Carlton Mellick III Razor Wire Pubic Hair
Carlton Mellick III to jeden z najbardziej znanych autorów bizarro, będący z gatunkiem od samego początku; w sumie jest to jeden z jego pierwszych kodyfikatorów - czy też twórców - zwał jak zwał.
Tytuł sugeruje, co może czaić się na stronach tej nowelki, ale już pierwsze strony wyprowadzają z błędu - włosy łonowe z drutu kolczastego to najmniej dziwaczny element świata przedstawionego.
Mamy tu bliżej niedoprecyzowane post-apo, Seksmisję na ciężkich prochach, resztki tkwiącej we wtórnym barbarzyństwie cywilizacji kobiet (i post-kobiet) hodują post-ludzkie istoty o wielu męskich i żeńskich genitaliach w charakterze zabawek erotycznych (zużyte idą na przemiał, na jedzenie), wyniszczoną ziemię przemierzają gangi gwałcicielek (oprócz cip parowych/pneumatycznych mają jeszcze m.in. noże), itd. Absurdalnie sadystyczne ruchanie głównego bohatera mającego cipę i dwa penisy nie stanowi jednak głównego sensu i przesłania książki. Główny bohater bowiem nie chce zostać zdegradowany do roli żywego dildo i zastanawia się, czy posiada duszę. Gdzieś tam w tle jeszcze sam Bóg, kobieta o kilku ramionach i dziesiątkach cip na całym ciele, gigantyczne chodzące cipkoidy, żywe budynki mające - tak, zgadliście - cipy i dupy, inkubator wypluwający gotowe dziecko w kilka minut (wcześniej musiał je - hmmh - wylizać z nosicielki, itd. Dawno nie czytałem czegoś takiego, gdzie słowa fuck i cunt używane byłyby z taką częstotliwością. Trzeba mieć nielichą wyobraźnię, by coś takiego wymyślić. Chylę czoła przed mózgiem, który wykreował taki świat przedstawiony.
Generalnie dobrze się bawiłem, polecam. W Polsce chyba nie do dostania, ale w internetach jest mnóstwo pirackich ebooków.
Clive Barker Księga krwi, t. III
Klasyk z Phantom Pressu, polecam prowincjonalne biblioteki, jak czasem pozbywają się części książek, to niepotrzebne im oddają za darmo.
Barker jak to Barker - dużo seksu i przemocy. Gość miał fajne pomysły (nowotwór, który przeżył swojego właściciela i w celu zabijania przypadkowych ofiar wykreował swój mały świat fantomów na bazie wyświetlanych filmów w kinie, gdzie zginął jego nosiciel; duch wrobionego w branżę porno księgowego wnika w prześcieradło, które w kostnicy położono na jego zwłokach, itd.), które położyło drętwe tłumaczenie i, ogólnie rzecz ujmując, daremna jakość wydania. Od dłuższego czasu słyszę plotki, że ktoś ma wydać Księgę krwi w jednym tomie i nowym tłumaczeniu, byłby to bardzo dobry pomysł. Nie ukrywam jednak, że w takim rodzaju horroru czegoś mi brakuje. Jakiegoś zamysłu sięgającego gdzieś głębiej, za te wszystkie w sumie proste, sensacyjne historyjki wykorzystujące czasem taki czy inny nietuzinkowy pomysł. Dobra rzecz, ale czytadło.
Kathe Koja Zero
Ok, tłumacz (czy kto tam podjął decyzję o takim a nie innym polskim tłumaczeniu) trochę zaszalał - org. The Cipher. I tak dobrze, że nie Dziura.
Twórczość tej jednej z najważniejszych współczesnych autorek horrorów jest w Polsce praktycznie nie znana (pozdrawiam wydawnictwa zasrywające półki sieciówek n-tymi wydaniami Kingów, Mastertonów, Chujów-Mujów), także mnie była znana jak dotąd głównie z opowieści. Blurb na okładce zestawił ją z Barkerem - cóż, pod względem ładunku emocjonalnego, jaki obie książki wzbudziły we mnie w czasie lektury, Księga krwi nie umywa się do książkowego debiutu autorki (info za wiki), Zera. I tu, i tam mamy seks i przemoc, i tu i tam mamy czarny humor, a jednak książka której akcja rozgrywa się praktycznie w jednym miejscu (schowku na miotły i środki czystości) okazała się bardziej angażująca i poruszająca jakieś struny, jakie jeszcze gdzieś tam we mnie zostały.
Ot, w schowku na miotły i środki czystości w zapyziałej kamienicy otwiera się Dziura. Wiedzie ona nie wiadomo gdzie, nie wiadomo czym jest. Wraz ze swoją sporadyczną dziewczyną główny bohater stopniowo odkrywa, że Dziura wpływa na wrzucane do niej przedmioty oraz zwierzęta. TL;DR - sytuacja bardzo szybko wymyka się spod kontroli, do mieszkania głównego bohatera wpieprza się z butami coraz więcej rozmaitych świrów i awangardowych artystów (na jedno w sumie wychodzi) mających wobec Dziury własne plany... Czasem co prawda miałem tej książki dość, powtarzałem sobie a wejdźże ktoś w końcu do tej cholernej dziury, bo ileż można, ale i tak nielicho się bawiłem. Trafia się w antykwariatach i u ulicznych sprzedawców.
Dawid Kain Punkt wyjścia
Świetna, zakręcona historia, do tego zakręcona w moją stronę (niekończący się spór, czy język stwarza obiekty w przestrzeni przez ich nazwanie, czy rzeczy mają nazwy; czym właściwie jest język, co i w jakim stopniu możemy opisać) z jednym minusem - język, jakiego używa jeden z bohaterów (a właściwie to... a, nie będę spoilerował, chociaż książka ma swoje lata, więc pewnie kto czytał to pamięta) jest nieautentyczny. Mieszanina rozmaitych zwrotów rozmaitych - tak to nazwijmy - grup użytkowników razi wplecionymi zwrotami z obcych sobie światów, lub używanych niegdyś. Ale i tak brawa dla autora, że mu się chciało.
Do tego seks i przemoc. I ciekawa intryga. I klub BDSM. I autor na końcu niszczy Kraków, a właściwie generuje w nim coś w stylu - pierwsze skojarzenie - epidemii Crossed.
Jeff Vandermeer trylogia Southern Reach: Unicestwienie, Ujarzmienie, Ukojenie
Fun fact: książki te były dodawane (ok, nie wiem czy wszystkie, ale pierwszy tom na pewno) do Pani Domu (czy czegoś w tym guście, nie jestem z tym sektorem na bieżąco).
Jakie to dobre. Kurde. Wspaniale napisane, wspaniale przetłumaczone, do tego jeszcze świetnie dobrana szata graficzna za którą odpowiada Patryk Mogilnicki.
Czego tu nie ma. Są i poplątane ludzie losy, i historia o pierwszym kontakcie z... no właśnie, z czymś na pewno, ale kwestią dyskusyjną jest, z czym właściwie, i próby udowodnienia sobie czegoś, i próby poznania siebie, i melancholia, i nie możność poradzenia sobie ze swoimi wspomnieniami, i cholernie nieprzyjazne, obce środowisko - obce i czyste, dodajmy. Nasz ziemski ekosystem, tylko... rozszerzony. Strefa X, w której Przed Laty Coś Się Stało. Ogrodzony, ściśle kontrolowany teren, nad którym pieczę sprawuje tajna rządowa agencja - Southern Reach. Wbrew oficjalnej propagandzie, Strefa jest odporna na zdradzenie swoich sekretów. Mechanizmy działania rozgrywających się w niej procesów pozostają niezbadane. Pozostają tylko niesprawdzalne hipotezy formułowane przez pracowników naukowych o coraz gorszej kondycji psychicznej. Kolejne ekspedycje badawcze zapuszczające się w zamknięty obszar wyruszają na zmarnowanie. Strefa albo odsyła ich członków - albo odsyła ich duplikaty.
Do tego autor siedzi w bliskich mi tematach - dziwne rzeczy dzieją się z materią, ludzie się zmieniają, rzeczy się zmieniają, świat się zmienia, panta rhei. Ponadto wychwyciłem znajome nuty w czasie czytania - dopiero po dotarciu do Podziękowań przekonałem się, jak bardzo znajome - Vandermeer wprost przywołuje Baudrillarda (postmarksista, postmodernista) i The Derrick Jensen Reader (Derrick Jensen to trochę świr, ale jednak sympatyczny w gruncie rzeczy anarchoprymitywista).
Formalnie nie jest to horror (aczkolwiek jak na fantastykę jest to fantastyka wyjątkowo posępna, bliska weird pod względem egzystencjalnego ciężaru), ale jak czytałem gdy byłem sam w mieszkaniu, przy plumkającym w tle dark ambiencie i zapadającym zmroku, czułem się nieswojo. A to jest naprawdę coś, generalnie mało który książkowy - szeroko pojęty - horror jest w stanie wywołać u mnie niepokój.
Ziemowit Szczerek Siódemka
znów ebook, ale tym razem legalny - z którejś z ostatnich edycji bookrage.
Autor ma kontrowersyjne - jak na Kraków i jak na ten kraj - poglądy, znaczy się, wyśmiewa i nazywa po imieniu wiele naszych współczesnych wad narodowych, chociaż ja tam od dawna do żadnego narodu się nie poczuwam, chyba, że pod względem przynależności do języka, no ale to jest efekt kosmicznego przypadku, więc w gruncie rzeczy też nie jestem z nim jakoś szczególnie zżyty. Tak czy owak, jest tu więc kpina z bogoojczyźnianości najpodlejszego sortu, ze szlachtomanii samozwańczych potomków husarii, z kuców, z tzw. turbosłowian (w ogóle fajnie że autor zauważył zjawisko, samo w sobie będące na jednym poziomie prawdopodobieństwa z teoriami o reptilionach), jest bezlitosne wypunktowanie polskiego bezformia, umiłowania przypadkowości i chaosu. Autor stawia tezę, nie pierwszy zresztą raz, że współczesna Polska nie ma żadnego czynnika spajającego, bowiem nie wykształciła się żadna konkretna kultura mająca odbicie w stylu architektonicznym, w zagospodarowaniu przestrzeni. Że uganiamy się w kółko za cieniami wydobytymi z historii w celach autoterapeutycznych. Autor stawia momentami bardzo gorzkie tezy, nie sposób jednak nie odmówić mu racji - w jednym tylko się nie zgodzę - Kraków jest ostatnim chyba miejscem w tym kraju, gdzie można uciec przed Polską. Jest to miasto, w którym Polska wylewa się z każdej studzienki, która opada na autochtonów i przyjezdnych w szaroburym smogu, która zakwita na ścianach kanionów blokowisk tysiącem napisów w stylu "SEBA ROZJEBAŁ SIĘ NA PSACH".
A wracając do Siódemki - chodzi rzecz jasna o drogę siódemkę. Jest ona personifikacją Polski, tę czarną dziurą pośród ściany wschodniej, zachodniej, północy i południa, tym miejscem, gdzie jest wszystko i gdzie zarazem niczego nie ma. Z Krakowa do Warszawy jedzie Paweł, śpieszy się na Bardzo Ważne Spotkanie. Po drodze zderza się jednak z Polską, z przejaskrawionymi absurdami naszej rzeczywistości, spotykają go sytuacje iście surrealistyczne, nie ma lekko, płoną samochody, trup ściele się gęsto, a ostatecznie... wybucha wojna.
Czytałem już kiedyś Szczerka (Przyjdzie Mordor i nas zje) (o rany, to już ponad rok temu było, jak ten czas leci), Siódemka jest nawet lepsza.
Kazimierz Banek W kręgu Hermesa Trismegistosa
Ok, nadmieniam o tym tylko z kronikarskiego obowiązku, bo nie mam kompetencji by ocenić tę pozycję pod względem merytorycznym. Autor ma przed nazwiskiem prof. dr hab., przez lata był dyrektorem Instytutu Religioznawstwa UJ.
Jest to pierwsze sensu stricte naukowe opracowanie nt. hermetyzmu jakie czytałem, dla laika jest świetną odtrutką na rozmaite pierdoły na ten temat, od jakich się roi w internetowych depozytach wiedzy tajemnej czy w publikacjach na ten temat poczynionych przez najróżniejszych świrów współczesnych i historycznych. Autor rozprawia się z najpopularniejszymi mitami, poddaje rzeczowej, przekrojowej analizie kontekst społeczny oraz historyczny w jakim narodził się hermetyzm, ścieranie się wpływów helleńskich, egipskich i żydowskich. Przy okazji stawia tezę, że Mojżesz był egipskim magiem.
Generalnie bardzo polecam, mnóstwa szalenie interesujących rzeczy się można dowiedzieć, tym bardziej, że w "dyskursie szkolnym" o Hermesie Trismegistosie zupełnie nic nie było, a był to jeden z większych kultów starożytności bliskowschodniej, południowoeuropejskiej i północnoafrykańskiej. Kult kontynuowany w jakimś stopniu i w jakimś sensie po dzień dzisiejszy.
Wsie - Wsie, BDTA 2015
Jeśli zastanawialiście się kiedyś, jak mógłby brzmieć polski odpowiednik wspólnych płyt Current 93 z Thomasem Ligottim, to już wiecie, o tutaj jest odpowiedź. Do szumiąco-szurająco-trzaskliwego tła, będącego ni to zapętlonymi, poprzerabianymi field recordings z nawrzucanymi samplami czy bliżej nieokreślonymi dodatkowymi odgłosami, monotonny głos relacjonuje swoje wrażenia z wizyt w różnych wsiach. Wrażenia podane jakby mógł je podać niezależny obserwator. A wsie o których opowiada są surrealistyczne, groteskowe, absurdalne. Podobnie musiały brzmieć taśmy w Bungalowie Ligottiego, podobnie jak słuchacz czuł się wędrowiec przybywający do Innsmouth.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura i sztuka i dewiacje: Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura i sztuka i dewiacje: Muzyka. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 października 2015
niedziela, 14 grudnia 2014
Pokrótce #4
1) Twin Peaks reż. V/A.
