Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ból głowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ból głowy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 stycznia 2017

Upływający czas #59

Ostatnimi czasy zdałem sobie sprawę z dwóch kwestii. Obie są w sumie kompletnie nieistotne, aczkolwiek w przyjętym kontekście myślę, że warto je przedstawić. Mianowicie zdarzało mi się w ciągu lat trwania tegoż bloga sięgnąć po jakieś dobro (pop)kultury nie z samej radości płynącej z obcowania z tymże dobrem, lecz z przeświadczeniem, że ładnie będzie można je przedstawić i zaopiniować tutaj.
Głęboko zmroziła mnie ta myśl, no bo jak to tak, a gdzie radość z obcowania z czymś nowym (lub starym, ale do czego się wraca z przyjemnością), a gdzie potrzeba sięgania po wykwity ludzkiej twórczości dla potrzeby istniejącej samej w sobie i wypływającej samej z siebie?
Druga z tych myśli dotyczy kwestii współodczuwania z niniejszym blogiem. Gdy coś, co sprawiało przyjemność, zaczyna traktować się jak obowiązek, do tego obowiązek przykry, wiszący gdzieś z tyłu głowy cały czas, jeden z tych takich cieni, które wiszą zawsze i wszędzie, niezależnie od pogody, ciśnienia, zażywanych leków czy kondycji psychofizycznej, to chyba nie ma sensu się męczyć. Do tego pamiętajmy, że moralne jest to, co przynosi przyjemność (de Sade), więc ponadto posiadanie bloga staje się coraz bardziej niemoralne.
Zresztą, tak naprawdę to nawet budzić się rano mi się nie chce, to co dopiero jeszcze mówić o jakimś skrupulatnym notowaniu i przedstawianiu zanotowanych notatek.
Nawet ten post powstawał w bólach przez kilka dni.
Dlatego też pojawiać się będą tutaj nowe notki zupełnie sporadycznie, zazwyczaj wtedy, gdy albo akurat wystąpi hipomania, albo gdy z jakiegoś powodu nagle bardzo mocno zapragnę o czymś napisać. Na pewno też będę się tutaj chwalił, jeśli akurat miałbym coś do pochwalenia się.

Z ciekawością przeglądałem pojawiające się tu i ówdzie recenzje mojej twórczości. Każdy autor jest trochę ekshibicjonistą i trochę narcyzem, u mnie miesza się takie klasyczne podejście by mieć jakiś tam PR i rozpoznawalność z podejściem zupełnie przeciwnym - że w gruncie rzeczy jest to kompletnie nieistotne, że autorzy trąbiący przez kilka miesięcy o jednym opublikowanym opowiadaniu jako o wielkim sukcesie są raczej smutno-zabawnymi megalomanami niż wzorami do naśladowania.
Tak czy owak, odnośnie mojego tekstu z OkoLicy Strachu, miło mi się zrobiło, gdy w paru recenzjach zostałem wymieniony ciurkiem z dużo bardziej doświadczonymi autorami, jako im równorzędny. Oczywiście natrafiłem też na głosy krytyczne - okejka, są różne czytelnicze gusta.

Na koniec tego pieprzenia o niczym chciałbym życzyć czytelnikom jak najlepszego roku 2017, spokoju ducha i poczucia wewnętrznej równowagi.
Myśliwym życzę jak najczęstszego mylenia swoich bliskich z dzikami.
Małopolskim sknerom, których stać na opał dobrej jakości, ale którzy i tak palą najgorszym miałem, starymi meblościankami, śmieciami lub babcią życzę zatkanych przewodów kominowych.

poniedziałek, 3 października 2016

#czarnyprotest #miejscefacetajestwkuchni

Nie mogłem wziąć udziału (praca), ale oczywiście wspierałem z całego swojego serca.

Jeśli ktoś chciałby zapoznać się z tekstami nt. aborcji wolnymi od katolskiej nowomowy w stylu dzieci nienarodzonych i wolnymi od katolskiego wartościowania, polecam kilka linków, gdzie wypowiedzieli się na temat ludzie znacznie bardziej kompetentni ode mnie (kolejność przypadkowa):
Paulina Łopatniuk Wczesna aborcja farmakologiczna - skuteczna i bezpieczna (...)
Paulina Łopatniuk To trzeba mieć pecha, czyli dwa w jednym (nie tylko) jajowodzie
Stefan Karczmarewicz Projalferzy też chcą zabijać. Trzeba to wreszcie powiedzieć otwarcie i przywrócić proporcje dyskusji
Slwstr Jeden argument
Slwstr Dziecko specyficznie poczęte i inne przykre historie
Slwstr Syndrom poaborcyjny nie istnieje
+ do tego pocztówka z Salwadoru (u nas byłoby to samo)

I wisienka na torcie - mieliście katole świętych od aborcji, np. świętą Ciarán. O, tutaj sobie poczytajcie. Potem wiatr zawiał z innej strony, to się przerobiło stare klechdy, których i tak nikt nie pamięta. To trochę jak wymazywanie ze zdjęć ofiar kolejnych czystek - lub Wesołowskiego (w takich przypadkach aż człowiek żałuje, że nie istnieje coś takiego jak nieśmiertelna dusza - bo takie sukinsyny zasługują na kociołek ze smołą przez wieczność).

Znajome i przyjaciółki podsyłały mi zdjęcia - fantastycznie, tysiące ludzi w całej Polsce. Zygotarianie i brunatni pożyteczni idioci obecnej władzy (jesteśmy taaaacy antysystemowi, to przypadek że mamy praktycznie takie same poglądy jak rząd) przykryci czapkami przez biorących udział w manifestacjach. Manifestacje (odpowiednio mniejsze, ale jednak) odbywały się nawet w takich czarnosecinnych zadupiach jak moje rodzinne miasto.

Czyżby lekko powiał wiatr z lewej strony? Czyżby zmurszały gmach kościoła katolickiego, instytucji przez wieki żerującej na niewiedzy i umacniającej swoje wpływy w społeczeństwie przez wzbudzanie strachu i poczucia winy w końcu zaczął się chwiać?
Pewnie nie, bo ten nowotwór rozlał się na ogół życia społecznego. Ale oto jest pierwszy sygnał, że nawet i owce (wśród protestujących było mnóstwo kulturowych katolików i/lub wierzących niepraktykujących, niestety taki mamy klimat) potrafią od czasu do czasu naszczekać na psychotycznych pasterzy. Może ktokolwiek się zastanowi, czy aby na pewno warto brać ślub kościelny, bo co babcia powie lub czy warto chrzcić dzieci, bo co ludzie powiedzą. A niech mówią. Być może zwiększy się ilość apostazji - co prawda z kościoła zdaniem kościoła nie da się wystąpić, bo kościół chytrze założył że czary-mary chrztu są nieodwracalne, więc apostata nadal figuruje w księgach kościelnych jako katolik - ale zawsze coś.
Ja opracowałem własny rytuał zmazania chrztu i odprawiłem go już jakiś czas temu, gdy spaliłem swój swój różaniec i modlitewnik, religijne obrazki i resztę szpargałów (bo byłem kiedyś sfrustrowanym, lękającym się każdego cienia i drżącym o diabelskie wpływy nawet w lodówce bogoojczyźnianym katolikiem). Poczułem się lepiej. Jedna psychodrama zamiast drugiej, tym razem na moich zasadach. Wbrew pozorom nie trudno o zaspokojenie uczuć numiotycznych, gdy zrozumie się, skąd one wynikają i jaką spełniają rolę.
Obyśmy dożyli czasów, gdy próchno krzyża ustąpi powszechnemu zrozumieniu, że wypełzliśmy z ciemności i wszyscy tam nieubłaganie w każdej sekundzie naszego trwania zmierzamy, a wszystkie upiory nawiedzające nasze życie, pojęcia bez treści, obrazy skrywające pustkę są tak samo gówno warte.

Drobna uwaga dla przypadkowych czytelników z lewej strony: ten blog zawsze jest na czarno. Poza tym uważam, że ludzkość powinna wyginąć, a im dłużej żyję w wielkim mieście, im dłużej robię w korpo, i im dłużej wpieprzam paroksetynę z pierdylionem innych prochów by w ogóle funkcjonować, tym bardziej dochodzę do wniosku, że polityka miejska a'la Pol Pot w określonych sytuacjach jest w pełni usprawiedliwiona.

A tak poza tym to uwielbiam gotować, chociaż rzadko mi się to zdarza (lenistwo; obiecuję poprawę). Naleśniki z indykiem to mój popisowy numer. Moja dziewczyna je uwielbia.

Zwyczajna notka o ksiunżkach, kuncertach i wszelkich krotochwilach - będzie niedługo.

niedziela, 10 kwietnia 2016

Aborcja dla każdego


(Z pewnością wolicie czytać, jak piszę o książkach, czy o czymkolwiek innym niż o własnych poglądach, w gruncie rzeczy nie lubię pisać o własnych poglądach, czasem jednak nie da się nie zajmować stanowiska, zwłaszcza jeśli aż się prosi, by je zająć.)


Jednostkowość jest złudzeniem. Wszystko, co uważamy za słuszne bądź niesłuszne zostało nam wpojone lub jest reakcją na to, co zostało nam wpojone. Tak naprawdę żadne z naszych przemyśleń nie jest nasze, bo i "my" jako tacy jesteśmy plątaniną najrozmaitszych uwarunkowań, zarówno zewnętrznych (kulturowych, historycznych, itd., wszystkich wzorców postępowania wraz z pozostaniem w obrębie określonego aparatu pojęciowego) jak i drzemiących w nas od zawsze (wyparte instynkty, nieuświadomione lęki, itp.). Całe życie to pasmo użerania się z tym, co Stirner określił mianem upiorów (zatrzymał się jednak w pół drogi, nie dostrzegając że jego własne poglądy to jak najbardziej również upiór, wyhodowany przez kontakt z wszystkimi upiorami z którymi sam się zetknął). Raz za razem staramy się dostrzec prawdziwy świat zza ścisłej zasłony pojęć i obrazów rzucanych na niego (ew. nie staramy się go dostrzec, tylko przyjmujemy za pewnik określoną narrację) przez niedoskonały aparat poznawczy, przez pryzmat własnych poglądów (przypomnijmy - nie mających wcale źródła w nas samych, w gruncie rzeczy zupełnie bezwartościowych, niezależnie od zajmowanych stron i barykad).

Niezależnie od tego, czy każda nowa osoba niefortunnie sprowadzona na ten padół łez, każdy kolejny plastikowy diament w tombakowej koronie stworzenia będzie przez całe życie borykał się z niepewnością swojego własnego statusu w ramach wszechobecnej, przytłaczającej ciemności bezgwiezdnych otchłani pośród których wisi pośród niczego zabiedzona, absurdalna planetka samozwańczych władców świata, czy też wręcz przeciwnie - czy przyjmie za swoje określony zestaw wartości, a strachem i gniewem będzie reagować na każdy inny zestaw, opierający się na równie kruchych i wątłych przesłankach - obecność tutaj każdej nowej osoby jest niepotrzebne. Pal licho wyimaginowanych bogów, spłowiałe honory i przechodnie ojczyzny, wszystko trwające mniej niż mrugnięcie oka w skali miliardów lat trwania wszechświata, życie to użeranie się z poszukiwaniem sensu tego wszystkiego, co istnieje wokół, i z nadaniem sobie samemu określonego sensu. Nieważne, czy znajdzie się wystarczająco mocny upiór by swoimi kłamstwami zaspokoić potrzebę wiary w cokolwiek, czy też pozostanie jedynie cyniczny hedonizm lub inne sposoby radzenia sobie ze światem i z sobą w świecie, stało się - zaistnieliśmy - i nikt, i nic nie uratuje nas przed nami samymi. Sprowadzanie tutaj kolejnych osób jest niepotrzebne, w długiej perspektywie czasowej nie mamy nikomu niczego do zaoferowania, więc aborcja powinna być dostępna bez ograniczeń, podobnie jak eutanazja, i to bez wchodzenia w szczegóły, w którym miejscu zaczyna się człowiek.

Stopniowe wyzwalanie się z plątaniny uwarunkowań, próba dotarcia do tego, czym było się na początku, czym można byłoby się stać, zawsze wiąże się z eksploracją tkwiącej pod nieskończoną ilością piętrzących się masek ciemnością, bo nie ma tam niczego innego poza ciemnością. Jeśli nie istnieje obiektywna prawda, nawet obiektywny prawdziwy świat - żadna partykularna nie jest warta naszego zainteresowania, nawet jeśli jakąś uznajemy w chwili samozadowolenia za własną. Pisma śnięte takich czy innych religii, wszystko owoce czasów w jakich powstawały i wszystkich ograniczeń umysłów które je spisywały. Wszystkie opisujące wizje świata dostosowane do mentalności ludzkości dawno minionych wieków, wszystkie co do jednej - dziedzictwo dawno zapomnianych upiorów. Dochodzi do tego wpływ najpotężniejszych upiorów - upiorów języka. Język stwarza świat. Język stwarza sposób myślenia. Język zawiera nacechowanie używanych słów. Ale sam język stwarza się w ramach kultury używającej go. Dawno martwe języki tłumaczone na istniejące obecnie odrywa się od całego tła kulturowego, społecznego i skomplikowanej pajęczyny relacji międzyludzkich zamierzchłych, przebrzmiałych czasów. Cały ich "ezoteryczny" sens trafia szlag.
Dlatego też nie tylko śnięte pisma ludzkości, cały bagaż doświadczeń nagromadzony przez wieki, wszystko jest warte tyle, co pył na wietrze. Dobra kultury, moralność, etyka, itd - podpałka pod swój swój własny pogrzebowy stos.

Spokój, wygoda, pogodzenie się z bezsensem, mdły hedonizm albo gorący duch pustelnictwa w imieniu Niczego - o ileż dobrze by było traktować innych rozbitków na niebieskiej planecie w sposób wolny od wszelkich uwarunkowań, jak istoty wyprzęgnięte z wszelkich punktów odniesienia, pozbawione tożsamości.

Oczywiście, to niemożliwe. Agambenowa wspólnota bohaterów kreskówek jest ciekawym konstruktem, ale bez przełożenia na cokolwiek, niby nadchodzi ale wątpliwe, że dojdzie gdziekolwiek. Patchworkowe, fragmentaryczne frankentożsamości współczesnego człowieka to wszystko, co mamy.


Dlatego ludzkość powinna stopniowo wymrzeć, łagodnie i z pogodnym pogodzeniem się z losem, a wcześniej dążyć do wykorzenienia wszystkich źródeł uwarunkowań lub zastąpić je uwarunkowaniami każącymi odnosić się do siebie ze zrozumieniem  i współczuciem - w końcu wszyscy wisimy na tej samej skale unoszącej się w kosmicznej pustce.

