Nierzeczywistość wirtualna:
1) Na Steamie mam (jak na razie) 171 godzin w Grim Dawn. Przepoczciwa gra, duchowy sukcesor Titan Questa. Radosny hack & slash czerpiący z najlepszych wzorców gatunku.
Akurat w tym podgatunku komputerowych RPGów fabuła nie jest najważniejsza, mimo to dla mnie największym plusem jest właśnie niestandardowy worldbuilding, gdzieś między delikatnym steampunkiem, magicznym post-apo a weird westernem (chociaż można zauważyć, że odejście od stereotypowego quasi-średniowiecza to szerszy trend utrzymujący się od jakiegoś czasu - wspomnijmy chociażby momentami podobne [i wcześniejsze] post-steampunkowe magiczne post-apo Path of Exile, znacznie bardziej "typowo-steampunkowe" Torchlight 2 czy również eklektyczną serię The Incredible Adventures of Van Helsing).
Tak czy owak, gdyby tylko Grim Dawn działał bardziej stabilnie na kompach z XYZ-rdzeniowymi procesorami bez ręcznego grzebania w koligacji przy każdym uruchomieniu, to byłoby idealnie.
Ruchome obrazki:
2) The Lobster (2015, Giorgos Lanthimos)
Wizja świata w którym dopasowanie się do obowiązujących reguł, nawet za cenę pozostania wiernym sobie (jak to patetycznie brzmi) zawsze jest nośna. Ukazanie hipokryzji relacji międzyludzkich, trudu dogadania się z kimkolwiek i prób rozpaczliwego znalezienia czegokolwiek co sprawia że nie jesteśmy sobie obcy również w czasie bycia w związku też jest nośne.
A w gruncie rzeczy była to historia o tym, że w każdej sytuacji i w każdym środowisku jesteśmy poddani najróżniejszym uwarunkowaniom, którym podlega nasze przetrwanie jako takie. Dość pesymistyczne, gdyż ukazuje niemożność wyrwania się spod uwarunkowań (a także, bardziej literalnie, spod władzy rozmaitych instytucji, także tych nieformalnych, także spod władzy dominujących przekonań). Nawet zmiana jednych uwarunkowań na drugie, nawet bunt również oznacza konieczność dostosowania się - tyle, że do tej drugiej strony, która nie zaistniałaby bez pierwszej - i która nadaje sens trwania tej pierwszej.
A technikalia? No spoko, jest całkiem surrealistycznie; wyblakłe krajobrazy i cudownie miotający się we własnym życiu i emocjach Colin Farrell.
3) Na granicy (2016, Wojciech Kasperski)
O wow, polski thriller oparty na starych, sprawdzonych wzorcach, do tego z akcją osadzoną w Bieszczadach. Naprawdę dobry trailer, zachęcił do pójścia do kina. Czyżby w końcu polski film który da się obejrzeć?
Tragedia rodzinna, ojciec pogranicznik zabiera dwóch synów do opustoszałej chaty (no, dobra, więcej niż chaty ale powiedzmy) w Bieszczadach żeby z miastowych nastolatków zrobić "mężczyzn" i podreperować rozsypujące się rodzinne relacje. Na miejscu pojawia się jednak tajemniczy nieznajomy, uzbrojony i niebezpieczny.
Konwencja to samograj - trochę ze slashera o nocy na odludziu, trochę z thrillera o maniaku wchodzącym komuś do domu (home invasion). Dorzucono trochę "polskich realiów" (kurwa, dupa, cipa, chuj, jebać, zajebać, itd., + wódka). Przynajmniej nie silono się na jakiś głębszy/zaangażowany przekaz ani na artyzm, zrobiono kino rozrywkowe spełniające swoją rolę. Obraz o gęstym, przygnębiającym klimacie, gdzie wszyscy mają coś za uszami.
Z aktorów najlepiej wypadł Marcin Dorociński w roli tego złego. Andrzej Chyra jako zgorzkniały ojciec - nic wielkiego, Andrzej Grabowski - menelowaty jak zazwyczaj. Dwójka nastolatków - również nic wielkiego.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura i sztuka i dewiacje: Ruchome Obrazki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura i sztuka i dewiacje: Ruchome Obrazki. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 10 kwietnia 2016
sobota, 2 kwietnia 2016
Westerny które warto zobaczyć #3
Hannie Caulder, Burt Kennedy 1971
Western to taka estetyka, z którą w gruncie rzeczy można było zrobić cokolwiek. I robiono z nią cokolwiek, mieszając z innymi, poddając ją ciągłym reinterpretacjom i przeprowadzając operacje na jej bijącym sercu. Aż dziw bierze, że tak rzadko stanowiła podkładkę dla jednego z ciekawszych wyziewów kina eksploatacji - rape and revenge. Pewnie dlatego, że w gruncie rzeczy western amerykański zawsze przypisywał kobietom tradycyjne role, a eurowesterny, nawet kręcone przez reżyserów o lewicowych (czy wręcz komunizujących) zapatrywaniach, bywały równie konserwatywne (ba, mizoginistyczne) pod tym względem (bo i inna to była lewica niż ta współczesna).
Fabułę można streścić jednym zdaniem. Bohaterka tytułowa traci męża, dom i godność, następnie otrząsa się z traumy i z pomocą poznanego przypadkiem łowcy nagród (udaje się jej przekonać go, by ją szkolił z posługiwania się bronią) mści się na bandytach. Tylko tyle i aż tyle. Fabuła-samograj, ale jak prezentuje się całość?
Nakręcony w Hiszpanii film zawiera ogromną ilość przeoczeń. Nie trudno nie zauważyć np. stojących w tle kilku scen słupów wysokiego napięcia, średniowiecznego zamku, anteny radiowej; w scenach nad brzegiem morza na horyzoncie płynie jak najbardziej współczesny statek. Trzeba wspomnieć o plastikowych kaktusach, całe szczęście występują jedynie w kilku scenach. Bohaterowie jadący konno w jednej scenie jadą po piaszczystym podłożu pod górę - w następnym ujęciu widzimy ich na ubitej równinie, bez śladu zbocza w zasięgu wzroku.
Niezbyt fortunnie wyszło ukazanie ofiary gwałtu i świeżo upieczonej wdowy jako seksbomby, przez część filmu śmigającej w samym ponczo (grała ją Raquel Welch). Postaci poboczne (wśród nich postać grana przez Christophera Lee) są dość nijakie, główni źli nie wyróżniają się niczym spośród wszystkich złych w rape & revenge - tutaj dodatkowo parają się napadami na banki. Sceny otwierające film przywodzą skojarzenia z The Wild Bunch (Peckinpah '69), w jednym i drugim filmie jednego z bandytów grał Ernest Borgnine. Krew jest zbyt jaskrawa. Ale jest jej dużo. Sama scena gwałtu - no jest. Jak komuś marzy się porno-western, to nie ten adres. Niech ten ktoś obczai np. Dirty Western ('75) - vintage porn z (bardziej śmiesznymi niż strasznymi) gwałtami, rzecz się dzieje na dzikim zachodzie i zawiera wyjątkowe - nawet jak na porno - bzdury w szczątkowej fabule. Tak, oglądałem ten film. Tak, z myślą o fabule. Nie, nie byłem wtedy trzeźwy.
Wracając do Hannie - jak dla mnie rzecz nierówna, co najwyżej średnia. Nie podzielam rozczulania się np. Tarantino nad postacią dobrego łowcy nagród. Ale film i tak polecam - bo to obraz należący do rzadko spotykanego miksu.
Deadlock, Roland Klick 1970
Ani to western, ani post-apo, niemiecki film nakręcony w Izraelu, do tego z krautrockowym soundtrackiem. Niezwykle silnie inspirowany klasyką Leone (Dobry, zły i brzydki, itd.), Zabriskie Point (Antonioni '70, soundtrack m.in. Pink Floyd), do tego przywodzący na myśl późniejsze klasyki post-apo.
Pośrodku pustyni/wastelandu leży zupełnie rozpirzona osada, osiedle baraków wzniesionych z betonu i pustaków. Mieszka tam taki jeden gość, były stróż prawa, ledwo łączący koniec z końcem. Mieszkają tam dwie kobiety: podstarzała artystka kabaretowa, która pozostanie w osiedlu przypłaciła postępującymi zaburzeniami psychicznymi oraz już dorosła ale bardzo młoda córka pierwszej. Dziewczyna błąka się wśród ruin, nie mówi, zachowuje się raczej jak częściowo oswojone zwierze, niż jak człowiek.
Mr Dump, bo tak nazywa się nasz rozbitek wegetujący wśród niszczejących pustostanów znajduje pewnego dnia w czasie jazdy przez pustynię zdezelowaną ciężarówką nieprzytomnego młodego bandziora Kida - a wraz z nim znajduje walizkę z pieniędzmi. Jest zbyt dobrym człowiekiem - zabiera typa do siebie. Tymczasem w ślad za Kidem podąża starszy bandzior, socjopatyczny... Sunshine. A dalej jest feeria okrucieństwa pełna najazdów kamery na styrane, spocone twarze, wypraw znikąd donikąd po pustkowiu i trochę cycków wśród opustoszałych ruin. Typowa dla spag westernów chciwość antybohaterów i wzajemne robienie się w chuja nijak nie może się skończyć dobrze.
Brzmi dziwacznie? Jest bardzo dziwaczne. Wycieczka po surrealistycznym nigdziebądź i splecione tragiczne losy bohaterów - może mało odkrywcze, ale podane w takim sosie, że smakuje zupełnie inaczej niż typowe spaghetti (czy tam w tym przypadku - kiełbasa).
Johnny Hamlet, Enzo G. Castellari 1968
Tak, to jest właśnie to, o czym myślicie. Adaptacja Hamleta w konwencji spag westernu.
Znowuż film bardzo nierówny, gdzie niepotrzebnie miesza się slapstickowy humor i patetyczna historia. Castellari pierwotnie nie miał być reżyserem tego filmu - nie da się ukryć, że wyzwanie trochę go przerosło. Cóż, przynajmniej zebrał doświadczenie, które zaowocowało o kilka lat późniejszym (i genialnym) Keomą.
Johnny Hamlet jest weteranem wojny secesyjnej. Wylizuje się z odniesionych ran (bardziej na duchu niż ciele) podróżując z trupą wędrownych aktorów. Pewnej nocy ma sen, w którym jego ojciec oznajmia mu, że został zamordowany. Johnny wraca więc w rodzinne strony, gdzie okazuje się, że jego ojciec faktycznie nie żyje, matka wyszła za wuja, itd. Faktycznie jak w Hamlecie. Dobra, tak gdzieś od 3/4 filmu wpływ Szekspira wyraźnie maleje, bo konwencja rządzi się jednak własnymi prawami, konwencja wnosi do oryginalnej fabuły np. meksykańskich bandytów czy scenę ukrzyżowania. Ale nie tylko. Znikąd pojawia się przyjaciel Hamleta, który ratuje mu dupę w sytuacjach skrajnych, ojciec Laury (Ofelii) jest (skorumpowanym) szeryfem oskarżającym Johnnego o morderstwo córki (ale spoko, woda też jest), itd., etc., itp.
Jak już wspomniałem, powaga miesza się z beką. Czasem nawet w tych samych scenach. A sceny są bardzo soczyste - dosłownie. Barwy są niezwykle intensywne. Pełne. Większość eurowesternów była dość stonowana, szara, wyblakła, bez intensywnej zieleni, żółci, czerwieni, niebieskiego - a tu mamy wszystkie kolory tęczy, są i biją po oczach. Kostiumy aktorów faktycznie bardziej przypominają kostiumy aktorów niż rzeczywiste - w sensie: prawdopodobne - ubrania - utrzymuje się wrażenie sztuczności oglądanych przebrań/rekwizytów. Spaghetti westerny często były przejaskrawione pod tym względem - wszystko było brudne, zdezelowane, bohaterowi spoceni i zmęczeni - dla porównania np. niemieckie filmy z serii Winnetou były momentami wręcz absurdalnie, zupełnie nierealistycznie czyste, bohaterowie wyglądali jakby swoje ubrania dopiero co zabrali ze sklepu. W omawianym przypadku, nieco niecodziennie jak na konwencję, jest czyściej i schludniej.
Gra aktorska momentami wydaje się być sztucznie i niepotrzebnie przerysowana, w przypadku wplecionych momentów komediowych bywa toporna. Lokacje? Są prawdziwe perełki, jak oświetlony setkami świec cmentarz w ogromnej jaskini.
Może i nie równy, ale jest to jeden z najciekawszych i najbardziej oryginalnych eurowesternów jaki powstał. Chociażby ze względu na to warto go zobaczyć.
Mannaja: A Man Called Blade, Sergio Martino, 1977
Właściwie to cholera wie, jaki ten film właściwie nosi tytuł, czy po prostu Mannaja, czy A Man Called Blade. Czy jeszcze jakoś inaczej (w PL - Topór i rewolwer). Przynajmniej nie ma "Django" w tytule.
Absolutnie schyłkowy spag western, nakręcony w strefie klimatu umiarkowanego przypominającej momentami nieużytki za miastem gdzie piłem w czasach liceum. Wyróżnia się panującymi warunkami atmosferycznymi (dużo mgły) oraz postacią głównego bohatera, walczącego za pomocą toporka. Ponadto tytułowy bohater ma (najprawdopodobniej) najbielsze zęby na Zachodzie.
Film solidnie zrobiony, ale poza tym nie wyróżniający się pod żadnym względem. Fabuła to zupełna sztampa: wyzysk robotników jak i ludności lokalnej jako takiej przez quasi-proto-faszystowskiego tyrana rządzącego miasteczkiem, samotny łowca nagród wplątany w głębszą aferę, jest wątek miłosny i wątek zdrady, nawet parę różnych, do tego w pewnym momencie wzrok głównego bohatera zostaje znacząco uszkodzony. Dużo pomysłów, dużo koncepcji wrzuconych do jednego worka. Mieszanka sprawna, ale momentami bez wyrazu i średnio strawna.
Warto zobaczyć, żeby przekonać się jak gatunek się wyczerpywał.
Western to taka estetyka, z którą w gruncie rzeczy można było zrobić cokolwiek. I robiono z nią cokolwiek, mieszając z innymi, poddając ją ciągłym reinterpretacjom i przeprowadzając operacje na jej bijącym sercu. Aż dziw bierze, że tak rzadko stanowiła podkładkę dla jednego z ciekawszych wyziewów kina eksploatacji - rape and revenge. Pewnie dlatego, że w gruncie rzeczy western amerykański zawsze przypisywał kobietom tradycyjne role, a eurowesterny, nawet kręcone przez reżyserów o lewicowych (czy wręcz komunizujących) zapatrywaniach, bywały równie konserwatywne (ba, mizoginistyczne) pod tym względem (bo i inna to była lewica niż ta współczesna).
Fabułę można streścić jednym zdaniem. Bohaterka tytułowa traci męża, dom i godność, następnie otrząsa się z traumy i z pomocą poznanego przypadkiem łowcy nagród (udaje się jej przekonać go, by ją szkolił z posługiwania się bronią) mści się na bandytach. Tylko tyle i aż tyle. Fabuła-samograj, ale jak prezentuje się całość?
Nakręcony w Hiszpanii film zawiera ogromną ilość przeoczeń. Nie trudno nie zauważyć np. stojących w tle kilku scen słupów wysokiego napięcia, średniowiecznego zamku, anteny radiowej; w scenach nad brzegiem morza na horyzoncie płynie jak najbardziej współczesny statek. Trzeba wspomnieć o plastikowych kaktusach, całe szczęście występują jedynie w kilku scenach. Bohaterowie jadący konno w jednej scenie jadą po piaszczystym podłożu pod górę - w następnym ujęciu widzimy ich na ubitej równinie, bez śladu zbocza w zasięgu wzroku.
Niezbyt fortunnie wyszło ukazanie ofiary gwałtu i świeżo upieczonej wdowy jako seksbomby, przez część filmu śmigającej w samym ponczo (grała ją Raquel Welch). Postaci poboczne (wśród nich postać grana przez Christophera Lee) są dość nijakie, główni źli nie wyróżniają się niczym spośród wszystkich złych w rape & revenge - tutaj dodatkowo parają się napadami na banki. Sceny otwierające film przywodzą skojarzenia z The Wild Bunch (Peckinpah '69), w jednym i drugim filmie jednego z bandytów grał Ernest Borgnine. Krew jest zbyt jaskrawa. Ale jest jej dużo. Sama scena gwałtu - no jest. Jak komuś marzy się porno-western, to nie ten adres. Niech ten ktoś obczai np. Dirty Western ('75) - vintage porn z (bardziej śmiesznymi niż strasznymi) gwałtami, rzecz się dzieje na dzikim zachodzie i zawiera wyjątkowe - nawet jak na porno - bzdury w szczątkowej fabule. Tak, oglądałem ten film. Tak, z myślą o fabule. Nie, nie byłem wtedy trzeźwy.
Wracając do Hannie - jak dla mnie rzecz nierówna, co najwyżej średnia. Nie podzielam rozczulania się np. Tarantino nad postacią dobrego łowcy nagród. Ale film i tak polecam - bo to obraz należący do rzadko spotykanego miksu.
Deadlock, Roland Klick 1970
Ani to western, ani post-apo, niemiecki film nakręcony w Izraelu, do tego z krautrockowym soundtrackiem. Niezwykle silnie inspirowany klasyką Leone (Dobry, zły i brzydki, itd.), Zabriskie Point (Antonioni '70, soundtrack m.in. Pink Floyd), do tego przywodzący na myśl późniejsze klasyki post-apo.
Pośrodku pustyni/wastelandu leży zupełnie rozpirzona osada, osiedle baraków wzniesionych z betonu i pustaków. Mieszka tam taki jeden gość, były stróż prawa, ledwo łączący koniec z końcem. Mieszkają tam dwie kobiety: podstarzała artystka kabaretowa, która pozostanie w osiedlu przypłaciła postępującymi zaburzeniami psychicznymi oraz już dorosła ale bardzo młoda córka pierwszej. Dziewczyna błąka się wśród ruin, nie mówi, zachowuje się raczej jak częściowo oswojone zwierze, niż jak człowiek.
Mr Dump, bo tak nazywa się nasz rozbitek wegetujący wśród niszczejących pustostanów znajduje pewnego dnia w czasie jazdy przez pustynię zdezelowaną ciężarówką nieprzytomnego młodego bandziora Kida - a wraz z nim znajduje walizkę z pieniędzmi. Jest zbyt dobrym człowiekiem - zabiera typa do siebie. Tymczasem w ślad za Kidem podąża starszy bandzior, socjopatyczny... Sunshine. A dalej jest feeria okrucieństwa pełna najazdów kamery na styrane, spocone twarze, wypraw znikąd donikąd po pustkowiu i trochę cycków wśród opustoszałych ruin. Typowa dla spag westernów chciwość antybohaterów i wzajemne robienie się w chuja nijak nie może się skończyć dobrze.
Brzmi dziwacznie? Jest bardzo dziwaczne. Wycieczka po surrealistycznym nigdziebądź i splecione tragiczne losy bohaterów - może mało odkrywcze, ale podane w takim sosie, że smakuje zupełnie inaczej niż typowe spaghetti (czy tam w tym przypadku - kiełbasa).
Johnny Hamlet, Enzo G. Castellari 1968
Tak, to jest właśnie to, o czym myślicie. Adaptacja Hamleta w konwencji spag westernu.
Znowuż film bardzo nierówny, gdzie niepotrzebnie miesza się slapstickowy humor i patetyczna historia. Castellari pierwotnie nie miał być reżyserem tego filmu - nie da się ukryć, że wyzwanie trochę go przerosło. Cóż, przynajmniej zebrał doświadczenie, które zaowocowało o kilka lat późniejszym (i genialnym) Keomą.
Johnny Hamlet jest weteranem wojny secesyjnej. Wylizuje się z odniesionych ran (bardziej na duchu niż ciele) podróżując z trupą wędrownych aktorów. Pewnej nocy ma sen, w którym jego ojciec oznajmia mu, że został zamordowany. Johnny wraca więc w rodzinne strony, gdzie okazuje się, że jego ojciec faktycznie nie żyje, matka wyszła za wuja, itd. Faktycznie jak w Hamlecie. Dobra, tak gdzieś od 3/4 filmu wpływ Szekspira wyraźnie maleje, bo konwencja rządzi się jednak własnymi prawami, konwencja wnosi do oryginalnej fabuły np. meksykańskich bandytów czy scenę ukrzyżowania. Ale nie tylko. Znikąd pojawia się przyjaciel Hamleta, który ratuje mu dupę w sytuacjach skrajnych, ojciec Laury (Ofelii) jest (skorumpowanym) szeryfem oskarżającym Johnnego o morderstwo córki (ale spoko, woda też jest), itd., etc., itp.
Jak już wspomniałem, powaga miesza się z beką. Czasem nawet w tych samych scenach. A sceny są bardzo soczyste - dosłownie. Barwy są niezwykle intensywne. Pełne. Większość eurowesternów była dość stonowana, szara, wyblakła, bez intensywnej zieleni, żółci, czerwieni, niebieskiego - a tu mamy wszystkie kolory tęczy, są i biją po oczach. Kostiumy aktorów faktycznie bardziej przypominają kostiumy aktorów niż rzeczywiste - w sensie: prawdopodobne - ubrania - utrzymuje się wrażenie sztuczności oglądanych przebrań/rekwizytów. Spaghetti westerny często były przejaskrawione pod tym względem - wszystko było brudne, zdezelowane, bohaterowi spoceni i zmęczeni - dla porównania np. niemieckie filmy z serii Winnetou były momentami wręcz absurdalnie, zupełnie nierealistycznie czyste, bohaterowie wyglądali jakby swoje ubrania dopiero co zabrali ze sklepu. W omawianym przypadku, nieco niecodziennie jak na konwencję, jest czyściej i schludniej.
Gra aktorska momentami wydaje się być sztucznie i niepotrzebnie przerysowana, w przypadku wplecionych momentów komediowych bywa toporna. Lokacje? Są prawdziwe perełki, jak oświetlony setkami świec cmentarz w ogromnej jaskini.
Może i nie równy, ale jest to jeden z najciekawszych i najbardziej oryginalnych eurowesternów jaki powstał. Chociażby ze względu na to warto go zobaczyć.
Mannaja: A Man Called Blade, Sergio Martino, 1977
Właściwie to cholera wie, jaki ten film właściwie nosi tytuł, czy po prostu Mannaja, czy A Man Called Blade. Czy jeszcze jakoś inaczej (w PL - Topór i rewolwer). Przynajmniej nie ma "Django" w tytule.
Absolutnie schyłkowy spag western, nakręcony w strefie klimatu umiarkowanego przypominającej momentami nieużytki za miastem gdzie piłem w czasach liceum. Wyróżnia się panującymi warunkami atmosferycznymi (dużo mgły) oraz postacią głównego bohatera, walczącego za pomocą toporka. Ponadto tytułowy bohater ma (najprawdopodobniej) najbielsze zęby na Zachodzie.
Film solidnie zrobiony, ale poza tym nie wyróżniający się pod żadnym względem. Fabuła to zupełna sztampa: wyzysk robotników jak i ludności lokalnej jako takiej przez quasi-proto-faszystowskiego tyrana rządzącego miasteczkiem, samotny łowca nagród wplątany w głębszą aferę, jest wątek miłosny i wątek zdrady, nawet parę różnych, do tego w pewnym momencie wzrok głównego bohatera zostaje znacząco uszkodzony. Dużo pomysłów, dużo koncepcji wrzuconych do jednego worka. Mieszanka sprawna, ale momentami bez wyrazu i średnio strawna.
Warto zobaczyć, żeby przekonać się jak gatunek się wyczerpywał.
niedziela, 31 stycznia 2016
Upływający czas #55
Z okazji nadchodzących Świą...
A nie, moment.
Dobra, to w takim razie mam nadzieję, że bawiliście się przednio, niezależnie od tego co, gdzie i kiedy świętowaliście.
Nigdy nie lubiłem klecić podsumowań rocznych, tym bardziej, że raczej nie jestem z niczym na bieżąco.
Dawno tu nie zaglądałem, ale - będę szczery - po prostu mi się nie chce prowadzić bloga, jest tyle ciekawszych rzeczy do roboty po powrocie z roboty lub i w dni wolne. Czasem nawet stężenie pyłów PM10 i PM2,5 spadnie poniżej 1200% normy i można wtedy zaryzykować krótki spacer wokół bloku.
Zacząłem klecić opowiadania z myślą o zbiorze opowiadań. Na razie jest ich 2,5. Biorąc pod uwagę mój rozlazły i dość przypadkowy tryb pracy (dłubię literacko zazwyczaj tylko przez kilka przypadkowo wybranych miesięcy w roku, tzn. wtedy, kiedy czuję taką potrzebę), całość będzie gotowa za jakieś 5-10 lat. Pewnie nikt nie będzie chciał jej wydać (uderzę do 1-3 niszowych wydawnictw, przy założeniu, że będą jeszcze wtedy na rynku), więc zapewne ostatecznie trafię na jakiś ebookowy selfpublishing (chociaż i tam ostatnio nastąpiła przynajmniej jedna efektowna wywrotka), gdzie będę sprzedawał się samodzielnie za 2,50zł, tuż obok nawiedzonych grafomanów uważających się za literackich geniuszy.
Dlatego najprawdopodobniej zbiór nigdy nie powstanie, a na bieżąco płodzone teksty będę rozsyłał do środowiskowych mniej lub bardziej nieprofesjonalnych pism i zinów.
W gruncie rzeczy to nie chciałbym być pisarzem, bycie sporadycznym autorem wystarcza mi w zupełności. Naiwnie uważam, że moja twórczość będzie w stanie obronić się sama, praktycznie bez żadnych mechanizmów (auto)promocyjnych. Nie przysporzę sobie popularności w polskim horrorowym grajdołku tym stwierdzeniem, ale rzucę je w eter i tak: w środowisku już teraz jest zdecydowanie zbyt wielu autorów nadrabiających braki w talencie dobrym pijarem i środowiskowym fejmem.
Jedyne na czym mi zależy jako autorowi to zdobyć sobie grupę czytelników z którymi byśmy się w miarę dobrze rozumieli. Reszta jest w sumie nieistotna. To miłe uczucie, jak komuś podoba się moja twórczość (w sumie reakcje czytelników nie są dla mnie aż tak ważne jak sam fakt, że zostałem gdzieś opublikowany), ale - zazwyczaj - pisząc wywalam z siebie różne różności, które akurat leżą mi na wątrobie. Przestają leżeć - dobra nasza. Komuś się to podoba - dzięki. Nie podoba się - spoko.
W gruncie rzeczy trochę zmagam się z przewlekłym rozczarowaniem, przejmującym poczuciem, że wszystko wokoło to nieistotne absurdy. Mam wrażenie, jakbym cały czas był zmęczony.
Dobra, dość marudzenia.
Byłem w kinie na tym nowym Tarantino. Gęsty, klaustrofobiczny obraz zajeżdżający eurowesternem (przez pierwszą ~połowę) pozbawiony jednak polotu takich klasyków jak The Great Silence czy gęstości Cut-Throats Nine (1972), potem przechodzący w uroczą napierdalankę. Kwestie równouprawnienia Afroamerykanów, rasizmu, itd., pewnie budzą więcej emocji za oceanem niż u nas. Estetyzacja przemocy - także psychicznej - a także iście surrealistyczna łatwość zabijania - to przynajmniej dla takiego degenerata jak ja - największe zalety filmu. Amoralność postaci - też plus. Tytuł adekwatny. Soundtrack pasowałby bardziej do poważniejszej klasyki gatunku lub horroru - ale nie jest zły. Brawo za Kurta Russela - od dnia gdy za szczeniaka obejrzałem po raz pierwszy Ucieczkę z Nowego Jorku bardzo lubię tego gościa.
A czytać, to czytałem. Dużo czytałem.
Neil Gaiman x3: Drażliwe tematy, Dym i lustra, Rzeczy ulotne - nowe wydania, te w twardych okładkach, z blondynką, czarnowłosą i rudą.
Nie ukrywam, że mając wielki szacunek do twórczości Gaimana, prawdziwego człowieka popkulturowego renesansu, odnajdującego się w najróżniejszych formach i kształtach, nigdy nie współodczuwałem z jego twórczością. Czytało się świetnie, sypał pomysłami jak z rękawa, skakał z estetyki na estetykę, od baśniowych wariacji przez nastrojowe dark fantasy po eteryczne, oniryczne horrory, do tego jeszcze trafiła się tu i ówdzie poezja - ale nie trafia on do mnie tak bardzo, jakby mógł. Najwyraźniej nadajemy na rozbieżnych częstotliwościach. Gaiman to dla mnie jeden z tych autorów, w przypadku których obcując z jego tekstami widzisz w pełni jego talent i doceniasz kunszt - a miesiąc później pamiętasz o talencie i kunszcie ale za cholery nie potrafisz przywołać wspomnień więcej niż z ~5 opowiadań z trzech zbiorów opowiadań.