Odświeżyłem sobie kultowy serial. Nie miałem wcześniej okazji przerobić drugiego sezonu, więc nadrobiłem zaległości.
O ile pierwszy sezon był majstersztykiem, groteskową, surrealistyczną opowieścią o źle drzemiącym w ludziach oraz o tym, jak jedno wydarzenie staje się katalizatorem przemian dokonujących się w małym mieście leżącym na uboczu, to drugi, cóż, drugiego jak dla mnie mogłoby nie być. Lub mógłby się skończyć w momencie rozwiązania przewodniej tajemnicy z pierwszego.
Pierwszy miał idealne zakończenie i rewelacyjnie poprowadzoną fabułę.Wątki poboczne rozwijały się w miarę logicznie, główni bohaterowie miotali się między różnymi odnogami prowadzonego śledztwa, aż do momentu kulminacyjnego, w którym tak na prawdę nic nie było jasne i wprost wyrażone.
Drugi był pastiszem telenoweli na znacznie większą skalę niż pierwszy. Część wątków doprowadzono do absurdu, inne dorzucono na siłę, część postaci tak zagmatwano, że zupełnie zbladły w porównaniu z samymi sobą z sezonu pierwszego. Niby tak miało być, że bohaterowie ulegają wewnętrznym przemianom, ale historia Nadine, wyjazd Jamesa, pościg odmienionego Bena Horne'a za czynieniem dobra, powrót z "zaświatów" najpierw samej Catherine a potem jej brata - w moim przypadku wywarły reakcję odmienną od zamierzonej - znudzenie i rozczarowanie. Poza tym przez kilka odcinków przysłoniły i tak rozmyty motyw przewodni. Znacznie bardziej rzucały się też w oczy uroki telewizyjnej produkcji, wszystkie jej niedociągnięcia i ograniczenia.
Zakończenie rekompensowało co prawda te niedogodności, ale pomiędzy odcinkiem w którym zagadka się wyjaśniła a ostatnim odcinkiem tylko dzięki samozaparciu nie porzuciłem oglądania serialu.
Ptaszki ćwierkają, że Lynch wraca do Twin Peaks. Pożyjemy, zobaczymy co z tego wyjdzie. Delikatnie trzymam kciuki.
2) Where the Dead Go to Die, reż. Jimmy ScreamerClauz, 2012
Niezwykle zwyrodniały, surrealistyczny, przejmujący, niepokojący, psychodeliczny, wszechogarniająco dziwaczny film animowany. Nieco przerost treści nad formą - animacja 3D wygląda jak pierwsze gry komputerowe zrealizowane w tej technologii, przetworzonych głosów niektórych postaci praktycznie nie da się zrozumieć - aczkolwiek ma to swój plus bo zestawiając z poruszanymi w obrazie kwestiami tworzy się przepaść warunkująca wynaturzony, groteskowy i duszny klimat całości.
Kilka pozornie niezwiązanych ze sobą historii skrzywdzonych rozmaicie dzieci łączy postać demonicznego, gadającego psa podrzucającego im świetne inaczej pomysły na rozwiązanie palących problemów. Do tego mamy odniesienia do symboliki religijnej, wyprawę w głąb umysłu co najmniej schizofrenicznego, naiwność dziecięcą skonfrontowaną z wyrachowanym okrucieństwem, mnóstwo przemocy i sporo odrażających czynności seksualnych (które raczej nie przeszłyby w filmie aktorskim dystrybuowanym w mainstreamie).
Bardzo dobra rzecz dla kogoś lubującego się w takich klimatach, ale opinie wiszące w internetach, że jest to krzyżówka "Gummo" i "Silent Hill" są przesadzone.
Dopóki nie dotarłem do wypowiedzi reżysera, byłem święcie przekonany, że zawarł w swojej animacji mnóstwo wszelakiej symboliki.
A okazało się, że po prostu się zjarał.
Pamiętajcie drogie dzieci, sięgajcie tylko po czysty towar z pewnych źródeł. Chyba, że macie talent i zjazdy jak pan ScreamerClauz.
3) Pink Floyd Endless River, 2014.
Niejako pośmiertny album legendarnej grupy pozbierany z różnych odprysków. Solidny poziom późnych Gilmourowskich Floydów, ale nic odkrywczego, wręcz przeciwnie. Tylko jeden kawałek nie instrumentalny. O ile do Floydów zawsze będę mieć sentyment (Wish You Were Here było chyba pierwszą płytą z muzyką [i zarazem pierwszy oryginalny album] jaką słyszałem) to do tego albumu niekoniecznie.
4) Pora zwyrola, 21.11.14
Wrócili do Krakowa, przycupnęli w kinie Mikro. Pierwszy seans po dłuższej nieobecności - padło na nunsploitation - filmy Satanico Pandemonium i Alucarda. To pierwsze to typowe nunsploitation, zestarzało się niemiłosiernie, fabuła dziurawa - dosłownie i w przenośni, efekty żadne, Lucyfer wzbudzający komizm niż strach; to, co szokowało wtedy (w 1975 roku) (np. całujące się półnagie zakonnice) dziś nie robi żadnego wrażenia na nikim oprócz wychowywanych w zamkniętej piwnicy bez okien ultra-katolików, takich, co czują się zbrukani na widok kobiety w spodniach.
Kamień milowy w swoim gatunku i kinie eksploatacji, ale mocno zakurzony.
To drugie to mroczna, surrealistyczna baśń, wyjątkowo nierówna pod względem formy i treści. Uroczo odrealniona. W połowie filmu zmienia się wydźwięk, co rozkłada całą fabułę i sens (do połowy - Kościół zły - po połowie - ok, diabeł istnieje i jest zły, "frakcja liberalna" w Kościele ok). Bardziej fantasy z elementami nunsploitation. Specyficzne habity ze specyficznym rozkładem krwawych(?) plam na nich, skojarzenia dość oczywiste, wnioski z takiego przedstawienia zakonnic całkiem feministyczne.
Minusem całej imprezy - ludzie na widowni żrący czipsy i szeleszczący niemiłosiernie oraz - paradoksalnie - amatorski dubbing na żywo. Niepotrzebnie czytający kwestie robili sobie dodatkowe jaja z tego, co akurat rozgrywało się na ekranie.
Ale tak czy siak stałe miejsce na popkulturalnej scenie Stołecznego Królewskiego.
5) Garth Ennis, Peter Snejbjerg Dear Billy, Dynamite Entertainment, 2009
Komiks, trade paperback. Fabuła Ennisa, kreska Snejbjerga. Mało dokładne tła, mało szczegółowe postaci. Tyle, że w przypadku tego komiksu nie rysunek jest najważniejszy.
Drugi tom metaserii Battlefields opowiada o losach brytyjskiej pielęgniarki cudem uratowanej po masowym gwałcie i mordzie żołnierzy japońskich na grupie kobiet w czasie inwazji na Singapur w 1942 roku.
Rany na ciele zabliźniły się, ale rany na duszy - nie. Obserwujemy jak bohaterka próbuje ułożyć sobie życie i poradzić sobie z traumą. Większa część akcji rozgrywa się w szpitalu wojskowym, gdzie pracuje a gdzie trafiają też ranni Japończycy - dezerterzy. Nasza bohaterka, Carrie Sutton, nie potrafi zapomnieć i wybaczyć. Zabija ich jednego za drugim, aż jej przełożeni zaczynają coś podejrzewać. W międzyczasie Ennis wprowadza Billy'ego, oficera lotnictwa, udekorowanego asa o również poranionej psychice, ale nie napędzanego nienawiścią w takim stopniu, jak Carrie. Fascynacja zmienia się w miłość, związek wystawiony jest na próbę, bla, bla, bla, tymczasem wojna zaczyna chylić się ku końcowi i dotychczasowi śmiertelni wrogowie stają pomału ni to rynkiem zbytu, ni to przyszłymi potencjalnymi partnerami handlowymi. Carrie nie może się z tym pogodzić...
Może i jest to historia obyczajowa, do tego zrealizowana w formie retrospekcji-listu do Billy'ego, ale zakończenie jest jak cios obuchem po łbie. Bardzo mocna rzecz stawiająca trudne pytania i nie udzielająca jednoznacznych odpowiedzi.
6) Francis Billotte Mord w Meksyku, Ethos,
Sensacyjno-kryminalna opowieść około-popularnonaukowa opowiadająca o stalinowskich mordach. O Trockim jest tylko jeden rozdział. Badziew charakterystyczny dla wczesnych lat '90 XXw., okładka upstrzona podtytułem Z archiwum N.K.W.D. i nazwą serii - Seria Szarego Wilka. Autor to najprawdopodobniej Polak ukrywający się pod francuskim pseudonimem. W tej serii ukazało się jeszcze parę jego książek, w tym o Kubie Rozpruwaczu.
Czytadło jakich wiele. Do poruszanej w książce tematyki można było - nawet w takiej samej konwencji - podejść ze znacznie lepszym rezultatem.
7) Tomasz Mann Tristan
Klasyk literatury niemieckiej XX wieku i jego - w miarę - standardowe tematy - przeobrażenia w świecie mieszczaństwa II Rzeszy/Republiki Weimarskiej, uczucie schyłkowości i nadciągającego rozpadu, bliżej nieokreślonego niebezpieczeństwa. Zmiany w relacjach międzyludzkich, zepchnięcie gdzieś ludzi wrażliwych, artystów, bunt młodego pokolenia a stateczni rodzice.
Na książkę składają się dwie niezwiązane ze sobą nowelki. Czytałem lepsze i znacznie lepsze rzeczy tego autora. Pozycja raczej dla fanów autora lub kronikarzy nastrojów epoki.
8) S.T. Joshi H.P. Lovecraft. Biografia
Może i głupio napisać raptem parę słów o książce-molochu mającej prawie 1200 stron, ale nie czuję się kompetentny do wydawania bardziej rozbudowanych osądów.
Autor dokonał niemożliwego - krok za krokiem rozmontował i prześwietlił życie Samotnika z Providence, pochylił się nad jego znajomymi, nielicznymi przyjaciółmi, trudnymi relacjami rodzinnymi. Ilość informacji zgromadzonych w tej książce jest wręcz przytaczająca. Autor rozgranicza swoje opinie o swoim bohaterze od informacji o nim, które prezentuje jak na poważnego naukowca przystało.
Nie wiem, co o tym myśleć. Oszałamia dociekliwość i dokładność autora. Jest to najbardziej kompletne kompendium wiedzy o Lovecrafcie z jakim zetknąłem się kiedykolwiek. Fani już dawno pewnie mają, więc nie muszę polecać. Niedzielni czytelnicy Lovecrafta zapewne odbiją się od treści.
9) Kronos 3/2014
Dużo o Friedrichu Georgu Jüngerze i dużo jego tekstów. Był jednak bardziej uporządkowanym i zarazem bardziej przewidywalnym autorem od brata. Zarazem bardziej konserwatywnym, miał swój udział w powolnych przemianach Ernsta.
Poza tym, jak to w Kronosie. Rzeczy interesujące i mniej interesujące. Recenzja Reactionary Modernism Herfa. Artykuł o Zinowjewie, dysydencie radzieckim i antystaliniście, który po upadku ZSRR przeszedł na stalinizm (w tym szaleństwie była metoda, aczkolwiek dźwięcząca rozpaczą po utracie punktów odniesienia).
Dobry numer.
10) Noise Magazine 2/2014
Dużo radości.
Odświeżyłem sobie kultowy serial. Nie miałem wcześniej okazji przerobić drugiego sezonu, więc nadrobiłem zaległości.
O ile pierwszy sezon był majstersztykiem, groteskową, surrealistyczną opowieścią o źle drzemiącym w ludziach oraz o tym, jak jedno wydarzenie staje się katalizatorem przemian dokonujących się w małym mieście leżącym na uboczu, to drugi, cóż, drugiego jak dla mnie mogłoby nie być. Lub mógłby się skończyć w momencie rozwiązania przewodniej tajemnicy z pierwszego.
Pierwszy miał idealne zakończenie i rewelacyjnie poprowadzoną fabułę.Wątki poboczne rozwijały się w miarę logicznie, główni bohaterowie miotali się między różnymi odnogami prowadzonego śledztwa, aż do momentu kulminacyjnego, w którym tak na prawdę nic nie było jasne i wprost wyrażone.
Drugi był pastiszem telenoweli na znacznie większą skalę niż pierwszy. Część wątków doprowadzono do absurdu, inne dorzucono na siłę, część postaci tak zagmatwano, że zupełnie zbladły w porównaniu z samymi sobą z sezonu pierwszego. Niby tak miało być, że bohaterowie ulegają wewnętrznym przemianom, ale historia Nadine, wyjazd Jamesa, pościg odmienionego Bena Horne'a za czynieniem dobra, powrót z "zaświatów" najpierw samej Catherine a potem jej brata - w moim przypadku wywarły reakcję odmienną od zamierzonej - znudzenie i rozczarowanie. Poza tym przez kilka odcinków przysłoniły i tak rozmyty motyw przewodni. Znacznie bardziej rzucały się też w oczy uroki telewizyjnej produkcji, wszystkie jej niedociągnięcia i ograniczenia.
Zakończenie rekompensowało co prawda te niedogodności, ale pomiędzy odcinkiem w którym zagadka się wyjaśniła a ostatnim odcinkiem tylko dzięki samozaparciu nie porzuciłem oglądania serialu.
Ptaszki ćwierkają, że Lynch wraca do Twin Peaks. Pożyjemy, zobaczymy co z tego wyjdzie. Delikatnie trzymam kciuki.
