Krakowskie wydawnictwo vis-a-vis etiuda zrobiło rzecz bardzo poczciwą - wydało wszystkie części "Odysei kosmicznej" w jednej książce. Co więcej, te 870 stron nadały się idealnie do poczytania w pociągu. Starczyły na trzy przejazdy, w tym jeden trwający około dziesięciu godzin.
Nie rozumiem ludzi, którzy narzekają na to, że nie mają w czasie jazdy pociągiem niczego do roboty i nudzi mi się. Ja nawet nie zauważyłem, kiedy pociąg z Krk wtoczył się na peron 1 w Gdańsku Głównym czy tam Centralnym, czy jak się to zwało, nie pamiętam. Krótsze przejazdy spędzone na lekturze mijają z prędkością mgnienia oka. No, prawie. Ale nie czuć upływającego czasu.
Zresztą, czas jest względny.
Wracając do tematu, książkę kupiłem przy dworcu w Krk. Za 35zł kupiłem ją i dwie inne (o których tu jeszcze będzie), tymczasem cena wydawcy samej tylko tej jednej książki to 39,30zł.
Widać, że nie byłem jej pierwszym użytkownikiem, ale nie przeszkadza to w niczym.
Clarke bardzo poważnie podchodził do swojej twórczości. Do wszystkich części "Odysei" autor napisał bogate wyjaśnienia. Opierał się na rzeczywistych koncepcjach naukowych, prowadzonych badaniach, podawał do nich przypisy, opisywał swoje spotkania z naukowcami. Imionami żyjących w czasie, gdy pisał książki naukowców czy kosmonautów nazywał statki kosmiczne. Antycypował swoimi pomysłami nieco rozwiązań, które zaistniały potem rzeczywiście. Pomijając elementy fantastyczne, jak obca cywilizacja, monolity, itd, ludzkie osadnictwo na księżycach dawnego Jowisza (który w międzyczasie stał się drugim słońcem w naszym układzie słonecznym, i zmieniono jego nazwę - Jowisz stał się Lucyferem) i futurologiczne, poziom technologii pokrywa się mniej-więcej z tym, co jest teraz lub co być może będzie możliwe kiedyś, ale w bliższym kiedyś, niż w dalszym kiedyś.
Bijąca z kart książek autora wiara w potęgę technologii, ludzkiego rozumu, naiwne przekonanie, że ludzkość się rozbroi, zacznie pokojowo współpracować, itd. psuje nieco swoim optymizmem ogólny wydźwięk całości, jednak jest świadectwem czasów, w jakich autor tworzył, jest odbiciem jego nadziei i pragnień. W sumie nie można mu mieć tego za złe. No i autor zdawał się rozgraniczać komunizm od stalinizmu, chociaż stwierdził, że i tak ten system nie był możliwy do wprowadzenia. Autor skrytykował też religię jako taką, czym znów chwycił mnie za serce.
Na Księżycu odkryto tajemniczy monolit. Sam się aktywował i wysłał sygnał w kierunku Jowisza. Wysłana tam misja znalazła się na krawędzi zagłady przez bunt pokładowego superkomputera HAL 9000, ostatecznie jednak ostatni ocalały członek załogi dociera do czegoś (co jest przepięknie opisane, co budzi skojarzenia z teorią strun czy innego wieloświata, ale czego nie będę tu spojlerzył) po czym ulega przemianie. Okazuje się, że nie jesteśmy sami we wszechświecie. A ci, którzy byli przed nami, stali się niemalże bogami. Czy rozum na Ziemi powstał dzięki ich eksperymentowi? Tyle w "2001: Odyseja Kosmiczna".
Po licznych problemach natury politycznej, w kierunku Jowisza leci mieszana załoga rosyjsko-amerykańska, by sprawdzić, co wydarzyło się tam te parę lat wcześniej. W międzyczasie w tym samym kierunku startują Chińczycy, jednak nie docierają po tajemniczej katastrofie na Europie, jednym z księżyców Jowisza.
Na Europie rozwija się życie. Dochodzi do kontaktu ze zmienionym ziutkiem z części pierwszej. Rosjanie i Amerykanie odlatują w ostatniej chwili, monolity wykwitają na powierzchni Jowisza po czym zmieniają go w gwiazdę. Dzięki temu zabiegowi przeprowadzonemu przez obcą rasę na Europie może rozwinąć się inteligentna rasa. Monolit na tym ciele niebieskim blokuje dostęp ludzi do planety. Tyle w "2010: Odyseja kosmiczna".
Weteran poprzedniej wyprawy, mający swoje "5 minut" jeszcze przy okazji przygotowań do pierwszej z nich, z 2001 roku, bierze udział w locie na kometę Halleya. W międzyczasie okazuje się, ze prom, na którym przebywa jego wnuk, został porwany i rozbija się na Europie. Chcąc nie chcąc, doktor Heywood leci więc tam, razem z przypadkowo zabraną ekipą aktorów, gwiazd i innych burżujów. Na miejscu okazuje się, że w sprawę zamieszane jest kilka afrykańskich stronnictw politycznych, a nie wszyscy obecni na pokładzie dwóch promów podają o sobie wszystkie informacje. Bowman i HAL odzywają się znów. Tyle w "2061: Odyseja kosmiczna".
Mija 1000 lat od katastrofy pierwszej wyprawy w stronę Jowisza. W galaktycznej próżni znalezione zostaje ciało Franka Poole'a, który - zdawałoby się - zginął w pamiętnym 2001 roku. Przywrócony do życia kosmonauta musi odnaleźć się w diametralnie innym, obcym sobie świecie. Jak się niedługo potem okazuje, przyjdzie mu zamknąć z hukiem tę historię, sagę o monolicie/ach i ich twórcach... "3001: Odyseja kosmiczna. Finał" faktycznie zwieńcza całość. Godnie zwieńcza.
Klasyk jakich mało. Zestarzał się w niewielkim stopniu, będąc jednocześnie świadectwem epoki. I chyba najlepiej znanym dziełem Clarke'a.
piątek, 1 listopada 2013
Odpryski XXII
1) Październik zakończył się liczbą 664 wejść. Nieźle. Jak tak dalej pójdzie, to wejdę do mainstreamu.
