Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Społeczeństwo i religia i polityka: Książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Społeczeństwo i religia i polityka: Książka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 czerwca 2016

Upływający czas #58

Guy N. Smith Cmentarne hieny

Dotarłem do 50 strony. Chyba najgorsza książka, jaką w życiu czytałem. Nawet w swojej kategorii (bezwartościowa pulpa tak zła, że aż zabawna) gniot gargantuiczny, wykraczający poza każdą skalę. Fatalnie napisana, jeszcze gorzej przetłumaczona i wydana. Pełna infantylnych pomysłów i idiotycznych rozwiązań.
Guyowi zdarzyło się napisać całkiem niezłe książki (cykl o krabach to taka urocza ramota, Szatański pierwiosnek [wbrew tytułowi], Fobia, Odraza), ale pierwszy tom cyklu Sabat (główny bohater jest byłym komandosem, byłym księdzem a w czasie gdy toczy się akcja jest egzorcystą-freelancerem) skutecznie zniechęca do sięgnięcia po pozostałe.
Mimo niechęci do instytucji kościoła autor powtarza każde kościelne pierdu-pierdu o złych okultystach i mrocznych kultach składających ofiary z ludzi i bezczeszczących cmentarze. Oczywiście gdzieś tam w tle pojawia się wzmianka o Crowley'u jako sataniście (gdybym miał uczucia religijne, poczułbym się przynajmniej ciut obrażony).
Na przykładzie tej książki świetnie widać, w jaki sposób zajmowana pozycja w hierarchii społecznej wpływa na własną twórczość. Nie czytałem co prawda jego autobiografii ani innych opracowań na jego temat, jednak Smith nie raz manifestował swoje poglądy na łamach swoich książek - wychodzi z nich klasyczny zielony brytyjski konserwatyzm (zdrowo, bez przemysłu i krytycznie wobec nauki; myśliwi OK), przywiązanie do pojęć i definicji wyniesionych z chrześcijaństwa. Nie raz pojawiają się na łamach jego książek postaci zdegenerowanych, brutalnych hipisów (w jednym tomie krabów był nawet hipis stalinista gwałciciel), poszanowanie dla spokojnego trybu życia na prowincji, niechęć wobec będących na drabinie społecznej niżej od niego (przykre opisy włóczęgów, robotników, bezdomnych - najbardziej jaskrawy przykład na jaki natrafiłem bodajże w Odrazie - brudna, zabiedzona nastolatka - jej nieład opisany bardzo szczegółowo - sprowadza na złą drogę przypadkowego chłopaczka z dobrej rodziny żeby zajść z nim w ciążę i tym samym otworzyć sobie drogę do wyższej klasy - nie, żeby tak się nie zdarzało naprawdę, ale niechęć autora do tej biednej dziewczyny ukształtowanej przez ciężkie warunki życia biła po oczach). Smith to taki autor horrorów dla klasy średniej, idealnie odzwierciedlający niepokoje klasy średniej swojego miejsca i czasu. Nawet epatowanie seksem i przemocą wpasowuje się idealnie w schemat - zachowania seksualne u Smitha rzadko kiedy wiążą się z normalnymi relacjami międzyludzkimi, są wykoślawione, są elementem zaburzającym zastaną rzeczywistość. Z drugiej strony w świecie w którym seksualność obudowana jest najrozmaitszymi tabu, czytanie o niej w durnych horrorach jest wentylem bezpieczeństwa dla tych, którzy sami wiodą uporządkowane, nudne życia zgodnie z zastanymi wartościami.
Ale o czym to ja, a, o Cmentarnych hienach - podsumowując - gnój.
Po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu że najlepsze horrory piszą ludzie faktycznie zaburzeni, reprezentujący niszowe światopoglądy, nihiliści mający w poważaniu świat wokół nich, buntownicy bez powodu, wyrzutki i wieczni poszukiwacze własnego miejsca gdziekolwiek. Smith nie pasuje do żadnej z tych kategorii, podobnie jak praktycznie cały horrorowy mainstream, pełen przygodowo-sensacyjnej papki.


Stephen King Gra Geralda 

Wracając do horrorowego mainstreamu, pełnego przygodowo-sensacyjnej papki - kolejna rzecz z tej kategorii. Czytałem tę książkę po raz pierwszy bardzo dawno temu, jeszcze pod koniec gimbazy - i wtedy zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Stopniowany nastrój grozy i odrealnienia, narastający obłęd głównej bohaterki, brak wyraźnego rozróżnienia na jawę i omamy - wydawało mi się wtedy, że to było naprawdę coś.
Odświeżyłem sobie ten tytuł po latach, i zgniłem. Fakt, 3/4 książki jest bardzo spoko, King jaki by nie był, pisać potrafi, po czym na sam koniec autor odkrywa wszystkie karty. Klimat siada, nastrój siada, duszna atmosfera oparta o niedopowiedzenie siada, mamy spokojny, w pełni wyjaśniony prawie-że-happy end. Wal się królu. Horror dla zblazowanych gospodyń domowych.















































Unaussprechlichen Kulten raz została przetłumaczona, innymi razy - nie. Przyjmuję zasadę, że jeśli czytam jakąś książkę i potrafię na bazie polskich zdań - w chwili ich przeczytania - widzieć te zdania przed przetłumaczeniem z angielskiego, to nie jest to dobre tłumaczenie. I niestety to jest ten przypadek.
A same opowiadania jako takie? Dojrzały Lovecraft w pełnej krasie. Sam Koszmar w muzeum Lovecraft podobno traktował jako autoparodię - ale nie czuć tego w tym tekście.


China




Pozwolę sobie postawić tezę, że te trzy powieści umieszczone w jednym tonie łączy pewna myśl przewodnia (nieco słabiej wyartykułowana w Bluesie) - może mało odkrywcza - tak naprawdę nie wiemy, czy jak ktoś w coś nie wierzy, to czy ten ktoś nie ma przypadkiem trochę racji.
Zaraz, ale o co chodzi? Ano o to, że w każdym przypadku mamy głównego bohatera, który zderza się - tak troszkę jak w weird - z czymś Nieznanym. To Nieznane nie jest jednak wprost wrogie (no, znów nie do końca w Bluesie) co raczej niepokojące; ot, pewien element rzeczywistości, którego nie zauważało się wcześniej, a który nagle objawia się w pełnej krasie i zaburza szerszą percepcję. W pewnym momencie rozwijającej się akcji każdej z tych trzech historii możliwe są racjonalne wyjaśnienia - po czym granica ta zostaje przekroczona i to, co dzieje się za nią, można wyjaśnić albo obłędem, albo oddziaływaniem szkodliwych czynników zewnętrznych. Modlitewnik opowiada historię byłego więźnia, który układa modlitwy - nie skierowane do żadnego bóstwa, ot, modlitwy o coś konkretnego do nikogo konkretnego. Jednak bardziej przez wzgląd na konwencję niż faktyczną wiarę, pojawiają się wśród tekstów odniesienia do pewnego bóstwa, które zaczyna nabierać bardzo realnych kształtów. No i właśnie - czy wymyślony bóg faktycznie może się objawić i czynić cuda? Jednoznaczna odpowiedź na to pytanie nie zostaje udzielona. Parający się magyją chaosu pewnie mają własne odpowiedzi. Swoją drogą, cały proces myślowy stojący za modłostylem głównego bohatera oraz przyjęte założenia bardzo mi się właśnie z magią chaosu kojarzyły.
Blues to historia przypadkowego gościa, który trafia do zapyziałej mieściny w Luizjanie. Mieścina ta ponoć wiele zawdzięcza paktowi zawartemu wiele lat temu z pewną mroczną i nieludzką postacią. Główny bohater zderza się z rzeczywistością równie przerażającą i nieludzką jak taką, z jaką zderzę się np. ja, gdy będę przemieszczał się po Krakowie w czasie Światowych Dni Młodzieży. Bardzo sugestywnie autorowi udało się opisać luizjańskie dziury i ich mieszkańców. Tzn. nigdy tam nie byłem, więc nie mam porównania, ale właśnie tak sobie to wyobrażam.
Viator rozwalił mnie. Jedna z najlepszych historii jakie kiedykolwiek miałem okazję przeczytać. Historia o rozbitym na Alasce statku, który mimo tego, że jest rozbity... no właśnie. Nie tyle płynie do innego świata, co elementy tego innego świata zaczynają pojawiać się wokół niego. Albo i nie, bo pojawia się racjonalne wyjaśnienie, obok tego drugiego, zupełnie nieracjonalnego.
Poza tym Shepard jest fantastycznym pisarzem (zapewne zasługa w tym i równie dobrych tłumaczy). Rzadko trafiam na twórczość autorów, którzy tak jak on potrafią operować słowem, a w światku fantastycznym (wliczając przyległości zarzekające się, że fantastyką nie są) to już w ogóle prawie wcale.


Greg Egan Diaspora

Hard S-F w dobie fizyki kwantowej ma się bardzo dobrze. Mam wrażenie, że Dukaj trochę się inspirował tym pisząc Perfekcyjną niedoskonałość (i nie jest to wyrzut ani zarzut wobec niego - co więcej, gdybym rozumiał z tej książki więcej, niż zrozumiałem, to sam bym się nią z przyjemnością zainspirował), przez co tłumacze wykorzystali jego rodzajniki. Uwielbiam beletrystykę mającą bibliografie z tekstami naukowymi. Wyobraźnia autora sięga na absolutne wyżyny, gdzie np. moja nie sięgnie raczej nigdy. Piszę to bez zazdrości, byłby to absurd, za to z niekłamanym podziwem. Co prawda, raczej nie sięgnę po te wszystkie wymienione w bibliografii Terrestial Implications of Cosmological Gamma-Ray Burst Models, ale autorowi należy się szacunek za solidne przygotowanie - i napisanie na takich podstawach fascynującej historii o przyszłości ludzkości i wyzwaniach, które przed nią stają.


Ian MacDonald Brasyl

Pierwsza książka tego autora jaką miałem przyjemność przeczytać. Żałuję, że sięgnąłem po MacDonalda tak późno. Niech już będzie kolejna wypłata, niech już będzie.
Pesymistyczna wizja świata, wątki z fizyki kwantowej, przenikanie się światów i wędrówki między nimi. Alternatywne rzeczywistości, intrygi z udziałem mrocznych sił stojących na straży ukrytych praw rządzących wszechświatem (a raczej wieloświatem). Wartka akcja wymieszana w równych proporcjach z rozważaniami o naturze wszechrzeczy. Bohaterowie z krwi i kości, przed którymi zostaje objawiona prawdziwa rzeczywistość - ale tylko do pewnego stopnia, bo większość elementów świata przedstawionego jest zarysowana jedynie między wierszami (jak właśnie powinno być, jak kto chce mieć wszystko czarno na białym, niech poczyta instrukcje od odkurzacza). Realia brazylijskie - ok, znów nie mam porównania, ale nie do pomylenia z czymkolwiek innym. Komentarz do przemian społecznych i kulturowych rozgrywających się współcześnie (ok, to akurat najmniej istotne). Warsztat autora. Tak czy siak, jestem zachwycony.