2) Where the Dead Go to Die, reż. Jimmy ScreamerClauz, 2012
Niezwykle zwyrodniały, surrealistyczny, przejmujący, niepokojący, psychodeliczny, wszechogarniająco dziwaczny film animowany. Nieco przerost treści nad formą - animacja 3D wygląda jak pierwsze gry komputerowe zrealizowane w tej technologii, przetworzonych głosów niektórych postaci praktycznie nie da się zrozumieć - aczkolwiek ma to swój plus bo zestawiając z poruszanymi w obrazie kwestiami tworzy się przepaść warunkująca wynaturzony, groteskowy i duszny klimat całości.
Kilka pozornie niezwiązanych ze sobą historii skrzywdzonych rozmaicie dzieci łączy postać demonicznego, gadającego psa podrzucającego im świetne inaczej pomysły na rozwiązanie palących problemów. Do tego mamy odniesienia do symboliki religijnej, wyprawę w głąb umysłu co najmniej schizofrenicznego, naiwność dziecięcą skonfrontowaną z wyrachowanym okrucieństwem, mnóstwo przemocy i sporo odrażających czynności seksualnych (które raczej nie przeszłyby w filmie aktorskim dystrybuowanym w mainstreamie).
Bardzo dobra rzecz dla kogoś lubującego się w takich klimatach, ale opinie wiszące w internetach, że jest to krzyżówka "Gummo" i "Silent Hill" są przesadzone.
Dopóki nie dotarłem do wypowiedzi reżysera, byłem święcie przekonany, że zawarł w swojej animacji mnóstwo wszelakiej symboliki.
A okazało się, że po prostu się zjarał.
Pamiętajcie drogie dzieci, sięgajcie tylko po czysty towar z pewnych źródeł. Chyba, że macie talent i zjazdy jak pan ScreamerClauz.
3) Pink Floyd Endless River, 2014.
Niejako pośmiertny album legendarnej grupy pozbierany z różnych odprysków. Solidny poziom późnych Gilmourowskich Floydów, ale nic odkrywczego, wręcz przeciwnie. Tylko jeden kawałek nie instrumentalny. O ile do Floydów zawsze będę mieć sentyment (Wish You Were Here było chyba pierwszą płytą z muzyką [i zarazem pierwszy oryginalny album] jaką słyszałem) to do tego albumu niekoniecznie.
4) Pora zwyrola, 21.11.14
Wrócili do Krakowa, przycupnęli w kinie Mikro. Pierwszy seans po dłuższej nieobecności - padło na nunsploitation - filmy Satanico Pandemonium i Alucarda. To pierwsze to typowe nunsploitation, zestarzało się niemiłosiernie, fabuła dziurawa - dosłownie i w przenośni, efekty żadne, Lucyfer wzbudzający komizm niż strach; to, co szokowało wtedy (w 1975 roku) (np. całujące się półnagie zakonnice) dziś nie robi żadnego wrażenia na nikim oprócz wychowywanych w zamkniętej piwnicy bez okien ultra-katolików, takich, co czują się zbrukani na widok kobiety w spodniach.
Kamień milowy w swoim gatunku i kinie eksploatacji, ale mocno zakurzony.
To drugie to mroczna, surrealistyczna baśń, wyjątkowo nierówna pod względem formy i treści. Uroczo odrealniona. W połowie filmu zmienia się wydźwięk, co rozkłada całą fabułę i sens (do połowy - Kościół zły - po połowie - ok, diabeł istnieje i jest zły, "frakcja liberalna" w Kościele ok). Bardziej fantasy z elementami nunsploitation. Specyficzne habity ze specyficznym rozkładem krwawych(?) plam na nich, skojarzenia dość oczywiste, wnioski z takiego przedstawienia zakonnic całkiem feministyczne.
Minusem całej imprezy - ludzie na widowni żrący czipsy i szeleszczący niemiłosiernie oraz - paradoksalnie - amatorski dubbing na żywo. Niepotrzebnie czytający kwestie robili sobie dodatkowe jaja z tego, co akurat rozgrywało się na ekranie.
Ale tak czy siak stałe miejsce na popkulturalnej scenie Stołecznego Królewskiego.
5) Garth Ennis, Peter Snejbjerg Dear Billy, Dynamite Entertainment, 2009
Komiks, trade paperback. Fabuła Ennisa, kreska Snejbjerga. Mało dokładne tła, mało szczegółowe postaci. Tyle, że w przypadku tego komiksu nie rysunek jest najważniejszy.
Drugi tom metaserii Battlefields opowiada o losach brytyjskiej pielęgniarki cudem uratowanej po masowym gwałcie i mordzie żołnierzy japońskich na grupie kobiet w czasie inwazji na Singapur w 1942 roku.
Rany na ciele zabliźniły się, ale rany na duszy - nie. Obserwujemy jak bohaterka próbuje ułożyć sobie życie i poradzić sobie z traumą. Większa część akcji rozgrywa się w szpitalu wojskowym, gdzie pracuje a gdzie trafiają też ranni Japończycy - dezerterzy. Nasza bohaterka, Carrie Sutton, nie potrafi zapomnieć i wybaczyć. Zabija ich jednego za drugim, aż jej przełożeni zaczynają coś podejrzewać. W międzyczasie Ennis wprowadza Billy'ego, oficera lotnictwa, udekorowanego asa o również poranionej psychice, ale nie napędzanego nienawiścią w takim stopniu, jak Carrie. Fascynacja zmienia się w miłość, związek wystawiony jest na próbę, bla, bla, bla, tymczasem wojna zaczyna chylić się ku końcowi i dotychczasowi śmiertelni wrogowie stają pomału ni to rynkiem zbytu, ni to przyszłymi potencjalnymi partnerami handlowymi. Carrie nie może się z tym pogodzić...
Może i jest to historia obyczajowa, do tego zrealizowana w formie retrospekcji-listu do Billy'ego, ale zakończenie jest jak cios obuchem po łbie. Bardzo mocna rzecz stawiająca trudne pytania i nie udzielająca jednoznacznych odpowiedzi.
6) Francis Billotte Mord w Meksyku, Ethos,
Sensacyjno-kryminalna opowieść około-popularnonaukowa opowiadająca o stalinowskich mordach. O Trockim jest tylko jeden rozdział. Badziew charakterystyczny dla wczesnych lat '90 XXw., okładka upstrzona podtytułem Z archiwum N.K.W.D. i nazwą serii - Seria Szarego Wilka. Autor to najprawdopodobniej Polak ukrywający się pod francuskim pseudonimem. W tej serii ukazało się jeszcze parę jego książek, w tym o Kubie Rozpruwaczu.
Czytadło jakich wiele. Do poruszanej w książce tematyki można było - nawet w takiej samej konwencji - podejść ze znacznie lepszym rezultatem.
7) Tomasz Mann Tristan
Klasyk literatury niemieckiej XX wieku i jego - w miarę - standardowe tematy - przeobrażenia w świecie mieszczaństwa II Rzeszy/Republiki Weimarskiej, uczucie schyłkowości i nadciągającego rozpadu, bliżej nieokreślonego niebezpieczeństwa. Zmiany w relacjach międzyludzkich, zepchnięcie gdzieś ludzi wrażliwych, artystów, bunt młodego pokolenia a stateczni rodzice.
Na książkę składają się dwie niezwiązane ze sobą nowelki. Czytałem lepsze i znacznie lepsze rzeczy tego autora. Pozycja raczej dla fanów autora lub kronikarzy nastrojów epoki.
8) S.T. Joshi H.P. Lovecraft. Biografia
Może i głupio napisać raptem parę słów o książce-molochu mającej prawie 1200 stron, ale nie czuję się kompetentny do wydawania bardziej rozbudowanych osądów.
Autor dokonał niemożliwego - krok za krokiem rozmontował i prześwietlił życie Samotnika z Providence, pochylił się nad jego znajomymi, nielicznymi przyjaciółmi, trudnymi relacjami rodzinnymi. Ilość informacji zgromadzonych w tej książce jest wręcz przytaczająca. Autor rozgranicza swoje opinie o swoim bohaterze od informacji o nim, które prezentuje jak na poważnego naukowca przystało.
Nie wiem, co o tym myśleć. Oszałamia dociekliwość i dokładność autora. Jest to najbardziej kompletne kompendium wiedzy o Lovecrafcie z jakim zetknąłem się kiedykolwiek. Fani już dawno pewnie mają, więc nie muszę polecać. Niedzielni czytelnicy Lovecrafta zapewne odbiją się od treści.
9) Kronos 3/2014
Dużo o Friedrichu Georgu Jüngerze i dużo jego tekstów. Był jednak bardziej uporządkowanym i zarazem bardziej przewidywalnym autorem od brata. Zarazem bardziej konserwatywnym, miał swój udział w powolnych przemianach Ernsta.
Poza tym, jak to w Kronosie. Rzeczy interesujące i mniej interesujące. Recenzja Reactionary Modernism Herfa. Artykuł o Zinowjewie, dysydencie radzieckim i antystaliniście, który po upadku ZSRR przeszedł na stalinizm (w tym szaleństwie była metoda, aczkolwiek dźwięcząca rozpaczą po utracie punktów odniesienia).
Dobry numer.
10) Noise Magazine 2/2014
Dużo radości.
środa, 5 marca 2014
Odpryski XXXI
1) Jak wspomniałem przy okazji poprzednich Odprysków, byłem na koncercie ostatnio. 28.02. Trasa Bewitching The Polonia '14, Kraków. Nie robię o tym osobnego posta, bo poszedłem tam w sumie tylko na Morowe, twórczości pozostałych dwóch kapel praktycznie nie znam, i głupio by to wyglądało w osobnej notce.
I tak, Thaw zagrali coś niesamowicie przećpanego, aż prosiłoby się zażyć jakiś enteogen przed wejściem na salę. Kosmiczne pasaże, ni to black metal, ni to jakiś psychodeliczny doom/stoner. Najszybciej mi zleciał ich występ. Na Mord'A'Stigmata wynudziłem się nieco. OK, nie grają źle, ale przynajmniej to, co zaprezentowali było wyjątkowo spokojne, aż za spokojne. Przeglądając w internecie relacje i opinie o tym koncercie, nie ja jeden doszedłem do wniosku, że można ich muzykę kontemplować niekoniecznie stojąc pod sceną.
No i Morowe. Zaczęli od Dziurawego świata ze składanki Silesian Black Attack, oprócz nowych kawałków (z którymi się jeszcze nie osłuchałem, tym bardziej, że z nową płytą wystąpiły niespodziewane trudności) z pierwszej płyty zagrali na pewno Tylko piekło, labirynty, diabły, Komendę, Czas trwanie zatrzymać i bodajże albo Wstęp albo Zakończenie. Namnożyło się ich tam na scenie trochę, więc w pewnym momencie kilka zakapturzonych postaci w charakterystycznych maskach zeszło między publiczność i przechadzało się spokojnie pomiędzy machającymi łbami i/lub innymi najlepszymi częściami siebie widzami.
I tylko szkoda, że mój "skład" koncertowy (tzn. kilka nie znających się wzajemnie osób) zupełnie się posypał i byłem tam samotny w tłumie.
Organizacja była wyjątkowo dobra, praktycznie nie było żadnych obsuw. Minusem miejsca (Rotunda, ale ta od strony Błoń) jest jednak brak szatni. Poza tym, odkąd rok temu po koncercie Massemord odbywającym się w tym samym miejscu uszkodziłem sobie słuch (tyle dobrze, że odwracalnie), na każdym koncercie, na jakim jestem, mam w uszach stopery. Muzykę i tak słychać, a nie słychać tych wszystkich pogłosów, echa, problemów technicznych, hałasu na sali/w klubie, itd. Polecam.
2) Zaś w ostatni poniedziałek było spotkanie promocyjne świeżo wydanej antologii Księga Wampirów. Odbywało się w artetece, tam gdzie był Kfason. Miałem okazję w końcu osobiście poznać kilku autorów. Po afterparty byłem w stanie dotrzeć do siebie o własnych siłach, więc nie było źle. Co prawda, przez ten event mój wtorek był nieco ciężkim dniem, ale raz się żyje.
3) Przeglądając cyklicznie różne zakamarki internetu znajduję czasem bardzo przyjemne niespodzianki. I tak, buszując ostatnio na bandcampie, spostrzegłem, iż niejaki Mories, gość od kilku projektów muzycznych/antymuzycznych (m.in. Gnaw Their Tongues), sporo swojej wczesnej i "środkowej" twórczości udostępnił do ściągnięcia za darmo - o, tutaj. Wśród pozytywnych komentarzy o GTT na lastfm znalazłem dwa, pod którymi mogę się podpisać. Pozwolę sobie je tutaj zacytować: need therapy but no money? oraz przeraźliwie obskurwiałe uwielbiam.
4) Różni ludzie trafiają na tego bloga. Czasem w statystykach (w źródłach ruchu sieciowego) natrafiam na istny panoptykon. Ale coś takiego:
trafiło się po raz pierwszy. Cóż, ktokolwiek to był, trafił fatalnie, bo wprost na recenzję Ósmego kręgu piekieł Borunia.
5) Pod oficjalnymi personaliami należę do takiego jednego stowarzyszenia. Ostatnimi czasy mój mały, popkulturowo zorientowany projekt znów, po prawie rocznej przerwie, ruszył. Przy współpracy z czymś bardzo podobnym. Yeah.
I tak, Thaw zagrali coś niesamowicie przećpanego, aż prosiłoby się zażyć jakiś enteogen przed wejściem na salę. Kosmiczne pasaże, ni to black metal, ni to jakiś psychodeliczny doom/stoner. Najszybciej mi zleciał ich występ. Na Mord'A'Stigmata wynudziłem się nieco. OK, nie grają źle, ale przynajmniej to, co zaprezentowali było wyjątkowo spokojne, aż za spokojne. Przeglądając w internecie relacje i opinie o tym koncercie, nie ja jeden doszedłem do wniosku, że można ich muzykę kontemplować niekoniecznie stojąc pod sceną.
