poniedziałek, 14 grudnia 2015

Thomas Ligotti x3 i Lovecraft

Thomas Ligotti "Songs of Dead Dreamer and Grimscribe"

Nie potrzebowałem wiele czasu by stać się zdeklarowanym fanem twórczości Ligottiego. W sumie wystarczyło tylko Teatro Grottesco + rozsiane tu i ówdzie wywiady z autorem, z których wynika, że w jakimś stopniu pokrywają nam się backgroundy (też kiedyś byłem wierzącym katolikiem, też do tej pory miewam flashbacki lęków związanych z religią). Ligotii ujął mnie poza tym szczerością przekazu i otaczającym go nimbem tajemnicy - zdaje się, że zupełnie go nie obchodzi promocja własnej twórczości, nie bierze udziału w życiu towarzyskim horrorowego świata, na dodatek, co stwierdził w jednym z ostatnich wywiadów, po kolejnym przetasowaniu w jego zdrowiu psychicznym przestał pisać. Otaczający go nimb tajemnicy nie wynika bowiem z wyrachowania, przyjętej strategii marketingowej, ale osobistych doświadczeń pisarza, które zaowocowały takim a nie innym podejściem do świata i takim a nie innym stanowiskiem odnośnie miejsca człowieka w świecie.
Niezależnie od tego, jak spojrzy się na Ligottiego jako człowieka czy jako - nie bójmy się tego słowa, chociaż jest jednak za mocne - myśliciela, współczesny horror (lub przynajmniej współczesne weird fiction) możemy śmiało podzielić na czasy przed Ligottim i po nim. Niewielu jest autorów, którzy wywarliby tak silny wpływ na gatunek. Nawet jeśli na chwilę obecną jeszcze tego nie widać, a zwłaszcza na naszym podwórku, jestem święcie przekonany że Ligotti dorobi się licznych sekt wyznawców, epigonów i plagiatorów, podobnie jak ostatni wielki przed nim - Lovecraft. Nawet jeśli będą to sekty mniej liczne - gdyż u Ligottiego nie ma aż tak wielkiego potencjału popkulturowego, jak w Mitach Cthulhu Lovecrafta (ok, Derletha - człowieka, którego zasługi dla ocalenia spuścizny Lovecrafta są równie wielkie jak zarzuty dotyczące tego, co z tą spuścizną zrobił) - to może nawet lepiej, bo nie nastąpi aż taki zalew taniego efekciarstwa, zupełnie wypaczający oryginalną myśl autora, co nastąpiło właśnie w przypadku Lovecrafta.

Ligotti jest jednym z raptem kilku żyjących autorów, których wydawnictwo Penguin Books uhonorowało publikacją w ramach ich prestiżowej serii Penguin Classics. Omawiana książka to kompilacja dwóch pierwszych zbiorów opowiadań autora, Songs of a Dead Dreamer (pierwsze wydanie 1986, najnowsze poprawione 2010) oraz Grimscribe (pierwsze 1991, najnowsze poprawione - 2011). Wstęp napisał Jeff Vandermeer.