Peter Watts Echopraksja

Kolejne hard S-F - znowu fizyka kwantowa, znowu pesymistyczna przyszłość, znowu post/neo/nieludzie. Nie czytałem Ślepowidzenia, więc mam wrażenie, że kilka rzeczy mi umknęło. Ale żaden problem, nadrobię.
Do tego wampiry i - w pewnym stopniu, w pewnym sensie - renesans religijny. Rzecz równie trudna jak Diaspora, do tego znacznie bardziej niejednoznaczna. Ogromna bibliografia na końcu (chociaż zawiera nie tylko to, czego w naukowej bibliografii można by się spodziewać).
Chaos w głowie. Trudno mi się wypowiedzieć. Rzecz szarpiąca właściwe struny. pod wieloma względami zakręcona bardzo w moją stronę (religijność a nauka, bóg a religia, bóg a świat, religijność bez boga, bóg bez religii).
No i kolejny autor, który może być wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o lekkość składania do kupy bardzo trudnej tematyki z dość przystępną (ok, przystępną dla wymagającego czytelnika, stereotypowemu nastoletniemu fanowi polskiej fantastyki raczej treść uaktywniłaby skazę krzyżową) treścią, gość o niesamowitej wyobraźni, świetny również od strony czysto literackiej.


Star Wars. Dziedzictwo. Tom 1: Złamany
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 2: Kawałki
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 3: Smocze szpony
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 4: Sojusz
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 5: Ukryta świątynia
Star Wars. Wektor Tom 2 (Rebelia Tom 4, Dziedzictwo Tom 6)
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 7: Burze
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 8: Tatooine
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 9: Potwór
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 10: Skrajności
Star Wars. Dziedzictwo. Tom 11: Wojna

Komiksowe historie zaprezentowane głównie przez Johna Ostrandera (scenariusz) i Jana Duursema'ego (rysunki w większości tomów), zebrane w wydania zbiorcze i wydane u nas przez Egmont.
Traktuję je jako fanfik niż jako pełnoprawne zwieńczenie starego, dobrego Expanded Universe. Między nimi a ostatnimi pozycjami książkowymi czy wcześniejszymi komiksami ze starego kanonu jest przepaść. Rzecz się dzieje ponad 100 lat wydarzeniach z klasycznej trylogii i wrzuca czytelnika w wizję świata na tyle oderwaną od ciągłości uniwersum, że w sumie odrębną, mimo wielu nawiązań i prób zachowania spójności.
Zakon Jedi został prawie całkowicie rozbity. Najmłodszym z rodu Skywalkerów jest Cade. Jest na poły piratem, na poły łowcą nagród. Jako duch mocy odwiedza go czasem jego słynny przodek Luke, Cade nie zamierza kontynuować jednak rodzinnej tradycji. Po - jakby się wydawało - zagładzie Zakonu nie starał się odnaleźć resztek. Ma zresztą do nich pewne pretensje. Aby spławić przodka, zażywa narkotyk zwany igiełkami śmierci. Zanim przedawkuje, leczy się mocą.
Potrafi uzdrawiać ciemną stroną, czym zwraca na siebie uwagę aktualnego najwyższego lorda Sithów i imperatora, Darth Krayta, okaleczonego jeszcze przez Vuuzhan Vongów, których wpływ na galaktykę mimo upływu lat jest nadal ogromny (większy niż w książkach po Nowej Erze Jedi). Mamy jednak innego imperatora - na wygnaniu. Jest nim Roan Fel, potomek Jaggeda Fela (i zapewne Jainy Solo). Imperium Fela ma swoich własnych Jedi - Imperial Knightów, nie będących po ciemnej stronie; są bardzo podobni do Jedi w ich przekonaniach, z większymi elementami wojskowej dyscypliny, nastawieniu na wykonywanie rozkazów, kultu jednostki. Co więcej, jeśli imperator przejdzie na ciemną stronę, Imperialni Rycerze mają obowiązek przywrócić go na Jasną - lub zabić.
Wizja świata, odkrywana w kolejnych historiach, przykuwa uwagę. Niby widzieliśmy to wszystko już dziesiątki razy wcześniej, a jednak nadal można się wciągnąć. Sama historia - mimo tego że w gruncie rzeczy to jeszcze przed przeczytaniem pierwszego tomu można było domyśleć się zakończenia ostatniego - jest wielowątkowa, ma obowiązkowo kilka zwrotów akcji (od drobnych - wyjawienie tożsamości matki Cade'a po ogromne - w stylu zmiany sojuszy w galaktycznej wojnie), zaś melodramatyczne wahanie się Cade'a między Jasną Stroną, Ciemną Stroną a rzuceniem wszystkiego w cholerę nie nuży. Co prawda tylko kilkoro bohaterów zostało przedstawionych dokładniej, ale taki urok komiksów nastawionych na wartką akcję. W fabule musiały znaleźć się też trudne moralne wybory i odnajdywanie zaginionych członków rodziny, ukrywających swoją prawdziwą tożsamość. Jest wielka polityka, piętrowe spiski. W fabułę udało się wpleść nawiązania do starych historii, mamy pływającego AT-AT, jest podwodna wersja Lewiatana, biotechnologia Yuuzhan a nawet epizodyczne wystąpienie Sithów sprzed nieraz i tysięcy lat.
Kreska jest czytelna, efektowna, momentami efekciarska, ale o to przecież chodzi.


Ron Marz, Tom Fowler Star Wars. Jango Fett

Elegancko wydany jeszcze przez Amber Komiks komiks będący częścią jakiejś większej całości, do której nie dotarłem. Fabuła jest dosyć prostacka, ot, Jango dostaje zlecenie, przynosi, wynosi, zamiata, przedziera się przez dżunglę i starożytne ruiny jak jakiś gwiezdnowojenny Indiana Jones, na przemian walczy i flirtuje z łowczynią nagród Zam Wesell, wraca do małego Boby i cieszy się życiem.
Za to na plus wyróżnia się kreska. Momentami sprawiająca wrażenie "grubo ciosanej", przywodzi na myśl ni to jakiś gwasz, ni to akwarele. Dawno nie widziałem tak narysowanego i pokolorowanego komiksu, aż miło było patrzeć.


Tom Veitch, Cam Kennedy Star Wars Legendy. Mroczne Imperium

O szlag, brawo za taką serię wydawniczą. Wolałbym co prawda zbiorcze wydanie wszystkich Mrocznych Imperiów, ale i tak jest nieźle.
Ten komiks jest, jak na historię Expanded Universe, bardzo stary. Mniej-więcej razem z książkową Trylogią Thrawna stanowił podwaliny pod rozwój dzisiejszych Legend (i zarazem marki jako takiej).
Komiks ten namieszał nieźle w timeline'ie uniwersum, potem kolejni autorzy biedzili się, jak to wszystko złożyć w spójną całość. Przepływ informacji między kolejnymi starwarsowymi projektami był na tyle kiepski, że osadzony po wspomnianej Trylogii Thrawna komiks nie zawierał żadnych odniesień do niego, za to wprowadzał spore zamieszanie, momentami wprost informacje niekompatybilne z książkami (np. kiedy i na rzecz dokładnie kogo Rebelia utraciła Coursant? I czy nie było już wtedy formalnie Nowej Republiki?). Dziury udało się jakoś w miarę załatać - ale w innych dziełkach. Tutaj czytelnik nie raz i nie dwa może złapać się za głowę.
Za to po raz pierwszy pojawiają się tutaj Howlrunney, World Destroyery, TIE Droidy, V-Wingi. Boba Fett ma inny statek. Holocrony pojawiają się chyba też po raz pierwszy, lub jeden z pierwszych. Historia z World Destroyerami została potem przedstawiona w starej, dobrej grze Rogue Squadron, którą miałem okazję przejść jeszcze w czasach podstawówki.
Na plus wyróżnia się kreska - przećpana. Plansze utrzymane w paru kolorach, blade i jakby rozwodnione. Rysy postaci też dość psychodeliczne, plus po raz kolejny przywrócony Imperator wyglądający trochę jak Nosferatu (a w każdym razie tak mi się skojarzył). Nieraz bardzo dziwne lokacje. Do tego widać zmęczenie toczącą się od lat wojną - galaktyka jest pełna wraków orbitujących wokół wyniszczonych planet. Resztówki imperium poza Rebelią walczą ze sobą nawzajem. W konflikcie pojawiają się mniejsze strony, grupki przestępców i szabrowników, próbujące ugrać coś dla siebie. Wydźwięk komiksu jest znacznie bardziej pesymistyczny od tego, co zazwyczaj wiąże się z marką.
Poza tym, fakt faktem, czuć upływ czasu. Rzecz raczej dla fanów, potrafiących tego klasyka docenić. Ja doceniam.


Haden Blackman, Augustin Alessio Star Wars Legendy. Darth Vader i Widmowe Więzienie

Kolejna pozycja z serii. Tym razem Egmont przywrócił rzecz dużo nowszą.
Na przykładzie tego komiksu widać wyraźnie główny problem Expanded Universe - nawrzucano mnóstwo postaci i wydarzeń, które pojawiały się w 1-2-3 pozycjach książkowych lub komiksach, po czym znikały z horyzontu. Z jednej strony to dobrze, bo każdy autor mógł dodać coś od siebie - z drugiej strony część postaci, takich jak chociażby Vader i Imperator, jest nadużywana. To samo dotyczyło zresztą tych dobrych - co chwila grupie tych samych postaci wynajdywano tych samych lub kolejnych przeciwników, zamiast w końcu dać im odpocząć. Na chwilę obecną Disneyverse jest wolne od tego typu problemów - ale poczekajmy te 20-40 lat, o ile w międzyczasie nie będzie kolejnych resetów i restartów.
W historii tej przedstawiony jest zamach na Imperatora przeprowadzony przez grupkę wojskowych Imperium. Vader, jego mistrz (z ciężkimi obrażeniami od broni biologicznej) oraz dwóch nieco przypadkowych bohaterów (w tym główny bohater, narrator) wyruszają do ostatniego miejsca, gdzie na pewno nie zostaliby wykryci przez puczystów - tzw. Widmowego Więzienia, gdzie jeszcze Rada Jedi umieszczała pod koniec wojen klonów najbardziej niebezpiecznych przestępców i jeńców wojennych, w tym władających mocą, byłych/upadłych Jedi, itd.
Nawet jeśli to postać - hue hue - jednorazowa, głównego bohatera świetnie przedstawiono. Kujon z akademii imperialnej, ambitny oficer zapatrzony w Vadera. A jednocześnie niepełnosprawny, okaleczony jako dziecko w ataku Separatystów. Za to lordowie Sithów zostali przedstawieni dokładnie tak, jak powinni być przedstawieni lordowie Sithów - jako socjopaci mordujący z zimną krwią nawet swoich, Imperium jako takie traktujący jako narzędzie do realizowania własnych, egoistycznych celów, żądzy władzy. W starym kanonie zdarzali się inni Sithowie - tutaj przedstawiono ich tak, jak powinni wyglądać.
Bardzo dużo odcieni brązu, szarości; zimne kolory dominują, zimne i ciemne odcienie. Czytelna kreska, do dużo efektów specjalnych przywodzących na myśl komputerowe bijatyki.