No i Morowe. Zaczęli od Dziurawego świata ze składanki Silesian Black Attack, oprócz nowych kawałków (z którymi się jeszcze nie osłuchałem, tym bardziej, że z nową płytą wystąpiły niespodziewane trudności) z pierwszej płyty zagrali na pewno Tylko piekło, labirynty, diabły, Komendę, Czas trwanie zatrzymać i bodajże albo Wstęp albo Zakończenie. Namnożyło się ich tam na scenie trochę, więc w pewnym momencie kilka zakapturzonych postaci w charakterystycznych maskach zeszło między publiczność i przechadzało się spokojnie pomiędzy machającymi łbami i/lub innymi najlepszymi częściami siebie widzami.
I tylko szkoda, że mój "skład" koncertowy (tzn. kilka nie znających się wzajemnie osób) zupełnie się posypał i byłem tam samotny w tłumie.
Organizacja była wyjątkowo dobra, praktycznie nie było żadnych obsuw. Minusem miejsca (Rotunda, ale ta od strony Błoń) jest jednak brak szatni. Poza tym, odkąd rok temu po koncercie Massemord odbywającym się w tym samym miejscu uszkodziłem sobie słuch (tyle dobrze, że odwracalnie), na każdym koncercie, na jakim jestem, mam w uszach stopery. Muzykę i tak słychać, a nie słychać tych wszystkich pogłosów, echa, problemów technicznych, hałasu na sali/w klubie, itd. Polecam.
2) Zaś w ostatni poniedziałek było spotkanie promocyjne świeżo wydanej antologii Księga Wampirów. Odbywało się w artetece, tam gdzie był Kfason. Miałem okazję w końcu osobiście poznać kilku autorów. Po afterparty byłem w stanie dotrzeć do siebie o własnych siłach, więc nie było źle. Co prawda, przez ten event mój wtorek był nieco ciężkim dniem, ale raz się żyje.
3) Przeglądając cyklicznie różne zakamarki internetu znajduję czasem bardzo przyjemne niespodzianki. I tak, buszując ostatnio na bandcampie, spostrzegłem, iż niejaki Mories, gość od kilku projektów muzycznych/antymuzycznych (m.in. Gnaw Their Tongues), sporo swojej wczesnej i "środkowej" twórczości udostępnił do ściągnięcia za darmo - o, tutaj. Wśród pozytywnych komentarzy o GTT na lastfm znalazłem dwa, pod którymi mogę się podpisać. Pozwolę sobie je tutaj zacytować: need therapy but no money? oraz przeraźliwie obskurwiałe uwielbiam.
4) Różni ludzie trafiają na tego bloga. Czasem w statystykach (w źródłach ruchu sieciowego) natrafiam na istny panoptykon. Ale coś takiego:
trafiło się po raz pierwszy. Cóż, ktokolwiek to był, trafił fatalnie, bo wprost na recenzję Ósmego kręgu piekieł Borunia.
5) Pod oficjalnymi personaliami należę do takiego jednego stowarzyszenia. Ostatnimi czasy mój mały, popkulturowo zorientowany projekt znów, po prawie rocznej przerwie, ruszył. Przy współpracy z czymś bardzo podobnym. Yeah.
niedziela, 19 maja 2013
Czarna Sztuka I
0) Black metal to wyjątkowo pretensjonalny podgatunek szeroko pojętej muzyki metalowej (jakby samo określenie metal nie było wystarczająco pretensjonalne), jednak z różnych powodów czarna sierść jest moją ulubioną. Może dlatego, że wyjątkowo dobrze łączy się z innymi gatunkami, niekoniecznie metalem.
Black metal zaczął się jako bunt - bunt metafizyczny. Na przestrzeni lat wyewoluował znacznie, gdzieniegdzie wychodząc z zatęchłych piwnic i zaśnieżonych lasów na świeże powietrze lub nawet w blask fleszy mainstreamu (np. w Norwegii). To, co w gatunku szokowało niektórych w latach '90, na chwilę obecną nie ma już takiej siły oddziaływania (a ćwieki chyba nawet przebiły się do mody głównonurtowej, w każdym razie mam takie wrażenie), stąd całe mrowie eklektycznego łączenia tego i owego z black metalem. W końcu człek poczciwy jest panem form i wbrew ujadaniu niszowych jedynych prawdziwych nie trzeba robić z siebie idioty na każdym kroku, by zachować wierność gatunkowi, jeśli oczywiście kogoś takie pierdoły jak wierność jednemu określonemu rodzajowi muzyki obchodzą. Mnie nie.
Lubię posłuchać czasem i jakiś przynudzających, wiejących kosmicznym zimnem nieludzkich otchłani pasaży dźwiękowych, i lżejszych, melancholijnych kompozycji o braku sensu, śmierci ludzkości i składaniu ofiar Szatanowi, ale czasem też szybkich, brutalnych i chaotycznych nawalanek, innym razem przychodzi ochota na coś topornego, czasem na odrobinę wirtuozerii (ano, i w tym gatunku się zdarza. Rzadko ale zawsze). Nie wiem w sumie, po co ten wstęp napisałem, no ale ok, trudno, niech będzie.
1) Furia W melancholii, Pagan Records, 2013
Może i Furia to taka Coma polskiego black metalu, ale przyznać trzeba, że panowie z Let The World Burn, udzielający się nie tylko w Furii, lecz i pierdylionie innych projektów grać potrafią. I, co się bardzo chwali, zdają się mieć wyjebane na jojczenia fanów, grając nierzadko rzeczy, które potrafiły co bardziej trwardogłowych słuchaczy przyprawiać o jeszcze większy ból głowy, niż odczuwany przez takowych na co dzień. O ile albumy studyjne Furii nie przekraczają jeszcze aż tak granic gatunku, to na EP-kach wypuszczają wodze fantazji bardzo daleko. Już na Halnym pokazali swoje znacznie bardziej pinkfloydowe oblicze, zaś teraz przekroczyli zupełnie czas osiowy. W melancholii zawiera dwie kompozycje, Z melancholika krew nie wypływa oraz Napuchną mną drzewa. Patrząc na takie tytuły spodziewałem się charakterystycznych dla zespołu tekstów, przepełnionych dziwnością, absurdem i wzorowanych nieco na muzyce ludowej. Nie folkowej, ludowej. Słuchając kawałka Nieżyt ze składanki Silesian Black Attack czy ostatniego albumu, Marzannie, królowej Polski, nie trudno wyobrazić sobie scenki, w której Nihil wychodzi z biedaszybu, a dusza jego jest czarna jak wungiel, Namtar leży obok na pokrytej szarym pyłem trawie, patrzy niewidzącym wzrokiem w stalowoszare niebiosa rozpościerające się nad nim, bawiąc się przy tym nożem (takim plastikowym, czasem dają do kebaba), Sars leży pijany w rowie nieopodal, majacząc recytuje na przemian cytaty z Evoli i tekst Urojeń ksobnych, z repertuaru jego własnego projektu Duszę Wypuścił, zaś Voldtekt chwiejąc się stoi na hałdzie kawałek dalej, i leje przed siebie. Wyobrażacie sobie to? Ok, to teraz wyobraźcie sobie jeszcze, że zaczęło padać, Nihil siada ciężko na ziemi, pomrukując "o kurwa, zgniłem", zapala papierosa, takiego ukraińskiego, bez filtra, po czym zaczyna śpiewać, niczym staruszka siedząca przed krytą strzechą chatą, gdzieś na północ od Radomia: "Wyszedł Nieżyt ze suchego morza, i wyszedł Jezus z niebios. Rzecze doń Jezus: ''Dokąd idziesz Nieżycie?'' Rzecze mu Nieżyt: ''Tu idę, Gospodynie, w człowieczej głowie mózg suszyć, kości łamać, uszy ogłuszyć, oczy oślepić, krew przelewać, usta wykrzywiać, żyły umartwiać, biesami je męczyć". Itd. Furia to muzyka ludowa na miarę współczesnego ludu, z którego wywodzą się muzycy, przegniłej i przegranej, skąpanej w pyle i umorusanej węglem populacji Górnego Śląska.
Zasmuciłem się więc nieco, gdy w dołączonej do płyty książeczki nie ma tekstów żadnych. Zamiast tego jest tam kilka zdjęć, przedstawiających jakieś skute lodem, sztuczne akweny, drzewo i butelkę po piwie, leżącą pod drzewem. Cóż, bywa i tak, pomyślałem, trzeba będzie słuchać uważnie. I tu się zadziwiłem po raz wtóry. Przede wszystkim, jak już napomknąłem wyżej, Furia lubi przekraczać łamy gatunku. I tym razem przekroczyli je na tyle, że w sumie to już nie jest black metal. Tzn. nadal unosi się nad tym jakaś siaka taka atmosfera radosnego nihilizmu, aktywnej melancholii, coś w rodzaju przeczucia mówiącego cieszymy się i radujmy ale na końcu i tak wyzdychamy, które jest całkiem nieco bardzo black metalowa w swojej ontologii, lecz black metalu jako takiego tutaj raczej nie ma. I słów żadnych nie ma, co wyjaśniałoby brak tekstów w książeczce. A co więc jest? Hmmm, no jest jakiś post-rock, shoegaze/blackgaze, trochę doom metalu, akordeon, wreszcie coś pomiędzy kołysanką a pomrukiwaniem (aaa-aaa-aaa ale nie na melodię Kotki dwa) na końcu Napuchną mną drzewa.
Materiał ten jest dosyć krótki, nie trwa nawet 20 minut ale to w końcu EP-ka. Furia to nie jakiś (przykład pierwszy z brzegu, przy chwili zastanowienia zapewne znalazłbym bardziej adekwatne, zbliżone stylistycznie i gatunkowo przykłady) Moonsorrow, nagrywający EP-ki trwające dłużej niż albumy innych kapel. Mimo tego, zapada w pamięć, słucha się W melancholii bardzo przyjemnie, nawet jeśli faktycznie ogarnia słuchacza melancholia. Nie obawiałbym się za to tego, iż Furia pójdzie muzycznie właśnie w tym kierunku. Po sporo psychedeliczno-progresywnym Halnym była black metalowa surowizna, Marzannie, królowej..., teraz mamy coś takiego, o ile w Halnym było więcej black metalu niż jest go W melancholii, to zapewne jest to wybryk jednorazowy. A jeśli nawet nie, to też dobrze. Bo czemu by nie.
2) Massemord A Life-giving Power of Devastation, Pagan Records, 2013
Massemord to drugi z najbardziej chyba znanych projektów ludzisków z Let The World Burn, czyli w sumie, oprócz perkusisty, tych samych ziutków, co i w Furii grają. O ile jednak Furia to black metal (na chwilę obecną black metal formalny, ale niezbyt materialny) taki bardziej stonowany, melancholijny, spokojny na swój sposób, choćby był to spokój nie zdradzającego żadnych emocji szalonego mordercy, czy też raczej, skoro to muzyka ludowa, szalonego miłośnika kóz spod Radomia, lub bohatera Domu złego, to Massemord był odbiciem znacznie bardziej żywiołowej strony twórczości zaangażowanych w niego muzyków. I nadal taki jest. O ile stylistycznie, w Furii przelewają się różne style i wpływy, to opisywana płyta Massemord łączy w sobie chyba wszystko, co przewinęło się pod tym szyldem przez ostatnie lata. Jest to więc black metal szybki i brutalny, momentami nieco thrashowy, gdy przy połamanej strukturze za przejścia robią pojedyncze gitarowe takie tam szuruburu, czasem lekko psychedeliczny w stylu The Madness Tongue Devouring Juices of Livid Hope, jednak mniej inwazyjny, mniej wszechogarniający niż np. na Let The World Burn czy The Whore of Hate - znacznie więcej jest tutaj ciszy, w której czasem rozbrzmiewają pojedyncze dźwięki, rozbrzmiewające w jednostajnym rytmie, by potem przetoczyć się nagłą, potężną nawałnicą po uszach słuchacza.
Tak czy siak, na płycie jest 9 utworów, trwających łącznie prawie 50 minut. W książeczce dołączonej do płyty są ich teksty, oprócz 7-go Horror to Come. W sumie w książeczce niby tekst do tego jest umieszczony, ale to tak na prawdę tekst do 8-ki The Stoning Malignant, której w książeczce nie ma. Zaś Horror to Come ma jakiś tekst po polsku (jedyna piosenka z polskim tekstem na tej płycie), w którym jest coś i o otchłani, i o gniewie jakimś wielkim, i o złości, i o wymuszonym ekshibicjonizmie. Poza tym mały błąd jest w książeczce w tekście 4-ki, ale pierdołowaty, ot, nagle się tam w losowym momencie pojawił tytuł 2-ki. Zdarza się. Poza tym książeczka jest naprawdę ładna, utrzymana w odcieniach czerni, szarości, czerwieni i bieli, pełna jakiś krzywych mord (także członków kapeli), rysunków dłoni, rąk, jakiś dziwnych sylwetek poplątanych nieco, jest Jezus na odwróconym krzyżu, jest jakiś ptak dziki z Radomia pożerający kogoś, itd., no black metalowy standard, tutaj jednak bardzo ładnie przedstawiony, trzymający się całości, nawet, jeśli poszczególne elementy wyglądają jakby nasrane na siebie dosyć przypadkowo, to mimo wszystko wygląda to bardzo estetycznie.
Tak czy siak, wydaje mi się, że płyta ta to takie dobre podsumowanie tego, czym jest obecnie Massemord. Niby nie ma tu niczego odkrywczego, a mimo tego słucha się tego dobrze i nie nudzi się to zbytnio.
3) FDS Nagranie z muzyką naiwną, Malignant Voices, 2011
Godz. 03:00, ja, absynt, ta płyta, pełne zaciemnienie w pokoju, słuchawki na głowie, wysłużony discman obok na podłodze, trip się rozpoczyna.