Star Wars:
Nowa Era Jedi:
R.A Salvatore Wektor pierwszy
Michael Stackpole Mroczny przypływ I: Szturm
Michael Stackpole Mroczny przypływ II: Inwazja
James Luceno Agenci Chaosu I: Próba bohatera
James Luceno Agenci Chaosu II: Zmierzch Jedi
Kathy Tyers Punkt równowagi
Greg Keyes Ostrze zwycięstwa I: Podbój
Greg Keyes Ostrze zwycięstwa II: Odrodzenie
Troy Denning Gwiazda po gwieździe
Elaine Cunningham Mroczna podróż
Aaron Allston Linie wroga I: Powrót Rebelii
Aaron Allston Linie wroga II: Twierdza Rebelii
Matthew Stover Zdrajca
Walter Jon Williams Szlak przeznaczenia
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy I: Ruiny Imperium
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy II: Uchodźca
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy III: Spotkanie po latach
Greg Keyes Ostatnie proroctwo
James Luceno Jednocząca moc
Trylogia Mroczne Gniazdo:
Troy Denning Mroczne Gniazdo I: Władca Dwumyślnych
Troy Denning Mroczne Gniazdo II: Niewidzialna królowa
Troy Denning Mroczne Gniazdo III: Wojna rojów
Dziedzictwo Mocy:
Aaron Allston Zdrada
Karen Traviss Braterstwo krwi
Troy Denning Nawałnica
Aaron Allston Wygnanie
Karen Traviss Poświęcenie
Troy Denning Piekło
Aaron Allston Furia
Karen Traviss Objawienie
Troy Denning Niezwyciężony
Przed Przeznaczeniem Jedi:
Paul S. Kemp Rozdroża czasu
Aaaaa także z drugiej strony osi czasu:
Drew Karpyshyn Droga zagłady
Drew Karpyshyn Zasada dwóch
Drew Karpyshyn Dynastia zła
Ok, część z Was pewnie o tym nie wiedziała, ale jestem wielkim fanem Star Wars. Może nie aż takim jak np. pewien mój dobry przyjaciel będący wyznawcą religii Jedi, ale jednak. Poza tym nie mam wiernopoddańczego stosunku do starego kanonu zwanego Expanded Universe.
Nie zamierzam pisać tutaj wprowadzenia do Expanded Universe, czyli wykraczającego poza filmy uniwersum Star Wars, które zaczęło się formalnie w 1978 roku (przynajmniej tę datę się podaje najczęściej) i które zabił Disney (kogo chcemy oszukać - zabił je sam George Lucas sprzedając markę Disney'owi) tworząc od podstaw własne kontynuacje Powrotu Jedi, ponieważ można by o tym pisać całe eseje, w których i tak nie dojdzie się do żadnych konstruktywnych wniosków. Wszystko przed Disney'em aktualnie wrzucono do nowej pod-marki Legends, kto wie, czy i kiedy stare uniwersum będzie jeszcze kontynuowane.
Fakt faktem, cała rzesza autorów książek, komiksów, seriali, gier komputerowych wzniosła na przestrzeni ~40 lat ocean historii, postaci, wątków. Bądźmy szczerzy - żadnych geniuszy literackich tam nie było (wyróżniali się co najwyżej bardzo sprawni rzemieślnicy jak Timothy Zahn), za to swoją przystań znaleźli tam autorzy-wyrobnicy znani z pisania książek w nieswoich uniwersach (Dungeons & Dragons/gry starego, dobrego Black Isle, Mass Effect, gry Blizzarda, itd., itp., etc.).
Powiedzmy sobie szczerze: nawet najlepsze książki ze Star Wars Expanded Universe (żadna z wyżej wymienionych nie zalicza się moim zdaniem do tych najlepszych, może poza sympatyczną Trylogia Bane'a i Zdrajcą, pozycją bardzo różną od przygodowo-sensacyjnej bieda-psychologizującej starwarsowej typówki) to pieprzone czytadła (tak, nawet legendarna trylogia Thrawna to czytadła - ok psychofani, czekam na groźby karalne), do tego polski wydawca książek Star Wars z czasów przed Disney'em - Amber - dołożył swoje trzy grosze do niskiej jakości całości - albo styl wszystkich autorów jest praktycznie identyczny, albo tłumacze wyrównywali indywidualne cechy wszystkich autorów, do tego nie raz i nie dwa robili to wyjątkowo topornie i niechlujnie. Nie miałem jeszcze przyjemności z pozycjami z nowego kanonu wydawanego przez Uroborosa (czy jakoś tak, nie chce mi się teraz góglać za poprawną nazwą, leniwy jestem i nie lubię się rozpraszać w czasie pisania).
Z jednej strony szkoda mi Expanded Universe jako takiego, Star Wars bez Thrawna, Mary Jade, Jacena i Jainy Solo to nie to samo, z drugiej strony trzeba przyznać szczerze, że przez cały okres rozwoju uniwersum wykwitło w nim mnóstwo bzdur, historii złych, nieprzemyślanych, a stabilność i wewnętrzna spójność uniwersum nieraz sprawiała wrażenie pospinanej agrafkami (vivat wszystkie retcony i wrzucanie na siłę do późniejszych książek/komiksów postaci/miejsc/aluzji do historii sprzed lat, żeby tylko były, skoro już je ktoś kiedyś wymyślił). Do tego - przynajmniej mnie - denerwowało zrobienie z całego uniwersum sitcomu o przygodach rodzin Skywalkerów i Solo - ok, poza czasami Starej Republiki i wcześniejszymi, a także generalnie przed Mrocznym Widmem. Ale przynajmniej mnie to nudziło - kolejni autorzy daliby se w końcu spokój, wymyślili kogoś nowego. Tymczasem w ostatniej, niewydanej w PL książce z EU Han Solo ma już koło 80-tki. Bez kitu, dajcie im odpocząć.
Nowa Era Jedi moim zdaniem była wielką niewykorzystaną szansą - na przewietrzenie uniwersum. Inwazja obcych istot z obcej galaktyki, niewidocznych w Mocy, mających do tego żywe organizmy za broń, statki i przedmioty codziennego użytku to samograj. W końcu coś nowego w stosunku do po raz n-ty odnawianych Imperiów lub wyciągania z dupy kolejnych chętnych na odrodzenie Imperium lub utworzenie własnego. Myślałem, że będzie to nowe rozdanie - i poniekąd było, ale nie do końca. Niby galaktyka została zmieniona nie do poznania, całe planety zostały nieodwracalnie (ok, nie przesadzajmy z tą nieodwracalnością) zmienione, przynajmniej kilka populacji planet zostało całkowicie wymordowanych, porządek polityczny wywrócono kilkakrotnie, bardzo rozwinięto wielu bohaterów, także starych i dobrze znanych, a mimo tego nie zrobiono czegoś, o co aż by się prosiło - nie zakończono z hukiem życia wielu postaci z wcześniejszych książek, nie rozwalono w pył planet, gdzie wcześniejsi autorzy narobili jakiś głupot, nie wyczyszczono nadmiaru wątków, historii, opowieści. Aż się o tak radykalny krok prosiło. Jednym eventem można było przewietrzyć zaduch zbierający się w uniwersum. Poza przygotowaniem gruntu pod przyszłe serie, jedyne w czym namieszano, to w powszechnie uznanym rozumieniu Mocy - tylko po to, by w kolejnej dużej serii, czyli Dziedzictwie Mocy, w sporej części wycofać się ze zmian (SPOILER - Vergere w NEJ sprawiała wrażenie znacznie bardziej niejednoznacznej postaci niż w DM, gdzie okazało się, że była po prostu Sithem nie przyznającym się do bycia Sithem). Ok, w NEJ ginie też jedna postać znana z filmów - co wpływa na wszystkie pozostałe - brawa za odwagę i próbę pokazania starych bohaterów jako steranych życiem i targanych wątpliwościami. To się udało.
Sama historia ciągnąca się przez 19 książek obfituje w zwroty akcji, cliffhangery, widzimy z jak ekstremalnymi sytuacjami zderzają się bohaterowie, jak w zetknięciu się z nimi pękają im światopoglądy i kręgosłupy moralne. Motyw zderzenia się z obcą, nieznaną technologią jest dobry, ale zaprezentowany nierówno - po początkowych zupełnych klęskach Nowej Republice udaje się zadziwiająco szybko nawiązywać z Yuuzhan Vongami walkę jak równy z równym.
Interesująco opisano też postępującą przemianę samych najeźdźców, zderzenie się ich fanatyzmu, kultury skupionej na adorowaniu bólu, społeczeństwa kastowego z wszystkim co dla nich obce i niepojęte. Jasne, nie są to fachowe, naukowe analizy, ale nie jest to też zupełna amatorszczyzna.
Na tle historii jako całości wyróżnia się Zdrajca - teatr jednego aktora, historia o poświęceniu, rozpadzie i stworzeniu się na nowo.
Ktoś czegoś nie dopilnował (polski wydawca), w jednej z książek pewne nazwy/ksywy są tłumaczone inaczej niż w pozostałych. Ktoś czegoś nie dopilnował (autorzy oryginalni) - wychwyciłem kilka nieścisłości między poszczególnymi pozycjami. Chociaż przy takich rozmiarach projektu jak i rozmiarach całego uniwersum, to i tak tych nieścisłości było bardzo mało.
Mroczne Gniazdo przynosi kilka interesujących szczegółów (sięgających nieraz i do czasów sprzed Nowej Nadziei), rozwija pewien motyw poboczny z NEJ, poza tym jest dość daremną historią, zapychaczem miejsca, by zrobić coś z tym motywem pobocznym.
A Dziedzictwo Mocy? Ha, z jednej strony mamy zrzynkę z historii Vadera w wykonaniu - SPOILER - jego wnuka, z drugiej fantastyczny obraz rozpadającej się rzeczywistości politycznej Galaktycznego Sojuszu (powstałego na gruzach skorumpowanej Nowej Republiki w NEJ), gdzie niedawni (lub bardzo dawni) przyjaciele stają po przeciwnych stronach barykady (przejściowo np. Han i Leia vs. Luke i jego Nowy Zakon Jedi, po czym wszyscy vs. Darth Caedus). W finale pojawia się kolejna stara, dobra znajoma sprzed wielu, wielu lat. Swoje pięć minut ma też Boba Fett - poznajemy tragiczną historię jego żony, córki i wnuczki, a on sam staje się w pewnym momencie wręcz sympatyczny. Co jeszcze? Widać wyraźnie, że nasi bohaterowie się starzeją. Potwierdzony zostaje fakt, że niezależnie od siły charakteru i dobrych intencji nie da się być dobrym Sithem (ok, przedstawiono jeden niejednoznaczny przypadek potwierdzający regułę). Kolejni znani i lubiani bohaterowie (wprowadzeni już w książkach) giną. Generalnie - dużo się dzieje, ciekawie się dzieje. Jeszcze bardziej niż w NEJ zatarty zostaje podział na dobrych i złych. Całość jest jeszcze bardziej mroczna niż dosyć posępny NEJ (jak na standardy Star Wars oczywiście).
Co po Dziedzictwie? Mam kolejne książki, w tym całą następną dużą serię - Przeznaczenie Jedi. Przed serią jest kilka mniejszych historii wprowadzających do niej - Rozdroża czasu oscylują wokół postaci z dalszych szeregów, w końcu mamy coś innego niż 2137 odcinek serialu "Skywalkerowie i Solo ratują galaktykę", motyw z przeskokiem w czasie (bagatela 5000 lat) ciekawy, tak samo jak zaprezentowane efektowne i popełnione z premedytacją przejście na ciemną stronę. Zobaczymy, co będzie dalej. Niestety, upchnięto w jedną książkę trochę zbyt wiele wątków. Znów mamy charakterystyczne starwarsowe deus ex machina, gdy rzeczy się po prostu cudownie dzieją, wszystko dokładnie wtedy i w taki sposób, żeby wyszło w miarę dobrze.
Adnotacja na marginesie - całe uniwersum Star Wars zawiera milion przykładów (i argumentów) przeciwko wolnej woli. Ciekawe, czy ktoś kiedyś podjął się głębszej analizy tego wątku. Poczytałbym.
Trylogia Bane'a zaś to antyczna historia uniwersum. Epicka opowieść (kojarząca się momentami nie tyle ze Star Wars co Conanem Barbarzyńcą - starożytne ruiny, pradawne artefakty, mrożące krew w żyłach tajemnice czekające na odkrycie) o - nazwijmy to - reformie Sithów dokonanej przez Dartha Bane'a. Zły bohater został pokazany całkiem obiektywnie - bez oceniania i tkliwego moralizatorstwa. Pedantyczni fani notujący skrzętnie techniki i umiejętności użytkowników Mocy dopiszą do swoich list sporo elektryzujących nowinek (przeczytałbym historie o Jeszcze Bardziej Super-Duper-Zamierzchłych Czasach, kiedy Sithowie potrafili za pomocą Mocy zmieniać gwiazdy w supernowe). Karpyshyn potwierdził, że jest jednym z tych lepszych starwarsowych wyrobników, w mojej opinii leży półkę wyżej np. od takiej Elaine Cunningham.
Na zakończenie mógłbym się zastanowić, dlaczego spędziłem tyle czasu (i jeszcze trochę czasu na to zmarnuje) na czytanie tych odpowiedników harlequinów dla young adults i wiecznych dzieciaków - odpowiedź jest całkiem prosta - zapewne dlatego, że mimo wszystkich wad tych czytadeł, mimo ich bijącej po oczach czytadłowatości, pochłaniam je z prędkością światła, nie mogąc doczekać się na to, co wydarzy się w kolejnym tomie. Na tym chyba polega magia Star Wars - człowiek doskonale wie, że to badziew, a jednak znajduje autentyczną przyjemność w obcowaniu z nim. A może to tylko twórcze wykorzystanie sprawdzonych motywów, epickość i patos zderzone z heroicznymi zmaganiami potężnych bohaterów z własnymi słabościami i potężnymi przeciwnikami zewnętrznymi - baśniowość po przejściach - czyli coś, co - znów - stawia Star Wars koło Conana Barbarzyńcy niż koło klasyków zaangażowanej hard s-f poruszającej Ważkie Problemy. I dobrze.
Paolo Bacigalupi Wodny nóż
Serio ta książka trafiła do Uczty Wyobraźni? Jakoś głupio postawić mi ją na półce obok Tonącej dziewczyny, Ciemnego Edenu czy Diaspory. Nie zrozumcie mnie źle - worldbuilding jest wspaniały. Autor odwalił kawał dobrej roboty. Świat jest przedstawiony dosyć naturalistycznie i bezpretensjonalnie, dobro i zło to martwe etykietki, aluzje do faktycznych zjawisk społecznych, religijnych i trendów kulturalnych robią wrażenie, tak samo jak okopanie się autora w obecnym poziomie technologii i trendów w mediach społecznościowych, ale w gruncie rzeczy jest to tylko bardzo dobrze napisana opowieść sensacyjno-przygodowa. Nic aż tak przełomowego. Albo czegoś nie wychwyciłem. Zaprojektowana kunsztownie i przekonywająco wizja rozpadających się Stanów Zjednoczonych dotkniętych pustynnieniem i brakiem dostępu do wody jest całkiem przekonywująca ale w gruncie rzeczy mało odkrywcza. Namysł nad dokonującym się klimatycznym rozpierdzielem w skali planetarnej to też nic nowego, podobnie jak wizja zamkniętych i dobrze strzeżonych miast-enklaw dla bogaczy.
Marek Grzywacz Bogini z nożem w dłoni
Całkiem przyjemna nowelka. Udana krytyka zorganizowanych systemów religijnych. Niezła krytyka zamkniętych osiedli dla samozwańczej, nowobogackiej elity (przynajmniej tak to odebrałem, jeśli autor miał to też na myśli, to przyklaskuję). Świeży pomysł. Ładna okładka.
Dobra rzecz, aaaaale mówiąc szczerze, biorąc pod uwagę całą znaną mi twórczość Autora, to ma on w swoim dorobku rzeczy krótsze a lepsze.
Karolina "Mangusta" Kaczkowska, Tomasz "MordumX" Siwiec Liturgia plugastwa
No, flaczki podano do stołu. Chociaż paradoksalnie nie we flakach tkwi siła tego małego splitu opowiadań dwojga autorów, lecz w poruszanych kwestiach. Najsilniej oddziałujące na czytelnika teksty - a w każdym razie na mnie - Bestie, Słit focie, Otworek - albo są rzeźnią w stopniu symbolicznym, albo mogłyby w ogóle nie epatować brutalną przemocą, a i tak by się broniły jako horror ekstremalny (Bestie). Poza tym mamy po równo tekstów wesołych i refleksyjnych, eksploatujących zarówno sprawdzone motywy gatunku, jak i to, co leży autorom na wątrobie.
W swojej niezbyt rozpowszechnionej i niezbyt rozbudowanej niszy literackiego gore bardzo mocna pozycja. Świadectwo ciągłego rozwoju środowiska.
A nie, moment.
Dobra, to w takim razie mam nadzieję, że bawiliście się przednio, niezależnie od tego co, gdzie i kiedy świętowaliście.
Nigdy nie lubiłem klecić podsumowań rocznych, tym bardziej, że raczej nie jestem z niczym na bieżąco.
Dawno tu nie zaglądałem, ale - będę szczery - po prostu mi się nie chce prowadzić bloga, jest tyle ciekawszych rzeczy do roboty po powrocie z roboty lub i w dni wolne. Czasem nawet stężenie pyłów PM10 i PM2,5 spadnie poniżej 1200% normy i można wtedy zaryzykować krótki spacer wokół bloku.
Zacząłem klecić opowiadania z myślą o zbiorze opowiadań. Na razie jest ich 2,5. Biorąc pod uwagę mój rozlazły i dość przypadkowy tryb pracy (dłubię literacko zazwyczaj tylko przez kilka przypadkowo wybranych miesięcy w roku, tzn. wtedy, kiedy czuję taką potrzebę), całość będzie gotowa za jakieś 5-10 lat. Pewnie nikt nie będzie chciał jej wydać (uderzę do 1-3 niszowych wydawnictw, przy założeniu, że będą jeszcze wtedy na rynku), więc zapewne ostatecznie trafię na jakiś ebookowy selfpublishing (chociaż i tam ostatnio nastąpiła przynajmniej jedna efektowna wywrotka), gdzie będę sprzedawał się samodzielnie za 2,50zł, tuż obok nawiedzonych grafomanów uważających się za literackich geniuszy.
Dlatego najprawdopodobniej zbiór nigdy nie powstanie, a na bieżąco płodzone teksty będę rozsyłał do środowiskowych mniej lub bardziej nieprofesjonalnych pism i zinów.
W gruncie rzeczy to nie chciałbym być pisarzem, bycie sporadycznym autorem wystarcza mi w zupełności. Naiwnie uważam, że moja twórczość będzie w stanie obronić się sama, praktycznie bez żadnych mechanizmów (auto)promocyjnych. Nie przysporzę sobie popularności w polskim horrorowym grajdołku tym stwierdzeniem, ale rzucę je w eter i tak: w środowisku już teraz jest zdecydowanie zbyt wielu autorów nadrabiających braki w talencie dobrym pijarem i środowiskowym fejmem.
Jedyne na czym mi zależy jako autorowi to zdobyć sobie grupę czytelników z którymi byśmy się w miarę dobrze rozumieli. Reszta jest w sumie nieistotna. To miłe uczucie, jak komuś podoba się moja twórczość (w sumie reakcje czytelników nie są dla mnie aż tak ważne jak sam fakt, że zostałem gdzieś opublikowany), ale - zazwyczaj - pisząc wywalam z siebie różne różności, które akurat leżą mi na wątrobie. Przestają leżeć - dobra nasza. Komuś się to podoba - dzięki. Nie podoba się - spoko.
W gruncie rzeczy trochę zmagam się z przewlekłym rozczarowaniem, przejmującym poczuciem, że wszystko wokoło to nieistotne absurdy. Mam wrażenie, jakbym cały czas był zmęczony.
Dobra, dość marudzenia.
Byłem w kinie na tym nowym Tarantino. Gęsty, klaustrofobiczny obraz zajeżdżający eurowesternem (przez pierwszą ~połowę) pozbawiony jednak polotu takich klasyków jak The Great Silence czy gęstości Cut-Throats Nine (1972), potem przechodzący w uroczą napierdalankę. Kwestie równouprawnienia Afroamerykanów, rasizmu, itd., pewnie budzą więcej emocji za oceanem niż u nas. Estetyzacja przemocy - także psychicznej - a także iście surrealistyczna łatwość zabijania - to przynajmniej dla takiego degenerata jak ja - największe zalety filmu. Amoralność postaci - też plus. Tytuł adekwatny. Soundtrack pasowałby bardziej do poważniejszej klasyki gatunku lub horroru - ale nie jest zły. Brawo za Kurta Russela - od dnia gdy za szczeniaka obejrzałem po raz pierwszy Ucieczkę z Nowego Jorku bardzo lubię tego gościa.
A czytać, to czytałem. Dużo czytałem.
Neil Gaiman x3: Drażliwe tematy, Dym i lustra, Rzeczy ulotne - nowe wydania, te w twardych okładkach, z blondynką, czarnowłosą i rudą.
Nie ukrywam, że mając wielki szacunek do twórczości Gaimana, prawdziwego człowieka popkulturowego renesansu, odnajdującego się w najróżniejszych formach i kształtach, nigdy nie współodczuwałem z jego twórczością. Czytało się świetnie, sypał pomysłami jak z rękawa, skakał z estetyki na estetykę, od baśniowych wariacji przez nastrojowe dark fantasy po eteryczne, oniryczne horrory, do tego jeszcze trafiła się tu i ówdzie poezja - ale nie trafia on do mnie tak bardzo, jakby mógł. Najwyraźniej nadajemy na rozbieżnych częstotliwościach. Gaiman to dla mnie jeden z tych autorów, w przypadku których obcując z jego tekstami widzisz w pełni jego talent i doceniasz kunszt - a miesiąc później pamiętasz o talencie i kunszcie ale za cholery nie potrafisz przywołać wspomnień więcej niż z ~5 opowiadań z trzech zbiorów opowiadań.
Star Wars:
Nowa Era Jedi:
R.A Salvatore Wektor pierwszy
Michael Stackpole Mroczny przypływ I: Szturm
Michael Stackpole Mroczny przypływ II: Inwazja
James Luceno Agenci Chaosu I: Próba bohatera
James Luceno Agenci Chaosu II: Zmierzch Jedi
Kathy Tyers Punkt równowagi
Greg Keyes Ostrze zwycięstwa I: Podbój
Greg Keyes Ostrze zwycięstwa II: Odrodzenie
Troy Denning Gwiazda po gwieździe
Elaine Cunningham Mroczna podróż
Aaron Allston Linie wroga I: Powrót Rebelii
Aaron Allston Linie wroga II: Twierdza Rebelii
Matthew Stover Zdrajca
Walter Jon Williams Szlak przeznaczenia
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy I: Ruiny Imperium
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy II: Uchodźca
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy III: Spotkanie po latach
Greg Keyes Ostatnie proroctwo
James Luceno Jednocząca moc
Trylogia Mroczne Gniazdo:
Troy Denning Mroczne Gniazdo I: Władca Dwumyślnych
Troy Denning Mroczne Gniazdo II: Niewidzialna królowa
Troy Denning Mroczne Gniazdo III: Wojna rojów
Dziedzictwo Mocy:
Aaron Allston Zdrada
Karen Traviss Braterstwo krwi
Troy Denning Nawałnica
Aaron Allston Wygnanie
Karen Traviss Poświęcenie
Troy Denning Piekło
Aaron Allston Furia
Karen Traviss Objawienie
Troy Denning Niezwyciężony
Przed Przeznaczeniem Jedi:
Paul S. Kemp Rozdroża czasu
Aaaaa także z drugiej strony osi czasu:
Drew Karpyshyn Droga zagłady
Drew Karpyshyn Zasada dwóch
Drew Karpyshyn Dynastia zła
Ok, część z Was pewnie o tym nie wiedziała, ale jestem wielkim fanem Star Wars. Może nie aż takim jak np. pewien mój dobry przyjaciel będący wyznawcą religii Jedi, ale jednak. Poza tym nie mam wiernopoddańczego stosunku do starego kanonu zwanego Expanded Universe.
Nie zamierzam pisać tutaj wprowadzenia do Expanded Universe, czyli wykraczającego poza filmy uniwersum Star Wars, które zaczęło się formalnie w 1978 roku (przynajmniej tę datę się podaje najczęściej) i które zabił Disney (kogo chcemy oszukać - zabił je sam George Lucas sprzedając markę Disney'owi) tworząc od podstaw własne kontynuacje Powrotu Jedi, ponieważ można by o tym pisać całe eseje, w których i tak nie dojdzie się do żadnych konstruktywnych wniosków. Wszystko przed Disney'em aktualnie wrzucono do nowej pod-marki Legends, kto wie, czy i kiedy stare uniwersum będzie jeszcze kontynuowane.
Fakt faktem, cała rzesza autorów książek, komiksów, seriali, gier komputerowych wzniosła na przestrzeni ~40 lat ocean historii, postaci, wątków. Bądźmy szczerzy - żadnych geniuszy literackich tam nie było (wyróżniali się co najwyżej bardzo sprawni rzemieślnicy jak Timothy Zahn), za to swoją przystań znaleźli tam autorzy-wyrobnicy znani z pisania książek w nieswoich uniwersach (Dungeons & Dragons/gry starego, dobrego Black Isle, Mass Effect, gry Blizzarda, itd., itp., etc.).
Powiedzmy sobie szczerze: nawet najlepsze książki ze Star Wars Expanded Universe (żadna z wyżej wymienionych nie zalicza się moim zdaniem do tych najlepszych, może poza sympatyczną Trylogia Bane'a i Zdrajcą, pozycją bardzo różną od przygodowo-sensacyjnej bieda-psychologizującej starwarsowej typówki) to pieprzone czytadła (tak, nawet legendarna trylogia Thrawna to czytadła - ok psychofani, czekam na groźby karalne), do tego polski wydawca książek Star Wars z czasów przed Disney'em - Amber - dołożył swoje trzy grosze do niskiej jakości całości - albo styl wszystkich autorów jest praktycznie identyczny, albo tłumacze wyrównywali indywidualne cechy wszystkich autorów, do tego nie raz i nie dwa robili to wyjątkowo topornie i niechlujnie. Nie miałem jeszcze przyjemności z pozycjami z nowego kanonu wydawanego przez Uroborosa (czy jakoś tak, nie chce mi się teraz góglać za poprawną nazwą, leniwy jestem i nie lubię się rozpraszać w czasie pisania).
Z jednej strony szkoda mi Expanded Universe jako takiego, Star Wars bez Thrawna, Mary Jade, Jacena i Jainy Solo to nie to samo, z drugiej strony trzeba przyznać szczerze, że przez cały okres rozwoju uniwersum wykwitło w nim mnóstwo bzdur, historii złych, nieprzemyślanych, a stabilność i wewnętrzna spójność uniwersum nieraz sprawiała wrażenie pospinanej agrafkami (vivat wszystkie retcony i wrzucanie na siłę do późniejszych książek/komiksów postaci/miejsc/aluzji do historii sprzed lat, żeby tylko były, skoro już je ktoś kiedyś wymyślił). Do tego - przynajmniej mnie - denerwowało zrobienie z całego uniwersum sitcomu o przygodach rodzin Skywalkerów i Solo - ok, poza czasami Starej Republiki i wcześniejszymi, a także generalnie przed Mrocznym Widmem. Ale przynajmniej mnie to nudziło - kolejni autorzy daliby se w końcu spokój, wymyślili kogoś nowego. Tymczasem w ostatniej, niewydanej w PL książce z EU Han Solo ma już koło 80-tki. Bez kitu, dajcie im odpocząć.