Fakt faktem, to jeszcze nie ten poziom (zwłaszcza Pieśni), co późniejsze teksty, ale widać przebłyski geniuszu, który ciemnymi gwiazdami rozkwitnie na przestrzeni lat. Pieśni są momentami trochę nierówne, Grimscribe jest dobre, momentami dorównuje Teatrowi. Jak na pierwsze zbiory opowiadań przystało, już tu pojawiają się charakterystyczne elementy prozy autora, które będą przy nim zawsze - zagmatwane, przebrzmiałe, opustoszałe, wyniszczone krajobrazy, duszna, gęsta atmosfera przywodząca na myśl surrealistyczny, koszmarny sen. Czasem trafiają się bardziej zwyczajne szpargały z rekwizytorium horrorowego (mamy opowieść o wampirach!), są też nawiązania do weird lovecraftiańskiego, większość tekstów to jednak autorskie poszukiwania autora, opierające się na wspólnym motywie: obcy, nieprzyjazny krajobraz + zdegenerowane, rozsypujące się zabudowania + główny bohater pojawiający się w danym miejscu albo przypadkiem, albo nie do końca z własnej woli + coś absolutnie niepojętego, złowrogiego, niezrozumiałego, odstręczającego. U Ligottiego nie ma resztek wiary w naukę i postęp (jak chociażby u Lovecrafta), u niego jest wiwisekcja własnych nerwic i fobii - koszmaru wynaturzonego, odrealnionego, groteskowego i absolutnie pierwotnego, nieociosanego w żaden sposób u jego podstaw; nie da się go niczym wyjaśnić, niczym obłożyć, nijak odeprzeć. Jak przewijająca się często na kartach późniejszych opowiadań autora specyficznie pojęta Ciemność, tutaj ten koszmar po prostu jest, tkwi w samej strukturze świata przedstawionego, wszystkie rusztowania sięgają tegoż koszmaru, wszystko wypływa z niego i w nim ma swoje oparcie. Cokolwiek wydaje się na pierwszy rzut oka normalne, zwyczajne, szare i niezauważalne na co dzień, jeśli zostało przez Ligottiego wypatrzone i wspomniane w tekście, jest tak naprawdę skażone i służy tylko podkreśleniu koszmarnego charakteru całego świata przedstawionego jako takiego. Koszmar sięga do samej granicy poznania - nie tylko świat jest spiętrzonym wysypiskiem nawarstwiającej się ułudy, ale życie jako takie. Marionetki podrygują na sznureczkach, można wyśnić czyjeś życie wedle uznania. Do tego Ligotti prezentuje nieraz bardzo czarne poczucie humoru. Zdaje się odczuwać jakąś perwersyjną przyjemność z mozolnego obracania w niwecz wszystkich stałości trzymających jego bohaterów na powierzchni rzeczy.
Utwory autora są świetne literacko. Nie boi się zdań złożonych, śmiało tworzy balansujące na granicy zagmatwania konstrukcje najeżone powtórzeniami lub zawierające mnóstwo szczegółów, niezależnie od tego czy to szczegóły skąpanego w mroku korytarza w wiekowym budynku czy szczegółowe myśli, odczucia, emocje bohatera. Fakt faktem, Ligotti wystawił mój angielski na ciężką próbę. Ale to dobrze, wbrew pozorom lektura nie była wcale męcząca, tylko jeszcze bardziej satysfakcjonująca. Kilku użytych przez niego słów, z którymi spotkałem się po raz pierwszy i które pospiesznie wyszukałem w internetach, nie znał gógl translator.


Thomas Ligotti "My Work Is Not Yet Done"

Polskie tłumaczenie tytułowej noweli miałem już okazję czytać i pokrótce omówić, poznanie oryginału pozwoliło dotrzeć ile w nim Ligottiego zniknęło z Ligottiego. Nie było to złe tłumaczenie, o nie. Jedynie usunęło praktycznie wszystkie charakterystyczne dla autora smaczki (głównie powtórzenia), niestety co do jednego praktycznie nie dające się odzwierciedlić po polsku. A nawet jak się dały, to w oryginale brzmią o wiele lepiej. Książkę dopełniają dwa solidne opowiadania - I Have a Special Plan For This World oraz Nightmare Network. Oba koncentrują się na korporacyjnym modelu kapitalizmu, uwypuklają jego wady i obnażają odhumanizowanie. Ukazują strach autora przed rozprzestrzenieniem się tego modelu, jego rozrostem i rozlewaniem się na inne dziedziny życia, inne poza pracą (bardzo odległe skojarzenie z wyorbitowaniem pojęć u Baudrillarda). Oczywiście, strach ten w charakterystyczny dla Ligottiego sposób został obleczony w promieniujący spod modelu korporacyjnego przejmujący koszmar egzystencji.
My Work jest o tyle niezwykłą pozycją w dorobku autora, że jest to nowela, tymczasem autor pisał przede wszystkim opowiadania, do tego jest - jak na niego - bardzo brutalna. Autor unikał raczej obrazowania fizycznej przemocy, a już na pewno nie epatował nią, tymczasem w tej historii o zemście na współpracownikach, mamy sympatycznie opisanych kilka brutalnych morderstw - oraz przypadków znacznie gorszych od morderstw.
Myślałem, że I Have a... ma coś wspólnego z jednym wspólnym utworem Ligottiego i Current 93 - i owszem, ma. Opowiadanie nie jest jednak recytowane na płycie o tym samym tytule, ani też opowiadanie nie jest przepisanym tekstem utworu. Podobieństwa są jednak oczywiste.
W gruncie rzeczy książka ta jest jednak gorsza od zbiorów opowiadań autora, przynajmniej tych które czytałem. Co nie zmienia faktu że i tak zjada pierdylion horrorów jakie w życiu czytałem.
(Virgin Books 2009)


Thomas Ligotti "Spisek przeciwko ludzkiej rasie"