2) Samhain (atawizm), Wszystkich Świętych (również atawizm), Halloween (które jest pozbawioną znaczenia popkulturową papką - ale Kościół uważa to za satanizm, więc jest OK). Jutro Zaduszki, czyli okazja by powspominać naszych (mniej lub bardziej) drogich zmarłych. Abstrahując od tego, że tak po prostu wyszło (uwarunkowania takie, siakie, owakie, decyzje polityczne, itd.), że obchodzimy to wtedy, kiedy to obchodzimy, a nie np. w maju, zawsze warto powspominać tych, których uznamy za wartych powspominania.
Nie zdążyłem przed wyjazdem do domu zawitać na Batowicach i poszukać grobu sąsiada. Cóż, tydzień w tą, tydzień w tamtą - nie ucieknie, ani czas, ani sąsiad.
2) Samhain (atawizm), Wszystkich Świętych (również atawizm), Halloween (które jest pozbawioną znaczenia popkulturową papką - ale Kościół uważa to za satanizm, więc jest OK). Jutro Zaduszki, czyli okazja by powspominać naszych (mniej lub bardziej) drogich zmarłych. Abstrahując od tego, że tak po prostu wyszło (uwarunkowania takie, siakie, owakie, decyzje polityczne, itd.), że obchodzimy to wtedy, kiedy to obchodzimy, a nie np. w maju, zawsze warto powspominać tych, których uznamy za wartych powspominania.
Nie zdążyłem przed wyjazdem do domu zawitać na Batowicach i poszukać grobu sąsiada. Cóż, tydzień w tą, tydzień w tamtą - nie ucieknie, ani czas, ani sąsiad.
środa, 30 października 2013
Anthony Burgess "Mechaniczna pomarańcza"
Braciszkowie moi, kniga taka, że horror szoł!
Pozycja kultowa. Zainspirowała nie tylko film Kubricka, ale i wpłynęła na kilka subkultur.
Antyutopijna opowieść o młodzieńcu (pochodzący, z "dobrego domu"), który wraz ze swoimi kilkoma dobrymi drugami wieczory spędza na mordobiciach, kradzieżach i gwałtach. Mimo tego nie jest to zupełny degenerat - jest inteligentny, poza tym uwielbia muzykę klasyczną, przede wszystkim Beethovena. Pewnego dnia jednak jego koledzy z gangu zostawiają go na miejscu zbrodni, Alex trafia do więzienia. Uprzednio rzecz jasna jest torturowany przez policjantów oraz swojego kuratora (wcześniej siedział w kilku poprawczakach).
Po dwóch latach za kratami zostaje przez współwięźniów wrobiony w zabicie innego więźnia i mimo podjętych wcześniej prób wkupienia się w łaski władz więziennych jako beznadziejny przypadek zostaje skierowany na eksperymentalną terapię. Terapia ta jednak, przypominająca nieco warunkowanie z terapii behawioralnej, tyle, że na sterydach, pozbawia go nie tylko krwiożerczych instynktów, ale także instynktu samozachowawczego - nie tylko nie jest w stanie atakować nikogo i niczego, ale także samemu się przed kim/czymkolwiek bronić. Przez użycie muzyki został pozbawiony tego, co kochał - muzyka klasyczna zaczęła napawać go obrzydzeniem.
Po wyjściu z więzienia po ukończonej terapii stał się bohaterem mediów. Okazało się jednak, że wyrzekli się go rodzice, a kilku jego dawnych znajomych z gangu znalazło obecnie pracę... w policji. Pobity i pozostawiony przez nich na pastwę losu w lesie dociera półżywy do chaty, gdzie kiedyś brał udział w brutalnym gwałcie. Zostaje ugoszczony przez męża ofiary, który go nie rozpoznał - dowiaduje się od niego, że jego żona, po poczwórnym brutalnym gwałcie zmarła.
Alex trafił z deszczu pod rynnę - jego gospodarz okazuje się być przedstawicielem opozycji politycznej wobec partii rządzącej i jej programu resocjalizacyjnego...
Siła tej książki polega bynajmniej nie na ukazaniu przez autora ogromu przemocy i zbydlęcenia wszelakiego, lecz na "holistycznie" odebranej przez czytelnika wizji świata. Niby jest to Wielka Brytania przyszłości, szarość, brud i niepewność toną w mleku z alkoholem i prochami, nikt nie może czuć się bezpiecznie na ulicach skąpanych w księżycowym blasku, gdzie szaleją młodzieżowe gangi, a główny bohater i pierwszoosobowy narrator posługuje się zupełnie kosmicznym językiem, łączącym w sobie angielski, słowa rosyjskie zapisane w zangielszczonej formie tak, jak się je wymawia; przez użycie tak dziwnego języka, do czytelnika w pierwszej chwili nie dociera, że czyta opisy brutalnych gwałtów i zwyrodniałej przemocy, całość przyjmuje momentami zupełnie surrealistyczny wydźwięk.
Poza tym głównym problemem poruszanym w książce jest kwestia na ile można jednostkę zmusić do przyjęcia dobra, i jakim kosztem to się odbywa - czy skoro nie ma wyboru, to dobro można narzucić, nie licząc się nie tylko z wolną wolą jednostki, ale też z całym skomplikowanym światem rozpościerającym się wokoło, którego integralną częścią jest przenikająca wszystko przemoc.
Robert Stiller, tłumacz, w posłowiu przedstawia swoje zmagania się z tłumaczeniem oraz historię książki. Okazuje się, że Burgess bardzo przecenił swoje umiejętności językoznawcze. Tworząc język użyty w książce zupełnie olał zasady rosyjskiej gramatyki i słowotwórstwa, najprędzej wybierał słowa ze słownika, nie zdając sobie sprawy z kuriozalnych błędów i dziwactw, które mu wychodziły. Jeszcze zabawniej było z tłumaczeniem. Zaczynając od samego tytułu - jakiś geniusz przetłumaczył kiedyś "Clockwork" na "mechaniczne", chociaż "nakręcane" pasowałoby znacznie lepiej, a "Orannge", chociaż budzi skojarzenia z pomarańczą, to gra słów - w języku malajskim, bliskim autorowi z pewnych względów, "orang" to "człowiek". Tytuł więc powinien w polskim przekładzie brzmieć "Nakręcany człowiek", a nie "Mechaniczna pomarańcza". Tłumacz jednak z przyczyn chociażby marketingowych zdecydował się pozostać przy tym dziwacznym potworku.
