilkołaki, wróżki aż po płanetników; prócz tego w ogólnych zarysach, tam, gdzie znalazł dziury, to posiłkował się chyba nieco gnostycyzmem (tym przedchrześcijańskim) i hermetyzmem. Tak przynajmniej to odczułem. Niezależnie od tego bardzo dobrze ukazał różnice w pojmowaniu świata przez pogan i chrześcijan, różnice w ich mentalności, podejściu do życia, natury, człowieka i do miejsca człowieka w świecie.
Sporo miejsca autor poświęcił historiom z życia bohaterów. Niestety, nie wszystkich z nich rozbudował. Kilka postaci jest dosyć - nomen omen - papierowych. Dotyczy to zwłaszcza strony chrześcijańskiej (oprócz wspomnianego wyżej Aarona), nieźle oddany jest obłęd i rozpacz Mieszka Lamberta; ale i wśród Ludu Słowa znajdziemy mnóstwo postaci "zapychających". Najlepiej przedstawiona jest Żywia. Miecław jest zadziwiająco nijaki, jak na postać w sumie kluczową dla fabuły.
Podsumowując, kiedyś bodajże Andrzej Sapkowski stwierdził, iż nie da się napisać dobrej fantasy w realiach słowiańskich. Przez dłuższy czas przyznawałem mu rację, rozciągając dodatkowo tę tezę na komputerowe gry RPG, osadzone w quasi-słowiańskich uniwersach.
W końcu ktoś zaprzeczył tej tezie. Słowo i miecz jest dobrym, słowiańskim fantasy; chociaż nie dla wszystkich. Można także polemizować co do tego, czy "słowiaństwo" ma być bardziej estetyką, czy celem samym dla siebie, czy czymś pośrednim (tu jest pośrednio). Ale tak czy siak, w końcu jest.
poniedziałek, 3 lutego 2014
Harry Adam Knight "Pochodnia"
Kolejny klasyk z Phantom Press, wygrzebany przeze mnie u bukinistów.
Kupiłem to w sumie ze względu na okładkę. Poza tym czytałem wcześniej Fungusa tegoż autora, więc wiedziałem mniej-więcej, czego się mogę spodziewać.
Jak na horror, to za mało jest tutaj horroru. Jest za to sporo sensacji; książka nawet kończy się w iście hollywoodzkim stylu (lub raczej w hollywoodzkim stylu filmów akcji klasy B, emitowanych przed laty często i gęsto po nocach przez Polsat), a jedna z postaci przewijających się na kartach książki mówi o jednym z bohaterów, że jest trochę jak skrzyżowanie Jamesa Bonda z Sherlockiem Holmesem. I racja, jest. Ale autor mógł sobie podarować motyw z przeżyciem katastrofy lotniczej.
Fabuła opowiada o losach dwóch agentów ubezpieczeniowych (zajmujących się pożarami), którym przydzielono szalenie dziwną sprawę. Jej rozwiązanie samo się im narzuca, ale jest nieprawdopodobne (samozapłon, przetłumaczony jako samokremacja). Przeprowadzają własne śledztwo, aż natrafiają na złowieszczą intrygę uknutą przez pewną grubą rybę z pornobiznesu. Pojawia się (niespójny i dziurawy) wątek siostry bliźniaczki aktorki porno zamordowanej przez wywołanie samozapłonu, która najpierw sama ledwo uchodzi z życiem, a potem postanawia się zemścić.
Akcja toczy się wartko, postacie - przynajmniej dwóch głównych bohaterów - zostały przedstawione jeszcze jako-tako; tłumaczenie momentami kuleje, podobnie jak korekta. Opisy tego, co w wysokiej temperaturze dzieje się z ludzkim ciałem wyglądają na prawdopodobne; za research i za iluśtamplanową postać paranoika autor ma u mnie plusy. Oprócz przemocy jest i trochę seksu, ale bez dużej ilości szczegółów.
Pulpa, ale pulpa poczciwa. Do odreagowania treści skryptu czytanego pod nadchodzący egzamin książka ta nadała się idealnie. W kategorii czytadeł - solidna rzecz.
Kupiłem to w sumie ze względu na okładkę. Poza tym czytałem wcześniej Fungusa tegoż autora, więc wiedziałem mniej-więcej, czego się mogę spodziewać.
Jak na horror, to za mało jest tutaj horroru. Jest za to sporo sensacji; książka nawet kończy się w iście hollywoodzkim stylu (lub raczej w hollywoodzkim stylu filmów akcji klasy B, emitowanych przed laty często i gęsto po nocach przez Polsat), a jedna z postaci przewijających się na kartach książki mówi o jednym z bohaterów, że jest trochę jak skrzyżowanie Jamesa Bonda z Sherlockiem Holmesem. I racja, jest. Ale autor mógł sobie podarować motyw z przeżyciem katastrofy lotniczej.
Fabuła opowiada o losach dwóch agentów ubezpieczeniowych (zajmujących się pożarami), którym przydzielono szalenie dziwną sprawę. Jej rozwiązanie samo się im narzuca, ale jest nieprawdopodobne (samozapłon, przetłumaczony jako samokremacja). Przeprowadzają własne śledztwo, aż natrafiają na złowieszczą intrygę uknutą przez pewną grubą rybę z pornobiznesu. Pojawia się (niespójny i dziurawy) wątek siostry bliźniaczki aktorki porno zamordowanej przez wywołanie samozapłonu, która najpierw sama ledwo uchodzi z życiem, a potem postanawia się zemścić.
Akcja toczy się wartko, postacie - przynajmniej dwóch głównych bohaterów - zostały przedstawione jeszcze jako-tako; tłumaczenie momentami kuleje, podobnie jak korekta. Opisy tego, co w wysokiej temperaturze dzieje się z ludzkim ciałem wyglądają na prawdopodobne; za research i za iluśtamplanową postać paranoika autor ma u mnie plusy. Oprócz przemocy jest i trochę seksu, ale bez dużej ilości szczegółów.
Pulpa, ale pulpa poczciwa. Do odreagowania treści skryptu czytanego pod nadchodzący egzamin książka ta nadała się idealnie. W kategorii czytadeł - solidna rzecz.
niedziela, 2 lutego 2014
Odpryski XXVIII
1) Styczeń zakończył się rekordową jak na razie ilością wejść na bloga - 1058 (po raz pierwszy przekroczyło 1000). Pewnie połowa z tego to boty i trackery, ćwierć to kilku stałych bądź sporadycznych czytelników (w tym tylko jeden komentujący często i drugi sporadycznie), z 5 wyświetleń to pewnie moje własne wyświetlenia (po czyszczeniu co jakiś czas plików cookies w przeglądarce zapominam od razu po tym zmienić ustawienia bloga, żeby własnych wejść nie liczył do statystyk). Ale tak czy owak, fajnie, miło, poczciwie. Polecam się na przyszłość.
2) Spod numeru alarmowego (112) odeślą do Straży Miejskiej, a Straż Miejska będzie starała się przenieść odpowiedzialność na dzwoniącego, tzn. najlepiej żeby dzwoniący sam zaprowadził średnio przytomnego typa do noclegowni. Ot, takie życie. Całe szczęście, siedzący na schodkach obskurnej kamienicy w nocy i na mrozie blady jak trup gość odżył znienacka w pewnej chwili i poszedł sobie, bez konieczności obdzwonienia jeszcze pogotowia.
3) Kraków, rynek, noc. Naganiacze do klubów ze striptizem robią się coraz bardziej namolni. Na stwierdzenie zaczepionego, że nie interesuje go to, bo ma na kogo popatrzeć, naganiaczka potrafiła odpowiedzieć, że ona tak nie tańczy. Tak po prawdzie, to akurat ostatnimi czasy nie mam na kogo popatrzeć, ale bezczelność odpowiedzi mnie zamurowała; po prostu poszedłem dalej, nie odwracając się za siebie.
2) Spod numeru alarmowego (112) odeślą do Straży Miejskiej, a Straż Miejska będzie starała się przenieść odpowiedzialność na dzwoniącego, tzn. najlepiej żeby dzwoniący sam zaprowadził średnio przytomnego typa do noclegowni. Ot, takie życie. Całe szczęście, siedzący na schodkach obskurnej kamienicy w nocy i na mrozie blady jak trup gość odżył znienacka w pewnej chwili i poszedł sobie, bez konieczności obdzwonienia jeszcze pogotowia.
3) Kraków, rynek, noc. Naganiacze do klubów ze striptizem robią się coraz bardziej namolni. Na stwierdzenie zaczepionego, że nie interesuje go to, bo ma na kogo popatrzeć, naganiaczka potrafiła odpowiedzieć, że ona tak nie tańczy. Tak po prawdzie, to akurat ostatnimi czasy nie mam na kogo popatrzeć, ale bezczelność odpowiedzi mnie zamurowała; po prostu poszedłem dalej, nie odwracając się za siebie.
J.G.Ballard "Kokainowe Noce"
Jak nie lubić autora i jego dzieła, które rozpoczyna się zdaniami Przekraczanie granic stało się moim zawodem. Pasma ziemi niczyjej między punktami kontroli wydają mi się strefami obietnic, pełnymi możliwości, nowego życia, nowych zapachów, uczuć. Jednocześnie wzbudzają we mnie niepokój, którego nigdy nie udało mi się zdławić do końca.?
Co prawda Ballard miał na myśli granicę między państwami, ale można to najrozmaiciej interpretować. Sama lektura książki sprzyja takim interpretacjom.
Rzecz zaczyna się trochę jak kryminał, tylko przewrotny, bo główny winowajca właśnie czeka na osądzenie w rękach wymiaru sprawiedliwości. Pisarz Charles Prentice przybywa na Gibraltar, do zamieszkałego głównie przez brytyjskich nuworyszy, młodych i bogatych emerytów, kurortu Estrella de Mar. Sprowadza go tu wiadomość, że jego brat Frank dokonał straszliwej zbrodni (podpalenia w którym zginęło pięć osób) i przyznał się do winy.
Charles nie wierzy w to, że jego brat byłby w stanie zrobić coś takiego. Postanawia więc na własną rękę rozwikłać zagadkę. Czuje się odpowiedzialny za brata - po śmierci matki opiekował się nim. Do procesu jest jeszcze trochę czasu, ma zamiar wyrobić się ze znalezieniem prawdziwego winowajcy przed procesem Franka.
Im dłużej jednak przebywa w kurorcie, w ekskluzywnym klubie (i lokalnym centrum kultury wszelakiej zarazem) którego właścicielem nadal pozostaje uwięziony przez hiszpańskie władze Frank, tym bardziej zdaje sobie sprawę, że dzieje się tam coś dziwnego.
Na tyle dziwnego, że pornografia z zapisem prawdziwych gwałtów i ocean narkotyków to czubek góry lodowej.
Znudzeni życiem mieszkańcy kurortu prowadzą co prawda huczne życie towarzyskie i kulturalne, ale jednocześnie są zupełnie amoralni. Cyniczne okrucieństwo miesza się w różnych proporcjach z rozbuchanym hedonizmem. Jak się okazuje, za metamorfozą mieszkańców stoi Bobby Crawford - na pierwszy rzut oka będący tylko instruktorem gry w tenisa.
Crawford to socjo/psychopata, postać mająca rysy nietzscheańskie. Niezwykle charyzmatyczny organizator (i manipulator) twierdzący, że po upadku religii i polityki jedyne co może nadać sens bezbarwnemu i beznadziejnemu życiu mieszkańców nadmorskich kurortów to przestępczość. Przestępczość służąca wyższemu dobru, jakim jest odkrycie swoistego prawdziwego życia, czerpania z niego tyle, ile się da, wykreowanie nowych tożsamości i sensu. Przestępczość nie uważana już za przestępczość, za coś moralnie nagannego i etycznie odrażającego.
Główny bohater wsiąkając powoli w życie kurortu staje się narzędziem w rękach Crawforda, szalonego trickstera, psychopatycznego proroka i takiego swoistego quasi-nadczłowieka. Tymczasem prawda o zbrodni Franka czeka na odkrycie...
W tej książce Ballard zawarł kilka rozmaitych wątków, jakie w jego twórczości się przewijają. Mamy więc zadumę nad skrystalizowanym czasem, mamy doznania pędu w czasie szalonych - nazwijmy to - przejażdżek samochodowych, mamy zadumę nad rozpadem społeczeństwa, gnuśniejącego w dobrobycie, mamy stymulowaną rozmaicie erotykę obrazów, doznań i działań. Mamy wątki, które zachwycony twórczością Ballarda Baudrillard nazwał literaturą postmodernistyczną, literaturą świata symulakrów (to nie cytat, bo dokładnego cytatu nie pamiętam, nie chce mi się teraz szukać).
Tajemnicza zbrodnia staje się wręcz naśladowaniem plemiennych atawizmów, jest to czyn syndykatu winy, niewinna ofiara konstytuująca wspólnotę, łącząca ją w jednej tajemnicy.
Czytelnik może zastanowić się, na ile fascynująca postać Bobby'ego, jako tego, który niejako otwiera oczy uśpionym mieszkańcom, przez gniew i strach pobudza ich do zostawienia wyciszonych telewizorów i podjęcie (no, powiedzmy) twórczej aktywności jest zła, dobra i/lub tragiczna. To postać de facto poza dobrem i złem, napędzany tysiącem myśli i marzeń na minutę, uzależniony od adrenaliny i nie stroniący od dragów nadczłowiek szarej codzienności, samozwańczy budziciel instynktów i dążeń uśpionych przez społeczeństwo późnego kapitalizmu. Fascynująca i niejednoznaczna postać.
Prorocy przekraczający granice nie mają jednak łatwo, zwłaszcza jeśli nie mają do końca trzeźwego oglądu rzeczywistości. Dawni wierni, uwalniając się od swoich męczących bóstw, nawet i głoszących wolność i nie oczekujących niczego w zamian, mają w zwyczaju te bóstwa zabijać. Na płaszczyźnie normatywnej, ale czasem i empirycznej również.
Autor skrupulatnie przedstawił nie tylko realia kurortu w świecie przedstawionym - bardzo przerysowane, ale odmalowane słowem w surrealistyczny sposób - ale również portrety psychologiczne bohaterów - zwłaszcza Charlesa i Bobby'ego. Frank zaś jest postacią tragiczną - wracając od odniesień konstruowania tożsamości (neo)plemiennej, jest kimś pomiędzy zbuntowanym mesjaszem, składającym ofiarę, o którą bóstwo w sumie nie prosiło a kozłem ofiarnym biorącym na siebie winę całego ludu.
Tak czy owak, świetna książka. Jak każdy Ballard, którego miałem przyjemność czytać. Minusem może być trochę miejscami drętwe tłumaczenie, zwłaszcza z początku książki. Potem czytelnik wsiąka w akcję i przestaje zwracać uwagę na stronę techniczną.
Po przeczytaniu całości, pierwsze zdania ukazują zupełnie inne granice do przekraczania i zupełnie inne punkty kontroli. I zupełnie inny niepokój bohatera wyrażającego takie myśli.
Co prawda Ballard miał na myśli granicę między państwami, ale można to najrozmaiciej interpretować. Sama lektura książki sprzyja takim interpretacjom.
Rzecz zaczyna się trochę jak kryminał, tylko przewrotny, bo główny winowajca właśnie czeka na osądzenie w rękach wymiaru sprawiedliwości. Pisarz Charles Prentice przybywa na Gibraltar, do zamieszkałego głównie przez brytyjskich nuworyszy, młodych i bogatych emerytów, kurortu Estrella de Mar. Sprowadza go tu wiadomość, że jego brat Frank dokonał straszliwej zbrodni (podpalenia w którym zginęło pięć osób) i przyznał się do winy.
Charles nie wierzy w to, że jego brat byłby w stanie zrobić coś takiego. Postanawia więc na własną rękę rozwikłać zagadkę. Czuje się odpowiedzialny za brata - po śmierci matki opiekował się nim. Do procesu jest jeszcze trochę czasu, ma zamiar wyrobić się ze znalezieniem prawdziwego winowajcy przed procesem Franka.
Im dłużej jednak przebywa w kurorcie, w ekskluzywnym klubie (i lokalnym centrum kultury wszelakiej zarazem) którego właścicielem nadal pozostaje uwięziony przez hiszpańskie władze Frank, tym bardziej zdaje sobie sprawę, że dzieje się tam coś dziwnego.
Na tyle dziwnego, że pornografia z zapisem prawdziwych gwałtów i ocean narkotyków to czubek góry lodowej.
Znudzeni życiem mieszkańcy kurortu prowadzą co prawda huczne życie towarzyskie i kulturalne, ale jednocześnie są zupełnie amoralni. Cyniczne okrucieństwo miesza się w różnych proporcjach z rozbuchanym hedonizmem. Jak się okazuje, za metamorfozą mieszkańców stoi Bobby Crawford - na pierwszy rzut oka będący tylko instruktorem gry w tenisa.
Crawford to socjo/psychopata, postać mająca rysy nietzscheańskie. Niezwykle charyzmatyczny organizator (i manipulator) twierdzący, że po upadku religii i polityki jedyne co może nadać sens bezbarwnemu i beznadziejnemu życiu mieszkańców nadmorskich kurortów to przestępczość. Przestępczość służąca wyższemu dobru, jakim jest odkrycie swoistego prawdziwego życia, czerpania z niego tyle, ile się da, wykreowanie nowych tożsamości i sensu. Przestępczość nie uważana już za przestępczość, za coś moralnie nagannego i etycznie odrażającego.
Główny bohater wsiąkając powoli w życie kurortu staje się narzędziem w rękach Crawforda, szalonego trickstera, psychopatycznego proroka i takiego swoistego quasi-nadczłowieka. Tymczasem prawda o zbrodni Franka czeka na odkrycie...
W tej książce Ballard zawarł kilka rozmaitych wątków, jakie w jego twórczości się przewijają. Mamy więc zadumę nad skrystalizowanym czasem, mamy doznania pędu w czasie szalonych - nazwijmy to - przejażdżek samochodowych, mamy zadumę nad rozpadem społeczeństwa, gnuśniejącego w dobrobycie, mamy stymulowaną rozmaicie erotykę obrazów, doznań i działań. Mamy wątki, które zachwycony twórczością Ballarda Baudrillard nazwał literaturą postmodernistyczną, literaturą świata symulakrów (to nie cytat, bo dokładnego cytatu nie pamiętam, nie chce mi się teraz szukać).
Tajemnicza zbrodnia staje się wręcz naśladowaniem plemiennych atawizmów, jest to czyn syndykatu winy, niewinna ofiara konstytuująca wspólnotę, łącząca ją w jednej tajemnicy.
Czytelnik może zastanowić się, na ile fascynująca postać Bobby'ego, jako tego, który niejako otwiera oczy uśpionym mieszkańcom, przez gniew i strach pobudza ich do zostawienia wyciszonych telewizorów i podjęcie (no, powiedzmy) twórczej aktywności jest zła, dobra i/lub tragiczna. To postać de facto poza dobrem i złem, napędzany tysiącem myśli i marzeń na minutę, uzależniony od adrenaliny i nie stroniący od dragów nadczłowiek szarej codzienności, samozwańczy budziciel instynktów i dążeń uśpionych przez społeczeństwo późnego kapitalizmu. Fascynująca i niejednoznaczna postać.
Prorocy przekraczający granice nie mają jednak łatwo, zwłaszcza jeśli nie mają do końca trzeźwego oglądu rzeczywistości. Dawni wierni, uwalniając się od swoich męczących bóstw, nawet i głoszących wolność i nie oczekujących niczego w zamian, mają w zwyczaju te bóstwa zabijać. Na płaszczyźnie normatywnej, ale czasem i empirycznej również.
Autor skrupulatnie przedstawił nie tylko realia kurortu w świecie przedstawionym - bardzo przerysowane, ale odmalowane słowem w surrealistyczny sposób - ale również portrety psychologiczne bohaterów - zwłaszcza Charlesa i Bobby'ego. Frank zaś jest postacią tragiczną - wracając od odniesień konstruowania tożsamości (neo)plemiennej, jest kimś pomiędzy zbuntowanym mesjaszem, składającym ofiarę, o którą bóstwo w sumie nie prosiło a kozłem ofiarnym biorącym na siebie winę całego ludu.
Tak czy owak, świetna książka. Jak każdy Ballard, którego miałem przyjemność czytać. Minusem może być trochę miejscami drętwe tłumaczenie, zwłaszcza z początku książki. Potem czytelnik wsiąka w akcję i przestaje zwracać uwagę na stronę techniczną.
Po przeczytaniu całości, pierwsze zdania ukazują zupełnie inne granice do przekraczania i zupełnie inne punkty kontroli. I zupełnie inny niepokój bohatera wyrażającego takie myśli.
Guy N. Smith "Noc krabów"
Pierwszy tom kultowego cyklu o morderczych krabach. Miałem okazję przeczytać wcześniej tom drugi oraz trzeci. Tomów jest - jak podaje wikipedia - siedem (ostatni z roku 2012). Do cyklu zalicza się też cztery opowiadania, gdzieś tam kiedyś opublikowane (również za wikipedią).
Nie załapałem się na tę klasykę, gdy była świeża, więc nadrabiam po latach.
Cóż mam napisać. Rzecz z rodzaju tak złych, że aż dobrych. Horrorowa pulpa. Szalony (ale całkiem oryginalny i - mówcie co chcecie - świadczący o zwariowanej kreatywności autora) pomysł to jedyna zaleta całego cyklu. Poza tym nie ma tutaj niczego godnego uwagi, ani pod względem literackim, ani pod jakimkolwiek innym. Ot, literatura rozrywkowa, jeśli ktoś lubi się rozrywać obcując z czymś takim.
Ja lubię.
Zabójcze kraby atakują po raz pierwszy. Gdy w czasie wyjazdu nad morze siostrzeniec profesora Cliffa Davenporta wraz ze swoją narzeczoną zostają uznani za zaginionych, profesor wyrusza na Wyspę Muszli by samemu sprawdzić, co się stało. Dokona od odkrycia, że za zaginięciami stoją kraby, nikt nie będzie chciał mu uwierzyć, co skończy się źle dla całej okolicy, wojsko da ciała, kraby okażą się praktycznie niezniszczalne, w międzyczasie jeszcze profesor znajdzie sobie kobietę swoich marzeń, bardzo szybko skonsumuje związek. Pod koniec książki nasz akademik prawie bohatersko zginie, ale rzecz jasna przeżyje.
I w sumie to tyle.
Seks, przemoc, gigantyczne kraby. Rzecz dla koneserów, ja polecam, jeśli kogoś ominęły szalone (wczesne) lata '90 w horrorowym światku w Polsce, to nigdy nie jest za późno, by to nadrobić. W Krk można dostać najróżniejsze książki Phantom Pressu i Amber Horror u rozmaitych bukinistów koło dworców PKP i PKS.