Godz. ~03:45 głowa mnie boli, wszystko mnie boli, idę spać. Miałem sen, w którym zabijałem ludzi, potem wróciłem po swoje zsiniałe sumienie i następnie obudziłem się, przerażony, absolutnie pewien, że łapska moje w krwi niewinnej obmyłem.
Kolejny projekt związany z Let The World Burn, dwóch członków będących zarówno jednocześnie w Furii, jak i Massemord. Znów black metal, lecz coś zupełnie innego od dwóch projektów, o których już wcześniej wspominałem. Płyta całkiem dobrze przeze mnie obsłuchana, przesłuchana i wysłuchana, jednak mimo upływu czasu i wielu podejść (mam ją w końcu od ponad roku), jednakowo trudna w odbiorze. Nie mam pojęcia, co Nihil, Namtar i Cień ćpali w czasie jej nagrywania, ale zarówno teksty, jak i muzyka to jakiś bardzo zły trip, wyprawa w szaleństwo, które nie jest przyswajalne dla przeciętnego słuchacza, nawet przeciętnego słuchacza black metalu. Mamy więc zupełnie poplątaną strukturę, raz jest szybko i chaotycznie, po chwili wszystko zwalnia, muzyka nagle znika a zostaje tylko deklamujący tekst znudzonym głosem wokalista (Cień?), mamy w tle jakieś pasaże ambientowe, w których co jakiś czas coś strzyka, syczy i trzaska, jak mnie w kościach, gdy wstawałem z podłogi po ostatnim uważnym przesłuchaniu tej płyty, przy całym swoim chaosie, utwory są raczej mało skomplikowane. Produkcja stoi na wysokim poziomie, ma duży udział w kreowaniu chorej atmosfery całości.
Przy płycie jest książeczka z tekstami, wypisanymi często w dziwnych kierunkach, do tego bogato ozdobione jest to obrazkami gołych pań (rysowanych lub vintage), lub chociaż nagiego biustu, jednak całość jest poskładana na tyle dziwacznie i surrealistycznie, że jednych cycków nawet nie zauważyłem przy pierwszym przeglądaniu jej. Podsumowując, ta płyta wymaga od słuchacza dużo cierpliwości, jednak odwdzięcza mu się bardzo nietuzinkową formą i treścią, nie każdemu przypadnie toto do gustu, jak dla mnie jest to całkiem niezłe, nie jest to jednak muzyka, którą mógłbym słuchać codziennie.
Black metal zaczął się jako bunt - bunt metafizyczny. Na przestrzeni lat wyewoluował znacznie, gdzieniegdzie wychodząc z zatęchłych piwnic i zaśnieżonych lasów na świeże powietrze lub nawet w blask fleszy mainstreamu (np. w Norwegii). To, co w gatunku szokowało niektórych w latach '90, na chwilę obecną nie ma już takiej siły oddziaływania (a ćwieki chyba nawet przebiły się do mody głównonurtowej, w każdym razie mam takie wrażenie), stąd całe mrowie eklektycznego łączenia tego i owego z black metalem. W końcu człek poczciwy jest panem form i wbrew ujadaniu niszowych jedynych prawdziwych nie trzeba robić z siebie idioty na każdym kroku, by zachować wierność gatunkowi, jeśli oczywiście kogoś takie pierdoły jak wierność jednemu określonemu rodzajowi muzyki obchodzą. Mnie nie.
Lubię posłuchać czasem i jakiś przynudzających, wiejących kosmicznym zimnem nieludzkich otchłani pasaży dźwiękowych, i lżejszych, melancholijnych kompozycji o braku sensu, śmierci ludzkości i składaniu ofiar Szatanowi, ale czasem też szybkich, brutalnych i chaotycznych nawalanek, innym razem przychodzi ochota na coś topornego, czasem na odrobinę wirtuozerii (ano, i w tym gatunku się zdarza. Rzadko ale zawsze). Nie wiem w sumie, po co ten wstęp napisałem, no ale ok, trudno, niech będzie.
1) Furia W melancholii, Pagan Records, 2013
Może i Furia to taka Coma polskiego black metalu, ale przyznać trzeba, że panowie z Let The World Burn, udzielający się nie tylko w Furii, lecz i pierdylionie innych projektów grać potrafią. I, co się bardzo chwali, zdają się mieć wyjebane na jojczenia fanów, grając nierzadko rzeczy, które potrafiły co bardziej trwardogłowych słuchaczy przyprawiać o jeszcze większy ból głowy, niż odczuwany przez takowych na co dzień. O ile albumy studyjne Furii nie przekraczają jeszcze aż tak granic gatunku, to na EP-kach wypuszczają wodze fantazji bardzo daleko. Już na Halnym pokazali swoje znacznie bardziej pinkfloydowe oblicze, zaś teraz przekroczyli zupełnie czas osiowy. W melancholii zawiera dwie kompozycje, Z melancholika krew nie wypływa oraz Napuchną mną drzewa. Patrząc na takie tytuły spodziewałem się charakterystycznych dla zespołu tekstów, przepełnionych dziwnością, absurdem i wzorowanych nieco na muzyce ludowej. Nie folkowej, ludowej. Słuchając kawałka Nieżyt ze składanki Silesian Black Attack czy ostatniego albumu, Marzannie, królowej Polski, nie trudno wyobrazić sobie scenki, w której Nihil wychodzi z biedaszybu, a dusza jego jest czarna jak wungiel, Namtar leży obok na pokrytej szarym pyłem trawie, patrzy niewidzącym wzrokiem w stalowoszare niebiosa rozpościerające się nad nim, bawiąc się przy tym nożem (takim plastikowym, czasem dają do kebaba), Sars leży pijany w rowie nieopodal, majacząc recytuje na przemian cytaty z Evoli i tekst Urojeń ksobnych, z repertuaru jego własnego projektu Duszę Wypuścił, zaś Voldtekt chwiejąc się stoi na hałdzie kawałek dalej, i leje przed siebie. Wyobrażacie sobie to? Ok, to teraz wyobraźcie sobie jeszcze, że zaczęło padać, Nihil siada ciężko na ziemi, pomrukując "o kurwa, zgniłem", zapala papierosa, takiego ukraińskiego, bez filtra, po czym zaczyna śpiewać, niczym staruszka siedząca przed krytą strzechą chatą, gdzieś na północ od Radomia: "Wyszedł Nieżyt ze suchego morza, i wyszedł Jezus z niebios. Rzecze doń Jezus: ''Dokąd idziesz Nieżycie?'' Rzecze mu Nieżyt: ''Tu idę, Gospodynie, w człowieczej głowie mózg suszyć, kości łamać, uszy ogłuszyć, oczy oślepić, krew przelewać, usta wykrzywiać, żyły umartwiać, biesami je męczyć". Itd. Furia to muzyka ludowa na miarę współczesnego ludu, z którego wywodzą się muzycy, przegniłej i przegranej, skąpanej w pyle i umorusanej węglem populacji Górnego Śląska.
Zasmuciłem się więc nieco, gdy w dołączonej do płyty książeczki nie ma tekstów żadnych. Zamiast tego jest tam kilka zdjęć, przedstawiających jakieś skute lodem, sztuczne akweny, drzewo i butelkę po piwie, leżącą pod drzewem. Cóż, bywa i tak, pomyślałem, trzeba będzie słuchać uważnie. I tu się zadziwiłem po raz wtóry. Przede wszystkim, jak już napomknąłem wyżej, Furia lubi przekraczać łamy gatunku. I tym razem przekroczyli je na tyle, że w sumie to już nie jest black metal. Tzn. nadal unosi się nad tym jakaś siaka taka atmosfera radosnego nihilizmu, aktywnej melancholii, coś w rodzaju przeczucia mówiącego cieszymy się i radujmy ale na końcu i tak wyzdychamy, które jest całkiem nieco bardzo black metalowa w swojej ontologii, lecz black metalu jako takiego tutaj raczej nie ma. I słów żadnych nie ma, co wyjaśniałoby brak tekstów w książeczce. A co więc jest? Hmmm, no jest jakiś post-rock, shoegaze/blackgaze, trochę doom metalu, akordeon, wreszcie coś pomiędzy kołysanką a pomrukiwaniem (aaa-aaa-aaa ale nie na melodię Kotki dwa) na końcu Napuchną mną drzewa.
Materiał ten jest dosyć krótki, nie trwa nawet 20 minut ale to w końcu EP-ka. Furia to nie jakiś (przykład pierwszy z brzegu, przy chwili zastanowienia zapewne znalazłbym bardziej adekwatne, zbliżone stylistycznie i gatunkowo przykłady) Moonsorrow, nagrywający EP-ki trwające dłużej niż albumy innych kapel. Mimo tego, zapada w pamięć, słucha się W melancholii bardzo przyjemnie, nawet jeśli faktycznie ogarnia słuchacza melancholia. Nie obawiałbym się za to tego, iż Furia pójdzie muzycznie właśnie w tym kierunku. Po sporo psychedeliczno-progresywnym Halnym była black metalowa surowizna, Marzannie, królowej..., teraz mamy coś takiego, o ile w Halnym było więcej black metalu niż jest go W melancholii, to zapewne jest to wybryk jednorazowy. A jeśli nawet nie, to też dobrze. Bo czemu by nie.
2) Massemord A Life-giving Power of Devastation, Pagan Records, 2013
Massemord to drugi z najbardziej chyba znanych projektów ludzisków z Let The World Burn, czyli w sumie, oprócz perkusisty, tych samych ziutków, co i w Furii grają. O ile jednak Furia to black metal (na chwilę obecną black metal formalny, ale niezbyt materialny) taki bardziej stonowany, melancholijny, spokojny na swój sposób, choćby był to spokój nie zdradzającego żadnych emocji szalonego mordercy, czy też raczej, skoro to muzyka ludowa, szalonego miłośnika kóz spod Radomia, lub bohatera Domu złego, to Massemord był odbiciem znacznie bardziej żywiołowej strony twórczości zaangażowanych w niego muzyków. I nadal taki jest. O ile stylistycznie, w Furii przelewają się różne style i wpływy, to opisywana płyta Massemord łączy w sobie chyba wszystko, co przewinęło się pod tym szyldem przez ostatnie lata. Jest to więc black metal szybki i brutalny, momentami nieco thrashowy, gdy przy połamanej strukturze za przejścia robią pojedyncze gitarowe takie tam szuruburu, czasem lekko psychedeliczny w stylu The Madness Tongue Devouring Juices of Livid Hope, jednak mniej inwazyjny, mniej wszechogarniający niż np. na Let The World Burn czy The Whore of Hate - znacznie więcej jest tutaj ciszy, w której czasem rozbrzmiewają pojedyncze dźwięki, rozbrzmiewające w jednostajnym rytmie, by potem przetoczyć się nagłą, potężną nawałnicą po uszach słuchacza.
Tak czy siak, na płycie jest 9 utworów, trwających łącznie prawie 50 minut. W książeczce dołączonej do płyty są ich teksty, oprócz 7-go Horror to Come. W sumie w książeczce niby tekst do tego jest umieszczony, ale to tak na prawdę tekst do 8-ki The Stoning Malignant, której w książeczce nie ma. Zaś Horror to Come ma jakiś tekst po polsku (jedyna piosenka z polskim tekstem na tej płycie), w którym jest coś i o otchłani, i o gniewie jakimś wielkim, i o złości, i o wymuszonym ekshibicjonizmie. Poza tym mały błąd jest w książeczce w tekście 4-ki, ale pierdołowaty, ot, nagle się tam w losowym momencie pojawił tytuł 2-ki. Zdarza się. Poza tym książeczka jest naprawdę ładna, utrzymana w odcieniach czerni, szarości, czerwieni i bieli, pełna jakiś krzywych mord (także członków kapeli), rysunków dłoni, rąk, jakiś dziwnych sylwetek poplątanych nieco, jest Jezus na odwróconym krzyżu, jest jakiś ptak dziki z Radomia pożerający kogoś, itd., no black metalowy standard, tutaj jednak bardzo ładnie przedstawiony, trzymający się całości, nawet, jeśli poszczególne elementy wyglądają jakby nasrane na siebie dosyć przypadkowo, to mimo wszystko wygląda to bardzo estetycznie.
Tak czy siak, wydaje mi się, że płyta ta to takie dobre podsumowanie tego, czym jest obecnie Massemord. Niby nie ma tu niczego odkrywczego, a mimo tego słucha się tego dobrze i nie nudzi się to zbytnio.
3) FDS Nagranie z muzyką naiwną, Malignant Voices, 2011
Godz. 03:00, ja, absynt, ta płyta, pełne zaciemnienie w pokoju, słuchawki na głowie, wysłużony discman obok na podłodze, trip się rozpoczyna.
Godz. ~03:45 głowa mnie boli, wszystko mnie boli, idę spać. Miałem sen, w którym zabijałem ludzi, potem wróciłem po swoje zsiniałe sumienie i następnie obudziłem się, przerażony, absolutnie pewien, że łapska moje w krwi niewinnej obmyłem.
Kolejny projekt związany z Let The World Burn, dwóch członków będących zarówno jednocześnie w Furii, jak i Massemord. Znów black metal, lecz coś zupełnie innego od dwóch projektów, o których już wcześniej wspominałem. Płyta całkiem dobrze przeze mnie obsłuchana, przesłuchana i wysłuchana, jednak mimo upływu czasu i wielu podejść (mam ją w końcu od ponad roku), jednakowo trudna w odbiorze. Nie mam pojęcia, co Nihil, Namtar i Cień ćpali w czasie jej nagrywania, ale zarówno teksty, jak i muzyka to jakiś bardzo zły trip, wyprawa w szaleństwo, które nie jest przyswajalne dla przeciętnego słuchacza, nawet przeciętnego słuchacza black metalu. Mamy więc zupełnie poplątaną strukturę, raz jest szybko i chaotycznie, po chwili wszystko zwalnia, muzyka nagle znika a zostaje tylko deklamujący tekst znudzonym głosem wokalista (Cień?), mamy w tle jakieś pasaże ambientowe, w których co jakiś czas coś strzyka, syczy i trzaska, jak mnie w kościach, gdy wstawałem z podłogi po ostatnim uważnym przesłuchaniu tej płyty, przy całym swoim chaosie, utwory są raczej mało skomplikowane. Produkcja stoi na wysokim poziomie, ma duży udział w kreowaniu chorej atmosfery całości.
