środa, 5 października 2011

"X-cutioner's Song" cz.2

Mimo tego, że sam nie miałem praktycznie nigdy jakiś oszałamiających ilości komiksów, nigdy nie byłem na bieżąco i po prostu średnio się tym interesowałem i średnio się na tym znam, jednak ostatnimi czasy ściągnąłem z 20 giga komiksów (głównie Marvel, głównie X-Meni - na przełaj przez serie, eventy, warianty i wariacje), poczytałem nieco (z 30-40%) i wiem już cokolwiek, przez co - w tym opisywanym wypadku dzięki mojej Dziewczynie - zacząłem nadrabiać zaległości komiksowe w wersjach papierowych.
X-Cutioner's Song to jeden z bardziej klasycznych, bardziej normalnych crossoverów (X-Men, X-Force i X-Factor). W świecie Marvela nie ma w sumie normalnych crossoverów, to, co poszczególni ludkowie robili z bohaterami, wysyłając ich do piekła, do innych wymiarów, konfrontując z pozaziemskimi cywilizacjami, w kosmos, cholera wie gdzie i po co, zawsze było dla mnie dosyć pretensjonalne i dziwaczne (w tym nawet tak klasyczne i oldschoolowe eventy jak Phoenix Saga), ale że komiks nie był moim głównym żywiołem, to proszę mi wybaczyć że klimatu czasami nie ogarniam.
Tak czy siak, fabuła Pieśni Egzekutora, wydanych w Polsce w ramach jakiegoś czegoś Mega Marvel przez TM-SEMIC nie jest jeszcze aż tak pochrzaniona jak np. Necrosha X. Ot, Cable przeprowadza zamach na profesorka, zarażając go nie dającym się usunąć wirusem techno-organicznym. X-Men i X-Factor jednoczą się aby pomścić swojego mentora i znaleźć lekarstwo. X-Force zostaje obarczone współwiną za to, co się stało. Jak się okazuje, w całą historię wplątane zostały jeszcze takie postacie jak Mister Sinister czy Apocalypse (który... tymczasowo prosi X-Men o pomoc), Cable okazuje się niewinny, a głównym przeciwnikiem okazuje się być tajemniczy Stryfe (i jego Mutant Liberation Front), nie wiedzieć czemu posiadający identyczną twarz jak Cable... jest też drobny smaczek, gdy Archangel niechcący zabija Kamikaze (dekapituje go skrzydłem).
Plusem polskiego wydania jest pozbieranie tego crossovera z kilku komiksów i wydanie go pod jedną nazwą (ale i tak w paru częściach). Tłumaczenie jest całkiem znośne - nie przetłumaczono tylko kilku wyrazów, które nie zostały napisane, tylko narysowane, co sprawia trochę dziwne wrażenie, ale cóż, zapewne przerysowanie tych paru słów naruszałoby już kompetencję tłumaczy i łamało copyright lub cokolwiek. Sam komiks pod względem technicznym wygląda jak typowy komiks z lat '90 XX wieku (i to ich pierwszej połowy), narysowany jest sprawie i poprawnie, walki są ekspresyjne i malownicze (do tego stopnia, że gubiłem się kto się z kim nawala :P).

Philippe Djian "Nieczystosci"