Nie załapałem się na tę klasykę, gdy była świeża, więc nadrabiam po latach.
Cóż mam napisać. Rzecz z rodzaju tak złych, że aż dobrych. Horrorowa pulpa. Szalony (ale całkiem oryginalny i - mówcie co chcecie - świadczący o zwariowanej kreatywności autora) pomysł to jedyna zaleta całego cyklu. Poza tym nie ma tutaj niczego godnego uwagi, ani pod względem literackim, ani pod jakimkolwiek innym. Ot, literatura rozrywkowa, jeśli ktoś lubi się rozrywać obcując z czymś takim.
Ja lubię.
Zabójcze kraby atakują po raz pierwszy. Gdy w czasie wyjazdu nad morze siostrzeniec profesora Cliffa Davenporta wraz ze swoją narzeczoną zostają uznani za zaginionych, profesor wyrusza na Wyspę Muszli by samemu sprawdzić, co się stało. Dokona od odkrycia, że za zaginięciami stoją kraby, nikt nie będzie chciał mu uwierzyć, co skończy się źle dla całej okolicy, wojsko da ciała, kraby okażą się praktycznie niezniszczalne, w międzyczasie jeszcze profesor znajdzie sobie kobietę swoich marzeń, bardzo szybko skonsumuje związek. Pod koniec książki nasz akademik prawie bohatersko zginie, ale rzecz jasna przeżyje.
I w sumie to tyle.
Seks, przemoc, gigantyczne kraby. Rzecz dla koneserów, ja polecam, jeśli kogoś ominęły szalone (wczesne) lata '90 w horrorowym światku w Polsce, to nigdy nie jest za późno, by to nadrobić. W Krk można dostać najróżniejsze książki Phantom Pressu i Amber Horror u rozmaitych bukinistów koło dworców PKP i PKS.
wtorek, 28 stycznia 2014
Łukasz Orbitowski "Horror Show"
Ech.
Powinienem w końcu nauczyć się kilku rzeczy.
1) Aby nie chodzić po antykwariatach/bukinistach, gdy kończą się środki na żarcie i rachunek za internet.
2) Aby nie chodzić po antykwariatach/bukinistach, gdy jest sesja i człowiek powinien uczyć się, ew. pisać magisterkę lub ogarniać jakieś konferencje/publikacje.
3) Aby przed kupieniem książki, zwłaszcza używanej, sprawdzić, czy wszystko jest z nią ok, czyli np. czy plamy krwi uniemożliwiają odczytanie treści (nie, to nie ten przypadek, ale kiedyś mi się taka książka przytrafiła), czy nie brakuje stron lub nie ma błędów w druku.
Zwłaszcza 3) potrafi zaboleć, zwłaszcza, gdy ~6 stron nie ma, tzn. są, ale niezadrukowane i to w tym miejscu w książce, gdy akcja przyspiesza, nadchodzi punkt kulminacyjny i rozwiązanie akcji.
Tak, właśnie taki egzemplarz Horror Show mi się przytrafił. Pewne rzeczy się wyjaśniają (na ile mogą się wyjaśnić) a główny bohater jest w rozjazdach, a tu puste strony co parę kartek. Wyjątkowo przykra sytuacja.
W takich sytuacjach z pomocą przychodzą pirackie .pdfy wiszące w ogromnych ilościach w różnych częściach internetu. Życie jest ciężkie, cóż poradzić.
Jedna z wczesnych książek autora, jak głosi krótka biografia na tylnej okładce, jego pierwsza powieść. Wydana przez ha!art, co nieco mnie zdziwiło, że w ogóle wydawali/ją taką beletrystykę, ale zdziwiło na plus. Człowiek przez całe życie poznaje nowe, ciekawe informacje o świecie.
Horror Show to w sumie niezupełnie horror. Przynajmniej jak dla mnie. Jak na mój gust, to w znacznie większym stopniu jest to weird. I to takie bardzo klasyczne, po linii Poe-Lovecraft-itd., pomieszane z nieco wręcz turpistyczną, dosadną opowieścią - powiedzmy - obyczajową o szarych mieszkańcach Krakowa. I o Krakowie. Szarym Krakowie, mieście klubów ze striptizem, zawiedzionych nadziei, złamanych żywotów, mieście rozpaczy maskowanej hedonizmem, mieście zgnuśniałym.
Głównym bohaterem jest Giełdziarz. Ksywa tak się z nim zlała w jedno, że nie używa swojego imienia. Giełdziarz sprzedaje na giełdzie (rodzaj targu, gdzie - dzisiejsza młodzież, wychowana w dobie piractwa internetowego, które w sumie jest nowym rodzajem piractwa, bo przecież nie płacisz za ściągnięte pliki nikomu, może tego nie wiedzieć - gdzie kupowało się pirackie kopie gier [pamiętam jeszcze np. Age of Empires II czy Commandosa 1 przetłumaczone na język "polskawy" przez jakiś rosyjskich piratów, czy też pakiety gier z usuniętymi filmami i muzyką, by zajmowały mniej miejsca na płycie CD {dzięki czemu można było ich tam więcej upchnąć}] , płyt z muzyką, itd.; w moich rodzinnych stronach coś takiego pamiętam jeszcze z czasów wczesnego liceum, choć w dużo "uboższej" wersji - "kolega kolegi" miał listę gier, coś się chciało - płaciło mu się koszt czystego CD + ~1-2zł więcej - przynosił - potem zjawisko implodowało; w tamtych czasach {~7-9 lat temu}, mimo tego, że nie było to dawno, dostęp do internetu nie był jeszcze tak powszechny jak teraz) pirackie płyty. [przepraszam za mega-dygresję nie na temat, zdanie wielokrotnie złożone, ale czasem muszę]
Tak czy siak, Giełdziarz jest się w stanie z tego jako-tako utrzymać, nie jest źle, jest nawet całkiem fajnie, ale zawsze mogło być lepiej. Ma dziewczynę, z którą jest szczęśliwy, mimo tego, że widują się raz na jakiś czas. Ma paru kumpli z giełdy, którzy wystarczają mu za znajomych i przyjaciół.
Pewnego dnia, zupełnym przypadkiem, wchodzi w posiadanie świecznika i układanki. Zdaje sobie sprawę, że najprawdopodobniej są kradzione, ale nie za bardzo się tym przejmuje. Ba, postanawia nawet oddać je właścicielowi, kimkolwiek by nie był.
Tymczasem właścicielem jest tajemniczy staruszek o ksywie Wuj, któremu raz na jakiś czas zdarza się wyrzygać białe robaczki. Przed Wujem ucieka niejaki Brandon, który - rzecz jasna - wpada na Giełdziarza, gdy ten jeszcze nie wie nic a nic o Wuju.
Wuj chce odzyskać swoje rzeczy, a także odnaleźć Brandona, więc płaci chwilowo nie mającemu niczego do stracenia Szpadowi, giełdziarzowemu znajomkowi z giełdy, by ten porozklejał po mieście tysiące plakatów z odpowiednią informacją.
A potem zaczynają ginąć ludzie, a życie Giełdziarza, wszystko w co wierzył i na czym opierał swoją egzystencję, rozsypuje się bardzo efektownie i bardzo weirdowato. Życie Szpada zresztą również.
W pewnym momencie, po okresie krótkiej równowagi, Nieznane przejmuje rzeczywistość Giełdziarza; niczego nie może być pewnym, nie jest możliwe samo stwierdzenie, co jest realne, a co nie, i dlaczego to, co nie jest realne, zdaje się jakby nigdy nic egzystować na płaszczyźnie materialnej. Wiąże się z tym pewne niedopatrzenie - Giełdziarz zastanawia się w pewnej chwili, jak był w stanie wynająć mieszkanie, ale czyżby nie miał dowodu tożsamości? Ten dokument mógłby mu sporo powiedzieć, nawet jeśli nie byłaby to... hmmmh... pewna wiedza. I jak bez dowodu, jeśli go nie miał, udało mu się zapisać do Biblioteki Jagiellońskiej? Chyba, że w świecie przedstawionym mógł. Wiem, czepiam się. Ale kiedyś trzeba się w końcu czegoś przyczepić.
Autor zrobił dobry research, jeśli chodzi o Kraków. Trudno się dziwić - ukończył filozofię na UJu - pewnie w każdej opisanej knajpie zdarzyło mu się trochę kasy przepuścić. A przestawił te knajpy bezbłędnie. Rzecz jasna, bardzo subiektywnie, ale przytakuję jego opiniom. Wątek z Białym Prądnikiem też mnie ujął za serce.
Świat przedstawiony autor odmalował słowami szorstko. Momentami brutalnie. Brudno i naturalistycznie. Dosadnie. Mimo wszystko, taka stylistyka pasuje mi do Krakowa. I do opowiadania o wódce, kacu i kobietach. Bohaterowie, łącznie z Giełdziarzem, są co prawda nieco sztuczni, ale biorąc pod uwagę fakt, że ... hmm, no tak czy owak, poniekąd to do kilkorga z nich pasuje (tyle, że nie wiem, czy autorowi akurat o to chodziło). Plusem jest to, że ciężko stwierdzić, kto tu jest dobry, a kto zły - raczej każdy ma po prostu swoje interesy, porusza się w obrębie swoich uwarunkowań, sympatii i antypatii.
Miałem czasem problem przy dialogach, których jest dużo i które są długie - niekiedy gubiłem się, kto co mówi.
Kolejna dygresja - sama intryga, wokół której kręci się fabuła, i którą Giełdziarz mozolnie odkrywa, skojarzyła mi się z podobnym wątkiem (o potędze wyobraźni i o granicy możliwości stwarzania sobie świata i tego świata przyległości) w takim jednym anime, które kiedyś oglądałem. Nie zarzucam rzecz jasna autorowi, że skądś ściągał, byłoby to niedorzeczne, zaznaczam tylko, że to pozytywne skojarzenie, bo takie kwestie mnie interesują.
Podsumowując, cieszę się z zakupu, tzn. że wygrzebałem to na półce w takim jednym antykwariacie. Nie jest to przełomowe arcydzieło, ale z pewnością jest to powieść solidna, dobrze napisana i przedstawiająca intrygującą historię (niby oklepaną, a jednak nie), co skutecznie rekompensuje pewne wady "techniczne" czy luki w fabule/niedopowiedzenia w świecie przedstawionym. W roku wydania - 2006 - zapewne Horror Show był wtedy czymś całkiem świeżym w polskim światku horrorowym/ogólnofantastycznym.
A autor trafił na moją niekończącą się listę "Autorów, których twórczość kiedyś można by było poznać lepiej".
I tylko żałuję, że za cholerę nie znalazłem nawiązań do Burgessa. Oprócz ogólnej brutalności świata przedstawionego, tyle, że u Orbitowskiego polegającej na czymś innym, niż u twórcy Mechanicznej Pomarańczy.
Powinienem w końcu nauczyć się kilku rzeczy.
1) Aby nie chodzić po antykwariatach/bukinistach, gdy kończą się środki na żarcie i rachunek za internet.
2) Aby nie chodzić po antykwariatach/bukinistach, gdy jest sesja i człowiek powinien uczyć się, ew. pisać magisterkę lub ogarniać jakieś konferencje/publikacje.
3) Aby przed kupieniem książki, zwłaszcza używanej, sprawdzić, czy wszystko jest z nią ok, czyli np. czy plamy krwi uniemożliwiają odczytanie treści (nie, to nie ten przypadek, ale kiedyś mi się taka książka przytrafiła), czy nie brakuje stron lub nie ma błędów w druku.
Zwłaszcza 3) potrafi zaboleć, zwłaszcza, gdy ~6 stron nie ma, tzn. są, ale niezadrukowane i to w tym miejscu w książce, gdy akcja przyspiesza, nadchodzi punkt kulminacyjny i rozwiązanie akcji.
Tak, właśnie taki egzemplarz Horror Show mi się przytrafił. Pewne rzeczy się wyjaśniają (na ile mogą się wyjaśnić) a główny bohater jest w rozjazdach, a tu puste strony co parę kartek. Wyjątkowo przykra sytuacja.
W takich sytuacjach z pomocą przychodzą pirackie .pdfy wiszące w ogromnych ilościach w różnych częściach internetu. Życie jest ciężkie, cóż poradzić.
Jedna z wczesnych książek autora, jak głosi krótka biografia na tylnej okładce, jego pierwsza powieść. Wydana przez ha!art, co nieco mnie zdziwiło, że w ogóle wydawali/ją taką beletrystykę, ale zdziwiło na plus. Człowiek przez całe życie poznaje nowe, ciekawe informacje o świecie.
Horror Show to w sumie niezupełnie horror. Przynajmniej jak dla mnie. Jak na mój gust, to w znacznie większym stopniu jest to weird. I to takie bardzo klasyczne, po linii Poe-Lovecraft-itd., pomieszane z nieco wręcz turpistyczną, dosadną opowieścią - powiedzmy - obyczajową o szarych mieszkańcach Krakowa. I o Krakowie. Szarym Krakowie, mieście klubów ze striptizem, zawiedzionych nadziei, złamanych żywotów, mieście rozpaczy maskowanej hedonizmem, mieście zgnuśniałym.
Głównym bohaterem jest Giełdziarz. Ksywa tak się z nim zlała w jedno, że nie używa swojego imienia. Giełdziarz sprzedaje na giełdzie (rodzaj targu, gdzie - dzisiejsza młodzież, wychowana w dobie piractwa internetowego, które w sumie jest nowym rodzajem piractwa, bo przecież nie płacisz za ściągnięte pliki nikomu, może tego nie wiedzieć - gdzie kupowało się pirackie kopie gier [pamiętam jeszcze np. Age of Empires II czy Commandosa 1 przetłumaczone na język "polskawy" przez jakiś rosyjskich piratów, czy też pakiety gier z usuniętymi filmami i muzyką, by zajmowały mniej miejsca na płycie CD {dzięki czemu można było ich tam więcej upchnąć}] , płyt z muzyką, itd.; w moich rodzinnych stronach coś takiego pamiętam jeszcze z czasów wczesnego liceum, choć w dużo "uboższej" wersji - "kolega kolegi" miał listę gier, coś się chciało - płaciło mu się koszt czystego CD + ~1-2zł więcej - przynosił - potem zjawisko implodowało; w tamtych czasach {~7-9 lat temu}, mimo tego, że nie było to dawno, dostęp do internetu nie był jeszcze tak powszechny jak teraz) pirackie płyty. [przepraszam za mega-dygresję nie na temat, zdanie wielokrotnie złożone, ale czasem muszę]
Tak czy siak, Giełdziarz jest się w stanie z tego jako-tako utrzymać, nie jest źle, jest nawet całkiem fajnie, ale zawsze mogło być lepiej. Ma dziewczynę, z którą jest szczęśliwy, mimo tego, że widują się raz na jakiś czas. Ma paru kumpli z giełdy, którzy wystarczają mu za znajomych i przyjaciół.
Pewnego dnia, zupełnym przypadkiem, wchodzi w posiadanie świecznika i układanki. Zdaje sobie sprawę, że najprawdopodobniej są kradzione, ale nie za bardzo się tym przejmuje. Ba, postanawia nawet oddać je właścicielowi, kimkolwiek by nie był.
Tymczasem właścicielem jest tajemniczy staruszek o ksywie Wuj, któremu raz na jakiś czas zdarza się wyrzygać białe robaczki. Przed Wujem ucieka niejaki Brandon, który - rzecz jasna - wpada na Giełdziarza, gdy ten jeszcze nie wie nic a nic o Wuju.
Wuj chce odzyskać swoje rzeczy, a także odnaleźć Brandona, więc płaci chwilowo nie mającemu niczego do stracenia Szpadowi, giełdziarzowemu znajomkowi z giełdy, by ten porozklejał po mieście tysiące plakatów z odpowiednią informacją.
A potem zaczynają ginąć ludzie, a życie Giełdziarza, wszystko w co wierzył i na czym opierał swoją egzystencję, rozsypuje się bardzo efektownie i bardzo weirdowato. Życie Szpada zresztą również.
W pewnym momencie, po okresie krótkiej równowagi, Nieznane przejmuje rzeczywistość Giełdziarza; niczego nie może być pewnym, nie jest możliwe samo stwierdzenie, co jest realne, a co nie, i dlaczego to, co nie jest realne, zdaje się jakby nigdy nic egzystować na płaszczyźnie materialnej. Wiąże się z tym pewne niedopatrzenie - Giełdziarz zastanawia się w pewnej chwili, jak był w stanie wynająć mieszkanie, ale czyżby nie miał dowodu tożsamości? Ten dokument mógłby mu sporo powiedzieć, nawet jeśli nie byłaby to... hmmmh... pewna wiedza. I jak bez dowodu, jeśli go nie miał, udało mu się zapisać do Biblioteki Jagiellońskiej? Chyba, że w świecie przedstawionym mógł. Wiem, czepiam się. Ale kiedyś trzeba się w końcu czegoś przyczepić.
Autor zrobił dobry research, jeśli chodzi o Kraków. Trudno się dziwić - ukończył filozofię na UJu - pewnie w każdej opisanej knajpie zdarzyło mu się trochę kasy przepuścić. A przestawił te knajpy bezbłędnie. Rzecz jasna, bardzo subiektywnie, ale przytakuję jego opiniom. Wątek z Białym Prądnikiem też mnie ujął za serce.
Świat przedstawiony autor odmalował słowami szorstko. Momentami brutalnie. Brudno i naturalistycznie. Dosadnie. Mimo wszystko, taka stylistyka pasuje mi do Krakowa. I do opowiadania o wódce, kacu i kobietach. Bohaterowie, łącznie z Giełdziarzem, są co prawda nieco sztuczni, ale biorąc pod uwagę fakt, że ... hmm, no tak czy owak, poniekąd to do kilkorga z nich pasuje (tyle, że nie wiem, czy autorowi akurat o to chodziło). Plusem jest to, że ciężko stwierdzić, kto tu jest dobry, a kto zły - raczej każdy ma po prostu swoje interesy, porusza się w obrębie swoich uwarunkowań, sympatii i antypatii.
Miałem czasem problem przy dialogach, których jest dużo i które są długie - niekiedy gubiłem się, kto co mówi.
Kolejna dygresja - sama intryga, wokół której kręci się fabuła, i którą Giełdziarz mozolnie odkrywa, skojarzyła mi się z podobnym wątkiem (o potędze wyobraźni i o granicy możliwości stwarzania sobie świata i tego świata przyległości) w takim jednym anime, które kiedyś oglądałem. Nie zarzucam rzecz jasna autorowi, że skądś ściągał, byłoby to niedorzeczne, zaznaczam tylko, że to pozytywne skojarzenie, bo takie kwestie mnie interesują.
Podsumowując, cieszę się z zakupu, tzn. że wygrzebałem to na półce w takim jednym antykwariacie. Nie jest to przełomowe arcydzieło, ale z pewnością jest to powieść solidna, dobrze napisana i przedstawiająca intrygującą historię (niby oklepaną, a jednak nie), co skutecznie rekompensuje pewne wady "techniczne" czy luki w fabule/niedopowiedzenia w świecie przedstawionym. W roku wydania - 2006 - zapewne Horror Show był wtedy czymś całkiem świeżym w polskim światku horrorowym/ogólnofantastycznym.
A autor trafił na moją niekończącą się listę "Autorów, których twórczość kiedyś można by było poznać lepiej".
I tylko żałuję, że za cholerę nie znalazłem nawiązań do Burgessa. Oprócz ogólnej brutalności świata przedstawionego, tyle, że u Orbitowskiego polegającej na czymś innym, niż u twórcy Mechanicznej Pomarańczy.
piątek, 24 stycznia 2014
William Gibson "Spook County. W kraju agentów."
Ech, nie lubię takich tytułów. Jak na moje - subiektywne rzecz jasna - poczucie estetyki zostawienie oryginalnego tytułu i dopisanie czegoś ni w pięć, ni w dziesięć, nie jest ani przydatne, ani ładne. Ale ok, to tylko moja opinia.
Spook Country to jedna z nowszych książek dziadka, ojca i szwagra cyberpunku, wydana w 2007 roku. Polskie tłumaczenie pojawiło się przynajmniej rok później, może gotowe było już wcześniej, kto wie.
Nadal jest to cyberpunk. Ale inny cyberpunk niż chociażby w Neuromancerze czy filmie Johnny Mnemonic. Cyberpunk znacznie bliższy współczesności/rzeczywistości, przywodzący na myśl myśl Jeana Baudrillarda czy - dalsze skojarzenie - Guya Deborda (kapitał stający się obrazem - w bardzo dosłownej interpretacji). Nie grozi nam (jeszcze?) sztuczna inteligencja przejmująca władzę nad światem czy szaleństwo ze wszczepami, worldbuilding jest - hmm jakby to określić - miękki. W stosunku do Neuromancera.
Znacznie więcej jest tu elementów powieści szpiegowskiej. Jednak takiej bez prawie-nadludzkich herosów. Zamiast nich są szarzy ludzie tonący w wirach wydarzeń, na które nie mieli żadnego wpływu. Nawet jeśli niektórzy z tych szarych ludzi znają Sistiemę i mają wsparcie dawnych bóstw, nadal są zwykłymi ludźmi w niezwykłych sytuacjach. To piękne, jak autor wplótł tożsamości etniczne z całym dobrodziejstwem inwentarza w realia świata na pierwszy rzut oka zupełnie innego, nieprzystającego.
I nie, nie jest to książka o III, IV, którejkolwiek RP, chociaż co niektórym tytuł może kojarzyć się jednoznacznie.
Stare, dobre "Trust no one" można uznać hasłem przewodnim tej książki. Zwłaszcza jedna z bohaterek, dziennikarka i była piosenkarka, w coraz to dziwniejszych miejscach napotykająca coraz to dziwniejszych fanów jej dawnej kapeli, pracująca dla enigmatycznego magnata medialnego (ale czy na pewno?) stanie przed kilkukrotnym wybraniem sobie sprzymierzeńców. W tle są brudne pieniądze zarobione na wojnie w Iraku (mówiłem, to książka bardzo współczesna), środowiska byłych i obecnych agentów najróżniejszych wywiadów, kontrwywiadów, agend; ludzi mafii. W tle jest świat po 11 września 2001, z jego strachem i przebitym balonem ciszy i spokoju.
Rozbitkowie wyorbitowanych obrazów. Narkoman, który pracuje dla agenta niesprecyzowanej organizacji za dragi. Artyści tworzący wirtualne obrazy (pełne 3D, wysoka jakość tekstur) nakładane na rzeczywistość (nie da się ich dzieł zobaczyć bez odpowiedniego sprzętu.
Feeria świateł, bodźców, obrazów, zasypanie czytelnika nawałą znanych bardziej lub mniej marek.
Urywki rzeczywistości widziane z subiektywnych perspektyw. Kto jest kim i czego chce od kogo. W kraju agentów jest dosyć przygnębiająco. Refleksyjna książka.
