Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Proza(k) życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Proza(k) życia. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 10 kwietnia 2016
Aborcja dla każdego
(Z pewnością wolicie czytać, jak piszę o książkach, czy o czymkolwiek innym niż o własnych poglądach, w gruncie rzeczy nie lubię pisać o własnych poglądach, czasem jednak nie da się nie zajmować stanowiska, zwłaszcza jeśli aż się prosi, by je zająć.)
Jednostkowość jest złudzeniem. Wszystko, co uważamy za słuszne bądź niesłuszne zostało nam wpojone lub jest reakcją na to, co zostało nam wpojone. Tak naprawdę żadne z naszych przemyśleń nie jest nasze, bo i "my" jako tacy jesteśmy plątaniną najrozmaitszych uwarunkowań, zarówno zewnętrznych (kulturowych, historycznych, itd., wszystkich wzorców postępowania wraz z pozostaniem w obrębie określonego aparatu pojęciowego) jak i drzemiących w nas od zawsze (wyparte instynkty, nieuświadomione lęki, itp.). Całe życie to pasmo użerania się z tym, co Stirner określił mianem upiorów (zatrzymał się jednak w pół drogi, nie dostrzegając że jego własne poglądy to jak najbardziej również upiór, wyhodowany przez kontakt z wszystkimi upiorami z którymi sam się zetknął). Raz za razem staramy się dostrzec prawdziwy świat zza ścisłej zasłony pojęć i obrazów rzucanych na niego (ew. nie staramy się go dostrzec, tylko przyjmujemy za pewnik określoną narrację) przez niedoskonały aparat poznawczy, przez pryzmat własnych poglądów (przypomnijmy - nie mających wcale źródła w nas samych, w gruncie rzeczy zupełnie bezwartościowych, niezależnie od zajmowanych stron i barykad).
Niezależnie od tego, czy każda nowa osoba niefortunnie sprowadzona na ten padół łez, każdy kolejny plastikowy diament w tombakowej koronie stworzenia będzie przez całe życie borykał się z niepewnością swojego własnego statusu w ramach wszechobecnej, przytłaczającej ciemności bezgwiezdnych otchłani pośród których wisi pośród niczego zabiedzona, absurdalna planetka samozwańczych władców świata, czy też wręcz przeciwnie - czy przyjmie za swoje określony zestaw wartości, a strachem i gniewem będzie reagować na każdy inny zestaw, opierający się na równie kruchych i wątłych przesłankach - obecność tutaj każdej nowej osoby jest niepotrzebne. Pal licho wyimaginowanych bogów, spłowiałe honory i przechodnie ojczyzny, wszystko trwające mniej niż mrugnięcie oka w skali miliardów lat trwania wszechświata, życie to użeranie się z poszukiwaniem sensu tego wszystkiego, co istnieje wokół, i z nadaniem sobie samemu określonego sensu. Nieważne, czy znajdzie się wystarczająco mocny upiór by swoimi kłamstwami zaspokoić potrzebę wiary w cokolwiek, czy też pozostanie jedynie cyniczny hedonizm lub inne sposoby radzenia sobie ze światem i z sobą w świecie, stało się - zaistnieliśmy - i nikt, i nic nie uratuje nas przed nami samymi. Sprowadzanie tutaj kolejnych osób jest niepotrzebne, w długiej perspektywie czasowej nie mamy nikomu niczego do zaoferowania, więc aborcja powinna być dostępna bez ograniczeń, podobnie jak eutanazja, i to bez wchodzenia w szczegóły, w którym miejscu zaczyna się człowiek.
Stopniowe wyzwalanie się z plątaniny uwarunkowań, próba dotarcia do tego, czym było się na początku, czym można byłoby się stać, zawsze wiąże się z eksploracją tkwiącej pod nieskończoną ilością piętrzących się masek ciemnością, bo nie ma tam niczego innego poza ciemnością. Jeśli nie istnieje obiektywna prawda, nawet obiektywny prawdziwy świat - żadna partykularna nie jest warta naszego zainteresowania, nawet jeśli jakąś uznajemy w chwili samozadowolenia za własną. Pisma śnięte takich czy innych religii, wszystko owoce czasów w jakich powstawały i wszystkich ograniczeń umysłów które je spisywały. Wszystkie opisujące wizje świata dostosowane do mentalności ludzkości dawno minionych wieków, wszystkie co do jednej - dziedzictwo dawno zapomnianych upiorów. Dochodzi do tego wpływ najpotężniejszych upiorów - upiorów języka. Język stwarza świat. Język stwarza sposób myślenia. Język zawiera nacechowanie używanych słów. Ale sam język stwarza się w ramach kultury używającej go. Dawno martwe języki tłumaczone na istniejące obecnie odrywa się od całego tła kulturowego, społecznego i skomplikowanej pajęczyny relacji międzyludzkich zamierzchłych, przebrzmiałych czasów. Cały ich "ezoteryczny" sens trafia szlag.
Dlatego też nie tylko śnięte pisma ludzkości, cały bagaż doświadczeń nagromadzony przez wieki, wszystko jest warte tyle, co pył na wietrze. Dobra kultury, moralność, etyka, itd - podpałka pod swój swój własny pogrzebowy stos.
Spokój, wygoda, pogodzenie się z bezsensem, mdły hedonizm albo gorący duch pustelnictwa w imieniu Niczego - o ileż dobrze by było traktować innych rozbitków na niebieskiej planecie w sposób wolny od wszelkich uwarunkowań, jak istoty wyprzęgnięte z wszelkich punktów odniesienia, pozbawione tożsamości.
Oczywiście, to niemożliwe. Agambenowa wspólnota bohaterów kreskówek jest ciekawym konstruktem, ale bez przełożenia na cokolwiek, niby nadchodzi ale wątpliwe, że dojdzie gdziekolwiek. Patchworkowe, fragmentaryczne frankentożsamości współczesnego człowieka to wszystko, co mamy.
Dlatego ludzkość powinna stopniowo wymrzeć, łagodnie i z pogodnym pogodzeniem się z losem, a wcześniej dążyć do wykorzenienia wszystkich źródeł uwarunkowań lub zastąpić je uwarunkowaniami każącymi odnosić się do siebie ze zrozumieniem i współczuciem - w końcu wszyscy wisimy na tej samej skale unoszącej się w kosmicznej pustce.
Z drugiej strony moje poglądy to także upiór, kolejny w niekończącym się korowodzie upiorów. Przynajmniej instytucja Państwa powinna zachować idealną neutralność w świecie skłębionych pojęć i burz wzbudzanych przez przetaczające się narracje. Uwarunkowania modyfikowane są przez wiele czynników - tożsamości roszczące sobie prawo do nieomylności i narzucające się ogółowi są jak komórki rakowe, ich przerzuty jedynej najprawdziwszej w ich własnym mniemaniu prawdy infekują kolejne elementy przestrzeni publicznej i instytucji nieformalnych. To kwestia bycia szczerym samym ze sobą. Nie można pozwolić kościołowi katolickiemu i jego poplecznikom na splugawienie do końca dyskursu hegemonicznego - tak, jak nie można by było pozwolić czemukolwiek innemu na to samo, gdyby cokolwiek innego i zarazem równie żarłocznego miało tu szansę się rozwinąć.
* * *
A jeśli się to nie uda, całe szczęście, są jeszcze kraje, gdzie jeśli katolicy nie chcą aborcji, to jej nie przeprowadzają, lecz swoje poglądy zachowują dla siebie, zamiast chcąc "zbawić" wielomilionowy kraj wbrew woli sporej części mieszkańców tego kraju. Takim krajem są np. Czechy. Żaden abrahamiczny monoteizm nie trzyma się tam mocno, ogół mieszkańców nie uważa się za przedmurze czegokolwiek ani nie reanimuje swojej historii traktując ją jak teraźniejszość. Czechy mają też ten plus, w przeciwieństwie np. do Islandii, Kanady, Australii, że bez problemu (no, z minimalnym problemem związanym z samym faktem zorganizowania transportu) dałoby się tam przewieźć ładne parę tysięcy książek i innych klamotów. A i język nie jest taki trudny do nauczenia się. No ale pożyjemy, zobaczymy.
sobota, 2 kwietnia 2016
niedziela, 31 stycznia 2016
Upływający czas #55
Z okazji nadchodzących Świą...
A nie, moment.
Dobra, to w takim razie mam nadzieję, że bawiliście się przednio, niezależnie od tego co, gdzie i kiedy świętowaliście.
Nigdy nie lubiłem klecić podsumowań rocznych, tym bardziej, że raczej nie jestem z niczym na bieżąco.
Dawno tu nie zaglądałem, ale - będę szczery - po prostu mi się nie chce prowadzić bloga, jest tyle ciekawszych rzeczy do roboty po powrocie z roboty lub i w dni wolne. Czasem nawet stężenie pyłów PM10 i PM2,5 spadnie poniżej 1200% normy i można wtedy zaryzykować krótki spacer wokół bloku.
Zacząłem klecić opowiadania z myślą o zbiorze opowiadań. Na razie jest ich 2,5. Biorąc pod uwagę mój rozlazły i dość przypadkowy tryb pracy (dłubię literacko zazwyczaj tylko przez kilka przypadkowo wybranych miesięcy w roku, tzn. wtedy, kiedy czuję taką potrzebę), całość będzie gotowa za jakieś 5-10 lat. Pewnie nikt nie będzie chciał jej wydać (uderzę do 1-3 niszowych wydawnictw, przy założeniu, że będą jeszcze wtedy na rynku), więc zapewne ostatecznie trafię na jakiś ebookowy selfpublishing (chociaż i tam ostatnio nastąpiła przynajmniej jedna efektowna wywrotka), gdzie będę sprzedawał się samodzielnie za 2,50zł, tuż obok nawiedzonych grafomanów uważających się za literackich geniuszy.
Dlatego najprawdopodobniej zbiór nigdy nie powstanie, a na bieżąco płodzone teksty będę rozsyłał do środowiskowych mniej lub bardziej nieprofesjonalnych pism i zinów.
W gruncie rzeczy to nie chciałbym być pisarzem, bycie sporadycznym autorem wystarcza mi w zupełności. Naiwnie uważam, że moja twórczość będzie w stanie obronić się sama, praktycznie bez żadnych mechanizmów (auto)promocyjnych. Nie przysporzę sobie popularności w polskim horrorowym grajdołku tym stwierdzeniem, ale rzucę je w eter i tak: w środowisku już teraz jest zdecydowanie zbyt wielu autorów nadrabiających braki w talencie dobrym pijarem i środowiskowym fejmem.
Jedyne na czym mi zależy jako autorowi to zdobyć sobie grupę czytelników z którymi byśmy się w miarę dobrze rozumieli. Reszta jest w sumie nieistotna. To miłe uczucie, jak komuś podoba się moja twórczość (w sumie reakcje czytelników nie są dla mnie aż tak ważne jak sam fakt, że zostałem gdzieś opublikowany), ale - zazwyczaj - pisząc wywalam z siebie różne różności, które akurat leżą mi na wątrobie. Przestają leżeć - dobra nasza. Komuś się to podoba - dzięki. Nie podoba się - spoko.
W gruncie rzeczy trochę zmagam się z przewlekłym rozczarowaniem, przejmującym poczuciem, że wszystko wokoło to nieistotne absurdy. Mam wrażenie, jakbym cały czas był zmęczony.
Dobra, dość marudzenia.
Byłem w kinie na tym nowym Tarantino. Gęsty, klaustrofobiczny obraz zajeżdżający eurowesternem (przez pierwszą ~połowę) pozbawiony jednak polotu takich klasyków jak The Great Silence czy gęstości Cut-Throats Nine (1972), potem przechodzący w uroczą napierdalankę. Kwestie równouprawnienia Afroamerykanów, rasizmu, itd., pewnie budzą więcej emocji za oceanem niż u nas. Estetyzacja przemocy - także psychicznej - a także iście surrealistyczna łatwość zabijania - to przynajmniej dla takiego degenerata jak ja - największe zalety filmu. Amoralność postaci - też plus. Tytuł adekwatny. Soundtrack pasowałby bardziej do poważniejszej klasyki gatunku lub horroru - ale nie jest zły. Brawo za Kurta Russela - od dnia gdy za szczeniaka obejrzałem po raz pierwszy Ucieczkę z Nowego Jorku bardzo lubię tego gościa.
A czytać, to czytałem. Dużo czytałem.
Neil Gaiman x3: Drażliwe tematy, Dym i lustra, Rzeczy ulotne - nowe wydania, te w twardych okładkach, z blondynką, czarnowłosą i rudą.
Nie ukrywam, że mając wielki szacunek do twórczości Gaimana, prawdziwego człowieka popkulturowego renesansu, odnajdującego się w najróżniejszych formach i kształtach, nigdy nie współodczuwałem z jego twórczością. Czytało się świetnie, sypał pomysłami jak z rękawa, skakał z estetyki na estetykę, od baśniowych wariacji przez nastrojowe dark fantasy po eteryczne, oniryczne horrory, do tego jeszcze trafiła się tu i ówdzie poezja - ale nie trafia on do mnie tak bardzo, jakby mógł. Najwyraźniej nadajemy na rozbieżnych częstotliwościach. Gaiman to dla mnie jeden z tych autorów, w przypadku których obcując z jego tekstami widzisz w pełni jego talent i doceniasz kunszt - a miesiąc później pamiętasz o talencie i kunszcie ale za cholery nie potrafisz przywołać wspomnień więcej niż z ~5 opowiadań z trzech zbiorów opowiadań.
Star Wars:
Nowa Era Jedi:
R.A Salvatore Wektor pierwszy
Michael Stackpole Mroczny przypływ I: Szturm
Michael Stackpole Mroczny przypływ II: Inwazja
James Luceno Agenci Chaosu I: Próba bohatera
James Luceno Agenci Chaosu II: Zmierzch Jedi
Kathy Tyers Punkt równowagi
Greg Keyes Ostrze zwycięstwa I: Podbój
Greg Keyes Ostrze zwycięstwa II: Odrodzenie
Troy Denning Gwiazda po gwieździe
Elaine Cunningham Mroczna podróż
Aaron Allston Linie wroga I: Powrót Rebelii
Aaron Allston Linie wroga II: Twierdza Rebelii
Matthew Stover Zdrajca
Walter Jon Williams Szlak przeznaczenia
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy I: Ruiny Imperium
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy II: Uchodźca
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy III: Spotkanie po latach
Greg Keyes Ostatnie proroctwo
James Luceno Jednocząca moc
Trylogia Mroczne Gniazdo:
Troy Denning Mroczne Gniazdo I: Władca Dwumyślnych
Troy Denning Mroczne Gniazdo II: Niewidzialna królowa
Troy Denning Mroczne Gniazdo III: Wojna rojów
Dziedzictwo Mocy:
Aaron Allston Zdrada
Karen Traviss Braterstwo krwi
Troy Denning Nawałnica
Aaron Allston Wygnanie
Karen Traviss Poświęcenie
Troy Denning Piekło
Aaron Allston Furia
Karen Traviss Objawienie
Troy Denning Niezwyciężony
Przed Przeznaczeniem Jedi:
Paul S. Kemp Rozdroża czasu
Aaaaa także z drugiej strony osi czasu:
Drew Karpyshyn Droga zagłady
Drew Karpyshyn Zasada dwóch
Drew Karpyshyn Dynastia zła
Ok, część z Was pewnie o tym nie wiedziała, ale jestem wielkim fanem Star Wars. Może nie aż takim jak np. pewien mój dobry przyjaciel będący wyznawcą religii Jedi, ale jednak. Poza tym nie mam wiernopoddańczego stosunku do starego kanonu zwanego Expanded Universe.
Nie zamierzam pisać tutaj wprowadzenia do Expanded Universe, czyli wykraczającego poza filmy uniwersum Star Wars, które zaczęło się formalnie w 1978 roku (przynajmniej tę datę się podaje najczęściej) i które zabił Disney (kogo chcemy oszukać - zabił je sam George Lucas sprzedając markę Disney'owi) tworząc od podstaw własne kontynuacje Powrotu Jedi, ponieważ można by o tym pisać całe eseje, w których i tak nie dojdzie się do żadnych konstruktywnych wniosków. Wszystko przed Disney'em aktualnie wrzucono do nowej pod-marki Legends, kto wie, czy i kiedy stare uniwersum będzie jeszcze kontynuowane.
Fakt faktem, cała rzesza autorów książek, komiksów, seriali, gier komputerowych wzniosła na przestrzeni ~40 lat ocean historii, postaci, wątków. Bądźmy szczerzy - żadnych geniuszy literackich tam nie było (wyróżniali się co najwyżej bardzo sprawni rzemieślnicy jak Timothy Zahn), za to swoją przystań znaleźli tam autorzy-wyrobnicy znani z pisania książek w nieswoich uniwersach (Dungeons & Dragons/gry starego, dobrego Black Isle, Mass Effect, gry Blizzarda, itd., itp., etc.).
Powiedzmy sobie szczerze: nawet najlepsze książki ze Star Wars Expanded Universe (żadna z wyżej wymienionych nie zalicza się moim zdaniem do tych najlepszych, może poza sympatyczną Trylogia Bane'a i Zdrajcą, pozycją bardzo różną od przygodowo-sensacyjnej bieda-psychologizującej starwarsowej typówki) to pieprzone czytadła (tak, nawet legendarna trylogia Thrawna to czytadła - ok psychofani, czekam na groźby karalne), do tego polski wydawca książek Star Wars z czasów przed Disney'em - Amber - dołożył swoje trzy grosze do niskiej jakości całości - albo styl wszystkich autorów jest praktycznie identyczny, albo tłumacze wyrównywali indywidualne cechy wszystkich autorów, do tego nie raz i nie dwa robili to wyjątkowo topornie i niechlujnie. Nie miałem jeszcze przyjemności z pozycjami z nowego kanonu wydawanego przez Uroborosa (czy jakoś tak, nie chce mi się teraz góglać za poprawną nazwą, leniwy jestem i nie lubię się rozpraszać w czasie pisania).
Z jednej strony szkoda mi Expanded Universe jako takiego, Star Wars bez Thrawna, Mary Jade, Jacena i Jainy Solo to nie to samo, z drugiej strony trzeba przyznać szczerze, że przez cały okres rozwoju uniwersum wykwitło w nim mnóstwo bzdur, historii złych, nieprzemyślanych, a stabilność i wewnętrzna spójność uniwersum nieraz sprawiała wrażenie pospinanej agrafkami (vivat wszystkie retcony i wrzucanie na siłę do późniejszych książek/komiksów postaci/miejsc/aluzji do historii sprzed lat, żeby tylko były, skoro już je ktoś kiedyś wymyślił). Do tego - przynajmniej mnie - denerwowało zrobienie z całego uniwersum sitcomu o przygodach rodzin Skywalkerów i Solo - ok, poza czasami Starej Republiki i wcześniejszymi, a także generalnie przed Mrocznym Widmem. Ale przynajmniej mnie to nudziło - kolejni autorzy daliby se w końcu spokój, wymyślili kogoś nowego. Tymczasem w ostatniej, niewydanej w PL książce z EU Han Solo ma już koło 80-tki. Bez kitu, dajcie im odpocząć.
Nowa Era Jedi moim zdaniem była wielką niewykorzystaną szansą - na przewietrzenie uniwersum. Inwazja obcych istot z obcej galaktyki, niewidocznych w Mocy, mających do tego żywe organizmy za broń, statki i przedmioty codziennego użytku to samograj. W końcu coś nowego w stosunku do po raz n-ty odnawianych Imperiów lub wyciągania z dupy kolejnych chętnych na odrodzenie Imperium lub utworzenie własnego. Myślałem, że będzie to nowe rozdanie - i poniekąd było, ale nie do końca. Niby galaktyka została zmieniona nie do poznania, całe planety zostały nieodwracalnie (ok, nie przesadzajmy z tą nieodwracalnością) zmienione, przynajmniej kilka populacji planet zostało całkowicie wymordowanych, porządek polityczny wywrócono kilkakrotnie, bardzo rozwinięto wielu bohaterów, także starych i dobrze znanych, a mimo tego nie zrobiono czegoś, o co aż by się prosiło - nie zakończono z hukiem życia wielu postaci z wcześniejszych książek, nie rozwalono w pył planet, gdzie wcześniejsi autorzy narobili jakiś głupot, nie wyczyszczono nadmiaru wątków, historii, opowieści. Aż się o tak radykalny krok prosiło. Jednym eventem można było przewietrzyć zaduch zbierający się w uniwersum. Poza przygotowaniem gruntu pod przyszłe serie, jedyne w czym namieszano, to w powszechnie uznanym rozumieniu Mocy - tylko po to, by w kolejnej dużej serii, czyli Dziedzictwie Mocy, w sporej części wycofać się ze zmian (SPOILER - Vergere w NEJ sprawiała wrażenie znacznie bardziej niejednoznacznej postaci niż w DM, gdzie okazało się, że była po prostu Sithem nie przyznającym się do bycia Sithem). Ok, w NEJ ginie też jedna postać znana z filmów - co wpływa na wszystkie pozostałe - brawa za odwagę i próbę pokazania starych bohaterów jako steranych życiem i targanych wątpliwościami. To się udało.
Sama historia ciągnąca się przez 19 książek obfituje w zwroty akcji, cliffhangery, widzimy z jak ekstremalnymi sytuacjami zderzają się bohaterowie, jak w zetknięciu się z nimi pękają im światopoglądy i kręgosłupy moralne. Motyw zderzenia się z obcą, nieznaną technologią jest dobry, ale zaprezentowany nierówno - po początkowych zupełnych klęskach Nowej Republice udaje się zadziwiająco szybko nawiązywać z Yuuzhan Vongami walkę jak równy z równym.
Interesująco opisano też postępującą przemianę samych najeźdźców, zderzenie się ich fanatyzmu, kultury skupionej na adorowaniu bólu, społeczeństwa kastowego z wszystkim co dla nich obce i niepojęte. Jasne, nie są to fachowe, naukowe analizy, ale nie jest to też zupełna amatorszczyzna.
Na tle historii jako całości wyróżnia się Zdrajca - teatr jednego aktora, historia o poświęceniu, rozpadzie i stworzeniu się na nowo.
Ktoś czegoś nie dopilnował (polski wydawca), w jednej z książek pewne nazwy/ksywy są tłumaczone inaczej niż w pozostałych. Ktoś czegoś nie dopilnował (autorzy oryginalni) - wychwyciłem kilka nieścisłości między poszczególnymi pozycjami. Chociaż przy takich rozmiarach projektu jak i rozmiarach całego uniwersum, to i tak tych nieścisłości było bardzo mało.
Mroczne Gniazdo przynosi kilka interesujących szczegółów (sięgających nieraz i do czasów sprzed Nowej Nadziei), rozwija pewien motyw poboczny z NEJ, poza tym jest dość daremną historią, zapychaczem miejsca, by zrobić coś z tym motywem pobocznym.
A Dziedzictwo Mocy? Ha, z jednej strony mamy zrzynkę z historii Vadera w wykonaniu - SPOILER - jego wnuka, z drugiej fantastyczny obraz rozpadającej się rzeczywistości politycznej Galaktycznego Sojuszu (powstałego na gruzach skorumpowanej Nowej Republiki w NEJ), gdzie niedawni (lub bardzo dawni) przyjaciele stają po przeciwnych stronach barykady (przejściowo np. Han i Leia vs. Luke i jego Nowy Zakon Jedi, po czym wszyscy vs. Darth Caedus). W finale pojawia się kolejna stara, dobra znajoma sprzed wielu, wielu lat. Swoje pięć minut ma też Boba Fett - poznajemy tragiczną historię jego żony, córki i wnuczki, a on sam staje się w pewnym momencie wręcz sympatyczny. Co jeszcze? Widać wyraźnie, że nasi bohaterowie się starzeją. Potwierdzony zostaje fakt, że niezależnie od siły charakteru i dobrych intencji nie da się być dobrym Sithem (ok, przedstawiono jeden niejednoznaczny przypadek potwierdzający regułę). Kolejni znani i lubiani bohaterowie (wprowadzeni już w książkach) giną. Generalnie - dużo się dzieje, ciekawie się dzieje. Jeszcze bardziej niż w NEJ zatarty zostaje podział na dobrych i złych. Całość jest jeszcze bardziej mroczna niż dosyć posępny NEJ (jak na standardy Star Wars oczywiście).
Co po Dziedzictwie? Mam kolejne książki, w tym całą następną dużą serię - Przeznaczenie Jedi. Przed serią jest kilka mniejszych historii wprowadzających do niej - Rozdroża czasu oscylują wokół postaci z dalszych szeregów, w końcu mamy coś innego niż 2137 odcinek serialu "Skywalkerowie i Solo ratują galaktykę", motyw z przeskokiem w czasie (bagatela 5000 lat) ciekawy, tak samo jak zaprezentowane efektowne i popełnione z premedytacją przejście na ciemną stronę. Zobaczymy, co będzie dalej. Niestety, upchnięto w jedną książkę trochę zbyt wiele wątków. Znów mamy charakterystyczne starwarsowe deus ex machina, gdy rzeczy się po prostu cudownie dzieją, wszystko dokładnie wtedy i w taki sposób, żeby wyszło w miarę dobrze.
Adnotacja na marginesie - całe uniwersum Star Wars zawiera milion przykładów (i argumentów) przeciwko wolnej woli. Ciekawe, czy ktoś kiedyś podjął się głębszej analizy tego wątku. Poczytałbym.
Trylogia Bane'a zaś to antyczna historia uniwersum. Epicka opowieść (kojarząca się momentami nie tyle ze Star Wars co Conanem Barbarzyńcą - starożytne ruiny, pradawne artefakty, mrożące krew w żyłach tajemnice czekające na odkrycie) o - nazwijmy to - reformie Sithów dokonanej przez Dartha Bane'a. Zły bohater został pokazany całkiem obiektywnie - bez oceniania i tkliwego moralizatorstwa. Pedantyczni fani notujący skrzętnie techniki i umiejętności użytkowników Mocy dopiszą do swoich list sporo elektryzujących nowinek (przeczytałbym historie o Jeszcze Bardziej Super-Duper-Zamierzchłych Czasach, kiedy Sithowie potrafili za pomocą Mocy zmieniać gwiazdy w supernowe). Karpyshyn potwierdził, że jest jednym z tych lepszych starwarsowych wyrobników, w mojej opinii leży półkę wyżej np. od takiej Elaine Cunningham.
