Narzekanie na decyzję World Fantasy Convention
Zazwyczaj tak jest, że ktoś chce dobrze, a wychodzi jak zwykle. Niepotrzebna awantura ze statuetkami World Fantasty Awards jest idealnym przykładem ilustrującym tezę.
Dla przypomnienia, chodziło o to, że ktoś przypomniał sobie, iż Lovecraftowi zdarzało się pisać dosyć toporne i obrzydliwe teksty o ludności czarnoskórej, nie anglosaskich imigrantach, itp. Uznano więc, że popiersie przedstawiającego wrażego rasistę (nawet jeśli był to wraży rasista przedstawiony w stylu jednego spośród jego okropieństw) nie powinno być przyznawane jako nagroda, szczególnie że poszczególni uhonorowani pisarze of colour zaczęli zgłaszać zastrzeżenia.
Sytuacja jest o tyle skomplikowana, że Lovecraft faktycznie był rasistą, nawet jeśli pod koniec życia złagodził swoje poglądy i przestał odwoływać się do nich we własnej twórczości. Ktoś bardzo wyczulony mógłby zasugerować, że lęk Samotnika z Providence przed biologiczną degradacją i cywilizacyjnym kolapsem miał podłoże rasistowskie, trzeba jednak mieć na uwadze szerszy kontekst - czasy w których autor żył, zajmowane przez niego miejsce na drabinie społecznej, poglądy które tam i wtedy były uznawane za zwyczajne. Zastane uwarunkowania nie są czymś, nad czym większość ludzi się zastanawia, szczególnie jeśli cały ich świat wygląda jak wygląda. Lovecraft był mądrym gościem, więc świat mu się trochę rozszerzył na przestrzeni lat. Raczej o tym należałoby pamiętać, niż o tym, że zdarzało mu się pisać bzdury w ciągu pierwszych lat pisarskiej aktywności.
Gdybyśmy chcieli prześwietlić wszystkich uznanych klasyków dowolnego poletka literatury czy sztuki jako takiej pod kątem zgodności ich poglądów z partykularnymi prawdami/pojęciami uznanymi za takowe prawdy tu i teraz, zostalibyśmy z niczym, z absolutnie poszatkowaną kulturą czy filozofią. To przykre, że sami autorzy jak i krytycy literaccy nie potrafią odróżnić twórczość od tworzącego (a i samą twórczość powstającą nie raz na przestrzeni wielu lat traktują jako monolit), i że pozwalają na krzywdzące spłycanie twórczości Lovecrafta do prymitywnego rasizmu, piętnują go za to, że myślał tak jak ogół społeczeństwa w jego czasach. Siła uwarunkowań której podlega każdy jest ogromna. Lovecraft nawet jako ateista i socjalista (tak się określił pod koniec życia, po przejściu przez okres strachu przed klasami społecznymi usytuowanymi niżej niż jego własna pozycja) pielęgnował sposób bycia statecznego, nowoangielskiego dżentelmena. Protestancki sposób myślenia o wspólnocie lokalnej pozostał w nim do końca, wiele razy w jego opowiadaniach przewija się motyw odludków i pustelników, odseparowanych osiedli lub pojedynczych domów zamieszkanych przez ludzi nie integrujących się z lokalną, porządną społecznością.
W obronie Lovecrafta stanął chyba główny obecnie popularyzator jego twórczości i jego biograf, Hindus Sunand Tryambak Joshi (znany lepiej po prostu jako S. T. Joshi). Joshi zawsze argumentował, że dla Lovecrafta głównym koszmarem był koszmar kosmicznej otchłani, obojętnego, obcego człowiekowi kosmosu, przekraczającego ludzką zdolność poznania. Cała reszta to elementy poboczne i wtórne wobec tej jednej myśli, powracającej w wielu formach, kształtach i aspektach. Joshi zareagował żywiołowo, jak napisał na swoim blogu, zwrócił swoje statuetki World Fantasty Award i wyraził nadzieję, że nigdy nie będzie do nagrody nominowany. Streszczenie poglądów Joshiego nt. Lovecrafta można znaleźć np. w tym wywiadzie, całkiem świeżym.
Wśród krytyków decyzji WFC jest też Caitlin R. Kiernan, inspirująca się Lovecraftem pisarka o mało prawicowych przekonaniach (sama o sobie na swoim koncie na Twitterze pisze humanist & atheist, liberal [w sensie amerykańskim], lesbian, environmentalist), autorka m. in. wydanej także i w Polsce Tonącej dziewczyny.
Swoją drogą, mimo moich znacznie bliższych lewicy niż dowolnie pojętej prawicy przekonań, sam bardzo lubię myśl takich filozofów jak Heidegger (swego czasu członek NSDAP), Nietzsche (jedna spośród nieskończenie wielu interpretacji jego myśli zainspirowała w jakiejś mierze nazizm), Oswald Spengler (w Zmierzchu Zachodu zawarł kilka bardzo interesujących koncepcji, niejako przywrócił światu koncepcję czasu kołowego, a tytułową myśl zawartą w książce można interpretować rozmaicie - również w zupełnie przeciwny autorowi sposób), czy Ernst Jünger, fascynująca postać, myśliciel zawsze kroczący własną drogą, autor m.in. szalenie inspirującej w kategoriach ogólnożyciowych książki Eumeswil, autor nadal z grubsza aktualnych rozważań o istocie techniki i jej wpływie na rolę i funkcjonowanie państwa. Bardzo lubię twórczość autorów takich jak momentami faktycznie już zramolały Joseph Conrad, w przypadku którego raz na jakiś czas zdarza mi się zazgrzytać zębami gdy pisze coś o ludożerstwie autochtonów takich czy innych lub inne pierdoły charakterystyczne dla dyskursu kolonialnego, czy jak np. Hanns Heinz Ewers, który oprócz opowiadań i powieści weird fiction ma na swoim koncie np. m.in. hagiografię wczesnego nazistowskiego męczennika Horsta Wessela (podobnie jak Jünger, tyle że z innych powodów, niedługo potem poróżnił się z nazistami i wylądował na cenzurowanym).
Narzekanie na wynik wyborów
OK, są plusy - pewien dziad w muszce wylądował pod progiem, a konglomerat Kukiz '15 to zjawisko sezonowe, taki prawicowy odpowiednik Twojego Ruchu (aż przykro się robi, że całkiem porządni ludzie jak Kornel Morawiecki marnują się w tym czymś). SLD także wylądowało pod progiem - niechże te konserwatywne sieroty po PRL-owskim aparacie biurokratycznym, wrzód na scenie politycznej, fani podatku liniowego, ludzie odpowiedzialni za amerykańskie obozy koncentracyjne w Polsce, ratyfikację konkordatu, eksmisje na bruk w końcu poniosą raz a dobrze polityczną śmierć. Szkoda trochę ich przybudówek - najbardziej PPSu - ale i tak nikt od nich by się nie dostał. Nie płaczę też po Zielonych - sam jestem co prawda w dużej części zielony, ale z drugiej strony nie mam nic przeciwko energii atomowej, GMO jako takiemu czy innym przejawom rozwoju technologicznego - ingerencja w genom człowieka też jest spoko jak dla mnie, do tworzenia na poziomie komórkowym hybryd ludzko-zwierzęcych również nic nie mam; oczywiście jestem za in vitro, aborcją, eutanazją i cyborgizacją człowieka. Zawsze niepokoili mnie też antyszczepionkowi wariaci orbitujący wokół Zielonych (kilkoro takich psycholi było też u Kukiza).
Razem załapało się na subwencję. Nie spieprzcie tego. Nawet dobrze, że nie weszli do sejmu już w tym roku - bez doświadczenia parlamentarnego bardzo szybko zdegenerowaliby się w nieznanym środowisku. A tak to jest trochę czasu na edukację i przygotowanie odpowiednich kadr. Pojawiające się głosy, że głosy na Razem odebrały głosy ZLewowi upraszczają sprawę - wbrew pozorom elektoraty tych partii nie pokrywają się. Ja sam w życiu nie zagłosowałbym na cokolwiek z SLD w składzie, takich jak ja było bardzo wielu. Widziałem w mediach społecznościowych narzekanie wyborców i członków ZLewu, że Razem to plugawe lewactwo, więc wśród tego elektoratu popularność nowo powstałej partii raczej jest niewielka. W Polsce mamy skrajnie złe warunki do rozwoju jakiejkolwiek lewicy - w dyskursie pojawiają się hasła jeszcze kilka lat temu uznawane wprost za neonazistowskie - tym bardziej więc cieszy szansa na rozwój normalnej lewicy (która w jakimkolwiek normalnym kraju byłaby ciut na lewo od centrum - u nas jest powszechnie utożsamiana ze stalinizmem, GUłagami, strzałami w tył głowy, sadzeniem brzóz pod Smoleńskiem; przy okazji okazało się również, że mało kto ogarnia jak działa progresja podatkowa).
Sejm poprzedniej kadencji był zdominowany przez złodziei - sejm tej kadencji jest zdominowany przez ludzi sfrustrowanych, znerwicowanych, mających rozmaite problemy ze sobą i światem. To przykre, że złodzieje pilnują psycholi, by się nie rozzuchwalili, a psychole pilnują złodziei, by nie nakradli za dużo - cóż, jaki kraj, takie checks and balances.
Dlaczego obecny rząd to katastrofa - zapisano już wystarczająco wiele stron na ten temat, każdy kolejny dzień dostarcza nowych przykładów, nie chcę się powtarzać ani niepotrzebnie denerwować czymś, na co nie mam wpływu. Od przyszłości staram się oczekiwać jedynie immanentyzacji eschatonu i tysiącletniego królestwa Antychrysta na ziemi.
Narzekanie tak po prostu, na świat, religię i politykę
W gruncie rzeczy do moich około-lewicowych przekonań dotarłem na przestrzeni lat z zupełnie innego kierunku, na zasadzie postępującej negacji tego wszystkiego co wcześniej uważałem za słuszne. Zawsze rozwijałem swoje poglądy w oderwaniu od konkretnych środowisk reprezentujących zbliżone punkty widzenia, nigdy nie potrafiłem odnaleźć się w dowolnej grupie okopanej na danym stanowisku. Nic tak nie ogranicza jak przynależność gdzieś i konieczność podzielania (przynajmniej werbalnego) ogółu poglądów za jakimi opowiada się grupa jako taka. Przynależność gdziekolwiek bywa o tyle inspirująca, że posiadanie własnych poglądów to ciągle trwający proces, rozwijający się w zależności od naszych reakcji na poglądy innych. Nie ma jednej prawdy, wszytko podlega ciągłej falsyfikacji, a wszystkie nienaruszalne wartości to martwe pojęcia, poddawane ciągłemu redefiniowaniu na przestrzeni lat. Jedyne co jest ponadczasowe i niezmienne, to głupota.
Pod tymi wszystkimi Bogami, Honorami, Ojczyznami czai się tylko rozpaczliwy strach przed nieprzyjaznym światem, maskowany za pomocą tych pojęć. Jest to tylko i wyłącznie próba nadania sensu ogólnej beznadziei, ukonstytuowania samego siebie w pewnych szerszych ramach, podniesienie się na duchu i uratowanie resztek własnej wartości. Dla mnie jest to coś zupełnie niepotrzebne i szkodliwe. Stoję na stanowisku że znacznie lepiej sprawdziłoby się masowe odrzucenie tych złudzeń i spojrzenie w otchłań czającą się w głębi każdego abstrakcyjnego pojęcia i wyobrażonej wspólnoty. Jestem za odrzuceniem wszelkich religii i podziałów kulturowych, bo i tak kiedyś wszyscy umrzemy a za kolejne 100 lat nikt nie będzie o nas pamiętał, nie ma po co się rozdrabniać na coś, co wobec nas jest zewnętrzne. Narody rodzą się i umierają, świat zawsze był tyglem ras, religii, kultur, wczorajsze imperia pojutrze zostaną wymazane przez czas z ludzkiej pamięci, wczorajsi bogowie pojutrze stają się zakurzonymi eksponatami muzealnymi a groza egzystencji uwolnionej spod bagażu uwarunkowań, gdy nie się jej jak zracjonalizować lub zakryć czymś, zawsze pozostaje taka sama dla każdego, niezależnie od rasy, religii, przynależności do kręgu kulturowego.
Z drugiej strony mam dystans też do lewicy jako takiej - moje poparcie dla Razem nie oznacza, że z wszystkim co reprezentują się zgadzam, po prostu uważam, że dobrze by było, żeby równowaga w dyskursie została przywrócona, żeby chociaż nieco zwolnić na kursie kolizyjnym, a oni na chwilę obecną nadają się do tego najlepiej i mają największe szanse na rozwinięcie się.
Niezależnie od tego, że bardzo sobie cenię Marksa (Zandberg z Razem miał spoko koszulkę kiedyś), a i u Trockiego w Zdradzonej rewolucji padło wiele celnych spostrzeżeń (np. to nie polska prawica jako pierwsza przewidziała, że warstwa biurokratyczna zarządzająca środkami produkcji stanie się po upadku niewydolnego systemu nowymi kapitalistami), podobnie jak u zachodnich kontynuatorów nurtu, najbardziej moje poglądy opisuje obecnie fragment z Thomasa Ligottiego, z niedostępnego już w internecie wywiadu, w którym stwierdził on: These days I don’t mind being called a nihilist, because what
people usually mean by this word is someone who is anti-life, and
that definition fits me just fine, at least in principle. In
practical terms, I have all kinds of values that are not in
accord with nihilism. For example, I politically self-identify as a
socialist. I want everyone to be as comfortable as they can be while
they’re waiting to die. Unfortunately, the major part of Western
civilization consists of capitalists, whom I regard as unadulterated
savages. As long as we have to live in this world, what could be more
sensible than to want yourself and others to suffer as little as
possible? This will never happen because too many people are
unadulterated savages. They’re brutal and inhuman. To, że taki wywiad miał miejsce, można sprawdzić tutaj. Jakby ktoś chciał całość, służę zachowaną w .doc zawartością.
W gruncie rzeczy nie zgadzam się z przyjętymi przez niego definicjami - sam określam się jako nihilista, ale dla mnie jest to stanowisko normatywne uznające brak treści za pustymi pojęciami/obrazami (skrzyżujcie Stirnera z Baudrillardem), niemożność pełnego poznania przy jednoczesnym dążeniu do niego, materializm, relatywizm sprowadzający się nie tyle do uznania wszystkich kultur, religii, zwyczajów, itd., za równe i równie fajne, lecz sprowadzający się do uznania wszystkich religii, zwyczajów, tradycji, dorobków kulturowych takich czy innych kręgów za zupełny bezsens, niepotrzebny balans obarczony setką i jednym tabu, tworzący napięcia między kulturą a naturą, umiejscawiający nas określonym w kontekście historycznym, kulturowym, itd. gdy tymczasem każdy taki kontekst jest równie istotny co kręgi rozchodzące się po powierzchni zamulonej kałuży. Subiektywizm prowadzi do indywidualizmu, ale zakładając, że jednostkowość jest urojeniem, bo pod uwarunkowaniami nie ma w nas niczego poza chaosem nieświadomości i mniej lub bardziej wypartymi instynktami, nie ma w nas żadnych treści pochodzących autorsko od nas samych, ani jednej naszej własnej myśli (wliczając w to słowa, które właśnie piszę) to jedynym rozwiązaniem jest kolektywizm ukierunkowany na tworzenie nowych uwarunkowań, nowych relacji społecznych wywołujących określone reakcje we wchodzących w jego skład indywiduach. A skąd indywidua mają dojść do subiektywnych objawień otchłani tkwiącej w samej istocie naszego świata? Cóż, to świetne pytanie. Niezależnie od tego, jaka jest odpowiedź na nie (doświadczenia transgresywne, odpowiednia edukacja, zbiorowy trans, zaburzenia psychiczne i emocjonalne, obozy reedukacyjne, itd.), z całą pewnością mogę stwierdzić, że absolutną katastrofą jest masowe utożsamienie kłącza uwarunkowań ze swoją własną istotą.
A i życie to ja w sumie lubię. Czasem to trochę masochistyczna przyjemność, ale skoro już jestem tu i teraz, to chcę mieć z niego co mogę. Być może po lekturze Spisku przeciwko ludzkiej rasie zniuansuje to podejście. Antyludzki pesymizm jest jednak mi obcy. To pesymizm ezoteryczny, mój jest egzoteryczny. Powolne, heroiczne stawanie się rozczarowanym, zgorzkniałym cynikiem jest fascynującym doświadczeniem.
Tzw. Państwo Islamskie dzięki ostatnim zamachom terrorystycznym w Paryżu zrealizowało swój cel - w zadupiastych państewkach półperyferyjnych, rynkach zbytu dla wielkich korporacji i zagłębiach taniej siły roboczej, praktycznie pozbawionych własnej nauki i w pełni podporządkowanych swojej roli w ramach współczesnej formy systemu kapitalistycznego (np. w Polsce) gwałtownie wzrosły nastroje antyimigranckie (może nawet nie tyle wzrosły, co utrwaliły się) - przez co wspólne rozwiązanie problemu na szczeblu europejskim najprawdopodobniej nie będzie już możliwe (załóżmy optymistycznie, że wcześniej mimo wszystko byłoby, a w każdym razie byłoby bardziej prawdopodobne). Niezależnie od tego, czy ostatecznie przyjmiemy uchodźców, czy nie (zresztą, w tym naszym siermiężnym bogoojczyźnianym call-center-syfie i tak mało który uchodźca chciałby zostać, a i całkiem sporo tubylców już wyjechało lub ma wyjazd w planach; czasem sam się nad tym zastanawiam, ale wszędzie gdzie wydaje mi się że jest spoko jest cholernie duża Polonia), czy cała Europa wzmocni wewnętrzne granice, i tak jak zawsze najbardziej dostaną po dupach zwykli, szarzy ludzie. Jakakolwiek decyzja w sprawie nie zostałaby podjęta, jak zwykle najbardziej odczują jej skutki niewinni. Poza tym jest zupełnie oczywiste, że zamachowcy idący na zmarnowanie i na rozpirz brali ze sobą swoje paszporty, które dziwnym trafem przetrwały cały ten rozpirz nienaruszone. Jak w ogóle można w to wątpić.
Tymczasem mamy naszych własnych fundamentalistów. Chciałbym móc zachować metahistoryczny dystans do bieżącej polityki, olać ją, skupić się na czymś interesującym i rozwijającym, ale niestety nie mogę, bo lada chwila ta polityka może wejść z butami we wszystko, co dla mnie jest właściwe i (subiektywnie) słuszne. Wobec sympatyków i członków umundurowanych kanap na prawo od PiSu odczuwam niechęć na poziomie fizjologicznym, coś jak bohater Lovecrafta na widok mieszkańców Innsmouth. Przeglądając zdjęcia z tegorocznego marszu niepodległości skojarzenia z tolkienowskimi orkami narzucały się same. Lub z hordami Nadleśniczego z Na marmurowych skałach Jüngera, plugawiącymi uczucia patriotyczne i poczucie narodowej wspólnoty (tzn. akurat jedno i drugie jest mi obojętne, ale gdyby nie było obojętne, to tak bym to odczuwał, jaki degenerację i spustoszenie). Mamy do czynienia z barbarzyńcami kultywującymi prymitywny kult siły, uznających ślepą przemoc za świetny sposób rozwiązywania politycznych sporów. Najlepiej w paru chłopa oklepać kogoś przypadkowego, z pewnością rozwiąże to wszystkie problemy z którymi ten kraj się boryka.
Poniekąd jest mi ich wszystkich trochę szkoda, brak perspektyw popchnął ich w takie a nie inne poglądy, jeśli jednak ktoś chce wpieprzyć się z butami w moją niewiarę i relatywizm, nie ma na to mojej zgody, niezależnie od tego, jakie są i skąd się wzięły jego motywacje, niezależnie od tego jak bardzo przesrane miał w życiu. Mój brak prawdy jest dla mnie partykularną prawdą.
Mój brak wyrozumiałości wobec pewnych zwyczajów różnych grup etnicznych (np. Romów) i religijnych (np. muzułmanów, wyznawców Judaizmu, katolików) uznanych subiektywnie przeze mnie jako szkodliwe dla nich samych i postronnych jest, rzecz jasna, mało lewicowy, ale jakoś niespecjalnie się tym przejmuję. Niech już powstanie w końcu ten cholerny rząd światowy i rozpocznie ogólnoplanetarny plan laicyzacji, zniesienia tradycji, ujednolicenia obyczajów, itd.
czwartek, 19 listopada 2015
poniedziałek, 16 listopada 2015
"Marzenie spowite smogiem" w "Histerii"
W listopadowej Histerii (numer XI) ukazało się moje opowiadanie o wszystko mówiącym tytule Marzenie spowite smogiem. Zin jest do ściągnięcia (rzecz jasna za darmo) stąd.
Marzenie to zapis postępującego rozczarowania pewnym miastem, zarówno miastem jako takim jak i panującą w nim atmosferą (dowolnie rozumianą). Trochę na doczepkę jest to również zapis postępującego rozczarowania tak po prostu, światem, społeczeństwem, tyranią abstrakcyjnych pojęć.
Stylistycznie najbliżej temu do współczesnego weird, ale nie będę się kłócił jeśli ktoś podda to zaszufladkowanie w wątpliwość.
Samo opowiadanie ma z dwa lata, pierwotna wersja miała trafić do pewnej antologii, ale ostatecznie nie trafiła. Od wersji opublikowanej tutaj różniła się tym, że było w niej wylane na pewne miasto o kilka stron jadu więcej. Jeśli dorobię się kiedyś jakiegoś zbioru opowiadań Karol Zdechlik: The Early Years, to na pewno znajdzie się w nim przegadana, przeintelektualizowana i przytłaczająca nagromadzeniem opisów pierwotna wersja.
Marzenie to zapis postępującego rozczarowania pewnym miastem, zarówno miastem jako takim jak i panującą w nim atmosferą (dowolnie rozumianą). Trochę na doczepkę jest to również zapis postępującego rozczarowania tak po prostu, światem, społeczeństwem, tyranią abstrakcyjnych pojęć.
Stylistycznie najbliżej temu do współczesnego weird, ale nie będę się kłócił jeśli ktoś podda to zaszufladkowanie w wątpliwość.
Samo opowiadanie ma z dwa lata, pierwotna wersja miała trafić do pewnej antologii, ale ostatecznie nie trafiła. Od wersji opublikowanej tutaj różniła się tym, że było w niej wylane na pewne miasto o kilka stron jadu więcej. Jeśli dorobię się kiedyś jakiegoś zbioru opowiadań Karol Zdechlik: The Early Years, to na pewno znajdzie się w nim przegadana, przeintelektualizowana i przytłaczająca nagromadzeniem opisów pierwotna wersja.
sobota, 7 listopada 2015
"Sezon Grzewczy"
Sny, lęki i zwłoki znalezione pod osiedlowym sklepem to bardzo mocno bijące źródła inspiracji. Monopolizacji niedobrych literek przez moją skromną osobę ciąg dalszy, krótki tekst przeczytać możecie tutaj.
piątek, 23 października 2015
piątek, 16 października 2015
"Wybudzenie"
Posiadanie pomysłu na książkę nie zawsze skutkuje jej napisaniem. Niby truizm, a jednak trochę boli. Ba, co tam na książkę. Rozpisałem sobie, co znajdzie się w której części trylogii.