Wydawnictwo amerykańskie ocenzurowało zupełnie bez sensu końcową część książki, zupełnie zmieniając jej wydźwięk. Wersja wykastrowana w ten sposób przez Penguin Books stała się wersją dominującą. Na jej bazie powstała adaptacja filmowa, rozmijająca się z książką w wielu miejscach. Polskie tłumaczenie zawiera brakujący rozdział - nie ma tam niczego strasznego - osiemnastoletni już główny bohater zastanawia się nad swoim życiem i postanawia się ustatkować. Faktycznie, przerażające i obrazoburcze. I zupełnie groteskowe, bo nie ruszono niczego z ociekających krwią i spermą rozdziałów wcześniejszych, gdzie była m.in. scena gwałtu głównego bohatera (15 lat) na dwóch dziewczynach dziesięcioletnich.
Tłumacz opisuje też swoje perypetie z tłumaczeniem - powstało kilka wersji - np. jedna, w której rusycyzmy zastąpiono w polskim anglicyzmami zupełnie pokracznymi i zbarbaryzowanymi oraz druga, gdzie mamy oszałamiający miks polskiego, rosyjskiego, angielskiego oraz setki wtrąceń slangowych, neologizmów, itd.; i to z tę wersją zaznajomiłem się i opisuję teraz; na zakończenie książki jest słowniczek wyrazów, które mogą być dla czytelnika niezrozumiałe - jest ich ponad 1000 i jak sam tłumacz zauważa, to nie wszystkie...
Tłumacz zastanawia się też nad przyszłością języka polskiego i załamuje ręce nad swoimi przewidywaniami. Przyczyn postępującego upadku doszukuje się w wielu miejscach i wydarzeniach historycznych.
Tak czy siak, książka zasłużenie kultowa a tłumaczenie genialne.
Pozycja kultowa. Zainspirowała nie tylko film Kubricka, ale i wpłynęła na kilka subkultur.
Antyutopijna opowieść o młodzieńcu (pochodzący, z "dobrego domu"), który wraz ze swoimi kilkoma dobrymi drugami wieczory spędza na mordobiciach, kradzieżach i gwałtach. Mimo tego nie jest to zupełny degenerat - jest inteligentny, poza tym uwielbia muzykę klasyczną, przede wszystkim Beethovena. Pewnego dnia jednak jego koledzy z gangu zostawiają go na miejscu zbrodni, Alex trafia do więzienia. Uprzednio rzecz jasna jest torturowany przez policjantów oraz swojego kuratora (wcześniej siedział w kilku poprawczakach).
Po dwóch latach za kratami zostaje przez współwięźniów wrobiony w zabicie innego więźnia i mimo podjętych wcześniej prób wkupienia się w łaski władz więziennych jako beznadziejny przypadek zostaje skierowany na eksperymentalną terapię. Terapia ta jednak, przypominająca nieco warunkowanie z terapii behawioralnej, tyle, że na sterydach, pozbawia go nie tylko krwiożerczych instynktów, ale także instynktu samozachowawczego - nie tylko nie jest w stanie atakować nikogo i niczego, ale także samemu się przed kim/czymkolwiek bronić. Przez użycie muzyki został pozbawiony tego, co kochał - muzyka klasyczna zaczęła napawać go obrzydzeniem.
Po wyjściu z więzienia po ukończonej terapii stał się bohaterem mediów. Okazało się jednak, że wyrzekli się go rodzice, a kilku jego dawnych znajomych z gangu znalazło obecnie pracę... w policji. Pobity i pozostawiony przez nich na pastwę losu w lesie dociera półżywy do chaty, gdzie kiedyś brał udział w brutalnym gwałcie. Zostaje ugoszczony przez męża ofiary, który go nie rozpoznał - dowiaduje się od niego, że jego żona, po poczwórnym brutalnym gwałcie zmarła.
Alex trafił z deszczu pod rynnę - jego gospodarz okazuje się być przedstawicielem opozycji politycznej wobec partii rządzącej i jej programu resocjalizacyjnego...
Siła tej książki polega bynajmniej nie na ukazaniu przez autora ogromu przemocy i zbydlęcenia wszelakiego, lecz na "holistycznie" odebranej przez czytelnika wizji świata. Niby jest to Wielka Brytania przyszłości, szarość, brud i niepewność toną w mleku z alkoholem i prochami, nikt nie może czuć się bezpiecznie na ulicach skąpanych w księżycowym blasku, gdzie szaleją młodzieżowe gangi, a główny bohater i pierwszoosobowy narrator posługuje się zupełnie kosmicznym językiem, łączącym w sobie angielski, słowa rosyjskie zapisane w zangielszczonej formie tak, jak się je wymawia; przez użycie tak dziwnego języka, do czytelnika w pierwszej chwili nie dociera, że czyta opisy brutalnych gwałtów i zwyrodniałej przemocy, całość przyjmuje momentami zupełnie surrealistyczny wydźwięk.
Poza tym głównym problemem poruszanym w książce jest kwestia na ile można jednostkę zmusić do przyjęcia dobra, i jakim kosztem to się odbywa - czy skoro nie ma wyboru, to dobro można narzucić, nie licząc się nie tylko z wolną wolą jednostki, ale też z całym skomplikowanym światem rozpościerającym się wokoło, którego integralną częścią jest przenikająca wszystko przemoc.
Robert Stiller, tłumacz, w posłowiu przedstawia swoje zmagania się z tłumaczeniem oraz historię książki. Okazuje się, że Burgess bardzo przecenił swoje umiejętności językoznawcze. Tworząc język użyty w książce zupełnie olał zasady rosyjskiej gramatyki i słowotwórstwa, najprędzej wybierał słowa ze słownika, nie zdając sobie sprawy z kuriozalnych błędów i dziwactw, które mu wychodziły. Jeszcze zabawniej było z tłumaczeniem. Zaczynając od samego tytułu - jakiś geniusz przetłumaczył kiedyś "Clockwork" na "mechaniczne", chociaż "nakręcane" pasowałoby znacznie lepiej, a "Orannge", chociaż budzi skojarzenia z pomarańczą, to gra słów - w języku malajskim, bliskim autorowi z pewnych względów, "orang" to "człowiek". Tytuł więc powinien w polskim przekładzie brzmieć "Nakręcany człowiek", a nie "Mechaniczna pomarańcza". Tłumacz jednak z przyczyn chociażby marketingowych zdecydował się pozostać przy tym dziwacznym potworku.