Na zakończenie mógłbym się zastanowić, dlaczego spędziłem tyle czasu (i jeszcze trochę czasu na to zmarnuje) na czytanie tych odpowiedników harlequinów dla young adults i wiecznych dzieciaków - odpowiedź jest całkiem prosta - zapewne dlatego, że mimo wszystkich wad tych czytadeł, mimo ich bijącej po oczach czytadłowatości, pochłaniam je z prędkością światła, nie mogąc doczekać się na to, co wydarzy się w kolejnym tomie. Na tym chyba polega magia Star Wars - człowiek doskonale wie, że to badziew, a jednak znajduje autentyczną przyjemność w obcowaniu z nim. A może to tylko twórcze wykorzystanie sprawdzonych motywów, epickość i patos zderzone z heroicznymi zmaganiami potężnych bohaterów z własnymi słabościami i potężnymi przeciwnikami zewnętrznymi - baśniowość po przejściach - czyli coś, co - znów - stawia Star Wars koło Conana Barbarzyńcy niż koło klasyków zaangażowanej hard s-f poruszającej Ważkie Problemy. I dobrze.
Paolo Bacigalupi Wodny nóż
Serio ta książka trafiła do Uczty Wyobraźni? Jakoś głupio postawić mi ją na półce obok Tonącej dziewczyny, Ciemnego Edenu czy Diaspory. Nie zrozumcie mnie źle - worldbuilding jest wspaniały. Autor odwalił kawał dobrej roboty. Świat jest przedstawiony dosyć naturalistycznie i bezpretensjonalnie, dobro i zło to martwe etykietki, aluzje do faktycznych zjawisk społecznych, religijnych i trendów kulturalnych robią wrażenie, tak samo jak okopanie się autora w obecnym poziomie technologii i trendów w mediach społecznościowych, ale w gruncie rzeczy jest to tylko bardzo dobrze napisana opowieść sensacyjno-przygodowa. Nic aż tak przełomowego. Albo czegoś nie wychwyciłem. Zaprojektowana kunsztownie i przekonywająco wizja rozpadających się Stanów Zjednoczonych dotkniętych pustynnieniem i brakiem dostępu do wody jest całkiem przekonywująca ale w gruncie rzeczy mało odkrywcza. Namysł nad dokonującym się klimatycznym rozpierdzielem w skali planetarnej to też nic nowego, podobnie jak wizja zamkniętych i dobrze strzeżonych miast-enklaw dla bogaczy.
Marek Grzywacz Bogini z nożem w dłoni
Całkiem przyjemna nowelka. Udana krytyka zorganizowanych systemów religijnych. Niezła krytyka zamkniętych osiedli dla samozwańczej, nowobogackiej elity (przynajmniej tak to odebrałem, jeśli autor miał to też na myśli, to przyklaskuję). Świeży pomysł. Ładna okładka.
Dobra rzecz, aaaaale mówiąc szczerze, biorąc pod uwagę całą znaną mi twórczość Autora, to ma on w swoim dorobku rzeczy krótsze a lepsze.
Karolina "Mangusta" Kaczkowska, Tomasz "MordumX" Siwiec Liturgia plugastwa
No, flaczki podano do stołu. Chociaż paradoksalnie nie we flakach tkwi siła tego małego splitu opowiadań dwojga autorów, lecz w poruszanych kwestiach. Najsilniej oddziałujące na czytelnika teksty - a w każdym razie na mnie - Bestie, Słit focie, Otworek - albo są rzeźnią w stopniu symbolicznym, albo mogłyby w ogóle nie epatować brutalną przemocą, a i tak by się broniły jako horror ekstremalny (Bestie). Poza tym mamy po równo tekstów wesołych i refleksyjnych, eksploatujących zarówno sprawdzone motywy gatunku, jak i to, co leży autorom na wątrobie.
W swojej niezbyt rozpowszechnionej i niezbyt rozbudowanej niszy literackiego gore bardzo mocna pozycja. Świadectwo ciągłego rozwoju środowiska.
A nie, moment.
Dobra, to w takim razie mam nadzieję, że bawiliście się przednio, niezależnie od tego co, gdzie i kiedy świętowaliście.
Nigdy nie lubiłem klecić podsumowań rocznych, tym bardziej, że raczej nie jestem z niczym na bieżąco.
Dawno tu nie zaglądałem, ale - będę szczery - po prostu mi się nie chce prowadzić bloga, jest tyle ciekawszych rzeczy do roboty po powrocie z roboty lub i w dni wolne. Czasem nawet stężenie pyłów PM10 i PM2,5 spadnie poniżej 1200% normy i można wtedy zaryzykować krótki spacer wokół bloku.
Zacząłem klecić opowiadania z myślą o zbiorze opowiadań. Na razie jest ich 2,5. Biorąc pod uwagę mój rozlazły i dość przypadkowy tryb pracy (dłubię literacko zazwyczaj tylko przez kilka przypadkowo wybranych miesięcy w roku, tzn. wtedy, kiedy czuję taką potrzebę), całość będzie gotowa za jakieś 5-10 lat. Pewnie nikt nie będzie chciał jej wydać (uderzę do 1-3 niszowych wydawnictw, przy założeniu, że będą jeszcze wtedy na rynku), więc zapewne ostatecznie trafię na jakiś ebookowy selfpublishing (chociaż i tam ostatnio nastąpiła przynajmniej jedna efektowna wywrotka), gdzie będę sprzedawał się samodzielnie za 2,50zł, tuż obok nawiedzonych grafomanów uważających się za literackich geniuszy.
Dlatego najprawdopodobniej zbiór nigdy nie powstanie, a na bieżąco płodzone teksty będę rozsyłał do środowiskowych mniej lub bardziej nieprofesjonalnych pism i zinów.
W gruncie rzeczy to nie chciałbym być pisarzem, bycie sporadycznym autorem wystarcza mi w zupełności. Naiwnie uważam, że moja twórczość będzie w stanie obronić się sama, praktycznie bez żadnych mechanizmów (auto)promocyjnych. Nie przysporzę sobie popularności w polskim horrorowym grajdołku tym stwierdzeniem, ale rzucę je w eter i tak: w środowisku już teraz jest zdecydowanie zbyt wielu autorów nadrabiających braki w talencie dobrym pijarem i środowiskowym fejmem.
Jedyne na czym mi zależy jako autorowi to zdobyć sobie grupę czytelników z którymi byśmy się w miarę dobrze rozumieli. Reszta jest w sumie nieistotna. To miłe uczucie, jak komuś podoba się moja twórczość (w sumie reakcje czytelników nie są dla mnie aż tak ważne jak sam fakt, że zostałem gdzieś opublikowany), ale - zazwyczaj - pisząc wywalam z siebie różne różności, które akurat leżą mi na wątrobie. Przestają leżeć - dobra nasza. Komuś się to podoba - dzięki. Nie podoba się - spoko.
W gruncie rzeczy trochę zmagam się z przewlekłym rozczarowaniem, przejmującym poczuciem, że wszystko wokoło to nieistotne absurdy. Mam wrażenie, jakbym cały czas był zmęczony.
Dobra, dość marudzenia.
Byłem w kinie na tym nowym Tarantino. Gęsty, klaustrofobiczny obraz zajeżdżający eurowesternem (przez pierwszą ~połowę) pozbawiony jednak polotu takich klasyków jak The Great Silence czy gęstości Cut-Throats Nine (1972), potem przechodzący w uroczą napierdalankę. Kwestie równouprawnienia Afroamerykanów, rasizmu, itd., pewnie budzą więcej emocji za oceanem niż u nas. Estetyzacja przemocy - także psychicznej - a także iście surrealistyczna łatwość zabijania - to przynajmniej dla takiego degenerata jak ja - największe zalety filmu. Amoralność postaci - też plus. Tytuł adekwatny. Soundtrack pasowałby bardziej do poważniejszej klasyki gatunku lub horroru - ale nie jest zły. Brawo za Kurta Russela - od dnia gdy za szczeniaka obejrzałem po raz pierwszy Ucieczkę z Nowego Jorku bardzo lubię tego gościa.
A czytać, to czytałem. Dużo czytałem.
Neil Gaiman x3: Drażliwe tematy, Dym i lustra, Rzeczy ulotne - nowe wydania, te w twardych okładkach, z blondynką, czarnowłosą i rudą.
Nie ukrywam, że mając wielki szacunek do twórczości Gaimana, prawdziwego człowieka popkulturowego renesansu, odnajdującego się w najróżniejszych formach i kształtach, nigdy nie współodczuwałem z jego twórczością. Czytało się świetnie, sypał pomysłami jak z rękawa, skakał z estetyki na estetykę, od baśniowych wariacji przez nastrojowe dark fantasy po eteryczne, oniryczne horrory, do tego jeszcze trafiła się tu i ówdzie poezja - ale nie trafia on do mnie tak bardzo, jakby mógł. Najwyraźniej nadajemy na rozbieżnych częstotliwościach. Gaiman to dla mnie jeden z tych autorów, w przypadku których obcując z jego tekstami widzisz w pełni jego talent i doceniasz kunszt - a miesiąc później pamiętasz o talencie i kunszcie ale za cholery nie potrafisz przywołać wspomnień więcej niż z ~5 opowiadań z trzech zbiorów opowiadań.
Star Wars:
Nowa Era Jedi:
R.A Salvatore Wektor pierwszy
Michael Stackpole Mroczny przypływ I: Szturm
Michael Stackpole Mroczny przypływ II: Inwazja
James Luceno Agenci Chaosu I: Próba bohatera
James Luceno Agenci Chaosu II: Zmierzch Jedi
Kathy Tyers Punkt równowagi
Greg Keyes Ostrze zwycięstwa I: Podbój
Greg Keyes Ostrze zwycięstwa II: Odrodzenie
Troy Denning Gwiazda po gwieździe
Elaine Cunningham Mroczna podróż
Aaron Allston Linie wroga I: Powrót Rebelii
Aaron Allston Linie wroga II: Twierdza Rebelii
Matthew Stover Zdrajca
Walter Jon Williams Szlak przeznaczenia
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy I: Ruiny Imperium
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy II: Uchodźca
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy III: Spotkanie po latach
Greg Keyes Ostatnie proroctwo
James Luceno Jednocząca moc
Trylogia Mroczne Gniazdo:
Troy Denning Mroczne Gniazdo I: Władca Dwumyślnych
Troy Denning Mroczne Gniazdo II: Niewidzialna królowa
Troy Denning Mroczne Gniazdo III: Wojna rojów
Dziedzictwo Mocy:
Aaron Allston Zdrada
Karen Traviss Braterstwo krwi
Troy Denning Nawałnica
Aaron Allston Wygnanie
Karen Traviss Poświęcenie
Troy Denning Piekło
Aaron Allston Furia
Karen Traviss Objawienie
Troy Denning Niezwyciężony
Przed Przeznaczeniem Jedi:
Paul S. Kemp Rozdroża czasu
Aaaaa także z drugiej strony osi czasu:
Drew Karpyshyn Droga zagłady
Drew Karpyshyn Zasada dwóch
Drew Karpyshyn Dynastia zła
Ok, część z Was pewnie o tym nie wiedziała, ale jestem wielkim fanem Star Wars. Może nie aż takim jak np. pewien mój dobry przyjaciel będący wyznawcą religii Jedi, ale jednak. Poza tym nie mam wiernopoddańczego stosunku do starego kanonu zwanego Expanded Universe.
Nie zamierzam pisać tutaj wprowadzenia do Expanded Universe, czyli wykraczającego poza filmy uniwersum Star Wars, które zaczęło się formalnie w 1978 roku (przynajmniej tę datę się podaje najczęściej) i które zabił Disney (kogo chcemy oszukać - zabił je sam George Lucas sprzedając markę Disney'owi) tworząc od podstaw własne kontynuacje Powrotu Jedi, ponieważ można by o tym pisać całe eseje, w których i tak nie dojdzie się do żadnych konstruktywnych wniosków. Wszystko przed Disney'em aktualnie wrzucono do nowej pod-marki Legends, kto wie, czy i kiedy stare uniwersum będzie jeszcze kontynuowane.
Fakt faktem, cała rzesza autorów książek, komiksów, seriali, gier komputerowych wzniosła na przestrzeni ~40 lat ocean historii, postaci, wątków. Bądźmy szczerzy - żadnych geniuszy literackich tam nie było (wyróżniali się co najwyżej bardzo sprawni rzemieślnicy jak Timothy Zahn), za to swoją przystań znaleźli tam autorzy-wyrobnicy znani z pisania książek w nieswoich uniwersach (Dungeons & Dragons/gry starego, dobrego Black Isle, Mass Effect, gry Blizzarda, itd., itp., etc.).
Powiedzmy sobie szczerze: nawet najlepsze książki ze Star Wars Expanded Universe (żadna z wyżej wymienionych nie zalicza się moim zdaniem do tych najlepszych, może poza sympatyczną Trylogia Bane'a i Zdrajcą, pozycją bardzo różną od przygodowo-sensacyjnej bieda-psychologizującej starwarsowej typówki) to pieprzone czytadła (tak, nawet legendarna trylogia Thrawna to czytadła - ok psychofani, czekam na groźby karalne), do tego polski wydawca książek Star Wars z czasów przed Disney'em - Amber - dołożył swoje trzy grosze do niskiej jakości całości - albo styl wszystkich autorów jest praktycznie identyczny, albo tłumacze wyrównywali indywidualne cechy wszystkich autorów, do tego nie raz i nie dwa robili to wyjątkowo topornie i niechlujnie. Nie miałem jeszcze przyjemności z pozycjami z nowego kanonu wydawanego przez Uroborosa (czy jakoś tak, nie chce mi się teraz góglać za poprawną nazwą, leniwy jestem i nie lubię się rozpraszać w czasie pisania).
Z jednej strony szkoda mi Expanded Universe jako takiego, Star Wars bez Thrawna, Mary Jade, Jacena i Jainy Solo to nie to samo, z drugiej strony trzeba przyznać szczerze, że przez cały okres rozwoju uniwersum wykwitło w nim mnóstwo bzdur, historii złych, nieprzemyślanych, a stabilność i wewnętrzna spójność uniwersum nieraz sprawiała wrażenie pospinanej agrafkami (vivat wszystkie retcony i wrzucanie na siłę do późniejszych książek/komiksów postaci/miejsc/aluzji do historii sprzed lat, żeby tylko były, skoro już je ktoś kiedyś wymyślił). Do tego - przynajmniej mnie - denerwowało zrobienie z całego uniwersum sitcomu o przygodach rodzin Skywalkerów i Solo - ok, poza czasami Starej Republiki i wcześniejszymi, a także generalnie przed Mrocznym Widmem. Ale przynajmniej mnie to nudziło - kolejni autorzy daliby se w końcu spokój, wymyślili kogoś nowego. Tymczasem w ostatniej, niewydanej w PL książce z EU Han Solo ma już koło 80-tki. Bez kitu, dajcie im odpocząć.
Nowa Era Jedi moim zdaniem była wielką niewykorzystaną szansą - na przewietrzenie uniwersum. Inwazja obcych istot z obcej galaktyki, niewidocznych w Mocy, mających do tego żywe organizmy za broń, statki i przedmioty codziennego użytku to samograj. W końcu coś nowego w stosunku do po raz n-ty odnawianych Imperiów lub wyciągania z dupy kolejnych chętnych na odrodzenie Imperium lub utworzenie własnego. Myślałem, że będzie to nowe rozdanie - i poniekąd było, ale nie do końca. Niby galaktyka została zmieniona nie do poznania, całe planety zostały nieodwracalnie (ok, nie przesadzajmy z tą nieodwracalnością) zmienione, przynajmniej kilka populacji planet zostało całkowicie wymordowanych, porządek polityczny wywrócono kilkakrotnie, bardzo rozwinięto wielu bohaterów, także starych i dobrze znanych, a mimo tego nie zrobiono czegoś, o co aż by się prosiło - nie zakończono z hukiem życia wielu postaci z wcześniejszych książek, nie rozwalono w pył planet, gdzie wcześniejsi autorzy narobili jakiś głupot, nie wyczyszczono nadmiaru wątków, historii, opowieści. Aż się o tak radykalny krok prosiło. Jednym eventem można było przewietrzyć zaduch zbierający się w uniwersum. Poza przygotowaniem gruntu pod przyszłe serie, jedyne w czym namieszano, to w powszechnie uznanym rozumieniu Mocy - tylko po to, by w kolejnej dużej serii, czyli Dziedzictwie Mocy, w sporej części wycofać się ze zmian (SPOILER - Vergere w NEJ sprawiała wrażenie znacznie bardziej niejednoznacznej postaci niż w DM, gdzie okazało się, że była po prostu Sithem nie przyznającym się do bycia Sithem). Ok, w NEJ ginie też jedna postać znana z filmów - co wpływa na wszystkie pozostałe - brawa za odwagę i próbę pokazania starych bohaterów jako steranych życiem i targanych wątpliwościami. To się udało.
Sama historia ciągnąca się przez 19 książek obfituje w zwroty akcji, cliffhangery, widzimy z jak ekstremalnymi sytuacjami zderzają się bohaterowie, jak w zetknięciu się z nimi pękają im światopoglądy i kręgosłupy moralne. Motyw zderzenia się z obcą, nieznaną technologią jest dobry, ale zaprezentowany nierówno - po początkowych zupełnych klęskach Nowej Republice udaje się zadziwiająco szybko nawiązywać z Yuuzhan Vongami walkę jak równy z równym.
Interesująco opisano też postępującą przemianę samych najeźdźców, zderzenie się ich fanatyzmu, kultury skupionej na adorowaniu bólu, społeczeństwa kastowego z wszystkim co dla nich obce i niepojęte. Jasne, nie są to fachowe, naukowe analizy, ale nie jest to też zupełna amatorszczyzna.
Na tle historii jako całości wyróżnia się Zdrajca - teatr jednego aktora, historia o poświęceniu, rozpadzie i stworzeniu się na nowo.
Ktoś czegoś nie dopilnował (polski wydawca), w jednej z książek pewne nazwy/ksywy są tłumaczone inaczej niż w pozostałych. Ktoś czegoś nie dopilnował (autorzy oryginalni) - wychwyciłem kilka nieścisłości między poszczególnymi pozycjami. Chociaż przy takich rozmiarach projektu jak i rozmiarach całego uniwersum, to i tak tych nieścisłości było bardzo mało.
Mroczne Gniazdo przynosi kilka interesujących szczegółów (sięgających nieraz i do czasów sprzed Nowej Nadziei), rozwija pewien motyw poboczny z NEJ, poza tym jest dość daremną historią, zapychaczem miejsca, by zrobić coś z tym motywem pobocznym.
A Dziedzictwo Mocy? Ha, z jednej strony mamy zrzynkę z historii Vadera w wykonaniu - SPOILER - jego wnuka, z drugiej fantastyczny obraz rozpadającej się rzeczywistości politycznej Galaktycznego Sojuszu (powstałego na gruzach skorumpowanej Nowej Republiki w NEJ), gdzie niedawni (lub bardzo dawni) przyjaciele stają po przeciwnych stronach barykady (przejściowo np. Han i Leia vs. Luke i jego Nowy Zakon Jedi, po czym wszyscy vs. Darth Caedus). W finale pojawia się kolejna stara, dobra znajoma sprzed wielu, wielu lat. Swoje pięć minut ma też Boba Fett - poznajemy tragiczną historię jego żony, córki i wnuczki, a on sam staje się w pewnym momencie wręcz sympatyczny. Co jeszcze? Widać wyraźnie, że nasi bohaterowie się starzeją. Potwierdzony zostaje fakt, że niezależnie od siły charakteru i dobrych intencji nie da się być dobrym Sithem (ok, przedstawiono jeden niejednoznaczny przypadek potwierdzający regułę). Kolejni znani i lubiani bohaterowie (wprowadzeni już w książkach) giną. Generalnie - dużo się dzieje, ciekawie się dzieje. Jeszcze bardziej niż w NEJ zatarty zostaje podział na dobrych i złych. Całość jest jeszcze bardziej mroczna niż dosyć posępny NEJ (jak na standardy Star Wars oczywiście).
Co po Dziedzictwie? Mam kolejne książki, w tym całą następną dużą serię - Przeznaczenie Jedi. Przed serią jest kilka mniejszych historii wprowadzających do niej - Rozdroża czasu oscylują wokół postaci z dalszych szeregów, w końcu mamy coś innego niż 2137 odcinek serialu "Skywalkerowie i Solo ratują galaktykę", motyw z przeskokiem w czasie (bagatela 5000 lat) ciekawy, tak samo jak zaprezentowane efektowne i popełnione z premedytacją przejście na ciemną stronę. Zobaczymy, co będzie dalej. Niestety, upchnięto w jedną książkę trochę zbyt wiele wątków. Znów mamy charakterystyczne starwarsowe deus ex machina, gdy rzeczy się po prostu cudownie dzieją, wszystko dokładnie wtedy i w taki sposób, żeby wyszło w miarę dobrze.
Adnotacja na marginesie - całe uniwersum Star Wars zawiera milion przykładów (i argumentów) przeciwko wolnej woli. Ciekawe, czy ktoś kiedyś podjął się głębszej analizy tego wątku. Poczytałbym.
Trylogia Bane'a zaś to antyczna historia uniwersum. Epicka opowieść (kojarząca się momentami nie tyle ze Star Wars co Conanem Barbarzyńcą - starożytne ruiny, pradawne artefakty, mrożące krew w żyłach tajemnice czekające na odkrycie) o - nazwijmy to - reformie Sithów dokonanej przez Dartha Bane'a. Zły bohater został pokazany całkiem obiektywnie - bez oceniania i tkliwego moralizatorstwa. Pedantyczni fani notujący skrzętnie techniki i umiejętności użytkowników Mocy dopiszą do swoich list sporo elektryzujących nowinek (przeczytałbym historie o Jeszcze Bardziej Super-Duper-Zamierzchłych Czasach, kiedy Sithowie potrafili za pomocą Mocy zmieniać gwiazdy w supernowe). Karpyshyn potwierdził, że jest jednym z tych lepszych starwarsowych wyrobników, w mojej opinii leży półkę wyżej np. od takiej Elaine Cunningham.
Na zakończenie mógłbym się zastanowić, dlaczego spędziłem tyle czasu (i jeszcze trochę czasu na to zmarnuje) na czytanie tych odpowiedników harlequinów dla young adults i wiecznych dzieciaków - odpowiedź jest całkiem prosta - zapewne dlatego, że mimo wszystkich wad tych czytadeł, mimo ich bijącej po oczach czytadłowatości, pochłaniam je z prędkością światła, nie mogąc doczekać się na to, co wydarzy się w kolejnym tomie. Na tym chyba polega magia Star Wars - człowiek doskonale wie, że to badziew, a jednak znajduje autentyczną przyjemność w obcowaniu z nim. A może to tylko twórcze wykorzystanie sprawdzonych motywów, epickość i patos zderzone z heroicznymi zmaganiami potężnych bohaterów z własnymi słabościami i potężnymi przeciwnikami zewnętrznymi - baśniowość po przejściach - czyli coś, co - znów - stawia Star Wars koło Conana Barbarzyńcy niż koło klasyków zaangażowanej hard s-f poruszającej Ważkie Problemy. I dobrze.
Paolo Bacigalupi Wodny nóż
Serio ta książka trafiła do Uczty Wyobraźni? Jakoś głupio postawić mi ją na półce obok Tonącej dziewczyny, Ciemnego Edenu czy Diaspory. Nie zrozumcie mnie źle - worldbuilding jest wspaniały. Autor odwalił kawał dobrej roboty. Świat jest przedstawiony dosyć naturalistycznie i bezpretensjonalnie, dobro i zło to martwe etykietki, aluzje do faktycznych zjawisk społecznych, religijnych i trendów kulturalnych robią wrażenie, tak samo jak okopanie się autora w obecnym poziomie technologii i trendów w mediach społecznościowych, ale w gruncie rzeczy jest to tylko bardzo dobrze napisana opowieść sensacyjno-przygodowa. Nic aż tak przełomowego. Albo czegoś nie wychwyciłem. Zaprojektowana kunsztownie i przekonywająco wizja rozpadających się Stanów Zjednoczonych dotkniętych pustynnieniem i brakiem dostępu do wody jest całkiem przekonywująca ale w gruncie rzeczy mało odkrywcza. Namysł nad dokonującym się klimatycznym rozpierdzielem w skali planetarnej to też nic nowego, podobnie jak wizja zamkniętych i dobrze strzeżonych miast-enklaw dla bogaczy.
Marek Grzywacz Bogini z nożem w dłoni
Całkiem przyjemna nowelka. Udana krytyka zorganizowanych systemów religijnych. Niezła krytyka zamkniętych osiedli dla samozwańczej, nowobogackiej elity (przynajmniej tak to odebrałem, jeśli autor miał to też na myśli, to przyklaskuję). Świeży pomysł. Ładna okładka.
Dobra rzecz, aaaaale mówiąc szczerze, biorąc pod uwagę całą znaną mi twórczość Autora, to ma on w swoim dorobku rzeczy krótsze a lepsze.
Karolina "Mangusta" Kaczkowska, Tomasz "MordumX" Siwiec Liturgia plugastwa
No, flaczki podano do stołu. Chociaż paradoksalnie nie we flakach tkwi siła tego małego splitu opowiadań dwojga autorów, lecz w poruszanych kwestiach. Najsilniej oddziałujące na czytelnika teksty - a w każdym razie na mnie - Bestie, Słit focie, Otworek - albo są rzeźnią w stopniu symbolicznym, albo mogłyby w ogóle nie epatować brutalną przemocą, a i tak by się broniły jako horror ekstremalny (Bestie). Poza tym mamy po równo tekstów wesołych i refleksyjnych, eksploatujących zarówno sprawdzone motywy gatunku, jak i to, co leży autorom na wątrobie.
W swojej niezbyt rozpowszechnionej i niezbyt rozbudowanej niszy literackiego gore bardzo mocna pozycja. Świadectwo ciągłego rozwoju środowiska.
sobota, 19 grudnia 2015
Upływający czas #54
W ciągu ostatniego czasu, a dokładniej kilku miesięcy, miałem niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w dwóch koncertach black metalowych w stołecznym królewskim. W związku z tym samo nasunęło mi się pewne spostrzeżenie, która od zawsze mnie zastanawiało (no dobra, dawno temu, gdy w liceum chodziłem nawet latem w długim czarnym płaszczu, glanach i koszulce Burzum, a raz musiałem salwować się po zajęciach ucieczką przed przeważającymi siłami fanów Mayhem, nie zajmowały mnie takie szczegóły, liczył się ekstremizm jako taki). Mianowicie, w jaki sposób niektórzy uczestnicy mogą łączyć dowolne poglądy będące w ich mniemaniu programem pozytywnym z radosnym podrygiwaniem do muzyki z tekstami o jednoznacznie nihilistycznym przekazie. Ta sama nieścisłość, rozdarcie między chęcią obrony jakiś - subiektywnych rzecz jasna - wartości a zupełną negacją świata, życia, człowieka, itd. zawsze zastanawiało mnie w przekazie części wykonawców - no bo gdzie biała rasa, czternaście słów, tak czy inaczej rozumiana cywilizacja europejska, itd., itp., a gdzie śmierć ludzkości, gwałty na niemowlakach i rozpasane orgie ku czci Rogatego/rozmycie się w wiecznej ciemności/itp. Mimo mojego własnego stosunku do omawianego zjawiska, ns skini na koncertach black metalowych mi nie przeszkadzają - kim ja jestem, żeby mówić komukolwiek na jakie koncerty ma przychodzić. Za to niezwykle denerwuje mnie nowsze zjawisko - obecność, poza kucami i łysolami, hipsterów. Stojąc obok któregoś z nich, typa częściej patrzącego w ekran smartfona
niż spoglądającego na scenę, po niedługim czasie miałem ochotę mu
przyjebać. Koncert black metalowy to miejsce, gdzie można łatwo zostać oblanym piwem, łatwo zgubić telefon, w skrajnym przypadku można dostać po ryju, przypadkiem lub niezupełnie przypadkiem, czasem nawet od muzyków, aż dziw bierze, że ktokolwiek może tego nie rozumieć, ba, może mieć z tym problem.