Z drugiej strony moje poglądy to także upiór, kolejny w niekończącym się korowodzie upiorów. Przynajmniej instytucja Państwa powinna zachować idealną neutralność w świecie skłębionych pojęć i burz wzbudzanych przez przetaczające się narracje. Uwarunkowania modyfikowane są przez wiele czynników - tożsamości roszczące sobie prawo do nieomylności i narzucające się ogółowi są jak komórki rakowe, ich przerzuty jedynej najprawdziwszej w ich własnym mniemaniu prawdy infekują kolejne elementy przestrzeni publicznej i instytucji nieformalnych. To kwestia bycia szczerym samym ze sobą. Nie można pozwolić kościołowi katolickiemu i jego poplecznikom na splugawienie do końca dyskursu hegemonicznego - tak, jak nie można by było pozwolić czemukolwiek innemu na to samo, gdyby cokolwiek innego i zarazem równie żarłocznego miało tu szansę się rozwinąć.

* * *

A jeśli się to nie uda, całe szczęście, są jeszcze kraje, gdzie jeśli katolicy nie chcą aborcji, to jej nie przeprowadzają, lecz swoje poglądy zachowują dla siebie, zamiast chcąc "zbawić" wielomilionowy kraj wbrew woli sporej części mieszkańców tego kraju. Takim krajem są np. Czechy. Żaden abrahamiczny monoteizm nie trzyma się tam mocno, ogół mieszkańców nie uważa się za przedmurze czegokolwiek ani nie reanimuje swojej historii traktując ją jak teraźniejszość. Czechy mają też ten plus, w przeciwieństwie np. do Islandii, Kanady, Australii, że bez problemu (no, z minimalnym problemem związanym z samym faktem zorganizowania transportu) dałoby się tam przewieźć ładne parę tysięcy książek i innych klamotów. A i język nie jest taki trudny do nauczenia się. No ale pożyjemy, zobaczymy.

czwartek, 19 listopada 2015

Upływający czas #52 (narzekanie na wszystko)

Narzekanie na decyzję World Fantasy Convention

Zazwyczaj tak jest, że ktoś chce dobrze, a wychodzi jak zwykle. Niepotrzebna awantura ze statuetkami World Fantasty Awards jest idealnym przykładem ilustrującym tezę.

Dla przypomnienia, chodziło o to, że ktoś przypomniał sobie, iż Lovecraftowi zdarzało się pisać dosyć toporne i obrzydliwe teksty o ludności czarnoskórej, nie anglosaskich imigrantach, itp. Uznano więc, że popiersie przedstawiającego wrażego rasistę (nawet jeśli był to wraży rasista przedstawiony w stylu jednego spośród jego okropieństw) nie powinno być przyznawane jako nagroda, szczególnie że poszczególni uhonorowani pisarze of colour zaczęli zgłaszać zastrzeżenia.

Sytuacja jest o tyle skomplikowana, że Lovecraft faktycznie był rasistą, nawet jeśli pod koniec życia złagodził swoje poglądy i przestał odwoływać się do nich we własnej twórczości. Ktoś bardzo wyczulony mógłby zasugerować, że lęk Samotnika z Providence przed biologiczną degradacją i cywilizacyjnym kolapsem miał podłoże rasistowskie, trzeba jednak mieć na uwadze szerszy kontekst - czasy w których autor żył, zajmowane przez niego miejsce na drabinie społecznej, poglądy które tam i wtedy były uznawane za zwyczajne. Zastane uwarunkowania nie są czymś, nad czym większość ludzi się zastanawia, szczególnie jeśli cały ich świat wygląda jak wygląda. Lovecraft był mądrym gościem, więc świat mu się trochę rozszerzył na przestrzeni lat. Raczej o tym należałoby pamiętać, niż o tym, że zdarzało mu się pisać bzdury w ciągu pierwszych lat pisarskiej aktywności.
Gdybyśmy chcieli prześwietlić wszystkich uznanych klasyków dowolnego poletka literatury czy sztuki jako takiej pod kątem zgodności ich poglądów z partykularnymi prawdami/pojęciami uznanymi za takowe prawdy tu i teraz, zostalibyśmy z niczym, z absolutnie poszatkowaną kulturą czy filozofią. To przykre, że sami autorzy jak i krytycy literaccy nie potrafią odróżnić twórczość od tworzącego (a i samą twórczość powstającą nie raz na przestrzeni wielu lat traktują jako monolit), i że pozwalają na krzywdzące spłycanie twórczości Lovecrafta do prymitywnego rasizmu, piętnują go za to, że myślał tak jak ogół społeczeństwa w jego czasach. Siła uwarunkowań której podlega każdy jest ogromna. Lovecraft nawet jako ateista i socjalista (tak się określił pod koniec życia, po przejściu przez okres strachu przed klasami społecznymi usytuowanymi niżej niż jego własna pozycja) pielęgnował sposób bycia statecznego, nowoangielskiego dżentelmena. Protestancki sposób myślenia o wspólnocie lokalnej pozostał w nim do końca, wiele razy w jego opowiadaniach przewija się motyw odludków i pustelników, odseparowanych osiedli lub pojedynczych domów zamieszkanych przez ludzi nie integrujących się z lokalną, porządną społecznością.
W obronie Lovecrafta stanął chyba główny obecnie popularyzator jego twórczości i jego biograf, Hindus Sunand Tryambak Joshi (znany lepiej po prostu jako S. T. Joshi). Joshi zawsze argumentował, że dla Lovecrafta głównym koszmarem był koszmar kosmicznej otchłani, obojętnego, obcego człowiekowi kosmosu, przekraczającego ludzką zdolność poznania. Cała reszta to elementy poboczne i wtórne wobec tej jednej myśli, powracającej w wielu formach, kształtach i aspektach. Joshi zareagował żywiołowo, jak napisał na swoim blogu, zwrócił swoje statuetki World Fantasty Award i wyraził nadzieję, że nigdy nie będzie do nagrody nominowany. Streszczenie poglądów Joshiego nt. Lovecrafta można znaleźć np. w tym wywiadzie, całkiem świeżym.
Wśród krytyków decyzji WFC jest też Caitlin R. Kiernan, inspirująca się Lovecraftem pisarka o mało prawicowych przekonaniach (sama o sobie na swoim koncie na Twitterze pisze humanist & atheist, liberal [w sensie amerykańskim], lesbian, environmentalist), autorka m. in. wydanej także i w Polsce Tonącej dziewczyny.

Swoją drogą, mimo moich znacznie bliższych lewicy niż dowolnie pojętej prawicy przekonań, sam bardzo lubię myśl takich filozofów jak Heidegger (swego czasu członek NSDAP), Nietzsche (jedna spośród nieskończenie wielu interpretacji jego myśli zainspirowała w jakiejś mierze nazizm), Oswald Spengler (w Zmierzchu Zachodu zawarł kilka bardzo interesujących koncepcji, niejako przywrócił światu koncepcję czasu kołowego, a tytułową myśl zawartą w książce można interpretować rozmaicie - również w zupełnie przeciwny autorowi sposób), czy Ernst Jünger, fascynująca postać, myśliciel zawsze kroczący własną drogą, autor m.in. szalenie inspirującej w kategoriach ogólnożyciowych książki Eumeswil, autor nadal z grubsza aktualnych rozważań o istocie techniki i jej wpływie na rolę i funkcjonowanie państwa. Bardzo lubię twórczość autorów takich jak momentami faktycznie już zramolały Joseph Conrad, w przypadku którego raz na jakiś czas zdarza mi się zazgrzytać zębami gdy pisze coś o ludożerstwie autochtonów takich czy innych lub inne pierdoły charakterystyczne dla dyskursu kolonialnego, czy jak np. Hanns Heinz Ewers, który oprócz opowiadań i powieści weird fiction ma na swoim koncie np. m.in. hagiografię wczesnego nazistowskiego męczennika Horsta Wessela (podobnie jak Jünger, tyle że z innych powodów, niedługo potem poróżnił się z nazistami i wylądował na cenzurowanym).


Narzekanie na wynik wyborów

OK, są plusy - pewien dziad w muszce wylądował pod progiem, a konglomerat Kukiz '15 to zjawisko sezonowe, taki prawicowy odpowiednik Twojego Ruchu (aż przykro się robi, że całkiem porządni ludzie jak Kornel Morawiecki marnują się w tym czymś). SLD także wylądowało pod progiem - niechże te konserwatywne sieroty po PRL-owskim aparacie biurokratycznym, wrzód na scenie politycznej, fani podatku liniowego, ludzie odpowiedzialni za amerykańskie obozy koncentracyjne w Polsce, ratyfikację konkordatu, eksmisje na bruk w końcu poniosą raz a dobrze polityczną śmierć. Szkoda trochę ich przybudówek - najbardziej PPSu - ale i tak nikt od nich by się nie dostał. Nie płaczę też po Zielonych - sam jestem co prawda w dużej części zielony, ale z drugiej strony nie mam nic przeciwko energii atomowej, GMO jako takiemu czy innym przejawom rozwoju technologicznego - ingerencja w genom człowieka też jest spoko jak dla mnie, do tworzenia na poziomie komórkowym hybryd ludzko-zwierzęcych również nic nie mam; oczywiście jestem za in vitro, aborcją, eutanazją i cyborgizacją człowieka. Zawsze niepokoili mnie też antyszczepionkowi wariaci orbitujący wokół Zielonych (kilkoro takich psycholi było też u Kukiza).
Razem załapało się na subwencję. Nie spieprzcie tego. Nawet dobrze, że nie weszli do sejmu już w tym roku - bez doświadczenia parlamentarnego bardzo szybko zdegenerowaliby się w nieznanym środowisku. A tak to jest trochę czasu na edukację i przygotowanie odpowiednich kadr. Pojawiające się głosy, że głosy na Razem odebrały głosy ZLewowi upraszczają sprawę - wbrew pozorom elektoraty tych partii nie pokrywają się. Ja sam w życiu nie zagłosowałbym na cokolwiek z SLD w składzie, takich jak ja było bardzo wielu. Widziałem w mediach społecznościowych narzekanie wyborców i członków ZLewu, że Razem to plugawe lewactwo, więc wśród tego elektoratu popularność nowo powstałej partii raczej jest niewielka. W Polsce mamy skrajnie złe warunki do rozwoju jakiejkolwiek lewicy - w dyskursie pojawiają się hasła jeszcze kilka lat temu uznawane wprost za neonazistowskie - tym bardziej więc cieszy szansa na rozwój normalnej lewicy (która w jakimkolwiek normalnym kraju byłaby ciut na lewo od centrum - u nas jest powszechnie utożsamiana ze stalinizmem, GUłagami, strzałami w tył głowy, sadzeniem brzóz pod Smoleńskiem; przy okazji okazało się również, że mało kto ogarnia jak działa progresja podatkowa).
Sejm poprzedniej kadencji był zdominowany przez złodziei - sejm tej kadencji jest zdominowany przez ludzi sfrustrowanych, znerwicowanych, mających rozmaite problemy ze sobą i światem. To przykre, że złodzieje pilnują psycholi, by się nie rozzuchwalili, a psychole pilnują złodziei, by nie nakradli za dużo - cóż, jaki kraj, takie checks and balances.
Dlaczego obecny rząd to katastrofa - zapisano już wystarczająco wiele stron na ten temat, każdy kolejny dzień dostarcza nowych przykładów, nie chcę się powtarzać ani niepotrzebnie denerwować czymś, na co nie mam wpływu. Od przyszłości staram się oczekiwać jedynie immanentyzacji eschatonu i tysiącletniego królestwa Antychrysta na ziemi.


Narzekanie tak po prostu, na świat, religię i politykę

W gruncie rzeczy do moich około-lewicowych przekonań dotarłem na przestrzeni lat z zupełnie innego kierunku, na zasadzie postępującej negacji tego wszystkiego co wcześniej uważałem za słuszne. Zawsze rozwijałem swoje poglądy w oderwaniu od konkretnych środowisk reprezentujących zbliżone punkty widzenia, nigdy nie potrafiłem odnaleźć się w dowolnej grupie okopanej na danym stanowisku. Nic tak nie ogranicza jak przynależność gdzieś i konieczność podzielania (przynajmniej werbalnego) ogółu poglądów za jakimi opowiada się grupa jako taka. Przynależność gdziekolwiek bywa o tyle inspirująca, że posiadanie własnych poglądów to ciągle trwający proces, rozwijający się w zależności od naszych reakcji na poglądy innych. Nie ma jednej prawdy, wszytko podlega ciągłej falsyfikacji, a wszystkie nienaruszalne wartości to martwe pojęcia, poddawane ciągłemu redefiniowaniu na przestrzeni lat. Jedyne co jest ponadczasowe i niezmienne, to głupota.
Pod tymi wszystkimi Bogami, Honorami, Ojczyznami czai się tylko rozpaczliwy strach przed nieprzyjaznym światem, maskowany za pomocą tych pojęć. Jest to tylko i wyłącznie próba nadania sensu ogólnej beznadziei, ukonstytuowania samego siebie w pewnych szerszych ramach, podniesienie się na duchu i uratowanie resztek własnej wartości. Dla mnie jest to coś zupełnie niepotrzebne i szkodliwe. Stoję na stanowisku że znacznie lepiej sprawdziłoby się masowe odrzucenie tych złudzeń i spojrzenie w otchłań czającą się w głębi każdego abstrakcyjnego pojęcia i wyobrażonej wspólnoty. Jestem za odrzuceniem wszelkich religii i podziałów kulturowych, bo i tak kiedyś wszyscy umrzemy a za kolejne 100 lat nikt nie będzie o nas pamiętał, nie ma po co się rozdrabniać na coś, co wobec nas jest zewnętrzne. Narody rodzą się i umierają, świat zawsze był tyglem ras, religii, kultur, wczorajsze imperia pojutrze zostaną wymazane przez czas z ludzkiej pamięci, wczorajsi bogowie pojutrze stają się zakurzonymi eksponatami muzealnymi a groza egzystencji uwolnionej spod bagażu uwarunkowań, gdy nie się jej jak zracjonalizować lub zakryć czymś, zawsze pozostaje taka sama dla każdego, niezależnie od rasy, religii, przynależności do kręgu kulturowego.