A jak przyszło do zrealizowania zamysłu, wyszło raptem kilka stron.
I te kilka stron można przeczytać tutaj.
Kolejne moje opowiadanie należące do nieformalnego cyklu "ale o co chodzi".
A jak przyszło do zrealizowania zamysłu, wyszło raptem kilka stron.
I te kilka stron można przeczytać tutaj.
Kolejne moje opowiadanie należące do nieformalnego cyklu "ale o co chodzi".
niedziela, 11 października 2015
Upływający czas #50
Carlton Mellick III Razor Wire Pubic Hair
Carlton Mellick III to jeden z najbardziej znanych autorów bizarro, będący z gatunkiem od samego początku; w sumie jest to jeden z jego pierwszych kodyfikatorów - czy też twórców - zwał jak zwał.
Tytuł sugeruje, co może czaić się na stronach tej nowelki, ale już pierwsze strony wyprowadzają z błędu - włosy łonowe z drutu kolczastego to najmniej dziwaczny element świata przedstawionego.
Mamy tu bliżej niedoprecyzowane post-apo, Seksmisję na ciężkich prochach, resztki tkwiącej we wtórnym barbarzyństwie cywilizacji kobiet (i post-kobiet) hodują post-ludzkie istoty o wielu męskich i żeńskich genitaliach w charakterze zabawek erotycznych (zużyte idą na przemiał, na jedzenie), wyniszczoną ziemię przemierzają gangi gwałcicielek (oprócz cip parowych/pneumatycznych mają jeszcze m.in. noże), itd. Absurdalnie sadystyczne ruchanie głównego bohatera mającego cipę i dwa penisy nie stanowi jednak głównego sensu i przesłania książki. Główny bohater bowiem nie chce zostać zdegradowany do roli żywego dildo i zastanawia się, czy posiada duszę. Gdzieś tam w tle jeszcze sam Bóg, kobieta o kilku ramionach i dziesiątkach cip na całym ciele, gigantyczne chodzące cipkoidy, żywe budynki mające - tak, zgadliście - cipy i dupy, inkubator wypluwający gotowe dziecko w kilka minut (wcześniej musiał je - hmmh - wylizać z nosicielki, itd. Dawno nie czytałem czegoś takiego, gdzie słowa fuck i cunt używane byłyby z taką częstotliwością. Trzeba mieć nielichą wyobraźnię, by coś takiego wymyślić. Chylę czoła przed mózgiem, który wykreował taki świat przedstawiony.
Generalnie dobrze się bawiłem, polecam. W Polsce chyba nie do dostania, ale w internetach jest mnóstwo pirackich ebooków.
Clive Barker Księga krwi, t. III
Klasyk z Phantom Pressu, polecam prowincjonalne biblioteki, jak czasem pozbywają się części książek, to niepotrzebne im oddają za darmo.
Barker jak to Barker - dużo seksu i przemocy. Gość miał fajne pomysły (nowotwór, który przeżył swojego właściciela i w celu zabijania przypadkowych ofiar wykreował swój mały świat fantomów na bazie wyświetlanych filmów w kinie, gdzie zginął jego nosiciel; duch wrobionego w branżę porno księgowego wnika w prześcieradło, które w kostnicy położono na jego zwłokach, itd.), które położyło drętwe tłumaczenie i, ogólnie rzecz ujmując, daremna jakość wydania. Od dłuższego czasu słyszę plotki, że ktoś ma wydać Księgę krwi w jednym tomie i nowym tłumaczeniu, byłby to bardzo dobry pomysł. Nie ukrywam jednak, że w takim rodzaju horroru czegoś mi brakuje. Jakiegoś zamysłu sięgającego gdzieś głębiej, za te wszystkie w sumie proste, sensacyjne historyjki wykorzystujące czasem taki czy inny nietuzinkowy pomysł. Dobra rzecz, ale czytadło.
Kathe Koja Zero
Ok, tłumacz (czy kto tam podjął decyzję o takim a nie innym polskim tłumaczeniu) trochę zaszalał - org. The Cipher. I tak dobrze, że nie Dziura.
Twórczość tej jednej z najważniejszych współczesnych autorek horrorów jest w Polsce praktycznie nie znana (pozdrawiam wydawnictwa zasrywające półki sieciówek n-tymi wydaniami Kingów, Mastertonów, Chujów-Mujów), także mnie była znana jak dotąd głównie z opowieści. Blurb na okładce zestawił ją z Barkerem - cóż, pod względem ładunku emocjonalnego, jaki obie książki wzbudziły we mnie w czasie lektury, Księga krwi nie umywa się do książkowego debiutu autorki (info za wiki), Zera. I tu, i tam mamy seks i przemoc, i tu i tam mamy czarny humor, a jednak książka której akcja rozgrywa się praktycznie w jednym miejscu (schowku na miotły i środki czystości) okazała się bardziej angażująca i poruszająca jakieś struny, jakie jeszcze gdzieś tam we mnie zostały.
Ot, w schowku na miotły i środki czystości w zapyziałej kamienicy otwiera się Dziura. Wiedzie ona nie wiadomo gdzie, nie wiadomo czym jest. Wraz ze swoją sporadyczną dziewczyną główny bohater stopniowo odkrywa, że Dziura wpływa na wrzucane do niej przedmioty oraz zwierzęta. TL;DR - sytuacja bardzo szybko wymyka się spod kontroli, do mieszkania głównego bohatera wpieprza się z butami coraz więcej rozmaitych świrów i awangardowych artystów (na jedno w sumie wychodzi) mających wobec Dziury własne plany... Czasem co prawda miałem tej książki dość, powtarzałem sobie a wejdźże ktoś w końcu do tej cholernej dziury, bo ileż można, ale i tak nielicho się bawiłem. Trafia się w antykwariatach i u ulicznych sprzedawców.
Dawid Kain Punkt wyjścia
Świetna, zakręcona historia, do tego zakręcona w moją stronę (niekończący się spór, czy język stwarza obiekty w przestrzeni przez ich nazwanie, czy rzeczy mają nazwy; czym właściwie jest język, co i w jakim stopniu możemy opisać) z jednym minusem - język, jakiego używa jeden z bohaterów (a właściwie to... a, nie będę spoilerował, chociaż książka ma swoje lata, więc pewnie kto czytał to pamięta) jest nieautentyczny. Mieszanina rozmaitych zwrotów rozmaitych - tak to nazwijmy - grup użytkowników razi wplecionymi zwrotami z obcych sobie światów, lub używanych niegdyś. Ale i tak brawa dla autora, że mu się chciało.
Do tego seks i przemoc. I ciekawa intryga. I klub BDSM. I autor na końcu niszczy Kraków, a właściwie generuje w nim coś w stylu - pierwsze skojarzenie - epidemii Crossed.
Jeff Vandermeer trylogia Southern Reach: Unicestwienie, Ujarzmienie, Ukojenie
Fun fact: książki te były dodawane (ok, nie wiem czy wszystkie, ale pierwszy tom na pewno) do Pani Domu (czy czegoś w tym guście, nie jestem z tym sektorem na bieżąco).
Jakie to dobre. Kurde. Wspaniale napisane, wspaniale przetłumaczone, do tego jeszcze świetnie dobrana szata graficzna za którą odpowiada Patryk Mogilnicki.
Czego tu nie ma. Są i poplątane ludzie losy, i historia o pierwszym kontakcie z... no właśnie, z czymś na pewno, ale kwestią dyskusyjną jest, z czym właściwie, i próby udowodnienia sobie czegoś, i próby poznania siebie, i melancholia, i nie możność poradzenia sobie ze swoimi wspomnieniami, i cholernie nieprzyjazne, obce środowisko - obce i czyste, dodajmy. Nasz ziemski ekosystem, tylko... rozszerzony. Strefa X, w której Przed Laty Coś Się Stało. Ogrodzony, ściśle kontrolowany teren, nad którym pieczę sprawuje tajna rządowa agencja - Southern Reach. Wbrew oficjalnej propagandzie, Strefa jest odporna na zdradzenie swoich sekretów. Mechanizmy działania rozgrywających się w niej procesów pozostają niezbadane. Pozostają tylko niesprawdzalne hipotezy formułowane przez pracowników naukowych o coraz gorszej kondycji psychicznej. Kolejne ekspedycje badawcze zapuszczające się w zamknięty obszar wyruszają na zmarnowanie. Strefa albo odsyła ich członków - albo odsyła ich duplikaty.
Do tego autor siedzi w bliskich mi tematach - dziwne rzeczy dzieją się z materią, ludzie się zmieniają, rzeczy się zmieniają, świat się zmienia, panta rhei. Ponadto wychwyciłem znajome nuty w czasie czytania - dopiero po dotarciu do Podziękowań przekonałem się, jak bardzo znajome - Vandermeer wprost przywołuje Baudrillarda (postmarksista, postmodernista) i The Derrick Jensen Reader (Derrick Jensen to trochę świr, ale jednak sympatyczny w gruncie rzeczy anarchoprymitywista).
Formalnie nie jest to horror (aczkolwiek jak na fantastykę jest to fantastyka wyjątkowo posępna, bliska weird pod względem egzystencjalnego ciężaru), ale jak czytałem gdy byłem sam w mieszkaniu, przy plumkającym w tle dark ambiencie i zapadającym zmroku, czułem się nieswojo. A to jest naprawdę coś, generalnie mało który książkowy - szeroko pojęty - horror jest w stanie wywołać u mnie niepokój.
Ziemowit Szczerek Siódemka
znów ebook, ale tym razem legalny - z którejś z ostatnich edycji bookrage.
Autor ma kontrowersyjne - jak na Kraków i jak na ten kraj - poglądy, znaczy się, wyśmiewa i nazywa po imieniu wiele naszych współczesnych wad narodowych, chociaż ja tam od dawna do żadnego narodu się nie poczuwam, chyba, że pod względem przynależności do języka, no ale to jest efekt kosmicznego przypadku, więc w gruncie rzeczy też nie jestem z nim jakoś szczególnie zżyty. Tak czy owak, jest tu więc kpina z bogoojczyźnianości najpodlejszego sortu, ze szlachtomanii samozwańczych potomków husarii, z kuców, z tzw. turbosłowian (w ogóle fajnie że autor zauważył zjawisko, samo w sobie będące na jednym poziomie prawdopodobieństwa z teoriami o reptilionach), jest bezlitosne wypunktowanie polskiego bezformia, umiłowania przypadkowości i chaosu. Autor stawia tezę, nie pierwszy zresztą raz, że współczesna Polska nie ma żadnego czynnika spajającego, bowiem nie wykształciła się żadna konkretna kultura mająca odbicie w stylu architektonicznym, w zagospodarowaniu przestrzeni. Że uganiamy się w kółko za cieniami wydobytymi z historii w celach autoterapeutycznych. Autor stawia momentami bardzo gorzkie tezy, nie sposób jednak nie odmówić mu racji - w jednym tylko się nie zgodzę - Kraków jest ostatnim chyba miejscem w tym kraju, gdzie można uciec przed Polską. Jest to miasto, w którym Polska wylewa się z każdej studzienki, która opada na autochtonów i przyjezdnych w szaroburym smogu, która zakwita na ścianach kanionów blokowisk tysiącem napisów w stylu "SEBA ROZJEBAŁ SIĘ NA PSACH".
A wracając do Siódemki - chodzi rzecz jasna o drogę siódemkę. Jest ona personifikacją Polski, tę czarną dziurą pośród ściany wschodniej, zachodniej, północy i południa, tym miejscem, gdzie jest wszystko i gdzie zarazem niczego nie ma. Z Krakowa do Warszawy jedzie Paweł, śpieszy się na Bardzo Ważne Spotkanie. Po drodze zderza się jednak z Polską, z przejaskrawionymi absurdami naszej rzeczywistości, spotykają go sytuacje iście surrealistyczne, nie ma lekko, płoną samochody, trup ściele się gęsto, a ostatecznie... wybucha wojna.
Czytałem już kiedyś Szczerka (Przyjdzie Mordor i nas zje) (o rany, to już ponad rok temu było, jak ten czas leci), Siódemka jest nawet lepsza.
Kazimierz Banek W kręgu Hermesa Trismegistosa
Ok, nadmieniam o tym tylko z kronikarskiego obowiązku, bo nie mam kompetencji by ocenić tę pozycję pod względem merytorycznym. Autor ma przed nazwiskiem prof. dr hab., przez lata był dyrektorem Instytutu Religioznawstwa UJ.
Jest to pierwsze sensu stricte naukowe opracowanie nt. hermetyzmu jakie czytałem, dla laika jest świetną odtrutką na rozmaite pierdoły na ten temat, od jakich się roi w internetowych depozytach wiedzy tajemnej czy w publikacjach na ten temat poczynionych przez najróżniejszych świrów współczesnych i historycznych. Autor rozprawia się z najpopularniejszymi mitami, poddaje rzeczowej, przekrojowej analizie kontekst społeczny oraz historyczny w jakim narodził się hermetyzm, ścieranie się wpływów helleńskich, egipskich i żydowskich. Przy okazji stawia tezę, że Mojżesz był egipskim magiem.
Generalnie bardzo polecam, mnóstwa szalenie interesujących rzeczy się można dowiedzieć, tym bardziej, że w "dyskursie szkolnym" o Hermesie Trismegistosie zupełnie nic nie było, a był to jeden z większych kultów starożytności bliskowschodniej, południowoeuropejskiej i północnoafrykańskiej. Kult kontynuowany w jakimś stopniu i w jakimś sensie po dzień dzisiejszy.
Wsie - Wsie, BDTA 2015
Jeśli zastanawialiście się kiedyś, jak mógłby brzmieć polski odpowiednik wspólnych płyt Current 93 z Thomasem Ligottim, to już wiecie, o tutaj jest odpowiedź. Do szumiąco-szurająco-trzaskliwego tła, będącego ni to zapętlonymi, poprzerabianymi field recordings z nawrzucanymi samplami czy bliżej nieokreślonymi dodatkowymi odgłosami, monotonny głos relacjonuje swoje wrażenia z wizyt w różnych wsiach. Wrażenia podane jakby mógł je podać niezależny obserwator. A wsie o których opowiada są surrealistyczne, groteskowe, absurdalne. Podobnie musiały brzmieć taśmy w Bungalowie Ligottiego, podobnie jak słuchacz czuł się wędrowiec przybywający do Innsmouth.
Carlton Mellick III to jeden z najbardziej znanych autorów bizarro, będący z gatunkiem od samego początku; w sumie jest to jeden z jego pierwszych kodyfikatorów - czy też twórców - zwał jak zwał.
Tytuł sugeruje, co może czaić się na stronach tej nowelki, ale już pierwsze strony wyprowadzają z błędu - włosy łonowe z drutu kolczastego to najmniej dziwaczny element świata przedstawionego.
Mamy tu bliżej niedoprecyzowane post-apo, Seksmisję na ciężkich prochach, resztki tkwiącej we wtórnym barbarzyństwie cywilizacji kobiet (i post-kobiet) hodują post-ludzkie istoty o wielu męskich i żeńskich genitaliach w charakterze zabawek erotycznych (zużyte idą na przemiał, na jedzenie), wyniszczoną ziemię przemierzają gangi gwałcicielek (oprócz cip parowych/pneumatycznych mają jeszcze m.in. noże), itd. Absurdalnie sadystyczne ruchanie głównego bohatera mającego cipę i dwa penisy nie stanowi jednak głównego sensu i przesłania książki. Główny bohater bowiem nie chce zostać zdegradowany do roli żywego dildo i zastanawia się, czy posiada duszę. Gdzieś tam w tle jeszcze sam Bóg, kobieta o kilku ramionach i dziesiątkach cip na całym ciele, gigantyczne chodzące cipkoidy, żywe budynki mające - tak, zgadliście - cipy i dupy, inkubator wypluwający gotowe dziecko w kilka minut (wcześniej musiał je - hmmh - wylizać z nosicielki, itd. Dawno nie czytałem czegoś takiego, gdzie słowa fuck i cunt używane byłyby z taką częstotliwością. Trzeba mieć nielichą wyobraźnię, by coś takiego wymyślić. Chylę czoła przed mózgiem, który wykreował taki świat przedstawiony.
Generalnie dobrze się bawiłem, polecam. W Polsce chyba nie do dostania, ale w internetach jest mnóstwo pirackich ebooków.
Clive Barker Księga krwi, t. III
Klasyk z Phantom Pressu, polecam prowincjonalne biblioteki, jak czasem pozbywają się części książek, to niepotrzebne im oddają za darmo.
Barker jak to Barker - dużo seksu i przemocy. Gość miał fajne pomysły (nowotwór, który przeżył swojego właściciela i w celu zabijania przypadkowych ofiar wykreował swój mały świat fantomów na bazie wyświetlanych filmów w kinie, gdzie zginął jego nosiciel; duch wrobionego w branżę porno księgowego wnika w prześcieradło, które w kostnicy położono na jego zwłokach, itd.), które położyło drętwe tłumaczenie i, ogólnie rzecz ujmując, daremna jakość wydania. Od dłuższego czasu słyszę plotki, że ktoś ma wydać Księgę krwi w jednym tomie i nowym tłumaczeniu, byłby to bardzo dobry pomysł. Nie ukrywam jednak, że w takim rodzaju horroru czegoś mi brakuje. Jakiegoś zamysłu sięgającego gdzieś głębiej, za te wszystkie w sumie proste, sensacyjne historyjki wykorzystujące czasem taki czy inny nietuzinkowy pomysł. Dobra rzecz, ale czytadło.
Kathe Koja Zero
Ok, tłumacz (czy kto tam podjął decyzję o takim a nie innym polskim tłumaczeniu) trochę zaszalał - org. The Cipher. I tak dobrze, że nie Dziura.
Twórczość tej jednej z najważniejszych współczesnych autorek horrorów jest w Polsce praktycznie nie znana (pozdrawiam wydawnictwa zasrywające półki sieciówek n-tymi wydaniami Kingów, Mastertonów, Chujów-Mujów), także mnie była znana jak dotąd głównie z opowieści. Blurb na okładce zestawił ją z Barkerem - cóż, pod względem ładunku emocjonalnego, jaki obie książki wzbudziły we mnie w czasie lektury, Księga krwi nie umywa się do książkowego debiutu autorki (info za wiki), Zera. I tu, i tam mamy seks i przemoc, i tu i tam mamy czarny humor, a jednak książka której akcja rozgrywa się praktycznie w jednym miejscu (schowku na miotły i środki czystości) okazała się bardziej angażująca i poruszająca jakieś struny, jakie jeszcze gdzieś tam we mnie zostały.
Ot, w schowku na miotły i środki czystości w zapyziałej kamienicy otwiera się Dziura. Wiedzie ona nie wiadomo gdzie, nie wiadomo czym jest. Wraz ze swoją sporadyczną dziewczyną główny bohater stopniowo odkrywa, że Dziura wpływa na wrzucane do niej przedmioty oraz zwierzęta. TL;DR - sytuacja bardzo szybko wymyka się spod kontroli, do mieszkania głównego bohatera wpieprza się z butami coraz więcej rozmaitych świrów i awangardowych artystów (na jedno w sumie wychodzi) mających wobec Dziury własne plany... Czasem co prawda miałem tej książki dość, powtarzałem sobie a wejdźże ktoś w końcu do tej cholernej dziury, bo ileż można, ale i tak nielicho się bawiłem. Trafia się w antykwariatach i u ulicznych sprzedawców.
Dawid Kain Punkt wyjścia
Świetna, zakręcona historia, do tego zakręcona w moją stronę (niekończący się spór, czy język stwarza obiekty w przestrzeni przez ich nazwanie, czy rzeczy mają nazwy; czym właściwie jest język, co i w jakim stopniu możemy opisać) z jednym minusem - język, jakiego używa jeden z bohaterów (a właściwie to... a, nie będę spoilerował, chociaż książka ma swoje lata, więc pewnie kto czytał to pamięta) jest nieautentyczny. Mieszanina rozmaitych zwrotów rozmaitych - tak to nazwijmy - grup użytkowników razi wplecionymi zwrotami z obcych sobie światów, lub używanych niegdyś. Ale i tak brawa dla autora, że mu się chciało.
Do tego seks i przemoc. I ciekawa intryga. I klub BDSM. I autor na końcu niszczy Kraków, a właściwie generuje w nim coś w stylu - pierwsze skojarzenie - epidemii Crossed.
Jeff Vandermeer trylogia Southern Reach: Unicestwienie, Ujarzmienie, Ukojenie
Fun fact: książki te były dodawane (ok, nie wiem czy wszystkie, ale pierwszy tom na pewno) do Pani Domu (czy czegoś w tym guście, nie jestem z tym sektorem na bieżąco).
Jakie to dobre. Kurde. Wspaniale napisane, wspaniale przetłumaczone, do tego jeszcze świetnie dobrana szata graficzna za którą odpowiada Patryk Mogilnicki.
Czego tu nie ma. Są i poplątane ludzie losy, i historia o pierwszym kontakcie z... no właśnie, z czymś na pewno, ale kwestią dyskusyjną jest, z czym właściwie, i próby udowodnienia sobie czegoś, i próby poznania siebie, i melancholia, i nie możność poradzenia sobie ze swoimi wspomnieniami, i cholernie nieprzyjazne, obce środowisko - obce i czyste, dodajmy. Nasz ziemski ekosystem, tylko... rozszerzony. Strefa X, w której Przed Laty Coś Się Stało. Ogrodzony, ściśle kontrolowany teren, nad którym pieczę sprawuje tajna rządowa agencja - Southern Reach. Wbrew oficjalnej propagandzie, Strefa jest odporna na zdradzenie swoich sekretów. Mechanizmy działania rozgrywających się w niej procesów pozostają niezbadane. Pozostają tylko niesprawdzalne hipotezy formułowane przez pracowników naukowych o coraz gorszej kondycji psychicznej. Kolejne ekspedycje badawcze zapuszczające się w zamknięty obszar wyruszają na zmarnowanie. Strefa albo odsyła ich członków - albo odsyła ich duplikaty.
Do tego autor siedzi w bliskich mi tematach - dziwne rzeczy dzieją się z materią, ludzie się zmieniają, rzeczy się zmieniają, świat się zmienia, panta rhei. Ponadto wychwyciłem znajome nuty w czasie czytania - dopiero po dotarciu do Podziękowań przekonałem się, jak bardzo znajome - Vandermeer wprost przywołuje Baudrillarda (postmarksista, postmodernista) i The Derrick Jensen Reader (Derrick Jensen to trochę świr, ale jednak sympatyczny w gruncie rzeczy anarchoprymitywista).
