niedziela, 10 kwietnia 2016

Upływający czas #57

Nierzeczywistość wirtualna:

1) Na Steamie mam (jak na razie) 171 godzin w Grim Dawn. Przepoczciwa gra, duchowy sukcesor Titan Questa. Radosny hack & slash czerpiący z najlepszych wzorców gatunku.
Akurat w tym podgatunku komputerowych RPGów fabuła nie jest najważniejsza, mimo to dla mnie największym plusem jest właśnie niestandardowy worldbuilding, gdzieś między delikatnym steampunkiem, magicznym post-apo a weird westernem (chociaż można zauważyć, że odejście od stereotypowego quasi-średniowiecza to szerszy trend utrzymujący się od jakiegoś czasu - wspomnijmy chociażby momentami podobne [i wcześniejsze] post-steampunkowe magiczne post-apo Path of Exile, znacznie bardziej "typowo-steampunkowe" Torchlight 2 czy również eklektyczną serię The Incredible Adventures of Van Helsing).
Tak czy owak, gdyby tylko Grim Dawn działał bardziej stabilnie na kompach z XYZ-rdzeniowymi procesorami bez ręcznego grzebania w koligacji przy każdym uruchomieniu, to byłoby idealnie.

Ruchome obrazki:

2) The Lobster (2015, Giorgos Lanthimos)

Wizja świata w którym dopasowanie się do obowiązujących reguł, nawet za cenę pozostania wiernym sobie (jak to patetycznie brzmi) zawsze jest nośna. Ukazanie hipokryzji relacji międzyludzkich, trudu dogadania się z kimkolwiek i prób rozpaczliwego znalezienia czegokolwiek co sprawia że nie jesteśmy sobie obcy również w czasie bycia w związku też jest nośne.
A w gruncie rzeczy była to historia o tym, że w każdej sytuacji i w każdym środowisku jesteśmy poddani najróżniejszym uwarunkowaniom, którym podlega nasze przetrwanie jako takie. Dość pesymistyczne, gdyż ukazuje niemożność wyrwania się spod uwarunkowań (a także, bardziej literalnie, spod władzy rozmaitych instytucji, także tych nieformalnych, także spod władzy dominujących przekonań). Nawet zmiana jednych uwarunkowań na drugie, nawet bunt również oznacza konieczność dostosowania się - tyle, że do tej drugiej strony, która nie zaistniałaby bez pierwszej - i która nadaje sens trwania tej pierwszej.
A technikalia? No spoko, jest całkiem surrealistycznie; wyblakłe krajobrazy i cudownie miotający się we własnym życiu i emocjach Colin Farrell.

3) Na granicy (2016, Wojciech Kasperski)

O wow, polski thriller oparty na starych, sprawdzonych wzorcach, do tego z akcją osadzoną w Bieszczadach. Naprawdę dobry trailer, zachęcił do pójścia do kina. Czyżby w końcu polski film który da się obejrzeć?
Tragedia rodzinna, ojciec pogranicznik zabiera dwóch synów do opustoszałej chaty (no, dobra, więcej niż chaty ale powiedzmy) w Bieszczadach żeby z miastowych nastolatków zrobić "mężczyzn" i podreperować rozsypujące się rodzinne relacje. Na miejscu pojawia się jednak tajemniczy nieznajomy, uzbrojony i niebezpieczny.
Konwencja to samograj - trochę ze slashera o nocy na odludziu, trochę z thrillera o maniaku wchodzącym komuś do domu (home invasion). Dorzucono trochę "polskich realiów" (kurwa, dupa, cipa, chuj, jebać, zajebać, itd., + wódka). Przynajmniej nie silono się na jakiś głębszy/zaangażowany przekaz ani na artyzm, zrobiono kino rozrywkowe spełniające swoją rolę. Obraz o gęstym, przygnębiającym klimacie, gdzie wszyscy mają coś za uszami.
Z aktorów najlepiej wypadł Marcin Dorociński w roli tego złego. Andrzej Chyra jako zgorzkniały ojciec - nic wielkiego, Andrzej Grabowski - menelowaty jak zazwyczaj. Dwójka nastolatków - również nic wielkiego.

Aborcja dla każdego


(Z pewnością wolicie czytać, jak piszę o książkach, czy o czymkolwiek innym niż o własnych poglądach, w gruncie rzeczy nie lubię pisać o własnych poglądach, czasem jednak nie da się nie zajmować stanowiska, zwłaszcza jeśli aż się prosi, by je zająć.)


Jednostkowość jest złudzeniem. Wszystko, co uważamy za słuszne bądź niesłuszne zostało nam wpojone lub jest reakcją na to, co zostało nam wpojone. Tak naprawdę żadne z naszych przemyśleń nie jest nasze, bo i "my" jako tacy jesteśmy plątaniną najrozmaitszych uwarunkowań, zarówno zewnętrznych (kulturowych, historycznych, itd., wszystkich wzorców postępowania wraz z pozostaniem w obrębie określonego aparatu pojęciowego) jak i drzemiących w nas od zawsze (wyparte instynkty, nieuświadomione lęki, itp.). Całe życie to pasmo użerania się z tym, co Stirner określił mianem upiorów (zatrzymał się jednak w pół drogi, nie dostrzegając że jego własne poglądy to jak najbardziej również upiór, wyhodowany przez kontakt z wszystkimi upiorami z którymi sam się zetknął). Raz za razem staramy się dostrzec prawdziwy świat zza ścisłej zasłony pojęć i obrazów rzucanych na niego (ew. nie staramy się go dostrzec, tylko przyjmujemy za pewnik określoną narrację) przez niedoskonały aparat poznawczy, przez pryzmat własnych poglądów (przypomnijmy - nie mających wcale źródła w nas samych, w gruncie rzeczy zupełnie bezwartościowych, niezależnie od zajmowanych stron i barykad).

Niezależnie od tego, czy każda nowa osoba niefortunnie sprowadzona na ten padół łez, każdy kolejny plastikowy diament w tombakowej koronie stworzenia będzie przez całe życie borykał się z niepewnością swojego własnego statusu w ramach wszechobecnej, przytłaczającej ciemności bezgwiezdnych otchłani pośród których wisi pośród niczego zabiedzona, absurdalna planetka samozwańczych władców świata, czy też wręcz przeciwnie - czy przyjmie za swoje określony zestaw wartości, a strachem i gniewem będzie reagować na każdy inny zestaw, opierający się na równie kruchych i wątłych przesłankach - obecność tutaj każdej nowej osoby jest niepotrzebne. Pal licho wyimaginowanych bogów, spłowiałe honory i przechodnie ojczyzny, wszystko trwające mniej niż mrugnięcie oka w skali miliardów lat trwania wszechświata, życie to użeranie się z poszukiwaniem sensu tego wszystkiego, co istnieje wokół, i z nadaniem sobie samemu określonego sensu. Nieważne, czy znajdzie się wystarczająco mocny upiór by swoimi kłamstwami zaspokoić potrzebę wiary w cokolwiek, czy też pozostanie jedynie cyniczny hedonizm lub inne sposoby radzenia sobie ze światem i z sobą w świecie, stało się - zaistnieliśmy - i nikt, i nic nie uratuje nas przed nami samymi. Sprowadzanie tutaj kolejnych osób jest niepotrzebne, w długiej perspektywie czasowej nie mamy nikomu niczego do zaoferowania, więc aborcja powinna być dostępna bez ograniczeń, podobnie jak eutanazja, i to bez wchodzenia w szczegóły, w którym miejscu zaczyna się człowiek.

Stopniowe wyzwalanie się z plątaniny uwarunkowań, próba dotarcia do tego, czym było się na początku, czym można byłoby się stać, zawsze wiąże się z eksploracją tkwiącej pod nieskończoną ilością piętrzących się masek ciemnością, bo nie ma tam niczego innego poza ciemnością. Jeśli nie istnieje obiektywna prawda, nawet obiektywny prawdziwy świat - żadna partykularna nie jest warta naszego zainteresowania, nawet jeśli jakąś uznajemy w chwili samozadowolenia za własną. Pisma śnięte takich czy innych religii, wszystko owoce czasów w jakich powstawały i wszystkich ograniczeń umysłów które je spisywały. Wszystkie opisujące wizje świata dostosowane do mentalności ludzkości dawno minionych wieków, wszystkie co do jednej - dziedzictwo dawno zapomnianych upiorów. Dochodzi do tego wpływ najpotężniejszych upiorów - upiorów języka. Język stwarza świat. Język stwarza sposób myślenia. Język zawiera nacechowanie używanych słów. Ale sam język stwarza się w ramach kultury używającej go. Dawno martwe języki tłumaczone na istniejące obecnie odrywa się od całego tła kulturowego, społecznego i skomplikowanej pajęczyny relacji międzyludzkich zamierzchłych, przebrzmiałych czasów. Cały ich "ezoteryczny" sens trafia szlag.
Dlatego też nie tylko śnięte pisma ludzkości, cały bagaż doświadczeń nagromadzony przez wieki, wszystko jest warte tyle, co pył na wietrze. Dobra kultury, moralność, etyka, itd - podpałka pod swój swój własny pogrzebowy stos.

Spokój, wygoda, pogodzenie się z bezsensem, mdły hedonizm albo gorący duch pustelnictwa w imieniu Niczego - o ileż dobrze by było traktować innych rozbitków na niebieskiej planecie w sposób wolny od wszelkich uwarunkowań, jak istoty wyprzęgnięte z wszelkich punktów odniesienia, pozbawione tożsamości.

Oczywiście, to niemożliwe. Agambenowa wspólnota bohaterów kreskówek jest ciekawym konstruktem, ale bez przełożenia na cokolwiek, niby nadchodzi ale wątpliwe, że dojdzie gdziekolwiek. Patchworkowe, fragmentaryczne frankentożsamości współczesnego człowieka to wszystko, co mamy.


Dlatego ludzkość powinna stopniowo wymrzeć, łagodnie i z pogodnym pogodzeniem się z losem, a wcześniej dążyć do wykorzenienia wszystkich źródeł uwarunkowań lub zastąpić je uwarunkowaniami każącymi odnosić się do siebie ze zrozumieniem  i współczuciem - w końcu wszyscy wisimy na tej samej skale unoszącej się w kosmicznej pustce.

Z drugiej strony moje poglądy to także upiór, kolejny w niekończącym się korowodzie upiorów. Przynajmniej instytucja Państwa powinna zachować idealną neutralność w świecie skłębionych pojęć i burz wzbudzanych przez przetaczające się narracje. Uwarunkowania modyfikowane są przez wiele czynników - tożsamości roszczące sobie prawo do nieomylności i narzucające się ogółowi są jak komórki rakowe, ich przerzuty jedynej najprawdziwszej w ich własnym mniemaniu prawdy infekują kolejne elementy przestrzeni publicznej i instytucji nieformalnych. To kwestia bycia szczerym samym ze sobą. Nie można pozwolić kościołowi katolickiemu i jego poplecznikom na splugawienie do końca dyskursu hegemonicznego - tak, jak nie można by było pozwolić czemukolwiek innemu na to samo, gdyby cokolwiek innego i zarazem równie żarłocznego miało tu szansę się rozwinąć.

* * *

A jeśli się to nie uda, całe szczęście, są jeszcze kraje, gdzie jeśli katolicy nie chcą aborcji, to jej nie przeprowadzają, lecz swoje poglądy zachowują dla siebie, zamiast chcąc "zbawić" wielomilionowy kraj wbrew woli sporej części mieszkańców tego kraju. Takim krajem są np. Czechy. Żaden abrahamiczny monoteizm nie trzyma się tam mocno, ogół mieszkańców nie uważa się za przedmurze czegokolwiek ani nie reanimuje swojej historii traktując ją jak teraźniejszość. Czechy mają też ten plus, w przeciwieństwie np. do Islandii, Kanady, Australii, że bez problemu (no, z minimalnym problemem związanym z samym faktem zorganizowania transportu) dałoby się tam przewieźć ładne parę tysięcy książek i innych klamotów. A i język nie jest taki trudny do nauczenia się. No ale pożyjemy, zobaczymy.

sobota, 2 kwietnia 2016

Upływający czas #56

Uprzejmie informuję, że żyję.

Ot, tak na wypadek gdyby ktoś się stęsknił.

Westerny które warto zobaczyć #3

Hannie Caulder, Burt Kennedy 1971

Western to taka estetyka, z którą w gruncie rzeczy można było zrobić cokolwiek. I robiono z nią cokolwiek, mieszając z innymi, poddając ją ciągłym reinterpretacjom i przeprowadzając operacje na jej bijącym sercu. Aż dziw bierze, że tak rzadko stanowiła podkładkę dla jednego z ciekawszych wyziewów kina eksploatacji - rape and revenge. Pewnie dlatego, że w gruncie rzeczy western amerykański zawsze przypisywał kobietom tradycyjne role, a eurowesterny, nawet kręcone przez reżyserów o lewicowych (czy wręcz komunizujących) zapatrywaniach, bywały równie konserwatywne (ba, mizoginistyczne) pod tym względem (bo i inna to była lewica niż ta współczesna).
Fabułę można streścić jednym zdaniem. Bohaterka tytułowa traci męża, dom i godność, następnie otrząsa się z traumy i z pomocą poznanego przypadkiem łowcy nagród (udaje się jej przekonać go, by ją szkolił z posługiwania się bronią) mści się na bandytach. Tylko tyle i aż tyle. Fabuła-samograj, ale jak prezentuje się całość?
Nakręcony w Hiszpanii film zawiera ogromną ilość przeoczeń. Nie trudno nie zauważyć np. stojących w tle kilku scen słupów wysokiego napięcia, średniowiecznego zamku, anteny radiowej; w scenach nad brzegiem morza na horyzoncie płynie jak najbardziej współczesny statek. Trzeba wspomnieć o plastikowych kaktusach, całe szczęście występują jedynie w kilku scenach. Bohaterowie jadący konno w jednej scenie jadą po piaszczystym podłożu pod górę - w następnym ujęciu widzimy ich na ubitej równinie, bez śladu zbocza w zasięgu wzroku.
Niezbyt fortunnie wyszło ukazanie ofiary gwałtu i świeżo upieczonej wdowy jako seksbomby, przez część filmu śmigającej w samym ponczo (grała ją Raquel Welch). Postaci poboczne (wśród nich postać grana przez Christophera Lee) są dość nijakie, główni źli nie wyróżniają się niczym spośród wszystkich złych w rape & revenge - tutaj dodatkowo parają się napadami na banki. Sceny otwierające film przywodzą skojarzenia z The Wild Bunch (Peckinpah '69), w jednym i drugim filmie jednego z bandytów grał Ernest Borgnine. Krew jest zbyt jaskrawa. Ale jest jej dużo. Sama scena gwałtu - no jest. Jak komuś marzy się porno-western, to nie ten adres. Niech ten ktoś obczai np. Dirty Western ('75) - vintage porn z (bardziej śmiesznymi niż strasznymi) gwałtami, rzecz się dzieje na dzikim zachodzie i zawiera wyjątkowe - nawet jak na porno - bzdury w szczątkowej fabule. Tak, oglądałem ten film. Tak, z myślą o fabule. Nie, nie byłem wtedy trzeźwy.
Wracając do Hannie - jak dla mnie rzecz nierówna, co najwyżej średnia. Nie podzielam rozczulania się np. Tarantino nad postacią dobrego łowcy nagród. Ale film i tak polecam - bo to obraz należący do rzadko spotykanego miksu.