Spook Country to jedna z nowszych książek dziadka, ojca i szwagra cyberpunku, wydana w 2007 roku. Polskie tłumaczenie pojawiło się przynajmniej rok później, może gotowe było już wcześniej, kto wie.
Nadal jest to cyberpunk. Ale inny cyberpunk niż chociażby w Neuromancerze czy filmie Johnny Mnemonic. Cyberpunk znacznie bliższy współczesności/rzeczywistości, przywodzący na myśl myśl Jeana Baudrillarda czy - dalsze skojarzenie - Guya Deborda (kapitał stający się obrazem - w bardzo dosłownej interpretacji). Nie grozi nam (jeszcze?) sztuczna inteligencja przejmująca władzę nad światem czy szaleństwo ze wszczepami, worldbuilding jest - hmm jakby to określić - miękki. W stosunku do Neuromancera.
Znacznie więcej jest tu elementów powieści szpiegowskiej. Jednak takiej bez prawie-nadludzkich herosów. Zamiast nich są szarzy ludzie tonący w wirach wydarzeń, na które nie mieli żadnego wpływu. Nawet jeśli niektórzy z tych szarych ludzi znają Sistiemę i mają wsparcie dawnych bóstw, nadal są zwykłymi ludźmi w niezwykłych sytuacjach. To piękne, jak autor wplótł tożsamości etniczne z całym dobrodziejstwem inwentarza w realia świata na pierwszy rzut oka zupełnie innego, nieprzystającego.
I nie, nie jest to książka o III, IV, którejkolwiek RP, chociaż co niektórym tytuł może kojarzyć się jednoznacznie.
Stare, dobre "Trust no one" można uznać hasłem przewodnim tej książki. Zwłaszcza jedna z bohaterek, dziennikarka i była piosenkarka, w coraz to dziwniejszych miejscach napotykająca coraz to dziwniejszych fanów jej dawnej kapeli, pracująca dla enigmatycznego magnata medialnego (ale czy na pewno?) stanie przed kilkukrotnym wybraniem sobie sprzymierzeńców. W tle są brudne pieniądze zarobione na wojnie w Iraku (mówiłem, to książka bardzo współczesna), środowiska byłych i obecnych agentów najróżniejszych wywiadów, kontrwywiadów, agend; ludzi mafii. W tle jest świat po 11 września 2001, z jego strachem i przebitym balonem ciszy i spokoju.
Rozbitkowie wyorbitowanych obrazów. Narkoman, który pracuje dla agenta niesprecyzowanej organizacji za dragi. Artyści tworzący wirtualne obrazy (pełne 3D, wysoka jakość tekstur) nakładane na rzeczywistość (nie da się ich dzieł zobaczyć bez odpowiedniego sprzętu.
Feeria świateł, bodźców, obrazów, zasypanie czytelnika nawałą znanych bardziej lub mniej marek.
Urywki rzeczywistości widziane z subiektywnych perspektyw. Kto jest kim i czego chce od kogo. W kraju agentów jest dosyć przygnębiająco. Refleksyjna książka.
Brian W. Aldiss "Non stop"
~~~~~~ Recenzja w ramach projektu Eksplorując nieznane. ~~~~~~
Odkąd dawno, dawno temu po raz pierwszy przeczytałem Cieplarnię (krótka wzmianka tutaj, notka sprzed lat, teraz napisałbym ją inaczej), wiedziałem, że oto coś się zmieniło w moim postrzeganiu świata.
Czytałem jeszcze kilka innych dzieł i dziełek Aldissa, jedne były świetne (Kto zastąpi człowieka?), inne trochę gorsze, ale i tak znajdujące się na poziomie twórczości nieosiągalnej dla wielu autorów s-f (Tłumacz i Krążenie krwi...); ze znanych mi książek Aldissa rozczarowało mnie tylko Superpaństwo, spodziewałem się czegoś znacznie cięższego treściowo, stylistycznie, koncepcyjnie. Co nie znaczy, że była to zła książka. Na tle znanej mi twórczości anglika po prostu była po prostu inna.
Non stop jest tak dobre, jak Cieplarnia. Nie ma jej rozmachu (ale nie znam niczego, co miałoby rozmach Cieplarni; no, równie mocno kopała po zwojach mózgowych i po wyobraźni Księga Nowego Słońca Gene'a Wolfe'a, ale z zupełnie innych powodów; to dzieła zupełnie różne, nieporównywalne) ale nie potrzebuje takiego rozmachu. Zaraz wyjaśnię czemu, po przerwie na kwestie techniczne.
Mój egzemplarz omawianej książki znalazłem w jakiejś księgarence typu "-666% na wszystko, oprócz kasjerki". Rzadko zaglądam do takich miejsc, bo zazwyczaj nie ma w nich niczego ciekawego poza romansidłami, pop-kryminałami, poradnikami dla życiowych rozbitków/ludzi lubiących odkrywać rzeczy oczywiste i dyskursem hegemonicznym (ha, ale mi się żarcik udał). Dlatego możecie sobie wyobrazić ogrom mojego zdziwienia, jak w koszyku z końcówkami asortymentu znalazłem Non stop w twardych okładkach za 15zł. Wydane schludnie, ładnie, czasem tusz trochę zbyt blady, formatowanie stron mogłoby być lepsze (rażą ogromne puste przestrzenie na pierwszych stronach każdego kolejnego rozdziału i każdej kolejnej części). Na zakończenie - posłowie Marka Oramusa.
Dawno, dawno temu doszło do jakiejś katastrofy. Ci, którzy stworzyli świat - Giganci - odeszli, pozostawiając swoje dzieło na łasce sił natury oraz tajemniczych Obcych. W świecie żyją ludzie, zorganizowani w mniej lub bardziej prymitywne plemiona. Gnębią ich rozliczne mutacje, zagrożenie ze strony innych plemion, wędrujących grupek mutantów, anomalii spotykanych w różnych częściach świata.
Jak na razie jesteście sobie w stanie to wyobrazić, nie?
To teraz uważajcie - ten świat to zamknięta przestrzeń korytarzy, plątanina przejść, pięter, sal i pokojów, pomieszczeń użytkowych, mieszkalnych i technicznych. Ten świat to ogromny statek kosmiczny żeglujący przez przestrzeń od wielu pokoleń. Religia (nazywana "Nauką") wyznawana przez zdegenerowane plemiona zamieszkująca go opiera się na popłuczynach po psychoanalizie połączonej z systemem kastowym. Kapłani przechowują do własnych celów okruchy dawnej wiedzy o statku, jaką zdobywają w opuszczonych od wieków pomieszczeniach po Gigantach. Większość prastarych artefaktów jednak jest niszczona przez kastę strażników.
Przynajmniej tak to wygląda w plemieniu głównego bohatera. Był myśliwym, pewnego dnia miał pecha, wrogie plemię uprowadziło mu kobietę. Nie mając niczego do stracenia, przyłącza się do wyprawy zorganizowanej przez kapłana-renegata - wyprawy na Dziób, w poszukiwaniu tego, kto kieruje statkiem.
To tylko wstęp fabuły. Sama wprawa zmienia się w poszukiwanie własnej tożsamości i próby przywrócenia pamięci o przeszłości. Oczywiście wszystko się komplikuje, gdy okazuje się, że Giganci wrócili, Obcy żyją wśród ludzi, a statek zamieszkuje jeszcze jedna inteligentna rasa...
Jak wspomniałem wcześniej, Non stop nie potrzebuje takiego rozmachu, jak Cieplarnia. W sumie to nie wiem właściwie, po co te dwie książki ze sobą zestawiam, cóż, chyba już tak mamy, że szukamy punktów odniesienia. Poniekąd jednak takie zestawienie jest sensowne, bo w jednej i drugiej książce autor pokazuje świat po bliżej nie określonym hmmm przerwaniu linearnego ciągu historii (czyli - restart w którymś momencie) i dużą wagę przywiązuje do kwestii ewolucji i mutacji, powstawaniu nowych gatunków i rozwoju człowieka.
Rozmach świata przedstawionego Non stop jest rozmachem klaustrofobicznym. Skarłowaciali ludzie, zdegenerowani przez chów wsobny i mutacje, porastająca statek roślinność, jadalna i mająca wiele zastosowań, ale jednak rezultat czegoś niedobrego, zawirowania związane z cyklem dobowym i pojmowaniem czasu. Ciasne, opuszczone, martwe przestrzenie, metal rozświetlany trupim blaskiem ciągle działających lamp, duszne korytarze zamienione w dżunglę. Stary basen nazwany morzem.
Autor, na ile oczywiście mógł bez zrobienia z Non stop fantastyki psychologicznej, mimo uproszczeń, w przekonywujący sposób pokazał postępującą d/ewolucję mieszkańców statku, ich systemy społeczno-religijne i kruchą geopolitykę.
Z Cieplarni zapamiętałem głównie samą wizję świata, oszałamiającą i zachwycającą, bardzo plastycznie przedstawioną, silnie przemawiającą do wyobraźni czytelnika, namalowaną słowem. W Non stop większą wagę czytelnik przywiąże do fabuły - jest znacznie bardziej dramatyczna, toczy się żywszym tempem, postacie są bardziej wyraziste.
W końcu inaczej wygląda koniec świata głównych bohaterów na Ziemi, a inaczej na statku kosmicznym.
Ach, zapomniałem, muszę dopisać. Wybaczcie. W posłowiu Marek Oramus przedstawia historię Non stop w PRLu (książka była drukowana w Trybunie Robotniczej) zastanawia się też nad różnicami w tłumaczeniu wydania obecnego w stosunku do tamtego oraz wspomina wpływ książki na ówczesny fandom. Ciekawostki, ale interesujące.
Odkąd dawno, dawno temu po raz pierwszy przeczytałem Cieplarnię (krótka wzmianka tutaj, notka sprzed lat, teraz napisałbym ją inaczej), wiedziałem, że oto coś się zmieniło w moim postrzeganiu świata.
Czytałem jeszcze kilka innych dzieł i dziełek Aldissa, jedne były świetne (Kto zastąpi człowieka?), inne trochę gorsze, ale i tak znajdujące się na poziomie twórczości nieosiągalnej dla wielu autorów s-f (Tłumacz i Krążenie krwi...); ze znanych mi książek Aldissa rozczarowało mnie tylko Superpaństwo, spodziewałem się czegoś znacznie cięższego treściowo, stylistycznie, koncepcyjnie. Co nie znaczy, że była to zła książka. Na tle znanej mi twórczości anglika po prostu była po prostu inna.
Non stop jest tak dobre, jak Cieplarnia. Nie ma jej rozmachu (ale nie znam niczego, co miałoby rozmach Cieplarni; no, równie mocno kopała po zwojach mózgowych i po wyobraźni Księga Nowego Słońca Gene'a Wolfe'a, ale z zupełnie innych powodów; to dzieła zupełnie różne, nieporównywalne) ale nie potrzebuje takiego rozmachu. Zaraz wyjaśnię czemu, po przerwie na kwestie techniczne.
Mój egzemplarz omawianej książki znalazłem w jakiejś księgarence typu "-666% na wszystko, oprócz kasjerki". Rzadko zaglądam do takich miejsc, bo zazwyczaj nie ma w nich niczego ciekawego poza romansidłami, pop-kryminałami, poradnikami dla życiowych rozbitków/ludzi lubiących odkrywać rzeczy oczywiste i dyskursem hegemonicznym (ha, ale mi się żarcik udał). Dlatego możecie sobie wyobrazić ogrom mojego zdziwienia, jak w koszyku z końcówkami asortymentu znalazłem Non stop w twardych okładkach za 15zł. Wydane schludnie, ładnie, czasem tusz trochę zbyt blady, formatowanie stron mogłoby być lepsze (rażą ogromne puste przestrzenie na pierwszych stronach każdego kolejnego rozdziału i każdej kolejnej części). Na zakończenie - posłowie Marka Oramusa.
Dawno, dawno temu doszło do jakiejś katastrofy. Ci, którzy stworzyli świat - Giganci - odeszli, pozostawiając swoje dzieło na łasce sił natury oraz tajemniczych Obcych. W świecie żyją ludzie, zorganizowani w mniej lub bardziej prymitywne plemiona. Gnębią ich rozliczne mutacje, zagrożenie ze strony innych plemion, wędrujących grupek mutantów, anomalii spotykanych w różnych częściach świata.
Jak na razie jesteście sobie w stanie to wyobrazić, nie?
To teraz uważajcie - ten świat to zamknięta przestrzeń korytarzy, plątanina przejść, pięter, sal i pokojów, pomieszczeń użytkowych, mieszkalnych i technicznych. Ten świat to ogromny statek kosmiczny żeglujący przez przestrzeń od wielu pokoleń. Religia (nazywana "Nauką") wyznawana przez zdegenerowane plemiona zamieszkująca go opiera się na popłuczynach po psychoanalizie połączonej z systemem kastowym. Kapłani przechowują do własnych celów okruchy dawnej wiedzy o statku, jaką zdobywają w opuszczonych od wieków pomieszczeniach po Gigantach. Większość prastarych artefaktów jednak jest niszczona przez kastę strażników.
Przynajmniej tak to wygląda w plemieniu głównego bohatera. Był myśliwym, pewnego dnia miał pecha, wrogie plemię uprowadziło mu kobietę. Nie mając niczego do stracenia, przyłącza się do wyprawy zorganizowanej przez kapłana-renegata - wyprawy na Dziób, w poszukiwaniu tego, kto kieruje statkiem.
To tylko wstęp fabuły. Sama wprawa zmienia się w poszukiwanie własnej tożsamości i próby przywrócenia pamięci o przeszłości. Oczywiście wszystko się komplikuje, gdy okazuje się, że Giganci wrócili, Obcy żyją wśród ludzi, a statek zamieszkuje jeszcze jedna inteligentna rasa...
Jak wspomniałem wcześniej, Non stop nie potrzebuje takiego rozmachu, jak Cieplarnia. W sumie to nie wiem właściwie, po co te dwie książki ze sobą zestawiam, cóż, chyba już tak mamy, że szukamy punktów odniesienia. Poniekąd jednak takie zestawienie jest sensowne, bo w jednej i drugiej książce autor pokazuje świat po bliżej nie określonym hmmm przerwaniu linearnego ciągu historii (czyli - restart w którymś momencie) i dużą wagę przywiązuje do kwestii ewolucji i mutacji, powstawaniu nowych gatunków i rozwoju człowieka.
Rozmach świata przedstawionego Non stop jest rozmachem klaustrofobicznym. Skarłowaciali ludzie, zdegenerowani przez chów wsobny i mutacje, porastająca statek roślinność, jadalna i mająca wiele zastosowań, ale jednak rezultat czegoś niedobrego, zawirowania związane z cyklem dobowym i pojmowaniem czasu. Ciasne, opuszczone, martwe przestrzenie, metal rozświetlany trupim blaskiem ciągle działających lamp, duszne korytarze zamienione w dżunglę. Stary basen nazwany morzem.
Autor, na ile oczywiście mógł bez zrobienia z Non stop fantastyki psychologicznej, mimo uproszczeń, w przekonywujący sposób pokazał postępującą d/ewolucję mieszkańców statku, ich systemy społeczno-religijne i kruchą geopolitykę.
Z Cieplarni zapamiętałem głównie samą wizję świata, oszałamiającą i zachwycającą, bardzo plastycznie przedstawioną, silnie przemawiającą do wyobraźni czytelnika, namalowaną słowem. W Non stop większą wagę czytelnik przywiąże do fabuły - jest znacznie bardziej dramatyczna, toczy się żywszym tempem, postacie są bardziej wyraziste.
W końcu inaczej wygląda koniec świata głównych bohaterów na Ziemi, a inaczej na statku kosmicznym.
Ach, zapomniałem, muszę dopisać. Wybaczcie. W posłowiu Marek Oramus przedstawia historię Non stop w PRLu (książka była drukowana w Trybunie Robotniczej) zastanawia się też nad różnicami w tłumaczeniu wydania obecnego w stosunku do tamtego oraz wspomina wpływ książki na ówczesny fandom. Ciekawostki, ale interesujące.
niedziela, 12 stycznia 2014
William S. Burroughs "Delikatny mechanizm"
Burroughs to postać kultowa w pewnych kręgach. Jedna z ikon Beat Generation i późniejszej kontrkultury, pisarz, poeta, ćpun, handlarz dragami (przez jakiś czas), biseksualista, mag chaosu.
Od tytułu omawianej książki wzięła się nazwa kapeli The Soft Machine.
W latach '53-'58 uzależniony od narkotyków Burroughs, nie potrafiący sobie poradzić ani z nałogiem, ani z wyrzutami sumienia po tym, jak niechcący zastrzelił swoją partnerkę, napisał na maszynie 1000 stron tekstu, które następnie posegregował i przy użyciu techniki cut-up poprzerabiał przez kolejne lata na kilka książek.
Wśród nich znalazła się też tzw. "Nova Trilogy". "Delikatny mechanizm" jest jej pierwszym tomem. Autor pracował nad nim w latach '61-'68. Ukazały się trzy edycje, każda kolejna bardziej linearna. Polskie tłumaczenie, sądząc po spisie treści i porównaniu go z wersją angielskojęzyczną, opiera się na edycji ostatniej, z '68 roku - chociaż copyrighty odsyłają do drugiej edycji, z '66.
Tłumacz określił swoją pracę oraz oryginał Burroughsa mianem spektakularnej porażki. Tak radykalna opinia wynika z niemożności i w sumie bezsensu tłumaczenia czegoś, co powstało przy użyciu eksperymentalnej techniki pisania, co nie ma linearnej narracji, fabuły, akcji ani nawet świata przedstawionego, co jest zapisem majaczeń pod wpływem.
Autor chciał napisać mitologię dla ery kosmicznej. Ery, w której nie ma nic świętego i w której znikają wszystkie tabu. Tytułowy mechanizm to poniekąd narzędzie kontroli - język, uwarunkowania płciowe (gender w sumie), czas, reprodukcja biologiczna społeczeństwa. To maszyny wdzierające się w ludzkie ciało, walczące ze sobą ego, id i superego. Autora zafrapowały informacja jako taka, coś w rodzaju przekazu podprogowego oraz - że tak ujmę baudrillardowsko - pustka skrywająca się pod obrazami (obrazy jako narzędzie kontroli). Istnieje sobie Nova Policja i Nova Kryminaliści, którzy walczą ze sobą przez światy i czasy.
Książka, o ile w ogóle można to tak nazwać, to potężny atak więc na wszelką opresję, na hierarchie, na podporządkowanie, na role społeczne, na uzależnienie jako takie, na wszystko i nic. Treść jest ciężka do zrozumienia, zresztą chyba nawet nie o to chodziło, by była zrozumiana jak zwykła książka. To bardziej estetyczny eksperyment. Co kilka stron jest przedstawiony seks homoseksualny (czasem w sumie kilka razy na jednej stronie), połamane, poplątane obrazy ze świata narkomanów i dołów społecznych, żyjących w beznadziei i marazmie. Imiona, postacie pojawiają się i znikają zupełnie znikąd i zewsząd, główny bohater, jeśli tam rzeczywiście ktoś taki jest, przybiera rozmaite maski, formy, kształty, dzięki dziwacznym rytuałom przenosi się w czasie w innych ciałach, itd.
Najbardziej przypomina "zwykłą" książkę rozdział "Majańska heca", w którym główny bohater niszczy imperium Majów robiąc mały cut-up z taśmami z nagranymi instrukcjami zachowania się wplecionymi w kalendarz. Hierarchia kapłańska upada w chaosie.
Dodatkiem do "Mechanizmu" oprócz krótkiego appendixu jest esej autora "Kuracja, która leczy z uzależnienia". Nieco obsesyjnie autor opisuje tam iście cudowny środek jakim ma być jego zdaniem apomorfina. Jego zdaniem narkotyki zaburzają metabolizm - apomorfina, zakwalifikowana przez opresyjne instytucje, którym postępująca narkomania jest na rękę jako również narkotyk ma być w rzeczywistości idealnym środkiem na zwalczenie uzależnienia od praktycznie każdego (ówczesnego) narkotyku. Hm, muszę o tym doczytać.
Podsumowując - rzecz na pewno nie dla każdego, lecz jeśli ktoś lubi szalone eksperymenty literackie na dodatek z radykalnym (tylko może nieco - ekhm - nietrzeźwym) przesłaniem to na pewno się nie zawiedzie. Jakby na to nie patrzeć - rzecz już kultowa.
Od tytułu omawianej książki wzięła się nazwa kapeli The Soft Machine.
W latach '53-'58 uzależniony od narkotyków Burroughs, nie potrafiący sobie poradzić ani z nałogiem, ani z wyrzutami sumienia po tym, jak niechcący zastrzelił swoją partnerkę, napisał na maszynie 1000 stron tekstu, które następnie posegregował i przy użyciu techniki cut-up poprzerabiał przez kolejne lata na kilka książek.
Wśród nich znalazła się też tzw. "Nova Trilogy". "Delikatny mechanizm" jest jej pierwszym tomem. Autor pracował nad nim w latach '61-'68. Ukazały się trzy edycje, każda kolejna bardziej linearna. Polskie tłumaczenie, sądząc po spisie treści i porównaniu go z wersją angielskojęzyczną, opiera się na edycji ostatniej, z '68 roku - chociaż copyrighty odsyłają do drugiej edycji, z '66.
Tłumacz określił swoją pracę oraz oryginał Burroughsa mianem spektakularnej porażki. Tak radykalna opinia wynika z niemożności i w sumie bezsensu tłumaczenia czegoś, co powstało przy użyciu eksperymentalnej techniki pisania, co nie ma linearnej narracji, fabuły, akcji ani nawet świata przedstawionego, co jest zapisem majaczeń pod wpływem.
Autor chciał napisać mitologię dla ery kosmicznej. Ery, w której nie ma nic świętego i w której znikają wszystkie tabu. Tytułowy mechanizm to poniekąd narzędzie kontroli - język, uwarunkowania płciowe (gender w sumie), czas, reprodukcja biologiczna społeczeństwa. To maszyny wdzierające się w ludzkie ciało, walczące ze sobą ego, id i superego. Autora zafrapowały informacja jako taka, coś w rodzaju przekazu podprogowego oraz - że tak ujmę baudrillardowsko - pustka skrywająca się pod obrazami (obrazy jako narzędzie kontroli). Istnieje sobie Nova Policja i Nova Kryminaliści, którzy walczą ze sobą przez światy i czasy.