O ile sam wolę Mgłę na słuchawkach w czasie spaceru przez wymarłe dzielnice postindustrialne, to warto było machać łbem w tłumie. Bardzo spoczko było też zobaczyć Mikko Aspę na żywo. Czytając teksty Clandestine Blaze czasem nie sposób nie zazgrzytać zębami (przykład rozdarcia o którym wspomniałem wyżej), ale gość jest legendą i nikt tego nie zaneguje.
No ale niech tam, grunt, że ja się dobrze bawiłem, zarówno w Zaścianku na Blaze of Perdition (koncertowy wokalista dał radę jak najbardziej, zagrali też Królestwo Twoje, więc już w ogóle) jak i w Rotundzie na Mgle.
18.12 miałem okazję być w kinie (studyjnym, ale dało radę, wbrew pozorom nie potrzeba było 3D [z moim astygmatyzmem i tak kiepsko się filmy w 3D ogląda] i ekranu o przekątnej równej długości boiska piłkarskiego by cieszyć się filmem) na nowych Gwiezdnych Wojnach. Mam mieszane uczucia, ale zawiodłem się pozytywnie - nie było to takie gówno jak myślałem, że będzie. Byłem pewien, że po emisji spokojnie będę mógł napisać opinię jednozdaniową w stylu: ekranizacja Trylogii Thrawna byłaby dużo lepszym pomysłem, tymczasem mimo całej wtórności, fabularnych absurdów, itd., mamy całkiem dobry, szalenie efektowny, trzymający w napięciu i, na szczęście, długi film.
Co jest wtórne? Sam zarys fabuły. Mamy powieloną po raz kolejny historię o prostaczku z pustynnego wypizdowa, który to prostaczek dzięki serii absurdalnych zbiegów okoliczności staje się postacią kluczową w toczącej się wojnie dobra ze złem (płeć prostaczka nie ma tu znaczenia). Jednym z liderów tych złych jest sekciarz w czarnej masce, ponad to oczywiście dysponują oni superbronią zdolną niszczyć całe planety. Następuje heroiczny atak dobrych na złych, gdy źli dowiadują się o lokalizacji ukrytej bazy tych dobrych. Przy ciężkich stratach udaje się dobrym rozpirzyć superbroń złych, główny zły ma dostać ochrzan od głównego jeszcze gorszego. Do tego w tle opowieści mamy ukrywającego się w jeszcze bardziej zapyziałym wypizdowie niż przedstawionym na początku filmu steranego życiem mędrca, nasz prostaczek ma zadatki na sekciarza, główny zły jest skoligacony z dobrymi, itd.
W sumie na tym samym pomyśle (z różnym rozłożeniem akcentów) opierała się fabuła zarówno Mrocznego widma, jak i Nowej nadziei, w Przebudzeniu Mocy na pewno ciekawym novum jest lekki cliffhanger na zakończenie i bardzo niejednoznaczne, chaotyczne i jakby nieprzekonane zło jednego ze złych. Uśmiercenie jednego ze starych bohaterów, chociaż spodziewałem się czegoś takiego (nie ogarniałem na bieżąco pojawiających się spoilerów), mimo wszystko było dość zaskakujące. Zaskakujące było też, że nikt nie stracił ręki, bo to już chyba świecka tradycja serii. Wreszcie nieco zaskakująca była możliwość zobaczenia szturmowców w czasie akcji pacyfikacyjnej - mam wrażenie, że bieżąca trylogia będzie trochę mroczniejsza od poprzednich części. Zaskoczyło mnie to podwójnie - że Disney coś takiego pokazał.
Oczywiście, biorąc pod uwagę samą historię jako taką, to niezależnie od tego, co wydarzy się w kolejnych epizodach, ekranizacja Trylogii Thrawna byłaby dużo lepszym pomysłem. Nie jestem przy tym ortodoksyjnym fanem Expanded Universe - było (hmm, jest) ono tworem przerośniętym, pełnym faktycznie złych i niepotrzebnych historii, zaciemniających obraz uniwersum i niepotrzebnie mnożących wątki, postaci poboczne, historie bohaterów filmowych, których życiorysami można by obdzielić dodatkowo kilkanaście innych osób, itd. Po prostu uważam, że wywalenie uniwersum jako takiego (Legends - proszę was, kto poza największymi [i najstarszymi] fanatykami sięgnie po pozycje rozmijające się z kolejnymi filmami), było czymś zupełnie niepotrzebnym i szkodliwym, wśród wszystkich tytułów wydanych pod szyldem Star Wars trafiały się prawdziwe perełki. Jak np. Tryloga Thrawna.
BTW księżniczka Leia jest moją ulubioną księżniczką Disneya.
J.G. Ballard Wyspa
Heh, sam chciałem kiedyś napisać coś podobnego. Historię o gościu uwięzionym w urywku świata, faktycznej wyspie, pomiędzy ruchliwymi drogami, na oceanie ciągłego ruchu. Nawet napisałem (Powtórne przyjście), tyle, że to, co ostatecznie mi wyszło, różni się znacznie od tego, co zamierzałem napisać na samym początku.
Historia opowiedziana przez Ballarda jest całkiem prosta. Główny bohater ma wszystko, co jest mu potrzebne do całkiem przyjemnej egzystencji. Składają się na to: drogi samochód, dobra luksusowe, lukratywna posada, rodzina i kochanka. Pewnego dnia wypada z trasy, z drogi szybkiego ruchu. Ląduje w opuszczonym, zabiedzonym Nigdzie otoczonym ciągami dróg prowadzących do metropolii. Usiłuje wydostać się z wyspy, jednak nie udaje mu się to - zostaje potrącony. Nikt nie zatrzymuje się by go podwieźć do cywilizacji.
Bez pożywienia i bez wody, bez środków do życia, ranny i z gorączką, w otoczeniu rdzewiejących wraków, bujnie rosnącej trawy i szczątków fundamentów dawnego osiedla musi radzić sobie sam, nie będąc do tego nijak przygotowanym. Na dodatek niedługo potem okazuje się, że wyspa nie jest bezludna, a jej mieszkańcy mają swoje powody, by zatrzymać na niej rozbitka. Rozbitek podejmuje jednak z nimi grę...
Ballard w surrealistyczny i przejaskrawiony sposób ukazuje egzystencjalną pustkę życia w naszej zwariowanej ponowoczesności. Jego wizja wcale się nie zestarzała, wraz z postępującym wyorbitowywaniem relacji międzyludzkich w nierzeczywistość, zapośredniczaniem coraz szerszych dziedzin życia przez usługi, jest coraz bardziej i bardziej aktualna. Książka pochodzi co prawda sprzed ery telefonów komórkowych i smartfonów, ale można przyjąć, że na wyspie po prostu nie ma zasięgu. Wcale nie trzeba rozbić się gdzieś za siedmioma górami, za siedmioma lasami, by trafić na nieprzyjazne człowiekowi odludzie. W ramach naszego uporządkowanego świata rozwijają się bujnie takie enklawy, obszary przegrane, zapomniane, wykorzystane przez aktualną formę globalnego systemu kapitalistycznego, przeżute i wydalone, zamieszkiwane przez również przeżutych i wydalonych wyrzutków. Może to być wyspa między ruchliwymi drogami, jak i wymierające osiedle czy całe małe miasto. Autor pokazuje też jak pretekstowe i złudne są wszystkie stałości naszego uporządkowanego świata. Jak niewiele potrzeba, by z człowieka wyszło zwierze kierujące się pierwotnymi instynktami, rządzą przetrwania i dominacji w stadzie. Jak niewiele też potrzeba, by znaleźć swój własny, subiektywny sens w miejscach, o których nawet by się nie pomyślało, że mogą go nam ofiarować.
J.G. Ballard Wieżowiec
Ha, ekranizacja już wkrótce.
Jedna z bardziej surrealistycznych książek Ballarda. Opowieść o ogromnym, 40-piętrowym wieżowcu, ultra-nowoczesnym, pełnym usług dodatkowych i wszelkich udogodnień (baseny, siłownie, fryzjer, nawet szkoła, ogrody, itd.), którego mieszkańców ogarnia postępujące szaleństwo, rozpad wartości, uwiąd norm kulturowych i relacji międzyludzkich, następuje powrót do barbarzyństwa. Na opustoszałych piętrach kształtuje się podział klasowy, następnie postępuje rozpad na plemiona i klany, by ostatecznie każdy z mieszkańców, który przeżył wystarczająco długo, mógł zaakceptować swój wcześniejszy świat, chcieć wrócić do poprzedniego życia, lecz traktować je jako utkane z konstruktów nie mających żadnej głębszej treści. Widzimy uwiąd wartości spowodowany dobrobytem, nasyceniem i przepełnieniem, jednak do pewnego stopnia dość nietzscheański/stirnerowski w swoim zarysie. Upadają stare wartości, przygniecione ogromem wieżowca, nie kształtują się nowe - bo skąd mogłyby same z siebie się ukształtować, z bezmyślnej negacji nigdy nie wyjdzie nic budującego. Dlatego po pierwszym buncie, obróceniem w niwecz dobrodziejstw cywilizacji, nastaniem walk plemiennych w wieżowcu, gwałtów, napadów, rozbojów, morderstw, walką o zasoby i kobiety, nawet próby osiągnięcia czegoś w rodzaju chwały wojownika, nadchodzi stagnacja, a na końcu rodzaj mrocznego objawienia, gdy jeden z ostatnich żywych mieszkańców, żyjący z własną siostrą, dochodzi do wniosku, nad szczątkami psa pieczonego na balkonie, że wszystko wróciło do normy i że może warto by wrócić do pracy. Wolny od złudzeń, którymi karmił się wcześniej, postanawia też uzależnić od morfiny swoją siostrę-kochankę i przypadkową kobietę, która własną krwią karmiła swojego kota.
Właśnie, wraz z rozpadem świata wartości, zastępowanym przez wtórne barbarzyństwo i kult siły, plaga usterek technicznych dotknęła wieżowiec jako taki. Początkowe problemy z prądem i wodą przybrały postać epidemii, ogromny moloch został wkrótce pozbawiony dostępu do dóbr pierwszej potrzeby, mieszkańcy przestali chodzić do pracy, blok i okolica zatonęła w śmieciach i innych odpadkach. Rozkład dokonywał się na dwóch płaszczyznach jednocześnie - moralnej i technologicznej, obie zostały ze sobą sprzęgnięte wygodą, katastrofa jednej pociągnęła katastrofę drugiej.
Być może w tej metaforze społeczeństwa Ballard chciał też odwołać się do napięć klasowych - wieżowiec wyraźnie podzielił się na strefy analogiczne do (nieco uproszczonej, bo trzyczęściowej) drabiny społecznej. W penthousie na dachu mieszkał architekt budynku, uważający się od pewnego momentu za jego władcę, ułomny demiurg, którego przerosło własne dzieło, i który ostatecznie został pokonany przez własne stworzenie, jeśli za jego stworzenie uznamy też warunki umożliwiające spontaniczny powrót do barbarzyństwa, rozpad uwarunkowań i efektowny oraz destrukcyjny zarazem powrót wypartego. Bardzo wymowne jest przedstawienie pewnego ginekologa (również z najwyższej warstwy) - wraz z grupką kobiet porozumiewali się ze sobą za pomocą symulacji nagrywanych przez niego w czasie jego kariery lekarskiej i odtwarzanych wciąż i wciąż odgłosów rodzących kobiet. Ani chybi chyba miał to być rodzaj tęsknoty za rytuałem przejścia, inicjacją do czegoś nowego, innego, rytuał narodzenia na nowo w świecie, gdzie rozpadła się stara forma bytu, a nowa nie zamanifestowała się jeszcze.
Wieżowiec to rewelacyjna książka, ale nie wolno traktować jej jako zwyczajnej fikcji spekulatywnej, bo pod względem ciągów przyczynowo-skutkowych, wewnętrznej spoistości świata przedstawionego, itd., dzieło Ballarda jest wyjątkowo dziurawe, niespójne, nieprawdopodobne. Jeśli uznamy ją zaś za surrealistyczną metaforę otaczającej nas rzeczywistości, za rodzaj przypowieści, wtedy można docenić jej wielkość. Mam nadzieję, że nadchodząca ekranizacja uchwyci jej ducha.
Karol Mitka Robiłem to z żywym trupem
Kolejna pozycja wydana przez niestrudzonego Tomka Siwca i jego Horror Masakrę.
Ok, jako iż jesteśmy w swoim gronie, przyznajmy szczerze - wartości literackich tutaj nie ma za grosz, drugiego dna również, autor szokuje dla samej przyjemności płynącej z szokowania. Do tego bardzo, ale to bardzo przydałaby się bardziej wnikliwa edycja i korekta. A mimo to świetnie się bawiłem czytając tę nowelkę, rechocząc z rzeczy, które przypadkowego czytelnika przyprawiłyby o wymioty (zakładając, że po książeczkę o takim tytule sięgnąłby ktokolwiek przypadkowy, wątpię). Świetnie się bawiłem także dlatego, że autor nie próbuje nawet udawać, że chodzi mu o coś innego niż o możliwość opisania serii scen seksu analnego, oralnego, itd., z zombie, przy zupełnie pretekstowej i w gruncie rzeczy mało istotnej fabule. Nie zawiodłem się, czekam na kolejne dziełko autora. Rozrywka dla zwyroli dostarczona przez zwyrola. Zółwik, ziomuś.
O ile sam wolę Mgłę na słuchawkach w czasie spaceru przez wymarłe dzielnice postindustrialne, to warto było machać łbem w tłumie. Bardzo spoczko było też zobaczyć Mikko Aspę na żywo. Czytając teksty Clandestine Blaze czasem nie sposób nie zazgrzytać zębami (przykład rozdarcia o którym wspomniałem wyżej), ale gość jest legendą i nikt tego nie zaneguje.
No ale niech tam, grunt, że ja się dobrze bawiłem, zarówno w Zaścianku na Blaze of Perdition (koncertowy wokalista dał radę jak najbardziej, zagrali też Królestwo Twoje, więc już w ogóle) jak i w Rotundzie na Mgle.
18.12 miałem okazję być w kinie (studyjnym, ale dało radę, wbrew pozorom nie potrzeba było 3D [z moim astygmatyzmem i tak kiepsko się filmy w 3D ogląda] i ekranu o przekątnej równej długości boiska piłkarskiego by cieszyć się filmem) na nowych Gwiezdnych Wojnach. Mam mieszane uczucia, ale zawiodłem się pozytywnie - nie było to takie gówno jak myślałem, że będzie. Byłem pewien, że po emisji spokojnie będę mógł napisać opinię jednozdaniową w stylu: ekranizacja Trylogii Thrawna byłaby dużo lepszym pomysłem, tymczasem mimo całej wtórności, fabularnych absurdów, itd., mamy całkiem dobry, szalenie efektowny, trzymający w napięciu i, na szczęście, długi film.
Co jest wtórne? Sam zarys fabuły. Mamy powieloną po raz kolejny historię o prostaczku z pustynnego wypizdowa, który to prostaczek dzięki serii absurdalnych zbiegów okoliczności staje się postacią kluczową w toczącej się wojnie dobra ze złem (płeć prostaczka nie ma tu znaczenia). Jednym z liderów tych złych jest sekciarz w czarnej masce, ponad to oczywiście dysponują oni superbronią zdolną niszczyć całe planety. Następuje heroiczny atak dobrych na złych, gdy źli dowiadują się o lokalizacji ukrytej bazy tych dobrych. Przy ciężkich stratach udaje się dobrym rozpirzyć superbroń złych, główny zły ma dostać ochrzan od głównego jeszcze gorszego. Do tego w tle opowieści mamy ukrywającego się w jeszcze bardziej zapyziałym wypizdowie niż przedstawionym na początku filmu steranego życiem mędrca, nasz prostaczek ma zadatki na sekciarza, główny zły jest skoligacony z dobrymi, itd.
W sumie na tym samym pomyśle (z różnym rozłożeniem akcentów) opierała się fabuła zarówno Mrocznego widma, jak i Nowej nadziei, w Przebudzeniu Mocy na pewno ciekawym novum jest lekki cliffhanger na zakończenie i bardzo niejednoznaczne, chaotyczne i jakby nieprzekonane zło jednego ze złych. Uśmiercenie jednego ze starych bohaterów, chociaż spodziewałem się czegoś takiego (nie ogarniałem na bieżąco pojawiających się spoilerów), mimo wszystko było dość zaskakujące. Zaskakujące było też, że nikt nie stracił ręki, bo to już chyba świecka tradycja serii. Wreszcie nieco zaskakująca była możliwość zobaczenia szturmowców w czasie akcji pacyfikacyjnej - mam wrażenie, że bieżąca trylogia będzie trochę mroczniejsza od poprzednich części. Zaskoczyło mnie to podwójnie - że Disney coś takiego pokazał.
Oczywiście, biorąc pod uwagę samą historię jako taką, to niezależnie od tego, co wydarzy się w kolejnych epizodach, ekranizacja Trylogii Thrawna byłaby dużo lepszym pomysłem. Nie jestem przy tym ortodoksyjnym fanem Expanded Universe - było (hmm, jest) ono tworem przerośniętym, pełnym faktycznie złych i niepotrzebnych historii, zaciemniających obraz uniwersum i niepotrzebnie mnożących wątki, postaci poboczne, historie bohaterów filmowych, których życiorysami można by obdzielić dodatkowo kilkanaście innych osób, itd. Po prostu uważam, że wywalenie uniwersum jako takiego (Legends - proszę was, kto poza największymi [i najstarszymi] fanatykami sięgnie po pozycje rozmijające się z kolejnymi filmami), było czymś zupełnie niepotrzebnym i szkodliwym, wśród wszystkich tytułów wydanych pod szyldem Star Wars trafiały się prawdziwe perełki. Jak np. Tryloga Thrawna.
BTW księżniczka Leia jest moją ulubioną księżniczką Disneya.
J.G. Ballard Wyspa
Heh, sam chciałem kiedyś napisać coś podobnego. Historię o gościu uwięzionym w urywku świata, faktycznej wyspie, pomiędzy ruchliwymi drogami, na oceanie ciągłego ruchu. Nawet napisałem (Powtórne przyjście), tyle, że to, co ostatecznie mi wyszło, różni się znacznie od tego, co zamierzałem napisać na samym początku.
Historia opowiedziana przez Ballarda jest całkiem prosta. Główny bohater ma wszystko, co jest mu potrzebne do całkiem przyjemnej egzystencji. Składają się na to: drogi samochód, dobra luksusowe, lukratywna posada, rodzina i kochanka. Pewnego dnia wypada z trasy, z drogi szybkiego ruchu. Ląduje w opuszczonym, zabiedzonym Nigdzie otoczonym ciągami dróg prowadzących do metropolii. Usiłuje wydostać się z wyspy, jednak nie udaje mu się to - zostaje potrącony. Nikt nie zatrzymuje się by go podwieźć do cywilizacji.
Bez pożywienia i bez wody, bez środków do życia, ranny i z gorączką, w otoczeniu rdzewiejących wraków, bujnie rosnącej trawy i szczątków fundamentów dawnego osiedla musi radzić sobie sam, nie będąc do tego nijak przygotowanym. Na dodatek niedługo potem okazuje się, że wyspa nie jest bezludna, a jej mieszkańcy mają swoje powody, by zatrzymać na niej rozbitka. Rozbitek podejmuje jednak z nimi grę...
Ballard w surrealistyczny i przejaskrawiony sposób ukazuje egzystencjalną pustkę życia w naszej zwariowanej ponowoczesności. Jego wizja wcale się nie zestarzała, wraz z postępującym wyorbitowywaniem relacji międzyludzkich w nierzeczywistość, zapośredniczaniem coraz szerszych dziedzin życia przez usługi, jest coraz bardziej i bardziej aktualna. Książka pochodzi co prawda sprzed ery telefonów komórkowych i smartfonów, ale można przyjąć, że na wyspie po prostu nie ma zasięgu. Wcale nie trzeba rozbić się gdzieś za siedmioma górami, za siedmioma lasami, by trafić na nieprzyjazne człowiekowi odludzie. W ramach naszego uporządkowanego świata rozwijają się bujnie takie enklawy, obszary przegrane, zapomniane, wykorzystane przez aktualną formę globalnego systemu kapitalistycznego, przeżute i wydalone, zamieszkiwane przez również przeżutych i wydalonych wyrzutków. Może to być wyspa między ruchliwymi drogami, jak i wymierające osiedle czy całe małe miasto. Autor pokazuje też jak pretekstowe i złudne są wszystkie stałości naszego uporządkowanego świata. Jak niewiele potrzeba, by z człowieka wyszło zwierze kierujące się pierwotnymi instynktami, rządzą przetrwania i dominacji w stadzie. Jak niewiele też potrzeba, by znaleźć swój własny, subiektywny sens w miejscach, o których nawet by się nie pomyślało, że mogą go nam ofiarować.
J.G. Ballard Wieżowiec
Ha, ekranizacja już wkrótce.
Jedna z bardziej surrealistycznych książek Ballarda. Opowieść o ogromnym, 40-piętrowym wieżowcu, ultra-nowoczesnym, pełnym usług dodatkowych i wszelkich udogodnień (baseny, siłownie, fryzjer, nawet szkoła, ogrody, itd.), którego mieszkańców ogarnia postępujące szaleństwo, rozpad wartości, uwiąd norm kulturowych i relacji międzyludzkich, następuje powrót do barbarzyństwa. Na opustoszałych piętrach kształtuje się podział klasowy, następnie postępuje rozpad na plemiona i klany, by ostatecznie każdy z mieszkańców, który przeżył wystarczająco długo, mógł zaakceptować swój wcześniejszy świat, chcieć wrócić do poprzedniego życia, lecz traktować je jako utkane z konstruktów nie mających żadnej głębszej treści. Widzimy uwiąd wartości spowodowany dobrobytem, nasyceniem i przepełnieniem, jednak do pewnego stopnia dość nietzscheański/stirnerowski w swoim zarysie. Upadają stare wartości, przygniecione ogromem wieżowca, nie kształtują się nowe - bo skąd mogłyby same z siebie się ukształtować, z bezmyślnej negacji nigdy nie wyjdzie nic budującego. Dlatego po pierwszym buncie, obróceniem w niwecz dobrodziejstw cywilizacji, nastaniem walk plemiennych w wieżowcu, gwałtów, napadów, rozbojów, morderstw, walką o zasoby i kobiety, nawet próby osiągnięcia czegoś w rodzaju chwały wojownika, nadchodzi stagnacja, a na końcu rodzaj mrocznego objawienia, gdy jeden z ostatnich żywych mieszkańców, żyjący z własną siostrą, dochodzi do wniosku, nad szczątkami psa pieczonego na balkonie, że wszystko wróciło do normy i że może warto by wrócić do pracy. Wolny od złudzeń, którymi karmił się wcześniej, postanawia też uzależnić od morfiny swoją siostrę-kochankę i przypadkową kobietę, która własną krwią karmiła swojego kota.
Właśnie, wraz z rozpadem świata wartości, zastępowanym przez wtórne barbarzyństwo i kult siły, plaga usterek technicznych dotknęła wieżowiec jako taki. Początkowe problemy z prądem i wodą przybrały postać epidemii, ogromny moloch został wkrótce pozbawiony dostępu do dóbr pierwszej potrzeby, mieszkańcy przestali chodzić do pracy, blok i okolica zatonęła w śmieciach i innych odpadkach. Rozkład dokonywał się na dwóch płaszczyznach jednocześnie - moralnej i technologicznej, obie zostały ze sobą sprzęgnięte wygodą, katastrofa jednej pociągnęła katastrofę drugiej.
Być może w tej metaforze społeczeństwa Ballard chciał też odwołać się do napięć klasowych - wieżowiec wyraźnie podzielił się na strefy analogiczne do (nieco uproszczonej, bo trzyczęściowej) drabiny społecznej. W penthousie na dachu mieszkał architekt budynku, uważający się od pewnego momentu za jego władcę, ułomny demiurg, którego przerosło własne dzieło, i który ostatecznie został pokonany przez własne stworzenie, jeśli za jego stworzenie uznamy też warunki umożliwiające spontaniczny powrót do barbarzyństwa, rozpad uwarunkowań i efektowny oraz destrukcyjny zarazem powrót wypartego. Bardzo wymowne jest przedstawienie pewnego ginekologa (również z najwyższej warstwy) - wraz z grupką kobiet porozumiewali się ze sobą za pomocą symulacji nagrywanych przez niego w czasie jego kariery lekarskiej i odtwarzanych wciąż i wciąż odgłosów rodzących kobiet. Ani chybi chyba miał to być rodzaj tęsknoty za rytuałem przejścia, inicjacją do czegoś nowego, innego, rytuał narodzenia na nowo w świecie, gdzie rozpadła się stara forma bytu, a nowa nie zamanifestowała się jeszcze.
Wieżowiec to rewelacyjna książka, ale nie wolno traktować jej jako zwyczajnej fikcji spekulatywnej, bo pod względem ciągów przyczynowo-skutkowych, wewnętrznej spoistości świata przedstawionego, itd., dzieło Ballarda jest wyjątkowo dziurawe, niespójne, nieprawdopodobne. Jeśli uznamy ją zaś za surrealistyczną metaforę otaczającej nas rzeczywistości, za rodzaj przypowieści, wtedy można docenić jej wielkość. Mam nadzieję, że nadchodząca ekranizacja uchwyci jej ducha.
Karol Mitka Robiłem to z żywym trupem
Kolejna pozycja wydana przez niestrudzonego Tomka Siwca i jego Horror Masakrę.