W końcu jest, polskie tłumaczenie jednej z najbardziej znanych książek Ligottiego. Elegancko i schludnie wydany przez Okulturę, w szacie graficznej analogicznej do ich Teatro Grottesco. Można obie książki postawić na półce obok siebie i prezentują się niezwykle ładnie. Spisek to sążnisty esej filozoficzny podsumowujący światopogląd autora i prezentujący go światu (ba, rzucony przez autora światu prosto w świński ryj). Warto przeczytać przed sięgnięciem po opowiadania Ligottiego, gdyż wiele konceptów autora eksploatowanych przez niego w jego twórczości literackiej jest tu uporządkowanych. Mamy okazję prześledzić, skąd się wzięły - co ciekawe, wzięły się na bazie przykładów albo z otaczającego nas świata, albo z licznych i obszernie cytowanych przez autora tekstów filozoficznych bądź około filozoficznych. Autor nie ogranicza się jednak tylko do filozofów - powołuje się też np. na neurobiologię, również podając przypisy.
Jedno trzeba przyznać Ligottiemu - w swojej jednoosobowej krucjacie przeciwko rozumnemu życiu jest konsekwentny. Z cynicznym humorem i ogromną erudycją (przy okazji trzeba nadmienić koniecznie że Mateusz Kopacz po raz kolejny pokazał kunszt tłumacza) obraca swoje pióro przeciwko wszystkim wspólnotom wyobrażonym i rozpaczliwie pragnącym skryć drzemiącą za nimi pustkę abstrakcyjnym pojęciom. Koszmar egzystencji kryje się w naszej jaźni - nawet nie w świadomości własnej jednostkowości, co świadomości bycia rozumną istotą, myślącą abstrakcyjnie i zderzającą się z bezbrzeżną grozą bezcelowej egzystencji. Ligotti wyżywa się na wszystkich bogach, honorach i ojczyznach, obrywa od niego każda większa religia, w tym najbliższy autorowi buddyzm. Autor gani za niekonsekwencję zbyt mało nihilistycznych pisarzy i myślicieli, którzy trwali jeszcze w jakiś ułudach, próbowali maskować grozę świata, zachować jakiekolwiek punkty odniesienia. Autor w swojej bezkompromisowości nie szuka żadnych (nie)możliwych namiastek dróg ucieczki przed koszmarem egzystencji. Pozostawia czytelnika pośród gruzowiska, które przed sięgnięciem po tę książkę było światem wartości tegoż czytelnika. Jadowitość poglądów Ligottiego ma zniewalający urok. Przypadkowy czytelnik, zwłaszcza nie zgłębiający tajemnic bytu, jeśli przebrnie przez lekturę, zostanie zgnębiony i rozbity.
Pojawiają się pierwsze opinie na tej książki - część z nich jest całkiem rozczulająca. To dość niezwykłe, ale nawet wśród ludzi którzy świadomie sięgnęli po tę książkę, pojawiły się opinie, że jest przytłaczająca. Autor nie powiedział niczego, do czego na przestrzeni lat sam bym nie doszedł, na kilku płaszczyznach poszedł kawałek dalej i w innym kierunku, ale w końcu wszystkie drogi zbiegają się w tym samym nigdzie. Lubię takie filozofowanie młotem, zapalczywość argumentacji, zimną pasję.
Oczywiście, wobec tak radykalnej myśli można wytoczyć ciężką artylerię kontrargumentów. Najpoważniejszy z nich - można przyjąć, że uznanie bezsensowności istnienia jest ucieczką przed skomplikowaniem otaczającego nas świata i nieprzejrzystości rządzących nim prawideł. Łatwiej wycofać się z życia i okopać na pozycji własnego radykalizmu, niż próbować, jak to mawiają hurraoptymistyczni trenerzy rozwoju osobistego i znajomi nigdy nie borykający się z mniej lub bardziej uciążliwymi zaburzeniami - wziąć się w garść. Bogata lista problemów zdrowotnych (zarówno psychicznych jak i fizycznych) autora, których on sam zresztą nie ukrywa, zdawałaby się świadczyć na korzyść takiej pseudo-terapeutycznej interpretacji. Jest to jednak samonapędzający się mechanizm - jeśli w pewnym momencie poddasz dekonstrukcji wszystko w co wierzyłeś, poddasz w wątpliwość wszystko co było dla Ciebie jakimkolwiek oparciem - to dotarcie do tego mrocznego objawienia tylko pogorszy Twój stan. Autor zdaje się przewidywać z której strony nadejdą ataki na jego myśl, czy też raczej zrobioną przez niego kompilację myśli pesymistycznej/nihilistycznej okraszoną własnymi doświadczeniami i zaprezentowaną z subiektywnej perspektywy - najprostszy argument przeciwko sprzeciwiającym się jest paradoksalnie najtrudniejszy do obalenia: zostaliśmy uwarunkowani w kulcie życia (możemy w tym miejscu ujednolicić kult życia po śmierci jak i przeciwny mu radosny hedonizm tu i teraz), więc jest oczywiste że cokolwiek uderzającego w nasze uwarunkowania - jeśli przyjmujemy je bezrefleksyjnie z całym bogactwem inwentarza - powoduje agresję i reakcję radykalnego sprzeciwu wobec aktu wrażego ikonoklazmu. Mechanizm stary jak ludzkość.
W kilku miejscach myśl autora tchnie zbytnim nieznoszeniem sprzeciwu, dążeniem do obiektywności. Także w miejscach dyskusyjnych. Polemizowałbym np. z kwestią czy zwierzęta mają czy nie mają świadomości. Liczne dowody świadczą raczej o tym, że jakąś mają (np. przypadki małp nauczonych języka migowego i porozumiewających się z ludźmi za jego pomocą - czyż nie świadczy to o posiadaniu umiejętności abstrakcyjnego myślenia choćby w minimalnym zakresie - jedna z nich nawet nauczyła sama z siebie tegoż języka swoje młode).
W gruncie rzeczy jestem jednym z tych nieprawdziwych nihilistów, miłośników nietzscheańskiego sado-maso (określenie autora, cytat niedokładny), sekciarzy interpretujących myśl Fryderyka tak a nie inaczej i nie znoszących innych interpretacji. Pustka nie jest dla mnie aż tak przerażająca. Świadomość istnienia jest czasem trudna do udźwignięcia czasem, jasne, może nawet zazwyczaj, jak codziennie zdajesz sobie sprawę, że nie wierzysz w nic, żadne obrządki państwowo-religijne ani imprezy rodzinne i tradycyjne cię nie obchodzą, pojawiłeś się na świecie przez jakiś kosmiczny przypadek i wystarczyłoby gdybyś w dzieciństwie dostał zestaw Lego o jakim zawsze marzyłeś by teraz być diametralnie innym człowiekiem, ale tak naprawdę świadomość tego, czym jesteśmy (mięso splątane nie dającym się rozwiązać kłączowatym węzłem gordyjskim Kultury i Natury), jest wyzwalająca. Poza tym nasza samoświadomość "włącza się" nie zawsze - mnóstwo czynności wykonujemy automatycznie - ile razy nie pamiętamy, czy zamknęliśmy mieszkanie wychodząc rano do pracy? A to tylko najbardziej oczywisty przykład, jeden z wielu. Zresztą, samoświadomość to nie tylko świadomość tego, że - upraszając sprawę - wszystko chuj - ale też świadomość tego, że jesteśmy świadomi tego, że wszystko chuj. I tu już budować pomniki trwalsze od spiżu, w zaciszu własnej egzystencji, rozkosznie uwarunkowanej na tysiąc i jeden sposób.


