sobota, 19 maja 2012

Noc Muzeów 2012

Dopisek 2014 - punkt widzenia zdezaktualizowany, małe przewartościowanie wartości przedstawione tutaj.

1) Muzeum PRL - ciekawa wystawa, ale muzeum małe i dopiero rozwijające się. Dobry pomysł z transportem ludzi Nyską i saturatorem z epoki (ciekawe, czy bakterie Coli były też z epoki, czy nowsze - dobra, czepiam się, może ktoś to jednak umył przed użyciem). A wystawa jako taka głównie o piłce nożnej w PRL. Niezła, sporo ciekawostek, eksponatów, ładnie zaaranżowane sale (szatnia, fragment stadionu, trzepak między blokami). Oprócz tego odtworzona meblościanka (uwielbiam meblościanki), odtworzony wystrój stereotypowego PRLowskiego "pubu" (z autentycznymi "Trybunami Ludu" z epoki wiszącymi na tych takich czymś, jak współcześnie "Wyborcza" w Maku), kilka półek z różnymi pierdołami z epoki (klocki Lego tam przedstawione nie były z epoki, lecz z pierwszej połowy lat '90, gdyż jeszcze ja sam akurat takie pamiętałem - pierdołowate ale jednak niedopatrzenie, za które Muzeum ma minus u mnie), itp. Na plus, ale pozostaje niedosyt.
2) Barbakan - radosny minimalizm - jak dla mnie fajnie zwiedzić go w środku, gdyż architektura obronna z lat dawnych ma dla mnie swój specyficzny urok, ale mimo wszystko było aż za pusto. Za to na dziedzińcu pokazy jakiś scenek rodzajowych z epoki, w stylu - dwóch rycerzy dobiera się do białogłowy, biją interweniującego mnicha, itp. Raczej wyszła z tego fragmentu, który widziałem, postmodernistyczna zabawa konwencją średniowieczną niż próba realnego odwzorowania tamtych czasów, ale skoro bardzo licznej widowni się podobało, to funkcję rozrywkową spełniło najwyraźniej dobrze.
3) Sukiennice - o tak, tego właśnie mi brakowało - trochę sztuki nie będącej jakimiś przeintelektualizowanymi popłuczynami po treści i formie, nie przeoranej szponami postmodernizmu, mającej konkretne miejsce w czasie i przestrzeni. Chociaż postmodernizm zaczął już tam wchodzić, np. w salce poświęconej słynnemu obrazowi z Rejtanem (i licznymi jego kopiami czy też odniesieniami do niego) znalazła się książka Marii Janion "Wobec zła" z Rejtanem-wampirem na okładce; abstrahując od kontekstu - którego nie znam, bo książki nie czytałem - uwagi od ilustratora, zaprezentowane w opisie obok, były na żenująco niskim poziomie - coś pomiędzy pseudo-żartobliwością rodem z "Wyborczej" czy "Krytyki Politycznej" [w przełożeniu tych pierdół z knajackiego języka samozwańczej inteligencjo-awangardy artystycznej na polski - "zrobiłem jakieś gówno, polaczki się wkurzyły, ale to dobrze, bo zostałem -we własnym mniemaniu- męczennikiem, ofiarą kato-talibanu, itp."] i nieuzasadnionym poczuciem własnej wysokiej wartości. O ile sam wampir-Rejtan nie robił jeszcze, mimo ogólnej kiczowatości, złego wrażenia, to opis położył pierwsze, niezłe, ale i niedobre, wrażenie. Za to inna zabawa postmodernistyczna zabawa konwencją, czyli odwołania do Rejtana w propagandzie "Solidarności", sprawiły dużo lepsze wrażenie, może ze względu na to, że niosły treść widoczną na pierwszy rzut oka, a nie były takim w sumie szokowaniem dla szoku (szokowanie dla szoku jest całkiem OK, jeśli coś sobą reprezentuje). (Cholera, zacząłem prawicowieć znowu czy co.).
Za to przeraził mnie poziom części zwiedzających. Jasne, nie każdy musi znać się na sztuce, sam nie jestem alfą i omegą, jak już, to, jestem znacznie bliższy omedze niż alfie, ale, na litość Quetzalcoatla, jak można nie wiedzieć, kto to był Wernyhora czy kim była Salome.
Także prezentacje multimedialne miały tendencje to zawieszania się, część tekstów była ucięta (zabrakło gdzieś przycisku "Więcej"), no ale czepiam się, kto w ogóle normalny przegląda te prezentacje.
A samej sztuki jako takiej zgromadzonej w Sukiennicach chyba nie muszę opisywać.

"Revolution"

Ot, co, zajawka nowego serialu BBC:


Pomysł na pierwszy rzut oka ciekawy (post-apo; do tego myśl przewodnia - żegnaj nam elektryczności - kojarzy mi się z "Autobahn nach Poznań" Ziemiańskiego, które jest jednak kilka poziomów wyżej pod względem konstrukcji świata przedstawionego niż toto), jednak całość wygląda co najmniej biednie. Ale po kolei: 1) Minęło 15 lat po wielkim "zaciemnieniu" - wszystko zarosło. Hmm, może zdążyłem pozapominać z historii już sporo szczegółów, ale nie wydaje mi się, aby przed Edisonem (i Teslą) świat był porośnięty przez dżungle, nie wiem jak to wyglądało w USA, ale w Europie rozwój techniczny i cywilizacyjny był niezły mimo nieznania elektryczności; 1b) Co ma związek z powyższym - nie wiem jeszcze, jak zostanie to wyjaśnione, ale przecież ogrom złomu w rodzaju zwykłych pistoletów czy starych samochodów bez komputerów pokładowych i elektrycznego wspomagania wszystkiego, powinien spokojnie działać mimo braku elektryczności; 1c) urządzenie pokazane na końcu trailera wydaje się być jakimś rodzajem komputera, działającego na elektryczność właśnie. Skoro więc elektryczność nie została w jakiś cudowny sposób "wymazana" z historii ludzkości i praw fizyki naszego świata, to kuhwa w czym problem zacząć odtwarzać dawne elektrownie, zaczynając od chałupniczo konstruowanych, prymitywnych generatorów? Oby to zostało jakoś fabularnie wyjaśnione. 2) Zamiast tego, co w trailerze można zobaczyć, o wiele fajniejszym rozwiązaniem byłoby przedstawienie świata steampunkowego, umieszczonego w przyszłości ziemskiej historii zamiast w alternatywnej rzeczywistości/przeszłości, jak wygląda to zazwyczaj. Powrót do sterowców, jakiś pokracznych pojazdów parowych, ale zamiast całego wiktoriańskiego "feelingu" - post-apoc falloutowe. O, i to by było coś, a nie takie niewiadomoco. Nie wróżę sukcesu temu serialowi.

niedziela, 13 maja 2012

Olympus 2207 - angielskie demo

Olympus 2207 to totalna modyfikacja (nie wymagająca zainstalowanej "podstawki") starego, dobrego Fallouta 2, jednak zdecydowanie bardziej obszerna niż jakakolwiek inna (no, może Mutants Rising reprezentuje podobnie wysoki poziom). Praktycznie wszystkie elementy interfejsu czy obiekty w grze to zupełnie nowe grafiki, ciężko uwierzyć, że to stareńki engine FO2 a nie FOnline.
Tak czy siak, piszą o tym tutaj.