Ok, jako iż jesteśmy w swoim gronie, przyznajmy szczerze - wartości literackich tutaj nie ma za grosz, drugiego dna również, autor szokuje dla samej przyjemności płynącej z szokowania. Do tego bardzo, ale to bardzo przydałaby się bardziej wnikliwa edycja i korekta. A mimo to świetnie się bawiłem czytając tę nowelkę, rechocząc z rzeczy, które przypadkowego czytelnika przyprawiłyby o wymioty (zakładając, że po książeczkę o takim tytule sięgnąłby ktokolwiek przypadkowy, wątpię). Świetnie się bawiłem także dlatego, że autor nie próbuje nawet udawać, że chodzi mu o coś innego niż o możliwość opisania serii scen seksu analnego, oralnego, itd., z zombie, przy zupełnie pretekstowej i w gruncie rzeczy mało istotnej fabule. Nie zawiodłem się, czekam na kolejne dziełko autora. Rozrywka dla zwyroli dostarczona przez zwyrola. Zółwik, ziomuś.
sobota, 12 września 2015
Upływający czas #49 (Uchodźcy)
Człowiek jest już tak zbudowany, że dobrze się czuje w otoczeniu, które zna i w którym został w określony sposób uwarunkowany. Nawet w niewielkim stopniu, ale chyba każdy przejawia takie zachowania, od melancholijnego wspominania utraconej bezpowrotnie wyidealizowanej krainy dzieciństwa, przez niechęć do zmiany na stałe krajobrazu widzianego codziennie przez lata po delikatne ukłucie niepokoju gdy zmienia się znienacka coś, co od dawna było takie samo. Tendencje takie uwydatnione są zwłaszcza w Polsce, gdzie z racji panujące warunki społeczno-ekonomiczne przeważająca większość społeczeństwa przejawia pojedyncze cechy charakterystyczne dla osób z zaburzeniami osobowości z wiązki C, a nerwice i fobie dotykają coraz młodszych pacjentów. Gdy nie ma nadziei na lepsze jutro, gdy pół życia pracuje się na umowach śmieciowych lub na umowę-zlecenie, a kredyt na mieszkanie to, w większości przypadków, założenie sobie kajdan na resztę życia, nie trudno o okopanie się w swoich wyobrażeniach o utraconej wielkości. Zwłaszcza, że od małego człowiek jest kształtowany w wyobrażeniach o utraconej wielkości, w gorączkowej, absurdalnej, przejaskrawionej, oderwanej od rzeczywistości, romantycznej wizji polskości. Kształtuje się w nim przekonanie, że z racji na odsiecz wiedeńską/bitwę warszawską/bitwę o Anglię/papieża polaka/Wałęsę/co tam jeszcze było, cały świat powinien paść przed nami na kolana i uznać naszą wielkość, doniosłość w dziejach świata. Do tego dochodzi jeszcze religia katolicka, komórki rakowe rozlewające się po systemie edukacji, poddany indoktrynacji młody Polak dowiaduje się o Chrystusie (narodów), o tym, że każdy ateista to potencjalny morderca, gwałciciel, wróg polskości. Nabiera przekonania, że praktycznie każde powstanie/rewolucja/ruchawka w polskiej historii to walka Światła z Ciemnością. A potem taki bidoczek twierdzi, że Armia Krajowa walczyła o kraj bez gejów, bez in vitro i bez Żydów. Co najlepsze, uznaje że tylko on i jemu podobni znają tę prawdziwą historię Polski.
Jeśli jesteśmy tacy zajebiści, jeśli kilkanaście razy na przestrzeni wieków ratowaliśmy Europę/Cywilizację Łacińską/coś tam przed zagładą ze strony wrażych, iście piekielnych, demonicznych sił, i to ratowaliśmy głównie przy pomocy hartu ducha, Panny Maryi i Pana Jezusa, to nie dziwota, że jeśli wszystko wokoło stopniowo i nieubłaganie zmienia się w gówno, to dzieje się to zapewne właśnie przez te wraże, demoniczne siły, przyjmujące najróżniejsze twarze, wrogów wewnętrznych i zewnętrznych.
Oczywiście przejaskrawiam i mam tego pełną świadomość. Niestety, trend zmierza nieubłaganie w taką stronę. Im jest gorzej, tym bardziej dyskurs hegemoniczny zjeżdża na prawo. Prędzej czy później skończy się to jakąś katastrofą.
Nie spodziewałem się jednak, że z moich nieszczęsnych rodaków, przy okazji przybycia do Europy rzesz uchodźców z ogarniętego pożogą bliskiego wschodu, głównie Syrii, wyleje się aż tyle szamba. Radość z utopionych dzieci, gloryfikacja obozów zagłady, wprost wygłaszane postulaty mordowania ludzi, których jedyną zbrodnią jest ucieczka z terenów wyniszczonych przez wojnę padły nie tylko z klawiatur i ust rozbitków z opłotków systemu, lumpenproletariatu czy środowisk pielęgnujących wtórne barbarzyństwo pod hasełkami patriotycznymi, ale zostały wyrażone też przez, zdawałoby się, ludzi oczytanych i inteligentnych, mających jako takie pojęcie o świecie i ludzkiej psychice.
Oprócz rzeczowych argumentów przeciwko przyjęciu uchodźców pojawiają się tak absurdalne (właściwie to przykrywają te rzeczowe), że macki opadają. Że dewastują mienie? Autokary? Śmierdzą, są brudni? Ciekawe, jak wyglądaliby i jak zachowywali się nasi zatroskani patrioci, jakby przemierzyli szerokość kontynentu praktycznie bez żadnych środków ku temu, traktowani po drodze jak bydło, przepychani z miejsca na miejsce. Ciekawe, czy byliby szczęśliwi, jakby po drodze do Wielkiej Brytanii okazało się, że kieruje się ich np. na Słowację. Zresztą, tam gdzie jest tłum, tam działa psychika tłumu, zwłaszcza jeśli jest to tłum ludzi ogarniętych rozpaczą, ludzi nie mających dokąd wrócić. W porównaniu z prawdziwymi bogoojczyźnianymi patriotami demolującymi rok w rok Warszawę w dniu 11 listopada, w porównaniu z ludźmi jadącymi pociągami na Przystanek Woodstock, w porównaniu z plemiennymi wojownikami takiej czy innej drużyny piłkarskiej jadących komunikacją miejską na derby i tak uchodźcy zachowują się wyjątkowo spokojnie i godnie. Dzicz? Barbarzyńcy? Kozojebcy? Będą gwałcić i mordować? Cóż, w każdej społeczności ludzkiej są chwasty. To tak, jakby Polaków nazywać narodem gwałcicieli niepełnosprawnych nastolatek (drugi przykład) (pełnosprawnych w sumie też - klik), gwałcicieli psów, odkurzaczy, skrzynek pocztowych, narodem dziczy polującej w parkach na łabędzie. Zaraz! To nieprawda z tymi łabędziami? Ano, taka sama nieprawda jak historie o uchodźcach rzucających fekaliami w pielgrzymów. Ciemnota? Fanatycy religijni? Spoko, niedawno próbowano przeforsować u nas całkowity zakaz aborcji, a ciut wcześniej przedstawiciele Narodu rozwodzili się nad smutnym losem plemników w czasie procedury zapłodnienia in vitro. Co jakiś czas ktoś wyskakuje z pomysłem intronizacji Jezusa na króla tego smutnego grajdoła. Także na polu zwalczania praw kobiet widzę możliwość nawiązania porozumienia między stereotypowym Ahmedem a stereotypowym Januszem. Wojownicy Państwa Islamskiego udają uchodźców, by dostać się do Europy? W sumie to raczej trend jest odwrotny - muzułmanie europejscy jeżdżą na dżihad na Bliski Wschód, nie na odwrót. To trochę jak nasze skino-dresy jeżdżące na zmywak do UK i walczące tam z lewactwem np. poprzez atakowanie imprez techno. A potem takie nacjonalistyczne organizacyjki na obczyźnie wysyłają swoje delegacje na manifestacje anty imigranckie do Polski, nie widząc w tym ani odrobiny hipokryzji. Cięższy kaliber - Facebooka obiegło zdjęcie typa z kałachem, który miał być takim ukrytym wojownikiem ISIS. Tak naprawdę ten typ był członkiem milicji walczącej z Państwem Islamskim, wcześniej był rebeliantem walczącym z reżimem syryjskim, później pomagał chronić obozy dla uchodźców. Tutaj jest jego historia. Dodatkowo, świetny artykuł o manipulacji w mediach społecznościowych jest tutaj. Ale nie, zatroskani polscy patrioci zawsze wszystko wiedzą najlepiej. No bo jak to - jakiś ciapaty z kałachem to na pewno terrorysta. Komu się chce zweryfikować w jakikolwiek sposób share'owane informacje, skoro pasują mu do światopoglądu. A że wśród uchodźców większość to mężczyźni? To na pewno jakiś spisek, w końcu to oczywiste, że kobiety, starcy, dzieci równie dobrze jak młodzi mężczyźni zniosą tułaczkę przez cały kontynent, w warunkach urągających elementarnej ludzkiej godności. Czemu nie walczą więc we własnym kraju do ostatniej kropli krwi o każdą jedną cegłę zburzonych domów? Pewnie dlatego, że mają jakikolwiek instynkt samozachowawczy. Już to widzę, jak w razie wybuchu wojny na naszym podwórku wszyscy internetowi obrońcy ojczyzny (wraz z obrońcami ojczyzny trenującymi obecnie walkę bronią białą - np. maczetą - na innych obrońcach ojczyzny) raźno staną w jednym szeregu i z radością poumierają z okrzykiem "Niech żyje Polska" na ustach w starciu z przeważającymi siłami wroga. To niezwykłe, jak trudno jest zrozumieć, że z kraju rozdartego wojną ucieka nie tylko biedota/element podejrzany/roszczeniowy/itd., ale ludzie z wszystkich grup społecznych, nierzadko i przedstawiciele dawnej lokalnej klasy posiadającej, artyści, inteligencja; najzwyklejsi, najróżniejsi ludzie uciekają właśnie przed Państwem Islamskim. Wśród nich są jednostki lepiej wykształcone i generalnie bardziej wartościowe od pierwszego lepszego orka wypisującego na murach "jebać żydów". To niewiarygodne, jak łatwo w powszechnej świadomości utożsamiono uchodźcę z imigrantem (różnica jest fundamentalna - ten pierwszy nie wyjeżdża bo chce, ale dlatego, że zmuszają go do tego okoliczności) a imigranta z terrorystą, elementem rozkładowym, destabilizującym zastany ład.
Fakt faktem, z napięć między ludźmi ukształtowani w tak różnych uwarunkowaniach pojawią się z czasem konflikty. Człowiek jako taki to materia, to stłumione, wyparte instynkty, to permanentny konflikt między stłamszoną, zaklętą w tysiąc i jedno tabu naturą a kulturą, zawierającą bagaż wartości, wzorców zachowania, odniesienia w czasie i przestrzeni, możliwość określenia się w danym kontekście. Oderwanie się od tego czasu i przestrzeni umożliwia spojrzenie na swoje własne uwarunkowania krytycznie, gdy zderzamy się z czymś innym, gdy poznajemy to inne. Gdy dojdzie do tego utożsamienie sobie perspektywy kosmicznej (historia mojego i twojego kraju w porównaniu do historii ludzkości jako takiej - historia ludzkości jako takiej w porównaniu do historii planety - historia planety w porównaniu do bezczasu Wszechświata) oraz perspektywy metahistorycznej (narody rodzą się i umierają, kultury rodzą się i umierają, ludzie rodzą się i umierają - mija 100 lat, nasze problemy trafiają w zniekształconej wersji do szkolnych podręczników historii; mija 1000 lat - nasze małe wojenki, kryzysy, krachy zajmują pół akapitu w podręcznikach akademickich; poza tym historia powtarza się cyklicznie) możliwe jest stopniowe dojście do porozumienia. Wszystkie kultury, cywilizacje, zestawy niepodważalnych wartości (stających się podważalnymi po upływie 1-2 pokoleń) to owoce nawarstwiających się uwarunkowań, pompatycznych pustych pojęć; im bardziej rozpaczliwa jest wiara w cokolwiek, tym większa jest chęć zakrycia drzemiącej pod wiarą pustki. Im większe stawia się pomniki tyranii abstrakcyjnych pojęć (jak "Europa" "Polskość", "Bóg", ale też "Człowiek", "Postęp"), tym większe są dziury, przez które wypełza ciemność. Nie ważne, czy Polak czy Syryjczyk - jeden i drugi ucieka przed tą ciemnością, jeden i drugi zakuwa się w religijne absurdy, nadaje sam sobie sens przez własne uwarunkowania, szuka tego sensu we flagach i godłach. O ileż lepiej byłoby pogodzić się z tą ciemnością i na płaszczyźnie wspólnego rozpoznania kosmicznej grozy egzystencji i jej bezcelowości odnaleźć wspólnotę losów - obdarzonych przekleństwem świadomości rozbitków ewolucji wiszących w kosmosie na z grubsza kulistym kawałku bryły.
Czy to wszystko oznacza, że Polska powinna przyjąć nieograniczoną ilość uchodźców i nie kontrolować tego ruchu w żadnym stopniu? Ano nie, po to to państwo dysponuje odpowiednimi instytucjami (załóżmy - wyjątkowo - optymistycznie, że instytucje te spełniają swoje role), by roztoczyć nad przybyszami subtelny nadzór. Wypadałoby też oswoić ich z kulturą autochtonów, umożliwić przystosowanie się do życia w nowym, nieznanym im środowisku. Przyjąć ich z otwartymi ramionami, ale jeśli ich ramiona nie będą równie otwarte, przy całym zrozumieniu dla ich tragicznych losów, odpowiednie instytucje powinny stanowczo zareagować. Tak samo jak powinny zareagować na ciemnotę autochtonów. W końcu po to istnieje jakiekolwiek prawo, byśmy nie pozabijali się nawzajem, by społeczeństwo jako takie jakoś się kręciło. A kręcić się będzie niezależne od składu etnicznego.
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Upływający czas #48
Odpryski zlały się z Pokrótce/Czasem na Cokolwiek w jedną kategorię, z przejęciem numeracji Odprysków. Nie ma to żadnego sensu, najwyraźniej jest to przejaw jakiejś mojej w miarę nieszkodliwej manii, to przywiązanie do numerowanych, posegregowanych kategorii. Chociaż tyle jestem w stanie posegregować i uporządkować w rządzącej się niemożliwą do zliczenia i przewidzenia ilością zmiennych rzeczywistości więżącej nas wszystkich w splotach najrozmaitszych uwarunkowań, niemożliwych do rozplątania.
Przeglądając własnego bloga bardzo często zastanawiam się, jak to możliwe, że coś, co jest oczywistym chłamem, potrafiłem zachwalać. Najchętniej co pół roku zmieniałbym treść całkiem sporej ilości postów, niczym w stalinowskiej Rosji lub współczesnym Watykanie. Tak samo widzę jak na przestrzeni czasu zmieniały mi się gusta literackie, zakładając optymistycznie, że kiedykolwiek były wyrobione. Największą katastrofą naszych czasów - do której i ja przykładam kilobajty - jest przekonanie, że ma się cokolwiek sensownego do powiedzenia na jakikolwiek temat, że cokolwiek co ma do powiedzenia faktycznie zainteresuje kogokolwiek, i że można wnioski własne wysnute na bazie subiektywnego gustu, wykreowanego przez lata na bazie indywidualnych doświadczeń rozszerzyć na ogół czytelników i zaprezentować jako coś - w miarę - obiektywnego.
W kilku przypadkach pozwoliłem sobie na dopiski po czasie, z odpowiednimi adnotacjami. Cały czas to wałkuję, to nie pierwszy post o tym tu, bo nie daje mi to spokoju. W gruncie rzeczy każda opinia o czymkolwiek ma swoje miejsce i czas. Po kolejnym mrugnięciu okiem optyka może zmienić się diametralnie. Raz zachwycisz się czymś, książką A, opinią B, poglądem C, tydzień później, po zapoznaniu się z nowymi - dla Ciebie nowymi - informacjami zdasz sobie sprawę, że autor A popełnił plagiat D, wyraziciel B jest skończonym idiotą, pogląd C to piramidalna bzdura. Samo pisanie o tym mechanizmie jest paradoksem, z drugiej strony łatwo jest pisać o czymś takim, gdy noce stają się coraz zimniejsze a zmierzch zapada coraz wcześniej. Zbliżająca się zima sprzyja ujrzeniu w sobie jakiejś małej prawdy, w końcu gwiaździste niebo jest dłużej widoczne (ok, nie w warunkach krakowskiego smogu), a jednak sprzyja też nasileniu reakcji odrzucenia tej małej prawdy, rzadko bowiem kiedy z rozgwieżdżonego nieba można wyczytać coś przyjaznego i optymistycznego. Ale, znowuż, to tylko moja opinia. Z jakiegoś powodu, jakiegoś internetowego ekshibicjonizmu, miałem ochotę wyrzucić ją tutaj z siebie. Leży więc i gnije sobie w najlepsze.
Odnośnie zim, miałem okazję przeczytać ostatnio bardzo zimną książkę. Schludnie wydana cegła, Terror Dana Simona opowiada o słynnej wyprawie morskiej w poszukiwaniu przejścia północno-zachodniego. Wyszedł z tego trochę Melville (ten od Moby Dicka), trochę groza a'la Lovecraft (wątki mitologii innuickiej + tajemnicze zło mordujące członków ekspedycji), trochę, bo ja wiem, Conrad. Przyznaję, odniesienia do literatury marynistycznej wrzuciłem w ciemno, szukając podobieństw wśród czegoś, co było mi znane wcześniej - bo gówno się znam na literaturze marynistycznej. A szkoda. Tak czy siak, autor umiejętnie zbudował opowieść niesamowitą na bazie ogromnej ilości zgromadzonego materiału faktograficznego. Fenomenalnie oddał obcość lodowych pustkowi i małość człowieka w starciu z nieznanym. A także absurdalność losów ekspedycji, nękanej mnóstwem pechowych zbiegów okoliczności, których negatywne skutki uwypuklała nieraz krótkowzroczność dowódców (wynikająca rzecz jasna z takich a nie innych uwarunkowań, uniemożliwiających szybkie zaadaptowanie się do zmieniających się warunków). W przeciwieństwie do większości weird fiction (można to pod weird podciągnąć w ogólnym sensie), bohaterowie nie poddali się po zderzeniu się z obcością. Ci, którzy mogli, walczyli do końca, część oddała swoje życia na własnych warunkach. Książkę dopełnia posłowie dr hab. Grzegorza Rachlewicza, wyczerpująco i przystępnie prezentującego w nim kontekst historyczny oraz rozwijającego geograficzne niejasności.
Do pociągu wolę gorsze książki, mniej absorbujące uwagę. Niedobitki serii wydawniczych Phantom Pressu czy Amber Horror pałętające się po ulicznych straganach ze starymi książkami świetnie sprawdzają się w roli zapychaczy czasu. Carnosaur gościa piszącego jako Harry Adam Knight to sprawnie napisane czytadło, co najciekawsze, poprzedzające Park Jurajski i późniejszą modę na dinozaury. Sporo seksu, dużo przemocy; fatalna edycja polskiego tłumaczenia; przyciągająca wzrok, kiczowata ale ładna na swój sposób okładka, jeśli ktoś lubi takie klimaty. Ja lubię, coraz bardziej na zasadzie guilty pleasure, ale lubię. Książka została zekranizowana, ekranizacja doczekała się direct-to-video kontynuacji, i to nawet paru. Nie miałem okazji oglądać.
W pociągu przeczytałem też Syreny z Saturna Kurta Vonneguta. Wspaniała książka. Czego tam nie ma: obojętny człowiekowi wszechświat i najzupełniej obojętny człowiekowi Bóg; problematyka determinizmu a wolnej woli; zdarcie i przebudowa kształtujących jednostkę uwarunkowań; kurs kolizyjny na Nieznane wiszące w kosmosie; częściowe odkrycie nieznanego i rozczarowanie, bo za jednym nieznanym rozciągają się kolejne, za siłami częściowo poznawalnymi wynurzają się z czegoś nieosiągalnego; człowieczeństwo maszyny. A do tego wszystko będące cudowną, co ciekawe nie posępną i tylko nieco przygnębiającą (poza ogólnym wydźwiękiem i paroma elementami), surrealistyczną groteską. Autor śmiało brał szturmem kolejne granice wyobraźni, balansując na granicy przejaskrawienia i autoparodii, dorzucał więcej i więcej następnych dziwactw i absurdów. Coś, co spokojnie mogło by być kolejną smutną opowieścią o pożerającej wszystko ciemności i mackowatych kształtach w niej drzemiących, jest pełną akcji i okraszoną ironicznym poczuciem humoru opowieścią, że w gruncie rzeczy i tak wszyscy umrzemy a wszechświat ma nas w dupie, dlatego zamiast się zamartwiać warto śmiało samemu wyruszyć na spotkanie wszechświatowi. A nawet jak będziemy przed tym wszechświatem uciekać, to samozwańczy bogowie i/lub ślepy przypadek i tak wyciągną po nas łapska.
Zrobiłem drugie podejście do antologii Po drugiej stronie. Weird fiction po polsku. Pierwsze było tutaj. Tak właściwie szukałem w niej jednego opowiadania. I nie znalazłem go - coś pomyliłem z czymś, poszukiwania trwają - za to przeczytałem tę książkę raz jeszcze. W sumie mogę podtrzymać wszystkie moje zarzuty względem gatunku jako takiego sformułowane w podlinkowanym poście - tyle, że sam coraz bardziej zacząłem w nim się odnajdywać. Nie przeszkadzało mi też nagromadzenie wszelkiej beznadziei, czasem dosyć topornie ładowanej czytelnikowi w ryło. Niezbyt utożsamiam się z moim wcześniejszym argumentem o wpajaniu ogólnej ciemnoty, zabobonów i pogardy dla nauki. Co więcej, uważam, że był to dość dziwny argument. Pewnie dlatego, że mój ateizm - w miarę świeży w 2013 roku - aktualnie przygasł, chociaż zarazem zwyrodniał bardziej. Przykład na to, jak zmienne warunki mogą wpłynąć na gust literacki - gdy przedstawiłem swoje wrażenia po pierwszym przeczytaniu, byłem jeszcze studentem. Myślałem wtedy, że kiedyś wcześniej, gdy szedłem na studia, byłem młody i naiwny. Miałem jakieś tam ogólnożyciowe plany. Teraz zaś już nie jestem studentem, patrzę na siebie-studenta z mieszaniną odrazy i politowania. Z tamtych ogólnożyciowych planów rzecz jasna nic nie wyszło (patrząc nawet z perspektywy tego jednego, dwóch lata - ale to całkiem dobrze się stało), ponadto zderzyłem się kilkukrotnie z zagmatwaną rzeczywistością, przez co uwypukleniu uległy wcześniej niedominujące elementy moich przekonań i osobowości, jakieś ciemne cienie zawsze tam gdzieś tkwiące, odkąd pod koniec gimbazy byłem mhrocznym metalowcę. Wystarczyły dwa lata, by punkt widzenia się zmienił - a wraz z nim zmienił się stopień przyswajalności różnych treści i stopień utożsamiania się z nimi.
Punkt widzenia ale odczucia pozostały z grubsza te same - więc o ile większość zgromadzonych tu opowiadań mnie nieco znudziła (wszystkie oparte na mitologii Cthulhu - ja was bardzo przepraszam, ja wszystko rozumiem - ale po Ligottim raczej już nigdy nie spojrzę na kolejny Lovecraft-worship bez uczucia lekkiego zażenowania), klasyfikacja najlepszych w tym zbiorze pozostaje jak dla mnie bez zmian.
Herman Hesse Demian - kolejna dziwna książka. W pewien sposób dosyć mi bliska. Zwariowany gość był z autora, miotał się aż za bardzo i wyraźnie czegoś nie przezwyciężył w swojej młodości. Typowy przedstawiciel niemieckiej inteligencji pierwszej połowy XX wieku, chciałoby się rzec. Hesse na przestrzeni lat przeżył etap fascynacji psychoanalizą - Demian jest tego pokłosiem. Ale to była psychoanaliza dość inna od tego, co dziś jest znane pod tym bardzo szerokim pojęciem - tutaj widać wpływ Junga, i to Junga z czasów, gdy objawił mu się Abraxas.
Poza tym fabuła jest prosta(cka) wręcz - młody chłopak dojrzewa, jest pełen napięć, widzi dwa sprzeczne światy, ziemski i duchowy (tak je nazwijmy umownie na potrzeby tego krótkiego opisu), miota się między jednym a drugim, szuka równowagi, szuka swojej drogi, ma problemy w szkole, oczywiście jest cherlawym wrażliwcem więc podporządkowuje się starszemu chuliganowi, potem spotyka tytułowego Demiana, zaprzyjaźnia się z nim, toczą dziwne rozmowy o religii, człowieku, świecie...
... życie płynie dalej, główny bohater nie może sobie poradzić sam ze sobą, odnawia po paru latach kontakt z Demianem, ten wprowadza go w rodzaj towarzystwa ezoterycznego, główny bohater śni o feniksie i odczuwa uczucie romantyczne do matki Demiana...
I takie tam. W sumie niezła rzecz, ale bardzo specyficzna. Do tego jest to świetne źródło nihilistycznych/egzystencjalistycznych bon-motów, w sam raz do wrzucenia na fejsika by 2137 znajomych mogło przeczytać jacy to jesteśmy samotni, niezrozumiani i w ogóle.
Królestwo spokoju Jacka Ketchuma starczyło na dwa przejazdy pociągiem (same przejazdy pamiętam lepiej od pobytu na miejscu). Pierwsza książka autora jaką miałem okazję przeczytać. Ponoć przekrojowo ukazuje jego zainteresowania literackie i rejony szeroko pojętego horroru w granicach których się porusza. Tak naprawdę o jakiejś książce mogę powiedzieć, że była dobra, jeśli z jakiegoś powodu zapamiętałem ją na długo - z tej zapamiętałem tylko kilka opowiadań, w tym tytułowe, które jest absolutnie urzekające. Poza tym, jak to w horrorach, jest i seks, i przemoc, i jakaś rozmaita niezwykłość, sporo horroru psychologicznego a nawet delikatne wycieczki w stronę weird (czy raczej anxiety - TM by ja) fiction. Jak dla mnie nic szokującego i nic porażającego, ale bardzo dobry, solidny zbiór.
F. Paul Wilson Odwet - oho, jakaś książka w końcu mnie zaskoczyła. I to podwójnie, bo nie spodziewałem się, że akurat coś takiego mnie zaskoczy. Niby kontynuacja cyklu zapoczątkowanego przez Twierdzę (siedem zdań o tej książce tutaj) (po drodze była jeszcze jedna książka, za Odwetem też coś jeszcze było, nieistotny szczegół), a jednak coś zupełnie innego. W Twierdzy główny zły był nieco komiksowy. Przerysowany. Był zły, bo był pradawnym czymś uwięzionym w posępnym, niesamowitym zamczysku. Był trochę jak wampir, trochę jak upiór. Był przewidywalny, wpisywał się w konwencję. W Odwecie mamy tego samego złego, po latach, w innym życiu, a jednak innego. Perwersyjnego maniaka dokonującego obrzydliwych zbrodni byle by pognębić znielubionych przeciwników, w gruncie rzeczy dość przypadkowo wybranych (historia sześcioletniego chłopca naprawdę mną poruszyła - a to się zdarza bardzo rzadko). Nieuchwytnego, pozbawionego przebrzmiałej rekwizytorni, duchów Lovecrafta i Howarda wiszących nad jego kreacją.