Nowa Era Jedi moim zdaniem była wielką niewykorzystaną szansą - na przewietrzenie uniwersum. Inwazja obcych istot z obcej galaktyki, niewidocznych w Mocy, mających do tego żywe organizmy za broń, statki i przedmioty codziennego użytku to samograj. W końcu coś nowego w stosunku do po raz n-ty odnawianych Imperiów lub wyciągania z dupy kolejnych chętnych na odrodzenie Imperium lub utworzenie własnego. Myślałem, że będzie to nowe rozdanie - i poniekąd było, ale nie do końca. Niby galaktyka została zmieniona nie do poznania, całe planety zostały nieodwracalnie (ok, nie przesadzajmy z tą nieodwracalnością) zmienione, przynajmniej kilka populacji planet zostało całkowicie wymordowanych, porządek polityczny wywrócono kilkakrotnie, bardzo rozwinięto wielu bohaterów, także starych i dobrze znanych, a mimo tego nie zrobiono czegoś, o co aż by się prosiło - nie zakończono z hukiem życia wielu postaci z wcześniejszych książek, nie rozwalono w pył planet, gdzie wcześniejsi autorzy narobili jakiś głupot, nie wyczyszczono nadmiaru wątków, historii, opowieści. Aż się o tak radykalny krok prosiło. Jednym eventem można było przewietrzyć zaduch zbierający się w uniwersum. Poza przygotowaniem gruntu pod przyszłe serie, jedyne w czym namieszano, to w powszechnie uznanym rozumieniu Mocy - tylko po to, by w kolejnej dużej serii, czyli Dziedzictwie Mocy, w sporej części wycofać się ze zmian (SPOILER - Vergere w NEJ sprawiała wrażenie znacznie bardziej niejednoznacznej postaci niż w DM, gdzie okazało się, że była po prostu Sithem nie przyznającym się do bycia Sithem). Ok, w NEJ ginie też jedna postać znana z filmów - co wpływa na wszystkie pozostałe - brawa za odwagę i próbę pokazania starych bohaterów jako steranych życiem i targanych wątpliwościami. To się udało.
Sama historia ciągnąca się przez 19 książek obfituje w zwroty akcji, cliffhangery, widzimy z jak ekstremalnymi sytuacjami zderzają się bohaterowie, jak w zetknięciu się z nimi pękają im światopoglądy i kręgosłupy moralne. Motyw zderzenia się z obcą, nieznaną technologią jest dobry, ale zaprezentowany nierówno - po początkowych zupełnych klęskach Nowej Republice udaje się zadziwiająco szybko nawiązywać z Yuuzhan Vongami walkę jak równy z równym.
Interesująco opisano też postępującą przemianę samych najeźdźców, zderzenie się ich fanatyzmu, kultury skupionej na adorowaniu bólu, społeczeństwa kastowego z wszystkim co dla nich obce i niepojęte. Jasne, nie są to fachowe, naukowe analizy, ale nie jest to też zupełna amatorszczyzna.
Na tle historii jako całości wyróżnia się Zdrajca - teatr jednego aktora, historia o poświęceniu, rozpadzie i stworzeniu się na nowo.
Ktoś czegoś nie dopilnował (polski wydawca), w jednej z książek pewne nazwy/ksywy są tłumaczone inaczej niż w pozostałych. Ktoś czegoś nie dopilnował (autorzy oryginalni) - wychwyciłem kilka nieścisłości między poszczególnymi pozycjami. Chociaż przy takich rozmiarach projektu jak i rozmiarach całego uniwersum, to i tak tych nieścisłości było bardzo mało.
Mroczne Gniazdo przynosi kilka interesujących szczegółów (sięgających nieraz i do czasów sprzed Nowej Nadziei), rozwija pewien motyw poboczny z NEJ, poza tym jest dość daremną historią, zapychaczem miejsca, by zrobić coś z tym motywem pobocznym.
A Dziedzictwo Mocy? Ha, z jednej strony mamy zrzynkę z historii Vadera w wykonaniu - SPOILER - jego wnuka, z drugiej fantastyczny obraz rozpadającej się rzeczywistości politycznej Galaktycznego Sojuszu (powstałego na gruzach skorumpowanej Nowej Republiki w NEJ), gdzie niedawni (lub bardzo dawni) przyjaciele stają po przeciwnych stronach barykady (przejściowo np. Han i Leia vs. Luke i jego Nowy Zakon Jedi, po czym wszyscy vs. Darth Caedus). W finale pojawia się kolejna stara, dobra znajoma sprzed wielu, wielu lat. Swoje pięć minut ma też Boba Fett - poznajemy tragiczną historię jego żony, córki i wnuczki, a on sam staje się w pewnym momencie wręcz sympatyczny. Co jeszcze? Widać wyraźnie, że nasi bohaterowie się starzeją. Potwierdzony zostaje fakt, że niezależnie od siły charakteru i dobrych intencji nie da się być dobrym Sithem (ok, przedstawiono jeden niejednoznaczny przypadek potwierdzający regułę). Kolejni znani i lubiani bohaterowie (wprowadzeni już w książkach) giną. Generalnie - dużo się dzieje, ciekawie się dzieje. Jeszcze bardziej niż w NEJ zatarty zostaje podział na dobrych i złych. Całość jest jeszcze bardziej mroczna niż dosyć posępny NEJ (jak na standardy Star Wars oczywiście).
Co po Dziedzictwie? Mam kolejne książki, w tym całą następną dużą serię - Przeznaczenie Jedi. Przed serią jest kilka mniejszych historii wprowadzających do niej - Rozdroża czasu oscylują wokół postaci z dalszych szeregów, w końcu mamy coś innego niż 2137 odcinek serialu "Skywalkerowie i Solo ratują galaktykę", motyw z przeskokiem w czasie (bagatela 5000 lat) ciekawy, tak samo jak zaprezentowane efektowne i popełnione z premedytacją przejście na ciemną stronę. Zobaczymy, co będzie dalej. Niestety, upchnięto w jedną książkę trochę zbyt wiele wątków. Znów mamy charakterystyczne starwarsowe deus ex machina, gdy rzeczy się po prostu cudownie dzieją, wszystko dokładnie wtedy i w taki sposób, żeby wyszło w miarę dobrze.
Adnotacja na marginesie - całe uniwersum Star Wars zawiera milion przykładów (i argumentów) przeciwko wolnej woli. Ciekawe, czy ktoś kiedyś podjął się głębszej analizy tego wątku. Poczytałbym.
Trylogia Bane'a zaś to antyczna historia uniwersum. Epicka opowieść (kojarząca się momentami nie tyle ze Star Wars co Conanem Barbarzyńcą - starożytne ruiny, pradawne artefakty, mrożące krew w żyłach tajemnice czekające na odkrycie) o - nazwijmy to - reformie Sithów dokonanej przez Dartha Bane'a. Zły bohater został pokazany całkiem obiektywnie - bez oceniania i tkliwego moralizatorstwa. Pedantyczni fani notujący skrzętnie techniki i umiejętności użytkowników Mocy dopiszą do swoich list sporo elektryzujących nowinek (przeczytałbym historie o Jeszcze Bardziej Super-Duper-Zamierzchłych Czasach, kiedy Sithowie potrafili za pomocą Mocy zmieniać gwiazdy w supernowe). Karpyshyn potwierdził, że jest jednym z tych lepszych starwarsowych wyrobników, w mojej opinii leży półkę wyżej np. od takiej Elaine Cunningham.
Na zakończenie mógłbym się zastanowić, dlaczego spędziłem tyle czasu (i jeszcze trochę czasu na to zmarnuje) na czytanie tych odpowiedników harlequinów dla young adults i wiecznych dzieciaków - odpowiedź jest całkiem prosta - zapewne dlatego, że mimo wszystkich wad tych czytadeł, mimo ich bijącej po oczach czytadłowatości, pochłaniam je z prędkością światła, nie mogąc doczekać się na to, co wydarzy się w kolejnym tomie. Na tym chyba polega magia Star Wars - człowiek doskonale wie, że to badziew, a jednak znajduje autentyczną przyjemność w obcowaniu z nim. A może to tylko twórcze wykorzystanie sprawdzonych motywów, epickość i patos zderzone z heroicznymi zmaganiami potężnych bohaterów z własnymi słabościami i potężnymi przeciwnikami zewnętrznymi - baśniowość po przejściach - czyli coś, co - znów - stawia Star Wars koło Conana Barbarzyńcy niż koło klasyków zaangażowanej hard s-f poruszającej Ważkie Problemy. I dobrze.
Paolo Bacigalupi Wodny nóż
Serio ta książka trafiła do Uczty Wyobraźni? Jakoś głupio postawić mi ją na półce obok Tonącej dziewczyny, Ciemnego Edenu czy Diaspory. Nie zrozumcie mnie źle - worldbuilding jest wspaniały. Autor odwalił kawał dobrej roboty. Świat jest przedstawiony dosyć naturalistycznie i bezpretensjonalnie, dobro i zło to martwe etykietki, aluzje do faktycznych zjawisk społecznych, religijnych i trendów kulturalnych robią wrażenie, tak samo jak okopanie się autora w obecnym poziomie technologii i trendów w mediach społecznościowych, ale w gruncie rzeczy jest to tylko bardzo dobrze napisana opowieść sensacyjno-przygodowa. Nic aż tak przełomowego. Albo czegoś nie wychwyciłem. Zaprojektowana kunsztownie i przekonywająco wizja rozpadających się Stanów Zjednoczonych dotkniętych pustynnieniem i brakiem dostępu do wody jest całkiem przekonywująca ale w gruncie rzeczy mało odkrywcza. Namysł nad dokonującym się klimatycznym rozpierdzielem w skali planetarnej to też nic nowego, podobnie jak wizja zamkniętych i dobrze strzeżonych miast-enklaw dla bogaczy.
Marek Grzywacz Bogini z nożem w dłoni
Całkiem przyjemna nowelka. Udana krytyka zorganizowanych systemów religijnych. Niezła krytyka zamkniętych osiedli dla samozwańczej, nowobogackiej elity (przynajmniej tak to odebrałem, jeśli autor miał to też na myśli, to przyklaskuję). Świeży pomysł. Ładna okładka.
Dobra rzecz, aaaaale mówiąc szczerze, biorąc pod uwagę całą znaną mi twórczość Autora, to ma on w swoim dorobku rzeczy krótsze a lepsze.
Karolina "Mangusta" Kaczkowska, Tomasz "MordumX" Siwiec Liturgia plugastwa
No, flaczki podano do stołu. Chociaż paradoksalnie nie we flakach tkwi siła tego małego splitu opowiadań dwojga autorów, lecz w poruszanych kwestiach. Najsilniej oddziałujące na czytelnika teksty - a w każdym razie na mnie - Bestie, Słit focie, Otworek - albo są rzeźnią w stopniu symbolicznym, albo mogłyby w ogóle nie epatować brutalną przemocą, a i tak by się broniły jako horror ekstremalny (Bestie). Poza tym mamy po równo tekstów wesołych i refleksyjnych, eksploatujących zarówno sprawdzone motywy gatunku, jak i to, co leży autorom na wątrobie.
W swojej niezbyt rozpowszechnionej i niezbyt rozbudowanej niszy literackiego gore bardzo mocna pozycja. Świadectwo ciągłego rozwoju środowiska.
sobota, 19 grudnia 2015
Upływający czas #54
W ciągu ostatniego czasu, a dokładniej kilku miesięcy, miałem niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w dwóch koncertach black metalowych w stołecznym królewskim. W związku z tym samo nasunęło mi się pewne spostrzeżenie, która od zawsze mnie zastanawiało (no dobra, dawno temu, gdy w liceum chodziłem nawet latem w długim czarnym płaszczu, glanach i koszulce Burzum, a raz musiałem salwować się po zajęciach ucieczką przed przeważającymi siłami fanów Mayhem, nie zajmowały mnie takie szczegóły, liczył się ekstremizm jako taki). Mianowicie, w jaki sposób niektórzy uczestnicy mogą łączyć dowolne poglądy będące w ich mniemaniu programem pozytywnym z radosnym podrygiwaniem do muzyki z tekstami o jednoznacznie nihilistycznym przekazie. Ta sama nieścisłość, rozdarcie między chęcią obrony jakiś - subiektywnych rzecz jasna - wartości a zupełną negacją świata, życia, człowieka, itd. zawsze zastanawiało mnie w przekazie części wykonawców - no bo gdzie biała rasa, czternaście słów, tak czy inaczej rozumiana cywilizacja europejska, itd., itp., a gdzie śmierć ludzkości, gwałty na niemowlakach i rozpasane orgie ku czci Rogatego/rozmycie się w wiecznej ciemności/itp. Mimo mojego własnego stosunku do omawianego zjawiska, ns skini na koncertach black metalowych mi nie przeszkadzają - kim ja jestem, żeby mówić komukolwiek na jakie koncerty ma przychodzić. Za to niezwykle denerwuje mnie nowsze zjawisko - obecność, poza kucami i łysolami, hipsterów. Stojąc obok któregoś z nich, typa częściej patrzącego w ekran smartfona
niż spoglądającego na scenę, po niedługim czasie miałem ochotę mu
przyjebać. Koncert black metalowy to miejsce, gdzie można łatwo zostać oblanym piwem, łatwo zgubić telefon, w skrajnym przypadku można dostać po ryju, przypadkiem lub niezupełnie przypadkiem, czasem nawet od muzyków, aż dziw bierze, że ktokolwiek może tego nie rozumieć, ba, może mieć z tym problem.
O ile sam wolę Mgłę na słuchawkach w czasie spaceru przez wymarłe dzielnice postindustrialne, to warto było machać łbem w tłumie. Bardzo spoczko było też zobaczyć Mikko Aspę na żywo. Czytając teksty Clandestine Blaze czasem nie sposób nie zazgrzytać zębami (przykład rozdarcia o którym wspomniałem wyżej), ale gość jest legendą i nikt tego nie zaneguje.
No ale niech tam, grunt, że ja się dobrze bawiłem, zarówno w Zaścianku na Blaze of Perdition (koncertowy wokalista dał radę jak najbardziej, zagrali też Królestwo Twoje, więc już w ogóle) jak i w Rotundzie na Mgle.
18.12 miałem okazję być w kinie (studyjnym, ale dało radę, wbrew pozorom nie potrzeba było 3D [z moim astygmatyzmem i tak kiepsko się filmy w 3D ogląda] i ekranu o przekątnej równej długości boiska piłkarskiego by cieszyć się filmem) na nowych Gwiezdnych Wojnach. Mam mieszane uczucia, ale zawiodłem się pozytywnie - nie było to takie gówno jak myślałem, że będzie. Byłem pewien, że po emisji spokojnie będę mógł napisać opinię jednozdaniową w stylu: ekranizacja Trylogii Thrawna byłaby dużo lepszym pomysłem, tymczasem mimo całej wtórności, fabularnych absurdów, itd., mamy całkiem dobry, szalenie efektowny, trzymający w napięciu i, na szczęście, długi film.
Co jest wtórne? Sam zarys fabuły. Mamy powieloną po raz kolejny historię o prostaczku z pustynnego wypizdowa, który to prostaczek dzięki serii absurdalnych zbiegów okoliczności staje się postacią kluczową w toczącej się wojnie dobra ze złem (płeć prostaczka nie ma tu znaczenia). Jednym z liderów tych złych jest sekciarz w czarnej masce, ponad to oczywiście dysponują oni superbronią zdolną niszczyć całe planety. Następuje heroiczny atak dobrych na złych, gdy źli dowiadują się o lokalizacji ukrytej bazy tych dobrych. Przy ciężkich stratach udaje się dobrym rozpirzyć superbroń złych, główny zły ma dostać ochrzan od głównego jeszcze gorszego. Do tego w tle opowieści mamy ukrywającego się w jeszcze bardziej zapyziałym wypizdowie niż przedstawionym na początku filmu steranego życiem mędrca, nasz prostaczek ma zadatki na sekciarza, główny zły jest skoligacony z dobrymi, itd.
W sumie na tym samym pomyśle (z różnym rozłożeniem akcentów) opierała się fabuła zarówno Mrocznego widma, jak i Nowej nadziei, w Przebudzeniu Mocy na pewno ciekawym novum jest lekki cliffhanger na zakończenie i bardzo niejednoznaczne, chaotyczne i jakby nieprzekonane zło jednego ze złych. Uśmiercenie jednego ze starych bohaterów, chociaż spodziewałem się czegoś takiego (nie ogarniałem na bieżąco pojawiających się spoilerów), mimo wszystko było dość zaskakujące. Zaskakujące było też, że nikt nie stracił ręki, bo to już chyba świecka tradycja serii. Wreszcie nieco zaskakująca była możliwość zobaczenia szturmowców w czasie akcji pacyfikacyjnej - mam wrażenie, że bieżąca trylogia będzie trochę mroczniejsza od poprzednich części. Zaskoczyło mnie to podwójnie - że Disney coś takiego pokazał.
Oczywiście, biorąc pod uwagę samą historię jako taką, to niezależnie od tego, co wydarzy się w kolejnych epizodach, ekranizacja Trylogii Thrawna byłaby dużo lepszym pomysłem. Nie jestem przy tym ortodoksyjnym fanem Expanded Universe - było (hmm, jest) ono tworem przerośniętym, pełnym faktycznie złych i niepotrzebnych historii, zaciemniających obraz uniwersum i niepotrzebnie mnożących wątki, postaci poboczne, historie bohaterów filmowych, których życiorysami można by obdzielić dodatkowo kilkanaście innych osób, itd. Po prostu uważam, że wywalenie uniwersum jako takiego (Legends - proszę was, kto poza największymi [i najstarszymi] fanatykami sięgnie po pozycje rozmijające się z kolejnymi filmami), było czymś zupełnie niepotrzebnym i szkodliwym, wśród wszystkich tytułów wydanych pod szyldem Star Wars trafiały się prawdziwe perełki. Jak np. Tryloga Thrawna.
BTW księżniczka Leia jest moją ulubioną księżniczką Disneya.
J.G. Ballard Wyspa
Heh, sam chciałem kiedyś napisać coś podobnego. Historię o gościu uwięzionym w urywku świata, faktycznej wyspie, pomiędzy ruchliwymi drogami, na oceanie ciągłego ruchu. Nawet napisałem (Powtórne przyjście), tyle, że to, co ostatecznie mi wyszło, różni się znacznie od tego, co zamierzałem napisać na samym początku.
Historia opowiedziana przez Ballarda jest całkiem prosta. Główny bohater ma wszystko, co jest mu potrzebne do całkiem przyjemnej egzystencji. Składają się na to: drogi samochód, dobra luksusowe, lukratywna posada, rodzina i kochanka. Pewnego dnia wypada z trasy, z drogi szybkiego ruchu. Ląduje w opuszczonym, zabiedzonym Nigdzie otoczonym ciągami dróg prowadzących do metropolii. Usiłuje wydostać się z wyspy, jednak nie udaje mu się to - zostaje potrącony. Nikt nie zatrzymuje się by go podwieźć do cywilizacji.
Bez pożywienia i bez wody, bez środków do życia, ranny i z gorączką, w otoczeniu rdzewiejących wraków, bujnie rosnącej trawy i szczątków fundamentów dawnego osiedla musi radzić sobie sam, nie będąc do tego nijak przygotowanym. Na dodatek niedługo potem okazuje się, że wyspa nie jest bezludna, a jej mieszkańcy mają swoje powody, by zatrzymać na niej rozbitka. Rozbitek podejmuje jednak z nimi grę...
Ballard w surrealistyczny i przejaskrawiony sposób ukazuje egzystencjalną pustkę życia w naszej zwariowanej ponowoczesności. Jego wizja wcale się nie zestarzała, wraz z postępującym wyorbitowywaniem relacji międzyludzkich w nierzeczywistość, zapośredniczaniem coraz szerszych dziedzin życia przez usługi, jest coraz bardziej i bardziej aktualna. Książka pochodzi co prawda sprzed ery telefonów komórkowych i smartfonów, ale można przyjąć, że na wyspie po prostu nie ma zasięgu. Wcale nie trzeba rozbić się gdzieś za siedmioma górami, za siedmioma lasami, by trafić na nieprzyjazne człowiekowi odludzie. W ramach naszego uporządkowanego świata rozwijają się bujnie takie enklawy, obszary przegrane, zapomniane, wykorzystane przez aktualną formę globalnego systemu kapitalistycznego, przeżute i wydalone, zamieszkiwane przez również przeżutych i wydalonych wyrzutków. Może to być wyspa między ruchliwymi drogami, jak i wymierające osiedle czy całe małe miasto. Autor pokazuje też jak pretekstowe i złudne są wszystkie stałości naszego uporządkowanego świata. Jak niewiele potrzeba, by z człowieka wyszło zwierze kierujące się pierwotnymi instynktami, rządzą przetrwania i dominacji w stadzie. Jak niewiele też potrzeba, by znaleźć swój własny, subiektywny sens w miejscach, o których nawet by się nie pomyślało, że mogą go nam ofiarować.
J.G. Ballard Wieżowiec
Ha, ekranizacja już wkrótce.
Jedna z bardziej surrealistycznych książek Ballarda. Opowieść o ogromnym, 40-piętrowym wieżowcu, ultra-nowoczesnym, pełnym usług dodatkowych i wszelkich udogodnień (baseny, siłownie, fryzjer, nawet szkoła, ogrody, itd.), którego mieszkańców ogarnia postępujące szaleństwo, rozpad wartości, uwiąd norm kulturowych i relacji międzyludzkich, następuje powrót do barbarzyństwa. Na opustoszałych piętrach kształtuje się podział klasowy, następnie postępuje rozpad na plemiona i klany, by ostatecznie każdy z mieszkańców, który przeżył wystarczająco długo, mógł zaakceptować swój wcześniejszy świat, chcieć wrócić do poprzedniego życia, lecz traktować je jako utkane z konstruktów nie mających żadnej głębszej treści. Widzimy uwiąd wartości spowodowany dobrobytem, nasyceniem i przepełnieniem, jednak do pewnego stopnia dość nietzscheański/stirnerowski w swoim zarysie. Upadają stare wartości, przygniecione ogromem wieżowca, nie kształtują się nowe - bo skąd mogłyby same z siebie się ukształtować, z bezmyślnej negacji nigdy nie wyjdzie nic budującego. Dlatego po pierwszym buncie, obróceniem w niwecz dobrodziejstw cywilizacji, nastaniem walk plemiennych w wieżowcu, gwałtów, napadów, rozbojów, morderstw, walką o zasoby i kobiety, nawet próby osiągnięcia czegoś w rodzaju chwały wojownika, nadchodzi stagnacja, a na końcu rodzaj mrocznego objawienia, gdy jeden z ostatnich żywych mieszkańców, żyjący z własną siostrą, dochodzi do wniosku, nad szczątkami psa pieczonego na balkonie, że wszystko wróciło do normy i że może warto by wrócić do pracy. Wolny od złudzeń, którymi karmił się wcześniej, postanawia też uzależnić od morfiny swoją siostrę-kochankę i przypadkową kobietę, która własną krwią karmiła swojego kota.
Właśnie, wraz z rozpadem świata wartości, zastępowanym przez wtórne barbarzyństwo i kult siły, plaga usterek technicznych dotknęła wieżowiec jako taki. Początkowe problemy z prądem i wodą przybrały postać epidemii, ogromny moloch został wkrótce pozbawiony dostępu do dóbr pierwszej potrzeby, mieszkańcy przestali chodzić do pracy, blok i okolica zatonęła w śmieciach i innych odpadkach. Rozkład dokonywał się na dwóch płaszczyznach jednocześnie - moralnej i technologicznej, obie zostały ze sobą sprzęgnięte wygodą, katastrofa jednej pociągnęła katastrofę drugiej.
Być może w tej metaforze społeczeństwa Ballard chciał też odwołać się do napięć klasowych - wieżowiec wyraźnie podzielił się na strefy analogiczne do (nieco uproszczonej, bo trzyczęściowej) drabiny społecznej. W penthousie na dachu mieszkał architekt budynku, uważający się od pewnego momentu za jego władcę, ułomny demiurg, którego przerosło własne dzieło, i który ostatecznie został pokonany przez własne stworzenie, jeśli za jego stworzenie uznamy też warunki umożliwiające spontaniczny powrót do barbarzyństwa, rozpad uwarunkowań i efektowny oraz destrukcyjny zarazem powrót wypartego. Bardzo wymowne jest przedstawienie pewnego ginekologa (również z najwyższej warstwy) - wraz z grupką kobiet porozumiewali się ze sobą za pomocą symulacji nagrywanych przez niego w czasie jego kariery lekarskiej i odtwarzanych wciąż i wciąż odgłosów rodzących kobiet. Ani chybi chyba miał to być rodzaj tęsknoty za rytuałem przejścia, inicjacją do czegoś nowego, innego, rytuał narodzenia na nowo w świecie, gdzie rozpadła się stara forma bytu, a nowa nie zamanifestowała się jeszcze.
Wieżowiec to rewelacyjna książka, ale nie wolno traktować jej jako zwyczajnej fikcji spekulatywnej, bo pod względem ciągów przyczynowo-skutkowych, wewnętrznej spoistości świata przedstawionego, itd., dzieło Ballarda jest wyjątkowo dziurawe, niespójne, nieprawdopodobne. Jeśli uznamy ją zaś za surrealistyczną metaforę otaczającej nas rzeczywistości, za rodzaj przypowieści, wtedy można docenić jej wielkość. Mam nadzieję, że nadchodząca ekranizacja uchwyci jej ducha.
Karol Mitka Robiłem to z żywym trupem
Kolejna pozycja wydana przez niestrudzonego Tomka Siwca i jego Horror Masakrę.
Ok, jako iż jesteśmy w swoim gronie, przyznajmy szczerze - wartości literackich tutaj nie ma za grosz, drugiego dna również, autor szokuje dla samej przyjemności płynącej z szokowania. Do tego bardzo, ale to bardzo przydałaby się bardziej wnikliwa edycja i korekta. A mimo to świetnie się bawiłem czytając tę nowelkę, rechocząc z rzeczy, które przypadkowego czytelnika przyprawiłyby o wymioty (zakładając, że po książeczkę o takim tytule sięgnąłby ktokolwiek przypadkowy, wątpię). Świetnie się bawiłem także dlatego, że autor nie próbuje nawet udawać, że chodzi mu o coś innego niż o możliwość opisania serii scen seksu analnego, oralnego, itd., z zombie, przy zupełnie pretekstowej i w gruncie rzeczy mało istotnej fabule. Nie zawiodłem się, czekam na kolejne dziełko autora. Rozrywka dla zwyroli dostarczona przez zwyrola. Zółwik, ziomuś.
O ile sam wolę Mgłę na słuchawkach w czasie spaceru przez wymarłe dzielnice postindustrialne, to warto było machać łbem w tłumie. Bardzo spoczko było też zobaczyć Mikko Aspę na żywo. Czytając teksty Clandestine Blaze czasem nie sposób nie zazgrzytać zębami (przykład rozdarcia o którym wspomniałem wyżej), ale gość jest legendą i nikt tego nie zaneguje.
No ale niech tam, grunt, że ja się dobrze bawiłem, zarówno w Zaścianku na Blaze of Perdition (koncertowy wokalista dał radę jak najbardziej, zagrali też Królestwo Twoje, więc już w ogóle) jak i w Rotundzie na Mgle.
18.12 miałem okazję być w kinie (studyjnym, ale dało radę, wbrew pozorom nie potrzeba było 3D [z moim astygmatyzmem i tak kiepsko się filmy w 3D ogląda] i ekranu o przekątnej równej długości boiska piłkarskiego by cieszyć się filmem) na nowych Gwiezdnych Wojnach. Mam mieszane uczucia, ale zawiodłem się pozytywnie - nie było to takie gówno jak myślałem, że będzie. Byłem pewien, że po emisji spokojnie będę mógł napisać opinię jednozdaniową w stylu: ekranizacja Trylogii Thrawna byłaby dużo lepszym pomysłem, tymczasem mimo całej wtórności, fabularnych absurdów, itd., mamy całkiem dobry, szalenie efektowny, trzymający w napięciu i, na szczęście, długi film.
Co jest wtórne? Sam zarys fabuły. Mamy powieloną po raz kolejny historię o prostaczku z pustynnego wypizdowa, który to prostaczek dzięki serii absurdalnych zbiegów okoliczności staje się postacią kluczową w toczącej się wojnie dobra ze złem (płeć prostaczka nie ma tu znaczenia). Jednym z liderów tych złych jest sekciarz w czarnej masce, ponad to oczywiście dysponują oni superbronią zdolną niszczyć całe planety. Następuje heroiczny atak dobrych na złych, gdy źli dowiadują się o lokalizacji ukrytej bazy tych dobrych. Przy ciężkich stratach udaje się dobrym rozpirzyć superbroń złych, główny zły ma dostać ochrzan od głównego jeszcze gorszego. Do tego w tle opowieści mamy ukrywającego się w jeszcze bardziej zapyziałym wypizdowie niż przedstawionym na początku filmu steranego życiem mędrca, nasz prostaczek ma zadatki na sekciarza, główny zły jest skoligacony z dobrymi, itd.