Formalnie nie jest to horror (aczkolwiek jak na fantastykę jest to fantastyka wyjątkowo posępna, bliska weird pod względem egzystencjalnego ciężaru), ale jak czytałem gdy byłem sam w mieszkaniu, przy plumkającym w tle dark ambiencie i zapadającym zmroku, czułem się nieswojo. A to jest naprawdę coś, generalnie mało który książkowy - szeroko pojęty - horror jest w stanie wywołać u mnie niepokój.
Ziemowit Szczerek Siódemka
znów ebook, ale tym razem legalny - z którejś z ostatnich edycji bookrage.
Autor ma kontrowersyjne - jak na Kraków i jak na ten kraj - poglądy, znaczy się, wyśmiewa i nazywa po imieniu wiele naszych współczesnych wad narodowych, chociaż ja tam od dawna do żadnego narodu się nie poczuwam, chyba, że pod względem przynależności do języka, no ale to jest efekt kosmicznego przypadku, więc w gruncie rzeczy też nie jestem z nim jakoś szczególnie zżyty. Tak czy owak, jest tu więc kpina z bogoojczyźnianości najpodlejszego sortu, ze szlachtomanii samozwańczych potomków husarii, z kuców, z tzw. turbosłowian (w ogóle fajnie że autor zauważył zjawisko, samo w sobie będące na jednym poziomie prawdopodobieństwa z teoriami o reptilionach), jest bezlitosne wypunktowanie polskiego bezformia, umiłowania przypadkowości i chaosu. Autor stawia tezę, nie pierwszy zresztą raz, że współczesna Polska nie ma żadnego czynnika spajającego, bowiem nie wykształciła się żadna konkretna kultura mająca odbicie w stylu architektonicznym, w zagospodarowaniu przestrzeni. Że uganiamy się w kółko za cieniami wydobytymi z historii w celach autoterapeutycznych. Autor stawia momentami bardzo gorzkie tezy, nie sposób jednak nie odmówić mu racji - w jednym tylko się nie zgodzę - Kraków jest ostatnim chyba miejscem w tym kraju, gdzie można uciec przed Polską. Jest to miasto, w którym Polska wylewa się z każdej studzienki, która opada na autochtonów i przyjezdnych w szaroburym smogu, która zakwita na ścianach kanionów blokowisk tysiącem napisów w stylu "SEBA ROZJEBAŁ SIĘ NA PSACH".
A wracając do Siódemki - chodzi rzecz jasna o drogę siódemkę. Jest ona personifikacją Polski, tę czarną dziurą pośród ściany wschodniej, zachodniej, północy i południa, tym miejscem, gdzie jest wszystko i gdzie zarazem niczego nie ma. Z Krakowa do Warszawy jedzie Paweł, śpieszy się na Bardzo Ważne Spotkanie. Po drodze zderza się jednak z Polską, z przejaskrawionymi absurdami naszej rzeczywistości, spotykają go sytuacje iście surrealistyczne, nie ma lekko, płoną samochody, trup ściele się gęsto, a ostatecznie... wybucha wojna.
Czytałem już kiedyś Szczerka (Przyjdzie Mordor i nas zje) (o rany, to już ponad rok temu było, jak ten czas leci), Siódemka jest nawet lepsza.
Kazimierz Banek W kręgu Hermesa Trismegistosa
Ok, nadmieniam o tym tylko z kronikarskiego obowiązku, bo nie mam kompetencji by ocenić tę pozycję pod względem merytorycznym. Autor ma przed nazwiskiem prof. dr hab., przez lata był dyrektorem Instytutu Religioznawstwa UJ.
Jest to pierwsze sensu stricte naukowe opracowanie nt. hermetyzmu jakie czytałem, dla laika jest świetną odtrutką na rozmaite pierdoły na ten temat, od jakich się roi w internetowych depozytach wiedzy tajemnej czy w publikacjach na ten temat poczynionych przez najróżniejszych świrów współczesnych i historycznych. Autor rozprawia się z najpopularniejszymi mitami, poddaje rzeczowej, przekrojowej analizie kontekst społeczny oraz historyczny w jakim narodził się hermetyzm, ścieranie się wpływów helleńskich, egipskich i żydowskich. Przy okazji stawia tezę, że Mojżesz był egipskim magiem.
Generalnie bardzo polecam, mnóstwa szalenie interesujących rzeczy się można dowiedzieć, tym bardziej, że w "dyskursie szkolnym" o Hermesie Trismegistosie zupełnie nic nie było, a był to jeden z większych kultów starożytności bliskowschodniej, południowoeuropejskiej i północnoafrykańskiej. Kult kontynuowany w jakimś stopniu i w jakimś sensie po dzień dzisiejszy.
Wsie - Wsie, BDTA 2015
Jeśli zastanawialiście się kiedyś, jak mógłby brzmieć polski odpowiednik wspólnych płyt Current 93 z Thomasem Ligottim, to już wiecie, o tutaj jest odpowiedź. Do szumiąco-szurająco-trzaskliwego tła, będącego ni to zapętlonymi, poprzerabianymi field recordings z nawrzucanymi samplami czy bliżej nieokreślonymi dodatkowymi odgłosami, monotonny głos relacjonuje swoje wrażenia z wizyt w różnych wsiach. Wrażenia podane jakby mógł je podać niezależny obserwator. A wsie o których opowiada są surrealistyczne, groteskowe, absurdalne. Podobnie musiały brzmieć taśmy w Bungalowie Ligottiego, podobnie jak słuchacz czuł się wędrowiec przybywający do Innsmouth.
piątek, 2 października 2015
"Tajemnica różowej łazienki"
Tym razem na niedobre literki trafił mój znacznie lżejszy i poczciwszy - w porównaniu z ostatnimi - tekst - klik!
Do pewnego stopnia historia ta oparta jest na faktach - faktycznie zdarzyło mi się wynajmować kiedyś mieszkanie z taką łazienką i o takim układzie pokoi. Najwięcej przygód miałem tam z piecykiem, któremu przy włączaniu zdarzało się zionąć ogniem.
Do pewnego stopnia historia ta oparta jest na faktach - faktycznie zdarzyło mi się wynajmować kiedyś mieszkanie z taką łazienką i o takim układzie pokoi. Najwięcej przygód miałem tam z piecykiem, któremu przy włączaniu zdarzało się zionąć ogniem.
poniedziałek, 21 września 2015
"Anomalia" w "Histerii"
Właśnie ukazał się dziesiąty numer e-zina Histeria. Znalazło się w nim moje opowiadanie Anomalia.
Anomalia to współczesne weird fiction osadzone w realiach wielkiego miasta (w polskiej skali), a dokładnie w jednym bloku, stojącym pośród rzędów identycznych bloków.
Wszystkie numery Histerii można ściągnąć stąd (klik).
Anomalia to współczesne weird fiction osadzone w realiach wielkiego miasta (w polskiej skali), a dokładnie w jednym bloku, stojącym pośród rzędów identycznych bloków.
Wszystkie numery Histerii można ściągnąć stąd (klik).
piątek, 18 września 2015
"Uwolnienie" + jeszcze coś
Na niedobre literki trafiło moje krótkie opowiadanie pt. Uwolnienie.
Chciałem napisać coś bardziej poetyckiego, onirycznego niż zazwyczaj, coś, co byłoby do tego bardziej weird niż bizarro. Myślę, że w jakiejś mierze mi się udało. Poza tym jest to historia wałkująca często ostatnimi czasy eksploatowany przeze mnie motyw, czyli podział forma/bezformie, zamazanie granic gatunkowych pomiędzy przedstawicielami różnych, zdawałoby się, ustalonych form łatwych do opisania, do określenia.
Nie lubię łabędzi, jest coś demonicznego w ich czarno-białych głowach.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Przy okazji - w pierwszym numerze zina Krypta ukazało się opowiadanie pt. Pani Anna i jej papuga, autorstwa Jana Strupa i Lady Sadi. Jan Strup to mój drugi pseudonim literacki, przez jego użycie chciałem oddzielić swoją bardziej radykalną w treści i formie twórczość od tej nie opartej o horror ekstremalny. Ostatnimi czasy doszedłem jednak do wniosku, że było to niepotrzebne, nie ma co się rozdrabniać.
Chciałem napisać coś bardziej poetyckiego, onirycznego niż zazwyczaj, coś, co byłoby do tego bardziej weird niż bizarro. Myślę, że w jakiejś mierze mi się udało. Poza tym jest to historia wałkująca często ostatnimi czasy eksploatowany przeze mnie motyw, czyli podział forma/bezformie, zamazanie granic gatunkowych pomiędzy przedstawicielami różnych, zdawałoby się, ustalonych form łatwych do opisania, do określenia.
Nie lubię łabędzi, jest coś demonicznego w ich czarno-białych głowach.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Przy okazji - w pierwszym numerze zina Krypta ukazało się opowiadanie pt. Pani Anna i jej papuga, autorstwa Jana Strupa i Lady Sadi. Jan Strup to mój drugi pseudonim literacki, przez jego użycie chciałem oddzielić swoją bardziej radykalną w treści i formie twórczość od tej nie opartej o horror ekstremalny. Ostatnimi czasy doszedłem jednak do wniosku, że było to niepotrzebne, nie ma co się rozdrabniać.
sobota, 12 września 2015
Upływający czas #49 (Uchodźcy)
Człowiek jest już tak zbudowany, że dobrze się czuje w otoczeniu, które zna i w którym został w określony sposób uwarunkowany. Nawet w niewielkim stopniu, ale chyba każdy przejawia takie zachowania, od melancholijnego wspominania utraconej bezpowrotnie wyidealizowanej krainy dzieciństwa, przez niechęć do zmiany na stałe krajobrazu widzianego codziennie przez lata po delikatne ukłucie niepokoju gdy zmienia się znienacka coś, co od dawna było takie samo. Tendencje takie uwydatnione są zwłaszcza w Polsce, gdzie z racji panujące warunki społeczno-ekonomiczne przeważająca większość społeczeństwa przejawia pojedyncze cechy charakterystyczne dla osób z zaburzeniami osobowości z wiązki C, a nerwice i fobie dotykają coraz młodszych pacjentów. Gdy nie ma nadziei na lepsze jutro, gdy pół życia pracuje się na umowach śmieciowych lub na umowę-zlecenie, a kredyt na mieszkanie to, w większości przypadków, założenie sobie kajdan na resztę życia, nie trudno o okopanie się w swoich wyobrażeniach o utraconej wielkości. Zwłaszcza, że od małego człowiek jest kształtowany w wyobrażeniach o utraconej wielkości, w gorączkowej, absurdalnej, przejaskrawionej, oderwanej od rzeczywistości, romantycznej wizji polskości. Kształtuje się w nim przekonanie, że z racji na odsiecz wiedeńską/bitwę warszawską/bitwę o Anglię/papieża polaka/Wałęsę/co tam jeszcze było, cały świat powinien paść przed nami na kolana i uznać naszą wielkość, doniosłość w dziejach świata. Do tego dochodzi jeszcze religia katolicka, komórki rakowe rozlewające się po systemie edukacji, poddany indoktrynacji młody Polak dowiaduje się o Chrystusie (narodów), o tym, że każdy ateista to potencjalny morderca, gwałciciel, wróg polskości. Nabiera przekonania, że praktycznie każde powstanie/rewolucja/ruchawka w polskiej historii to walka Światła z Ciemnością. A potem taki bidoczek twierdzi, że Armia Krajowa walczyła o kraj bez gejów, bez in vitro i bez Żydów. Co najlepsze, uznaje że tylko on i jemu podobni znają tę prawdziwą historię Polski.
Jeśli jesteśmy tacy zajebiści, jeśli kilkanaście razy na przestrzeni wieków ratowaliśmy Europę/Cywilizację Łacińską/coś tam przed zagładą ze strony wrażych, iście piekielnych, demonicznych sił, i to ratowaliśmy głównie przy pomocy hartu ducha, Panny Maryi i Pana Jezusa, to nie dziwota, że jeśli wszystko wokoło stopniowo i nieubłaganie zmienia się w gówno, to dzieje się to zapewne właśnie przez te wraże, demoniczne siły, przyjmujące najróżniejsze twarze, wrogów wewnętrznych i zewnętrznych.
Oczywiście przejaskrawiam i mam tego pełną świadomość. Niestety, trend zmierza nieubłaganie w taką stronę. Im jest gorzej, tym bardziej dyskurs hegemoniczny zjeżdża na prawo. Prędzej czy później skończy się to jakąś katastrofą.
Nie spodziewałem się jednak, że z moich nieszczęsnych rodaków, przy okazji przybycia do Europy rzesz uchodźców z ogarniętego pożogą bliskiego wschodu, głównie Syrii, wyleje się aż tyle szamba. Radość z utopionych dzieci, gloryfikacja obozów zagłady, wprost wygłaszane postulaty mordowania ludzi, których jedyną zbrodnią jest ucieczka z terenów wyniszczonych przez wojnę padły nie tylko z klawiatur i ust rozbitków z opłotków systemu, lumpenproletariatu czy środowisk pielęgnujących wtórne barbarzyństwo pod hasełkami patriotycznymi, ale zostały wyrażone też przez, zdawałoby się, ludzi oczytanych i inteligentnych, mających jako takie pojęcie o świecie i ludzkiej psychice.
Oprócz rzeczowych argumentów przeciwko przyjęciu uchodźców pojawiają się tak absurdalne (właściwie to przykrywają te rzeczowe), że macki opadają. Że dewastują mienie? Autokary? Śmierdzą, są brudni? Ciekawe, jak wyglądaliby i jak zachowywali się nasi zatroskani patrioci, jakby przemierzyli szerokość kontynentu praktycznie bez żadnych środków ku temu, traktowani po drodze jak bydło, przepychani z miejsca na miejsce. Ciekawe, czy byliby szczęśliwi, jakby po drodze do Wielkiej Brytanii okazało się, że kieruje się ich np. na Słowację. Zresztą, tam gdzie jest tłum, tam działa psychika tłumu, zwłaszcza jeśli jest to tłum ludzi ogarniętych rozpaczą, ludzi nie mających dokąd wrócić. W porównaniu z prawdziwymi bogoojczyźnianymi patriotami demolującymi rok w rok Warszawę w dniu 11 listopada, w porównaniu z ludźmi jadącymi pociągami na Przystanek Woodstock, w porównaniu z plemiennymi wojownikami takiej czy innej drużyny piłkarskiej jadących komunikacją miejską na derby i tak uchodźcy zachowują się wyjątkowo spokojnie i godnie. Dzicz? Barbarzyńcy? Kozojebcy? Będą gwałcić i mordować? Cóż, w każdej społeczności ludzkiej są chwasty. To tak, jakby Polaków nazywać narodem gwałcicieli niepełnosprawnych nastolatek (drugi przykład) (pełnosprawnych w sumie też - klik), gwałcicieli psów, odkurzaczy, skrzynek pocztowych, narodem dziczy polującej w parkach na łabędzie. Zaraz! To nieprawda z tymi łabędziami? Ano, taka sama nieprawda jak historie o uchodźcach rzucających fekaliami w pielgrzymów. Ciemnota? Fanatycy religijni? Spoko, niedawno próbowano przeforsować u nas całkowity zakaz aborcji, a ciut wcześniej przedstawiciele Narodu rozwodzili się nad smutnym losem plemników w czasie procedury zapłodnienia in vitro. Co jakiś czas ktoś wyskakuje z pomysłem intronizacji Jezusa na króla tego smutnego grajdoła. Także na polu zwalczania praw kobiet widzę możliwość nawiązania porozumienia między stereotypowym Ahmedem a stereotypowym Januszem. Wojownicy Państwa Islamskiego udają uchodźców, by dostać się do Europy? W sumie to raczej trend jest odwrotny - muzułmanie europejscy jeżdżą na dżihad na Bliski Wschód, nie na odwrót. To trochę jak nasze skino-dresy jeżdżące na zmywak do UK i walczące tam z lewactwem np. poprzez atakowanie imprez techno. A potem takie nacjonalistyczne organizacyjki na obczyźnie wysyłają swoje delegacje na manifestacje anty imigranckie do Polski, nie widząc w tym ani odrobiny hipokryzji. Cięższy kaliber - Facebooka obiegło zdjęcie typa z kałachem, który miał być takim ukrytym wojownikiem ISIS. Tak naprawdę ten typ był członkiem milicji walczącej z Państwem Islamskim, wcześniej był rebeliantem walczącym z reżimem syryjskim, później pomagał chronić obozy dla uchodźców. Tutaj jest jego historia. Dodatkowo, świetny artykuł o manipulacji w mediach społecznościowych jest tutaj. Ale nie, zatroskani polscy patrioci zawsze wszystko wiedzą najlepiej. No bo jak to - jakiś ciapaty z kałachem to na pewno terrorysta. Komu się chce zweryfikować w jakikolwiek sposób share'owane informacje, skoro pasują mu do światopoglądu. A że wśród uchodźców większość to mężczyźni? To na pewno jakiś spisek, w końcu to oczywiste, że kobiety, starcy, dzieci równie dobrze jak młodzi mężczyźni zniosą tułaczkę przez cały kontynent, w warunkach urągających elementarnej ludzkiej godności. Czemu nie walczą więc we własnym kraju do ostatniej kropli krwi o każdą jedną cegłę zburzonych domów? Pewnie dlatego, że mają jakikolwiek instynkt samozachowawczy. Już to widzę, jak w razie wybuchu wojny na naszym podwórku wszyscy internetowi obrońcy ojczyzny (wraz z obrońcami ojczyzny trenującymi obecnie walkę bronią białą - np. maczetą - na innych obrońcach ojczyzny) raźno staną w jednym szeregu i z radością poumierają z okrzykiem "Niech żyje Polska" na ustach w starciu z przeważającymi siłami wroga. To niezwykłe, jak trudno jest zrozumieć, że z kraju rozdartego wojną ucieka nie tylko biedota/element podejrzany/roszczeniowy/itd., ale ludzie z wszystkich grup społecznych, nierzadko i przedstawiciele dawnej lokalnej klasy posiadającej, artyści, inteligencja; najzwyklejsi, najróżniejsi ludzie uciekają właśnie przed Państwem Islamskim. Wśród nich są jednostki lepiej wykształcone i generalnie bardziej wartościowe od pierwszego lepszego orka wypisującego na murach "jebać żydów". To niewiarygodne, jak łatwo w powszechnej świadomości utożsamiono uchodźcę z imigrantem (różnica jest fundamentalna - ten pierwszy nie wyjeżdża bo chce, ale dlatego, że zmuszają go do tego okoliczności) a imigranta z terrorystą, elementem rozkładowym, destabilizującym zastany ład.
Fakt faktem, z napięć między ludźmi ukształtowani w tak różnych uwarunkowaniach pojawią się z czasem konflikty. Człowiek jako taki to materia, to stłumione, wyparte instynkty, to permanentny konflikt między stłamszoną, zaklętą w tysiąc i jedno tabu naturą a kulturą, zawierającą bagaż wartości, wzorców zachowania, odniesienia w czasie i przestrzeni, możliwość określenia się w danym kontekście. Oderwanie się od tego czasu i przestrzeni umożliwia spojrzenie na swoje własne uwarunkowania krytycznie, gdy zderzamy się z czymś innym, gdy poznajemy to inne. Gdy dojdzie do tego utożsamienie sobie perspektywy kosmicznej (historia mojego i twojego kraju w porównaniu do historii ludzkości jako takiej - historia ludzkości jako takiej w porównaniu do historii planety - historia planety w porównaniu do bezczasu Wszechświata) oraz perspektywy metahistorycznej (narody rodzą się i umierają, kultury rodzą się i umierają, ludzie rodzą się i umierają - mija 100 lat, nasze problemy trafiają w zniekształconej wersji do szkolnych podręczników historii; mija 1000 lat - nasze małe wojenki, kryzysy, krachy zajmują pół akapitu w podręcznikach akademickich; poza tym historia powtarza się cyklicznie) możliwe jest stopniowe dojście do porozumienia. Wszystkie kultury, cywilizacje, zestawy niepodważalnych wartości (stających się podważalnymi po upływie 1-2 pokoleń) to owoce nawarstwiających się uwarunkowań, pompatycznych pustych pojęć; im bardziej rozpaczliwa jest wiara w cokolwiek, tym większa jest chęć zakrycia drzemiącej pod wiarą pustki. Im większe stawia się pomniki tyranii abstrakcyjnych pojęć (jak "Europa" "Polskość", "Bóg", ale też "Człowiek", "Postęp"), tym większe są dziury, przez które wypełza ciemność. Nie ważne, czy Polak czy Syryjczyk - jeden i drugi ucieka przed tą ciemnością, jeden i drugi zakuwa się w religijne absurdy, nadaje sam sobie sens przez własne uwarunkowania, szuka tego sensu we flagach i godłach. O ileż lepiej byłoby pogodzić się z tą ciemnością i na płaszczyźnie wspólnego rozpoznania kosmicznej grozy egzystencji i jej bezcelowości odnaleźć wspólnotę losów - obdarzonych przekleństwem świadomości rozbitków ewolucji wiszących w kosmosie na z grubsza kulistym kawałku bryły.
Czy to wszystko oznacza, że Polska powinna przyjąć nieograniczoną ilość uchodźców i nie kontrolować tego ruchu w żadnym stopniu? Ano nie, po to to państwo dysponuje odpowiednimi instytucjami (załóżmy - wyjątkowo - optymistycznie, że instytucje te spełniają swoje role), by roztoczyć nad przybyszami subtelny nadzór. Wypadałoby też oswoić ich z kulturą autochtonów, umożliwić przystosowanie się do życia w nowym, nieznanym im środowisku. Przyjąć ich z otwartymi ramionami, ale jeśli ich ramiona nie będą równie otwarte, przy całym zrozumieniu dla ich tragicznych losów, odpowiednie instytucje powinny stanowczo zareagować. Tak samo jak powinny zareagować na ciemnotę autochtonów. W końcu po to istnieje jakiekolwiek prawo, byśmy nie pozabijali się nawzajem, by społeczeństwo jako takie jakoś się kręciło. A kręcić się będzie niezależne od składu etnicznego.
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Upływający czas #48
Odpryski zlały się z Pokrótce/Czasem na Cokolwiek w jedną kategorię, z przejęciem numeracji Odprysków. Nie ma to żadnego sensu, najwyraźniej jest to przejaw jakiejś mojej w miarę nieszkodliwej manii, to przywiązanie do numerowanych, posegregowanych kategorii. Chociaż tyle jestem w stanie posegregować i uporządkować w rządzącej się niemożliwą do zliczenia i przewidzenia ilością zmiennych rzeczywistości więżącej nas wszystkich w splotach najrozmaitszych uwarunkowań, niemożliwych do rozplątania.