Jedna z lepszych rzeczy z szalonych lat horroru książkowego ('90) w Polsce jakie czytałem.
Przeglądając własnego bloga bardzo często zastanawiam się, jak to możliwe, że coś, co jest oczywistym chłamem, potrafiłem zachwalać. Najchętniej co pół roku zmieniałbym treść całkiem sporej ilości postów, niczym w stalinowskiej Rosji lub współczesnym Watykanie. Tak samo widzę jak na przestrzeni czasu zmieniały mi się gusta literackie, zakładając optymistycznie, że kiedykolwiek były wyrobione. Największą katastrofą naszych czasów - do której i ja przykładam kilobajty - jest przekonanie, że ma się cokolwiek sensownego do powiedzenia na jakikolwiek temat, że cokolwiek co ma do powiedzenia faktycznie zainteresuje kogokolwiek, i że można wnioski własne wysnute na bazie subiektywnego gustu, wykreowanego przez lata na bazie indywidualnych doświadczeń rozszerzyć na ogół czytelników i zaprezentować jako coś - w miarę - obiektywnego.
W kilku przypadkach pozwoliłem sobie na dopiski po czasie, z odpowiednimi adnotacjami. Cały czas to wałkuję, to nie pierwszy post o tym tu, bo nie daje mi to spokoju. W gruncie rzeczy każda opinia o czymkolwiek ma swoje miejsce i czas. Po kolejnym mrugnięciu okiem optyka może zmienić się diametralnie. Raz zachwycisz się czymś, książką A, opinią B, poglądem C, tydzień później, po zapoznaniu się z nowymi - dla Ciebie nowymi - informacjami zdasz sobie sprawę, że autor A popełnił plagiat D, wyraziciel B jest skończonym idiotą, pogląd C to piramidalna bzdura. Samo pisanie o tym mechanizmie jest paradoksem, z drugiej strony łatwo jest pisać o czymś takim, gdy noce stają się coraz zimniejsze a zmierzch zapada coraz wcześniej. Zbliżająca się zima sprzyja ujrzeniu w sobie jakiejś małej prawdy, w końcu gwiaździste niebo jest dłużej widoczne (ok, nie w warunkach krakowskiego smogu), a jednak sprzyja też nasileniu reakcji odrzucenia tej małej prawdy, rzadko bowiem kiedy z rozgwieżdżonego nieba można wyczytać coś przyjaznego i optymistycznego. Ale, znowuż, to tylko moja opinia. Z jakiegoś powodu, jakiegoś internetowego ekshibicjonizmu, miałem ochotę wyrzucić ją tutaj z siebie. Leży więc i gnije sobie w najlepsze.
Odnośnie zim, miałem okazję przeczytać ostatnio bardzo zimną książkę. Schludnie wydana cegła, Terror Dana Simona opowiada o słynnej wyprawie morskiej w poszukiwaniu przejścia północno-zachodniego. Wyszedł z tego trochę Melville (ten od Moby Dicka), trochę groza a'la Lovecraft (wątki mitologii innuickiej + tajemnicze zło mordujące członków ekspedycji), trochę, bo ja wiem, Conrad. Przyznaję, odniesienia do literatury marynistycznej wrzuciłem w ciemno, szukając podobieństw wśród czegoś, co było mi znane wcześniej - bo gówno się znam na literaturze marynistycznej. A szkoda. Tak czy siak, autor umiejętnie zbudował opowieść niesamowitą na bazie ogromnej ilości zgromadzonego materiału faktograficznego. Fenomenalnie oddał obcość lodowych pustkowi i małość człowieka w starciu z nieznanym. A także absurdalność losów ekspedycji, nękanej mnóstwem pechowych zbiegów okoliczności, których negatywne skutki uwypuklała nieraz krótkowzroczność dowódców (wynikająca rzecz jasna z takich a nie innych uwarunkowań, uniemożliwiających szybkie zaadaptowanie się do zmieniających się warunków). W przeciwieństwie do większości weird fiction (można to pod weird podciągnąć w ogólnym sensie), bohaterowie nie poddali się po zderzeniu się z obcością. Ci, którzy mogli, walczyli do końca, część oddała swoje życia na własnych warunkach. Książkę dopełnia posłowie dr hab. Grzegorza Rachlewicza, wyczerpująco i przystępnie prezentującego w nim kontekst historyczny oraz rozwijającego geograficzne niejasności.
Do pociągu wolę gorsze książki, mniej absorbujące uwagę. Niedobitki serii wydawniczych Phantom Pressu czy Amber Horror pałętające się po ulicznych straganach ze starymi książkami świetnie sprawdzają się w roli zapychaczy czasu. Carnosaur gościa piszącego jako Harry Adam Knight to sprawnie napisane czytadło, co najciekawsze, poprzedzające Park Jurajski i późniejszą modę na dinozaury. Sporo seksu, dużo przemocy; fatalna edycja polskiego tłumaczenia; przyciągająca wzrok, kiczowata ale ładna na swój sposób okładka, jeśli ktoś lubi takie klimaty. Ja lubię, coraz bardziej na zasadzie guilty pleasure, ale lubię. Książka została zekranizowana, ekranizacja doczekała się direct-to-video kontynuacji, i to nawet paru. Nie miałem okazji oglądać.
W pociągu przeczytałem też Syreny z Saturna Kurta Vonneguta. Wspaniała książka. Czego tam nie ma: obojętny człowiekowi wszechświat i najzupełniej obojętny człowiekowi Bóg; problematyka determinizmu a wolnej woli; zdarcie i przebudowa kształtujących jednostkę uwarunkowań; kurs kolizyjny na Nieznane wiszące w kosmosie; częściowe odkrycie nieznanego i rozczarowanie, bo za jednym nieznanym rozciągają się kolejne, za siłami częściowo poznawalnymi wynurzają się z czegoś nieosiągalnego; człowieczeństwo maszyny. A do tego wszystko będące cudowną, co ciekawe nie posępną i tylko nieco przygnębiającą (poza ogólnym wydźwiękiem i paroma elementami), surrealistyczną groteską. Autor śmiało brał szturmem kolejne granice wyobraźni, balansując na granicy przejaskrawienia i autoparodii, dorzucał więcej i więcej następnych dziwactw i absurdów. Coś, co spokojnie mogło by być kolejną smutną opowieścią o pożerającej wszystko ciemności i mackowatych kształtach w niej drzemiących, jest pełną akcji i okraszoną ironicznym poczuciem humoru opowieścią, że w gruncie rzeczy i tak wszyscy umrzemy a wszechświat ma nas w dupie, dlatego zamiast się zamartwiać warto śmiało samemu wyruszyć na spotkanie wszechświatowi. A nawet jak będziemy przed tym wszechświatem uciekać, to samozwańczy bogowie i/lub ślepy przypadek i tak wyciągną po nas łapska.
Zrobiłem drugie podejście do antologii Po drugiej stronie. Weird fiction po polsku. Pierwsze było tutaj. Tak właściwie szukałem w niej jednego opowiadania. I nie znalazłem go - coś pomyliłem z czymś, poszukiwania trwają - za to przeczytałem tę książkę raz jeszcze. W sumie mogę podtrzymać wszystkie moje zarzuty względem gatunku jako takiego sformułowane w podlinkowanym poście - tyle, że sam coraz bardziej zacząłem w nim się odnajdywać. Nie przeszkadzało mi też nagromadzenie wszelkiej beznadziei, czasem dosyć topornie ładowanej czytelnikowi w ryło. Niezbyt utożsamiam się z moim wcześniejszym argumentem o wpajaniu ogólnej ciemnoty, zabobonów i pogardy dla nauki. Co więcej, uważam, że był to dość dziwny argument. Pewnie dlatego, że mój ateizm - w miarę świeży w 2013 roku - aktualnie przygasł, chociaż zarazem zwyrodniał bardziej. Przykład na to, jak zmienne warunki mogą wpłynąć na gust literacki - gdy przedstawiłem swoje wrażenia po pierwszym przeczytaniu, byłem jeszcze studentem. Myślałem wtedy, że kiedyś wcześniej, gdy szedłem na studia, byłem młody i naiwny. Miałem jakieś tam ogólnożyciowe plany. Teraz zaś już nie jestem studentem, patrzę na siebie-studenta z mieszaniną odrazy i politowania. Z tamtych ogólnożyciowych planów rzecz jasna nic nie wyszło (patrząc nawet z perspektywy tego jednego, dwóch lata - ale to całkiem dobrze się stało), ponadto zderzyłem się kilkukrotnie z zagmatwaną rzeczywistością, przez co uwypukleniu uległy wcześniej niedominujące elementy moich przekonań i osobowości, jakieś ciemne cienie zawsze tam gdzieś tkwiące, odkąd pod koniec gimbazy byłem mhrocznym metalowcę. Wystarczyły dwa lata, by punkt widzenia się zmienił - a wraz z nim zmienił się stopień przyswajalności różnych treści i stopień utożsamiania się z nimi.
Punkt widzenia ale odczucia pozostały z grubsza te same - więc o ile większość zgromadzonych tu opowiadań mnie nieco znudziła (wszystkie oparte na mitologii Cthulhu - ja was bardzo przepraszam, ja wszystko rozumiem - ale po Ligottim raczej już nigdy nie spojrzę na kolejny Lovecraft-worship bez uczucia lekkiego zażenowania), klasyfikacja najlepszych w tym zbiorze pozostaje jak dla mnie bez zmian.
Herman Hesse Demian - kolejna dziwna książka. W pewien sposób dosyć mi bliska. Zwariowany gość był z autora, miotał się aż za bardzo i wyraźnie czegoś nie przezwyciężył w swojej młodości. Typowy przedstawiciel niemieckiej inteligencji pierwszej połowy XX wieku, chciałoby się rzec. Hesse na przestrzeni lat przeżył etap fascynacji psychoanalizą - Demian jest tego pokłosiem. Ale to była psychoanaliza dość inna od tego, co dziś jest znane pod tym bardzo szerokim pojęciem - tutaj widać wpływ Junga, i to Junga z czasów, gdy objawił mu się Abraxas.
Poza tym fabuła jest prosta(cka) wręcz - młody chłopak dojrzewa, jest pełen napięć, widzi dwa sprzeczne światy, ziemski i duchowy (tak je nazwijmy umownie na potrzeby tego krótkiego opisu), miota się między jednym a drugim, szuka równowagi, szuka swojej drogi, ma problemy w szkole, oczywiście jest cherlawym wrażliwcem więc podporządkowuje się starszemu chuliganowi, potem spotyka tytułowego Demiana, zaprzyjaźnia się z nim, toczą dziwne rozmowy o religii, człowieku, świecie...
... życie płynie dalej, główny bohater nie może sobie poradzić sam ze sobą, odnawia po paru latach kontakt z Demianem, ten wprowadza go w rodzaj towarzystwa ezoterycznego, główny bohater śni o feniksie i odczuwa uczucie romantyczne do matki Demiana...
I takie tam. W sumie niezła rzecz, ale bardzo specyficzna. Do tego jest to świetne źródło nihilistycznych/egzystencjalistycznych bon-motów, w sam raz do wrzucenia na fejsika by 2137 znajomych mogło przeczytać jacy to jesteśmy samotni, niezrozumiani i w ogóle.
Królestwo spokoju Jacka Ketchuma starczyło na dwa przejazdy pociągiem (same przejazdy pamiętam lepiej od pobytu na miejscu). Pierwsza książka autora jaką miałem okazję przeczytać. Ponoć przekrojowo ukazuje jego zainteresowania literackie i rejony szeroko pojętego horroru w granicach których się porusza. Tak naprawdę o jakiejś książce mogę powiedzieć, że była dobra, jeśli z jakiegoś powodu zapamiętałem ją na długo - z tej zapamiętałem tylko kilka opowiadań, w tym tytułowe, które jest absolutnie urzekające. Poza tym, jak to w horrorach, jest i seks, i przemoc, i jakaś rozmaita niezwykłość, sporo horroru psychologicznego a nawet delikatne wycieczki w stronę weird (czy raczej anxiety - TM by ja) fiction. Jak dla mnie nic szokującego i nic porażającego, ale bardzo dobry, solidny zbiór.
F. Paul Wilson Odwet - oho, jakaś książka w końcu mnie zaskoczyła. I to podwójnie, bo nie spodziewałem się, że akurat coś takiego mnie zaskoczy. Niby kontynuacja cyklu zapoczątkowanego przez Twierdzę (siedem zdań o tej książce tutaj) (po drodze była jeszcze jedna książka, za Odwetem też coś jeszcze było, nieistotny szczegół), a jednak coś zupełnie innego. W Twierdzy główny zły był nieco komiksowy. Przerysowany. Był zły, bo był pradawnym czymś uwięzionym w posępnym, niesamowitym zamczysku. Był trochę jak wampir, trochę jak upiór. Był przewidywalny, wpisywał się w konwencję. W Odwecie mamy tego samego złego, po latach, w innym życiu, a jednak innego. Perwersyjnego maniaka dokonującego obrzydliwych zbrodni byle by pognębić znielubionych przeciwników, w gruncie rzeczy dość przypadkowo wybranych (historia sześcioletniego chłopca naprawdę mną poruszyła - a to się zdarza bardzo rzadko). Nieuchwytnego, pozbawionego przebrzmiałej rekwizytorni, duchów Lovecrafta i Howarda wiszących nad jego kreacją.
Jedna z lepszych rzeczy z szalonych lat horroru książkowego ('90) w Polsce jakie czytałem.
czwartek, 30 lipca 2015
Czas na Cokolwiek #11
Pokrótce zmienia niniejszym nazwę na Czas na Cokolwiek. Czemu tak? Bo tak. Bawmy się, w końcu na końcu wszyscy umrzemy. Numeracja będzie kontynuowana.
***
Byłem na Jagaconie. Miałem być od piątku (jej, ile to już czasu w sumie minęło, ile piątków), ale nie wyszło, byłem w sobotę i niedzielę. Dobrze było zobaczyć starych i nowszych znajomych i przyjaciół, nie będę wymieniać nikogo, bo 1) kompletnie Was nie interesowałoby czytanie o tym jak pozdrawiam kumpli jeszcze z liceum, 2) jeszcze pominąłbym kogoś i ten ktoś poczułby się obrażony.
Nie wiedziałem, jak mi się poustawia grafik w robocie i urlopy, ostatecznie ustawił się zbyt późno by mi się chciało jechać tam z prelekcją. Ale za rok może będę miał możliwość lepszego zaplanowania wielu różnych rzeczy, bez niepewności do ostatniej chwili, czy w ogóle uda mi się tam wyrwać.
Widać wyraźnie rozwój samej imprezy, dużo bloków, punkty programu rozplanowane do godzin porannych. Droga przez las na dworzec kolejowy była oznaczona przyzwoicie.
***
Zgodnie z przepisami Unii Europejskiej musisz informować użytkowników z krajów unijnych o plikach cookie wykorzystywanych na Twoim blogu. W wielu przypadkach przepisy wymagają również uzyskania ich zgody.
Aby ułatwić Ci spełnienie tych wymagań, dodaliśmy na Twoim blogu powiadomienie o wykorzystywaniu przez Google określonych plików cookie Bloggera i Google, w tym plików cookie usług Google Analytics i AdSense.
Na Tobie spoczywa obowiązek upewnienia się, że to powiadomienie jest odpowiednie dla Twojego bloga i wyświetla się na nim prawidłowo. Jeśli stosujesz inne pliki cookie, na przykład związane z dodaniem funkcji innych firm, to powiadomienie może nie być wystarczające. Dowiedz się więcej o tym powiadomieniu i Twoich obowiązkach.
Chłodna historia blogspocie.
***
Bardzo poczciwa gra - Sad Satan (link do artykułu o niej, nie do niej jako takiej)
***
Powrót do Krk po urlopie nad morzem potrafi zaboleć - dopiero po detoksie w świeżym nadmorskim powietrzu czuć jakim syfem tutaj człowiek oddycha na co dzień.
***
W ciągu ostatniego czasu miałem niewątpliwą przyjemność narażenia na szwank oczu oraz kręgosłupa przy sporej ilości książek i filmów, jakby siedzenie przy kompie w pracy ~8 godzin/dzień nie było wystarczająco autodestrukcyjne.
Guy N. Smith Szatan
Klasyk Phantom Pressu. Kuriozalne czytadło, niezłe w swojej kategorii, ale cała ta kategoria to takie książkowe Birdemiki. Wskrzeszony pierwszy sekretarz KC KPZR wprowadza bardziej hardkorową wersję stalinizmu, do tego dysponuje nadludzkimi zdolnościami.
Widać dość konserwatywne poglądy autora, jest sporo rozmaitych uproszczeń (Crowley jako wraży satanista, itp.). Pozycja w sam raz do przeczytania w pociągu. Mój egzemplarz wypożyczyłem z biblioteki, gdzie ktoś go oddał w darze (bardzo mocno brzmi to słowo, ale jest nawet naklejka na okładce od środka - TA KSIĄŻKA JEST DAREM OD CZYTELNIKA. Sądząc po cenie napisanej ołówkiem z tyłu książki - 1zł - ten ktoś przynajmniej nie przepłacił.
Guy N. Smith Przyczajeni
Thriller bez wątków ponadnaturalnych (co ostatecznie wyjaśnia się na zakończenie), dosyć mdły i niczym się nie wyróżniający pośród setek podobnych pozycji. Pisarz z rodziną przeprowadzają się do zabitej dechami wiochy, której mieszkańcy bardzo nie lubią obcych i nie kryją się z tym. Wprowadzają się do starego domu, o którym krążą mroczne i mrożące krew w żyłach legendy.
Mam pisać dalej? (pyt. retoryczne).
Też dar od czytelnika. Kosztowała 2zł. Tym razem ten ktoś przepłacił.
Zastanawiam się czasem, czemu w ogóle tracę życie na czytanie czegoś takiego. To chyba sublimacja nieuświadomionego masochizmu, nie znajduję innego wytłumaczenia.
F. Paul Wilson Twierdza
Kolejny klasyk z lat '90, tym razem jednak nie Phantom Press tylko Amber Horror. II wojna światowa, oddział Wehrmahtu pod dowództwem nieco jungerowskiego Prusaka zostaje przerzucony do Rumunii, gdzie zajmuje tajemnicze zamczysko. Pazerni żołnierze budzą Coś, co zaczyna ich mordować. Sprowadzony na miejsce oddział SS nie radzi sobie z sytuacją. Wyjście z sytuacji znajduje sprowadzony ze stolicy żydowski profesor, któremu udaje się skontaktować ze złem zamieszkującym tytułową twierdzę.
Sympatyczne czytadło w ciekawy sposób nawiązujące do wątków wampirycznych, do tego kilka nawiązań do Lovecrafta. Napisane/przetłumaczone dużo lepiej niż Smithy Phantom Pressu, ale w gruncie rzeczy nie wyrasta poza poziom literatury wagonowej.
Wiesław Myśliwski Traktat o łuskaniu fasoli
Cała książka ma formę monologu człowieka łuskającego fasolę, mieszkańca/strażnika osiedla domków letniskowych na zupełnym wypizdowie, do którego przychodzi tajemniczy nieznajomy. Czasem monolog bardziej przypomina rozmowę, ale kwestii tego drugiego bohatera nie widzimy. Być może tej postaci po prostu nie ma, widnieje tylko dla narratora.
Od spostrzeżeń ogólnych i historii o życiu (bardzo bogatym życiu, pełnym zwrotów akcji, dodajmy) autor wychodzi do rozważań natury ogólnej o człowieku i świecie.
Mimo dosyć statycznej formy czyta się bardzo dobrze, przestoje w akcji i przeskoki w fabule nie przeszkadzają. Autor nie popada w patos, nie użala się nad sobą, ze szczegółami odnotowuje zapamiętane szczegóły swojego życia, jak radził sobie z losem rzucającym go po Polsce i świecie. W opowieściach snutych przez niego jest wiele czułości, pogodzenia się ze sobą, łagodnej melancholii.
Nie każdemu przypadnie do gustu, ale gorąco polecam.
Andrzej Stasiuk Nie ma ekspresów przy żółtych drogach
Rzecz dużo dojrzalsza niż wczesna Dukla. Mniej tu egzystencjalnego niepokoju, więcej melancholijnego pogodzenia się z rzeczywistością, chociaż z morzem uśpionych konfliktów z samym sobą w tle.
Zbiór reportaży, felietonów i pozycji pośrednich pierwotnie publikowanych przez autora na łamach rozmaitych periodyków. Znów mamy wiwisekcję własnych wspomnień, światło i jego wpływ na ludzi i krajobraz, wyraźnie odczuwaną więź z naturą, gorączkę podróżowania oraz obrazy bardzo mocno siedzące gdzieś w głębi autora (jak świnie karmione małżami). O czymkolwiek Stasiuk by nie pisał, czuć, że to Stasiuk. Wyżej od tej pozycji stawiam jednak Duklę. Sięgnę kiedyś po inne książki autora.
Fritz Daum Wil Scott wyjęty spod prawa
Niemiecki western dla młodszych czytelników. Urocze przygodowe czytadełko (momentami bardzo ale to bardzo dziwnie przetłumaczone) o młodym gniewnym wchodzącym w konflikt z prawem w imieniu wyższych racji. Główny bohater oczywiście dysponuje niemożliwymi zdolnościami strzeleckimi, wychodzi cało z najgroźniejszych opresji, itd.
Pierwsza część trylogii. Dorwałem na targu za 5zł, w sumie nie żałuję.
China Miéville Miasto i miasto
Kryminał czerpiący pełnymi garściami z noir jak i weird i podobnych (czuć gdzieś tam Schulza). Opowieść o niesamowitych tytułowych miastach, wplecionych umiejętnie w realia postzimnowojennego świata. Wykreowani bohaterowie i ich pogmatwane losy, morderstwo spajające fabułę, polityczne spiski mające miejsce gdzieś w tle, potężne służby dysponujące magicznymi wręcz zdolnościami, to wszystko to blaga, tło, pierdoły, tak naprawdę jest to historia o ponad-historycznym i wręcz metafizycznym Mieście i Mieście, dwóch potężnych konstruktach, Państwach w Państwach i Miastach w Miastach. Będąc w jednym musisz "przeoczać" drugie, chociaż często granice biegną wzdłuż ulicy czy kroją dany budynek na dwie części. Nie da się całej złożoności i odrealnienia świata przedstawionego opisać w kilku zdaniach. Zwyrodniała, panoptyczna struktura Miast, odciskających niezatarte piętno na swoich mieszkańcach, budynki żyjące własnym życiem, przestrzenie pomiędzy, ludzie podporządkowani przerastającym ich wyobrażenia dziwacznym prawom, zredukowani do mrówek zamkniętych w przytłaczających kompleksach - to główne tezy autora, prawdziwy sens i treść książki.
Gorąco polecam.
China Miéville Żelazna rada
Kolejna część cyklu, jednak da się czytać bez poznania pozostałych. Trochę estetyki westernowej, mutacje magiczno-genetyczne, przytłaczające swoim rozmachem państwo i miasto pełne slumsów, walka klas, ścierające się ze sobą i z władzą frakcje, tajne wojny, pradawne demony, obce bóstwa, dziwaczne rasy i rozmaite bestie...
A całość zadziwiająco spójna. Trochę steampunk, trochę dark fantasy, trochę manifest polityczny autora (który, przypomnijmy, jest marksistą i aktywnym działaczem politycznym - trockistą). Do tego jest bardzo melancholijne i w gruncie rzeczy trudne do przewidzenia. W gruncie rzeczy Miasto i miasto jest dużo lepszą pozycją tego autora.
Leigh Brackett Rio Bravo
Klasyczna pozycja amerykańskiej autorki, zekranizowana przez Howarda Hawksa w 1959. W kultowym westernie Rio Bravo grali m.in. John Wayne czy Dean Martin. O ile od westernów amerykańskich znacznie bardziej trafiają do mnie eurowesterny (przede wszystkim spaghetti), to do tego obrazu zawsze będę z sentymentem/z sentymentu wracał. Obiektywnie trzeba przyznać, że motyw jest oklepany, tłumaczenie nie najlepsze, zakończenie bez wyrazu (chociaż hmm wybuchowe); mimo tego jest to na tyle poczciwe że można się skusić, zwłaszcza jak ktoś zna film. Książka trafia się czasem w antykwariatach.
Hermann Hesse Wyższy świat
Nowe wydanie książki znanej wcześniej u nas pod tytułem Pod kołami. Historia o wrażliwym chłopaku, który za namową nauczycieli i rodziny stara się dostać do dobrej, państwowej szkoły, po której stanęłaby przed nim otworem kariera (protestanckiego) duchownego lub urzędnika państwowego wyższego szczebla. Sytuacja przerasta głównego bohatera, żałuje, że nie mógł cieszyć się życiem i młodością jak rówieśnicy. Gdy udaje mu się zdać egzaminy i trafić do wymarzonej szkoły, sytuacja przerasta go jeszcze bardziej. Do tego zaprzyjaźnia się z buntownikiem, co przynosi oczywiste konsekwencje i prowadzi w ostateczności do smutnego finału.
Refleksyjna historia o sensie życia, poszukiwaniu swojego miejsca w świecie i sensowności podejmowanych decyzji. Nic odkrywczego ale nieźle się czytało.
William Gibson Trylogia Ciągu
Czyli Neuromencer, Graf Zero i Mona Liza Turbo wydane w jednym tomie - pokaźnej cegle w twardej oprawie. Jedna z pierwszych trzech część nowej serii wydawniczej Wydawnictwa Mag - Artefakty. Mieli wypuścić tę serię zamiast Uczty Wyobraźni, jednak ta seria nadal jest kontynuowana (i bardzo dobrze).
O Neuromancerze szmat czasu temu już gdzieś na tym blogu pisałem; dopiero po przeczytaniu wszystkich części trylogii widać w pełni cały obraz i cały sens historii opowiedzianej przez Gibsona. Poszczególne części dzieją się w różnych odstępach czasu, część bohaterów się powtarza, część znika z areny dziejów świata przedstawionego po jednym tomie. W gruncie rzeczy jest to metafizyka cyberprzestrzeni, opowieść o ogromnym symulakrze prawdziwej rzeczywistości który staje się samoświadomy jako taki. Sama wizja się nie zestarzała (zarówno tego symulakru jak i świata przedstawionego) - szczegóły są i będą inne, ale jesteśmy całkiem blisko takich czasów. Bardzo dobrym pomysłem było wydanie tego w jednym tomie. Więcej osób, również młodszych czytelników będzie miało możliwość zapoznania się z tym klasykiem. Jeśli nie odpadną od momentami dość hermetycznego języka, będą się dobrze bawić.