Z drugiej strony mam dystans też do lewicy jako takiej - moje poparcie dla Razem nie oznacza, że z wszystkim co reprezentują się zgadzam, po prostu uważam, że dobrze by było, żeby równowaga w dyskursie została przywrócona, żeby chociaż nieco zwolnić na kursie kolizyjnym, a oni na chwilę obecną nadają się do tego najlepiej i mają największe szanse na rozwinięcie się.
Niezależnie od tego, że bardzo sobie cenię Marksa (Zandberg z Razem miał spoko koszulkę kiedyś), a i u Trockiego w Zdradzonej rewolucji padło wiele celnych spostrzeżeń (np. to nie polska prawica jako pierwsza przewidziała, że warstwa biurokratyczna zarządzająca środkami produkcji stanie się po upadku niewydolnego systemu nowymi kapitalistami), podobnie jak u zachodnich kontynuatorów nurtu, najbardziej moje poglądy opisuje obecnie fragment z Thomasa Ligottiego, z niedostępnego już w internecie wywiadu, w którym stwierdził on: These days I don’t mind being called a nihilist, because what people usually mean by this word is someone who is anti-life, and that definition fits me just fine, at least in principle. In practical terms, I have all  kinds of values that are not in accord with nihilism. For example, I politically self-identify as a socialist. I want everyone to be as comfortable as they can be while they’re waiting to die. Unfortunately, the major part of Western civilization consists of capitalists, whom I regard as unadulterated savages. As long as we have to live in this world, what could be more sensible than to want yourself and others to suffer as little as possible? This will never happen because too many people are unadulterated savages. They’re brutal and inhuman. To, że taki wywiad miał miejsce, można sprawdzić tutaj. Jakby ktoś chciał całość, służę zachowaną w .doc zawartością.
W gruncie rzeczy nie zgadzam się z przyjętymi przez niego definicjami - sam określam się jako nihilista, ale dla mnie jest to stanowisko normatywne uznające brak treści za pustymi pojęciami/obrazami (skrzyżujcie Stirnera z Baudrillardem), niemożność pełnego poznania przy jednoczesnym dążeniu do niego, materializm, relatywizm sprowadzający się nie tyle do uznania wszystkich kultur, religii, zwyczajów, itd., za równe i równie fajne, lecz sprowadzający się do uznania wszystkich religii, zwyczajów, tradycji, dorobków kulturowych takich czy innych kręgów za zupełny bezsens, niepotrzebny balans obarczony setką i jednym tabu, tworzący napięcia między kulturą a naturą, umiejscawiający nas określonym w kontekście historycznym, kulturowym, itd. gdy tymczasem każdy taki kontekst jest równie istotny co kręgi rozchodzące się po powierzchni zamulonej kałuży. Subiektywizm prowadzi do indywidualizmu, ale zakładając, że jednostkowość jest urojeniem, bo pod uwarunkowaniami nie ma w nas niczego poza chaosem nieświadomości i mniej lub bardziej wypartymi instynktami, nie ma w nas żadnych treści pochodzących autorsko od nas samych, ani jednej naszej własnej myśli (wliczając w to słowa, które właśnie piszę) to jedynym rozwiązaniem jest kolektywizm ukierunkowany na tworzenie nowych uwarunkowań, nowych relacji społecznych wywołujących określone reakcje we wchodzących w jego skład indywiduach. A skąd indywidua mają dojść do subiektywnych objawień otchłani tkwiącej w samej istocie naszego świata? Cóż, to świetne pytanie. Niezależnie od tego, jaka jest odpowiedź na nie (doświadczenia transgresywne, odpowiednia edukacja, zbiorowy trans, zaburzenia psychiczne i emocjonalne, obozy reedukacyjne, itd.), z całą pewnością mogę stwierdzić, że absolutną katastrofą jest masowe utożsamienie kłącza uwarunkowań ze swoją własną istotą.
A i życie to ja w sumie lubię. Czasem to trochę masochistyczna przyjemność, ale skoro już jestem tu i teraz, to chcę mieć z niego co mogę. Być może po lekturze Spisku przeciwko ludzkiej rasie zniuansuje to podejście. Antyludzki pesymizm jest jednak mi obcy. To pesymizm ezoteryczny, mój jest egzoteryczny. Powolne, heroiczne stawanie się rozczarowanym, zgorzkniałym cynikiem jest fascynującym doświadczeniem.


Tzw. Państwo Islamskie dzięki ostatnim zamachom terrorystycznym w Paryżu zrealizowało swój cel - w zadupiastych państewkach półperyferyjnych, rynkach zbytu dla wielkich korporacji i zagłębiach taniej siły roboczej, praktycznie pozbawionych własnej nauki i w pełni podporządkowanych swojej roli w ramach współczesnej formy systemu kapitalistycznego (np. w Polsce) gwałtownie wzrosły nastroje antyimigranckie (może nawet nie tyle wzrosły, co utrwaliły się) - przez co wspólne rozwiązanie problemu na szczeblu europejskim najprawdopodobniej nie będzie już możliwe (załóżmy optymistycznie, że wcześniej mimo wszystko byłoby, a w każdym razie byłoby bardziej prawdopodobne). Niezależnie od tego, czy ostatecznie przyjmiemy uchodźców, czy nie (zresztą, w tym naszym siermiężnym bogoojczyźnianym call-center-syfie i tak mało który uchodźca chciałby zostać, a i całkiem sporo tubylców już wyjechało lub ma wyjazd w planach; czasem sam się nad tym zastanawiam, ale wszędzie gdzie wydaje mi się że jest spoko jest cholernie duża Polonia), czy cała Europa wzmocni wewnętrzne granice, i tak jak zawsze najbardziej dostaną po dupach zwykli, szarzy ludzie. Jakakolwiek decyzja w sprawie nie zostałaby podjęta, jak zwykle najbardziej odczują jej skutki niewinni. Poza tym jest zupełnie oczywiste, że zamachowcy idący na zmarnowanie i na rozpirz brali ze sobą swoje paszporty, które dziwnym trafem przetrwały cały ten rozpirz nienaruszone. Jak w ogóle można w to wątpić.

Tymczasem mamy naszych własnych fundamentalistów. Chciałbym móc zachować metahistoryczny dystans do bieżącej polityki, olać ją, skupić się na czymś interesującym i rozwijającym, ale niestety nie mogę, bo lada chwila ta polityka może wejść z butami we wszystko, co dla mnie jest właściwe i (subiektywnie) słuszne. Wobec sympatyków i członków umundurowanych kanap na prawo od PiSu odczuwam niechęć na poziomie fizjologicznym, coś jak bohater Lovecrafta na widok mieszkańców Innsmouth. Przeglądając zdjęcia z tegorocznego marszu niepodległości skojarzenia z tolkienowskimi orkami narzucały się same. Lub z hordami Nadleśniczego z Na marmurowych skałach Jüngera, plugawiącymi uczucia patriotyczne i poczucie narodowej wspólnoty (tzn. akurat jedno i drugie jest mi obojętne, ale gdyby nie było obojętne, to tak bym to odczuwał, jaki degenerację i spustoszenie). Mamy do czynienia z barbarzyńcami kultywującymi prymitywny kult siły, uznających ślepą przemoc za świetny sposób rozwiązywania politycznych sporów. Najlepiej w paru chłopa oklepać kogoś przypadkowego, z pewnością rozwiąże to wszystkie problemy z którymi ten kraj się boryka.
Poniekąd jest mi ich wszystkich trochę szkoda, brak perspektyw popchnął ich w takie a nie inne poglądy, jeśli jednak ktoś chce wpieprzyć się z butami w moją niewiarę i relatywizm, nie ma na to mojej zgody, niezależnie od tego, jakie są i skąd się wzięły jego motywacje, niezależnie od tego jak bardzo przesrane miał w życiu. Mój brak prawdy jest dla mnie partykularną prawdą.
Mój brak wyrozumiałości wobec pewnych zwyczajów różnych grup etnicznych (np. Romów) i religijnych (np. muzułmanów, wyznawców Judaizmu, katolików) uznanych subiektywnie przeze mnie jako szkodliwe dla nich samych i postronnych jest, rzecz jasna, mało lewicowy, ale jakoś niespecjalnie się tym przejmuję. Niech już powstanie w końcu ten cholerny rząd światowy i rozpocznie ogólnoplanetarny plan laicyzacji, zniesienia tradycji, ujednolicenia obyczajów, itd.

sobota, 12 września 2015

Upływający czas #49 (Uchodźcy)


Człowiek jest już tak zbudowany, że dobrze się czuje w otoczeniu, które zna i w którym został w określony sposób uwarunkowany. Nawet w niewielkim stopniu, ale chyba każdy przejawia takie zachowania, od melancholijnego wspominania utraconej bezpowrotnie wyidealizowanej krainy dzieciństwa, przez niechęć do zmiany na stałe krajobrazu widzianego codziennie przez lata po delikatne ukłucie niepokoju gdy zmienia się znienacka coś, co od dawna było takie samo. Tendencje takie uwydatnione są zwłaszcza w Polsce, gdzie z racji panujące warunki społeczno-ekonomiczne przeważająca większość społeczeństwa przejawia pojedyncze cechy charakterystyczne dla osób z zaburzeniami osobowości z wiązki C, a nerwice i fobie dotykają coraz młodszych pacjentów. Gdy nie ma nadziei na lepsze jutro, gdy pół życia pracuje się na umowach śmieciowych lub na umowę-zlecenie, a kredyt na mieszkanie to, w większości przypadków, założenie sobie kajdan na resztę życia, nie trudno o okopanie się w swoich wyobrażeniach o utraconej wielkości. Zwłaszcza, że od małego człowiek jest kształtowany w wyobrażeniach o utraconej wielkości, w gorączkowej, absurdalnej, przejaskrawionej, oderwanej od rzeczywistości, romantycznej wizji polskości. Kształtuje się w nim przekonanie, że z racji na odsiecz wiedeńską/bitwę warszawską/bitwę o Anglię/papieża polaka/Wałęsę/co tam jeszcze było, cały świat powinien paść przed nami na kolana i uznać naszą wielkość, doniosłość w dziejach świata. Do tego dochodzi jeszcze religia katolicka, komórki rakowe rozlewające się po systemie edukacji, poddany indoktrynacji młody Polak dowiaduje się o Chrystusie (narodów), o tym, że każdy ateista to potencjalny morderca, gwałciciel, wróg polskości. Nabiera przekonania, że praktycznie każde powstanie/rewolucja/ruchawka w polskiej historii to walka Światła z Ciemnością. A potem taki bidoczek twierdzi, że Armia Krajowa walczyła o kraj bez gejów, bez in vitro i bez Żydów. Co najlepsze, uznaje że tylko on i jemu podobni znają tę prawdziwą historię Polski.
Jeśli jesteśmy tacy zajebiści, jeśli kilkanaście razy na przestrzeni wieków ratowaliśmy Europę/Cywilizację Łacińską/coś tam przed zagładą ze strony wrażych, iście piekielnych, demonicznych sił, i to ratowaliśmy głównie przy pomocy hartu ducha, Panny Maryi i Pana Jezusa, to nie dziwota, że jeśli wszystko wokoło stopniowo i nieubłaganie zmienia się w gówno, to dzieje się to zapewne właśnie przez te wraże, demoniczne siły, przyjmujące najróżniejsze twarze, wrogów wewnętrznych i zewnętrznych. 
Oczywiście przejaskrawiam i mam tego pełną świadomość. Niestety, trend zmierza nieubłaganie w taką stronę. Im jest gorzej, tym bardziej dyskurs hegemoniczny zjeżdża na prawo. Prędzej czy później skończy się to jakąś katastrofą.
Nie spodziewałem się jednak, że z moich nieszczęsnych rodaków, przy okazji przybycia do Europy rzesz uchodźców z ogarniętego pożogą bliskiego wschodu, głównie Syrii, wyleje się aż tyle szamba. Radość z utopionych dzieci, gloryfikacja obozów zagłady, wprost wygłaszane postulaty mordowania ludzi, których jedyną zbrodnią jest ucieczka z terenów wyniszczonych przez wojnę padły nie tylko z klawiatur i ust rozbitków z opłotków systemu, lumpenproletariatu czy środowisk pielęgnujących wtórne barbarzyństwo pod hasełkami patriotycznymi, ale zostały wyrażone też przez, zdawałoby się, ludzi oczytanych i inteligentnych, mających jako takie pojęcie o świecie i ludzkiej psychice.
Oprócz rzeczowych argumentów przeciwko przyjęciu uchodźców pojawiają się tak absurdalne (właściwie to przykrywają te rzeczowe), że macki opadają. Że dewastują mienie? Autokary? Śmierdzą, są brudni? Ciekawe, jak wyglądaliby i jak zachowywali się nasi zatroskani patrioci, jakby przemierzyli szerokość kontynentu praktycznie bez żadnych środków ku temu, traktowani po drodze jak bydło, przepychani z miejsca na miejsce. Ciekawe, czy byliby szczęśliwi, jakby po drodze do Wielkiej Brytanii okazało się, że kieruje się ich np. na Słowację. Zresztą, tam gdzie jest tłum, tam działa psychika tłumu, zwłaszcza jeśli jest to tłum ludzi ogarniętych rozpaczą, ludzi nie mających dokąd wrócić. W porównaniu z prawdziwymi bogoojczyźnianymi patriotami demolującymi rok w rok Warszawę w dniu 11 listopada, w porównaniu z ludźmi jadącymi pociągami na Przystanek Woodstock, w porównaniu z plemiennymi wojownikami takiej czy innej drużyny piłkarskiej jadących komunikacją miejską na derby i tak uchodźcy zachowują się wyjątkowo spokojnie i godnie. Dzicz? Barbarzyńcy? Kozojebcy? Będą gwałcić i mordować? Cóż, w każdej społeczności ludzkiej są chwasty. To tak, jakby Polaków nazywać narodem gwałcicieli niepełnosprawnych nastolatek (drugi przykład) (pełnosprawnych w sumie też - klik), gwałcicieli psów, odkurzaczy, skrzynek pocztowych, narodem dziczy polującej w parkach na łabędzie. Zaraz! To nieprawda z tymi łabędziami? Ano, taka sama nieprawda jak historie o uchodźcach rzucających fekaliami w pielgrzymów. Ciemnota? Fanatycy religijni? Spoko, niedawno próbowano przeforsować u nas całkowity zakaz aborcji, a ciut wcześniej przedstawiciele Narodu rozwodzili się nad smutnym losem plemników w czasie procedury zapłodnienia in vitro. Co jakiś czas ktoś wyskakuje z pomysłem intronizacji Jezusa na króla tego smutnego grajdoła. Także na polu zwalczania praw kobiet widzę możliwość nawiązania porozumienia między stereotypowym Ahmedem a stereotypowym Januszem. Wojownicy Państwa Islamskiego udają uchodźców, by dostać się do Europy? W sumie to raczej trend jest odwrotny - muzułmanie europejscy jeżdżą na dżihad na Bliski Wschód, nie na odwrót. To trochę jak nasze skino-dresy jeżdżące na zmywak do UK i walczące tam z lewactwem np. poprzez atakowanie imprez techno. A potem takie nacjonalistyczne organizacyjki na obczyźnie wysyłają swoje delegacje na manifestacje anty imigranckie do Polski, nie widząc w tym ani odrobiny hipokryzji. Cięższy kaliber - Facebooka obiegło zdjęcie typa z kałachem, który miał być takim ukrytym wojownikiem ISIS. Tak naprawdę ten typ był członkiem milicji walczącej z Państwem Islamskim, wcześniej był rebeliantem walczącym z reżimem syryjskim, później pomagał chronić obozy dla uchodźców. Tutaj jest jego historia. Dodatkowo, świetny artykuł o manipulacji w mediach społecznościowych jest tutaj. Ale nie, zatroskani polscy patrioci zawsze wszystko wiedzą najlepiej. No bo jak to - jakiś ciapaty z kałachem to na pewno terrorysta. Komu się chce zweryfikować w jakikolwiek sposób share'owane informacje, skoro pasują mu do światopoglądu. A że wśród uchodźców większość to mężczyźni? To na pewno jakiś spisek, w końcu to oczywiste, że kobiety, starcy, dzieci równie dobrze jak młodzi mężczyźni zniosą tułaczkę przez cały kontynent, w warunkach urągających elementarnej ludzkiej godności. Czemu nie walczą więc we własnym kraju do ostatniej kropli krwi o każdą jedną cegłę zburzonych domów? Pewnie dlatego, że mają jakikolwiek instynkt samozachowawczy. Już to widzę, jak w razie wybuchu wojny na naszym podwórku wszyscy internetowi obrońcy ojczyzny (wraz z obrońcami ojczyzny trenującymi obecnie walkę bronią białą - np. maczetą - na innych obrońcach ojczyzny) raźno staną w jednym szeregu i z radością poumierają z okrzykiem "Niech żyje Polska" na ustach w starciu z przeważającymi siłami wroga. To niezwykłe, jak trudno jest zrozumieć, że z kraju rozdartego wojną ucieka nie tylko biedota/element podejrzany/roszczeniowy/itd., ale ludzie z wszystkich grup społecznych, nierzadko i przedstawiciele dawnej lokalnej klasy posiadającej, artyści, inteligencja; najzwyklejsi, najróżniejsi ludzie uciekają właśnie przed Państwem Islamskim. Wśród nich są jednostki lepiej wykształcone i generalnie bardziej wartościowe od pierwszego lepszego orka wypisującego na murach "jebać żydów". To niewiarygodne, jak łatwo w powszechnej świadomości utożsamiono uchodźcę z imigrantem (różnica jest fundamentalna - ten pierwszy nie wyjeżdża bo chce, ale dlatego, że zmuszają go do tego okoliczności) a imigranta z terrorystą, elementem rozkładowym, destabilizującym zastany ład.
Fakt faktem, z napięć między ludźmi ukształtowani w tak różnych uwarunkowaniach pojawią się z czasem konflikty. Człowiek jako taki to materia, to stłumione, wyparte instynkty, to permanentny konflikt między stłamszoną, zaklętą w tysiąc i jedno tabu naturą a kulturą, zawierającą bagaż wartości, wzorców zachowania, odniesienia w czasie i przestrzeni, możliwość określenia się w danym kontekście. Oderwanie się od tego czasu i przestrzeni umożliwia spojrzenie na swoje własne uwarunkowania krytycznie, gdy zderzamy się z czymś innym, gdy poznajemy to inne. Gdy dojdzie do tego utożsamienie sobie perspektywy kosmicznej (historia mojego i twojego kraju w porównaniu do historii ludzkości jako takiej - historia ludzkości jako takiej w porównaniu do historii planety - historia planety w porównaniu do bezczasu Wszechświata) oraz perspektywy metahistorycznej (narody rodzą się i umierają, kultury rodzą się i umierają, ludzie rodzą się i umierają - mija 100 lat, nasze problemy trafiają w zniekształconej wersji do szkolnych podręczników historii; mija 1000 lat - nasze małe wojenki, kryzysy, krachy zajmują pół akapitu w podręcznikach akademickich; poza tym historia powtarza się cyklicznie) możliwe jest stopniowe dojście do porozumienia. Wszystkie kultury, cywilizacje, zestawy niepodważalnych wartości (stających się podważalnymi po upływie 1-2 pokoleń) to owoce nawarstwiających się uwarunkowań, pompatycznych pustych pojęć; im bardziej rozpaczliwa jest wiara w cokolwiek, tym większa jest chęć zakrycia drzemiącej pod wiarą pustki. Im większe stawia się pomniki tyranii abstrakcyjnych pojęć (jak "Europa" "Polskość", "Bóg", ale też "Człowiek", "Postęp"), tym większe są dziury, przez które wypełza ciemność. Nie ważne, czy Polak czy Syryjczyk - jeden i drugi ucieka przed tą ciemnością, jeden i drugi zakuwa się w religijne absurdy, nadaje sam sobie sens przez własne uwarunkowania, szuka tego sensu we flagach i godłach. O ileż lepiej byłoby pogodzić się z tą ciemnością i na płaszczyźnie wspólnego rozpoznania kosmicznej grozy egzystencji i jej bezcelowości odnaleźć wspólnotę losów - obdarzonych przekleństwem świadomości rozbitków ewolucji wiszących w kosmosie na z grubsza kulistym kawałku bryły.
Czy to wszystko oznacza, że Polska powinna przyjąć nieograniczoną ilość uchodźców i nie kontrolować tego ruchu w żadnym stopniu? Ano nie, po to to państwo dysponuje odpowiednimi instytucjami (załóżmy - wyjątkowo - optymistycznie, że instytucje te spełniają swoje role), by roztoczyć nad przybyszami subtelny nadzór. Wypadałoby też oswoić ich z kulturą autochtonów, umożliwić przystosowanie się do życia w nowym, nieznanym im środowisku. Przyjąć ich z otwartymi ramionami, ale jeśli ich ramiona nie będą równie otwarte, przy całym zrozumieniu dla ich tragicznych losów, odpowiednie instytucje powinny stanowczo zareagować. Tak samo jak powinny zareagować na ciemnotę autochtonów. W końcu po to istnieje jakiekolwiek prawo, byśmy nie pozabijali się nawzajem, by społeczeństwo jako takie jakoś się kręciło. A kręcić się będzie niezależne od składu etnicznego.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Upływający czas #48