Przeglądając własnego bloga bardzo często zastanawiam się, jak to możliwe, że coś, co jest oczywistym chłamem, potrafiłem zachwalać. Najchętniej co pół roku zmieniałbym treść całkiem sporej ilości postów, niczym w stalinowskiej Rosji lub współczesnym Watykanie. Tak samo widzę jak na przestrzeni czasu zmieniały mi się gusta literackie, zakładając optymistycznie, że kiedykolwiek były wyrobione. Największą katastrofą naszych czasów - do której i ja przykładam kilobajty - jest przekonanie, że ma się cokolwiek sensownego do powiedzenia na jakikolwiek temat, że cokolwiek co ma do powiedzenia faktycznie zainteresuje kogokolwiek, i że można wnioski własne wysnute na bazie subiektywnego gustu, wykreowanego przez lata na bazie indywidualnych doświadczeń rozszerzyć na ogół czytelników i zaprezentować jako coś - w miarę - obiektywnego.
W kilku przypadkach pozwoliłem sobie na dopiski po czasie, z odpowiednimi adnotacjami. Cały czas to wałkuję, to nie pierwszy post o tym tu, bo nie daje mi to spokoju. W gruncie rzeczy każda opinia o czymkolwiek ma swoje miejsce i czas. Po kolejnym mrugnięciu okiem optyka może zmienić się diametralnie. Raz zachwycisz się czymś, książką A, opinią B, poglądem C, tydzień później, po zapoznaniu się z nowymi - dla Ciebie nowymi - informacjami zdasz sobie sprawę, że autor A popełnił plagiat D, wyraziciel B jest skończonym idiotą, pogląd C to piramidalna bzdura. Samo pisanie o tym mechanizmie jest paradoksem, z drugiej strony łatwo jest pisać o czymś takim, gdy noce stają się coraz zimniejsze a zmierzch zapada coraz wcześniej. Zbliżająca się zima sprzyja ujrzeniu w sobie jakiejś małej prawdy, w końcu gwiaździste niebo jest dłużej widoczne (ok, nie w warunkach krakowskiego smogu), a jednak sprzyja też nasileniu reakcji odrzucenia tej małej prawdy, rzadko bowiem kiedy z rozgwieżdżonego nieba można wyczytać coś przyjaznego i optymistycznego. Ale, znowuż, to tylko moja opinia. Z jakiegoś powodu, jakiegoś internetowego ekshibicjonizmu, miałem ochotę wyrzucić ją tutaj z siebie. Leży więc i gnije sobie w najlepsze.
Odnośnie zim, miałem okazję przeczytać ostatnio bardzo zimną książkę. Schludnie wydana cegła, Terror Dana Simona opowiada o słynnej wyprawie morskiej w poszukiwaniu przejścia północno-zachodniego. Wyszedł z tego trochę Melville (ten od Moby Dicka), trochę groza a'la Lovecraft (wątki mitologii innuickiej + tajemnicze zło mordujące członków ekspedycji), trochę, bo ja wiem, Conrad. Przyznaję, odniesienia do literatury marynistycznej wrzuciłem w ciemno, szukając podobieństw wśród czegoś, co było mi znane wcześniej - bo gówno się znam na literaturze marynistycznej. A szkoda. Tak czy siak, autor umiejętnie zbudował opowieść niesamowitą na bazie ogromnej ilości zgromadzonego materiału faktograficznego. Fenomenalnie oddał obcość lodowych pustkowi i małość człowieka w starciu z nieznanym. A także absurdalność losów ekspedycji, nękanej mnóstwem pechowych zbiegów okoliczności, których negatywne skutki uwypuklała nieraz krótkowzroczność dowódców (wynikająca rzecz jasna z takich a nie innych uwarunkowań, uniemożliwiających szybkie zaadaptowanie się do zmieniających się warunków). W przeciwieństwie do większości weird fiction (można to pod weird podciągnąć w ogólnym sensie), bohaterowie nie poddali się po zderzeniu się z obcością. Ci, którzy mogli, walczyli do końca, część oddała swoje życia na własnych warunkach. Książkę dopełnia posłowie dr hab. Grzegorza Rachlewicza, wyczerpująco i przystępnie prezentującego w nim kontekst historyczny oraz rozwijającego geograficzne niejasności.
Do pociągu wolę gorsze książki, mniej absorbujące uwagę. Niedobitki serii wydawniczych Phantom Pressu czy Amber Horror pałętające się po ulicznych straganach ze starymi książkami świetnie sprawdzają się w roli zapychaczy czasu. Carnosaur gościa piszącego jako Harry Adam Knight to sprawnie napisane czytadło, co najciekawsze, poprzedzające Park Jurajski i późniejszą modę na dinozaury. Sporo seksu, dużo przemocy; fatalna edycja polskiego tłumaczenia; przyciągająca wzrok, kiczowata ale ładna na swój sposób okładka, jeśli ktoś lubi takie klimaty. Ja lubię, coraz bardziej na zasadzie guilty pleasure, ale lubię. Książka została zekranizowana, ekranizacja doczekała się direct-to-video kontynuacji, i to nawet paru. Nie miałem okazji oglądać.
W pociągu przeczytałem też Syreny z Saturna Kurta Vonneguta. Wspaniała książka. Czego tam nie ma: obojętny człowiekowi wszechświat i najzupełniej obojętny człowiekowi Bóg; problematyka determinizmu a wolnej woli; zdarcie i przebudowa kształtujących jednostkę uwarunkowań; kurs kolizyjny na Nieznane wiszące w kosmosie; częściowe odkrycie nieznanego i rozczarowanie, bo za jednym nieznanym rozciągają się kolejne, za siłami częściowo poznawalnymi wynurzają się z czegoś nieosiągalnego; człowieczeństwo maszyny. A do tego wszystko będące cudowną, co ciekawe nie posępną i tylko nieco przygnębiającą (poza ogólnym wydźwiękiem i paroma elementami), surrealistyczną groteską. Autor śmiało brał szturmem kolejne granice wyobraźni, balansując na granicy przejaskrawienia i autoparodii, dorzucał więcej i więcej następnych dziwactw i absurdów. Coś, co spokojnie mogło by być kolejną smutną opowieścią o pożerającej wszystko ciemności i mackowatych kształtach w niej drzemiących, jest pełną akcji i okraszoną ironicznym poczuciem humoru opowieścią, że w gruncie rzeczy i tak wszyscy umrzemy a wszechświat ma nas w dupie, dlatego zamiast się zamartwiać warto śmiało samemu wyruszyć na spotkanie wszechświatowi. A nawet jak będziemy przed tym wszechświatem uciekać, to samozwańczy bogowie i/lub ślepy przypadek i tak wyciągną po nas łapska.
Zrobiłem drugie podejście do antologii Po drugiej stronie. Weird fiction po polsku. Pierwsze było tutaj. Tak właściwie szukałem w niej jednego opowiadania. I nie znalazłem go - coś pomyliłem z czymś, poszukiwania trwają - za to przeczytałem tę książkę raz jeszcze. W sumie mogę podtrzymać wszystkie moje zarzuty względem gatunku jako takiego sformułowane w podlinkowanym poście - tyle, że sam coraz bardziej zacząłem w nim się odnajdywać. Nie przeszkadzało mi też nagromadzenie wszelkiej beznadziei, czasem dosyć topornie ładowanej czytelnikowi w ryło. Niezbyt utożsamiam się z moim wcześniejszym argumentem o wpajaniu ogólnej ciemnoty, zabobonów i pogardy dla nauki. Co więcej, uważam, że był to dość dziwny argument. Pewnie dlatego, że mój ateizm - w miarę świeży w 2013 roku - aktualnie przygasł, chociaż zarazem zwyrodniał bardziej. Przykład na to, jak zmienne warunki mogą wpłynąć na gust literacki - gdy przedstawiłem swoje wrażenia po pierwszym przeczytaniu, byłem jeszcze studentem. Myślałem wtedy, że kiedyś wcześniej, gdy szedłem na studia, byłem młody i naiwny. Miałem jakieś tam ogólnożyciowe plany. Teraz zaś już nie jestem studentem, patrzę na siebie-studenta z mieszaniną odrazy i politowania. Z tamtych ogólnożyciowych planów rzecz jasna nic nie wyszło (patrząc nawet z perspektywy tego jednego, dwóch lata - ale to całkiem dobrze się stało), ponadto zderzyłem się kilkukrotnie z zagmatwaną rzeczywistością, przez co uwypukleniu uległy wcześniej niedominujące elementy moich przekonań i osobowości, jakieś ciemne cienie zawsze tam gdzieś tkwiące, odkąd pod koniec gimbazy byłem mhrocznym metalowcę. Wystarczyły dwa lata, by punkt widzenia się zmienił - a wraz z nim zmienił się stopień przyswajalności różnych treści i stopień utożsamiania się z nimi.
Punkt widzenia ale odczucia pozostały z grubsza te same - więc o ile większość zgromadzonych tu opowiadań mnie nieco znudziła (wszystkie oparte na mitologii Cthulhu - ja was bardzo przepraszam, ja wszystko rozumiem - ale po Ligottim raczej już nigdy nie spojrzę na kolejny Lovecraft-worship bez uczucia lekkiego zażenowania), klasyfikacja najlepszych w tym zbiorze pozostaje jak dla mnie bez zmian.
Herman Hesse Demian - kolejna dziwna książka. W pewien sposób dosyć mi bliska. Zwariowany gość był z autora, miotał się aż za bardzo i wyraźnie czegoś nie przezwyciężył w swojej młodości. Typowy przedstawiciel niemieckiej inteligencji pierwszej połowy XX wieku, chciałoby się rzec. Hesse na przestrzeni lat przeżył etap fascynacji psychoanalizą - Demian jest tego pokłosiem. Ale to była psychoanaliza dość inna od tego, co dziś jest znane pod tym bardzo szerokim pojęciem - tutaj widać wpływ Junga, i to Junga z czasów, gdy objawił mu się Abraxas.
Poza tym fabuła jest prosta(cka) wręcz - młody chłopak dojrzewa, jest pełen napięć, widzi dwa sprzeczne światy, ziemski i duchowy (tak je nazwijmy umownie na potrzeby tego krótkiego opisu), miota się między jednym a drugim, szuka równowagi, szuka swojej drogi, ma problemy w szkole, oczywiście jest cherlawym wrażliwcem więc podporządkowuje się starszemu chuliganowi, potem spotyka tytułowego Demiana, zaprzyjaźnia się z nim, toczą dziwne rozmowy o religii, człowieku, świecie...
... życie płynie dalej, główny bohater nie może sobie poradzić sam ze sobą, odnawia po paru latach kontakt z Demianem, ten wprowadza go w rodzaj towarzystwa ezoterycznego, główny bohater śni o feniksie i odczuwa uczucie romantyczne do matki Demiana...
I takie tam. W sumie niezła rzecz, ale bardzo specyficzna. Do tego jest to świetne źródło nihilistycznych/egzystencjalistycznych bon-motów, w sam raz do wrzucenia na fejsika by 2137 znajomych mogło przeczytać jacy to jesteśmy samotni, niezrozumiani i w ogóle.
Królestwo spokoju Jacka Ketchuma starczyło na dwa przejazdy pociągiem (same przejazdy pamiętam lepiej od pobytu na miejscu). Pierwsza książka autora jaką miałem okazję przeczytać. Ponoć przekrojowo ukazuje jego zainteresowania literackie i rejony szeroko pojętego horroru w granicach których się porusza. Tak naprawdę o jakiejś książce mogę powiedzieć, że była dobra, jeśli z jakiegoś powodu zapamiętałem ją na długo - z tej zapamiętałem tylko kilka opowiadań, w tym tytułowe, które jest absolutnie urzekające. Poza tym, jak to w horrorach, jest i seks, i przemoc, i jakaś rozmaita niezwykłość, sporo horroru psychologicznego a nawet delikatne wycieczki w stronę weird (czy raczej anxiety - TM by ja) fiction. Jak dla mnie nic szokującego i nic porażającego, ale bardzo dobry, solidny zbiór.
F. Paul Wilson Odwet - oho, jakaś książka w końcu mnie zaskoczyła. I to podwójnie, bo nie spodziewałem się, że akurat coś takiego mnie zaskoczy. Niby kontynuacja cyklu zapoczątkowanego przez Twierdzę (siedem zdań o tej książce tutaj) (po drodze była jeszcze jedna książka, za Odwetem też coś jeszcze było, nieistotny szczegół), a jednak coś zupełnie innego. W Twierdzy główny zły był nieco komiksowy. Przerysowany. Był zły, bo był pradawnym czymś uwięzionym w posępnym, niesamowitym zamczysku. Był trochę jak wampir, trochę jak upiór. Był przewidywalny, wpisywał się w konwencję. W Odwecie mamy tego samego złego, po latach, w innym życiu, a jednak innego. Perwersyjnego maniaka dokonującego obrzydliwych zbrodni byle by pognębić znielubionych przeciwników, w gruncie rzeczy dość przypadkowo wybranych (historia sześcioletniego chłopca naprawdę mną poruszyła - a to się zdarza bardzo rzadko). Nieuchwytnego, pozbawionego przebrzmiałej rekwizytorni, duchów Lovecrafta i Howarda wiszących nad jego kreacją.
Jedna z lepszych rzeczy z szalonych lat horroru książkowego ('90) w Polsce jakie czytałem.
Przeglądając własnego bloga bardzo często zastanawiam się, jak to możliwe, że coś, co jest oczywistym chłamem, potrafiłem zachwalać. Najchętniej co pół roku zmieniałbym treść całkiem sporej ilości postów, niczym w stalinowskiej Rosji lub współczesnym Watykanie. Tak samo widzę jak na przestrzeni czasu zmieniały mi się gusta literackie, zakładając optymistycznie, że kiedykolwiek były wyrobione. Największą katastrofą naszych czasów - do której i ja przykładam kilobajty - jest przekonanie, że ma się cokolwiek sensownego do powiedzenia na jakikolwiek temat, że cokolwiek co ma do powiedzenia faktycznie zainteresuje kogokolwiek, i że można wnioski własne wysnute na bazie subiektywnego gustu, wykreowanego przez lata na bazie indywidualnych doświadczeń rozszerzyć na ogół czytelników i zaprezentować jako coś - w miarę - obiektywnego.
W kilku przypadkach pozwoliłem sobie na dopiski po czasie, z odpowiednimi adnotacjami. Cały czas to wałkuję, to nie pierwszy post o tym tu, bo nie daje mi to spokoju. W gruncie rzeczy każda opinia o czymkolwiek ma swoje miejsce i czas. Po kolejnym mrugnięciu okiem optyka może zmienić się diametralnie. Raz zachwycisz się czymś, książką A, opinią B, poglądem C, tydzień później, po zapoznaniu się z nowymi - dla Ciebie nowymi - informacjami zdasz sobie sprawę, że autor A popełnił plagiat D, wyraziciel B jest skończonym idiotą, pogląd C to piramidalna bzdura. Samo pisanie o tym mechanizmie jest paradoksem, z drugiej strony łatwo jest pisać o czymś takim, gdy noce stają się coraz zimniejsze a zmierzch zapada coraz wcześniej. Zbliżająca się zima sprzyja ujrzeniu w sobie jakiejś małej prawdy, w końcu gwiaździste niebo jest dłużej widoczne (ok, nie w warunkach krakowskiego smogu), a jednak sprzyja też nasileniu reakcji odrzucenia tej małej prawdy, rzadko bowiem kiedy z rozgwieżdżonego nieba można wyczytać coś przyjaznego i optymistycznego. Ale, znowuż, to tylko moja opinia. Z jakiegoś powodu, jakiegoś internetowego ekshibicjonizmu, miałem ochotę wyrzucić ją tutaj z siebie. Leży więc i gnije sobie w najlepsze.
Odnośnie zim, miałem okazję przeczytać ostatnio bardzo zimną książkę. Schludnie wydana cegła, Terror Dana Simona opowiada o słynnej wyprawie morskiej w poszukiwaniu przejścia północno-zachodniego. Wyszedł z tego trochę Melville (ten od Moby Dicka), trochę groza a'la Lovecraft (wątki mitologii innuickiej + tajemnicze zło mordujące członków ekspedycji), trochę, bo ja wiem, Conrad. Przyznaję, odniesienia do literatury marynistycznej wrzuciłem w ciemno, szukając podobieństw wśród czegoś, co było mi znane wcześniej - bo gówno się znam na literaturze marynistycznej. A szkoda. Tak czy siak, autor umiejętnie zbudował opowieść niesamowitą na bazie ogromnej ilości zgromadzonego materiału faktograficznego. Fenomenalnie oddał obcość lodowych pustkowi i małość człowieka w starciu z nieznanym. A także absurdalność losów ekspedycji, nękanej mnóstwem pechowych zbiegów okoliczności, których negatywne skutki uwypuklała nieraz krótkowzroczność dowódców (wynikająca rzecz jasna z takich a nie innych uwarunkowań, uniemożliwiających szybkie zaadaptowanie się do zmieniających się warunków). W przeciwieństwie do większości weird fiction (można to pod weird podciągnąć w ogólnym sensie), bohaterowie nie poddali się po zderzeniu się z obcością. Ci, którzy mogli, walczyli do końca, część oddała swoje życia na własnych warunkach. Książkę dopełnia posłowie dr hab. Grzegorza Rachlewicza, wyczerpująco i przystępnie prezentującego w nim kontekst historyczny oraz rozwijającego geograficzne niejasności.
Do pociągu wolę gorsze książki, mniej absorbujące uwagę. Niedobitki serii wydawniczych Phantom Pressu czy Amber Horror pałętające się po ulicznych straganach ze starymi książkami świetnie sprawdzają się w roli zapychaczy czasu. Carnosaur gościa piszącego jako Harry Adam Knight to sprawnie napisane czytadło, co najciekawsze, poprzedzające Park Jurajski i późniejszą modę na dinozaury. Sporo seksu, dużo przemocy; fatalna edycja polskiego tłumaczenia; przyciągająca wzrok, kiczowata ale ładna na swój sposób okładka, jeśli ktoś lubi takie klimaty. Ja lubię, coraz bardziej na zasadzie guilty pleasure, ale lubię. Książka została zekranizowana, ekranizacja doczekała się direct-to-video kontynuacji, i to nawet paru. Nie miałem okazji oglądać.
W pociągu przeczytałem też Syreny z Saturna Kurta Vonneguta. Wspaniała książka. Czego tam nie ma: obojętny człowiekowi wszechświat i najzupełniej obojętny człowiekowi Bóg; problematyka determinizmu a wolnej woli; zdarcie i przebudowa kształtujących jednostkę uwarunkowań; kurs kolizyjny na Nieznane wiszące w kosmosie; częściowe odkrycie nieznanego i rozczarowanie, bo za jednym nieznanym rozciągają się kolejne, za siłami częściowo poznawalnymi wynurzają się z czegoś nieosiągalnego; człowieczeństwo maszyny. A do tego wszystko będące cudowną, co ciekawe nie posępną i tylko nieco przygnębiającą (poza ogólnym wydźwiękiem i paroma elementami), surrealistyczną groteską. Autor śmiało brał szturmem kolejne granice wyobraźni, balansując na granicy przejaskrawienia i autoparodii, dorzucał więcej i więcej następnych dziwactw i absurdów. Coś, co spokojnie mogło by być kolejną smutną opowieścią o pożerającej wszystko ciemności i mackowatych kształtach w niej drzemiących, jest pełną akcji i okraszoną ironicznym poczuciem humoru opowieścią, że w gruncie rzeczy i tak wszyscy umrzemy a wszechświat ma nas w dupie, dlatego zamiast się zamartwiać warto śmiało samemu wyruszyć na spotkanie wszechświatowi. A nawet jak będziemy przed tym wszechświatem uciekać, to samozwańczy bogowie i/lub ślepy przypadek i tak wyciągną po nas łapska.
Zrobiłem drugie podejście do antologii Po drugiej stronie. Weird fiction po polsku. Pierwsze było tutaj. Tak właściwie szukałem w niej jednego opowiadania. I nie znalazłem go - coś pomyliłem z czymś, poszukiwania trwają - za to przeczytałem tę książkę raz jeszcze. W sumie mogę podtrzymać wszystkie moje zarzuty względem gatunku jako takiego sformułowane w podlinkowanym poście - tyle, że sam coraz bardziej zacząłem w nim się odnajdywać. Nie przeszkadzało mi też nagromadzenie wszelkiej beznadziei, czasem dosyć topornie ładowanej czytelnikowi w ryło. Niezbyt utożsamiam się z moim wcześniejszym argumentem o wpajaniu ogólnej ciemnoty, zabobonów i pogardy dla nauki. Co więcej, uważam, że był to dość dziwny argument. Pewnie dlatego, że mój ateizm - w miarę świeży w 2013 roku - aktualnie przygasł, chociaż zarazem zwyrodniał bardziej. Przykład na to, jak zmienne warunki mogą wpłynąć na gust literacki - gdy przedstawiłem swoje wrażenia po pierwszym przeczytaniu, byłem jeszcze studentem. Myślałem wtedy, że kiedyś wcześniej, gdy szedłem na studia, byłem młody i naiwny. Miałem jakieś tam ogólnożyciowe plany. Teraz zaś już nie jestem studentem, patrzę na siebie-studenta z mieszaniną odrazy i politowania. Z tamtych ogólnożyciowych planów rzecz jasna nic nie wyszło (patrząc nawet z perspektywy tego jednego, dwóch lata - ale to całkiem dobrze się stało), ponadto zderzyłem się kilkukrotnie z zagmatwaną rzeczywistością, przez co uwypukleniu uległy wcześniej niedominujące elementy moich przekonań i osobowości, jakieś ciemne cienie zawsze tam gdzieś tkwiące, odkąd pod koniec gimbazy byłem mhrocznym metalowcę. Wystarczyły dwa lata, by punkt widzenia się zmienił - a wraz z nim zmienił się stopień przyswajalności różnych treści i stopień utożsamiania się z nimi.
Punkt widzenia ale odczucia pozostały z grubsza te same - więc o ile większość zgromadzonych tu opowiadań mnie nieco znudziła (wszystkie oparte na mitologii Cthulhu - ja was bardzo przepraszam, ja wszystko rozumiem - ale po Ligottim raczej już nigdy nie spojrzę na kolejny Lovecraft-worship bez uczucia lekkiego zażenowania), klasyfikacja najlepszych w tym zbiorze pozostaje jak dla mnie bez zmian.
Herman Hesse Demian - kolejna dziwna książka. W pewien sposób dosyć mi bliska. Zwariowany gość był z autora, miotał się aż za bardzo i wyraźnie czegoś nie przezwyciężył w swojej młodości. Typowy przedstawiciel niemieckiej inteligencji pierwszej połowy XX wieku, chciałoby się rzec. Hesse na przestrzeni lat przeżył etap fascynacji psychoanalizą - Demian jest tego pokłosiem. Ale to była psychoanaliza dość inna od tego, co dziś jest znane pod tym bardzo szerokim pojęciem - tutaj widać wpływ Junga, i to Junga z czasów, gdy objawił mu się Abraxas.