Deadlock, Roland Klick 1970

Ani to western, ani post-apo, niemiecki film nakręcony w Izraelu, do tego z krautrockowym soundtrackiem. Niezwykle silnie inspirowany klasyką Leone (Dobry, zły i brzydki, itd.), Zabriskie Point (Antonioni '70, soundtrack m.in. Pink Floyd), do tego przywodzący na myśl późniejsze klasyki post-apo.
Pośrodku pustyni/wastelandu leży zupełnie rozpirzona osada, osiedle baraków wzniesionych z betonu i pustaków. Mieszka tam taki jeden gość, były stróż prawa, ledwo łączący koniec z końcem. Mieszkają tam dwie kobiety: podstarzała artystka kabaretowa, która pozostanie w osiedlu przypłaciła postępującymi zaburzeniami psychicznymi oraz już dorosła ale bardzo młoda córka pierwszej. Dziewczyna błąka się wśród ruin, nie mówi, zachowuje się raczej jak częściowo oswojone zwierze, niż jak człowiek.
Mr Dump, bo tak nazywa się nasz rozbitek wegetujący wśród niszczejących pustostanów znajduje pewnego dnia w czasie jazdy przez pustynię zdezelowaną ciężarówką nieprzytomnego młodego bandziora Kida - a wraz z nim znajduje walizkę z pieniędzmi. Jest zbyt dobrym człowiekiem - zabiera typa do siebie. Tymczasem w ślad za Kidem podąża starszy bandzior, socjopatyczny... Sunshine. A dalej jest feeria okrucieństwa pełna najazdów kamery na styrane, spocone twarze, wypraw znikąd donikąd po pustkowiu i trochę cycków wśród opustoszałych ruin. Typowa dla spag westernów chciwość antybohaterów i wzajemne robienie się w chuja nijak nie może się skończyć dobrze.
Brzmi dziwacznie? Jest bardzo dziwaczne. Wycieczka po surrealistycznym nigdziebądź i splecione tragiczne losy bohaterów - może mało odkrywcze, ale podane w takim sosie, że smakuje zupełnie inaczej niż typowe spaghetti (czy tam w tym przypadku - kiełbasa).


Johnny Hamlet, Enzo G. Castellari 1968

Tak, to jest właśnie to, o czym myślicie. Adaptacja Hamleta w konwencji spag westernu.
Znowuż film bardzo nierówny, gdzie niepotrzebnie miesza się slapstickowy humor i patetyczna historia. Castellari pierwotnie nie miał być reżyserem tego filmu - nie da się ukryć, że wyzwanie trochę go przerosło. Cóż, przynajmniej zebrał doświadczenie, które zaowocowało o kilka lat późniejszym (i genialnym) Keomą.
Johnny Hamlet jest weteranem wojny secesyjnej. Wylizuje się z odniesionych ran (bardziej na duchu niż ciele) podróżując z trupą wędrownych aktorów. Pewnej nocy ma sen, w którym jego ojciec oznajmia mu, że został zamordowany. Johnny wraca więc w rodzinne strony, gdzie okazuje się, że jego ojciec faktycznie nie żyje, matka wyszła za wuja, itd. Faktycznie jak w Hamlecie. Dobra, tak gdzieś od 3/4 filmu wpływ Szekspira wyraźnie maleje, bo konwencja rządzi się jednak własnymi prawami, konwencja wnosi do oryginalnej fabuły np. meksykańskich bandytów czy scenę ukrzyżowania. Ale nie tylko. Znikąd pojawia się przyjaciel Hamleta, który ratuje mu dupę w sytuacjach skrajnych, ojciec Laury (Ofelii) jest (skorumpowanym) szeryfem oskarżającym Johnnego o morderstwo córki (ale spoko, woda też jest), itd., etc., itp.
Jak już wspomniałem, powaga miesza się z beką. Czasem nawet w tych samych scenach. A sceny są bardzo soczyste - dosłownie. Barwy są niezwykle intensywne. Pełne. Większość eurowesternów była dość stonowana, szara, wyblakła, bez intensywnej zieleni, żółci, czerwieni, niebieskiego - a tu mamy wszystkie kolory tęczy, są i biją po oczach. Kostiumy aktorów faktycznie bardziej przypominają kostiumy aktorów niż rzeczywiste - w sensie: prawdopodobne - ubrania - utrzymuje się wrażenie sztuczności oglądanych przebrań/rekwizytów. Spaghetti westerny często były przejaskrawione pod tym względem - wszystko było brudne, zdezelowane, bohaterowi spoceni i zmęczeni - dla porównania np. niemieckie filmy z serii Winnetou były momentami wręcz absurdalnie, zupełnie nierealistycznie czyste, bohaterowie wyglądali jakby swoje ubrania dopiero co zabrali ze sklepu. W omawianym przypadku, nieco niecodziennie jak na konwencję, jest czyściej i schludniej.
Gra aktorska momentami wydaje się być sztucznie i niepotrzebnie przerysowana, w przypadku wplecionych momentów komediowych bywa toporna. Lokacje? Są prawdziwe perełki, jak oświetlony setkami świec cmentarz w ogromnej jaskini.
Może i nie równy, ale jest to jeden z najciekawszych i najbardziej oryginalnych eurowesternów jaki powstał. Chociażby ze względu na to warto go zobaczyć.

Mannaja: A Man Called Blade, Sergio Martino, 1977

Właściwie to cholera wie, jaki ten film właściwie nosi tytuł, czy po prostu Mannaja, czy A Man Called Blade. Czy jeszcze jakoś inaczej (w PL - Topór i rewolwer). Przynajmniej nie ma "Django" w tytule.
Absolutnie schyłkowy spag western, nakręcony w strefie klimatu umiarkowanego przypominającej momentami nieużytki za miastem gdzie piłem w czasach liceum. Wyróżnia się panującymi warunkami atmosferycznymi (dużo mgły) oraz postacią głównego bohatera, walczącego za pomocą toporka. Ponadto tytułowy bohater ma (najprawdopodobniej) najbielsze zęby na Zachodzie.
Film solidnie zrobiony, ale poza tym nie wyróżniający się pod żadnym względem. Fabuła to zupełna sztampa: wyzysk robotników jak i ludności lokalnej jako takiej przez quasi-proto-faszystowskiego tyrana rządzącego miasteczkiem, samotny łowca nagród wplątany w głębszą aferę, jest wątek miłosny i wątek zdrady, nawet parę różnych, do tego w pewnym momencie wzrok głównego bohatera zostaje znacząco uszkodzony. Dużo pomysłów, dużo koncepcji wrzuconych do jednego worka. Mieszanka sprawna, ale momentami bez wyrazu i średnio strawna.
Warto zobaczyć, żeby przekonać się jak gatunek się wyczerpywał.

niedziela, 31 stycznia 2016

Upływający czas #55

Z okazji nadchodzących Świą...

A nie, moment.

Dobra, to w takim razie mam nadzieję, że bawiliście się przednio, niezależnie od tego co, gdzie i kiedy świętowaliście.


Nigdy nie lubiłem klecić podsumowań rocznych, tym bardziej, że raczej nie jestem z niczym na bieżąco.


Dawno tu nie zaglądałem, ale - będę szczery - po prostu mi się nie chce prowadzić bloga, jest tyle ciekawszych rzeczy do roboty po powrocie z roboty lub i w dni wolne. Czasem nawet stężenie pyłów PM10 i PM2,5 spadnie poniżej 1200% normy i można wtedy zaryzykować krótki spacer wokół bloku.

Zacząłem klecić opowiadania z myślą o zbiorze opowiadań. Na razie jest ich 2,5. Biorąc pod uwagę mój rozlazły i dość przypadkowy tryb pracy (dłubię literacko zazwyczaj tylko przez kilka przypadkowo wybranych miesięcy w roku, tzn. wtedy, kiedy czuję taką potrzebę), całość będzie gotowa za jakieś 5-10 lat. Pewnie nikt nie będzie chciał jej wydać (uderzę do 1-3 niszowych wydawnictw, przy założeniu, że będą jeszcze wtedy na rynku), więc zapewne ostatecznie trafię na jakiś ebookowy selfpublishing (chociaż i tam ostatnio nastąpiła przynajmniej jedna efektowna wywrotka), gdzie będę sprzedawał się samodzielnie za 2,50zł, tuż obok nawiedzonych grafomanów uważających się za literackich geniuszy.
Dlatego najprawdopodobniej zbiór nigdy nie powstanie, a na bieżąco płodzone teksty będę rozsyłał do środowiskowych mniej lub bardziej nieprofesjonalnych pism i zinów.
W gruncie rzeczy to nie chciałbym być pisarzem, bycie sporadycznym autorem wystarcza mi w zupełności. Naiwnie uważam, że moja twórczość będzie w stanie obronić się sama, praktycznie bez żadnych mechanizmów (auto)promocyjnych. Nie przysporzę sobie popularności w polskim horrorowym grajdołku tym stwierdzeniem, ale rzucę je w eter i tak: w środowisku już teraz jest zdecydowanie zbyt wielu autorów nadrabiających braki w talencie dobrym pijarem i środowiskowym fejmem.
Jedyne na czym mi zależy jako autorowi to zdobyć sobie grupę czytelników z którymi byśmy się w miarę dobrze rozumieli. Reszta jest w sumie nieistotna. To miłe uczucie, jak komuś podoba się moja twórczość (w sumie reakcje czytelników nie są dla mnie aż tak ważne jak sam fakt, że zostałem gdzieś opublikowany), ale - zazwyczaj - pisząc wywalam z siebie różne różności, które akurat leżą mi na wątrobie. Przestają leżeć - dobra nasza. Komuś się to podoba - dzięki. Nie podoba się - spoko.

W gruncie rzeczy trochę zmagam się z przewlekłym rozczarowaniem, przejmującym poczuciem, że wszystko wokoło to nieistotne absurdy. Mam wrażenie, jakbym cały czas był zmęczony.

Dobra, dość marudzenia.


Byłem w kinie na tym nowym Tarantino. Gęsty, klaustrofobiczny obraz zajeżdżający eurowesternem (przez pierwszą ~połowę) pozbawiony jednak polotu takich klasyków jak The Great Silence czy gęstości Cut-Throats Nine (1972), potem przechodzący w uroczą napierdalankę. Kwestie równouprawnienia Afroamerykanów, rasizmu, itd., pewnie budzą więcej emocji za oceanem niż u nas. Estetyzacja przemocy - także psychicznej - a także iście surrealistyczna łatwość zabijania - to przynajmniej dla takiego degenerata jak ja - największe zalety filmu. Amoralność postaci - też plus. Tytuł adekwatny. Soundtrack pasowałby bardziej do poważniejszej klasyki gatunku lub horroru - ale nie jest zły. Brawo za Kurta Russela - od dnia gdy za szczeniaka obejrzałem po raz pierwszy Ucieczkę z Nowego Jorku bardzo lubię tego gościa.


A czytać, to czytałem. Dużo czytałem.

Neil Gaiman x3: Drażliwe tematy, Dym i lustra, Rzeczy ulotne - nowe wydania, te w twardych okładkach, z blondynką, czarnowłosą i rudą.

Nie ukrywam, że mając wielki szacunek do twórczości Gaimana, prawdziwego człowieka popkulturowego renesansu, odnajdującego się w najróżniejszych formach i kształtach, nigdy nie współodczuwałem z jego twórczością. Czytało się świetnie, sypał pomysłami jak z rękawa, skakał z estetyki na estetykę, od baśniowych wariacji przez nastrojowe dark fantasy po eteryczne, oniryczne horrory, do tego jeszcze trafiła się tu i ówdzie poezja - ale nie trafia on do mnie tak bardzo, jakby mógł. Najwyraźniej nadajemy na rozbieżnych częstotliwościach. Gaiman to dla mnie jeden z tych autorów, w przypadku których obcując z jego tekstami widzisz w pełni jego talent i doceniasz kunszt - a miesiąc później pamiętasz o talencie i kunszcie ale za cholery nie potrafisz przywołać wspomnień więcej niż z ~5 opowiadań z trzech zbiorów opowiadań.