Odpryski zlały się z Pokrótce/Czasem na Cokolwiek w jedną kategorię, z przejęciem numeracji Odprysków. Nie ma to żadnego sensu, najwyraźniej jest to przejaw jakiejś mojej w miarę nieszkodliwej manii, to przywiązanie do numerowanych, posegregowanych kategorii. Chociaż tyle jestem w stanie posegregować i uporządkować w rządzącej się niemożliwą do zliczenia i przewidzenia ilością zmiennych rzeczywistości więżącej nas wszystkich w splotach najrozmaitszych uwarunkowań, niemożliwych do rozplątania.

Przeglądając własnego bloga bardzo często zastanawiam się, jak to możliwe, że coś, co jest oczywistym chłamem, potrafiłem zachwalać. Najchętniej co pół roku zmieniałbym treść całkiem sporej ilości postów, niczym w stalinowskiej Rosji lub współczesnym Watykanie. Tak samo widzę jak na przestrzeni czasu zmieniały mi się gusta literackie, zakładając optymistycznie, że kiedykolwiek były wyrobione. Największą katastrofą naszych czasów - do której i ja przykładam kilobajty - jest przekonanie, że ma się cokolwiek sensownego do powiedzenia na jakikolwiek temat, że cokolwiek co ma do powiedzenia faktycznie zainteresuje kogokolwiek, i że można wnioski własne wysnute na bazie subiektywnego gustu, wykreowanego przez lata na bazie indywidualnych doświadczeń rozszerzyć na ogół czytelników i zaprezentować jako coś - w miarę - obiektywnego.
W kilku przypadkach pozwoliłem sobie na dopiski po czasie, z odpowiednimi adnotacjami. Cały czas to wałkuję, to nie pierwszy post o tym tu, bo nie daje mi to spokoju. W gruncie rzeczy każda opinia o czymkolwiek ma swoje miejsce i czas. Po kolejnym mrugnięciu okiem optyka może zmienić się diametralnie. Raz zachwycisz się czymś, książką A, opinią B, poglądem C, tydzień później, po zapoznaniu się z nowymi - dla Ciebie nowymi - informacjami zdasz sobie sprawę, że autor A popełnił plagiat D, wyraziciel B jest skończonym idiotą, pogląd C to piramidalna bzdura. Samo pisanie o tym mechanizmie jest paradoksem, z drugiej strony łatwo jest pisać o czymś takim, gdy noce stają się coraz zimniejsze a zmierzch zapada coraz wcześniej. Zbliżająca się zima sprzyja ujrzeniu w sobie jakiejś małej prawdy, w końcu gwiaździste niebo jest dłużej widoczne (ok, nie w warunkach krakowskiego smogu), a jednak sprzyja też nasileniu reakcji odrzucenia tej małej prawdy, rzadko bowiem kiedy z rozgwieżdżonego nieba można wyczytać coś przyjaznego i optymistycznego. Ale, znowuż, to tylko moja opinia. Z jakiegoś powodu, jakiegoś internetowego ekshibicjonizmu, miałem ochotę wyrzucić ją tutaj z siebie. Leży więc i gnije sobie w najlepsze.

Odnośnie zim, miałem okazję przeczytać ostatnio bardzo zimną książkę. Schludnie wydana cegła, Terror Dana Simona opowiada o słynnej wyprawie morskiej w poszukiwaniu przejścia północno-zachodniego. Wyszedł z tego trochę Melville (ten od Moby Dicka), trochę groza a'la Lovecraft (wątki mitologii innuickiej + tajemnicze zło mordujące członków ekspedycji), trochę, bo ja wiem, Conrad. Przyznaję, odniesienia do literatury marynistycznej wrzuciłem w ciemno, szukając podobieństw wśród czegoś, co było mi znane wcześniej - bo gówno się znam na literaturze marynistycznej. A szkoda. Tak czy siak, autor umiejętnie zbudował opowieść niesamowitą na bazie ogromnej ilości zgromadzonego materiału faktograficznego. Fenomenalnie oddał obcość lodowych pustkowi i małość człowieka w starciu z nieznanym. A także absurdalność losów ekspedycji, nękanej mnóstwem pechowych zbiegów okoliczności, których negatywne skutki uwypuklała nieraz krótkowzroczność dowódców (wynikająca rzecz jasna z takich a nie innych uwarunkowań, uniemożliwiających szybkie zaadaptowanie się do zmieniających się warunków). W przeciwieństwie do większości weird fiction (można to pod weird podciągnąć w ogólnym sensie), bohaterowie nie poddali się po zderzeniu się z obcością. Ci, którzy mogli, walczyli do końca, część oddała swoje życia na własnych warunkach. Książkę dopełnia posłowie dr hab. Grzegorza Rachlewicza, wyczerpująco i przystępnie prezentującego w nim kontekst historyczny oraz rozwijającego geograficzne niejasności.

Do pociągu wolę gorsze książki, mniej absorbujące uwagę. Niedobitki serii wydawniczych Phantom Pressu czy Amber Horror pałętające się po ulicznych straganach ze starymi książkami świetnie sprawdzają się w roli zapychaczy czasu. Carnosaur gościa piszącego jako Harry Adam Knight to sprawnie napisane czytadło, co najciekawsze, poprzedzające Park Jurajski i późniejszą modę na dinozaury. Sporo seksu, dużo przemocy; fatalna edycja polskiego tłumaczenia; przyciągająca wzrok, kiczowata ale ładna na swój sposób okładka, jeśli ktoś lubi takie klimaty. Ja lubię, coraz bardziej na zasadzie guilty pleasure, ale lubię. Książka została zekranizowana, ekranizacja doczekała się direct-to-video kontynuacji, i to nawet paru. Nie miałem okazji oglądać.

W pociągu przeczytałem też Syreny z Saturna Kurta Vonneguta. Wspaniała książka. Czego tam nie ma: obojętny człowiekowi wszechświat i najzupełniej obojętny człowiekowi Bóg; problematyka determinizmu a wolnej woli; zdarcie i przebudowa kształtujących jednostkę uwarunkowań; kurs kolizyjny na Nieznane wiszące w kosmosie; częściowe odkrycie nieznanego i rozczarowanie, bo za jednym nieznanym rozciągają się kolejne, za siłami częściowo poznawalnymi wynurzają się z czegoś nieosiągalnego; człowieczeństwo maszyny. A do tego wszystko będące cudowną, co ciekawe nie posępną i tylko nieco przygnębiającą (poza ogólnym wydźwiękiem i paroma elementami), surrealistyczną groteską. Autor śmiało brał szturmem kolejne granice wyobraźni, balansując na granicy przejaskrawienia i autoparodii, dorzucał więcej i więcej następnych dziwactw i absurdów. Coś, co spokojnie mogło by być kolejną smutną opowieścią o pożerającej wszystko ciemności i mackowatych kształtach w niej drzemiących, jest pełną akcji i okraszoną ironicznym poczuciem humoru opowieścią, że w gruncie rzeczy i tak wszyscy umrzemy a wszechświat ma nas w dupie, dlatego zamiast się zamartwiać warto śmiało samemu wyruszyć na spotkanie wszechświatowi. A nawet jak będziemy przed tym wszechświatem uciekać, to samozwańczy bogowie i/lub ślepy przypadek i tak wyciągną po nas łapska.

Zrobiłem drugie podejście do antologii Po drugiej stronie. Weird fiction po polsku. Pierwsze było tutaj. Tak właściwie szukałem w niej jednego opowiadania. I nie znalazłem go - coś pomyliłem z czymś, poszukiwania trwają - za to przeczytałem tę książkę raz jeszcze. W sumie mogę podtrzymać wszystkie moje zarzuty względem gatunku jako takiego sformułowane w podlinkowanym poście - tyle, że sam coraz bardziej zacząłem w nim się odnajdywać. Nie przeszkadzało mi też nagromadzenie wszelkiej beznadziei, czasem dosyć topornie ładowanej czytelnikowi w ryło. Niezbyt utożsamiam się z moim wcześniejszym argumentem o wpajaniu ogólnej ciemnoty, zabobonów i pogardy dla nauki. Co więcej, uważam, że był to dość dziwny argument. Pewnie dlatego, że mój ateizm - w miarę świeży w 2013 roku - aktualnie przygasł, chociaż zarazem zwyrodniał bardziej. Przykład na to, jak zmienne warunki mogą wpłynąć na gust literacki - gdy przedstawiłem swoje wrażenia po pierwszym przeczytaniu, byłem jeszcze studentem. Myślałem wtedy, że kiedyś wcześniej, gdy szedłem na studia, byłem młody i naiwny. Miałem jakieś tam ogólnożyciowe plany. Teraz zaś już nie jestem studentem, patrzę na siebie-studenta z mieszaniną odrazy i politowania. Z tamtych ogólnożyciowych planów rzecz jasna nic nie wyszło (patrząc nawet z perspektywy tego jednego, dwóch lata - ale to całkiem dobrze się stało), ponadto zderzyłem się kilkukrotnie z zagmatwaną rzeczywistością, przez co uwypukleniu uległy wcześniej niedominujące elementy moich przekonań i osobowości, jakieś ciemne cienie zawsze tam gdzieś tkwiące, odkąd pod koniec gimbazy byłem mhrocznym metalowcę. Wystarczyły dwa lata, by punkt widzenia się zmienił - a wraz z nim zmienił się stopień przyswajalności różnych treści i stopień utożsamiania się z nimi.
Punkt widzenia ale odczucia pozostały z grubsza te same - więc o ile większość zgromadzonych tu opowiadań mnie nieco znudziła (wszystkie oparte na mitologii Cthulhu - ja was bardzo przepraszam, ja wszystko rozumiem - ale po Ligottim raczej już nigdy nie spojrzę na kolejny Lovecraft-worship bez uczucia lekkiego zażenowania), klasyfikacja najlepszych w tym zbiorze pozostaje jak dla mnie bez zmian.