W sumie na tym samym pomyśle (z różnym rozłożeniem akcentów) opierała się fabuła zarówno Mrocznego widma, jak i Nowej nadziei, w Przebudzeniu Mocy na pewno ciekawym novum jest lekki cliffhanger na zakończenie i bardzo niejednoznaczne, chaotyczne i jakby nieprzekonane zło jednego ze złych. Uśmiercenie jednego ze starych bohaterów, chociaż spodziewałem się czegoś takiego (nie ogarniałem na bieżąco pojawiających się spoilerów), mimo wszystko było dość zaskakujące. Zaskakujące było też, że nikt nie stracił ręki, bo to już chyba świecka tradycja serii. Wreszcie nieco zaskakująca była możliwość zobaczenia szturmowców w czasie akcji pacyfikacyjnej - mam wrażenie, że bieżąca trylogia będzie trochę mroczniejsza od poprzednich części. Zaskoczyło mnie to podwójnie - że Disney coś takiego pokazał.
Oczywiście, biorąc pod uwagę samą historię jako taką, to niezależnie od tego, co wydarzy się w kolejnych epizodach, ekranizacja Trylogii Thrawna byłaby dużo lepszym pomysłem. Nie jestem przy tym ortodoksyjnym fanem Expanded Universe - było (hmm, jest) ono tworem przerośniętym, pełnym faktycznie złych i niepotrzebnych historii, zaciemniających obraz uniwersum i niepotrzebnie mnożących wątki, postaci poboczne, historie bohaterów filmowych, których życiorysami można by obdzielić dodatkowo kilkanaście innych osób, itd. Po prostu uważam, że wywalenie uniwersum jako takiego (Legends - proszę was, kto poza największymi [i najstarszymi] fanatykami sięgnie po pozycje rozmijające się z kolejnymi filmami), było czymś zupełnie niepotrzebnym i szkodliwym, wśród wszystkich tytułów wydanych pod szyldem Star Wars trafiały się prawdziwe perełki. Jak np. Tryloga Thrawna.
BTW księżniczka Leia jest moją ulubioną księżniczką Disneya.
J.G. Ballard Wyspa
Heh, sam chciałem kiedyś napisać coś podobnego. Historię o gościu uwięzionym w urywku świata, faktycznej wyspie, pomiędzy ruchliwymi drogami, na oceanie ciągłego ruchu. Nawet napisałem (Powtórne przyjście), tyle, że to, co ostatecznie mi wyszło, różni się znacznie od tego, co zamierzałem napisać na samym początku.
Historia opowiedziana przez Ballarda jest całkiem prosta. Główny bohater ma wszystko, co jest mu potrzebne do całkiem przyjemnej egzystencji. Składają się na to: drogi samochód, dobra luksusowe, lukratywna posada, rodzina i kochanka. Pewnego dnia wypada z trasy, z drogi szybkiego ruchu. Ląduje w opuszczonym, zabiedzonym Nigdzie otoczonym ciągami dróg prowadzących do metropolii. Usiłuje wydostać się z wyspy, jednak nie udaje mu się to - zostaje potrącony. Nikt nie zatrzymuje się by go podwieźć do cywilizacji.
Bez pożywienia i bez wody, bez środków do życia, ranny i z gorączką, w otoczeniu rdzewiejących wraków, bujnie rosnącej trawy i szczątków fundamentów dawnego osiedla musi radzić sobie sam, nie będąc do tego nijak przygotowanym. Na dodatek niedługo potem okazuje się, że wyspa nie jest bezludna, a jej mieszkańcy mają swoje powody, by zatrzymać na niej rozbitka. Rozbitek podejmuje jednak z nimi grę...
Ballard w surrealistyczny i przejaskrawiony sposób ukazuje egzystencjalną pustkę życia w naszej zwariowanej ponowoczesności. Jego wizja wcale się nie zestarzała, wraz z postępującym wyorbitowywaniem relacji międzyludzkich w nierzeczywistość, zapośredniczaniem coraz szerszych dziedzin życia przez usługi, jest coraz bardziej i bardziej aktualna. Książka pochodzi co prawda sprzed ery telefonów komórkowych i smartfonów, ale można przyjąć, że na wyspie po prostu nie ma zasięgu. Wcale nie trzeba rozbić się gdzieś za siedmioma górami, za siedmioma lasami, by trafić na nieprzyjazne człowiekowi odludzie. W ramach naszego uporządkowanego świata rozwijają się bujnie takie enklawy, obszary przegrane, zapomniane, wykorzystane przez aktualną formę globalnego systemu kapitalistycznego, przeżute i wydalone, zamieszkiwane przez również przeżutych i wydalonych wyrzutków. Może to być wyspa między ruchliwymi drogami, jak i wymierające osiedle czy całe małe miasto. Autor pokazuje też jak pretekstowe i złudne są wszystkie stałości naszego uporządkowanego świata. Jak niewiele potrzeba, by z człowieka wyszło zwierze kierujące się pierwotnymi instynktami, rządzą przetrwania i dominacji w stadzie. Jak niewiele też potrzeba, by znaleźć swój własny, subiektywny sens w miejscach, o których nawet by się nie pomyślało, że mogą go nam ofiarować.
J.G. Ballard Wieżowiec
Ha, ekranizacja już wkrótce.
Jedna z bardziej surrealistycznych książek Ballarda. Opowieść o ogromnym, 40-piętrowym wieżowcu, ultra-nowoczesnym, pełnym usług dodatkowych i wszelkich udogodnień (baseny, siłownie, fryzjer, nawet szkoła, ogrody, itd.), którego mieszkańców ogarnia postępujące szaleństwo, rozpad wartości, uwiąd norm kulturowych i relacji międzyludzkich, następuje powrót do barbarzyństwa. Na opustoszałych piętrach kształtuje się podział klasowy, następnie postępuje rozpad na plemiona i klany, by ostatecznie każdy z mieszkańców, który przeżył wystarczająco długo, mógł zaakceptować swój wcześniejszy świat, chcieć wrócić do poprzedniego życia, lecz traktować je jako utkane z konstruktów nie mających żadnej głębszej treści. Widzimy uwiąd wartości spowodowany dobrobytem, nasyceniem i przepełnieniem, jednak do pewnego stopnia dość nietzscheański/stirnerowski w swoim zarysie. Upadają stare wartości, przygniecione ogromem wieżowca, nie kształtują się nowe - bo skąd mogłyby same z siebie się ukształtować, z bezmyślnej negacji nigdy nie wyjdzie nic budującego. Dlatego po pierwszym buncie, obróceniem w niwecz dobrodziejstw cywilizacji, nastaniem walk plemiennych w wieżowcu, gwałtów, napadów, rozbojów, morderstw, walką o zasoby i kobiety, nawet próby osiągnięcia czegoś w rodzaju chwały wojownika, nadchodzi stagnacja, a na końcu rodzaj mrocznego objawienia, gdy jeden z ostatnich żywych mieszkańców, żyjący z własną siostrą, dochodzi do wniosku, nad szczątkami psa pieczonego na balkonie, że wszystko wróciło do normy i że może warto by wrócić do pracy. Wolny od złudzeń, którymi karmił się wcześniej, postanawia też uzależnić od morfiny swoją siostrę-kochankę i przypadkową kobietę, która własną krwią karmiła swojego kota.
Właśnie, wraz z rozpadem świata wartości, zastępowanym przez wtórne barbarzyństwo i kult siły, plaga usterek technicznych dotknęła wieżowiec jako taki. Początkowe problemy z prądem i wodą przybrały postać epidemii, ogromny moloch został wkrótce pozbawiony dostępu do dóbr pierwszej potrzeby, mieszkańcy przestali chodzić do pracy, blok i okolica zatonęła w śmieciach i innych odpadkach. Rozkład dokonywał się na dwóch płaszczyznach jednocześnie - moralnej i technologicznej, obie zostały ze sobą sprzęgnięte wygodą, katastrofa jednej pociągnęła katastrofę drugiej.
Być może w tej metaforze społeczeństwa Ballard chciał też odwołać się do napięć klasowych - wieżowiec wyraźnie podzielił się na strefy analogiczne do (nieco uproszczonej, bo trzyczęściowej) drabiny społecznej. W penthousie na dachu mieszkał architekt budynku, uważający się od pewnego momentu za jego władcę, ułomny demiurg, którego przerosło własne dzieło, i który ostatecznie został pokonany przez własne stworzenie, jeśli za jego stworzenie uznamy też warunki umożliwiające spontaniczny powrót do barbarzyństwa, rozpad uwarunkowań i efektowny oraz destrukcyjny zarazem powrót wypartego. Bardzo wymowne jest przedstawienie pewnego ginekologa (również z najwyższej warstwy) - wraz z grupką kobiet porozumiewali się ze sobą za pomocą symulacji nagrywanych przez niego w czasie jego kariery lekarskiej i odtwarzanych wciąż i wciąż odgłosów rodzących kobiet. Ani chybi chyba miał to być rodzaj tęsknoty za rytuałem przejścia, inicjacją do czegoś nowego, innego, rytuał narodzenia na nowo w świecie, gdzie rozpadła się stara forma bytu, a nowa nie zamanifestowała się jeszcze.
Wieżowiec to rewelacyjna książka, ale nie wolno traktować jej jako zwyczajnej fikcji spekulatywnej, bo pod względem ciągów przyczynowo-skutkowych, wewnętrznej spoistości świata przedstawionego, itd., dzieło Ballarda jest wyjątkowo dziurawe, niespójne, nieprawdopodobne. Jeśli uznamy ją zaś za surrealistyczną metaforę otaczającej nas rzeczywistości, za rodzaj przypowieści, wtedy można docenić jej wielkość. Mam nadzieję, że nadchodząca ekranizacja uchwyci jej ducha.
Karol Mitka Robiłem to z żywym trupem
Kolejna pozycja wydana przez niestrudzonego Tomka Siwca i jego Horror Masakrę.
Ok, jako iż jesteśmy w swoim gronie, przyznajmy szczerze - wartości literackich tutaj nie ma za grosz, drugiego dna również, autor szokuje dla samej przyjemności płynącej z szokowania. Do tego bardzo, ale to bardzo przydałaby się bardziej wnikliwa edycja i korekta. A mimo to świetnie się bawiłem czytając tę nowelkę, rechocząc z rzeczy, które przypadkowego czytelnika przyprawiłyby o wymioty (zakładając, że po książeczkę o takim tytule sięgnąłby ktokolwiek przypadkowy, wątpię). Świetnie się bawiłem także dlatego, że autor nie próbuje nawet udawać, że chodzi mu o coś innego niż o możliwość opisania serii scen seksu analnego, oralnego, itd., z zombie, przy zupełnie pretekstowej i w gruncie rzeczy mało istotnej fabule. Nie zawiodłem się, czekam na kolejne dziełko autora. Rozrywka dla zwyroli dostarczona przez zwyrola. Zółwik, ziomuś.
czwartek, 30 lipca 2015
Czas na Cokolwiek #11
Pokrótce zmienia niniejszym nazwę na Czas na Cokolwiek. Czemu tak? Bo tak. Bawmy się, w końcu na końcu wszyscy umrzemy. Numeracja będzie kontynuowana.
***
Byłem na Jagaconie. Miałem być od piątku (jej, ile to już czasu w sumie minęło, ile piątków), ale nie wyszło, byłem w sobotę i niedzielę. Dobrze było zobaczyć starych i nowszych znajomych i przyjaciół, nie będę wymieniać nikogo, bo 1) kompletnie Was nie interesowałoby czytanie o tym jak pozdrawiam kumpli jeszcze z liceum, 2) jeszcze pominąłbym kogoś i ten ktoś poczułby się obrażony.
Nie wiedziałem, jak mi się poustawia grafik w robocie i urlopy, ostatecznie ustawił się zbyt późno by mi się chciało jechać tam z prelekcją. Ale za rok może będę miał możliwość lepszego zaplanowania wielu różnych rzeczy, bez niepewności do ostatniej chwili, czy w ogóle uda mi się tam wyrwać.
Widać wyraźnie rozwój samej imprezy, dużo bloków, punkty programu rozplanowane do godzin porannych. Droga przez las na dworzec kolejowy była oznaczona przyzwoicie.
***
Zgodnie z przepisami Unii Europejskiej musisz informować użytkowników z krajów unijnych o plikach cookie wykorzystywanych na Twoim blogu. W wielu przypadkach przepisy wymagają również uzyskania ich zgody.
Aby ułatwić Ci spełnienie tych wymagań, dodaliśmy na Twoim blogu powiadomienie o wykorzystywaniu przez Google określonych plików cookie Bloggera i Google, w tym plików cookie usług Google Analytics i AdSense.
Na Tobie spoczywa obowiązek upewnienia się, że to powiadomienie jest odpowiednie dla Twojego bloga i wyświetla się na nim prawidłowo. Jeśli stosujesz inne pliki cookie, na przykład związane z dodaniem funkcji innych firm, to powiadomienie może nie być wystarczające. Dowiedz się więcej o tym powiadomieniu i Twoich obowiązkach.
Chłodna historia blogspocie.
***
Bardzo poczciwa gra - Sad Satan (link do artykułu o niej, nie do niej jako takiej)
***
Powrót do Krk po urlopie nad morzem potrafi zaboleć - dopiero po detoksie w świeżym nadmorskim powietrzu czuć jakim syfem tutaj człowiek oddycha na co dzień.
***
W ciągu ostatniego czasu miałem niewątpliwą przyjemność narażenia na szwank oczu oraz kręgosłupa przy sporej ilości książek i filmów, jakby siedzenie przy kompie w pracy ~8 godzin/dzień nie było wystarczająco autodestrukcyjne.
Guy N. Smith Szatan
Klasyk Phantom Pressu. Kuriozalne czytadło, niezłe w swojej kategorii, ale cała ta kategoria to takie książkowe Birdemiki. Wskrzeszony pierwszy sekretarz KC KPZR wprowadza bardziej hardkorową wersję stalinizmu, do tego dysponuje nadludzkimi zdolnościami.
Widać dość konserwatywne poglądy autora, jest sporo rozmaitych uproszczeń (Crowley jako wraży satanista, itp.). Pozycja w sam raz do przeczytania w pociągu. Mój egzemplarz wypożyczyłem z biblioteki, gdzie ktoś go oddał w darze (bardzo mocno brzmi to słowo, ale jest nawet naklejka na okładce od środka - TA KSIĄŻKA JEST DAREM OD CZYTELNIKA. Sądząc po cenie napisanej ołówkiem z tyłu książki - 1zł - ten ktoś przynajmniej nie przepłacił.
Guy N. Smith Przyczajeni
Thriller bez wątków ponadnaturalnych (co ostatecznie wyjaśnia się na zakończenie), dosyć mdły i niczym się nie wyróżniający pośród setek podobnych pozycji. Pisarz z rodziną przeprowadzają się do zabitej dechami wiochy, której mieszkańcy bardzo nie lubią obcych i nie kryją się z tym. Wprowadzają się do starego domu, o którym krążą mroczne i mrożące krew w żyłach legendy.
Mam pisać dalej? (pyt. retoryczne).
Też dar od czytelnika. Kosztowała 2zł. Tym razem ten ktoś przepłacił.
Zastanawiam się czasem, czemu w ogóle tracę życie na czytanie czegoś takiego. To chyba sublimacja nieuświadomionego masochizmu, nie znajduję innego wytłumaczenia.
F. Paul Wilson Twierdza
Kolejny klasyk z lat '90, tym razem jednak nie Phantom Press tylko Amber Horror. II wojna światowa, oddział Wehrmahtu pod dowództwem nieco jungerowskiego Prusaka zostaje przerzucony do Rumunii, gdzie zajmuje tajemnicze zamczysko. Pazerni żołnierze budzą Coś, co zaczyna ich mordować. Sprowadzony na miejsce oddział SS nie radzi sobie z sytuacją. Wyjście z sytuacji znajduje sprowadzony ze stolicy żydowski profesor, któremu udaje się skontaktować ze złem zamieszkującym tytułową twierdzę.
Sympatyczne czytadło w ciekawy sposób nawiązujące do wątków wampirycznych, do tego kilka nawiązań do Lovecrafta. Napisane/przetłumaczone dużo lepiej niż Smithy Phantom Pressu, ale w gruncie rzeczy nie wyrasta poza poziom literatury wagonowej.
Wiesław Myśliwski Traktat o łuskaniu fasoli
Cała książka ma formę monologu człowieka łuskającego fasolę, mieszkańca/strażnika osiedla domków letniskowych na zupełnym wypizdowie, do którego przychodzi tajemniczy nieznajomy. Czasem monolog bardziej przypomina rozmowę, ale kwestii tego drugiego bohatera nie widzimy. Być może tej postaci po prostu nie ma, widnieje tylko dla narratora.
Od spostrzeżeń ogólnych i historii o życiu (bardzo bogatym życiu, pełnym zwrotów akcji, dodajmy) autor wychodzi do rozważań natury ogólnej o człowieku i świecie.
Mimo dosyć statycznej formy czyta się bardzo dobrze, przestoje w akcji i przeskoki w fabule nie przeszkadzają. Autor nie popada w patos, nie użala się nad sobą, ze szczegółami odnotowuje zapamiętane szczegóły swojego życia, jak radził sobie z losem rzucającym go po Polsce i świecie. W opowieściach snutych przez niego jest wiele czułości, pogodzenia się ze sobą, łagodnej melancholii.
Nie każdemu przypadnie do gustu, ale gorąco polecam.
Andrzej Stasiuk Nie ma ekspresów przy żółtych drogach
Rzecz dużo dojrzalsza niż wczesna Dukla. Mniej tu egzystencjalnego niepokoju, więcej melancholijnego pogodzenia się z rzeczywistością, chociaż z morzem uśpionych konfliktów z samym sobą w tle.
Zbiór reportaży, felietonów i pozycji pośrednich pierwotnie publikowanych przez autora na łamach rozmaitych periodyków. Znów mamy wiwisekcję własnych wspomnień, światło i jego wpływ na ludzi i krajobraz, wyraźnie odczuwaną więź z naturą, gorączkę podróżowania oraz obrazy bardzo mocno siedzące gdzieś w głębi autora (jak świnie karmione małżami). O czymkolwiek Stasiuk by nie pisał, czuć, że to Stasiuk. Wyżej od tej pozycji stawiam jednak Duklę. Sięgnę kiedyś po inne książki autora.
Fritz Daum Wil Scott wyjęty spod prawa
Niemiecki western dla młodszych czytelników. Urocze przygodowe czytadełko (momentami bardzo ale to bardzo dziwnie przetłumaczone) o młodym gniewnym wchodzącym w konflikt z prawem w imieniu wyższych racji. Główny bohater oczywiście dysponuje niemożliwymi zdolnościami strzeleckimi, wychodzi cało z najgroźniejszych opresji, itd.
Pierwsza część trylogii. Dorwałem na targu za 5zł, w sumie nie żałuję.
China Miéville Miasto i miasto
Kryminał czerpiący pełnymi garściami z noir jak i weird i podobnych (czuć gdzieś tam Schulza). Opowieść o niesamowitych tytułowych miastach, wplecionych umiejętnie w realia postzimnowojennego świata. Wykreowani bohaterowie i ich pogmatwane losy, morderstwo spajające fabułę, polityczne spiski mające miejsce gdzieś w tle, potężne służby dysponujące magicznymi wręcz zdolnościami, to wszystko to blaga, tło, pierdoły, tak naprawdę jest to historia o ponad-historycznym i wręcz metafizycznym Mieście i Mieście, dwóch potężnych konstruktach, Państwach w Państwach i Miastach w Miastach. Będąc w jednym musisz "przeoczać" drugie, chociaż często granice biegną wzdłuż ulicy czy kroją dany budynek na dwie części. Nie da się całej złożoności i odrealnienia świata przedstawionego opisać w kilku zdaniach. Zwyrodniała, panoptyczna struktura Miast, odciskających niezatarte piętno na swoich mieszkańcach, budynki żyjące własnym życiem, przestrzenie pomiędzy, ludzie podporządkowani przerastającym ich wyobrażenia dziwacznym prawom, zredukowani do mrówek zamkniętych w przytłaczających kompleksach - to główne tezy autora, prawdziwy sens i treść książki.
Gorąco polecam.
China Miéville Żelazna rada
Kolejna część cyklu, jednak da się czytać bez poznania pozostałych. Trochę estetyki westernowej, mutacje magiczno-genetyczne, przytłaczające swoim rozmachem państwo i miasto pełne slumsów, walka klas, ścierające się ze sobą i z władzą frakcje, tajne wojny, pradawne demony, obce bóstwa, dziwaczne rasy i rozmaite bestie...
A całość zadziwiająco spójna. Trochę steampunk, trochę dark fantasy, trochę manifest polityczny autora (który, przypomnijmy, jest marksistą i aktywnym działaczem politycznym - trockistą). Do tego jest bardzo melancholijne i w gruncie rzeczy trudne do przewidzenia. W gruncie rzeczy Miasto i miasto jest dużo lepszą pozycją tego autora.
Leigh Brackett Rio Bravo
Klasyczna pozycja amerykańskiej autorki, zekranizowana przez Howarda Hawksa w 1959. W kultowym westernie Rio Bravo grali m.in. John Wayne czy Dean Martin. O ile od westernów amerykańskich znacznie bardziej trafiają do mnie eurowesterny (przede wszystkim spaghetti), to do tego obrazu zawsze będę z sentymentem/z sentymentu wracał. Obiektywnie trzeba przyznać, że motyw jest oklepany, tłumaczenie nie najlepsze, zakończenie bez wyrazu (chociaż hmm wybuchowe); mimo tego jest to na tyle poczciwe że można się skusić, zwłaszcza jak ktoś zna film. Książka trafia się czasem w antykwariatach.
Hermann Hesse Wyższy świat
Nowe wydanie książki znanej wcześniej u nas pod tytułem Pod kołami. Historia o wrażliwym chłopaku, który za namową nauczycieli i rodziny stara się dostać do dobrej, państwowej szkoły, po której stanęłaby przed nim otworem kariera (protestanckiego) duchownego lub urzędnika państwowego wyższego szczebla. Sytuacja przerasta głównego bohatera, żałuje, że nie mógł cieszyć się życiem i młodością jak rówieśnicy. Gdy udaje mu się zdać egzaminy i trafić do wymarzonej szkoły, sytuacja przerasta go jeszcze bardziej. Do tego zaprzyjaźnia się z buntownikiem, co przynosi oczywiste konsekwencje i prowadzi w ostateczności do smutnego finału.
Refleksyjna historia o sensie życia, poszukiwaniu swojego miejsca w świecie i sensowności podejmowanych decyzji. Nic odkrywczego ale nieźle się czytało.
William Gibson Trylogia Ciągu
Czyli Neuromencer, Graf Zero i Mona Liza Turbo wydane w jednym tomie - pokaźnej cegle w twardej oprawie. Jedna z pierwszych trzech część nowej serii wydawniczej Wydawnictwa Mag - Artefakty. Mieli wypuścić tę serię zamiast Uczty Wyobraźni, jednak ta seria nadal jest kontynuowana (i bardzo dobrze).
O Neuromancerze szmat czasu temu już gdzieś na tym blogu pisałem; dopiero po przeczytaniu wszystkich części trylogii widać w pełni cały obraz i cały sens historii opowiedzianej przez Gibsona. Poszczególne części dzieją się w różnych odstępach czasu, część bohaterów się powtarza, część znika z areny dziejów świata przedstawionego po jednym tomie. W gruncie rzeczy jest to metafizyka cyberprzestrzeni, opowieść o ogromnym symulakrze prawdziwej rzeczywistości który staje się samoświadomy jako taki. Sama wizja się nie zestarzała (zarówno tego symulakru jak i świata przedstawionego) - szczegóły są i będą inne, ale jesteśmy całkiem blisko takich czasów. Bardzo dobrym pomysłem było wydanie tego w jednym tomie. Więcej osób, również młodszych czytelników będzie miało możliwość zapoznania się z tym klasykiem. Jeśli nie odpadną od momentami dość hermetycznego języka, będą się dobrze bawić.
***
Oglądam na bieżąco drugi sezon True Detective (tzn. co środę-czwartek, kiedy na torrentach jest już kolejny odcinek w dobrej jakości). Oprócz natężenia problemów głównych bohaterów na granicy absurdu pierwsze co rzuca się w oczy to przerost formy nad treścią - mnóstwo symboliki i odniesień nawrzucanych dla samego nawrzucania (jak książka Mistrza Eckharta leżąca na stoliku w domu Velcoro w jednym z odcinków). Symbolika zawarta w pierwszym sezonie dorobiła się naprawdę dobrych, wyczerpujących analiz (np. Power and hunting in "True Detective") od czasu do czasu nawet w wykonaniu uznanych akademików (Mesjasz w piekle Luizjany prof. Mikołejki). W przypadku drugiego sezonu mam nieodparte wrażenie że twórcy chcieli nawrzucać do fabuły i świata przedstawionego jak najwięcej różnych rozmaitości. Widząc kolejne perypetie bohaterów czasem po prostu się śmieje, z tego jak bardzo serial zmierza w stronę niezamierzonej, przejaskrawionej autoparodii. Do końca sezonu drugiego już bliżej niż dalej, niezależnie od tego, że ten sezon to chała, jestem bardzo ciekawy, jak się ta historia skończy - jeśli się skończy w tym sezonie.
***
Byłem na Jagaconie. Miałem być od piątku (jej, ile to już czasu w sumie minęło, ile piątków), ale nie wyszło, byłem w sobotę i niedzielę. Dobrze było zobaczyć starych i nowszych znajomych i przyjaciół, nie będę wymieniać nikogo, bo 1) kompletnie Was nie interesowałoby czytanie o tym jak pozdrawiam kumpli jeszcze z liceum, 2) jeszcze pominąłbym kogoś i ten ktoś poczułby się obrażony.
Nie wiedziałem, jak mi się poustawia grafik w robocie i urlopy, ostatecznie ustawił się zbyt późno by mi się chciało jechać tam z prelekcją. Ale za rok może będę miał możliwość lepszego zaplanowania wielu różnych rzeczy, bez niepewności do ostatniej chwili, czy w ogóle uda mi się tam wyrwać.
Widać wyraźnie rozwój samej imprezy, dużo bloków, punkty programu rozplanowane do godzin porannych. Droga przez las na dworzec kolejowy była oznaczona przyzwoicie.
***
Zgodnie z przepisami Unii Europejskiej musisz informować użytkowników z krajów unijnych o plikach cookie wykorzystywanych na Twoim blogu. W wielu przypadkach przepisy wymagają również uzyskania ich zgody.
Aby ułatwić Ci spełnienie tych wymagań, dodaliśmy na Twoim blogu powiadomienie o wykorzystywaniu przez Google określonych plików cookie Bloggera i Google, w tym plików cookie usług Google Analytics i AdSense.
Na Tobie spoczywa obowiązek upewnienia się, że to powiadomienie jest odpowiednie dla Twojego bloga i wyświetla się na nim prawidłowo. Jeśli stosujesz inne pliki cookie, na przykład związane z dodaniem funkcji innych firm, to powiadomienie może nie być wystarczające. Dowiedz się więcej o tym powiadomieniu i Twoich obowiązkach.
Chłodna historia blogspocie.
***
Bardzo poczciwa gra - Sad Satan (link do artykułu o niej, nie do niej jako takiej)
***
Powrót do Krk po urlopie nad morzem potrafi zaboleć - dopiero po detoksie w świeżym nadmorskim powietrzu czuć jakim syfem tutaj człowiek oddycha na co dzień.
***
W ciągu ostatniego czasu miałem niewątpliwą przyjemność narażenia na szwank oczu oraz kręgosłupa przy sporej ilości książek i filmów, jakby siedzenie przy kompie w pracy ~8 godzin/dzień nie było wystarczająco autodestrukcyjne.
Guy N. Smith Szatan
Klasyk Phantom Pressu. Kuriozalne czytadło, niezłe w swojej kategorii, ale cała ta kategoria to takie książkowe Birdemiki. Wskrzeszony pierwszy sekretarz KC KPZR wprowadza bardziej hardkorową wersję stalinizmu, do tego dysponuje nadludzkimi zdolnościami.