Thomas Carlyle "Bohaterowie"

Z Carlyle'm mam problem. Z jednej strony jego prze-nietzscheański heroizm, kult jednostki wybitnej, która zmagając się ze światem popycha go na nowe tory wbrew wszystkim możliwym "dziejowym koniecznościom" lub nawet samej naturze, brzmi naprawdę nieźle, ba, można nawet to sobie przerobić samemu na wersję anarchistyczną. Do tego mamy jakieś aluzje do niemieckiego romantyzmu, do koncepcji "wiecznego powrotu", patetyczny antyintelektualizm. Niestety, po lekturze "Bohaterów" nawet przychylnego autorowi czytelnika może ogarnąć w najlepszym razie znudzenie, w najgorszym zniechęcenie.
Nie jest to zła książka, gdyby patrzeć na nią pod względem tylko stylistycznym. Trzeba przyznać, że autor był erudytą, i wiedział, jak posługiwać się językiem. Z drugiej strony, jak na dłoni widać miałkość jego myśli, którą spłycić można tutaj tylko do fascynacji ludźmi wybitnymi, i maskowanego  kompleksu niższości (moja autorska interpretacja wyczytana między wierszami, nie musisz się z tym zgadzać, ba, sam nie będę tego twierdzenia jakoś specjalnie mocno bronił), jego wręcz absurdalny elitaryzm (chociaż jakiś heroizm proletariacki niby też powstał, aaaale...), wreszcie pochwała i obrona angielskiego imperializmu. Co ciekawe, fascynacja ludźmi wybitnymi nie dotyczy wszystkich aspektów ich myśli czy kultury, w jakiej się obracali, autor podchodzi do tych kwestii z charakterystycznym dla Anglosasów poczuciem wyższości, uznając np. Odyna za człowieka, który na tyle był rozgarnięty wśród społeczności otaczających go dzikusów, że obwołano go potem bogiem.
Autor przedstawia bohatera jako bóstwo, poetę, wodza, proroka, itd, podając odpowiednie przykłady (Odyn, Mahomet, Szekspir, Dante, Napoleon, Cromwell, Luter, ktoś tam jeszcze chyba był), skupiając się na przewadze moralnej, a nie intelektualnej, oraz na powinności, którą ci bohaterowie spełniali wobec swoich społeczności, spełniali dla nich, samemu żyjąc skromnie, nieraz wręcz ascetycznie, poświęcając się dla innych, widać tutaj post-protestancki rys w myśli autora (który porzucił kalwinizm pod wpływem najprędzej romantyzmu niemieckiego).
Największym plusem książki jest zaś to, że w jakiś tanich książkach można i za 6zł znaleźć.

Czyżynalia dzień 2

Pierwsze wrażenie - zimno, bardzo zimno. Drugie wrażenie - a, co tam.
Grubson (nie wiem co brał ten ktoś, kto wrzucił tego smętka przed same kapele metalowe, ale musiał to być mocny towar) - przyszedłem w 3/4 występu i poszedłem do ogródka piwnego od razu, więc nie wiem i nie chcę wiedzieć.
Jelonek - od jego płyt się odbijałem, nawet jak jeszcze słuchałem na co dzień takie pocieszne cudactwa bez przekazu i czegokolwiek. Trzeba jednak przyznać, że show potrafi zrobić naprawdę niezły.
W międzyczasie zaczęło padać.
Illusion - jak wyżej, tzn. odbijałem się od płyt kiedyś, poza tym z wczoraj Lipali, mimo gorszej nazwy (tak, wiem, co oznacza), a w składzie praktycznie tym samym, spodobało mi się bardziej. Poczciwość, pomylili się raz, zaczęli grać jedno, a to było co innego, pocieszność.
Hey - Kasia Nosowska wygląda jak tapczan, na 3/4 tego smętnego występu byłem w ogródku piwnym.
Apocalyptica - ech, piękne i beztroskie czasy gimnazjum się przypominają (no dobra, liceum jeszcze ciut też), gdy słuchałem tego namiętnie. O dziwo nie zagrali samych smętków, a nawet kilka kowerów metaliki, fani powinni być zadowoleni.
Wychodząc w sumie na ostatniej piosence Apokaliptyki, jeszcze przed formalnym końcem i bisami, poczciwość zasłyszałem idąc wśród ludzi wielu - fragment dowcipu o elektronach kowalencyjnych potasu czy tam czegoś. Postmodernizm jest wśród nas.

sobota, 12 maja 2012

Czyżynalia dzień 1

Miałem tam nie iść, ale pomyślałem sobie, że co mi szkodzi. Na pierwszy dzień miałem nie iść, ale jak zobaczyłem, że bilet na dzień drugi kosztował 50zł (w przedsprzedaży) a karnet 60zł, to kupiłem karnet, więc poszedłem i dnia pierwszego. A dziś będzie dzień drugi, ot, poczciwości nieskończona.
Organizacja niezła, sporo różnych znajomych się natrafiło, no i bardzo dobry powód się znalazło, by chodzić na piwo do "ogródka" koło wejścia na teren.
230 Volt - ogródek piwny.
Frontside - łupanka bez ładu i składu, chujowe, ale można było głową pokiwać.
Lipali - nie znałem wcześniej, a technicznie całkiem niezłe, aż obczaję dokładniej kiedyś.
Maleńczuk - ogródek, potem trawa (bez skojarzeń!). Nie moje klimaty, ale ciężko nie mieć szacunku do artysty, który jest cynikiem, i wprost w wywiadach stwierdza, że gra taką muzykę, która się sprzedaje. No i to poczciwy satanista.
Dżem - nie rozumiem fenomenu tej grupy ani jej statusu "kultowości". Grupa jakiś dziadów i Rysiek 2.0, na basie typ co wyglądał jak Święty Mikołaj (taki popkulturowy). Mdłe i bez polotu, teksty szarpiące dusze każdej wrażliwej gimnazjalówki.
A dalej nie wiem, się zmyłem stamtąd.
Złoty Penis Kozła 2012 dla tego, kto wymyślił toto takie coś z pianą.

Chodź zaklikaj mi kozła

Czyli krótka opowieść o różnych action-RPG zwanych też hack 'n' slash. Czasem człek poczciwy staje się smętny, siedzi w domu kilka tygodni i nie odchodzi od laptopa. Paradoksalnie dzieje się to jeszcze zanim wyszło Diablo III. Tak czy siak, grą z tegoż gatunku, która zjadła chore ilości mojego żywota ostatnimi czasy, jest Titan Quest. Gra uproszczona nawet jak na hns (teleport z każdego miejsca, tylko dwa rodzaje napojów, których kupcy mają nieskończoność, świat liniowy jak cholera i dużo mniejszy np, od takiego Sacreda, śmiesznie mało questów pobocznych, tylko trzy atrybuty (siła, zręczność, inteligencja), itp.), ale wyróżniająca się ładną grafiką (efekty śliczne, no i rag-doll), do tego pierdylionem przedmiotów do znalezienia. Fabuła to postmodernistyczny bełkot, zupełna zlewka z mitologii i historii starożytnej wzbogacona o setki uproszczeń, na dodatek dziurawa i niedopracowana, ale to najmniejszy problem - wiadomo że i tak fabuła jako taka to tylko pretekst do masowych rzezi. Ach, i jeszcze jedna rzecz - można wybrać dwie "klasy postaci" (czy tam "drogi", itp, zwał jak zwał, wiadomo o co chodzi), co stwarza ogromne możliwości przy projektowaniu swojej postaci.
Nie byłbym sobą, gdybym nie kombinował z modami. Grałem z dwoma (oczywiście nie jednocześnie, jeden wyklucza drugi) - Paths i Unterlord. Paths zmienia grę jako taką w małym stopniu, za to zmienia zupełnie wszystkie dostępne w grze "klasy postaci" (tytułowe "ścieżki"), na oryginalne i mało sztampowe oraz bardzo klimatyczne, równoważąc zdolności potężne i koszmarne wady (np. spróbujcie Lichem czy Kholrosem niskopoziomowymi iść na nieumarłych z marszu). Unterlord robi trochę coś innego - zmienia tylko jedną z dostępnych w grze "ścieżek rozwoju" (Rogue zmienia się na Occultist), za to utrudnia grę niemożebnie, dodając hordy przeciwników więcej, nowe zdolności dla bossów, itp.
O co zaś chodzi z kozłem w tytule notki? Bo satyry fajnie latają, trzepnięte dowolną obszarową umiejętnością Seera.
Powróciłem też chwilowo do stareńkiego Sacreda - niestety na smętnym laptopie moim średnio już chodzi (za nowy laptop, gra za stara), a szkoda wielka, bo pod względem obszaru gry Sacred nadal potrafi oszołomić.
Warto jeszcze wspomnieć o czymś tak poczciwym jak Unepic - gra amatorska przypominająca klasyczną platformówkę 2D, a będąca pełnoprawnym RPGiem, tyle, że parodystycznym. Główny bohater poszedł się odlać w czasie sesji RPG z kumplami, po czym przekonał się, że za drzwiami kibla rozpościera się ogromne zamczysko... Świetna, poczciwa gra, z jednej strony zupełny polew na gry RPG i ogólnie na grową popkulturę (aluzje do WoWa, Starcrafta, itd.), także na samych graczy, z drugiej strony złożony świat pozbawiony nadmiernych uproszczeń (np. chcesz mieć napój leczniczy? musisz upolować składniki i mieć pustą butelkę, no i znać przepis na niego. I dostać się do kotła na palenisku, by składniki tam ugotować).