Herman Hesse Demian - kolejna dziwna książka. W pewien sposób dosyć mi bliska. Zwariowany gość był z autora, miotał się aż za bardzo i wyraźnie czegoś nie przezwyciężył w swojej młodości. Typowy przedstawiciel niemieckiej inteligencji pierwszej połowy XX wieku, chciałoby się rzec. Hesse na przestrzeni lat przeżył etap fascynacji psychoanalizą - Demian jest tego pokłosiem. Ale to była psychoanaliza dość inna od tego, co dziś jest znane pod tym bardzo szerokim pojęciem - tutaj widać wpływ Junga, i to Junga z czasów, gdy objawił mu się Abraxas.
Poza tym fabuła jest prosta(cka) wręcz - młody chłopak dojrzewa, jest pełen napięć, widzi dwa sprzeczne światy, ziemski i duchowy (tak je nazwijmy umownie na potrzeby tego krótkiego opisu), miota się między jednym a drugim, szuka równowagi, szuka swojej drogi, ma problemy w szkole, oczywiście jest cherlawym wrażliwcem więc podporządkowuje się starszemu chuliganowi, potem spotyka tytułowego Demiana, zaprzyjaźnia się z nim, toczą dziwne rozmowy o religii, człowieku, świecie...
... życie płynie dalej, główny bohater nie może sobie poradzić sam ze sobą, odnawia po paru latach kontakt z Demianem, ten wprowadza go w rodzaj towarzystwa ezoterycznego, główny bohater śni o feniksie i odczuwa uczucie romantyczne do matki Demiana...
I takie tam. W sumie niezła rzecz, ale bardzo specyficzna. Do tego jest to świetne źródło nihilistycznych/egzystencjalistycznych bon-motów, w sam raz do wrzucenia na fejsika by 2137 znajomych mogło przeczytać jacy to jesteśmy samotni, niezrozumiani i w ogóle.

Królestwo spokoju Jacka Ketchuma starczyło na dwa przejazdy pociągiem (same przejazdy pamiętam lepiej od pobytu na miejscu). Pierwsza książka autora jaką miałem okazję przeczytać. Ponoć przekrojowo ukazuje jego zainteresowania literackie i rejony szeroko pojętego horroru w granicach których się porusza. Tak naprawdę o jakiejś książce mogę powiedzieć, że była dobra, jeśli z jakiegoś powodu zapamiętałem ją na długo - z tej zapamiętałem tylko kilka opowiadań, w tym tytułowe, które jest absolutnie urzekające. Poza tym, jak to w horrorach, jest i seks, i przemoc, i jakaś rozmaita niezwykłość, sporo horroru psychologicznego a nawet delikatne wycieczki w stronę weird (czy raczej anxiety - TM by ja) fiction. Jak dla mnie nic szokującego i nic porażającego, ale bardzo dobry, solidny zbiór.

F. Paul Wilson Odwet - oho, jakaś książka w końcu mnie zaskoczyła. I to podwójnie, bo nie spodziewałem się, że akurat coś takiego mnie zaskoczy. Niby kontynuacja cyklu zapoczątkowanego przez Twierdzę (siedem zdań o tej książce tutaj) (po drodze była jeszcze jedna książka, za Odwetem też coś jeszcze było, nieistotny szczegół), a jednak coś zupełnie innego. W Twierdzy główny zły był nieco komiksowy. Przerysowany. Był zły, bo był pradawnym czymś uwięzionym w posępnym, niesamowitym zamczysku. Był trochę jak wampir, trochę jak upiór. Był przewidywalny, wpisywał się w konwencję. W Odwecie mamy tego samego złego, po latach, w innym życiu, a jednak innego. Perwersyjnego maniaka dokonującego obrzydliwych zbrodni byle by pognębić znielubionych przeciwników, w gruncie rzeczy dość przypadkowo wybranych (historia sześcioletniego chłopca naprawdę mną poruszyła - a to się zdarza bardzo rzadko). Nieuchwytnego, pozbawionego przebrzmiałej rekwizytorni, duchów Lovecrafta i Howarda wiszących nad jego kreacją.
Jedna z lepszych rzeczy z szalonych lat horroru książkowego ('90) w Polsce jakie czytałem.

środa, 8 lipca 2015

Odpryski/Opowieści dziwnej treści split

Czy wiecie, co to jest osadnik?
Być może niektórzy wiedzą, ale i tak wyjaśnię.
Osadnik to rodzaj basenu, pół/otwartej przestrzeni, zazwyczaj o żelbetowych ścianach, metalowych barierkach i również żelbetowym bądź cholera wie jakim podłożu. Zazwyczaj w jednej ze ścian widnieje otwór kanału, prowadzącego cholera wie gdzie, rozdzielającego się na plątaninę rur, prowadzącego całą skomplikowaną plątaniną rur do wanien i kadzi.
Do osadnika spuszczano (a może i gdzieś jeszcze taka infrastruktura funkcjonuje, niczego nie można wykluczyć) najróżniejszą chemię, szkodliwe trucizny, substancje żrące, wszelki syf, odrzuty z wytrawiania/impregnowania/cokolwiek powłok, lakierów, farb; zbiorniki te zazwyczaj lokowano gdzieś za danymi zakładami, ale na ich terenie, w lasach, na łąkach, odludziach.
Chemikalia parowały sobie spokojnie, dorzucano do nich tonę innej chemii i/lub wapna. Gdy wapno rozłożyło, co tylko mogło wchłonąć/rozłożyć, szlam był wywożony do utylizacji gdzieś indziej.
A w i blasku dymiących kominów, wśród refleksów światła pełzających po częściowo wybitych szybach wieżyczek strażniczych, wśród rdzawych zacieków z drutu kolczastego zwisającego smętnie nad krzywym żelbetowym płotem, tęczowo mieniące się mikstury zabierające życie zewsząd ze swojego szlaku nie raz i nie dwa rozpływały się po łonie matki ziemi po drodze do takiej czy innej rzeki, wyciekające przez szczeliny w poszyciu lub przelewające się górą.
Paradoks - dopiero po upadku większości zakładów na przełomie końcówki '80/I połowy '90 środowisko odetchnęło, odbierając co jego, skrywając niejedną ludzką tragedię pod źdźbłami trawi przebijającymi się przez stopniowo zmieniające się w piach lub zakalec z kamienistymi rodzynkami pytami chodnikowymi. Podobno po raz pierwszy od bardzo wielu, zbyt wielu lat, akurat do tej jednej rzeki wróciły raki.
Kurwa mać, jak ten czas leci. Jeszcze przed 2008 rokiem wszędzie było ich pewno. Mniej lub bardziej znajomych twarzy. Sporo z nich wbiło się w pamięć niczym drzazgi. Tak już mam, przeglądam wspomnienia, zwłaszcza te najdawniejsze, jak kolekcję blizn, ekwiwalent prawdziwych blizn, które nawet jeśli były, na przestrzeni lat zniknęły (i dobrze zresztą, zazwyczaj przypominały jedynie o własnej głupocie). Nie było wtedy gdzie iść, więc szliśmy tam, gdzie było blisko, gdzie byliśmy sami ze swoimi marzeniami, naiwnością, pierwszymi młodzieńczymi problemami, nadziejami, ze swoimi demonami. W krzakach nad rzeką, pod mostem takim czy innym, w ruinach fabryki farb i lakierów, na terenie równie skażonym jak nasze rozgorączkowane myśli uczyliśmy się życia. Czasy, gdy piwo, fajki (nie wciągnąłem się), wóda i mocniejsze alkohole oraz wszelkie inne substancje, zazwyczaj nielegalne, a także dziewczyny (da się je podciągnąć pod "wszelkie inne substancje") były jeszcze czymś nieznanym, czymś obcym, nieznanym terytorium na które wkraczaliśmy ochoczo i z podniesioną głową. Nasze małe przestrzenie wyrwane całemu światu, gdzie nie obowiązywały jego prawa i uwarunkowania.
Mój rocznik rozjechał się po świecie. Szlag trafił wiele przyjaźni, wiele nocnych rozmów i cichych szeptów pozostało tylko w przebłyskach wspomnień, czasem wracających samych z siebie, czasem zupełnie nieproszonych.
Skończyło się na tym, że po obejściu starych, tak dobrze znanych, śmieci (czasem dosłownie) dwóch około-korposzczurów bądź po studiach (ja), bądź kończących studia (on) poszło pić jakieś gówniane smakowe piwa na stary osadnik. Zostało nas w sumie dwóch. Dwóch tam i wtedy. Na przeciwko wszystkiego, co było wcześniej. W sumie nie został już nikt, bo i jesteśmy już zupełnie inni. Smażyło nas lipcowe słońce, takie samo co wiele razy lata temu, tematy do rozmów jednak poszły z biegiem czasu. Bliższe tym, którym bliżej już do 30tki niż 20tki. Co zrobić z mieszkaniem po rodzicach, gdy umrą - a nawet nieśmiertelne postaci drżą przed potęgą nieubłaganego czasu, a ty widzisz, że każdy koniec to przede wszystkim koniec - jakiś tam początek jest ewentualnością, wcale nie musi faktycznie nastąpić. Co zrobić z domem po dziadkach, gdy umrą. Gdzie się wynieść, i dlaczego byle dalej stąd, gdzie nic nie ma, a to co jest, stopniowo gnije. Skąd wziąć kasę na życie, na mieszkanie, na przyszłość - równie złudną jak teraźniejszość. Dlaczego Kraków ssie i najlepiej wynieść się i stamtąd. Kiedyś. Słowo klucz: kiedyś. Jeden z wielu zardzewiałych kluczy, nie otwierających niczego.
Byli tacy, co zostali, owszem. Kilkoro z nich to obecnie alkoholicy. Byli tacy, co wracali, owszem. Jak na razie jest jeden samobójca. Pewnie jeszcze kilku ich przybędzie. Były śluby i rozwody, były wielkie tragedie i wielkie radości, wszystko zmieszane w jedną ciastowatą, ubitą na jednolitą papkę masę wspomnień. Wszystkie tak wyblakłe, wszystkie zalane cynicznym doświadczeniem późniejszych lat. Z perspektywy czasu nawet wybuch supernowej byłby kompletnie bez znaczenia. Sami gasimy z czasem własne supernowe.
Nie no, sporo sobie jakoś radzi. Przeglądam czasem profile w takim czy innym serwisie społecznościowym znajomych sprzed wielu, wielu lat - ileż tam samotnych matek, iluż starych kumpli nie widzianych od 7+ lat jest teraz tatusiowatymi Januszami. Iluż. Inni radzą sobie nieźle rozrzuceni po Polsce bądź świecie. Lepiej lub gorzej - z grubsza do przodu.
Ściany osadnika, nie używanego od około 30 lat, pokrywały graffiti z innych czasów. W żadnym innym miejscu miasta nie przetrwały tak stare malunki. Jakieś gówna w stylu "Skinheads" przyozdobione krzyżami celtyckimi trafiają się jeszcze gdzieniegdzie, poza tym są ponadczasowe więc wciąż wyrastają w nowych mutacjach, zwłaszcza w tak gnijącym środowisku i czasach, gdzie najgłupsze rozwiązania zapewniają elementarny sens i poczucie własnej wartości. Inne jednak to relikty. Wyobraźcie sobie - napisy twardym, jakby technicznym pismem - "LEON ZAWODOWIEC" (aż sprawdziłem, wyszedł w 1994 roku), "PHILIPS". Malunek przedstawiający paczkę Malboro. Zakapturzony mnich z hakiem zamiast dłoni, wystającym spod warstw szaty. Pamiątki z czasów sprzed powszechnego dostępu do mediów społecznościowych czy telefonów komórkowych (o smartfonach nie wspominając). Pamiątki z czasów, kiedy mak był dużo bardziej popularny od konopi.
Ciekawe, co oni robią teraz. Kim są, gdzie są. Czy jeśli zostali na miejscu, chodzą starymi ścieżkami, przynajmniej tymi które zarosły (a zarosły nawet ścieżki sprzed ~7 lat, co dopiero sprzed przeszło dwukrotnie dłuższego okresu czasu), czy i co wspominają. Czy niczego nie żałują. Czy uśmiechają się na widok napisów wykonanych dawno temu własnymi dłońmi.
Moje rodzinne miasto jest miastem żelbetu. Żelbetu i lasów. Chwastów stopniowo wchodzących na rozpostarte przestrzenie torów, plątaniny zieleni pochłaniającej spękane ściany fabrycznych hal i innych wszelkiego rodzaju ruin. Spośród rdzawych zacieków wyrasta mech. Krzaki, chwasty, dwumetrowe źdźbła traw. Płyty chodnikowe, beton, zbrojone szkło, żelbetowe latarnie uliczne. Powolna, jednostajna atmosfera postępującego rozkładu. Cisza, spokój. puste ulice ciągnące się pod rozgwieżdżonym niebem. Nieustające życie, w którym niezależnie od nieśpiesznego, meandrującego nurtu bardzo łatwo można zahaczyć się o wystający korzeń.
Nawet burgerownia stojąca w centrum, nieopodal domu kultury (w tym kina), blokowiska i liceum - zbankrutowała. Najprawdopodobniej. Nie było informacji, że lokal przeniósł się gdzieś indziej. Istniała może ponad rok.