David Lapham, Javier Barreno Crossed #2 Family Values
David Lapham, Raulo Caceres Crossed #3 Psychopath
David Lapham, Jacen Burrows, David Hine, Eduardo Vienna Crossed #5 (Yellow Belly, Golden Road)
David Hine, German Erramouspe, Simon Spurrier, Rafael Ortiz, Gabriel Andrade Crossed #8 (American Quitters, Gore Angels, Th' Big Yin)
Simon Spurrier, Gabriel Andrade Crossed 2013 Special

Crossed to najbardziej popieprzone komiksy z jakimi zetknąłem się kiedykolwiek. Każdy jeden numer, każda jedna historia to jazda bez trzymanki przez absurdalne gore, odrażające czynności seksualne, obrazę wszystkiego i wszystkich oraz bardzo kiepskie opinie o ludzkości jako takiej. Avatar Press ma fajną politykę - dają wolną rękę swoim artystom. Dzięki temu powstał najbrutalniejszy komiks w historii, ba, cała seria (wciąż się rozwijająca) takich komiksów.
Tytułowi Crossed to trochę jakby zombie, tylko że żywi. Zarażeni, z krwawymi znamionami w kształcie krzyży na głowach, mordują i gwałcą wszystko co się rusza (lub nie), zazwyczaj zbiorowo i z licznym udziałem dodatkowych akcesoriów wykorzystywanych na sposoby niezgodne z ich przeznaczeniem. Zbierają się w hordy walczące z żywymi i z innymi zarażonymi. Nie myślą o swoim własnym przetrwaniu - a w każdym razie nie wszyscy, bo różne wyjątki się zdarzają. Niektórzy pamiętają swoje życie sprzed zarażenia (wtedy zazwyczaj chcą zabić/wyruchać jeszcze nie zarażonych członków rodziny/przyjaciół/wrogów), większość jednak po prostu staje się potworami. Jeśli ten link jeszcze działa, zobaczcie sobie przykładowe plansze z różnych numerów. Ostrzegam - moce.
Ale i ci którzy przetrwali nierzadko nie są lepsi od zarażonych. Psychopaci, gwałciciele, samozwańczy prorocy, bandyci żerujący na innych zdrowych, bossowie świata przestępczego, itp, itd. - albo przynajmniej bohaterowie zupełnie nieprzygotowani do koszmaru z którym się zetknęli - tchórze, egotycy, domorośli tyrani, ludzie borykający się z najróżniejszymi problemami, lub dobrzy ludzie dostosowujący się do złego świata - zazwyczaj każda jedna historia opowiedziana na łamach danego komiksu kończy się źle lub bardzo źle.
Family values i Psychopath to większe historie. Trade paperbacki z nimi zawierają tylko je. Pozostałe wydania to tpb zawierające historie z serii Badlands (aktualnie ponad 100 numerów - wydań zeszytowych; zbierane są na bieżąco w tbp, razem ze Specialami i Annualami). Zachowując ciągłą numerację, kolejne mini serie wchodzące w jej skład piszą i rysują różni autorzy. Trafiają się tam historie rewelacyjne jak i zupełnie nieudane. Niektórzy piszą o tych samych bohaterach, jednak większość postaci nie przewija się na kartach późniejszych komisów z serii. W Polsce nie jest trudno znaleźć ściągane ze Stanów komiksy, jest kilka sklepów które się tym zajmują, pojedyncze numery zdarzają się też na serwisach aukcyjnych lub facebookowych grupach typu sprzedam-wymienię-oddam się za nowe spodnie. Ceny - to inna sprawa. Taniej jest z okazji komiksowych eventów.
Nabyłem głównie historie pisane przez Davida Laphama, Davida Hine'a oraz Simona Spurriera - uważam ich za najlepszych autorów tworzących w ramach uniwersum. Ich historie wykraczają znacznie poza sztampowe opowieści o ucieczce przed hordami postludzi podobnych wrogiemu żywiołowi, wyzutych z człowieczeństwa. Mamy więc opowieść o chrześcijańskich fanatykach z samozwańczym prorokiem na czele, gwałcącym swoje córki i kilka innych kobiet wchodzących w skład społeczności (Family Values), historię o psychopacie opowiedzianą przez psychopatę (Psychopath), historię o zaszczutym, zakompleksionym nastolatku (Yellow Belly), o transgresywnym pisarzu wzorowanym troszkę - przynajmniej wizualnie - na LaVeyu i o uczestnikach jego "warsztatów" (Golden Road), o trudnej przyjaźni hipisa i harleyowca pragnących umrzeć - a przed śmiercią chcących wyrównać pewne rachunki (American Quitters) (narrator z offu między rysunkami + ksiądz wzorowany na tym księdzu z Maczety), o zderzeniu kultur, konflikcie pokoleniowym i o gwałcie zbiorowym w tle (Gore Angels) (jedna z najbardziej poruszających historii z jaką kiedykolwiek zetknąłem się w komiksie), o kolejnym psychopacie, byłym komandosie poszukującym broni biologicznej od której - jego zdaniem - zaczęła się epidemia (Th' Big Yin), o facecie pomagającym kobietom w potrzebie - ale w zamian za coś (Special 2013). Do tego partnerujący scenarzystom rysownicy to naprawdę świetni fachowcy, jeśli chodzi o realistyczne aż do najdrobniejszych szczegółów ukazanie absurdalnie przerysowanej, zupełnie nierealistycznej przemocy, przemocy aż oszałamiającej jej natężeniem, stężeniem i tak przerysowanym, że momentami aż groteskowym okrucieństwem.
Jestem fanem.


Hunter S. Thompson Dziennik rumowy
Hunter S. Thompson Lęk i odraza w Las Vegas
Hunter S. Thompson Hell's Angels. Anioły piekieł

Lęk czytałem już kiedyś - po latach zbiorczo ogarnąłem całego Thompsona, do jakiego udało się dotrzeć. O tych książkach, jak i o samym autorze, zapisano kilometry stron i całe gigabajty, nie ma sensu, bym się powtarzał. Nie wiadomo, gdzie zaczyna się literatura a kończy reportaż. Autor usiłuje zawsze dotrzeć do istoty rzeczy, pozostaje wierny swoim przekonaniom, nie waha się porzucić i tak niemożliwej do osiągnięcia obiektywności (lub wręcz przeciwnie - stara się opisać dane zjawisko jak najbardziej bezstronnie, ocenę zostawiając czytelnikowi - jak w Aniołach piekieł). Fascynująca postać, fascynujące historie, fascynujące czasy.


Marta Abramowicz Zakonnice odchodzą po cichu

Brawa dla autorki, że jej się chciało. Książka, którą odebrałem wbrew pozorom bardzo osobiście. Nie żebym chciał zostać kiedykolwiek księdzem bądź zakonnikiem, jednak rozumiem mechanizmy, które popychają osoby potrzebujące bliskości, przepełnione lękiem, pragnące odnaleźć sens życia - lub po prostu osoby zmanipulowane - w mury klasztorne. Kościół żeruje na takich skrzywdzonych przez dyskurs hegemoniczny ludziach, przemiela ich i przerabia w aparatczyków, którzy spaczone wzorce dyscypliny opartej na bezwarunkowym podporządkowaniu i strachu przed bożym gniewem rozsiewają dalej. Tym bardziej cieszą przedstawione historie, przynajmniej parę dusz opamiętało się w porę, dokonało czegoś iście heroicznego - przeciwstawiło się wszystkim uwarunkowaniom, którym w danej chwili podlegały. Kiedyś sam byłem bardzo mocno religijny. Pamiętam dzień, w którym przestałem. Poczułem, jakby spadły mi klapki z oczu. Miałem wrażenie, jakbym po raz pierwszy w życiu widział świat wokoło w całej jego złożoności i wszystkich odcieniach szarości.
Wracając do książki, w przeciwieństwie do autorki nie wierzę w możliwość reformy, nie uznaję podziału na tych dobrych kościelnych (zdemokratyzowane zakony męskie, zakony żeńskie z zachodu) i czarne owce tkwiące mentalnie w średniowieczu. Instytucja jako taka pasie się na krzywdzie i robieniu wody z mózgu zmanipulowanym masom. Wszystkie abrahamiczne monoteizmy to śmietnik historii, kupczący iluzją zbawienia i skrywający oczywistą prawdę o człowieku i świecie - że jesteśmy mięsem wiszącym w kosmosie na kawałku skały, wiszącym bez przyczyny i bez celu.
Jakiś taki optymistyczny w sumie wydźwięk książki - że coś powoli może i ruszy, że jakieś zmiany może nastąpią - skoro nastąpiły już na zachodzie - niezbyt do mnie przemówił. Jakby autorka trochę się przestraszyła wymowy książki, więc na poczekaniu znalazła np. zatroskanych anonimowych zakonników, pochylających się wraz z nią ze smutkiem nad przedstawionym problemem.
Mało jest także o jakimś szerszym backgroundzie społeczno-kulturowym. O lukach systemowych, które umożliwiają zaistnienie takich patologii jak opisane. O beznadziejnej edukacji, która nie potrafi dotrzeć do zagubionej młodzieży z fachowym wsparciem psychologicznym, a zamiast tego pozostawia ich na pastwę zorganizowanych systemów religijnych. O roli religii jako opium dla mas, o tej fałszywej świadomości, że pojadę klasykiem.
Trochę mnie raził styl autorki. Momentami za bardzo melodramatyczny.
Ale generalnie dobra książka. Każdy bezbożnik powinien przeczytać.

niedziela, 15 grudnia 2013

Fritz Leiber "Ciemności, przybywaj"