Widać dość konserwatywne poglądy autora, jest sporo rozmaitych uproszczeń (Crowley jako wraży satanista, itp.). Pozycja w sam raz do przeczytania w pociągu. Mój egzemplarz wypożyczyłem z biblioteki, gdzie ktoś go oddał w darze (bardzo mocno brzmi to słowo, ale jest nawet naklejka na okładce od środka - TA KSIĄŻKA JEST DAREM OD CZYTELNIKA. Sądząc po cenie napisanej ołówkiem z tyłu książki - 1zł - ten ktoś przynajmniej nie przepłacił.
Guy N. Smith Przyczajeni
Thriller bez wątków ponadnaturalnych (co ostatecznie wyjaśnia się na zakończenie), dosyć mdły i niczym się nie wyróżniający pośród setek podobnych pozycji. Pisarz z rodziną przeprowadzają się do zabitej dechami wiochy, której mieszkańcy bardzo nie lubią obcych i nie kryją się z tym. Wprowadzają się do starego domu, o którym krążą mroczne i mrożące krew w żyłach legendy.
Mam pisać dalej? (pyt. retoryczne).
Też dar od czytelnika. Kosztowała 2zł. Tym razem ten ktoś przepłacił.
Zastanawiam się czasem, czemu w ogóle tracę życie na czytanie czegoś takiego. To chyba sublimacja nieuświadomionego masochizmu, nie znajduję innego wytłumaczenia.
F. Paul Wilson Twierdza
Kolejny klasyk z lat '90, tym razem jednak nie Phantom Press tylko Amber Horror. II wojna światowa, oddział Wehrmahtu pod dowództwem nieco jungerowskiego Prusaka zostaje przerzucony do Rumunii, gdzie zajmuje tajemnicze zamczysko. Pazerni żołnierze budzą Coś, co zaczyna ich mordować. Sprowadzony na miejsce oddział SS nie radzi sobie z sytuacją. Wyjście z sytuacji znajduje sprowadzony ze stolicy żydowski profesor, któremu udaje się skontaktować ze złem zamieszkującym tytułową twierdzę.
Sympatyczne czytadło w ciekawy sposób nawiązujące do wątków wampirycznych, do tego kilka nawiązań do Lovecrafta. Napisane/przetłumaczone dużo lepiej niż Smithy Phantom Pressu, ale w gruncie rzeczy nie wyrasta poza poziom literatury wagonowej.
Wiesław Myśliwski Traktat o łuskaniu fasoli
Cała książka ma formę monologu człowieka łuskającego fasolę, mieszkańca/strażnika osiedla domków letniskowych na zupełnym wypizdowie, do którego przychodzi tajemniczy nieznajomy. Czasem monolog bardziej przypomina rozmowę, ale kwestii tego drugiego bohatera nie widzimy. Być może tej postaci po prostu nie ma, widnieje tylko dla narratora.
Od spostrzeżeń ogólnych i historii o życiu (bardzo bogatym życiu, pełnym zwrotów akcji, dodajmy) autor wychodzi do rozważań natury ogólnej o człowieku i świecie.
Mimo dosyć statycznej formy czyta się bardzo dobrze, przestoje w akcji i przeskoki w fabule nie przeszkadzają. Autor nie popada w patos, nie użala się nad sobą, ze szczegółami odnotowuje zapamiętane szczegóły swojego życia, jak radził sobie z losem rzucającym go po Polsce i świecie. W opowieściach snutych przez niego jest wiele czułości, pogodzenia się ze sobą, łagodnej melancholii.
Nie każdemu przypadnie do gustu, ale gorąco polecam.
Andrzej Stasiuk Nie ma ekspresów przy żółtych drogach
Rzecz dużo dojrzalsza niż wczesna Dukla. Mniej tu egzystencjalnego niepokoju, więcej melancholijnego pogodzenia się z rzeczywistością, chociaż z morzem uśpionych konfliktów z samym sobą w tle.
Zbiór reportaży, felietonów i pozycji pośrednich pierwotnie publikowanych przez autora na łamach rozmaitych periodyków. Znów mamy wiwisekcję własnych wspomnień, światło i jego wpływ na ludzi i krajobraz, wyraźnie odczuwaną więź z naturą, gorączkę podróżowania oraz obrazy bardzo mocno siedzące gdzieś w głębi autora (jak świnie karmione małżami). O czymkolwiek Stasiuk by nie pisał, czuć, że to Stasiuk. Wyżej od tej pozycji stawiam jednak Duklę. Sięgnę kiedyś po inne książki autora.
Fritz Daum Wil Scott wyjęty spod prawa
Niemiecki western dla młodszych czytelników. Urocze przygodowe czytadełko (momentami bardzo ale to bardzo dziwnie przetłumaczone) o młodym gniewnym wchodzącym w konflikt z prawem w imieniu wyższych racji. Główny bohater oczywiście dysponuje niemożliwymi zdolnościami strzeleckimi, wychodzi cało z najgroźniejszych opresji, itd.
Pierwsza część trylogii. Dorwałem na targu za 5zł, w sumie nie żałuję.
China Miéville Miasto i miasto
Kryminał czerpiący pełnymi garściami z noir jak i weird i podobnych (czuć gdzieś tam Schulza). Opowieść o niesamowitych tytułowych miastach, wplecionych umiejętnie w realia postzimnowojennego świata. Wykreowani bohaterowie i ich pogmatwane losy, morderstwo spajające fabułę, polityczne spiski mające miejsce gdzieś w tle, potężne służby dysponujące magicznymi wręcz zdolnościami, to wszystko to blaga, tło, pierdoły, tak naprawdę jest to historia o ponad-historycznym i wręcz metafizycznym Mieście i Mieście, dwóch potężnych konstruktach, Państwach w Państwach i Miastach w Miastach. Będąc w jednym musisz "przeoczać" drugie, chociaż często granice biegną wzdłuż ulicy czy kroją dany budynek na dwie części. Nie da się całej złożoności i odrealnienia świata przedstawionego opisać w kilku zdaniach. Zwyrodniała, panoptyczna struktura Miast, odciskających niezatarte piętno na swoich mieszkańcach, budynki żyjące własnym życiem, przestrzenie pomiędzy, ludzie podporządkowani przerastającym ich wyobrażenia dziwacznym prawom, zredukowani do mrówek zamkniętych w przytłaczających kompleksach - to główne tezy autora, prawdziwy sens i treść książki.
Gorąco polecam.
China Miéville Żelazna rada
Kolejna część cyklu, jednak da się czytać bez poznania pozostałych. Trochę estetyki westernowej, mutacje magiczno-genetyczne, przytłaczające swoim rozmachem państwo i miasto pełne slumsów, walka klas, ścierające się ze sobą i z władzą frakcje, tajne wojny, pradawne demony, obce bóstwa, dziwaczne rasy i rozmaite bestie...
A całość zadziwiająco spójna. Trochę steampunk, trochę dark fantasy, trochę manifest polityczny autora (który, przypomnijmy, jest marksistą i aktywnym działaczem politycznym - trockistą). Do tego jest bardzo melancholijne i w gruncie rzeczy trudne do przewidzenia. W gruncie rzeczy Miasto i miasto jest dużo lepszą pozycją tego autora.
Leigh Brackett Rio Bravo
Klasyczna pozycja amerykańskiej autorki, zekranizowana przez Howarda Hawksa w 1959. W kultowym westernie Rio Bravo grali m.in. John Wayne czy Dean Martin. O ile od westernów amerykańskich znacznie bardziej trafiają do mnie eurowesterny (przede wszystkim spaghetti), to do tego obrazu zawsze będę z sentymentem/z sentymentu wracał. Obiektywnie trzeba przyznać, że motyw jest oklepany, tłumaczenie nie najlepsze, zakończenie bez wyrazu (chociaż hmm wybuchowe); mimo tego jest to na tyle poczciwe że można się skusić, zwłaszcza jak ktoś zna film. Książka trafia się czasem w antykwariatach.
Hermann Hesse Wyższy świat
Nowe wydanie książki znanej wcześniej u nas pod tytułem Pod kołami. Historia o wrażliwym chłopaku, który za namową nauczycieli i rodziny stara się dostać do dobrej, państwowej szkoły, po której stanęłaby przed nim otworem kariera (protestanckiego) duchownego lub urzędnika państwowego wyższego szczebla. Sytuacja przerasta głównego bohatera, żałuje, że nie mógł cieszyć się życiem i młodością jak rówieśnicy. Gdy udaje mu się zdać egzaminy i trafić do wymarzonej szkoły, sytuacja przerasta go jeszcze bardziej. Do tego zaprzyjaźnia się z buntownikiem, co przynosi oczywiste konsekwencje i prowadzi w ostateczności do smutnego finału.
Refleksyjna historia o sensie życia, poszukiwaniu swojego miejsca w świecie i sensowności podejmowanych decyzji. Nic odkrywczego ale nieźle się czytało.
William Gibson Trylogia Ciągu
Czyli Neuromencer, Graf Zero i Mona Liza Turbo wydane w jednym tomie - pokaźnej cegle w twardej oprawie. Jedna z pierwszych trzech część nowej serii wydawniczej Wydawnictwa Mag - Artefakty. Mieli wypuścić tę serię zamiast Uczty Wyobraźni, jednak ta seria nadal jest kontynuowana (i bardzo dobrze).
O Neuromancerze szmat czasu temu już gdzieś na tym blogu pisałem; dopiero po przeczytaniu wszystkich części trylogii widać w pełni cały obraz i cały sens historii opowiedzianej przez Gibsona. Poszczególne części dzieją się w różnych odstępach czasu, część bohaterów się powtarza, część znika z areny dziejów świata przedstawionego po jednym tomie. W gruncie rzeczy jest to metafizyka cyberprzestrzeni, opowieść o ogromnym symulakrze prawdziwej rzeczywistości który staje się samoświadomy jako taki. Sama wizja się nie zestarzała (zarówno tego symulakru jak i świata przedstawionego) - szczegóły są i będą inne, ale jesteśmy całkiem blisko takich czasów. Bardzo dobrym pomysłem było wydanie tego w jednym tomie. Więcej osób, również młodszych czytelników będzie miało możliwość zapoznania się z tym klasykiem. Jeśli nie odpadną od momentami dość hermetycznego języka, będą się dobrze bawić.
***
Oglądam na bieżąco drugi sezon True Detective (tzn. co środę-czwartek, kiedy na torrentach jest już kolejny odcinek w dobrej jakości). Oprócz natężenia problemów głównych bohaterów na granicy absurdu pierwsze co rzuca się w oczy to przerost formy nad treścią - mnóstwo symboliki i odniesień nawrzucanych dla samego nawrzucania (jak książka Mistrza Eckharta leżąca na stoliku w domu Velcoro w jednym z odcinków). Symbolika zawarta w pierwszym sezonie dorobiła się naprawdę dobrych, wyczerpujących analiz (np. Power and hunting in "True Detective") od czasu do czasu nawet w wykonaniu uznanych akademików (Mesjasz w piekle Luizjany prof. Mikołejki). W przypadku drugiego sezonu mam nieodparte wrażenie że twórcy chcieli nawrzucać do fabuły i świata przedstawionego jak najwięcej różnych rozmaitości. Widząc kolejne perypetie bohaterów czasem po prostu się śmieje, z tego jak bardzo serial zmierza w stronę niezamierzonej, przejaskrawionej autoparodii. Do końca sezonu drugiego już bliżej niż dalej, niezależnie od tego, że ten sezon to chała, jestem bardzo ciekawy, jak się ta historia skończy - jeśli się skończy w tym sezonie.
czwartek, 4 czerwca 2015
Pokrótce #10
Notka numer 400. Przynajmniej do czasu kolejnej czystki.
Adam Wiśniewski-Snerg Nagi cel
Czytelnik 1984, wydanie II.
Jedna z najbardziej matriksowych książek w dorobku autora. Ze Snergiem jest trochę tak, że jak przeczyta się jedną jego książkę, to jakby przeczytało się wszystkie, bo każda jedna opiera się na tym samym pomyśle i obrazuje tę samą idee fix autora - że nasz świat nie jest prawdziwy, jest reżyserowany przez nieznane, obce siły, których logika i celowość działania znajduje się poza zasięgiem ludzkiego pojmowania. Tutaj mamy wrzucenie przypadkowego bohatera do obcego świata, z którego ma on możliwość przenoszenia się do innych czasów i miejsc - tyle, że w każdym z nich ma postępować według określonej fabuły, bo wszystko jest produktem rozrywkowym. Rzecz jasna nie dość, że nie wie, co właściwie się dzieje wokół niego, to jeszcze nierzeczywistość w której się znajduje jest znacznie bardziej skomplikowana niż mu się wydawało wcześniej.
Autor zdaje się stawiać pytanie, czy w iluzji można ugrzęznąć na stałe, na dodatek z własnej woli, jeśli ma się ku temu dobry powód - po czym udziela na nie odpowiedzi twierdzącej, nawet jeśli oznaczałoby to pogoń za kolejną iluzją.
Książkę czyta się szybko, akcja toczy się wartko. Przemyślenia autora nie przytłaczają tych, dla których mają mniejszą wartość od sensacyjnej intrygi, toczącej się z licznymi zwrotami akcji.
Andrzej Stasiuk Dukla
Pierwsza książka Stasiuka jaką przeczytałem. Melancholijna i sentymentalna wyprawa w świat wspomnień autora. Słowa toczące się powoli i nieubłaganie niczym walec, miażdżące czytelnika i rozprasowujące go na czynniki pierwsze. Potężny, nihilistyczny kopniak prosto w poczucie sensu i wszystkie małe stabilizacje i punkty odniesienia czytelnika. Smoliste pasaże w które im bardziej czytelnik się zagłębia, tym bardziej ma ochotę się pochlastać. A gdy czasem wydaje się, że już, już możesz wyjść na suchy brzeg z bagna egzystencjalnego niepokoju, do jakiego zepchnął Cię autor, ten nagle staje tuż przed Twoimi dłońmi próbującymi schwycić suchą trawę i leje Ci na twarz.
Naprawdę, wiele razy miałem wrażenie, że za stronę lub dwa z rozgwieżdżonego nocnego nieba nad zapyziałymi, zapomnianymi przez ludzi i bogów miasteczkami zstąpią Wielcy Przedwieczni lub jakiś inny Cień, Ciemność. Gdyby nie brak estetyki kojarzonej z weird fiction, byłoby to weird pełną gębą. Nie ma tu linearnej fabuły, wspomnienia autora z różnych czasów i okazji przewijają się jedno za drugim, ciężkie i wyrwane z szerszego kontekstu niczym fragmenty złych snów. Obrazy zapamiętane w czasach dzieciństwa mieszają się z wyniesionymi wiele lat później. A w tle jest nieubłagany, obojętny wszechświat, równie obojętna i okrutna wobec swoich poddanych natura oraz skomplikowany i czasem nieprzejrzysty świat relacji międzyludzkich. Styl Stasiuka jest bardzo plastyczny, poetycki, zwłaszcza w odniesieniu do opisów gry światła i cienia.
Książkę uzupełniają rysunki Kamila Targosza - posępne, przyciężkie, dosyć prymitywne i oszczędne w środkach, ale szarpiące za te same struny w duszy czytelnika co kolejne obrazy wyrzygiwane przez Stasiuka z własnej pamięci.
Polecam gorąco.
Noc Muzeów 2015
Jak ten czas leci, dopiero była poprzednia Noc Muzeów, a już minęła kolejna, która staje się coraz odleglejszym wspomnieniem. Tym razem zaczęła się jak noc z bourbonem wśród odrapanych kamienic i mdłego, przesyconego rozczarowanym hedonizmem powietrzem Kazimierza (nie cierpię tej dzielnicy, jest pod każdym względem przesycona), skończyła się za to w miejscu dość niezwykłym - w Ogrodzie Botanicznym. Nie wiem, kto wpadł na pomysł udostępnienia Ogrodu zwiedzającym w Noc Muzeów, tym bardziej, że nie ma tam przecież lamp ulicznych i całe miejsce skąpane było w prawie jednolitej ciemności, ale o dziwo był to bardzo dobry pomysł. Wzdłuż głównej ścieżki ustawiono znicze - efekt był piorunujący. Przynajmniej w szklarniach włączono elektryczne oświetlenie. Obok Ogrodu jest jakieś mniejsze przyrodnicze muzeum, cała jedna salka - w poszukiwaniu wejścia tam też trafiłem. Pełen oldschool, półki z eksponatami bez żadnych udziwnień.
Byłem w kinie zarówno na Avengersach: Czasie Ultrona jak i na nowym Mad Maxie. Avengersi to w gruncie rzeczy typowo disneyowski blockbuster familijny, narzekałem głównie na różnice w stosunku do komiksów, chociaż bardzo przyjemnie się go oglądało. Filmowych Quicksilvera i Scarlet Witch wolałem w X-Menach, a ją ostatnią w komiksach - najbardziej w House of M.
O Mad Maxie zaś wypowiadali się już najróżniejsi recenzenci i publicyści, zostawię więc tylko linki do dwóch materiałów z których wypadkowa to mniej-więcej moja opinia. Klik! Klik!
Od siebie dodam tylko, że w wielu momentach samo aktorstwo jest przytłoczone przez akcję, podobnie jak dialogi, na które nie ma czasu (przy okazji - zapowiedziano Blu-Rayową wersję filmu bez dialogów, tylko z muzyką), wiele elementów świata przedstawionego to absurd. W końcu widzimy szaleństwo tytułowego bohatera (który wcale nie jest głównym bohaterem), wątek ten potraktowano jednak z jednej strony nachalnie, z drugiem - po macoszemu. On również zszedł na dalszy plan przytłoczony niekończącą się rozpierduchą. Z początku obawiałem się, że będzie mi brakować Mela Gibsona, były to jednak obawy niczym nie uzasadnione. W kategorii nieskrępowanej rozpierduchy właśnie, z elementami niegłupiego przekazu w tle, nowy Mad Max to jak dla mnie kandydat do filmu roku. Zwróćcie też uwagę na the making of, zajrzyjcie pod ten link - to nie był film ulepiony w całości na komputerze. Wszystkie pojazdy były zbudowano naprawdę.
Adam Wiśniewski-Snerg Nagi cel
Czytelnik 1984, wydanie II.
Jedna z najbardziej matriksowych książek w dorobku autora. Ze Snergiem jest trochę tak, że jak przeczyta się jedną jego książkę, to jakby przeczytało się wszystkie, bo każda jedna opiera się na tym samym pomyśle i obrazuje tę samą idee fix autora - że nasz świat nie jest prawdziwy, jest reżyserowany przez nieznane, obce siły, których logika i celowość działania znajduje się poza zasięgiem ludzkiego pojmowania. Tutaj mamy wrzucenie przypadkowego bohatera do obcego świata, z którego ma on możliwość przenoszenia się do innych czasów i miejsc - tyle, że w każdym z nich ma postępować według określonej fabuły, bo wszystko jest produktem rozrywkowym. Rzecz jasna nie dość, że nie wie, co właściwie się dzieje wokół niego, to jeszcze nierzeczywistość w której się znajduje jest znacznie bardziej skomplikowana niż mu się wydawało wcześniej.
Autor zdaje się stawiać pytanie, czy w iluzji można ugrzęznąć na stałe, na dodatek z własnej woli, jeśli ma się ku temu dobry powód - po czym udziela na nie odpowiedzi twierdzącej, nawet jeśli oznaczałoby to pogoń za kolejną iluzją.
Książkę czyta się szybko, akcja toczy się wartko. Przemyślenia autora nie przytłaczają tych, dla których mają mniejszą wartość od sensacyjnej intrygi, toczącej się z licznymi zwrotami akcji.
Andrzej Stasiuk Dukla
Pierwsza książka Stasiuka jaką przeczytałem. Melancholijna i sentymentalna wyprawa w świat wspomnień autora. Słowa toczące się powoli i nieubłaganie niczym walec, miażdżące czytelnika i rozprasowujące go na czynniki pierwsze. Potężny, nihilistyczny kopniak prosto w poczucie sensu i wszystkie małe stabilizacje i punkty odniesienia czytelnika. Smoliste pasaże w które im bardziej czytelnik się zagłębia, tym bardziej ma ochotę się pochlastać. A gdy czasem wydaje się, że już, już możesz wyjść na suchy brzeg z bagna egzystencjalnego niepokoju, do jakiego zepchnął Cię autor, ten nagle staje tuż przed Twoimi dłońmi próbującymi schwycić suchą trawę i leje Ci na twarz.
Naprawdę, wiele razy miałem wrażenie, że za stronę lub dwa z rozgwieżdżonego nocnego nieba nad zapyziałymi, zapomnianymi przez ludzi i bogów miasteczkami zstąpią Wielcy Przedwieczni lub jakiś inny Cień, Ciemność. Gdyby nie brak estetyki kojarzonej z weird fiction, byłoby to weird pełną gębą. Nie ma tu linearnej fabuły, wspomnienia autora z różnych czasów i okazji przewijają się jedno za drugim, ciężkie i wyrwane z szerszego kontekstu niczym fragmenty złych snów. Obrazy zapamiętane w czasach dzieciństwa mieszają się z wyniesionymi wiele lat później. A w tle jest nieubłagany, obojętny wszechświat, równie obojętna i okrutna wobec swoich poddanych natura oraz skomplikowany i czasem nieprzejrzysty świat relacji międzyludzkich. Styl Stasiuka jest bardzo plastyczny, poetycki, zwłaszcza w odniesieniu do opisów gry światła i cienia.
Książkę uzupełniają rysunki Kamila Targosza - posępne, przyciężkie, dosyć prymitywne i oszczędne w środkach, ale szarpiące za te same struny w duszy czytelnika co kolejne obrazy wyrzygiwane przez Stasiuka z własnej pamięci.
Polecam gorąco.
Noc Muzeów 2015
Jak ten czas leci, dopiero była poprzednia Noc Muzeów, a już minęła kolejna, która staje się coraz odleglejszym wspomnieniem. Tym razem zaczęła się jak noc z bourbonem wśród odrapanych kamienic i mdłego, przesyconego rozczarowanym hedonizmem powietrzem Kazimierza (nie cierpię tej dzielnicy, jest pod każdym względem przesycona), skończyła się za to w miejscu dość niezwykłym - w Ogrodzie Botanicznym. Nie wiem, kto wpadł na pomysł udostępnienia Ogrodu zwiedzającym w Noc Muzeów, tym bardziej, że nie ma tam przecież lamp ulicznych i całe miejsce skąpane było w prawie jednolitej ciemności, ale o dziwo był to bardzo dobry pomysł. Wzdłuż głównej ścieżki ustawiono znicze - efekt był piorunujący. Przynajmniej w szklarniach włączono elektryczne oświetlenie. Obok Ogrodu jest jakieś mniejsze przyrodnicze muzeum, cała jedna salka - w poszukiwaniu wejścia tam też trafiłem. Pełen oldschool, półki z eksponatami bez żadnych udziwnień.
Byłem w kinie zarówno na Avengersach: Czasie Ultrona jak i na nowym Mad Maxie. Avengersi to w gruncie rzeczy typowo disneyowski blockbuster familijny, narzekałem głównie na różnice w stosunku do komiksów, chociaż bardzo przyjemnie się go oglądało. Filmowych Quicksilvera i Scarlet Witch wolałem w X-Menach, a ją ostatnią w komiksach - najbardziej w House of M.
O Mad Maxie zaś wypowiadali się już najróżniejsi recenzenci i publicyści, zostawię więc tylko linki do dwóch materiałów z których wypadkowa to mniej-więcej moja opinia. Klik! Klik!
Od siebie dodam tylko, że w wielu momentach samo aktorstwo jest przytłoczone przez akcję, podobnie jak dialogi, na które nie ma czasu (przy okazji - zapowiedziano Blu-Rayową wersję filmu bez dialogów, tylko z muzyką), wiele elementów świata przedstawionego to absurd. W końcu widzimy szaleństwo tytułowego bohatera (który wcale nie jest głównym bohaterem), wątek ten potraktowano jednak z jednej strony nachalnie, z drugiem - po macoszemu. On również zszedł na dalszy plan przytłoczony niekończącą się rozpierduchą. Z początku obawiałem się, że będzie mi brakować Mela Gibsona, były to jednak obawy niczym nie uzasadnione. W kategorii nieskrępowanej rozpierduchy właśnie, z elementami niegłupiego przekazu w tle, nowy Mad Max to jak dla mnie kandydat do filmu roku. Zwróćcie też uwagę na the making of, zajrzyjcie pod ten link - to nie był film ulepiony w całości na komputerze. Wszystkie pojazdy były zbudowano naprawdę.
poniedziałek, 30 marca 2015
Odpryski XLV
1) Siedzę sobie spokojnie w przychodni, czekam aby się zaczipować, zarazić autyzmem i przyjąć śmiertelną dawkę metali ciężkich. Nieopodal siedzi znużona młoda matka, obok chodzi w kółko mała dziewczynka, taka na oko 3-4 lata. W pewnym momencie wskazuje kogoś palcem (nie mnie) i mówi do mamy (ale całkiem głośno): "jebać tego pana".
2) W internetach wypłynął ostatnio zaginiony skecz z Saturday Night Live z 1989 roku pt. Attack of the Masturbating Zombies. Po tytule można sobie wyobrazić za dużo. Porn of the Dead to nie jest. Ale niecałe sześć minut można na tę paść poświęcić (a potem drugie pięć można poświęcić na refleksję co ja robię z własnym życiem).
3) Nadchodzą coraz bliżej wybory prezydenckie. Unikam wyrażania własnych opinii na temat polityki, bo po co siebie i innych denerwować, tym razem jednak pozwolę sobie na skomentowanie sytuacji: jak zwykle najwięcej kandydatów wystawił episkopat. Jeśli czarna mafia jest dla kogoś za mało bogoojczyźniana, to ma do wyboru kilku kandydatów psychotycznej prawicy. Lewica, do której jako relatywiście i nihiliście z różnych aczkolwiek oczywistych przyczyn jest mi bliżej (co nie znaczy, że lewica powiedziałaby o mnie to samo, tzn. że lewicy jest blisko do mnie) jest w stanie agonalnym. Kandydatka dogorywających postkomunistów, ładny słup przewodniczącego, poglądy nt. gospodarki i społeczeństwa ma bliskie niektórym kandydatom z psychotycznej prawicy, a zwłaszcza jednemu nawiedzonemu guru który co jakiś czas (ostatnio coraz częściej) zakłada nową sektę. Dwie potencjalne kandydatki, obie jak na mój gust całkiem sensowne (sensowne biorąc pod uwagę kontekst czyli ogół kandydatów i aktualnie panujący dyskurs hegemoniczny) (w tym jedna będąca żywą ilustracją tezy, że jeśli taka jest Jego Wola, Człowiek może przekroczyć granice narzucone przez biologicznie uwarunkowaną płeć) nie zebrały nawet ilości podpisów wymaganych do rejestracji. Zaś psychotyczna lewica to w naszym grajdołku zupełnie zdziczały i zdegenerowany światek, poza nielicznymi, osamotnionymi i stale się degenerującymi niedobitkami z takiej czy innej (neo/post)trockistowskiej międzynarodówki nie ma tam z kim i o czym rozmawiać.
Ciekawostką jest, że podpisy zebrał kandydat Demokracji Bezpośredniej. Jak ktoś by chciał z ciekawości wygóglać gostka, ostrzegam - jego strona (trzeba to przyznać - profesjonalnie zrobiona) dwukrotnie zawiesiła mi sterownik główny ekranu.
Generalnie rzecz biorąc, korzystając z przysługującego mi tytułu magistra politologii i związanego z tym tytułem autorytetu, jeśli ktoś nie jest wyborcą psychotycznej prawicy, episkopatu albo takiej czy innej grupy interesów, to polecam albo zbierać na bilet w jedną stronę, chociażby i do Czech, albo kupić dużo mocnego alkoholu. Następnie proponuję kupować go przynajmniej raz na tydzień, aż do odwołania.
4) Im dłuższej siedzę w fejsbukowych grupach fanów czytania i książek, tym bardziej zauważam niepokojące zjawisko. Fani jakichś najprostszych gówien, jakiś odtwórczych easy-readingów, fani najgorszych szmir wydawanych u nas jako bestsellery i zasrywających półki takiej czy innej sieci księgarni, dowartościowują się tym, że czytają. Ileż to tandetnych i patetycznych obrazków widziałem, że jak kto czyta, to już niemalże jest półbogiem, itd.
Fakt faktem, zawsze byłem trochę socjopatą i zawsze miałem tendencje elitarystyczne (wynikające z ogólnego przeintelektualizowania), jednak chyba zgodzicie się ze mną, jeśli nie jesteście stereotypowymi blogerkami książkowymi, że sam fakt czytania o niczym nie świadczy, jeśli czyta się gnój, na który szkoda papieru.