środa, 1 lipca 2015

Odpryski XLVII

Że zaczerpnę wyrażenie od Ligottiego (wraz z kontekstem tego wyrażenia): jeszcze nie skończyłem.
Chociaż czasem mam wielką ochotę pieprznąć to wszystko w diabły. Zarówno klecenie bloga sobie a muzom jak i klecenie do szuflady poronionych płodów własnej wyobraźni stało się ostatnio nieznośnie męczące. Po ośmiu (minimum) godzinach zapieprzu dziennie, w nieprzejrzystym środowisku pełnym sprzecznych zasad, niedookreślonych reguł, nieczytelnego podziału kompetencji, czasem człowiek nie ma siły nawet rozmawiać, siedzi i patrzy się w sufit, nie jest w stanie zebrać najprostszych myśli ani wykrzesać z siebie czegokolwiek bardziej kreatywnego od ewentualnego podniesienia tyłka i przeniesienia go tymczasowo do spożywczaka/alkoholi 48h. Ostatnimi czasy zrobił się ze mnie koneser łychy, cóż, skoro i tak wszyscy umrzemy, to w imieniu czego nie moglibyśmy pozwalać sobie na małe przyjemności, jeśli dziwnym zrządzeniem losu akurat nas na nie stać?
A czasem, jak już człowiek ruszy się gdzieś, by przewietrzyć zwoje mózgowe, to może np. znaleźć zwłoki na zielonym, zarośniętym skwerku między sklepem a przystankiem autobusowym. Starszy, trochę obdarty gość nadal siedział w przewróconym (na "plecy") wózku inwalidzkim i szeroko otwartymi, mętniejącymi oczami wpatrywał się w dogasające w zasmrodzonym powietrzu gwiazdy na nocnym niebie. Jak na ironię, przed wyjściem wtedy na mały chaotyczny spacer połączony z przypadkowo wrzuconymi elementami psychogeografii zdałem się na Przypadek, nastawiłem się na czerpanie bodźców z chwili, domagałem się od samego siebie subiektywnych wrażeń wywołanych przemieszczaniem się i spoglądaniem na świat z coraz to nowszych i innych punktów widzenia, różnych od uwarunkowanych. Powtarzam sobie często, że nie ma po co dać się zaskakiwać czymkolwiek, tylko trzeba z podniesioną twarzą i opuchniętymi oczami stanąć raźno i w podniosłym oczekiwaniu na kolejną dowolną historię w którą wmiesza nas życie, z drugiej strony na własny użytek mam też inną subiektywną prawdę - nic tak nie zadziwia, jak własne życie. Znów się sprawdziło. Poza takimi pożałowania godnymi incydentami składającymi się na szarą codzienność życia w Krakowie, kilka współczesnych dzielnic dawnej Nowej Huty nie wydaje się być bardziej niebezpiecznymi czy odpychającymi - nawet o drugiej, trzeciej w nocy, gdy życie wyraźnie wypala się pośród trędowatych, poszarpanych kamienic Kazimierza czy centrum, gdy kolejne fale hedonizmu rozbijają się o skały przeszywającego poczucia bezsensu - od centrum czy Kazimierza właśnie. Co prawda może faktycznie nie warto zagłębiać się w osiedla, tylko kroczyć znikąd donikąd wzdłuż głównych ulic, zawsze można też mieć pecha i natrafić na najazd orków z maczetami z innego osiedla na dane osiedle, ale to jest po prostu element lokalnego kolorytu. A tak w ogóle to Kazimierz jest ohydny, rozpadające się zabudowania wyglądają jakby odpadały z nich płaty butwiejącej materii (bo w sumie tak jest w większości przypadków), butwiejącego mięcha, jakby te wszystkie szczerbate i bezokie kamienice były trędowate. Stateczne starzenie się z godnością starej Nowej Huty, starzenie się prawie jednolitej szarości, przemawia do mnie znacznie silniej. Kazimierz to dobre miejsce by iść się napić, by zawsze o czymś pamiętać lub jak najszybciej o czymś zapomnieć, nie wyobrażam sobie jednak, jak można tam mieszkać, w każdym innym przypadku gdy nie jest się nawiedzoną, przeintelektualizowaną studentką ASP.
Mieszanina przewidywalności (odkąd poszedłem do tej pracy, praktycznie każdy mój dzień wygląda identycznie, zlewają się w jedną bezkształtną bryłę, breję, ściek godzin i dni, sporadycznie rozświetlanych przerywnikami gasnącymi zaraz po ich odpływie z teraźniejszości) i nieprzewidywalności (nie mam pojęcia, co i gdzie i czy w ogóle będę robił za 2-3 lata) bywa czasem na tyle przytłaczająca, że marzę o tym by choć na chwilę się wyłączyć, by rozmyć się gdzieś, nie myśleć, nie mieć świadomości samego siebie, nie uginać się pod ciężarem własnych uwarunkowań, nadchodzącej nocą udręki, martwego blasku gwiazd idealnie obojętnego wszechświata, nie być kolejnym gwoździem do swojej własnej przyszłej trumny.
W tym roku jeszcze nie byłem nad morzem. Może się uda ogarnąć urlop. Nie ma go dużo, ale przynajmniej jest płatny. Ja sam pod pustą przestrzenią ciągnącą się aż po horyzont wiszącą nade mną i rozpościerającą się przede mną - dla mnie to doświadczenie niemalże mistyczne. Mogę godzinami wpatrywać się w morze, w falującą materię stykającą się z niebem. Bezkształtna, przelewająca się materia jest dla mnie idealną formą życia - życia z którego na przestrzeni milionów lat wyszliśmy i my, życia trwającego, pierwotnej zupy, życia stanowiącego jedność z wszechświatem, nie podążającego za złudzeniami podsyłanymi wciąż i wciąż przez własną świadomość. Jeszcze jakiś czas temu stwierdziłbym coś zupełnie innego, stanął w obronie jednostkowej twórczości, autonomii, itp. bzdur - ale to wszystko tylko kolejne upiory zasłaniające nasze prywatne pustki.

Nie komentowałem wyników wyborów prezydenckich. W gruncie rzeczy nie ma tu niczego do skomentowania. Zamiast tego pozwolę sobie na taką luźną uwagę - im dłużej czytam w internecie komentarze moich współmieszkańców odnośnie dowolnej kwestii - od dostępności pigułek antykoncepcyjnych, przez in vitro, przez postulat zmiany nazwy warszawskiej ulicy im. Dąbrowszczaków, przez opinie o bankrutującej Grecji, po odnoszenie się do umożliwienia prawnej legalizacji związków homoseksualnych w USA na poziomie federalnym, tym częściej przyłapuję się na rozmyślaniu, by pierdolnąć to wszystko w cholerę, wyjechać na Islandię i hodować tam kozy. Ten kraj nie ma przyszłości - kolejne z moich powiedzonek, które nadużywam.
Swoją drogą, gdybym miał na kogoś zagłosować w nadchodzących wyborach - zagłosowałbym na Razem. Ale nie będę miał okazji, bo nie uda im się zarejestrować list, po czym najprędzej rozpadną się. Mimo tego, że ta partia to takie wszystko i nic, mieszanina pomysłów sensownych i mniej sensownych, patrzę na nich przychylnie o tyle, że w razie gdyby udało im się zaistnieć, mogliby spróbować przesunąć dyskurs w lewo.

Zmodyfikuję niedługo listę blogów widniejących na tym blogu po prawej stronie - albo usunę ją całkowicie. Nic osobistego, to bardziej lista dla mnie, by być na bieżąco co tam kto fajnego obczaił ostatnimi czasy czy co ma do powiedzenia, ale fakt faktem pod niektóre adresy ostatni raz wszedłem chyba w momencie gdy je do tej listy dodawałem.

Kto wie, czy coś tu w lipcu jeszcze będzie. Czytam cały czas. Oglądam coś co jakiś czas. Gram w coś co jakiś czas. Piszę co jakiś czas. Zobaczymy.

środa, 13 maja 2015

Odpryski Special #3

Uwaga, będzie o polityce. I trochę o filozofii. Ba, wyszedł mi z tego manifest. Taka okazja, że trudno, aby o polityce nie było.
Zapewne część czytelników poczuje się dotknięta do żywego. Cóż, trudno. Tak bardzo mnie to nie obchodzi. Na wszelki wypadek zaznaczam, że mocno prawicowi czytelnicy niech tego nie czytają. W sumie nie wiem, po co to napisałem. Ale niech już będzie, jak jest. Kilka dni usuwałem kolejne wersje.

Pierwsza tura wyborów bez zaskoczenia jak dla mnie. Zupełnie bezbarwny, do tego wybitnie bucowaty urzędujący prezydent dostał pstryczek w nos. Druga tura rozstrzygnie, czy jego elektorat negatywny zmobilizuje się bardziej niż elektorat negatywny kontrkandydata.
Nie brałem udziału w tej szopce. Większość kandydatów wystawił tak naprawdę episkopat, łącznie z tzw. "kandydatami antysystemowymi", których pitolenie często wprost przyniosłoby korzyści dla obecnych beneficjentów. Chociażby JOWy postulowane przez krzykacza Kukiza, najbardziej rozpoznawalny element ze zbieraniny jego przypadkowych i sprzecznych ze sobą postulatów. JOWy zabetonowałyby polską scenę polityczną na wieki, tak jak stało się to w Wielkiej Brytanii. Prześledźcie wyniki tamtejszych wyborów parlamentarnych. Poza przedstawicielami dwóch największych partii do władz dostaliby się co najwyżej bogaci celebryci, których stać byłoby na kampanię przytłaczającą swoim rozmachem kampanie przeciwników. Również postulat zniesienia finansowania partii politycznych z budżetu państwa jest złym pomysłem. Oczywistym jest, że przetrwałyby partie realizujące interesy klasowe tych, których stać byłoby na utrzymywanie takiej partii. Byłby to koniec jakkolwiek pojętego pluralizmu, gdyż partie utrzymujące się tylko ze składek członkowskich lub innych określonych obowiązującymi przepisami źródeł finansowania partii politycznych nie miałyby możliwości przetrwania w starciu z takimi molochami. Zresztą - już teraz praktycznie nie mają. Jeśli to są niewystarczające argumenty, to poczytajcie o gerrymanderingu.
Elektorat Kukiza zasługuje na analizę porządniejszą niż moja, jednak jest niezmiernie fascynujący. Głosowali na niego najróżniejsi ludzie, często nie mający ze sobą nic wspólnego i mający zupełnie rozbieżne poglądy, lub nie mający ich wcale. Chcieli na kogoś zagłosować, a nie mieli zupełnie na kogo, więc kupili ładnie wykreowany produkt, głośno krzyczącego kandydata-buntownika, który nie miał niczego sensownego do powiedzenia ale za to był wyrazisty i autentyczny. W jednych z zeszłych wyborów takim gościem był Palikot. Wprowadził do sejmu kilka interesujących nowych twarzy, lub działaczy nie należących wcześniej do partii politycznej, na tym skończyły się jego zasługi. Jestem święcie przekonany, że próba skonstruowania przez Kukiza jakiejś partii skończy się szybką katastrofą spowodowaną niemożnością wypracowania spójnego programu, tak jak to miało miejsce w przypadku Palikota, który chciał zbyt wiele srok złapać za ogony. Poza tym jego głośne performance szybko się wyborcom przejadły. Kompleks oblężonej twierdzy Kukiza też się im przeje. W następnych wyborach pojawi się jakiś inny jednorazowy kandydat kanalizujący niezadowolonych. Aż chciałoby się zaśpiewać, bo tutaj jest jak jest, po prostu.
Bardzo mnie cieszy wynik Korwina. Ten stary dziad to największy szkodnik polskiej sceny politycznej, od lat infekujący niewyrobione umysły przekonywająco brzmiącym stekiem pierdół. Poparcie dla niego wśród uczniów i studentów świadczy jedynie o tym, że polska edukacja jest pogrążona w ciężkim kryzysie. Całe szczęście, przy jego trybie życia i wieku być może są to już ostatnie jego wybory. A gdy go zabraknie, na gruzach KORWiNa (zakładając, że do czasu następnych wyborów nie powstanie kilka kolejnych jego partii) powstanie kilka zwalczających się wzajemnie sekt, z których każda jedna będzie uważać się za tę jedyną prawdziwą spadkobierczynię myśli Wodza w muszce.
To niewiarygodne, że ktokolwiek uważa kandydatów takich jak jak Korwin, Braun, Kowalski, Kukiz za antysystemowych. Przyjrzymy się ich postulatom, zdecydowana większość z nich dokładnie pokrywa się z zawartością dyskursu hegemonialnego. Świetnie wypunktował to jeden z publicystów lewicy.pl, pozwolę sobie przytoczyć odpowiedni fragment: (...) Setki tysięcy młodych ludzi, którzy poszli za Ruchem Narodowym i Kongresem Nowej Prawicy [chodzi tu rzecz jasna o dowolną partię w której akurat siedzi Korwin], wierzy, że postawą antysystemową jest dziś wyznawanie katolicyzmu w skrajnie katolickim kraju. Są przekonani, że antysystemowe jest zwalczanie imigracji, w kraju gdzie imigrantów niemal wcale nie ma, a ci nieliczni są zamykani w ośrodkach o zaostrzonym rygorze lub deportowani do krajów pochodzenia, czasem na pewną śmierć. W ramach swojej antysystemowości czczą tzw. „żołnierzy wyklętych”, wśród nich morderców cywili, choć ich kult jest ustawowy, zresztą przegłosowany przez posłów PO (sic!). Popularnym przejawem „antysystemowości” jest także walka z „pedalstwem” oraz aborcją – w kraju, gdzie rząd z automatu odrzuca a kolejne ustawy o związkach partnerskich, a prawa aborcyjne należy do najostrzejszych w Europie. Wreszcie, najmodniejszy obecnie „antysystemowy” temat, czyli żądanie militaryzacji narodu, gdy władza deklaruje wydanie ponad 100 miliardów złotych na zbrojenia. Czy jakikolwiek System mógł sobie wymarzyć lepszych przeciwników? Radykalna, prawa strona polskiej sceny politycznej realizuje politykę tego, co Alhtusser nazwał aparatami ideologicznymi państwa. Według francuskiego filozofa, są to wszelkie praktyki, wartości, organizacje i instytucje, które umożliwiają społeczną reprodukcję i podtrzymywanie istnienia systemu. Tysiące wściekłych, młodych ludzi na ulicach doskonale realizuje te cele. W obliczu gospodarczego krachu i topnienia klasy średniej, skrzętnie konstruuje coraz nowszych wrogów, którzy istnieją tylko w ich wyobraźni – a w dodatku zaciekle zwalcza te mityczne, genderowo­‑komunistyczne potwory. Gdy ich rówieśnicy na całym świecie wypisują na sztandarach redystrybucję i walkę klas, narodowo­‑KNPowskie szeregi wyklinają złodziejski ZUS okradający pracodawców i międzynarodowy, antypolski spisek, który dał pierwsze miejsce na Eurowizji zdegenerowanej babie z brodą. (...) Nie przepadam co prawda za tą stroną, można tam trafić na takie bzdury, że aż wstyd się utożsamiać (przynajmniej w jakiejś drobnej części) z tą samą stroną politycznej barykady co autorzy, ale ten tekst im się udał.
Wyniki Palikota i Ogórek również mnie cieszą. Swoje zdanie o Palikocie wyraziłem wcześniej, co do SLD będącego na dobrej drodze do stania się planktonem politycznym, pozostaje się tylko cieszyć, że ten koszmar sięgający swoimi korzeniami do zdegenerowanego, PRL-owskiego aparatu biurokratycznego w końcu się kończy. Może zwolni miejsce na scenie politycznej dla jakiejś bardziej sensownej lewicy, będącej zarazem lewicą nie tylko z nazwy.
Szkoda, że podpisów nie zebrała Anna Grodzka. Jest ona chodzącym pogwałceniem jednych z najsilniejszych tabu gnębiących nasze społeczeństwo - tabu związanych z seksualnością. Nie dziwota więc, że najsilniejsze i najbardziej ohydne ataki na nią wychodzą ze środowisk mających największe problemy z tymi tabu, wszystkich samozwańczych obrońców "normalności", których przeraża sama myśl, że ktoś mógłby przekroczyć granice własnej płciowości, ktoś śmiałby przekroczyć uwarunkowania biologiczne i/lub kształt i formę otrzymaną w niezmiennej postaci od takiego czy innego jedynego prawdziwego Boga. Jeśli sama ludzka seksualność jest uznawana za nieczystą, prymitywną, zwierzęcą sferę która powinna być poddana surowym ograniczeniom odgórnie narzuconej moralności (przez co tylko wyrodnieje - zob. pedofilia u księży, bardzo popularne nerwice na tle religijnym albo rzeczowa analiza w chociażby Psychologii mas wobec faszyzmu Wilhelma Reicha [który sam pozostawał pod wpływem idei popularnych w jego czasach] lub innych freudo-marksistów) to swobodne przekroczenie jej barier, ba, samo zastanawianie się nad własną płcią jest obrzydliwe i amoralne. Anna Grodzka byłaby więc bardzo transgresywną kandydatką. Dla najradykalniejszych jej przeciwników nawet sam fakt, że jeszcze nie została zabita przez Boga piorunem z jasnego nieba jest wystarczająco straszny i wprowadzający zamieszanie w ich ustabilizowane światopoglądy - no bo jak to, dlaczego jeszcze to nie nastąpiło, skoro to takie plugastwo i splunięcie Bogu w twarz.
Wracając do przerwanego wątku, Duda czy Komorowski. Pytanie to jest trudne i łatwe zarazem. Komorowski to typ dalekiego wuja, który jest traktowany z politowaniem przez resztę rodziny; taki stereotypowy wąsaty Janusz, co pali śmieci na działce, po pracy siada przed telewizorem z piwem w dłoni, nie ma pojęcia o niczym ale przy wódce ze szwagrem przedstawia szczegółową analizę sytuacji politycznej kraju. Koleś nie ma ani klasy, ani wiedzy, ani charyzmy. Jego prezydentura to pasmo wizerunkowych kompromitacji. Do tego jest myśliwym - co dla mnie osobiście jest odstręczające. Światopoglądowo jest mdłą konserwą jakich wiele. Prezydent i jego partia akceptują pozycję Polski z peryferyjnym kapitalizmem i jako zagłębiem call center jako szansą rozwoju. Ponieważ nie ma żadnych zalet, jego bezbarwność, bezwolność i rozlazłość są uznane za zalety.
Duda jest znacznie bardziej energicznym gościem. Jest lepszy wizerunkowo. Pierwsza dama nie wyglądałaby jak pani Grażynka spod czwórki. Z całym szacunkiem dla pani Grażynki spod czwórki, polityk i jego rodzina mają ładnie wyglądać, bo taka jest logika społeczeństwa spektaklu a także moich subiektywnych odczuć estetycznych. Jego córka jest mądrzejsza np. od takiej Kasi Tusk - to w sumie żaden wyczyn, poddane aborcji płody są mądrzejsze od córki byłego premiera, ale warto to odnotować, bo wśród rodzin polityków jak i samych polityków różnie z tym bywa. Duda reprezentowałby lepsze stanowisko w polityce zagranicznej niż Bronek. PiS, co by o nich nie mówić, ma wątpliwości co do uznania za rozwój zmianę Polski w zagłębie call center. No i tam w Smoleńsku to nie była zwyczajna katastrofa. Zamach pewnie też nie, ale takie katastrofy się nie zdarzają. Sposób w jaki do sprawy podeszła Rosja woła o pomstę do czegokolwiek.
Wady Dudy są oczywiste. Duda jako prezydent i PiS jako partia rządząca to koniec marzeń o jakimkolwiek przewietrzeniu naszego grajdołka. Zapewne cofnięta zostanie ratyfikacja konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, zaostrzone zostaną i tak drakońskie przepisy antyaborcyjne, projekty ustawy o związkach partnerskich jak leżą w sejmowej zamrażarce tak będą leżeć aż nikt się nad nimi nigdy nie pochyli; uogólniając, atmosfera intelektualna panująca w naszym smutnym kraju do reszty zostanie zalana bogoojczyźnianym ściekiem a nowotwór katolicyzmu rozleje się do reszty po schorzałych organach naszych instytucji społecznych formalnych i nieformalnych (nie, żeby teraz się to nie działo, ale przy rządach PiSu przerzutów by przybywało w postępie geometrycznym). Potwory w rodzaju Profesora Krystyny w rządzie? Bardzo możliwe. Duda to bądź co bądź PiSowiec.
Dlatego najlepiej zdać sobie sprawę, że cała ludzkość jako taka to chichot losu. Nasze istnienie jako gatunku jest w skali czasu istnienia idealnie obojętnego, wiecznego wszechświata mrugnięciem okiem. Nas już nie będzie, naszych ewentualnych potomków już nie będzie, całą planetę może szlag trafi, a przez wszechświat nadal będzie mknęło znikąd donikąd światło gwiazd martwych od miliardów lat. Tak bardzo rozpaczliwie chcemy zostawić coś po sobie, a i tak nic z nas nie zostanie. Wszystkie polityczne spory i problemy są zupełnie nieważne pod rozgwieżdżonym niebem, gdzie czuć działanie niepojętych sił przekraczających ludzkie zdolności pojmowania. Gadające głowy prześcigają się w odtwarzaniu obrazów narzuconych na rzeczywistość, pojęcia nie mają znaczeń, kolejne stirnerowskie upiory panoszą się na Ziemi, reklama zlała się w jedno z propagandą, partie typu catch-all to śmierć polityki z jej rozróżnieniem na sojusznika i wroga (i Chantal Mouffe nie jest w stanie tego zmienić), pojęcia wyorbitowały, utowarowieniu uległa każda dziedzina życia, żyjemy w piętrowej iluzji, od przyjmowania za swoje narzuconych obrazów po kreowanie światów wirtualnych przez projekcje własnych marzeń. System kapitalistyczny sprzedaje jako dobra luksusowe to, co sam zniszczył. Suwerenność nie istnieje w dobie ponadnarodowych korporacji, które często jako takie stają się osobami prawnymi bo ich właściciele w dobie giełdy zmieniają się zbyt często. Flagi, godła, symbole kolejnych religii - to wszystko wykwita raz za razem i raz za razem przemija, zbyt szybko by zwracać na to baczniejszą uwagę.
Nie ma w nas niczego od nas samych. Wszystkie nasze myśli, poglądy, przekonania to reakcje na bodźce, na zastane zewnętrzne pojęcia i Innych poddanych innym uwarunkowaniom. Pod społecznymi rolami i niezliczonymi maskami buzują zwierzęce instynkty oraz nieznane światy podświadomości. "Świadoma jednostka" to oksymoron. Folgowanie własnym żądzom bądź podporządkowanie się bilansowi zysków i strat to uganianie się za upiorami. Tylko zdając sobie sprawę z tego, co składa się na nas samych wiemy, kim jesteśmy. To jedyna forma egoizmu która nie jest sobkostwem. Spójrzcie we wszystkie odcienie pustki drzemiącej w was samych i zaakceptujcie to, co tam znajdziecie. Spluńcie na wszystko, w co wierzycie, zerwijcie wszystkie maski i uniformy ról społecznych, a uzyskacie nową perspektywę i kolejną z iluzji - ale bardzo cenną  - iluzję wolności, wolności od tyranii pojęć - to nie wy jesteście dla nich, to one pasożytują na was. A potem załóżcie to wszystko na siebie z powrotem, bogatsi o wiedzę o ich prawdziwej naturze - lub raczej jej braku. Sens nas samych powinien wypływać z nas samych - nic spoza nas nie powinno go nadawać nam za nas. Zwłaszcza, jeśli to coś to tylko pojęcie.
Więc zamiast iść na wybory weźcie kwas i zostańcie w domu. Albo wyjdźcie pokłonić się Słońcu i Księżycowi.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Opowieści dziwnej treści 4