Rzadko kiedy trafia się książka o tak trafnym i adekwatnym do treści tytule.
Ale po kolei.
O ile gustuje zazwyczaj w s-f i fantasy najróżniejszych kształtów i smaków, to od czasu do czasu czytam też (oprócz książek filozoficzno-ideologiczno-plepleple) zwykłe, współczesne, literaturzaste książki o wszystkim i o niczym.
Tym razem padło na Nieczystości autorstwa zupełnie mi nie znanego autora Philippe Djiana. Nie mam pojęcia, co autor chciał przekazać, i czy coś w ogóle chciał przekazać, nie mam pojęcia, jakie autor ma poglądy i podejście do świata, ale jak dla mnie napisał książkę, która nie pozwala o sobie zapomnieć, książkę wieloznaczną i poruszającą sporo ciekawych kwestii.
Gdybym najprościej miałbym opisać tą książkę, to wystarczyłoby abym napisał że jest to książka o nieczystościach. O ludzkich nieczystościach, o degeneracji i upadku współczesnej europejskiej nowobogackiej burżuazji. Czytelnicy mojego blogasqa zapewne poczuliby się nie usatysfakcjonowani takimi wyjaśnieniami, więc oto i wincyj tekstu.
Głównym bohaterem jest 14-letni chłopak, obracający się w środowisku swoich rówieśników, oraz swoich rodziców, którzy są sławni i bogaci - a właściwie, którzy chcą tacy być nadal, chociaż ich sława mocno już przebrzmiała. Jest to rodzina wybitnie patologiczna - nie w menelskim sensie, raczej zupełnego uwiądu relacji rodzinnych w świecie wielkich pieniędzy, morza narkotyków, alkoholu, zupełna dekadencja i rozkład normalnych relacji międzyludzkich. Główny bohater to małomówny początkujący socjopata, obracający się wśród ludzkiej moralnej i mentalnej zgnilizny, na dodatek mający traumatyczne przeżycia...
... związane z tajemniczą śmiercią siostry. Niektórzy bohaterowie książki uważają, że główny bohater sam zabił swoją siostrę, nie jest to jednak wyjaśnione i pozostaje zagadką. Ta śmierć, która wydarzyła się tuż przed czasem akcji książki, jest przysłowiową kroplą przepełniającą czarę goryczy, od której wszystko się wszystkim rozpada. Ojciec Evy'ego (tak ma na imię główny bohater) to pisarz, któremu od jakiegoś czasu brakuje weny, i który miał za sobą odwyk narkotykowy. Jego matka to aktorka, której kariera przygasła już jakiś czas temu, i która usiłuje powrócić na ekrany. Miejsce akcji to elitarne, ekskluzywne osiedle pełne podobnych życiowych degeneratów i nowobogackiej dziczy, miejsce, gdzie seks, alkohol i narkotyki są tak powszechne jak oddychanie, a może nawet i bardziej.
Ktoś po przeczytaniu tej książki spokojnie mógłby zarzucić jej, że jest to ohydny, bezbożny i zdegenerowany pornol (pozdrawiam serdecznie mojego dobrego znajomego Kacpra z Poznania), ale ten ktoś nie miałby racji. Owszem, przygodne kontakty seksualne lub aluzje do nich są praktycznie co 2-3-4 strony, ale pornografia ma na celu wzbudzenie podniecenia czytelnika, natomiast tutaj jest efekt zupełnie przeciwny. Przygodny, zdehumanizowany, mechaniczny i pozbawiony dyskretnego erotycznego ciepła, za to emanujący rzuconą w twarz czytelnika bezpośredniością bez żadnych aluzji czy poetyki (określenia w rodzaju "wylizał jej krocze", itd.) seks przedstawiony w tej książce (także kazirodczy i z nieletnimi) przywodzi na myśl raczej pełne przepychu - ale i duchowej pustki, wiecznej pogoni za utraconą niewinnością i sensem życia orgie późnego Cesarstwa (Zachodnio)Rzymskiego, pełne wyuzdania i bestialstwa, ale pozbawione większego sensu i głębi, klimaty Przystanku Woodstock (chociaż tam raczej jest wariant menelski) lub mieszczaństwa okresu fin de siecle'u.