Wydawnictwo amerykańskie ocenzurowało zupełnie bez sensu końcową część książki, zupełnie zmieniając jej wydźwięk. Wersja wykastrowana w ten sposób przez Penguin Books stała się wersją dominującą. Na jej bazie powstała adaptacja filmowa, rozmijająca się z książką w wielu miejscach. Polskie tłumaczenie zawiera brakujący rozdział - nie ma tam niczego strasznego - osiemnastoletni już główny bohater zastanawia się nad swoim życiem i postanawia się ustatkować. Faktycznie, przerażające i obrazoburcze. I zupełnie groteskowe, bo nie ruszono niczego z ociekających krwią i spermą rozdziałów wcześniejszych, gdzie była m.in. scena gwałtu głównego bohatera (15 lat) na dwóch dziewczynach dziesięcioletnich.
Tłumacz opisuje też swoje perypetie z tłumaczeniem - powstało kilka wersji - np. jedna, w której rusycyzmy zastąpiono w polskim anglicyzmami zupełnie pokracznymi i zbarbaryzowanymi oraz druga, gdzie mamy oszałamiający miks polskiego, rosyjskiego, angielskiego oraz setki wtrąceń slangowych, neologizmów, itd.; i to z tę wersją zaznajomiłem się i opisuję teraz; na zakończenie książki jest słowniczek wyrazów, które mogą być dla czytelnika niezrozumiałe - jest ich ponad 1000 i jak sam tłumacz zauważa, to nie wszystkie...
Tłumacz zastanawia się też nad przyszłością języka polskiego i załamuje ręce nad swoimi przewidywaniami. Przyczyn postępującego upadku doszukuje się w wielu miejscach i wydarzeniach historycznych.
Tak czy siak, książka zasłużenie kultowa a tłumaczenie genialne.
poniedziałek, 28 października 2013
Guy N. Smith "Zew krabów"
Koło dworca PKP w Krakowie można dostać wszystko.
Nawet tak przepoczciwą klasykę.
Phantom Press, 1991. Drugi tom z cyklu, który chyba trwa do dziś, jeśli dobrze kojarzę, a nie chce mi się teraz dokładnie sprawdzać.
Pierwszy tom autor sam streścił przed początkiem drugiego. Streszczenie zajmuje tyle miejsca, co bardziej rozbudowana dedykacja.
Strzelam - fabuła każdej książki z cyklu opiera się na tym samym - mamy kurort X, gdzie pojawiają się gigantyczne, krwiożercze, odporne na ludzką broń (w tym na pociski czołgowe) kraby obdarzone do tego wysoką inteligencją. Pewnie w późniejszych częściach ktoś wynajduje cudowny środek przeciwko krabom, ale np. zły szef nie zgadza się na użycie, itd.
Nie no, nie wiem. Taka dygresja na marginesie.
Tak czy siak, pojawiają się te kraby. Nowoczesny kurort zostaje zaatakowany. Właściciel nie chce początkowo zgodzić się na ewakuacje, by nie stracić klientów. Potem do akcji wkracza wojsko - i okazuje się być zupełnie nieskuteczne.
Kraby mordują kogo się da. Potrafią nawet całą kupą przenieść na swoich grzbietach czołg, i utopić go w morzu.
Bohaterowie przeżywają mnóstwo przygód seksualnych i komplikacji życia towarzyskiego w warunkach zagrożenia. I są dosyć sztampowi - podrywacz, nimfomanka, poczciwiec #1, nieszczęśliwa matka i jej dzieci (dochodzi wątek z szukaniem tych dzieci, niefrasobliwie wałęsających się po zagrożonym terenie), zaangażowany naukowiec, itd. Wśród postaci pobocznych czy tam epizodycznych zdarzyło się autorowi kuriozum - hippis - stalinista - gwałciciel.
Zarówno seks jak i przemoc opisane zostały przez autora w miarę dokładnie i drobiazgowo.
Tłumaczenie jest co najwyżej średnie - szlag mnie trafiał, ilekroć czytałem o "rybach i chipsach". Cóż, tłumacz z '91 roku mógł nie wiedzieć, że "fish and chips" to "ryba i frytki" a nie "ryba i chipsy" (rzecz się dzieje w Wielkiej Brytanii).
Jeśli droga osobo czytająca te słowa wiesz, na co się porywasz i jeśli potrafisz z obcowania z tak - powiedzmy sobie szczerze - badziewną literaturą czerpać przyjemność (jak ja) to cały cykl o krabach polecam bardzo serdecznie. Ale nie oszukujmy się, tu nie ma drugiego dna. Jest tylko jedno. Chyba, że ktoś na poczekaniu zmajstruje interpretacje ekologiczne, antynuklearne, przeciwko modyfikacjom genetycznym, itd.
Nawet tak przepoczciwą klasykę.
Phantom Press, 1991. Drugi tom z cyklu, który chyba trwa do dziś, jeśli dobrze kojarzę, a nie chce mi się teraz dokładnie sprawdzać.
Pierwszy tom autor sam streścił przed początkiem drugiego. Streszczenie zajmuje tyle miejsca, co bardziej rozbudowana dedykacja.
Strzelam - fabuła każdej książki z cyklu opiera się na tym samym - mamy kurort X, gdzie pojawiają się gigantyczne, krwiożercze, odporne na ludzką broń (w tym na pociski czołgowe) kraby obdarzone do tego wysoką inteligencją. Pewnie w późniejszych częściach ktoś wynajduje cudowny środek przeciwko krabom, ale np. zły szef nie zgadza się na użycie, itd.
Nie no, nie wiem. Taka dygresja na marginesie.
Tak czy siak, pojawiają się te kraby. Nowoczesny kurort zostaje zaatakowany. Właściciel nie chce początkowo zgodzić się na ewakuacje, by nie stracić klientów. Potem do akcji wkracza wojsko - i okazuje się być zupełnie nieskuteczne.
Kraby mordują kogo się da. Potrafią nawet całą kupą przenieść na swoich grzbietach czołg, i utopić go w morzu.
Bohaterowie przeżywają mnóstwo przygód seksualnych i komplikacji życia towarzyskiego w warunkach zagrożenia. I są dosyć sztampowi - podrywacz, nimfomanka, poczciwiec #1, nieszczęśliwa matka i jej dzieci (dochodzi wątek z szukaniem tych dzieci, niefrasobliwie wałęsających się po zagrożonym terenie), zaangażowany naukowiec, itd. Wśród postaci pobocznych czy tam epizodycznych zdarzyło się autorowi kuriozum - hippis - stalinista - gwałciciel.