Poza tym fabuła jest prosta(cka) wręcz - młody chłopak dojrzewa, jest pełen napięć, widzi dwa sprzeczne światy, ziemski i duchowy (tak je nazwijmy umownie na potrzeby tego krótkiego opisu), miota się między jednym a drugim, szuka równowagi, szuka swojej drogi, ma problemy w szkole, oczywiście jest cherlawym wrażliwcem więc podporządkowuje się starszemu chuliganowi, potem spotyka tytułowego Demiana, zaprzyjaźnia się z nim, toczą dziwne rozmowy o religii, człowieku, świecie...
... życie płynie dalej, główny bohater nie może sobie poradzić sam ze sobą, odnawia po paru latach kontakt z Demianem, ten wprowadza go w rodzaj towarzystwa ezoterycznego, główny bohater śni o feniksie i odczuwa uczucie romantyczne do matki Demiana...
I takie tam. W sumie niezła rzecz, ale bardzo specyficzna. Do tego jest to świetne źródło nihilistycznych/egzystencjalistycznych bon-motów, w sam raz do wrzucenia na fejsika by 2137 znajomych mogło przeczytać jacy to jesteśmy samotni, niezrozumiani i w ogóle.
Królestwo spokoju Jacka Ketchuma starczyło na dwa przejazdy pociągiem (same przejazdy pamiętam lepiej od pobytu na miejscu). Pierwsza książka autora jaką miałem okazję przeczytać. Ponoć przekrojowo ukazuje jego zainteresowania literackie i rejony szeroko pojętego horroru w granicach których się porusza. Tak naprawdę o jakiejś książce mogę powiedzieć, że była dobra, jeśli z jakiegoś powodu zapamiętałem ją na długo - z tej zapamiętałem tylko kilka opowiadań, w tym tytułowe, które jest absolutnie urzekające. Poza tym, jak to w horrorach, jest i seks, i przemoc, i jakaś rozmaita niezwykłość, sporo horroru psychologicznego a nawet delikatne wycieczki w stronę weird (czy raczej anxiety - TM by ja) fiction. Jak dla mnie nic szokującego i nic porażającego, ale bardzo dobry, solidny zbiór.
F. Paul Wilson Odwet - oho, jakaś książka w końcu mnie zaskoczyła. I to podwójnie, bo nie spodziewałem się, że akurat coś takiego mnie zaskoczy. Niby kontynuacja cyklu zapoczątkowanego przez Twierdzę (siedem zdań o tej książce tutaj) (po drodze była jeszcze jedna książka, za Odwetem też coś jeszcze było, nieistotny szczegół), a jednak coś zupełnie innego. W Twierdzy główny zły był nieco komiksowy. Przerysowany. Był zły, bo był pradawnym czymś uwięzionym w posępnym, niesamowitym zamczysku. Był trochę jak wampir, trochę jak upiór. Był przewidywalny, wpisywał się w konwencję. W Odwecie mamy tego samego złego, po latach, w innym życiu, a jednak innego. Perwersyjnego maniaka dokonującego obrzydliwych zbrodni byle by pognębić znielubionych przeciwników, w gruncie rzeczy dość przypadkowo wybranych (historia sześcioletniego chłopca naprawdę mną poruszyła - a to się zdarza bardzo rzadko). Nieuchwytnego, pozbawionego przebrzmiałej rekwizytorni, duchów Lovecrafta i Howarda wiszących nad jego kreacją.
Jedna z lepszych rzeczy z szalonych lat horroru książkowego ('90) w Polsce jakie czytałem.
niedziela, 9 sierpnia 2015
Thomas Ligotti "Jeszcze nie skończyłem"
Z jednej strony to bardzo dobrze, że ukazało się to w Polsce. Z drugiej strony, kiepsko, że w takiej a nie innej formie - w wydaniu specjalnym Nowej Fantastyki, nr 4/2014.
W Polsce, a szczególnie w miejscach takich jak Kraków, gdzie poza korporacjami mamy stale zmniejszający i degenerujący się sektor Typowych Polskich Januszy Przedsiębiorczości oraz przeżarty nepotyzmem i wszelkimi patologiami sektor publiczny/administrację miejsko-państwowo-folwarczaną miłościwie panującego Pana Prezydenta, ta krótka powieść powinna być rozrzucana z samolotów na kolejnymi korpo-parkami lub kserowana i zostawiana w miejscach spotkań reprezentantów Nowego Człowieka późnego peryferyjnego kapitalizmu, określanych częściej mianem korposzczurów. Zawsze uważałem to określenie za nieadekwatne, w końcu szczury to bardzo inteligentne, żywotne i mające instynkt samozachowawczy zwierzęta.
Skoro ukazało się tak a nie inaczej, szanse na to, że w sensownym czasie ktoś wyda całą książkę, są wątpliwe. I to jest największy minus.
W tym samym wydaniu Nowej Fantastyki były rzecz jasna jeszcze inne utwory. Nie wątpię, że skoro się tam znalazły, są na wysokim poziomie i z pewnością zapewniłyby czytelnikowi dużo rozrywki (a może i rozmyślań egzystencjalnych), ale zupełnie nie interesowało mnie zapoznanie się z tymi tekstami.
Tak po prawdzie, to przeoczyłem ten numer. Gdy w końcu miałem go kupić, okazało się, że właśnie zniknął z punktów, w których był dystrybuowany. Pocieszałem się, że pewnie jest od dawna na Chomiku, ale tak prawdę mówiąc, nie chciało mi się go szukać. Dużo później, pewnego deszczowego dnia napotkałem ten numer na stoisku ze zwrotami rozmaitych pism na jednym z krakowskich (właściwie to nowohuckich) placów handlowych i nabyłem go od razu za oszałamiającą kwotę 3zł.
Jeszcze nie skończyłem to utwór po linii horroru korporacyjnego w ramach twórczości Ligottiego, który sam przepracował część życia w jednej z tego typu firm. Co prawda nie było to typowe korpo znane z polskiego podwórka, ale kultura organizacyjna jest w każdym takim molochu taka sama, różnią się one od siebie nieistotnymi szczegółami. Opowiedziana przez niego historia nie ma związku z Organizacją Quine, wszechogarniającą państwo-korporacją znaną z wcześniejszych utworów autora. Wizja świata nie przypomina bad tripu, jest znacznie bardziej realistyczna, opisuje typ międzynarodowego przedsiębiorstwa realnie istniejącego tu i teraz. Jakiś czas temu miałem sen, w którym podrzynałem mojemu dyrektorowi centrum gardło za pomocą pękniętej, plastikowej ekierki, więc jak dla mnie nie jest to wada. Świetnie się odnalazłem w postaci głównego bohatera (oczywiście przy uwzględnieniu lokalnych uwarunkowań, np. tutejszego poziomu zarobków oraz tego, że zajmuję o wiele niższe stanowisko niż to, z którego Frank Dominio został na skutek diabolicznej intrygi zrzucony, a na którym wcale nie chciał się znaleźć). Co jest może i troszkę niepokojące, ale za to lektura miała dla mnie wymiar - to niezbyt odpowiednie słowo, ale w miarę oddaje wpływ tekstu na mnie - autoterapeutyczny.
Tak naprawdę to tekst ten jest wyraźnie słabszy od chociażby tekstów z Teatro Grottesco. Nie jest aż tak duszny, paranoiczny, oniryczny. Za to czuć, jak bardzo jest to rzecz osobista dla Ligottiego. Przez sporą część utworu jest to - uwaga, uwaga - bardziej gore niż weird. Sam moment mrocznego objawienia, zawieszenia głównego bohatera w dziwnym stanie to już typowy Ligotti, z czarnymi plamami na nocnym niebie, mroczną pustką napędzającą istnienie wszystkiego, co żyjące, nie zdające sobie sprawy z tejże wymierzonej przeciwko wszystkiemu innemu co żyje wielkiej i niekończącej się pracy. Do tego dochodzi pochwała rozpadu, pomyślunek narratora z wyraźnym wpływem prawdziwych zaburzeń i schorzeń autora, rozkoszna dehumanizacja przeciwników głównego bohatera (utożsamienie ich ze świniami).
Motyw tejże pustki/nicości będącej jednocześnie rodzajem uniwersalnej, prawdziwej siły napędzającej wszelkie przejawy życia polski czytelnik może kojarzyć np. z Cienia, ciemności. Tam mieliśmy jednak bohemę artystyczną, ze stanu agnozji do mrocznego oświecenia przeszli dzięki - uproszczając - dolegliwościom jelitowym. Stare pączki i dziwna kawa posłużyły za mroczny sakrament, jego przyjęcie było jednym elementem rytuału inicjacyjnego któremu zostali nieświadomie poddani. Tutaj mamy jednoosobowe oświecenie, do którego droga była znacznie dłuższa, a zaczęła się od zmiany stanu istnienia głównego bohatera (czego przyczyna przez sporą część tekstu jest nieznana). W pewnym sensie mamy tutaj wykorzystany wątek głównego antagonisty będącego jednocześnie "transgresywnym mentorem" dla głównego bohatera - gdyby nie on, Frank napędzany chęcią zabicia go nie dotarłby tam, gdzie ostatecznie doszedł. Nie poznałby ostatecznej i dewastującej prawdy, wokół której kluczył, ale której sens był przed nim ukryty.
Zakładając, że styl Ligottiego najlepiej oddali tłumacze Teatro, Jakub Małecki spisał się bardzo dobrze. Autor wplata w tekst dygresje, rozbija go czasem wtrąceniami charakterystycznymi bardziej dla opowieści mówionej niż słowa pisanego.
Najgorzej wypadła informacja pod tekstem o autorze, ktoś nie sfokusował się na riserczu i wyszedł fakap - (...) dotychczas w Polsce ukazało się ledwie jedno opowiadanie (...) - te słowa padły już po Grottesco, po tekstach w Wielkiej Księdze Potworów, 999, Weird Fiction po polsku, fragmentach w Trans/Wizjach, itd. Jeśli dobrze kojarzę, w kolejnym numerze NF Wojciech Gunia naprawił to, ale fakt pozostaje faktem, że ktoś z pisma nie zaznajomił się z tematem.
W Polsce, a szczególnie w miejscach takich jak Kraków, gdzie poza korporacjami mamy stale zmniejszający i degenerujący się sektor Typowych Polskich Januszy Przedsiębiorczości oraz przeżarty nepotyzmem i wszelkimi patologiami sektor publiczny/administrację miejsko-państwowo-folwarczaną miłościwie panującego Pana Prezydenta, ta krótka powieść powinna być rozrzucana z samolotów na kolejnymi korpo-parkami lub kserowana i zostawiana w miejscach spotkań reprezentantów Nowego Człowieka późnego peryferyjnego kapitalizmu, określanych częściej mianem korposzczurów. Zawsze uważałem to określenie za nieadekwatne, w końcu szczury to bardzo inteligentne, żywotne i mające instynkt samozachowawczy zwierzęta.
Skoro ukazało się tak a nie inaczej, szanse na to, że w sensownym czasie ktoś wyda całą książkę, są wątpliwe. I to jest największy minus.
W tym samym wydaniu Nowej Fantastyki były rzecz jasna jeszcze inne utwory. Nie wątpię, że skoro się tam znalazły, są na wysokim poziomie i z pewnością zapewniłyby czytelnikowi dużo rozrywki (a może i rozmyślań egzystencjalnych), ale zupełnie nie interesowało mnie zapoznanie się z tymi tekstami.
Tak po prawdzie, to przeoczyłem ten numer. Gdy w końcu miałem go kupić, okazało się, że właśnie zniknął z punktów, w których był dystrybuowany. Pocieszałem się, że pewnie jest od dawna na Chomiku, ale tak prawdę mówiąc, nie chciało mi się go szukać. Dużo później, pewnego deszczowego dnia napotkałem ten numer na stoisku ze zwrotami rozmaitych pism na jednym z krakowskich (właściwie to nowohuckich) placów handlowych i nabyłem go od razu za oszałamiającą kwotę 3zł.
Jeszcze nie skończyłem to utwór po linii horroru korporacyjnego w ramach twórczości Ligottiego, który sam przepracował część życia w jednej z tego typu firm. Co prawda nie było to typowe korpo znane z polskiego podwórka, ale kultura organizacyjna jest w każdym takim molochu taka sama, różnią się one od siebie nieistotnymi szczegółami. Opowiedziana przez niego historia nie ma związku z Organizacją Quine, wszechogarniającą państwo-korporacją znaną z wcześniejszych utworów autora. Wizja świata nie przypomina bad tripu, jest znacznie bardziej realistyczna, opisuje typ międzynarodowego przedsiębiorstwa realnie istniejącego tu i teraz. Jakiś czas temu miałem sen, w którym podrzynałem mojemu dyrektorowi centrum gardło za pomocą pękniętej, plastikowej ekierki, więc jak dla mnie nie jest to wada. Świetnie się odnalazłem w postaci głównego bohatera (oczywiście przy uwzględnieniu lokalnych uwarunkowań, np. tutejszego poziomu zarobków oraz tego, że zajmuję o wiele niższe stanowisko niż to, z którego Frank Dominio został na skutek diabolicznej intrygi zrzucony, a na którym wcale nie chciał się znaleźć). Co jest może i troszkę niepokojące, ale za to lektura miała dla mnie wymiar - to niezbyt odpowiednie słowo, ale w miarę oddaje wpływ tekstu na mnie - autoterapeutyczny.
Tak naprawdę to tekst ten jest wyraźnie słabszy od chociażby tekstów z Teatro Grottesco. Nie jest aż tak duszny, paranoiczny, oniryczny. Za to czuć, jak bardzo jest to rzecz osobista dla Ligottiego. Przez sporą część utworu jest to - uwaga, uwaga - bardziej gore niż weird. Sam moment mrocznego objawienia, zawieszenia głównego bohatera w dziwnym stanie to już typowy Ligotti, z czarnymi plamami na nocnym niebie, mroczną pustką napędzającą istnienie wszystkiego, co żyjące, nie zdające sobie sprawy z tejże wymierzonej przeciwko wszystkiemu innemu co żyje wielkiej i niekończącej się pracy. Do tego dochodzi pochwała rozpadu, pomyślunek narratora z wyraźnym wpływem prawdziwych zaburzeń i schorzeń autora, rozkoszna dehumanizacja przeciwników głównego bohatera (utożsamienie ich ze świniami).
Motyw tejże pustki/nicości będącej jednocześnie rodzajem uniwersalnej, prawdziwej siły napędzającej wszelkie przejawy życia polski czytelnik może kojarzyć np. z Cienia, ciemności. Tam mieliśmy jednak bohemę artystyczną, ze stanu agnozji do mrocznego oświecenia przeszli dzięki - uproszczając - dolegliwościom jelitowym. Stare pączki i dziwna kawa posłużyły za mroczny sakrament, jego przyjęcie było jednym elementem rytuału inicjacyjnego któremu zostali nieświadomie poddani. Tutaj mamy jednoosobowe oświecenie, do którego droga była znacznie dłuższa, a zaczęła się od zmiany stanu istnienia głównego bohatera (czego przyczyna przez sporą część tekstu jest nieznana). W pewnym sensie mamy tutaj wykorzystany wątek głównego antagonisty będącego jednocześnie "transgresywnym mentorem" dla głównego bohatera - gdyby nie on, Frank napędzany chęcią zabicia go nie dotarłby tam, gdzie ostatecznie doszedł. Nie poznałby ostatecznej i dewastującej prawdy, wokół której kluczył, ale której sens był przed nim ukryty.
Zakładając, że styl Ligottiego najlepiej oddali tłumacze Teatro, Jakub Małecki spisał się bardzo dobrze. Autor wplata w tekst dygresje, rozbija go czasem wtrąceniami charakterystycznymi bardziej dla opowieści mówionej niż słowa pisanego.
Najgorzej wypadła informacja pod tekstem o autorze, ktoś nie sfokusował się na riserczu i wyszedł fakap - (...) dotychczas w Polsce ukazało się ledwie jedno opowiadanie (...) - te słowa padły już po Grottesco, po tekstach w Wielkiej Księdze Potworów, 999, Weird Fiction po polsku, fragmentach w Trans/Wizjach, itd. Jeśli dobrze kojarzę, w kolejnym numerze NF Wojciech Gunia naprawił to, ale fakt pozostaje faktem, że ktoś z pisma nie zaznajomił się z tematem.
czwartek, 30 lipca 2015
Czas na Cokolwiek #11
Pokrótce zmienia niniejszym nazwę na Czas na Cokolwiek. Czemu tak? Bo tak. Bawmy się, w końcu na końcu wszyscy umrzemy. Numeracja będzie kontynuowana.
***
Byłem na Jagaconie. Miałem być od piątku (jej, ile to już czasu w sumie minęło, ile piątków), ale nie wyszło, byłem w sobotę i niedzielę. Dobrze było zobaczyć starych i nowszych znajomych i przyjaciół, nie będę wymieniać nikogo, bo 1) kompletnie Was nie interesowałoby czytanie o tym jak pozdrawiam kumpli jeszcze z liceum, 2) jeszcze pominąłbym kogoś i ten ktoś poczułby się obrażony.
Nie wiedziałem, jak mi się poustawia grafik w robocie i urlopy, ostatecznie ustawił się zbyt późno by mi się chciało jechać tam z prelekcją. Ale za rok może będę miał możliwość lepszego zaplanowania wielu różnych rzeczy, bez niepewności do ostatniej chwili, czy w ogóle uda mi się tam wyrwać.
Widać wyraźnie rozwój samej imprezy, dużo bloków, punkty programu rozplanowane do godzin porannych. Droga przez las na dworzec kolejowy była oznaczona przyzwoicie.
***
Zgodnie z przepisami Unii Europejskiej musisz informować użytkowników z krajów unijnych o plikach cookie wykorzystywanych na Twoim blogu. W wielu przypadkach przepisy wymagają również uzyskania ich zgody.
Aby ułatwić Ci spełnienie tych wymagań, dodaliśmy na Twoim blogu powiadomienie o wykorzystywaniu przez Google określonych plików cookie Bloggera i Google, w tym plików cookie usług Google Analytics i AdSense.
Na Tobie spoczywa obowiązek upewnienia się, że to powiadomienie jest odpowiednie dla Twojego bloga i wyświetla się na nim prawidłowo. Jeśli stosujesz inne pliki cookie, na przykład związane z dodaniem funkcji innych firm, to powiadomienie może nie być wystarczające. Dowiedz się więcej o tym powiadomieniu i Twoich obowiązkach.
Chłodna historia blogspocie.
***
Bardzo poczciwa gra - Sad Satan (link do artykułu o niej, nie do niej jako takiej)
***
Powrót do Krk po urlopie nad morzem potrafi zaboleć - dopiero po detoksie w świeżym nadmorskim powietrzu czuć jakim syfem tutaj człowiek oddycha na co dzień.
***
W ciągu ostatniego czasu miałem niewątpliwą przyjemność narażenia na szwank oczu oraz kręgosłupa przy sporej ilości książek i filmów, jakby siedzenie przy kompie w pracy ~8 godzin/dzień nie było wystarczająco autodestrukcyjne.
Guy N. Smith Szatan
Klasyk Phantom Pressu. Kuriozalne czytadło, niezłe w swojej kategorii, ale cała ta kategoria to takie książkowe Birdemiki. Wskrzeszony pierwszy sekretarz KC KPZR wprowadza bardziej hardkorową wersję stalinizmu, do tego dysponuje nadludzkimi zdolnościami.
Widać dość konserwatywne poglądy autora, jest sporo rozmaitych uproszczeń (Crowley jako wraży satanista, itp.). Pozycja w sam raz do przeczytania w pociągu. Mój egzemplarz wypożyczyłem z biblioteki, gdzie ktoś go oddał w darze (bardzo mocno brzmi to słowo, ale jest nawet naklejka na okładce od środka - TA KSIĄŻKA JEST DAREM OD CZYTELNIKA. Sądząc po cenie napisanej ołówkiem z tyłu książki - 1zł - ten ktoś przynajmniej nie przepłacił.
Guy N. Smith Przyczajeni
Thriller bez wątków ponadnaturalnych (co ostatecznie wyjaśnia się na zakończenie), dosyć mdły i niczym się nie wyróżniający pośród setek podobnych pozycji. Pisarz z rodziną przeprowadzają się do zabitej dechami wiochy, której mieszkańcy bardzo nie lubią obcych i nie kryją się z tym. Wprowadzają się do starego domu, o którym krążą mroczne i mrożące krew w żyłach legendy.
Mam pisać dalej? (pyt. retoryczne).
Też dar od czytelnika. Kosztowała 2zł. Tym razem ten ktoś przepłacił.
Zastanawiam się czasem, czemu w ogóle tracę życie na czytanie czegoś takiego. To chyba sublimacja nieuświadomionego masochizmu, nie znajduję innego wytłumaczenia.
F. Paul Wilson Twierdza
Kolejny klasyk z lat '90, tym razem jednak nie Phantom Press tylko Amber Horror. II wojna światowa, oddział Wehrmahtu pod dowództwem nieco jungerowskiego Prusaka zostaje przerzucony do Rumunii, gdzie zajmuje tajemnicze zamczysko. Pazerni żołnierze budzą Coś, co zaczyna ich mordować. Sprowadzony na miejsce oddział SS nie radzi sobie z sytuacją. Wyjście z sytuacji znajduje sprowadzony ze stolicy żydowski profesor, któremu udaje się skontaktować ze złem zamieszkującym tytułową twierdzę.
Sympatyczne czytadło w ciekawy sposób nawiązujące do wątków wampirycznych, do tego kilka nawiązań do Lovecrafta. Napisane/przetłumaczone dużo lepiej niż Smithy Phantom Pressu, ale w gruncie rzeczy nie wyrasta poza poziom literatury wagonowej.
Wiesław Myśliwski Traktat o łuskaniu fasoli
Cała książka ma formę monologu człowieka łuskającego fasolę, mieszkańca/strażnika osiedla domków letniskowych na zupełnym wypizdowie, do którego przychodzi tajemniczy nieznajomy. Czasem monolog bardziej przypomina rozmowę, ale kwestii tego drugiego bohatera nie widzimy. Być może tej postaci po prostu nie ma, widnieje tylko dla narratora.
Od spostrzeżeń ogólnych i historii o życiu (bardzo bogatym życiu, pełnym zwrotów akcji, dodajmy) autor wychodzi do rozważań natury ogólnej o człowieku i świecie.
Mimo dosyć statycznej formy czyta się bardzo dobrze, przestoje w akcji i przeskoki w fabule nie przeszkadzają. Autor nie popada w patos, nie użala się nad sobą, ze szczegółami odnotowuje zapamiętane szczegóły swojego życia, jak radził sobie z losem rzucającym go po Polsce i świecie. W opowieściach snutych przez niego jest wiele czułości, pogodzenia się ze sobą, łagodnej melancholii.
Nie każdemu przypadnie do gustu, ale gorąco polecam.