Dodatkowo bardzo nieprzyjemna i nieco trudna w odbiorze atmosfera książki jest potęgowana przez nieco chaotyczny styl autora.
No dobra - mamy więc morze zepsucia, dewiacji i nowobogackich symularków szczęścia. Ale co poza tym? Ha, teraz najciekawsze, jedyny pozytywny aspekt książki, która kończy się smutno i źle - Evy, mimo tego, że chla, ćpa i rucha się jak każdy inny bohater książki, to szuka prawdziwej, głębokiej miłości, miłości duchowej, niemalże platonicznej. Nie trafił najlepiej, gdyż obiekt jego westchnień to biseksualistka żyjąca do niedawna w "trójkąciku" z siostrą bohatera i jednym typem (który też w międzyczasie popełnia samobójstwo) a na dodatek płaci własnym ciałem za ogromne ilości wchłanianych narkotyków u miejscowego post-hippiesa po czym... ucieka z ojcem głównego bohatera. Rzecz jasna nie wpływa to zbyt dobrze na głównego bohatera, który żeby nie ulec pokusom różnym, w czasie jednego ze spotkań z wyżej wspomnianą nieszczęśnicą włożył sobie w majtki rozbitą butelkę... co prawie się skończyło kastracją.
Evy nie jest jednak inny od jego środowiska. W końcu wychowywał się w zupełnie zdegenerowanym środowisku (słyszy, jak jego matka opisuje w rozmowie telefonicznej stosunek seksualny jaki musiała odbyć z jakimś napędzanym viagrą starym prykiem, aby dostać po XYZ latach kolejną rolę w filmie; innym razem sam pada ofiarą .. no w sumie to gwałtu - ze strony dorosłej kobiety, pijanej i niepocieszonej tym, że została zdradzona przez męża...) więc jest taki sam, jak inni - traktuje innych instrumentalnie, pije, ćpa, uprawia przypadkowy seks, ale w głębi ducha chce czegoś innego - czystego, wzniosłego, czegoś co ma sens i co może sens w życiu zapewnić. Bierze udział we włamaniach i próbie podpalenia, robiąc to ni to z nudów, ni to z dosyć wynaturzonego poczucia sprawiedliwości (btw, policjant prowadzący sprawę masturbuje się do zdjęcia jego matki), próbuje także dać nauczkę pewnej nielubianej koleżance, i przypadkowo przyczynia się do kalectwa przyjaciela (nic a nic sobie z tego nie robią ani on, ani kaleka, ani zamierzona ofiara). Można się więc zastanawiać, czy nie byłby w stanie rzeczywiście zabić swojej siostry - nie została ta sprawa wyjaśniona nijak.
Ktoś mógłby się zapytać, po co pisać książkę o czymś takim? Cóż, nie jesteśmy już zbyt daleko od standardów moralnych tam opisanych (klik), a patrząc na dzieci polityków czy celebrytów można się tylko domyślać, co się dzieje w takich sferach społecznych. Ryba psuje się od głowy - czyżby Sorel (przed nim Proudhon a mniej-więcej w jego czasie Brzozowski) w tym momencie miał rację co do mentalności proletariackiej? Książka dobrze obrazuje cywilizacyjną, kulturową i społeczną atrofię tego, co pozostało po cywilizacji europejskiej.

