piątek, 25 kwietnia 2014

Opowieści dziwnej treści 3

1) A jednak mi się chciało. Pogrzebać lekko w zastanej materii postów na blogu. Od dziś Odpryski oprócz zupełnych pierdół w stylu blogowych podsumowań, przeglądu pobieżnego to tego, to owego, co mi się rzuciło w oczy, będą dotyczyć rozmaitych najrozmaitszych przypadków namacalnych empirycznie. Czyli tego, z czym się rzeczywiście zetknąłem, co w jakiś sposób mnie zaintrygowało, co mnie - czasem i dosłownie - spotkało.
Zaś wszelkie dziwne, abstrakcyjne przemyślenia bardziej zaangażowane, bardziej osobiste, pełne cytatów, metafor, czasem może i dźwiękonaśladownictwa, poruszające wątki (około)filozoficzne, własne przemyślenia pod wpływem czegoś, za czymś, przeciwko czemuś, lub i bez czegoś, przy czymś, obok czegoś, przed czymś będą miały swoją nową, poczciwą, ładną i pachnącą morską bryzą szufladkę Opowieści dziwnej treści.
Ból głowy będzie tagiem (czy tam inną etykietą) ekskluzywnym dla tejże niniejszej szufladki. Przerobię więc stare posty do tej pory nim oznaczane.
Tag Proza(k) życia zostanie więc rozszerzony znaczeniowo o substancję dawnego rozumienia Bólu głowy. Czyli, oprócz tego, co o Odpryskach napisałem parę linijek wyżej, Proza(k) życia będzie też dotyczyć nielicznych rozkmin politycznych, religijnych, rozmaitych rzeczy ideologicznych, ale związanych z namacalną egzystencją autora. Świat snów i zwidów, forma bytu szczerząca zęby zza chmury, historie niby z życia, ale odrealnione na swój wykrzywiony sposób, taki świat, nawet jeśli na swój sposób również namacalny, zostaje w Opowieściach dziwnej treści.
Zastanawiam się, co zrobić z tagiem Od autora. Też ulegnie pewnym przeróbkom, lub w ogóle zniknie. Do tej pory miał oznaczać jakieś bezpośrednie zwroty do adresata, zazwyczaj ogłoszenia w stylu coś się inaczej nazywa lub nie zapłaciłem rachunków za internet, nie będzie mnie na blogu przez najbliższy czas.

2) Jako Opowieści dziwnej treści zostały przekwalifikowane dawne Odpryski (+ [cokolwiek]), czyli Dryf 1 oraz Matka Noc. Posty będące de facto Odpryskami, jak np. Opowieści z przychodni, zostaną przemianowane na Odpryski. Wystąpi problem z numeracją, ale trudno.

3) Ok, więc oto właściwa Opowieść dziwnej treści. Coś pomiędzy wzniosłym manifestem a zupełnym pieprzeniem.

Matka Noc II. Rzecz o przekraczaniu granic.

O granicach mówi się wtedy, gdy ktoś uderzy w nie głową. Aksjomat: negacja jest aktem twórczym. Samo wypowiedzenie w myślach: nie. Czekasz na pioruny bijące z jasnego nieba, na krwawe łzy ściskające po strapionych obliczach bezimiennych ikon. Nic takiego nie następuje, tylko zmienia się twoja optyka patrzenia na świat. Rankiem albo wieczorem, przy wschodzie lub zachodzie słońca, gdy świat osiąga właściwy kontrast, barwę i nasycenie, widzisz zarówno światło, jak i cień we właściwych proporcjach. W ciągu dnia i w ciągu nocy świat jest zbyt oczywistym miejscem. Najbardziej przerażające wojny toczą się w naszych skłębionych wnętrzach, na kształt odwiecznej walki mroku i światłości, w momentach przełomowych, w czasie naszych poranków i naszych zmierzchów, wskazują nam właściwą perspektywę. Zachęcają do jej przyjęcia.
Przestając się bać jednego i modlić się do drugiego, zabijesz ich w sobie, obrócisz w bezwartościowe pojęcia, konstrukty pozbawione substancji, wypalone słowa; szersze spojrzenie, z większego dystansu sprawi, że siły reprezentowane przez starcie jednego z drugim okazałby się nagle być tak nieznaczące, że stracą wpływ na twoje życie. Gestalt [forma bytu] Eksplorator bezdroży jest wyłączony ze społeczeństwa. Eksces prowadzi do wyłączenia. Jest umowną granicą. Banicja jest wyjściem honorowym. Jakież cudowne bezdroża każdy nosi w sobie, i czasem z krzykiem z nich ucieka, gdy mrok nocy jest najgęściejszy lub światło dnia pali najmocniej.
Kolejna granica, kolejne nie. Wykrzyczane lub wyszeptane.Są doświadczenia otwierające przed człowiekiem Nieznane, sprawiają, że życie przyśpiesza, staje się intensywne, nabiera smaku. Jedyna przygoda, jaka jest jeszcze w dzisiejszym świecie możliwa, świecie coraz bardziej sterylnym i duszącym się bezpieczeństwem, w świecie bez białych plam na mapach, to przygoda we własnym umyśle, na twórczej materii. Reszta to konsekwencje tego. Więc grzech jest cudownym, słodko-gorzkim uczuciem, zwłaszcza do smakowania we dwoje. Przyjmując, że wszelkie tabu związane z ludzką płciowością to tylko i wyłącznie uwarunkowania kulturowe i religijne, tzw. sumienie też jest narzędziem wypełnionym wtłoczonymi treściami o tabu, grzechu, śmierci i szatanie, grzech jest narzędziem do wyzwolenia się z niego. Do przewartościowania wartości. Śmiało wkraczaj w zakazane rejony, wolny od strachu i z podniesioną głową.
Uczucie uwolnienia jest uczuciem przejmującej pustki. Przepoczwarzenie, kokon pęka. Gdy znikają znane oblicza, bardzo łatwo za nim zatęsknić - a trudno zapomnieć. Odwrócenie się na pięcie i marsz przed siebie, z podniesioną głową i bez rzucania przez ramię ukradkowych spojrzeń na pozostawiony w oddali za sobą ugór kończy się zazwyczaj w sferze deklaratywnej. Czy wszyscy będziemy gotowi na czas.
Świat odbity w szklanym blacie stołu jest płaski, zniekształcony, być może zanieczyszczony. Tak samo akt twórczy, pierwszy krok na długiej drodze, na którą się wchodzi nagle, z rozpędu. Wybierasz jeden kierunek z przynajmniej dwóch dostępnych. Przez to miejsce, do którego dojdziesz, dla innych może być punktem wyjścia. Przekroczenie linearności, linearności naszego spojrzenia, naszych myśli... Akt twórczy jest wrzucony w czas. Przenika przypływy i odpływy historii. On je powoduje. Kelnerka ścierająca zalany blat stołu ma ładne, polakierowane na czerwono, długie paznokcie.
Pojęcie. Agamben. Communitas. Wspólnota bohaterów kreskówek. Króciutki, leciutki, zwiewny moment, w którym potężne tryby maszynerii nagle zatrzymują się. Ale światło niesie się z oddali, już po zmiażdżeniu źródła błysku we wnętrzu ścierających się uwarunkowań, wyjących Upiorów. Wielka, a ludziom dzisiejszym szczególnie odległa jest myśl, że gwiazdy same w sobie nie istnieją, stanowiąc jedynie emanację światła kosmicznego, które jak przez pory czy oczy pada na sklepienie, będąc dla nas zbyt silnym w swojej pełni. Spłonęlibyśmy w nim, co zdarzyło się Faetonowi. Istnieje takie miejsce, w którym ujawnia się dla nas przemożna rzeczywistość takiego obrazu świata: Panteon w Rzymie. Miejmy nadzieję, że kiedyś zostanie uwolniony od chrześcijańskich dodatków. Słowa Ernsta Jüngera, który jak na złość przeszedł na katolicyzm na krótki czas przed swoją śmiercią. Większość moich ulubionych Germanów popadło w pewnym momencie swojej egzystencji w obłęd. Kto wie, co przytrafiło się ponad stuletniemu Ernstowi.
Każde indywidualne doświadczenie Granicy to rodzaj zawieszenia szarej rzeczywistości. Nawet jeśli niczego za nią nie ma, bo nigdy nie możesz być pewnym, co tam jest, zresztą ustaliliśmy już, że oparcie mamy w negacji, oprócz samej biologii lub czegoś, czego jeszcze nie znamy dokładnie (przypadek doświadczeń z różnymi substancjami) warto nadać mu cechy święta - wspomnianego ekscesu. Wrzucenia subiektywnie pojętej transcendencji w nasz świat. Święto i eksces to dwie strony tej samej formy, którą Eliade nazwał karnawałem, a która przez bakchanalia i dionizje korzeniami sięga w mityczną pramaterię ludzkości. Takie doświadczenia smakują najlepiej raz na jakiś czas, poprzedzone rozmyślaniami i przygotowaniami. Nie mogą spowszednieć, nie mogą stracić swojego sensu, sensu świadomego złamania tabu, świadomego wystąpienia przeciwko skostniałym wartościom. Czerwone wino smakuje najlepiej w umiarze - lampka po obiedzie. Tak samo jest z przekraczaniem Granicy. Hedonista wie, jak dozować sobie przyjemność, by jej żar płonął jednakowym blaskiem cały czas. Uzależnienie się od doznań zamyka człowieka na nie. Uprzedmiotawia go względem nich. Siedem jest ciał niebieskich, jak i czakr oraz niebios - słońce pośrodku. Przechodząc przez dolne, nieostrożny wędrowiec może zatracić się gdzieś w instynktach.
Z czegoś takiego składa się życie - ze smakowania doświadczeń, doznań, intensywności chwili. Ze smakowania wspomnień, ale bez zamykania się w nich, tylko poszukiwania nowych. Poszukiwania w nich siebie, swojej substancji. Z pozycji obserwatora uczestniczącego. Będącego w każdym momencie świadomym zarówno sytuacji, która rozgrywa się wokoło, ale też świadomego samego siebie, swoich możliwości i woli. Być może jestem hedonistą. To całkiem prawdopodobne. Ale dosyć stoickim. Satyr u Nietzschego jest rozdarty pomiędzy Naturą i Kulturą. Spaja go świadome ja. Instynktowne przeżywanie przyjemności wyłącza ja z odbioru tej przyjemności, odbiera czynności biologicznej (w przypadku seksu) nadawany jej przez ja subiektywny sens buntu lub celebracji Życia. Ja to samoświadomość iście paradoksalna - że jest się zlepkiem uwarunkowań, pod ciężkim płaszczem utkanych z nich czai się pusta otchłań, w której majaczą cienie nieznanych ewentualności, niepoznanych światów. Sam fakt, że człowiek jest w stanie uświadomić sobie, że jest w nim bardzo mało z niego samego, a właściwie składa się tylko z uwarunkowań natury rozmaitej i czystej, zwierzęcej biologii, że jest wiązką (Kłączem - u Deleuze'a) kontekstów, uwarunkowań, splotów, podlegających ciągłej reinterpretacji w czasie społecznego procesu komunikacji i ciągłego re-definiowania pojęć jest bardzo twórczy, bo otwiera tysiące drzwi. Nietzschego Nadczłowiek to człowiek, który zdał sobie sprawę, z czego się składa. Od niego tylko zależy, co z tą wiedzą zrobi. Dochodzimy do zupełnego relatywizmu, w którym jedynym punktem odniesienia jest wola (u Nietzschego przerośnięta, bo utożsamiona ze światem jako takim, u Crowleya utożsamiona z odkryciem i podporządkowaniem się swojemu prawdziwemu ja [nie ma u Crowleya róbta co chceta, to wulgarna nadinterpretacja]).
Jeśli każdy z nas jest w równej mierze produktem wszystkich pozostałych, a także procesów nad którymi kontroli nie posiada, to można spokojnie przyznać, że pod tym wszystkim niczego innego nie ma. Stąd też i ta nicość, na której Stirner oparł swoją sprawę. Nie ma większej apoteozy jednostkowości i własnej suwerenności nad sobą samym, niż zdanie sobie sprawy, że jest się swoim własnym odbiciem w otchłani, w którą się spogląda.
Kto dziś ma odwagę pomyśleć chociaż, czego symulakrem są gwiazdy na nocnym niebie. 
Raz śpiący wyszedłem nad ranem na spacer. Padał akurat deszcz. Pomyślałem: ale plastyczny opis deszczu! Kilka losowych kroków to w jedną, to w drugą stronę. Czy z mlaśnięciami rozpływał mi się wtedy pod butami pierwszy, późnojesienny śnieg, czy może śpiewały ptaki wśród zielonych drzew - nie pamiętam. Tak wiele męczących dni, bezużytecznych nocy przesiedziałem w łóżku ze słuchawkami na uszach, oczekując w bezustannym napięciu na tyle wydarzeń, które nie nastąpiły. Błogosławieni ci senni: albowiem oni zdrzemną się niezadługo, stwierdził Zaratustra (Nietzsche, tłum. W. Berent). W tym przypadku to tak nie zadziałało. Za to tamten deszcz był niezwykle oczyszczający.
Strach przed zmianą percepcji. Zmaganie się ze sobą. Przebudowa. Analogia: zdejmij okulary, jeśli masz astygmatyzm. Idź śmiało przed siebie, patrząc pod nogi. Czy jesteś w stanie dojrzeć nieuchwytne miejsce, w którym *wydaje ci się* że jedne krzywe i zaplute płyty chodnikowe są wyżej niż inne? Jaka to płaszczyzna wyżej i niżej, skoro zależy od twojej perspektywy i posiadanego wyposażenia?
Nasz świat jest pełen szumu. Jego zdaniem miasta posiadają przedziwną zdolność odbijania swojego charakteru w twarzach mieszkańców, zwłaszcza tych, którzy rankiem zmierzają do pracy. Można na nich znaleźć, zanim ludzie napotkają prozę życia nadciągającego dnia, swoisty wskaźnik stopnia popieprzenia, napisał William Gibson (tłum.R.J.Szmidt). Szumią też ludzie. Szum jest wszystkim, co nas otacza. Do tego stopnia, że mózg potrafi "wyłączyć" odbiór bodźców, których ma nadmiar, które powszednieją tak, że wtapiają się w idealnie szarą codzienność. Ileż razy jest tak, że idziesz ulicą i słuchasz czegoś na empetrójce czy podobnym odtwarzaczu, i nie słyszysz tego, czego słuchasz, bo wszystko wokoło jest zbyt głośne. Odruchowo wzmacniasz głośność, chociaż wiesz doskonale, że wracając do miejsca cichszego, będzie za głośno. Znów kwestia perspektywy.
Jeśli bodźce powszednieją, uodparniasz się na nie. To tak jak z obalaniem tabu - jeśli przekraczasz granice na tyle często, że nie zauważasz w pędzie kiedy je przekraczasz, to nie dobrze. Jeśli w szumie chcesz się przebić z samym sobą, musisz mówić głośniej, by szum pędzący we wszystkich kierunkach zewsząd wszędzie i znikąd donikąd nie zagłuszył cię.
Na łonie natury drzemią te same siły, które rozkwitają w blasku wschodów i zachodów słońca. 
Góry mają w sobie coś z pierwotnej dzikości naszego świata, zabudowanego od wieków technologią. Poruszają struny w duszy, które na co dzień są wyciszone. Morze też ma w sobie coś takiego - patrzysz na falującą po horyzont pierwotną niemalże materię, nad którą unosili się Wielcy Przedwieczni. W górach natomiast są zaklęte inne, tytaniczne siły, które spowodowały ich wypiętrzenie. W górach widać wspomnienia Ziemi z czasów, gdy świat był jeszcze młody (i pełen ideałów). Mamy swój sztuczny świat, sztuczne życie, sztuczne problemy i sztuczne choroby na które są sztuczne leki.Chodząc czasem wśród opustoszałych ruin fabryk widzę, jak natura odbiera bezlitośnie to, co jest jej. Na posadzkach wyrasta mech, ściany rozsadzają korzenie lub pokrywa wijący się bluszcz, przez rozbite szyby wlewający się do środka niczym zwarta, silna, skondensowana fala życia, pierwotnej siły kreacji. Na dachach lub nawet na żelbetowych fragmentach ścian wyrastają drzewa. Życie triumfuje nad martwą materią. Gabrielle D'Annunzio przesiadł się kiedyś z rzędów zajmowanych przez prawicę na stronę lewicy, mówiąc przy tym coś w stylu, że idzie tam, gdzie jest życie. Na podobnej zasadzie, ja też idę tam, gdzie jest życie, zarówno w przestrzeni politycznej (w sumie polityka dotyczy władzy, a relacje władzy oplatają nas w codziennym życiu - Foucault miał sporo racji - ergo: politologia to nauka o codziennym życiu) jak i w przestrzeni miejskiej.
Stała za drzwiami. Jej oczy były jednolitymi plamami czerni. Spojrzałem przez wizjer i spojrzałem prosto w jej oko. Rozpoznałem ją po tym, jak stanęła krok dalej. Ciemność otoczona była szeroko rozwartą powieką, zakończoną długimi rzęsami. A potem się obudziłem, porażony strachem przed tym, że może udałoby się jej przejść przez te drzwi.
Ech, ta durna nieświadomość, czy co tam się kotłuje pod czaszką. Każde kolejne nie trzeba jakoś odchorować. Widzisz więcej, ale zmieniają się punkty odniesienia. Czasem trzeba przekoziołkować kilkakrotnie, zanim na jakiś się wpadnie, mniej lub bardziej po omacku. Moment, w którym nagle roztwiera się przed tobą rzeczywistość. Pociąg, w którym jedziesz nagle hamuje. Wstrząs podrywa cię na mgnienie oka z siedzenia. W tej jednej chwili wisisz w powietrzu, zanim opadniesz na swoje miejsce. Oto jest zrozumienie.
Czy upajasz się własnymi słowami? Nie ma w tym niczego złego. My jesteśmy odzwierciedleniem czegoś, co sięga hen, daleko poza nas, poza świat, historię i sny, poza uwarunkowania, konteksty i nawet poza pustkę skrywającą się pod nimi, tak samo nasze słowa reprezentują nas. Forma zawsze rozpozna, co ukształtowała na swój obraz i podobieństwo. Radość z odbicia własnej formy w materii nie zwalnia rzecz jasna od pracy nad sobą. Analogia: Crowley napisał, iż magia jest dla wszystkich. Phil Hine poprawił go: czasem zamiast maga wyjdzie z kogoś łamaga, co, jak słusznie zauważył, można zaobserwować po samych naśladowcach i współpracownikach Słoneczka. Miliony domorosłych twórców parodiują formę aktu twórczego. Niestety, na opuszczonych ołtarzach gnieżdżą się demony, co zauważył - znów - Ernst Jünger. Akty - twórczy i magiczny mają jednakową naturę.
Czas na morał tego przydługiego potoku spostrzeżeń. Drzwi należy zostawić otwarte. Może i Ona nie ma najpiękniejszych oczu na świecie, ale ma za to ujmujący uśmiech.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Odpryski XXXVI