W pierwszej chwili, po przeczytaniu informacji zawartych na odwrocie tylnej okładki, moim skojarzeniem było - "o kurczę, anty-kantyczka!".
Rzecz jasna, było to skojarzenie bardzo na wyrost.
Leiberowi chodziło o coś innego, niż Millerowi. Powieść Millera, w gruncie rzeczy chrześcijańska, traktowała niejako o "wiecznym powrocie" w dosyć spłyconym, nie-metafizycznym ujęciu. "Cholera, ale z nas daremny gatunek, niczego się nie nauczyliśmy" - taka była moja pierwsza myśl po zakończeniu lektury "Kantyczki". Spoiler - "Kantyczka" kończy się powtórnym przyjściem. Ale nie Jezusa. I nie dosłownie.
Na pierwszy rzut oka faktycznie "Ciemności, przybywaj" Leibera wydaje się być satanistyczną wersją "Kantyczki". Mamy bowiem też post-apokaliptyczny świat, gdzie panuje feudalizm, a światem rządzi hierarchia kościelna Wielkiego Boga, przy użyciu zachowanej antycznej technologii (bardzo rozwiniętej i kojarzącej się z magią, dodajmy) tworząc cuda i utrzymując ubezwłasnowolnione masy plebejuszy w ścisłym posłuszeństwie.
Przeciwko Hierarchii występuje zakonspirowana grupa zwana Czarnoksięstwem, wyznająca Satanasa.
Oprócz umieszczenia fabuły w realiach post-apokaliptycznych i wykorzystania motywów religijnych "Kantyczkę" i "Ciemności" różni jednak wszystko.
Przede wszystkim, zarówno Hierarchia jak i Czarnoksięstwo tak na prawdę nie wierzą w nic. W żaden byt boski lub szatański. Jedni i drudzy wierzą w naukę - i jedni i drudzy wykorzystują ją dla własnych celów. Ci od Wielkiego Boga trzymają całe społeczeństwo w szachu, prymitywnych plebejuszy pracujących dla Hierarchii niemal niewolniczo, wzbudzają w nich strach i wymuszają na nich posłuszeństwo; ci od Satanasa to rewolucjoniści, chcący obalić Hierarchię. Nie jest sprecyzowane, co dokładnie proponują w zamian. Na pewno opowiadają się za upowszechnieniem technologii sprzed lat i jakąś formą demokracji. Wykorzystują symbolikę satanistyczną i odwołują się do czarnoksięstwa jako do określonego symbolu (i estetyki) - bo Satanas był przeciwnikiem Boga, a oni są przeciwnikami quasi-kościelnej Hierarchii (bo nie jest to po prostu chrześcijaństwo - raczej zabarwiony chrześcijańskim nazewnictwem [anioły, aureole, diakoni, itd.] "bez przymiotnikowy" monoteizm (chociaż rzecz jasna da się tę książkę zinterpretować jako antychrześcijańską).
Koniec starego świata też nie nadszedł nagle. Nie było żadnej zagłady atomowej ani niczego takiego, co by jednoznacznie i zdecydowanie odcięło więzi ze starym światem. Część świata została zniszczona, ale przejście do globalnej władzy Hierarchii i nawrotu do feudalizmu nastąpiło płynnie w końcowym stadium upadku dawnego świata. Władza Hierarchii rozwinęła się także na pozaziemskich koloniach Ziemi.
Treść tej powstałej w 1951 roku książki (Wydawnictwo Solaris zrobiło zabawny błąd i podało datę 2051) (a więc powstałej 8 lat przed "Kantyczką" - może więc to Miller się zainspirował w jakimś tam stopniu Leiberem, a nie na odwrót - kto tam wie) ma charakter uniwersalny. Autor porusza mnóstwo wątków, aktualnych także i teraz. Pokazuje hipokryzję zorganizowanych systemów religijnych, realizujących własne przyziemne interesy pod płaszczykiem czarów-marów, pokazuje tragedię manipulowanego od lat społeczeństwa, które w momencie przesilenia nie jest w stanie samo wziąć spraw we własne ręce ani odróżnić rzeczywistości od wizji rzeczywistości. Pokazuje problem rewolucjonistów, mających ograniczone środki i liczne problemy we własnych szeregach, rewolucjonistów, którzy w celu przeprowadzenia potężnych zmian muszą, czy tego chcą czy nie, oprzeć się na elementach starego systemu.
Wreszcie szalenie interesujący jest wątek gnuśnienia i postępującej degrengolady hierarchicznych struktur instytucji sprawujących władzę, gdzie napływa coraz więcej karierowiczów chcących stabilizacji, a nie rozwoju instytucji jako takiej. Gdy całą władzę w Hierarchii przejmuje jeden człowiek, nagle zdaje sobie sprawę, że oto nadszedł koniec Hierarchii, że ma pod sobą ubezwłasnowolnionych potakiwaczy, legiony potulnych wykonawców jego woli bez własnych poglądów i przekonań. Pozostaje więc kwestią otwartą, czy rewolucja zniesie Hierarchię, czy zastąpi Wielkiego Boga Satanasem - ale nie doprowadzi poza tym do żadnych społecznych zmian.
Równie ciekawy jest wątek postaci rozbitej między poczucie sprawiedliwości a dążenie do własnych korzyści. Akurat tutaj ten wątek jest wzbogacony o "pranie mózgu", jednak i tak pobudza do myślenia.
Za to szybko domyśliłem się, kim był naprawdę jeden z wysoko postawionych liderów Czarnoksięstwa, mający pseudonim Asmodeusz. Ot, również ciekawy wątek. Jakie ten człowiek (i cała frakcja) miał motywacje? Niebezpiecznie jest deklarować wiarę w cokolwiek, gdy tak na prawdę się w to nie wierzy.
Tak czy owak, "Ciemności, przybywaj" to świetna książka, do której będę wracał. Kopalnia najróżniejszych przemyśleń i rozważań o istocie władzy, hierarchii, relacji władzy i podporządkowania. Ba, postawiłbym to obok "Eumeswil" Ernsta Jüngera.

sobota, 7 grudnia 2013

Ludwik Dorn, Robert Krasowski "Anatomia słabości"

Była już "Anatomia siły", czyli wywiad-rzeka Krasowskiego z Leszkiem Millerem, teraz czas na Ludwika Dorna.
Swoją drogą, ciekawe co się z gościem obecnie dzieje. Zniknął gdzieś z politycznego mainstreamu.
A poniekąd szkoda, bo z tego wywiadu wyłania się obraz polityka - jak na prawicowca - w miarę rozgarniętego, którego swego czasu pod skrzydła PiSu i tworów wcześniejszych przywiał podobny osąd rzeczywistości - ale mimo wszystko znacznie trzeźwiejszy.
Zresztą przychylność dla polityki braci Kaczyńskich znacznie bardziej jest widoczna we wspomnieniach przepytywanego polityka jeszcze z wczesnych lat III RP.
Wg. Dorna pomysł na Polskę miały dwa środowiska - Michnika i Kaczyńskich właśnie. Solidarność, reprezentowana przez Geremka i Mazowieckiego nie zauważyła, że PRL się skończył nie tylko w kwestii prostej reformy systemu, nawet biorąc pod uwagę upadek tego, co określa się potocznie jako "komunizm", lecz oto nastała zupełnie nowa rzeczywistość. Po Okrągłym Stole nie było już stron, które toczyły rozmowy. PZPR uwiądł, pozostawiając po sobie tylko strukturę biurokratyczną, resztkę dawnego "centrum", całą machinę biurokratyczną, chwilowo bez głowy i z chaosem poniżej. Pogrobowcy PZPR potrafili się jakoś zorganizować, ekipa postsolidarnościowa - wręcz przeciwnie.
O ile Michnik bał się, zdaniem Dorna, że z szafy wyjdą stare, endeckie demony i zrobią drugi Pogrom Kielecki, albo coś jeszcze gorszego. Ten gość miał też się nieco obawiać środowisk także post-PZPRowskich, za wspomnienia o '68.
Tymczasem jeden Kaczyński miał program by zorganizować nowy ośrodek władzy, silny i niezależny, który narzuciłby coś nowego, wziął w ryzy rozpadające się szczątki PRLu i prowizorki post-solidarnościowej, która zaczęła powstawać bez ładu i składu.
Sympatia Dorna dla braci Kaczyńskich skończyła się jednak bardzo szybko, wraz z powstaniem PiSu, podporządkowaniem partii braciom; Dorn wspomina, że nie chciał być "ministrem na telefon", takim jak potem stał się Kamiński.
Różnił się także w kwestii osądu czym jest "Układ". Wg. Dorna to po prostu niehierarchiczna sieć powiązań, która się zawiązała na gruzach państwowego zarządzania środkami produkcji na przełomie "wieków", sieć biznesowo-polityczno-medialna. Nie żadna zorganizowana struktura, hierarchiczna i z określonym kierownictwem.
Wg. Dorna w walce z tą strukturą poległ swego czasu Leszek Miller, "odstrzelony" poniekąd też przez własne lub sympatyzujące środowiska. Za bardzo chciał wziąć za mordę całe to towarzystwo - nie w sensie zagrożenia ich najrozmaitszym interesom, tylko aby uznali go jego polityczne zwierzchnictwo. Zdaniem Dorna, Miller okazywał się przy tym zdolnym i inteligentnym politykiem.
Sam Dorn też sypie odniesieniami historycznymi i powołuje się na analizy ocierające się o filozofię. Jego analiza, znacznie bardziej stonowana od poglądów przeciętnego sympatyka "sekty smoleńskiej" nie wydaje się być aż tak odległa od rzeczywistości, jak wariant Kaczyńskich.
Chociaż ci również potrafili jeszcze w latach '90 grać politycznie bez przeideologizowania.
Wywiad z Dornem bardzo ładnie się zazębia, dopełnia, z wywiadem z Millerem.
Pozostaje mi tylko jeszcze dorwać wywiad z Rokitą.

niedziela, 1 grudnia 2013

Leszek Miller, Robert Krasowski "Anatomia siły"