Star Wars:

Nowa Era Jedi:
R.A Salvatore Wektor pierwszy
Michael Stackpole Mroczny przypływ I: Szturm
Michael Stackpole Mroczny przypływ II: Inwazja
James Luceno Agenci Chaosu I: Próba bohatera
James Luceno Agenci Chaosu II: Zmierzch Jedi
Kathy Tyers Punkt równowagi
Greg Keyes Ostrze zwycięstwa I: Podbój
Greg Keyes Ostrze zwycięstwa II: Odrodzenie
Troy Denning Gwiazda po gwieździe
Elaine Cunningham Mroczna podróż
Aaron Allston Linie wroga I: Powrót Rebelii
Aaron Allston Linie wroga II: Twierdza Rebelii
Matthew Stover Zdrajca
Walter Jon Williams Szlak przeznaczenia
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy I: Ruiny Imperium
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy II: Uchodźca
Sean Williams, Shane Dix Heretyk Mocy III: Spotkanie po latach
Greg Keyes Ostatnie proroctwo
James Luceno Jednocząca moc

Trylogia Mroczne Gniazdo:
Troy Denning Mroczne Gniazdo I: Władca Dwumyślnych
Troy Denning Mroczne Gniazdo II: Niewidzialna królowa
Troy Denning Mroczne Gniazdo III: Wojna rojów

Dziedzictwo Mocy:
Aaron Allston Zdrada
Karen Traviss Braterstwo krwi
Troy Denning Nawałnica
Aaron Allston Wygnanie
Karen Traviss Poświęcenie
Troy Denning Piekło
Aaron Allston Furia
Karen Traviss Objawienie
Troy Denning Niezwyciężony

Przed Przeznaczeniem Jedi:
Paul S. Kemp Rozdroża czasu

Aaaaa także z drugiej strony osi czasu:
Drew Karpyshyn Droga zagłady
Drew Karpyshyn Zasada dwóch
Drew Karpyshyn Dynastia zła

Ok, część z Was pewnie o tym nie wiedziała, ale jestem wielkim fanem Star Wars. Może nie aż takim jak np. pewien mój dobry przyjaciel będący wyznawcą religii Jedi, ale jednak. Poza tym nie mam wiernopoddańczego stosunku do starego kanonu zwanego Expanded Universe.
Nie zamierzam pisać tutaj wprowadzenia do Expanded Universe, czyli wykraczającego poza filmy uniwersum Star Wars, które zaczęło się formalnie w 1978 roku (przynajmniej tę datę się podaje najczęściej) i które zabił Disney (kogo chcemy oszukać - zabił je sam George Lucas sprzedając markę Disney'owi) tworząc od podstaw własne kontynuacje Powrotu Jedi, ponieważ można by o tym pisać całe eseje, w których i tak nie dojdzie się do żadnych konstruktywnych wniosków. Wszystko przed Disney'em aktualnie wrzucono do nowej pod-marki Legends, kto wie, czy i kiedy stare uniwersum będzie jeszcze kontynuowane.
Fakt faktem, cała rzesza autorów książek, komiksów, seriali, gier komputerowych wzniosła na przestrzeni ~40 lat ocean historii, postaci, wątków. Bądźmy szczerzy - żadnych geniuszy literackich tam nie było (wyróżniali się co najwyżej bardzo sprawni rzemieślnicy jak Timothy Zahn), za to swoją przystań znaleźli tam autorzy-wyrobnicy znani z pisania książek w nieswoich uniwersach (Dungeons & Dragons/gry starego, dobrego Black Isle, Mass Effect, gry Blizzarda, itd., itp., etc.).
Powiedzmy sobie szczerze: nawet najlepsze książki ze Star Wars Expanded Universe (żadna z wyżej wymienionych nie zalicza się moim zdaniem do tych najlepszych, może poza sympatyczną Trylogia Bane'a i Zdrajcą, pozycją bardzo różną od przygodowo-sensacyjnej bieda-psychologizującej starwarsowej typówki) to pieprzone czytadła (tak, nawet legendarna trylogia Thrawna to czytadła - ok psychofani, czekam na groźby karalne), do tego polski wydawca książek Star Wars z czasów przed Disney'em - Amber - dołożył swoje trzy grosze do niskiej jakości całości - albo styl wszystkich autorów jest praktycznie identyczny, albo tłumacze wyrównywali indywidualne cechy wszystkich autorów, do tego nie raz i nie dwa robili to wyjątkowo topornie i niechlujnie. Nie miałem jeszcze przyjemności z pozycjami z nowego kanonu wydawanego przez Uroborosa (czy jakoś tak, nie chce mi się teraz góglać za poprawną nazwą, leniwy jestem i nie lubię się rozpraszać w czasie pisania).
Z jednej strony szkoda mi Expanded Universe jako takiego, Star Wars bez Thrawna, Mary Jade, Jacena i Jainy Solo to nie to samo, z drugiej strony trzeba przyznać szczerze, że przez cały okres rozwoju uniwersum wykwitło w nim mnóstwo bzdur, historii złych, nieprzemyślanych, a stabilność i wewnętrzna spójność uniwersum nieraz sprawiała wrażenie pospinanej agrafkami (vivat wszystkie retcony i wrzucanie na siłę do późniejszych książek/komiksów postaci/miejsc/aluzji do historii sprzed lat, żeby tylko były, skoro już je ktoś kiedyś wymyślił). Do tego - przynajmniej mnie - denerwowało zrobienie z całego uniwersum sitcomu o przygodach rodzin Skywalkerów i Solo - ok, poza czasami Starej Republiki i wcześniejszymi, a także generalnie przed Mrocznym Widmem. Ale przynajmniej mnie to nudziło - kolejni autorzy daliby se w końcu spokój, wymyślili kogoś nowego. Tymczasem w ostatniej, niewydanej w PL książce z EU Han Solo ma już koło 80-tki. Bez kitu, dajcie im odpocząć.

Nowa Era Jedi moim zdaniem była wielką niewykorzystaną szansą - na przewietrzenie uniwersum. Inwazja obcych istot z obcej galaktyki, niewidocznych w Mocy, mających do tego żywe organizmy za broń, statki i przedmioty codziennego użytku to samograj. W końcu coś nowego w stosunku do po raz n-ty odnawianych Imperiów lub wyciągania z dupy kolejnych chętnych na odrodzenie Imperium lub utworzenie własnego. Myślałem, że będzie to nowe rozdanie - i poniekąd było, ale nie do końca. Niby galaktyka została zmieniona nie do poznania, całe planety zostały nieodwracalnie (ok, nie przesadzajmy z tą nieodwracalnością) zmienione, przynajmniej kilka populacji planet zostało całkowicie wymordowanych, porządek polityczny wywrócono kilkakrotnie, bardzo rozwinięto wielu bohaterów, także starych i dobrze znanych, a mimo tego nie zrobiono czegoś, o co aż by się prosiło - nie zakończono z hukiem życia wielu postaci z wcześniejszych książek, nie rozwalono w pył planet, gdzie wcześniejsi autorzy narobili jakiś głupot, nie wyczyszczono nadmiaru wątków, historii, opowieści. Aż się o tak radykalny krok prosiło. Jednym eventem można było przewietrzyć zaduch zbierający się w uniwersum. Poza przygotowaniem gruntu pod przyszłe serie, jedyne w czym namieszano, to w powszechnie uznanym rozumieniu Mocy - tylko po to, by w kolejnej dużej serii, czyli Dziedzictwie Mocy, w sporej części wycofać się ze zmian (SPOILER - Vergere w NEJ sprawiała wrażenie znacznie bardziej niejednoznacznej postaci niż w DM, gdzie okazało się, że była po prostu Sithem nie przyznającym się do bycia Sithem). Ok, w NEJ ginie też jedna postać znana z filmów - co wpływa na wszystkie pozostałe - brawa za odwagę i próbę pokazania starych bohaterów jako steranych życiem i targanych wątpliwościami. To się udało.
Sama historia ciągnąca się przez 19 książek obfituje w zwroty akcji, cliffhangery, widzimy z jak ekstremalnymi sytuacjami zderzają się bohaterowie, jak w zetknięciu się z nimi pękają im światopoglądy i kręgosłupy moralne. Motyw zderzenia się z obcą, nieznaną technologią jest dobry, ale zaprezentowany nierówno - po początkowych zupełnych klęskach Nowej Republice udaje się zadziwiająco szybko nawiązywać z Yuuzhan Vongami walkę jak równy z równym.
Interesująco opisano też postępującą przemianę samych najeźdźców, zderzenie się ich fanatyzmu, kultury skupionej na adorowaniu bólu, społeczeństwa kastowego z wszystkim co dla nich obce i niepojęte. Jasne, nie są to fachowe, naukowe analizy, ale nie jest to też zupełna amatorszczyzna.
Na tle historii jako całości wyróżnia się Zdrajca - teatr jednego aktora, historia o poświęceniu, rozpadzie i stworzeniu się na nowo.
Ktoś czegoś nie dopilnował (polski wydawca), w jednej z książek pewne nazwy/ksywy są tłumaczone inaczej niż w pozostałych. Ktoś czegoś nie dopilnował (autorzy oryginalni) - wychwyciłem kilka nieścisłości między poszczególnymi pozycjami. Chociaż przy takich rozmiarach projektu jak i rozmiarach całego uniwersum, to i tak tych nieścisłości było bardzo mało.

Mroczne Gniazdo przynosi kilka interesujących szczegółów (sięgających nieraz i do czasów sprzed Nowej Nadziei), rozwija pewien motyw poboczny z NEJ, poza tym jest dość daremną historią, zapychaczem miejsca, by zrobić coś z tym motywem pobocznym.

A Dziedzictwo Mocy? Ha, z jednej strony mamy zrzynkę z historii Vadera w wykonaniu - SPOILER - jego wnuka, z drugiej fantastyczny obraz rozpadającej się rzeczywistości politycznej Galaktycznego Sojuszu (powstałego na gruzach skorumpowanej Nowej Republiki w NEJ), gdzie niedawni (lub bardzo dawni) przyjaciele stają po przeciwnych stronach barykady (przejściowo np. Han i Leia vs. Luke i jego Nowy Zakon Jedi, po czym wszyscy vs. Darth Caedus). W finale pojawia się kolejna stara, dobra znajoma sprzed wielu, wielu lat. Swoje pięć minut ma też Boba Fett - poznajemy tragiczną historię jego żony, córki i wnuczki, a on sam staje się w pewnym momencie wręcz sympatyczny. Co jeszcze? Widać wyraźnie, że nasi bohaterowie się starzeją. Potwierdzony zostaje fakt, że niezależnie od siły charakteru i dobrych intencji nie da się być dobrym Sithem (ok, przedstawiono jeden niejednoznaczny przypadek potwierdzający regułę). Kolejni znani i lubiani bohaterowie (wprowadzeni już w książkach) giną. Generalnie - dużo się dzieje, ciekawie się dzieje. Jeszcze bardziej niż w NEJ zatarty zostaje podział na dobrych i złych. Całość jest jeszcze bardziej mroczna niż dosyć posępny NEJ (jak na standardy Star Wars oczywiście).
Co po Dziedzictwie? Mam kolejne książki, w tym całą następną dużą serię - Przeznaczenie Jedi. Przed serią jest kilka mniejszych historii wprowadzających do niej - Rozdroża czasu oscylują wokół postaci z dalszych szeregów, w końcu mamy coś innego niż 2137 odcinek serialu "Skywalkerowie i Solo ratują galaktykę", motyw z przeskokiem w czasie (bagatela 5000 lat) ciekawy, tak samo jak zaprezentowane efektowne i popełnione z premedytacją przejście na ciemną stronę. Zobaczymy, co będzie dalej. Niestety, upchnięto w jedną książkę trochę zbyt wiele wątków. Znów mamy charakterystyczne starwarsowe deus ex machina, gdy rzeczy się po prostu cudownie dzieją, wszystko dokładnie wtedy i w taki sposób, żeby wyszło w miarę dobrze.

Adnotacja na marginesie - całe uniwersum Star Wars zawiera milion przykładów (i argumentów) przeciwko wolnej woli. Ciekawe, czy ktoś kiedyś podjął się głębszej analizy tego wątku. Poczytałbym.

Trylogia Bane'a zaś to antyczna historia uniwersum. Epicka opowieść (kojarząca się momentami nie tyle ze Star Wars co Conanem Barbarzyńcą - starożytne ruiny, pradawne artefakty, mrożące krew w żyłach tajemnice czekające na odkrycie) o - nazwijmy to - reformie Sithów dokonanej przez Dartha Bane'a. Zły bohater został pokazany całkiem obiektywnie - bez oceniania i tkliwego moralizatorstwa. Pedantyczni fani notujący skrzętnie techniki i umiejętności użytkowników Mocy dopiszą do swoich list sporo elektryzujących nowinek (przeczytałbym historie o Jeszcze Bardziej Super-Duper-Zamierzchłych Czasach, kiedy Sithowie potrafili za pomocą Mocy zmieniać gwiazdy w supernowe). Karpyshyn potwierdził, że jest jednym z tych lepszych starwarsowych wyrobników, w mojej opinii leży półkę wyżej np. od takiej Elaine Cunningham.

Na zakończenie mógłbym się zastanowić, dlaczego spędziłem tyle czasu (i jeszcze trochę czasu na to zmarnuje) na czytanie tych odpowiedników harlequinów dla young adults i wiecznych dzieciaków - odpowiedź jest całkiem prosta - zapewne dlatego, że mimo wszystkich wad tych czytadeł, mimo ich bijącej po oczach czytadłowatości, pochłaniam je z prędkością światła, nie mogąc doczekać się na to, co wydarzy się w kolejnym tomie. Na tym chyba polega magia Star Wars - człowiek doskonale wie, że to badziew, a jednak znajduje autentyczną przyjemność w obcowaniu z nim. A może to tylko twórcze wykorzystanie sprawdzonych motywów, epickość i patos zderzone z heroicznymi zmaganiami potężnych bohaterów z własnymi słabościami i potężnymi przeciwnikami zewnętrznymi - baśniowość po przejściach - czyli coś, co - znów - stawia Star Wars koło Conana Barbarzyńcy niż koło klasyków zaangażowanej hard s-f poruszającej Ważkie Problemy. I dobrze.