1) Kategorie Ból głowy oraz Proza(k) życia zlały mi się z grubsza w jedno. Kiedyś będę musiał się przysiąść do kategorii bloga i troszkę w nich pogrzebać. Być może warto by było też wprowadzić nowy dział obok Odprysków - np. Opowieści dziwnej treści. Albo i nie.  Ok, zrobione.

2) Nadal nie mam czasu na czytanie czegokolwiek poza książkami pod magisterkę i rozmaite zapychacze czasu na studiach. Co nie zmienia faktu, że mimo tego iż piszę o czymś, co lubię i na czym się znam, zaczyna mi to wychodzić bokiem. Z drugiej strony jest to całkiem przyjemne uczucie. Wychodzenia bokiem. Zmęczenie twórcze. Nawet, jeśli większość przeważająca tej pracy to będzie tylko streszczenie i kompilacja nie tylko tekstów źródłowych, lecz głównie opracowań i analiz wtórnych.
W związku z tym pierwsze notki o książkach po przerwie, która skończy się przynajmniej któregoś lipca, będą dosyć monotematyczne.

2 i 17/19) Też mnie denerwuje fakt, że ostatnio tylko tu smęcę. Jeszcze bardziej denerwuje mnie fakt, że smęcenie zaczyna mi wchodzić w krew.

3) Notka o książce Aldissa Non Stop stała się drugim najpopularniejszym postem na niniejszym blogu ever. Na chwilę obecną ma 362 wyświetlenia - na dodatek głównie z USA. Ot, jakieś szaleństwo internetu.

4) Kwiecień jest kolejnym miesiącem, w którym liczba wyświetleń przekroczyła 1000. Na dzień dzisiejszy wynosi 1127. A jeszcze aż 6 dni do końca miesiąca w czasie których jeszcze tyle może się wydarzyć, np. świat może się nagle skończyć.

"Powtórne przyjście"

Moje najnowsze opublikowane dziełko.
O, tutaj jest.
Post-apo, ale - w miarę - oryginalne i na - w miarę - oryginalnej płaszczyźnie. Jak zazwyczaj, nie polecam przesadnie religijnym, chociaż tytuł może być mylący. Nie chodzi tu bowiem o najpopularniejszego w naszych stronach powtórnie przychodzącego.

sobota, 19 kwietnia 2014

Odpryski XXXV // Opowieści dziwnej treści 2

4) Wesołych świąt! (jeśli ktoś obchodzi, lub, jak w moim przypadku, jest do obchodzenia zmuszony niejako przez obiektywnie poznawalną część otaczającej rzeczywistości)

2) Poszedłem sobie ostatnio (tak gdzieś z tydzień temu) do osiedlowego sklepu z mydłem i powidłem i prezerwatywami, a tam na stojaku z prasą i wyrobami prasopodobnymi:

Wybaczcie jakość zdjęcia, ale jestem technofobem i mój telefon przede wszystkim jest telefonem.

taką manifestację Polskiego Ducha znalazłem. Obok siebie stoją: jakieś gówniane romansidło, modlitewnik świętego POLSKIEGO PAPIEŻA™ ®, jakaś tania sensacyjka pseudo-dokumentalna. A w tle tego wszystkiego - rozkminy o podatkach (być może nie w stylu ojajebe, urzędasy kradno, ale w takim kontekście jak na załączonym zdjęciu skojarzenia są jednoznaczne). Różne konserwy z tytułami profesorskimi wylewały oceanu atramentu nad polską duszą czy dowolnym innym pokrewnym znaczeniowo abstrakcyjnym pojęciem, a żeby uchwycić opisywane nim zjawisko wystarczyłoby się rozejrzeć wokół. Ckliwa uczuciowość, patetyczna pop-religijność (Jan Paweł II w świadomości społecznej współczesnej Polski to idealna ilustracja Baudrillardowskiego pojęcia symulakr), dreszczyk emocji w kieszonkowym wydaniu (Trynkiewicz się przejadł, to trzeba ewokować kolejnego demona?), szarzyzna.
Poza tym ktoś się nieco pospieszył - kanonizacja JPII nie miała być przypadkiem dopiero 27 kwietnia? W określonych sytuacjach, gdy Kościół sobie a wierni sobie, Kościołowi to nie przeszkadza. Szkoda, że tylko w sytuacjach konstytuowania kolejnych mitów dyskursu hegemonicznego. W miarę trzeźwe głosy pojedynczych przedstawicieli kościelnego aparatu biurokratyczno-administracyjnego (zwanego klerem) są wyciszane szybko i skutecznie.

3)  Matka Noc, czyli piszę-magisterkę-i-nie-mam-się-do-kogo-odezwać-bo-ograniczyłem-życie-towarzyskie-a-poza-tym-przyszły-święta-więc-wzbiera-we-mnie-chęć-internetowego-ekshibicjonizmu.

Pewnych snów nie da się zapisać. Sięgają one czasów sprzed Starego Przymierza i wydobywają nieokiełznaną pramaterię ludzkości. Trzeba przemilczeć, co się tam zobaczyło. Ernst Jünger (tłum.S.Błaut, Pierwszy dziennik paryski, 05.07.1942).
Co prawda, w późniejszych latach, na kwasie sam próbował zgłębić pramaterię ludzkości w oczekiwaniu na Wielkie Przejście (aż by się chciało utożsamić pramaterię ludzkości z nieświadomością wg. jakiś jungowskich heretyków, np. Jamesa Hillmana i jego inspirowaną Heraklitem i Michałem Sędziwojem animą mundi) ale można mu to wybaczyć. Od czasów "notki" pt. Przerażenie w Awanturniczym sercu (II) (1938) kończącej się słowami Czy przeczuwasz, co dzieje się w tej przestrzeni, którą pewnego dnia przyjdzie nam być może w upadku przemierzyć, a która rozciąga się między rozpoznaniem zagłady a samą zagładą? (tłum. W.Kunicki) przeszedł był długą drogę, wiodącą go przez liczne wypalone ugory empirycznie poznawalnej rzeczywistości (ale pozbawionej jakiegokolwiek głębszego sensu, znaczenia - aż się prosi kiedyś o analizę porównawczą W stalowych burzach Jüngera z Wojny w Zatoce nie było Jeana Baudrillarda) wprost w próby stworzenia nowej metafizyki.
Ale o czym to ja właściwie chciałem. A, kilka dni (jak na chwilę obecną, to będzie już z tydzień lub i więcej) temu współlokator mnie obudził o 3 w nocy (aż sprawdziłem godzinę z ciekawości i ubawiłem się setnie), bo coś go nawiedziło i wrzeszczał przez sen. Wyłapałem tylko odejdź z potoku bezkształtnych i nieforemnych dźwięków, zagłuszanych przez kotłowaninę. Nie wyspałem się przez to. Biedaczysko, własne demony trzeba trzymać krótko. Niektóre nawet lubią ostre traktowanie i mogą się potem odwdzięczyć. W końcu, jak ktoś namazał kiedyś w Tybetańskiej Księdze Umarłych: Szlachetny synu, słuchaj uważnie! (...) Postacie te z Twego własnego wywodzą się mózgu i objawiają się tutaj, teraz, tobie. Dlatego nie trwóż się ich! Nie lękaj się ich! Nie wpadaj w panikę! Rozpoznaj w nich formę twego umysłu. (cyt. za muzeum jakimś, bodajże etnograficznym, w Poznaniu), co też potwierdził niejako Aleister "Bestia" vel "Słoneczko" Crowley (przynajmniej wczesny Crowley) czy - znacznie mniej pretensjonalny - Austin Osman Spare.

Jünger inspirował się Alanem Edgarem Poe, nawet wziął od niego Maelstorm. Takie były czasy, fin de siecle się skończył, szlag trafił dotychczasowe świętości i stałości, nauka stawiała więcej pytań, niż odpowiedzi, to człowiek patrzył w nocne niebo i oprócz światła światów martwych być może od milleniów widział zarysy koszmarów przekraczających granice poznania i wyobraźni zarazem. To się czuło, świat przyśpieszył, technologia i nauka wchodziła wszędzie, w każdą dziedzinę ludzkiego żywota (tak jak teraz świat wirtualny), więc nie można było tego naukowo uzasadnić. Jüngerowska forma bytu vel Gestalt to poniekąd ta sama płaszczyzna wykoślawionej refleksji romantyzmu gwałconego przez oświecenie co i horrory kolejowe Grabińskiego, nietzscheańskie weird Ewersa, R'lyeh Lovecrafta. Tam, gdzie rozpędzone nowe zderza się z zastanym starym, tam kumulują się siły przekraczające tu i teraz. Widzimy, wydaje nam się, że widzimy, albo chcemy widzieć coś poza, ponad, coś głębiej, wyżej, dalej. Kształty promieniujące z mroku, zza chmur; wyłaniające się w nagłych rozbłyskach wyższej, obcej woli, prowokowanych w naszym umyśle przez ciche szepty w nieznanych językach, słyszane wtedy, gdy noc jest najzimniejsza.
A jeszcze zabawniej jest, gdy człowiek sobie czyta Jüngera, a tam nagle Baudrillard (lub jakiś inny gość od symulakrów): Próżnię należy rozpoznawać w jej głębi, nie tylko w symptomach, gdyż w sferze widocznej nie brak urozmaicenia. Zmiana wiąże się jednak z czasem i przestrzenią; ma ona charakter kinetyczny. Latamy na bieguny i na księżyc, przywożąc ze sobą próżnię. Wraz z intensyfikacją naszego ruchu nacierają na nas strumienie obrazów. Dlaczego nie można zaspokoić głodu obrazów? Jest to oznaką, że w ostateczności obrazy nie są nas w stanie zaspokoić. Prawdziwy niedosyt wybiega poza przestrzeń i czas. (Przybliżenia, tłum. W.Kunicki, str. któraś)
Ok, to niekoniecznie Baudrillard. To Baudrillard przywołujący Yog-Sothotha. Hiperrzeczywistości przed Baudrillardem dopatrzył się za to w The Glass Bees naszego zwariowanego Niemca John King.