sobota, 1 października 2011

Janusz A. Zajdel "Wyższe racje"

"Wyższe racje" to zbiór opowiadań Zajdla wydany już po jego przedwczesnej śmierci, opowiadania zostały zebrane przez Marka Oramusa. W tomiku znalazły się opowiadania publikowane na łamach prasy, dwa nie były publikowane przed śmiercią autora.
Większość z nich  (umieszczono w tomiku opowiadania krótkie i bardzo krótkie) to rozmaite aluzje do reżimu komunistycznego w PRL, lub dosyć mroczne i przygnębiające wizje przyszłości. Ew. postawione zostały rozmaite pytania o kondycję jednostki ludzkiej, możliwość zmiany jej natury, różne i rozmaite problemy natury etycznej i moralnej - zazwyczaj ukazane na przykładzie załogi lecącego w cholerę w kosmos statku kosmicznego lub odizolowanej, bliżej nie znanej planety gdzieś hen w przestrzeni. Bohaterowie autora to zazwyczaj zwykli ludzie w niezwykłych sytuacjach, muszą podejmować różne wątpliwe etycznie wybory lub znajdują się w sytuacji bez wyjścia, ew. nagle przychodzi do nich Nieznane i wywraca ich świat do góry nogami. Mamy techników, młodych stażem i wiekiem naukowców, pisarzy. Są istoty ludzkie i nieludzkie, ale mające całkiem ludzkie problemy. Mamy światy pożarte przez biurokracje, militaryzm i opresyjne państwo. Mamy bohaterów pozytywnych, negatywnych i miniatury, gdzie w zasadzie nie ma głównych bohaterów, lub do takiej rangi awansuje przedmiot. W sumie ciężko mi napisać coś więcej, raczej w milczeniu wolałbym się pochylić nad wielkością autora i przenikliwością jego umysłu, ale ponieważ wyglądałoby to tu nieco pustawo i bez sensu tak, więc co nieco jeszcze naskrobię.
Autor wpadł na pomysł w jednym opowiadaniu na zarazę z kosmosu, jakieś dzikie cholerstwo, które atakowało ludzi i zmieniało ich w gigantyczne amebowate ustrojstwo, łączyło ich ze sobą w jeden organizm. Ustrojstwo to wypowiadało nieznane, obce słowa - którymi okazały się być "Liberte, egalite, justice!". Dawno już nic nie przemówiło do mnie tak mocno, nie było tak sugestywne jak to opowiadanie, czegoś takiego się nie spodziewałem.
Tak czy siak, jeśli ktoś gdzieś to znajdzie, a znaleźć można prawie na pewno, to polecam gorąco, podobnie jak cokolwiek tego autora.

Ursula K. Le Guin "Wszystkie strony świata"

Ursula Kroeber Le Guin zawsze była jedną z moich ulubionych autorek fantasy (i science/space fantasy btw). Autorka jest feminizująca i pro-ekologiczna, poruszająca wiele ciekawych problemów (nawet tak wyświechtanych jak konflikty na linii nauka - religia, czy spojrzenie na zaawansowaną technologią z punktu widzenia stosunkowo prymitywnej kultury, przez co technologia staje się magią) związanych z naukami społecznymi i antropologią kulturową, wreszcie zafascynowana anarchizmem (kilka utworów dzieje się w czasie i po anarchistycznej rewolucji na pewnej planecie gdzieś hen, daleko w kosmosie) - a mimo wszystko nie nazwałbym jej stukniętą lewaczką -  więc logiczne, że spojrzę na jej twórczość przynajmniej z życzliwym zainteresowaniem.
Do tej pory znana mi była tylko z cyklu Ziemiomorze i jednej części cyklu Hain (Wydziedziczeni), wystarczyło to jednak, bym uznał ją za jedną ze swoich ulubionych autorek. Zbiór opowiadań, do jakiego dotarłem, to rodzaj rajdu na przełaj przez twórczość autorki, każde z opowiadań jest opatrzone krótkim jej komentarzem, zachowano także (z grubsza) chronologiczny porządek całości. Jest to polskie wydanie z 1980 roku (Iskry, seria Fantastyka - Przygoda), gdzie pominięto jedno z opowiadań (być może ze względu na jego anarchistyczne przesłanie? co by było dziwne o tyle, że inne anarchistyczne opowiadanie pozostawiono)
Mamy tutaj więc, oprócz pojedynczych opowiadań dziejących się w ramach któregoś z cykli autorki (Ziemiomorze, Hain), opowiadania różne i różniste, zarówno praktycznie pozbawione elementów fantastyki, jak i poruszające ciekawe zagadnienia (klon - jako grupa ludzi powiązana więzami uczuciowymi nieznanymi dla innych, gdy z klona ginie większość jednostek, a pozostaje tylko jeden człowiek - co musi przechodzić, jak musi się na nowo i od początku socjalizować, przystosowywać do życia z ludźmi; empata odbijający negatywne emocje i co z tego wnika, i jaki ma związek z wybuchem zbiorowej psychozy; podróż gwiezdna jako droga do krainy magii [podobny motyw nieco jak Andre Norton w "Na łów nie pójdziemy"]; wreszcie dosyć standardowe rozkminy o szukaniu własnej tożsamości, złej religii i dobrej nauce - lub, o dziwo, vice versa - w różnych wariantach post-apo lub para-średniowiecznych, o społecznych utopiach i zmęczonych życiem starych rewolucjonistkach, o rasie ludzkiej, gdzie co jakiś czas wszystkim zmienia się płeć, a pod koniec mały mindfuck - opowieść o katastrofach w ruchu drogowym i o życiu - z punktu widzenia drzewa.
Nawet, jeśli niektóre z opowiadań mogą wydawać się nieco pretensjonalne, to całość jako taka jest warta przeczytania nawet dla jakiś szurniętych prawaków.