Czyli wywiad-rzeka - Robert Krasowski rozmawia z Leszkiem Millerem.
Dowiedzieć się z tego można wielu szalenie interesujących rzeczy.
Niezależnie od osobistych sympatii przyznać trzeba, że były premier jest człowiekiem diablo inteligentnym. Opowiada ciekawie i ze swadą.
Z jednej strony potrafi przyznać, że czasem zdarzyło mu się nie mieć racji (gdy startował do sejmu z listy Samoobrony), lub przyznać wprost, że zmienił poglądy (kiedyś był za podatkiem liniowym, teraz opowiada się za progresywnym i wysoką stawką dla najbogatszych - wynikało to z uznania manifestu Blaira i Schroedera, w którym socjaldemokracja ostatecznie zlała się w jedno z mdłym etatyzmem; w ogromnym uogólnieniu - uznano, że dochód z gospodarki wolnorynkowej powinien iść na socjal i programy pomocowe, więc jeśli jakiś rodzaj podatku - np. liniowy mógłby się przyczynić do zwiększenia dochodów państwa, które można by przeznaczyć do redystrybucji, to można by go wprowadzić; w mojej subiektywnej opinii - kolejny krok socjaldemokracji donikąd, pierwszy tak wielki od czasu konwencji w Bad Godesberg).
Albo czytając byłem już zmęczony, albo mi to umknęło, albo nic o tym nie było - ale zapewne utworzenie przez naszego bohatera Polskiej Lewicy też było błędem. Ciekawe, czy był to rodzaj szantażu wymierzony w SLD czy chęć "przezimowania" chwilowych gorszych politycznie czasów.
Zdecydowanie zbyt łatwo też naszemu bohaterowi przychodzi zmierzyć się z rozlicznymi aferami, które pojawiały się w czasie jego rządów. Wszystko po nim spływa, wszystko sprowadza do ataków personalnych, konfliktów interesów środowisk, którym zawadzał (w tym nieraz i wywodzących się z tej samej tradycji politycznej co on sam) lub bagatelizuje.
Fakt faktem, okres rządów Millera jest oceniany zbyt surowo, zwłaszcza przez prawicę. Postarał się przeprowadzić proces akcesyjny do UE najlepiej jak potrafił. Zaś wiele lat wcześniej zorganizował otwarte spotkanie w świetlicy KC na które przyszyli także członkowie nielegalnego NZSu. Było to całkiem miłe z jego strony.
Zapytany o pro-amerykański kurs swojej polityki odparł, że ZSRR się zawalił a Rosja ma wystarczająco dużo swoich problemów, by się na niej opierać. Sam próbował lawirować między sąsiadami i wielkim bratem zza oceanu, który czasem się czepiał o różne pierdołowate w sumie rzeczy (np. o sprawę Kuklińskiego - to się działo przed wejściem do NATO).
Bardzo ciekawy obraz się wyłania za to odnośnie SLD jako takiego i podejścia byłego premiera. Partia ta jest w sumie partią zachowawczą. PRLowski resentyment ciągnie się za tym środowiskiem, wzorce się reprodukują dalej, wzorce takiego swoistego patriotyzmu państwowego. Wyobraź sobie, drogi czytelniku, Leszek Miller czepia się np. takiego Macierewicza, że ten był guevarystą; w schyłkowym PZPR takich ludzi nie było już od dawna. Zresztą, jeszcze w tym roku w wewnętrznym piśmie członków i sympatyków SLD - "Socjaldemokraci" obok artykułów o tym, że jesteśmy europejską, nowoczesną socjaldemokracją i jesteśmy fajni, był też artykuł broniący akcji "Wisła" (fakt faktem, z terroryzmem band ukraińskich trzeba było coś zrobić, ale to co zrobiono to strzelanie z kałacha do komara).
Z drugiej strony nie ma się co dziwić, że środowisko SLD szuka swojej tożsamości w PRLu. Ocena historyczna państwowości polskiej z lat '45 - '89 jest zaburzona. Ba, spora część społeczeństwa zdaje się wręcz negować zupełnie te czasy, uwypuklając wszystkie oczywiste absurdy i rzeczy złe, ale fakt faktem - lepszy PRL od reakcyjnych postulatów band "żołnierzy wyklętych" destabilizujących sytuację w pierwszych latach po wojnie i marzących o generale Andersie spadającym na Polskę na białym koniu i kilku megatonach lub od urojeń rozbitków historii dryfujących w Londynie i okolicach.
Wreszcie Miller zauważa rzecz oczywistą - porozumienia okrągłostołowe nie były teatrem jednego aktora - Solidarności. Strona rządowa, której też zależało na konsensusie społecznym, też się tam znalazła. Bez jej woli Solidarność mogłaby co najwyżej rozmawiać z głosami w głowie Wałęsy.
A już Lew Trocki pisał o tym, że stalinizm (i post-stalinizm, rozwińmy) utoruje drogę powrotowi do gospodarki kapitalistycznej. Bowiem gdy kuriozalny system nakazowo-rozdzielczy toczony wrzodami przerośniętej biurokracji w końcu się rozpadnie, to kto będzie w pierwszej kolejności "predestynowany" do kontroli środków produkcji? Ano właśnie biurokracja, która i tak tym wszystkim wcześniej zarządzała, tyle, że jako własnością państwa. Jak się śni o wyidealizowanym wolnym rynku, to trzeba się potem obudzić i nie obrażać się na rzeczywistość, że nie zgadza się z przyjętymi a priori założeniami.
Miller zauważa też, że marketing polityczny wszedł do polityki niedawno. On sam jeszcze przyzwyczajony był do innego sposobu sprawowania władzy, znacznie mniej rozmemłanego, znacznie bardziej na serio.
A jakie fantastyczne spostrzeżenia ma były premier o post-solidarnościowej prawicy. I jak bardzo są one trafne. Podsumowałbym je tak, że gdzie kilkoro się kłóci, tam korzystają inni, oraz że dla prawicy większym wrogiem jest inna prawica, niż lewica.
Generalnie bardzo interesująca książka, jeśli kogoś to interesuje.

piątek, 1 listopada 2013

Leszek Będkowski "Ponure raje Janusza A. Zajdla"

Jak wspominałem gdzieś tu na blogu wcześniej, z tydzień temu byłem w Gdańsku. W jednym z budynków Uniwersytetu Gdańskiego było sobie stoisko z książkami. Tzn. nie tylko z książkami, ale i książki tam były najrozmaitsze - od beletrystyki (Lovecraft, Poe, King; Sergiusz Piasecki; Burgess) przez filozofię i pozycje bardziej naukowe z rozmaitych dziedzin, przez rzeczy niezwykłe ("Drzwi percepcji" Huxley'a, ""Językoznawstwo"" Stalina) aż po różne różności.
Wśród tychże różności znalazłem coś takiego. Jako że Zajdla bardzo sobie cenię, tak samo jak i resztę ekipy socjo-fantastów polskich sprzed lat, to sobie to kupiłem.
Jest to dziesiąty numer "Anatomii fantastyki", całkowicie zajęty przez Leszek Będkowski z opracowaniem o Zajdlu będącym skróconą wersją doktoratu autora.
Autor w sumie nie odkrywa Ameryki - uważny czytelnik doszedł sam do tego, że patrzenie na Zajdla jako tylko na komentatora rzeczywistości rozkładającego się i zbiurokratyzowanego PRLu byłoby uproszczeniem, i że Zajdel tworzył ostrzeżenia przed totalitaryzmem o charakterze w gruncie rzeczy uniwersalnym. Autor rozbił na części pierwsze światy przedstawione kilku książek Zajdla i jego opowiadań, przeanalizował je z różnych perspektyw, opisał społeczeństwo ubezwłasnowolnione, itd.
Autor poświęcił trochę słów Lemowi, Wnukowi-Lipińskiemu i jeszcze paru autorom, wśród których nie było Peteckiego, co mnie osobiście zdziwiło.
Tak czy owak, ciekawe opracowanie i wartościowe, szczególnie jak ktoś jest nowy w tych klimatach. Może jeszcze gdzieś można to dostać, kto wie (wyszło w 2000 roku).

Ernst Jünger "Książę piechoty"

Jünger nie napisał książki pod takim tytułem. "Książę piechoty" to pierwsze polskie tłumaczenie "W stalowych burzach" (pierwsza książka Ernsta, z 1920 roku) autorstwa ppłk dypl. Janusza Gaładyka. W drugim wydaniu (z 1938 roku) tłumacz pozostawił "W nawałnicy żelaza" jako podtytuł.
Jak wspomniałem wyżej, jest to pierwsza książka Jüngera. Składają się na nią poskładane do kupy zapiski z lat I wojny światowej, doświadczenia przełomowego dla autora, które wpłynęło na całe jego późniejsze życie.
Spotkać się można ze stwierdzeniem, że autor gloryfikuje w tej książce wojnę. Faktycznie, w porównaniu do np. "Na zachodzie bez zmian" Remarque'a książka może zostać uznana za gloryfikację wojny. Ale mimo wszystko nie jest tak do końca.
Widać wyraźnie, lub może tylko ja to widzę wyraźnie (tzn. reinterpretuję nieco), szczególnie pamiętając o "Sturm"ie, że autor potrzebował zracjonalizować sobie swoje przeżycia, nadać im sens, żeby nie stały się dla niego czymś zupełnie bezsensownym. Z jednej strony opisuje rzeczywistość wojenną zimnym okiem entomologa, przeprowadza jej wiwisekcję, opisuje bez emocji co widzi. A widzi tysiące trupów, widzi śmierć, widzi szaleństwo i ludzkie tragedie. Widzi wszy, szczury, widzi gorejącą śmierć spadającą z hukiem z niebios, widzi ścierające się masy żelaza, widzi ludzkie marzenia starte na proch w stalowej burzy, widzi żywoty złamane w nawałnicy żelaza. Gdzieś tam jeszcze egzystują sobie echa dawnego życia - ale oto nadchodzi nowa epoka, która narodziła się w błocie i krwi, w pyle i gazie bojowym frontu zachodniego, w piekle wojny pozycyjnej, w bezsensownych szturmach na gniazda karabinów maszynowych, pośród stygnących, drgających, rozerwanych na strzępy zwłok w lejach po pociskach artyleryjskich. Z perspektywy kronikarza wylicza ile jego znajomych i przyjaciół poznanych na froncie zginęło, czasem w zupełnie bezsensowny sposób. Tylko czasem pozwala sobie na westchnienie nad śmiercią podwładnych. Nie doszukuje się niczego ponadludzkiego w tym, że kilkakrotnie sam cudem wyszedł żywy z sytuacji niemożliwej. Kończy wojnę czekając na powrót na front, ozdobiony 20 bliznami. Kilka raz mogłoby być śmiertelnych, gdyby pocisk lub odłamek czegoś trafił go kilka centymetrów wyżej czy niżej. 
Jego styl dopiero się rozwija, wraz z charakterystycznym podejściem przejścia od szczegółu do ogółu, jest także zniekształcony przez tłumaczenie (język polski się zmienił od tamtego czasu), ale widać i czuć, że to Jünger właśnie.
Autor był postacią bardzo skomplikowaną. Kotłowały się w nim dwie postawy - jedna - nacjonalistyczna, "masowa", druga - arystokratyczna, heroiczna, indywidualistyczna (ale nie w sensie liberalnym, mieszczańskim). Jest to widoczne też i tutaj. Z jednej strony żołnierz w brudzie i smrodzie, głodny, zawszony i pozbawiony złudzeń wykuwa wiarę w lepszą przyszłość dla Niemiec, autor zobaczył w swoich towarzyszach broni przedstawicieli tego samego narodu, z drugiej strony pada określenie "książę piechoty", które tłumacz słusznie użył jako tytuł książki. Charyzmatyczny i niezłomny dowódca, heroiczny, nieugięty, rycerski (na ile to jeszcze możliwe) prowadzi do natarcia masy żołnierzy, których nie traktuje jako równych sobie. Gigantyczna rzeź staje się dla niego czymś w rodzaju przygody (nie jest tak nigdzie tam wprost napisane, no ale znam starego Ernsta na tyle, by wyczytać coś takiego między wierszami), powinnością, formą bytu. Tak po prostu trzeba, nie ma w tym miejsca na żal, smutek, strach.
Chociaż raz zdarzyło się Ernstowi uciec z bombardowanego leja. Szybko się jednak zebrał w sobie - w końcu był akurat dowódcą kompanii - i pozbierał do kupy kogo się da, dodał otuchy umierającym rannym, itd. Przejmujący fragment, mimo suchości stylu. Innym razem narzeka na to, że wpadł w istny berserk, w czasie potężnego szturmu na wrogie pozycje, gdy zaślepiony szałem i żądzą krwi mordował każdego, kto się nawinie. Przypadkowy wrogi żołnierz zdążył mu zamachać przed oczami zdjęciem z rodziną i dzięki temu nie dostał kulki, a Ernst zdobył się potem na wyznanie, że morderczy szał nie przystoi prawdziwemu wojownikowi. Nie przystoi mu też strzelanie do sanitariuszy, bo to niehonorowe. Strzelanie do kogoś, po zadeklarowaniu tego, że się poddaje również nie jest w porządku.
Wojna materiałowa jednak z definicji nie za bardzo jest honorowa - bo co jest honorowego w bombardowaniu się pociskami artyleryjskimi, które czasem spadną na naszych żołnierzy, bo ktoś coś źle obliczył, w truciu się gazem, itd. Autor wychwycił, że świat się zmienił. Chociaż może powinien po prostu zauważyć, że to tylko jego wyobrażenia nie miały "ekwiwalentu empirycznego".
Bo świat nigdy nie przypominał świata rodem z romansów rycerskich.
Dlatego też Ernst nie opisuje do końca rzeczy charakterystycznych dla żołnierza frontowego - owszem, alkohol się leje strumieniami, są tam też gdzieś rozmaite kobiety. Zarysowuje tylko to, co nie pasuje mu do jego wyobrażeń, do chęci zachowania w obrazie wojny tyle przekonania o honorowym starciu równych sobie, heroicznych jednostek, ile się da. Więc dopiero w "Przybliżeniach" autor obiektywnie przedstawił świat kurew i szpitali dla chorych na choroby weneryczne, wojnę po pijaku i wojnę na innych używkach.
"Księcia piechoty" lub "W stalowych burzach" (późniejsze tłumaczenie prof. W. Kunickiego, który zmonopolizował w sumie Jüngera w Polsce) koniecznie należy więc przeczytać razem ze "Sturmem" i "Przybliżeniami". By wyłapać szerszy kontekst i mieć wgląd w rozterki autora. Bo sama ta książka jako taka, przeczytana w oderwaniu od reszty przebogatej twórczości autora, który potem wielokrotnie sam przekraczał swoje poglądy i szedł dalej, spłyci i wypaczy obraz Jüngera jako takiego.