Książka, o ile w ogóle można to tak nazwać, to potężny atak więc na wszelką opresję, na hierarchie, na podporządkowanie, na role społeczne, na uzależnienie jako takie, na wszystko i nic. Treść jest ciężka do zrozumienia, zresztą chyba nawet nie o to chodziło, by była zrozumiana jak zwykła książka. To bardziej estetyczny eksperyment. Co kilka stron jest przedstawiony seks homoseksualny (czasem w sumie kilka razy na jednej stronie), połamane, poplątane obrazy ze świata narkomanów i dołów społecznych, żyjących w beznadziei i marazmie. Imiona, postacie pojawiają się i znikają zupełnie znikąd i zewsząd, główny bohater, jeśli tam rzeczywiście ktoś taki jest, przybiera rozmaite maski, formy, kształty, dzięki dziwacznym rytuałom przenosi się w czasie w innych ciałach, itd.
Najbardziej przypomina "zwykłą" książkę rozdział "Majańska heca", w którym główny bohater niszczy imperium Majów robiąc mały cut-up z taśmami z nagranymi instrukcjami zachowania się wplecionymi w kalendarz. Hierarchia kapłańska upada w chaosie.
Dodatkiem do "Mechanizmu" oprócz krótkiego appendixu jest esej autora "Kuracja, która leczy z uzależnienia". Nieco obsesyjnie autor opisuje tam iście cudowny środek jakim ma być jego zdaniem apomorfina. Jego zdaniem narkotyki zaburzają metabolizm - apomorfina, zakwalifikowana przez opresyjne instytucje, którym postępująca narkomania jest na rękę jako również narkotyk ma być w rzeczywistości idealnym środkiem na zwalczenie uzależnienia od praktycznie każdego (ówczesnego) narkotyku. Hm, muszę o tym doczytać.
Podsumowując - rzecz na pewno nie dla każdego, lecz jeśli ktoś lubi szalone eksperymenty literackie na dodatek z radykalnym (tylko może nieco - ekhm - nietrzeźwym) przesłaniem to na pewno się nie zawiedzie. Jakby na to nie patrzeć - rzecz już kultowa.
Edward Lee "Sukkub. Wydanie kolekcjonerskie"
Jest to pierwsza książka Edwarda Lee jaką przeczytałem. Wcześniej miałem styczność tylko z jego krótkimi formami - "Stołem", "Przejażdżką" z "Bizarro Bazar" oraz "Pierwiastkiem zła" z "Cieni spoza czasu".
"Wydanie kolekcjonerskie" miało zostać wydane w ilości stu egzemplarzy. Z tego bodajże dziesięć (czy tam ileś) z nich (w tym i mój egzemplarz) samo wydawnictwo wystawiło na allegro za śmieszną kwotę 15zł (wliczając w to koszty przesyłki) (ze względu na drobne uszkodzenia - np. lekko zgiętą okładkę). Nie wpisano, jaki numer ma mój egzemplarz. Szkoda.
W skład "wydania kolekcjonerskiego", oprócz samego "Sukkuba" wchodzi: opowiadanie "Matka" (było w jakiejś antologii tego samego wydawnictwa - Repliki - w któryś "Cięciach"/"Szramach"/"Ranach"/"Szparach" czy czymś), wywiad z Edwardem przeprowadzony dla Horror Online oraz wstęp autorstwa Roberta Cichowlasa.
Ktoś lepiej zorientowany ode mnie powiedział mi kiedyś, że po prawdzie to w Polsce nie wydano tych najbardziej hardkorowych z hardkorowych dzieł Edwarda. Nie mam porównania do jego książek uznawanych powszechnie za wyjątkowo bezbożne i popierdolone, jak "The Bighead", ale wygląda na to, że w istocie właśnie tak jest.
Tak szczerze mówiąc, spodziewałem się po wstępie Cichowlasa (i przytoczonej przez niego historii że nikt nie chciał tego składać, edytować, itd. - a to wrażliwcy się znaleźli) czegoś na kształt odmalowanych słowem efektów i scen rodem z filmów np. niejakiego Lucifera Valentine, a tymczasem przy lekturze spokojnie byłem w stanie zjeść kilka kanapek z salami i popić herbatą.
Cóż, albo już tak jestem znieczulony, że słowo mnie nie obrzydza, mimo tego iż jestem szczęśliwym posiadaczem plastycznej i wrażliwej (w sensie - rozwiniętej; reagującej na wiele bodźców) wyobraźni, albo mimo wszystko to jeszcze nie to, co jest w innych książkach autora.
W wywiadzie zaś Edward stwierdza, iż jego twórczość ma przede wszystkim dostarczać rozrywkę. I w takiej kategorii trzeba postrzegać tę książkę. W "Sukkubie" nie ma drugiego dna, jest za to wyczuwalna radość autora serwującego czytelnikowi feerię seksu (lub może raczej - zachowań seksualnych, bo czasem to bardzo mocno poza seks wykracza) i przemocy, nieraz iście absurdalnej, do tego opisy tortur, znęcania się nad żywymi i pomordowanymi, itd.
Autor nie sili się na wiarygodne oddanie realiów świata przedstawionego. W pewnym momencie lektury przeszkadzało mi to - dopiero w chwilę po przeczytaniu całości i zastanowieniu się uzmysłowiłem sobie, że w sumie to taka konwencja. To nie miało być na serio. To wyrzygany z macicy chorej (ok, powiedzmy że transgresywnej) wyobraźni autora płód zlepiony z elementów porno i gore. Może i to horror, ale ja się przy tym śmiałem, przy tych wszystkich opisach masturbujących się piętnastolatek i wiszących do góry nogami bezgłowych ciał, których krew kapała prosto do podstawionych pod nimi kociołków. Tego się nie da wziąć na serio; czytelnik głównie dlatego pochłania kolejne strony, by przekonać się, jakie jeszcze radosne wynaturzenia autor bez skrępowania przelał na papier. To jest tak głupkowate, że aż śmieszne. I - mimo wszystko - nie jest to zarzut. Po prostu trzeba coś takiego lubić. De gustibus non est disputandum.
Fabuła jest prosta - ot, mamy starożytny, matriarchalny kult bogini-sukkuba. Jego wyznawczynie przetrwały do współczesności, w USA, w hermetycznej społeczności żyjącej na odludziu. Po latach wraca tam Ann, prawniczka z wielkiego miasta, wraz z nieco zbuntowaną nastoletnią córką i aktualnym partnerem - poetą. Pochodziła z tej dziury, wyrwała się stamtąd gdy poszła na studia, gdyby nie tragiczna wiadomość - o wylewie ojca - nie wróciłaby tam za żadne skarby. Na miejscu okazuje się, że nic nie jest takie, jakim się jej z początku wydaje. Do tego męczą ją koszmarne sny, itd.
W międzyczasie ze szpitala psychiatrycznego ucieka dwóch świrów - były sługa tegoż kultu wraz z maniakalnym gwałcicielem i mordercą (z tym nożem w tyłku to się autorowi udało). Ich drogę do miasteczka wyznawczyń sukkuba znaczy szlak spermy i krwi.
Zlepiona przez autora z nie wiadomo czego "mitologia" wyznawczyń sukkuba oraz język, którym się posługują są za to kuriozalne, no ale nie o ich realizm czy też prawdopodobieństwo chodzi. Jacyś wiccanie czy inni neopoganie matriarchalni lub druidyczni mogliby się naprawdę mocno przyczepić (i w sumie słusznie) do wyobrażeń autora.
Styl autora jest nieco toporny, chociaż czuć, że pisanie sprawia mu frajdę. Tworzy też plastyczne opisy rozmaitych bezeceństw. Tłumaczenie jest solidne - znalazłem jeden szczególik - Nineweh to Niniwa.
Jest więc nieźle - ostro i brutalnie, dosadnie i bez skrępowania - ale spodziewałem się czegoś znacznie mocniejszego.
Opowiadanie "Matka" zaś to jak dla mnie nie jest horror - to raczej jakieś weird po "edwadriańsku", czyli z seksem i przemocą. Fabuła się kręci wokół beczek z odpadami chemicznymi, które pewien sympatyczny gość znalazł na swoim terenie. Tutaj można pokusić się o jakieś interpretacje, ale autor nie miał żadnej z nich na myśli, bo sam to w wywiadzie stwierdził. Beczki wzięły się w sumie znikąd, autor nie dopowiedział, co i jak, przez co zachował nastrój niezwykłości. Gore tu w sumie nie ma. Rzecz jasna zależy to też od przyjętej definicji "gore".
"Wydanie kolekcjonerskie" miało zostać wydane w ilości stu egzemplarzy. Z tego bodajże dziesięć (czy tam ileś) z nich (w tym i mój egzemplarz) samo wydawnictwo wystawiło na allegro za śmieszną kwotę 15zł (wliczając w to koszty przesyłki) (ze względu na drobne uszkodzenia - np. lekko zgiętą okładkę). Nie wpisano, jaki numer ma mój egzemplarz. Szkoda.
W skład "wydania kolekcjonerskiego", oprócz samego "Sukkuba" wchodzi: opowiadanie "Matka" (było w jakiejś antologii tego samego wydawnictwa - Repliki - w któryś "Cięciach"/"Szramach"/"Ranach"/"Szparach" czy czymś), wywiad z Edwardem przeprowadzony dla Horror Online oraz wstęp autorstwa Roberta Cichowlasa.
Ktoś lepiej zorientowany ode mnie powiedział mi kiedyś, że po prawdzie to w Polsce nie wydano tych najbardziej hardkorowych z hardkorowych dzieł Edwarda. Nie mam porównania do jego książek uznawanych powszechnie za wyjątkowo bezbożne i popierdolone, jak "The Bighead", ale wygląda na to, że w istocie właśnie tak jest.
Tak szczerze mówiąc, spodziewałem się po wstępie Cichowlasa (i przytoczonej przez niego historii że nikt nie chciał tego składać, edytować, itd. - a to wrażliwcy się znaleźli) czegoś na kształt odmalowanych słowem efektów i scen rodem z filmów np. niejakiego Lucifera Valentine, a tymczasem przy lekturze spokojnie byłem w stanie zjeść kilka kanapek z salami i popić herbatą.
Cóż, albo już tak jestem znieczulony, że słowo mnie nie obrzydza, mimo tego iż jestem szczęśliwym posiadaczem plastycznej i wrażliwej (w sensie - rozwiniętej; reagującej na wiele bodźców) wyobraźni, albo mimo wszystko to jeszcze nie to, co jest w innych książkach autora.
W wywiadzie zaś Edward stwierdza, iż jego twórczość ma przede wszystkim dostarczać rozrywkę. I w takiej kategorii trzeba postrzegać tę książkę. W "Sukkubie" nie ma drugiego dna, jest za to wyczuwalna radość autora serwującego czytelnikowi feerię seksu (lub może raczej - zachowań seksualnych, bo czasem to bardzo mocno poza seks wykracza) i przemocy, nieraz iście absurdalnej, do tego opisy tortur, znęcania się nad żywymi i pomordowanymi, itd.
Autor nie sili się na wiarygodne oddanie realiów świata przedstawionego. W pewnym momencie lektury przeszkadzało mi to - dopiero w chwilę po przeczytaniu całości i zastanowieniu się uzmysłowiłem sobie, że w sumie to taka konwencja. To nie miało być na serio. To wyrzygany z macicy chorej (ok, powiedzmy że transgresywnej) wyobraźni autora płód zlepiony z elementów porno i gore. Może i to horror, ale ja się przy tym śmiałem, przy tych wszystkich opisach masturbujących się piętnastolatek i wiszących do góry nogami bezgłowych ciał, których krew kapała prosto do podstawionych pod nimi kociołków. Tego się nie da wziąć na serio; czytelnik głównie dlatego pochłania kolejne strony, by przekonać się, jakie jeszcze radosne wynaturzenia autor bez skrępowania przelał na papier. To jest tak głupkowate, że aż śmieszne. I - mimo wszystko - nie jest to zarzut. Po prostu trzeba coś takiego lubić. De gustibus non est disputandum.
Fabuła jest prosta - ot, mamy starożytny, matriarchalny kult bogini-sukkuba. Jego wyznawczynie przetrwały do współczesności, w USA, w hermetycznej społeczności żyjącej na odludziu. Po latach wraca tam Ann, prawniczka z wielkiego miasta, wraz z nieco zbuntowaną nastoletnią córką i aktualnym partnerem - poetą. Pochodziła z tej dziury, wyrwała się stamtąd gdy poszła na studia, gdyby nie tragiczna wiadomość - o wylewie ojca - nie wróciłaby tam za żadne skarby. Na miejscu okazuje się, że nic nie jest takie, jakim się jej z początku wydaje. Do tego męczą ją koszmarne sny, itd.
W międzyczasie ze szpitala psychiatrycznego ucieka dwóch świrów - były sługa tegoż kultu wraz z maniakalnym gwałcicielem i mordercą (z tym nożem w tyłku to się autorowi udało). Ich drogę do miasteczka wyznawczyń sukkuba znaczy szlak spermy i krwi.
Zlepiona przez autora z nie wiadomo czego "mitologia" wyznawczyń sukkuba oraz język, którym się posługują są za to kuriozalne, no ale nie o ich realizm czy też prawdopodobieństwo chodzi. Jacyś wiccanie czy inni neopoganie matriarchalni lub druidyczni mogliby się naprawdę mocno przyczepić (i w sumie słusznie) do wyobrażeń autora.
Styl autora jest nieco toporny, chociaż czuć, że pisanie sprawia mu frajdę. Tworzy też plastyczne opisy rozmaitych bezeceństw. Tłumaczenie jest solidne - znalazłem jeden szczególik - Nineweh to Niniwa.
Jest więc nieźle - ostro i brutalnie, dosadnie i bez skrępowania - ale spodziewałem się czegoś znacznie mocniejszego.
Opowiadanie "Matka" zaś to jak dla mnie nie jest horror - to raczej jakieś weird po "edwadriańsku", czyli z seksem i przemocą. Fabuła się kręci wokół beczek z odpadami chemicznymi, które pewien sympatyczny gość znalazł na swoim terenie. Tutaj można pokusić się o jakieś interpretacje, ale autor nie miał żadnej z nich na myśli, bo sam to w wywiadzie stwierdził. Beczki wzięły się w sumie znikąd, autor nie dopowiedział, co i jak, przez co zachował nastrój niezwykłości. Gore tu w sumie nie ma. Rzecz jasna zależy to też od przyjętej definicji "gore".
środa, 8 stycznia 2014
Fryderyk Nietzsche "Dytyramby dionizyjskie"
Ostatnimi czasy poczułem potrzebę uduchowienia się nieco. Potrzebę kontaktu ze słowem - ale słowem innym niż w suchej prozie. Postanowiłem więc zaopatrzyć się w jakąś poezję.
Cóż, i chyba to by było na tyle, jeśli chodzi o uduchowianie się, bo padło na Nietzschego (w sumie skusiła mnie cena - mniej niż 5zł, i to za nowy egzemplarz [vis-a-vis Etiuda] - jednak to tylko [lub aż] 48 stron).
To jakby suplement do "Tako rzecze Zaratustra"; zbiór wierszy, poematów, w których autor wadzi się z Bogiem, ludźmi, światem; to lament Ariadny i Cienia Zaratustry. Wadzenie się poniekąd również z własnymi możliwościami; całość ma dosyć "schyłkowy" wydźwięk, ale jeśli pamiętamy, co stało się z Zaratustrą, to nie powinno to dziwić. Jest w tym jednak cień nadziei.
Ot, ku refleksji. Nietzsche równie dobrze potrafi smagać piórem w prozie jak i w poezji, chociaż jednak wolę go jako prozaika.
Cóż, i chyba to by było na tyle, jeśli chodzi o uduchowianie się, bo padło na Nietzschego (w sumie skusiła mnie cena - mniej niż 5zł, i to za nowy egzemplarz [vis-a-vis Etiuda] - jednak to tylko [lub aż] 48 stron).
To jakby suplement do "Tako rzecze Zaratustra"; zbiór wierszy, poematów, w których autor wadzi się z Bogiem, ludźmi, światem; to lament Ariadny i Cienia Zaratustry. Wadzenie się poniekąd również z własnymi możliwościami; całość ma dosyć "schyłkowy" wydźwięk, ale jeśli pamiętamy, co stało się z Zaratustrą, to nie powinno to dziwić. Jest w tym jednak cień nadziei.
Ot, ku refleksji. Nietzsche równie dobrze potrafi smagać piórem w prozie jak i w poezji, chociaż jednak wolę go jako prozaika.
Mario Soldati "Opowiadania wachmistrza"
Czytelnik, 1971.
Soldati był włoskim głównie reżyserem, ale zdarzyło mu się od czasu do czasu coś napisać.
Bohaterem opowiadań jest tytułowy wachmistrz karabinierów, który opowiada rozmaite historie swojemu przyjacielowi, pisarzowi.
Są to historie o ludzkich namiętnościach, o ludzkiej naiwności i o tym, jak łatwo można samemu sobie wyrządzić krzywdę - lub jak łatwo można zostać ofiarom niesprzyjającego splotu uwarunkowań. Lżejsze i cięższe treściowo, o lżejszym i cięższym przekazie. Rzecz się dzieje na włoskiej prowincji, tuż przed i po II wojnie światowej. Wachmistrz jest wyrozumiałym człowiekiem, obdarzonym nie tyle analitycznym umysłem, co swoistym instynktem, wyczuciem, ma po prostu smykałkę do rozwiązywania zagadek kryminalnych. Chociaż nie wszystkie z opowiadań to kryminały. Są to historie bardziej obyczajowe.
Nieco razi wątek rasistowski (jedno z opowiadań ma wydźwięk - delikatnie mówiąc - dość nieprzychylny cyganom;przynajmniej się kończy przewrotną puentą, nieco łagodzącą wydźwięk, chociaż równie rasistowską) i kilka wątków seksistowskich (stereotypowe i krzywdzące przedstawienie kobiet w kilku opowiadaniach; uznanie, że zdrada się po prostu przytrafia, bo facet jest facetem, itp.), no ale takie to czasy. Z drugiej strony główny bohater jak na wachmistrza z prowincji stara się podchodzić do każdego podejrzanego nieszablonowo i indywidualnie; nie nienawidzi też przestępców, zwłaszcza ofiar okoliczności i "złego towarzystwa" - on im współczuje.
Książkę przeczytałem w pociągu. W sumie - książka jakich wiele, ale kilka pomysłów autora może zapadnąć w pamięć.
Soldati był włoskim głównie reżyserem, ale zdarzyło mu się od czasu do czasu coś napisać.
Bohaterem opowiadań jest tytułowy wachmistrz karabinierów, który opowiada rozmaite historie swojemu przyjacielowi, pisarzowi.
Są to historie o ludzkich namiętnościach, o ludzkiej naiwności i o tym, jak łatwo można samemu sobie wyrządzić krzywdę - lub jak łatwo można zostać ofiarom niesprzyjającego splotu uwarunkowań. Lżejsze i cięższe treściowo, o lżejszym i cięższym przekazie. Rzecz się dzieje na włoskiej prowincji, tuż przed i po II wojnie światowej. Wachmistrz jest wyrozumiałym człowiekiem, obdarzonym nie tyle analitycznym umysłem, co swoistym instynktem, wyczuciem, ma po prostu smykałkę do rozwiązywania zagadek kryminalnych. Chociaż nie wszystkie z opowiadań to kryminały. Są to historie bardziej obyczajowe.
Nieco razi wątek rasistowski (jedno z opowiadań ma wydźwięk - delikatnie mówiąc - dość nieprzychylny cyganom;przynajmniej się kończy przewrotną puentą, nieco łagodzącą wydźwięk, chociaż równie rasistowską) i kilka wątków seksistowskich (stereotypowe i krzywdzące przedstawienie kobiet w kilku opowiadaniach; uznanie, że zdrada się po prostu przytrafia, bo facet jest facetem, itp.), no ale takie to czasy. Z drugiej strony główny bohater jak na wachmistrza z prowincji stara się podchodzić do każdego podejrzanego nieszablonowo i indywidualnie; nie nienawidzi też przestępców, zwłaszcza ofiar okoliczności i "złego towarzystwa" - on im współczuje.
Książkę przeczytałem w pociągu. W sumie - książka jakich wiele, ale kilka pomysłów autora może zapadnąć w pamięć.
piątek, 3 stycznia 2014
Odpryski XXVII
1) Witam wszystkich czytelników w nowym roku, który zapewne będzie takim samym rokiem, jak każdy poprzedni.
2) W grudniu 2013 odnotowałem najwięcej wyświetleń w historii bloga - 915. Dzięki i polecam się na przyszłość.
3) Rok 2013 był dla mnie - jako bloggera i początkującego pisarza - przełomowy. Zacząłem budować sobie markę, że tak to określę. Oby się trend udało utrzymać. I naskrobać jeszcze wiele rzeczy, także na papier.
Chociaż w tym roku priorytetem jest magisterka. W sumie powinienem był napisać od zeszłego roku przynajmniej już z 50 stron, ale jakoś nie wyszło. Cóż.
4) No i to tyle w sumie ode mnie tym razem. Pozdrawiam.
2) W grudniu 2013 odnotowałem najwięcej wyświetleń w historii bloga - 915. Dzięki i polecam się na przyszłość.
3) Rok 2013 był dla mnie - jako bloggera i początkującego pisarza - przełomowy. Zacząłem budować sobie markę, że tak to określę. Oby się trend udało utrzymać. I naskrobać jeszcze wiele rzeczy, także na papier.
Chociaż w tym roku priorytetem jest magisterka. W sumie powinienem był napisać od zeszłego roku przynajmniej już z 50 stron, ale jakoś nie wyszło. Cóż.
4) No i to tyle w sumie ode mnie tym razem. Pozdrawiam.
2x Andrzej Pilipiuk
Twórczość Andrzeja Pilipiuka jest mi znana od dawna. Czytałem wszystko, co napisał w cyklu o Jakubie Wędrowyczu (oprócz "Notesu", czymkolwiek on jest, oraz adaptacji komiksowej - prawie puste, monotonne, jednostajne tła odstraszyły mnie), poza tym "Wampira z M-3", "Operację: Dzień Wskrzeszenia", " Rzeźnika drzew", "Czerwoną gorączkę" i wszystkie części "Oka Jelenia".
"Trucizna"
Kolejny zbiór opowiadań o Jakubie Wędrowyczu, alkoholiku, świeckim egzorcyście, człowieku renesansu po kilku klasach podstawówki (jeszcze za cara). Po bardzo średnich poprzednich tomach ("Wieszać każdy może", "Homo bimbrownikus") zastanawiałem się długo, czy tę książkę kupić. W końcu nabyłem ją - i rozczarowałem się pozytywnie. Jest mniej przekombinowana i znacznie mniej cudaczna. Chociaż dla mnie kwintesencją opowieści o Wędrowyczu i tak jest opowiadanie "Hotel pod Łupieżcą" z pierwszego tomu ("Kroniki Jakuba Wędrowycza"). Najbardziej zaś zawiodłem się na "Zagadce Kuby Rozpruwacza" (czwarty tom), bo większość opowiadań z tamtej książki znałem wcześniej z jakiś Clicków Fantasy i itp. czasopism czy skądś tam.