Paolo Bacigalupi Wodny nóż

Serio ta książka trafiła do Uczty Wyobraźni? Jakoś głupio postawić mi ją na półce obok Tonącej dziewczyny, Ciemnego Edenu czy Diaspory. Nie zrozumcie mnie źle - worldbuilding jest wspaniały. Autor odwalił kawał dobrej roboty. Świat jest przedstawiony dosyć naturalistycznie i bezpretensjonalnie, dobro i zło to martwe etykietki, aluzje do faktycznych zjawisk społecznych, religijnych i trendów kulturalnych robią wrażenie, tak samo jak okopanie się autora w obecnym poziomie technologii i trendów w mediach społecznościowych, ale w gruncie rzeczy jest to tylko bardzo dobrze napisana opowieść sensacyjno-przygodowa. Nic aż tak przełomowego. Albo czegoś nie wychwyciłem. Zaprojektowana kunsztownie i przekonywająco wizja rozpadających się Stanów Zjednoczonych dotkniętych pustynnieniem i brakiem dostępu do wody jest całkiem przekonywująca ale w gruncie rzeczy mało odkrywcza. Namysł nad dokonującym się klimatycznym rozpierdzielem w skali planetarnej to też nic nowego, podobnie jak wizja zamkniętych i dobrze strzeżonych miast-enklaw dla bogaczy.


Marek Grzywacz Bogini z nożem w dłoni

Całkiem przyjemna nowelka. Udana krytyka zorganizowanych systemów religijnych. Niezła krytyka zamkniętych osiedli dla samozwańczej, nowobogackiej elity (przynajmniej tak to odebrałem, jeśli autor miał to też na myśli, to przyklaskuję). Świeży pomysł. Ładna okładka.
Dobra rzecz, aaaaale mówiąc szczerze, biorąc pod uwagę całą znaną mi twórczość Autora, to ma on w swoim dorobku rzeczy krótsze a lepsze.

Karolina "Mangusta" Kaczkowska, Tomasz "MordumX" Siwiec Liturgia plugastwa

No, flaczki podano do stołu. Chociaż paradoksalnie nie we flakach tkwi siła tego małego splitu opowiadań dwojga autorów, lecz w poruszanych kwestiach. Najsilniej oddziałujące na czytelnika teksty - a w każdym razie na mnie - Bestie, Słit focie, Otworek - albo są rzeźnią w stopniu symbolicznym, albo mogłyby w ogóle nie epatować brutalną przemocą, a i tak by się broniły jako horror ekstremalny (Bestie). Poza tym mamy po równo tekstów wesołych i refleksyjnych, eksploatujących zarówno sprawdzone motywy gatunku, jak i to, co leży autorom na wątrobie.
W swojej niezbyt rozpowszechnionej i niezbyt rozbudowanej niszy literackiego gore bardzo mocna pozycja. Świadectwo ciągłego rozwoju środowiska.

sobota, 19 grudnia 2015

Upływający czas #54

W ciągu ostatniego czasu, a dokładniej kilku miesięcy, miałem niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w dwóch koncertach black metalowych w stołecznym królewskim. W związku z tym samo nasunęło mi się pewne spostrzeżenie, która od zawsze mnie zastanawiało (no dobra, dawno temu, gdy w liceum chodziłem nawet latem w długim czarnym płaszczu, glanach i koszulce Burzum, a raz musiałem salwować się po zajęciach ucieczką przed przeważającymi siłami fanów Mayhem, nie zajmowały mnie takie szczegóły, liczył się ekstremizm jako taki). Mianowicie, w jaki sposób niektórzy uczestnicy mogą łączyć dowolne poglądy będące w ich mniemaniu programem pozytywnym z radosnym podrygiwaniem do muzyki z tekstami o jednoznacznie nihilistycznym przekazie. Ta sama nieścisłość, rozdarcie między chęcią obrony jakiś - subiektywnych rzecz jasna - wartości a zupełną negacją świata, życia, człowieka, itd. zawsze zastanawiało mnie w przekazie części wykonawców - no bo gdzie biała rasa, czternaście słów, tak czy inaczej rozumiana cywilizacja europejska, itd., itp., a gdzie śmierć ludzkości, gwałty na niemowlakach i rozpasane orgie ku czci Rogatego/rozmycie się w wiecznej ciemności/itp. Mimo mojego własnego stosunku do omawianego zjawiska, ns skini na koncertach black metalowych mi nie przeszkadzają - kim ja jestem, żeby mówić komukolwiek na jakie koncerty ma przychodzić. Za to niezwykle denerwuje mnie nowsze zjawisko - obecność, poza kucami i łysolami, hipsterów. Stojąc obok któregoś z nich, typa częściej patrzącego w ekran smartfona niż spoglądającego na scenę, po niedługim czasie miałem ochotę mu przyjebać. Koncert black metalowy to miejsce, gdzie można łatwo zostać oblanym piwem, łatwo zgubić telefon, w skrajnym przypadku można dostać po ryju, przypadkiem lub niezupełnie przypadkiem, czasem nawet od muzyków, aż dziw bierze, że ktokolwiek może tego nie rozumieć, ba, może mieć z tym problem.
O ile sam wolę Mgłę na słuchawkach w czasie spaceru przez wymarłe dzielnice postindustrialne, to warto było machać łbem w tłumie. Bardzo spoczko było też zobaczyć Mikko Aspę na żywo. Czytając teksty Clandestine Blaze czasem nie sposób nie zazgrzytać zębami (przykład rozdarcia o którym wspomniałem wyżej), ale gość jest legendą i nikt tego nie zaneguje.
No ale niech tam, grunt, że ja się dobrze bawiłem, zarówno w Zaścianku na Blaze of Perdition (koncertowy wokalista dał radę jak najbardziej, zagrali też Królestwo Twoje, więc już w ogóle) jak i w Rotundzie na Mgle.


18.12 miałem okazję być w kinie (studyjnym, ale dało radę, wbrew pozorom nie potrzeba było 3D [z moim astygmatyzmem i tak kiepsko się filmy w 3D ogląda] i ekranu o przekątnej równej długości boiska piłkarskiego by cieszyć się filmem) na nowych Gwiezdnych Wojnach. Mam mieszane uczucia, ale zawiodłem się pozytywnie - nie było to takie gówno jak myślałem, że będzie. Byłem pewien, że po emisji spokojnie będę mógł napisać opinię jednozdaniową w stylu: ekranizacja Trylogii Thrawna byłaby dużo lepszym pomysłem, tymczasem mimo całej wtórności, fabularnych absurdów, itd., mamy całkiem dobry, szalenie efektowny, trzymający w napięciu i, na szczęście, długi film.
Co jest wtórne? Sam zarys fabuły. Mamy powieloną po raz kolejny historię o prostaczku z pustynnego wypizdowa, który to prostaczek dzięki serii absurdalnych zbiegów okoliczności staje się postacią kluczową w toczącej się wojnie dobra ze złem (płeć prostaczka nie ma tu znaczenia). Jednym z liderów tych złych jest sekciarz w czarnej masce, ponad to oczywiście dysponują oni superbronią zdolną niszczyć całe planety. Następuje heroiczny atak dobrych na złych, gdy źli dowiadują się o lokalizacji ukrytej bazy tych dobrych. Przy ciężkich stratach udaje się dobrym rozpirzyć superbroń złych, główny zły ma dostać ochrzan od głównego jeszcze gorszego. Do tego w tle opowieści mamy ukrywającego się w jeszcze bardziej zapyziałym wypizdowie niż przedstawionym na początku filmu steranego życiem mędrca, nasz prostaczek ma zadatki na sekciarza, główny zły jest skoligacony z dobrymi, itd.
W sumie na tym samym pomyśle (z różnym rozłożeniem akcentów) opierała się fabuła zarówno Mrocznego widma, jak i Nowej nadziei, w Przebudzeniu Mocy na pewno ciekawym novum jest lekki cliffhanger na zakończenie i bardzo niejednoznaczne, chaotyczne i jakby nieprzekonane zło jednego ze złych. Uśmiercenie jednego ze starych bohaterów, chociaż spodziewałem się czegoś takiego (nie ogarniałem na bieżąco pojawiających się spoilerów), mimo wszystko było dość zaskakujące. Zaskakujące było też, że nikt nie stracił ręki, bo to już chyba świecka tradycja serii. Wreszcie nieco zaskakująca była możliwość zobaczenia szturmowców w czasie akcji pacyfikacyjnej - mam wrażenie, że bieżąca trylogia będzie trochę mroczniejsza od poprzednich części. Zaskoczyło mnie to podwójnie - że Disney coś takiego pokazał.
Oczywiście, biorąc pod uwagę samą historię jako taką, to niezależnie od tego, co wydarzy się w kolejnych epizodach, ekranizacja Trylogii Thrawna byłaby dużo lepszym pomysłem. Nie jestem przy tym ortodoksyjnym fanem Expanded Universe - było (hmm, jest) ono tworem przerośniętym, pełnym faktycznie złych i niepotrzebnych historii, zaciemniających obraz uniwersum i niepotrzebnie mnożących wątki, postaci poboczne, historie bohaterów filmowych, których życiorysami można by obdzielić dodatkowo kilkanaście innych osób, itd. Po prostu uważam, że wywalenie uniwersum jako takiego (Legends - proszę was, kto poza największymi [i najstarszymi] fanatykami sięgnie po pozycje rozmijające się z kolejnymi filmami), było czymś zupełnie niepotrzebnym i szkodliwym, wśród wszystkich tytułów wydanych pod szyldem Star Wars trafiały się prawdziwe perełki. Jak np. Tryloga Thrawna.
BTW księżniczka Leia jest moją ulubioną księżniczką Disneya.


J.G. Ballard Wyspa

Heh, sam chciałem kiedyś napisać coś podobnego. Historię o gościu uwięzionym w urywku świata, faktycznej wyspie, pomiędzy ruchliwymi drogami, na oceanie ciągłego ruchu. Nawet napisałem (Powtórne przyjście), tyle, że to, co ostatecznie mi wyszło, różni się znacznie od tego, co zamierzałem napisać na samym początku.
Historia opowiedziana przez Ballarda jest całkiem prosta. Główny bohater ma wszystko, co jest mu potrzebne do całkiem przyjemnej egzystencji. Składają się na to: drogi samochód, dobra luksusowe, lukratywna posada, rodzina i kochanka. Pewnego dnia wypada z trasy, z drogi szybkiego ruchu. Ląduje w opuszczonym, zabiedzonym Nigdzie otoczonym ciągami dróg prowadzących do metropolii. Usiłuje wydostać się z wyspy, jednak nie udaje mu się to - zostaje potrącony. Nikt nie zatrzymuje się by go podwieźć do cywilizacji.
Bez pożywienia i bez wody, bez środków do życia, ranny i z gorączką, w otoczeniu rdzewiejących wraków, bujnie rosnącej trawy i szczątków fundamentów dawnego osiedla musi radzić sobie sam, nie będąc do tego nijak przygotowanym. Na dodatek niedługo potem okazuje się, że wyspa nie jest bezludna, a jej mieszkańcy mają swoje powody, by zatrzymać na niej rozbitka. Rozbitek podejmuje jednak z nimi grę...
Ballard w surrealistyczny i przejaskrawiony sposób ukazuje egzystencjalną pustkę życia w naszej zwariowanej ponowoczesności. Jego wizja wcale się nie zestarzała, wraz z postępującym wyorbitowywaniem relacji międzyludzkich w nierzeczywistość, zapośredniczaniem coraz szerszych dziedzin życia przez usługi, jest coraz bardziej i bardziej aktualna. Książka pochodzi co prawda sprzed ery telefonów komórkowych i smartfonów, ale można przyjąć, że na wyspie po prostu nie ma zasięgu. Wcale nie trzeba rozbić się gdzieś za siedmioma górami, za siedmioma lasami, by trafić na nieprzyjazne człowiekowi odludzie. W ramach naszego uporządkowanego świata rozwijają się bujnie takie enklawy, obszary przegrane, zapomniane, wykorzystane przez aktualną formę globalnego systemu kapitalistycznego, przeżute i wydalone, zamieszkiwane przez również przeżutych i wydalonych wyrzutków. Może to być wyspa między ruchliwymi drogami, jak i wymierające osiedle czy całe małe miasto. Autor pokazuje też jak pretekstowe i złudne są wszystkie stałości naszego uporządkowanego świata. Jak niewiele potrzeba, by z człowieka wyszło zwierze kierujące się pierwotnymi instynktami, rządzą przetrwania i dominacji w stadzie. Jak niewiele też potrzeba, by znaleźć swój własny, subiektywny sens w miejscach, o których nawet by się nie pomyślało, że mogą go nam ofiarować.