Pamiętaj, abyś dzień święty święcił.

1) Proszę szanownej wycieczki, witam serdecznie szanowną wycieczkę. Jesteśmy na Placu Centralnym, idziemy kawałek dalej, o tam, na przystanek. Proszę uważać, ulice są rozkopane, trwa remont totalny, wszystko na raz.
Ok, mamy chwilkę czasu. Wiedzą państwo zapewne, że Nowa Huta jest projektem niedokończonym? Obiło mi się gdzieś o uszy, że pierwotnie miał tu stać Pałac Kultury i Nauki. Z jednej strony to szkoda, że nie stoi tutaj, w modelowym mieście powojennej modernizacji, kiedy tryby czasu przyśpieszyły znacznie, solidnie naoliwione krwią ściekającą z ołtarza wiecznie nienażartej historii, z drugiej strony może i to dobrze, że stoi w Warszawie. Przynajmniej nie jest obecnie jednym wielkim szmateksem. Wiem, to przykre.
Nasz tramwaj już jedzie. Nawet dwa. W który wsiadamy? O, świetnie, tam jeszcze nie byliśmy, proszę wycieczki, wsiadamy.
Bombardier nawet nie jest tak zdezelowany, jak można by przypuszczać. Gorszym jeszcze dziś pojedziemy. Trzeba powoli dawkować atrakcje. Tylko nie na wariata, proszę wycieczki.

2) Pochmurno na zewnątrz. Tramwaj jedzie mozolnie, zabudowa miejska przechodzi w zamiejską a potem w nieużytki. Zwłaszcza dobrze to widać na przykładzie odcinka od Kombinatu do mniej-więcej Kopca Wandy. Chwilami za oknami nie ma nic poza morzem zieleni napierającej na wagon. Rozrośniętych w rozmaite kierunki drzew, przerośniętych krzaków i wszelakich chaszczy. Gdzieniegdzie pasmo zieleni się kończy, robiąc miejsce wrzuconemu w nie przystankowi. Od lat nie remontowany chodnik z dużych płyt lub większe, żelbetowe płyty leżą żałośnie pochłaniane przez żarłoczną trawę. Przychodzi mi na myśl pomysł na opowiadanie. Zapisuję go w telefonie.
Kilka przystanków wygląda na postawione w przypadkowych miejscach. Dopiero po chwili można zobaczyć asfaltowe drogi wiodące przez pozarastane nieużytki w stronę zabudowań kombinatu lub cholera wie gdzie. Tramwaj przejeżdża pod przyciężkim, grubo ciosanym wiaduktem. Pętla jest umiejscowiona pośrodku niczego. Nie ma chodników, nie ma niczego poza zaroślami i małymi wzniesieniami wokoło, przez co można odnieść wrażenie, że przejeżdża się przez krater. Motorniczy wychodzi z pojazdu. Ręcznie przestawia rozjazd. Miałem okazję kiedyś tam wysiadać - w zimę. Rzecz jasna, nikt tam niczego nie odśnieżał, więc było to całkiem interesujące przeżycie.
Jadąc w stronę przystanku Kombinat na około, ze względu na trwający remont (wcześniej jechało się bezpośrednio z Placu Centralnego, majestatyczne dwa charakterystyczne budynki po bokach wjazdu na teren kompleksu z i napisem Huta im. T. Sendzimira pomiędzy nimi były widziane z daleka, niczym jakieś zamczysko na horyzoncie) zostaje zaburzone wrażenie opuszczania przestrzeni miejskiej. Prawdę powiedziawszy, nie mam pojęcia jak przed tymczasową zmianą rozkładu biegła trasa tramwaju na Wzgórza Krzesławickie, ale teraz robi on dosyć spore koło.
Jadąc dalej na Wzgórza, przystanek końcowy w tej północnej dzielnicy Krakowa, nie sposób nie odnieść wrażenia, że oto dociera się do enklawy położonej za miastem, oddzielonej od reszty Krakowa i Nowej Huty przestrzenią zarastających łąk i przechodzących w lasy nieużytków a także pasmem częściowo porzuconych obiektów przemysłowych. Wzgórza nie są popularną dzielnicą ze względu na swoje położenie, na północnych rubieżach Huty. Szczerze powiedziawszy, jeszcze dziś rano nie wiedziałem nawet, że są osobną dzielnicą miasta. Wzdłuż przystanków od Wiaduktów (swoją drogą, malownicza okolica) naprzód, obok torów tramwajowych ciągną się rury, wiecie, opakowane w metalowe kokony i warstwę izolacyjną, kokony rdzewiejące, pomazane, pogięte, pełne zacieków i plam, noszące ślady wielokrotnego łatania, nity i łaty wyraźnie odróżniają się od pierwotnej powierzchni. Na kolejnym przystanku rury idą w górę, tworząc rodzaj bramy bez drzwi nad krzywym nieco chodnikiem biegnącym na przystanek. Jakaś babcia maszeruje raźno, ale motorniczy udaje, że jej nie widzi. Zresztą, to było trochę absurdalne. Następny przystanek był ostatnim na trasie. Krzywymi literami ktoś na tej zaimprowizowanej bramie napisał WELCOME TO WZGÓRZA. Przystanek wcześniej, leżący bardziej wśród nieużytków, jakiś koleś stał pod drzewem nieopodal, odwrócony tyłem do przejeżdżających tramwajów, i szczał w najlepsze. Jakby mu na złość, akurat tam motorniczy musiał po raz kolejny wyjść z tramwaju, by wcisnąć guzik zmieniający światła. Z takim rozwiązaniem na trasach tramwajów spotkałem się po raz pierwszy, ale przez całą część swojego życia biegnącą przez Kraków i okolice nigdy nie miałem zbyt dużej styczności z tramwajami. Do mnie nigdy żadne nie jeździły. Teraz w sumie też nie jeżdżą, ale zdywersyfikowały wiele dróg po jakich poruszam się po Stołecznym Królewskim i po nie do końca udanym Czerwonym Babilonie.
Na rurach były też wypisane inne ważne przemyślenia. Między innymi o kilku klubach piłkarskich. Ktoś podniósł sprayem krzyk: JEBAĆ STOKI. Niedługo później miałem się dowiedzieć, co to są Stoki, a w każdym razie tak mi się wydaje, że się dowiedziałem. Być może w lokalnej gwarze to coś innego niż Osiedle na Stokach, jednak właśnie taką opcję przyjmuję za najpewniejszą.