Zaprawdę powiadam Wam, sytuacja pod przynajmniej dwoma względami była lepsza w PRLu - dzięki odgórnym nakładom i dotowaniu wydawano autorów wybitnie mało komercyjnych i trudnych w odbiorze nawet i współcześnie, którzy nie przebiliby się gdyby nie to wsparcie - mam tu na myśli przede wszystkim Wiktora Żwikiewicza, zaś - paradoksalnie! - dzięki ograniczonemu dostępowi do szeroko pojętej fikcji spekulatywnej zza żelaznej kurtyny przy tłumaczeniach skupiano się zazwyczaj na książkach mających faktycznie jakąś wartość lub zasłużonej klasyce.
5) Ligotti został doceniony w rankingu Nowej Fantastyki (nominacja do Książki Roku 2015), zresztą obok autorów może mniej radykalnych, ale nie aż tak odległych od niego światopoglądowo, jak mogłoby się wydawać - Vandermeera i Wattsa. Vandermeer napisze wprowadzenie do zbiorku Ligottiego wydanego przez Penguin Classics, napisał też krótką rekomendację na okładkę polskiej edycji TG.
Co ciekawe, horrorowi ortodoksi o gustach wyciosanych na Kingu i Mastertonie oraz kontynuatorach, epigonach i plagiatorach tych dwóch raczej nie docenili twórczości Amerykanina. W jednej z recenzji (chociaż nieźle ocenionej, 7/10) książki główną wadą było to, że nie jest to klasyczny horror. No ba, ale to jest jej największa zaleta. Że to coś zupełnie innego. Ta inność za to całkiem dobrze została przyjęta w środowisku fanów fantastyki. To by było na tyle jeśli chodzi o spory na linii fantastyka-horror, przynajmniej w Polsce. Współczesne weird stoi pośrodku. Bizarro w sumie też, przynajmniej w mojej opinii. A w każdym razie - podstawowe elementy konstytuujące jedno i drugie mogą być i w horrorze, i w fantastyce, i w czymkolwiek w sumie innym.
Umiejscowienie TG w rankingu jest tym lepszą wiadomością, że tak naprawdę Teatro Grottesco było przeznaczone głównie dla samych zainteresowanych, akcji promocyjnej praktycznie nie było, podobnie jak sieci dystrybucji (samo wydawnictwo nie przewidziało takiego zainteresowania, przez co ich strona nawet padła chwilowo przez ilość wejść), nakład był (uwzględniając pośpieszny dodruk) niewielki, do tego Okultura nie jest kojarzona z beletrystyką; w sumie to chyba w ogóle nie jest kojarzona poza dosyć specyficznymi środowiskami, którym raczej nie zależy na promowaniu się w głównym nurcie. Światek weird na pewno skorzysta na tej niespodziewanej popularności. Mam nadzieję, że zapowiedziany już Spisek przeciwko ludzkiej rasie wyjdzie w większym pierwszym nakładzie.
6) Co do Vandermeera - dorwałem całą trylogię Southern Reach w CzyTaniu za 62zł. Tak mnie to ucieszyło (dwa pierwsze tomy po 15zł każdy), że niech mają reklamę za darmo. Niedawno mieli tam Króla Bólu Dukaja też za 15zł. Ilekroć jestem w okolicy (okolice centrum Nowej Huty), zaglądam do nich.
7) Teletubisie w czerni i bieli wyglądają trochę jak jakiś bardziej przećpany i mniej ziarnisty Begotten - klik!
8) Przeczytałem ostatnio świetny, długi, bogato ukraszony cytatami i przypisami artykuł (w języku angielskim) w którym zestawiono ze sobą Lovecrafta i Hermana Melville'a - klik! Aż chyba odświeżę sobie Moby Dicka.
9) Czerwone, rozdarte, rozlane plamy migoczą silniejszą czerwienią i bledszą naprzemiennie, zgodnie z rytmem bicia serca.
2) W internetach wypłynął ostatnio zaginiony skecz z Saturday Night Live z 1989 roku pt. Attack of the Masturbating Zombies. Po tytule można sobie wyobrazić za dużo. Porn of the Dead to nie jest. Ale niecałe sześć minut można na tę paść poświęcić (a potem drugie pięć można poświęcić na refleksję co ja robię z własnym życiem).
3) Nadchodzą coraz bliżej wybory prezydenckie. Unikam wyrażania własnych opinii na temat polityki, bo po co siebie i innych denerwować, tym razem jednak pozwolę sobie na skomentowanie sytuacji: jak zwykle najwięcej kandydatów wystawił episkopat. Jeśli czarna mafia jest dla kogoś za mało bogoojczyźniana, to ma do wyboru kilku kandydatów psychotycznej prawicy. Lewica, do której jako relatywiście i nihiliście z różnych aczkolwiek oczywistych przyczyn jest mi bliżej (co nie znaczy, że lewica powiedziałaby o mnie to samo, tzn. że lewicy jest blisko do mnie) jest w stanie agonalnym. Kandydatka dogorywających postkomunistów, ładny słup przewodniczącego, poglądy nt. gospodarki i społeczeństwa ma bliskie niektórym kandydatom z psychotycznej prawicy, a zwłaszcza jednemu nawiedzonemu guru który co jakiś czas (ostatnio coraz częściej) zakłada nową sektę. Dwie potencjalne kandydatki, obie jak na mój gust całkiem sensowne (sensowne biorąc pod uwagę kontekst czyli ogół kandydatów i aktualnie panujący dyskurs hegemoniczny) (w tym jedna będąca żywą ilustracją tezy, że jeśli taka jest Jego Wola, Człowiek może przekroczyć granice narzucone przez biologicznie uwarunkowaną płeć) nie zebrały nawet ilości podpisów wymaganych do rejestracji. Zaś psychotyczna lewica to w naszym grajdołku zupełnie zdziczały i zdegenerowany światek, poza nielicznymi, osamotnionymi i stale się degenerującymi niedobitkami z takiej czy innej (neo/post)trockistowskiej międzynarodówki nie ma tam z kim i o czym rozmawiać.
Ciekawostką jest, że podpisy zebrał kandydat Demokracji Bezpośredniej. Jak ktoś by chciał z ciekawości wygóglać gostka, ostrzegam - jego strona (trzeba to przyznać - profesjonalnie zrobiona) dwukrotnie zawiesiła mi sterownik główny ekranu.
Generalnie rzecz biorąc, korzystając z przysługującego mi tytułu magistra politologii i związanego z tym tytułem autorytetu, jeśli ktoś nie jest wyborcą psychotycznej prawicy, episkopatu albo takiej czy innej grupy interesów, to polecam albo zbierać na bilet w jedną stronę, chociażby i do Czech, albo kupić dużo mocnego alkoholu. Następnie proponuję kupować go przynajmniej raz na tydzień, aż do odwołania.
4) Im dłuższej siedzę w fejsbukowych grupach fanów czytania i książek, tym bardziej zauważam niepokojące zjawisko. Fani jakichś najprostszych gówien, jakiś odtwórczych easy-readingów, fani najgorszych szmir wydawanych u nas jako bestsellery i zasrywających półki takiej czy innej sieci księgarni, dowartościowują się tym, że czytają. Ileż to tandetnych i patetycznych obrazków widziałem, że jak kto czyta, to już niemalże jest półbogiem, itd.
Fakt faktem, zawsze byłem trochę socjopatą i zawsze miałem tendencje elitarystyczne (wynikające z ogólnego przeintelektualizowania), jednak chyba zgodzicie się ze mną, jeśli nie jesteście stereotypowymi blogerkami książkowymi, że sam fakt czytania o niczym nie świadczy, jeśli czyta się gnój, na który szkoda papieru.
Zaprawdę powiadam Wam, sytuacja pod przynajmniej dwoma względami była lepsza w PRLu - dzięki odgórnym nakładom i dotowaniu wydawano autorów wybitnie mało komercyjnych i trudnych w odbiorze nawet i współcześnie, którzy nie przebiliby się gdyby nie to wsparcie - mam tu na myśli przede wszystkim Wiktora Żwikiewicza, zaś - paradoksalnie! - dzięki ograniczonemu dostępowi do szeroko pojętej fikcji spekulatywnej zza żelaznej kurtyny przy tłumaczeniach skupiano się zazwyczaj na książkach mających faktycznie jakąś wartość lub zasłużonej klasyce.
5) Ligotti został doceniony w rankingu Nowej Fantastyki (nominacja do Książki Roku 2015), zresztą obok autorów może mniej radykalnych, ale nie aż tak odległych od niego światopoglądowo, jak mogłoby się wydawać - Vandermeera i Wattsa. Vandermeer napisze wprowadzenie do zbiorku Ligottiego wydanego przez Penguin Classics, napisał też krótką rekomendację na okładkę polskiej edycji TG.
Co ciekawe, horrorowi ortodoksi o gustach wyciosanych na Kingu i Mastertonie oraz kontynuatorach, epigonach i plagiatorach tych dwóch raczej nie docenili twórczości Amerykanina. W jednej z recenzji (chociaż nieźle ocenionej, 7/10) książki główną wadą było to, że nie jest to klasyczny horror. No ba, ale to jest jej największa zaleta. Że to coś zupełnie innego. Ta inność za to całkiem dobrze została przyjęta w środowisku fanów fantastyki. To by było na tyle jeśli chodzi o spory na linii fantastyka-horror, przynajmniej w Polsce. Współczesne weird stoi pośrodku. Bizarro w sumie też, przynajmniej w mojej opinii. A w każdym razie - podstawowe elementy konstytuujące jedno i drugie mogą być i w horrorze, i w fantastyce, i w czymkolwiek w sumie innym.
Umiejscowienie TG w rankingu jest tym lepszą wiadomością, że tak naprawdę Teatro Grottesco było przeznaczone głównie dla samych zainteresowanych, akcji promocyjnej praktycznie nie było, podobnie jak sieci dystrybucji (samo wydawnictwo nie przewidziało takiego zainteresowania, przez co ich strona nawet padła chwilowo przez ilość wejść), nakład był (uwzględniając pośpieszny dodruk) niewielki, do tego Okultura nie jest kojarzona z beletrystyką; w sumie to chyba w ogóle nie jest kojarzona poza dosyć specyficznymi środowiskami, którym raczej nie zależy na promowaniu się w głównym nurcie. Światek weird na pewno skorzysta na tej niespodziewanej popularności. Mam nadzieję, że zapowiedziany już Spisek przeciwko ludzkiej rasie wyjdzie w większym pierwszym nakładzie.
6) Co do Vandermeera - dorwałem całą trylogię Southern Reach w CzyTaniu za 62zł. Tak mnie to ucieszyło (dwa pierwsze tomy po 15zł każdy), że niech mają reklamę za darmo. Niedawno mieli tam Króla Bólu Dukaja też za 15zł. Ilekroć jestem w okolicy (okolice centrum Nowej Huty), zaglądam do nich.
7) Teletubisie w czerni i bieli wyglądają trochę jak jakiś bardziej przećpany i mniej ziarnisty Begotten - klik!
8) Przeczytałem ostatnio świetny, długi, bogato ukraszony cytatami i przypisami artykuł (w języku angielskim) w którym zestawiono ze sobą Lovecrafta i Hermana Melville'a - klik! Aż chyba odświeżę sobie Moby Dicka.
9) Czerwone, rozdarte, rozlane plamy migoczą silniejszą czerwienią i bledszą naprzemiennie, zgodnie z rytmem bicia serca.
niedziela, 14 grudnia 2014
Pokrótce #4
1) Twin Peaks reż. V/A.
Odświeżyłem sobie kultowy serial. Nie miałem wcześniej okazji przerobić drugiego sezonu, więc nadrobiłem zaległości.
O ile pierwszy sezon był majstersztykiem, groteskową, surrealistyczną opowieścią o źle drzemiącym w ludziach oraz o tym, jak jedno wydarzenie staje się katalizatorem przemian dokonujących się w małym mieście leżącym na uboczu, to drugi, cóż, drugiego jak dla mnie mogłoby nie być. Lub mógłby się skończyć w momencie rozwiązania przewodniej tajemnicy z pierwszego.
Pierwszy miał idealne zakończenie i rewelacyjnie poprowadzoną fabułę.Wątki poboczne rozwijały się w miarę logicznie, główni bohaterowie miotali się między różnymi odnogami prowadzonego śledztwa, aż do momentu kulminacyjnego, w którym tak na prawdę nic nie było jasne i wprost wyrażone.
Drugi był pastiszem telenoweli na znacznie większą skalę niż pierwszy. Część wątków doprowadzono do absurdu, inne dorzucono na siłę, część postaci tak zagmatwano, że zupełnie zbladły w porównaniu z samymi sobą z sezonu pierwszego. Niby tak miało być, że bohaterowie ulegają wewnętrznym przemianom, ale historia Nadine, wyjazd Jamesa, pościg odmienionego Bena Horne'a za czynieniem dobra, powrót z "zaświatów" najpierw samej Catherine a potem jej brata - w moim przypadku wywarły reakcję odmienną od zamierzonej - znudzenie i rozczarowanie. Poza tym przez kilka odcinków przysłoniły i tak rozmyty motyw przewodni. Znacznie bardziej rzucały się też w oczy uroki telewizyjnej produkcji, wszystkie jej niedociągnięcia i ograniczenia.
Zakończenie rekompensowało co prawda te niedogodności, ale pomiędzy odcinkiem w którym zagadka się wyjaśniła a ostatnim odcinkiem tylko dzięki samozaparciu nie porzuciłem oglądania serialu.
Ptaszki ćwierkają, że Lynch wraca do Twin Peaks. Pożyjemy, zobaczymy co z tego wyjdzie. Delikatnie trzymam kciuki.
2) Where the Dead Go to Die, reż. Jimmy ScreamerClauz, 2012
Niezwykle zwyrodniały, surrealistyczny, przejmujący, niepokojący, psychodeliczny, wszechogarniająco dziwaczny film animowany. Nieco przerost treści nad formą - animacja 3D wygląda jak pierwsze gry komputerowe zrealizowane w tej technologii, przetworzonych głosów niektórych postaci praktycznie nie da się zrozumieć - aczkolwiek ma to swój plus bo zestawiając z poruszanymi w obrazie kwestiami tworzy się przepaść warunkująca wynaturzony, groteskowy i duszny klimat całości.
Kilka pozornie niezwiązanych ze sobą historii skrzywdzonych rozmaicie dzieci łączy postać demonicznego, gadającego psa podrzucającego im świetne inaczej pomysły na rozwiązanie palących problemów. Do tego mamy odniesienia do symboliki religijnej, wyprawę w głąb umysłu co najmniej schizofrenicznego, naiwność dziecięcą skonfrontowaną z wyrachowanym okrucieństwem, mnóstwo przemocy i sporo odrażających czynności seksualnych (które raczej nie przeszłyby w filmie aktorskim dystrybuowanym w mainstreamie).
Bardzo dobra rzecz dla kogoś lubującego się w takich klimatach, ale opinie wiszące w internetach, że jest to krzyżówka "Gummo" i "Silent Hill" są przesadzone.
Dopóki nie dotarłem do wypowiedzi reżysera, byłem święcie przekonany, że zawarł w swojej animacji mnóstwo wszelakiej symboliki.
A okazało się, że po prostu się zjarał.
Pamiętajcie drogie dzieci, sięgajcie tylko po czysty towar z pewnych źródeł. Chyba, że macie talent i zjazdy jak pan ScreamerClauz.
3) Pink Floyd Endless River, 2014.
Niejako pośmiertny album legendarnej grupy pozbierany z różnych odprysków. Solidny poziom późnych Gilmourowskich Floydów, ale nic odkrywczego, wręcz przeciwnie. Tylko jeden kawałek nie instrumentalny. O ile do Floydów zawsze będę mieć sentyment (Wish You Were Here było chyba pierwszą płytą z muzyką [i zarazem pierwszy oryginalny album] jaką słyszałem) to do tego albumu niekoniecznie.
4) Pora zwyrola, 21.11.14
Wrócili do Krakowa, przycupnęli w kinie Mikro. Pierwszy seans po dłuższej nieobecności - padło na nunsploitation - filmy Satanico Pandemonium i Alucarda. To pierwsze to typowe nunsploitation, zestarzało się niemiłosiernie, fabuła dziurawa - dosłownie i w przenośni, efekty żadne, Lucyfer wzbudzający komizm niż strach; to, co szokowało wtedy (w 1975 roku) (np. całujące się półnagie zakonnice) dziś nie robi żadnego wrażenia na nikim oprócz wychowywanych w zamkniętej piwnicy bez okien ultra-katolików, takich, co czują się zbrukani na widok kobiety w spodniach.
Kamień milowy w swoim gatunku i kinie eksploatacji, ale mocno zakurzony.
To drugie to mroczna, surrealistyczna baśń, wyjątkowo nierówna pod względem formy i treści. Uroczo odrealniona. W połowie filmu zmienia się wydźwięk, co rozkłada całą fabułę i sens (do połowy - Kościół zły - po połowie - ok, diabeł istnieje i jest zły, "frakcja liberalna" w Kościele ok). Bardziej fantasy z elementami nunsploitation. Specyficzne habity ze specyficznym rozkładem krwawych(?) plam na nich, skojarzenia dość oczywiste, wnioski z takiego przedstawienia zakonnic całkiem feministyczne.
Minusem całej imprezy - ludzie na widowni żrący czipsy i szeleszczący niemiłosiernie oraz - paradoksalnie - amatorski dubbing na żywo. Niepotrzebnie czytający kwestie robili sobie dodatkowe jaja z tego, co akurat rozgrywało się na ekranie.
Ale tak czy siak stałe miejsce na popkulturalnej scenie Stołecznego Królewskiego.
5) Garth Ennis, Peter Snejbjerg Dear Billy, Dynamite Entertainment, 2009
Komiks, trade paperback. Fabuła Ennisa, kreska Snejbjerga. Mało dokładne tła, mało szczegółowe postaci. Tyle, że w przypadku tego komiksu nie rysunek jest najważniejszy.
Drugi tom metaserii Battlefields opowiada o losach brytyjskiej pielęgniarki cudem uratowanej po masowym gwałcie i mordzie żołnierzy japońskich na grupie kobiet w czasie inwazji na Singapur w 1942 roku.
Rany na ciele zabliźniły się, ale rany na duszy - nie. Obserwujemy jak bohaterka próbuje ułożyć sobie życie i poradzić sobie z traumą. Większa część akcji rozgrywa się w szpitalu wojskowym, gdzie pracuje a gdzie trafiają też ranni Japończycy - dezerterzy. Nasza bohaterka, Carrie Sutton, nie potrafi zapomnieć i wybaczyć. Zabija ich jednego za drugim, aż jej przełożeni zaczynają coś podejrzewać. W międzyczasie Ennis wprowadza Billy'ego, oficera lotnictwa, udekorowanego asa o również poranionej psychice, ale nie napędzanego nienawiścią w takim stopniu, jak Carrie. Fascynacja zmienia się w miłość, związek wystawiony jest na próbę, bla, bla, bla, tymczasem wojna zaczyna chylić się ku końcowi i dotychczasowi śmiertelni wrogowie stają pomału ni to rynkiem zbytu, ni to przyszłymi potencjalnymi partnerami handlowymi. Carrie nie może się z tym pogodzić...
Może i jest to historia obyczajowa, do tego zrealizowana w formie retrospekcji-listu do Billy'ego, ale zakończenie jest jak cios obuchem po łbie. Bardzo mocna rzecz stawiająca trudne pytania i nie udzielająca jednoznacznych odpowiedzi.
6) Francis Billotte Mord w Meksyku, Ethos,
Sensacyjno-kryminalna opowieść około-popularnonaukowa opowiadająca o stalinowskich mordach. O Trockim jest tylko jeden rozdział. Badziew charakterystyczny dla wczesnych lat '90 XXw., okładka upstrzona podtytułem Z archiwum N.K.W.D. i nazwą serii - Seria Szarego Wilka. Autor to najprawdopodobniej Polak ukrywający się pod francuskim pseudonimem. W tej serii ukazało się jeszcze parę jego książek, w tym o Kubie Rozpruwaczu.
Czytadło jakich wiele. Do poruszanej w książce tematyki można było - nawet w takiej samej konwencji - podejść ze znacznie lepszym rezultatem.
7) Tomasz Mann Tristan
Klasyk literatury niemieckiej XX wieku i jego - w miarę - standardowe tematy - przeobrażenia w świecie mieszczaństwa II Rzeszy/Republiki Weimarskiej, uczucie schyłkowości i nadciągającego rozpadu, bliżej nieokreślonego niebezpieczeństwa. Zmiany w relacjach międzyludzkich, zepchnięcie gdzieś ludzi wrażliwych, artystów, bunt młodego pokolenia a stateczni rodzice.
Na książkę składają się dwie niezwiązane ze sobą nowelki. Czytałem lepsze i znacznie lepsze rzeczy tego autora. Pozycja raczej dla fanów autora lub kronikarzy nastrojów epoki.
8) S.T. Joshi H.P. Lovecraft. Biografia
Może i głupio napisać raptem parę słów o książce-molochu mającej prawie 1200 stron, ale nie czuję się kompetentny do wydawania bardziej rozbudowanych osądów.
Autor dokonał niemożliwego - krok za krokiem rozmontował i prześwietlił życie Samotnika z Providence, pochylił się nad jego znajomymi, nielicznymi przyjaciółmi, trudnymi relacjami rodzinnymi. Ilość informacji zgromadzonych w tej książce jest wręcz przytaczająca. Autor rozgranicza swoje opinie o swoim bohaterze od informacji o nim, które prezentuje jak na poważnego naukowca przystało.
Nie wiem, co o tym myśleć. Oszałamia dociekliwość i dokładność autora. Jest to najbardziej kompletne kompendium wiedzy o Lovecrafcie z jakim zetknąłem się kiedykolwiek. Fani już dawno pewnie mają, więc nie muszę polecać. Niedzielni czytelnicy Lovecrafta zapewne odbiją się od treści.
9) Kronos 3/2014
Dużo o Friedrichu Georgu Jüngerze i dużo jego tekstów. Był jednak bardziej uporządkowanym i zarazem bardziej przewidywalnym autorem od brata. Zarazem bardziej konserwatywnym, miał swój udział w powolnych przemianach Ernsta.
Poza tym, jak to w Kronosie. Rzeczy interesujące i mniej interesujące. Recenzja Reactionary Modernism Herfa. Artykuł o Zinowjewie, dysydencie radzieckim i antystaliniście, który po upadku ZSRR przeszedł na stalinizm (w tym szaleństwie była metoda, aczkolwiek dźwięcząca rozpaczą po utracie punktów odniesienia).
Dobry numer.
10) Noise Magazine 2/2014
Dużo radości.
Odświeżyłem sobie kultowy serial. Nie miałem wcześniej okazji przerobić drugiego sezonu, więc nadrobiłem zaległości.
O ile pierwszy sezon był majstersztykiem, groteskową, surrealistyczną opowieścią o źle drzemiącym w ludziach oraz o tym, jak jedno wydarzenie staje się katalizatorem przemian dokonujących się w małym mieście leżącym na uboczu, to drugi, cóż, drugiego jak dla mnie mogłoby nie być. Lub mógłby się skończyć w momencie rozwiązania przewodniej tajemnicy z pierwszego.
Pierwszy miał idealne zakończenie i rewelacyjnie poprowadzoną fabułę.Wątki poboczne rozwijały się w miarę logicznie, główni bohaterowie miotali się między różnymi odnogami prowadzonego śledztwa, aż do momentu kulminacyjnego, w którym tak na prawdę nic nie było jasne i wprost wyrażone.
Drugi był pastiszem telenoweli na znacznie większą skalę niż pierwszy. Część wątków doprowadzono do absurdu, inne dorzucono na siłę, część postaci tak zagmatwano, że zupełnie zbladły w porównaniu z samymi sobą z sezonu pierwszego. Niby tak miało być, że bohaterowie ulegają wewnętrznym przemianom, ale historia Nadine, wyjazd Jamesa, pościg odmienionego Bena Horne'a za czynieniem dobra, powrót z "zaświatów" najpierw samej Catherine a potem jej brata - w moim przypadku wywarły reakcję odmienną od zamierzonej - znudzenie i rozczarowanie. Poza tym przez kilka odcinków przysłoniły i tak rozmyty motyw przewodni. Znacznie bardziej rzucały się też w oczy uroki telewizyjnej produkcji, wszystkie jej niedociągnięcia i ograniczenia.
Zakończenie rekompensowało co prawda te niedogodności, ale pomiędzy odcinkiem w którym zagadka się wyjaśniła a ostatnim odcinkiem tylko dzięki samozaparciu nie porzuciłem oglądania serialu.
Ptaszki ćwierkają, że Lynch wraca do Twin Peaks. Pożyjemy, zobaczymy co z tego wyjdzie. Delikatnie trzymam kciuki.
2) Where the Dead Go to Die, reż. Jimmy ScreamerClauz, 2012
Niezwykle zwyrodniały, surrealistyczny, przejmujący, niepokojący, psychodeliczny, wszechogarniająco dziwaczny film animowany. Nieco przerost treści nad formą - animacja 3D wygląda jak pierwsze gry komputerowe zrealizowane w tej technologii, przetworzonych głosów niektórych postaci praktycznie nie da się zrozumieć - aczkolwiek ma to swój plus bo zestawiając z poruszanymi w obrazie kwestiami tworzy się przepaść warunkująca wynaturzony, groteskowy i duszny klimat całości.
Kilka pozornie niezwiązanych ze sobą historii skrzywdzonych rozmaicie dzieci łączy postać demonicznego, gadającego psa podrzucającego im świetne inaczej pomysły na rozwiązanie palących problemów. Do tego mamy odniesienia do symboliki religijnej, wyprawę w głąb umysłu co najmniej schizofrenicznego, naiwność dziecięcą skonfrontowaną z wyrachowanym okrucieństwem, mnóstwo przemocy i sporo odrażających czynności seksualnych (które raczej nie przeszłyby w filmie aktorskim dystrybuowanym w mainstreamie).
Bardzo dobra rzecz dla kogoś lubującego się w takich klimatach, ale opinie wiszące w internetach, że jest to krzyżówka "Gummo" i "Silent Hill" są przesadzone.
Dopóki nie dotarłem do wypowiedzi reżysera, byłem święcie przekonany, że zawarł w swojej animacji mnóstwo wszelakiej symboliki.
A okazało się, że po prostu się zjarał.
Pamiętajcie drogie dzieci, sięgajcie tylko po czysty towar z pewnych źródeł. Chyba, że macie talent i zjazdy jak pan ScreamerClauz.
3) Pink Floyd Endless River, 2014.
Niejako pośmiertny album legendarnej grupy pozbierany z różnych odprysków. Solidny poziom późnych Gilmourowskich Floydów, ale nic odkrywczego, wręcz przeciwnie. Tylko jeden kawałek nie instrumentalny. O ile do Floydów zawsze będę mieć sentyment (Wish You Were Here było chyba pierwszą płytą z muzyką [i zarazem pierwszy oryginalny album] jaką słyszałem) to do tego albumu niekoniecznie.
4) Pora zwyrola, 21.11.14
Wrócili do Krakowa, przycupnęli w kinie Mikro. Pierwszy seans po dłuższej nieobecności - padło na nunsploitation - filmy Satanico Pandemonium i Alucarda. To pierwsze to typowe nunsploitation, zestarzało się niemiłosiernie, fabuła dziurawa - dosłownie i w przenośni, efekty żadne, Lucyfer wzbudzający komizm niż strach; to, co szokowało wtedy (w 1975 roku) (np. całujące się półnagie zakonnice) dziś nie robi żadnego wrażenia na nikim oprócz wychowywanych w zamkniętej piwnicy bez okien ultra-katolików, takich, co czują się zbrukani na widok kobiety w spodniach.
Kamień milowy w swoim gatunku i kinie eksploatacji, ale mocno zakurzony.
To drugie to mroczna, surrealistyczna baśń, wyjątkowo nierówna pod względem formy i treści. Uroczo odrealniona. W połowie filmu zmienia się wydźwięk, co rozkłada całą fabułę i sens (do połowy - Kościół zły - po połowie - ok, diabeł istnieje i jest zły, "frakcja liberalna" w Kościele ok). Bardziej fantasy z elementami nunsploitation. Specyficzne habity ze specyficznym rozkładem krwawych(?) plam na nich, skojarzenia dość oczywiste, wnioski z takiego przedstawienia zakonnic całkiem feministyczne.