Zarówno seks jak i przemoc opisane zostały przez autora w miarę dokładnie i drobiazgowo.
Tłumaczenie jest co najwyżej średnie - szlag mnie trafiał, ilekroć czytałem o "rybach i chipsach". Cóż, tłumacz z '91 roku mógł nie wiedzieć, że "fish and chips" to "ryba i frytki" a nie "ryba i chipsy" (rzecz się dzieje w Wielkiej Brytanii).
Jeśli droga osobo czytająca te słowa wiesz, na co się porywasz i jeśli potrafisz z obcowania z tak - powiedzmy sobie szczerze - badziewną literaturą czerpać przyjemność (jak ja) to cały cykl o krabach polecam bardzo serdecznie. Ale nie oszukujmy się, tu nie ma drugiego dna. Jest tylko jedno. Chyba, że ktoś na poczekaniu zmajstruje interpretacje ekologiczne, antynuklearne, przeciwko modyfikacjom genetycznym, itd.
Szczepan Twardoch "Wieczny Grunwald. Powieść zza końca czasów"
W końcu do tego dotarłem.
Pierwsze wydanie miało śmieszny nakład i było praktycznie niedostępne, drugie znalazłem w księgarni "Świata Książki".
Nie znając twórczości autora, podchodziłem do niej (i niego) dosyć nieufnie - jakby na to nie patrzeć, autor związany był ze środowiskami mocno prawicowymi, z którymi jest mi wyjątkowo nie po drodze. Potem niby niejako pozostawił swoją przeszłość za sobą, ale cóż, bardzo rzadko udaje się za sobą pozostawić swoją przeszłość.
Z drugiej strony o "Wiecznym Grunwaldze" słyszałem sprzeczne opinie. A że najlepiej samemu zweryfikować kto co o czym mówi, chciałem omawianą książkę przeczytać i samemu się przekonać, jak to z nią i z autorem jest.
Tym bardziej, że sam kiedyś byłem mocno prawicowy, zanim sobie zdałem sprawę, że żadna sprawa nie należy do mojej substancji a wszystkie odwieczne prawdy to co najwyżej odwiecznie reprodukowane uwarunkowania historyczne, kulturowe, itd., itp., kręgi na wodzie, pył na wietrze.
Zresztą, nawet jakbym nie zgadzał się z przesłaniem "Wiecznego Grunwaldu", to potrafiłbym docenić dzieło literackie jako takie. Bardzo sobie chwalę np. debiut Ziemkiewicza, a z poglądami autora nie zgadzam się.
W tym wypadku jednak, co mnie samego nieco zaskoczyło, nie mam się do czego przyczepić. Nie wiem, jakie obecnie Twardoch ma poglądy (chociaż fakt faktem, jak podaje wikipedia, przeszedł drogę z "Frondy" do "Wysokich Obcasów Extra"), ale w "Wiecznym Grunwaldzie" nie ma niczego, co wzbudziłoby mój jednoznaczny sprzeciw. Poza tym jest to majstersztyk literacki, zaskakujący czytelnika mnogością wykorzystanych form i obleczonych w papier kształtów, zarysowanych konturami i cieniami słów.
Jest to opowieść o tożsamości. O byciu pomiędzy. Pomiędzy zwaśnionymi od wieków stronami bezsensownej wojny, pomiędzy klasami społecznymi. Jest to opowieść bardzo buddyjska. Lub raczej perennialistyczna. W duchu. Chociaż zaczyna i kończy się negacją Tego Tam, Tych Tam. Realny jest tylko - nomen omen - zaklęty krąg uwarunkowanej egzystencji, powtarzający się w milionach spojrzeń, westchnień, wariantów, wariacji i tysiącach odprysków tej jednej jedynej, wręcz archetypowej historii.
Bohaterem jest Paszko. Czy też raczej Wszechpaszko - istota już poniekąd wyzwolona z tej koszmarnej samsary, lub próbująca się z niej wyzwolić. Jednak jakiejkolwiek decyzji jakikolwiek Paszko z jakiegokolwiek rwącego nurtu historii by nie podjął - wszystko zaczyna się od nowa.
Paszko jest pomiędzy Polakami i Niemcami. Nie ważne, czy jest bękartem Kazimierza Wielkiego i zgwałconej przez niego niemieckiej mieszczki, czy istotą żyjącą w świecie rodem z kwaśnych snów jakiś trans(post)humanistów - jest pomiędzy, czyli jest obcy i niegodny zaufania dla obu stron. Nie ważne, czy jest członkiem Waffen SS Wenedia stacjonującym ze swoją jednostką na Kaukazie (gdzie z wizytą przyjeżdża Ernst Jünger), czy oficerem Armii Czerwonej, torturowanym i zabitym przez francuskich kontrrewolucjonistów, czy rycerzem Zakonu Dharmy, kierowanego przez barona von Ungern-Sternberg, czy Krzyżakiem, czy Polakiem. Nie ważne, kogo zabija i kto go zabija w jaki sposób (a autor opisał przemoc bez owijania w bawełnę). Nie ważne, czy marzy mu się zostanie rycerzem czy zniesienie hierarchii społecznej.
Autor przenosi czytelnika z rzeczywistości do rzeczywistości, z przeszłości w przyszłość, z teraźniejszości do światów, które nigdy nie zaistniały i nie zaistnieją. Płynnie przechodzi z narracji w narrację, przeplata opowieści kilku(nastu) Paszków z diametralnie innych miejsc i czasów. Jest to wręcz strumień świadomości jaźni składającej się z pamięci i wspomnień wszystkich poprzednich i przyszłych Paszków.
Ta historia bowiem dzieje się w każdej z tych scenerii. Konflikt Polski i Niemiec. Z punktem kulminacyjnym - bitwą pod Grunwaldem. Starcie dwóch tożsamości, tak różnych od siebie, a tak uzupełniających się, zazębiających się. Ciągnący się przez wieczność konflikt, którego początki nikną w mroku historii. Konflikt, który nie wygaśnie nigdy, bo obie strony straciłyby sens dla własnego istnienia.
Podtytuł książki wskazuje na tą próbę wyzwolenia się z kręgu uwarunkowań. Nie ma końca czasów - ale można ten domniemany koniec przekroczyć - wyzbyć się go.