Tak czy owak, mamy tutaj demokratyczne wybory w gminie, podróże w czasie, rzadkie zwierzęta a nawet wizytę Jakuba i Semena na Falkonie. Autor jak zwykle zachowuje zdrowy dystans do siebie i do czytelników, robiąc sobie jaja z samego siebie, z wydawnictwa "Fabryka Słów", ze Szczepana Twardocha; autor nawiązuje też nie raz przewrotnie do własnych poprzednich książek, chociażby ich tytułów wplecionych tu i ówdzie czy nazwisk bohaterów. Przypomina też Bułyczowa (hm, to tutaj, czy w drugiej książce, o której zaraz będzie niżej? A, nie pamiętam. W każdym razie - plus za to). Generalnie, jest to bardzo poczciwe czytadło. Fani Wędrowycza na pewno już dawno czytali. Jeśli ktoś się wahał, bo np. poprzednie tomy mu nie podeszły - teraz jest lepiej. W każdym razie - jak dla mnie.
"Wampir z MO"
Drugi tom opowiadań o Gosi, Marku, Igorze, Hrabim i całej ferajnie warszawskich wampirów żyjących w czasach późnego PRLu. Znów mamy humorystyczne perypetie nieumarłych i ich codzienne problemy, okraszone parodiowaniem motywów z popkultury (dziewczynka wychodząca z telewizora rodem z filmu "Ring" czy klan wampirów-wegetarian Coollenów z USA, którzy wydzielają świecący proszek). Do tego absurdy PRLu - prowokacje władz przeciwko opozycji, babcia-dewotka w rodzinie aparatczyka partyjnego, rozterki młodego Tajnego Współpracownika (bezdennie głupiego), konflikty władz z warszawskimi kiziorami.
Do tego wątek jakby weird. Czyli historia o fabryce, która zaczęła żyć własnym życiem. Coś złego stało się z przestrzenią dawno nie używanych hal fabrycznych. Przy okazji autor przypomniał, że żył sobie ktoś taki, jak Stefan Grabiński - miło z jego strony.
Tylko jedna rzecz mi się u Pilipiuka jako takiego nie podoba - jego poglądy. Przejaskrawiony PRL z "Wampira" czasem mnie męczył, scena pogrzebu komunisty z "Trucizny" również. No ale cóż, każdy ma swoje dziwactwa, mniej lub bardziej szkodliwe.
"Trucizna"
Kolejny zbiór opowiadań o Jakubie Wędrowyczu, alkoholiku, świeckim egzorcyście, człowieku renesansu po kilku klasach podstawówki (jeszcze za cara). Po bardzo średnich poprzednich tomach ("Wieszać każdy może", "Homo bimbrownikus") zastanawiałem się długo, czy tę książkę kupić. W końcu nabyłem ją - i rozczarowałem się pozytywnie. Jest mniej przekombinowana i znacznie mniej cudaczna. Chociaż dla mnie kwintesencją opowieści o Wędrowyczu i tak jest opowiadanie "Hotel pod Łupieżcą" z pierwszego tomu ("Kroniki Jakuba Wędrowycza"). Najbardziej zaś zawiodłem się na "Zagadce Kuby Rozpruwacza" (czwarty tom), bo większość opowiadań z tamtej książki znałem wcześniej z jakiś Clicków Fantasy i itp. czasopism czy skądś tam.
Tak czy owak, mamy tutaj demokratyczne wybory w gminie, podróże w czasie, rzadkie zwierzęta a nawet wizytę Jakuba i Semena na Falkonie. Autor jak zwykle zachowuje zdrowy dystans do siebie i do czytelników, robiąc sobie jaja z samego siebie, z wydawnictwa "Fabryka Słów", ze Szczepana Twardocha; autor nawiązuje też nie raz przewrotnie do własnych poprzednich książek, chociażby ich tytułów wplecionych tu i ówdzie czy nazwisk bohaterów. Przypomina też Bułyczowa (hm, to tutaj, czy w drugiej książce, o której zaraz będzie niżej? A, nie pamiętam. W każdym razie - plus za to). Generalnie, jest to bardzo poczciwe czytadło. Fani Wędrowycza na pewno już dawno czytali. Jeśli ktoś się wahał, bo np. poprzednie tomy mu nie podeszły - teraz jest lepiej. W każdym razie - jak dla mnie.
"Wampir z MO"
Drugi tom opowiadań o Gosi, Marku, Igorze, Hrabim i całej ferajnie warszawskich wampirów żyjących w czasach późnego PRLu. Znów mamy humorystyczne perypetie nieumarłych i ich codzienne problemy, okraszone parodiowaniem motywów z popkultury (dziewczynka wychodząca z telewizora rodem z filmu "Ring" czy klan wampirów-wegetarian Coollenów z USA, którzy wydzielają świecący proszek). Do tego absurdy PRLu - prowokacje władz przeciwko opozycji, babcia-dewotka w rodzinie aparatczyka partyjnego, rozterki młodego Tajnego Współpracownika (bezdennie głupiego), konflikty władz z warszawskimi kiziorami.
Do tego wątek jakby weird. Czyli historia o fabryce, która zaczęła żyć własnym życiem. Coś złego stało się z przestrzenią dawno nie używanych hal fabrycznych. Przy okazji autor przypomniał, że żył sobie ktoś taki, jak Stefan Grabiński - miło z jego strony.
Tylko jedna rzecz mi się u Pilipiuka jako takiego nie podoba - jego poglądy. Przejaskrawiony PRL z "Wampira" czasem mnie męczył, scena pogrzebu komunisty z "Trucizny" również. No ale cóż, każdy ma swoje dziwactwa, mniej lub bardziej szkodliwe.
Erich Maria Remarque "Na zachodzie bez zmian"
Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974. Ta sama seria co książka Poego omówiona notkę wcześniej, skóropodobnym czymś oprawiona okładka, złocone litery w niej.
W posłowiu Wilhelma Szewczyka zestawiono Remarque'a z Ernstem Jüngerem. Faktycznie, "Na zachodzie bez zmian" bywała często i gęsto porównywana do "W stalowych burzach" (aka "Książę piechoty"). Autor posłowia słusznie zauważył, że o ile Erich był burżuazyjnym, postępowym liberałem, to ówczesny Jünger trzymał z ciemną stroną mocy. Szewczyk nie zauważył jednak, że niedługo potem Ernst przeszedł w rejony szarości.
W gruncie rzeczy obie książki, i Ericha, i Ernsta opowiadają o tym samym, nawet w takim sam sposób. I tu, i tam mamy zderzenie się młodego człowieka, wywodzącego się z mieszczaństwa z rozpętanym żywiołem, który pozostaje nie zrozumiały dla niego. Erich trzyma się kurczowo resztek człowieczeństwa i mentalności-moralności liberalnej, chociaż zdaje sobie sprawę, że szlag ją trafił w byle okopie na froncie zachodnim. Podobnie jak dla Ernsta, jest to doświadczenie pokoleniowe, warunkujące późniejsze życie młodych ludzi, z których w huraganowych nawałnicach pocisków, granatów i bomb oraz gazu uczyniono przedwcześnie starców. Erich również opisuje plastycznie życie w okopach, wszechobecną śmierć, problemy z zaopatrzeniem, upadek tabu dotyczących chociażby defekacji i seksu, nieadekwatność tego, o czym opowiadali nauczyciele do rzeczywistości, z jaką przyszło się młodym rekrutom zetknąć. Odmalowaniu piekła wojny pozycyjnej, pełnej naturalistycznych opisów śmierci i przemocy towarzyszy refleksja nad człowieczeństwem. Wartości liberalne, humanistyczne giną pod gradem kul. Główny bohater po własnoręcznym zabiciu żołnierza przeciwnika, z którym trafił do jednego leja po ostrzale artyleryjskim, próbuje go opatrzyć. Tłumaczy to sobie tym, że w razie gdyby przyszło mu zostać wziętym do niewoli, może i uznano by to za okoliczność łagodzącą. Później jednak przeraża go fakt, że odebrał mu życie. Namacalne życie, poznał imię tego człowieka, znalazł przy nim zdjęcie jego rodziny. Niewiele potrzeba było, by "przeszło mu" - gdy został odnaleziony przez towarzyszy broni, którzy wyjaśnili mu, że wojna już taka jest, że się zabija. W przeciwieństwie do Ernsta Erich nie służył od początku wojny, był saperem, od 1916 roku. Swoją książkę, opowiadającą o grupce przyjaciół z ławy szkolnej, którzy trafili na front, po czym stopniowo poginęli, zazwyczaj w bezsensowny sposób pisał nie tylko na bazie własnych doświadczeń, lecz też na bazie listów z frontu i innych doniesień. Niektórzy zarzucali mu przez to, że koloryzuje i pisze pod tezę.
Ernst przeczuwał nadejście nowego świata, nowej formy bytu. Od Żołnierza Frontowego, figury samotnej jednostki walczącej na froncie w wojnie, w której nie zostało nic z pojedynku, a w której nastały warunki jak w maszynce do mielenia mięsa, wiodła droga do Robotnika, który nie był już pasywnym przedmiotem absolutnej dominacji technologii nad sobą, i dalej. Jego poparcie dla nazizmu było krótkotrwałe i wzięło się nieco z przypadku. Książkę Ericha za to palono na stosach w III Rzeszy. Oprócz jednak kilku fragmentów (gdy autor wyciąga wnioski) nie różni się znacznie od książki Ernsta - jak już wspominałem, jedna i druga przedstawia ogrom i rozmach wojny jakiej świat jeszcze nie widział, jeden i drugi autor próbował zracjonalizować to, co się wydarzyło, nadać mu głębszy sens. Co ciekawe, fragmenty "Na zachodzie bez zmian" wysłano pewnego razu, w ramach żartu, do jednego z pism nazistowskich, gdzie zostały uznane za arcydzieło. Obaj autorzy opisali wojnę taką, jaką była. Bez owijania w bawełnę. Zauważyli bowiem to samo - cokolwiek mówiono im wcześniej, jakkolwiek wcześniej świat był zorganizowany, właśnie legł w gruzach, krwi i gównie.
Erich skupia się na uwypukleniu bezsensowności wojny. Nie robi tego jakoś bardzo nachalnie, ale nie widzi sensu w tym, co się dzieje, uważa to za niepotrzebne i szkodliwe, wychodząc z założenia ostatecznie, że nie ma sensu strzelać do takiego samego gościa jak ja, tylko mającego inną czapkę i inaczej mówiącego. I nie ukrywa tego, że nie widzi w tym sensu. Ja też w tym sensu nie widzę, gdyby ktoś się mnie pytał.
W posłowiu Wilhelma Szewczyka zestawiono Remarque'a z Ernstem Jüngerem. Faktycznie, "Na zachodzie bez zmian" bywała często i gęsto porównywana do "W stalowych burzach" (aka "Książę piechoty"). Autor posłowia słusznie zauważył, że o ile Erich był burżuazyjnym, postępowym liberałem, to ówczesny Jünger trzymał z ciemną stroną mocy. Szewczyk nie zauważył jednak, że niedługo potem Ernst przeszedł w rejony szarości.
W gruncie rzeczy obie książki, i Ericha, i Ernsta opowiadają o tym samym, nawet w takim sam sposób. I tu, i tam mamy zderzenie się młodego człowieka, wywodzącego się z mieszczaństwa z rozpętanym żywiołem, który pozostaje nie zrozumiały dla niego. Erich trzyma się kurczowo resztek człowieczeństwa i mentalności-moralności liberalnej, chociaż zdaje sobie sprawę, że szlag ją trafił w byle okopie na froncie zachodnim. Podobnie jak dla Ernsta, jest to doświadczenie pokoleniowe, warunkujące późniejsze życie młodych ludzi, z których w huraganowych nawałnicach pocisków, granatów i bomb oraz gazu uczyniono przedwcześnie starców. Erich również opisuje plastycznie życie w okopach, wszechobecną śmierć, problemy z zaopatrzeniem, upadek tabu dotyczących chociażby defekacji i seksu, nieadekwatność tego, o czym opowiadali nauczyciele do rzeczywistości, z jaką przyszło się młodym rekrutom zetknąć. Odmalowaniu piekła wojny pozycyjnej, pełnej naturalistycznych opisów śmierci i przemocy towarzyszy refleksja nad człowieczeństwem. Wartości liberalne, humanistyczne giną pod gradem kul. Główny bohater po własnoręcznym zabiciu żołnierza przeciwnika, z którym trafił do jednego leja po ostrzale artyleryjskim, próbuje go opatrzyć. Tłumaczy to sobie tym, że w razie gdyby przyszło mu zostać wziętym do niewoli, może i uznano by to za okoliczność łagodzącą. Później jednak przeraża go fakt, że odebrał mu życie. Namacalne życie, poznał imię tego człowieka, znalazł przy nim zdjęcie jego rodziny. Niewiele potrzeba było, by "przeszło mu" - gdy został odnaleziony przez towarzyszy broni, którzy wyjaśnili mu, że wojna już taka jest, że się zabija. W przeciwieństwie do Ernsta Erich nie służył od początku wojny, był saperem, od 1916 roku. Swoją książkę, opowiadającą o grupce przyjaciół z ławy szkolnej, którzy trafili na front, po czym stopniowo poginęli, zazwyczaj w bezsensowny sposób pisał nie tylko na bazie własnych doświadczeń, lecz też na bazie listów z frontu i innych doniesień. Niektórzy zarzucali mu przez to, że koloryzuje i pisze pod tezę.
Ernst przeczuwał nadejście nowego świata, nowej formy bytu. Od Żołnierza Frontowego, figury samotnej jednostki walczącej na froncie w wojnie, w której nie zostało nic z pojedynku, a w której nastały warunki jak w maszynce do mielenia mięsa, wiodła droga do Robotnika, który nie był już pasywnym przedmiotem absolutnej dominacji technologii nad sobą, i dalej. Jego poparcie dla nazizmu było krótkotrwałe i wzięło się nieco z przypadku. Książkę Ericha za to palono na stosach w III Rzeszy. Oprócz jednak kilku fragmentów (gdy autor wyciąga wnioski) nie różni się znacznie od książki Ernsta - jak już wspominałem, jedna i druga przedstawia ogrom i rozmach wojny jakiej świat jeszcze nie widział, jeden i drugi autor próbował zracjonalizować to, co się wydarzyło, nadać mu głębszy sens. Co ciekawe, fragmenty "Na zachodzie bez zmian" wysłano pewnego razu, w ramach żartu, do jednego z pism nazistowskich, gdzie zostały uznane za arcydzieło. Obaj autorzy opisali wojnę taką, jaką była. Bez owijania w bawełnę. Zauważyli bowiem to samo - cokolwiek mówiono im wcześniej, jakkolwiek wcześniej świat był zorganizowany, właśnie legł w gruzach, krwi i gównie.
Erich skupia się na uwypukleniu bezsensowności wojny. Nie robi tego jakoś bardzo nachalnie, ale nie widzi sensu w tym, co się dzieje, uważa to za niepotrzebne i szkodliwe, wychodząc z założenia ostatecznie, że nie ma sensu strzelać do takiego samego gościa jak ja, tylko mającego inną czapkę i inaczej mówiącego. I nie ukrywa tego, że nie widzi w tym sensu. Ja też w tym sensu nie widzę, gdyby ktoś się mnie pytał.
Ale przy tym paradoksalnie, mimo tego, że wczesny Jünger ze swoim żołnierskim nacjonalizmem jest co najmniej mętny, szczególnie przy uwzględnieniu kontekstu historycznego (należy pamiętać, że rewolucja konserwatywna nie dość, że była mimo wszystko na swój sposób konserwatywna, to jeszcze przyczyniła się do wytworzenia powszechnego dyskursu przychylnemu późniejszemu nazizmowi), właśnie on ze swoimi figurami i pasjonującą walką człowieka z technologią o swoją tożsamość przemawia do mnie silniej niż walczący o burżuazyjno-liberalny święty spokój Remarque, któremu o ile świat się zawalił, to nie postawił na gruzach niczego nowego, co nie wykracza poza przerażenie nowym światem, którego się nie rozumie. Przynajmniej w późniejszych swoich latach zaczął krytykować i zwalczać faszyzm.
Z drugiej strony Ernst też miał moment zwątpienia, czyli przytrafił mu się "Sturm".
Skomplikowane jest to wszystko.
Edgar Allan Poe "Opowieści niesamowite"
Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976. Okładka obłożona taką pseudo-jakby-skórą, na złoto wytłoczone litery.
Przekłady Bolesława Leśmiana i Stanisława Wyrzykowskiego.
Poego nie trzeba przedstawiać. Jeden z praszczurów zarówno horroru, jak i kryminału, weird, itd.
Klasyk, którego wstyd nie znać, co więcej, który się nie zestarzał aż tak, jak niektórzy inni klasycy. Czasem trąci to wszystko myszką, ale generalnie jest nadal urokliwe.
Przekład Leśmiana przypadł mi do gustu bardziej niż drugiego z szanownych tłumaczy. Leśmian, młodopolski poeta, gość z epoki nieźle oddał klimat czasów.
A co naskrobał sam Poe? Rzeczy dziwne, niepokojące, przejmujące. Źródła tego Nieznanego mogą być różne - zarówno widać echa nadnaturalnych obsesji bardzo popularnych w czasach autora (pozorny zgon czy też lęk przed pogrzebaniem żywcem, hipnoza, mesmeryzm, statki-widmo, teoria pustej ziemi wydrążonej wewnątrz), innych obsesji, wiecznych jak człowiek i jego twórczość (klątwy, uroki, bezradność w sytuacji skrajnej, chęć zemsty) jak, nieco dla kontrastu, wiary w możliwości rozumowego przejrzenia rzeczywistości przez jednostki obdarzone zmysłem analitycznym. Szczerze mówiąc, jedno z tych opowiadań quasi-kryminalnych mnie szczerze znudziło i nie doczytałem go do końca (Tajemnica Marii Roget), to jedyny taki przypadek w całym tym zbiorze, resztę czytało mi się miło i przyjemnie a nawet z zapałem (Czarny kot, Berenice, Beczka Amontillada). Oprócz tego kilka historii opowiada o dżumie, jedno o poszukiwaniu skarbu, jedno wreszcie dosyć abstrakcyjne, fikuśna bajka o czasie.
Autor buduje nastrój grozy/niepokoju stopniowo, krok za krokiem. Zwykle najbardziej przejmującym/przerażającym dowala czytelnikowi na koniec, jest od tej reguły kilka wyjątków. W sumie widać, od kogo wziął właśnie taką konstrukcję opowiadań Lovecraft. Zapożyczył od Poego również sposób narracji bardzo charakterystyczny, wiecie, jak typ opowiada, że jest szanownym dżentelmenem i racjonalistą, ale nagle coś się przytrafia dziwnego, i potem historia się rozwija.
Bywają chwile, kiedy nawet dla trzeźwych oczu rozumu świat naszego nieszczęsnego człowieczeństwa staje się podobny do piekła; atoli wyobraźnia ludzka nie może, jak Carathis, badać bezkarnie wszystkich jego czeluści. Niestety! straszliwszy korowód lęków pogrzebowych nie jest tylko urojeniem. Niby owe demony, które towarzyszyły Afrasiabowi w jego podróży przez Oxus, muszą one spoczywać we śnie albo nas pochłoną - trzeba je uśpić, jeśli nie chcemy zginąć. Ot, właśnie. Słowo na zakończenie.
Przekłady Bolesława Leśmiana i Stanisława Wyrzykowskiego.
Poego nie trzeba przedstawiać. Jeden z praszczurów zarówno horroru, jak i kryminału, weird, itd.
Klasyk, którego wstyd nie znać, co więcej, który się nie zestarzał aż tak, jak niektórzy inni klasycy. Czasem trąci to wszystko myszką, ale generalnie jest nadal urokliwe.
Przekład Leśmiana przypadł mi do gustu bardziej niż drugiego z szanownych tłumaczy. Leśmian, młodopolski poeta, gość z epoki nieźle oddał klimat czasów.
A co naskrobał sam Poe? Rzeczy dziwne, niepokojące, przejmujące. Źródła tego Nieznanego mogą być różne - zarówno widać echa nadnaturalnych obsesji bardzo popularnych w czasach autora (pozorny zgon czy też lęk przed pogrzebaniem żywcem, hipnoza, mesmeryzm, statki-widmo, teoria pustej ziemi wydrążonej wewnątrz), innych obsesji, wiecznych jak człowiek i jego twórczość (klątwy, uroki, bezradność w sytuacji skrajnej, chęć zemsty) jak, nieco dla kontrastu, wiary w możliwości rozumowego przejrzenia rzeczywistości przez jednostki obdarzone zmysłem analitycznym. Szczerze mówiąc, jedno z tych opowiadań quasi-kryminalnych mnie szczerze znudziło i nie doczytałem go do końca (Tajemnica Marii Roget), to jedyny taki przypadek w całym tym zbiorze, resztę czytało mi się miło i przyjemnie a nawet z zapałem (Czarny kot, Berenice, Beczka Amontillada). Oprócz tego kilka historii opowiada o dżumie, jedno o poszukiwaniu skarbu, jedno wreszcie dosyć abstrakcyjne, fikuśna bajka o czasie.
Autor buduje nastrój grozy/niepokoju stopniowo, krok za krokiem. Zwykle najbardziej przejmującym/przerażającym dowala czytelnikowi na koniec, jest od tej reguły kilka wyjątków. W sumie widać, od kogo wziął właśnie taką konstrukcję opowiadań Lovecraft. Zapożyczył od Poego również sposób narracji bardzo charakterystyczny, wiecie, jak typ opowiada, że jest szanownym dżentelmenem i racjonalistą, ale nagle coś się przytrafia dziwnego, i potem historia się rozwija.
Bywają chwile, kiedy nawet dla trzeźwych oczu rozumu świat naszego nieszczęsnego człowieczeństwa staje się podobny do piekła; atoli wyobraźnia ludzka nie może, jak Carathis, badać bezkarnie wszystkich jego czeluści. Niestety! straszliwszy korowód lęków pogrzebowych nie jest tylko urojeniem. Niby owe demony, które towarzyszyły Afrasiabowi w jego podróży przez Oxus, muszą one spoczywać we śnie albo nas pochłoną - trzeba je uśpić, jeśli nie chcemy zginąć. Ot, właśnie. Słowo na zakończenie.
J.G.Ballard "Witaj, Ameryko"
Wydawnictwo "Książnica", seria kieszonkowa. Znów łup z Taniej Książki.
Pełnowartościowa historia o symulakrach. Ale może po kolei.