***
Oglądam na bieżąco drugi sezon True Detective (tzn. co środę-czwartek, kiedy na torrentach jest już kolejny odcinek w dobrej jakości). Oprócz natężenia problemów głównych bohaterów na granicy absurdu pierwsze co rzuca się w oczy to przerost formy nad treścią - mnóstwo symboliki i odniesień nawrzucanych dla samego nawrzucania (jak książka Mistrza Eckharta leżąca na stoliku w domu Velcoro w jednym z odcinków). Symbolika zawarta w pierwszym sezonie dorobiła się naprawdę dobrych, wyczerpujących analiz (np. Power and hunting in "True Detective") od czasu do czasu nawet w wykonaniu uznanych akademików (Mesjasz w piekle Luizjany prof. Mikołejki). W przypadku drugiego sezonu mam nieodparte wrażenie że twórcy chcieli nawrzucać do fabuły i świata przedstawionego jak najwięcej różnych rozmaitości. Widząc kolejne perypetie bohaterów czasem po prostu się śmieje, z tego jak bardzo serial zmierza w stronę niezamierzonej, przejaskrawionej autoparodii. Do końca sezonu drugiego już bliżej niż dalej, niezależnie od tego, że ten sezon to chała, jestem bardzo ciekawy, jak się ta historia skończy - jeśli się skończy w tym sezonie.
***
Byłem na Jagaconie. Miałem być od piątku (jej, ile to już czasu w sumie minęło, ile piątków), ale nie wyszło, byłem w sobotę i niedzielę. Dobrze było zobaczyć starych i nowszych znajomych i przyjaciół, nie będę wymieniać nikogo, bo 1) kompletnie Was nie interesowałoby czytanie o tym jak pozdrawiam kumpli jeszcze z liceum, 2) jeszcze pominąłbym kogoś i ten ktoś poczułby się obrażony.
Nie wiedziałem, jak mi się poustawia grafik w robocie i urlopy, ostatecznie ustawił się zbyt późno by mi się chciało jechać tam z prelekcją. Ale za rok może będę miał możliwość lepszego zaplanowania wielu różnych rzeczy, bez niepewności do ostatniej chwili, czy w ogóle uda mi się tam wyrwać.
Widać wyraźnie rozwój samej imprezy, dużo bloków, punkty programu rozplanowane do godzin porannych. Droga przez las na dworzec kolejowy była oznaczona przyzwoicie.
***
Zgodnie z przepisami Unii Europejskiej musisz informować użytkowników z krajów unijnych o plikach cookie wykorzystywanych na Twoim blogu. W wielu przypadkach przepisy wymagają również uzyskania ich zgody.
Aby ułatwić Ci spełnienie tych wymagań, dodaliśmy na Twoim blogu powiadomienie o wykorzystywaniu przez Google określonych plików cookie Bloggera i Google, w tym plików cookie usług Google Analytics i AdSense.
Na Tobie spoczywa obowiązek upewnienia się, że to powiadomienie jest odpowiednie dla Twojego bloga i wyświetla się na nim prawidłowo. Jeśli stosujesz inne pliki cookie, na przykład związane z dodaniem funkcji innych firm, to powiadomienie może nie być wystarczające. Dowiedz się więcej o tym powiadomieniu i Twoich obowiązkach.
Chłodna historia blogspocie.
***
Bardzo poczciwa gra - Sad Satan (link do artykułu o niej, nie do niej jako takiej)
***
Powrót do Krk po urlopie nad morzem potrafi zaboleć - dopiero po detoksie w świeżym nadmorskim powietrzu czuć jakim syfem tutaj człowiek oddycha na co dzień.
***
W ciągu ostatniego czasu miałem niewątpliwą przyjemność narażenia na szwank oczu oraz kręgosłupa przy sporej ilości książek i filmów, jakby siedzenie przy kompie w pracy ~8 godzin/dzień nie było wystarczająco autodestrukcyjne.
Guy N. Smith Szatan
Klasyk Phantom Pressu. Kuriozalne czytadło, niezłe w swojej kategorii, ale cała ta kategoria to takie książkowe Birdemiki. Wskrzeszony pierwszy sekretarz KC KPZR wprowadza bardziej hardkorową wersję stalinizmu, do tego dysponuje nadludzkimi zdolnościami.
Widać dość konserwatywne poglądy autora, jest sporo rozmaitych uproszczeń (Crowley jako wraży satanista, itp.). Pozycja w sam raz do przeczytania w pociągu. Mój egzemplarz wypożyczyłem z biblioteki, gdzie ktoś go oddał w darze (bardzo mocno brzmi to słowo, ale jest nawet naklejka na okładce od środka - TA KSIĄŻKA JEST DAREM OD CZYTELNIKA. Sądząc po cenie napisanej ołówkiem z tyłu książki - 1zł - ten ktoś przynajmniej nie przepłacił.
Guy N. Smith Przyczajeni
Thriller bez wątków ponadnaturalnych (co ostatecznie wyjaśnia się na zakończenie), dosyć mdły i niczym się nie wyróżniający pośród setek podobnych pozycji. Pisarz z rodziną przeprowadzają się do zabitej dechami wiochy, której mieszkańcy bardzo nie lubią obcych i nie kryją się z tym. Wprowadzają się do starego domu, o którym krążą mroczne i mrożące krew w żyłach legendy.
Mam pisać dalej? (pyt. retoryczne).
Też dar od czytelnika. Kosztowała 2zł. Tym razem ten ktoś przepłacił.
Zastanawiam się czasem, czemu w ogóle tracę życie na czytanie czegoś takiego. To chyba sublimacja nieuświadomionego masochizmu, nie znajduję innego wytłumaczenia.
F. Paul Wilson Twierdza
Kolejny klasyk z lat '90, tym razem jednak nie Phantom Press tylko Amber Horror. II wojna światowa, oddział Wehrmahtu pod dowództwem nieco jungerowskiego Prusaka zostaje przerzucony do Rumunii, gdzie zajmuje tajemnicze zamczysko. Pazerni żołnierze budzą Coś, co zaczyna ich mordować. Sprowadzony na miejsce oddział SS nie radzi sobie z sytuacją. Wyjście z sytuacji znajduje sprowadzony ze stolicy żydowski profesor, któremu udaje się skontaktować ze złem zamieszkującym tytułową twierdzę.
Sympatyczne czytadło w ciekawy sposób nawiązujące do wątków wampirycznych, do tego kilka nawiązań do Lovecrafta. Napisane/przetłumaczone dużo lepiej niż Smithy Phantom Pressu, ale w gruncie rzeczy nie wyrasta poza poziom literatury wagonowej.
Wiesław Myśliwski Traktat o łuskaniu fasoli
Cała książka ma formę monologu człowieka łuskającego fasolę, mieszkańca/strażnika osiedla domków letniskowych na zupełnym wypizdowie, do którego przychodzi tajemniczy nieznajomy. Czasem monolog bardziej przypomina rozmowę, ale kwestii tego drugiego bohatera nie widzimy. Być może tej postaci po prostu nie ma, widnieje tylko dla narratora.
Od spostrzeżeń ogólnych i historii o życiu (bardzo bogatym życiu, pełnym zwrotów akcji, dodajmy) autor wychodzi do rozważań natury ogólnej o człowieku i świecie.
Mimo dosyć statycznej formy czyta się bardzo dobrze, przestoje w akcji i przeskoki w fabule nie przeszkadzają. Autor nie popada w patos, nie użala się nad sobą, ze szczegółami odnotowuje zapamiętane szczegóły swojego życia, jak radził sobie z losem rzucającym go po Polsce i świecie. W opowieściach snutych przez niego jest wiele czułości, pogodzenia się ze sobą, łagodnej melancholii.
Nie każdemu przypadnie do gustu, ale gorąco polecam.
Andrzej Stasiuk Nie ma ekspresów przy żółtych drogach
Rzecz dużo dojrzalsza niż wczesna Dukla. Mniej tu egzystencjalnego niepokoju, więcej melancholijnego pogodzenia się z rzeczywistością, chociaż z morzem uśpionych konfliktów z samym sobą w tle.
Zbiór reportaży, felietonów i pozycji pośrednich pierwotnie publikowanych przez autora na łamach rozmaitych periodyków. Znów mamy wiwisekcję własnych wspomnień, światło i jego wpływ na ludzi i krajobraz, wyraźnie odczuwaną więź z naturą, gorączkę podróżowania oraz obrazy bardzo mocno siedzące gdzieś w głębi autora (jak świnie karmione małżami). O czymkolwiek Stasiuk by nie pisał, czuć, że to Stasiuk. Wyżej od tej pozycji stawiam jednak Duklę. Sięgnę kiedyś po inne książki autora.
Fritz Daum Wil Scott wyjęty spod prawa
Niemiecki western dla młodszych czytelników. Urocze przygodowe czytadełko (momentami bardzo ale to bardzo dziwnie przetłumaczone) o młodym gniewnym wchodzącym w konflikt z prawem w imieniu wyższych racji. Główny bohater oczywiście dysponuje niemożliwymi zdolnościami strzeleckimi, wychodzi cało z najgroźniejszych opresji, itd.
Pierwsza część trylogii. Dorwałem na targu za 5zł, w sumie nie żałuję.
China Miéville Miasto i miasto
Kryminał czerpiący pełnymi garściami z noir jak i weird i podobnych (czuć gdzieś tam Schulza). Opowieść o niesamowitych tytułowych miastach, wplecionych umiejętnie w realia postzimnowojennego świata. Wykreowani bohaterowie i ich pogmatwane losy, morderstwo spajające fabułę, polityczne spiski mające miejsce gdzieś w tle, potężne służby dysponujące magicznymi wręcz zdolnościami, to wszystko to blaga, tło, pierdoły, tak naprawdę jest to historia o ponad-historycznym i wręcz metafizycznym Mieście i Mieście, dwóch potężnych konstruktach, Państwach w Państwach i Miastach w Miastach. Będąc w jednym musisz "przeoczać" drugie, chociaż często granice biegną wzdłuż ulicy czy kroją dany budynek na dwie części. Nie da się całej złożoności i odrealnienia świata przedstawionego opisać w kilku zdaniach. Zwyrodniała, panoptyczna struktura Miast, odciskających niezatarte piętno na swoich mieszkańcach, budynki żyjące własnym życiem, przestrzenie pomiędzy, ludzie podporządkowani przerastającym ich wyobrażenia dziwacznym prawom, zredukowani do mrówek zamkniętych w przytłaczających kompleksach - to główne tezy autora, prawdziwy sens i treść książki.
Gorąco polecam.
China Miéville Żelazna rada
Kolejna część cyklu, jednak da się czytać bez poznania pozostałych. Trochę estetyki westernowej, mutacje magiczno-genetyczne, przytłaczające swoim rozmachem państwo i miasto pełne slumsów, walka klas, ścierające się ze sobą i z władzą frakcje, tajne wojny, pradawne demony, obce bóstwa, dziwaczne rasy i rozmaite bestie...
A całość zadziwiająco spójna. Trochę steampunk, trochę dark fantasy, trochę manifest polityczny autora (który, przypomnijmy, jest marksistą i aktywnym działaczem politycznym - trockistą). Do tego jest bardzo melancholijne i w gruncie rzeczy trudne do przewidzenia. W gruncie rzeczy Miasto i miasto jest dużo lepszą pozycją tego autora.
Leigh Brackett Rio Bravo
Klasyczna pozycja amerykańskiej autorki, zekranizowana przez Howarda Hawksa w 1959. W kultowym westernie Rio Bravo grali m.in. John Wayne czy Dean Martin. O ile od westernów amerykańskich znacznie bardziej trafiają do mnie eurowesterny (przede wszystkim spaghetti), to do tego obrazu zawsze będę z sentymentem/z sentymentu wracał. Obiektywnie trzeba przyznać, że motyw jest oklepany, tłumaczenie nie najlepsze, zakończenie bez wyrazu (chociaż hmm wybuchowe); mimo tego jest to na tyle poczciwe że można się skusić, zwłaszcza jak ktoś zna film. Książka trafia się czasem w antykwariatach.
Hermann Hesse Wyższy świat
Nowe wydanie książki znanej wcześniej u nas pod tytułem Pod kołami. Historia o wrażliwym chłopaku, który za namową nauczycieli i rodziny stara się dostać do dobrej, państwowej szkoły, po której stanęłaby przed nim otworem kariera (protestanckiego) duchownego lub urzędnika państwowego wyższego szczebla. Sytuacja przerasta głównego bohatera, żałuje, że nie mógł cieszyć się życiem i młodością jak rówieśnicy. Gdy udaje mu się zdać egzaminy i trafić do wymarzonej szkoły, sytuacja przerasta go jeszcze bardziej. Do tego zaprzyjaźnia się z buntownikiem, co przynosi oczywiste konsekwencje i prowadzi w ostateczności do smutnego finału.
Refleksyjna historia o sensie życia, poszukiwaniu swojego miejsca w świecie i sensowności podejmowanych decyzji. Nic odkrywczego ale nieźle się czytało.
William Gibson Trylogia Ciągu
Czyli Neuromencer, Graf Zero i Mona Liza Turbo wydane w jednym tomie - pokaźnej cegle w twardej oprawie. Jedna z pierwszych trzech część nowej serii wydawniczej Wydawnictwa Mag - Artefakty. Mieli wypuścić tę serię zamiast Uczty Wyobraźni, jednak ta seria nadal jest kontynuowana (i bardzo dobrze).
O Neuromancerze szmat czasu temu już gdzieś na tym blogu pisałem; dopiero po przeczytaniu wszystkich części trylogii widać w pełni cały obraz i cały sens historii opowiedzianej przez Gibsona. Poszczególne części dzieją się w różnych odstępach czasu, część bohaterów się powtarza, część znika z areny dziejów świata przedstawionego po jednym tomie. W gruncie rzeczy jest to metafizyka cyberprzestrzeni, opowieść o ogromnym symulakrze prawdziwej rzeczywistości który staje się samoświadomy jako taki. Sama wizja się nie zestarzała (zarówno tego symulakru jak i świata przedstawionego) - szczegóły są i będą inne, ale jesteśmy całkiem blisko takich czasów. Bardzo dobrym pomysłem było wydanie tego w jednym tomie. Więcej osób, również młodszych czytelników będzie miało możliwość zapoznania się z tym klasykiem. Jeśli nie odpadną od momentami dość hermetycznego języka, będą się dobrze bawić.
***
Oglądam na bieżąco drugi sezon True Detective (tzn. co środę-czwartek, kiedy na torrentach jest już kolejny odcinek w dobrej jakości). Oprócz natężenia problemów głównych bohaterów na granicy absurdu pierwsze co rzuca się w oczy to przerost formy nad treścią - mnóstwo symboliki i odniesień nawrzucanych dla samego nawrzucania (jak książka Mistrza Eckharta leżąca na stoliku w domu Velcoro w jednym z odcinków). Symbolika zawarta w pierwszym sezonie dorobiła się naprawdę dobrych, wyczerpujących analiz (np. Power and hunting in "True Detective") od czasu do czasu nawet w wykonaniu uznanych akademików (Mesjasz w piekle Luizjany prof. Mikołejki). W przypadku drugiego sezonu mam nieodparte wrażenie że twórcy chcieli nawrzucać do fabuły i świata przedstawionego jak najwięcej różnych rozmaitości. Widząc kolejne perypetie bohaterów czasem po prostu się śmieje, z tego jak bardzo serial zmierza w stronę niezamierzonej, przejaskrawionej autoparodii. Do końca sezonu drugiego już bliżej niż dalej, niezależnie od tego, że ten sezon to chała, jestem bardzo ciekawy, jak się ta historia skończy - jeśli się skończy w tym sezonie.
środa, 8 lipca 2015
Odpryski/Opowieści dziwnej treści split
Czy wiecie, co to jest osadnik?
Być może niektórzy wiedzą, ale i tak wyjaśnię.
Osadnik to rodzaj basenu, pół/otwartej przestrzeni, zazwyczaj o żelbetowych ścianach, metalowych barierkach i również żelbetowym bądź cholera wie jakim podłożu. Zazwyczaj w jednej ze ścian widnieje otwór kanału, prowadzącego cholera wie gdzie, rozdzielającego się na plątaninę rur, prowadzącego całą skomplikowaną plątaniną rur do wanien i kadzi.
Do osadnika spuszczano (a może i gdzieś jeszcze taka infrastruktura funkcjonuje, niczego nie można wykluczyć) najróżniejszą chemię, szkodliwe trucizny, substancje żrące, wszelki syf, odrzuty z wytrawiania/impregnowania/cokolwiek powłok, lakierów, farb; zbiorniki te zazwyczaj lokowano gdzieś za danymi zakładami, ale na ich terenie, w lasach, na łąkach, odludziach.
Chemikalia parowały sobie spokojnie, dorzucano do nich tonę innej chemii i/lub wapna. Gdy wapno rozłożyło, co tylko mogło wchłonąć/rozłożyć, szlam był wywożony do utylizacji gdzieś indziej.
A w i blasku dymiących kominów, wśród refleksów światła pełzających po częściowo wybitych szybach wieżyczek strażniczych, wśród rdzawych zacieków z drutu kolczastego zwisającego smętnie nad krzywym żelbetowym płotem, tęczowo mieniące się mikstury zabierające życie zewsząd ze swojego szlaku nie raz i nie dwa rozpływały się po łonie matki ziemi po drodze do takiej czy innej rzeki, wyciekające przez szczeliny w poszyciu lub przelewające się górą.
Paradoks - dopiero po upadku większości zakładów na przełomie końcówki '80/I połowy '90 środowisko odetchnęło, odbierając co jego, skrywając niejedną ludzką tragedię pod źdźbłami trawi przebijającymi się przez stopniowo zmieniające się w piach lub zakalec z kamienistymi rodzynkami pytami chodnikowymi. Podobno po raz pierwszy od bardzo wielu, zbyt wielu lat, akurat do tej jednej rzeki wróciły raki.
Kurwa mać, jak ten czas leci. Jeszcze przed 2008 rokiem wszędzie było ich pewno. Mniej lub bardziej znajomych twarzy. Sporo z nich wbiło się w pamięć niczym drzazgi. Tak już mam, przeglądam wspomnienia, zwłaszcza te najdawniejsze, jak kolekcję blizn, ekwiwalent prawdziwych blizn, które nawet jeśli były, na przestrzeni lat zniknęły (i dobrze zresztą, zazwyczaj przypominały jedynie o własnej głupocie). Nie było wtedy gdzie iść, więc szliśmy tam, gdzie było blisko, gdzie byliśmy sami ze swoimi marzeniami, naiwnością, pierwszymi młodzieńczymi problemami, nadziejami, ze swoimi demonami. W krzakach nad rzeką, pod mostem takim czy innym, w ruinach fabryki farb i lakierów, na terenie równie skażonym jak nasze rozgorączkowane myśli uczyliśmy się życia. Czasy, gdy piwo, fajki (nie wciągnąłem się), wóda i mocniejsze alkohole oraz wszelkie inne substancje, zazwyczaj nielegalne, a także dziewczyny (da się je podciągnąć pod "wszelkie inne substancje") były jeszcze czymś nieznanym, czymś obcym, nieznanym terytorium na które wkraczaliśmy ochoczo i z podniesioną głową. Nasze małe przestrzenie wyrwane całemu światu, gdzie nie obowiązywały jego prawa i uwarunkowania.
Mój rocznik rozjechał się po świecie. Szlag trafił wiele przyjaźni, wiele nocnych rozmów i cichych szeptów pozostało tylko w przebłyskach wspomnień, czasem wracających samych z siebie, czasem zupełnie nieproszonych.
Skończyło się na tym, że po obejściu starych, tak dobrze znanych, śmieci (czasem dosłownie) dwóch około-korposzczurów bądź po studiach (ja), bądź kończących studia (on) poszło pić jakieś gówniane smakowe piwa na stary osadnik. Zostało nas w sumie dwóch. Dwóch tam i wtedy. Na przeciwko wszystkiego, co było wcześniej. W sumie nie został już nikt, bo i jesteśmy już zupełnie inni. Smażyło nas lipcowe słońce, takie samo co wiele razy lata temu, tematy do rozmów jednak poszły z biegiem czasu. Bliższe tym, którym bliżej już do 30tki niż 20tki. Co zrobić z mieszkaniem po rodzicach, gdy umrą - a nawet nieśmiertelne postaci drżą przed potęgą nieubłaganego czasu, a ty widzisz, że każdy koniec to przede wszystkim koniec - jakiś tam początek jest ewentualnością, wcale nie musi faktycznie nastąpić. Co zrobić z domem po dziadkach, gdy umrą. Gdzie się wynieść, i dlaczego byle dalej stąd, gdzie nic nie ma, a to co jest, stopniowo gnije. Skąd wziąć kasę na życie, na mieszkanie, na przyszłość - równie złudną jak teraźniejszość. Dlaczego Kraków ssie i najlepiej wynieść się i stamtąd. Kiedyś. Słowo klucz: kiedyś. Jeden z wielu zardzewiałych kluczy, nie otwierających niczego.
Byli tacy, co zostali, owszem. Kilkoro z nich to obecnie alkoholicy. Byli tacy, co wracali, owszem. Jak na razie jest jeden samobójca. Pewnie jeszcze kilku ich przybędzie. Były śluby i rozwody, były wielkie tragedie i wielkie radości, wszystko zmieszane w jedną ciastowatą, ubitą na jednolitą papkę masę wspomnień. Wszystkie tak wyblakłe, wszystkie zalane cynicznym doświadczeniem późniejszych lat. Z perspektywy czasu nawet wybuch supernowej byłby kompletnie bez znaczenia. Sami gasimy z czasem własne supernowe.
Nie no, sporo sobie jakoś radzi. Przeglądam czasem profile w takim czy innym serwisie społecznościowym znajomych sprzed wielu, wielu lat - ileż tam samotnych matek, iluż starych kumpli nie widzianych od 7+ lat jest teraz tatusiowatymi Januszami. Iluż. Inni radzą sobie nieźle rozrzuceni po Polsce bądź świecie. Lepiej lub gorzej - z grubsza do przodu.
Ściany osadnika, nie używanego od około 30 lat, pokrywały graffiti z innych czasów. W żadnym innym miejscu miasta nie przetrwały tak stare malunki. Jakieś gówna w stylu "Skinheads" przyozdobione krzyżami celtyckimi trafiają się jeszcze gdzieniegdzie, poza tym są ponadczasowe więc wciąż wyrastają w nowych mutacjach, zwłaszcza w tak gnijącym środowisku i czasach, gdzie najgłupsze rozwiązania zapewniają elementarny sens i poczucie własnej wartości. Inne jednak to relikty. Wyobraźcie sobie - napisy twardym, jakby technicznym pismem - "LEON ZAWODOWIEC" (aż sprawdziłem, wyszedł w 1994 roku), "PHILIPS". Malunek przedstawiający paczkę Malboro. Zakapturzony mnich z hakiem zamiast dłoni, wystającym spod warstw szaty. Pamiątki z czasów sprzed powszechnego dostępu do mediów społecznościowych czy telefonów komórkowych (o smartfonach nie wspominając). Pamiątki z czasów, kiedy mak był dużo bardziej popularny od konopi.
Ciekawe, co oni robią teraz. Kim są, gdzie są. Czy jeśli zostali na miejscu, chodzą starymi ścieżkami, przynajmniej tymi które zarosły (a zarosły nawet ścieżki sprzed ~7 lat, co dopiero sprzed przeszło dwukrotnie dłuższego okresu czasu), czy i co wspominają. Czy niczego nie żałują. Czy uśmiechają się na widok napisów wykonanych dawno temu własnymi dłońmi.
Moje rodzinne miasto jest miastem żelbetu. Żelbetu i lasów. Chwastów stopniowo wchodzących na rozpostarte przestrzenie torów, plątaniny zieleni pochłaniającej spękane ściany fabrycznych hal i innych wszelkiego rodzaju ruin. Spośród rdzawych zacieków wyrasta mech. Krzaki, chwasty, dwumetrowe źdźbła traw. Płyty chodnikowe, beton, zbrojone szkło, żelbetowe latarnie uliczne. Powolna, jednostajna atmosfera postępującego rozkładu. Cisza, spokój. puste ulice ciągnące się pod rozgwieżdżonym niebem. Nieustające życie, w którym niezależnie od nieśpiesznego, meandrującego nurtu bardzo łatwo można zahaczyć się o wystający korzeń.
Nawet burgerownia stojąca w centrum, nieopodal domu kultury (w tym kina), blokowiska i liceum - zbankrutowała. Najprawdopodobniej. Nie było informacji, że lokal przeniósł się gdzieś indziej. Istniała może ponad rok.
Być może niektórzy wiedzą, ale i tak wyjaśnię.
Osadnik to rodzaj basenu, pół/otwartej przestrzeni, zazwyczaj o żelbetowych ścianach, metalowych barierkach i również żelbetowym bądź cholera wie jakim podłożu. Zazwyczaj w jednej ze ścian widnieje otwór kanału, prowadzącego cholera wie gdzie, rozdzielającego się na plątaninę rur, prowadzącego całą skomplikowaną plątaniną rur do wanien i kadzi.
Do osadnika spuszczano (a może i gdzieś jeszcze taka infrastruktura funkcjonuje, niczego nie można wykluczyć) najróżniejszą chemię, szkodliwe trucizny, substancje żrące, wszelki syf, odrzuty z wytrawiania/impregnowania/cokolwiek powłok, lakierów, farb; zbiorniki te zazwyczaj lokowano gdzieś za danymi zakładami, ale na ich terenie, w lasach, na łąkach, odludziach.
Chemikalia parowały sobie spokojnie, dorzucano do nich tonę innej chemii i/lub wapna. Gdy wapno rozłożyło, co tylko mogło wchłonąć/rozłożyć, szlam był wywożony do utylizacji gdzieś indziej.
A w i blasku dymiących kominów, wśród refleksów światła pełzających po częściowo wybitych szybach wieżyczek strażniczych, wśród rdzawych zacieków z drutu kolczastego zwisającego smętnie nad krzywym żelbetowym płotem, tęczowo mieniące się mikstury zabierające życie zewsząd ze swojego szlaku nie raz i nie dwa rozpływały się po łonie matki ziemi po drodze do takiej czy innej rzeki, wyciekające przez szczeliny w poszyciu lub przelewające się górą.
Paradoks - dopiero po upadku większości zakładów na przełomie końcówki '80/I połowy '90 środowisko odetchnęło, odbierając co jego, skrywając niejedną ludzką tragedię pod źdźbłami trawi przebijającymi się przez stopniowo zmieniające się w piach lub zakalec z kamienistymi rodzynkami pytami chodnikowymi. Podobno po raz pierwszy od bardzo wielu, zbyt wielu lat, akurat do tej jednej rzeki wróciły raki.