Bob Shaw "Milion nowych dni"

Książek, które dotykają problemów nieśmiertelności, jest legion. Wśród nich na wyróżnienie i zainteresowanie zasługuje książka (w miarę) współczesnego autora Boba Shawa, "Milion nowych dni", gdzie proces stania się nieśmiertelnym jest czysto techniczny i mający wielkie znaczenie społeczne.
Proces stania się nieśmiertelnym, zwany utrwaleniem, jest dostępny dla każdego (substancja w strzykawce/czymśtam) , ba, jest powszechnie społecznie akceptowanym wyznacznikiem dobrego gustu. Jednak nieśmiertelność ma swoją cenę - mężczyźni stają się niepłodni, poza tym w zależności od wieku utrwalenia, przez całą resztę życia pozostaje się na poziomie intelektualnego rozwoju oraz rozwoju fizycznego w momencie zabiegu (dlatego przypadki, gdy rodzice utrwalają niemowlaki, są wyjątkowo makabryczne). Zabieg nie leczy też chorób - może uratować kogoś nieuleczalnie chorego, ale do końca życia ten ktoś musi przyjmować leki i jego stan zdrowia się już nijak nie poprawi.
Reperkusje społeczne są równie ważne - społeczeństwo zatraciło cechy męskie, cechy zdobywców i odkrywców, pogrążyło się w marazmie, dekadencji i chęci przetrwania, gdyż nieśmiertelni mogą umrzeć w wypadku lub mogą być normalnie zabici, więc cisza, spokój i bezpieczeństwo stały się najcenniejszymi wartościami w społeczeństwie.
Autor pokusił się też o ukazanie nieco szerszego obrazu społeczeństwa, świata, nauki - od małych gadżetów (fosforyzujące strzałki w hotelu wskazujące drogę do pokoju, a uruchamiane kluczem), przez poziom i priorytety edukacji (na końcu książki okazuje się, że główny bohater nie umie pisać ręcznie - i nie jest to oznaka analfabetyzmu - po prostu w tym świecie przyszłości takie umiejętności przestały być przydatne) aż po poziom etyki, moralności, kultury (w książce, w scenie imprezy, przedstawiona jest pewna utrwalona pani, która lubi trzynastolatków - tak, pojawia się drobny wątek pedofilski - ale nie ma rzecz jasna żadnych opisów niewiadomoczego).
Fabuła, mimo tego, że książka jako taka zadaje wiele pytań o różne aspekty ludzkiego życia i społeczeństwa, przypomina bardzo fabułę powieści sensacyjno-kryminalnej, mimo tego, że jest dosyć przewidywalna, to przykuwa uwagę czytelnika.
Główny bohater, nieco staromodny (jako jeden z niewielu, wraz ze swoją żoną, żyje w małżeństwie monogamicznym, gdy tymczasem na topie są różne układy poligamiczne - swoją drogą to małżeństwo nie układa mu się jakoś idealnie) pracownik pewnej firmy, dostaje pewnego dnia od swoich pracodawców propozycję nowego środka zapewniającego nieśmiertelność - dzięki któremu utrwalony mężczyzna zachowa płodność i potencję, nie stanie się rozlazłą, metroseksualną ciotą. Po wielu perypetiach, problemach z żoną, która zachodzi w ciążę (lecz nie z nim), ktoś chce głównego bohatera zabić, i nie przebiera w środkach, porwana zostaje także jego żona... Zakończenie, jak już wspominałem, jest dosyć przewidywalne, ale całość czyta się bardzo przyjemnie.