Przy płycie jest książeczka z tekstami, wypisanymi często w dziwnych kierunkach, do tego bogato ozdobione jest to obrazkami gołych pań (rysowanych lub vintage), lub chociaż nagiego biustu, jednak całość jest poskładana na tyle dziwacznie i surrealistycznie, że jednych cycków nawet nie zauważyłem przy pierwszym przeglądaniu jej. Podsumowując, ta płyta wymaga od słuchacza dużo cierpliwości, jednak odwdzięcza mu się bardzo nietuzinkową formą i treścią, nie każdemu przypadnie toto do gustu, jak dla mnie jest to całkiem niezłe, nie jest to jednak muzyka, którą mógłbym słuchać codziennie.
niedziela, 11 listopada 2012
Czarny metal to wojna
Taki oto artykulik, lub raczej jego wczesna wersja, którą kiedyś zacząłem pisać z zamiarem wysłania do takiego smutnego, studenciackiego pisma, akurat istniejącego na moim wydziale. Jednak w międzyczasie doszedłem do wniosku, że wyszło to zbyt radykalnie, jak na takie piśmidło, poza tym nie chciało mi się tego kończyć, jest trochę urwane pod koniec. Tak czy siak, viola.
Czarny metal to wojna
Od dawna wiadomo, że
muzyka to świetny nośnik dla wszelkiego rodzaju propagandy, wiadomo
też, że im bardziej niszowe gatunki, tym bardziej radykalny
przekaz. Zaś apolityczność w praktyce nie istnieje, bo polityczne
jest de facto wszystko, zgodnie z najszerszą i najbardziej radykalną
definicją. Poza tym każdy ma jakieś poglądy, nawet jeśli nie
zdaje sobie sprawy z ich posiadania.
System kapitalistyczny tak
działa, że sprzedaje jako dobra luksusowe bądź alternatywne,
skierowane do określonej działającej w jego ramach subkultury, to,
co sam uprzednio wyparł lub przejął, gdy pojawili się ci, którzy
na danej modzie postanowili zarobić. Stąd też z jednej strony
obecność Nergala w mediach głównonurtowych, a książki o jego
kapeli ("Konkwistadorzy diabła") leżą w salonikach
prasowych obok n-tych zbiorów cudów Jana Pawła II oraz, z drugiej
strony, utyskiwania podstarzałych fanów, że kiedyś to było
lepiej, gdy wszystko sprowadzało się do pisania odręcznych listów
i wysyłania ich do amatorskich, kleconych często byle jak i byle z
czego zinów oraz nagrywania kolejnych "kultowych" dem na
zabrane mamie kasety Maryli Rodowicz.
Pewne gatunki jednak nie
wyjdą ze swoich nisz, bo są zbyt trudne w odbiorze dla szerokich
mas potencjalnych odbiorców, jak np. power electronics. Inne wyjdą
tylko częściowo, zawsze rozdarte między radykalne światopoglądowo
i stylistycznie podziemie, oraz ugładzone, bawiące się konwencją
grupy, którym udało się przebić do głównego nurtu.
Nie ma w tym także nic
dziwnego, że bardzo często ci, którzy za młodu chcieli kopniakami
ruszyć z posad zastaną bryłę świata, na starość usiedli na
niej wygodnie. Tak jest już człowiek zbudowany, oprócz tych
różnych wyjątków, które się "nie sprzedały" i twardo
stoją na straży posiadanej przez siebie Prawdy.
Do tych gatunków można
zaliczyć właśnie black metal z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Nie ma co się rozwodzić
nad historią gatunku, gdyż nie ma to w tym momencie żadnego
znaczenia, nie ma co też rozwodzić się nad historiami tych, którzy
wylądowali w mainstreamie, często po latach nagrywania w podziemiu,
wystarczy włączyć dowolną muzyczną telewizję, by takich
zobaczyć i posłuchać, co mają do powiedzenia, w tym krótkim
artykule chciałem pokazać tych, którzy – we własnym mniemaniu –
mają coś radykalnego do powiedzenia i sami się stawiają poza –
a często przeciwko – szeroko pojętemu głównemu nurtowi. Rzecz
jasna, skupię się tylko na tych, którzy są interesujący z punktu
widzenia politologii, na tych, których poglądy można podciągnąć
pod bardzo szeroko pojętą filozofię, gdzie można natrafić na
odwoływanie się do określonych ideologii, itd.
Artykuł ten nie będzie
rzecz jasna fachowym artykułem naukowym, gdyż nie widzę takiej
potrzeby, poza tym w pewnych przypadkach trudno w morzu plotek,
domysłów i wymysłów znaleźć wiarygodne informacje na dany
temat. Uroki podziemia. Zresztą, prawdę powiedziawszy, myślę, że
część przypadków byłaby bardziej interesująca dla psychiatry,
niż politologa.
Tak czy owak, w szeroko
pojętym black metalu można wyróżnić umownie "skrajną
prawicę" i "skrajną lewicę". Akurat w tym gatunku
ta pierwsza jest znacznie bardziej rozpowszechniona. Zaliczyć tu
trzeba przede wszystkim całą masę najróżniejszych wykonawców
odwołujących się do różnych form i wariacji (neo)nazizmu. Nurt
zwany NSBM (National Socialist Black Metal) nie jest rzecz jasna
jednolity stylistycznie, ani nawet światopoglądowo. Mamy tam bowiem
grupy odwołujące się do przedchrześcijańskich, pogańskich
wierzeń takiej czy innej historycznej grupy ludności, zazwyczaj
Germanów, Słowian i Celtów, przy czym popularny jest swoisty
"pogański ekumenizm", mieszanie pojęć, symboli i nawet
bóstw z różnych mitologii, przy uznaniu ich za równe sobie
manifestacje tych samych mocy natury lub – rzadziej – bliżej
niesprecyzowanych bytów duchowych. O ile dla części wykonawców
tego nurtu różne Peruny, Thory i Odyny to martwe symbole
przedchrześcijańskiej przeszłości, które są jednak "nasze"
i stanowią dobre narzędzie do walki z "obcym"
chrześcijaństwem (zazwyczaj nazywanym "judeochrześcijaństwem"),
dla niektórych to rzeczywiście istniejące bóstwa, ośmieszone lub
przerobione przez zwycięskie chrześcijaństwo na złe demony.
Nieliczni uznają wszystkie bóstwa pogańskie za różne
manifestacje tej samej lucyferycznej siły, rozumianej jednak nie w
sensie sensu stricte satanistycznym, lecz gnostycznym (bóstwa
pogańskie/Lucyfer – „dobre”, bo zgodne z naturą i pierwotnymi
instynktami człowieka, bóg chrześcijański – jakiś obcy,
narzucony Demiurg – „zły”, bo sprzeczny z naturalnym „prawem
silniejszego” i kultywujący jakieś mgliste zaświaty zamiast
zaprowadzenia porządku na Ziemi tu i teraz – taka mała
immanentyzacja eschatonu) lub sekularyzowanym – antychryst jako
natura, jako wola życia, wola mocy – widać tutaj zwulgaryzowane
wpływy nietzscheańskie. Mdły, przeintelektualizowany i eklektyczny
mistycyzm miesza się z jasnymi deklaracjami ateizmu.
Oprócz
pogańskich wojowników walczących z chrześcijańskimi najeźdźcami,
muzycy tego nurtu odwołują się bardzo często albo do
współczesnych mutacji nazizmu, co sugeruje nazwa, albo wręcz do
"dziedzictwa" III Rzeszy, lub innych
narodowo-socjalistycznych bądź faszystowskich reżimów/ruchów
istniejących na świecie na przestrzeni lat. Co ciekawe, z nazizmu
sensu stricte, wykonawcy NSBM biorą zazwyczaj wszystko, co najgorsze
– fascynację ludobójstwem, przemocą i kultem siły. Osobiście
nie napotkałem na żaden utwór tego nurtu, który np.
gloryfikowałby masowe roboty publiczne wprowadzone przez Hitlera
czy Mussoliniego, za to upiornych, jadowitych i koszmarnie topornych
piosenek o aryjskich/piekielnych/pogańskich legionach Waffen-SS
rozjeżdżających czołgami kościoły i synagogi oraz bestialsko
mordujących chrześcijan oraz wyznawców judaizmu w obozach zagłady
jest Legion. Islamowi też się dostaje, zwłaszcza odkąd ostatnimi
czasy nasila się emigracja ludności wyznającej islam z
pozaeuropejskich Peryferiów do europejskiego Centrum, wędrówki te
spowodowane są rzecz jasna przez sam kapitalizm jako taki, masy
przemieszczają się za kapitałem, oczywiście muzycy NSBM,
zwłaszcza ci wierzący w nadejście „wojny ras”, wyjaśniają to
zjawisko tworząc liczne teorie spiskowe, np. o Żydach
sprowadzających muzułmanów do Europy w celu zniszczenia do reszty
jej dziedzictwa kulturowego i cywilizacyjnego. Program negatywny
często staje się pozytywnym, i tak np. niejaki Kaiser Wodhanaz z
projektu Ad Hominem (wśród nagranych przez niego piosenek znajduje
się np. „Auschwitz Rulez”) stwierdził kiedyś, że „The
14 words1
are good
for fools
and life lovers.
Only
the death
of the rotten
civilization matters now”, po czym
zdystansował się od NSBM jako takiego.
Poglądy na temat
Holocaustu są wśród muzyków NSBM są niespójne – z jednej
strony trafiają się głosy, że nie było czegoś takiego (a ci
wszyscy ludzie umarli z przejedzenia? Ach, przepraszam – nie umarli
wcale, tylko potajemnie wyjechali do USA i rządzą teraz światem,
razem z reptilionami), z drugiej strony, że zginęło tam za mało
ludzi.
Początki NSBM wiązane są
z wczesną sceną norweską – zresztą, łatwiej byłoby wymienić
chyba to, co nie jest z nią wiązane, niż wszystko, co jest. Za
pierwowzór muzyka NSBM uchodzi Varg Vikerness, znany ze swojego
jednoosobowego projektu Burzum, do czasów Breivika najsłynniejszy
chyba norweski morderca.
Obiektywnie
rzecz biorąc, Varg to mitoman i megaloman, światopoglądowo zaś
łączy obecnie rasizm, sekularyzowane pogaństwo z uwielbieniem dla
wczesnego ustroju norweskich plemion, jakieś wiecowej demokracji
przy istnieniu plemiennego wodza i rady starszych, czy czegoś w tym
stylu; w jednym z nowszych wywiadów stwierdził też, że ideałem
byłoby żyć jak paleolityczni zbieracze-myśliwi, ale niestety nie
jest to obecnie możliwe, bo ludzi jest za dużo a środowisko
naturalne już ledwo dyszy2.
Ciężko więc jednoznacznie zaliczyć go do NSBM, bo nie
gloryfikował w tekstach nigdy III Rzeszy, jego wymarzony ustrój,
zdecentralizowana, plemienna demokracja jest jednak dosyć daleka od
totalitarnego molocha nazistowskich Niemiec. A sam rasizm i pogaństwo
nie jest wyznacznikiem gatunku, granice pomiędzy NSBM i pogańskim
black metalem, również zaliczanym do wspomnianej gdzieś na
początku tego artykułu „skrajnej prawicy” gatunku, są bardzo
płynne.
Tak czy
siak, Varg zasłynął przede wszystkim z morderstwa dokonanego na
swoim przyjacielu, również muzyku, Euronymusie. Ciężko
powiedzieć, o co poszło, Varg stoi na stanowisku, że Euro chciał
go zabić i nagrać to na video, w internecie można poza tym
natrafić na ogrom różnych plotek. Varg tłumaczył się, że
tamten potknął się i wpadł na szybę na klatce schodowej,
spotkałem się też z tłumaczeniem, że Euro potknął się i
nadział na nóż trzymany przez Varga. A potem musiał się
podnieść, potknąć się i nadziać na ten nóż jeszcze raz. I tak
w kółko wystarczającą ilość razy, by łącznie dostać
szesnaście ciosów w korpus i osiem w głowę i kark. Varg był
również zamieszany w podpalanie zabytkowych kościołów (zdjęcie
jednego z nich, już spalonego, trafiło nawet na okładkę EP-ki
Burzum „Aske”, co nomen omen znaczy „popiół”), jednak tego
mu przed sądem nie udowodniono.
Należy także w tym
momencie zauważyć koniecznie, że nie każda grupa black metalowa
wykorzystująca nazistowską symbolikę i przemycająca w tekstach
różne odwołania do tego czy tamtego, jest rzeczywiście
neonazistowska. Image muzyka black metalowego miał przede wszystkim
szokować – miał być zebraniem wszystkiego, co gnębi
przeciętnego współczesnego, umiarkowanie konserwatywnego, szarego
człowieka klasy średniej, wszystkich jego skumulowanych strachów i
obaw, i miał być rzuceniem mu tym wszystkim w twarz. Na podobnej
zasadzie pierwsi, nihilistyczni przedstawiciele subkultury punk
nosili m.in. żelazne krzyże, nikt nie posądzał ich o promowanie
nazizmu, chodziło tylko i wyłącznie o szokowanie, o złamanie
obowiązujących w społeczeństwie „tabu”. Black metal, mający
korzenie w częściowo punku właśnie czy wywodzącym się z niego
thrash metalu, miał szokować satanizmem, miał być nihilistycznym
buntem. Taka konwencja. Ideologie zaczęły tam napływać później.