J.G. Ballard Wieżowiec

Ha, ekranizacja już wkrótce.
Jedna z bardziej surrealistycznych książek Ballarda. Opowieść o ogromnym, 40-piętrowym wieżowcu, ultra-nowoczesnym, pełnym usług dodatkowych i wszelkich udogodnień (baseny, siłownie, fryzjer, nawet szkoła, ogrody, itd.), którego mieszkańców ogarnia postępujące szaleństwo, rozpad wartości, uwiąd norm kulturowych i relacji międzyludzkich, następuje powrót do barbarzyństwa. Na opustoszałych piętrach kształtuje się podział klasowy, następnie postępuje rozpad na plemiona i klany, by ostatecznie każdy z mieszkańców, który przeżył wystarczająco długo, mógł zaakceptować swój wcześniejszy świat, chcieć wrócić do poprzedniego życia, lecz traktować je jako utkane z konstruktów nie mających żadnej głębszej treści. Widzimy uwiąd wartości spowodowany dobrobytem, nasyceniem i przepełnieniem, jednak do pewnego stopnia dość nietzscheański/stirnerowski w swoim zarysie. Upadają stare wartości, przygniecione ogromem wieżowca, nie kształtują się nowe - bo skąd mogłyby same z siebie się ukształtować, z bezmyślnej negacji nigdy nie wyjdzie nic budującego. Dlatego po pierwszym buncie, obróceniem w niwecz dobrodziejstw cywilizacji, nastaniem walk plemiennych w wieżowcu, gwałtów, napadów, rozbojów, morderstw, walką o zasoby i kobiety, nawet próby osiągnięcia czegoś w rodzaju chwały wojownika, nadchodzi stagnacja, a na końcu rodzaj mrocznego objawienia, gdy jeden z ostatnich żywych mieszkańców, żyjący z własną siostrą, dochodzi do wniosku, nad szczątkami psa pieczonego na balkonie, że wszystko wróciło do normy i że może warto by wrócić do pracy. Wolny od złudzeń, którymi karmił się wcześniej, postanawia też uzależnić od morfiny swoją siostrę-kochankę i przypadkową kobietę, która własną krwią karmiła swojego kota.
Właśnie, wraz z rozpadem świata wartości, zastępowanym przez wtórne barbarzyństwo i kult siły, plaga usterek technicznych dotknęła wieżowiec jako taki. Początkowe problemy z prądem i wodą przybrały postać epidemii, ogromny moloch został wkrótce pozbawiony dostępu do dóbr pierwszej potrzeby, mieszkańcy przestali chodzić do pracy, blok i okolica zatonęła w śmieciach i innych odpadkach. Rozkład dokonywał się na dwóch płaszczyznach jednocześnie - moralnej i technologicznej, obie zostały ze sobą sprzęgnięte wygodą, katastrofa jednej pociągnęła katastrofę drugiej.
Być może w tej metaforze społeczeństwa Ballard chciał też odwołać się do napięć klasowych - wieżowiec wyraźnie podzielił się na strefy analogiczne do (nieco uproszczonej, bo trzyczęściowej) drabiny społecznej. W penthousie na dachu mieszkał architekt budynku, uważający się od pewnego momentu za jego władcę, ułomny demiurg, którego przerosło własne dzieło, i który ostatecznie został pokonany przez własne stworzenie, jeśli za jego stworzenie uznamy też warunki umożliwiające spontaniczny powrót do barbarzyństwa, rozpad uwarunkowań i efektowny oraz destrukcyjny zarazem powrót wypartego. Bardzo wymowne jest przedstawienie pewnego ginekologa (również z najwyższej warstwy) - wraz z grupką kobiet porozumiewali się ze sobą za pomocą symulacji nagrywanych przez niego w czasie jego kariery lekarskiej i odtwarzanych wciąż i wciąż odgłosów rodzących kobiet. Ani chybi chyba miał to być rodzaj tęsknoty za rytuałem przejścia, inicjacją do czegoś nowego, innego, rytuał narodzenia na nowo w świecie, gdzie rozpadła się stara forma bytu, a nowa nie zamanifestowała się jeszcze.
Wieżowiec to rewelacyjna książka, ale nie wolno traktować jej jako zwyczajnej fikcji spekulatywnej, bo pod względem ciągów przyczynowo-skutkowych, wewnętrznej spoistości świata przedstawionego, itd., dzieło Ballarda jest wyjątkowo dziurawe, niespójne, nieprawdopodobne. Jeśli uznamy ją zaś za surrealistyczną metaforę otaczającej nas rzeczywistości, za rodzaj przypowieści, wtedy można docenić jej wielkość. Mam nadzieję, że nadchodząca ekranizacja uchwyci jej ducha.


Karol Mitka Robiłem to z żywym trupem

Kolejna pozycja wydana przez niestrudzonego Tomka Siwca i jego Horror Masakrę.
Ok, jako iż jesteśmy w swoim gronie, przyznajmy szczerze - wartości literackich tutaj nie ma za grosz, drugiego dna również, autor szokuje dla samej przyjemności płynącej z szokowania. Do tego bardzo, ale to bardzo przydałaby się bardziej wnikliwa edycja i korekta. A mimo to świetnie się bawiłem czytając tę nowelkę, rechocząc z rzeczy, które przypadkowego czytelnika przyprawiłyby o wymioty (zakładając, że po książeczkę o takim tytule sięgnąłby ktokolwiek przypadkowy, wątpię). Świetnie się bawiłem także dlatego, że autor nie próbuje nawet udawać, że chodzi mu o coś innego niż o możliwość opisania serii scen seksu analnego, oralnego, itd., z zombie, przy zupełnie pretekstowej i w gruncie rzeczy mało istotnej fabule. Nie zawiodłem się, czekam na kolejne dziełko autora. Rozrywka dla zwyroli dostarczona przez zwyrola. Zółwik, ziomuś.

"Zęby"

Nie tylko sny są inspirujące, sny napędzane nerwicą lękową są jeszcze bardziej inspirujące. Bardzo poczciwy szort mojego autorstwa wylądował dziś na niedobrych literkach, o, tutaj.

Za grafikę odpowiada Tomek Woźniak, najlepiej.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Thomas Ligotti x3 i Lovecraft

Thomas Ligotti "Songs of Dead Dreamer and Grimscribe"

Nie potrzebowałem wiele czasu by stać się zdeklarowanym fanem twórczości Ligottiego. W sumie wystarczyło tylko Teatro Grottesco + rozsiane tu i ówdzie wywiady z autorem, z których wynika, że w jakimś stopniu pokrywają nam się backgroundy (też kiedyś byłem wierzącym katolikiem, też do tej pory miewam flashbacki lęków związanych z religią). Ligotii ujął mnie poza tym szczerością przekazu i otaczającym go nimbem tajemnicy - zdaje się, że zupełnie go nie obchodzi promocja własnej twórczości, nie bierze udziału w życiu towarzyskim horrorowego świata, na dodatek, co stwierdził w jednym z ostatnich wywiadów, po kolejnym przetasowaniu w jego zdrowiu psychicznym przestał pisać. Otaczający go nimb tajemnicy nie wynika bowiem z wyrachowania, przyjętej strategii marketingowej, ale osobistych doświadczeń pisarza, które zaowocowały takim a nie innym podejściem do świata i takim a nie innym stanowiskiem odnośnie miejsca człowieka w świecie.
Niezależnie od tego, jak spojrzy się na Ligottiego jako człowieka czy jako - nie bójmy się tego słowa, chociaż jest jednak za mocne - myśliciela, współczesny horror (lub przynajmniej współczesne weird fiction) możemy śmiało podzielić na czasy przed Ligottim i po nim. Niewielu jest autorów, którzy wywarliby tak silny wpływ na gatunek. Nawet jeśli na chwilę obecną jeszcze tego nie widać, a zwłaszcza na naszym podwórku, jestem święcie przekonany że Ligotti dorobi się licznych sekt wyznawców, epigonów i plagiatorów, podobnie jak ostatni wielki przed nim - Lovecraft. Nawet jeśli będą to sekty mniej liczne - gdyż u Ligottiego nie ma aż tak wielkiego potencjału popkulturowego, jak w Mitach Cthulhu Lovecrafta (ok, Derletha - człowieka, którego zasługi dla ocalenia spuścizny Lovecrafta są równie wielkie jak zarzuty dotyczące tego, co z tą spuścizną zrobił) - to może nawet lepiej, bo nie nastąpi aż taki zalew taniego efekciarstwa, zupełnie wypaczający oryginalną myśl autora, co nastąpiło właśnie w przypadku Lovecrafta.

Ligotti jest jednym z raptem kilku żyjących autorów, których wydawnictwo Penguin Books uhonorowało publikacją w ramach ich prestiżowej serii Penguin Classics. Omawiana książka to kompilacja dwóch pierwszych zbiorów opowiadań autora, Songs of a Dead Dreamer (pierwsze wydanie 1986, najnowsze poprawione 2010) oraz Grimscribe (pierwsze 1991, najnowsze poprawione - 2011). Wstęp napisał Jeff Vandermeer.

Fakt faktem, to jeszcze nie ten poziom (zwłaszcza Pieśni), co późniejsze teksty, ale widać przebłyski geniuszu, który ciemnymi gwiazdami rozkwitnie na przestrzeni lat. Pieśni są momentami trochę nierówne, Grimscribe jest dobre, momentami dorównuje Teatrowi. Jak na pierwsze zbiory opowiadań przystało, już tu pojawiają się charakterystyczne elementy prozy autora, które będą przy nim zawsze - zagmatwane, przebrzmiałe, opustoszałe, wyniszczone krajobrazy, duszna, gęsta atmosfera przywodząca na myśl surrealistyczny, koszmarny sen. Czasem trafiają się bardziej zwyczajne szpargały z rekwizytorium horrorowego (mamy opowieść o wampirach!), są też nawiązania do weird lovecraftiańskiego, większość tekstów to jednak autorskie poszukiwania autora, opierające się na wspólnym motywie: obcy, nieprzyjazny krajobraz + zdegenerowane, rozsypujące się zabudowania + główny bohater pojawiający się w danym miejscu albo przypadkiem, albo nie do końca z własnej woli + coś absolutnie niepojętego, złowrogiego, niezrozumiałego, odstręczającego. U Ligottiego nie ma resztek wiary w naukę i postęp (jak chociażby u Lovecrafta), u niego jest wiwisekcja własnych nerwic i fobii - koszmaru wynaturzonego, odrealnionego, groteskowego i absolutnie pierwotnego, nieociosanego w żaden sposób u jego podstaw; nie da się go niczym wyjaśnić, niczym obłożyć, nijak odeprzeć. Jak przewijająca się często na kartach późniejszych opowiadań autora specyficznie pojęta Ciemność, tutaj ten koszmar po prostu jest, tkwi w samej strukturze świata przedstawionego, wszystkie rusztowania sięgają tegoż koszmaru, wszystko wypływa z niego i w nim ma swoje oparcie. Cokolwiek wydaje się na pierwszy rzut oka normalne, zwyczajne, szare i niezauważalne na co dzień, jeśli zostało przez Ligottiego wypatrzone i wspomniane w tekście, jest tak naprawdę skażone i służy tylko podkreśleniu koszmarnego charakteru całego świata przedstawionego jako takiego. Koszmar sięga do samej granicy poznania - nie tylko świat jest spiętrzonym wysypiskiem nawarstwiającej się ułudy, ale życie jako takie. Marionetki podrygują na sznureczkach, można wyśnić czyjeś życie wedle uznania. Do tego Ligotti prezentuje nieraz bardzo czarne poczucie humoru. Zdaje się odczuwać jakąś perwersyjną przyjemność z mozolnego obracania w niwecz wszystkich stałości trzymających jego bohaterów na powierzchni rzeczy.
Utwory autora są świetne literacko. Nie boi się zdań złożonych, śmiało tworzy balansujące na granicy zagmatwania konstrukcje najeżone powtórzeniami lub zawierające mnóstwo szczegółów, niezależnie od tego czy to szczegóły skąpanego w mroku korytarza w wiekowym budynku czy szczegółowe myśli, odczucia, emocje bohatera. Fakt faktem, Ligotti wystawił mój angielski na ciężką próbę. Ale to dobrze, wbrew pozorom lektura nie była wcale męcząca, tylko jeszcze bardziej satysfakcjonująca. Kilku użytych przez niego słów, z którymi spotkałem się po raz pierwszy i które pospiesznie wyszukałem w internetach, nie znał gógl translator.


Thomas Ligotti "My Work Is Not Yet Done"

Polskie tłumaczenie tytułowej noweli miałem już okazję czytać i pokrótce omówić, poznanie oryginału pozwoliło dotrzeć ile w nim Ligottiego zniknęło z Ligottiego. Nie było to złe tłumaczenie, o nie. Jedynie usunęło praktycznie wszystkie charakterystyczne dla autora smaczki (głównie powtórzenia), niestety co do jednego praktycznie nie dające się odzwierciedlić po polsku. A nawet jak się dały, to w oryginale brzmią o wiele lepiej. Książkę dopełniają dwa solidne opowiadania - I Have a Special Plan For This World oraz Nightmare Network. Oba koncentrują się na korporacyjnym modelu kapitalizmu, uwypuklają jego wady i obnażają odhumanizowanie. Ukazują strach autora przed rozprzestrzenieniem się tego modelu, jego rozrostem i rozlewaniem się na inne dziedziny życia, inne poza pracą (bardzo odległe skojarzenie z wyorbitowaniem pojęć u Baudrillarda). Oczywiście, strach ten w charakterystyczny dla Ligottiego sposób został obleczony w promieniujący spod modelu korporacyjnego przejmujący koszmar egzystencji.
My Work jest o tyle niezwykłą pozycją w dorobku autora, że jest to nowela, tymczasem autor pisał przede wszystkim opowiadania, do tego jest - jak na niego - bardzo brutalna. Autor unikał raczej obrazowania fizycznej przemocy, a już na pewno nie epatował nią, tymczasem w tej historii o zemście na współpracownikach, mamy sympatycznie opisanych kilka brutalnych morderstw - oraz przypadków znacznie gorszych od morderstw.
Myślałem, że I Have a... ma coś wspólnego z jednym wspólnym utworem Ligottiego i Current 93 - i owszem, ma. Opowiadanie nie jest jednak recytowane na płycie o tym samym tytule, ani też opowiadanie nie jest przepisanym tekstem utworu. Podobieństwa są jednak oczywiste.
W gruncie rzeczy książka ta jest jednak gorsza od zbiorów opowiadań autora, przynajmniej tych które czytałem. Co nie zmienia faktu że i tak zjada pierdylion horrorów jakie w życiu czytałem.
(Virgin Books 2009)


Thomas Ligotti "Spisek przeciwko ludzkiej rasie"