Kurwa mać, jak ten czas leci. Jeszcze przed 2008 rokiem wszędzie było ich pewno. Mniej lub bardziej znajomych twarzy. Sporo z nich wbiło się w pamięć niczym drzazgi. Tak już mam, przeglądam wspomnienia, zwłaszcza te najdawniejsze, jak kolekcję blizn, ekwiwalent prawdziwych blizn, które nawet jeśli były, na przestrzeni lat zniknęły (i dobrze zresztą, zazwyczaj przypominały jedynie o własnej głupocie). Nie było wtedy gdzie iść, więc szliśmy tam, gdzie było blisko, gdzie byliśmy sami ze swoimi marzeniami, naiwnością, pierwszymi młodzieńczymi problemami, nadziejami, ze swoimi demonami. W krzakach nad rzeką, pod mostem takim czy innym, w ruinach fabryki farb i lakierów, na terenie równie skażonym jak nasze rozgorączkowane myśli uczyliśmy się życia. Czasy, gdy piwo, fajki (nie wciągnąłem się), wóda i mocniejsze alkohole oraz wszelkie inne substancje, zazwyczaj nielegalne, a także dziewczyny (da się je podciągnąć pod "wszelkie inne substancje") były jeszcze czymś nieznanym, czymś obcym, nieznanym terytorium na które wkraczaliśmy ochoczo i z podniesioną głową. Nasze małe przestrzenie wyrwane całemu światu, gdzie nie obowiązywały jego prawa i uwarunkowania.
Mój rocznik rozjechał się po świecie. Szlag trafił wiele przyjaźni, wiele nocnych rozmów i cichych szeptów pozostało tylko w przebłyskach wspomnień, czasem wracających samych z siebie, czasem zupełnie nieproszonych.
Skończyło się na tym, że po obejściu starych, tak dobrze znanych, śmieci (czasem dosłownie) dwóch około-korposzczurów bądź po studiach (ja), bądź kończących studia (on) poszło pić jakieś gówniane smakowe piwa na stary osadnik. Zostało nas w sumie dwóch. Dwóch tam i wtedy. Na przeciwko wszystkiego, co było wcześniej. W sumie nie został już nikt, bo i jesteśmy już zupełnie inni. Smażyło nas lipcowe słońce, takie samo co wiele razy lata temu, tematy do rozmów jednak poszły z biegiem czasu. Bliższe tym, którym bliżej już do 30tki niż 20tki. Co zrobić z mieszkaniem po rodzicach, gdy umrą - a nawet nieśmiertelne postaci drżą przed potęgą nieubłaganego czasu, a ty widzisz, że każdy koniec to przede wszystkim koniec - jakiś tam początek jest ewentualnością, wcale nie musi faktycznie nastąpić. Co zrobić z domem po dziadkach, gdy umrą. Gdzie się wynieść, i dlaczego byle dalej stąd, gdzie nic nie ma, a to co jest, stopniowo gnije. Skąd wziąć kasę na życie, na mieszkanie, na przyszłość - równie złudną jak teraźniejszość. Dlaczego Kraków ssie i najlepiej wynieść się i stamtąd. Kiedyś. Słowo klucz: kiedyś. Jeden z wielu zardzewiałych kluczy, nie otwierających niczego.
Byli tacy, co zostali, owszem. Kilkoro z nich to obecnie alkoholicy. Byli tacy, co wracali, owszem. Jak na razie jest jeden samobójca. Pewnie jeszcze kilku ich przybędzie. Były śluby i rozwody, były wielkie tragedie i wielkie radości, wszystko zmieszane w jedną ciastowatą, ubitą na jednolitą papkę masę wspomnień. Wszystkie tak wyblakłe, wszystkie zalane cynicznym doświadczeniem późniejszych lat. Z perspektywy czasu nawet wybuch supernowej byłby kompletnie bez znaczenia. Sami gasimy z czasem własne supernowe.
Nie no, sporo sobie jakoś radzi. Przeglądam czasem profile w takim czy innym serwisie społecznościowym znajomych sprzed wielu, wielu lat - ileż tam samotnych matek, iluż starych kumpli nie widzianych od 7+ lat jest teraz tatusiowatymi Januszami. Iluż. Inni radzą sobie nieźle rozrzuceni po Polsce bądź świecie. Lepiej lub gorzej - z grubsza do przodu.
Ściany osadnika, nie używanego od około 30 lat, pokrywały graffiti z innych czasów. W żadnym innym miejscu miasta nie przetrwały tak stare malunki. Jakieś gówna w stylu "Skinheads" przyozdobione krzyżami celtyckimi trafiają się jeszcze gdzieniegdzie, poza tym są ponadczasowe więc wciąż wyrastają w nowych mutacjach, zwłaszcza w tak gnijącym środowisku i czasach, gdzie najgłupsze rozwiązania zapewniają elementarny sens i poczucie własnej wartości. Inne jednak to relikty. Wyobraźcie sobie - napisy twardym, jakby technicznym pismem - "LEON ZAWODOWIEC" (aż sprawdziłem, wyszedł w 1994 roku), "PHILIPS". Malunek przedstawiający paczkę Malboro. Zakapturzony mnich z hakiem zamiast dłoni, wystającym spod warstw szaty. Pamiątki z czasów sprzed powszechnego dostępu do mediów społecznościowych czy telefonów komórkowych (o smartfonach nie wspominając). Pamiątki z czasów, kiedy mak był dużo bardziej popularny od konopi.
Ciekawe, co oni robią teraz. Kim są, gdzie są. Czy jeśli zostali na miejscu, chodzą starymi ścieżkami, przynajmniej tymi które zarosły (a zarosły nawet ścieżki sprzed ~7 lat, co dopiero sprzed przeszło dwukrotnie dłuższego okresu czasu), czy i co wspominają. Czy niczego nie żałują. Czy uśmiechają się na widok napisów wykonanych dawno temu własnymi dłońmi.
Moje rodzinne miasto jest miastem żelbetu. Żelbetu i lasów. Chwastów stopniowo wchodzących na rozpostarte przestrzenie torów, plątaniny zieleni pochłaniającej spękane ściany fabrycznych hal i innych wszelkiego rodzaju ruin. Spośród rdzawych zacieków wyrasta mech. Krzaki, chwasty, dwumetrowe źdźbła traw. Płyty chodnikowe, beton, zbrojone szkło, żelbetowe latarnie uliczne. Powolna, jednostajna atmosfera postępującego rozkładu. Cisza, spokój. puste ulice ciągnące się pod rozgwieżdżonym niebem. Nieustające życie, w którym niezależnie od nieśpiesznego, meandrującego nurtu bardzo łatwo można zahaczyć się o wystający korzeń.
Nawet burgerownia stojąca w centrum, nieopodal domu kultury (w tym kina), blokowiska i liceum - zbankrutowała. Najprawdopodobniej. Nie było informacji, że lokal przeniósł się gdzieś indziej. Istniała może ponad rok.
środa, 1 lipca 2015
Odpryski XLVII
Że zaczerpnę wyrażenie od Ligottiego (wraz z kontekstem tego wyrażenia): jeszcze nie skończyłem.
Chociaż czasem mam wielką ochotę pieprznąć to wszystko w diabły. Zarówno klecenie bloga sobie a muzom jak i klecenie do szuflady poronionych płodów własnej wyobraźni stało się ostatnio nieznośnie męczące. Po ośmiu (minimum) godzinach zapieprzu dziennie, w nieprzejrzystym środowisku pełnym sprzecznych zasad, niedookreślonych reguł, nieczytelnego podziału kompetencji, czasem człowiek nie ma siły nawet rozmawiać, siedzi i patrzy się w sufit, nie jest w stanie zebrać najprostszych myśli ani wykrzesać z siebie czegokolwiek bardziej kreatywnego od ewentualnego podniesienia tyłka i przeniesienia go tymczasowo do spożywczaka/alkoholi 48h. Ostatnimi czasy zrobił się ze mnie koneser łychy, cóż, skoro i tak wszyscy umrzemy, to w imieniu czego nie moglibyśmy pozwalać sobie na małe przyjemności, jeśli dziwnym zrządzeniem losu akurat nas na nie stać?
A czasem, jak już człowiek ruszy się gdzieś, by przewietrzyć zwoje mózgowe, to może np. znaleźć zwłoki na zielonym, zarośniętym skwerku między sklepem a przystankiem autobusowym. Starszy, trochę obdarty gość nadal siedział w przewróconym (na "plecy") wózku inwalidzkim i szeroko otwartymi, mętniejącymi oczami wpatrywał się w dogasające w zasmrodzonym powietrzu gwiazdy na nocnym niebie. Jak na ironię, przed wyjściem wtedy na mały chaotyczny spacer połączony z przypadkowo wrzuconymi elementami psychogeografii zdałem się na Przypadek, nastawiłem się na czerpanie bodźców z chwili, domagałem się od samego siebie subiektywnych wrażeń wywołanych przemieszczaniem się i spoglądaniem na świat z coraz to nowszych i innych punktów widzenia, różnych od uwarunkowanych. Powtarzam sobie często, że nie ma po co dać się zaskakiwać czymkolwiek, tylko trzeba z podniesioną twarzą i opuchniętymi oczami stanąć raźno i w podniosłym oczekiwaniu na kolejną dowolną historię w którą wmiesza nas życie, z drugiej strony na własny użytek mam też inną subiektywną prawdę - nic tak nie zadziwia, jak własne życie. Znów się sprawdziło. Poza takimi pożałowania godnymi incydentami składającymi się na szarą codzienność życia w Krakowie, kilka współczesnych dzielnic dawnej Nowej Huty nie wydaje się być bardziej niebezpiecznymi czy odpychającymi - nawet o drugiej, trzeciej w nocy, gdy życie wyraźnie wypala się pośród trędowatych, poszarpanych kamienic Kazimierza czy centrum, gdy kolejne fale hedonizmu rozbijają się o skały przeszywającego poczucia bezsensu - od centrum czy Kazimierza właśnie. Co prawda może faktycznie nie warto zagłębiać się w osiedla, tylko kroczyć znikąd donikąd wzdłuż głównych ulic, zawsze można też mieć pecha i natrafić na najazd orków z maczetami z innego osiedla na dane osiedle, ale to jest po prostu element lokalnego kolorytu. A tak w ogóle to Kazimierz jest ohydny, rozpadające się zabudowania wyglądają jakby odpadały z nich płaty butwiejącej materii (bo w sumie tak jest w większości przypadków), butwiejącego mięcha, jakby te wszystkie szczerbate i bezokie kamienice były trędowate. Stateczne starzenie się z godnością starej Nowej Huty, starzenie się prawie jednolitej szarości, przemawia do mnie znacznie silniej. Kazimierz to dobre miejsce by iść się napić, by zawsze o czymś pamiętać lub jak najszybciej o czymś zapomnieć, nie wyobrażam sobie jednak, jak można tam mieszkać, w każdym innym przypadku gdy nie jest się nawiedzoną, przeintelektualizowaną studentką ASP.
Mieszanina przewidywalności (odkąd poszedłem do tej pracy, praktycznie każdy mój dzień wygląda identycznie, zlewają się w jedną bezkształtną bryłę, breję, ściek godzin i dni, sporadycznie rozświetlanych przerywnikami gasnącymi zaraz po ich odpływie z teraźniejszości) i nieprzewidywalności (nie mam pojęcia, co i gdzie i czy w ogóle będę robił za 2-3 lata) bywa czasem na tyle przytłaczająca, że marzę o tym by choć na chwilę się wyłączyć, by rozmyć się gdzieś, nie myśleć, nie mieć świadomości samego siebie, nie uginać się pod ciężarem własnych uwarunkowań, nadchodzącej nocą udręki, martwego blasku gwiazd idealnie obojętnego wszechświata, nie być kolejnym gwoździem do swojej własnej przyszłej trumny.
W tym roku jeszcze nie byłem nad morzem. Może się uda ogarnąć urlop. Nie ma go dużo, ale przynajmniej jest płatny. Ja sam pod pustą przestrzenią ciągnącą się aż po horyzont wiszącą nade mną i rozpościerającą się przede mną - dla mnie to doświadczenie niemalże mistyczne. Mogę godzinami wpatrywać się w morze, w falującą materię stykającą się z niebem. Bezkształtna, przelewająca się materia jest dla mnie idealną formą życia - życia z którego na przestrzeni milionów lat wyszliśmy i my, życia trwającego, pierwotnej zupy, życia stanowiącego jedność z wszechświatem, nie podążającego za złudzeniami podsyłanymi wciąż i wciąż przez własną świadomość. Jeszcze jakiś czas temu stwierdziłbym coś zupełnie innego, stanął w obronie jednostkowej twórczości, autonomii, itp. bzdur - ale to wszystko tylko kolejne upiory zasłaniające nasze prywatne pustki.
Nie komentowałem wyników wyborów prezydenckich. W gruncie rzeczy nie ma tu niczego do skomentowania. Zamiast tego pozwolę sobie na taką luźną uwagę - im dłużej czytam w internecie komentarze moich współmieszkańców odnośnie dowolnej kwestii - od dostępności pigułek antykoncepcyjnych, przez in vitro, przez postulat zmiany nazwy warszawskiej ulicy im. Dąbrowszczaków, przez opinie o bankrutującej Grecji, po odnoszenie się do umożliwienia prawnej legalizacji związków homoseksualnych w USA na poziomie federalnym, tym częściej przyłapuję się na rozmyślaniu, by pierdolnąć to wszystko w cholerę, wyjechać na Islandię i hodować tam kozy. Ten kraj nie ma przyszłości - kolejne z moich powiedzonek, które nadużywam.
Swoją drogą, gdybym miał na kogoś zagłosować w nadchodzących wyborach - zagłosowałbym na Razem. Ale nie będę miał okazji, bo nie uda im się zarejestrować list, po czym najprędzej rozpadną się. Mimo tego, że ta partia to takie wszystko i nic, mieszanina pomysłów sensownych i mniej sensownych, patrzę na nich przychylnie o tyle, że w razie gdyby udało im się zaistnieć, mogliby spróbować przesunąć dyskurs w lewo.
Zmodyfikuję niedługo listę blogów widniejących na tym blogu po prawej stronie - albo usunę ją całkowicie. Nic osobistego, to bardziej lista dla mnie, by być na bieżąco co tam kto fajnego obczaił ostatnimi czasy czy co ma do powiedzenia, ale fakt faktem pod niektóre adresy ostatni raz wszedłem chyba w momencie gdy je do tej listy dodawałem.
Kto wie, czy coś tu w lipcu jeszcze będzie. Czytam cały czas. Oglądam coś co jakiś czas. Gram w coś co jakiś czas. Piszę co jakiś czas. Zobaczymy.
Chociaż czasem mam wielką ochotę pieprznąć to wszystko w diabły. Zarówno klecenie bloga sobie a muzom jak i klecenie do szuflady poronionych płodów własnej wyobraźni stało się ostatnio nieznośnie męczące. Po ośmiu (minimum) godzinach zapieprzu dziennie, w nieprzejrzystym środowisku pełnym sprzecznych zasad, niedookreślonych reguł, nieczytelnego podziału kompetencji, czasem człowiek nie ma siły nawet rozmawiać, siedzi i patrzy się w sufit, nie jest w stanie zebrać najprostszych myśli ani wykrzesać z siebie czegokolwiek bardziej kreatywnego od ewentualnego podniesienia tyłka i przeniesienia go tymczasowo do spożywczaka/alkoholi 48h. Ostatnimi czasy zrobił się ze mnie koneser łychy, cóż, skoro i tak wszyscy umrzemy, to w imieniu czego nie moglibyśmy pozwalać sobie na małe przyjemności, jeśli dziwnym zrządzeniem losu akurat nas na nie stać?
A czasem, jak już człowiek ruszy się gdzieś, by przewietrzyć zwoje mózgowe, to może np. znaleźć zwłoki na zielonym, zarośniętym skwerku między sklepem a przystankiem autobusowym. Starszy, trochę obdarty gość nadal siedział w przewróconym (na "plecy") wózku inwalidzkim i szeroko otwartymi, mętniejącymi oczami wpatrywał się w dogasające w zasmrodzonym powietrzu gwiazdy na nocnym niebie. Jak na ironię, przed wyjściem wtedy na mały chaotyczny spacer połączony z przypadkowo wrzuconymi elementami psychogeografii zdałem się na Przypadek, nastawiłem się na czerpanie bodźców z chwili, domagałem się od samego siebie subiektywnych wrażeń wywołanych przemieszczaniem się i spoglądaniem na świat z coraz to nowszych i innych punktów widzenia, różnych od uwarunkowanych. Powtarzam sobie często, że nie ma po co dać się zaskakiwać czymkolwiek, tylko trzeba z podniesioną twarzą i opuchniętymi oczami stanąć raźno i w podniosłym oczekiwaniu na kolejną dowolną historię w którą wmiesza nas życie, z drugiej strony na własny użytek mam też inną subiektywną prawdę - nic tak nie zadziwia, jak własne życie. Znów się sprawdziło. Poza takimi pożałowania godnymi incydentami składającymi się na szarą codzienność życia w Krakowie, kilka współczesnych dzielnic dawnej Nowej Huty nie wydaje się być bardziej niebezpiecznymi czy odpychającymi - nawet o drugiej, trzeciej w nocy, gdy życie wyraźnie wypala się pośród trędowatych, poszarpanych kamienic Kazimierza czy centrum, gdy kolejne fale hedonizmu rozbijają się o skały przeszywającego poczucia bezsensu - od centrum czy Kazimierza właśnie. Co prawda może faktycznie nie warto zagłębiać się w osiedla, tylko kroczyć znikąd donikąd wzdłuż głównych ulic, zawsze można też mieć pecha i natrafić na najazd orków z maczetami z innego osiedla na dane osiedle, ale to jest po prostu element lokalnego kolorytu. A tak w ogóle to Kazimierz jest ohydny, rozpadające się zabudowania wyglądają jakby odpadały z nich płaty butwiejącej materii (bo w sumie tak jest w większości przypadków), butwiejącego mięcha, jakby te wszystkie szczerbate i bezokie kamienice były trędowate. Stateczne starzenie się z godnością starej Nowej Huty, starzenie się prawie jednolitej szarości, przemawia do mnie znacznie silniej. Kazimierz to dobre miejsce by iść się napić, by zawsze o czymś pamiętać lub jak najszybciej o czymś zapomnieć, nie wyobrażam sobie jednak, jak można tam mieszkać, w każdym innym przypadku gdy nie jest się nawiedzoną, przeintelektualizowaną studentką ASP.
Mieszanina przewidywalności (odkąd poszedłem do tej pracy, praktycznie każdy mój dzień wygląda identycznie, zlewają się w jedną bezkształtną bryłę, breję, ściek godzin i dni, sporadycznie rozświetlanych przerywnikami gasnącymi zaraz po ich odpływie z teraźniejszości) i nieprzewidywalności (nie mam pojęcia, co i gdzie i czy w ogóle będę robił za 2-3 lata) bywa czasem na tyle przytłaczająca, że marzę o tym by choć na chwilę się wyłączyć, by rozmyć się gdzieś, nie myśleć, nie mieć świadomości samego siebie, nie uginać się pod ciężarem własnych uwarunkowań, nadchodzącej nocą udręki, martwego blasku gwiazd idealnie obojętnego wszechświata, nie być kolejnym gwoździem do swojej własnej przyszłej trumny.
W tym roku jeszcze nie byłem nad morzem. Może się uda ogarnąć urlop. Nie ma go dużo, ale przynajmniej jest płatny. Ja sam pod pustą przestrzenią ciągnącą się aż po horyzont wiszącą nade mną i rozpościerającą się przede mną - dla mnie to doświadczenie niemalże mistyczne. Mogę godzinami wpatrywać się w morze, w falującą materię stykającą się z niebem. Bezkształtna, przelewająca się materia jest dla mnie idealną formą życia - życia z którego na przestrzeni milionów lat wyszliśmy i my, życia trwającego, pierwotnej zupy, życia stanowiącego jedność z wszechświatem, nie podążającego za złudzeniami podsyłanymi wciąż i wciąż przez własną świadomość. Jeszcze jakiś czas temu stwierdziłbym coś zupełnie innego, stanął w obronie jednostkowej twórczości, autonomii, itp. bzdur - ale to wszystko tylko kolejne upiory zasłaniające nasze prywatne pustki.
Nie komentowałem wyników wyborów prezydenckich. W gruncie rzeczy nie ma tu niczego do skomentowania. Zamiast tego pozwolę sobie na taką luźną uwagę - im dłużej czytam w internecie komentarze moich współmieszkańców odnośnie dowolnej kwestii - od dostępności pigułek antykoncepcyjnych, przez in vitro, przez postulat zmiany nazwy warszawskiej ulicy im. Dąbrowszczaków, przez opinie o bankrutującej Grecji, po odnoszenie się do umożliwienia prawnej legalizacji związków homoseksualnych w USA na poziomie federalnym, tym częściej przyłapuję się na rozmyślaniu, by pierdolnąć to wszystko w cholerę, wyjechać na Islandię i hodować tam kozy. Ten kraj nie ma przyszłości - kolejne z moich powiedzonek, które nadużywam.
Swoją drogą, gdybym miał na kogoś zagłosować w nadchodzących wyborach - zagłosowałbym na Razem. Ale nie będę miał okazji, bo nie uda im się zarejestrować list, po czym najprędzej rozpadną się. Mimo tego, że ta partia to takie wszystko i nic, mieszanina pomysłów sensownych i mniej sensownych, patrzę na nich przychylnie o tyle, że w razie gdyby udało im się zaistnieć, mogliby spróbować przesunąć dyskurs w lewo.
Zmodyfikuję niedługo listę blogów widniejących na tym blogu po prawej stronie - albo usunę ją całkowicie. Nic osobistego, to bardziej lista dla mnie, by być na bieżąco co tam kto fajnego obczaił ostatnimi czasy czy co ma do powiedzenia, ale fakt faktem pod niektóre adresy ostatni raz wszedłem chyba w momencie gdy je do tej listy dodawałem.
Kto wie, czy coś tu w lipcu jeszcze będzie. Czytam cały czas. Oglądam coś co jakiś czas. Gram w coś co jakiś czas. Piszę co jakiś czas. Zobaczymy.
środa, 13 maja 2015
Odpryski Special #3
Uwaga, będzie o polityce. I trochę o filozofii. Ba, wyszedł mi z tego manifest. Taka okazja, że trudno, aby o polityce nie było.
Zapewne część czytelników poczuje się dotknięta do żywego. Cóż, trudno. Tak bardzo mnie to nie obchodzi. Na wszelki wypadek zaznaczam, że mocno prawicowi czytelnicy niech tego nie czytają. W sumie nie wiem, po co to napisałem. Ale niech już będzie, jak jest. Kilka dni usuwałem kolejne wersje.
Pierwsza tura wyborów bez zaskoczenia jak dla mnie. Zupełnie bezbarwny, do tego wybitnie bucowaty urzędujący prezydent dostał pstryczek w nos. Druga tura rozstrzygnie, czy jego elektorat negatywny zmobilizuje się bardziej niż elektorat negatywny kontrkandydata.
Nie brałem udziału w tej szopce. Większość kandydatów wystawił tak naprawdę episkopat, łącznie z tzw. "kandydatami antysystemowymi", których pitolenie często wprost przyniosłoby korzyści dla obecnych beneficjentów. Chociażby JOWy postulowane przez krzykacza Kukiza, najbardziej rozpoznawalny element ze zbieraniny jego przypadkowych i sprzecznych ze sobą postulatów. JOWy zabetonowałyby polską scenę polityczną na wieki, tak jak stało się to w Wielkiej Brytanii. Prześledźcie wyniki tamtejszych wyborów parlamentarnych. Poza przedstawicielami dwóch największych partii do władz dostaliby się co najwyżej bogaci celebryci, których stać byłoby na kampanię przytłaczającą swoim rozmachem kampanie przeciwników. Również postulat zniesienia finansowania partii politycznych z budżetu państwa jest złym pomysłem. Oczywistym jest, że przetrwałyby partie realizujące interesy klasowe tych, których stać byłoby na utrzymywanie takiej partii. Byłby to koniec jakkolwiek pojętego pluralizmu, gdyż partie utrzymujące się tylko ze składek członkowskich lub innych określonych obowiązującymi przepisami źródeł finansowania partii politycznych nie miałyby możliwości przetrwania w starciu z takimi molochami. Zresztą - już teraz praktycznie nie mają. Jeśli to są niewystarczające argumenty, to poczytajcie o gerrymanderingu.
Elektorat Kukiza zasługuje na analizę porządniejszą niż moja, jednak jest niezmiernie fascynujący. Głosowali na niego najróżniejsi ludzie, często nie mający ze sobą nic wspólnego i mający zupełnie rozbieżne poglądy, lub nie mający ich wcale. Chcieli na kogoś zagłosować, a nie mieli zupełnie na kogo, więc kupili ładnie wykreowany produkt, głośno krzyczącego kandydata-buntownika, który nie miał niczego sensownego do powiedzenia ale za to był wyrazisty i autentyczny. W jednych z zeszłych wyborów takim gościem był Palikot. Wprowadził do sejmu kilka interesujących nowych twarzy, lub działaczy nie należących wcześniej do partii politycznej, na tym skończyły się jego zasługi. Jestem święcie przekonany, że próba skonstruowania przez Kukiza jakiejś partii skończy się szybką katastrofą spowodowaną niemożnością wypracowania spójnego programu, tak jak to miało miejsce w przypadku Palikota, który chciał zbyt wiele srok złapać za ogony. Poza tym jego głośne performance szybko się wyborcom przejadły. Kompleks oblężonej twierdzy Kukiza też się im przeje. W następnych wyborach pojawi się jakiś inny jednorazowy kandydat kanalizujący niezadowolonych. Aż chciałoby się zaśpiewać, bo tutaj jest jak jest, po prostu.
Bardzo mnie cieszy wynik Korwina. Ten stary dziad to największy szkodnik polskiej sceny politycznej, od lat infekujący niewyrobione umysły przekonywająco brzmiącym stekiem pierdół. Poparcie dla niego wśród uczniów i studentów świadczy jedynie o tym, że polska edukacja jest pogrążona w ciężkim kryzysie. Całe szczęście, przy jego trybie życia i wieku być może są to już ostatnie jego wybory. A gdy go zabraknie, na gruzach KORWiNa (zakładając, że do czasu następnych wyborów nie powstanie kilka kolejnych jego partii) powstanie kilka zwalczających się wzajemnie sekt, z których każda jedna będzie uważać się za tę jedyną prawdziwą spadkobierczynię myśli Wodza w muszce.