Sceny NSBM zaczęły się
swego czasu organizować. Np. w Polsce powstała organizacja o nazwie
„Fullmoon”. Bardzo ciężko znaleźć na jej temat jakiekolwiek
wiarygodne informacje, zresztą, wystarczy prześledzić chociażby
losy kilku najważniejszych tam postaci, by przekonać się, że w
gruncie rzeczy miała charakter czysto subkulturowy a artykułowane
postulaty – nazwijmy je – polityczne nie miały żadnych szans
realizacji, były przejawem młodzieńczego radykalizmu członków
organizacji. „F” powstał jako organizacja sensu stricte
satanistyczna, założona przez muzyków wczesnej polskiej grupy
black metalowej Xantotol, gdzieś na początku lat '90. Nawiązano
kontakty z różnymi grupami okultystycznymi ze świata,
rozprowadzano w Polsce ich broszury i inne materiały. Organizacja
była ściśle hierarchiczna i elitarna, próbowano ją ukształtować
na coś w rodzaju zakonu. Jednak z czasem zaczęli tam pojawiać się
różni ludzie, którzy „przepchnęli” jej profil bardziej w
stronę (ezoterycznego) nazizmu. Mniej-więcej wtedy też pierwotni
założyciele odeszli z organizacji, porzucając ją na pastwę ludzi
w rodzaju Capricornusa czy Roba Darkena. „Fullmoon” zmienił też
nazwę na „Temple of Fullmoon”. Organizacja zrobiła manifestację
pod sztandarem ze swastyką bodajże w Szklarskiej Porębie, czym
wzbudziła zainteresowanie odpowiednich państwowych służb. Potem
pojawiły się pierwsze podziały (niewyjaśniona w sumie historia z
Karcharothem, który wiele lat później popełnił samobójstwo), a
organizacja zaczęła ograniczać się do bicia nielubianych muzyków
kapel, które nie chciały się przyłączyć, ale i z tym różnie
bywało. Jako ciekawostkę można przytoczyć fakt, że ponoć nawet
tak sławny obecnie Nergal miał oberwać od muzyka z grupy Perunwit,
jednak prawdziwy przebieg tego i innych związanych z organizacją
wydarzeń pozostaje nieznany. Inna plotka mówi o pewnym muzyku,
który niechcący zdradził organizację. Otóż przyszła do niego
pewnego dnia policja, a ten, przerażony, sam dał im wszystkie
posiadane materiały „ToF”. Jak miało się okazać później,
policja przyszła do niego w sprawie kradzieży z piwnic, a nie mniej
lub bardziej kuriozalnej działalności antysystemowej.
Capricornus,
pozujący na lidera późnego „ToF”, wydawał zina „Legion”.
Ciężko powiedzieć, czy ukazało się więcej numerów poza
pierwszym, tak czy siak, do tego udało mi się dotrzeć. Co rzuca
się w oczy to przede wszystkim żenujący poziom merytoryczny. W
numerze było coś z Crowleya, coś z Nietzschego oraz wywiad
obszerny z muzykiem z niemieckiej grupy Absurd. Co ciekawe, grupy
polakożerczej, odwołującej się zarówno do pogaństwa, volkizmu
jak i do nazizmu niemieckiego sensu stricte. W jednym z wywiadów,
muzyk ten, zapytany o zadziwiającą popularność Absurd w Polsce,
miał stwierdzić, że owszem, mają wielu fanów we wschodnich
Niemczech. Nie przeszkodziło to jednak Capricornusowi przeprowadzić
z nim czołobitnego wywiadu. Trzeba przyznać, że pochodzący ze
Śląska Capricornus, nagrywający zazwyczaj po niemiecku, miał
lekkie ciągoty germanofilskie.
Muzyk w wywiadzie opisał
niemieckie więzienie, w którym akurat przebywał (trafił tam za
zabójstwo – grób ofiary trafił na okładkę materiału Absurd
zatytułowanego „Thuringian Pagan Madness”), doszedł do wniosku,
że popełniony czyn zmienił go na lepsze (dodał sobie wtedy do
nazwiska nazwę mitologicznej bestii Nidhogg), oraz opisał swoją
ideologię „trzech trójkątów”, pogaństwo lucyferyczne,
wspomniany wyżej już przeze mnie „pogański ekumenizm”,
zakładający, że wszystkie bóstwa pogańskie to manifestacje
różnych aspektów jednego Lucyfera.
Poglądy polityczne „ToF”
zakładały rozpad i zagładę współczesnego, zdegenerowanego
świata, członkowie „ToF” byli w swoim mniemaniu elitą, która
przyśpieszy rozpad i zbuduje potem lepszy, aryjski świat, pod wodzą
jakiegoś nowego Fuehrera.
„ToF” rozpadło się
samo, lub zostało rozbite przez służby. Biorąc pod uwagę zakres
i rodzaj podejmowanej przez nich działalności, podejrzewam, że
służby specjalne państwa polskiego miały jednak do roboty lepsze
rzeczy niż uganianie się za grupką świrów, którzy jeśli
zaszkodzili komukolwiek, to przede wszystkim sobie samym. Obecnie
Capricornus zerwał kontakty z podziemiem i jego los pozostaje
nieznany. Nieżyczliwi twierdzili, że uzależnił się od
narkotyków. Zaś Rob Darken, nadal nagrywający w ramach swojego
projektu Graveland, nadal ma radykalne i niepoprawne politycznie
poglądy, jednak z czasem stonował je. Przeprosił się też z
Nergalem, z którym to był przez lata pokłócony (ponoć panowie
wysyłali sobie paczki z pozbawionymi głów kurami, itp. - jak już
wspominałem, informacje tego typu to krążące po internecie
plotki, uzyskane od ludzi niewiarygodnych, przytaczam je, bo czemu
nie, ale nie mają żadnej wartości), zajmuje się obecnie chyba
głównie wrzucaniem na swoje konto na Facebooku kolejnych swoich
zdjęć w zbroi wikinga.
Podziemie NSBM istnieje w
Polsce i współcześnie, nie przejawia jednak ono tendencji do
przyjmowania form zorganizowanych, ani jakichkolwiek innych.
Obrazu „skrajnej
prawicy” black metalu dopełniają nieliczne grupki propagujące
tradycjonalizm evoliański, włoski (archeo)futuryzm, neoeurazjanizm,
itd., np. włoska „Black Metal Invitta Armata”.
Ciekawym zjawiskiem są
też grupy NSBM/pagan bm z krajów pozaeuropejskich, wykonywane przez
muzyków nie będących białymi i nie odwołujących się do
„aryjskich” mitologii. W Meksyku istnieje spora scena pogańskiego
black metalu, odwołująca się do wierzeń azteckich, i
gloryfikująca mimochodem rasę indiańską. Na okładkach płyt
wykonawców tego nurtu można zobaczyć koło siebie np. wizerunki
żołnierza Wehrmachtu obok indiańskiego, azteckiego
wojownika-jaguara lub azteckiego orła trzymającego w szponach
stylizowaną, aztecką swastykę. Grupy te nagrywają też kowery
niektórych różnych grup i projektów europejskich, np. Burzum.
Na „skrajnej lewicy”
black metalu przede wszystkim wymienić trzeba wykonawców grających
pomieszanych z black metalem crust. Akurat to zjawisko, jak i sama
scena crustowa, jest mi praktycznie nie znana, więc nie będę się
na jej temat rozpisywał.
Istnieje zjawisko
przeciwne NSBMowi, zwane RABM – Red & Anarchist Black Metal.
Organizować się zaczęło później, świadomości istnienia
nabrało dużo później niż NSBM, jednak doszukiwało się swoich
korzeni również w legendarnej scenie norweskiej, tej samej, z
której wg niektórych ma wywodzić się NSBM. Zabity przez
Vikernessa Euronymus miał być komunistą. To jednak nie prawda,
owszem, był członkiem nawet jakiejś partii komunistycznej w
Norwegii, ale on fascynował się tym, co w stalinizmie najgorsze –
ponurością życia w wielkich blokowiskach, tajną policją, opresją
systemu. Pasowało mu to do mizantropii i nihilizmu, podobnie jak
części muzyków black metalowych do dziś pasuje mizantropia i
nihilizm Frontu Wschodniego lub obozów koncentracyjnych. Już
prędzej za protoplastów RABM można nazwać pochodzącą z
Argentyny grupę Profecium, której muzycy byli ponoć trockistami.
Nagrali m.in. utwór „Socialismo Satanico”. Klasyczny pod
względem muzycznej formy black metal nie przyjął się zbyt dobrze
u komunistów, u anarchistów często łączony jest z crustem,
punkiem lub hardcorem, za to w środowiskach zielonych anarchistów i
anarcho-prymitywistów znalazł przystań.
Powstała
cała scena w USA, na Wybrzeżu Północno-Zachodnim (Cascadia),
gdzie rozkwit przeżywają grupy łączące zielony anarchizm,
krytykę cywilizacji przemysłowej oraz nie-nazizujące pogaństwo
(jakiś anarcho-bio-regionalizm). Jako, że zjawisko to jest w Polsce
praktycznie nieznane, warto wymienić nazwy tych grup – Panopticon,
Wheels Within Wheels, Lake of Blood, Skagos, Agalloch, czy grupę od
której wszystko się zaczęło, i która bywa różnie klasyfikowana
– Wolves In The Throne Room. Muzycznie nie różni się to od
zwykłego atmospheric black metalu z elementami folku, ambientu,
gdzieniegdzie też blackgaze'u. Poruszanie kwestii ekologicznych i
Ekopogańsko-anarchistyczny
black metal dotarł do swojego logicznego ekstremum w postaci
nielicznych grup sympatyzujących z VHEMT3,
które często, jak np. Iuves, poruszają się w stylistyce raw black
metalowej czy black noise'owej, za wyjątkiem spokojniejszego Book Of
Sand.
I to było w sumie na
tyle.
1"We
must secure the existence of our people and a future for White
children." - slogan uknuty przez Davida Lane'a, amerykańskiego
współczesnego ideologa neonazistowskiego, popularny w środowiskach
neonazistów, zwolenników supremacji rasy białej oraz
nacjonalistów, zazwyczaj tych „trzeciodrogowych” lub
„trzeciopozycyjnych”.
2Takie
poglądy zbliżają go do części współczesnych "narodowych
anarchistów", jednak zakładam, że nie wie on o ich
istnieniu.
3Voluntary
Human Extinction Movement – Ruch na rzecz dobrowolnego wymarcia
ludzkości.
poniedziałek, 5 grudnia 2011
Jacob Kirkegaard "4 Rooms"
I tak powstał materiał, który trafił na "4 Rooms". Niby to field recordings, ale ze względu na zastosowane metody brzmi drone'owo, ambientowo, słychać coś, co przywodzi na myśl soundscape zimnego, pustego, zapomnianego bunkra, gdzie zalega ciemność, gdzie strach ma wielkie oczy i małego penisa. Nie potrafię się tym wydawnictwem jakoś bardzo zachwycić, ale trzeba przyznać, że wyszło bardzo solidnie. Dobry pomysł, dobre wykonanie.
Karlheinz Stockhausen "Helikopter-Quartett"
Niektórym to się w dupie przewraca od dobrobytu lub nadmiaru hmm bo ja wiem, przeintelektualizowania. Na co dzień raczej lubię wszelką dziwaczną awangardę, wszelkie próby zerwania i rozbicia starych form, wszystko, co kiełkuje z wirującego chaosu nadchodzącej nowej epoki. Niestety, mimo wszystkich swoich fascynacji (post)postmodernizmem, jeśli coś jest gównem, nie nazwę tego innym mianem, nawet jeśli to gówno wytworzone przez bardzo awangardowego i kreatywnego artystę, mającego odwagę przecierać nowe szlaki w muzyce.
Stockhausen to nie żywy już współczesny kompozytor mający odwagę eksperymentatora. Strona o nim na lastfm przytacza pierdylion jego mniej-lub-bardziej szalonych pomysłów. Wydaje się, że ten przedstawiany tu przeze mnie jest najbardziej szalony: Do najbardziej ekstrawaganckich pomysłów muzycznych "Licht" [jakiś jego większy projekt operowy - dop. ja] można zaliczyć "Helikopter String Quartet (1992-93)" na kwartet smyczkowy i cztery śmigłowce, w którym każdy instrumentalista kwartetu gra na pokładzie latającego śmigłowca, a dźwięk przekazywany jest do słuchaczy za pomocą wzmacniaczy i głośników. Brzmi nieźle? Owszem, ale jak się o tym czyta. Mnie, lubiącego industriale, noisy i power electronics bolała głowa od tej kakofonii i trwającej ponad pół godziny kompozycji nie skończyłem słuchać. Brawa za pomysł - brawa na stojąco - ale wykonanie powoduje ból zębów - chociaż w sumie może czepiam się niepotrzebnie, gdyż w sumie ciężko by było to zrealizować jakoś inaczej. Cała kompozycja to w sumie smyczkowa, maksymalnie drażniąca narządy słuchu kakofonia z jednostajnym buczeniem potężnych silników i charakterystycznym "wut-wut-wut-wut" w tle, raz na jakiś czas jakiś typ coś chrzani beznamiętnym głosem. Dla miłośników awangardy przez duże "A" i tylko dla nich. Jak mam słuchać niesłuchalnego, to wolę Atrax Morgue, SPK lub legion innych podziemnych i mrocznych wyziewów.
niedziela, 4 grudnia 2011
"The Conet Project: Recordings of Shortwave Numbers Stations"
A teraz coś naprawdę z innej beczki. Ale tak naprawdę, naprawdę innej. Ciężko to w sumie nazwać nawet muzyką. Cóż więc to jest?