W końcu jest, polskie tłumaczenie jednej z najbardziej znanych książek Ligottiego. Elegancko i schludnie wydany przez Okulturę, w szacie graficznej analogicznej do ich Teatro Grottesco. Można obie książki postawić na półce obok siebie i prezentują się niezwykle ładnie. Spisek to sążnisty esej filozoficzny podsumowujący światopogląd autora i prezentujący go światu (ba, rzucony przez autora światu prosto w świński ryj). Warto przeczytać przed sięgnięciem po opowiadania Ligottiego, gdyż wiele konceptów autora eksploatowanych przez niego w jego twórczości literackiej jest tu uporządkowanych. Mamy okazję prześledzić, skąd się wzięły - co ciekawe, wzięły się na bazie przykładów albo z otaczającego nas świata, albo z licznych i obszernie cytowanych przez autora tekstów filozoficznych bądź około filozoficznych. Autor nie ogranicza się jednak tylko do filozofów - powołuje się też np. na neurobiologię, również podając przypisy.
Jedno trzeba przyznać Ligottiemu - w swojej jednoosobowej krucjacie przeciwko rozumnemu życiu jest konsekwentny. Z cynicznym humorem i ogromną erudycją (przy okazji trzeba nadmienić koniecznie że Mateusz Kopacz po raz kolejny pokazał kunszt tłumacza) obraca swoje pióro przeciwko wszystkim wspólnotom wyobrażonym i rozpaczliwie pragnącym skryć drzemiącą za nimi pustkę abstrakcyjnym pojęciom. Koszmar egzystencji kryje się w naszej jaźni - nawet nie w świadomości własnej jednostkowości, co świadomości bycia rozumną istotą, myślącą abstrakcyjnie i zderzającą się z bezbrzeżną grozą bezcelowej egzystencji. Ligotti wyżywa się na wszystkich bogach, honorach i ojczyznach, obrywa od niego każda większa religia, w tym najbliższy autorowi buddyzm. Autor gani za niekonsekwencję zbyt mało nihilistycznych pisarzy i myślicieli, którzy trwali jeszcze w jakiś ułudach, próbowali maskować grozę świata, zachować jakiekolwiek punkty odniesienia. Autor w swojej bezkompromisowości nie szuka żadnych (nie)możliwych namiastek dróg ucieczki przed koszmarem egzystencji. Pozostawia czytelnika pośród gruzowiska, które przed sięgnięciem po tę książkę było światem wartości tegoż czytelnika. Jadowitość poglądów Ligottiego ma zniewalający urok. Przypadkowy czytelnik, zwłaszcza nie zgłębiający tajemnic bytu, jeśli przebrnie przez lekturę, zostanie zgnębiony i rozbity.
Pojawiają się pierwsze opinie na tej książki - część z nich jest całkiem rozczulająca. To dość niezwykłe, ale nawet wśród ludzi którzy świadomie sięgnęli po tę książkę, pojawiły się opinie, że jest przytłaczająca. Autor nie powiedział niczego, do czego na przestrzeni lat sam bym nie doszedł, na kilku płaszczyznach poszedł kawałek dalej i w innym kierunku, ale w końcu wszystkie drogi zbiegają się w tym samym nigdzie. Lubię takie filozofowanie młotem, zapalczywość argumentacji, zimną pasję.
Oczywiście, wobec tak radykalnej myśli można wytoczyć ciężką artylerię kontrargumentów. Najpoważniejszy z nich - można przyjąć, że uznanie bezsensowności istnienia jest ucieczką przed skomplikowaniem otaczającego nas świata i nieprzejrzystości rządzących nim prawideł. Łatwiej wycofać się z życia i okopać na pozycji własnego radykalizmu, niż próbować, jak to mawiają hurraoptymistyczni trenerzy rozwoju osobistego i znajomi nigdy nie borykający się z mniej lub bardziej uciążliwymi zaburzeniami - wziąć się w garść. Bogata lista problemów zdrowotnych (zarówno psychicznych jak i fizycznych) autora, których on sam zresztą nie ukrywa, zdawałaby się świadczyć na korzyść takiej pseudo-terapeutycznej interpretacji. Jest to jednak samonapędzający się mechanizm - jeśli w pewnym momencie poddasz dekonstrukcji wszystko w co wierzyłeś, poddasz w wątpliwość wszystko co było dla Ciebie jakimkolwiek oparciem - to dotarcie do tego mrocznego objawienia tylko pogorszy Twój stan. Autor zdaje się przewidywać z której strony nadejdą ataki na jego myśl, czy też raczej zrobioną przez niego kompilację myśli pesymistycznej/nihilistycznej okraszoną własnymi doświadczeniami i zaprezentowaną z subiektywnej perspektywy - najprostszy argument przeciwko sprzeciwiającym się jest paradoksalnie najtrudniejszy do obalenia: zostaliśmy uwarunkowani w kulcie życia (możemy w tym miejscu ujednolicić kult życia po śmierci jak i przeciwny mu radosny hedonizm tu i teraz), więc jest oczywiste że cokolwiek uderzającego w nasze uwarunkowania - jeśli przyjmujemy je bezrefleksyjnie z całym bogactwem inwentarza - powoduje agresję i reakcję radykalnego sprzeciwu wobec aktu wrażego ikonoklazmu. Mechanizm stary jak ludzkość.
W kilku miejscach myśl autora tchnie zbytnim nieznoszeniem sprzeciwu, dążeniem do obiektywności. Także w miejscach dyskusyjnych. Polemizowałbym np. z kwestią czy zwierzęta mają czy nie mają świadomości. Liczne dowody świadczą raczej o tym, że jakąś mają (np. przypadki małp nauczonych języka migowego i porozumiewających się z ludźmi za jego pomocą - czyż nie świadczy to o posiadaniu umiejętności abstrakcyjnego myślenia choćby w minimalnym zakresie - jedna z nich nawet nauczyła sama z siebie tegoż języka swoje młode).
W gruncie rzeczy jestem jednym z tych nieprawdziwych nihilistów, miłośników nietzscheańskiego sado-maso (określenie autora, cytat niedokładny), sekciarzy interpretujących myśl Fryderyka tak a nie inaczej i nie znoszących innych interpretacji. Pustka nie jest dla mnie aż tak przerażająca. Świadomość istnienia jest czasem trudna do udźwignięcia czasem, jasne, może nawet zazwyczaj, jak codziennie zdajesz sobie sprawę, że nie wierzysz w nic, żadne obrządki państwowo-religijne ani imprezy rodzinne i tradycyjne cię nie obchodzą, pojawiłeś się na świecie przez jakiś kosmiczny przypadek i wystarczyłoby gdybyś w dzieciństwie dostał zestaw Lego o jakim zawsze marzyłeś by teraz być diametralnie innym człowiekiem, ale tak naprawdę świadomość tego, czym jesteśmy (mięso splątane nie dającym się rozwiązać kłączowatym węzłem gordyjskim Kultury i Natury), jest wyzwalająca. Poza tym nasza samoświadomość "włącza się" nie zawsze - mnóstwo czynności wykonujemy automatycznie - ile razy nie pamiętamy, czy zamknęliśmy mieszkanie wychodząc rano do pracy? A to tylko najbardziej oczywisty przykład, jeden z wielu. Zresztą, samoświadomość to nie tylko świadomość tego, że - upraszając sprawę - wszystko chuj - ale też świadomość tego, że jesteśmy świadomi tego, że wszystko chuj. I tu już budować pomniki trwalsze od spiżu, w zaciszu własnej egzystencji, rozkosznie uwarunkowanej na tysiąc i jeden sposób.


H. P. Lovecraft "Grzyby z Yuggoth i inne poematy niesamowite"

Ostatnimi czasy pojawił się ciekawy trend - za wydawanie autorów powszechnie kojarzonych z horrorem/weird wzięły się wydawnictwa kojarzone z (różnie pojętym) okultyzmem. Najpierw Okultura przekonała się do Ligottiego, a teraz LAShTAL PRESS (pisownia oryginalna) wypuściło zbiorek poezji Lovecrafta.
Wygląda na to, że jak na razie jest to najbardziej user - czy też raczej - profan friendly pozycja tego wydawnictwa, które wypuszcza przede wszystkim pisma thelemiczne i okołothelemiczne, dostępne raczej w niewielkim nakładzie i przeznaczone dla dość - pun intended - hermetycznego grona odbiorców.
Tak naprawdę zupełnie się nie znam na poezji, mimo tego że lubię czasem poczytać zarówno młodopolaków, niemieckich idealistów, francuskich romantyków jak i modernistów krakowskich, futurystów i liczny inny element rozkładowy, ale mam problem żeby faktycznie ocenić wartość danego utworu. Albo "to coś" czuje, coś szarpie jakieś struny gdzieś we mnie, albo nie. Czasem podoba mi się zupełny szajs, a rzeczy przed którymi znający się na rzeczy klękają zupełnie mnie nie ruszają. Sonety i poematy Lovecrafta w tłumaczeniu Krzysztofa Azarewicza są naprawdę bardzo ładne - i, cholera, w sumie to wszystko co mogę o tym zbiorku powiedzieć. Do tego zbiorek jest fantastycznie wydany - złocone brzegi, wstążeczka, obwoluta, itd. Dla fanów Samotnika z Providence pozycja obowiązkowa do nabycia, jak nie jako wartościowy zbiór poezji, to przynajmniej jako ozdoba półki.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Upływający czas #53

Joseph Conrad Opowieści niepokojące oraz Młodość

czwarty i szósty tom dzieł zebranych. Przeczytane jakiś czas temu, jako że to zbiory opowiadań, zlały mi się w jedno.
Dobra literatura ma to do siebie, że niezależnie od tego, czy się zestarzała, a jeśli się zestarzała, to w jakim stopniu, i niezależnie od narracji w obrębie której porusza się autor, pozostaje dobrą literaturą. Jesteśmy w stanie wskazać taką literaturę palcem i powiedzieć hej, to jest dobra literatura, mimo tego, że czytając czasem zgrzytnie się zębami, ale trudno, takie były czasy. Joseph Conrad zazwyczaj mieści się w tak rozumianym przedziale dobrej literatury, przynajmniej jak dla mnie.
Pisanie o przeczytanych książkach po upływie około miesiąca po ich przeczytaniu pozwala na łatwe zweryfikowanie, ile z treści czytelnik właściwie zapamiętał. O ile z Młodości zapamiętałem wszystkie trzy opowiadania, to z Opowieści tylko dwa z pięciu.
I tak, Karain - wspomnienie to opowieść to plemiennym wodzu małej wyspy leżącej gdzieś hen, daleko; gdzieś tak daleko w czasie i w przestrzeni, że, z naszego punktu widzenia, niemalże w jakiejś odległej Nibylandii. Bohater tytułowy zmaga się z demonami przeszłości, zwłaszcza z jednym, z którym związana jest heroiczna opowieść o miłości, zdradzie i poświęceniu. Gdy umiera jego stary mentor-szaman, cywilizacja białego człowieka (o dziwo) przydaje się do czegokolwiek. Bardzo dobry tekst, dający do myślenia, opowieść o sile wiary.
Placówka postępu - dowód na to, że Conrad mimo wszystko nie hołubił bezmyślnie mocarstw kolonialnych, lecz potrafił im dopieprzyć bardzo efektownie, wyśmiewając zdegenerowaną biurokrację, poszukiwaczy przygód z nudów i przypadkowych, zgnuśniałych snobów nie rozumiejących realiów, w których się znaleźli. Tytuł oczywiście jest ironią, gorzką ironią. Podejrzewam, że Conradowi zapewne chodziło o coś innego - o to, że kolonizatorzy faktycznie powinni ten postęp szerzyć, zamiast na pierwszą linię frontu walki z Białymi Plamami Na Mapie wysyłać miernoty i karierowiczów, nie zmienia to jednak faktu, że gorzki morał wypływający z treści można różnie interpretować.
Idioci, Powrót, Laguna - bijcie zabijcie, nie pamiętam. A nie chcę za tym guglać (pewnie są np. na Wolnych Lekturach). Nie pamiętam - to znaczy, że nie było tam nic, co by na dłużej zapadło w pamięć.
Młodość zaś to przede wszystkim Jądro ciemności. Tekst kultowy, w pamięć zbiorową zapadł na tyle mocno, że zapłodnił popkulturę, ze słynnym Czasem apokalipsy na czele. Miałem okazję czytać go w lepszych tłumaczeniach. Z przykrością muszę stwierdzić, że któreś nowsze było dużo bardziej przejmujące, dużo lepiej oddziałujące na wyobraźnię i emocje czytelnika. Mamy tu niejako apoteozę kolonializmu, będącą jednocześnie krytyką chciwości białego człowieka i rozliczeniem z pięknymi deklaracjami skonfrontowanymi z rzeczywistością. Jest duszno, niepokojąco, Nieznane ma twarze członków obcych plemion, dzikich i okrutnych. Morał można zuniwersalizować - poniekąd każdy nosi w sobie swoje własne jądro ciemności, lub przynajmniej jego zalążek/drogę do niego.
Tytułowa Młodość otwierająca Młodość ma zupełnie inny wydźwięk - groteskowy. Absurdalna historyjka opowiada o pierwszym, katastrofalnym rejsie narratora, wspominającego dawne dzieje po latach, przy okazji kolejnego z niezliczonych rejsów.
U kresu sił to przejmująca, ba, całkiem wzruszająca historia o poświęceniu i miłości rodzicielskiej. Także o tym, jak samo życie potrafi zweryfikować plany i wpłynąć na marzenia. Przy okazji jest festiwal narzekania, że kiedyś to oceany były dziewicze, nie liczył się hajs, przyziemne interesiki, tylko przygoda, duma, odwaga, poświęcenie, itd., no wiecie, Wielkie Wartości (i gdzieś tam z tyłu np. kość słoniowa, ale to tylko przypadkiem).