Pewne tendencje prosto ale wyczerpująco i całkiem poetycko zostały nazwane przez Dukaja w Zanim noc. Po prostu jako Noc. Idąc tym tropem, jestem po tej samej linii (i tak, pamiętam, że u Dukaja w Noc wierzył esesman, co na pierwszy rzut oka, i zresztą też na kolejne rzuty oczami, własnymi i nie, nie jest dobrym skojarzeniem). Też wierzę w Noc.

Noc później ta historia miała swój bardzo zabawny i naprawdę urokliwy ciąg dalszy. Znów obudziłem się nad ranem, znów była trzecia w nocy. Poszedłem do łazienki. Wśród nocnej ciszy głos się rozchodził, pijackie wycie któregoś sąsiada - przyyyyyyyjdź. Aż chciało mu się powiedzieć: stary, nie tak się przeprowadza ewokację. Przecież w tym bloku nawet nie ma piwnicy bez betonowej podłogi. Ale zamiast tego poszedłem spać. Do pewnych granic każdy powinien dotrzeć samodzielnie, tylko z silnym i przejmującym przeczuciem, że jest się przez kogoś czujnie obserwowanym.
Na przestrzeni lat miewałem noce lepsze i gorsze, rozpaczliwie samotne i pełne niespodziewanych odwiedzin. Jedne i drugie kiedyś przedstawię, czy to w opowiadaniach, czy w czymś dłuższym. Jak mawiam, nic tak nie zadziwia, jak własne życie. Poza tym każdy jest gwoździem do swojej własnej trumny. Grunt, żeby się nie zamknęła zbyt szybko. A jak już, to przynajmniej żeby dać się w niej zamknąć spełnionym. I nie żałować niczego, nawet smrodu wciąż nowych i od nowa płonących mostów ciągnącego się latami.
Na zakończenie tego pieprzenia balansującego na obszczanym murku rozgraniczającym przekonanie-o-posiadaniu-czegoś-do-powiedzenia od patetycznego-przeintelektualizowania-które-nikogo-nie-obchodzi mój ulubiony cytat z Ernsta Jüngera ever: (...) Otwarcie mówić rzygam na to całe etyczne bajdurzenie, tę mięczakowatą problematyczność, te skacowane skargi na to, że się jest niezrozumianym, to niedojrzałe i rozmarzone wzdychanie do księżyca i ten przeflancowany do psychiki kult gonad. Wszystkim tym ludziom należy wsadzić race w dupy i je podpalić, aby nauczyli się skakać i krzyczeć swoim naturalnym głosem. Wszyscy ci ludzie to wspaniałe chłopy, gdy wytrąci im się szczudła spod pach i nauczy ich, że zdrowe ruchanko jest czymś bardziej przyzwoitym i naturalnym niż ta cała amerykańska koleżeńskość tak wymieszana z nordyckim kultem nagości, że epiderma wygląda na garbowaną skórę. To jest społeczeństwo, które ze swoich światopoglądowych i seksualnych niedostatków chciałoby skleić kodeks moralny, i należy raz na zawsze zastopować te bezkrytyczne roszczenia i szaloną pychę, pokazując tym trzykrotnie rozwodnionym eichendorffowskim nicponiom, jak wyglądają prawdziwe nicponie i ptaki wędrowne i jak zazwyczaj zachowuje się młode wino. W tym cytacie Jünger pluje na młodzieżowe organizacje i organizacyjki przez które się przewinął (jeszcze przed I wojną światową). Ma im za złe, ze przyjmują poglądy, postulaty, że nasiąkają upiorami dorosłego, dojrzałego, zastałego społeczeństwa, zamiast podpalić świat i oddać się ekstatycznemu tańcu i dzikiej orgii na gruzach mieszczańskich (nie)wartości ciszy, spokoju i ekonomicznej kalkulacji. A że ten cytat pochodzi z listu (z 1928r.) do naziola Ludwiga Alwensa - cóż, trudno, czasem znajomych się nie wybiera. Ciekawe, czy którąkolwiek wersję Awanturniczego serca czytał Hakim Bey.

1) Uwaga, polityka. Na dodatek w miarę bieżąca.
Komitet wyborczy koalicji skleconej wokół Zielonych nie zarejestrował listy w okręgu krakowsko-kieleckim (w sumie nie ma się czego dziwić, Kraków + Kielce to overkill dla czegokolwiek chociażby nieco nie-konserwatywnego). Więc nie będę głosował w nadchodzących wyborach do europarlamentu. Albo oddam głos nieważny, byleby podbić frekwencję, co - jeśli trochę ludzi by jeszcze wpadło na taki pomysł - może zaszkodzić kucom korwinowym lub stadionowej ekipie wąsatego karła-erotomana. I nie miałem wcale złudzeń co do realnych efektów działań koalicji skupionej wokół Zielonych. Byłby żadne. Ale na nich mógłbym zagłosować tylko z cynicznym fatalizmem, bez przejmującego poczucia obrzydzenia.

środa, 9 kwietnia 2014

Odpryski XXXIV // Pre-opowieści dziwnej treści 0

1) Zaspałem efektownie ze wszystkim, z czym absolutnie nie powinienem był zaspać, więc musiałem się za to wziąć. Dlatego blog pozostanie niezbyt często i niezbyt merytorycznie aktualizowany przynajmniej do wakacji. Ot, życie takie.
Jeśli wylecę przez to z Eksplorując nieznane - cóż, trudno. Nie tym razem, to kiedy indziej poczytamy coś jeszcze większym e-gronem.

2) Ze statystyk. Marzec skończył się na 1380 wyświetleniach. Z tego pewnie z 1/3 to boty, a z ~20 to wyświetlenia własne (zawsze po czyszczeniu plików cookie zapominam od razu przestawić blogowych ustawień, by nie naliczało wyświetleń własnych). 07.04. zaś miałem 156 wyświetleń. Ktoś mnie gdzieś podlinkował, a ja znów to przegapiłem?
Tak czy owak, jak na razie w statystyce miesięcznej marzec jest na tle poprzednich miesięcy i lat rekordowy. Miło mi i przyjemnie. Ptaszki ćwierkają, ludzie się ruchają, wiosna, wiosna, ach, to ty.

3) Przeglądając własnego bloga człowiek zdaje sobie sprawę, że mimo wszystko prowadzenie go sporo mu dało. Głównie w kość, ale poza tym widzę u siebie jednak pewien rozwój i stylu i technicznego ogarnięcia budowania notek. Do tego stopnia, że z połowę wczesnych (ale i niektórych późnych) notek bym najchętniej wypieprzył stąd, ew. przepisał na nowo. Czasem chęć napisania kolejnej notki była silniejsza od chęci poprawnego jej napisania. Kiedyś starsze lub gorsze notki porozwijam nieco. Jeśli będzie mi się chciało i/lub jeśli będę miał czas na to. Time is thee enemy!

4) Poza tym żyję i mam się dobrze.

6) Z Xięgi Poczciwego Nihilisty, 0700, 66-6 Zaprawdę powiadam wam, wątpiący, rozczulający się i dzielący włos na czworo! Nie żałujcie niczego, nie przelewajcie ni łez, ni płynów ustrojowych natury wielorakiej i dowolnej nadaremno! Spluńcie w twarz wszystkiemu, w co wierzycie, bo zaprawdę powiadam wam, łeż to jest, pył, proch i kręgi na wodzie, pojęcia jeno nie mające substancjalnej treści, struktury społeczne i uwarunkowania rozmaite wiszące w powietrzu jako ten mór, jako te upiry i smog wawelski. Idźcie spać w gorących ramionach Nadziei a ranek z radością przywitajcie w zimnych ramionach trupa. Nie miejcie nad sobą zmiłowania, lecz każdy krok na waszej drodze znikąd donikąd traktujcie jakby miał być waszym ostatnim, wpierdol sromotny a bezbożny spuszczajcie przeszkodom początek mającym w marach waszych. Bierzcie co wziąć zdołacie, pamiętając, że lepiej jako ta ćma spalić się w latarni swych marzeń, niż gnić w marazmie i niedołęstwa życiowego zwiędłym laurem z uporem stroić skronie.

piątek, 21 marca 2014

Odpryski XXXIII // Opowieści dziwnej treści 1

1) Czemu Odpryski zwą się Odpryski?
Zainspirowałem się Promieniowaniami Ernsta Jüngera. Tzn. samym tytułem. Odpryski wydały mi się bardziej namacalne. Nie rzutowanie na swoją egzystencję z różnych kierunków, nie promieniowania, lecz - rozprysnęła się struktura świata, fragmenty mozaiki lśnią w promieniach wiosennego słońca. Urywki, odpryski, fragmenty życia. Z życia.

2) Szkoda, że nie było w Krakowie obchodów Jarych Godów. Co prawda, posiłkując się zarówno Bestią vel Słoneczkiem (wczesnym) jak i Tybetańską Księgą Umarłych uważam bogów i demony za pochodzące gdzieś z niezmierzonych głębin człowieka, niż z zupełnego, oderwanego od niego zewnątrz, ale chociażby dla estetyki i poczucia więzi z otaczającą mnie rzeczywistością, z naturą i wszechświatem (to, co na górze, jest tym co na dole - tłum. własne i niedokładne) obchodziłbym pogańskie (to pojęcie nie ma dla mnie znaczenia pejoratywnego) święta.

3) Dryf 1.
Deprywacja sensoryczna. Ni to techniki medytacyjne, ni to relaksacyjne. Plus mnóstwo chałupnictwa. Rachunek za wodę pewnie przyjdzie duży.
Ale zadziałały - przynajmniej jako wstęp. Reszta to pewnie nastawienie i autosugestia. Jestem wrażliwy pod tym względem. Nie trzeba mi wiele, by się wczuć, dostroić. Ubieram się powoli, świat płynie wokół mnie. Patrzę na swoje dłonie. To ja? Nie, ja jestem zewnętrznym obserwatorem. Ciemno już, gwiazdy świecą na niebie. Z latarni ulicznych wysączają się rozciapane plamy pomarańczowego blasku. Wszystko jest jednocześnie bardzo jasne, wyostrzone, a  drugiej strony - rozmyte. Ogromny kontrast między światłem latarni, wirującymi kształtami neonów, a zapadającą coraz szybciej nocą.
Bez celu, wokół to tego, to innego budynku. Zadziwienie nad konturami drzew, nad przepływającymi wokół mnie strumieniami świata, nad pulsującym tętnem zmęczonego miasta. Nie przestaję się dziwić. Cienie schodzą ze ścian odrapanych budynków, tańczą wokół mnie. Zadzieram głowę do góry. Patrzę w gwiazdy. A one patrzą na mnie. Ktoś mnie szturcha idąc z przeciwka. Widzę jego zły wzrok, zamglone spojrzenie. Oglądam całą sytuację zza siebie, w zwolnionym tempie. Z punktu widzenia zewnętrznego obserwatora. Zadziwiam się, dokąd tak się śpieszył. I po co. Ludzie szumią wokoło, idę pod prąd nurtu wylewającego się z zatłoczonego autobusu. Nie wyglądam chyba zbyt zdrowo, bo niektórzy obchodzą mnie szerokim łukiem, inni patrzą się dziwnie. Wpatrzony w niebo jak wchodzę na kogoś. Trudno.
Przejście dla pieszych. Jakiś koleś stoi i pali. Duszny, gryzący zapach. Przechodząc wcześniej koło jakiegoś bloku poczułem za to bardzo charakterystyczny zapach charakterystycznego dymu.
Wypuszcza dym w powietrze. Faluje w powietrzu, rozmywa się, przybiera niesamowite, nierzeczywiste kształty. Podświetla je blask neonu wiszącego po drugiej stronie ulicy. Kształty wirują. Stała zmiana, nic pewnego. Chaos. Dryf. Światło się zmienia, idę. Naprzód.
Kieruję swe kroki do dużego marketu. Zupełnie bezwiednie. Dziwię się wszystkiemu i wszystkim. Słyszę dalekie echa szemrzących ludzi. Słyszę ich, jakbym był pod wodą. Ciężko stawiam kroki. Ochroniarz w sklepie patrzy się na mnie dziwnym wzrokiem. A przecież nic nie brałem.
Wpuszczam w siebie kawałek świadomości. Macam odpowiedni przycisk na wysłużonej mp3-ce. Szmery, zgrzyty i ambientowe plamy dźwięku oraz jednostajny rytm wybijany w tle robią się głośniejsze.
Światło! tak głośne.
Nastrój mi przechodzi, ale powoli chodzę wśród sklepowych półek i uczę się świata. Dokąd ci wszyscy ludzie tak pędzą? Po co? W imieniu czego? Przecież to nieważne, to ułuda. Droga koleżanko nie znana mi z imienia, po co Ci woda mineralna kosztująca ponad dziesięć zeta za butelkę, skoro obok masz to samo za dwójkę? Kreacja marzeń. Promocja marzeń. Przecena marzeń. Po co się tak śpieszą? I dokąd zmierzają? Oddycham głęboko. Lekko kręci mi się w głowie.
Obsługa patrzy się na mnie. Chodzę po sklepie bez celu wystarczająco długo; nie mam koszyka i muszę sprawiać wrażenie zupełnie nieobecnego. Ale dowiedziałem się czegoś o sobie i o otaczającej mnie rzeczywistości. Stanąłem poza sobą. Wsłuchałem się w bijące serce wszechświata, wszechrzeczy, albo i chociażby swoje własne. Wyszedłem na krótką chwilę gdzieś, gdzie mnie jeszcze nie było. Wszystkie uwarunkowania gdzieś spłynęły. Czuję się spokojny, zrelaksowany. W równowadze.
Zatrzymuję się, rozglądam się wokoło, jakbym był w tym miejscu po raz pierwszy.
Przede mną na półce leżą batoniki. Czytam nazwę, przepełnia mnie radość. 
Batoniki nazywają się Magija.
Jakież to wymowne. Upewnia mnie to co do słuszności podjętej inicjatywy. Co do tego odcinka drogi.
Kupiłem jeden z tych batoników. Za słodkie. Poza tym, to nie była półka sklepowa, co raczej półka w lodówce. Zanim wyszedłem ze sklepu, zdążył się lekko rozpuścić.