Pod koniec XX wieku nastąpiła seria katastrof ekologicznych (częściowo wywołanych przez człowieka - któremu chciało się np. postawić Tamę Beringa), która zbiegła się z kryzysem energetycznym na gigantyczną skalę. W wyniku tych wydarzeń, które spowodowały pustynnienie większej części Stanów Zjednoczonych oraz stworzyły uroczą dżunglę w stanach centralnych i południowych (np. w Nevadzie) oraz wymusiły powrót do silników parowych (także w motoryzacji) ostatecznie miliony mieszkańców Stanów wyemigrowało do Europy. Kontynent opustoszał, niezdatny (przynajmniej tak się wydawało) do zamieszkania. Tymczasem Europa cofnęła się do w rozwoju do XIX wieku, powstało tam coś w rodzaju quasi-stalinizmu ze stolicą w Moskwie, racjonalizuje się żywność, ubrania, itd. Kolonie amerykańskie powoli integrują się z europejczykami, potomkowie dawnych emigrantów powracają do nazwisk przodków, itd. Rząd Stanów Zjednoczonych istnieje przez jakiś czas w Europie, po czym rozwiązuje się, gdy prezydent Brown zamyka się w klasztorze zen w Japonii (niedługo potem Japonia zostaje zamieniona przez zmienione prący morskie w lodowe pustkowie).
Mijają lata. Zza oceanu do Europy dochodzi zwiększony poziom promieniowania. Czy to dawne elektrownie atomowe rozpadają się ze starości lub starożytne rakiety balistyczne rdzewieją w silosach? A może coś jednak tam się dzieje? Ktoś tam żyje? I pyrga sobie niefrasobliwie bronią nuklearną na lewo i prawo?
Dlatego też w końcu do Stanów wypływa z Europy wyprawa, która ma sprawdzić co i jak. W skład wchodzą naukowcy i marynarze, którzy mają korzenie amerykańskie. Pojawia się konflikt kompetencji miedzy kapitanem statku SS "Apollo", Steinerem i komisarzem Grigorijem Orłowskim [przodkowie Orłowskiego wyjechali do USA z Ukrainy, zanim ostatecznie przyszło im wrócić do kraju przodków; w USA nosili nazwisko... Orwell], rozwiązany wkrótce na korzyść... pasażera na gapę, niejakiego Wayne'a, fascynata Ameryki, goniącego za marzeniem o odrodzeniu kontynentu i odbudowaniu potęgi sprzed lat. Oraz szukającego człowieka, który mógł być jego ojcem, a który zaginął na kontynencie w czasie poprzedniej, nieudanej wyprawy. Nie on jeden jednak niósł w sobie marzenia o kraju wolności, przestrzeni i ogromnych możliwości. Podobne nastroje szybko opanowały także resztę uczestników ekspedycji. Każde z nich szukało własnego El Dorado. Nadziei na lepsze jutro.
Nowy Jork zastali zakopany w piaskach pustyni drapieżnie pochłaniającej dawne miasto. Nikt ich tam nie powitał hamburgerami i komiksami, jak oczekiwali. Przyszło im potem wieść długą drogę przez kontynent, aż w puszczach Nevady natrafili na świecące wszystkimi neonami Las Vegas, kontrolowane przez milicje latynoskich nastolatków (lecz nie tylko) pod dowództwem samozwańczego prezydenta... Charlesa Mansona, który za pomocą posiadanej broni nuklearnej walczy z "zarazą", niszcząc opustoszałe miasta na kontynencie. Wayne zaś odnalazł, czego szukał, ale znalazł też znacznie więcej - a część zgubił (wiem jak to zdanie brzmi, ale nie poradzę, bez nadmiernych spoilerów się inaczej nie da).
Manson (tutaj bez znaku charakterystycznego pomiędzy brwiami) i jego ludzie nie są jedynymi mieszkańcami zniszczonego kontynentu. W pustyni i w puszczy żyją plemiona nomadów, nazwanych przez autora Indianami oraz prawdziwymi amerykanami - Geje w San Francisco, Rozwódki w Reno i Biurokraci w Waszyngtonie. Niedobitki Urzędników (przyłączyli się do wyprawy), noszących stare garnitury jako oznakę przynależności plemiennej i nadających funkcję kultową np. niedziałającym do lat kalkulatorom noszą imiona dawnych produktów i korporacji, np. - 7-UP, Big Mac, Exxon. Wszystkie kobiety noszą imię Xerox, bo robią dobre kopie.
Dlaczego na początku napisałem, że to opowieść ze świata symulakrów ? (jak miło czasem myśleć Baudrillardem)
Bo dotyczy potęgi wyobrażeń i sztucznych, odtworzonych obrazów. Bohaterowie natrafiają na gigantyczne hologramy na niebie, mające albo odstraszyć wrogów prezydenta Mansona, albo przyciągnąć potencjalnych sojuszników - Wayne pognał w stronę Vegas po tym, jak zobaczył widziadła - aktorów grających w słynnych westernach. Nad bombardowanymi miastami wyświetlano Myszkę Miki lub Enterprise (ten ze "Star Treka"). Członkowie ekspedycji zbierają dobra niedostępne w Europie, które w opuszczonych w pospiechu miastach zachodniego wybrzeża jeszcze zalegają. Dla doktor Anny Summers szminka i kosmetyki stają się relikwiami niby z raju utraconego, podobnie dla innego naukowca, McNaira, zbierającego broń i stylizującego się na gangstera z lat '20 - '30 XX wieku. Gdy ekipa wyrusza przez pustynie, nacieranie całych połaci ciała starymi kosmetykami (by uniknąć oparzeń słonecznych) znacznie przekracza funkcję ochronną, a wchodzi w funkcję kultową, szalony kult cargo, kult pamięci i wyobraźni, kult dawnej Ameryki, tęsknota za utraconą (pop)kulturą, za miastami neonów, za wyobrażoną krainą nieograniczonych możliwości. Tęsknota za własnymi marzeniami marzących o lepszym, cudowniejszym, dzikim i niezwykłym świecie.
Potem pojawiają się zaś roboty. Idealne, człekokształtne kopie artystów, aktorów, muzyków - oraz prezydentów USA. Aktorzy wypowiadają kwestie, z których są najbardziej znani, piosenkarze śpiewają stare przeboje. Prezydenci przypominają słynne przemówienia, bon moty, itp. Jakże przejmująca jest jedna z ostatnich scen, w której te symulakry dawnych prezydentów, uzbrojone dodajmy, idą po Mansona. Obleczone w mechaniczne ciała wyobrażenia o dawnej przeszłości, pięknej i tragicznej, strasznej i dumnej idą po szaleńca-uzurpatora. Ależ to wymowne!
Równie wymowne jest samo zakończenie (uh, miało nie być spoilerów, trudno) - główni bohaterowie odlatują w stronę słońca w szklanych maszynach napędzanych promieniami słonecznymi.
Nadszedł czas na nowe sny, godne prawdziwego dnia jutrzejszego, marzenia o pierwszym z prezydentów Słonecznych Ptaków. Zostawili symulakry za sobą i wyruszyli na spotkanie Nowego.
Typowym fanom post-apo książka może się nie spodobać, bo mało w niej typowego post-apo, ale ci, którzy lubią ambitne lektury nie zawiodą się na niej. Polecam gorąco. Książka miała kilka różnych wydań, nie powinno być trudności z dotarciem do któregokolwiek z nich.
Pełnowartościowa historia o symulakrach. Ale może po kolei.
Pod koniec XX wieku nastąpiła seria katastrof ekologicznych (częściowo wywołanych przez człowieka - któremu chciało się np. postawić Tamę Beringa), która zbiegła się z kryzysem energetycznym na gigantyczną skalę. W wyniku tych wydarzeń, które spowodowały pustynnienie większej części Stanów Zjednoczonych oraz stworzyły uroczą dżunglę w stanach centralnych i południowych (np. w Nevadzie) oraz wymusiły powrót do silników parowych (także w motoryzacji) ostatecznie miliony mieszkańców Stanów wyemigrowało do Europy. Kontynent opustoszał, niezdatny (przynajmniej tak się wydawało) do zamieszkania. Tymczasem Europa cofnęła się do w rozwoju do XIX wieku, powstało tam coś w rodzaju quasi-stalinizmu ze stolicą w Moskwie, racjonalizuje się żywność, ubrania, itd. Kolonie amerykańskie powoli integrują się z europejczykami, potomkowie dawnych emigrantów powracają do nazwisk przodków, itd. Rząd Stanów Zjednoczonych istnieje przez jakiś czas w Europie, po czym rozwiązuje się, gdy prezydent Brown zamyka się w klasztorze zen w Japonii (niedługo potem Japonia zostaje zamieniona przez zmienione prący morskie w lodowe pustkowie).
Mijają lata. Zza oceanu do Europy dochodzi zwiększony poziom promieniowania. Czy to dawne elektrownie atomowe rozpadają się ze starości lub starożytne rakiety balistyczne rdzewieją w silosach? A może coś jednak tam się dzieje? Ktoś tam żyje? I pyrga sobie niefrasobliwie bronią nuklearną na lewo i prawo?
Dlatego też w końcu do Stanów wypływa z Europy wyprawa, która ma sprawdzić co i jak. W skład wchodzą naukowcy i marynarze, którzy mają korzenie amerykańskie. Pojawia się konflikt kompetencji miedzy kapitanem statku SS "Apollo", Steinerem i komisarzem Grigorijem Orłowskim [przodkowie Orłowskiego wyjechali do USA z Ukrainy, zanim ostatecznie przyszło im wrócić do kraju przodków; w USA nosili nazwisko... Orwell], rozwiązany wkrótce na korzyść... pasażera na gapę, niejakiego Wayne'a, fascynata Ameryki, goniącego za marzeniem o odrodzeniu kontynentu i odbudowaniu potęgi sprzed lat. Oraz szukającego człowieka, który mógł być jego ojcem, a który zaginął na kontynencie w czasie poprzedniej, nieudanej wyprawy. Nie on jeden jednak niósł w sobie marzenia o kraju wolności, przestrzeni i ogromnych możliwości. Podobne nastroje szybko opanowały także resztę uczestników ekspedycji. Każde z nich szukało własnego El Dorado. Nadziei na lepsze jutro.
Nowy Jork zastali zakopany w piaskach pustyni drapieżnie pochłaniającej dawne miasto. Nikt ich tam nie powitał hamburgerami i komiksami, jak oczekiwali. Przyszło im potem wieść długą drogę przez kontynent, aż w puszczach Nevady natrafili na świecące wszystkimi neonami Las Vegas, kontrolowane przez milicje latynoskich nastolatków (lecz nie tylko) pod dowództwem samozwańczego prezydenta... Charlesa Mansona, który za pomocą posiadanej broni nuklearnej walczy z "zarazą", niszcząc opustoszałe miasta na kontynencie. Wayne zaś odnalazł, czego szukał, ale znalazł też znacznie więcej - a część zgubił (wiem jak to zdanie brzmi, ale nie poradzę, bez nadmiernych spoilerów się inaczej nie da).
Manson (tutaj bez znaku charakterystycznego pomiędzy brwiami) i jego ludzie nie są jedynymi mieszkańcami zniszczonego kontynentu. W pustyni i w puszczy żyją plemiona nomadów, nazwanych przez autora Indianami oraz prawdziwymi amerykanami - Geje w San Francisco, Rozwódki w Reno i Biurokraci w Waszyngtonie. Niedobitki Urzędników (przyłączyli się do wyprawy), noszących stare garnitury jako oznakę przynależności plemiennej i nadających funkcję kultową np. niedziałającym do lat kalkulatorom noszą imiona dawnych produktów i korporacji, np. - 7-UP, Big Mac, Exxon. Wszystkie kobiety noszą imię Xerox, bo robią dobre kopie.
Dlaczego na początku napisałem, że to opowieść ze świata symulakrów ? (jak miło czasem myśleć Baudrillardem)
Bo dotyczy potęgi wyobrażeń i sztucznych, odtworzonych obrazów. Bohaterowie natrafiają na gigantyczne hologramy na niebie, mające albo odstraszyć wrogów prezydenta Mansona, albo przyciągnąć potencjalnych sojuszników - Wayne pognał w stronę Vegas po tym, jak zobaczył widziadła - aktorów grających w słynnych westernach. Nad bombardowanymi miastami wyświetlano Myszkę Miki lub Enterprise (ten ze "Star Treka"). Członkowie ekspedycji zbierają dobra niedostępne w Europie, które w opuszczonych w pospiechu miastach zachodniego wybrzeża jeszcze zalegają. Dla doktor Anny Summers szminka i kosmetyki stają się relikwiami niby z raju utraconego, podobnie dla innego naukowca, McNaira, zbierającego broń i stylizującego się na gangstera z lat '20 - '30 XX wieku. Gdy ekipa wyrusza przez pustynie, nacieranie całych połaci ciała starymi kosmetykami (by uniknąć oparzeń słonecznych) znacznie przekracza funkcję ochronną, a wchodzi w funkcję kultową, szalony kult cargo, kult pamięci i wyobraźni, kult dawnej Ameryki, tęsknota za utraconą (pop)kulturą, za miastami neonów, za wyobrażoną krainą nieograniczonych możliwości. Tęsknota za własnymi marzeniami marzących o lepszym, cudowniejszym, dzikim i niezwykłym świecie.
Potem pojawiają się zaś roboty. Idealne, człekokształtne kopie artystów, aktorów, muzyków - oraz prezydentów USA. Aktorzy wypowiadają kwestie, z których są najbardziej znani, piosenkarze śpiewają stare przeboje. Prezydenci przypominają słynne przemówienia, bon moty, itp. Jakże przejmująca jest jedna z ostatnich scen, w której te symulakry dawnych prezydentów, uzbrojone dodajmy, idą po Mansona. Obleczone w mechaniczne ciała wyobrażenia o dawnej przeszłości, pięknej i tragicznej, strasznej i dumnej idą po szaleńca-uzurpatora. Ależ to wymowne!
Równie wymowne jest samo zakończenie (uh, miało nie być spoilerów, trudno) - główni bohaterowie odlatują w stronę słońca w szklanych maszynach napędzanych promieniami słonecznymi.
Nadszedł czas na nowe sny, godne prawdziwego dnia jutrzejszego, marzenia o pierwszym z prezydentów Słonecznych Ptaków. Zostawili symulakry za sobą i wyruszyli na spotkanie Nowego.
Typowym fanom post-apo książka może się nie spodobać, bo mało w niej typowego post-apo, ale ci, którzy lubią ambitne lektury nie zawiodą się na niej. Polecam gorąco. Książka miała kilka różnych wydań, nie powinno być trudności z dotarciem do któregokolwiek z nich.
niedziela, 29 grudnia 2013
Odpryski XXVI
1) Spotkałem wczoraj w lesie sympatyczną starowinkę, która zbierała kamienie. Widząc
moje zdziwione spojrzenie odrzekła spokojnie, iż zbiera tylko te
kamienie, które śpiewają najładniej.
Ot, magia świętokrzyskich lasów.
2) Cóż robiłem w lesie? Odczuwałem obecność sfery sacrum, lub czegoś do niej zbliżonego. Zdecydowanie dobrze czuję się w lesie. Otoczony życiem, otoczony echami żywiołów. Zerwaliśmy jako gatunek kontakt z naturą, odgrodziliśmy się betonem, stalą, plastikiem i bezprzewodowym internetem od kosmicznych cykli czasu, od źródeł wartości i wewnętrznej równowagi. Przez co czasem próba dotarcia z powrotem do natury przeradza się w atawizm równie zabawny (i w gruncie rzeczy w niewiele mniej szkodliwy) jak chrześcijaństwo. Sfera sacrum jest pojmowana subiektywnie, ewoluuje też razem z człowiekiem. Tylko pory roku następują po sobie stale tak samo.
Rozmyślałem tam też, radując się promieniami długiego słońca przebijającymi się przez chmury i mile dla oka kontrastującymi z cieniami pni drzew i gałęzi, odmalowanymi na kępach trawy wyrastającej z omszałego podłoża, nad aktem apostazji. W sumie taki akt jest jednak bezsensowny. Z Kościoła Katolickiego nie da się formalnie wypisać, bo akt apostazji nie jest anty-chrztem. Nie ma anty-chrztu. Apostata, zdaniem KK, jeśli zdanie tego molocha kogokolwiek obchodzi, nadal jest katolikiem, tylko ekskomunikowanym.
Spośród wszystkich radości Życia, Kościół odebrał swoim byłym (i/lub nie poczuwającym się dłużej do bycia nimi) członkom nawet możliwości uwolnienia się od siebie.
Rozmyślania w sam raz na Boże Narodzenie i na kilka dni po.
3) Sylwester i Nowy Rok to w sumie daty czysto umowne. Jak dla mnie, nie tyle symbolizują odnowienie i następstwo cykli, co raczej po prostu upływający czas i jego nieuchronność. Nie składam więc życzeń Wam, drodzy czytelnicy, akurat z tych okazji. Po prostu skorzystajcie mądrze z dorobku hedonizmu (jako filozofii), do tego wyszydzając tabu i sięgając wzrokiem gdzieś hen, poza linię graniczną nihilizmu, tam gdzie jest świeże powietrze i czekają nowe wartości. No, pozdrawiam.
Ot, magia świętokrzyskich lasów.
2) Cóż robiłem w lesie? Odczuwałem obecność sfery sacrum, lub czegoś do niej zbliżonego. Zdecydowanie dobrze czuję się w lesie. Otoczony życiem, otoczony echami żywiołów. Zerwaliśmy jako gatunek kontakt z naturą, odgrodziliśmy się betonem, stalą, plastikiem i bezprzewodowym internetem od kosmicznych cykli czasu, od źródeł wartości i wewnętrznej równowagi. Przez co czasem próba dotarcia z powrotem do natury przeradza się w atawizm równie zabawny (i w gruncie rzeczy w niewiele mniej szkodliwy) jak chrześcijaństwo. Sfera sacrum jest pojmowana subiektywnie, ewoluuje też razem z człowiekiem. Tylko pory roku następują po sobie stale tak samo.
Rozmyślałem tam też, radując się promieniami długiego słońca przebijającymi się przez chmury i mile dla oka kontrastującymi z cieniami pni drzew i gałęzi, odmalowanymi na kępach trawy wyrastającej z omszałego podłoża, nad aktem apostazji. W sumie taki akt jest jednak bezsensowny. Z Kościoła Katolickiego nie da się formalnie wypisać, bo akt apostazji nie jest anty-chrztem. Nie ma anty-chrztu. Apostata, zdaniem KK, jeśli zdanie tego molocha kogokolwiek obchodzi, nadal jest katolikiem, tylko ekskomunikowanym.
Spośród wszystkich radości Życia, Kościół odebrał swoim byłym (i/lub nie poczuwającym się dłużej do bycia nimi) członkom nawet możliwości uwolnienia się od siebie.
Rozmyślania w sam raz na Boże Narodzenie i na kilka dni po.
3) Sylwester i Nowy Rok to w sumie daty czysto umowne. Jak dla mnie, nie tyle symbolizują odnowienie i następstwo cykli, co raczej po prostu upływający czas i jego nieuchronność. Nie składam więc życzeń Wam, drodzy czytelnicy, akurat z tych okazji. Po prostu skorzystajcie mądrze z dorobku hedonizmu (jako filozofii), do tego wyszydzając tabu i sięgając wzrokiem gdzieś hen, poza linię graniczną nihilizmu, tam gdzie jest świeże powietrze i czekają nowe wartości. No, pozdrawiam.
Kirył Bułyczow "Retrogenetyka i inne opowiadania"
Ot, poczciwości mnóstwo. Większość z zawartych w tym zbiorze opowiadań miałem już okazję czytać gdzie indziej. Większość rozgrywa się w Wielkim Guslarze, kilka gdzie indziej, ale tak czy owak wszystkie są bardzo poczciwe, pogodne i optymistyczne.
Za to nadal jest zagadką dla mnie czemu kiedyś był Kirył, a od jakiegoś czasu później jest Kir.
Jakkolwiek by nie brzmiało po polsku jego imię (pseudonim znaczy się, jeśli dobrze kojarzę), spokojnie można go dokooptować do radosnej zbieraniny nie mających nieraz niczego ze sobą wspólnego autorów uznanych autorytatywnie na mocy subiektywnych moich odczuć przeze mnie za praszczurów bizarro. Bo do czego innego można zaliczyć opowiadania o piecu samobieżnym poruszającym się na poduszce powietrznej, o tym, że wystarczy "biec" w powietrzu, by nie spaść, o hodowli kochających ludzi pterodaktyli i termometrze mierzącym temperaturę uczuć? Lub o ludziach zmieniających się w ryby i ptaki (mieszkających na pewnej dalekiej planecie - takie mechanizmy obronne wykształciła tam ewolucja), co spowodowało skandal na igrzyskach olimpijskich?
Za to nadal jest zagadką dla mnie czemu kiedyś był Kirył, a od jakiegoś czasu później jest Kir.
Jakkolwiek by nie brzmiało po polsku jego imię (pseudonim znaczy się, jeśli dobrze kojarzę), spokojnie można go dokooptować do radosnej zbieraniny nie mających nieraz niczego ze sobą wspólnego autorów uznanych autorytatywnie na mocy subiektywnych moich odczuć przeze mnie za praszczurów bizarro. Bo do czego innego można zaliczyć opowiadania o piecu samobieżnym poruszającym się na poduszce powietrznej, o tym, że wystarczy "biec" w powietrzu, by nie spaść, o hodowli kochających ludzi pterodaktyli i termometrze mierzącym temperaturę uczuć? Lub o ludziach zmieniających się w ryby i ptaki (mieszkających na pewnej dalekiej planecie - takie mechanizmy obronne wykształciła tam ewolucja), co spowodowało skandal na igrzyskach olimpijskich?
Brian Lumley "Nekroskop 2: Wampiry"
Ach, klasyk. I to jeszcze z Phantom Press International. Przez lata stał na półce w miejscu nasłonecznionym - aż wyblakł, bidoczek.
Czytałem to kiedyś, bardzo dawno. Nie planowałem wracać do tej książki, jednak w ostatnim "Grabarzu Polskim" (nr 44) było o cyklu Nekroskop (recenzje pierwszych trzech części), więc postanowiłem sobie posiadany jedyny posiadany tom odświeżyć. Tych tomów jest w sumie 17 (tak, siedemnaście), wliczając w to pod-serie i zbiór opowiadań. Pierwszy ukazał się w 1986 roku, ostatni w 2010.
W sumie tytuł oryginału - "Necroscope II: Wamphyri" można by przetłumaczyć inaczej niż "Wampiry" (np. jako "Wąpierze" - no co, o ileż bardziej klimatycznie by to brzmiało), ale nie czepiajmy się niepotrzebnie. Tłumacz z Phantom Press, zresztą nie wymieniony z nazwiska, spisał się nieźle. Gdzieniegdzie coś lekko zgrzytało, ale w porównaniu np. do "ryb i chipsów" z któregoś tomu cyklu o krabach (to samo wydawnictwo) nie ma wpadek spektakularnych.