Andrzej Stasiuk Nie ma ekspresów przy żółtych drogach
Rzecz dużo dojrzalsza niż wczesna Dukla. Mniej tu egzystencjalnego niepokoju, więcej melancholijnego pogodzenia się z rzeczywistością, chociaż z morzem uśpionych konfliktów z samym sobą w tle.
Zbiór reportaży, felietonów i pozycji pośrednich pierwotnie publikowanych przez autora na łamach rozmaitych periodyków. Znów mamy wiwisekcję własnych wspomnień, światło i jego wpływ na ludzi i krajobraz, wyraźnie odczuwaną więź z naturą, gorączkę podróżowania oraz obrazy bardzo mocno siedzące gdzieś w głębi autora (jak świnie karmione małżami). O czymkolwiek Stasiuk by nie pisał, czuć, że to Stasiuk. Wyżej od tej pozycji stawiam jednak Duklę. Sięgnę kiedyś po inne książki autora.
Fritz Daum Wil Scott wyjęty spod prawa
Niemiecki western dla młodszych czytelników. Urocze przygodowe czytadełko (momentami bardzo ale to bardzo dziwnie przetłumaczone) o młodym gniewnym wchodzącym w konflikt z prawem w imieniu wyższych racji. Główny bohater oczywiście dysponuje niemożliwymi zdolnościami strzeleckimi, wychodzi cało z najgroźniejszych opresji, itd.
Pierwsza część trylogii. Dorwałem na targu za 5zł, w sumie nie żałuję.
China Miéville Miasto i miasto
Kryminał czerpiący pełnymi garściami z noir jak i weird i podobnych (czuć gdzieś tam Schulza). Opowieść o niesamowitych tytułowych miastach, wplecionych umiejętnie w realia postzimnowojennego świata. Wykreowani bohaterowie i ich pogmatwane losy, morderstwo spajające fabułę, polityczne spiski mające miejsce gdzieś w tle, potężne służby dysponujące magicznymi wręcz zdolnościami, to wszystko to blaga, tło, pierdoły, tak naprawdę jest to historia o ponad-historycznym i wręcz metafizycznym Mieście i Mieście, dwóch potężnych konstruktach, Państwach w Państwach i Miastach w Miastach. Będąc w jednym musisz "przeoczać" drugie, chociaż często granice biegną wzdłuż ulicy czy kroją dany budynek na dwie części. Nie da się całej złożoności i odrealnienia świata przedstawionego opisać w kilku zdaniach. Zwyrodniała, panoptyczna struktura Miast, odciskających niezatarte piętno na swoich mieszkańcach, budynki żyjące własnym życiem, przestrzenie pomiędzy, ludzie podporządkowani przerastającym ich wyobrażenia dziwacznym prawom, zredukowani do mrówek zamkniętych w przytłaczających kompleksach - to główne tezy autora, prawdziwy sens i treść książki.
Gorąco polecam.
China Miéville Żelazna rada
Kolejna część cyklu, jednak da się czytać bez poznania pozostałych. Trochę estetyki westernowej, mutacje magiczno-genetyczne, przytłaczające swoim rozmachem państwo i miasto pełne slumsów, walka klas, ścierające się ze sobą i z władzą frakcje, tajne wojny, pradawne demony, obce bóstwa, dziwaczne rasy i rozmaite bestie...
A całość zadziwiająco spójna. Trochę steampunk, trochę dark fantasy, trochę manifest polityczny autora (który, przypomnijmy, jest marksistą i aktywnym działaczem politycznym - trockistą). Do tego jest bardzo melancholijne i w gruncie rzeczy trudne do przewidzenia. W gruncie rzeczy Miasto i miasto jest dużo lepszą pozycją tego autora.
Leigh Brackett Rio Bravo
Klasyczna pozycja amerykańskiej autorki, zekranizowana przez Howarda Hawksa w 1959. W kultowym westernie Rio Bravo grali m.in. John Wayne czy Dean Martin. O ile od westernów amerykańskich znacznie bardziej trafiają do mnie eurowesterny (przede wszystkim spaghetti), to do tego obrazu zawsze będę z sentymentem/z sentymentu wracał. Obiektywnie trzeba przyznać, że motyw jest oklepany, tłumaczenie nie najlepsze, zakończenie bez wyrazu (chociaż hmm wybuchowe); mimo tego jest to na tyle poczciwe że można się skusić, zwłaszcza jak ktoś zna film. Książka trafia się czasem w antykwariatach.
Hermann Hesse Wyższy świat
Nowe wydanie książki znanej wcześniej u nas pod tytułem Pod kołami. Historia o wrażliwym chłopaku, który za namową nauczycieli i rodziny stara się dostać do dobrej, państwowej szkoły, po której stanęłaby przed nim otworem kariera (protestanckiego) duchownego lub urzędnika państwowego wyższego szczebla. Sytuacja przerasta głównego bohatera, żałuje, że nie mógł cieszyć się życiem i młodością jak rówieśnicy. Gdy udaje mu się zdać egzaminy i trafić do wymarzonej szkoły, sytuacja przerasta go jeszcze bardziej. Do tego zaprzyjaźnia się z buntownikiem, co przynosi oczywiste konsekwencje i prowadzi w ostateczności do smutnego finału.
Refleksyjna historia o sensie życia, poszukiwaniu swojego miejsca w świecie i sensowności podejmowanych decyzji. Nic odkrywczego ale nieźle się czytało.
William Gibson Trylogia Ciągu
Czyli Neuromencer, Graf Zero i Mona Liza Turbo wydane w jednym tomie - pokaźnej cegle w twardej oprawie. Jedna z pierwszych trzech część nowej serii wydawniczej Wydawnictwa Mag - Artefakty. Mieli wypuścić tę serię zamiast Uczty Wyobraźni, jednak ta seria nadal jest kontynuowana (i bardzo dobrze).
O Neuromancerze szmat czasu temu już gdzieś na tym blogu pisałem; dopiero po przeczytaniu wszystkich części trylogii widać w pełni cały obraz i cały sens historii opowiedzianej przez Gibsona. Poszczególne części dzieją się w różnych odstępach czasu, część bohaterów się powtarza, część znika z areny dziejów świata przedstawionego po jednym tomie. W gruncie rzeczy jest to metafizyka cyberprzestrzeni, opowieść o ogromnym symulakrze prawdziwej rzeczywistości który staje się samoświadomy jako taki. Sama wizja się nie zestarzała (zarówno tego symulakru jak i świata przedstawionego) - szczegóły są i będą inne, ale jesteśmy całkiem blisko takich czasów. Bardzo dobrym pomysłem było wydanie tego w jednym tomie. Więcej osób, również młodszych czytelników będzie miało możliwość zapoznania się z tym klasykiem. Jeśli nie odpadną od momentami dość hermetycznego języka, będą się dobrze bawić.
***
Oglądam na bieżąco drugi sezon True Detective (tzn. co środę-czwartek, kiedy na torrentach jest już kolejny odcinek w dobrej jakości). Oprócz natężenia problemów głównych bohaterów na granicy absurdu pierwsze co rzuca się w oczy to przerost formy nad treścią - mnóstwo symboliki i odniesień nawrzucanych dla samego nawrzucania (jak książka Mistrza Eckharta leżąca na stoliku w domu Velcoro w jednym z odcinków). Symbolika zawarta w pierwszym sezonie dorobiła się naprawdę dobrych, wyczerpujących analiz (np. Power and hunting in "True Detective") od czasu do czasu nawet w wykonaniu uznanych akademików (Mesjasz w piekle Luizjany prof. Mikołejki). W przypadku drugiego sezonu mam nieodparte wrażenie że twórcy chcieli nawrzucać do fabuły i świata przedstawionego jak najwięcej różnych rozmaitości. Widząc kolejne perypetie bohaterów czasem po prostu się śmieje, z tego jak bardzo serial zmierza w stronę niezamierzonej, przejaskrawionej autoparodii. Do końca sezonu drugiego już bliżej niż dalej, niezależnie od tego, że ten sezon to chała, jestem bardzo ciekawy, jak się ta historia skończy - jeśli się skończy w tym sezonie.
***
Byłem na Jagaconie. Miałem być od piątku (jej, ile to już czasu w sumie minęło, ile piątków), ale nie wyszło, byłem w sobotę i niedzielę. Dobrze było zobaczyć starych i nowszych znajomych i przyjaciół, nie będę wymieniać nikogo, bo 1) kompletnie Was nie interesowałoby czytanie o tym jak pozdrawiam kumpli jeszcze z liceum, 2) jeszcze pominąłbym kogoś i ten ktoś poczułby się obrażony.
Nie wiedziałem, jak mi się poustawia grafik w robocie i urlopy, ostatecznie ustawił się zbyt późno by mi się chciało jechać tam z prelekcją. Ale za rok może będę miał możliwość lepszego zaplanowania wielu różnych rzeczy, bez niepewności do ostatniej chwili, czy w ogóle uda mi się tam wyrwać.
Widać wyraźnie rozwój samej imprezy, dużo bloków, punkty programu rozplanowane do godzin porannych. Droga przez las na dworzec kolejowy była oznaczona przyzwoicie.
***
Zgodnie z przepisami Unii Europejskiej musisz informować użytkowników z krajów unijnych o plikach cookie wykorzystywanych na Twoim blogu. W wielu przypadkach przepisy wymagają również uzyskania ich zgody.
Aby ułatwić Ci spełnienie tych wymagań, dodaliśmy na Twoim blogu powiadomienie o wykorzystywaniu przez Google określonych plików cookie Bloggera i Google, w tym plików cookie usług Google Analytics i AdSense.
Na Tobie spoczywa obowiązek upewnienia się, że to powiadomienie jest odpowiednie dla Twojego bloga i wyświetla się na nim prawidłowo. Jeśli stosujesz inne pliki cookie, na przykład związane z dodaniem funkcji innych firm, to powiadomienie może nie być wystarczające. Dowiedz się więcej o tym powiadomieniu i Twoich obowiązkach.
Chłodna historia blogspocie.
***
Bardzo poczciwa gra - Sad Satan (link do artykułu o niej, nie do niej jako takiej)
***
Powrót do Krk po urlopie nad morzem potrafi zaboleć - dopiero po detoksie w świeżym nadmorskim powietrzu czuć jakim syfem tutaj człowiek oddycha na co dzień.
***
W ciągu ostatniego czasu miałem niewątpliwą przyjemność narażenia na szwank oczu oraz kręgosłupa przy sporej ilości książek i filmów, jakby siedzenie przy kompie w pracy ~8 godzin/dzień nie było wystarczająco autodestrukcyjne.
Guy N. Smith Szatan
Klasyk Phantom Pressu. Kuriozalne czytadło, niezłe w swojej kategorii, ale cała ta kategoria to takie książkowe Birdemiki. Wskrzeszony pierwszy sekretarz KC KPZR wprowadza bardziej hardkorową wersję stalinizmu, do tego dysponuje nadludzkimi zdolnościami.
Widać dość konserwatywne poglądy autora, jest sporo rozmaitych uproszczeń (Crowley jako wraży satanista, itp.). Pozycja w sam raz do przeczytania w pociągu. Mój egzemplarz wypożyczyłem z biblioteki, gdzie ktoś go oddał w darze (bardzo mocno brzmi to słowo, ale jest nawet naklejka na okładce od środka - TA KSIĄŻKA JEST DAREM OD CZYTELNIKA. Sądząc po cenie napisanej ołówkiem z tyłu książki - 1zł - ten ktoś przynajmniej nie przepłacił.
Guy N. Smith Przyczajeni
Thriller bez wątków ponadnaturalnych (co ostatecznie wyjaśnia się na zakończenie), dosyć mdły i niczym się nie wyróżniający pośród setek podobnych pozycji. Pisarz z rodziną przeprowadzają się do zabitej dechami wiochy, której mieszkańcy bardzo nie lubią obcych i nie kryją się z tym. Wprowadzają się do starego domu, o którym krążą mroczne i mrożące krew w żyłach legendy.
Mam pisać dalej? (pyt. retoryczne).
Też dar od czytelnika. Kosztowała 2zł. Tym razem ten ktoś przepłacił.
Zastanawiam się czasem, czemu w ogóle tracę życie na czytanie czegoś takiego. To chyba sublimacja nieuświadomionego masochizmu, nie znajduję innego wytłumaczenia.
F. Paul Wilson Twierdza
Kolejny klasyk z lat '90, tym razem jednak nie Phantom Press tylko Amber Horror. II wojna światowa, oddział Wehrmahtu pod dowództwem nieco jungerowskiego Prusaka zostaje przerzucony do Rumunii, gdzie zajmuje tajemnicze zamczysko. Pazerni żołnierze budzą Coś, co zaczyna ich mordować. Sprowadzony na miejsce oddział SS nie radzi sobie z sytuacją. Wyjście z sytuacji znajduje sprowadzony ze stolicy żydowski profesor, któremu udaje się skontaktować ze złem zamieszkującym tytułową twierdzę.
Sympatyczne czytadło w ciekawy sposób nawiązujące do wątków wampirycznych, do tego kilka nawiązań do Lovecrafta. Napisane/przetłumaczone dużo lepiej niż Smithy Phantom Pressu, ale w gruncie rzeczy nie wyrasta poza poziom literatury wagonowej.
Wiesław Myśliwski Traktat o łuskaniu fasoli
Cała książka ma formę monologu człowieka łuskającego fasolę, mieszkańca/strażnika osiedla domków letniskowych na zupełnym wypizdowie, do którego przychodzi tajemniczy nieznajomy. Czasem monolog bardziej przypomina rozmowę, ale kwestii tego drugiego bohatera nie widzimy. Być może tej postaci po prostu nie ma, widnieje tylko dla narratora.
Od spostrzeżeń ogólnych i historii o życiu (bardzo bogatym życiu, pełnym zwrotów akcji, dodajmy) autor wychodzi do rozważań natury ogólnej o człowieku i świecie.
Mimo dosyć statycznej formy czyta się bardzo dobrze, przestoje w akcji i przeskoki w fabule nie przeszkadzają. Autor nie popada w patos, nie użala się nad sobą, ze szczegółami odnotowuje zapamiętane szczegóły swojego życia, jak radził sobie z losem rzucającym go po Polsce i świecie. W opowieściach snutych przez niego jest wiele czułości, pogodzenia się ze sobą, łagodnej melancholii.
Nie każdemu przypadnie do gustu, ale gorąco polecam.
Andrzej Stasiuk Nie ma ekspresów przy żółtych drogach
Rzecz dużo dojrzalsza niż wczesna Dukla. Mniej tu egzystencjalnego niepokoju, więcej melancholijnego pogodzenia się z rzeczywistością, chociaż z morzem uśpionych konfliktów z samym sobą w tle.
Zbiór reportaży, felietonów i pozycji pośrednich pierwotnie publikowanych przez autora na łamach rozmaitych periodyków. Znów mamy wiwisekcję własnych wspomnień, światło i jego wpływ na ludzi i krajobraz, wyraźnie odczuwaną więź z naturą, gorączkę podróżowania oraz obrazy bardzo mocno siedzące gdzieś w głębi autora (jak świnie karmione małżami). O czymkolwiek Stasiuk by nie pisał, czuć, że to Stasiuk. Wyżej od tej pozycji stawiam jednak Duklę. Sięgnę kiedyś po inne książki autora.
Fritz Daum Wil Scott wyjęty spod prawa
Niemiecki western dla młodszych czytelników. Urocze przygodowe czytadełko (momentami bardzo ale to bardzo dziwnie przetłumaczone) o młodym gniewnym wchodzącym w konflikt z prawem w imieniu wyższych racji. Główny bohater oczywiście dysponuje niemożliwymi zdolnościami strzeleckimi, wychodzi cało z najgroźniejszych opresji, itd.
Pierwsza część trylogii. Dorwałem na targu za 5zł, w sumie nie żałuję.
China Miéville Miasto i miasto
Kryminał czerpiący pełnymi garściami z noir jak i weird i podobnych (czuć gdzieś tam Schulza). Opowieść o niesamowitych tytułowych miastach, wplecionych umiejętnie w realia postzimnowojennego świata. Wykreowani bohaterowie i ich pogmatwane losy, morderstwo spajające fabułę, polityczne spiski mające miejsce gdzieś w tle, potężne służby dysponujące magicznymi wręcz zdolnościami, to wszystko to blaga, tło, pierdoły, tak naprawdę jest to historia o ponad-historycznym i wręcz metafizycznym Mieście i Mieście, dwóch potężnych konstruktach, Państwach w Państwach i Miastach w Miastach. Będąc w jednym musisz "przeoczać" drugie, chociaż często granice biegną wzdłuż ulicy czy kroją dany budynek na dwie części. Nie da się całej złożoności i odrealnienia świata przedstawionego opisać w kilku zdaniach. Zwyrodniała, panoptyczna struktura Miast, odciskających niezatarte piętno na swoich mieszkańcach, budynki żyjące własnym życiem, przestrzenie pomiędzy, ludzie podporządkowani przerastającym ich wyobrażenia dziwacznym prawom, zredukowani do mrówek zamkniętych w przytłaczających kompleksach - to główne tezy autora, prawdziwy sens i treść książki.
Gorąco polecam.
China Miéville Żelazna rada
Kolejna część cyklu, jednak da się czytać bez poznania pozostałych. Trochę estetyki westernowej, mutacje magiczno-genetyczne, przytłaczające swoim rozmachem państwo i miasto pełne slumsów, walka klas, ścierające się ze sobą i z władzą frakcje, tajne wojny, pradawne demony, obce bóstwa, dziwaczne rasy i rozmaite bestie...
A całość zadziwiająco spójna. Trochę steampunk, trochę dark fantasy, trochę manifest polityczny autora (który, przypomnijmy, jest marksistą i aktywnym działaczem politycznym - trockistą). Do tego jest bardzo melancholijne i w gruncie rzeczy trudne do przewidzenia. W gruncie rzeczy Miasto i miasto jest dużo lepszą pozycją tego autora.
Leigh Brackett Rio Bravo
Klasyczna pozycja amerykańskiej autorki, zekranizowana przez Howarda Hawksa w 1959. W kultowym westernie Rio Bravo grali m.in. John Wayne czy Dean Martin. O ile od westernów amerykańskich znacznie bardziej trafiają do mnie eurowesterny (przede wszystkim spaghetti), to do tego obrazu zawsze będę z sentymentem/z sentymentu wracał. Obiektywnie trzeba przyznać, że motyw jest oklepany, tłumaczenie nie najlepsze, zakończenie bez wyrazu (chociaż hmm wybuchowe); mimo tego jest to na tyle poczciwe że można się skusić, zwłaszcza jak ktoś zna film. Książka trafia się czasem w antykwariatach.
Hermann Hesse Wyższy świat
Nowe wydanie książki znanej wcześniej u nas pod tytułem Pod kołami. Historia o wrażliwym chłopaku, który za namową nauczycieli i rodziny stara się dostać do dobrej, państwowej szkoły, po której stanęłaby przed nim otworem kariera (protestanckiego) duchownego lub urzędnika państwowego wyższego szczebla. Sytuacja przerasta głównego bohatera, żałuje, że nie mógł cieszyć się życiem i młodością jak rówieśnicy. Gdy udaje mu się zdać egzaminy i trafić do wymarzonej szkoły, sytuacja przerasta go jeszcze bardziej. Do tego zaprzyjaźnia się z buntownikiem, co przynosi oczywiste konsekwencje i prowadzi w ostateczności do smutnego finału.
Refleksyjna historia o sensie życia, poszukiwaniu swojego miejsca w świecie i sensowności podejmowanych decyzji. Nic odkrywczego ale nieźle się czytało.
William Gibson Trylogia Ciągu
Czyli Neuromencer, Graf Zero i Mona Liza Turbo wydane w jednym tomie - pokaźnej cegle w twardej oprawie. Jedna z pierwszych trzech część nowej serii wydawniczej Wydawnictwa Mag - Artefakty. Mieli wypuścić tę serię zamiast Uczty Wyobraźni, jednak ta seria nadal jest kontynuowana (i bardzo dobrze).
O Neuromancerze szmat czasu temu już gdzieś na tym blogu pisałem; dopiero po przeczytaniu wszystkich części trylogii widać w pełni cały obraz i cały sens historii opowiedzianej przez Gibsona. Poszczególne części dzieją się w różnych odstępach czasu, część bohaterów się powtarza, część znika z areny dziejów świata przedstawionego po jednym tomie. W gruncie rzeczy jest to metafizyka cyberprzestrzeni, opowieść o ogromnym symulakrze prawdziwej rzeczywistości który staje się samoświadomy jako taki. Sama wizja się nie zestarzała (zarówno tego symulakru jak i świata przedstawionego) - szczegóły są i będą inne, ale jesteśmy całkiem blisko takich czasów. Bardzo dobrym pomysłem było wydanie tego w jednym tomie. Więcej osób, również młodszych czytelników będzie miało możliwość zapoznania się z tym klasykiem. Jeśli nie odpadną od momentami dość hermetycznego języka, będą się dobrze bawić.
***
Oglądam na bieżąco drugi sezon True Detective (tzn. co środę-czwartek, kiedy na torrentach jest już kolejny odcinek w dobrej jakości). Oprócz natężenia problemów głównych bohaterów na granicy absurdu pierwsze co rzuca się w oczy to przerost formy nad treścią - mnóstwo symboliki i odniesień nawrzucanych dla samego nawrzucania (jak książka Mistrza Eckharta leżąca na stoliku w domu Velcoro w jednym z odcinków). Symbolika zawarta w pierwszym sezonie dorobiła się naprawdę dobrych, wyczerpujących analiz (np. Power and hunting in "True Detective") od czasu do czasu nawet w wykonaniu uznanych akademików (Mesjasz w piekle Luizjany prof. Mikołejki). W przypadku drugiego sezonu mam nieodparte wrażenie że twórcy chcieli nawrzucać do fabuły i świata przedstawionego jak najwięcej różnych rozmaitości. Widząc kolejne perypetie bohaterów czasem po prostu się śmieje, z tego jak bardzo serial zmierza w stronę niezamierzonej, przejaskrawionej autoparodii. Do końca sezonu drugiego już bliżej niż dalej, niezależnie od tego, że ten sezon to chała, jestem bardzo ciekawy, jak się ta historia skończy - jeśli się skończy w tym sezonie.
środa, 8 lipca 2015
Odpryski/Opowieści dziwnej treści split
Czy wiecie, co to jest osadnik?
Być może niektórzy wiedzą, ale i tak wyjaśnię.
Osadnik to rodzaj basenu, pół/otwartej przestrzeni, zazwyczaj o żelbetowych ścianach, metalowych barierkach i również żelbetowym bądź cholera wie jakim podłożu. Zazwyczaj w jednej ze ścian widnieje otwór kanału, prowadzącego cholera wie gdzie, rozdzielającego się na plątaninę rur, prowadzącego całą skomplikowaną plątaniną rur do wanien i kadzi.