Przypuszczam, że pisanie o byciu pomiędzy miało osobiste znaczenie dla samego autora, uznającego się za Ślązaka. Mam częściowo śląskie korzenie i denerwuje mnie germanofobia wśród - zdawałoby się - wykształconych i inteligentnych ludzi, z którymi stykam się na co dzień. Co pokazuje tylko siłę oddziaływania zakodowanych od lat stereotypów. Zapewne podobnie jak autor, też czuję się niejako pomiędzy - tyle, że dla mnie osobiście nie ma to znaczenia. Żyję tu i teraz, sprawy moich przodków, kim by nie byli i skąd by nie byli, nijak nie są moimi sprawami, bo zbyt wiele zim minęło i za bardzo zmienił się świat. Tożsamość sprowadzam do uwarunkowań, do kaprysu historii i przypadku - zapewne gdybym żył w Niemczech przyznawałbym się do polskich korzeni. Tak z przekory. By samemu z siebie postawić się obok niech wszystkich, obok moich współplemieńców, kimkolwiek by nie byli. By udowodnić im, że można swobodnie pluć na cały grajdołek rozmemłanego, romantycznego patriotyzmu tej czy innej strony, lżyć niepodważalne świętości i łamać narodowe tabu i nie dostaje się od tego czyraków ani hemoroidów. Tożsamość wpływa na wiele, ale nie stanowi samej esencji tego, kim jesteśmy.
Pierwsze wydanie miało śmieszny nakład i było praktycznie niedostępne, drugie znalazłem w księgarni "Świata Książki".
Nie znając twórczości autora, podchodziłem do niej (i niego) dosyć nieufnie - jakby na to nie patrzeć, autor związany był ze środowiskami mocno prawicowymi, z którymi jest mi wyjątkowo nie po drodze. Potem niby niejako pozostawił swoją przeszłość za sobą, ale cóż, bardzo rzadko udaje się za sobą pozostawić swoją przeszłość.
Z drugiej strony o "Wiecznym Grunwaldze" słyszałem sprzeczne opinie. A że najlepiej samemu zweryfikować kto co o czym mówi, chciałem omawianą książkę przeczytać i samemu się przekonać, jak to z nią i z autorem jest.
Tym bardziej, że sam kiedyś byłem mocno prawicowy, zanim sobie zdałem sprawę, że żadna sprawa nie należy do mojej substancji a wszystkie odwieczne prawdy to co najwyżej odwiecznie reprodukowane uwarunkowania historyczne, kulturowe, itd., itp., kręgi na wodzie, pył na wietrze.
Zresztą, nawet jakbym nie zgadzał się z przesłaniem "Wiecznego Grunwaldu", to potrafiłbym docenić dzieło literackie jako takie. Bardzo sobie chwalę np. debiut Ziemkiewicza, a z poglądami autora nie zgadzam się.
W tym wypadku jednak, co mnie samego nieco zaskoczyło, nie mam się do czego przyczepić. Nie wiem, jakie obecnie Twardoch ma poglądy (chociaż fakt faktem, jak podaje wikipedia, przeszedł drogę z "Frondy" do "Wysokich Obcasów Extra"), ale w "Wiecznym Grunwaldzie" nie ma niczego, co wzbudziłoby mój jednoznaczny sprzeciw. Poza tym jest to majstersztyk literacki, zaskakujący czytelnika mnogością wykorzystanych form i obleczonych w papier kształtów, zarysowanych konturami i cieniami słów.
Jest to opowieść o tożsamości. O byciu pomiędzy. Pomiędzy zwaśnionymi od wieków stronami bezsensownej wojny, pomiędzy klasami społecznymi. Jest to opowieść bardzo buddyjska. Lub raczej perennialistyczna. W duchu. Chociaż zaczyna i kończy się negacją Tego Tam, Tych Tam. Realny jest tylko - nomen omen - zaklęty krąg uwarunkowanej egzystencji, powtarzający się w milionach spojrzeń, westchnień, wariantów, wariacji i tysiącach odprysków tej jednej jedynej, wręcz archetypowej historii.
Bohaterem jest Paszko. Czy też raczej Wszechpaszko - istota już poniekąd wyzwolona z tej koszmarnej samsary, lub próbująca się z niej wyzwolić. Jednak jakiejkolwiek decyzji jakikolwiek Paszko z jakiegokolwiek rwącego nurtu historii by nie podjął - wszystko zaczyna się od nowa.
Paszko jest pomiędzy Polakami i Niemcami. Nie ważne, czy jest bękartem Kazimierza Wielkiego i zgwałconej przez niego niemieckiej mieszczki, czy istotą żyjącą w świecie rodem z kwaśnych snów jakiś trans(post)humanistów - jest pomiędzy, czyli jest obcy i niegodny zaufania dla obu stron. Nie ważne, czy jest członkiem Waffen SS Wenedia stacjonującym ze swoją jednostką na Kaukazie (gdzie z wizytą przyjeżdża Ernst Jünger), czy oficerem Armii Czerwonej, torturowanym i zabitym przez francuskich kontrrewolucjonistów, czy rycerzem Zakonu Dharmy, kierowanego przez barona von Ungern-Sternberg, czy Krzyżakiem, czy Polakiem. Nie ważne, kogo zabija i kto go zabija w jaki sposób (a autor opisał przemoc bez owijania w bawełnę). Nie ważne, czy marzy mu się zostanie rycerzem czy zniesienie hierarchii społecznej.
Autor przenosi czytelnika z rzeczywistości do rzeczywistości, z przeszłości w przyszłość, z teraźniejszości do światów, które nigdy nie zaistniały i nie zaistnieją. Płynnie przechodzi z narracji w narrację, przeplata opowieści kilku(nastu) Paszków z diametralnie innych miejsc i czasów. Jest to wręcz strumień świadomości jaźni składającej się z pamięci i wspomnień wszystkich poprzednich i przyszłych Paszków.
Ta historia bowiem dzieje się w każdej z tych scenerii. Konflikt Polski i Niemiec. Z punktem kulminacyjnym - bitwą pod Grunwaldem. Starcie dwóch tożsamości, tak różnych od siebie, a tak uzupełniających się, zazębiających się. Ciągnący się przez wieczność konflikt, którego początki nikną w mroku historii. Konflikt, który nie wygaśnie nigdy, bo obie strony straciłyby sens dla własnego istnienia.
Podtytuł książki wskazuje na tą próbę wyzwolenia się z kręgu uwarunkowań. Nie ma końca czasów - ale można ten domniemany koniec przekroczyć - wyzbyć się go.