środa, 9 maja 2012

Stalowy Szczur x3

Czyli trzy czytadła Harrisona, wydane w Polsce kiedyś przez Wydawnictwo Poznańskie - "Stalowy Szczur", " Zemsta Stalowego Szczura" i "Stalowy Szczur ocala świat". Autor napisał tych czytadeł 12 - czy w Polsce ukazało się ich więcej niż 3, nie wiem.
W sumie już napisałem co to - czytadła. Na dodatek małe, lekkie, przyjemne i bezproblemowe do szybkiego przyswojenia (sam przeczytałem wszystkie trzy w czasie jednej jazdy pociągiem). Tam nie ma drugiego dna, ani rozmów o życiu i filozofii ciągnących się przez kilka stron. Jest za to brawurowa, nieskrępowana niczym, wartka akcja.
"Stalowy Szczur" to okreslenie na przestępce żyjącego na dowolnej z ludzkich planet w dalekiej przyszłości, gdy w sumie przestępczość jako taka praktycznie nie istnieje. Szczurów jest trochę, każdy ma inne zasady i metody działania. Główny bohater, James Bolivar diGriz, oprócz tego, że propaguje ateizm i kieruje się specyficznie pojętym humanitaryzmem (zabija tylko w ostateczności, bo w końcu każdy ma tylko jedno życie), oraz zna Esperanto, to złodziej, malwersant, nie unikający strzelanin i radzący sobie zarówno w chaotycznej walce w zwarciu, jak i w planowaniu kolejnych posunięć. Pewnego dnia zostaje jednak złapany przez Korpus Specjalny - okazuje się, że szef Korpusu to dawny Szczur, zwerbowany kiedyś już przez innego. Najlepsi zaś agenci to byłe Szczury, którym stawia się propozycję nie do odrzucenia.
DiGriz nie przestaje być antybohaterem, egoistą kierującym się głównie własnym interesem i chęcią przeżycia, jednak szybko odnajduje się w Korpusie i brawurowo rozprawia się z kolejnymi przeciwnikami pokoju w galaktyce. Ba, nawet żeni się ze swoją przeciwniczką, która po drobnych korektach psychiki (zostawiała za sobą szlak trupów) również trafiła do korpusu. Udaremnia międzyplanetarne inwazje totalitarnej dyktatury oraz podróżuje w czasie tropem szaleńca, który postanawia zniszczyć Korpus. Brawurowo lecz ze spokojem i humorem.
Fani czytadeł s-f jeśli nie znają tej klasyki, nie mogą przejść obok obojętnie.

Brian W. Aldiss "Superpaństwo"

Jedna z nowszych książek Aldissa, jak na mój gust wyraźnie jednak gorsza od chociażby takiej "Cieplarni". Widać też jak na dłoni poglądy autora, które w sumie zajeżdżają jakąś socjaldemokracją.
Niby ma to być satyra na Unię Europejską z elementami antyutopii ale momentami nie było to zbytnio śmieszne. Ale co kto lubi.
Autor przedstawia przedstawicieli elit biznesowych i rządowych, ale i prostszych ludzi, w tym imigrantów, ukazuje ich perypetie w szerszym kontekście społecznym i kulturowym. Mamy więc zblazowanych burżujów, nowobogackich wysyłających w charakterze zamiennika androida w celu zawarcia ślubu, maniaków religijnych różnych orientacji (dostaje się nie tylko chrześcijaństwu [postać maniaka, mordercy, itd.], ale też wyznawcom jakiś wschodnich pierdół), szalonych militarystów, politykierów pozujących na mężów stanu, itd. Zawsze pod płaszczykiem postępu czy tolerancji wychodzi z nich coś zupełnie innego.
Punktem kulminacyjnym fabuły jest potężna katastrofa naturalna (ogromne połacie zachodniego i północnego wybrzeża Europy zostają zalane przez morze) o niewiadomych przyczynach. Podejrzenia spadają rzecz jasna na muzułmańskie państwo, wybucha wojna (przygotowywana w sumie już wcześniej). A to tylko wstęp do tego, co autor chciał przekazać.
"Cieplarnia" to to nie jest, ale czyta się nieźle.

środa, 25 kwietnia 2012

Meeeeee 2012

Czyli trasa Niech Kozły Świat 2012 + Covenant XV w Krakowie, a działo się to 21 kwietnia roku bieżącego.
Najpierw miały to być po prostu Kozły, ale potem doszło multum supportów, a potem połączono to z Covenant - zapewne z przyczyn finansowych lub jakiśtam, ale w sumie nie był to zły pomysł, zwłaszcza że na tegorocznym Covenancie świętowali 15-lecie weterani ze Stillborn, ciągle rześcy mimo upływającego czasu.
Program całej imprezy zakładał otwarcie bram o 13tej, a o północy miały być podstawione autobusy smętne by porozwozić niedobitków (klub Kwadrat to jednak daleko dla niektórych). Muszę zauważyć, że nie wyobrażam sobie, wysiedzieć w death/black metalowym - nie bójmy się tak tego nazwać - hałasie tyle czasu, jednak ponoć byli i tacy. Ja dotarłem na miejsce koło 19tej, załapując się na jakiś lokalny support jeszcze - Infautation of Death. Ot, death metal, szybko, brutalnie, ale, szczerze mówiąc, nie odróżniłbym tej kapeli od legionu innych, brzmiących praktycznie identycznie, i grających na podobną modłę. Jako że jednak dopiero tam przybyłem, to jako rozgrzewka sprawili się nieźle.
Potem wystąpiły po sobie trzy kapele składające się właśnie na trasę Niech Kozły, czyli Infidel, Bloodthirst i Furia.
Infidel to do bólu sztampowy ale bardzo solidny bm w szybkich tempach. Image też charakterystyczny dla gatunku i przyjętej konwencji - odwrócone krzyże na scenie, obwiązane drutem kolczastym, do tego czaszka kozła (lub czegoś rogatego) na jakimś pokracznym statywie, corpse paint, gwoździe, pasy amunicyjne, itd. Nieco pociesznie wyglądał basista, przez klatkę piersiową aż po wylewający się ze spodni brzuch miał narysowany odwrócony krzyż - nie mam nic do brzucha wylewającego się ze spodni, ale sprawiało to, jak wspomniałem, dosyć pocieszne wrażenie, w połączeniu z całością.
Infidel zagrał i poszedł sobie, ustępując na scenie miejsca Bloodthirst. Ta kapela natomiast to black/thrash, szybki, z przytupem, momentami bardzo punkowy. Na płycie ostatniej czy tam jakiejś EP ich, jaką mam, a której tytuł mi wyleciał z głowy ("Żądza krwi" chyba) nieco nie przypadł mi do gustu głos wokalisty, na żywo nie przeszkadzał mi wcale. Image bardziej thrashowy, jeśli kogoś by to interesowało. Dobry występ.
No i kapela, na którą w sumie przyszedłem - Furia. Dla niektórych objawienie, dla innych hipsterstwo i grafomania. Szczerze powiedziawszy, po analizie ich tekstów, opinia, że są black metalową Comą nie jest zupełnie bezpodstawna, jednak przynajmniej jest to coś oryginalnego. Tak czy owak, a nie chce mi się rozpisywać w sumie, bo nic mi się nie chce ostatnio, zagrali sporo starych przebojów ("Ślepych dzień", "Zgniję, nie odpowiem!", itd.) oraz trzy kawałki z najnowszej płyty ("Pódź w dół", "Są to koła" i cośtam jeszcze). Na żywo wypadły one lepiej niż na płycie, w moim przekonaniu bardziej surowej i będącej bardziej black metalową od np. "Halnego", który momentami przypominał mi Pink Floyd.
Nihil na zakończenie pozdrowił publiczność całusem.
Pomachałem se łbem, popiłem, pojadłem, wydałem ostatnie pieniądze na merch, po czym załapałem się na 15 minut koncertu gwiazdy wieczoru, Stillborn. Naprawdę nic do nich nie mam, zaczęli koncert na naprawdę wysokim poziomie, po prostu by czterech poprzednich kapelach byłem zwiędły już, a jakbym nie poszedł wtedy, to nie załapałbym się na któryś z ostatnich dziennych autobusów w stronę miasta, a potem musiałbym albo iść na piechtę, albo poczekać na nocny lub transport zapewniony przez organizatora (ale nie wiem, czy w sumie było coś takiego).
Z ciekawostek innych - dużo zgrabnych, kobiecych nóg w kabaretkach/pończochach/itp., sporo gotyckich dekoltów. Jedna fanka Massemord w ich wspaniałej, żółtej koszulce. Jakiś typ w pokracznej masce (ja bym się udusił w czymś takim), zadziwiająco dużo fanów nsbm. Trochę obora (stojąc na sali pod balkonami dwa razy polało się na mnie piwo z góry - całe szczęście, niewiele), ale zachowania wpisane jednak w konwencje.
Dobry koncert.