H. P. Lovecraft "Grzyby z Yuggoth i inne poematy niesamowite"

Ostatnimi czasy pojawił się ciekawy trend - za wydawanie autorów powszechnie kojarzonych z horrorem/weird wzięły się wydawnictwa kojarzone z (różnie pojętym) okultyzmem. Najpierw Okultura przekonała się do Ligottiego, a teraz LAShTAL PRESS (pisownia oryginalna) wypuściło zbiorek poezji Lovecrafta.
Wygląda na to, że jak na razie jest to najbardziej user - czy też raczej - profan friendly pozycja tego wydawnictwa, które wypuszcza przede wszystkim pisma thelemiczne i okołothelemiczne, dostępne raczej w niewielkim nakładzie i przeznaczone dla dość - pun intended - hermetycznego grona odbiorców.
Tak naprawdę zupełnie się nie znam na poezji, mimo tego że lubię czasem poczytać zarówno młodopolaków, niemieckich idealistów, francuskich romantyków jak i modernistów krakowskich, futurystów i liczny inny element rozkładowy, ale mam problem żeby faktycznie ocenić wartość danego utworu. Albo "to coś" czuje, coś szarpie jakieś struny gdzieś we mnie, albo nie. Czasem podoba mi się zupełny szajs, a rzeczy przed którymi znający się na rzeczy klękają zupełnie mnie nie ruszają. Sonety i poematy Lovecrafta w tłumaczeniu Krzysztofa Azarewicza są naprawdę bardzo ładne - i, cholera, w sumie to wszystko co mogę o tym zbiorku powiedzieć. Do tego zbiorek jest fantastycznie wydany - złocone brzegi, wstążeczka, obwoluta, itd. Dla fanów Samotnika z Providence pozycja obowiązkowa do nabycia, jak nie jako wartościowy zbiór poezji, to przynajmniej jako ozdoba półki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są moderowane - to dobra ochrona przed spamem i trollami.