środa, 14 września 2011

Air Show 2011

Byłem tam w sobotę, bodajże 27go sierpnia. Wspaniała impreza. Oto mała fotorelacja. Część zdjęć jest mojego autorstwa, a potem padł mi aparat, i reszta zdjęć jest autorstwa Michała spod Radomia, poczciwca takiego, pozdrawiam Cię serdecznie! A słońce tak mnie spaliło, że mi krwawe płaty skóry z twarzy schodziły przez tydzień września jeszcze. A skóra z nogi mi schodzi od wczoraj dopiero lol.
Wcześniej byłem na dwóch innych radomskich Ari Show - pierwszych (jej, ależ się impreza rozrosła od tego czasu) i przedostatnich, które zostały przerwane po tragicznym wypadku białoruskiego Su-27.
Jedyne, co w tym roku mi się nie spodobało, to brak Su-27 na wystawie statycznej (a miał być, ukraiński bodajże) oraz to, że zamknięty i niedostępny dla zwiedzających był hangar - w poprzednich latach były tam wystawy aeroklubowe, modelarskie, można było kupić lotnicze gadżety, przypinki, naszywki, książki, etc. Przykre też było to, że za małą wodę mineralną trzeba było zapłacić 5zł, ale jednak nie zdziwiły mnie takie ceny, i nikogo nie powinny zdziwić. Ogólnie imprezę uważam za bardzo udaną.

Zacząłem swoją obecność od obfotografowania wystawy statycznej, w międzyczasie zerkałem, co tam ciekawego na niebie:
Eurofighter Typhoon w barwach Rzeszy

Cholera, zapomniałem co to


A-10 Thunderbolt II

Austriacki Pilatus w efektownym malowaniu okolicznościowym

Drugi (albo i ten sam co wyżej) A-10

Polski MiG-29

Jak wyżej

Klasyka gatunku - polski Su-22UM3K

Jak wyżej

Orlik

Żywy trup polskiego nieba (ale klasyczna i zasłużona konstrukcja, to trzeba przyznać), czyli TS-11 Iskra którejśtam końcowej wersji
Mil Mi-17

PZL Mi-2, stareńka maszyna

Kaman SH-2G, dostaliśmy ze 2 razem z tym okrętem kiedyś od Amerykanów

PZL W-3cośtam Huzar/Sokół/czy jak to się nazywa teraz, polski śmigłowiec transportowy, ratowniczy i szturmowy

Kaman od przodu

Dwa Mile
Mil Mi-14 zapewne PŁ

Jakaś nowsza mutacja Mi-8, nie kojarzę teraz czyja

Mi-14 od przodu

Rząd śmigłowców

Mi-8MTV-1 jak dwa zdjęcia wyżej


Czeski Mil Mi-24V w efektownym malowaniu


Zbliżenie na tygrysa



Czeski lub Słowacki Mi-17 lub Mi-8 późnych wersji z widokiem na Toi-Toie w tle

I bez Toi-Toiów w tle

Polski ratowniczy i/lub ewakuacyjny Mil

Ten sam co wyżej

Dużo słitaśnych śmigłowców

Bryza jakiejś wersji, polski samolot rozpoznawczy używany nad morzem, ren sam płatowiec co Skytruck, tylko z innym wyposażeniem

Fennec

Słowacki Mi-17


Antonow An-2 (zapewne produkowany na licencji w Polsce), egzemplarz latający z muzeum w Krakowie, kultowy samolot, wspaniały samolot


Hi Hi

Skytruck (ten sam płatowiec co Bryza, tylko inne wyposażenie) w wersji użytkowanej przez polską straż graniczną


Wieża kontrolna

Polski Hercules - ale zapewne wypożyczony, niż kupiony

Sympatyczne wnętrze Herculesa tureckiego

Niemiecki Transall 

Rząd transportowców
Ukraiński An-24 lub 26

Ukraiński Su-25, szturmowe bydle

Hmm


Wiatrakowiec współczesny. Tego gość będzie na nim później robił akrobacje.