Zasługą Lumley'a jest bez wątpienia to, że wykreował bardzo interesującą wizję wampirów. Ocierającą się w sumie o horror cielesny. Wampir jest osobną istotą, pasożytem żyjącym w ludzkim ciele. Może jednak też żyć poza organizmem nosiciela. Tak czy owak, jest ektoplazmatycznym czymś, może przybierać rozmaite kształty i formy. Na przestrzeni tysiącleci życia danego wampira, człowiek i pasożyt mogą w pełni zintegrować się w jedno.
Wampir (ten w człowieku) może przyjmować różne kształty również razem z nosicielem. Z elementów siebie (np. zębów) wampir może tworzyć inne byty wampiryczne, nierozumną ektoplazmę bez nosiciela. Może także zmieniać innych na swój obraz i podobieństwo, przez ugryzienie, wprowadzenie swojej ektoplazmy w ranę (lub przez uprawnianie seksu - chyba, nie zostało to dokładnie wyjaśnione). To wszystko jest bardziej skomplikowane, "hierarchia bytów" jest dłuższa, ale do krótkiej notki na blogu wystarczy tyle. Zresztą, kolejne części cyklu przynoszą więcej wyjaśnień, których nie znam.
Takiego wampira można jednak zabić klasycznymi metodami - przez wbicie kołka w serce, odcięcie głowy, następnie - dla pewności - spalenie lub zalanie wodą święconą.
Tom drugi cyklu jest bezpośrednią kontynuacją tomu pierwszego, jednak wszystko zostaje na bieżąco przypomniane i zaspoilerowane, więc nie znając części pierwszej i tak można mieć frajdę z czytania.
Fabuła jest wielowątkowa. Akcja płynie wartko, bohaterowie szwendają się w te i we wte po zimnowojennej Europie, w retrospekcjach zaś dawno zmarłych wampirów i ludzi (z którymi może się porozumiewać tytułowy nekroskop, Harry Keogh) mamy okazję pozwiedzać średniowieczną Wołoszczyznę, Kijów i bardzo szeroko pojęte przyległości, np. Konstantynopol. Do tego we współczesności świata przedstawionego mamy jeszcze rozgrywki wywiadów parapsychologicznych - radzieckiego Wydziału E i brytyjskiego INTESP, które jednoczą siły przeciwko wspólnemu wrogowi - Wampirom.
Autor znalazł też ciekawe zastosowanie dla kontinuum Möbiusa, pozbawiony powłoki cielesnej Harry (znajduje ją sobie dopiero pod koniec książki) porusza się przez nie.
Nie ma sensu dokładniej przedstawiać fabuły, bo dzieje się wiele, zapewniam że wszystkie wątki się ładnie ze sobą wiążą, nie ma dłużyzn - oprócz miejsc, gdzie autor musi co nieco wyjaśnić - jest sporo przemocy, opisów krwistych i mało estetycznych, także nieco seksu - ale to, rzecz jasna, nie jest porno.
Na przykładzie tomu drugiego cały cykl wydaje się być bardzo interesujący, większość tomów (chyba szesnaście) wydało współcześnie vis-a-vis etiuda; jeśli ktoś chce pozbyć się niesmaku po tym, co z wampirów zrobiły książki typu cykl "Zmierzch", to nie powinien zawieść się na "Nekroskopie".
Czytałem to kiedyś, bardzo dawno. Nie planowałem wracać do tej książki, jednak w ostatnim "Grabarzu Polskim" (nr 44) było o cyklu Nekroskop (recenzje pierwszych trzech części), więc postanowiłem sobie posiadany jedyny posiadany tom odświeżyć. Tych tomów jest w sumie 17 (tak, siedemnaście), wliczając w to pod-serie i zbiór opowiadań. Pierwszy ukazał się w 1986 roku, ostatni w 2010.
W sumie tytuł oryginału - "Necroscope II: Wamphyri" można by przetłumaczyć inaczej niż "Wampiry" (np. jako "Wąpierze" - no co, o ileż bardziej klimatycznie by to brzmiało), ale nie czepiajmy się niepotrzebnie. Tłumacz z Phantom Press, zresztą nie wymieniony z nazwiska, spisał się nieźle. Gdzieniegdzie coś lekko zgrzytało, ale w porównaniu np. do "ryb i chipsów" z któregoś tomu cyklu o krabach (to samo wydawnictwo) nie ma wpadek spektakularnych.
Zasługą Lumley'a jest bez wątpienia to, że wykreował bardzo interesującą wizję wampirów. Ocierającą się w sumie o horror cielesny. Wampir jest osobną istotą, pasożytem żyjącym w ludzkim ciele. Może jednak też żyć poza organizmem nosiciela. Tak czy owak, jest ektoplazmatycznym czymś, może przybierać rozmaite kształty i formy. Na przestrzeni tysiącleci życia danego wampira, człowiek i pasożyt mogą w pełni zintegrować się w jedno.
Wampir (ten w człowieku) może przyjmować różne kształty również razem z nosicielem. Z elementów siebie (np. zębów) wampir może tworzyć inne byty wampiryczne, nierozumną ektoplazmę bez nosiciela. Może także zmieniać innych na swój obraz i podobieństwo, przez ugryzienie, wprowadzenie swojej ektoplazmy w ranę (lub przez uprawnianie seksu - chyba, nie zostało to dokładnie wyjaśnione). To wszystko jest bardziej skomplikowane, "hierarchia bytów" jest dłuższa, ale do krótkiej notki na blogu wystarczy tyle. Zresztą, kolejne części cyklu przynoszą więcej wyjaśnień, których nie znam.
Takiego wampira można jednak zabić klasycznymi metodami - przez wbicie kołka w serce, odcięcie głowy, następnie - dla pewności - spalenie lub zalanie wodą święconą.
Tom drugi cyklu jest bezpośrednią kontynuacją tomu pierwszego, jednak wszystko zostaje na bieżąco przypomniane i zaspoilerowane, więc nie znając części pierwszej i tak można mieć frajdę z czytania.
Fabuła jest wielowątkowa. Akcja płynie wartko, bohaterowie szwendają się w te i we wte po zimnowojennej Europie, w retrospekcjach zaś dawno zmarłych wampirów i ludzi (z którymi może się porozumiewać tytułowy nekroskop, Harry Keogh) mamy okazję pozwiedzać średniowieczną Wołoszczyznę, Kijów i bardzo szeroko pojęte przyległości, np. Konstantynopol. Do tego we współczesności świata przedstawionego mamy jeszcze rozgrywki wywiadów parapsychologicznych - radzieckiego Wydziału E i brytyjskiego INTESP, które jednoczą siły przeciwko wspólnemu wrogowi - Wampirom.
Autor znalazł też ciekawe zastosowanie dla kontinuum Möbiusa, pozbawiony powłoki cielesnej Harry (znajduje ją sobie dopiero pod koniec książki) porusza się przez nie.
Nie ma sensu dokładniej przedstawiać fabuły, bo dzieje się wiele, zapewniam że wszystkie wątki się ładnie ze sobą wiążą, nie ma dłużyzn - oprócz miejsc, gdzie autor musi co nieco wyjaśnić - jest sporo przemocy, opisów krwistych i mało estetycznych, także nieco seksu - ale to, rzecz jasna, nie jest porno.
Na przykładzie tomu drugiego cały cykl wydaje się być bardzo interesujący, większość tomów (chyba szesnaście) wydało współcześnie vis-a-vis etiuda; jeśli ktoś chce pozbyć się niesmaku po tym, co z wampirów zrobiły książki typu cykl "Zmierzch", to nie powinien zawieść się na "Nekroskopie".
piątek, 27 grudnia 2013
Ursula K. LeGuin "Ziemiomorze"
Ukończenie cyklu zajęło autorce ponad trzydzieści lat. Ostatnie dwie książki ukazały się w 2001 roku, pierwsza w 1968. Mimo tego, jak dla mnie (i zapewne nie tylko jak dla mnie) "Czarnoksiężnik z Archipelagu" i kolejne części sagi o Arcymagu Gedzie i Tenar, byłej kapłance Bezimiennych to pozycja absolutnie kultowa, kwintesencja high fantasy, klasyk gatunku i punkt orientacyjny na mapie wyobraźni. Osobiście stawiam dzieło LeGuin wyżej od chociażby takiego klasyka jak Tolkien. Mam jednak na uwadze to, że Tolkien stanowił jedno ze źródeł inspiracji dla LeGuin.
Jeszcze przed liceum (lecz nie pamiętam, jak dawno przed liceum) czytałem trzy (albo dwa, dawno to było) pierwsze tomy wydane jeszcze przez nieodżałowanej pamięci Phantom Press. Dorwałem je najprędzej w bibliotece w Domu Kultury. Tamto wydanie czasem pojawia się na allegro, osiągając nieraz kuriozalne wręcz ceny.
Dlatego bardzo mnie ucieszył fakt, że Prószyński i S-ka zebrało cały cykl i wydało w jednym tomie. Choć wypadałoby powiedzieć raczej - tomiszczu. Twarde okładki, format "mniejsze-a4" (nigdy nie wiem, jak się formaty książek fachowo nazywają, muszę w końcu doczytać gdzieś o tym), prawie 945 stron. W sam raz do przeczytania przez Wigilię i dwa dni świąt. I nie, nie pochodzę ani z rozbitej, ani z dysfunkcyjnej rodziny.
"Czarnoksiężnik z archipelagu" to opowieść o tym, jak młody pasterz kóz zmaga się z własnym talentem magicznym. Gdy udaje mu się trafić do szkoły magów na Roke, w końcu popełnia wyjątkową głupotę i zmaga się z tą głupotą do końca książki.
Czytelnik poznaje zarysy świata, sytuację polityczną, legendy i podania z czasów niknących w mrokach dziejów; poznaje smoki i świat magów. Dowiaduje się o Prawdziwych Imionach rzeczy oraz o tym, że wielka moc to także wielka odpowiedzialność. Można to rzecz jasna odczytać też inaczej - jako opowieść o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, o walce z własnymi słabościami i o tym, że każdy ma mroczną stronę swojej osobowości, jakieś wady, coś, co nie daje nam myśleć swobodnie, coś, co nas zniewala - nie należy przed tym czymś uciekać, tylko stawić temu czoło i okiełznać to, pokonać i zrozumieć - wchłonąć w siebie.
"Grobowce Atuanu" przenosi czytelnika na wschód, w inną część Ziemiomorza - gdzie na wyspie Atuan, jednej z kilku wysp zamieszkałych przez barbarzyński lud Kargów, rządzi Bóg-Król. Istnieje jednak tam również świątynia starszych bóstw - mrocznych, nierozumnych ale złych i wrogich sił zwanych Bezimiennymi Bóstwami. Poznajemy Temar, która jako Pożarta zostaje bezimienną kapłanką tychże bóstw, zabrana rodzicom i wychowana w świątyni. Niby zostaje w końcu główną arcykapłanką, ale okazuje się, że w praktyce i tak kapłanka Boga-Króla znaczy więcej, a ona sama staje się zakładniczką własnej pozycji, której wcale nie chciała osiągnąć.
Pewnego dnia w labiryncie pod kompleksem świątynnym zjawia się złodziej. Poszukuje najprędzej połowy pradawnego pierścienia o wielkim znaczeniu dla losów świata...
I znów można to odczytać w kategorii uniwersalnych pra... interpretacji. Mamy więc historię o wyzwoleniu się z religijnej ciemnoty (tutaj - dosłownie), gdy Tenar zdaje sobie sprawę, że uczestniczy w szwindlu, gdzie liczą się władza i prestiż, a ona jest zakładniczką rytuałów, których nie rozumie, nie zna, których sens, jeśli kiedykolwiek miały sens, zaginęły w mroku dziejów - i dobrze się stało. Uczy się też myśleć samodzielnie, podejmować samodzielne decyzje i ufać drugiemu człowiekowi. Spadają z jej oczu zasłony utkane przez ślepą, bzdurną wiarę, staje się wolnym człowiekiem - i lęka się swojej wolności, bo życie w ciemnocie religii było prostsze, kierowały nim jasno określone zasady.
Widzimy też jak Ged się zmienił. Po wydarzeniach z "Czarnoksiężnika..." minęło dużo czasu, jest już dojrzałym mężczyzną znającym swoje wady i zalety, swoje siły i swoje słabości, znającym swoją wartość. Pewnym siebie, ale skromnym. Promieniującym wewnętrzną siłą i spokojem ducha, nie szukającym poklasku i sztucznego rozgłosu. Robiącym to, co musi robić. Bo taka jest jego natura, natura maga.
"Najdalszy brzeg" wprowadza bardzo ważne wątki dla całej historii Ziemiomorza. Wydarzenia z poprzednich tomów mogły wydawać się oderwane od siebie - teraz historia zaczyna się zazębiać. Pierścień z Zaginioną Runą Królów zostaje naprawiony i wraca na swoje miejsce, do Havnoru. Czy jednak proroctwo o królu Ziemiomorza wypełni się? Tymczasem zaczynają się dziać straszliwe wydarzenia - coś zabija magię jako taką, wszyscy zapominają kim są, zapominają pieśni, wyzbywają się swoich Prawdziwych Imion, cały świat pogrąża się w apatii i szaleństwie. Tajemniczy mag, który trafił poza granicę życia i śmierci obiecuje wieczne trwanie - ale oznacza ono rezygnację z życia jako takiego. Równowagę świata może naprawić tylko arcymag Ged - z pomocą młodego księcia z Havnoru, który nie zdaje sobie sprawy, jak wielka rolę przyznało mu przeznaczenie w pewnym proroctwie...
Odczytałem to dwojako - raz jako opowieść o świecie symulakrów i symulacji, w którym rozmycie zaciera wszystko ze wszystkim, wszystko traci sens, znika (wiem, nerwica natręctw i/lub zboczenie "zawodowe"), drugi raz jako wyraz tęsknoty za poznaniem Nieznanego, za wiecznością, dążeniem do zmiany, za wszelką cenę i dowolną drogą - także tą, która prowadzi donikąd (świetny przykład z narkotyzowaniem się jako symulakrem doznań duchowych związanych z przekroczeniem muru oddzielającego świat żywych od świata zmarłych, doznań właściwych tylko umierającym, bardziej potężnym czarownicom lub magom). Zapomnienie Mowy Tworzenia, pradawnej mowy znanej magom i smokom, mowy za pomocą której, przez nazywanie rzeczy i ludzi jakimi są naprawdę, można kreować rzeczywistość, to uniwersalny symbol zapominania o dawnej wiedzy zawartej w mitach i w naturze, życiu jako takim. Tak, wiem, dziwna analogia.
Heroiczna i epicka historia kończy się rzecz jasna dobrze, ale niezwykle dramatycznie - arcymag Ged poświęcił całą swoją magiczną moc by uleczyć ranę świata i przywrócić Wielką Równowagę, nadchodzą też smoki, Ziemiomorze doczekało się swojego jedynego króla...
"Tehanu" jest książką - w porównaniu do poprzednich - zupełnie inną. Schodzimy wraz z autorką poziom niżej - nie pokonujemy razem z bohaterami ogromnych przestrzeni, nie schodzimy z nimi ze świata żywych do świata umarłych, nie ma tu proroctw i pradawnego nie-wiadomo-czego. Jest to zaś opowieść w całości rozgrywająca się na jednej wyspie - Goncie - opowiadająca o małych, ludzkich tragediach. A także piętnująca zastane tradycje, piętnująca nierówności społeczne i nierówności płci, mająca wręcz przekaz feministyczny i nieco genderowy.
Tenar, nie nawykła do nieznanego jej świata, schroniła się na Goncie, rodzinnej wyspie Geda, u jego dawnego mistrza, Ogiona. Szybko jednak udało się jej dogadać z częścią lokalnej społeczności. Po odrzuconej roli kapłanki, odnalazła się w roli posłusznej żony w patriarchalnej rodzinie. Dorobiła się córki i syna z prostym chłopem, Krzemieniem. Rodzina jednak rozpadła się jej.
Rzecz się dzieje w trakcie niejako fabuły poprzedniej książki, zakończenie poprzedniej jest tutaj wplecione w środek akcji. Na wyspie nastały mroczne czasy - wędrowna banda dopuszcza się gwałtu i próby morderstwa na małej dziewczynce. Dziewczynkę udaje się uratować - przy pomocy czarownic i silnej woli - Tenar przygarnia ją jako córkę. Dziewczynka jest jednak okaleczona - górna połowa jej ciała - w tym głowa, twarz i ręka - jest spalona, jest jedną, wielką blizną. Jej dłoń przypomina zniekształcony szpon, dziecko nie może długo i głośno mówić, nie widzi na jedno oko.
Lokalna społeczność uznała, bo takie przekonanie po prostu istniało zakorzenione od wieków, że jeśli spotkało ją coś tak okrutnego, to najwyraźniej na to zasłużyła. Poza tym samotna wdowa - Tenar - nie powinna zajmować się sprawami zmarłego maga tak długo. Powinna trwać w swojej roli cierpiącej wdowy. Jeśli tego nie robi - najwyraźniej jest obca, dzika, zła, jest inna - i wypadałoby się jej pozbyć. Albo przynajmniej dać jej do zrozumienia, co praworządni i wyznający stare, dobre zasady mieszkańcy myślą o takich odmieńcach jak ona, i przygarnięty przez nią okaleczony dzieciak. A także przygarnięty przez nią były arcymag Ged (nie rozpoznany przez nikogo, wrak człowieka). Powinna cierpieć po stracie męża przecież, a nie już po kilku latach sprowadzać sobie do domu obcego mężczyznę! Obraza obyczajów!
Kto jest przyjacielem, a kto wrogiem? Kim są ludzie nachodzący ją? Czego chcą od dziecka? Co się stało z Gedem, czemu przybył on na grzbiecie najstarszego ze smoków, Kalessina, czemu wreszcie Kalessin nazwał okaleczoną dziewczynkę - Tehanu - mianem swojej córki? Czy Kalessin jest tylko najstarszym ze smoków, czy jeszcze kimś innym?
O jakich pradawnych prawdach podzielona ludzkość Ziemiomorza zapomniała?
"Inny wiatr" to zwieńczenie historii o Tenar i Gedzie. Bardzo epickie. Mamy tu mnóstwo metafizyki.
Pradawne proroctwa się wypełniły. Mur oddzielający światy żywych i umarłych zostaje zburzony. Smoki, magowie i Kargowie znają po fragmencie historii. Muszą się zjednoczyć, by naprawić to, co zostało rozdzielone tak dawno, że ja pierdolę.
Kargowie zatrzymali wiedzę o odrodzeniu (coś w rodzaju reinkarnacji), magowie i ludzie z wysp na zachód od Kargu zatrzymali wiedzę o Mowie Tworzenia - motyw wręcz prometejski, o zabraniu tej wiedzy smokom - smokom, które nie stworzyły jednak cywilizacji, tylko trwają, zawieszone poza ludzkim dobrem i złem, potężne relikty przeszłości. Dochodzi do tego motyw poboczny - A wszystko zaczęło się od tego, że do starego rolnika Geda przybył niewykształcony czarownik zajmujący się naprawami z prośbą o uwolnienie go od makabrycznych i wstrząsających sennych wizji - zabójczo realnych...
"Opowieści z Ziemiomorza" to zbiór opowiadań z różnych okresów historii Ziemiomorza. Historie częściowo zazębiają się z historią opowiedzianą w pięcioksięgu - częściowo ją uzupełniają, ukazują z innej perspektywy. Ot, chociażby wysoka magia w Ziemiomorzu. Zdominowana przez mężczyzn żyjących w celibacie. Tylko wiedźmy potrafiły docenić rozkosze cielesne, czasem żyły także w związkach lesbijskich. Tymczasem okazuje się, że szkoła magów na Roke została założona przez kobiety. I wcale nie obowiązywał tam celibat. Tego typu smaczków stawiających całe uniwersum w innym świetle jest więcej.
Warto też zaznaczyć, że czasy, w jakich rozgrywa się historia, to odpowiednik naszej Ery Żelaza, nie kolejne, nudne średniowiecze, oraz że tylko barbarzyńscy Kargowie są biali - reszta mieszkańców ma ciemną skórę. Wątki taoistyczne, feministyczne i społeczne też są obecne. I są przedstawione z bliskiej mi perspektywy. Dlatego Ziemiomorze stawiam wyżej od Śródziemia. Jeśli ktoś nie zna - polecam gorąco. Wątki o których wspomniałem są wyraźnie zarysowane - ale nie nachalnie, więc nawet konserwy od Tolkiena mogą to polubić.
Jeszcze przed liceum (lecz nie pamiętam, jak dawno przed liceum) czytałem trzy (albo dwa, dawno to było) pierwsze tomy wydane jeszcze przez nieodżałowanej pamięci Phantom Press. Dorwałem je najprędzej w bibliotece w Domu Kultury. Tamto wydanie czasem pojawia się na allegro, osiągając nieraz kuriozalne wręcz ceny.
Dlatego bardzo mnie ucieszył fakt, że Prószyński i S-ka zebrało cały cykl i wydało w jednym tomie. Choć wypadałoby powiedzieć raczej - tomiszczu. Twarde okładki, format "mniejsze-a4" (nigdy nie wiem, jak się formaty książek fachowo nazywają, muszę w końcu doczytać gdzieś o tym), prawie 945 stron. W sam raz do przeczytania przez Wigilię i dwa dni świąt. I nie, nie pochodzę ani z rozbitej, ani z dysfunkcyjnej rodziny.
"Czarnoksiężnik z archipelagu" to opowieść o tym, jak młody pasterz kóz zmaga się z własnym talentem magicznym. Gdy udaje mu się trafić do szkoły magów na Roke, w końcu popełnia wyjątkową głupotę i zmaga się z tą głupotą do końca książki.
Czytelnik poznaje zarysy świata, sytuację polityczną, legendy i podania z czasów niknących w mrokach dziejów; poznaje smoki i świat magów. Dowiaduje się o Prawdziwych Imionach rzeczy oraz o tym, że wielka moc to także wielka odpowiedzialność. Można to rzecz jasna odczytać też inaczej - jako opowieść o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, o walce z własnymi słabościami i o tym, że każdy ma mroczną stronę swojej osobowości, jakieś wady, coś, co nie daje nam myśleć swobodnie, coś, co nas zniewala - nie należy przed tym czymś uciekać, tylko stawić temu czoło i okiełznać to, pokonać i zrozumieć - wchłonąć w siebie.
"Grobowce Atuanu" przenosi czytelnika na wschód, w inną część Ziemiomorza - gdzie na wyspie Atuan, jednej z kilku wysp zamieszkałych przez barbarzyński lud Kargów, rządzi Bóg-Król. Istnieje jednak tam również świątynia starszych bóstw - mrocznych, nierozumnych ale złych i wrogich sił zwanych Bezimiennymi Bóstwami. Poznajemy Temar, która jako Pożarta zostaje bezimienną kapłanką tychże bóstw, zabrana rodzicom i wychowana w świątyni. Niby zostaje w końcu główną arcykapłanką, ale okazuje się, że w praktyce i tak kapłanka Boga-Króla znaczy więcej, a ona sama staje się zakładniczką własnej pozycji, której wcale nie chciała osiągnąć.