sobota, 16 lutego 2013

Ernst Jünger "Przybliżenia. Narkotyki i upojenie"

Ernst Jünger to jeden z moich ulubionych pisarzy. Cenię go nie tylko za charakterystyczny styl, jego fenomenalny zmysł obserwacji, zdolność przejścia od opisu szczegółu do rozważań uniwersalnych, do opisu rzeczywistości, styl, z którego bije pasja pisania, każde słowo dźwięczy stalą, pobrzękuje nagromadzoną ekstatyczną energią. Książki Jüngera, jakie miałem okazję przeczytać, to wydarzenia, które przeżywa się wraz z autorem, który nie waha się otwierać przed czytelnikiem ścieżek, na jakie ten sam by nigdy nie wszedł, ba, być może nie zauważyłby nawet ich istnienia. Nawet jego wczesna publicystyka polityczna, dusząca chorobliwą atmosferą "rewolucji konserwatywnej" to niezapomniana przygoda, bo pokazuje już delikatnie zarysowane wątki, które autor uwypukla dużo później, lub z którymi sam się potem zmaga, w tytanicznej walce przezwyciężając samego siebie.
Do tej pory bywa kojarzony (zwłaszcza przez internetowych radykałów, znających go głównie z wikicytatów) ze skrajną prawicą lub faszyzmem, nie do końca słusznie, gdyż zawsze kroczył on własną drogą, nawet, jeśli przechodzącą przez jednoznacznie prawicowe ugory lub faszystowskie zatęchłe bagniska, to prowadzącą znacznie dalej, nie kończącą się na bezdrożach, z których autor nie potrafiłby się wydostać, lub przez które nie potrafiłby przejść dalej, nie oglądając się na próby zaszufladkowania. Żeby była żywą, myśl musi płynąć niestrudzenie, dalej i dalej.
Książka ta przez samego autora została uznana za kontynuację dwóch esejów, w tym znanego i w Polsce "Przez linię" (np. Kronos 1/2011), który był w sumie polemiką z Heideggerem. Zaś książka wyewoluowała z eseju, który autor napisał na 60tkę Mircei Eliadego, z którym wydawał pismo. 
Ernst wstrzelił się z tą książką w zły moment. Akurat trwały rozruchy przełomu lat '60 i 70' XX wieku, a tu nagle uznany za Goethego CDU Ernst pisze książkę o narkotykach. W której nie tylko przedstawia swoje własne przeżycia po rozmaitych środkach, ale też wyraża się ciepło o założycielu Czarnych Panter, o pewnym znajomym hipisie, o Albercie Hofmanie (z którym zresztą razem wyruszał w nieznane), o najróżniejszych autorach poruszających w swojej twórczości temat narkotyków, z Baudelaire'm na czele. Ba, samo pojęcie "psychonauta" pochodzi od Ernsta! Wątki autobiograficzne nie dotyczą jednak tylko zażywania - sam akt przyjmowania tych zeświecczonych komunikantów jest ukazany w szerszym kontekście, nie raz bardzo zabawnym lecz i wstydliwym dla autora (fenomenalny rozdział "Karp po polsku" i jego puenta). Poznajemy także ciemniejszą stronę autora - szwendającego się po rozmaitych zaułkach, szukającego Przygody w zakazanym, nocnym świecie, rozkwitającym dopiero, gdy strudzeni po ciężkim dniu porządni obywatele pójdą spać lub otwierającego przed czytelnikiem świat lazaretów, w których żołnierze leczą nie tyle rany zadane przez wroga w zmaganiach tytanicznych sił wojny materiałowej, co po prostu choroby weneryczne. Przedstawia nam też różnych swoich kolegów i znajomych, mających bardzo... naturalne podejście do kobiet. W tym jednego, który zdezerterował z polskiej kawalerii.
Autor sięgał po święte zioła i sterylną chemię w kilku celach. Pierwszym z nich, co rzuciło mi się w oczy już w czasie lektury "Promieniowań", jest fascynacja autora śmiercią. Nie jest zawsze jasno wyrażona, ale pojawia się i fascynuje autora, który się z nią zmaga. Widać to w momencie jego rozważań o śmierci ojca (w momencie jego śmierci na nocnym niebie zobaczył jego oczy) czy - zwłaszcza - w misterium jakim stało się dla niego rozstrzelanie dezertera. Już martwy, przeszyty kulami, zdawał się być autorowi nadal żywym, chcącym coś powiedzieć, coś przekazać.
Autor, doszedłszy do wniosku, że drogi religijne są nieprzejezdne we współczesnym świecie, do tej granicy, ostatecznej granicy oddzielającej życie od śmierci spróbował dotrzeć niejako na skróty, za pomocą narkotyków. Sam przy tym zadawał sobie pytanie, czy ten sposób na pewno zadziała, czy nie byłyby właściwsze "klasyczne" metody jak asceza, posty i praktyki religijne. Czuł się obco, niejako jak złodziej, chcący dotrzeć do Sacrum, chociaż tego niegodny.
Z drugiej strony, nad książką unosi się duch jednostki suwerennej. Unosi się duch gnanego ciągle naprzód, heroicznego łowcy przygód, rodem z dawnych powieści awanturniczych. Autor przecież od samej młodości poszukiwał w życiu wrażeń, co dobrze ilustruje chociażby jego epizod z Legią Cudzoziemską. W dzisiejszym świecie nie ma już białych plam na mapie, zaginionych plemion żyjących w niedostępnych dżunglach wśród ruin pradawnych, zatopionych w odmętach eonów czasu cywilizacji. Jeśli nie ma - to sami je stwórzmy. Właśnie przy pomocy narkotyków. Ten wątek bardzo ale to bardzo przypomina mi Hakima Beya. Ciekawe, czy Wilson zna twórczość Ernsta. Pewnie tak - jeden i drugi bardzo wiele czerpie od starego Stirnera, jeden i drugi tęskni za Nieznanym.
Wreszcie autor oczekuje tego, co nazwał "wielkim przejściem". Na ile dobrze zrozumiałem tą koncepcję, autor powraca niejako do konceptu zmiany form, mamy więc jakąś treść, niczym monadę, która promieniuje na świat, różnie się w nim manifestując. Wielkie przejście ma być zmianą wszystkiego, wręcz religijną, autor uznał, że przygotować się do tego można na drodze wspierania się odpowiednimi substancjami.
Są też inne dwa powody, przedstawione przez Ernsta już w "Heliopolis", które uwypukla z treści "Przybliżeń" nieoceniony prof. Wojciech Kunicki, w posłowiu. "Pruski anarchista" miał z jednej strony uciec od rzeczywistości, która wymknęła mu się spod kontroli, a którą sam pomagał konstytuować (już w "Promieniowaniach" narzekał, że "Robotnik" cieszył się wielką estymą wśród żołnierzy Waffen SS i Hitlerjugend, co nie za bardzo mu odpowiadało), wyemigrować wewnętrznie, gdy to, w co wierzył, rozsypało się, wyemigrować w świat wyobraźni, z drugiej strony stworzył w "Heliopolis" postać ofiary, przedstawiciela prześladowanego narodu, który do narkotyków sięga również po to, aby uciec od rzeczywistości, ale z diametralnie innych, oczywistych powodów.
Książka jest naprawdę świetna i gorąco polecam przeczytanie jej.

niedziela, 11 listopada 2012

Odpryski VI

1) Jakiś czas temu, jadąc pociągiem do Krakowa, zacząłem czytać zbiór opowiadań Andrzeja Zimniaka Homo Determinatus. Niestety, nie ukończyłem czytać tej książki, bo coś tam. Ale na ile pamiętam pierwsze opowiadanie, to autor rozkminiał zagadnienia związane ze snami, innymi światami i ich prawdziwością i różnymi takimi. Czytało się to łatwo i bezproblemowo, to może kiedyś to skończę czytać.

2) Jakiś czas temu przeczytałem książkę Jacoba Taubesa Teologia polityczna świętego Pawła. Autor, związany bardziej z judaizmem niż chrześcijaństwem, dokonuje kilku ciekawych interpretacji dotyczących samej kwestii żydowskości Pawła i jak sobie z nią poradził. Smutny wstęp jakiejś smutnej profesorskiej kąserwy, z którego to wstępu wyniosłem tylko wiedzę o tym, że nad świętym Pawłem pochylał się m.in. Żiżek, i chyba do niego też więc kiedyś w końcu zaglądnę.

3) W Lewiatanie [sic] Coca-Cola [sic] za 6,66zł [sic!]. I jak tu nie wierzyć w globalny spisek illuminatów.

~~~ ciach, ciach, ciach ~~

8) Serdecznie pozdrawiam kogoś, kto na tegoż bloga trafił przez link w poczcie firmowej "Fabryki Słów" ;)

piątek, 21 września 2012

Alexander Sołżenicyn "Zagroda Matriony"

Jest to zbiór opowiadań i miniatur, w których autor, pisząc wprost i nie siląc się na owijanie niczego w bawełnę, ale i nie sugerując niczego czytelnikowi, przedstawia życie prostych ludzi w ZSRR w czasach stalinowskiej nocy, ale i po niej, gdy w sumie nie zmieniło się tam wiele. Bohaterowie Sołżenicyna to bardzo często ludzie szczerze wierzący w komunizm, którzy jednak w zderzeniu z rzeczywistością zaczynają się zastanawiać nad swoim postępowaniem i/lub rozdźwiękiem ideałów od tejże rzeczywistości (prosty, szczery żołnierz, komendant na stacji kolejowej, który zgłosił do NKWD jednego z petentów, jako wrogiego agenta; dyrektor technikum oraz lokalny partyjny aparatczyk, wykiwani przez władze centralne odnośnie nowego budynku dla technikum) ew. szarzy, zwykli ludzie, żyjący nierzadko w koszmarnej biedzie i niechętnym otoczeniu (tytułowa Matriona; córka zesłańca i więźnia, która o ojcu czyta w przypadkiem gazecie - że niby jej ojciec nie dożył dzieła swojego życia - przewrotność systemu widać w tym jak na dłoni). Kilka miniatur nie ma de facto bohaterów, tylko ma formę rzutowania obrazu na pewien szczegół i opisania go, oraz wyprowadzenia z niego wniosków dla ogólności jakiego zjawiska/pojęcia (coś podobnego było np. u Jüngera), nieraz są to spostrzeżenia dosyć naiwne (np. - jesteśmy w stanie zbudować supernowoczesne cokolwiek do zabijania a nie potrafimy stworzyć małej, puchatej kaczuszki; lub - poruszamy się śmierdzącymi i topornymi samochodami, a nie przy pomocy pięknych, wolnych zwierząt - jesteśmy tacy, czym się poruszamy) ale plus dla autora, że potrafił dostrzec takie różne różności, wyłowić je z codziennego życia, odkryć je, przedstawić ku zdziwieniu czytelnika, który może sobie nawet i pomyśli "Hm, jej, nigdy na to nie wpadłem, a widziałem to od dawna".
Autor stara się nie moralizować, raczej pewne tezy widać po prostu same, jak na dłoni, w czasie czytania jego twórczości, jest jednak od tego pewne odstępstwo, mianowicie ostatnie opowiadanko, które opowiada o procesji wychodzącej z cerkwi, procesji otoczonej przez nieprzychylny, wrogo nastawiony tłum. Tam autor wprost i dosłownie formułuje na końcu tezę, że oto koniec Rosji, upadek i pożoga. Ale można mu, w końcu wielkorusowi z przekonania, wybaczyć to jedno moralizatorstwo.
Styl autora jest jednocześnie prosty i zrozumiały, z drugiej strony za pomocą błahych często, mało wyrafinowanych słów potrafi oddać idealnie malujące się uczucia postaci, ukazać ich głębię, ich rozterki, ich problemy, potrafi namalować szarzyznę radzieckiej rzeczywistości, pełną obłudy, wytartych frazesów i wszechobecnej hipokryzji. Autor nie ubarwia, pisze wprost, momentami ma to wręcz turpistyczny, naturalistyczny wydźwięk, przy tym potrafi dostrzec i docenić piękno natury, nad której losem też się niekiedy pochyla.
Chyba wezmę się za "Archipelag GUłag".

środa, 12 września 2012

Coś tam dzwoni, w jakimś kościele, ale cholera wie w jakim #1

(Nie)stety zbiorczo. Bo zdążyłem już pozapominać szczegóły. Tak to jest, jak nie jest się systematycznym. "Ostatni czas" obejmuje w sumie okres z 2 miesięcy jakoś.

1) Stanisław Lem, "Opowiadania wybrane"

Sama radość. Klapaucjusz i Trurl na przypowieściowo, pilot Pirx użerający się z człekopodobnymi robotami (lub nie człekopodobnymi) a na deser "Niezwyciężony". Po cóż się rozpisywać dalej, wstyd nie znać.

2) Stanisław Lem, "Wizja lokalna"

Nieco przegadana radość, którą czytałem po raz pierwszy dawno temu i w sumie aż dziw że wtedy cokolwiek z niej zrozumiałem, bo pełnię radości, mnóstwo aluzji polityczno-społeczno-filozoficznych (dyskusja z fantomatami czy jak się to zwało - Peruniku, jakąż trzeba było mieć wyobraźnię, by coś takiego stworzyć! I jakąż trzeba było mieć wyobraźnię, by wykombinować coś takiego jak kurdle i etykosfera; no i jeszcze BIM - BAM - BOM) zrozumiałem dopiero teraz. Wspaniałość.

3) Maria Michalczyk, "Diabeł "Piątej Kolumny""

Czyli książka historyczna o konfidencie niemieckim Wittku, z pochodzenia Chorwacie (lub chorwackim Niemcu) i ustaszu zamieszanym w liczne akcje terrorystyczne. Czyta się jak książkę sensacyjno-kryminalną. Najstraszniejsze, że skurwysyn działał w moich rodzinnych stronach, przez niego nastąpiło m.in. rozbicie Organizacji Orła Białego (masowe groby na Borze i Brzasku) czy pacyfikacje wsi z Michniowem na czele. Warto dotrzeć i przeczytać.

4) Jacek Dukaj, "Inne pieśni"

Znowuż powrót do książki, którą czytałem dawno temu (mam pierwsze wydanie), i znowu zaskoczenie, że tyle tam jest rzeczy ciekawych, które wcześniej jakoś mi umknęły. Wizja świata pomiędzy hmm Heraklitem a Platonem, strategosi, nimrodowie, aresi, krasistosi, narzucanie formy, zagłada nadciągająca z kosmosu oraz polityczne przepychanki wokół Spaczenia. Do tego mnóstwo opisów przeżyć wewnętrznych bohaterów czyli Dukaj jakiego znamy i lubimy a w każdym razie ja.

5) Jacek Dukaj, "W kraju niewiernych"

Zbiór opowiadań jeszcze z SuperNowej. "Katedra", "Irrecośtam", "Medjugorie", "Ziemia Chrystusa"... Dużo o religii - przewrotnie ale nie przeciwko, dużo o człowieku i jego świecie, dużo światów i rzeczywistości odległych, nierealnych, alternatywnych. Moc radości.

niedziela, 13 maja 2012

Thomas Carlyle "Bohaterowie"

Z Carlyle'm mam problem. Z jednej strony jego prze-nietzscheański heroizm, kult jednostki wybitnej, która zmagając się ze światem popycha go na nowe tory wbrew wszystkim możliwym "dziejowym koniecznościom" lub nawet samej naturze, brzmi naprawdę nieźle, ba, można nawet to sobie przerobić samemu na wersję anarchistyczną. Do tego mamy jakieś aluzje do niemieckiego romantyzmu, do koncepcji "wiecznego powrotu", patetyczny antyintelektualizm. Niestety, po lekturze "Bohaterów" nawet przychylnego autorowi czytelnika może ogarnąć w najlepszym razie znudzenie, w najgorszym zniechęcenie.
Nie jest to zła książka, gdyby patrzeć na nią pod względem tylko stylistycznym. Trzeba przyznać, że autor był erudytą, i wiedział, jak posługiwać się językiem. Z drugiej strony, jak na dłoni widać miałkość jego myśli, którą spłycić można tutaj tylko do fascynacji ludźmi wybitnymi, i maskowanego  kompleksu niższości (moja autorska interpretacja wyczytana między wierszami, nie musisz się z tym zgadzać, ba, sam nie będę tego twierdzenia jakoś specjalnie mocno bronił), jego wręcz absurdalny elitaryzm (chociaż jakiś heroizm proletariacki niby też powstał, aaaale...), wreszcie pochwała i obrona angielskiego imperializmu. Co ciekawe, fascynacja ludźmi wybitnymi nie dotyczy wszystkich aspektów ich myśli czy kultury, w jakiej się obracali, autor podchodzi do tych kwestii z charakterystycznym dla Anglosasów poczuciem wyższości, uznając np. Odyna za człowieka, który na tyle był rozgarnięty wśród społeczności otaczających go dzikusów, że obwołano go potem bogiem.
Autor przedstawia bohatera jako bóstwo, poetę, wodza, proroka, itd, podając odpowiednie przykłady (Odyn, Mahomet, Szekspir, Dante, Napoleon, Cromwell, Luter, ktoś tam jeszcze chyba był), skupiając się na przewadze moralnej, a nie intelektualnej, oraz na powinności, którą ci bohaterowie spełniali wobec swoich społeczności, spełniali dla nich, samemu żyjąc skromnie, nieraz wręcz ascetycznie, poświęcając się dla innych, widać tutaj post-protestancki rys w myśli autora (który porzucił kalwinizm pod wpływem najprędzej romantyzmu niemieckiego).
Największym plusem książki jest zaś to, że w jakiś tanich książkach można i za 6zł znaleźć.

piątek, 23 grudnia 2011

Ernst Jünger "Sturm"

Ta mała, niepozorna książeczka wywróciła moje pojmowanie Autora i moje pojmowanie jego ideowej drogi do góry nogami. Nic już nie jest takie, jakie było wcześniej.
Jest to w sumie niewielkie opowiadanko napisane pierwotnie w roku 1923. Autor jednak zapomniał o nim aż do lat '70 XX wieku, gdy pod wpływem wydawcy niechętnie zgodził się na jego wznowienie. Ponoć nie przeczytał go wtedy ponownie.
Jeśli ktoś czytał chociażby wybór publicystyki politycznej Autora z lat '20 XX wieku, taką solidną książkę wydaną swego czasu przez Arcana, ten wie, czego się spodziewać. Uznanie wojny za coś dobrego, za podstawę wręcz metafizyczną dla nowego nacjonalizmu, no i wszystkie inne ładnie brzmiące slogany rewolucji konserwatywnej, do tej pory klepane często przez jakiś internetowych radykałów, którzy nawet jak wyjdą czasem z internet, to po to, by przeprowadzić jakiś żenujący performance. Jünger jak mało kto podłożył podwaliny ideowe pod nazizm, jednak dopadł go syndrom Trockiego - ostateczny efekt tego, co mu się pierwotnie spodobało, na tyle rozmijał się z zamierzeniami, że Autor odsunął się szybko od tego, co wyrosło na bazie jego myśli. W przeciwieństwie jednak do Trockiego nie podskakiwał, czas wojny przesiedział głównie we Francji (nie licząc epizodu na froncie wschodnim) na swoistej emigracji wewnętrznej, mimo tego, iż był oficerem Wehrmachtu. Ale o tym pisałem przy okazji przedstawienia Promieniowań.
Sturm jest o tyle niezwykłym dziełkiem, że ma wydźwięk antywojenny i anarchizujący, indywidualistyczny. W porównaniu do publicystyki politycznej Autora powstającej w tych samych latach, ma to wydźwięk wręcz schizofreniczny i stawia bardzo wiele najróżniejszych pytań o szczerość autora nie tylko wobec własnych poglądów, ale i wobec samego siebie. W Sturmie odnalazłem wiele pomysłów rozwiniętych dopiero w Eumeswil.
Rzecz się dzieje na froncie zachodnim I WŚ, niemieccy żołnierze siedzą na froncie i starają się tam odnaleźć. Głównym bohaterem jest podporucznik Sturm, alter ego Autora, biolog, wrażliwy artysta który trafił na wojnę bo wierzył w potęgę łopoczących na wietrze sztandarów. Oprócz niego jest dwóch innych podporuczników, z którymi spędza te chwilę beztroski na rozmowach o życiu, o sztuce, o wojnie, o człowieku jako takim. Jeden z nich też jest artystą, malarzem. Wszyscy zastanawiają się, co ich pchnęło do służby wojskowej, gdyż zdają sobie sprawę, że nie są ulepieni z gliny wojownika. Wszystkich pociągał heroizm, dawne historie o rycerzach, o honorze, przygodach i dumie, także charakterystyczna (wtedy) dla (ówczesnych) Niemców pogoń za zbiorowym głosem pulsującej krwi, tętniącej życiem i obiecującej niemożliwe.
Jednak czasy się zmieniły. Dawne pojęcie wojny jako indywidualnych de facto pojedynków, gdzie o zwycięstwie nad przeciwnikiem decydowała zręczność, odwaga i zimna krew, gdzie było miejsce na honor i cnoty wojownika, mówiąc kolokwialnie, poszło się jebać pod tonami stali przetaczającej się po polu bitwy po tych wszystkich nieszczęśnikach, którzy mięli pecha stać w złym miejscu o złej porze. Nie sposób nie zauważyć jakościowej i ilościowej różnicy pomiędzy dawną wojną, a wojną współczesną (Autorowi), gdzie po raz pierwszy ilość przeważyła jakość, a masa - jednostkę. Cóż więc można dodatkowo powiedzieć obecnie, w czasach lotnictwa bezzałogowego, jakiś gówien umieszczonych na orbicie, itp. Ale to taka dygresja tylko.
Bohater czyta sobie i kolegom fragmenty swoich opowiadań, w których bohaterowie, twarde sukinsyny, dzieci swoich czasów i swoich powołań, nagle zaczynają wątpić, zastanawiać się. Ogólnie, mimo wyraźnego witalizmu bijącego z kart Sturma (niby Sturmu, ale nie chodzi o sturm tylko nazwisko) znacznie więcej jest tutaj dzielenia włosa na czworo i szukani sensu tam, gdzie jakikolwiek sens został przygnieciony przez wątpliwości niczym młody żołnierz-idealista w gruzach ostrzelanego przez artylerię umocnienia.
Jünger jest w stanie zauważyć, że wojna to jednak gówno, że ci z drugiej strony to być może również idealiści, których oczekiwania nie pokrywają się z rzeczywistością, że to współczesne państwo uczyniło z ludzi swoich niewolników, że jednostka nie ma nic do powiedzenia wkręcona zarówno w aparat administracyjny, jak i w tryby historii. Dosyć niezwykłe stwierdzenia jak na wczesnego Jüngera. Jünger wyraźnie i wprost wątpi w to, co sam zachwalał w licznej i obfitej publicystyce politycznej (także pisanej pod pseudonimem Hans Sturm). Pojawia się też pierwsza przymiarka pod postać anarchy - wepchnięty w formy charakterystyczne dla swoich warstwy społecznej i zawodu jegomość z opowiadania Sturma zachowuje wewnętrzną wolność.
Co to miało znaczyć? Cóż się stało? Czy Jünger - faszysta/rew-kon to przykład na to, że Ernst sam siebie oszukiwał, próbował rozpaczliwie znaleźć uzasadnienie dla sprawnie przeprowadzonej środkami mechanicznymi rzezi, w jakiej brał udział, próbował wyprzeć, zamazać wrażenie przebytej traumy, a jednocześnie dał swoim wątpliwościom upust w opowiadaniu Sturm? Cóż, tego chyba się nie dowiemy. Zaś sam Autor w moim prywatnym rankingu postaci inspirujących ląduje na miejscu pierwszym.

sobota, 19 listopada 2011

Ernst Jünger "Promieniowania. Pierwszy dziennik paryski. Zapiski kaukaskie. Drugi dziennik paryski."

Dobra książka jest jak kieliszek dobrego czerwonego wina, delikatnie cierpka, rozlewająca się boskim nektarem po języku, muskająca podniebienie, by następnie spłynąć głębiej strumieniem nieziemskich doznań, rażących zmysły świetlistym blaskiem przynoszącym ze sobą ulotny moment zrozumienia. Dobra książka jest też jak kieliszek absyntu, rzecz jasna podanego w barbarzyński sposób - zielona wróżka nie utopiona w cukrze razi te punkty jaźni, które na co dzień pozostają głęboko uśpione, uderza szybko i celnie, padają z głośnym hukiem bariery, których istnienia człowiek się nawet nie spodziewa. Nagle znikają zasłony i przez urywki chwil, spowity w zielonym dymie człowiek dotyka samej esencji istnienia.
Co prawda wino mieszane z absyntem może przynieść cierpienie, zrzucenie do Tartaru ze szczytów Olimpu doznań, jednak cóż jest w ogólnym rozrachunku warte ludzkie życie, ponad te nędzne próby sięgnięcia do gwiazd, w wieczny mrok zalegający w nie dających się opisać przestworach niezmierzonych przestrzeni. Czy kiedyś wielka tęsknota za nieznanym, trapiąca Człowieka od tysiącleci, każąca iść mu dalej i dalej, każąca mu wpatrywać się w przestwór rozgorączkowanymi oczami zostanie zaspokojona?
Takie to też różne wrażenia nachodzą czytelnika w czasie czytania Promieniowań, dzieła monumentalnego, przeszywającego do szpiku kości, dzieła będącego jak ożywczy powiew wiosennego wiatru dla skostniałych i zmarniałych pędów zabijanych miarowo przez mróz wiecznej zimy.
Cóż to są te "promieniowania"? Sam najlepiej w przedmowie ujął to Autor - przez to słowo należy w głównej mierze rozumieć wrażenie, jakie świat i jego przedmioty wywołują w autorze, stwarzaną przez nie delikatną kratą światła i cienia. Przedmioty są rozmaite, nierzadko sprzeczne; ba, nawet biegunowo przeciwne, jak "Wschód i Zachód" oraz inne wielkie tematy naszego świata, które szukają zestrojenia w naszym wnętrzu. (...) Promieniowania - autor chwyta światło, którego odbicie pada na czytelnika. (...).
A tak bardziej po ludzku? Są to dzienniki prowadzone przez autora, kapitana rezerwy, w czasie jego kariery w Wehrmachcie w czasie II WŚ. Nie był jednak żołnierzem frontowym, jak w czasie I WŚ, która tak mocno wpłynęła na niego i uwarunkowała jego światopogląd w ramach rewolucji konserwatywnej, zajmował się różnymi sprawami, a w swoich dziennikach praktycznie nie wspomina o swoich obowiązkach (raz zdarzyło mu się być obecnym przy rozstrzelaniu dezertera - bardzo przejmująco opisana scena, nawet dla autora obeznanego ze śmiercią [ponoć do końca życia miał on nad łóżkiem hełm angielskiego żołnierza, którego zabił w walce na bagnety w czasie I WŚ - specyficzne trofeum]).
Jeśli ktoś dokładnie nie zna poglądów reprezentowanych przez autora, jego bujnej i długiej ideowej drogi, to niech wypierdala do swoich pokemonów, pieprzony podczłowiek, rzeczy podstawowych i oczywistych nie chce mi się przypominać, tutaj tylko ogólne wrażenia i opinie.
Widzimy pruskiego anarchistę (jak go określił Tomasz Gabiś), jak polemizuje z interpretacjami własnych prac (zwłaszcza Robotnika), jak ten, który uknuł pojęcie "Totalnej mobilizacji" został pokonany przez francuską sztukę życia, czyli to, co sam krytykował i zwalczał, co czyni go niemalże protoplastą (bardzo dalekim i niezmiernie odległym) sytuacjonistów i Baudrillarda. W 1941 roku rozpoczyna pisanie pracy o pokoju, którą czytało wielu późniejszych spiskowców przeciwko Kniebolowi. Widzi, jak odhumanizowana technologia ostatecznie zabija jednostkowy heroizm i rycerskość, jak wojna - szczególnie na froncie wschodnim - przybiera formy nienawiści czysto zoologicznej, międzygatunkowej chęci wyrżnięcia się wzajemnie, triumfu niskich, prymitywnych instynktów. Obserwuje wewnętrzne napięcia (i wreszcie otwarty konflikt) między SS i Wehrmachtem, spotyka się zarówno z Picassem jak i Carlem Schmittem, zbiera owady i pije burgunda gdy alianci bombardują miasto. Pisze między słowami, ale pisze też słowami. Daje czytelnikowi wgląd w swoją duszę, rzuca go w kotłujący się bezmiar przeżyć i napięć. Stara się być człowiekiem w świecie, gdzie ludzie stają się rzadsi. Widzi umierające tabu i rozpad starych form, ale nie optuje już za chaosem, którego trzeba okiełznać.

Promieniowania Jüngera to niezwykłe świadectwo - zarówno epoki, jak i ludzkiej wrażliwości, próby wykrzesania z siebie heroizmu w świecie statystyki. Za cholerę za to nie wiem, co z tej książce znajduje skrajna prawica - dla mnie to pierwsze poważne rozliczenie, przewartościowanie wcześniejszych poglądów autora, gdy zostały skonfrontowane z rzeczywistością.
A tutaj jako mała ciekawostka, wkład Jüngera w chemiognostycyzm.

piątek, 5 sierpnia 2011

Adam Benon Duszyk "Ostatni niepokorny"

Dokładny tytuł opisywanej książki to "Ostatni niepokorny - Jan Wolski 1888 - 1975 (Anarchista - Wolnomularz - Spółdzielca)", jednak nie zmieściłby się w ograniczonej przestrzeni przeznaczonej na tytuł posta.
Książka bardzo daleka od beletrystyki, a jednak zajmująca, przykuwająca uwagę i obfita w zwroty akcji (co jest sprawą już nie tylko autora, ale i przedstawianej w książce postaci). Autor zaś to jeden z ostatnich prawdziwych pasjonatów nauki, jakich miałem okazji poznać w swoim życiu (niekoniecznie poznać osobiście), mam od niego tą książkę za darmo i z dedykacją. Aż smutno się robi, że taki człowiek nie prowadzi działalności naukowej na jakimś uniwersytecie, tylko musi użerać się w liceum m.in. z jednym moim znajomym faszystą (chyba, że sam chciał prowadzić działalność naukową w Radomiu, wtedy zwracam honor; zresztą, nie znam się w sumie, więc niepotrzebnie akurat w ogóle to zdanie napisałem, ale jak napisałem, to niech już będzie, trudno). Autorowi nie można niczego zarzucić również na polu merytorycznym.
Autor w swojej książce przedstawia postać bardzo ważną dla polskiego kooperatyzmu (oraz dla polskiego wolnomularstwa), a nieznaną praktycznie w szerszych kręgach fascynatów tych zagadnień. Dzieło autora, polegające na otrzepaniu tej postaci z kurzu historii i ponowne przedstawienie jej zasługuje na podziw i uznanie. Jan Wolski, jeden z abramowszczyków, zakładający kooperatywy nawet w wojsku, prześladowany w PRL za wierność prawdziwym ideałom spółdzielczym, a nie państwowej łapie miażdżącej wszystko, na co spadła, wreszcie wysoki rangą mason, postać nietuzinkowa i nie dająca się łatwo zaklasyfikować - o ileż bardziej taka postać zasługiwałaby na upamiętnienie i zapamiętanie w społeczeństwie, od całej masy spektaklowych polityków.
Książkę można kupić m.in tutaj.