środa, 18 kwietnia 2012

Metra od metra

Czyli dwie książki Dmitry'a Glukhovskiego (ah, gwałt na ortografii tego dziwnego języka, lub jego wersji zangielszczonej, ach, jak przyjemny), "Metro 2033" i "Metro 2034".
Mamy tam post-apoc w ujęciu bardzo rosyjskim. Taki słowiański fallout + rosyjska dusza + odwieczny, podświadomy ludzi strach przed ciemnością. Wszystko napisane jest bardzo lirycznie, poetycko, dobro rzadko triumfuje, jeśli w ogóle, nawet po tych wszystkich latach wegetacji pod ziemią, jedyne co ludzie potrafią robić dobrze, to mordować się wzajemnie (nawet powszechnie obowiązującą w Metrze walutą jest amunicja), spiskować, itd.
Wizja świata jest w sumie prosta jak koźli członek - komuś kiedyś puściły nerwy, i większa część świata jest niezdatna do zamieszkania przez ludzi, skażona i/lub zamieszkała przez mutanty i jakieś nowe, nieznane gatunki, wrogo nastawione do niedobitków ludzkości.
A te niedobitki ludzkości gnieżdżą się głównie w moskiewskim metrze, lub tym, co tam nadało się do zamieszkania. Poszczególne skupiska ludzkie na pojedynczych stacjach przyjęły w międzyczasie najróżniejsze ustroje i wizje świata, mamy społeczność kupiecką kilku stacji, nazwaną Hanzą, gdzie czci się książkę Adama Smitha jako cenną relikwię, mamy całą jedną linię zamieszkałą przez komunistów, mamy pojedyncze stacje Czwartej Rzeszy i trockistów-gewarystów, jest wreszcie Polis, potężne centrum naukowe i kulturalne, gdzie wykształcił się system kastowy, oparty nieco na tym indyjskim. Pomiędzy tym wszystkim kursują karawany kupieckie, toczą się mniejsze i większe wojenki, działają mniej lub bardziej dziwne sekty oraz poruszają się różni wagabundowie i awanturnicy. W tym świecie mamy też lokalną wersję stalkerów - wychodzących na powierzchnię i zabierających stamtąd co się da. Rzecz jasna, stalkerzy są narażeni na wszelkie możliwe niebezpieczeństwa spustoszonego świata.
Część pierwsza dylogii, która przypadła mi do gustu bardziej, niż kontynuacja, opowiada o odizolowanej stacji leżącej na jakimś zadupiu, lecz stacji, która zaopatruje praktycznie całe metro w towar zwany herbatą. Rzecz jasna z herbatą w dzisiejszym tego słowa znaczeniu napar ten nie miał nic wspólnego (była to pochodna grzybów jakiś), jednak zgodnie z zasadą "na bezrybiu i rak ryba" cieszył się ten specyfik w metrze dużą popularnością.
Jednak stacja jest w niebezpieczeństwie - z dalszych, niezamieszkałych czeluści metra, a zapewne i jakimś cudem z powierzchni nadchodzą Czarni, rasa dziwacznych mutantów, obdarzona potężnymi zdolnościami telepatycznymi. Los całego metra wydaje się być przesądzony, ale wtedy na stacje przybywa tajemniczy stalker Hunter ("Hunter? To nie jest rosyjskie nazwisko?"), który odmienia przypadkiem życie głównego bohatera, młodego Artema. Artem zostaje przez niego wysłany z misją dotarcia do Polis (czyli musiałby przejść w sumie całe metro). A jak tam w końcu dotrze, to jeszcze wiele przygód przed nim, m.in. wyjście na powierzchnię i natrafienie na "metro w metrze" czyli zapomniane, leżące gdzieś indziej bunkry rządowe.
W "Metrze 2033" najbardziej podobał mi się sugestywnie przedstawiony przez autora nastrój osaczenia i iście lovecraftowska atmosfera złowrogiego Nieznanego, istniejącego gdzieś na krawędzi padającego światła, w wiecznej ciemności tuneli metra. Nie zapomnę chyba do końca życia przygód Artema i spotkanego przypadkiem szalonego mistyka, uważającego się za kolejne wcielenie Czyngis-Chana, i ich ucieczki tunelami przed Czymś, co nie miało dobrych zamiarów.
Elementów mistycyzujących jest w obu książkach multum - mamy stacje, gdzie każdy z tych, którzy tamtędy przechodzą, narażony jest na konfrontacje z rozmaitymi wizjami, mamy odcinki tuneli, gdzie występują różne para-psychiczne anomalie, powodujące obłęd u przechodzących, mamy wreszcie rozmaite sekty i pojedyncze nowe koncepcje religijne (m.in. o duszach zmarłych w metrze, które tam pozostają, i krążą w rurach; opowieść o stacji satanistów, kopiących dziurę do piekła; wagon zamieszkały przez grupę post-chrześcijańską). Jest motyw utraconego raju/Arkadii, odizolowanych stacji metra pod dawnym uniwersytetem, gdzie żyją samowystarczalnie najlepsi z ludzkości, którzy przedostaną się do reszty metra, gdy ludzkość tam mieszkająca stanie się lepsza. Autorowi należą się wielkie brawa za wizję świata.
Niestety, nastrój grozy w części pierwszej mija mniej-więcej w połowie książki, potem zastąpiony przez - chociaż tyle - niemniej ciekawe rozterki filozoficzne głównego bohatera, a dokładnie o wolności woli i predestynacji do wykonania wielkiego zadania. O tajemniczym Losie, wiszącym nad bohaterem jak antyczne fatum.
Ale zdecydowanie najciekawszym elementem jest wplecenie do fabuły książki teorii spiskowej, mówiącej o tym, że ZSRR był tworem sensu stricte satanistycznym - czerwone gwiazdy to pentagramy zamieszkałe przez demony. Najpotężniejsze zostały umieszczone na Kremlu - czerwone gwiazdy świecące na cały kraj, gwiazdy pulsujące i żyjące nieludzkim życiem, zwabiające stalkerów, którzy mieli nieszczęście na nie spojrzeć na zatracenie i śmierć. A młodzi komuniści od swojego pierwszego pentagramu w Komsomole, gdy byli nim kłóci lekko ale do krwi, przypieczętowali swój pakt tym z demonem żyjącym w pentagramie - na całe życie. Srogo.
I piękne zakończenie jest części pierwszej - niby zrealizowano, co chciano, ale okazało się, że to wcale nie było tak. Lubię złe zakończenia.
Część druga zaś, oj, średnio przypadła mi do gustu. Tzn. wszystko pozostało tam takie samo - ten sam klimat, ten sam świat, równie ciekawe i skomplikowane postacie (tajemniczy grajek-lekkoduch, córka zesłańca, starszy pisarz zazdrosny o nią jako o swoistą muzę - jednak bez podtekstów erotycznych żadnych, wreszcie... Hunter - ale bardzo odmieniony), liryczność i rosyjskość ducha została tam doprowadzona do ekstremum (scena finałowa...), jednak zabrakło jakiejś - takiej świeżości części pierwszej, jej polotu, jej napięcia i mroku. Co ciekawe, nie wiem też, czy główny bohater części pierwszej w książce się pojawia - występuje tam postać drugoplanowa o takim samym imieniu, ale nie jestem w stanie stwierdzić, czy to ten sam gość po latach.
Nie oznacza to w sumie, że 2034 jest dużo gorsze od 2033 - być może gdyby były napisane w odwrotnej kolejności, moja opinia byłaby inna. Tak czy siak, polecam jedno i drugie metro.

Waldemar Łysiak "Wyspy zaczarowane"

Waldemar Łysiak to postać nietuzinkowa. Trochę mitoman, trochę egoista, dosyć kłótliwy nawet jak na prawicowca, zresztą mało kto go w sumie lubi - oprócz czytelników "GP" czy "URz". No i ma swoje fascynacje niezrozumiałe szerzej w kąąserwatywnym stęchłym półświatku, w rodzaju darzenia niezwykłą estymą postaci Napoleona, wyklinanego i przez post-endectwo jak i przez monarchistów.
Może właśnie dlatego, chociaż z poglądami autora, po okresie fascynacji i uwielbienia dla jego pozycji w stylu "Salon" czy "Stulecie kłamców" zdążyłem się rozminąć, samego autora darzę nadal szacunkiem. No i tak pięknie dokopał kiedyś smętnemu liberałowi Ziemkiewiczowi w polemice na łamach "GP" dawno, dawno temu.
"Wyspy zaczarowane" to dosyć wczesna książka autora, z czasów, gdy nie manifestował jeszcze swoich poglądów politycznych. Mamy tam kilka opowieści z autora podróży po Włoszech za czasów hmm no dawno temu. Jak to spotkał złodzieja zabytków, który za zarobione pieniądze odnawiał inne zabytki, jak to dał w łapę kustoszce muzeum, by wejść tam jak było nieczynne, rzecz jasna jest też kilka opowiastek z ery napoleońskiej. A wszystkie one dotyczą w pierwszej kolejności właśnie zabytków włoskich, rozmaitych.
Wszystko napisane ładnym, nieco poetyckim, wrażliwym ale i lekko zadziornym stylem.
A że książkę opisywaną kupiłem na targu staroci za 5zł to tym bardziej jestem zadowolony.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Odpryski VII

Cóż za świat, cóż za żywot smętny, że blog zarósł niczym trawa na grobie* Korwina. Najpierw walkirie przybyły po mojego laptopa (pa, pa 150 giga pirackich mp3), potem zaś ściągnąłem Titan Questa, i moje życie zawiesiło się na okres mniej-więcej miesiąca. Ale w końcu przemogłem się, i wracam tu w chałwie czy tam innej chwale. Chale. Czymkolwiek.
Ten blog nigdy nie był jednym z tych wielu wspaniałych internetowych pamiętników ("dziś się najebałem ze Staszkiem, potem zarzygałem oryginalnego Van Gogha Zbyszkowi") tzn. chciałem coś jeszcze napisać, ale w sumie nie wiem, co i po co. Tak to już jest, człowiek w najdziwniejszych sytuacjach snuje cudowne wizje czegokolwiek, pomysły godne literackiego Nobla przelatują przez jego umysł z siłą treści żołądkowej przelatującej akurat w drugą stronę niż zazwyczaj, a jak już siada i chce pisać, to zaczyna rozmyślać nagle ni z gruchy, ni z pietruchy, ni z kozła o dupie Maryni, czasami nawet dosłownie. I cóż poradzić, tak ten świat jest już skonstruowany.
Zapisałem się do osiedlowej filii biblioteki jakiejśtam wszechkrakowskiej. Ciekawostka - na komputerze dla użytkowników zainstalowane były Starcraft:Brood War, Diablo (1!), Homm3 i Worms3D. Hmm.
A wypożyczyłem sobie "Lód" Dukaja, uciąłem sobie też krótką pogawędkę na jego temat z miłą panią bibliotekarką, nie przypominającej jednak niestety stereotypowej bibliotekarki z filmów dla dorosłych.
No, dosyć smucenia, że źle i niedobrze, wracam do pisania.


* politycznym

sobota, 25 lutego 2012

Jerome D. Salinger "The Catcher in the Rye"

Czyli słynny "Buszujący w zbożu", edycja nie dość, że angielskojęzyczna, to jeszcze oryginalny zapis tekstu. (Dygresja związana z polskim obowiązującym tytułem - "catcher" to jak na mój gust raczej jakiś "łapacz" niż "buszujący". Ale nie znam się.)
A cóż to jest za zapis! Autor postarał się, aby dzieło swoje wyglądało odpowiednio prawdopodobnie jak na opowieść szesnastolatka. Pełno tam dziwacznych, slangowych skrótów i wyrażeń, narrator utożsamiony z bohaterem nadużywa swoich ulubionych powiedzonek i przekleństw. Także ogląd rzeczywistości i podejście do świata sprawia wrażenie bardzo prawdopodobnego jak na zbuntowanego nastolatka, palącego i spijającego się, i nie chcącego dorosnąć.
O czym właściwie jest ta historia? O nastolatku, który wywalony z kolejnej prywatnej szkoły średniej (takiej wielkiej, z internatem), postanawia przed powrotem do domu (tzn. on w sumie nie wiedział, czy chce wrócić, czy nie) trochę pozwiedzać najbliższy świat i znaleźć w nim jakiś sens. Zmaga się przy tym z problemami dosyć typowymi dla szesnastolatków, niezależnie od czasów, w których żyją (książka została wydana w 1951 roku a opisane zdarzenia rozgrywają się pięć lat wcześniej) - czyli z akceptacją dla samego siebie, z frustracją związaną z dojrzewaniem płciowym, z tym, że mało kto mu sprzeda alkohol w knajpie, bunt, burza i napór, pierwsze miłości, utarczki z rówieśnikami, itd - wszyscy przez to przeszliśmy, to możemy się domyślać, co się w książce dzieje.
Właśnie, możemy się domyślać, ale zapewne nieco nie trafimy w swoich przewidywaniach. W porównaniu do stereotypowego ogółu polskich szesnastolatków A.D. 2012, buszujący w zbożu w 1946 roku Holden jest aniołem, cichym i spokojnym człowiekiem. Niewiarygodne, że ta książka mogła wywołać takie poruszenie, kiedy się ukazała. Była wtedy potężnym kopniakiem w purytańską pruderię amerykańskiego społeczeństwa, na chwilę obecną jednak nie jest niczym aż tak poruszającym, jak wtedy. Wtedy bowiem obraz nastolatka pijącego, palącego, przeklinającego, uciekającego z domu, kłamiącego (także dla zabawy), bluźniącego na religię, mającego w poważaniu wartości rodzinne, wreszcie spotykającego się z prostytutkami czy podrywającego kobiety dwukrotnie od siebie starsze był czymś niewyobrażalnym, czymś absolutnie antyspołecznym, godzącym we wszelkie normy społeczne i przyjęte obyczaje. W czasach obecnych jest to w sumie szara rzeczywistość. Dlatego też, przenosząc na książkę współczesne wyobrażenia, zawiodłem się nieco, spodziewając się zezwierzęconej orgii zepsucia i dzikiego, rozpasanego nihilizmu, przy którym zabawa "w słoneczko" blednie i czerwieni się ze wstydu, a tymczasem poznałem historię wrażliwego i sympatycznego młodego człowieka, szukającego swojego miejsca w życiu, sensu życia, który nawet w swoim buncie zachowuje mimo wszystko jakiś moralny kręgosłup i jakieś wartości, różne od wartości otoczenia, ale jednak. Zawiodłem się więc pozytywnie - bunt Holdena nie jest autodestrukcyjną apoteozą wszelkiej degrengolady, tutaj niewinność miesza się z pośpiesznym dorastaniem, gdzie ze świata dorosłych, pełnego niezrozumiałych rytuałów i nudnych snobów młody bohater zbiera w sumie to, co najgorsze.
Swoją drogą, zawiodłem się swego czasu książkami markiza de Sade, których okropieństwa zupełnie współcześnie spowszedniały, więc nie ma się czym moją opinią sugerować, nie mogę odmówić tej książce wszystkich jej licznych plusów, już zresztą wymienionych, oraz tego, że była kolejnym (i w sumie nadal mimo wszystko jest) kopniakiem w zastaną, zmurszałą społeczną rzeczywistość dawno martwych form. W książce przewijały się jeszcze motywy wyalienowania ze społeczeństwa osoby niepełnosprawnej oraz pedofilii wśród nauczycieli, co było dolaniem oliwy do ognia, który ogarnął broniącą się, cenzorującą książkę amerykańską dulszczyznę.
No i nie wiem, czy z moim angielskim wszystko zrozumiałem z tej książki tak, jak powinienem. :P

BTW a sam autor jaką był ciekawą postacią!

piątek, 24 lutego 2012

Odpryski II

1) Blogasqowe statystki bywają czasem zatrważające. Np. mam 46 odwiedzin bloga z jakiejś ruskiej strony, na której są same reklamy. Cóż, pewnie jakiś bot albo cokolwiek.
Najwięcej przypadkowych ludków zaś trafiło wyszukując "duszę wypuścił przekrólewszczenie blogspot". To przez to, że kiedyś wrzuciłem tu link do wrzuconego na YT kawałka z tej kasety. Jeśli kiedyś założyłbym bloga warezowego, to nie omieszkałbym tam tego wrzucić, ale tutaj praktyki infoanarchistycznej nie będzie, bo popsułoby to myśl przewodnią (której w sumie nie ma, ale co tam).
Reszta statystyk (od lipca 2011 do lutego 2012) jest na tyle sympatyczna, że aż się nimi pochwalę:
a) liczba wyświetleń stron wg. krajów - Polska 1177, Rosja 100, Niemcy 24, StZjed 10, WlkBryt 9, Szwecja 9, Ukraina 4, Szwajcaria 3, Kanada 2, Węgry 2. Dużo tego, aż dziw bierze. Pewnie link na lastfm zrobił swoje, bo skąd by niby indziej tyle ludzisk się tu wzięło.
b) liczba wyświetleń stron wg. przeglądarek - Firefox 799 (58%), Opera 277 (20%), Chrome 166 (12%), Internet Explorer 104 (7%) [wow]; Netscape 3, Safari 3, Iron 1, Mobile Safari 1, NS8 1- wszystko poniżej 1%. Tych ostatnich w ogóle nie kojarzę, pewnie jakieś wyorbitowane pojęcia na telefonach komórkowych, telewizorach, wibratorach, czy gdziekolwiek.
c) liczba wyświetleń stron wg. systemów operacyjnych - nie ma zaskoczenia, Windows 1281 (95%). Potem Linux (hm, słaby podział :P) 36 (2%), Mac 15 (1%), Other Unix (hm, jeszcze słabszy podział) 4 (mniej niż 1%), Ubuntu 2 (mniej niż 1%), Android i Nokia (hm, jaka?) po 1 i mniej niż 1%. Ach, i jeszcze po jednym iPadzie i iPodzie - ktokolwiek tego używa - Wasz Guru nie żyje, więc Wy też idźcie się zabić, pozdrawiam serdecznie.
Najwięcej wyświetleń ma post o książce "Ulubienica bogini Pele" - 37. Że tak powiem, WTF? W jakiś kręgach jest to czytadło aż tak popularne? Drugi w kolejności jest "Nowe Duszę Wypuścił" (26; spoko, jest to do znalezienia w necie, ale nie tutaj), potem o modach do HoMM3 (25), potem zaś chujowa Jutrzenka i 13 grudnia - po 14. "Wojny Urojone" 10, "Tylko cisza" 9, Age of Chivalry 13, Air Show 9, Wstęp 9 (dobrze, że to gówno edytowałem trochę ostatnio). Dziwi mnie nikła popularność np. czegoś o Urth Nowego Słońca czy czegokolwiek z Aldissem. Cóż, Kali Juga.
Liczba wyświetleń stron wzrasta bardzo cały czas, najwięcej zostało osiągnięte właśnie w lutym tego roku, 371.

2) Silnie rozwija się na krakowskim rynku i jego okolicach nowy sektor usług. Po czym to wnioskuję? Cóż, chyba każdy, kto wieczorem tamtędy chociażby tylko przechodzi, natrafia na swojej drodze na wielu smętnych ludzisków wciskających ulotki/kupony zniżkowe/itp. różnych knajp, klubów i restauracji. Ostatnimi czasy, czego nie było na pewno wcześniej, chociażby jeszcze z rok temu, spora część tych świstków (ba, jest ich wręcz więcej niż papierzysk "zwykłych" lokali) to reklamy klubów ze striptizem, których w okolicy namnożyło się znienacka. Co jeszcze ciekawsze, naganiacze ulotkowi z tych lokali zaczepiają także przypadkowych studentów. Jest to dosyć absurdalne, abym miał za samo wejście gdziekolwiek zapłacić 20zł (i to już po jakiejś zniżce). A kobiet i ich wdzięków tyle wszędzie wokoło (wystarczy umieć i chcieć znaleźć) i to nieraz dostępnych "za jeden uśmiech", że po cholerę ktokolwiek normalny miałby łazić do takich smętnych miejsc, pełnych - zapewne - mafiozów, biznesmenów, być może też polityków i wszelkiego innego ludzkiego ścieku.

3) Kończę właśnie czytać "Buszującego w zbożu" (książkę angielskojęzyczną, nie tłumaczenie), a potem, zamiast tego, co wspomniałem jakiś czas temu, przeczytam trylogię "Eden". Poważniejsze rzeczy poczekają spokojnie dalej na swoją kolej. Brałem się kilka razy za "Awanturnicze serce", ale jest to tak kuźwa ni przećpane, ni wizyjne, pełne aluzji i alegorii, po prostu ciężkie i dziwaczne, że na razie dałem sobie z tą swoją drogą malutką książeczką spokój.
Jak już wspomniałem o ćpaniu i Ernście, to ostatnio Kronos/Fundacja Cieszkowskiego na stronie na facebooku ogłosili, że ernstowa książka "Przybliżenia. Narkotyki i upojenie" ukaże się w listopadzie w Bibliotece Kwartalnika Kronos. Już widzę butthurt internetowego prawactwa, do tej pory znającego tylko brunatną twarz tego autora. Bardzo dobrze, że w końcu ukaże się to po polsku, osobiście wolałbym jednak, żeby ktoś pochylił się nad "Eumeswil".

No to chyba tyle odprysków.

czwartek, 23 lutego 2012

Mike Resnick "Pożeracz Dusz"

Czytając tą książkę dałem się autorowi zaskoczyć. Dwukrotnie. Raz wtedy, gdy po lekturze około 1/3 całości byłem przekonany, że czytam standardową space operę, drugi raz wtedy, gdy dotarłem do końca.
Opowieść zaczyna się na jakieś pierdołowatej planecie na zupełnym zadupiu kosmosu, gdzie w lokalnym baro-sklepo-hotelo-burdelu przesiaduje najlepszy myśliwy galaktyki, Nicobar Lane. Zajmuje się dostarczaniem różnym zoo, muzeom, galeriom, kolekcjonerom prywatnym najdzikszych i najbardziej niesamowitych zwierząt z najróżniejszych, najbardziej niegościnnych planet. Dostarcza je żywe lub - znacznie częściej - martwe.
Pewnego dnia zgłasza się do niego przedstawiciel pewnej wielkiej korporacji, z niecodzienną propozycją - upolowania mitycznego stworzenia, mającego wiele różnych imion, a poruszającego się swobodnie w przestrzeni międzygwiezdnej, poza prawami fizyki. Lane wyśmiał tego człowieka, ale bardzo szybko przekonał się, że taki stwór istnieje rzeczywiście.
Potem czytelnik obserwuje narastającą paranoję u głównego bohatera, który ostatecznie wręcz niszczy wszystko co kochał i wszystko co miało dla niego jakikolwiek sens, w ślepej pogoni za mitycznym stworem. Jego walka ciągnie się całymi latami, podczas których Lane dopuszcza się najbardziej odrażających czynów, by tylko zdobyć środki na kontynuowanie swojej samotnej krucjaty. Wreszcie udaje mu się nawiązać kontakt z przedstawicielem wymierającej, starożytnej rasy, która przed tysiącami lat wypowiedziała całej rasie takich międzygwiezdnych stworzeń wojnę na śmierć i życie. Oszczędności całego życia przeznacza na zakup materiałów, by obcy zbudował dla niego broń, zdolną zabić istotę składającą się tylko z energii...
W pewnym momencie space opera staje się psychologicznym studium postępującej paranoi, obłędu i frustracji o podłożu seksualnym, gdyż tajemnicza istota jest silnym empatą, przez co zadawane jej bodźce bólu sprawiają zadającemu perwersyjną przyjemność, gdyż wracają do niego odbite przez stwora. Zakończenie zaś to majstersztyk, co prawda można było je przewidzieć tak gdzieś od 2/3 książki, ale scenka w barze zapada i tak w pamięć bardzo mocno.

niedziela, 19 lutego 2012

Robert Silverberg "W dół, do ziemi"

Trzecia książka mistrza Silverberga jaką czytałem, po "Cierniach" i "Człowieku w Labiryncie". Lepsza moim zdaniem od "Cierni", nieco gorsza od "Człowieka".
Ale po kolei.
Mamy tu standardową chyba dla tego autora historię - o człowieku, który skonfrontowany z obcością zmienia się. Tutaj dodatkowo mamy chęć bohatera do przejścia zmiany, jego pobudki są związane z pragnieniem odpokutowania jego win. Jakie to winy? Cóż, Edmund był zarządcą na pewnej planecie, eksploatowanej przez ludzi, dopuścił się niezbyt przyjemnych czynów wobec przedstawicieli lokalnej inteligentnej rasy (rasa ta, że tak pojadę Spenglerem, ma swoją kulturę, ale nie ma praktycznie żadnej cywilizacji, ani cywilizacji rozumianej popularnie - to po prostu istoty słoniopodobne, mające własny język, strukturę społeczną i religię, ale nie stawiające nawet budynków, nie znające nauki i techniki jako takiej; na planecie żyje też inna rasa rozumna, ale o tym potem), męczyło go to na tyle, że po latach powrócił na planetę, gdzie ślady po ludzkiej bytności są pożerane przez dżungle i dzicz, a nieliczni ludzie jeszcze tam mieszkający wegetują wśród ruin, albo oprowadzając turytów, albo po prostu gnijąc. Powrócił, by udać się do Krainy Mgieł - tajemniczej i niezbadanej krainy, gdzie odbywa się pewien rytuał religijny tubylczych ras słoniopodobnich nildorów i z grubsza człekokształtnych sulidorów. Wyrusza tam gnany poczuciem, że dostąpi tam odkupienia.
Przyjdzie mu w czasie podróży znaleźć kilku starych znajomych, w tym dawną kochankę. Przyjdzie mu zobaczyć jak planeta podbiła swoich zdobywców, przyjdzie mu zmierzyć się samemu z sobą i porzucić niemalże swoje człowieczeństwo. Pozna też tajemnice innych nielicznych ludzi, którzy poddali się temu rytuałowi, zarówno tych, którzy spadli "w dół, do ziemi" (nieszczęśnik Kurtz) jak i tych, po których ślad i słuch zaginął. Pozna tajemnice dwóch ras zamieszkujących planetę, w tym tą najbardziej niezwykłą i przerażającą tajemnicę.
Rewelacyjna książka, sugestywna wizja świata, wysokie umiejętności autora, tylko nieco smętne zakończenie (nie spodziewałem się w sumie że tak a nie inaczej, wolałbym coś z samozniszczeniem bohatera a nie z ... a, zresztą). Tak czy siak bardzo polecam i zachęcam.

piątek, 17 lutego 2012

Mike Resnick "Mroczna Pani"

Moja pierwsza książka Resnicka jaką przeczytałem od deski do deski, autora znałem co prawda wcześniej z jakiś opowiadań, antologii, urywków, przeglądania książek czy to w księgarniach czy w antykwariatach, jednak to jest mój pierwszy raz z Resnickiem, i jak na pierwszy raz, to autor był czuły i delikatny.
Tak czy siak, jest to powieść z drugim dnem, utrzymana w konwencji s-f. Głównym bohaterem jest Leonardo (takie ma imię w ludzkim języku, jego własne byłoby nie do wymówienia) z rasy Bjornn, jeden z najlepiej przedstawionych w książkach obcych o jakich czytałem kiedykolwiek. Jego przemyślenia o etyce i moralności dominujących w świecie (światach) ludzi, ich konfrontowanie z jego własnymi etyką i moralnością oraz pewna niemożność ich pogodzenia ze sobą, która to niemożność przyczynia się do licznych, poważnych zawirowań, kluczowych wręcz w dalszym jego życiu. Spotyka się on również z wszechobecnym rasizmem, zarówno ludzi do nieludzi, jak i nieludzi do ludzi.
Tytułowa "Mroczna Pani" to tajemnicza istota, która, jak się okazuje, ukazuje się tym mężczyznom, i to od ponad 8000 lat, których cechuje ryzykanctwo, pogarda dla śmierci i/lub życia, rozmaicie pojęty heroizm. Niestety, większość z nich prędzej czy później ginie, właśnie pośrednio przez nią. Leonardo styka się z nią bezpośrednio, najpierw jednak przypadkowo, gdy pracuje jako rzeczoznawca dla pewnej galerii sztuki...
Ogólnie rzecz biorąc, nie chce mi się jakoś rozpisywać, chociaż mógłbym, ale czuje ostatnio jakąś taką niechęć do smęcenia tutaj, więc tyle. Tak czy siak, książkę polecam zdecydowanie, sporo prawd o nas samych, o naszych, ludzkich, wadach, zaletach i hipokryzji. Ku przestrodze nieco.

niedziela, 12 lutego 2012

Ian Watson "Podróż Czechowa"