Przypuszczam, że pisanie o byciu pomiędzy miało osobiste znaczenie dla samego autora, uznającego się za Ślązaka. Mam częściowo śląskie korzenie i denerwuje mnie germanofobia wśród - zdawałoby się - wykształconych i inteligentnych ludzi, z którymi stykam się na co dzień. Co pokazuje tylko siłę oddziaływania zakodowanych od lat stereotypów. Zapewne podobnie jak autor, też czuję się niejako pomiędzy - tyle, że dla mnie osobiście nie ma to znaczenia. Żyję tu i teraz, sprawy moich przodków, kim by nie byli i skąd by nie byli, nijak nie są moimi sprawami, bo zbyt wiele zim minęło i za bardzo zmienił się świat. Tożsamość sprowadzam do uwarunkowań, do kaprysu historii i przypadku - zapewne gdybym żył w Niemczech przyznawałbym się do polskich korzeni. Tak z przekory. By samemu z siebie postawić się obok niech wszystkich, obok moich współplemieńców, kimkolwiek by nie byli. By udowodnić im, że można swobodnie pluć na cały grajdołek rozmemłanego, romantycznego patriotyzmu tej czy innej strony, lżyć niepodważalne świętości i łamać narodowe tabu i nie dostaje się od tego czyraków ani hemoroidów. Tożsamość wpływa na wiele, ale nie stanowi samej esencji tego, kim jesteśmy.
Odpryski XXI
1. Wybyłem z Krakówka na parę dni. Do Gdańska. Na konferencję naukową. Ale to był tylko pretekst - każdy powód jest dobry, by się wyrwać z Krakówka choćby na chwilę. Około 20 godzin spędziłem w pociągach - przez ten czas przeczytałem kilka książek, czym nie omieszkam się pochwalić. Kilka książek przeczytałem też na miejscu, np. siedząc na molo w Gdyni Orłowie. Molo w Gdyni Orłowie jest fantastyczne.
2. Uwielbiam morze. Podobnie jak góry traktuję je w kategoriach wręcz mistycznych. Po horyzont płaska, falująca materia. Gdzieś tam sprawiająca wrażenie łączenia się z niebiosami. I chociaż za horyzontem jest następny horyzont, nie zmienia to rangi tego złudzenia jako symbolu początku i końca. Oto przed milionami lat z jakiejś pierwotnej brei życie wyszło na ląd. Miliony lat później życie marnotrawne wróciło nad dalekie echa tej pierwotnej brei, spojrzało w odmęty morza i powiedziało: "mamo".
Ach, rozłożyć skrzydła i wznieść się ponad ruchliwe wody, niczym duch.
A gdzieś tam, pośród Nieznanego, Uroboros o trzech nogach i pięciu ogonach zacisnął mocniej szczęki w czasie autofellatio.
3. Niestety żadna z tych książek nie dotyczy kwestii związanych z moją magisterką. Ale na wszystko nadejdzie odpowiedni czas. Oby. Nie mogę się do tego zabrać.
4. Zgodnie z twierdzeniem, że przekraczanie granic jest ok, w czasie drogi powrotnej zjadłem jajecznicę w Warsie. Była bardzo dobra, pikantna. Trochę droga, no ale cóż. I tak mój portfel był wiedziony na pokuszenie przez samą ilość księgarni we Wrzeszczu.
2. Uwielbiam morze. Podobnie jak góry traktuję je w kategoriach wręcz mistycznych. Po horyzont płaska, falująca materia. Gdzieś tam sprawiająca wrażenie łączenia się z niebiosami. I chociaż za horyzontem jest następny horyzont, nie zmienia to rangi tego złudzenia jako symbolu początku i końca. Oto przed milionami lat z jakiejś pierwotnej brei życie wyszło na ląd. Miliony lat później życie marnotrawne wróciło nad dalekie echa tej pierwotnej brei, spojrzało w odmęty morza i powiedziało: "mamo".
Ach, rozłożyć skrzydła i wznieść się ponad ruchliwe wody, niczym duch.
A gdzieś tam, pośród Nieznanego, Uroboros o trzech nogach i pięciu ogonach zacisnął mocniej szczęki w czasie autofellatio.
3. Niestety żadna z tych książek nie dotyczy kwestii związanych z moją magisterką. Ale na wszystko nadejdzie odpowiedni czas. Oby. Nie mogę się do tego zabrać.
4. Zgodnie z twierdzeniem, że przekraczanie granic jest ok, w czasie drogi powrotnej zjadłem jajecznicę w Warsie. Była bardzo dobra, pikantna. Trochę droga, no ale cóż. I tak mój portfel był wiedziony na pokuszenie przez samą ilość księgarni we Wrzeszczu.
wtorek, 22 października 2013
Kazimierz Kyrcz Jr. "Podwójna pętla"
Wydawnictwo Żywia... kurcze, w życiu bym nie wpadł na to, że coś takiego istnieje, ba, istnieje i stanowi część grupy do której należy m.in. biuro podróży. Szalony świat.
"Podwójna pętla" to sensacja-kryminał z Tajemnicą w tle. Rzecz nieco inna od tych kilku pozycji z twórczości autora (w tym raczej współ-twórczości) które miałem okazję przeczytać. Horror w sumie to nie jest, bizarro tym bardziej. Nawet jak robi się dziwniej w pewnym momencie, to nie aż tak dziwnie. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że pod względem ogólnej poetyki i wydźwięku całości, jest to jakiś rodzaj współczesnego noir.
Autor jest z Krakowa. Nie wiem, jaki jest jego stosunek do miasta w którym żyje, pracuje i tworzy, ale osobiście "czuję" to miasto bardzo podobnie jak wykreowany przez autora bohater - jako miejsce zaklęte w szarzyźnie, zaczadzone przejmującym poczuciem beznadziei, ozdobione nocą wykwitami chorobliwie świecących neonów, obiecujących bardzo złudne zapomnienie; miejsce, które niczym wir zasysa wszystko w swoje trzewia i powoli trawi, karmiąc się zawiedzionymi nadziejami.
Ok, nadinterpretacja, poza tym zapewne gdzie indziej jest równie kijowo.