3) Wysiadamy, proszę wycieczki. Przyjechaliśmy tu przypadkiem, bo tramwaj do tego miejsca przyjechał po nas pierwszy. Na Suchych Stawach, ba, na Kopcu jeszcze mogliśmy się przesiąść, ale spokojnie, czas nas nie goni.
Krzesławice były kiedyś wsią leżącą za Krakowem. Nie wiem, ile z tej wsi w mieście zostało, ale sądząc po tym, co widziałem - praktycznie nic. Zresztą, proszę wycieczki, zrobiliśmy sobie przecież tylko mały spacer przez dwa osiedla i pojechaliśmy dalej. Na stronie internetowej dzielnicy można znaleźć zresztą więcej zabytków. Drewniany kościół - którego nie widzieliśmy, spokojnie, nie ucieknie, nie teraz, to kiedy indziej - pewnie jest pozostałością po wsi. Ale po kolei.
Wrażenie przebywania w enklawie odciętej od świata towarzyszy każdemu naszemu krokowi. To się czuje, że oto jest osiedle na skraju miasta, leży na wzgórzach ponad otaczającym je światem. Otaczają nas blokowiska, bloki niewysokie, zmodernizowane przynajmniej z zewnątrz. Niewielki ruch samochodowy, przystanki autobusowe, rozkłady jazdy tragikomiczne (kilka autobusów, raptem kilka kursów w ciągu dnia); wchodzimy naprzód; osiedlowe warzywniaki w metalowych budach. Starsza pani z ręką w gipsie wygląda przez okno z mieszkania na parterze. Czuć zapach gotującego się rosołu. Klatkę dalej - ktoś smaży kotlety mielone.
A teraz, proszę wycieczki, park. Naprawdę spory park. Nosi nazwę Zielony Jar i - ojej - faktycznie jest jarem, rozciągającym się pomiędzy osiedlami Na Wzgórzach (stamtąd idziemy) i Na Stoku. Właściwie to jest całkiem lesisty, w każdym razie w porównaniu z takimi parkami jak nieszczęsny Park Zaczarowanej Dorożki na Prądniku. Sądząc po ilości rozbitego szkła, musi być cenionym miejscem spotkań towarzyskich. Mamy ławeczki stojące co jakiś czas wzdłuż chodnika, stoliczki z miejscami dla czterech osób też się trafiają. Idziemy ścieżką wydeptaną wzdłuż małego ście.. strumyczka płynącego przez park. Na drugim brzegu widzimy place zabaw oraz typową PRLowską betonową zjeżdżalnię i betonowy basenik. Nieopodal jest coś, co chyba jest muszlą koncertową.
Wychodzimy z lasku i kierujemy się, proszę wycieczki, w kierunku cudnego, modernistycznego koszmarka żelbetowego stojącego nieopodal. Kiedyś był zapewne centrum usług i sklepów, teraz nadal jest, tylko nieco nadgryzł go ząb czasu; powątpiewam, czy górne piętro nadaje się do czegoś, znajdują się tam jakieś dziwne stelaże wystające z żelbetowych ramion.
W markecie - bardzo tanim, swoją drogą - podłoga jest jeszcze zrobiona z drobnych, takich tyci-tyci kafelków. Nie wiem jak Was, mnie takie relikty PRLowskie rozczulają. Ale bywam sentymentalny. Z drugiej strony, kto czasem nie tęskni za czymś, co go ominęło, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Osiedle Na Stoku miało być pierwotnie osiedlem dla najbardziej zasłużonych budowniczych Nowej Huty. Z czasem stało się bardziej otwarte. Z racji na położenie z dala od miasta i sporą odległość od najbliższego przemysłu (także tego w Nowej Hucie) zapewne da się tam oddychać lepiej niż na nizinach i bagnach Krakowa.
Nawet lokalny kościół wygląda nieco jak strzelista, żelbetowa hala fabryczna. W środku świątynia wygląda całkiem schludnie. Nie ma tam mnóstwa ozdobnych pierdół, nad ołtarzem wisi kopia obrazu Jezu Ufam Tobie. Nieopodal jest przystanek Darwina. Autochtoni pewnie przywykli, ale ja się w duchu roześmiałem z tego zderzenia nauki i religii. Już dawno zdezerterowałem z metafizycznych frontów, by toczyć własne wojenki, ale kościół mi się spodobał. Na swój sposób jest oszczędnie monumentalny. Na zewnątrz, przy ścianie jest grób księdza. Poświęcił życie dla swojego Boga, pozwolono mu spocząć obok swoich tajemnic, obok widzianych przez niego cieni w przestworzach. W porządku. W środku kościoła było bardzo spokojnie. Czuć było atmosferę skupienia. Coś wisiało w powietrzu. Tyle, że to nie były te same gwiazdy na nocnym niebie, które świecą nade mną.
Wracam na przystanek tramwajowy. Ta sama babcia, o której wspomniałem wyżej, nadal tam stoi. Teraz chce jechać gdzieś indziej. Jaki tramwaj przyjeżdża pierwszy? O, świetnie.

4) Już tę trasę znamy, niewiele się zmieniło. Proszę wycieczki, mamy teraz lepszy widok na zajezdnię tramwajową w Nowej Hucie. Duży ośrodek, mnóstwo torów i stojących składów. Zawsze w jakiś dziwaczny sposób fascynowały mnie niskie, długie hangary na wagony i lokomotywy. Tyle ton metalu w jednym miejscu. Jeden obok drugiego, w karnych rzędach i kolumnach. Maszyneria zapładniana wolą człowieka. Kierowana ruchami jego rąk.
Wysiadamy na przystanku Kopiec Wandy. Proszę wycieczki, proszę zwrócić uwagę na niezwykle malownicze torowisko, po którym przyjechaliśmy. Wzdłuż stoją strzeliste drzewa, jedno obok drugiego, podłoże pozarastało polnymi kwiatami. Mnóstwo koniczyny, kwitnie na fioletowo i biało. Trawnik ciągnie się w dal, aż znika wraz z torowiskiem i drzewami za zakrętem. Przystanek wyściełają żelbetowe płyty. Kilka wygląda na w miarę nowe. Kwiaty kwitną na żółto, babka lancetowata uśmiecha się do mnie i macha liśćmi, tak radośnie. Uśmiecham się do niej. Uśmiechamy się do siebie. Wyrasta z błotnistej ziemi. Świeci słońce, jest ciepło. Poza tym wieje orzeźwiający wiatr.
Wiatr wręcz widać. Szumią miliony liści. Kilka opada. Ogromna, na poły przezroczysta istota przenika wszystko niewyobrażalną i niepojętą ilością miliardów swoich macek, poruszając liśćmi i poruszając mi włosy. Wisi nad światem od początku czasu, spowija cały świat, widzi wszystko lecz nie rozumie niczego.
Kopiec jest rzut beretem stąd. Nie wygląda zbyt imponująco. Wokół niczego nie ma, poza - o dziwo - skoszonym trawnikiem i wszelkimi możliwymi krzaczorami, pleniącymi się w pewnej odległości od samego kopca. Brakuje tam choćby elementarnej infrastruktury turystycznej. Ba, nawet jakiegoś normalnego wejścia na kopiec, innego niż krzywa i wąska błotnista ścieżka, na której trudno nawet o wyminięcie kogoś idącego w przeciwnym kierunku. Zapach pokrzyw uderza do głowy. Miesza się z zapachem trawy. Snuje się przy rozgrzanej ziemi. Z kopca widok na Kraków. Na horyzoncie - poza zapowiedzą kolejnego horyzontu - dalekie góry. W drugą stronę - widok na korony drzew. Nie widać kombinatu. Powinno go widać zimą. O dziwo stoi trochę ludzi na szycie kopca. Klockowaty monument ze skrzyżowanym - hmh - mopem i mieczem jak stał, tak stoi.
Dojazd do kopca bywał zły. Tym razem wszystko zatrzymywało się tuż pod kopcem, ale pamiętam, jak parę lat temu trzeba było iść pod kopiec z "krateru" o którym wspominałem wcześniej. A stamtąd do kopca szło się nawet nie przez szczerze pole, co przez kłamliwy ugór.

5) Gdzie teraz? W końcu niedziela. Czas poszukać namiastki sacrum w świecie immanentyzacji eschatonu, mającej i zarazem niemającej miejsca w każdym kolejnym oddechu.
Zabudowania kombinatu widać przez okna tramwaju jadącego na pętlę tramwajowo-autobusową Pleszów. Ogromne molochy z cegieł, żelbetu, blachy falistej, plątaniny rur i pomostów zawieszonych wysoko nad ziemią ciągną się za wysokim płotem i drzewami, mijanymi przystanek za przystankiem. Stoją, brązowe, żółtawe, zardzewiałe, straszą wybitymi dziurami. Na ścianie mniejszego budynku, bliżej torów tramwajowych widać znajdujący się tam od wielu, wielu, bardzo wielu lat ogromny rysunek propagandowy - biały orzeł (o kanciastych rysach i bez korony) na tle czerwonego kształtu (nieco kanciastego państwa polskiego) + jakieś hasła. Gdzieś za przystankiem Meksyk szło się przez wymarłą w większości osadę (pełno pustych domów, wszystkie porzucone lub do sprzedania) na tzw. wyspę pleszowską. Przed wyspą były jakieś pola. Obok nich - ogromna spalarnia odpadów medycznych. Byłem tam parę lat temu. Akurat trwał w najlepsze pożar pól. Alarm w ochotniczej straży pożarnej wył z wyraźną skargą w głosie. Na samej wyspie nie było niczego ciekawego.
Dojeżdżamy na przystanek końcowy. Przed nami rozciąga się, proszę wycieczki, jeden z chyba niewielu węzłów komunikacyjnych łączących okoliczne miejscowości z Nową Hutą i dalej z Krakowem. Kilka autobusów stoi cierpliwie na swoich przystankach. Nie, droga wycieczko, nie wsiadamy w żaden z nich - za długo by czekać na odjazd. Zamiast tego choćmy zobaczyć, jak próbowano ujarzmić moce ziemi.
Za knajpo-pizzerią zacieniona dróżka, wyłożona starymi płytami chodnikowymi, doprowadza nas do wewnętrznej drogi idącej przez kombinat. Idziemy nią, aż dochodzimy do cementowni.

6) Dla jednych to tylko rodzaj industrial porn, czy jak by to nazwać, ale dla nas to coś większego, nieprawdaż droga wycieczko?
Wszystkie głosy w mojej głowie mi ochoczo przytakują.
Na tle błękitnego nieba wznosi się ogromna konstrukcja. Gigantyczne żelbetowe rusztowania, ogromne kadzie czy silosy, powodujące zawroty głowy od samego wpatrywania się w nie plątaniny przecinających niebo pod najbardziej fantazyjnymi kątami rur i pomostów, konstrukcje z żelaza i betonu, ze stali i z blachy falistej, asfalt i cegły.
Nie chodzi tu rzecz jasna o cementownię jako taką, to mógłby być jakikolwiek zakład, chodzi o pewne poruszenie w duszy, jakie wywołuje widok tak ogromnej infrastruktury przemysłowej.
Oto namiastka żywotnego centrum (Carl Schmitt) epoki, która nadeszła i znikła jak sen, rozpłynęła się w hiperrzeczywistości (Jean Baudrillard) wraz z postępem technologicznym i rozwojem globalnej gospodarki. Oto demoniczna świątynia świata Robotnika (Ernst Jünger). Nie tak demoniczna jak np. oglądane na zdjęciach Oko Moskwy czy podobne konstrukcje, ale budzi respekt swoją wielkością. Ciekawe, ile ofiar, ile krwi i ile sił życiowych wchłonęły te wcielone Prometeusze, te wcielone Lucyfery, te gargantuiczne kompleksy Stworzenia, w których Człowiek kształtował materię, w których Człowiek okiełznywał moce starsze niż on sam. Namiastki doktorów Faustów i mistrzów Twardowskich, rzucające wyzwanie Bogu w industrialnej machinie Stworzenia. Coś z niczego, wydarcie tajemnic natury, ich umasowienie z totalnym rozmachem. Wieża Babel rozbrzmiewająca hukiem maszynerii, blaskiem ognia, stukotem najrozmaitszej aparatury. Jako w niebie, tak i na ziemi. Tablica szmaragdowa. Inspektorzy i specjaliści BHP jawią się jako kapłani, sprzątający po dokonującej się krwawej ofierze i racjonalizujący jej występowanie.
A teraz Lucyfer leży żałośnie na boku i rdzewieje powoli, rozpamiętując swój lot z Niebios. Pewnie dlatego projekt wypalił się, paradygmaty świata uległy zmianie, a może nie było Boga, któremu mógł przeciwstawić swój zapał osiadający niegasnącym płomieniem na ludzkich duszach. Albo obu metafizycznym potęgom się odechciało wszystkiego. Może to tylko kaprys dzieci w piaskownicy pod okiem czegoś absolutnie niepojętego. Nieznanego... absurdalnie wręcz nieznanego. Czegoś, co odciska siebie we wszystkim, jak pieczęć (Jünger), czegoś, co manifestuje się przez rastry (Jünger). Czegoś, czego nikt nigdy nie przeżyje, nie pozna, nie zrozumie, a co każdy chociaż raz w życiu widział. Widział, lecz nie pamiętał, gdy budził się nagle i gwałtownie w środku nocy z natrętną myślą, że coś się stało, ale to coś mu umknęło.
Tchnienie kosmosu osiada na rusztowania, rozpięte na przerażającej długości przestrzenie z blachy falistej, wyrastające ze skotłowanych, skołtunionych pięter poprzetykanych daszkami, hangarami, miejscami o nieznanym mi przeznaczeniu, drabinkami, tak żałośnie w skali całego obiektu małymi drabinkami dostawionymi do pionowych słupów i pochylonych rur, tak obrzydliwie, tytanicznie nieludzko ogromnych, perwersyjnie wnikających grupami do cylindrycznych silosów rur; tchnienie kosmosu odbija się w mikrokosmosie naszych dusz.
A jednak człowiek wzniósł to wszystko. Człowiek wykonał tę rozdzierającą niebiosa pracę. Nawet jeśli z imionami Boga na ustach, to ku własnej chwale, nawet jeśli sam nie zdawał sobie z tego sprawy. Boga nie ma tam, gdzie płynie prąd, tam jest tylko skarlałe potomstwo Gestalt Robotnika.
Stoję w ciszy pod płotem cementowni. Widok nieco zasłania mi drut kolczasty, no i sam płot. Bezwiednie podskakuję kilka razy, by zobaczyć więcej. Jeśli ktoś mnie obserwuje, to musi mieć niezły ubaw. Na tablicy nieopodal zostało napisane: Pracujemy bez wypadku - tutaj wstawiono elektroniczny wyświetlacz - dni. Wyświetlacz pokazywał liczbę 2295. To nieopodal to zamknięta stróżówka. Dalej jeszcze jest nieczynna od lat przychodnia, czy coś w tym stylu. Jakieś garaże. Droga się kończy na głównej bramie zakładu. Ktoś tam jest, nie podchodzę bliżej.
Natura gdzieniegdzie wchodzi na dzieło ludzkich rąk i ludzkiej woli tworzenia. W najdziwniejszych miejscach konstrukcji wyrasta trawa i małe drzewka. Na ściany niektórych budynków wpełza mech.
Rozglądam się po okolicy. W oddali stoją podobne kompleksy. Z jakieś rury zawieszonej na słupach ulatnia się para. To wrze ichor.

7) To już koniec wycieczki, proszę wycieczki. Wracamy na tramwaj. Plastikowe, drewnopodobne krzesła. Nie miękkie, jak w tramwajach jeżdżących gdziekolwiek indziej. Nad Krakowem wiszą granatowe chmury. Jak się okazuje, nad centrum Huty i dzielnicami w stronę Krakowa również. Spadają pierwsze krople deszczu.