Dawno nie czytałem niczego, co dotyczyłoby szeroko pojętego namieszania w czasie i przestrzeni, więc w końcu sięgnąłem i po coś takiego.
Druga książka Watsona jaką czytałem, po "Łowcy śmierci", ładnie wydana przez Solaris, w 2003 roku. Duża czcionka, dobre tłumaczenie. Kosztuje niby 19,90 a u znajomego przydworcowego handlarza książkami używanymi, razem z dwoma innymi książkami zapłaciłem łącznie 25zł. To takie fajne uczucie, być czyimś stałym klientem.
Niezależnie od tego, ile za tą książkę zapłacisz, jej fabuła dzieje się jednocześnie w trzech czasach jednocześnie - na początku XX wieku, gdy pisarz Czechow (poczciwy człowiek cierpiący m.in. na hemoroidy oraz dolegliwości żołądka, niby lekarz, pisarz, Anton) podróżuje po Syberii, pod koniec wieku XX, gdy ZSRR nadal istnieje (i to na tyle nieźle, że w 1989 roku powodzeniem zakończyła się radziecka załogowa misja na Księżyc), i ma powstać film o tymże właśnie Czechowie, oraz gdzieś kiedyś w przyszłości, gdy ZSRR wysyła w kosmos ogromny, supernowoczesny statek (zbudowany na planie sierpa i młota) z misją kolonizacyjną.
Najważniejsze dzieje się w wieku XX, gdyż aby nakręcić idealny film, ekipa filmowa najpierw znalazła idealnego sobowtóra Czechowa, a potem zatrudniła lekarza-hipnotyzera, który potrafi przez wprowadzenie danej osoby w trans sprawić, że autentycznie staje się ta osoba tamtą inną osobą. Sobowtór Czechowa staje się więc najpierw samym Czechowem, a potem na dodatek innym sobowtórem Czechowa, który jest kapitanem radzieckiego statku kosmicznego.
Na dodatek w XX-wiecznej "teraźniejszości" dla świata przedstawionego w książce, dochodzi do serii zdarzeń, które każą przypuszczać, że zmienił się bieg historii, odkąd sobowtór Czechowa stał się Czechowem w przyszłości i w przeszłości. Czechow bowiem nagle znajduje w przeszłości informacje o katastrofie tunguskiej na 20 lat przed jej wystąpieniem, po czym, nieco wbrew sobie, wyrusza tam, aby zobaczyć obszar katastrofy. Towarzyszy mu m.in. nieco szalony, przygłuchy astronom/wynalazca/fizyk/samouk polskiego pochodzenia, Konstantyn Ciołkowski oraz szaman z lokalnego plemienia Tunguzów. Tymczasem do takiej wyprawy, nie wspominając już o przesunięciu w czasie katastrofy tunguskiej, nigdy nie powinno dojść, historia została zmieniona.
Nie tylko jednak przeszłość została zmieniona, ale też i przyszłość, co sprawi w sumie zmianę przeszłości, o czym przekona się załoga radzieckiego statku kosmicznego, który zamiast lecieć w przestrzeń, zamiast tego stanął w miejscu, i zaczął się cofać w czasie...
Fabuła jest dosyć zagmatwana, jednak sama książka, mimo ogólnej powagi, jest jednak lekką i przyjemną oraz bezproblemową lekturą, zwłaszcza w moim osobistym odczuciu, gdy porównałem jej ogólny "klimat" do poprzedniej książki tego samego autora, jaką czytałem. "Podróż Czechowa" można spokojnie przeczytać w godzinę, półtorej. Nie jest to zła książka, mam jednak nieokreślony niedosyt po jej przeczytaniu.

Bohdan Petecki "Tylko cisza"

Po książce Peteckiego, którą przedstawiłem gdzieś niżej, w nieznanym Kadath półek z książkami znalazłem kolejną perełkę tego autora, co tam perełkę, ba, istny diament znalazłem. Oto książka która już byłaby dobrą kandydatką do tytułu "Książka Lutego", gdybym prowadził taki ranking.
Fabuła nie jest dosyć skomplikowana ale za to autor wykazał się ogromną wyobraźnią.
Po dziesięciu latach kończy się gwiezdna misja, załoga w komplecie wraca na Ziemię. Misja zakończyła się wielkim rozczarowaniem. Wyruszali w kosmos jako ci, którzy być może jako pierwsi dostąpią zaszczytu nawiązania kontaktu z obcą cywilizacją. Bowiem od pozostawionej gdzieś hen w kosmicznej otchłani stacji nadawczej, oprócz jej własnego sygnału, zaczął dobiegać jakiś obcy. Niestety, okazało się, że jest to tylko efekt przypadkowej awarii.
Po zmęczonych kosmonautów nie przybył jednak nikt, a stacja orbitalna, z załogą zmniejszoną do dwóch ludzi, wygląda na praktycznie martwą. Jak się okazało, na tych, którzy powrócili z gwiazd, czeka ogrom niespodzianek na ich rodzinnej planecie. Przede wszystkim do powszechnego użycia wszedł rodzaj generatora pola siłowego, które spokojnie może zastąpić nie tylko ściany dowolnych budynków, ale też praktycznie każdy rodzaj materiału, tworzywa, itd. łącznie z karoseriami pojazdów. Nie wyjaśniało to jednak wielu zagadek, przede wszystkim czemu nikt praktycznie nie przywitał kosmonautów, i co się właściwie dzieje, gdyż główny bohater, przez morze niedomówień zaczął podejrzewać najbardziej nieprawdopodobne scenariusze inżynierii społecznej.
Prawda okazała się być jednak znacznie bardziej wstrząsająca. Przybyli z kosmosu w przeddzień najbardziej przełomowego wydarzenia w historii ludzkości. Mianowicie, postanowiono, że przy pomocy ogromnych generatorów pól siłowych i generatorów pól o niedawno opracowanych właściwościach, cała ludzkość, wszyscy mieszkańcy Ziemi... zostaną zahibernowani. Na 80 lat. A przez ten czas fauna, flora i przyroda nieożywiona zregeneruje się na tyle, że żeby zobaczyć byle żabę, nie trzeba będzie jechać gdzieś hen daleko do rezerwatu. Nie będą potrzebne specjalne satelity, żeby pory roku funkcjonowały jakkolwiek. Rozłoży się sporo śmieci, zagrożone gatunki odżyją, powietrze się przeczyści, Matka Natura się zregeneruje, wolna od aktywnie funkcjonującej cywilizacji ludzkiej. Nad bezpieczeństwem i sprawnością całej infrastruktury będą natomiast czuwały roboty i pola siłowe.
Jednak nie wszyscy pójdą spać na 80 lat. Pracownicy Centrali natomiast, instytucji zajmującej się eksploracją kosmosu, praktycznie wszyscy co do jednego, zostali wysłani w przestrzeń w celu odnalezienia śladów pozaziemskich cywilizacji.
Zaś na samej Ziemi rozlokowano sieć strażnic, w których, budząc i hibernując się co 20 lat, będą żyć i pracować ci, którzy dopilnują, że uśpionej ludzkości nie stanie się krzywda. Większa część tych strażników to piloci kosmiczni, przyzwyczajeni do długotrwałej samotności w nieznanym otoczeniu.
W tym także ci świeżo przybyli na Ziemię.
W ciągu danych 20 latach na całej Ziemi tylko jeden strażnik nie śpi. Nie wiedzą oni o swoim wzajemnym położeniu, i nie mogą się ze sobą nijak kontaktować. Nie znają się także. Jednak ich praca jest monitorowana, a jej zapis przekazywany przez sieć kolejnemu strażnikowi. Cały system uzbrojono w solidny zestaw zabezpieczeń, strażnice są zamaskowane, na ich wyposażeniu jest najnowocześniejsza technologia. Strażnik ma też kontakt z misjami kosmicznymi.
Główny bohater budzi się i rozpoczyna swoją pracę. Widzi jak Ziemia jaką znał zmieniła się, i zmieni się jeszcze bardziej, zanim cała operacja się skończy.
Najbardziej dokuczliwa staje się cisza. Brak wszechobecnego hałasu cywilizacji, wielkich miast drażni, zadziwia, denerwuje, dokucza. Samotny strażnik zaczyna wreszcie mieć omamy słuchowe i wzrokowe, jego psychika zaczyna niedomagać. Odnalezienie czegoś, co może świadczyć o tym, że nie cała ludzkość poszła grzecznie spać na 80 lat, spotęgowało tylko stopniowe popadanie głównego bohatera w obłęd.
Okazuje się jednak, że faktycznie ktoś niepowołany nie śpi. Pozostaje pytanie, kim on/oni są, i czego będzie/będą oczekiwać od strażnika...

Czegoś tak naprawdę dobrego nie czytałem dawno. Multum płaszczyzn i drugich den - zarówno refleksja nad samotnością i psychiką człowieka żyjącego samego przez 20 lat, refleksja nad losem naszej pieprzonej planety i ludzką działalnością na niej, chwila zadumy nad złudną wiarą w potęgę nauki i ślepe zawierzenie jej, oraz najbardziej chyba porażająca i zmuszająca do myślenia refleksja, że nawet jeśli mamy jakąś swoją wizję świata idealnego, wizję tyleż utopijną, co diametralnie inną od zastanej rzeczywistości, to żyjąc właśnie w tej rzeczywistości tu i teraz, być może mimo wszystko nie potrafilibyśmy żyć w naszym wymarzonym świecie, bo nasz niewymarzony, krytykowany i znienawidzony świat na tyle nas do siebie przystosował, że nie odnajdziemy się poza nim. To bardzo ważna, i szczerze powiedziawszy, bardzo mi bliska myśl. A książkę polecam jak najserdeczniej każdemu, nie dość, że o porywającej treści, to solidna warsztatowo i stylistycznie.