Tak czy siak trzeba jednak przyznać autorowi, że udało mu się wykreować bardzo "prawdopodobnego" głównego bohatera oraz przygnębiający, depresyjny Kraków. Kraków szarych, obszczanych bram, patologicznych rodzin, złamanych żywotów; to nie jest Kraków widziany oczami Anglików upijających się na rynku w kontrolowanych przez jakieś mafie klubach ze stripteasem i zdecydowanie nie jest to Kraków młodych studentek kulturoznawstwa (czy ASP) mieszkających na Kazimierzu. Autor przedstawił w książce zaniedbane i brudne miasto ludzi próbujących w nim przeżyć, jako-tako związać koniec z końcem. Ponurość bijącą z kart książki lekko rozwiewa od czasu do czasu wisielczy humor i zjadliwa ironia.
Pierwszoosobowy narrator i główny bohater to 39-letni Mateusz Bednarski, policjant z Cybertronika (czyli z wydziału walki z cyberprzestępczością). Jest rozwodnikiem żyjącym samotnie w zagraconej kawalerce, na co dzień użera się ze wszystkimi i wszystkim wokół o wszystko (z szefem o wszystko mówiącej ksywie Wampir, z warunkami w pracy, z byłą żoną, z kolegą-donosicielem, z niektórymi swoimi podopiecznymi których dogląda jako kurator, itd.), przytłacza go szarobura krakowska rzeczywistość. Jego dni wloką się jeden za drugim, wyglądają niemalże identycznie, według schematu: pobudka - praca - powrót - czasem (aczkolwiek raczej częściej niż rzadziej) alkohol - sen. Nie ma bliskich przyjaciół, poza jednym dziwakiem, dosyć "alternatywnym" dziennikarzem piszącym m.in. o zjawiskach paranormalnych.
Aż nagle coś zaczyna się dziać w życiu Mateusza. Najpierw poznaje przez internet Patrycję, która nadaje jego życiu sens. Potem dostaje się do serialu "Śledczy", produkowanego przez jedną z największych polskich telewizji komercyjnych.
A potem zaczynają wokół niego umierać ludzie - jego bliżsi lub dalsi znajomi, koledzy z pracy, ci których lubił lub których nie lubił, ale którzy byli z nim w jakiś sposób związani. Wygląda to na serię samobójstw i plagę nieszczęśliwych wypadków, ale po kilku kolejnych zgonach staje się jasne, że kryje się za tym coś więcej.
Rozpoczyna się wyścig z czasem, czy głównemu bohaterowi uda się ocalić tych, na których zależy mu najbardziej i czy dopadnie tajemniczego mordercę (czy też morderców) zanim ten dopadnie jego i tych, na których mu zależy najbardziej.
Autor sam jest policjantem, więc zapewne wiarygodnie przedstawił świat krakowskiej policji, nawet jeśli szczegóły nagiął pod przyjętą konwencję.
Sam język jakim została napisana książka też jest częścią konwencji. Główny bohater, zmęczony życiem i mający serdecznie dość tych wszystkich kłód, które życie rzuca mu pod nogi posługuje się zwyczajnym, codziennym, niewyszukanym językiem, pełnym kolokwializmów, nie stroniąc od przekleństw, językiem momentami wręcz topornym (co absolutnie nie znaczy, że książka jest źle napisana - wręcz przeciwnie). Dzięki temu czytelnik może wczuć się w sytuację bohatera, utożsamić z nim, odczuwać jego emocje, prześledzić bieg jego myśli - w końcu to taki sam zjadany przez codzienność gość jak ja czy Ty.
Czytelnik jest do końca trzymany w niepewności, co właściwie się dzieje wokół głównego bohatera, kto pociąga za sznurki oraz po co właściwie za nie pociąga. Nie czytałem w swoim życiu zbyt dużej ilości kryminałów, nie mam "wprawy" jeśli chodzi o ten gatunek, więc dałem się zaskoczyć - widać jednak, że umysł autora chadza po dosyć zarośniętych i nieoczywistych ścieżkach, jak na umysł autora piszącego horrory i bizarro przystało.
Wydawnictwo postarało się średnio - margines dolny jest tak niski, że miałem cały czas nieodparte wrażenie, że powinno być tam więcej miejsca, które zostało ucięte; gdzieniegdzie trafiają się linijki tekstu bez spacji. Nie wyłapałem żadnych błędów, ale jak książka przykuje moją uwagę, to na możliwe niedociągnięcia nie zwracam uwagi.
Nie za bardzo załapałem o co chodziło autorowi z alternatywnym w stosunku do reszty książki epilogiem. Poza tym książka mogła by być nieco dłuższa - niecałe 190 stron przeczytałem za szybko. Chociaż dzięki małemu rozmiarowi przy takiej ilości stron w tekście nie ma dłużyzn. Coś za coś.
Tak czy owak, mi się podobało i polecam.
"Podwójna pętla" to sensacja-kryminał z Tajemnicą w tle. Rzecz nieco inna od tych kilku pozycji z twórczości autora (w tym raczej współ-twórczości) które miałem okazję przeczytać. Horror w sumie to nie jest, bizarro tym bardziej. Nawet jak robi się dziwniej w pewnym momencie, to nie aż tak dziwnie. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że pod względem ogólnej poetyki i wydźwięku całości, jest to jakiś rodzaj współczesnego noir.
Autor jest z Krakowa. Nie wiem, jaki jest jego stosunek do miasta w którym żyje, pracuje i tworzy, ale osobiście "czuję" to miasto bardzo podobnie jak wykreowany przez autora bohater - jako miejsce zaklęte w szarzyźnie, zaczadzone przejmującym poczuciem beznadziei, ozdobione nocą wykwitami chorobliwie świecących neonów, obiecujących bardzo złudne zapomnienie; miejsce, które niczym wir zasysa wszystko w swoje trzewia i powoli trawi, karmiąc się zawiedzionymi nadziejami.
Ok, nadinterpretacja, poza tym zapewne gdzie indziej jest równie kijowo.
Tak czy siak trzeba jednak przyznać autorowi, że udało mu się wykreować bardzo "prawdopodobnego" głównego bohatera oraz przygnębiający, depresyjny Kraków. Kraków szarych, obszczanych bram, patologicznych rodzin, złamanych żywotów; to nie jest Kraków widziany oczami Anglików upijających się na rynku w kontrolowanych przez jakieś mafie klubach ze stripteasem i zdecydowanie nie jest to Kraków młodych studentek kulturoznawstwa (czy ASP) mieszkających na Kazimierzu. Autor przedstawił w książce zaniedbane i brudne miasto ludzi próbujących w nim przeżyć, jako-tako związać koniec z końcem. