poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Odpryski IX

Trochę ludzi poumierało ostatnimi czasy .

1) Harry Harrison (zm. 15 sierpnia 2012), nie muszę go chyba czytelnikom akurat tego bloga przedstawiać?

2) Sergio Toppi (zm. 21 sierpnia 2012), rysownik komiksów, słynny i wpływowy.

3) Neil Armstrong (zm. 25 sierpnia 2012), człowiek, który chyba jednak - z całym szacunkiem dla niego - nie był na Księżycu (ot, kolejna teoria spiskowa, której daje - jeśli nie wiarę - to kredyt zaufania przynajmniej).

Ian Watson "Magia królowej, magia króla"

Trzecia książka Watsona jakąś czytałem, i trzecia książka Watsona, w której rzeczywistość nie jest zbyt rzeczywista, ew. może się pozmieniać znacznie. Podobnie jak ze Silverbergiem - każda jego książka jaką czytałem, dotyczyła ludzi po przejściach, chcących albo się zmienić, albo ktoś chciał ich zmienić, albo szukających odkupienia. Nie wiem, czy to tak jak trafiłem po prostu, czy oni już tak mieli. Ale, rzecz jasna, to nie jest żadna wada czy przytyk.
I tak, "Magia..." to opowieść o świecie, w którym dwa królestwa toczą ze sobą odwieczną wojnę. Jedno z nich jest dobre, słoneczne, dzienne, mają dzielnicę burdeli w stolicy, drugie zaś jest wypaczone, złe, ludzie żyją tam nocą, a śpią w dzień, za to rozwija się tam lepiej nauka. Walczą owe królestwa ze sobą za pomocą magii używanej przez wierchuszkę, magii poprzecznej i drugiej, której nazwa mi wyleciała z głowy, a które to postaci to nic innego jak personifikacje figur szachowych. Rzecz jasna to wszystko znacznie bardziej zagmatwane, a kończy się bardziej hardkorowo niż "Łowca śmierci", gdy Uroboros zatapia zęby w swoim ogonie, a bohaterowie - giermkowie (pionki) dwóch zwalczających się królestw, chłopak i dziewczyna, która była zresztą szpiegiem i prostytutką, skaczą radośnie ze świata w świat, z rzeczywistości do rzeczywistości, by trafić tam, skąd przybyli, ale inaczej...
No i jeszcze cały ten świat szachów ma jakieś takie pseudo-słowiańskie tło. Poczciwość, można poczytać, propsy autorowi za wyobraźnię.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Arthur Conan Doyle "Trujące pasmo"

Mała książeczka wydana w latach '90, którą w pewnej internetowej księgarni kupiłem nową, i to za jakąś śmieszno-symboliczną cenę (coś chyba 1,50zł, ale nie pamiętam już dokładnie).
Mało kto kojarzy, że sir Doyle, znany przede wszystkim jako twórca postaci Sherlocka Holmes'a, był również autorem (pre)s-f, jego najsłynniejszą książką z tego gatunku był bez wątpienia jeszcze znany mniej-więcej "Zaginiony świat", ale zdarzyło mu się popełnić więcej dzieł i dziełek o przygodach prof. Challengera i jego mniej lub bardziej dystyngowanych, anglosaskich to wyrzygania, przyjaciół.
"Trujące pasmo" to zbiorek opowiadań, jedno z nich, ostatnie, nie ma związku z pozostałymi, opowiada o dwóch wynalazcach i ich kłótni, i kończy się bardzo lovecraftowo (śmiercią jednego z nich i szaleństwem drugiego). Ale to może dlatego, że to u jednego i drugiego wpływy Poego. Tytułowe "Pasmo" to historia o tym, że Ziemia znalazła się na przecięciu trajektorii lotu komety, która zatruła eter ziemski, przez co ludzie zaczęli umierać i w ogóle rozgrywa się koniec świata. Ale przewidujący prof. Challenger i jego druhowie siedzą przy butli z tlenem w jego posiadłości i dyskutują żywo o nadchodzącej śmierci. Nikt rzecz jasna nie wpadł na to, żeby zaprosić do pomieszczenia kogoś ze służby, co to, to nie, lepiej obłudnie uronić łzę nad ich losem i przy burżujsko-arystokratycznym stole żreć wykwintnie, czekając na śmierć przy rozmowach o własnej zajebistości, potem, gdy trucizna się ulatnia, dochodzą jeszcze różne rozkminy o brzemieniu, odpowiedzialności, itd. Mówiąc szczerze, bardzo ale to bardzo denerwowało mnie to opowiadanie, przez bufonadę bohaterów. Ale sam pomysł - i zakończenie - do końca świata jednak nie doszło - bardzo interesujące.
Drugie opowiadanie przedstawia nam projekt prof. Challengera polegający na próbie dokopania się do układu nerwowego planety Ziemi, która okazuje się być w pewien sposób żywą, inteligentną istotą. Nic specjalnego, ale też nie jakiś gniot.
Tak czy siak, jak za książkę za dużo mniej niż 5zł, to jest nieźle, ale to raczej drażniący swoim stylem i postaciami przebrzmiały manifest anglosaskiej, konserwatywnej bufonady.

Powrót do zaklikiwania kozłów i inne

I) Ot, pogranie sobie w Titan Questa zawsze jest w porządku, szczególnie, jeśli powinno się robić w tym czasie coś zupełnie innego i pożytecznego.
Wróciłem do moda Paths, niestety najnowszy 1.5 nie był dostępny w wersji xmax, przez co przeszedłem grę na Normalu Vandalem i zaczynam właśnie Epic. Tego mi brakowało przy wszystkich poprzednich razach, gdy opierałem się na Berskerkerze - jakiś umiejętności obszarowych, mogących unieszkodliwić na stałe lub przejściowo moby na dużym obszarze, szczególnie, że to xmax, gdzie ilość przeciwników momentami oszałamia, a moby złożone z samych Bohaterów to już w ogóle rzeź większa nieraz od walki z bossami - brakowało mi Chaos Storma, umiejętności Dokkaebi, zabawnej dosyć i szalonej klasy wsparcia, która sama dla siebie nie jest zbyt mocna, ale jako wsparcie sprawdza się idealnie. Maksymalnie ulepszony Chaos Storm jest w stanie wybić wszystko, co stoi na danym obszarze (Frostburn i Wound Damage, i jeszcze jakiś, ale mi wyleciał z głowy), do tego usypia/wzbudza strach/chaos u tych, co przeżyją, a których już spokojnie można potem zmasakrować dowolnym atakiem Berserkera.
O ile gra się tak nieco nudno (Chaos Storm, bieganina, zabijanie kto przeżył, Chaos Storm, bieganina, itd.) to przynajmniej taktyka ta sprawdza się przeciwko każdemu, nawet tym cholernym łucznikom Machae z aktu V czy Draconianom z aktu IV, na których rozbijała się bezskutecznie moja pierwsza postać w TQ.
Niestety, Paths przestał być rozwijany. Jego autor udostępnił w internecie wszystkie pliki na jakich pracował, i jakby ktoś chciał, to może tam pogrzebać i wymodzić (dosłownie) z tego coś jeszcze ciekawszego.
Przetestowałem jeszcze Asylum Mod - na pierwszy rzut oka ciekawe profesje, jakieś nowe przedmioty, wersje kompatybilne zarówno z xmaxem jak i innymi modami utrudniającymi rozgrywkę, ale jeszcze się nie zagłębiałem.
Za to zagłębiłem się w moda Diablo II Immortal, czyli w próbę przeniesienia klas postaci z Diablo II (oprócz Druida - engine TQ nie pozwala na shapeshifting), części bossów oraz mechaniki tego starego klasyka do Titan Questa. Mamy zmienione działanie kijów, nowych przeciwników (Satyry już nie są satyrami, wypadły też z gry kobiety-koty, zamienione przez ludzi - Corrupted Rogue's), bohaterów, bossów, po zabiciu jeźdźca trzeba zabić też wierzchowca (np. Boar Rider), pojawiły się kosy i oszczepy, od groma nowych przedmiotów pod nowe profesje, a same profesje rozwiązano w sposób arcyciekawy. Klasy pogrupowano po dwie, tworząc klasę hybrydową (np. Agent of Justice - Assassin/Paladin lub Bringer of Havoc - Sorceress/Barbarian), jednak nie zawierają one wszystkich drzewek umiejętności klas, z których się składają - tylko po jednej. I tak np. ścieżka rozwoju postaci Bringer of Havoc zawiera magię ognia (Czarodziejka) oraz umiejętności bojowe Barbarzyńcy. Reszta drzewek zdolności danej klasy jednak nie przepadła, bowiem pozostałe dwa drzewka danej klasy są sobie dalej, w ścieżkach rozwoju do wyboru, nazywających się jak w starym Diablo II. Nie wiem, czy jasno tu wytłumaczyłem, więc oto screen. I tak, wybierając dajmy na to Bringer of Havoc (Cz/Barb) z czarodziejki mamy magię ognia, żeby mieć pozostałe jej umiejętności, jako drugą ścieżkę wybierzmy po prostu Sorceress. Oczywiście, to Titan Quest - możemy wybrać dowolne ścieżki rozwoju, jednak kilka najpotężniejszych umiejętności klasycznych postaci z Diablo II są dostępne tylko dla "true" klas, czyli nie będących takim przypadkowym miszmaszem (co daje "true" klasę - wybór danej ścieżki rozwoju i jej dopełnienie, ale branie tylko umiejętności klasy - w przypadku ścieżki łączonej - tej drugiej profesji. Czyli że chcąc mieć "true" Czarodziejkę wybieramy Bringer of Havoc a potem Sorcress i nie dajemy jej ani jednej umiejętności barbarzyńcy z drzewka BoH. Uf, może ktoś zrozumie z tego cokolwiek.
Na początku gra wydawała się być całkiem łatwa, ale pozory szybko się rozwiały (nawet dla mnie, Deflierowca i Vaultowca pełną gębą, btw, ten pierwszy nie widzi ścieżek rozwoju postaci tego moda), gdyż większość przeciwników dostała - jak w Diablo II - określone odporności, których w podstawowym TQ nie było, przez co momentami może być trudno, gdyż pozmieniano też rodzaje dmg i zależności pomiędzy statystykami a nim, itd.

II) Jakiś czas temu wyszła nowa wersja moda Hero of Light Mod (ksywa gościa, który to zrobił) do wysłużonych hirołsów III. Mod ten to nakładka na ERĘ II, robiąca srogi tam rozpirz i wprowadzająca liczne zmiany, ale nie tak gwałtowne i radykalne jak np. Master Of Puppets Mod czy Phoenix Mod.
I przy okazji ciekawostka - w powstającej nowej wersji HotA'y nowym miastem ma być - Forge! O ile Rogów z piratami nie miałem jakoś ochoty instalować, to jak (jeśli) wyjdzie ta kolejna wersja, to Niebiańskiej Kuźni już nie przepuszczę.

III) Sduibek, autor moda/patha Fallout Fixt, wziął się za konwersję Fallouta 1 do engine Fallouta 2 (a właściwie po prostu zaczął rozwijać dawniejszy, ale porzucony projekt( - coś na podobnej zasadzie, na jakiej opiera się BG TuTu). Ogromnie poszerzy to możliwości działania wszystkich tych, którym marzył się Restoration Project do Fallouta 1.

IV) Właśnie, starego Baldura też już dawno odświeżyłem, i to w wersji zmodowanej. Obczaiłem kolejną wersję Big World Projectu (która zresztą już się tak nie nazywa), nie instalowałem nawet żadnej megamodyfikacji pod dwójkę, a i tak całość zajmuje 13,7 GB.

piątek, 10 sierpnia 2012

Odpryski V

I) Wakacje, jak to wakacje, rozjazdy, wyjazdy, itd. Byłem w Krynicy, tej na Łemkowszczyźnie. Nie lubię wyjazdów rodzinnych, bo człowiek zawsze musi wdziewać na łeb kolejną maskę, zamiast paradować bez żadnej, i sprawiać, że mentalnie wszystko więdnie wokoło. Tak czy siak, drogo, brudno, ładny, socrealistyczny pomnik w jakimś parku, awaria dwóch źródeł lol, góry ładne i woda zdrowa, jedyne zalety chyba. No i wycieczki z lokalnym PTTKiem, jedna gdzieś po cerkwiach, obecnie od dawna pełniących i tak funkcje kościołów katolickich, i do sklepu na Słowację (Beherovka trochę tańsza niż w u nas), a druga do Tylicza i Kamiannej. W tej ostatniej pasieka i drewniana rzeźba niedźwiedzia z pokaźnym przyrodzeniem zapamiętane bardziej niż kolejna świątynia, mocno przechodnia z religii do religii na przestrzeni lat. W tym pierwszym - kościół, golgota, droga krzyżowa - posoborowy przerost formy nad treścią (ha, precesja modelu nad rzeczywistością, której nie ma). I taka obserwacja - cała okolica jest mentalnie polakatolicka aż do przesady. Ale spoko, taki urok bycia górskim skansenem.
W samej Krynicy knajpa z żarciem łemkowskim - huh, zawsze myślałem, że kuchnia łemkowska to co najwyżej bimber i smalec z psa, a tu proszę, jaka niespodzianka. Zupa warianka zabija, gwałci i pluje w twarz kwaśnicy jej własną krwią (sokiem) - polecam gorąco, zamiast tego góralskiego gówna, też z kapusty, a inny świat, bogatych przeżyć wewnętrznych.
No i Nikifora muzeum, a w nim dodatkowo wystawa "Jesteśmy", dosyć antypsychiatryczna w wymowie i uczestnikach. Przejmujące to wszystko tam.
Księgarnie porządne - dorwałem Dukaja, Tolkiena (bo przeceniony), Nietzschego i Brzozowskiego.

II) Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, czy na tym blogu wspominałem o tym, że na długi, majowy weekend byłem w Białymstoku. Więc też może wspomnę cokolwiek, najwyżej się powtórzy. Albo i nie. Prowadziłem bowiem jeszcze, od czasów niepamiętnych, fotobloga, gdzie przy okazji zdjęć pisałem różne pierdoły o codziennym żywocie i o tym, co mnie przygryzało to tu, to tam, to gdzieś tam. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że piszę w sumie non-stop o tym samym, więc skasowałem tamtego floga, bo po co mi on był w sumie potrzebny do czegokolwiek. Cały ten serwis, gdzie to wisiało, podszczezł nieco i szczeza nieprzerwanie od dłuższego czasu, pełen szalonych pierdół wypisywanych przez słitaśne piętnastki. Więc może o Białymstoku było tam, a nie tu. Zresztą.
Tam pojechałem z ówczesnym współlokatorem. To był zresztą jego pomysł, miał on skrobnąć reportaż jakiś czy cuś, czego w końcu nie zrobił, ale mniejsza. Udział w prawosławnej pielgrzymce rozpoczął się opowieścią jakiejś poleszuckiej babci o tym, jak to żydzi wrzucili Mołojca jakiegośtam-męczennika do beczki nabijanej gwoździami, przeturlali go, przyszły prawosławny święty się wykrwawił, krew jego na macę miała posłużyć a zakończył próbą poderwania jakiś lasek z Bractwa Młodzieży Prawosławnej (praktycznie same aryjskie blondyny, no wstyd nie spróbować), w międzyczasie było jeszcze zagubienie się (no, niezupełnie, ale było bardzo zabawnie, zwłaszcza, gdy zaczęło się ściemniać) w Puszczy Białowieskiej (nawet złapało mi w telefonie sieć białoruską, 5zł/min połączenie do Polszy czy tam sms) poprzedzone obserwacją żubra w trakcie procesów wydalniczych, jazda samochodem z pogranicznikiem złapanym na stopa, gradobicie i poszukiwanie sensu w życiu.
Ogólnie śliczne miasto, zaskoczyło mnie pozytywnie kilka razy - w tym raz, gdy smętne muzeum w ratuszu zabytkowym okazało się być bardzo porządną galerią, pełną oryginalnych Kossaków, Witkacego, itd., i przykładowo drugi raz, gdy wszedłem do antykwariatu mając marzenia i pieniądze, a wyszedłem z jeszcze większą ilością marzeń i bez pieniędzy.
Nocnym krajobrazem rządziły działające i zadbane neony Społem, jakby żywcem wyjęte z późnego PRLu. A tani nocleg na sali 16-osobowej w schronisku to niezapomniane przeżycie, gdzie siedzieliśmy prawie tydzień, ups, coś składnia zdania nie wyszła, trudno, takie czasy.

III) Wszystko już było - miałem zajebisty pomysł na opowiadanie, przeczytałem zbiór dukajowych opowiadań "W kraju niewiernych" (wczesnych, powstałych jakoś jeszcze przed XXI wiekiem), identyczny pomysł wykorzystany i nawet fabułą podobną do moich zamierzeń obleczon był. Miałeś chamie złoty róg wyobraźni, pozostał ci jeno sznur postmodernizmu.

IV) Jak o postmodernizmie mowa, to wreszcie przerobiłem "Symulakry i symulację" oraz "Słowa klucze" Baudrillarda. Bardzo inspirujące, a pod względem czysto literackim - zwłaszcza fragmenty "Kraksy" Ballarda, obficie cytowanej w jednym z rozdziałów "Symulakrów".

V) Nie było w tej Krynicy nic do roboty, to widziałem kontem kąta oka różne takie pocieszne zabawy i gry sportowe, bo to chyba teraz Olimpiada jakaś zmierza ku końcowi. Nie wiedziałem, że wśród dyscyplin jest jakiś trójskok, nie wiedziałem też, kto to u licha jest Usain Bolt, a to słynne nazwisko ponoć. Ktośtam pobił rekord świata w czymśtam - o całe ~10 milisekund. Wow. Oszałamiające. Aż się prosi napisać o tej paranoi jakiś tekst w duchu baudrillardowskim. I tak też chyba trzeba będzie zrobić.

VI) Miałem napisać o tym tekst, ale nie napisałem, potem nie miałem gdzie, a teraz nie mam już o czym, ale że coś widać na horyzoncie, to nie napiszę jednak tego tutaj, tylko pójdzie to tam, lub zginie w mroku mojej głowy.

VII) Ilość sympatycznych koleżanek, wśród moich znajomych z pewnego gównianego portalu społecznościowego, nierzadko młodszych ode mnie, które wchodzą w związki małżeńskie lub zachodzą w ciążę, jest zatrważająca. I tak wszyscy umrzemy przecie. I co ciekawe, nawet wielkie liberałki, ateistki, itd, biorą śmiało ślub kościelny, bo to zwyczaj, bo co ludzie powiedzą, bo cośtam. I wesele na pińcet osób, z czego 3/4 widzi się wtedy pierwszy i ostatni raz w życiu. Ach, hipokryzjo, moja stara przyjaciółko, popatrz, świat należy do nas.