Do osadnika spuszczano (a może i gdzieś jeszcze taka infrastruktura funkcjonuje, niczego nie można wykluczyć) najróżniejszą chemię, szkodliwe trucizny, substancje żrące, wszelki syf, odrzuty z wytrawiania/impregnowania/cokolwiek powłok, lakierów, farb; zbiorniki te zazwyczaj lokowano gdzieś za danymi zakładami, ale na ich terenie, w lasach, na łąkach, odludziach.
Chemikalia parowały sobie spokojnie, dorzucano do nich tonę innej chemii i/lub wapna. Gdy wapno rozłożyło, co tylko mogło wchłonąć/rozłożyć, szlam był wywożony do utylizacji gdzieś indziej.
A w i blasku dymiących kominów, wśród refleksów światła pełzających po częściowo wybitych szybach wieżyczek strażniczych, wśród rdzawych zacieków z drutu kolczastego zwisającego smętnie nad krzywym żelbetowym płotem, tęczowo mieniące się mikstury zabierające życie zewsząd ze swojego szlaku nie raz i nie dwa rozpływały się po łonie matki ziemi po drodze do takiej czy innej rzeki, wyciekające przez szczeliny w poszyciu lub przelewające się górą.
Paradoks - dopiero po upadku większości zakładów na przełomie końcówki '80/I połowy '90 środowisko odetchnęło, odbierając co jego, skrywając niejedną ludzką tragedię pod źdźbłami trawi przebijającymi się przez stopniowo zmieniające się w piach lub zakalec z kamienistymi rodzynkami pytami chodnikowymi. Podobno po raz pierwszy od bardzo wielu, zbyt wielu lat, akurat do tej jednej rzeki wróciły raki.
Kurwa mać, jak ten czas leci. Jeszcze przed 2008 rokiem wszędzie było ich pewno. Mniej lub bardziej znajomych twarzy. Sporo z nich wbiło się w pamięć niczym drzazgi. Tak już mam, przeglądam wspomnienia, zwłaszcza te najdawniejsze, jak kolekcję blizn, ekwiwalent prawdziwych blizn, które nawet jeśli były, na przestrzeni lat zniknęły (i dobrze zresztą, zazwyczaj przypominały jedynie o własnej głupocie). Nie było wtedy gdzie iść, więc szliśmy tam, gdzie było blisko, gdzie byliśmy sami ze swoimi marzeniami, naiwnością, pierwszymi młodzieńczymi problemami, nadziejami, ze swoimi demonami. W krzakach nad rzeką, pod mostem takim czy innym, w ruinach fabryki farb i lakierów, na terenie równie skażonym jak nasze rozgorączkowane myśli uczyliśmy się życia. Czasy, gdy piwo, fajki (nie wciągnąłem się), wóda i mocniejsze alkohole oraz wszelkie inne substancje, zazwyczaj nielegalne, a także dziewczyny (da się je podciągnąć pod "wszelkie inne substancje") były jeszcze czymś nieznanym, czymś obcym, nieznanym terytorium na które wkraczaliśmy ochoczo i z podniesioną głową. Nasze małe przestrzenie wyrwane całemu światu, gdzie nie obowiązywały jego prawa i uwarunkowania.
Mój rocznik rozjechał się po świecie. Szlag trafił wiele przyjaźni, wiele nocnych rozmów i cichych szeptów pozostało tylko w przebłyskach wspomnień, czasem wracających samych z siebie, czasem zupełnie nieproszonych.
Skończyło się na tym, że po obejściu starych, tak dobrze znanych, śmieci (czasem dosłownie) dwóch około-korposzczurów bądź po studiach (ja), bądź kończących studia (on) poszło pić jakieś gówniane smakowe piwa na stary osadnik. Zostało nas w sumie dwóch. Dwóch tam i wtedy. Na przeciwko wszystkiego, co było wcześniej. W sumie nie został już nikt, bo i jesteśmy już zupełnie inni. Smażyło nas lipcowe słońce, takie samo co wiele razy lata temu, tematy do rozmów jednak poszły z biegiem czasu. Bliższe tym, którym bliżej już do 30tki niż 20tki. Co zrobić z mieszkaniem po rodzicach, gdy umrą - a nawet nieśmiertelne postaci drżą przed potęgą nieubłaganego czasu, a ty widzisz, że każdy koniec to przede wszystkim koniec - jakiś tam początek jest ewentualnością, wcale nie musi faktycznie nastąpić. Co zrobić z domem po dziadkach, gdy umrą. Gdzie się wynieść, i dlaczego byle dalej stąd, gdzie nic nie ma, a to co jest, stopniowo gnije. Skąd wziąć kasę na życie, na mieszkanie, na przyszłość - równie złudną jak teraźniejszość. Dlaczego Kraków ssie i najlepiej wynieść się i stamtąd. Kiedyś. Słowo klucz: kiedyś. Jeden z wielu zardzewiałych kluczy, nie otwierających niczego.
Byli tacy, co zostali, owszem. Kilkoro z nich to obecnie alkoholicy. Byli tacy, co wracali, owszem. Jak na razie jest jeden samobójca. Pewnie jeszcze kilku ich przybędzie. Były śluby i rozwody, były wielkie tragedie i wielkie radości, wszystko zmieszane w jedną ciastowatą, ubitą na jednolitą papkę masę wspomnień. Wszystkie tak wyblakłe, wszystkie zalane cynicznym doświadczeniem późniejszych lat. Z perspektywy czasu nawet wybuch supernowej byłby kompletnie bez znaczenia. Sami gasimy z czasem własne supernowe.
Nie no, sporo sobie jakoś radzi. Przeglądam czasem profile w takim czy innym serwisie społecznościowym znajomych sprzed wielu, wielu lat - ileż tam samotnych matek, iluż starych kumpli nie widzianych od 7+ lat jest teraz tatusiowatymi Januszami. Iluż. Inni radzą sobie nieźle rozrzuceni po Polsce bądź świecie. Lepiej lub gorzej - z grubsza do przodu.
Ściany osadnika, nie używanego od około 30 lat, pokrywały graffiti z innych czasów. W żadnym innym miejscu miasta nie przetrwały tak stare malunki. Jakieś gówna w stylu "Skinheads" przyozdobione krzyżami celtyckimi trafiają się jeszcze gdzieniegdzie, poza tym są ponadczasowe więc wciąż wyrastają w nowych mutacjach, zwłaszcza w tak gnijącym środowisku i czasach, gdzie najgłupsze rozwiązania zapewniają elementarny sens i poczucie własnej wartości. Inne jednak to relikty. Wyobraźcie sobie - napisy twardym, jakby technicznym pismem - "LEON ZAWODOWIEC" (aż sprawdziłem, wyszedł w 1994 roku), "PHILIPS". Malunek przedstawiający paczkę Malboro. Zakapturzony mnich z hakiem zamiast dłoni, wystającym spod warstw szaty. Pamiątki z czasów sprzed powszechnego dostępu do mediów społecznościowych czy telefonów komórkowych (o smartfonach nie wspominając). Pamiątki z czasów, kiedy mak był dużo bardziej popularny od konopi.
Ciekawe, co oni robią teraz. Kim są, gdzie są. Czy jeśli zostali na miejscu, chodzą starymi ścieżkami, przynajmniej tymi które zarosły (a zarosły nawet ścieżki sprzed ~7 lat, co dopiero sprzed przeszło dwukrotnie dłuższego okresu czasu), czy i co wspominają. Czy niczego nie żałują. Czy uśmiechają się na widok napisów wykonanych dawno temu własnymi dłońmi.
Moje rodzinne miasto jest miastem żelbetu. Żelbetu i lasów. Chwastów stopniowo wchodzących na rozpostarte przestrzenie torów, plątaniny zieleni pochłaniającej spękane ściany fabrycznych hal i innych wszelkiego rodzaju ruin. Spośród rdzawych zacieków wyrasta mech. Krzaki, chwasty, dwumetrowe źdźbła traw. Płyty chodnikowe, beton, zbrojone szkło, żelbetowe latarnie uliczne. Powolna, jednostajna atmosfera postępującego rozkładu. Cisza, spokój. puste ulice ciągnące się pod rozgwieżdżonym niebem. Nieustające życie, w którym niezależnie od nieśpiesznego, meandrującego nurtu bardzo łatwo można zahaczyć się o wystający korzeń.
Nawet burgerownia stojąca w centrum, nieopodal domu kultury (w tym kina), blokowiska i liceum - zbankrutowała. Najprawdopodobniej. Nie było informacji, że lokal przeniósł się gdzieś indziej. Istniała może ponad rok.
Być może niektórzy wiedzą, ale i tak wyjaśnię.
Osadnik to rodzaj basenu, pół/otwartej przestrzeni, zazwyczaj o żelbetowych ścianach, metalowych barierkach i również żelbetowym bądź cholera wie jakim podłożu. Zazwyczaj w jednej ze ścian widnieje otwór kanału, prowadzącego cholera wie gdzie, rozdzielającego się na plątaninę rur, prowadzącego całą skomplikowaną plątaniną rur do wanien i kadzi.
Do osadnika spuszczano (a może i gdzieś jeszcze taka infrastruktura funkcjonuje, niczego nie można wykluczyć) najróżniejszą chemię, szkodliwe trucizny, substancje żrące, wszelki syf, odrzuty z wytrawiania/impregnowania/cokolwiek powłok, lakierów, farb; zbiorniki te zazwyczaj lokowano gdzieś za danymi zakładami, ale na ich terenie, w lasach, na łąkach, odludziach.
Chemikalia parowały sobie spokojnie, dorzucano do nich tonę innej chemii i/lub wapna. Gdy wapno rozłożyło, co tylko mogło wchłonąć/rozłożyć, szlam był wywożony do utylizacji gdzieś indziej.
A w i blasku dymiących kominów, wśród refleksów światła pełzających po częściowo wybitych szybach wieżyczek strażniczych, wśród rdzawych zacieków z drutu kolczastego zwisającego smętnie nad krzywym żelbetowym płotem, tęczowo mieniące się mikstury zabierające życie zewsząd ze swojego szlaku nie raz i nie dwa rozpływały się po łonie matki ziemi po drodze do takiej czy innej rzeki, wyciekające przez szczeliny w poszyciu lub przelewające się górą.
Paradoks - dopiero po upadku większości zakładów na przełomie końcówki '80/I połowy '90 środowisko odetchnęło, odbierając co jego, skrywając niejedną ludzką tragedię pod źdźbłami trawi przebijającymi się przez stopniowo zmieniające się w piach lub zakalec z kamienistymi rodzynkami pytami chodnikowymi. Podobno po raz pierwszy od bardzo wielu, zbyt wielu lat, akurat do tej jednej rzeki wróciły raki.
Kurwa mać, jak ten czas leci. Jeszcze przed 2008 rokiem wszędzie było ich pewno. Mniej lub bardziej znajomych twarzy. Sporo z nich wbiło się w pamięć niczym drzazgi. Tak już mam, przeglądam wspomnienia, zwłaszcza te najdawniejsze, jak kolekcję blizn, ekwiwalent prawdziwych blizn, które nawet jeśli były, na przestrzeni lat zniknęły (i dobrze zresztą, zazwyczaj przypominały jedynie o własnej głupocie). Nie było wtedy gdzie iść, więc szliśmy tam, gdzie było blisko, gdzie byliśmy sami ze swoimi marzeniami, naiwnością, pierwszymi młodzieńczymi problemami, nadziejami, ze swoimi demonami. W krzakach nad rzeką, pod mostem takim czy innym, w ruinach fabryki farb i lakierów, na terenie równie skażonym jak nasze rozgorączkowane myśli uczyliśmy się życia. Czasy, gdy piwo, fajki (nie wciągnąłem się), wóda i mocniejsze alkohole oraz wszelkie inne substancje, zazwyczaj nielegalne, a także dziewczyny (da się je podciągnąć pod "wszelkie inne substancje") były jeszcze czymś nieznanym, czymś obcym, nieznanym terytorium na które wkraczaliśmy ochoczo i z podniesioną głową. Nasze małe przestrzenie wyrwane całemu światu, gdzie nie obowiązywały jego prawa i uwarunkowania.
Mój rocznik rozjechał się po świecie. Szlag trafił wiele przyjaźni, wiele nocnych rozmów i cichych szeptów pozostało tylko w przebłyskach wspomnień, czasem wracających samych z siebie, czasem zupełnie nieproszonych.
Skończyło się na tym, że po obejściu starych, tak dobrze znanych, śmieci (czasem dosłownie) dwóch około-korposzczurów bądź po studiach (ja), bądź kończących studia (on) poszło pić jakieś gówniane smakowe piwa na stary osadnik. Zostało nas w sumie dwóch. Dwóch tam i wtedy. Na przeciwko wszystkiego, co było wcześniej. W sumie nie został już nikt, bo i jesteśmy już zupełnie inni. Smażyło nas lipcowe słońce, takie samo co wiele razy lata temu, tematy do rozmów jednak poszły z biegiem czasu. Bliższe tym, którym bliżej już do 30tki niż 20tki. Co zrobić z mieszkaniem po rodzicach, gdy umrą - a nawet nieśmiertelne postaci drżą przed potęgą nieubłaganego czasu, a ty widzisz, że każdy koniec to przede wszystkim koniec - jakiś tam początek jest ewentualnością, wcale nie musi faktycznie nastąpić. Co zrobić z domem po dziadkach, gdy umrą. Gdzie się wynieść, i dlaczego byle dalej stąd, gdzie nic nie ma, a to co jest, stopniowo gnije. Skąd wziąć kasę na życie, na mieszkanie, na przyszłość - równie złudną jak teraźniejszość. Dlaczego Kraków ssie i najlepiej wynieść się i stamtąd. Kiedyś. Słowo klucz: kiedyś. Jeden z wielu zardzewiałych kluczy, nie otwierających niczego.
Byli tacy, co zostali, owszem. Kilkoro z nich to obecnie alkoholicy. Byli tacy, co wracali, owszem. Jak na razie jest jeden samobójca. Pewnie jeszcze kilku ich przybędzie. Były śluby i rozwody, były wielkie tragedie i wielkie radości, wszystko zmieszane w jedną ciastowatą, ubitą na jednolitą papkę masę wspomnień. Wszystkie tak wyblakłe, wszystkie zalane cynicznym doświadczeniem późniejszych lat. Z perspektywy czasu nawet wybuch supernowej byłby kompletnie bez znaczenia. Sami gasimy z czasem własne supernowe.
Nie no, sporo sobie jakoś radzi. Przeglądam czasem profile w takim czy innym serwisie społecznościowym znajomych sprzed wielu, wielu lat - ileż tam samotnych matek, iluż starych kumpli nie widzianych od 7+ lat jest teraz tatusiowatymi Januszami. Iluż. Inni radzą sobie nieźle rozrzuceni po Polsce bądź świecie. Lepiej lub gorzej - z grubsza do przodu.
Ściany osadnika, nie używanego od około 30 lat, pokrywały graffiti z innych czasów. W żadnym innym miejscu miasta nie przetrwały tak stare malunki. Jakieś gówna w stylu "Skinheads" przyozdobione krzyżami celtyckimi trafiają się jeszcze gdzieniegdzie, poza tym są ponadczasowe więc wciąż wyrastają w nowych mutacjach, zwłaszcza w tak gnijącym środowisku i czasach, gdzie najgłupsze rozwiązania zapewniają elementarny sens i poczucie własnej wartości. Inne jednak to relikty. Wyobraźcie sobie - napisy twardym, jakby technicznym pismem - "LEON ZAWODOWIEC" (aż sprawdziłem, wyszedł w 1994 roku), "PHILIPS". Malunek przedstawiający paczkę Malboro. Zakapturzony mnich z hakiem zamiast dłoni, wystającym spod warstw szaty. Pamiątki z czasów sprzed powszechnego dostępu do mediów społecznościowych czy telefonów komórkowych (o smartfonach nie wspominając). Pamiątki z czasów, kiedy mak był dużo bardziej popularny od konopi.
Ciekawe, co oni robią teraz. Kim są, gdzie są. Czy jeśli zostali na miejscu, chodzą starymi ścieżkami, przynajmniej tymi które zarosły (a zarosły nawet ścieżki sprzed ~7 lat, co dopiero sprzed przeszło dwukrotnie dłuższego okresu czasu), czy i co wspominają. Czy niczego nie żałują. Czy uśmiechają się na widok napisów wykonanych dawno temu własnymi dłońmi.
Moje rodzinne miasto jest miastem żelbetu. Żelbetu i lasów. Chwastów stopniowo wchodzących na rozpostarte przestrzenie torów, plątaniny zieleni pochłaniającej spękane ściany fabrycznych hal i innych wszelkiego rodzaju ruin. Spośród rdzawych zacieków wyrasta mech. Krzaki, chwasty, dwumetrowe źdźbła traw. Płyty chodnikowe, beton, zbrojone szkło, żelbetowe latarnie uliczne. Powolna, jednostajna atmosfera postępującego rozkładu. Cisza, spokój. puste ulice ciągnące się pod rozgwieżdżonym niebem. Nieustające życie, w którym niezależnie od nieśpiesznego, meandrującego nurtu bardzo łatwo można zahaczyć się o wystający korzeń.
Nawet burgerownia stojąca w centrum, nieopodal domu kultury (w tym kina), blokowiska i liceum - zbankrutowała. Najprawdopodobniej. Nie było informacji, że lokal przeniósł się gdzieś indziej. Istniała może ponad rok.
środa, 1 lipca 2015
Odpryski XLVII
Że zaczerpnę wyrażenie od Ligottiego (wraz z kontekstem tego wyrażenia): jeszcze nie skończyłem.
Chociaż czasem mam wielką ochotę pieprznąć to wszystko w diabły. Zarówno klecenie bloga sobie a muzom jak i klecenie do szuflady poronionych płodów własnej wyobraźni stało się ostatnio nieznośnie męczące. Po ośmiu (minimum) godzinach zapieprzu dziennie, w nieprzejrzystym środowisku pełnym sprzecznych zasad, niedookreślonych reguł, nieczytelnego podziału kompetencji, czasem człowiek nie ma siły nawet rozmawiać, siedzi i patrzy się w sufit, nie jest w stanie zebrać najprostszych myśli ani wykrzesać z siebie czegokolwiek bardziej kreatywnego od ewentualnego podniesienia tyłka i przeniesienia go tymczasowo do spożywczaka/alkoholi 48h. Ostatnimi czasy zrobił się ze mnie koneser łychy, cóż, skoro i tak wszyscy umrzemy, to w imieniu czego nie moglibyśmy pozwalać sobie na małe przyjemności, jeśli dziwnym zrządzeniem losu akurat nas na nie stać?
A czasem, jak już człowiek ruszy się gdzieś, by przewietrzyć zwoje mózgowe, to może np. znaleźć zwłoki na zielonym, zarośniętym skwerku między sklepem a przystankiem autobusowym. Starszy, trochę obdarty gość nadal siedział w przewróconym (na "plecy") wózku inwalidzkim i szeroko otwartymi, mętniejącymi oczami wpatrywał się w dogasające w zasmrodzonym powietrzu gwiazdy na nocnym niebie. Jak na ironię, przed wyjściem wtedy na mały chaotyczny spacer połączony z przypadkowo wrzuconymi elementami psychogeografii zdałem się na Przypadek, nastawiłem się na czerpanie bodźców z chwili, domagałem się od samego siebie subiektywnych wrażeń wywołanych przemieszczaniem się i spoglądaniem na świat z coraz to nowszych i innych punktów widzenia, różnych od uwarunkowanych. Powtarzam sobie często, że nie ma po co dać się zaskakiwać czymkolwiek, tylko trzeba z podniesioną twarzą i opuchniętymi oczami stanąć raźno i w podniosłym oczekiwaniu na kolejną dowolną historię w którą wmiesza nas życie, z drugiej strony na własny użytek mam też inną subiektywną prawdę - nic tak nie zadziwia, jak własne życie. Znów się sprawdziło. Poza takimi pożałowania godnymi incydentami składającymi się na szarą codzienność życia w Krakowie, kilka współczesnych dzielnic dawnej Nowej Huty nie wydaje się być bardziej niebezpiecznymi czy odpychającymi - nawet o drugiej, trzeciej w nocy, gdy życie wyraźnie wypala się pośród trędowatych, poszarpanych kamienic Kazimierza czy centrum, gdy kolejne fale hedonizmu rozbijają się o skały przeszywającego poczucia bezsensu - od centrum czy Kazimierza właśnie. Co prawda może faktycznie nie warto zagłębiać się w osiedla, tylko kroczyć znikąd donikąd wzdłuż głównych ulic, zawsze można też mieć pecha i natrafić na najazd orków z maczetami z innego osiedla na dane osiedle, ale to jest po prostu element lokalnego kolorytu. A tak w ogóle to Kazimierz jest ohydny, rozpadające się zabudowania wyglądają jakby odpadały z nich płaty butwiejącej materii (bo w sumie tak jest w większości przypadków), butwiejącego mięcha, jakby te wszystkie szczerbate i bezokie kamienice były trędowate. Stateczne starzenie się z godnością starej Nowej Huty, starzenie się prawie jednolitej szarości, przemawia do mnie znacznie silniej. Kazimierz to dobre miejsce by iść się napić, by zawsze o czymś pamiętać lub jak najszybciej o czymś zapomnieć, nie wyobrażam sobie jednak, jak można tam mieszkać, w każdym innym przypadku gdy nie jest się nawiedzoną, przeintelektualizowaną studentką ASP.
Mieszanina przewidywalności (odkąd poszedłem do tej pracy, praktycznie każdy mój dzień wygląda identycznie, zlewają się w jedną bezkształtną bryłę, breję, ściek godzin i dni, sporadycznie rozświetlanych przerywnikami gasnącymi zaraz po ich odpływie z teraźniejszości) i nieprzewidywalności (nie mam pojęcia, co i gdzie i czy w ogóle będę robił za 2-3 lata) bywa czasem na tyle przytłaczająca, że marzę o tym by choć na chwilę się wyłączyć, by rozmyć się gdzieś, nie myśleć, nie mieć świadomości samego siebie, nie uginać się pod ciężarem własnych uwarunkowań, nadchodzącej nocą udręki, martwego blasku gwiazd idealnie obojętnego wszechświata, nie być kolejnym gwoździem do swojej własnej przyszłej trumny.
W tym roku jeszcze nie byłem nad morzem. Może się uda ogarnąć urlop. Nie ma go dużo, ale przynajmniej jest płatny. Ja sam pod pustą przestrzenią ciągnącą się aż po horyzont wiszącą nade mną i rozpościerającą się przede mną - dla mnie to doświadczenie niemalże mistyczne. Mogę godzinami wpatrywać się w morze, w falującą materię stykającą się z niebem. Bezkształtna, przelewająca się materia jest dla mnie idealną formą życia - życia z którego na przestrzeni milionów lat wyszliśmy i my, życia trwającego, pierwotnej zupy, życia stanowiącego jedność z wszechświatem, nie podążającego za złudzeniami podsyłanymi wciąż i wciąż przez własną świadomość. Jeszcze jakiś czas temu stwierdziłbym coś zupełnie innego, stanął w obronie jednostkowej twórczości, autonomii, itp. bzdur - ale to wszystko tylko kolejne upiory zasłaniające nasze prywatne pustki.