No i zaczęły się pokazy:

Jedyny zachowany LiM którejś wersji w locie

Hmm.. coś


Lecą VIP-y
Lecą VIP-y
 
P-38 Lightning kołuje na start

W locie

W locie




I po akrobacjach

Kopia któregoś słynnego RWD - jeśli nie wiecie, o co chodzi, to marsz do gógla lub duckduckgo

Startuje F-16 - jeden z wielu F-16 jakie tego dnia można było oglądać w locie







Akrobacje śmigłowcowe na Sokole



Przelot aeroklubowy

Przelot Iskier

Przelot Iskier

Iskry
Przelot SW-4


Przelot transportowców - CASy i Hercules

Hercules

Przelot F-16

Przelot MiG-29

Przelot Su-22

Su-22

Iskry wylądowały i przekołowały przed publicznością. Nie był to rzecz jasna ich jedyny występ na pokazach.

Szwajcarski zespół akrobacyjny na F-105















Kołuje grecki F-16. Mam oficjalny plakat z odręcznym podpisem pilota huhu huhu


W międzyczasie Szwajcarzy wylądowali i przekołowali przed publicznością - całkiem sporo zespołów/artystów indywidualnych tak robiło

Ludziom się spodobali, ciężko się dziwić

Pokaz śmigłowcowy na dwóch Mi-24








Grecki F-16


I wylądował

Startują Orliki


















W czasie pokazu aż momentami było ciężko uwierzyć, że Orliki mają napęd "tylko" turbośmigłowy.




Nie mogło zabraknąć i mijanek

Pozorowane podejście do lądowania, a potem figura "pijany pilot", czy jak się oficjalnie nazywała




I po pokazie

Czeski Grippen, za szybki jak na mój refleks, poza tym kończyła mi się bateria już.

Malowanie miał dosyć efektywne.

Austriacki Pilatus.

I już na ziemi.


A teraz zdjęcia od wspomnianego na początku Michała:

Szwajcarzy na Pilatusach



I po pokazie

Pilot tej Extry 500 wyczyniał takie cuda, że ciężko wręcz to opisać.
W międzyczasie pojawił się wspomniany daleko wyżej wcześniej wiatrakowiec.

Wracamy do Extry i jej pilota.



Znów akrobacje na Mi-24


Jakieś coś, nie pamiętam.

Zaś pilot tego Bo-105 udowodnił, że na śmigłowcu można spokojnie wykonać samolotowe akrobacje...


Pokaz tego polskiego MiGa-29 skończył się dosyć szybko, gdyż...
Nad teren pokazów nadleciał AVACS.

All hail NWO!
AVACS przeleciał majestatycznie, a na niebo Radomia powróciły Iskry.





Dwa Su-22. Ciężkie, nieco toporne samoloty szturmowe o zmiennej geometrii skrzydła.

F-16 vs. Mig-29
Patrouille France, słynny zespół akrobacyjny z Algierii (he, he).

Miło z ich strony, że zaczęli od polskiej flagi.




Po Francuzach na niebie zawitali Włosi z Frecce Tricolori









Wygląda efektownie, ale z drugiej strony, ciekawe, ile w czasie trwania pokazów było zgonów na astmę i inne choroby płuc na terenie miasta. :P

Pod koniec był kolejny pokaz indywidualny na F-16 - tym razem Belg był pilotem (ten czarno-pomarańczowy samolot, obok grecki)

Wcześniej wzmiankowany Grippen czeski.

No i to już koniec pokazów.