4) Weekend bez bloga.

środa, 19 marca 2014

Sylwia Frołow "Dzierżyński. Miłość i rewolucja"

Znów będzie kontrowersyjnie. Nawet bardzo. Ech, nawet jak nie chcę pisać o polityce, to i tak piszę.

Do sięgnięcia po tę książkę przekonały mnie paniczne reakcje czytelników sytuujących się na  najpolskiejszej najkatolicksiejszej prawicy. Często przeglądam w internecie ich strony i portale, ilekroć nie zostawiają na czymś suchej nitki, zakładam, że to coś może być całkiem wartościowe.
Gdy więc przeczytałem tu i ówdzie, że katolickie Wydawnictwo Znak wydało niemalże hagiografię Żelaznego Feliksa, wiedziałem, że to będzie dobra rzecz.
I faktycznie była, ale pozostawiła niedosyt. Nie uprzedzajmy jednak faktów.
Przede wszystkim autorce należą się wielkie brawa za odwagę, że wzięła się za postać jednoznacznie w dyskursie uznaną za zbrodniarza i demona w ludzkiej skórze. Polskie uwarunkowania historyczne są takie a nie inne i w sumie nie ma się co dziwić (rzecz jasna jest to niewiarygodnie krzywdzące i czasem człowiekowi wszystkie witki opadają, jak musi tłumaczyć rzeczy oczywiste), że na przestrzeni lat całą lewicę jako taką utożsamiono z GUŁagami i mordem w Katyniu, a ze środowisk swego czasu bardzo postępowych pod wieloma względami (np. z Armii Krajowej czy powstańców Tadeusza Kościuszki) w powszechnej świadomości zrobiono jedną, wielką bandę klerykalnych reakcjonistów. Jak stwierdził bowiem ktoś z - bodajże, nie pamiętam, nie chce mi się szukać - Krytyki Politycznej w Polsce za prawicę uznano wszystko, co odpowiednio głośno i często pokrzykuje Bóg, Honor, Ojczyzna. Niezależnie od tego, jak dany przypadek pojmuje tego Boga, Honor i Ojczyznę. Uroczo się czyta pokraczne prawicowe recepcje takich postaci jak Edward Abramowski (anarchista i patriota zarazem) czy takich grup jak syndykaliści walczący w Powstaniu Warszawskim lub chociażby trockiści związani z pierwszą Solidarnością; wszystkie te próby dopasowania skomplikowanej i niejednoznacznej rzeczywistości do posiadanych przegródek i czarno-białej wizji świata - z oblężoną twierdzą - narodowo-katolicką Polską i hordami wszechpotężnego (ha, chciałbym) lewactwa dybiącego na wszystko, co Dobre, Piękne i Prawdziwe (no, to akurat jest prawdą, przynajmniej w moim przypadku). Przejaskrawiłem, ale tego typu myślenie dominuje, tego typu wzorce się powiela, co czasem ktoś zauważy i zawoła głosem wołającego na pustyni (np. tutaj).
Mamy więc zarysowany powyżej klimat intelektualny, a tu nagle Sylwia Frołow pisze biografię prawdziwego bolszewika, człowieka upapranego niewinną krwią po łokcie. I stara się przy tym zachować bezstronność, ba, ośmiela się nazwać piszących o Dzierżyńskim jeszcze w II RP Ossendowskiego i Jaxę-Ronikiera grafomanami i autorami politycznych paszkwili (obaj byli zdeklarowanymi antykomunistami, więc rzeczywisty obraz sowieckiej wierchuszki w tym i Dzierżyńskiego ich niezbyt interesował).
Aż dziw bierze, że nie znalazłem nigdzie insynuacji, jakoby autorka miałaby być rosyjską agentką.
Dobra, poużywałem sobie nieco, to teraz do rzeczy.
Autorka nie gloryfikuje rzecz jasna bohatera swojej książki. Stara się zbudować jego obraz przez rzucenie na niego światła z wielu różnych kierunków. Towarzyszymy małemu Felkowi w zabawach z siostrą w rodzinnym majątku (pochodził bowiem z polskiej rodziny szlacheckiej, za młodu był wierzącym katolikiem zaczytanym w patriotycznych, romantycznych i mesjanistycznych pisarzach), gdzie poznajemy go jako spokojne i w gruncie rzeczy dobrze ułożone dziecko. Widzimy, jak Feliks trafia do gimnazjum w Wilnie, jak zaczyna się jego przygoda z polityką (w nieformalnej organizacyjce bogoojczyźnianej Serce Jezusowe, stopniowo przechodzącej w kierunku marksizmu).
Widzimy jego pierwsze akcje polityczne, porzucenie religii po czym powrót do bardzo specyficznie pojętego chrześcijaństwa (uznał Chrystusa za wielkiego rewolucjonistę, Innego Boga oprócz Niego nie mam, pisał w jednym z listów).
Wbrew tytułowi miłości jest tu mało. W sumie głównie jeden rozdział dotyczy tylko i wyłącznie dziejów jego małżeństwa i nieszczęsnego trójkąta (czy nawet pentagramu lol) który się z tego zaczął w pewnym momencie tworzyć. Gustował głównie w Żydówkach. Był niezwykle uczuciowym człowiekiem, nieco rozdartym między służbą dla wyznawanych przez siebie idei a szczęściem osobistym z inną osobą. Ostatecznie ożenił się i dorobił się syna, bardzo ich kochał i bardzo mu na nich zależało, jednak pochłonięty najpierw przez agitację i organizację a potem przez - ekhm - sprawy zawodowe niewiele znajdywał dla nich czasu.
Więcej jest w Dzierżyńskim miłości do ludzkości. Miłości iście inkwizytorskiej (jakieś echa jego dawnej religijności?). Był to człowiek, który dla dobra połowy ludzkości wymordowałby tę drugą połowę, nie mając z tego na dodatek żadnych osobistych korzyści. I tak właśnie w późniejszych latach pracował w WCzKa. Bezinteresownie i skromnie. Nie interesowało go wspinanie się po kolejnych szczeblach państwowo-biurokratyczno-partyjnej drabiny. Był idealistą. To pojęcie dla marksisty jest jak obelga, ale nie potrafię go nazwać inaczej, używam tego słowa w popularnym, nienaukowym znaczeniu. Nie był też sadystą ani psychopatą.
Kilkakrotnie siedział w rozmaitych carskich więzieniach z których brawurowo uciekał. Nawet z zsyłek uciekał i wracał niezmordowanie do kraju. Gdy autorka opisuje te wydarzenia, jej książkę czyta się wtedy jak dzieło kryminalno-sensacyjne.
Autorka przytacza dyskusję Dzierżyńskiego z Edwardem Abramowskim, jednym z nestorów polskiego socjalizmu wolnościowego i patriotycznego. Fragmentarycznie o ich polemice pisał Wojciech Giełżyński w swojej książce Edward Abramowski - zwiastun Solidarności. Dzierżyński wykluczył możliwość wpływania jednostki na bieg dziejów. Ciekawa argumentacja jak na przyszłego twórcę WCzKa. Cóż, widział tylko prawidła historii.
Towarzyszymy Feliksowi w jego wojażach po Europie, widzimy jak rozwija się jego kariera.
Aż do wybuchu rewolucji. W sumie to nawet kilku, jednej za drugą.
I znów autorce należą się brawa. Wreszcie ktoś pokazał czerwony terror nie oderwany od ówczesnych realiów! Wreszcie ktoś zadał sobie trud, by opisać i przedstawić ogrom terroru białych (większy od czerwonego!) i zielonych, czyli powstań chłopskich i rozmaitych innych ruchawek, których w rzeczywistości permanentnej wojny każdego z każdym o wszystko były setki na terenie całego dawnego imperium rosyjskiego. Wreszcie ktoś nie przyjął z góry tezy, że biali byli tymi dobrymi, a czerwoni to złe antychrysty, więc ich mordowanie było czymś dobrym. Spirala śmierci zbierała ogromne żniwo. Takie były zresztą uwarunkowania historyczne i kulturowe w kulturze podporządkowania. Tego nie dało się przeprowadzić bezkrwawo. Rosja zmieniła się w płonący tygiel, gdzie ścierały się nie tylko przeciwne prądy ideologiczne, ale też prywatne interesy najróżniejszych watażków i samozwańczych przywódców.
Jeśli rewolucja chciała przetrwać, musiała przyjąć formę bardziej autorytarną. Tyle, że przyzwolenie padło na podatny grunt, a to, co miało być przejściowe, stało się permanentne.
Z czasem bolszewikom praktyka zupełnie rozeszła się z teorią, a jedno i drugie z rzeczywistością. Sam Dzierżyński, w pewnym momencie człowiek-orkiestra-renesansu-do-zadań-niemożliwych Lenina, skierowany do poprawy sytuacji na kolei, do zorganizowania opieki dla tysięcy zdziczałych i zdegenerowanych bezdomnych dzieci, do współorganizowania NEPu, czy gdzie tam jeszcze, utyskiwał na to, że ludzie stracili inicjatywę, że wszystko tonie w biurokratycznym marazmie, że partia jest pełna karierowiczów i ludzi niekompetentnych. A z drugiej strony ten przeciwnik terroru indywidualnego (nie wyraził zgody na przeprowadzenie zamachu na Piłsudskiego) rozwijał gargantuiczną strukturę WCzKa, przepoczwarzającą się w państwo w państwie; Dzierżyński musiał zdawać sobie sprawę, że jest katem i oprawcą, że nie jest w stanie kontrolować tysięcy swoich zbydlęciałych, psychopatycznych podwładnych. Zaakceptował metody działania, którymi się brzydził - podstęp i prowokację. Sam był orędownikiem - i słusznie - dogadywania się ze specjalistami carskimi, którzy często nie mieli określonych poglądów. Ciekawe jednak, jak się czuł, współpracując z dawnymi agentami Ochrany.
Jak już jesteśmy przy mordach i rozgrywkach politycznych - jakoś mi nie szkoda Romanowów. Z których śmiercią Dzierżyński nie miał nic wspólnego, bo akurat był niedysponowany i chwilowo Łubianką kierował kto inny.
Stosunek Dzierżyńskiego do Polski był niejednoznaczny. Na swój sposób był patriotą. Chciał dla swojego kraju jak najlepiej. Tyle, że chciał, żeby jego kraj się stał republiką rad. Marzył o oddolnej rewolucji. Niezbyt podobała mu się wojna w 1920 roku, chociaż wszedł w skład Polrewkomu. Bał się, że najazd radziecki zostanie odebrany jako agresja i skonsoliduje naród, wywoła hecę nacjonalistyczną. Żołnierzom Armii Czerwonej powiedziano, że przeciętny Polak nie jest ich wrogiem, wrogiem jest polski pan - ale nikt się tym specjalnie nie przejął.
Swoją drogą, sam Trocki był przeciwny tej wojnie. Został jednak przegłosowany, bo jeszcze w tamtym czasie wierchuszka sowiecka miała demokrację. Pomysł przeniesienia rewolucji na bagnetach wyszedł nie od niego, jak się powszechnie uważa, lecz od dawnego carskiego oficera Michaiła Tuchaczewskiego. Dzierżyński i Trocki, mimo tego, że byli w przeciwnych stronnictwach (Feliks popierał Stalina - jako gwaranta jedności partii -  przekonał się potem, że to nie był dobry pomysł), przynajmniej w moim odczuciu byli do siebie nieco podobni. Obaj szczerze wierzyli w komunizm, Trocki był typem intelektualisty, którego przerosła rzeczywistość, gdy jego oczekiwania się z ich realizacją rozminęły, zaś praktyk Dzierżyński, czerwony inkwizytor, też w końcu zdał sobie sprawę z tego, że ideały to jedno a wprowadzenie ich w życie to drugie. Jako oderwanego od rzeczywistości, nieco romantycznego utopistę wymagającego niemożliwego i chcącego odgórnymi decyzjami naprawić świat autorka przedstawiła też samego Lenina. W jej ujęciu wszyscy oni, z samym Dzierżyńskim na czele, to bohaterowie rodem z greckiej tragedii.
Takie podejście przypadło mi do gustu znacznie bardziej niż przyjmowane zazwyczaj jako pewnik ukazanie bolszewików jako nieludzkich bestii opitych ludzką krwią, jak Trocki z polskiego plakatu propagandowego. Ludobójstwo wyszło im niejako przypadkiem, stalinowska noc była zaś - przynajmniej jak dla mnie - odrębnym zjawiskiem. Zgadzam się z grubsza z analizą ZSRR przeprowadzoną przez Lwa Trockiego w jego Zdradzonej rewolucji, chociaż nie mam złudzeń że on sam politycznie będąc militarystą i zwolennikiem przemocy a prywatnie strasznym bucem, gdyby doszedł do władzy zamiast Stalina równie dobrze mógłby się stać kimś bardzo do niego podobnym. W końcu byt kształtuje świadomość a absolutna władza korumpuje absolutnie. Zwłaszcza w dopiero raczkującym Związku Radzieckim. Przewidział jednak postępującą degrengoladę partyjno-państwowej biurokracji w ramach zdeformowanego/zdegenerowanego państwa robotniczego, przewidział przemianę takich państw w państwa kapitalistyczne a nawet przewidział to, co polska prawica nazywa m.in. uwłaszczeniem nomenklatury. Skoro bowiem nagle prywatyzujemy środki produkcji, to kto potrafi nimi zarządzać? Ekipa z opozycji, zwłaszcza doły, bardziej pewne tego, że odwiedzą ich nieznani sprawcy, niż tego, że świat się zmieni, czy ci, którzy tymi środkami produkcji zarządzali na co dzień w ramach państwowo-partyjnej struktury biurokratycznej? No niestety ci drudzy. I nie ma w tym żadnego antypolskiego spisku, taki urok transformacji tego systemu.
Tracący wpływy w partii Trocki przez jakiś czas podlegał Dzierżyńskiemu. Feliks na tyle nie pasował do swojego politycznego otoczenia, że nie skopał leżącego, zupełnie od niego zależnego. Nie miał ambicji politycznych, był lojalnym urzędnikiem.
Czy Krwawy Feliks rzeczywiście był Krwawym Feliksem?
Ależ tak, i nikt tego nie neguje. Ale czy był potworem, bestią, wynaturzoną abominacją, świrem własnoręcznie mordującym i torturującym przypadkowych ludzi?
No niezbyt. Ba, autorka przytacza liczne przykłady, że wręcz przeciwnie - gdy Dzierżyński osobiście zajmował się jakąś sprawą, zdarzało się, że uwalniał przesłuchiwanego. Nie uciekał się do przemocy. Potrafił dyskutować nawet z przeciwnikami politycznymi. Jednego z nich, pewnego filozofa, nie tylko uwolnił, ale nawet kazał odwieźć należącym do CzeKa samochodem do domu (samochodu nie było akurat wolnego, więc użyto motocykla).
Gdy zajmował się czymś, na czym się nie znał, np. transportem kolejowym, zachowywał pokorę i uczył się od specjalistów w danej dziedzinie. Umiał słuchać innych i zmieniać zdanie pod wpływem ich argumentów. Ok, nie w każdej sprawie, ale jednak.
Jako szef WCzKa uwalniał także Polaków. W tym i księży katolickich.
Zresztą, z tym ZSRR nie było od samego początku tak ludobójczo jak się wydaje. Bolszewicy w początkowym okresie dokonali cudów organizacyjnych, także NEP dał sporo. Zacofana carska Rosja faktycznie zmieniła się w nowoczesne państwo. Zmniejszono analfabetyzm, polepszono opiekę medyczną, rozwinięto infrastrukturę wszelką. Nie licząc wczesnych klęsk głodu, problemów z aprowizacją i sporadycznych aczkolwiek masowych aktów kanibalizmu (wszystko też już po zniesieniu NEPu i przymusowej kolektywizacji, która musiała się skończyć bardzo efektowną katastrofą) generalnie podniósł się poziom życia ogółu mieszkańców (hasło socjalizm to władza rad i elektryfikacja nie było tylko pustym hasłem; z tą władzą rad w praktyce różnie bywało, ale chociaż elektryfikacja się jako-tako udała). Dokonały się pozytywne, postępowe zmiany w obyczajowości. Uwolniono szerokie masy od wpływu chrześcijaństwa (i zastąpiono to dosyć kuriozalnym kultem państwowym oraz kultem jednostki niedługo potem, co już nie było takie fajne).
Do czasów Stalina, zniesieniu NEPu i przymusowej kolektywizacji istniały na terenie ZSRR dwa autonomiczne okręgi polskie - jeden na kawałku Białoruskiej SRR, drugi gdzieś tam. Co prawda w czasach Stalina doszło do antypolskiego ludobójstwa (kto wie, czy gdyby Dzierżyński żył wystarczająco długo, sam nie padłby ofiarą czystki; ponieważ był martwy służył Stalinowi za symbol niezłomnego rycerza rewolucji; nie ruszono też jego rodziny, dopiero później przytrafiły się im pewne kłopoty, ale to długo by pisać, inna historia), ale zapowiadało się nawet nieźle.
Stalinizm nie wziął się jednak z powietrza. Daleki jestem od uznania wczesnego ZSRR za raj na ziemi. Bo dla sporej części mieszkańców stał się czymś zupełnie przeciwnym. Ale pewne pozytywy zauważyć trzeba. Bo mimo wszystko były. Być może i na poboczu oficjalnej ideologii lub wręcz pomimo niej - ale były.
Oprócz Trockiego o postępującym upadku ZSRR pisał np. Wilhelm Reich (w Psychologii mas wobec faszyzmu), formułując argumenty freudo-marksistowskie. W sumie można by podłubać przy około-faszyście Oswaldzie Spenglerze i jego koncept pseudomorfozy podciągnąć pod wyjaśnienie stalinizmu, w końcu mamy postmodernizm, więc co nam szkodzi. Mądrze też pisał Edward Abramowski w Etyce a rewolucji, tyle, że nie współgrało takie podejście z bytem kształtującym świadomość (bo i czasem dochodzi do - jakby to nazwać - sprzężenia zwrotnego, Marks miał pewne niedociągnięcia).
Co można zarzucić autorce, to przede wszystkim nieco rozemocjonowany momentami styl i za dużo "psychologizacji" bez pokrycia. Nie dotarła także do części źródeł, które pozostały niedostępne przez działanie czynników zewnętrznych, które zamknęły archiwa odpowiednie w Moskwie. Nie odpowiedziała też w sumie na kilkakrotnie zasugerowane w treści pytanie, jak to się stało, że polski szlachcic, katolik wychowany na romantykach i mesjanistach skończył jako bolszewik. Sięgnięcie po listy prywatne Dzierżyńskiego, jego korespondencję z siostrą i resztą rodziny było dobrym pomysłem i są to dobre źródła, ale niewystarczające. Jako - ekhm - rosjanosceptyk mimo wszystko zastanawiam się, na ile niektóre z publikacji uwzględnionych przez autorkę w przypisach (szkoda, że nie ma osobnej bibliografii) reprezentują punkt widzenia takich rozmaitych Jaxa-Ronikierów, tylko z drugiej strony. Niepokoją mnie też niektóre linki w tych przypisach. Ufam jednak, że autorka potrafiła oddzielić merytoryczne ziarno od plew.
Tak czy siak, poza zauważeniem, że Dzierżyński nie był potworem tylko fanatykiem wręcz quasi-religijnym, autorka nie dokonała jakiś innych przełomowych spostrzeżeń.
Współczesna recepcja Dzierżyńskiego w Rosji jest koszmarnie wykoślawiona, Rosja traktuje historię ZSRR jako swojego własnego imperium (którym ZSRR się zresztą stał bardzo szybko), jednak uznanie Dzierżyńskiego za rosyjskiego patriotę i imperialistę to koszmarne nadużycie, tak samo jak wieszanie jego portretów w posterunkach KGB.
Przecież, co by nie mówić o Feliksie, on by ich wszystkich wysłał pod mur.
Ale cóż, oto Rosja. Kraj borykający się z własną historią, rozpaczliwie szukający tożsamości. Jeszcze bardziej rozpaczliwie niż Polska, jeszcze bardziej zakompleksiony pod tym względem.
Sama książka jest bardzo ładnie, schludnie wydana. Autorka zebrała mnóstwo zdjęć, w odpowiednich miejscach dobrze ilustrujących tekst.