Minusem całej imprezy - ludzie na widowni żrący czipsy i szeleszczący niemiłosiernie oraz - paradoksalnie - amatorski dubbing na żywo. Niepotrzebnie czytający kwestie robili sobie dodatkowe jaja z tego, co akurat rozgrywało się na ekranie.
Ale tak czy siak stałe miejsce na popkulturalnej scenie Stołecznego Królewskiego.
5) Garth Ennis, Peter Snejbjerg Dear Billy, Dynamite Entertainment, 2009
Komiks, trade paperback. Fabuła Ennisa, kreska Snejbjerga. Mało dokładne tła, mało szczegółowe postaci. Tyle, że w przypadku tego komiksu nie rysunek jest najważniejszy.
Drugi tom metaserii Battlefields opowiada o losach brytyjskiej pielęgniarki cudem uratowanej po masowym gwałcie i mordzie żołnierzy japońskich na grupie kobiet w czasie inwazji na Singapur w 1942 roku.
Rany na ciele zabliźniły się, ale rany na duszy - nie. Obserwujemy jak bohaterka próbuje ułożyć sobie życie i poradzić sobie z traumą. Większa część akcji rozgrywa się w szpitalu wojskowym, gdzie pracuje a gdzie trafiają też ranni Japończycy - dezerterzy. Nasza bohaterka, Carrie Sutton, nie potrafi zapomnieć i wybaczyć. Zabija ich jednego za drugim, aż jej przełożeni zaczynają coś podejrzewać. W międzyczasie Ennis wprowadza Billy'ego, oficera lotnictwa, udekorowanego asa o również poranionej psychice, ale nie napędzanego nienawiścią w takim stopniu, jak Carrie. Fascynacja zmienia się w miłość, związek wystawiony jest na próbę, bla, bla, bla, tymczasem wojna zaczyna chylić się ku końcowi i dotychczasowi śmiertelni wrogowie stają pomału ni to rynkiem zbytu, ni to przyszłymi potencjalnymi partnerami handlowymi. Carrie nie może się z tym pogodzić...
Może i jest to historia obyczajowa, do tego zrealizowana w formie retrospekcji-listu do Billy'ego, ale zakończenie jest jak cios obuchem po łbie. Bardzo mocna rzecz stawiająca trudne pytania i nie udzielająca jednoznacznych odpowiedzi.
6) Francis Billotte Mord w Meksyku, Ethos,
Sensacyjno-kryminalna opowieść około-popularnonaukowa opowiadająca o stalinowskich mordach. O Trockim jest tylko jeden rozdział. Badziew charakterystyczny dla wczesnych lat '90 XXw., okładka upstrzona podtytułem Z archiwum N.K.W.D. i nazwą serii - Seria Szarego Wilka. Autor to najprawdopodobniej Polak ukrywający się pod francuskim pseudonimem. W tej serii ukazało się jeszcze parę jego książek, w tym o Kubie Rozpruwaczu.
Czytadło jakich wiele. Do poruszanej w książce tematyki można było - nawet w takiej samej konwencji - podejść ze znacznie lepszym rezultatem.
7) Tomasz Mann Tristan
Klasyk literatury niemieckiej XX wieku i jego - w miarę - standardowe tematy - przeobrażenia w świecie mieszczaństwa II Rzeszy/Republiki Weimarskiej, uczucie schyłkowości i nadciągającego rozpadu, bliżej nieokreślonego niebezpieczeństwa. Zmiany w relacjach międzyludzkich, zepchnięcie gdzieś ludzi wrażliwych, artystów, bunt młodego pokolenia a stateczni rodzice.
Na książkę składają się dwie niezwiązane ze sobą nowelki. Czytałem lepsze i znacznie lepsze rzeczy tego autora. Pozycja raczej dla fanów autora lub kronikarzy nastrojów epoki.
8) S.T. Joshi H.P. Lovecraft. Biografia
Może i głupio napisać raptem parę słów o książce-molochu mającej prawie 1200 stron, ale nie czuję się kompetentny do wydawania bardziej rozbudowanych osądów.
Autor dokonał niemożliwego - krok za krokiem rozmontował i prześwietlił życie Samotnika z Providence, pochylił się nad jego znajomymi, nielicznymi przyjaciółmi, trudnymi relacjami rodzinnymi. Ilość informacji zgromadzonych w tej książce jest wręcz przytaczająca. Autor rozgranicza swoje opinie o swoim bohaterze od informacji o nim, które prezentuje jak na poważnego naukowca przystało.
Nie wiem, co o tym myśleć. Oszałamia dociekliwość i dokładność autora. Jest to najbardziej kompletne kompendium wiedzy o Lovecrafcie z jakim zetknąłem się kiedykolwiek. Fani już dawno pewnie mają, więc nie muszę polecać. Niedzielni czytelnicy Lovecrafta zapewne odbiją się od treści.
9) Kronos 3/2014
Dużo o Friedrichu Georgu Jüngerze i dużo jego tekstów. Był jednak bardziej uporządkowanym i zarazem bardziej przewidywalnym autorem od brata. Zarazem bardziej konserwatywnym, miał swój udział w powolnych przemianach Ernsta.
Poza tym, jak to w Kronosie. Rzeczy interesujące i mniej interesujące. Recenzja Reactionary Modernism Herfa. Artykuł o Zinowjewie, dysydencie radzieckim i antystaliniście, który po upadku ZSRR przeszedł na stalinizm (w tym szaleństwie była metoda, aczkolwiek dźwięcząca rozpaczą po utracie punktów odniesienia).
Dobry numer.
10) Noise Magazine 2/2014
Dużo radości.
niedziela, 13 lipca 2014
Westerny które warto zobaczyć II
Kolejna część niewielkiego cyklu rozpoczętego szmat czasu temu. Uwaga na spoilery. Tym razem będą to westerny, które warto zobaczyć, ale jednak raczej jednorazowo.
Wszystkie należały do podgatunku spaghetti westernów zwanego twilight spaghetti. Podgatunek obejmował filmy schyłkowe, powstające w latach 70. XX wieku, kiedy spaghetti przejadło się już zarówno widzom jak i krytykom i zaczęło zjadać własny ogon. Próbowano odświeżyć konwencję, powstawały obrazy eklektyczne i dziwaczne, przełamujące bariery gatunkowe.
Sam spaghetti western jako taki już przełamywał bariery. Był bowiem wariacją europejską nawet nie na temat historii Stanów Zjednoczonych, co zabawą formą, treścią i konwencją westernu jako takiego. Europejskie westerny zaliczane do spagów były surrealistyczne - o tyle, o ile surrealizm to nie tylko absolutny pojazd po estetycznej bandzie w stylu - chociażby - Psa andaluzyjskiego, lecz też gra motywami, odrealnienie, przejaskrawienie i pogrubienie konturów, wszystko okraszone bogatą symboliką i odniesieniami do tego, co tylko bogata wyobraźnia twórców zdołała wymyślić i tam nawrzucać. Schyłkowe spaghetti próbowało wyjść z siebie i stanąć obok - co tylko potęgowało uczucie przejmującej dziwności, odrealnienia, nieraz onirycznego, nieraz gęstego jak koszmarny sen.
Koszmarnym snem - przynajmniej dla mnie - bez wątpienia jest film Matalo! z 1970 roku. Powszechnie uznawany za jeden z najbardziej oryginalnych i dziwacznych westernów jakie powstały kiedykolwiek, wyróżnia się na tle gatunku na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim - i jest to powód, dla którego musiałem robić w czasie oglądania przerwy - technicznej. Pal licho fragmenty zrealizowane w slow-motion, i to takie jak długa sekwencja tortur - ten film jest niewyobrażalnie kwaśny. Kamera pływa. Pływa tak bardzo, że głowa boli od samego patrzenia. Pływa, fruwa, czasem najeżdża na dosyć przypadkowe obiekty w kadrze. Czasem obraz ma coś dziwnego w sobie pod względem kontrastu i nasycenia, co tylko podkreśla przećpany klimat.
Kostiumy bohaterów wpasowują się w klimat epoki idealnie - spodnie-dzwony, akcesoria flower-power, jeden z bohaterów, u którego łatwość zabijania wręcz przeraża, nosi tatuaż z motylkiem. Ścieżka dźwiękowa zaś to coś pomiędzy wczesnymi Pink Floyd i Hendrixem; do tego dźwięki tła dobrano perfekcyjnie, np. ciche zawodzenie i odległe śpiewy rozbrzmiewają w czasie scen na cmentarzu.
Brzmi dziwacznie? To jeszcze nie wszystko. Scenarzysta dorzucił do tego femme-fatale najprawdopodobniej zabijającą pocałunkiem (chyba, że coś opacznie zrozumiałem, ale w przypadku akurat tego filmu nie trudno czegoś nie zrozumieć), wątki sado-maso, symbolikę rodem z Freuda (jak w żadnym innym westernie tutaj pistolet wyjątkowo dobitnie nie jest tylko i wyłącznie pistoletem) oraz finałowy pojedynek w czasie którego jeden z bohaterów... używa bumerangu. Przy odrobinie wyobraźni z dość typowej jak na spag fabuły o zemście, zdradzie, złocie i (głównie cielesnej) miłości udało się twórcom zrobić coś, co bardziej przypomina narkotyczne, psychodeliczne wizje niż zwykły film. Jak dla mnie, obraz Cesarego Canevari to film na raz, mimo tego gorąco polecam, bo to ewenement i dzieło absolutnie oryginalne, niezależnie od tego, że formalnie jest to remake starszego Kill the wicked!. Trzeba jednak przyznać, że hippisi nie mieli szczęścia do westernów, a i twórcy westernów nie przepadali za hippisami, nawet twórcy o jednoznacznie lewicowych przekonaniach, jak Sergio Corbucci (nie wyobrażam sobie, by ktoś, kto oglądał The Specialists [1969] był w stanie kiedykolwiek zapomnieć końcową scenę).
Równie surrealistycznym spagiem bliższym jednak klasycznej konwencji (bez całej ahistorycznej, eklektycznej otoczki, lecz również z wielopiętrową symboliką) jest Se sei vivo spara (znany także pod tytułem Django Kill, if You live, Shoot!). Film ten nie miał rzecz jasna niczego wspólnego z kamieniem milowym gatunku, klasykiem Django z 1966 roku. Nagminną praktyką było podszywanie się przez autorów bądź dystrybutorów danego filmu pod tytuły znacznie bardziej znanych (i zazwyczaj lepszych) filmów z gatunku. I tak, filmów z Django w tytule były dziesiątki, w tym tylko jeden oficjalny sequel. Podobny los spotkał Sabatę, Saratanę czy Trinity'ego - doczekali się dziesiątków zupełnie przypadkowych spin-offów i filmów bezczelnie nawiązujących do oryginalnych obrazów o ich przygodach.
Django Kill... łączy western z horrorem. Brzmi intrygująco? Cóż, można było zrobić to znacznie lepiej. Tutaj mamy konwencję znacznie bardziej zbliżoną do kina artystycznego, do tego z mnóstwem odniesień politycznych i całkiem niezłymi efektami gore.
Na samym początku główny bohater wydostaje się z płytkiego grobu. Wystająca z ziemi dłoń jasno określa koneksje gatunkowe. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy po prostu został nie do końca zabity (uh, jak to brzmi), czy też wskrzeszony przez dwóch obecnych przy jego zmartwychwstaniu Indian. W przebłyskach widzimy, co się stało. Historia stara jak gatunek - grupa bandytów pokłóciła się o podział łupów (tutaj do tego dochodzi wątek rasistowski, gdyż grupka białych wymordowała Meksykanów). Wraz z dwoma Indianami, główny bohater trafia do miasta zwanego The Unhappy Place. Mieszkańcy byli w stanie samodzielnie rozprawić się z bandytami, nasz Nieznajomy ochrzczony w tytule mianem Django ma możliwość wywarcia zemsty tylko na jednym ze swoich (niedoszłych?) morderców, za pomocą złotych nabojów wytopionych z części zagrabionego złota. The Unhappy Place poraża swoim odrealnieniem oraz stężeniem przedstawionego tam, namacanego wręcz zła, bijącego spod dobrze ubranych, porządnych obywateli. Scena, w której główny bohater wjeżdża do nienaturalnie sterylnego, bijącego wręcz absurdalnością i odrealnieniem miasta zapada w pamięć na długo. Pijak siedzący na ganku trzyma nogę na leżącej małej dziewczynce, mały chłopiec stoi nagi i bawi się penisem, przez okno widzimy, jak mężczyzna szarpie się z kobietą, która go gryzie.
The Stranger, jak w filmie zwracają się do niego inni bohaterowie, zostaje wmieszany w konflikt między dwoma grupkami chcącymi przejąć zrabowane złoto. Jedną z nich jest gang odzianych na czarno kowbojów-homoseksualistów jeżdżących na białych koniach. Przewodzi nimi wzorowany na Mussolinim herszt zwany Zorro (lub Sorrow lub jakoś podobnie - prawdę powiedziawszy, w mojej kopii filmu czasem trudno było zrozumieć dubbing). Uprowadzają synka właściciela saloonu. Główny bohater postanawia go uwolnić, ale nie udaje mu się to. Wzorowani na faszystowskich bojówkach kowboje w czerni gwałcą chłopca w czasie wielkiej popijawy (nie zostaje to pokazane wprost, ale to, co pokazano, pokazano bardzo sugestywnie), następnego dnia rano nieszczęśnik popełnia samobójstwo. Film wyreżyserował Guilio Questi, związany w czasie wojny z antyfaszystowskim ruchem oporu we Włoszech, stąd też wątki polityczne.
Oprócz gangu o złoto konkuruje jeszcze wspomniany wyżej właściciel saloonu i jego wyrachowana partnerka oraz lokalny potentat przetrzymujący w zamknięciu szaloną żonę (stręczy ją głównemu bohaterowi, by ten zdecydował się opowiedzieć za nim w narastającym konflikcie).
Fabuła jest zakręcona i wielowątkowa. Obfituje nie tylko w aluzje polityczne, lecz też i religijne (motyw ukrzyżowania). Scen przemocy nie ma wiele, ale jak już są, to bardzo brutalne (jak na ówczesne czasy). Możemy zobaczyć np. scenę skalpowania (stary Indianin pada ofiarą dystyngowanych, elegancko ubranych mieszczan), śmierci przez oblanie roztopionym złotem, tortury za pomocą nietoperzy-wampirów, itp. W internecie można znaleźć plotki, że w pierwotnej wersji filmu, później ocenzurowanej mieliśmy jeszcze kanibalizm i zabijanie prawdziwych zwierząt. Poza tym, tak naprawdę nie wiadomo, jakim cudem główny bohater właściwie przeżył/żyje, skąd się wzięli ludzie Sorrowa, o co właściwie chodzi z The Unhappy Place i czemu to miejsce jest tak niewiarygodnie spaczone, itd. Widz jest wrzucony z rozmachem w świat przedstawiony przypominający znów świat rodem z halucynacji niż cokolwiek realistycznego. Również film na raz, nie umywający się nawet pod względem budżetu do klasyki gatunku, ale warty obejrzenia z racji na swoją absurdalność i odrealnienie.
Wątki horrorowe i nieco przećpany klimat przeplatają się również w Four of the Apocalypse, spag westernie z 1975 roku wyreżyserowanym przez samego króla włoskich horrorów Lucia Fulciego. Film ten jest niezwykły z kilku względów. Przede wszystkim czworo głównych bohaterów - hazardzista i oszust karciany przywiązany do wygody i luksusów, ciężarna prostytutka, alkoholik oraz czarnoskóry grabarz widzący duchy - jest tak odległych od stereotypowego bohatera spag westernu, jak to tylko możliwe. Przez większość część filmu hazardzista Preston, główny bohater, nie używa nawet broni, bo tego nie lubi, a cała czwórka raczej ucieka przed niebezpieczeństwami, niż stawia im czoło.
Czworo [jeźdźców] Apokalipsy zostaje wyprawione w nieznane z miasta. W czasie podróży w nieznane stopniowo odkrywane są portrety psychologiczne postaci i cała złożoność ich osobowości. W tyle przygrywa kwaśny folk-rock, co zupełnie rozbija klimat filmu. Muzyka jest wybitnie niedobrana, rozbija zupełnie napięcie, chociaż kapela odpowiedzialna za ścieżkę dźwiękową nie jest zła sama w sobie - Bixio, Frizzi & Tempera.
Pewnego dnia na drodze czwórki staje bandyta Chaco, charyzmatyczny i pewny siebie. Po pierwszych oporach Prestona i reszty dołącza do czworga bohaterów ze względu na swoje umiejętności strzeleckie. Fenomenalny aktor Tomas Milian nadał swojemu arcyzłemu bohaterowi cechy Charlesa Mansona. Niedługo później noszący hippisowską przepaskę długowłosy Chaco częstuje swoich towarzyszy podróży halucynogenami, wiąże ich a następnie gwałci ciężarną Bunny, w tym momencie już zakochaną z wzajemnością w Prestonie. Odjeżdża w nieznane z resztą dobytku i wozem czworga, pozostawiając ich na pewną śmierć.
Naszym bohaterom udaje się uratować, trafiają do na poły opuszczonego miasteczka górniczego, gdzie Bunny umiera przy porodzie. Preston postanawia zostawić dziecko pod opieką mieszkańców, sam wyrusza w poszukiwaniu Chaco, by pomścić swoją ukochaną...
Film zdecydowanie stonowany, większą wagę kładący na psychikę bohaterów niż dynamiczną akcję. Nie ma tu charakterystycznych dla gatunku epickich pojedynków z najazdami kamery na krople potu powoli spływające po ogorzałych twarzach stojących na przeciwko siebie bohaterów. Bardzo mało westernowy jest ten western, podobnie jak mało horrorowy. Nie jest to zły film, jest jednak bardzo specyficzny. Próba przedefiniowania gatunku i tchnięcia w niego odrobinę świeżości nie wyszła jednak Fulciemu, głównie ze względu na ścieżkę dźwiękową i brak tego wszystkiego, co stanowiło esencję gatunku.
Znacznie lepszym horroro-westernem był hiszpański Condenados a vivir {pol. Skazani na życie} znany lepiej pod tytułem Cut-Throats Nine z 1971 roku. Doczekał się remake'u w roku 2011. Szokował efektami gore (głowa trafiona pociskiem nigdy w westernie nie wyglądała tak realistycznie, podobnie jak i trawione ogniem, rozpadające się ciało), naturalizmem w przedstawianiu śmierci i odhumanizowanego okrucieństwa. Na dodatek akcja rozgrywała się w zimę, w klaustrofobicznych, zaśnieżonych lasach i odludnych chatach. Jest to jeden z najbardziej depresyjnych, przygnębiających filmów, jakie w życiu widziałem.
Siedmiu skutych ze sobą łańcuchami zbrodniarzy wojennych (z Wojny Secesyjnej), w tym gwałciciel, psychopata, mordercy, itp., strażnik więzienny ich eskortujący oraz jego młoda córka na skutek serii wydarzeń kończących się rozbiciem transportującego ich dyliżansu zostają zmuszeni do pieszej wędrówki przez góry do znajdującego się za nimi więzienia. Strażnik, sierżant Brown ma osobisty powód, by konwojowanych nie lubić - jeden z nich zabił jego żonę - on jednak nie wie, który z nich to zrobił. W czasie wędrówki najpierw kilku przestępców ginie, potem okazuje się, że łańcuch, którym są spętani jest ze złota, a cała historia z więzieniem to pretekst, by je dostarczyć, następnie następuje moment kulminacyjny - wycieńczona gromada dociera do samotnej chaty, gdzie strażnik zostaje sadystycznie skatowany a jego córka zgwałcona. Na odchodnym pozostali przy życiu bandyci opuszczają chatę, podpalają ją zabijając przy tym sierżanta. Zostało to wszystko dosadnie pokazane.
Zgwałcona Sarah kontynuuje marsz wraz ze swoimi oprawcami. Zakochała się w jednym z nich, najmłodszym i sprawiającym wrażenie najnormalniejszego z całej bandy degeneratów. Chciał obronić ją przed gwałtem, przez co też został pobity przez swoich kompanów. Pragnęła też zobaczyć śmierć wszystkich pozostałych jej oprawców i morderców jej ojca.
Biedna dziewczyna nie wie, że to właśnie jej wybranek ma na rękach krew jej matki. Historia ta pojawia się czasem w przebłyskach różnych bohaterów. Reżyser wykorzystał do ich wkomponowania w film proste a sugestywne metody - przed każdym flashbackiem film się zatrzymuje, także w trakcie ujęcia.
Grupa dociera do leżącej na rozstajach stacji transportowej czy czegoś w tym stylu, gdzie dochodzi do finału, którego nie powstydziłaby się antyczna tragedia.
Mimo niskich nakładów finansowych i słabej strony technicznej film ten nadrabia niepowtarzalnym klimatem, dusznym, depresyjnym, przygniatającym widza ogromem okrucieństwa i bezsilnością wobec zła, bijącym na głowę nawet inny zimowy spag western, The Great Silence (1968) Corbucciego.
Wszystkie należały do podgatunku spaghetti westernów zwanego twilight spaghetti. Podgatunek obejmował filmy schyłkowe, powstające w latach 70. XX wieku, kiedy spaghetti przejadło się już zarówno widzom jak i krytykom i zaczęło zjadać własny ogon. Próbowano odświeżyć konwencję, powstawały obrazy eklektyczne i dziwaczne, przełamujące bariery gatunkowe.
Sam spaghetti western jako taki już przełamywał bariery. Był bowiem wariacją europejską nawet nie na temat historii Stanów Zjednoczonych, co zabawą formą, treścią i konwencją westernu jako takiego. Europejskie westerny zaliczane do spagów były surrealistyczne - o tyle, o ile surrealizm to nie tylko absolutny pojazd po estetycznej bandzie w stylu - chociażby - Psa andaluzyjskiego, lecz też gra motywami, odrealnienie, przejaskrawienie i pogrubienie konturów, wszystko okraszone bogatą symboliką i odniesieniami do tego, co tylko bogata wyobraźnia twórców zdołała wymyślić i tam nawrzucać. Schyłkowe spaghetti próbowało wyjść z siebie i stanąć obok - co tylko potęgowało uczucie przejmującej dziwności, odrealnienia, nieraz onirycznego, nieraz gęstego jak koszmarny sen.
Koszmarnym snem - przynajmniej dla mnie - bez wątpienia jest film Matalo! z 1970 roku. Powszechnie uznawany za jeden z najbardziej oryginalnych i dziwacznych westernów jakie powstały kiedykolwiek, wyróżnia się na tle gatunku na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim - i jest to powód, dla którego musiałem robić w czasie oglądania przerwy - technicznej. Pal licho fragmenty zrealizowane w slow-motion, i to takie jak długa sekwencja tortur - ten film jest niewyobrażalnie kwaśny. Kamera pływa. Pływa tak bardzo, że głowa boli od samego patrzenia. Pływa, fruwa, czasem najeżdża na dosyć przypadkowe obiekty w kadrze. Czasem obraz ma coś dziwnego w sobie pod względem kontrastu i nasycenia, co tylko podkreśla przećpany klimat.
Kostiumy bohaterów wpasowują się w klimat epoki idealnie - spodnie-dzwony, akcesoria flower-power, jeden z bohaterów, u którego łatwość zabijania wręcz przeraża, nosi tatuaż z motylkiem. Ścieżka dźwiękowa zaś to coś pomiędzy wczesnymi Pink Floyd i Hendrixem; do tego dźwięki tła dobrano perfekcyjnie, np. ciche zawodzenie i odległe śpiewy rozbrzmiewają w czasie scen na cmentarzu.
Brzmi dziwacznie? To jeszcze nie wszystko. Scenarzysta dorzucił do tego femme-fatale najprawdopodobniej zabijającą pocałunkiem (chyba, że coś opacznie zrozumiałem, ale w przypadku akurat tego filmu nie trudno czegoś nie zrozumieć), wątki sado-maso, symbolikę rodem z Freuda (jak w żadnym innym westernie tutaj pistolet wyjątkowo dobitnie nie jest tylko i wyłącznie pistoletem) oraz finałowy pojedynek w czasie którego jeden z bohaterów... używa bumerangu. Przy odrobinie wyobraźni z dość typowej jak na spag fabuły o zemście, zdradzie, złocie i (głównie cielesnej) miłości udało się twórcom zrobić coś, co bardziej przypomina narkotyczne, psychodeliczne wizje niż zwykły film. Jak dla mnie, obraz Cesarego Canevari to film na raz, mimo tego gorąco polecam, bo to ewenement i dzieło absolutnie oryginalne, niezależnie od tego, że formalnie jest to remake starszego Kill the wicked!. Trzeba jednak przyznać, że hippisi nie mieli szczęścia do westernów, a i twórcy westernów nie przepadali za hippisami, nawet twórcy o jednoznacznie lewicowych przekonaniach, jak Sergio Corbucci (nie wyobrażam sobie, by ktoś, kto oglądał The Specialists [1969] był w stanie kiedykolwiek zapomnieć końcową scenę).
Równie surrealistycznym spagiem bliższym jednak klasycznej konwencji (bez całej ahistorycznej, eklektycznej otoczki, lecz również z wielopiętrową symboliką) jest Se sei vivo spara (znany także pod tytułem Django Kill, if You live, Shoot!). Film ten nie miał rzecz jasna niczego wspólnego z kamieniem milowym gatunku, klasykiem Django z 1966 roku. Nagminną praktyką było podszywanie się przez autorów bądź dystrybutorów danego filmu pod tytuły znacznie bardziej znanych (i zazwyczaj lepszych) filmów z gatunku. I tak, filmów z Django w tytule były dziesiątki, w tym tylko jeden oficjalny sequel. Podobny los spotkał Sabatę, Saratanę czy Trinity'ego - doczekali się dziesiątków zupełnie przypadkowych spin-offów i filmów bezczelnie nawiązujących do oryginalnych obrazów o ich przygodach.
Django Kill... łączy western z horrorem. Brzmi intrygująco? Cóż, można było zrobić to znacznie lepiej. Tutaj mamy konwencję znacznie bardziej zbliżoną do kina artystycznego, do tego z mnóstwem odniesień politycznych i całkiem niezłymi efektami gore.
Na samym początku główny bohater wydostaje się z płytkiego grobu. Wystająca z ziemi dłoń jasno określa koneksje gatunkowe. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy po prostu został nie do końca zabity (uh, jak to brzmi), czy też wskrzeszony przez dwóch obecnych przy jego zmartwychwstaniu Indian. W przebłyskach widzimy, co się stało. Historia stara jak gatunek - grupa bandytów pokłóciła się o podział łupów (tutaj do tego dochodzi wątek rasistowski, gdyż grupka białych wymordowała Meksykanów). Wraz z dwoma Indianami, główny bohater trafia do miasta zwanego The Unhappy Place. Mieszkańcy byli w stanie samodzielnie rozprawić się z bandytami, nasz Nieznajomy ochrzczony w tytule mianem Django ma możliwość wywarcia zemsty tylko na jednym ze swoich (niedoszłych?) morderców, za pomocą złotych nabojów wytopionych z części zagrabionego złota. The Unhappy Place poraża swoim odrealnieniem oraz stężeniem przedstawionego tam, namacanego wręcz zła, bijącego spod dobrze ubranych, porządnych obywateli. Scena, w której główny bohater wjeżdża do nienaturalnie sterylnego, bijącego wręcz absurdalnością i odrealnieniem miasta zapada w pamięć na długo. Pijak siedzący na ganku trzyma nogę na leżącej małej dziewczynce, mały chłopiec stoi nagi i bawi się penisem, przez okno widzimy, jak mężczyzna szarpie się z kobietą, która go gryzie.
The Stranger, jak w filmie zwracają się do niego inni bohaterowie, zostaje wmieszany w konflikt między dwoma grupkami chcącymi przejąć zrabowane złoto. Jedną z nich jest gang odzianych na czarno kowbojów-homoseksualistów jeżdżących na białych koniach. Przewodzi nimi wzorowany na Mussolinim herszt zwany Zorro (lub Sorrow lub jakoś podobnie - prawdę powiedziawszy, w mojej kopii filmu czasem trudno było zrozumieć dubbing). Uprowadzają synka właściciela saloonu. Główny bohater postanawia go uwolnić, ale nie udaje mu się to. Wzorowani na faszystowskich bojówkach kowboje w czerni gwałcą chłopca w czasie wielkiej popijawy (nie zostaje to pokazane wprost, ale to, co pokazano, pokazano bardzo sugestywnie), następnego dnia rano nieszczęśnik popełnia samobójstwo. Film wyreżyserował Guilio Questi, związany w czasie wojny z antyfaszystowskim ruchem oporu we Włoszech, stąd też wątki polityczne.