Tanabe Gou Ogar i inne opowiadania (adaptacja opowiadań H.P.Lovecrafta)

Czy da się rysunkami oddać to, co Lovecraft oddał słowami? Po zapoznaniu się z mangą Gou da się odpowiedzieć twierdząco na to pytanie. Opisów rzecz jasna nie ma, zamiast tego mamy charakterystyczną dla lovecraftianskeigo weird fiction rekwizytornię, nawet jeśli przeniesioną w inne realia (otwierająca tomik Świątynia została przeniesiona w czasy IIWŚ, czego chyba tłumacz/wydawca nie zauważył; albo i sam autor uznał, że to w sumie nieistotne, nie mam porównania z oryginałem). Posępne lasy, ciemne zaułki, zapuszczone cmentarze, ruiny pradawnej, nieludzkiej cywilizacji... wszystko dość szczegółowe (poza sylwetkami - żyjących - postaci), dobra gra światła i cienia. W gruncie rzeczy można artyście wypomnieć jedno - siła oddziaływania tekstów Lovecrafta polegała i polega m.in. na tym, że nie wszystko było ukazane wprost. Że największe koszmary były w domyśle. Tu są ukazane wprost, nawet jeśli bez zbytniej szczegółowości. Przez co zarówno Ogar jak i Zapomniane miasto tracą od pewnego momentu wiele ze znanego też z oryginalnych opowiadań nastroju narastającego zagrożenia, stopniowo budowanego przez autora.
Nie jest to najlepsza manga jaką czytałem, nawet w kategorii horroru/weird, ale jak ktoś musi zapoznać się z czymkolwiek co chociaż leżało obok Lovecrafta (jak ja) bo inaczej się udusi, to ten ktoś powinien poczuć się całkiem usatysfakcjonowany.

Jeff VanderMeer Miasto szaleńców i świętych

Opasłe tomiszcze o którym bardzo trudno wyrobić sobie opinię - bo jest bardzo niespójne. Nie tylko pod względem swobodnego folgowania sobie zasadą decorum (w sumie spoko, przynajmniej od Szekspira jej truchło gnije), teksty humorystyczne, parodystyczne wręcz graniczą z mrocznymi wrzutami o sensie istnienia, życiu, itd., ale też pod względem formy. Mamy bowiem do czynienia nie ze zbiorem opowiadań, lecz zbiorem rozmaitych materiałów dotyczących miasta Ambergris. Nie są w tej cegle zawarte zwyczajne opowiadania, lecz też materiały naukowe, propagandowe, historyczne, kulturoznawcze (powiedzmy) ucharakteryzowane na autentyczne teksty rozmaitych autorów związanych z miastem. Do tego stopnia, że rozmaite teksty są wydrukowane inną czcionką, z ambergrisiańskimi stopkami, autor naśladował różne style (co tłumaczowi udało się nieźle). Mamy też zejście na poziom meta - pojawia się zapis przesłuchania z ambergrisiańskiego psychiatryka, gdzie trafia sam VanderMeer (aczkolwiek anonimowo) (jak się, cholera, właściwie pisze jego nazwisko). W przypadku opisów eksponatów muzealnych mamy nawet prawdziwe zdjęcia przedmiotów ucharakteryzowanych na ambergisiańskie/związane z historią miasta.
Pomysł - przedni. W sumie jest to jedno z bardziej rozpoznawalnych dzieł New Weird. Wykonanie - brawo za pomysł. Wizja świata ujmuje swoim rozmachem i skomplikowaniem, pomieszaniem weird z absurdem, z dodatkiem steampunka, zwykłego horroru, anty/utopii, itd. A mimo wszystko zabrakło mi tutaj jakiegoś nieuchwytnego, niesprecyzowanego czegoś, co pozwoliłoby mi spojrzeć na to w innej kategorii niż zbiór przypadkowych elementów spojonych wspólnym światem przedstawionym. Przez niektóre fragmenty, jak bibliografia fikcyjnej pracy Król Kałamarnic przebijałem się na siłę, byleby mieć je już za sobą. Vandermeer pisał lepsze i bardziej dające do myślenia rzeczy (chociażby trylogię Southern Reach by nie szukać za daleko), inni pisarze z tej samej szuflady też dają radę (Melville!), zaś to jest bardziej dla... no właśnie. Dla kogo właściwie?

Zdzisław Beksiński Opowiadania

Przeglądając recenzje w internetach wygląda na to, że jestem chyba jednym z niewielu odbiorców sztuki Beksińskiego, którzy jego próby literacki stawiają równie wysoko jak malarstwo i grafikę.
Jeśli zawsze chcieliście wiedzieć, jak architekt pisałby mroczne, zagmatwane, przypominające senny koszmar lub bad tripa, zapętlone opowiadania, często porzucone w trakcie tworzenia, rozpostarte tylko w ogólnych zarysach na sztywnych stelażach, to sięgnijcie koniecznie po tę pozycję.
Autor roztoczył przed czytelnikiem wizje absolutnie nieludzkie, obce, zimne; z precyzją socjopaty rzucał w czytelnika zapętlonymi, powtarzającymi się schematami wydarzeń, za każdym kolejnym obrotem wzbogaconych o dodatkowe szczegóły - paradoksalnie zaciemniające obraz, niż wyjaśniające cokolwiek.
Mamy tu zgrozę metafizyczną. Chłód bije z gwiazd, z ziemi, z panoptycznych konstrukcji istniejących lub nie, z każdej jednej sytuacji w które niczym pionki na szachownicy autor wrzucił swoich bohaterów. Od pozornie nieistotnych szczegółów potrafił przechodzić do wielowątkowych obrazów, za każdym razem rozpaczając, że pełne poznanie, dotarcie do istoty rzeczy, zrozumienie całego kontekstu tego, co się dziwi jest niemożliwe. W tych opowiadaniach nic nie jest takie, jakim wydaje się na początku. Mamy tu wykorzystanie dość często manifestujących się wśród tego typu prozy rekwizytów (manekiny, marionetki; odbicia lustrzane zaciemniające obraz odbijany, lub wręcz istniejące zamiast czy też poza nim jako takim; wynaturzona, odrealniona, labiryntowa przestrzeń; wątki świata jako gry, bycia odgrywanym, bycia ściśle kontrolowanym przez siły wymykające się zrozumieniu), jak i bardziej autorskie pomysły, wprowadzenie istoty bezsensu, beznadziei, bezformia do uporządkowanej, rozgrywającej się już sceny, której znaczenie zdaje się być nie tylko poza możliwością zrozumienia narratora, lecz czytelnika tym bardziej - pozostają tylko interpretacje.
Autor dał też swój upust niechęci do stechnicyzowanego świata, gadżetów zapośredniczających osobowe doświadczenie, porządkujących ludzkie życie, przenoszących na czas wolny nawyki stadne zaczerpnięte z czasu pracy. Mamy też wyśmianie patriotyczno-militarystycznej propagandy, kilka bardzo gorzkich tekstów w których powątpiewa sens umierania za jakiegoś buca w mundurze pod jakąś flagą.
Niezależnie od surowości zaprezentowanych tekstów, od tego, że są momentami bardzo trudne w odbiorze (raczej nie poczytacie jadąc tramwajem, tu trzeba skupić całą możliwą do skupienia w chwili czytania uwagę na czytanej treści), od tego, że często są to fragmenty, odpryski większej całości która nigdy nie powstała, jest to jak dla mnie ścisła czołówka nihilistycznej grozy, zapisu rozczarowania rzeczywistością jako taką, literackich obrazów strachu przed niemożnością dotarcia do istoty rzeczy, sensu kryjącego się za obrazami, za słowem (i zarazem fascynacji tą niemożnością). To nie jest fantastyka, to metafizyczny (i trochę epistemologiczny zarazem) horror.

czwartek, 19 listopada 2015

Upływający czas #52 (narzekanie na wszystko)

Narzekanie na decyzję World Fantasy Convention

Zazwyczaj tak jest, że ktoś chce dobrze, a wychodzi jak zwykle. Niepotrzebna awantura ze statuetkami World Fantasty Awards jest idealnym przykładem ilustrującym tezę.

Dla przypomnienia, chodziło o to, że ktoś przypomniał sobie, iż Lovecraftowi zdarzało się pisać dosyć toporne i obrzydliwe teksty o ludności czarnoskórej, nie anglosaskich imigrantach, itp. Uznano więc, że popiersie przedstawiającego wrażego rasistę (nawet jeśli był to wraży rasista przedstawiony w stylu jednego spośród jego okropieństw) nie powinno być przyznawane jako nagroda, szczególnie że poszczególni uhonorowani pisarze of colour zaczęli zgłaszać zastrzeżenia.

Sytuacja jest o tyle skomplikowana, że Lovecraft faktycznie był rasistą, nawet jeśli pod koniec życia złagodził swoje poglądy i przestał odwoływać się do nich we własnej twórczości. Ktoś bardzo wyczulony mógłby zasugerować, że lęk Samotnika z Providence przed biologiczną degradacją i cywilizacyjnym kolapsem miał podłoże rasistowskie, trzeba jednak mieć na uwadze szerszy kontekst - czasy w których autor żył, zajmowane przez niego miejsce na drabinie społecznej, poglądy które tam i wtedy były uznawane za zwyczajne. Zastane uwarunkowania nie są czymś, nad czym większość ludzi się zastanawia, szczególnie jeśli cały ich świat wygląda jak wygląda. Lovecraft był mądrym gościem, więc świat mu się trochę rozszerzył na przestrzeni lat. Raczej o tym należałoby pamiętać, niż o tym, że zdarzało mu się pisać bzdury w ciągu pierwszych lat pisarskiej aktywności.
Gdybyśmy chcieli prześwietlić wszystkich uznanych klasyków dowolnego poletka literatury czy sztuki jako takiej pod kątem zgodności ich poglądów z partykularnymi prawdami/pojęciami uznanymi za takowe prawdy tu i teraz, zostalibyśmy z niczym, z absolutnie poszatkowaną kulturą czy filozofią. To przykre, że sami autorzy jak i krytycy literaccy nie potrafią odróżnić twórczość od tworzącego (a i samą twórczość powstającą nie raz na przestrzeni wielu lat traktują jako monolit), i że pozwalają na krzywdzące spłycanie twórczości Lovecrafta do prymitywnego rasizmu, piętnują go za to, że myślał tak jak ogół społeczeństwa w jego czasach. Siła uwarunkowań której podlega każdy jest ogromna. Lovecraft nawet jako ateista i socjalista (tak się określił pod koniec życia, po przejściu przez okres strachu przed klasami społecznymi usytuowanymi niżej niż jego własna pozycja) pielęgnował sposób bycia statecznego, nowoangielskiego dżentelmena. Protestancki sposób myślenia o wspólnocie lokalnej pozostał w nim do końca, wiele razy w jego opowiadaniach przewija się motyw odludków i pustelników, odseparowanych osiedli lub pojedynczych domów zamieszkanych przez ludzi nie integrujących się z lokalną, porządną społecznością.
W obronie Lovecrafta stanął chyba główny obecnie popularyzator jego twórczości i jego biograf, Hindus Sunand Tryambak Joshi (znany lepiej po prostu jako S. T. Joshi). Joshi zawsze argumentował, że dla Lovecrafta głównym koszmarem był koszmar kosmicznej otchłani, obojętnego, obcego człowiekowi kosmosu, przekraczającego ludzką zdolność poznania. Cała reszta to elementy poboczne i wtórne wobec tej jednej myśli, powracającej w wielu formach, kształtach i aspektach. Joshi zareagował żywiołowo, jak napisał na swoim blogu, zwrócił swoje statuetki World Fantasty Award i wyraził nadzieję, że nigdy nie będzie do nagrody nominowany. Streszczenie poglądów Joshiego nt. Lovecrafta można znaleźć np. w tym wywiadzie, całkiem świeżym.
Wśród krytyków decyzji WFC jest też Caitlin R. Kiernan, inspirująca się Lovecraftem pisarka o mało prawicowych przekonaniach (sama o sobie na swoim koncie na Twitterze pisze humanist & atheist, liberal [w sensie amerykańskim], lesbian, environmentalist), autorka m. in. wydanej także i w Polsce Tonącej dziewczyny.

Swoją drogą, mimo moich znacznie bliższych lewicy niż dowolnie pojętej prawicy przekonań, sam bardzo lubię myśl takich filozofów jak Heidegger (swego czasu członek NSDAP), Nietzsche (jedna spośród nieskończenie wielu interpretacji jego myśli zainspirowała w jakiejś mierze nazizm), Oswald Spengler (w Zmierzchu Zachodu zawarł kilka bardzo interesujących koncepcji, niejako przywrócił światu koncepcję czasu kołowego, a tytułową myśl zawartą w książce można interpretować rozmaicie - również w zupełnie przeciwny autorowi sposób), czy Ernst Jünger, fascynująca postać, myśliciel zawsze kroczący własną drogą, autor m.in. szalenie inspirującej w kategoriach ogólnożyciowych książki Eumeswil, autor nadal z grubsza aktualnych rozważań o istocie techniki i jej wpływie na rolę i funkcjonowanie państwa. Bardzo lubię twórczość autorów takich jak momentami faktycznie już zramolały Joseph Conrad, w przypadku którego raz na jakiś czas zdarza mi się zazgrzytać zębami gdy pisze coś o ludożerstwie autochtonów takich czy innych lub inne pierdoły charakterystyczne dla dyskursu kolonialnego, czy jak np. Hanns Heinz Ewers, który oprócz opowiadań i powieści weird fiction ma na swoim koncie np. m.in. hagiografię wczesnego nazistowskiego męczennika Horsta Wessela (podobnie jak Jünger, tyle że z innych powodów, niedługo potem poróżnił się z nazistami i wylądował na cenzurowanym).