Coś, czego na pewno byście się nie spodziewali. Są to upublicznione nagrania pochodzące z tzw. radiostacji numerycznych - wykorzystywanych przez wywiady państw do przekazywania informacji szpiegom znajdującym się "w polu". Chociaż tak właściwie to nie ma pewności, kto nadaje, skąd, po co i dla kogo. Tak, to jest właśnie to, co wam się może wydawać. Monotonne deklamacje numerów w różnych językach (w tym po polsku) w fatalnej jakości (nie dość że 64 kb to jeszcze pełno szumów i ogólnie nieraz dziwacznych i niepokojących odgłosów w tle). Jedne dźwięki są rozmyte, inne całkiem zrozumiałe, jedne praktycznie utopiono w morzu szumów i pisków (statycznych, wynikających z rozmaitych zakłóceń, czasem coś się na siebie nakłada, to znów znika). Mówią mężczyźni, kobiety, dzieci. Mówią spokojnie, wolno, szybko, z przejęciem lub nie. Gdzieś pojawia się dodatkowo przekaz Morse'm lub inne coś. Są pytania i odpowiedzi. Są odgłosy dziwacznych melodyjek, liczby lub kody (foxtrot, foxtrot, yankee...). Wszystko trzeszczy, syczy i kreuje bardzo niepokojącą atmosferę, zwłaszcza gdy obdarzony wyobraźnią człowiek zacznie się zastanawiać, jakie informacje i rozkazy idą skąd dla kogo nieprzerwanie od wielu, wielu lat...
Całość, zgromadzona na 4 płytach CD (wyd. 1997) robi porażające wrażenie. Czy zimna wojna na pewno się skończyła? Po wysłuchaniu tego można mieć wątpliwości, a wyobraźnia sama podsuwa obrazy np. Oka Moskwy, chociaż to zupełnie coś innego.
Cały materiał można ściągnąć legalnie i za darmo z sieci, wrzucono tam też zdigitalizowaną wersję bookletu, bagatela ponad 70 stron, gdzie autorzy dzielą się swoimi przemyśleniami oraz przybliżają słuchaczowi świat radiostacji numerycznych. Booklet jest do ściągnięcia/przeczytania tutaj, a pliki tutaj (trzeba znaleźć samemu wśród różnych innych dziwnych dziwactw). Sama nazwa Conet to zniekształcone czeskie Konec, trafiające się tu i tam wśród różnych nagrań (informacja za Wikismietnikiem).
Obczajcie sobie przykładowy kawałek:
Zero Kama "The Secret Eye of L.A.Y.L.A.H."
Gdybym nie ściągnął tego wydawnictwa z netu, tylko miał oryginał, to w książeczce dołączonej do płyty stałoby napisane coś, co z grubsza mogłoby brzmieć po polskiemu: Wszystkie instrumenty usłyszane na tym albumie zostały własnoręcznie wykonane z ludzkich kości i czaszek przez Zero Kama. Nie zostały użyte od czasów tamtego nagrania, mającego miejsce pomiędzy 5 a 28 majem 1984 w Tajemnej Świątyni Laylah, a zmontowane w wiedeńskim Psychonaut Studio w listopadzie 1987. Dedykowane są symbolice Laylah, znaczeniu nocy i śmierci, tak jak jej liczbowemu odpowiednikowi, Oz, kozłowi lub niepohamowanej seksualnej sile kreacji, poprzez ukazanie jedności dwóch podstawowych, przeciwstawnych sił w tym bogatym świecie piękna i siły, w którym Kochankowie mogą odnajdywać ekstazę w Panie. Ten, kto chce wkroczyć w ten świat ciemności, w którym zamieszkuje Wielki Kozioł, może to zrobić poprzez sigil Oz zamieszczony na frontalnej stronie tej książeczki. Zapowiada się całkiem nieźle, nie? Cóż to takiego w ogóle jest? Rytualny jakiś ambiento-industrial, pocieszne dźwięki piszczałek, szurania, drapania, inne dźwięki niepokojące, pasaże dźwiękowe w tle. Ponoć KVLT i w ogóle zajebistość, materiał przełomowy dla sceny.
I trzeba przyznać, że coś w tym jest. Jeśli rzecz jasna kogoś nie odstrasza świadomość, że instrumenty wykonano z ludzkich szczątków. Jeśli nie odstraszy, to na pewno nie rozczaruje. To wszystko śmierdzi na kilometr magią chaosu, ja w sumie jakoś nie miałem chęci odwiedzać Wielkiego Kozła, jednak jeśli ktoś przy pomocy tych dźwięków będzie chciał wpaść na herbatkę, to pewnie się nie rozczaruje. Dźwięki intrygują, niepokoją, fascynują, faktycznie czuć tam kozła. Ale takie czasy, że kozioł łypie zewsząd, że aż strach otworzyć lodówkę, więc jeden więcej czy mniej to żadna różnica.
<- a tak wyglądała ta Sekretna Świątynia i instrumenty. Słitaśnie. Michael DeWitt (bo Zero Kama to jego drugi projekt) musiał wyglądać nieco kretyńsko z piszczelem w mordzie, gdy próbował wydobyć z niego cokolwiek. Zakładając, że dźwięki najbardziej zbliżone ni to do fujarek, ni to do fletów, były grane na akurat tych kościach.
Jak ktoś lubi rytualny ambient/industrial/cokolwiek, to pewnie to zna i lubi, jak ktoś nie zna, to może poszukać w necie i sprawdzić (projekt powstał w 1983 roku, więc zalega go w necie pełno). Ja mimo wszystko z podobnych klimatów to wolę jednak Endvrę, nie sposób jednak opisywanemu wydawnictwu odmówić specyficznego uroku i smaku..
środa, 30 listopada 2011
Kwaśni katolicy
Przełom lat 60/70 XX wieku przyniósł ze sobą wiele zjawisk, które w świadomości różnych kąserw urosły do rangi zagłady cywilizacji. W Polszy nagonka antysemicka, a na zachodzie rozkwit zjawisk kontrkulturowych. Hippisi napędzani dragami i zakładający najróżniejsze komuny, lewicowi i lewaccy terroryści szalejący po zachodniej Europie, alkoholicy z Międzynarodówki Sytuacjonistycznej i maj '68 we Francji. Na płaszczyźnie kulturowej atmosfera rozprężenia i psychodelii. Pierwszy porządny rock oraz wszelki psychodelizm. Syntezatory.
Mniej-więcej w tym samym czasie (no, ciut wcześniej) w oparach kwasu obradował II Sobór Watykański, gdzie przetarto drogę pod późniejsze wykolejenie i rozmiękczenie katolicyzmu jako takiego. Z perspektywy czasu człowiek widzi, że zmiany były potrzebne, ale dokonano ich nie tam, gdzie trzeba. Zgwałcono... eee, tzn. wylano dziecko z kąpielą. Zamiast dopuścić pewne zmiany w kwestii programu społecznego i dopuszczalnego dla katolika programu gospodarczego, rozpirzono obrzędowość i powagę Kościoła jako takiego.
Tak czy siak, atmosfera kwaśnych lat dosięgła i katolików (lub ludzi, którzy tylko się tą religią zainspirowali). A że akurat byli to ludzie muzykalni, więc nagrali to, co wykombinowali, pod wpływem czegokolwiek, lub i na trzeźwo.
Grupa muzyczna Caldera (albo Caldara; ogólnie grup muzycznych o tej nazwie jest kilka) nagrała na syntezatorach Mooga XIII-wieczną mszę Stabat Mater Dolorosa, po czym wydała swoje dzieło jako A Moog Mass. Całość nie brzmi nawet szczególnie inaczej niż oryginał wykonany na zwykłych organach - właściwie można powiedzieć, że brzmi to jak muzyka organowa z psychodelicznym zacięciem i charakterystycznym brzmieniem syntezatorów, które brzmią dosyć średniowiecznie. Gdy ktoś coś deklamuje w tle, pojawiają się typowe psychodeliczne kosmiczne dźwiękowe wygibasy, co nie za bardzo pasuje do całości, jednak są to elementy dosyć nieliczne i krótkie i nie przeszkadzają w pozytywnym odbiorze całości. Rzecz jasna nie jest to żadna parodia ani bluźnierstwo - to po prostu bardzo specyficzne odświeżenie starej, średniowiecznej formy, śmiertelnie poważne.
Mniej-więcej w tym samym czasie do gitary dorwał się ojciec Pat Berkery. Próbował najprędzej ewangelizować kontrkulturę, gdyż grał jeszcze w psychedelicznej, hippiesowskiej kapeli SPUR!. Na jego solowej płycie (Prayers for a Noonday Church) lekki, garażowy rock charakterystyczny dla lat '70 XX wieku, sąsiaduje z jego natchnionymi deklamacjami (zazwyczaj opisy narkotyczno-religijnych wizji oraz ogólne przemyślenia księdza Pata, który mimo tego, że broni celibatu, to jednak zdaje się nie wierzyć w Przeistoczenie, sugeruje przeprowadzenie zmiany treści pojęcia grzechu w sensie społecznym, oraz ogólnie jest nieco heterodoksyjny; przynajmniej jego wiara, w to, w co wierzy, jest szczera i gorąca), organowo-syntezatorowym podkładem i brzęczącą w tle perkusją. Czasami pojawiają się jakieś efekty dźwiękowe czy podniosłe chórki. Ciekawe, co na to Watykan, zakładając, że cokolwiek. Tak czy siak, naprawdę nie brzmi to źle. No i również jest to śmiertelnie poważne i na serio. Więcej można przeczytać na temat tej płyty na stronie pewnego katolickiego anarchisty tutaj.
Ogólnie pomysł połączenia wrażeń religijnych z pewnym wzmocnieniem wydaje się być dosyć intrygujący i zasługujący na uwagę i dokładne zbadanie.
Bonus nie na temat - ponad 300 odtajnionych stron projektu MK-ULTRA.
Mniej-więcej w tym samym czasie (no, ciut wcześniej) w oparach kwasu obradował II Sobór Watykański, gdzie przetarto drogę pod późniejsze wykolejenie i rozmiękczenie katolicyzmu jako takiego. Z perspektywy czasu człowiek widzi, że zmiany były potrzebne, ale dokonano ich nie tam, gdzie trzeba. Zgwałcono... eee, tzn. wylano dziecko z kąpielą. Zamiast dopuścić pewne zmiany w kwestii programu społecznego i dopuszczalnego dla katolika programu gospodarczego, rozpirzono obrzędowość i powagę Kościoła jako takiego.
Tak czy siak, atmosfera kwaśnych lat dosięgła i katolików (lub ludzi, którzy tylko się tą religią zainspirowali). A że akurat byli to ludzie muzykalni, więc nagrali to, co wykombinowali, pod wpływem czegokolwiek, lub i na trzeźwo.
Grupa muzyczna Caldera (albo Caldara; ogólnie grup muzycznych o tej nazwie jest kilka) nagrała na syntezatorach Mooga XIII-wieczną mszę Stabat Mater Dolorosa, po czym wydała swoje dzieło jako A Moog Mass. Całość nie brzmi nawet szczególnie inaczej niż oryginał wykonany na zwykłych organach - właściwie można powiedzieć, że brzmi to jak muzyka organowa z psychodelicznym zacięciem i charakterystycznym brzmieniem syntezatorów, które brzmią dosyć średniowiecznie. Gdy ktoś coś deklamuje w tle, pojawiają się typowe psychodeliczne kosmiczne dźwiękowe wygibasy, co nie za bardzo pasuje do całości, jednak są to elementy dosyć nieliczne i krótkie i nie przeszkadzają w pozytywnym odbiorze całości. Rzecz jasna nie jest to żadna parodia ani bluźnierstwo - to po prostu bardzo specyficzne odświeżenie starej, średniowiecznej formy, śmiertelnie poważne.
Mniej-więcej w tym samym czasie do gitary dorwał się ojciec Pat Berkery. Próbował najprędzej ewangelizować kontrkulturę, gdyż grał jeszcze w psychedelicznej, hippiesowskiej kapeli SPUR!. Na jego solowej płycie (Prayers for a Noonday Church) lekki, garażowy rock charakterystyczny dla lat '70 XX wieku, sąsiaduje z jego natchnionymi deklamacjami (zazwyczaj opisy narkotyczno-religijnych wizji oraz ogólne przemyślenia księdza Pata, który mimo tego, że broni celibatu, to jednak zdaje się nie wierzyć w Przeistoczenie, sugeruje przeprowadzenie zmiany treści pojęcia grzechu w sensie społecznym, oraz ogólnie jest nieco heterodoksyjny; przynajmniej jego wiara, w to, w co wierzy, jest szczera i gorąca), organowo-syntezatorowym podkładem i brzęczącą w tle perkusją. Czasami pojawiają się jakieś efekty dźwiękowe czy podniosłe chórki. Ciekawe, co na to Watykan, zakładając, że cokolwiek. Tak czy siak, naprawdę nie brzmi to źle. No i również jest to śmiertelnie poważne i na serio. Więcej można przeczytać na temat tej płyty na stronie pewnego katolickiego anarchisty tutaj.
Ogólnie pomysł połączenia wrażeń religijnych z pewnym wzmocnieniem wydaje się być dosyć intrygujący i zasługujący na uwagę i dokładne zbadanie.
Bonus nie na temat - ponad 300 odtajnionych stron projektu MK-ULTRA.
wtorek, 15 listopada 2011
Xhytlyn The Necromancer
Taką nazwę nosi black metalowy aczkolwiek zalatujący noise'm nieco (aczkolwiek nie na modłę np. Swordfuck) projekt mój i jednego mojego przypadkowo zajmującego się tym gatunkiem kumpla. Na razie gotowe są trzy kawałki na pierwsze demo, w drodze będą kolejne. Ponieważ on zamierza iść w stronę jakiś core'ów, więc sądzę, iż projekt skończy się po pierwszym demie. Jak całość będzie gotowa, zostanie wrzucona w czeluście piekielne internetu.
Dopisek z sierpnia 2014 - nie no, to bardziej beka była, a ten blackened audacitycore niezbyt się nadaje do czegokolwiek
Dopisek z sierpnia 2014 - nie no, to bardziej beka była, a ten blackened audacitycore niezbyt się nadaje do czegokolwiek
Subskrybuj:
Posty (Atom)