To niewiarygodne, że ktokolwiek uważa kandydatów takich jak jak Korwin, Braun, Kowalski, Kukiz za antysystemowych. Przyjrzymy się ich postulatom, zdecydowana większość z nich dokładnie pokrywa się z zawartością dyskursu hegemonialnego. Świetnie wypunktował to jeden z publicystów lewicy.pl, pozwolę sobie przytoczyć odpowiedni fragment: (...) Setki tysięcy młodych ludzi, którzy poszli za Ruchem Narodowym i Kongresem Nowej Prawicy [chodzi tu rzecz jasna o dowolną partię w której akurat siedzi Korwin], wierzy, że postawą antysystemową jest dziś wyznawanie katolicyzmu w skrajnie katolickim kraju. Są przekonani, że antysystemowe jest zwalczanie imigracji, w kraju gdzie imigrantów niemal wcale nie ma, a ci nieliczni są zamykani w ośrodkach o zaostrzonym rygorze lub deportowani do krajów pochodzenia, czasem na pewną śmierć. W ramach swojej antysystemowości czczą tzw. „żołnierzy wyklętych”, wśród nich morderców cywili, choć ich kult jest ustawowy, zresztą przegłosowany przez posłów PO (sic!). Popularnym przejawem „antysystemowości” jest także walka z „pedalstwem” oraz aborcją – w kraju, gdzie rząd z automatu odrzuca a kolejne ustawy o związkach partnerskich, a prawa aborcyjne należy do najostrzejszych w Europie. Wreszcie, najmodniejszy obecnie „antysystemowy” temat, czyli żądanie militaryzacji narodu, gdy władza deklaruje wydanie ponad 100 miliardów złotych na zbrojenia. Czy jakikolwiek System mógł sobie wymarzyć lepszych przeciwników? Radykalna, prawa strona polskiej sceny politycznej realizuje politykę tego, co Alhtusser nazwał aparatami ideologicznymi państwa. Według francuskiego filozofa, są to wszelkie praktyki, wartości, organizacje i instytucje, które umożliwiają społeczną reprodukcję i podtrzymywanie istnienia systemu. Tysiące wściekłych, młodych ludzi na ulicach doskonale realizuje te cele. W obliczu gospodarczego krachu i topnienia klasy średniej, skrzętnie konstruuje coraz nowszych wrogów, którzy istnieją tylko w ich wyobraźni – a w dodatku zaciekle zwalcza te mityczne, genderowo‑komunistyczne potwory. Gdy ich rówieśnicy na całym świecie wypisują na sztandarach redystrybucję i walkę klas, narodowo‑KNPowskie szeregi wyklinają złodziejski ZUS okradający pracodawców i międzynarodowy, antypolski spisek, który dał pierwsze miejsce na Eurowizji zdegenerowanej babie z brodą. (...) Nie przepadam co prawda za tą stroną, można tam trafić na takie bzdury, że aż wstyd się utożsamiać (przynajmniej w jakiejś drobnej części) z tą samą stroną politycznej barykady co autorzy, ale ten tekst im się udał.
Wyniki Palikota i Ogórek również mnie cieszą. Swoje zdanie o Palikocie wyraziłem wcześniej, co do SLD będącego na dobrej drodze do stania się planktonem politycznym, pozostaje się tylko cieszyć, że ten koszmar sięgający swoimi korzeniami do zdegenerowanego, PRL-owskiego aparatu biurokratycznego w końcu się kończy. Może zwolni miejsce na scenie politycznej dla jakiejś bardziej sensownej lewicy, będącej zarazem lewicą nie tylko z nazwy.
Szkoda, że podpisów nie zebrała Anna Grodzka. Jest ona chodzącym pogwałceniem jednych z najsilniejszych tabu gnębiących nasze społeczeństwo - tabu związanych z seksualnością. Nie dziwota więc, że najsilniejsze i najbardziej ohydne ataki na nią wychodzą ze środowisk mających największe problemy z tymi tabu, wszystkich samozwańczych obrońców "normalności", których przeraża sama myśl, że ktoś mógłby przekroczyć granice własnej płciowości, ktoś śmiałby przekroczyć uwarunkowania biologiczne i/lub kształt i formę otrzymaną w niezmiennej postaci od takiego czy innego jedynego prawdziwego Boga. Jeśli sama ludzka seksualność jest uznawana za nieczystą, prymitywną, zwierzęcą sferę która powinna być poddana surowym ograniczeniom odgórnie narzuconej moralności (przez co tylko wyrodnieje - zob. pedofilia u księży, bardzo popularne nerwice na tle religijnym albo rzeczowa analiza w chociażby Psychologii mas wobec faszyzmu Wilhelma Reicha [który sam pozostawał pod wpływem idei popularnych w jego czasach] lub innych freudo-marksistów) to swobodne przekroczenie jej barier, ba, samo zastanawianie się nad własną płcią jest obrzydliwe i amoralne. Anna Grodzka byłaby więc bardzo transgresywną kandydatką. Dla najradykalniejszych jej przeciwników nawet sam fakt, że jeszcze nie została zabita przez Boga piorunem z jasnego nieba jest wystarczająco straszny i wprowadzający zamieszanie w ich ustabilizowane światopoglądy - no bo jak to, dlaczego jeszcze to nie nastąpiło, skoro to takie plugastwo i splunięcie Bogu w twarz.
Wracając do przerwanego wątku, Duda czy Komorowski. Pytanie to jest trudne i łatwe zarazem. Komorowski to typ dalekiego wuja, który jest traktowany z politowaniem przez resztę rodziny; taki stereotypowy wąsaty Janusz, co pali śmieci na działce, po pracy siada przed telewizorem z piwem w dłoni, nie ma pojęcia o niczym ale przy wódce ze szwagrem przedstawia szczegółową analizę sytuacji politycznej kraju. Koleś nie ma ani klasy, ani wiedzy, ani charyzmy. Jego prezydentura to pasmo wizerunkowych kompromitacji. Do tego jest myśliwym - co dla mnie osobiście jest odstręczające. Światopoglądowo jest mdłą konserwą jakich wiele. Prezydent i jego partia akceptują pozycję Polski z peryferyjnym kapitalizmem i jako zagłębiem call center jako szansą rozwoju. Ponieważ nie ma żadnych zalet, jego bezbarwność, bezwolność i rozlazłość są uznane za zalety.
Duda jest znacznie bardziej energicznym gościem. Jest lepszy wizerunkowo. Pierwsza dama nie wyglądałaby jak pani Grażynka spod czwórki. Z całym szacunkiem dla pani Grażynki spod czwórki, polityk i jego rodzina mają ładnie wyglądać, bo taka jest logika społeczeństwa spektaklu a także moich subiektywnych odczuć estetycznych. Jego córka jest mądrzejsza np. od takiej Kasi Tusk - to w sumie żaden wyczyn, poddane aborcji płody są mądrzejsze od córki byłego premiera, ale warto to odnotować, bo wśród rodzin polityków jak i samych polityków różnie z tym bywa. Duda reprezentowałby lepsze stanowisko w polityce zagranicznej niż Bronek. PiS, co by o nich nie mówić, ma wątpliwości co do uznania za rozwój zmianę Polski w zagłębie call center. No i tam w Smoleńsku to nie była zwyczajna katastrofa. Zamach pewnie też nie, ale takie katastrofy się nie zdarzają. Sposób w jaki do sprawy podeszła Rosja woła o pomstę do czegokolwiek.
Wady Dudy są oczywiste. Duda jako prezydent i PiS jako partia rządząca to koniec marzeń o jakimkolwiek przewietrzeniu naszego grajdołka. Zapewne cofnięta zostanie ratyfikacja konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, zaostrzone zostaną i tak drakońskie przepisy antyaborcyjne, projekty ustawy o związkach partnerskich jak leżą w sejmowej zamrażarce tak będą leżeć aż nikt się nad nimi nigdy nie pochyli; uogólniając, atmosfera intelektualna panująca w naszym smutnym kraju do reszty zostanie zalana bogoojczyźnianym ściekiem a nowotwór katolicyzmu rozleje się do reszty po schorzałych organach naszych instytucji społecznych formalnych i nieformalnych (nie, żeby teraz się to nie działo, ale przy rządach PiSu przerzutów by przybywało w postępie geometrycznym). Potwory w rodzaju Profesora Krystyny w rządzie? Bardzo możliwe. Duda to bądź co bądź PiSowiec.
Dlatego najlepiej zdać sobie sprawę, że cała ludzkość jako taka to chichot losu. Nasze istnienie jako gatunku jest w skali czasu istnienia idealnie obojętnego, wiecznego wszechświata mrugnięciem okiem. Nas już nie będzie, naszych ewentualnych potomków już nie będzie, całą planetę może szlag trafi, a przez wszechświat nadal będzie mknęło znikąd donikąd światło gwiazd martwych od miliardów lat. Tak bardzo rozpaczliwie chcemy zostawić coś po sobie, a i tak nic z nas nie zostanie. Wszystkie polityczne spory i problemy są zupełnie nieważne pod rozgwieżdżonym niebem, gdzie czuć działanie niepojętych sił przekraczających ludzkie zdolności pojmowania. Gadające głowy prześcigają się w odtwarzaniu obrazów narzuconych na rzeczywistość, pojęcia nie mają znaczeń, kolejne stirnerowskie upiory panoszą się na Ziemi, reklama zlała się w jedno z propagandą, partie typu catch-all to śmierć polityki z jej rozróżnieniem na sojusznika i wroga (i Chantal Mouffe nie jest w stanie tego zmienić), pojęcia wyorbitowały, utowarowieniu uległa każda dziedzina życia, żyjemy w piętrowej iluzji, od przyjmowania za swoje narzuconych obrazów po kreowanie światów wirtualnych przez projekcje własnych marzeń. System kapitalistyczny sprzedaje jako dobra luksusowe to, co sam zniszczył. Suwerenność nie istnieje w dobie ponadnarodowych korporacji, które często jako takie stają się osobami prawnymi bo ich właściciele w dobie giełdy zmieniają się zbyt często. Flagi, godła, symbole kolejnych religii - to wszystko wykwita raz za razem i raz za razem przemija, zbyt szybko by zwracać na to baczniejszą uwagę.
Nie ma w nas niczego od nas samych. Wszystkie nasze myśli, poglądy, przekonania to reakcje na bodźce, na zastane zewnętrzne pojęcia i Innych poddanych innym uwarunkowaniom. Pod społecznymi rolami i niezliczonymi maskami buzują zwierzęce instynkty oraz nieznane światy podświadomości. "Świadoma jednostka" to oksymoron. Folgowanie własnym żądzom bądź podporządkowanie się bilansowi zysków i strat to uganianie się za upiorami. Tylko zdając sobie sprawę z tego, co składa się na nas samych wiemy, kim jesteśmy. To jedyna forma egoizmu która nie jest sobkostwem. Spójrzcie we wszystkie odcienie pustki drzemiącej w was samych i zaakceptujcie to, co tam znajdziecie. Spluńcie na wszystko, w co wierzycie, zerwijcie wszystkie maski i uniformy ról społecznych, a uzyskacie nową perspektywę i kolejną z iluzji - ale bardzo cenną - iluzję wolności, wolności od tyranii pojęć - to nie wy jesteście dla nich, to one pasożytują na was. A potem załóżcie to wszystko na siebie z powrotem, bogatsi o wiedzę o ich prawdziwej naturze - lub raczej jej braku. Sens nas samych powinien wypływać z nas samych - nic spoza nas nie powinno go nadawać nam za nas. Zwłaszcza, jeśli to coś to tylko pojęcie.
Więc zamiast iść na wybory weźcie kwas i zostańcie w domu. Albo wyjdźcie pokłonić się Słońcu i Księżycowi.
Zapewne część czytelników poczuje się dotknięta do żywego. Cóż, trudno. Tak bardzo mnie to nie obchodzi. Na wszelki wypadek zaznaczam, że mocno prawicowi czytelnicy niech tego nie czytają. W sumie nie wiem, po co to napisałem. Ale niech już będzie, jak jest. Kilka dni usuwałem kolejne wersje.
Pierwsza tura wyborów bez zaskoczenia jak dla mnie. Zupełnie bezbarwny, do tego wybitnie bucowaty urzędujący prezydent dostał pstryczek w nos. Druga tura rozstrzygnie, czy jego elektorat negatywny zmobilizuje się bardziej niż elektorat negatywny kontrkandydata.
Nie brałem udziału w tej szopce. Większość kandydatów wystawił tak naprawdę episkopat, łącznie z tzw. "kandydatami antysystemowymi", których pitolenie często wprost przyniosłoby korzyści dla obecnych beneficjentów. Chociażby JOWy postulowane przez krzykacza Kukiza, najbardziej rozpoznawalny element ze zbieraniny jego przypadkowych i sprzecznych ze sobą postulatów. JOWy zabetonowałyby polską scenę polityczną na wieki, tak jak stało się to w Wielkiej Brytanii. Prześledźcie wyniki tamtejszych wyborów parlamentarnych. Poza przedstawicielami dwóch największych partii do władz dostaliby się co najwyżej bogaci celebryci, których stać byłoby na kampanię przytłaczającą swoim rozmachem kampanie przeciwników. Również postulat zniesienia finansowania partii politycznych z budżetu państwa jest złym pomysłem. Oczywistym jest, że przetrwałyby partie realizujące interesy klasowe tych, których stać byłoby na utrzymywanie takiej partii. Byłby to koniec jakkolwiek pojętego pluralizmu, gdyż partie utrzymujące się tylko ze składek członkowskich lub innych określonych obowiązującymi przepisami źródeł finansowania partii politycznych nie miałyby możliwości przetrwania w starciu z takimi molochami. Zresztą - już teraz praktycznie nie mają. Jeśli to są niewystarczające argumenty, to poczytajcie o gerrymanderingu.
Elektorat Kukiza zasługuje na analizę porządniejszą niż moja, jednak jest niezmiernie fascynujący. Głosowali na niego najróżniejsi ludzie, często nie mający ze sobą nic wspólnego i mający zupełnie rozbieżne poglądy, lub nie mający ich wcale. Chcieli na kogoś zagłosować, a nie mieli zupełnie na kogo, więc kupili ładnie wykreowany produkt, głośno krzyczącego kandydata-buntownika, który nie miał niczego sensownego do powiedzenia ale za to był wyrazisty i autentyczny. W jednych z zeszłych wyborów takim gościem był Palikot. Wprowadził do sejmu kilka interesujących nowych twarzy, lub działaczy nie należących wcześniej do partii politycznej, na tym skończyły się jego zasługi. Jestem święcie przekonany, że próba skonstruowania przez Kukiza jakiejś partii skończy się szybką katastrofą spowodowaną niemożnością wypracowania spójnego programu, tak jak to miało miejsce w przypadku Palikota, który chciał zbyt wiele srok złapać za ogony. Poza tym jego głośne performance szybko się wyborcom przejadły. Kompleks oblężonej twierdzy Kukiza też się im przeje. W następnych wyborach pojawi się jakiś inny jednorazowy kandydat kanalizujący niezadowolonych. Aż chciałoby się zaśpiewać, bo tutaj jest jak jest, po prostu.
Bardzo mnie cieszy wynik Korwina. Ten stary dziad to największy szkodnik polskiej sceny politycznej, od lat infekujący niewyrobione umysły przekonywająco brzmiącym stekiem pierdół. Poparcie dla niego wśród uczniów i studentów świadczy jedynie o tym, że polska edukacja jest pogrążona w ciężkim kryzysie. Całe szczęście, przy jego trybie życia i wieku być może są to już ostatnie jego wybory. A gdy go zabraknie, na gruzach KORWiNa (zakładając, że do czasu następnych wyborów nie powstanie kilka kolejnych jego partii) powstanie kilka zwalczających się wzajemnie sekt, z których każda jedna będzie uważać się za tę jedyną prawdziwą spadkobierczynię myśli Wodza w muszce.
To niewiarygodne, że ktokolwiek uważa kandydatów takich jak jak Korwin, Braun, Kowalski, Kukiz za antysystemowych. Przyjrzymy się ich postulatom, zdecydowana większość z nich dokładnie pokrywa się z zawartością dyskursu hegemonialnego. Świetnie wypunktował to jeden z publicystów lewicy.pl, pozwolę sobie przytoczyć odpowiedni fragment: (...) Setki tysięcy młodych ludzi, którzy poszli za Ruchem Narodowym i Kongresem Nowej Prawicy [chodzi tu rzecz jasna o dowolną partię w której akurat siedzi Korwin], wierzy, że postawą antysystemową jest dziś wyznawanie katolicyzmu w skrajnie katolickim kraju. Są przekonani, że antysystemowe jest zwalczanie imigracji, w kraju gdzie imigrantów niemal wcale nie ma, a ci nieliczni są zamykani w ośrodkach o zaostrzonym rygorze lub deportowani do krajów pochodzenia, czasem na pewną śmierć. W ramach swojej antysystemowości czczą tzw. „żołnierzy wyklętych”, wśród nich morderców cywili, choć ich kult jest ustawowy, zresztą przegłosowany przez posłów PO (sic!). Popularnym przejawem „antysystemowości” jest także walka z „pedalstwem” oraz aborcją – w kraju, gdzie rząd z automatu odrzuca a kolejne ustawy o związkach partnerskich, a prawa aborcyjne należy do najostrzejszych w Europie. Wreszcie, najmodniejszy obecnie „antysystemowy” temat, czyli żądanie militaryzacji narodu, gdy władza deklaruje wydanie ponad 100 miliardów złotych na zbrojenia. Czy jakikolwiek System mógł sobie wymarzyć lepszych przeciwników? Radykalna, prawa strona polskiej sceny politycznej realizuje politykę tego, co Alhtusser nazwał aparatami ideologicznymi państwa. Według francuskiego filozofa, są to wszelkie praktyki, wartości, organizacje i instytucje, które umożliwiają społeczną reprodukcję i podtrzymywanie istnienia systemu. Tysiące wściekłych, młodych ludzi na ulicach doskonale realizuje te cele. W obliczu gospodarczego krachu i topnienia klasy średniej, skrzętnie konstruuje coraz nowszych wrogów, którzy istnieją tylko w ich wyobraźni – a w dodatku zaciekle zwalcza te mityczne, genderowo‑komunistyczne potwory. Gdy ich rówieśnicy na całym świecie wypisują na sztandarach redystrybucję i walkę klas, narodowo‑KNPowskie szeregi wyklinają złodziejski ZUS okradający pracodawców i międzynarodowy, antypolski spisek, który dał pierwsze miejsce na Eurowizji zdegenerowanej babie z brodą. (...) Nie przepadam co prawda za tą stroną, można tam trafić na takie bzdury, że aż wstyd się utożsamiać (przynajmniej w jakiejś drobnej części) z tą samą stroną politycznej barykady co autorzy, ale ten tekst im się udał.
Wyniki Palikota i Ogórek również mnie cieszą. Swoje zdanie o Palikocie wyraziłem wcześniej, co do SLD będącego na dobrej drodze do stania się planktonem politycznym, pozostaje się tylko cieszyć, że ten koszmar sięgający swoimi korzeniami do zdegenerowanego, PRL-owskiego aparatu biurokratycznego w końcu się kończy. Może zwolni miejsce na scenie politycznej dla jakiejś bardziej sensownej lewicy, będącej zarazem lewicą nie tylko z nazwy.
Szkoda, że podpisów nie zebrała Anna Grodzka. Jest ona chodzącym pogwałceniem jednych z najsilniejszych tabu gnębiących nasze społeczeństwo - tabu związanych z seksualnością. Nie dziwota więc, że najsilniejsze i najbardziej ohydne ataki na nią wychodzą ze środowisk mających największe problemy z tymi tabu, wszystkich samozwańczych obrońców "normalności", których przeraża sama myśl, że ktoś mógłby przekroczyć granice własnej płciowości, ktoś śmiałby przekroczyć uwarunkowania biologiczne i/lub kształt i formę otrzymaną w niezmiennej postaci od takiego czy innego jedynego prawdziwego Boga. Jeśli sama ludzka seksualność jest uznawana za nieczystą, prymitywną, zwierzęcą sferę która powinna być poddana surowym ograniczeniom odgórnie narzuconej moralności (przez co tylko wyrodnieje - zob. pedofilia u księży, bardzo popularne nerwice na tle religijnym albo rzeczowa analiza w chociażby Psychologii mas wobec faszyzmu Wilhelma Reicha [który sam pozostawał pod wpływem idei popularnych w jego czasach] lub innych freudo-marksistów) to swobodne przekroczenie jej barier, ba, samo zastanawianie się nad własną płcią jest obrzydliwe i amoralne. Anna Grodzka byłaby więc bardzo transgresywną kandydatką. Dla najradykalniejszych jej przeciwników nawet sam fakt, że jeszcze nie została zabita przez Boga piorunem z jasnego nieba jest wystarczająco straszny i wprowadzający zamieszanie w ich ustabilizowane światopoglądy - no bo jak to, dlaczego jeszcze to nie nastąpiło, skoro to takie plugastwo i splunięcie Bogu w twarz.
Wracając do przerwanego wątku, Duda czy Komorowski. Pytanie to jest trudne i łatwe zarazem. Komorowski to typ dalekiego wuja, który jest traktowany z politowaniem przez resztę rodziny; taki stereotypowy wąsaty Janusz, co pali śmieci na działce, po pracy siada przed telewizorem z piwem w dłoni, nie ma pojęcia o niczym ale przy wódce ze szwagrem przedstawia szczegółową analizę sytuacji politycznej kraju. Koleś nie ma ani klasy, ani wiedzy, ani charyzmy. Jego prezydentura to pasmo wizerunkowych kompromitacji. Do tego jest myśliwym - co dla mnie osobiście jest odstręczające. Światopoglądowo jest mdłą konserwą jakich wiele. Prezydent i jego partia akceptują pozycję Polski z peryferyjnym kapitalizmem i jako zagłębiem call center jako szansą rozwoju. Ponieważ nie ma żadnych zalet, jego bezbarwność, bezwolność i rozlazłość są uznane za zalety.
Duda jest znacznie bardziej energicznym gościem. Jest lepszy wizerunkowo. Pierwsza dama nie wyglądałaby jak pani Grażynka spod czwórki. Z całym szacunkiem dla pani Grażynki spod czwórki, polityk i jego rodzina mają ładnie wyglądać, bo taka jest logika społeczeństwa spektaklu a także moich subiektywnych odczuć estetycznych. Jego córka jest mądrzejsza np. od takiej Kasi Tusk - to w sumie żaden wyczyn, poddane aborcji płody są mądrzejsze od córki byłego premiera, ale warto to odnotować, bo wśród rodzin polityków jak i samych polityków różnie z tym bywa. Duda reprezentowałby lepsze stanowisko w polityce zagranicznej niż Bronek. PiS, co by o nich nie mówić, ma wątpliwości co do uznania za rozwój zmianę Polski w zagłębie call center. No i tam w Smoleńsku to nie była zwyczajna katastrofa. Zamach pewnie też nie, ale takie katastrofy się nie zdarzają. Sposób w jaki do sprawy podeszła Rosja woła o pomstę do czegokolwiek.
Wady Dudy są oczywiste. Duda jako prezydent i PiS jako partia rządząca to koniec marzeń o jakimkolwiek przewietrzeniu naszego grajdołka. Zapewne cofnięta zostanie ratyfikacja konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, zaostrzone zostaną i tak drakońskie przepisy antyaborcyjne, projekty ustawy o związkach partnerskich jak leżą w sejmowej zamrażarce tak będą leżeć aż nikt się nad nimi nigdy nie pochyli; uogólniając, atmosfera intelektualna panująca w naszym smutnym kraju do reszty zostanie zalana bogoojczyźnianym ściekiem a nowotwór katolicyzmu rozleje się do reszty po schorzałych organach naszych instytucji społecznych formalnych i nieformalnych (nie, żeby teraz się to nie działo, ale przy rządach PiSu przerzutów by przybywało w postępie geometrycznym). Potwory w rodzaju Profesora Krystyny w rządzie? Bardzo możliwe. Duda to bądź co bądź PiSowiec.
Dlatego najlepiej zdać sobie sprawę, że cała ludzkość jako taka to chichot losu. Nasze istnienie jako gatunku jest w skali czasu istnienia idealnie obojętnego, wiecznego wszechświata mrugnięciem okiem. Nas już nie będzie, naszych ewentualnych potomków już nie będzie, całą planetę może szlag trafi, a przez wszechświat nadal będzie mknęło znikąd donikąd światło gwiazd martwych od miliardów lat. Tak bardzo rozpaczliwie chcemy zostawić coś po sobie, a i tak nic z nas nie zostanie. Wszystkie polityczne spory i problemy są zupełnie nieważne pod rozgwieżdżonym niebem, gdzie czuć działanie niepojętych sił przekraczających ludzkie zdolności pojmowania. Gadające głowy prześcigają się w odtwarzaniu obrazów narzuconych na rzeczywistość, pojęcia nie mają znaczeń, kolejne stirnerowskie upiory panoszą się na Ziemi, reklama zlała się w jedno z propagandą, partie typu catch-all to śmierć polityki z jej rozróżnieniem na sojusznika i wroga (i Chantal Mouffe nie jest w stanie tego zmienić), pojęcia wyorbitowały, utowarowieniu uległa każda dziedzina życia, żyjemy w piętrowej iluzji, od przyjmowania za swoje narzuconych obrazów po kreowanie światów wirtualnych przez projekcje własnych marzeń. System kapitalistyczny sprzedaje jako dobra luksusowe to, co sam zniszczył. Suwerenność nie istnieje w dobie ponadnarodowych korporacji, które często jako takie stają się osobami prawnymi bo ich właściciele w dobie giełdy zmieniają się zbyt często. Flagi, godła, symbole kolejnych religii - to wszystko wykwita raz za razem i raz za razem przemija, zbyt szybko by zwracać na to baczniejszą uwagę.
Nie ma w nas niczego od nas samych. Wszystkie nasze myśli, poglądy, przekonania to reakcje na bodźce, na zastane zewnętrzne pojęcia i Innych poddanych innym uwarunkowaniom. Pod społecznymi rolami i niezliczonymi maskami buzują zwierzęce instynkty oraz nieznane światy podświadomości. "Świadoma jednostka" to oksymoron. Folgowanie własnym żądzom bądź podporządkowanie się bilansowi zysków i strat to uganianie się za upiorami. Tylko zdając sobie sprawę z tego, co składa się na nas samych wiemy, kim jesteśmy. To jedyna forma egoizmu która nie jest sobkostwem. Spójrzcie we wszystkie odcienie pustki drzemiącej w was samych i zaakceptujcie to, co tam znajdziecie. Spluńcie na wszystko, w co wierzycie, zerwijcie wszystkie maski i uniformy ról społecznych, a uzyskacie nową perspektywę i kolejną z iluzji - ale bardzo cenną - iluzję wolności, wolności od tyranii pojęć - to nie wy jesteście dla nich, to one pasożytują na was. A potem załóżcie to wszystko na siebie z powrotem, bogatsi o wiedzę o ich prawdziwej naturze - lub raczej jej braku. Sens nas samych powinien wypływać z nas samych - nic spoza nas nie powinno go nadawać nam za nas. Zwłaszcza, jeśli to coś to tylko pojęcie.
Więc zamiast iść na wybory weźcie kwas i zostańcie w domu. Albo wyjdźcie pokłonić się Słońcu i Księżycowi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)