Narzekanie na wynik wyborów

OK, są plusy - pewien dziad w muszce wylądował pod progiem, a konglomerat Kukiz '15 to zjawisko sezonowe, taki prawicowy odpowiednik Twojego Ruchu (aż przykro się robi, że całkiem porządni ludzie jak Kornel Morawiecki marnują się w tym czymś). SLD także wylądowało pod progiem - niechże te konserwatywne sieroty po PRL-owskim aparacie biurokratycznym, wrzód na scenie politycznej, fani podatku liniowego, ludzie odpowiedzialni za amerykańskie obozy koncentracyjne w Polsce, ratyfikację konkordatu, eksmisje na bruk w końcu poniosą raz a dobrze polityczną śmierć. Szkoda trochę ich przybudówek - najbardziej PPSu - ale i tak nikt od nich by się nie dostał. Nie płaczę też po Zielonych - sam jestem co prawda w dużej części zielony, ale z drugiej strony nie mam nic przeciwko energii atomowej, GMO jako takiemu czy innym przejawom rozwoju technologicznego - ingerencja w genom człowieka też jest spoko jak dla mnie, do tworzenia na poziomie komórkowym hybryd ludzko-zwierzęcych również nic nie mam; oczywiście jestem za in vitro, aborcją, eutanazją i cyborgizacją człowieka. Zawsze niepokoili mnie też antyszczepionkowi wariaci orbitujący wokół Zielonych (kilkoro takich psycholi było też u Kukiza).
Razem załapało się na subwencję. Nie spieprzcie tego. Nawet dobrze, że nie weszli do sejmu już w tym roku - bez doświadczenia parlamentarnego bardzo szybko zdegenerowaliby się w nieznanym środowisku. A tak to jest trochę czasu na edukację i przygotowanie odpowiednich kadr. Pojawiające się głosy, że głosy na Razem odebrały głosy ZLewowi upraszczają sprawę - wbrew pozorom elektoraty tych partii nie pokrywają się. Ja sam w życiu nie zagłosowałbym na cokolwiek z SLD w składzie, takich jak ja było bardzo wielu. Widziałem w mediach społecznościowych narzekanie wyborców i członków ZLewu, że Razem to plugawe lewactwo, więc wśród tego elektoratu popularność nowo powstałej partii raczej jest niewielka. W Polsce mamy skrajnie złe warunki do rozwoju jakiejkolwiek lewicy - w dyskursie pojawiają się hasła jeszcze kilka lat temu uznawane wprost za neonazistowskie - tym bardziej więc cieszy szansa na rozwój normalnej lewicy (która w jakimkolwiek normalnym kraju byłaby ciut na lewo od centrum - u nas jest powszechnie utożsamiana ze stalinizmem, GUłagami, strzałami w tył głowy, sadzeniem brzóz pod Smoleńskiem; przy okazji okazało się również, że mało kto ogarnia jak działa progresja podatkowa).
Sejm poprzedniej kadencji był zdominowany przez złodziei - sejm tej kadencji jest zdominowany przez ludzi sfrustrowanych, znerwicowanych, mających rozmaite problemy ze sobą i światem. To przykre, że złodzieje pilnują psycholi, by się nie rozzuchwalili, a psychole pilnują złodziei, by nie nakradli za dużo - cóż, jaki kraj, takie checks and balances.
Dlaczego obecny rząd to katastrofa - zapisano już wystarczająco wiele stron na ten temat, każdy kolejny dzień dostarcza nowych przykładów, nie chcę się powtarzać ani niepotrzebnie denerwować czymś, na co nie mam wpływu. Od przyszłości staram się oczekiwać jedynie immanentyzacji eschatonu i tysiącletniego królestwa Antychrysta na ziemi.


Narzekanie tak po prostu, na świat, religię i politykę

W gruncie rzeczy do moich około-lewicowych przekonań dotarłem na przestrzeni lat z zupełnie innego kierunku, na zasadzie postępującej negacji tego wszystkiego co wcześniej uważałem za słuszne. Zawsze rozwijałem swoje poglądy w oderwaniu od konkretnych środowisk reprezentujących zbliżone punkty widzenia, nigdy nie potrafiłem odnaleźć się w dowolnej grupie okopanej na danym stanowisku. Nic tak nie ogranicza jak przynależność gdzieś i konieczność podzielania (przynajmniej werbalnego) ogółu poglądów za jakimi opowiada się grupa jako taka. Przynależność gdziekolwiek bywa o tyle inspirująca, że posiadanie własnych poglądów to ciągle trwający proces, rozwijający się w zależności od naszych reakcji na poglądy innych. Nie ma jednej prawdy, wszytko podlega ciągłej falsyfikacji, a wszystkie nienaruszalne wartości to martwe pojęcia, poddawane ciągłemu redefiniowaniu na przestrzeni lat. Jedyne co jest ponadczasowe i niezmienne, to głupota.
Pod tymi wszystkimi Bogami, Honorami, Ojczyznami czai się tylko rozpaczliwy strach przed nieprzyjaznym światem, maskowany za pomocą tych pojęć. Jest to tylko i wyłącznie próba nadania sensu ogólnej beznadziei, ukonstytuowania samego siebie w pewnych szerszych ramach, podniesienie się na duchu i uratowanie resztek własnej wartości. Dla mnie jest to coś zupełnie niepotrzebne i szkodliwe. Stoję na stanowisku że znacznie lepiej sprawdziłoby się masowe odrzucenie tych złudzeń i spojrzenie w otchłań czającą się w głębi każdego abstrakcyjnego pojęcia i wyobrażonej wspólnoty. Jestem za odrzuceniem wszelkich religii i podziałów kulturowych, bo i tak kiedyś wszyscy umrzemy a za kolejne 100 lat nikt nie będzie o nas pamiętał, nie ma po co się rozdrabniać na coś, co wobec nas jest zewnętrzne. Narody rodzą się i umierają, świat zawsze był tyglem ras, religii, kultur, wczorajsze imperia pojutrze zostaną wymazane przez czas z ludzkiej pamięci, wczorajsi bogowie pojutrze stają się zakurzonymi eksponatami muzealnymi a groza egzystencji uwolnionej spod bagażu uwarunkowań, gdy nie się jej jak zracjonalizować lub zakryć czymś, zawsze pozostaje taka sama dla każdego, niezależnie od rasy, religii, przynależności do kręgu kulturowego.

Z drugiej strony mam dystans też do lewicy jako takiej - moje poparcie dla Razem nie oznacza, że z wszystkim co reprezentują się zgadzam, po prostu uważam, że dobrze by było, żeby równowaga w dyskursie została przywrócona, żeby chociaż nieco zwolnić na kursie kolizyjnym, a oni na chwilę obecną nadają się do tego najlepiej i mają największe szanse na rozwinięcie się.
Niezależnie od tego, że bardzo sobie cenię Marksa (Zandberg z Razem miał spoko koszulkę kiedyś), a i u Trockiego w Zdradzonej rewolucji padło wiele celnych spostrzeżeń (np. to nie polska prawica jako pierwsza przewidziała, że warstwa biurokratyczna zarządzająca środkami produkcji stanie się po upadku niewydolnego systemu nowymi kapitalistami), podobnie jak u zachodnich kontynuatorów nurtu, najbardziej moje poglądy opisuje obecnie fragment z Thomasa Ligottiego, z niedostępnego już w internecie wywiadu, w którym stwierdził on: These days I don’t mind being called a nihilist, because what people usually mean by this word is someone who is anti-life, and that definition fits me just fine, at least in principle. In practical terms, I have all  kinds of values that are not in accord with nihilism. For example, I politically self-identify as a socialist. I want everyone to be as comfortable as they can be while they’re waiting to die. Unfortunately, the major part of Western civilization consists of capitalists, whom I regard as unadulterated savages. As long as we have to live in this world, what could be more sensible than to want yourself and others to suffer as little as possible? This will never happen because too many people are unadulterated savages. They’re brutal and inhuman. To, że taki wywiad miał miejsce, można sprawdzić tutaj. Jakby ktoś chciał całość, służę zachowaną w .doc zawartością.
W gruncie rzeczy nie zgadzam się z przyjętymi przez niego definicjami - sam określam się jako nihilista, ale dla mnie jest to stanowisko normatywne uznające brak treści za pustymi pojęciami/obrazami (skrzyżujcie Stirnera z Baudrillardem), niemożność pełnego poznania przy jednoczesnym dążeniu do niego, materializm, relatywizm sprowadzający się nie tyle do uznania wszystkich kultur, religii, zwyczajów, itd., za równe i równie fajne, lecz sprowadzający się do uznania wszystkich religii, zwyczajów, tradycji, dorobków kulturowych takich czy innych kręgów za zupełny bezsens, niepotrzebny balans obarczony setką i jednym tabu, tworzący napięcia między kulturą a naturą, umiejscawiający nas określonym w kontekście historycznym, kulturowym, itd. gdy tymczasem każdy taki kontekst jest równie istotny co kręgi rozchodzące się po powierzchni zamulonej kałuży. Subiektywizm prowadzi do indywidualizmu, ale zakładając, że jednostkowość jest urojeniem, bo pod uwarunkowaniami nie ma w nas niczego poza chaosem nieświadomości i mniej lub bardziej wypartymi instynktami, nie ma w nas żadnych treści pochodzących autorsko od nas samych, ani jednej naszej własnej myśli (wliczając w to słowa, które właśnie piszę) to jedynym rozwiązaniem jest kolektywizm ukierunkowany na tworzenie nowych uwarunkowań, nowych relacji społecznych wywołujących określone reakcje we wchodzących w jego skład indywiduach. A skąd indywidua mają dojść do subiektywnych objawień otchłani tkwiącej w samej istocie naszego świata? Cóż, to świetne pytanie. Niezależnie od tego, jaka jest odpowiedź na nie (doświadczenia transgresywne, odpowiednia edukacja, zbiorowy trans, zaburzenia psychiczne i emocjonalne, obozy reedukacyjne, itd.), z całą pewnością mogę stwierdzić, że absolutną katastrofą jest masowe utożsamienie kłącza uwarunkowań ze swoją własną istotą.
A i życie to ja w sumie lubię. Czasem to trochę masochistyczna przyjemność, ale skoro już jestem tu i teraz, to chcę mieć z niego co mogę. Być może po lekturze Spisku przeciwko ludzkiej rasie zniuansuje to podejście. Antyludzki pesymizm jest jednak mi obcy. To pesymizm ezoteryczny, mój jest egzoteryczny. Powolne, heroiczne stawanie się rozczarowanym, zgorzkniałym cynikiem jest fascynującym doświadczeniem.


Tzw. Państwo Islamskie dzięki ostatnim zamachom terrorystycznym w Paryżu zrealizowało swój cel - w zadupiastych państewkach półperyferyjnych, rynkach zbytu dla wielkich korporacji i zagłębiach taniej siły roboczej, praktycznie pozbawionych własnej nauki i w pełni podporządkowanych swojej roli w ramach współczesnej formy systemu kapitalistycznego (np. w Polsce) gwałtownie wzrosły nastroje antyimigranckie (może nawet nie tyle wzrosły, co utrwaliły się) - przez co wspólne rozwiązanie problemu na szczeblu europejskim najprawdopodobniej nie będzie już możliwe (załóżmy optymistycznie, że wcześniej mimo wszystko byłoby, a w każdym razie byłoby bardziej prawdopodobne). Niezależnie od tego, czy ostatecznie przyjmiemy uchodźców, czy nie (zresztą, w tym naszym siermiężnym bogoojczyźnianym call-center-syfie i tak mało który uchodźca chciałby zostać, a i całkiem sporo tubylców już wyjechało lub ma wyjazd w planach; czasem sam się nad tym zastanawiam, ale wszędzie gdzie wydaje mi się że jest spoko jest cholernie duża Polonia), czy cała Europa wzmocni wewnętrzne granice, i tak jak zawsze najbardziej dostaną po dupach zwykli, szarzy ludzie. Jakakolwiek decyzja w sprawie nie zostałaby podjęta, jak zwykle najbardziej odczują jej skutki niewinni. Poza tym jest zupełnie oczywiste, że zamachowcy idący na zmarnowanie i na rozpirz brali ze sobą swoje paszporty, które dziwnym trafem przetrwały cały ten rozpirz nienaruszone. Jak w ogóle można w to wątpić.

Tymczasem mamy naszych własnych fundamentalistów. Chciałbym móc zachować metahistoryczny dystans do bieżącej polityki, olać ją, skupić się na czymś interesującym i rozwijającym, ale niestety nie mogę, bo lada chwila ta polityka może wejść z butami we wszystko, co dla mnie jest właściwe i (subiektywnie) słuszne. Wobec sympatyków i członków umundurowanych kanap na prawo od PiSu odczuwam niechęć na poziomie fizjologicznym, coś jak bohater Lovecrafta na widok mieszkańców Innsmouth. Przeglądając zdjęcia z tegorocznego marszu niepodległości skojarzenia z tolkienowskimi orkami narzucały się same. Lub z hordami Nadleśniczego z Na marmurowych skałach Jüngera, plugawiącymi uczucia patriotyczne i poczucie narodowej wspólnoty (tzn. akurat jedno i drugie jest mi obojętne, ale gdyby nie było obojętne, to tak bym to odczuwał, jaki degenerację i spustoszenie). Mamy do czynienia z barbarzyńcami kultywującymi prymitywny kult siły, uznających ślepą przemoc za świetny sposób rozwiązywania politycznych sporów. Najlepiej w paru chłopa oklepać kogoś przypadkowego, z pewnością rozwiąże to wszystkie problemy z którymi ten kraj się boryka.
Poniekąd jest mi ich wszystkich trochę szkoda, brak perspektyw popchnął ich w takie a nie inne poglądy, jeśli jednak ktoś chce wpieprzyć się z butami w moją niewiarę i relatywizm, nie ma na to mojej zgody, niezależnie od tego, jakie są i skąd się wzięły jego motywacje, niezależnie od tego jak bardzo przesrane miał w życiu. Mój brak prawdy jest dla mnie partykularną prawdą.
Mój brak wyrozumiałości wobec pewnych zwyczajów różnych grup etnicznych (np. Romów) i religijnych (np. muzułmanów, wyznawców Judaizmu, katolików) uznanych subiektywnie przeze mnie jako szkodliwe dla nich samych i postronnych jest, rzecz jasna, mało lewicowy, ale jakoś niespecjalnie się tym przejmuję. Niech już powstanie w końcu ten cholerny rząd światowy i rozpocznie ogólnoplanetarny plan laicyzacji, zniesienia tradycji, ujednolicenia obyczajów, itd.