Podsumowując to wszystko - dobrze, że taka książka się ukazała. Mam uczucie niedosytu, tyle, że cholera jedna wie, jak można by to było inaczej napisać, by nie popadać w koleiny ideologiczne pro lub anty. Chociaż autorka też w takie wpadła, najbardziej sympatyzując z Kiereńskim.
Ot, klątwa historii współczesnej. Wobec rewolucji komunistycznej nie sposób pozostać tylko biernym obserwatorem, nawet po upływie prawie wieku. Szczególnie mieszkając w Polsce.

Przynajmniej z jednym poglądem Feliksa nie sposób się nie zgodzić - Tutaj przecież też jest kraj rodzinny, polski, lecz życie tu tak się wlecze i różni od naszego, ludzie tu tylko w knajpach siedzą całymi dniami, że często chce się porzucić ten cały Kraków z jego zabytkami historycznymi, knajpami, plotkami i ploteczkami - pisał Feliks w liście do siostry Aldony w 1903 roku. Niewiele się od tamtych czasów zmieniło.

poniedziałek, 17 marca 2014

"Tchnienie grozy"

Antologia wydana w 1974 przez Wydawnictwo Poznańskie.
Książkę wygrzebałem w pudle z literaturą i wyrobami literaturopodobnymi za 5zł u gościa sprzedającego używane książki w bramie jednej z kamienic na krakowskim rynku.
Opowiadania pozbierał i napisał przemowę Wojciech Żukrowski. Z tejże przedmowy czytelnik może się dowiedzieć, że pomysłodawca antologii lubił przesiadywać w gronie znajomych, gdzie czytano i opowiadano opowieści z dreszczykiem. Na tyle mocno, że postanowił podzielić się pasją z szerszym gronem odbiorców.
Zastanawia mnie, czemu tylko przy jednym z opowiadań uwzględniono copyright. Reszta tekstów jest spiracona? Nie podano też, skąd właściwie zamieszczone teksty wzięto. Jedyny copyright mówi, że objęty prawami autorskimi tekst jest z 1948 roku. W przedmowie zaś pomysłodawca wspomina o czytadłach do pociągu i literaturze groszowej. Mamy więc w Tchnieniu grozy zbiór klasycznego weird (zdecydowanie bardziej w rozumieniu Cosia niż Agharty), proto-horrorów, retro-s-f, opowiastek awanturniczych; te wzbudzające uśmiech ramoty o słynnych naukowcach, dzielnych myśliwych, dumnych dżentelmenach i cierpiących na bóle głowy jaśnie paniach, przesiadujących bezczynnie całe dnie w wielkich posiadłościach.
Nie widzę sensu w omawianiu pokrótce każdego z opowiadań, wymienię tylko autorów - Cynthia Asquith, Algernon Blackwood, Richard Connell, Roald Dahl, Edmond Hamilton, Shirley Jackson, John Metcalfe, Hector Hugh Munro (Saki), Barry Pain, Dorothy Leigh Sayers, Louis Clyde Stoumen. Razem dwanaście opowiadań (Cynthia ma dwa), raczej krótkich (212 stron).
Painem inspirował się Lovecraft, Blackwood to klasyk przez duże K, Stoumen był głównie filmowcem, Sayers pisała kryminały w czasie tzw. Złotego Wieku gatunku, Saki tworzył m.in. groteski i polityczne parodie (inspirował się m.in. Oscarem Wilde czy Lewisem Carrollem; sam inspirował m.in. Alana Alexandra Milne, twórcę Kubusia Puchatka), był postacią bardzo znaną w swoim czasie, panią Jackson inspirowali się King, Matheson i Gaiman, Hamilton to również znana postać, tworzył głównie komiksy, Dahla historia zapamiętała głównie jako autora utworów dla dzieci; Lady Cynthia Mary Evelyn Asquith, John Metcalfe i Richard Connell są znacznie mniej znani od wyżej wymienionych, swego czasu mięli jednak pięć minut literackiej sławy.
Opowiadania są rozmaite - dobrze ilustrują trendy panujące w pierwszej połowie XX wieku, kiedy wszystkie te teksty powstały. Są więc dyskretne ostrzeżenia przed rozwojem technologii (szaleni naukowcy), echa wcześniejszych przygodowych historii o rozmaitych awanturnikach (pojawia się obecnie już nieźle zgrany a wtedy świeży motyw z wysublimowanym i znudzonym życiem myśliwym polującym na ludzi na prywatnej wyspie), rozmaite opowieści niesamowite i z dreszczykiem, wszystkie zdradzające rzecz jasna wpływ Poe'go i innych klasycznych klasyków, historie o nauce nie radzącej sobie z Nieznanym lub o Nieznanym radzącym sobie z nauką, wariacje, mutacje i pogrobowcy opowieści gotyckich, itd., itp., etc.
Ostatnie opowiadanie - Płowy pies Stoumena - przypadło mi do gustu najbardziej - traktuje o traumie po wypadku samochodowym. Główny bohater był przekonany, że przejechał psa - tymczasem niedługo potem został zaaresztowany za zabójstwo słynnej aktorki. Czy oszukał go własny mózg, gdy uzmysłowił sobie, że przejechał człowieka?
Fanom gatunku książka ta przyniosłaby mnóstwo radości, wszyscy pozostali mogą sobie odpuścić. Chyba, że dostaniecie to gdzieś za grosze, tak do 5zł, to wtedy możecie się skusić.

piątek, 14 marca 2014

Guy N. Smith "Fobia"

Po rzeczach bardziej współczesnych i nieco bardziej ambitnych, trzeba przywrócić równowagę i przeczytać coś bardziej pulpowego. A co może być lepszym pulpetem od kolejnego klasyka z Phantom Press?
Historii o nawiedzonych domach były tysiące, jeśli nie miliony. Sam Smith popełnił ich trochę, w tym omawianą już przeze mnie książkę o - na pierwszy rzut oka - dość kuriozalnym tytule Szatański pierwiosnek. Czym się spośród nich wszystkich wyróżnia ta?
Szczerze mówiąc, niczym. Chyba, że za pewne odświeżenie konwencji uznamy złowrogie i nieprzyjazne bohaterom Nieznane kroczące w ślad za nimi także poza samym domem.
Młode małżeństwo, trójka dzieci. On pracuje w banku, ona nie pracuje. Najstarsze dzieciaki chodzą do szkoły. On jest erotomanem i bawidamkiem, którego żona niezbyt rozumie. Bo jest dużo spokojniejsza. Nawet robi sobie wyrzuty, że dała mu tylko dlatego, żeby nie poszedł do innej. Za którymś razem wpadli, i stąd ich małżeństwo. Nie ma się co dziwić, że pruderyjni rodzice panny młodej nie zaakceptowali do końca zięcia - i w teraźniejszości świata przedstawionego nadal nie akceptują.
Dom wywołuje u swoich mieszkańców tytułowe fobie. Owszem, charakterystyczne dla konwencji poczucie, że jest się obserwowanym również występuje, sam dom sprawia na pierwszy rzut oka bardzo przygnębiające wrażenie, ale przede wszystkim nasilają się fobie bez związku z domem - agorafobia, strach przed myszami i szczurami, strach przed pożarem, przed utonięciem, przed utratą dzieci w wypadku samochodowym, itd. Strach przychodzi do mieszkańców domu pod numerem trzynastym także w snach i nagłych napadach paraliżującego, irracjonalnego lęku, paniki.
Małżeństwo głównych bohaterów rozsypuje się prawie, gdy mąż znajduje sobie kochankę, która niejako wymusza na nim podjecie pewnych decyzji.
Które potem weryfikuje zły los, kierowany zapewne przez jeszcze gorszą od niego złą wolę kryjącą się w ciemnych zakamarkach starego domu.
Zła wola, która czasem przyjmuje postać prześladującego bohaterów zabiedzonego staruszka (ginącego wielokrotnie w ich otoczeniu w przypadkowych sytuacjach), spełnia złe sny i uwypukla z ludzi co najgorsze.
Sama historia jest jednak bardziej tragiczna niż straszna, jak już zostaje objawiona czytelnikowi tajemnica, co się właściwie dzieje i dlaczego. Zakończenie jest dość pesymistyczne.
Jak na Smitha przystało, mamy masturbującą się nimfomankę leżącą w wielkim łożu, mamy starszego i dystyngowanego fajczarza, mamy plejadę postaci zarysowanych pobieżnie i efektownie zabitych. Jeden z bohaterów nazywa się Matheson - ciekawe, że akurat taką postać autor ochrzcił tym nazwiskiem (jako pseudonimem). Bo Matheson to również słynny, zmarły rok temu autor horrorów, m.in. kilkukrotnie ekranizowanego Jestem legendą. Można to uznać za mały smithowski tribute dla Amerykanina.
I jak to bywa w przypadku Phantom Pressu, tłumacz czasem bardzo ale to bardzo się starał, by momentami wręcz nieczytelnym i gramatycznie pokracznym tłumaczeniem popsuć gęsty klimat zagrożenia czającego się w każdym zakamarku całkiem nieźle wykreowany przez autora.
Sympatyczna książka, ale nic wielkiego. Czytadło jakich wiele. Jak na moje subiektywne odczucia, to zarówno wspomniany wyżej Pierwiosnek jak i Odraza były lepsze.

środa, 12 marca 2014

Jacek Piekara "Przenajświętsza Rzeczpospolita" (wyd. II)

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że jeśli łatwo obrazić Twoje uczucia religijne i/lub patriotyczne, to nie musisz tego wcale czytać. W internecie znajdziesz dziesiątki stron utwierdzających Cię w Twojej jedynej najprawdziwszej prawdzie, więc w zamian zaglądnij gdzieś tam i ciesz się życiem.

Jak zazwyczaj, zacznę od morza dygresji.
Dawno, dawno temu, w pięknych i dzikich latach '90, latach niepowtarzalnych, latach beztroskiego dzieciństwa i młodości, która zaczęła się za późno i skończyła za wcześnie, była sobie pewna gra komputerowa. Polska gra komputerowa. Nosiła tytuł Operacja: Glemp. Nawet uwzględniając rok wydania ('96) stała na żenującym poziomie technicznym. Dziś można ją legalnie ściągnąć za darmo (zresztą chyba od początku tak można było), np. stąd. Jeśli nie chciałaby się uruchomić na współczesnym sprzęcie komputerowym, to a nóż pójdzie na DOSboxie.
Świat przedstawiony gry to alternatywna rzeczywistość naszego ojczystego kraju, w której tym nieszczęsnym grajdołkiem rządzi kler przy wsparciu skrajnej prawicy. Fabuła była równie kuriozalna jak zrobiona w czymś na kształt painta grafika, gra broniła się jednak czymś innym. Wzbudziła również nielichy skandal swego czasu.
Jak już zdążyliście zauważyć, była to satyra na polskie polityczne piekiełko, zwłaszcza na prawą stronę spektrum, i nieco prawą, jak i bardzo mocno prawą. Kinga Dunin stwierdziła kiedyś, że w Polsce jest tylko prawica i nie-prawica, lewicy jako takiej nie ma, idąc tym tokiem rozumowania wyraźnie widać, że dyskurs jest przechylony od wielu lat na prawo, nawet postępuje. Rzecz jasna, zależy to od przyjętych definicji. Jednak jeśli ktoś uważa, że żyjemy w "socjalizmie" bo trzeba płacić podatki, bo istnieje państwowy pion administracyjno-biurokratyczny i nie sprywatyzowano jeszcze powietrza, to mogę takiemu komuś co najwyżej kazać spieprzać do Somalii, tam gdzie jego miejsce. Ekhm. Od czasu Smoleńska prawica dziczeje jeszcze bardziej, wyłażą też spod niedomkniętej klapy śmietnika historii różne badziewia znacznie bardziej radykalne. Nawet państwo jako takie, gnębione kryzysem tożsamości polegającym na deprecjonowaniu wszystkiego, co związanego z PRLem, wyciąga z niebytu i ustawia na piedestałach jakiś leśnych watażków i pospolitych bandytów, hołubi ich wszystkich tylko za "antykomunizm", często tak heroiczny i bohaterski jak zastrzelenie przypadkowego rolnika, który miał czelność skorzystać z antypolskiej i wrogiej "Cywilizacji Łacińskiej" reformy rolnej i zajął kawałek pola należącego przed wojną do jakiegoś herbowego, bogoojczyźnianego darmozjada czy jak wybicie ku chwale Ojczyzny wraz z kobietami i dziećmi wioski zamieszkałej przez element obcy rasowo, autorytatywnie uznany za sprzyjający wrogom katolickiego państwa narodu polskowatego.
Dlatego mimo tego, że Przenajświętsza Rzeczpospolita pierwotnie ukazała się w czasach rządów PiSu (jeden z publicystów - bodajże - Gazety Polskiej nazwał wtedy Piekarę mianem nowego Urbana), niestety nie zdezaktualizowała się. Pewne demony nadal krążą nad Prywiślańskim Krajem, jest ich nawet więcej niż wtedy.
Mniej-więcej do połowy Przenajświętsza wydawała mi się taką Operacją: Glemp, tyle że na sterydach. Stalinowski panoptykon wysiada w porównaniu z wizją Piekary. Środowisko naturalne jest w stanie gorszym niż złym, ludność stłoczona w gigantycznych slumsach i blokowiskach nie ma dostępu do bieżącej wody, Śląsk jest jednym wielkim obozem koncentracyjnym, gdzie zsyła się wrogów reżimu, przed wyrzuceniem Polski z UE Niemcy wzięli Pomorze i Wielkopolskę, itd.
Na całym świecie jako takim też jest ciekawie - we Francji wprowadzono szariat, Rosji nie ma (jest kilkanaście państewek walczących z wszystkimi o wszystko), USA też nie ma (za to Republika Teksasu jest silnym graczem na arenie międzynarodowej), Litwa została inkorporowana do Polski, w Rzeczpospolitej jest sieć tajnych laboratoriów międzynarodowych koncernów farmaceutycznych, gdzie eksperymentuje się na porwanych wprost z ulicy ludziach, Izrael został zmieciony z powierzchni ziemi przez państwa islamskie, panują epidemie nieuleczalnych chorób, także wenerycznych, na dodatek kończą się światowe zasoby ropy, itd., itp., etc...
Podobnie jak w schyłkowym okresie rozprężenia reżimu biurokracji post-stalinowskiej, w Polsce Piekary mało kto wierzy w cokolwiek poza własnym stołkiem. Sam prymas, jedna z głównych osób w państwie, któremu podlegają służby specjalne, jest ateistą i kurwiarzem, na dodatek miał ciekawy epizod z dwunastolatkiem. Kurwiarzami i ateistami jest większość bohaterów pojawiających się na kartach tej książki. Wszyscy mówią A, a wierzą w B i przymykają oczy na C - jak proboszcz dyskretnie  kontrolujący podziemie aborcyjne, policja i urzędnicy przyzwalający na formalnie zakazane bimbrownictwo. Łapówkarstwo jest powszechne - awansowało wręcz do roli narodowej tradycji. Podobnie jak nepotyzm. Kwitnie donosicielstwo, wzajemne podsrywanie w drodze na stołek. Wyciągnięci z tłumu parweniusze nie wiedzą, jak zachować się na salonach, które nagle się przed nimi otwierają. Na szczytach władzy przetrwają tylko najsilniejsi, najbardziej cyniczni, wyrachowani, pozbawieni skrupułów, najwięksi hipokryci. Jeśli jeden z bohaterów faktycznie wierzy, to przekonuje się wkrótce, że nie warto.
Wszystko tonie w potokach alkoholu, narkotyków i spermy. I to nie ważne, czy w prywatnych gabinetach, mieszkaniach czy zamkniętej dla ogółu ludności rządowej strefie w Warszawie.
Wynieśmy wizję zdychającego PRL rodem z książek Łysiaka, Ziemkiewicza czy Wolskiego, dodajmy jakieś skrzywienie Piekary na punkcie seksualności (tylko kilka żeńskich postaci pojawiających się na łamach książki spełnia inną funkcję niż - nazwijmy to - rozrywkową; momentami było to aż niesmaczne, ale w sumie czego się spodziewać po autorze książki pt. Świat jest pełen chętnych suk), umieśćmy to wszystko w zarysowanych powyżej realiach, i wyjdzie nam z tego Przenajświętsza Rzeczpospolita.
Ostrze satyry autor wymierza nie tylko w prawicę, lecz poniekąd też w cały system polityczny w Polsce. Autor nie ukrywa tego zresztą, dał temu wyraz w przedmowie. Co prawda, nie do tego akurat wydania, które czytałem, ale w dobie internetu nie miałem problemu z dotarciem do niej.
Licencjonowana, konstruktywna opozycja, koła inteligentów bardzo mi coś przypominały, podobnie jak pewien młodzieniec jąkający się. Także polityk obozu rządzącego, poseł Lepki, współpracujący z tą opozycją, kreujący się na reformatora, chcący stworzyć jeden silny, konkretny ośrodek władzy bardzo mi przypominał pewnego znanego i wpływowego polityka SLD. Senator Kardupell zaś, wbrew intencjom autora, kojarzył mi się z kurduplem z jednej współczesnej niszowej organizacyjki, wąsatym byłym posłem. Obie te postacie mają wspólne hobby - dużo młodsze od siebie kobiety. Nie wiem, czy pan były poseł lubi trzynastki, tak jak postać Piekary, ale kto go tam wie. W każdym razie źle mu ze ślepiów patrzy.
Jak wspomniałem gdzieś wyżej, mniej-więcej od połowy książki, zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Abstrahując od stopnia przerysowania postaci (zresztą, jak autor je nazwał - senator Kardupell, poseł Lepki, biskup Asterix [bo jego matka lubiła komiksy] Bellagrande, tajemniczy pan Światłoniesień, poeta Atlas Symbol i pisarz Konrad Piotr, kardynał Anastazy Pastuch, prezydent nazywający się nieco jak postać z Disney'a, urzędnik Amalryk Dymała, żydowski biznesmen i gej Atanazy Szwarcglut) [przerysowania przywodzącego mi na myśl nieco Xavrasa Wyżryna Dukaja, gdzie był m.in. radziecki generał o ciekawym nazwisku], autor dokładnie ukazał ich egzystencję w nieludzkim, rozsypującym się systemie, wiarygodnie przedstawił ich rozterki, trudne życiowe wybory, sposoby myślenia i postrzegania siebie i innych w świecie. Te dziwne rzeczy o których wspomniałem, to zupełne odrealnienie, pojawiające się w pewnym momencie i trwające nieustannie do samego końca. Biskup-ateista widzi trzy wiedźmy, które przepowiadają mu, że będzie papieżem, kanałami ściekowymi rozpościerającymi się pod powierzchnią całego kraju można dotrzeć ze Śląska do Suwałk, w - zdawałoby się - zwykłym urzędniku państwowym średniego szczebla siedzi coś bardzo niezwykłego, co w pewnym momencie efektywnie wychodzi (uważny czytelnik z czymś sobie to skojarzy), przejęciem kontroli nad zabiedzonym, wyniszczonym i zdeprawowanym krajem interesuje się sam Szatan, itd. Losy głównych bohaterów gmatwają się wręcz absurdalnie, łączą się ze sobą na cudowne, niesamowite sposoby. W pewnym momencie cała rzeczywistość przedstawiona w książce, główna intryga osnuta wokół odkrycia w Suwałkach złóż ropy naftowej schodzi na dalszy plan, zastąpiona przez pakiet zbiegów okoliczności pożerających kolejne postacie, biernie płynące z nurtem wydarzeń i tracące zupełnie kontrolę nad tym, co się właściwie dzieje.
Najbardziej zabawne jest w sumie to, że sam autor jest prawicowy. Mógłby sobie podarować rusofobię, islamofobię, seksizm zahaczający momentami o mizoginię, ni z gruchy ni z pietruchy wprowadzoną gloryfikację polskiego romantyzmu, uproszczenia łączące Marksa ze Stalinem, tezę o wciąż istniejącym (tylko przepoczwarzonym) "komunizmie" czy tęsknotę za sacrum i transcendencją, która przewija się przez całą książkę (mimo wyszydzenia katolicyzmu) i rozkwita w pełni na samo nieco infantylne zakończenie.
Przekaz jest niejednoznaczny. Sam autor stwierdził, że jest to książka o nadziei. Nie odczytałem jej w taki sposób. Jeśli jest tu jakaś nadzieja, to bardzo głęboko ukryta - co prawda systemu praktycznie nie da się zmienić w jego ogólnych zasadach, ale można przynajmniej spróbować być sobą w jego ramach, spróbować żyć w zgodzie z własnym sumieniem, tyle, że cena za to jest kolosalna.
Ci, którzy marzą o prawdziwej zmianie, zostali przez autora umiejscowieni w kanałach ściekowych i obdarowani myśleniem magicznym oraz odrealnioną estetyką niemalże realizmu magicznego. Cóż.
Przeglądając recenzje Przenajświętszej, wiszące tu i ówdzie w internecie, rzuciło mi się w oczy narzekanie na dosadność, na ilość seksu i przemocy, na przesiąknięty wulgaryzmami język. Cóż, akurat wszystko to świetnie do siebie pasuje w takiej konwencji. Może nie mam już poczucia estetyki jako takiego, ale mnie to jakoś specjalnie nie ruszyło. Czytałem i oglądałem rzeczy znacznie bardziej wulgarne, o znacznie większym natężeniu seksu i przemocy (i znacznie ciekawiej przedstawiające jedno i drugie). Ale ok, rozumiem, faktycznie, jak na Fabrykę Słów to autor zaszalał, dla ich czytelników może i faktycznie zetknięcie się z Przenajświętszą mogło być nieco szokujące. Dla mnie nie jest.
Podsumowując - książka jest nierówna. Z jednej strony to faktycznie niezłe ostrzeżenie przed spływaniem dyskursu hegemonicznego na prawo. Zjechanie upolitycznionego, instytucjonalnego katolicyzmu z góry na dół wyszło autorowi świetnie. W pewnym stopniu jest to też adekwatna krytyka naszego systemu politycznego jako takiego i w miarę trafna diagnoza panujących w nim relacji i toczących go patologii (kumoterstwo, nepotyzm, łapówkarstwo, wszelkiego rodzaju i maści kolesiostwo sięgające od ministerstw po urzędy gminy). Wszystkie wątki przywodzące na myśl Kafkę czy opierające się wręcz na logice snu wyszły autorowi dobrze i sprawnie. Nie wszystko czytelnik wie, części rzeczy musi się domyśleć, podobnie jak bohaterowie Piekary wrzuceni w przerastające ich intrygi polityczne. Z drugiej strony, w pewnych aspektach autor zdecydowanie przesadza, powielając uproszczenia wyniesione z własnych poglądów. Żeby nie było, ma do nich rzecz jasna prawo, tak samo ma prawo do ich manifestowania, ja jednak uważam, że narracja w jakiej obrębie porusza się autor jest niepełna, nieadekwatna i oparta na resentymentach.
Książkę doceni przede wszystkim ten czytelnik, który będzie w stanie wyłapać wszystkie nawiązania do świata polityki (lub który na bazie wizji autora stworzy sobie na poczekaniu własne). Oraz taki, którego nie zniesmaczy konwencja. Prawicowcom marzącym o polskim Wilnie, zapatrzonym na zachód i uważającym Rosjan za podludzi, a także wzdrygającym się na samą myśl o Europie zagrożonej przez islam książka spodoba się bardziej niż osobom nie podzielającym takich nadziei i obaw.