Pewnego dnia w labiryncie pod kompleksem świątynnym zjawia się złodziej. Poszukuje najprędzej połowy pradawnego pierścienia o wielkim znaczeniu dla losów świata...
I znów można to odczytać w kategorii uniwersalnych pra... interpretacji. Mamy więc historię o wyzwoleniu się z religijnej ciemnoty (tutaj - dosłownie), gdy Tenar zdaje sobie sprawę, że uczestniczy w szwindlu, gdzie liczą się władza i prestiż, a ona jest zakładniczką rytuałów, których nie rozumie, nie zna, których sens, jeśli kiedykolwiek miały sens, zaginęły w mroku dziejów - i dobrze się stało. Uczy się też myśleć samodzielnie, podejmować samodzielne decyzje i ufać drugiemu człowiekowi. Spadają z jej oczu zasłony utkane przez ślepą, bzdurną wiarę, staje się wolnym człowiekiem - i lęka się swojej wolności, bo życie w ciemnocie religii było prostsze, kierowały nim jasno określone zasady.
Widzimy też jak Ged się zmienił. Po wydarzeniach z "Czarnoksiężnika..." minęło dużo czasu, jest już dojrzałym mężczyzną znającym swoje wady i zalety, swoje siły i swoje słabości, znającym swoją wartość. Pewnym siebie, ale skromnym. Promieniującym wewnętrzną siłą i spokojem ducha, nie szukającym poklasku i sztucznego rozgłosu. Robiącym to, co musi robić. Bo taka jest jego natura, natura maga.
"Najdalszy brzeg" wprowadza bardzo ważne wątki dla całej historii Ziemiomorza. Wydarzenia z poprzednich tomów mogły wydawać się oderwane od siebie - teraz historia zaczyna się zazębiać. Pierścień z Zaginioną Runą Królów zostaje naprawiony i wraca na swoje miejsce, do Havnoru. Czy jednak proroctwo o królu Ziemiomorza wypełni się? Tymczasem zaczynają się dziać straszliwe wydarzenia - coś zabija magię jako taką, wszyscy zapominają kim są, zapominają pieśni, wyzbywają się swoich Prawdziwych Imion, cały świat pogrąża się w apatii i szaleństwie. Tajemniczy mag, który trafił poza granicę życia i śmierci obiecuje wieczne trwanie - ale oznacza ono rezygnację z życia jako takiego. Równowagę świata może naprawić tylko arcymag Ged - z pomocą młodego księcia z Havnoru, który nie zdaje sobie sprawy, jak wielka rolę przyznało mu przeznaczenie w pewnym proroctwie...
Odczytałem to dwojako - raz jako opowieść o świecie symulakrów i symulacji, w którym rozmycie zaciera wszystko ze wszystkim, wszystko traci sens, znika (wiem, nerwica natręctw i/lub zboczenie "zawodowe"), drugi raz jako wyraz tęsknoty za poznaniem Nieznanego, za wiecznością, dążeniem do zmiany, za wszelką cenę i dowolną drogą - także tą, która prowadzi donikąd (świetny przykład z narkotyzowaniem się jako symulakrem doznań duchowych związanych z przekroczeniem muru oddzielającego świat żywych od świata zmarłych, doznań właściwych tylko umierającym, bardziej potężnym czarownicom lub magom). Zapomnienie Mowy Tworzenia, pradawnej mowy znanej magom i smokom, mowy za pomocą której, przez nazywanie rzeczy i ludzi jakimi są naprawdę, można kreować rzeczywistość, to uniwersalny symbol zapominania o dawnej wiedzy zawartej w mitach i w naturze, życiu jako takim. Tak, wiem, dziwna analogia.
Heroiczna i epicka historia kończy się rzecz jasna dobrze, ale niezwykle dramatycznie - arcymag Ged poświęcił całą swoją magiczną moc by uleczyć ranę świata i przywrócić Wielką Równowagę, nadchodzą też smoki, Ziemiomorze doczekało się swojego jedynego króla...
"Tehanu" jest książką - w porównaniu do poprzednich - zupełnie inną. Schodzimy wraz z autorką poziom niżej - nie pokonujemy razem z bohaterami ogromnych przestrzeni, nie schodzimy z nimi ze świata żywych do świata umarłych, nie ma tu proroctw i pradawnego nie-wiadomo-czego. Jest to zaś opowieść w całości rozgrywająca się na jednej wyspie - Goncie - opowiadająca o małych, ludzkich tragediach. A także piętnująca zastane tradycje, piętnująca nierówności społeczne i nierówności płci, mająca wręcz przekaz feministyczny i nieco genderowy.
Tenar, nie nawykła do nieznanego jej świata, schroniła się na Goncie, rodzinnej wyspie Geda, u jego dawnego mistrza, Ogiona. Szybko jednak udało się jej dogadać z częścią lokalnej społeczności. Po odrzuconej roli kapłanki, odnalazła się w roli posłusznej żony w patriarchalnej rodzinie. Dorobiła się córki i syna z prostym chłopem, Krzemieniem. Rodzina jednak rozpadła się jej.
Rzecz się dzieje w trakcie niejako fabuły poprzedniej książki, zakończenie poprzedniej jest tutaj wplecione w środek akcji. Na wyspie nastały mroczne czasy - wędrowna banda dopuszcza się gwałtu i próby morderstwa na małej dziewczynce. Dziewczynkę udaje się uratować - przy pomocy czarownic i silnej woli - Tenar przygarnia ją jako córkę. Dziewczynka jest jednak okaleczona - górna połowa jej ciała - w tym głowa, twarz i ręka - jest spalona, jest jedną, wielką blizną. Jej dłoń przypomina zniekształcony szpon, dziecko nie może długo i głośno mówić, nie widzi na jedno oko.
Lokalna społeczność uznała, bo takie przekonanie po prostu istniało zakorzenione od wieków, że jeśli spotkało ją coś tak okrutnego, to najwyraźniej na to zasłużyła. Poza tym samotna wdowa - Tenar - nie powinna zajmować się sprawami zmarłego maga tak długo. Powinna trwać w swojej roli cierpiącej wdowy. Jeśli tego nie robi - najwyraźniej jest obca, dzika, zła, jest inna - i wypadałoby się jej pozbyć. Albo przynajmniej dać jej do zrozumienia, co praworządni i wyznający stare, dobre zasady mieszkańcy myślą o takich odmieńcach jak ona, i przygarnięty przez nią okaleczony dzieciak. A także przygarnięty przez nią były arcymag Ged (nie rozpoznany przez nikogo, wrak człowieka). Powinna cierpieć po stracie męża przecież, a nie już po kilku latach sprowadzać sobie do domu obcego mężczyznę! Obraza obyczajów!
Kto jest przyjacielem, a kto wrogiem? Kim są ludzie nachodzący ją? Czego chcą od dziecka? Co się stało z Gedem, czemu przybył on na grzbiecie najstarszego ze smoków, Kalessina, czemu wreszcie Kalessin nazwał okaleczoną dziewczynkę - Tehanu - mianem swojej córki? Czy Kalessin jest tylko najstarszym ze smoków, czy jeszcze kimś innym?
O jakich pradawnych prawdach podzielona ludzkość Ziemiomorza zapomniała?
"Inny wiatr" to zwieńczenie historii o Tenar i Gedzie. Bardzo epickie. Mamy tu mnóstwo metafizyki.
Pradawne proroctwa się wypełniły. Mur oddzielający światy żywych i umarłych zostaje zburzony. Smoki, magowie i Kargowie znają po fragmencie historii. Muszą się zjednoczyć, by naprawić to, co zostało rozdzielone tak dawno, że ja pierdolę.
Kargowie zatrzymali wiedzę o odrodzeniu (coś w rodzaju reinkarnacji), magowie i ludzie z wysp na zachód od Kargu zatrzymali wiedzę o Mowie Tworzenia - motyw wręcz prometejski, o zabraniu tej wiedzy smokom - smokom, które nie stworzyły jednak cywilizacji, tylko trwają, zawieszone poza ludzkim dobrem i złem, potężne relikty przeszłości. Dochodzi do tego motyw poboczny - A wszystko zaczęło się od tego, że do starego rolnika Geda przybył niewykształcony czarownik zajmujący się naprawami z prośbą o uwolnienie go od makabrycznych i wstrząsających sennych wizji - zabójczo realnych...
"Opowieści z Ziemiomorza" to zbiór opowiadań z różnych okresów historii Ziemiomorza. Historie częściowo zazębiają się z historią opowiedzianą w pięcioksięgu - częściowo ją uzupełniają, ukazują z innej perspektywy. Ot, chociażby wysoka magia w Ziemiomorzu. Zdominowana przez mężczyzn żyjących w celibacie. Tylko wiedźmy potrafiły docenić rozkosze cielesne, czasem żyły także w związkach lesbijskich. Tymczasem okazuje się, że szkoła magów na Roke została założona przez kobiety. I wcale nie obowiązywał tam celibat. Tego typu smaczków stawiających całe uniwersum w innym świetle jest więcej.
Warto też zaznaczyć, że czasy, w jakich rozgrywa się historia, to odpowiednik naszej Ery Żelaza, nie kolejne, nudne średniowiecze, oraz że tylko barbarzyńscy Kargowie są biali - reszta mieszkańców ma ciemną skórę. Wątki taoistyczne, feministyczne i społeczne też są obecne. I są przedstawione z bliskiej mi perspektywy. Dlatego Ziemiomorze stawiam wyżej od Śródziemia. Jeśli ktoś nie zna - polecam gorąco. Wątki o których wspomniałem są wyraźnie zarysowane - ale nie nachalnie, więc nawet konserwy od Tolkiena mogą to polubić.
poniedziałek, 23 grudnia 2013
Odpryski XXV
1) Korzystając z okazji chciałbym czytelnikom tego bloga życzyć jak najlepszego i najbardziej owocnego (w dowolnym, bo subiektywnym, tego słowa rozumieniu) przeżycia nadchodzących świąt, jeśli akurat je obchodzicie. Jeśli obchodzicie coś innego w tym samym czasie, to również wszystkiego najlepszego. Szczodre Gody skończyły się wczoraj, ale jeśli ktoś je obchodził, to spóźnione wszystkiego najlepszego również. Z okazji nadchodzącego kolejnego roku życzę Wam zaś wyrobienia w sobie wewnętrznej równowagi, pogody ducha, pogodzenia się z cyklicznymi koncepcjami czasu i radosnego oczekiwania na Powrót Wiecznego, czym/kim by miał/o to nie być. W tym momencie nie ważny jest ten obiekt - ważne jest samo oczekiwanie. A nóż wyzwolimy się z samsary, albo nastąpi jednak Paruzja i pójdziemy do piekła. Kto to wie. Albo najprędzej najzupełniej w świecie nic się nie stanie. Poza tym - oby było i zdrowie, i cel w życiu, i czas na czytanie. I jeszcze ta jedna ukochana osoba (chyba że ktoś woli kilka, ok, tak też można). No i w sumie pieniądze tyż. by się przydały.
No, niech nam się darzy.
2) Podsumowałem nieco swoją twórczość -o, tutaj. Zebrałem linki do mojej twórczości, którą gdzieś ktoś zamieścił. Nie ma tego na chwilę obecną dużo, ale od czegoś trzeba zacząć. Jak na powrót do pisania po kilku latach, i to w sumie od mniej-więcej października, to cztery opublikowane opowiadania to niezły wynik. Kolejne dwa wysłałem do dwóch antologii - jednej w formie ebooka i jednej papierowej. Jeszcze nie wiem, co i jak z nimi i z moimi tekstami z myślą o nich popełnionymi. Jak będę coś wiedział, i będę mógł o tym cokolwiek napisać - to napiszę bez wątpienia. Podlinkowana strona będzie przeze mnie rzecz jasna na bieżąco aktualizowana.
No, niech nam się darzy.
2) Podsumowałem nieco swoją twórczość -o, tutaj. Zebrałem linki do mojej twórczości, którą gdzieś ktoś zamieścił. Nie ma tego na chwilę obecną dużo, ale od czegoś trzeba zacząć. Jak na powrót do pisania po kilku latach, i to w sumie od mniej-więcej października, to cztery opublikowane opowiadania to niezły wynik. Kolejne dwa wysłałem do dwóch antologii - jednej w formie ebooka i jednej papierowej. Jeszcze nie wiem, co i jak z nimi i z moimi tekstami z myślą o nich popełnionymi. Jak będę coś wiedział, i będę mógł o tym cokolwiek napisać - to napiszę bez wątpienia. Podlinkowana strona będzie przeze mnie rzecz jasna na bieżąco aktualizowana.
J. G. Ballard "Rzeźbiarze chmur"
O Ballardzie było już tutaj przedwczoraj ("Ogród czasu"), więc dziś bez rozbudowanego wstępu.
Tym razem mniej jednoznacznych i oczywistych elementów wspólnych. Za to faktycznie widać, słuchać, czuć te Baudrillardowe symulakry (ale w sumie Deleuze też o nich pisał i szukał korzeni pojęcia gdzieś hen, daleko, w filozofii antycznej), zwłaszcza w dwóch ostatnich opowiadaniach w niniejszym zbiorze.
Tym razem autor nie przedstawiał przed każdym kolejnym opowiadaniem żadnych swoich uwag. Szkoda - jego króciutkie uwagi z "Ogrodu czasu" (do pół strony) rzucały nieraz ciekawe światło na różne fazy jego twórczych procesów.
Fabuła kilku opowiadań ze zbioru toczy się w iście postmodernistycznym Nigdziebądź o nazwie Vermillion Sands. Jest to miejscowość przyciągająca artystów wszelkiej maści - śpiewaczki, rzeźbiarki, mieszkańcy to w większości bohema artystyczna. Poszczególne historie nie pasują jednak do siebie oprócz miejsca akcji, nawet jeśli przewijają się te same nazwiska - i tak, albo mamy opowieść o rzeźbie, która rośnie i śpiewa (bo w świecie przedstawionym rzeźby tak po prostu grają na wietrze, lub i bez wiatru), opowieść o antycznej muzie poezji, która powraca do świata co zapomniał jak to jest pisać poezję autentyczną - poeci klecą odtwórczą twórczość dzięki odpowiedniemu oprogramowaniu, wreszcie opowieść o wydzielających z siebie (źle to brzmi ale nie wymyśliłem lepszego określenia) muzykę. Innym razem do miasta przybywa młode małżeństwo z zamiarem zakupu domu, który odbierał i wchłaniał emocje poprzednich lokatorów, poza tym swobodnie zmienia swoje kształty i formę. Akurat tamtym razem w Vermillion Sands były tylko takie domy. Ot, taki świat.
Zbiór zawiera też i inne historie, jedna z nich znów kojarzy mi się z Dawidem Kainem, zaś tytułowa opowieść dotyczy szybowników "rzeźbiących" w chmurach za pomocą tlenku srebra. Znów osadzona w niesamowitym, niedopowiedzianym Nigdziebądź, przestrzeni rodem z "ciężkich", plastycznych wizji sennych gdzie horyzont łączy się z oceanem. Wydźwięk jej jest bardzo melancholijny. Czytelnik łatwo może sobie wyobrazić przestwór nieba a pod nim iście oniryczną przestrzeń znaną nam na co dzień, a jednak zamazaną pędzlem słów dzierżonym przez autora, więc nieznaną. Podobnie jak w "Ogrodzie czasu" mamy historie o chaotycznym, złowieszczym ale też ślepym i przede wszystkim względnym czasie, tyle, że tu jest ich zdecydowanie mniej niż we wspomnianym zbiorze, znów mamy też wyprawy w głąb ludzkiej psychiki i subiektywnego postrzegania świata (np. w fenomenalnym, jakimś takim "niezdrowym", zeschizowanym opowiadaniu o strażnicach wiszących na niebie, i ludzkich relacjach na nie). Część pomysłów autora polega na dobrze znanym zabiegu jakim jest wrzucenie Nieznanego do świata i obserwacja uczestnicząca, jak postronni na to Nieznane reagują. Historia o panu Goddardzie i zawartości jego sejfu spokojnie mogłaby zostać uznana za weird, i to po linii ludzi od "Weird fiction po polsku".
Pod niesamowitymi obrazami skrywa się niby i zwyczajność, której prawideł jednak nie znamy i która zaskakuje nas tak jak w momencie, gdy śpimy i zdajemy sobie sprawę, że śni nam się tylko, że się obudziliśmy i tak na prawdę wcale nie jemy jeszcze śniadania w fioletowym świetle padającym z żółtych źrenic czerwonych oczu wiszących na niebie za oknem. Ok, psychodelii tu nie ma, zdecydowanie przesadziłem, ale nie potrafię oddać wszystkich niuansów stylu autora, nieraz bardzo delikatnie poruszającego jakieś struny w duchu czytelnika. W każdym razie w moim coś tam się poruszyło.
Ależ to wszystko musi brzmieć bełkotliwie, jak tak to piszę.
Za to tłumaczenie paru opowiadań mnie nieco zdziwiło - bo pojawiało się w nich słowo "wiedźmin". Rzecz jasna absolutnie bez związku z tamtym wiedźminem. Jak chciałem je znaleźć teraz na szybko, to kurcze jak na złość nigdzie go nie ma, a było z dwa razy na pewno. Chyba, że się przewidziałem, co w sumie jest być może możliwe. Czytam czasem po nocach, gdy i wzrok, i inne zmysły mogą ulegać przeciążeniu. Niektóre tłumaczenia są też nieco udziwnione - ot, archaizmy wtrącane (po co?), jakieś dziwne zabawy składnią. Niby trzyma to klimat, ale jest po prostu udziwnieniem.
Czekam na ten trzeci zbiór, zapowiedziany razem z tymi dwoma przez wydawnictwo.
Tym razem mniej jednoznacznych i oczywistych elementów wspólnych. Za to faktycznie widać, słuchać, czuć te Baudrillardowe symulakry (ale w sumie Deleuze też o nich pisał i szukał korzeni pojęcia gdzieś hen, daleko, w filozofii antycznej), zwłaszcza w dwóch ostatnich opowiadaniach w niniejszym zbiorze.
Tym razem autor nie przedstawiał przed każdym kolejnym opowiadaniem żadnych swoich uwag. Szkoda - jego króciutkie uwagi z "Ogrodu czasu" (do pół strony) rzucały nieraz ciekawe światło na różne fazy jego twórczych procesów.
Fabuła kilku opowiadań ze zbioru toczy się w iście postmodernistycznym Nigdziebądź o nazwie Vermillion Sands. Jest to miejscowość przyciągająca artystów wszelkiej maści - śpiewaczki, rzeźbiarki, mieszkańcy to w większości bohema artystyczna. Poszczególne historie nie pasują jednak do siebie oprócz miejsca akcji, nawet jeśli przewijają się te same nazwiska - i tak, albo mamy opowieść o rzeźbie, która rośnie i śpiewa (bo w świecie przedstawionym rzeźby tak po prostu grają na wietrze, lub i bez wiatru), opowieść o antycznej muzie poezji, która powraca do świata co zapomniał jak to jest pisać poezję autentyczną - poeci klecą odtwórczą twórczość dzięki odpowiedniemu oprogramowaniu, wreszcie opowieść o wydzielających z siebie (źle to brzmi ale nie wymyśliłem lepszego określenia) muzykę. Innym razem do miasta przybywa młode małżeństwo z zamiarem zakupu domu, który odbierał i wchłaniał emocje poprzednich lokatorów, poza tym swobodnie zmienia swoje kształty i formę. Akurat tamtym razem w Vermillion Sands były tylko takie domy. Ot, taki świat.
Zbiór zawiera też i inne historie, jedna z nich znów kojarzy mi się z Dawidem Kainem, zaś tytułowa opowieść dotyczy szybowników "rzeźbiących" w chmurach za pomocą tlenku srebra. Znów osadzona w niesamowitym, niedopowiedzianym Nigdziebądź, przestrzeni rodem z "ciężkich", plastycznych wizji sennych gdzie horyzont łączy się z oceanem. Wydźwięk jej jest bardzo melancholijny. Czytelnik łatwo może sobie wyobrazić przestwór nieba a pod nim iście oniryczną przestrzeń znaną nam na co dzień, a jednak zamazaną pędzlem słów dzierżonym przez autora, więc nieznaną. Podobnie jak w "Ogrodzie czasu" mamy historie o chaotycznym, złowieszczym ale też ślepym i przede wszystkim względnym czasie, tyle, że tu jest ich zdecydowanie mniej niż we wspomnianym zbiorze, znów mamy też wyprawy w głąb ludzkiej psychiki i subiektywnego postrzegania świata (np. w fenomenalnym, jakimś takim "niezdrowym", zeschizowanym opowiadaniu o strażnicach wiszących na niebie, i ludzkich relacjach na nie). Część pomysłów autora polega na dobrze znanym zabiegu jakim jest wrzucenie Nieznanego do świata i obserwacja uczestnicząca, jak postronni na to Nieznane reagują. Historia o panu Goddardzie i zawartości jego sejfu spokojnie mogłaby zostać uznana za weird, i to po linii ludzi od "Weird fiction po polsku".
Pod niesamowitymi obrazami skrywa się niby i zwyczajność, której prawideł jednak nie znamy i która zaskakuje nas tak jak w momencie, gdy śpimy i zdajemy sobie sprawę, że śni nam się tylko, że się obudziliśmy i tak na prawdę wcale nie jemy jeszcze śniadania w fioletowym świetle padającym z żółtych źrenic czerwonych oczu wiszących na niebie za oknem. Ok, psychodelii tu nie ma, zdecydowanie przesadziłem, ale nie potrafię oddać wszystkich niuansów stylu autora, nieraz bardzo delikatnie poruszającego jakieś struny w duchu czytelnika. W każdym razie w moim coś tam się poruszyło.
Ależ to wszystko musi brzmieć bełkotliwie, jak tak to piszę.
Za to tłumaczenie paru opowiadań mnie nieco zdziwiło - bo pojawiało się w nich słowo "wiedźmin". Rzecz jasna absolutnie bez związku z tamtym wiedźminem. Jak chciałem je znaleźć teraz na szybko, to kurcze jak na złość nigdzie go nie ma, a było z dwa razy na pewno. Chyba, że się przewidziałem, co w sumie jest być może możliwe. Czytam czasem po nocach, gdy i wzrok, i inne zmysły mogą ulegać przeciążeniu. Niektóre tłumaczenia są też nieco udziwnione - ot, archaizmy wtrącane (po co?), jakieś dziwne zabawy składnią. Niby trzyma to klimat, ale jest po prostu udziwnieniem.
Czekam na ten trzeci zbiór, zapowiedziany razem z tymi dwoma przez wydawnictwo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