Nie komentowałem wyników wyborów prezydenckich. W gruncie rzeczy nie ma tu niczego do skomentowania. Zamiast tego pozwolę sobie na taką luźną uwagę - im dłużej czytam w internecie komentarze moich współmieszkańców odnośnie dowolnej kwestii - od dostępności pigułek antykoncepcyjnych, przez in vitro, przez postulat zmiany nazwy warszawskiej ulicy im. Dąbrowszczaków, przez opinie o bankrutującej Grecji, po odnoszenie się do umożliwienia prawnej legalizacji związków homoseksualnych w USA na poziomie federalnym, tym częściej przyłapuję się na rozmyślaniu, by pierdolnąć to wszystko w cholerę, wyjechać na Islandię i hodować tam kozy. Ten kraj nie ma przyszłości - kolejne z moich powiedzonek, które nadużywam.
Swoją drogą, gdybym miał na kogoś zagłosować w nadchodzących wyborach - zagłosowałbym na Razem. Ale nie będę miał okazji, bo nie uda im się zarejestrować list, po czym najprędzej rozpadną się. Mimo tego, że ta partia to takie wszystko i nic, mieszanina pomysłów sensownych i mniej sensownych, patrzę na nich przychylnie o tyle, że w razie gdyby udało im się zaistnieć, mogliby spróbować przesunąć dyskurs w lewo.
Zmodyfikuję niedługo listę blogów widniejących na tym blogu po prawej stronie - albo usunę ją całkowicie. Nic osobistego, to bardziej lista dla mnie, by być na bieżąco co tam kto fajnego obczaił ostatnimi czasy czy co ma do powiedzenia, ale fakt faktem pod niektóre adresy ostatni raz wszedłem chyba w momencie gdy je do tej listy dodawałem.
Kto wie, czy coś tu w lipcu jeszcze będzie. Czytam cały czas. Oglądam coś co jakiś czas. Gram w coś co jakiś czas. Piszę co jakiś czas. Zobaczymy.
Chociaż czasem mam wielką ochotę pieprznąć to wszystko w diabły. Zarówno klecenie bloga sobie a muzom jak i klecenie do szuflady poronionych płodów własnej wyobraźni stało się ostatnio nieznośnie męczące. Po ośmiu (minimum) godzinach zapieprzu dziennie, w nieprzejrzystym środowisku pełnym sprzecznych zasad, niedookreślonych reguł, nieczytelnego podziału kompetencji, czasem człowiek nie ma siły nawet rozmawiać, siedzi i patrzy się w sufit, nie jest w stanie zebrać najprostszych myśli ani wykrzesać z siebie czegokolwiek bardziej kreatywnego od ewentualnego podniesienia tyłka i przeniesienia go tymczasowo do spożywczaka/alkoholi 48h. Ostatnimi czasy zrobił się ze mnie koneser łychy, cóż, skoro i tak wszyscy umrzemy, to w imieniu czego nie moglibyśmy pozwalać sobie na małe przyjemności, jeśli dziwnym zrządzeniem losu akurat nas na nie stać?
A czasem, jak już człowiek ruszy się gdzieś, by przewietrzyć zwoje mózgowe, to może np. znaleźć zwłoki na zielonym, zarośniętym skwerku między sklepem a przystankiem autobusowym. Starszy, trochę obdarty gość nadal siedział w przewróconym (na "plecy") wózku inwalidzkim i szeroko otwartymi, mętniejącymi oczami wpatrywał się w dogasające w zasmrodzonym powietrzu gwiazdy na nocnym niebie. Jak na ironię, przed wyjściem wtedy na mały chaotyczny spacer połączony z przypadkowo wrzuconymi elementami psychogeografii zdałem się na Przypadek, nastawiłem się na czerpanie bodźców z chwili, domagałem się od samego siebie subiektywnych wrażeń wywołanych przemieszczaniem się i spoglądaniem na świat z coraz to nowszych i innych punktów widzenia, różnych od uwarunkowanych. Powtarzam sobie często, że nie ma po co dać się zaskakiwać czymkolwiek, tylko trzeba z podniesioną twarzą i opuchniętymi oczami stanąć raźno i w podniosłym oczekiwaniu na kolejną dowolną historię w którą wmiesza nas życie, z drugiej strony na własny użytek mam też inną subiektywną prawdę - nic tak nie zadziwia, jak własne życie. Znów się sprawdziło. Poza takimi pożałowania godnymi incydentami składającymi się na szarą codzienność życia w Krakowie, kilka współczesnych dzielnic dawnej Nowej Huty nie wydaje się być bardziej niebezpiecznymi czy odpychającymi - nawet o drugiej, trzeciej w nocy, gdy życie wyraźnie wypala się pośród trędowatych, poszarpanych kamienic Kazimierza czy centrum, gdy kolejne fale hedonizmu rozbijają się o skały przeszywającego poczucia bezsensu - od centrum czy Kazimierza właśnie. Co prawda może faktycznie nie warto zagłębiać się w osiedla, tylko kroczyć znikąd donikąd wzdłuż głównych ulic, zawsze można też mieć pecha i natrafić na najazd orków z maczetami z innego osiedla na dane osiedle, ale to jest po prostu element lokalnego kolorytu. A tak w ogóle to Kazimierz jest ohydny, rozpadające się zabudowania wyglądają jakby odpadały z nich płaty butwiejącej materii (bo w sumie tak jest w większości przypadków), butwiejącego mięcha, jakby te wszystkie szczerbate i bezokie kamienice były trędowate. Stateczne starzenie się z godnością starej Nowej Huty, starzenie się prawie jednolitej szarości, przemawia do mnie znacznie silniej. Kazimierz to dobre miejsce by iść się napić, by zawsze o czymś pamiętać lub jak najszybciej o czymś zapomnieć, nie wyobrażam sobie jednak, jak można tam mieszkać, w każdym innym przypadku gdy nie jest się nawiedzoną, przeintelektualizowaną studentką ASP.
Mieszanina przewidywalności (odkąd poszedłem do tej pracy, praktycznie każdy mój dzień wygląda identycznie, zlewają się w jedną bezkształtną bryłę, breję, ściek godzin i dni, sporadycznie rozświetlanych przerywnikami gasnącymi zaraz po ich odpływie z teraźniejszości) i nieprzewidywalności (nie mam pojęcia, co i gdzie i czy w ogóle będę robił za 2-3 lata) bywa czasem na tyle przytłaczająca, że marzę o tym by choć na chwilę się wyłączyć, by rozmyć się gdzieś, nie myśleć, nie mieć świadomości samego siebie, nie uginać się pod ciężarem własnych uwarunkowań, nadchodzącej nocą udręki, martwego blasku gwiazd idealnie obojętnego wszechświata, nie być kolejnym gwoździem do swojej własnej przyszłej trumny.
W tym roku jeszcze nie byłem nad morzem. Może się uda ogarnąć urlop. Nie ma go dużo, ale przynajmniej jest płatny. Ja sam pod pustą przestrzenią ciągnącą się aż po horyzont wiszącą nade mną i rozpościerającą się przede mną - dla mnie to doświadczenie niemalże mistyczne. Mogę godzinami wpatrywać się w morze, w falującą materię stykającą się z niebem. Bezkształtna, przelewająca się materia jest dla mnie idealną formą życia - życia z którego na przestrzeni milionów lat wyszliśmy i my, życia trwającego, pierwotnej zupy, życia stanowiącego jedność z wszechświatem, nie podążającego za złudzeniami podsyłanymi wciąż i wciąż przez własną świadomość. Jeszcze jakiś czas temu stwierdziłbym coś zupełnie innego, stanął w obronie jednostkowej twórczości, autonomii, itp. bzdur - ale to wszystko tylko kolejne upiory zasłaniające nasze prywatne pustki.
Nie komentowałem wyników wyborów prezydenckich. W gruncie rzeczy nie ma tu niczego do skomentowania. Zamiast tego pozwolę sobie na taką luźną uwagę - im dłużej czytam w internecie komentarze moich współmieszkańców odnośnie dowolnej kwestii - od dostępności pigułek antykoncepcyjnych, przez in vitro, przez postulat zmiany nazwy warszawskiej ulicy im. Dąbrowszczaków, przez opinie o bankrutującej Grecji, po odnoszenie się do umożliwienia prawnej legalizacji związków homoseksualnych w USA na poziomie federalnym, tym częściej przyłapuję się na rozmyślaniu, by pierdolnąć to wszystko w cholerę, wyjechać na Islandię i hodować tam kozy. Ten kraj nie ma przyszłości - kolejne z moich powiedzonek, które nadużywam.
Swoją drogą, gdybym miał na kogoś zagłosować w nadchodzących wyborach - zagłosowałbym na Razem. Ale nie będę miał okazji, bo nie uda im się zarejestrować list, po czym najprędzej rozpadną się. Mimo tego, że ta partia to takie wszystko i nic, mieszanina pomysłów sensownych i mniej sensownych, patrzę na nich przychylnie o tyle, że w razie gdyby udało im się zaistnieć, mogliby spróbować przesunąć dyskurs w lewo.
Zmodyfikuję niedługo listę blogów widniejących na tym blogu po prawej stronie - albo usunę ją całkowicie. Nic osobistego, to bardziej lista dla mnie, by być na bieżąco co tam kto fajnego obczaił ostatnimi czasy czy co ma do powiedzenia, ale fakt faktem pod niektóre adresy ostatni raz wszedłem chyba w momencie gdy je do tej listy dodawałem.
Kto wie, czy coś tu w lipcu jeszcze będzie. Czytam cały czas. Oglądam coś co jakiś czas. Gram w coś co jakiś czas. Piszę co jakiś czas. Zobaczymy.
czwartek, 4 czerwca 2015
Pokrótce #10
Notka numer 400. Przynajmniej do czasu kolejnej czystki.
Adam Wiśniewski-Snerg Nagi cel
Czytelnik 1984, wydanie II.
Jedna z najbardziej matriksowych książek w dorobku autora. Ze Snergiem jest trochę tak, że jak przeczyta się jedną jego książkę, to jakby przeczytało się wszystkie, bo każda jedna opiera się na tym samym pomyśle i obrazuje tę samą idee fix autora - że nasz świat nie jest prawdziwy, jest reżyserowany przez nieznane, obce siły, których logika i celowość działania znajduje się poza zasięgiem ludzkiego pojmowania. Tutaj mamy wrzucenie przypadkowego bohatera do obcego świata, z którego ma on możliwość przenoszenia się do innych czasów i miejsc - tyle, że w każdym z nich ma postępować według określonej fabuły, bo wszystko jest produktem rozrywkowym. Rzecz jasna nie dość, że nie wie, co właściwie się dzieje wokół niego, to jeszcze nierzeczywistość w której się znajduje jest znacznie bardziej skomplikowana niż mu się wydawało wcześniej.
Autor zdaje się stawiać pytanie, czy w iluzji można ugrzęznąć na stałe, na dodatek z własnej woli, jeśli ma się ku temu dobry powód - po czym udziela na nie odpowiedzi twierdzącej, nawet jeśli oznaczałoby to pogoń za kolejną iluzją.
Książkę czyta się szybko, akcja toczy się wartko. Przemyślenia autora nie przytłaczają tych, dla których mają mniejszą wartość od sensacyjnej intrygi, toczącej się z licznymi zwrotami akcji.
Andrzej Stasiuk Dukla
Pierwsza książka Stasiuka jaką przeczytałem. Melancholijna i sentymentalna wyprawa w świat wspomnień autora. Słowa toczące się powoli i nieubłaganie niczym walec, miażdżące czytelnika i rozprasowujące go na czynniki pierwsze. Potężny, nihilistyczny kopniak prosto w poczucie sensu i wszystkie małe stabilizacje i punkty odniesienia czytelnika. Smoliste pasaże w które im bardziej czytelnik się zagłębia, tym bardziej ma ochotę się pochlastać. A gdy czasem wydaje się, że już, już możesz wyjść na suchy brzeg z bagna egzystencjalnego niepokoju, do jakiego zepchnął Cię autor, ten nagle staje tuż przed Twoimi dłońmi próbującymi schwycić suchą trawę i leje Ci na twarz.
Naprawdę, wiele razy miałem wrażenie, że za stronę lub dwa z rozgwieżdżonego nocnego nieba nad zapyziałymi, zapomnianymi przez ludzi i bogów miasteczkami zstąpią Wielcy Przedwieczni lub jakiś inny Cień, Ciemność. Gdyby nie brak estetyki kojarzonej z weird fiction, byłoby to weird pełną gębą. Nie ma tu linearnej fabuły, wspomnienia autora z różnych czasów i okazji przewijają się jedno za drugim, ciężkie i wyrwane z szerszego kontekstu niczym fragmenty złych snów. Obrazy zapamiętane w czasach dzieciństwa mieszają się z wyniesionymi wiele lat później. A w tle jest nieubłagany, obojętny wszechświat, równie obojętna i okrutna wobec swoich poddanych natura oraz skomplikowany i czasem nieprzejrzysty świat relacji międzyludzkich. Styl Stasiuka jest bardzo plastyczny, poetycki, zwłaszcza w odniesieniu do opisów gry światła i cienia.
Książkę uzupełniają rysunki Kamila Targosza - posępne, przyciężkie, dosyć prymitywne i oszczędne w środkach, ale szarpiące za te same struny w duszy czytelnika co kolejne obrazy wyrzygiwane przez Stasiuka z własnej pamięci.
Polecam gorąco.
Noc Muzeów 2015
Jak ten czas leci, dopiero była poprzednia Noc Muzeów, a już minęła kolejna, która staje się coraz odleglejszym wspomnieniem. Tym razem zaczęła się jak noc z bourbonem wśród odrapanych kamienic i mdłego, przesyconego rozczarowanym hedonizmem powietrzem Kazimierza (nie cierpię tej dzielnicy, jest pod każdym względem przesycona), skończyła się za to w miejscu dość niezwykłym - w Ogrodzie Botanicznym. Nie wiem, kto wpadł na pomysł udostępnienia Ogrodu zwiedzającym w Noc Muzeów, tym bardziej, że nie ma tam przecież lamp ulicznych i całe miejsce skąpane było w prawie jednolitej ciemności, ale o dziwo był to bardzo dobry pomysł. Wzdłuż głównej ścieżki ustawiono znicze - efekt był piorunujący. Przynajmniej w szklarniach włączono elektryczne oświetlenie. Obok Ogrodu jest jakieś mniejsze przyrodnicze muzeum, cała jedna salka - w poszukiwaniu wejścia tam też trafiłem. Pełen oldschool, półki z eksponatami bez żadnych udziwnień.
Byłem w kinie zarówno na Avengersach: Czasie Ultrona jak i na nowym Mad Maxie. Avengersi to w gruncie rzeczy typowo disneyowski blockbuster familijny, narzekałem głównie na różnice w stosunku do komiksów, chociaż bardzo przyjemnie się go oglądało. Filmowych Quicksilvera i Scarlet Witch wolałem w X-Menach, a ją ostatnią w komiksach - najbardziej w House of M.
O Mad Maxie zaś wypowiadali się już najróżniejsi recenzenci i publicyści, zostawię więc tylko linki do dwóch materiałów z których wypadkowa to mniej-więcej moja opinia. Klik! Klik!
Od siebie dodam tylko, że w wielu momentach samo aktorstwo jest przytłoczone przez akcję, podobnie jak dialogi, na które nie ma czasu (przy okazji - zapowiedziano Blu-Rayową wersję filmu bez dialogów, tylko z muzyką), wiele elementów świata przedstawionego to absurd. W końcu widzimy szaleństwo tytułowego bohatera (który wcale nie jest głównym bohaterem), wątek ten potraktowano jednak z jednej strony nachalnie, z drugiem - po macoszemu. On również zszedł na dalszy plan przytłoczony niekończącą się rozpierduchą. Z początku obawiałem się, że będzie mi brakować Mela Gibsona, były to jednak obawy niczym nie uzasadnione. W kategorii nieskrępowanej rozpierduchy właśnie, z elementami niegłupiego przekazu w tle, nowy Mad Max to jak dla mnie kandydat do filmu roku. Zwróćcie też uwagę na the making of, zajrzyjcie pod ten link - to nie był film ulepiony w całości na komputerze. Wszystkie pojazdy były zbudowano naprawdę.
Adam Wiśniewski-Snerg Nagi cel
Czytelnik 1984, wydanie II.
Jedna z najbardziej matriksowych książek w dorobku autora. Ze Snergiem jest trochę tak, że jak przeczyta się jedną jego książkę, to jakby przeczytało się wszystkie, bo każda jedna opiera się na tym samym pomyśle i obrazuje tę samą idee fix autora - że nasz świat nie jest prawdziwy, jest reżyserowany przez nieznane, obce siły, których logika i celowość działania znajduje się poza zasięgiem ludzkiego pojmowania. Tutaj mamy wrzucenie przypadkowego bohatera do obcego świata, z którego ma on możliwość przenoszenia się do innych czasów i miejsc - tyle, że w każdym z nich ma postępować według określonej fabuły, bo wszystko jest produktem rozrywkowym. Rzecz jasna nie dość, że nie wie, co właściwie się dzieje wokół niego, to jeszcze nierzeczywistość w której się znajduje jest znacznie bardziej skomplikowana niż mu się wydawało wcześniej.
Autor zdaje się stawiać pytanie, czy w iluzji można ugrzęznąć na stałe, na dodatek z własnej woli, jeśli ma się ku temu dobry powód - po czym udziela na nie odpowiedzi twierdzącej, nawet jeśli oznaczałoby to pogoń za kolejną iluzją.
Książkę czyta się szybko, akcja toczy się wartko. Przemyślenia autora nie przytłaczają tych, dla których mają mniejszą wartość od sensacyjnej intrygi, toczącej się z licznymi zwrotami akcji.
Andrzej Stasiuk Dukla
Pierwsza książka Stasiuka jaką przeczytałem. Melancholijna i sentymentalna wyprawa w świat wspomnień autora. Słowa toczące się powoli i nieubłaganie niczym walec, miażdżące czytelnika i rozprasowujące go na czynniki pierwsze. Potężny, nihilistyczny kopniak prosto w poczucie sensu i wszystkie małe stabilizacje i punkty odniesienia czytelnika. Smoliste pasaże w które im bardziej czytelnik się zagłębia, tym bardziej ma ochotę się pochlastać. A gdy czasem wydaje się, że już, już możesz wyjść na suchy brzeg z bagna egzystencjalnego niepokoju, do jakiego zepchnął Cię autor, ten nagle staje tuż przed Twoimi dłońmi próbującymi schwycić suchą trawę i leje Ci na twarz.
Naprawdę, wiele razy miałem wrażenie, że za stronę lub dwa z rozgwieżdżonego nocnego nieba nad zapyziałymi, zapomnianymi przez ludzi i bogów miasteczkami zstąpią Wielcy Przedwieczni lub jakiś inny Cień, Ciemność. Gdyby nie brak estetyki kojarzonej z weird fiction, byłoby to weird pełną gębą. Nie ma tu linearnej fabuły, wspomnienia autora z różnych czasów i okazji przewijają się jedno za drugim, ciężkie i wyrwane z szerszego kontekstu niczym fragmenty złych snów. Obrazy zapamiętane w czasach dzieciństwa mieszają się z wyniesionymi wiele lat później. A w tle jest nieubłagany, obojętny wszechświat, równie obojętna i okrutna wobec swoich poddanych natura oraz skomplikowany i czasem nieprzejrzysty świat relacji międzyludzkich. Styl Stasiuka jest bardzo plastyczny, poetycki, zwłaszcza w odniesieniu do opisów gry światła i cienia.
Książkę uzupełniają rysunki Kamila Targosza - posępne, przyciężkie, dosyć prymitywne i oszczędne w środkach, ale szarpiące za te same struny w duszy czytelnika co kolejne obrazy wyrzygiwane przez Stasiuka z własnej pamięci.
Polecam gorąco.
Noc Muzeów 2015
Jak ten czas leci, dopiero była poprzednia Noc Muzeów, a już minęła kolejna, która staje się coraz odleglejszym wspomnieniem. Tym razem zaczęła się jak noc z bourbonem wśród odrapanych kamienic i mdłego, przesyconego rozczarowanym hedonizmem powietrzem Kazimierza (nie cierpię tej dzielnicy, jest pod każdym względem przesycona), skończyła się za to w miejscu dość niezwykłym - w Ogrodzie Botanicznym. Nie wiem, kto wpadł na pomysł udostępnienia Ogrodu zwiedzającym w Noc Muzeów, tym bardziej, że nie ma tam przecież lamp ulicznych i całe miejsce skąpane było w prawie jednolitej ciemności, ale o dziwo był to bardzo dobry pomysł. Wzdłuż głównej ścieżki ustawiono znicze - efekt był piorunujący. Przynajmniej w szklarniach włączono elektryczne oświetlenie. Obok Ogrodu jest jakieś mniejsze przyrodnicze muzeum, cała jedna salka - w poszukiwaniu wejścia tam też trafiłem. Pełen oldschool, półki z eksponatami bez żadnych udziwnień.
Byłem w kinie zarówno na Avengersach: Czasie Ultrona jak i na nowym Mad Maxie. Avengersi to w gruncie rzeczy typowo disneyowski blockbuster familijny, narzekałem głównie na różnice w stosunku do komiksów, chociaż bardzo przyjemnie się go oglądało. Filmowych Quicksilvera i Scarlet Witch wolałem w X-Menach, a ją ostatnią w komiksach - najbardziej w House of M.
O Mad Maxie zaś wypowiadali się już najróżniejsi recenzenci i publicyści, zostawię więc tylko linki do dwóch materiałów z których wypadkowa to mniej-więcej moja opinia. Klik! Klik!
Od siebie dodam tylko, że w wielu momentach samo aktorstwo jest przytłoczone przez akcję, podobnie jak dialogi, na które nie ma czasu (przy okazji - zapowiedziano Blu-Rayową wersję filmu bez dialogów, tylko z muzyką), wiele elementów świata przedstawionego to absurd. W końcu widzimy szaleństwo tytułowego bohatera (który wcale nie jest głównym bohaterem), wątek ten potraktowano jednak z jednej strony nachalnie, z drugiem - po macoszemu. On również zszedł na dalszy plan przytłoczony niekończącą się rozpierduchą. Z początku obawiałem się, że będzie mi brakować Mela Gibsona, były to jednak obawy niczym nie uzasadnione. W kategorii nieskrępowanej rozpierduchy właśnie, z elementami niegłupiego przekazu w tle, nowy Mad Max to jak dla mnie kandydat do filmu roku. Zwróćcie też uwagę na the making of, zajrzyjcie pod ten link - to nie był film ulepiony w całości na komputerze. Wszystkie pojazdy były zbudowano naprawdę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)