niedziela, 9 marca 2014

Odpryski XXXII

1) No, to dodałem w końcu listę blogów odwiedzanych przeze mnie. Jest gdzieś w słupku po prawej stronie, pod kategoriami i spisem postów. Niektórzy z autorów może i się zdziwią, że trafili na nią, bo rzadko komentuję, raptem w kilku miejscach.
Zastanawiam się, czy przeszukując horrendalne ilości zakładek w dwóch przeglądarkach uwzględniłem wszystkich, do których zaglądam częściej niż 2-3 na rok; jeśli nie, to listę będę sukcesywnie rozbudowywał. Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy się na niej znaleźli.

Brian Aldiss "Cieplarnia"

~~~~~~ Recenzja w ramach wyzwania czytelniczego Eksplorując Nieznane ~~~~~~

* małe spoilery *

Do Cieplarni mam ogromny sentyment.
Po raz pierwszy przeczytałem tę ponadczasową książkę Aldissa niedługo po tym, jak zapoznałem się z twórczością Tolkiena i Howarda.
Nie muszę chyba pisać, że dla dzieciaka kończącego szkołę podstawową zetknięcie się z Aldissem zaraz po klasyce epic (czy tam heroic - zawsze się gubiłem w tych wszystkich etykietkach) fantasy i sword & sorcery było jak objawienie. Aldiss otworzył przede mną świat wyobraźni, z jakiego istnienia nawet nie zdawałem sobie sprawy. To tak w ogóle da się pisać? To coś takiego w ogóle dało się wymyślić? - zadawałem sobie takie i inne pytania, pożerając treść. O Peruniku, jak to było dawno.
Kiedyś już na tym blogu o Cieplarni wspomniałem - o, gdzieś tutaj. Bardzo krótko. Miałem wtedy trochę inną wizję tego, co chcę robić z tym blogiem.
Lata sobie płynęły przez moje życie, a do Cieplarni wracałem co jakiś czas. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało - czułem się tam jak w domu. Wspominając ostatnio całą gamę emocji, jakie lektura we mnie wzbudziła, wszystkich przemyśleń, do jakich mnie pobudziła, doszedłem do wniosku, że dużo wody w Wiśle upłynęło, odkąd ukończyłem lekturę ostatnim razem. Za dużo.
Wygrzebałem więc Cieplarnię i przeczytałem ją. Było to moje piąte lub szóste spotkanie z tę książką.
Nie zestarzała się. Wiadomo, czytając coś, co się zna, nie ma to już takiego uroku jak na samym początku, ale nadal czytało mi się to świetnie. Wraz z każdym kolejnym przeczytaniem odnajduje tam coś nowego, zwracam uwagę na coś innego. Ta książka rozwija się wraz ze mną, aż chciałoby się powiedzieć, wraz z rozwojem mojego postrzegania świata dostrzegam więcej szczegółów świata przedstawionego u Aldissa.
Autor wykreował absolutnie niesamowitą wizję świata. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć książki o tak niepowtarzalnym worldbuildingu, jakie czytałem kiedykolwiek. Pewnie jeszcze niejedno takie odkrycie przede mną. Ale to swoją drogą. Na razie cieszę się tym, co już miałem szczęście poznać.
Bardzo daleka przyszłość. Ewolucja fauny i flory postępowała w całym wszechświecie, aż po osiągnięciu pewnego momentu szczytowego zaczęła zwijać się z powrotem do Jednego, jakiejś jedności całego życia jako takiego. W skali wszechświata.
Do tego momentu jeszcze nieco brakuje, ale świat przedstawiony jest w połowie drogi ku temu. Ziemia już dawno przestała się obracać wokół Słońca. Po kosmosie, na czymś w rodzaju pajęczyny, przemieszczają się gargantuiczne istoty. Ciała niebieskie również są połączone taką pajęczyną (oczywiście nie dotyczy to gwiazd, itp.). Kula ziemska podzielona została na dwie części - jedną stale nasłonecznioną i drugą, skrytą w wiecznym mroku.
Wszechświatem rządzą rośliny. Rośliny przypominające zwierzęta, czy nawet upodabniające się do ludzi. Organizmy inteligentne i świetnie przystosowane do nowych warunków życia. Wyobraźcie sobie drzewa potrafiące wyciągać z podłoża określone substancje i tworzyć z nich broń (np. granaty) do walki z innymi drzewami, zwierzętami, roślino-zwierzętami lub nielicznymi i marginalnymi ludźmi. Są też rośliny latające, pływające, itd. Flora zajęła wszystkie nisze ekologiczne.
Wyobraźcie sobie drzewo porastające cały kontynent. W omawianym dziele Aldissa nie tylko kosmiczne pająki są tak wielkie, że trudne do wyobrażenia. Sam tytuł książki odnosi się do tego, że przez zatrzymanie ruchu obrotowego i obiegowego Ziemi, jej stale nasłoneczniona strona stała się jedną, wielką puszczą tropikalną na sterydach.
Skarłowaciałe i zielonoskóre niedobitki ludzki, podzielone na zwalczające się plemiona i podgatunki (tajemnica przemiany człowieka wyjaśnia się pod koniec) to gatunek wymierający i poddany ciągłej dewolucji. Dawni władcy Ziemi, korona stworzenia, przemykają po gigantycznym drzewie, złowrogich dżunglach, stale zagrożeni przez nieokiełznaną naturę. Są śmietnikiem historii, pozostałościami po dumnym królestwie ssaków, które kiedyś w pewnym momencie diabli wzięli. Pozostałe królestwa świata fauny też zresztą implodowały pochłonięte przez przejmującą ich cechy florą. Ludzie zmagają się ze światem roślin, uzbrojonym w całe arsenały kłów, pazurów, macek i znającym wiele innych efektownych sposobów zabijania w stale toczącej się walce o przetrwanie.
Jak się jednak okazuje, niedobitki ludzi to nie jedyne nie-roślinne inteligentne istoty, jakie jeszcze egzystują na świecie. Z jednymi z nich - mającymi zdolności telepatyczne pasożytami - związana jest szalona teoria, dlaczego ludzkość przestała się w pewnym momencie historii planety liczyć. Oraz dlaczego kolejne pokolenia były coraz głupsze.
Fabuła Cieplarni opisuje losy młodych członków jednego z ludzkich stad. Starsi odchodzą, jako niepotrzebni i obciążający niepotrzebnie młodszych. Związany jest z ich odejściem i przemianą poboczny wątek, niestety słabo rozwinięty (o czym gdzieś wyżej już napomknąłem).
Stado w końcu rozpada się, po konflikcie samców o przywództwo (i, poniekąd, samice). Dalsza wędrówka bohaterów w stronę skrytej w wiecznym mroku części planety służy autorowi za pretekst do rozpościerania przez oczami wyobraźni czytelnika fascynujących opisów wszechwładnej, wszechogarniającej flory. Nie znaczy to, że fabuła się nie liczy, że jest pretekstowa - ale wyraźnie schodzi w pewnym momencie na dalszy plan. Mimo tego, że trzyma w napięciu.
Aldiss to autor pozostający w obrębie science-fiction, lecz przekraczający granice gatunku (i charakterystyczne dla gatunku rekwizyty) w najróżniejsze strony. Poetyką Cieplarnia zbliżona jest nawet nie do fantasy, lecz do baśni. Autor dochodzi do tej granicy dowolnie pojętych elementów science w fiction, za którymi jest nieograniczony kosmos fantazji.
Tłumacz (Marek Marszał) spisał się świetnie, efektownie przekładając neologizmy autora.
Cóż napisać więcej - Cieplarnia to arcydzieło. Każdy fan s-f (ale i fantasy również) powinien tę książkę przeczytać - chociażby po to, by wyrobić sobie własną opinię.


sobota, 8 marca 2014

Stepan Chapman "Trojka"

(Spojlery, ale delikatne; w przypadku tej książki i tak nie będziecie wiedzieć, o co chodzi, więc czytajcie śmiało)

(Dopisek)

Bardzo rzadko trafia mi się książka, po przeczytaniu której czuję się mizerny i nieogarnięty, która pokazała mi coś, czego nie potrafiłem sobie wyobrazić, ba, nawet pomyśleć o wyobrażeniu sobie czegoś takiego nie potrafiłem. Do tej pory trafiło mi się tylko kilka - pięcioksiąg (tzn. nie pięcioksiąg, ale nie chce mi się teraz tych zawiłości tłumaczyć) Księga Nowego Słońca Gene Wolfe'a, Imago Wiktora Żwikiewicza, Cieplarnia Briana Aldissa. A także kilka pozycji filozoficznych i okołofilozoficznych.
Pisząc te słowa, zastanawiam się, czy Trojka dołączy do nich. Do takiego mojego małego, literackiego "Wewnętrznego Kręgu" rzeczy absolutnie ponadczasowych, przełomowych. Zastanawiam się, bo nie wiem, czy przypadkiem takich książek nie jest na pęczki - tyle, że nie miałem z nimi jak dotąd większej, bliższej, bardziej osobistej styczności. I być może w tym nurcie rzeczy absolutnie niesamowitych i wywracających wyobraźnię czytelnika milion razy wokół własnej osi, po czym gwałcących tą wyobraźnię analnie kijem od mopa, Trojka nie będzie niczym niezwykłym.
Ale na chwilę obecną, na godzinę 22:35 08.03.2014, Trojka jest dla mnie czymś niezwykłym. W kolejce do przeczytania czeka Pokój Gene Wolfe'a, więc być może wkrótce niezwykłość mi spowszednieje.
Czemu wcześniej nie sięgałem po Ucztę Wyobraźni Wydawnictwa Mag? Jeśli każda książka wydana przez nich w tej serii jest taka jak Trojka... Cholera, tyle, że tego nigdzie nie ma, w żadnym miejscu z tanimi/przecenionymi/używanymi książkami, jakie znam w okolicy. Pozostają promocje w pewnej dużej sieci księgarniopodobnej.
Ad rem. Fabuła książki rozgrywa się w oszałamiającym Nigdziebądź, absolutnym Niewiadomogdzie. Akcja skacze po światach, krajobrazach, rzeczywistościach rodem z gęstych, dzikich, nieokrzesanych, absurdalnych i nie tkniętych przez logikę i ciągi przyczynowo-skutkowe miejscach, nie będących jednak miejscami. Tzn. i tak, i nie.
Bohaterów głównych mamy troje (co sugeruje sam tytuł). Dwie kobiety i jednego mężczyznę. Mężczyzna jest cyber-dżipem (tak, samochodem), starsza kobieta jest człowiekiem, młodsza - brontozaurem. Przemieszczają się po pustyni. Od burzy, do burzy. Wraz z burzami zamieniają się ciałami. Porozumiewają się telepatycznie. Nawet jak umierają, bądź zabijają się wzajemnie, budzą się żywi na nowo.
I to jest sam początek książki. Potem jest milion razy bardziej niesamowicie. Sny, marzenia, wizje, wspomnienia (fałszywe? prawdziwe? a czymże w sumie są i prawda, i fałsz? zwłaszcza w tym świecie przedstawionym?) bohaterów snują się przez większą część książki. Zdradzają psychozy o iście gargantuicznych rozmiarach. Alex, który chce się przerobić na maszynę. Jeszcze jako człowiek pracujący we wszechogarniającej fabryce wymienia sobie ręce na niewiarygodnie zaawansowane technologicznie protezy. Potem jego mózg trafia do kilku różnych pojazdów po kolei. Od maszyny do dezynsekcji po ambulans. Eva, snująca wspomnienia o świecie, w którym genetycznie zmodyfikowana ludzkość jest podzielona na kasty, według tego, jaką głowę się nosi. Do wyboru jest plejada istot morskich. Cesarz jest wielorybem, prostytutki ukwiałami, skalary to kapłanki, rekiny służą jako żołnierze. I tak dalej, i tak dalej. A wszystko spaja religia oparta rzecz jasna na bóstwach morza. Noszących aztecko brzmiące imiona. Naomi, najmłodsza. Zahibernowana na wypadek wojny. Zesłana do ni to więzienia, ni to obozu jenieckiego, ni to nie wiadomo gdzie. Jedna z ofiar wojny plazmowej, która zniszczyła świat. Sztucznie stworzony brontozaur-mnich lecący w statku kosmicznym mającym rozmiar niewiele większy od kilku ziarenek piasku. Istota zdolna wchłaniać w siebie innych. Coś. Słoń na nowej arce Noego.