Oprócz gangu o złoto konkuruje jeszcze wspomniany wyżej właściciel saloonu i jego wyrachowana partnerka oraz lokalny potentat przetrzymujący w zamknięciu szaloną żonę (stręczy ją głównemu bohaterowi, by ten zdecydował się opowiedzieć za nim w narastającym konflikcie).
Fabuła jest zakręcona i wielowątkowa. Obfituje nie tylko w aluzje polityczne, lecz też i religijne (motyw ukrzyżowania). Scen przemocy nie ma wiele, ale jak już są, to bardzo brutalne (jak na ówczesne czasy). Możemy zobaczyć np. scenę skalpowania (stary Indianin pada ofiarą dystyngowanych, elegancko ubranych mieszczan), śmierci przez oblanie roztopionym złotem, tortury za pomocą nietoperzy-wampirów, itp. W internecie można znaleźć plotki, że w pierwotnej wersji filmu, później ocenzurowanej mieliśmy jeszcze kanibalizm i zabijanie prawdziwych zwierząt. Poza tym, tak naprawdę nie wiadomo, jakim cudem główny bohater właściwie przeżył/żyje, skąd się wzięli ludzie Sorrowa, o co właściwie chodzi z The Unhappy Place i czemu to miejsce jest tak niewiarygodnie spaczone, itd. Widz jest wrzucony z rozmachem w świat przedstawiony przypominający znów świat rodem z halucynacji niż cokolwiek realistycznego. Również film na raz, nie umywający się nawet pod względem budżetu do klasyki gatunku, ale warty obejrzenia z racji na swoją absurdalność i odrealnienie.
Wątki horrorowe i nieco przećpany klimat przeplatają się również w Four of the Apocalypse, spag westernie z 1975 roku wyreżyserowanym przez samego króla włoskich horrorów Lucia Fulciego. Film ten jest niezwykły z kilku względów. Przede wszystkim czworo głównych bohaterów - hazardzista i oszust karciany przywiązany do wygody i luksusów, ciężarna prostytutka, alkoholik oraz czarnoskóry grabarz widzący duchy - jest tak odległych od stereotypowego bohatera spag westernu, jak to tylko możliwe. Przez większość część filmu hazardzista Preston, główny bohater, nie używa nawet broni, bo tego nie lubi, a cała czwórka raczej ucieka przed niebezpieczeństwami, niż stawia im czoło.
Czworo [jeźdźców] Apokalipsy zostaje wyprawione w nieznane z miasta. W czasie podróży w nieznane stopniowo odkrywane są portrety psychologiczne postaci i cała złożoność ich osobowości. W tyle przygrywa kwaśny folk-rock, co zupełnie rozbija klimat filmu. Muzyka jest wybitnie niedobrana, rozbija zupełnie napięcie, chociaż kapela odpowiedzialna za ścieżkę dźwiękową nie jest zła sama w sobie - Bixio, Frizzi & Tempera.
Pewnego dnia na drodze czwórki staje bandyta Chaco, charyzmatyczny i pewny siebie. Po pierwszych oporach Prestona i reszty dołącza do czworga bohaterów ze względu na swoje umiejętności strzeleckie. Fenomenalny aktor Tomas Milian nadał swojemu arcyzłemu bohaterowi cechy Charlesa Mansona. Niedługo później noszący hippisowską przepaskę długowłosy Chaco częstuje swoich towarzyszy podróży halucynogenami, wiąże ich a następnie gwałci ciężarną Bunny, w tym momencie już zakochaną z wzajemnością w Prestonie. Odjeżdża w nieznane z resztą dobytku i wozem czworga, pozostawiając ich na pewną śmierć.
Naszym bohaterom udaje się uratować, trafiają do na poły opuszczonego miasteczka górniczego, gdzie Bunny umiera przy porodzie. Preston postanawia zostawić dziecko pod opieką mieszkańców, sam wyrusza w poszukiwaniu Chaco, by pomścić swoją ukochaną...
Film zdecydowanie stonowany, większą wagę kładący na psychikę bohaterów niż dynamiczną akcję. Nie ma tu charakterystycznych dla gatunku epickich pojedynków z najazdami kamery na krople potu powoli spływające po ogorzałych twarzach stojących na przeciwko siebie bohaterów. Bardzo mało westernowy jest ten western, podobnie jak mało horrorowy. Nie jest to zły film, jest jednak bardzo specyficzny. Próba przedefiniowania gatunku i tchnięcia w niego odrobinę świeżości nie wyszła jednak Fulciemu, głównie ze względu na ścieżkę dźwiękową i brak tego wszystkiego, co stanowiło esencję gatunku.
Znacznie lepszym horroro-westernem był hiszpański Condenados a vivir {pol. Skazani na życie} znany lepiej pod tytułem Cut-Throats Nine z 1971 roku. Doczekał się remake'u w roku 2011. Szokował efektami gore (głowa trafiona pociskiem nigdy w westernie nie wyglądała tak realistycznie, podobnie jak i trawione ogniem, rozpadające się ciało), naturalizmem w przedstawianiu śmierci i odhumanizowanego okrucieństwa. Na dodatek akcja rozgrywała się w zimę, w klaustrofobicznych, zaśnieżonych lasach i odludnych chatach. Jest to jeden z najbardziej depresyjnych, przygnębiających filmów, jakie w życiu widziałem.
Siedmiu skutych ze sobą łańcuchami zbrodniarzy wojennych (z Wojny Secesyjnej), w tym gwałciciel, psychopata, mordercy, itp., strażnik więzienny ich eskortujący oraz jego młoda córka na skutek serii wydarzeń kończących się rozbiciem transportującego ich dyliżansu zostają zmuszeni do pieszej wędrówki przez góry do znajdującego się za nimi więzienia. Strażnik, sierżant Brown ma osobisty powód, by konwojowanych nie lubić - jeden z nich zabił jego żonę - on jednak nie wie, który z nich to zrobił. W czasie wędrówki najpierw kilku przestępców ginie, potem okazuje się, że łańcuch, którym są spętani jest ze złota, a cała historia z więzieniem to pretekst, by je dostarczyć, następnie następuje moment kulminacyjny - wycieńczona gromada dociera do samotnej chaty, gdzie strażnik zostaje sadystycznie skatowany a jego córka zgwałcona. Na odchodnym pozostali przy życiu bandyci opuszczają chatę, podpalają ją zabijając przy tym sierżanta. Zostało to wszystko dosadnie pokazane.
Zgwałcona Sarah kontynuuje marsz wraz ze swoimi oprawcami. Zakochała się w jednym z nich, najmłodszym i sprawiającym wrażenie najnormalniejszego z całej bandy degeneratów. Chciał obronić ją przed gwałtem, przez co też został pobity przez swoich kompanów. Pragnęła też zobaczyć śmierć wszystkich pozostałych jej oprawców i morderców jej ojca.
Biedna dziewczyna nie wie, że to właśnie jej wybranek ma na rękach krew jej matki. Historia ta pojawia się czasem w przebłyskach różnych bohaterów. Reżyser wykorzystał do ich wkomponowania w film proste a sugestywne metody - przed każdym flashbackiem film się zatrzymuje, także w trakcie ujęcia.
Grupa dociera do leżącej na rozstajach stacji transportowej czy czegoś w tym stylu, gdzie dochodzi do finału, którego nie powstydziłaby się antyczna tragedia.
Mimo niskich nakładów finansowych i słabej strony technicznej film ten nadrabia niepowtarzalnym klimatem, dusznym, depresyjnym, przygniatającym widza ogromem okrucieństwa i bezsilnością wobec zła, bijącym na głowę nawet inny zimowy spag western, The Great Silence (1968) Corbucciego.
poniedziałek, 30 września 2013
Zombie, świry, transgresja
Jak zwykle u mnie, uwaga na spoilery.
Zombie to motyw, który sam się zjadł. Ileż w końcu razy można opowiadać tę samą historię na inne sposoby. Ileż razy można powtarzać ten sam motyw, zmieniając tylko pewne szczegóły. Doprowadzając do go parodii (np. "Zombie Ass"), postmodernistycznej papki motywów i odniesień (np. "Dead Snow" czy znacznie bardziej szalone dziełko "Sars Wars", będące parodią przeładowaną odniesieniami do mydła i powidła wszelakiego), satyry na współczesne społeczeństwo (klasyczny Romero, "KFZ Kentucky Fried Zombie") czy też próbując wyciągnąć z niego coś więcej.
"The Walking Dead", biało-czarny komiks autorstwa m.in. gościa, który zrobił przewrotnego i poczciwie-bluźnierczego "Battle Pope" próbuje z motywu walki garstki ocalonych z wszechobecnymi zombie przedstawić historię o utrzymaniu własnego człowieczeństwa w sytuacji, gdy świat jaki znamy - mówiąc dosadnie - trafia szlag. Motyw ten też się przejawiał gdzie indziej, tu jednak jest najbardziej uwypuklony. Chyba nawet bardziej w bardzo popularnym serialu o tym samym tytule, niż w komiksie jako takim. Serial w porównaniu do komiksu jest znacznie bardziej "rozciągnięty". Zwłaszcza w sezonie II, dziejącym się w sumie w jednym miejscu, widać to jak na dłoni. Dodano też więcej bohaterów, inni mają więcej do powiedzenia. Inni giną wcześniej, inni później. Niektórych nie ma.
Co nie znaczy, że komiks jest w mniejszym stopniu ukierunkowany na rozpaczliwe próby zachowania człowieczeństwa w świecie, w którym wygrywa bardziej bezwzględny i silniejszy, nie oglądający się na nic. Bohaterowie mają mnóstwo rozterek, nie wahają się w obronie siebie lub bliskich dokonywać rzeczy strasznych (Rick odcinający siekierką rękę kobiety trzymającej go i błagającej o pomoc przed nadciągającymi zombie; główni bohaterowie bestialsko mordujący grupkę kanibali) lub wprost folgują swoim instynktom i żądzom (Governor gwałcący i znęcający się nad Michonne; Michonne okaleczająca Governora). Pod koniec komiksu (tzn. tych numerów, które już się ukazały - nowe numery wychodzą cały czas) obserwujemy jak rodzi się nowy feudalizm - grupa dzikich, nieokrzesanych, brutalnych raiderów w zamian za "ochronę" uzależnia od siebie kolejne wspólnoty tych, którzy przetrwali, podporządkowując ich sobie przy użyciu strachu, przemocy, okrucieństwa, i bez pardonu egzekwuje należne im rzekomo dobra. Ponadto przynajmniej część z nich dosłownie ubóstwia swojego przywódcę. Jakbym widział ekipę Mieszka I szalejącą wśród wsi wielkopolskich w 966r. Wybaczcie dygresję.
Trup ściele się gęsto, zarówno żywy jak i martwy. Przemoc jest pokazana w dosadny sposób, bez nadmiernej cenzury. Seks też jest. Kreska budzi skojarzenia ze stylem z "Battle Pope" (thank You, Captain Obvious) ale jest znacznie bardziej realistyczna. Zniszczone miasta, wyludnione pustkowia, opuszczone osiedla i osady tych, którzy usiłują przeżyć w post-ludzkim świecie - wyglądają obłędnie. Same żywe trupy - również.
Do efektów w serialu też nie ma się jak przyczepić. Mają tam chyba najbardziej "zombiaste" zombie jakie widziałem gdziekolwiek. Ale budżet robi swoje.
Jestem rzecz jasna fanem zarówno komiksu, jak i serialu. Dziw bierze, że jeszcze nie ma (jakiś dodatkowy serial chyba jest w planach) tony spin-offów i innych historii w tym samym świecie.
"Crossed" i kolejne serie.
Autorzy "Crossed" poszli kilka kilometrów dalej od motywu "boimy się tego, co jest zwyczajne - a nagle staje się niezwyczajne, ba, wrogie nam". Tytułowi Crossed to zombie na sterydach - tym bardziej odrażający (i transgresywni), że są żywi. Śmiem twierdzić, że to najbrutalniejsze komiksy, jakie czytałem kiedykolwiek. Gore do sześcianu. Zoofilia, nekrofilia, pedofilia, festiwal wynaturzenia, dehumanizacji, pogardy dla człowieka. Wynaturzone sceny tortur, wszelkie perwersje i totalny nihilizm. Wszystko tak zwielokrotnione, że aż do przesady. Zresztą, jeśli nie wiecie, o czym piszę, wyłącznie w góglach wszystkie filtry (jeśli jeszcze macie je ustawione) i wygóglajcie "Crossed". Pewnych obrazów się nie zapomina.
Pewnego dnia na świecie wybucha epidemia, która rozprzestrzenia się w krótkim czasie na cały świat. Zarażonym wychodzą na twarzy ropiejące, krwawe czerwone krzyże. Zarażeni zatracają swoje człowieczeństwo. Spadają z nich wszystkie uwarunkowania, cały dorobek kulturowy i cywilizacyjny. Wchodzą w permanentny szał mordowania i gwałcenia wszystkich i wszystkich wokoło. W przeciwieństwie do zombie, "ukrzyżowani" zabijają się także wzajemnie. Potrafią się też łączyć w grupki walczące z innymi grupkami (np. grupa nosząca maski ze skór ofiar kontra grupa kąpiąca się we krwi). Niektórzy zatracają się w szale permanentnie. Zatracają wszelki pomyślunek i instynkt samozachowawczy, czy nawet zdolność do myślenia abstrakcyjnego. Inni jednak potrafią organizować tych dzikich w bardziej zwarte hordy, potrafią wymyślać i zakładać pułapki, planować dalsze postępowanie, ba, zdarza się nawet, że wezmą zakładnika z grupki niezarażonych, zamiast go od razu zgwałcić, zabić i jeszcze raz zgwałcić, rozczłonkować i po raz wtóry zgwałcić. Jeszcze inni po zarażeniu pamiętają swoje dawne życie.
Poziom okrucieństwa pokazanego w komiksach "Crossed" jest tak przytłaczający, że wręcz nie da się w pewnym momencie traktować tego, co zostało tam pokazane z pełną powagą. "Ukrzyżowani" gwałcący krowę, orkę, biegający z odciętymi genitaliami ludzkimi i zwierzęcymi, ogromna ich grupa pokrywająca gigantyczny most "opakowaniem" z setek ludzkich skór, krowa-pułpaka na niezarażonych z odbezpieczonym granatem w odbycie, zakonnica masturbująca się odciętą kończyną, setki powieszonych, wybebeszonych, narysowanych z dbałością o każdy szczegół zmasakrowanych zwłok, trupy wiszące na krzyżach, słupach, ponabijane na cokolwiek - tego wszystkiego i wielu więcej tego typu obrazów po prostu nie da się wziąć na serio do końca. Tak samo okładek, pełnych aluzji politycznych i społecznych (rozpierdziel w ONZ, loży masońskiej, na Bliskim Wschodzie, w Egipcie, itd.). W pewnym momencie czytelnik po prostu parska śmiechem. Dosyć nerwowym i bardzo niezdrowym, ale jednak. Sam język używany przez "ukrzyżowanych" podkreśla ich instynktowne działanie i absurdalne barbarzyństwo - posługują się potokami bluzgów i topornie odmalowanych opisów czynności seksualnych, zazwyczaj bardzo niepoprawnych z biologicznego punktu widzenia.
A jak sobie radzą zwykli ludzie w uniwersum "Crossed"?
Tytuł jednej z serii ("Psychopath") doskonale ilustruje, jak. Zdrowi zachowują się czasem gorzej od chorych, chociaż wydaje się to niemożliwe. Religijny ojciec - pedofil, kompletny wariat, socjopaci idący po trupach byle uciec, typ wymagający seksu w zamian za ratunek, kobieta porzucająca własnego noworodka, tchórze, oszuści, cała plejada typów odpychających. Pozbawionych dowolnie pojętego heroizmu, nie zastanawiających się nad filozoficznymi kwestiami, czym jest człowieczeństwo, tylko żyjących po prostu.
Większość serii komiksu jest już zakończona - "Crossed", potem - kolejność przypadkowa - "Crossed: Psychopath", "Crossed: Family Values". Jeszcze ukazuje się chyba "Crossed: Badlands" - najbrutalniejsza i najbardziej przejmująca seria. Składa się z wielu historyjek zajmujących po 3-4 numery, wszystkie te historyjki kończą się źle. Ukazuje się również "Crossed: Wish You Were Here" - również jako komiks internetowy, dostępny za darmo. Tam formuła jest nieco zmieniona, bo rzecz się dzieje głównie na wyspie, gdzie schroniła się grupka zdrowych. Pozostałe serie przedstawiały bohaterów w ruchu, niedługo po wybuchu zarazy lub w jej czasie. Ostatnie numery "Badlands" przedstawiają uniwersum po paru latach.
Wiąże się to z pewną nieścisłością. "Ukrzyżowani" nie przejmują się własnym bólem, potrzebami zachowania życia i zdrowia. To ekstremalni sadyści i maschodziści, czerpiący radość np. z bycia rozjechanym przez samochód lub z bycia zgwałconym w dziury wyrwane w brzuchu. Nie przejmują się także np. ciepłym ubraniem się w zimę. Noszą to, co mieli na sobie w chwili zarażenia, paradują nago, eksponując nabrzmiałe genitalia, co najwyżej zakładają ozdoby zrobione z różnych części ciał swoich ofiar (maski ze skór twarzy, naszyjniki z gałek ocznych, ozdoby z obciętych genitaliów). Nie dbają o żadne dobra konsumpcyjne, czy nawet o dach nad głową. Po paru latach (ba, po pierwszej zimie) ich populacja powinna więc zmniejszyć się do minimum. I co z tysiącem chorób, które powinny się rozwinąć wśród świata gdzie ludzkie szczątki służą jako ozdoby, chorób, które powinny również zdziesiątkować populację chorych. Ale ok, nie ma po co alegorii odczytywać dosłownie. Jeśli ktoś potrzebuje jakiegoś katharsis, jakiegoś kopniaka w mózg, do tego poprawnie napisanego i perwersyjnie, turpistyczne narysowanego, to wszystko co wyszło z "Crossed" w tytule gorąco polecam.
A gdzie ta transgresja, o której wspomniałem w tytule tej notki? Cóż, jest chyba widoczna jak na dłoni.
Zombie to motyw, który sam się zjadł. Ileż w końcu razy można opowiadać tę samą historię na inne sposoby. Ileż razy można powtarzać ten sam motyw, zmieniając tylko pewne szczegóły. Doprowadzając do go parodii (np. "Zombie Ass"), postmodernistycznej papki motywów i odniesień (np. "Dead Snow" czy znacznie bardziej szalone dziełko "Sars Wars", będące parodią przeładowaną odniesieniami do mydła i powidła wszelakiego), satyry na współczesne społeczeństwo (klasyczny Romero, "KFZ Kentucky Fried Zombie") czy też próbując wyciągnąć z niego coś więcej.
"The Walking Dead", biało-czarny komiks autorstwa m.in. gościa, który zrobił przewrotnego i poczciwie-bluźnierczego "Battle Pope" próbuje z motywu walki garstki ocalonych z wszechobecnymi zombie przedstawić historię o utrzymaniu własnego człowieczeństwa w sytuacji, gdy świat jaki znamy - mówiąc dosadnie - trafia szlag. Motyw ten też się przejawiał gdzie indziej, tu jednak jest najbardziej uwypuklony. Chyba nawet bardziej w bardzo popularnym serialu o tym samym tytule, niż w komiksie jako takim. Serial w porównaniu do komiksu jest znacznie bardziej "rozciągnięty". Zwłaszcza w sezonie II, dziejącym się w sumie w jednym miejscu, widać to jak na dłoni. Dodano też więcej bohaterów, inni mają więcej do powiedzenia. Inni giną wcześniej, inni później. Niektórych nie ma.
Co nie znaczy, że komiks jest w mniejszym stopniu ukierunkowany na rozpaczliwe próby zachowania człowieczeństwa w świecie, w którym wygrywa bardziej bezwzględny i silniejszy, nie oglądający się na nic. Bohaterowie mają mnóstwo rozterek, nie wahają się w obronie siebie lub bliskich dokonywać rzeczy strasznych (Rick odcinający siekierką rękę kobiety trzymającej go i błagającej o pomoc przed nadciągającymi zombie; główni bohaterowie bestialsko mordujący grupkę kanibali) lub wprost folgują swoim instynktom i żądzom (Governor gwałcący i znęcający się nad Michonne; Michonne okaleczająca Governora). Pod koniec komiksu (tzn. tych numerów, które już się ukazały - nowe numery wychodzą cały czas) obserwujemy jak rodzi się nowy feudalizm - grupa dzikich, nieokrzesanych, brutalnych raiderów w zamian za "ochronę" uzależnia od siebie kolejne wspólnoty tych, którzy przetrwali, podporządkowując ich sobie przy użyciu strachu, przemocy, okrucieństwa, i bez pardonu egzekwuje należne im rzekomo dobra. Ponadto przynajmniej część z nich dosłownie ubóstwia swojego przywódcę. Jakbym widział ekipę Mieszka I szalejącą wśród wsi wielkopolskich w 966r. Wybaczcie dygresję.
Trup ściele się gęsto, zarówno żywy jak i martwy. Przemoc jest pokazana w dosadny sposób, bez nadmiernej cenzury. Seks też jest. Kreska budzi skojarzenia ze stylem z "Battle Pope" (thank You, Captain Obvious) ale jest znacznie bardziej realistyczna. Zniszczone miasta, wyludnione pustkowia, opuszczone osiedla i osady tych, którzy usiłują przeżyć w post-ludzkim świecie - wyglądają obłędnie. Same żywe trupy - również.
Do efektów w serialu też nie ma się jak przyczepić. Mają tam chyba najbardziej "zombiaste" zombie jakie widziałem gdziekolwiek. Ale budżet robi swoje.
Jestem rzecz jasna fanem zarówno komiksu, jak i serialu. Dziw bierze, że jeszcze nie ma (jakiś dodatkowy serial chyba jest w planach) tony spin-offów i innych historii w tym samym świecie.
"Crossed" i kolejne serie.
Autorzy "Crossed" poszli kilka kilometrów dalej od motywu "boimy się tego, co jest zwyczajne - a nagle staje się niezwyczajne, ba, wrogie nam". Tytułowi Crossed to zombie na sterydach - tym bardziej odrażający (i transgresywni), że są żywi. Śmiem twierdzić, że to najbrutalniejsze komiksy, jakie czytałem kiedykolwiek. Gore do sześcianu. Zoofilia, nekrofilia, pedofilia, festiwal wynaturzenia, dehumanizacji, pogardy dla człowieka. Wynaturzone sceny tortur, wszelkie perwersje i totalny nihilizm. Wszystko tak zwielokrotnione, że aż do przesady. Zresztą, jeśli nie wiecie, o czym piszę, wyłącznie w góglach wszystkie filtry (jeśli jeszcze macie je ustawione) i wygóglajcie "Crossed". Pewnych obrazów się nie zapomina.
Pewnego dnia na świecie wybucha epidemia, która rozprzestrzenia się w krótkim czasie na cały świat. Zarażonym wychodzą na twarzy ropiejące, krwawe czerwone krzyże. Zarażeni zatracają swoje człowieczeństwo. Spadają z nich wszystkie uwarunkowania, cały dorobek kulturowy i cywilizacyjny. Wchodzą w permanentny szał mordowania i gwałcenia wszystkich i wszystkich wokoło. W przeciwieństwie do zombie, "ukrzyżowani" zabijają się także wzajemnie. Potrafią się też łączyć w grupki walczące z innymi grupkami (np. grupa nosząca maski ze skór ofiar kontra grupa kąpiąca się we krwi). Niektórzy zatracają się w szale permanentnie. Zatracają wszelki pomyślunek i instynkt samozachowawczy, czy nawet zdolność do myślenia abstrakcyjnego. Inni jednak potrafią organizować tych dzikich w bardziej zwarte hordy, potrafią wymyślać i zakładać pułapki, planować dalsze postępowanie, ba, zdarza się nawet, że wezmą zakładnika z grupki niezarażonych, zamiast go od razu zgwałcić, zabić i jeszcze raz zgwałcić, rozczłonkować i po raz wtóry zgwałcić. Jeszcze inni po zarażeniu pamiętają swoje dawne życie.
Poziom okrucieństwa pokazanego w komiksach "Crossed" jest tak przytłaczający, że wręcz nie da się w pewnym momencie traktować tego, co zostało tam pokazane z pełną powagą. "Ukrzyżowani" gwałcący krowę, orkę, biegający z odciętymi genitaliami ludzkimi i zwierzęcymi, ogromna ich grupa pokrywająca gigantyczny most "opakowaniem" z setek ludzkich skór, krowa-pułpaka na niezarażonych z odbezpieczonym granatem w odbycie, zakonnica masturbująca się odciętą kończyną, setki powieszonych, wybebeszonych, narysowanych z dbałością o każdy szczegół zmasakrowanych zwłok, trupy wiszące na krzyżach, słupach, ponabijane na cokolwiek - tego wszystkiego i wielu więcej tego typu obrazów po prostu nie da się wziąć na serio do końca. Tak samo okładek, pełnych aluzji politycznych i społecznych (rozpierdziel w ONZ, loży masońskiej, na Bliskim Wschodzie, w Egipcie, itd.). W pewnym momencie czytelnik po prostu parska śmiechem. Dosyć nerwowym i bardzo niezdrowym, ale jednak. Sam język używany przez "ukrzyżowanych" podkreśla ich instynktowne działanie i absurdalne barbarzyństwo - posługują się potokami bluzgów i topornie odmalowanych opisów czynności seksualnych, zazwyczaj bardzo niepoprawnych z biologicznego punktu widzenia.
A jak sobie radzą zwykli ludzie w uniwersum "Crossed"?
Tytuł jednej z serii ("Psychopath") doskonale ilustruje, jak. Zdrowi zachowują się czasem gorzej od chorych, chociaż wydaje się to niemożliwe. Religijny ojciec - pedofil, kompletny wariat, socjopaci idący po trupach byle uciec, typ wymagający seksu w zamian za ratunek, kobieta porzucająca własnego noworodka, tchórze, oszuści, cała plejada typów odpychających. Pozbawionych dowolnie pojętego heroizmu, nie zastanawiających się nad filozoficznymi kwestiami, czym jest człowieczeństwo, tylko żyjących po prostu.
Większość serii komiksu jest już zakończona - "Crossed", potem - kolejność przypadkowa - "Crossed: Psychopath", "Crossed: Family Values". Jeszcze ukazuje się chyba "Crossed: Badlands" - najbrutalniejsza i najbardziej przejmująca seria. Składa się z wielu historyjek zajmujących po 3-4 numery, wszystkie te historyjki kończą się źle. Ukazuje się również "Crossed: Wish You Were Here" - również jako komiks internetowy, dostępny za darmo. Tam formuła jest nieco zmieniona, bo rzecz się dzieje głównie na wyspie, gdzie schroniła się grupka zdrowych. Pozostałe serie przedstawiały bohaterów w ruchu, niedługo po wybuchu zarazy lub w jej czasie. Ostatnie numery "Badlands" przedstawiają uniwersum po paru latach.
Wiąże się to z pewną nieścisłością. "Ukrzyżowani" nie przejmują się własnym bólem, potrzebami zachowania życia i zdrowia. To ekstremalni sadyści i maschodziści, czerpiący radość np. z bycia rozjechanym przez samochód lub z bycia zgwałconym w dziury wyrwane w brzuchu. Nie przejmują się także np. ciepłym ubraniem się w zimę. Noszą to, co mieli na sobie w chwili zarażenia, paradują nago, eksponując nabrzmiałe genitalia, co najwyżej zakładają ozdoby zrobione z różnych części ciał swoich ofiar (maski ze skór twarzy, naszyjniki z gałek ocznych, ozdoby z obciętych genitaliów). Nie dbają o żadne dobra konsumpcyjne, czy nawet o dach nad głową. Po paru latach (ba, po pierwszej zimie) ich populacja powinna więc zmniejszyć się do minimum. I co z tysiącem chorób, które powinny się rozwinąć wśród świata gdzie ludzkie szczątki służą jako ozdoby, chorób, które powinny również zdziesiątkować populację chorych. Ale ok, nie ma po co alegorii odczytywać dosłownie. Jeśli ktoś potrzebuje jakiegoś katharsis, jakiegoś kopniaka w mózg, do tego poprawnie napisanego i perwersyjnie, turpistyczne narysowanego, to wszystko co wyszło z "Crossed" w tytule gorąco polecam.
A gdzie ta transgresja, o której wspomniałem w tytule tej notki? Cóż, jest chyba widoczna jak na dłoni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)