Sny, wizje, historie opowiadane przez bohaterów są rzecz jasna tylko do pewnego stopnia spójne ze sobą. W większości z nich przewijają się wszyscy główni bohaterowie. A także parę innych postaci. Kim właściwie są tzw. anioły? Czy anioły mogą oszaleć? A kim lub czym jest pozytywka?
Dokąd się idzie, przechodząc przez stół bilardowy, ogromny jak wszechświat?
Nawet, jak czytelnik dowiaduje się, o co właściwie chodzi, to pojawia się kolejne pytanie, na które już nie potrafi znaleźć odpowiedzi - dlaczego? Sporej części fabuły trzeba się domyśleć, odsączyć z nieraz absolutnie odrealnionych, ni to przećpanych, ni to rodem z najbardziej pogmatwanych snów elementów, by złożyć kruchy szkielet pogmatwanych losów trojga bohaterów. Nawet charakteru łączących ich relacji trzeba się domyśleć. Bo oni sami uważają różnie. I to, co zostało ukazane na końcu, to nie koniec tej opowieści. To początek innej. Więc zanim do tego doszło, mogło dziać się cokolwiek. Przed tym, co zostało w tej książce przedstawione, a co zostało tylko - na sposoby opisane powyżej - zarysowane. A może i to właśnie jest początek historii? Kto wie.
Ufff.
Ogólnie pojętym klimatem, gatunkowo najbliżej tej książce do bizarro. Nie jest to jednak bizarro, bo jest miliard razy bardziej skompilowane od dowolnej noweli czy opowiadania z gatunku. Porusza też dużo poważniejsze kwestie, odchodząc od walorów rozrywkowych.
Chapman korzysta też z estetyki horroru cielesnego ukazując przemiany ludzi w maszyny i/lub zwierzęta, efekt epidemii rozpuszczającej ludzi, tworzenie hybryd ludzko-zwierzęcych, itp.
Autor, oprócz niewyobrażalnie rozległej wyobraźni, posiada zdolności pisarskie na tyle szerokie, że z czegoś tak surrealistycznego i odrealnionego, kierującego się swoją własną (anty)logiką nie wyszła grafomania. Mistrzowsko mu się udało zarówno wykreować przestrzenie, w które powrzucał uprzednio stworzone postacie, jak i napisać ich dialogi i prezentowane przez nie opowieści. Czuć chorobę ducha w tym wszystkim, co opowiada trójka bohaterów. Jak już wspomniałem, ciężką psychozę. Manie, fobie, urojenia. Projekcje umysłów naznaczonych przez koszmary, których nie ma.
Cała ta książka ma taki duszny, chory, przygnębiający klimat. To wyprawa w głębiny umysłów zupełnie inaczej postrzegających rzeczywistość. Czytelnik pochłania stronę za stroną, zastanawiając się, co też jeszcze autor wymyślił.
Cóż jeszcze dodać. Polecam gorąco. To nie tyle nawet dobra książka fantastyczna, to dobra książka w dowolnym gatunku. Dobra po prostu. Ba, jak na chwilę obecną, jak dla mnie jest to wręcz arcydzieło. Może kiedyś się rozmyślę, co do tak entuzjastycznej oceny - jeśli tak, to nie omieszkam się tym pochwalić, ale i tak to jest jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałem w ciągu ostatnich lat.

czwartek, 6 marca 2014

Hanns Heinz Ewers "Dama tyfusowa"

Civis-Press, Seria z wampirem, 1990. Wybór opowiadań z trzech książek autora, wydanych w latach 1912, 1920, 1922.
Na tylnej okładce jest blurb z samego Josepha Goebbelsa. Autor "Wampira" i "Alrauny" już dawno przeszedł samego siebie... To, co pisze teraz, przechodzi ludzkie pojęcie. Aha. Wyżej jest jeszcze (...) sensacyjną fabułę łączy często z erotycznoseksualnymi, sadystycznymi, okultystycznymi i ekscentrycznymi elementami (Gerard Kozielek). Mhm.
Uwzględniając kontekst historyczny faktycznie można się z tym zgodzić. Tyle, że trochę wody w Menie upłynęło od czasów Republiki Weimarskiej, świat ruszył do przodu, granice powszechnie akceptowalnej estetyki przesunęły się bardzo w rejony, o których pisarzom z pierwszej połowy XX wieku się nie śniło. Powiedzmy sobie szczerze, większa część zebranych tu opowiadań to poczciwe ramoty. W stylu Merritta, Howarda (Howarda spuszczającego się nad cudowną rasą anglosaskich nadludzi, nie Howarda piszącego o Conanie, Onanie i spółce, bo ten Howard się aż tak nie zestarzał, ot, taka konwencja) czy wczesnego Grabińskiego (nie bijcie). Da się to czytać, ba, nawet czyta się bardzo przyjemnie, ale czuć zaduch muzealnego magazynu. Wiecie, ci wszyscy bogaci, piękni i młodzi duchem dystyngowani arystokraci bądź dżentelmeni, wymuskane i wzniosłe damy z dobrych domów, które aż by się chciało znacjonalizować i uspołecznić, te wszystkie rozbrzmiewające między zdaniami echa fascynacji (pobieżnie rozumianą) egzotyką, dalekimi krajami, fascynacji połączonej z kolonialnym poczuciem wyższości nad dzikusami, itd.; widać, słychać i czuć, że zdezaktualizowało się to mocno. Autorstwo kilku z opowiadań spokojnie można by przypisać Poemu. Lub nawet i Lovecraftowi (chociaż zależy z jakiego okresu jego twórczości; ponoć Lovecraft znał twórczość Ewersa i inspirował się nią w jakimś stopniu).
Co nie znaczy, że autor jest odtwórczym nudziarzem, co to, to nie. Nie zapominajmy, że to Niemiaszek z czasów międzywojnia. Miał w życiorysie interesującą kartę - trzymał z rodzącym się nazizmem. Był nawet autorem książki o wszystko mówiącym tytule - Horst Wessel - Ein deutsches Schicksal. To dopiero musiało być weird. Jednak na skutek niesprzyjających okoliczności politycznych autor zmarł zapomniany w 1943 roku, po tym, gdy reżim hitlerowski obraził się na niego (była afera z jakimś jasnowidzem). A jeszcze parę lat wcześniej dopatrywano się w nim wskrzesiciela tradycji romantycznej. W Polsce Przybyszewski hołubił go jako proroka nowej epoki.
Dygresja - dlatego poniekąd nie trawię romantyków politycznych (przy całym szacunku dla wszystkich nurtów wywrotowych, rewolucyjnych, postępowych). Źle kończyli, abstrakcyjne pojęcia przekładając ponad obiektywnie poznawalny czubek własnego nosa. Koniec dygresji.
Akurat krakowskie Wydawnictwo Agharta wydało Alraunę, więc do Damy tyfusowej dotarłem na czasie. O Alraunie mówi się, że to rodzaj nietzscheańskiego manifestu, książka ma być ponoć przesiąknięta zimnym amoralizmem. Nie wiem, na ile to prawda, ale coś w tym może być - i to jest wkład Ewersa do gatunku - bo i w Damie tyfusowej czytelnik znajdzie tego typu wątki. Czasem powiązane z rasizmem (chociaż w opowiadaniu Martwy Żyd Niemiec jest gorszy od tytułowego bohatera - ma gorszy charakter, Żyd jest mniej estetyczny), czasem z pochwałą eugeniki (m.in. tytułowe) i pogardą dla fizycznie i psychicznie niepełnosprawnych (Kraina czarów). Część opowiadań kończy się puentami zdradzającymi złośliwe, "czarne" poczucie humoru autora (Stracenie Damiensa, Moja matka czarownica, trochę Sukkub) odczuwającego schadenfreude z losów swoich bohaterów, zwłaszcza, gdy bohaterowie drugoplanowi podejmują inne działania, niż główny by oczekiwał.
Lubię Nietzschego. Na równo przeraża i inspiruje. Jeden z najbardziej niejednoznacznych filozofów w historii. Z jednej strony przypisuje mu się zainspirowanie nazizmu - taka interpretacja ma sporo argumentów na swoją korzyść, z drugiej strony bez niego nie byłoby postmodernizmu. Co prawda, nie on pierwszy stwierdził, że prawdy (obiektywnej, boskiej, itp.) nie ma, nie on pierwszy też wskazał dłonią kierunek poza granicę obowiązujących wartości (w pierwszym i drugim przypadku przed nim był Max Stirner; korzeni takiego myślenia można doszukać się jednak i w starożytności), ale pierwszy zrobił to w takim stylu i na taką skalę; był jednym z pierwszych wielkich Mistrzów Podejrzeń. Nawet i niektórych postmarksistów nie byłoby bez Nietzschego, tzw. teoria krytyczna sporo z niego czerpie, podobnie jak niektórzy post-sytuacjoniści i myśliciele trudni do jednoznacznego zakwalifikowania (podsumowując - np. Baudrillard, Agamben, Negri, Deleuze, Guattari, Foucault, Sloterdijk, Debord. Jünger).
Więc opowiadanie tytułowe bardzo mi przypadło do gustu. Dama tyfusowa to Nadczłowiek stojący ponad wartościami i słabościami słabej trzody otaczającej ją i płaszczącej się przed nią. Poprzez własną twórczość ale też wrodzoną charyzmę (posiadaną wolę mocy, aż chciałoby się powiedzieć) sprawia jednak, że jej fani bardzo szybko się degenerują. Gdy ona smakuje narkotyki i alkohol, bo może, nie uzależnia się od nich. A jej naśladowcy lądują w zakładach zamkniętych. Tak samo to działa z hazardem, orgiami, seksem homoseksualnym, propagowaniem eugeniki. Po niej spływa wszystko jak po kaczce, a wśród idących po jej śladach wybuchają wyniszczające plagi, rozgrywają się tragedie, ludzie zatracają się w nałogach przejmujących błyskawicznie nad nimi kontrolę.
I oto ci marni, zbyt słabi by sięgnąć po rozrywki Nadczłowieka, ośmielili się zwabić ją na wyspę i osądzić w imieniu jakiejś tam ludzkości. Porównać do tyfusu, do przypadku człowieka zarażającego tyfusem. Jakby zdając sobie sprawę z własnej marności, ją samą uczynili własną sędziną, sugerując jednak, że dla dobra ogółu powinna popełnić samobójstwo.
Co było do przewidzenia, nie dość, że się obroniła, to jeszcze uzmysłowiła im ich nicość.
Zdaję sobie sprawę, że autor zamanifestował tu najbardziej skompromitowany (i prymitywny zarazem) wariant nietzscheanizmu. Mimo tego przyjemnie się to czytało. Czasem trzeba się podnieść na duchu (wiem, jakie to marne; dlatego jüngerowski anarcha przemawia do mnie silniej niż nietzscheański nadczłowiek). Interesujące, że tym Nadczłowiekiem jest u Ewersa kobieta. Podobnie jak w Alraunie. Dla samego Nietzschego coś takiego byłoby raczej nie do pomyślenia.
W świetle tego wszystkiego zabawnie brzmi adnotacja od wydawcy na jednej z pierwszych stron książki - Ze sprzedaży tego egzemplarza wydawca przeznacza 500zł na fundację Brata Alberta.
Drugim najlepszym opowiadaniem, bliskim horrorowi, jest poruszający Pająk. Ma wszystkie cechy dobrego weird, wprowadza czytelnika w duszny, ciężki nastrój narastających osaczenia, strachu i paranoi.
Generalnie rzecz biorąc, książka jest świadectwem swojej epoki, czasów, które już minęły. Ukazuje intelektualne fascynacje współczesne autorowi, prądy umysłowe porywające swoich zwolenników. Tyle, że poniekąd każda książka ma taką funkcję. Ewers wyróżnia się swoim nietzscheanizmem. W dzisiejszych czasach takie wątki nie pojawiają się często. Jako klasyk gatunku nie broni się jednak wystarczająco mocno, większa część jego opowiadań (przynajmniej w tej książce) jest po prostu średnia. Także ci wszyscy wrażliwcy unikający czegokolwiek, co jest kontrowersyjne, nie mają tu czego szukać. Reszta może się za Hannsem rozejrzeć.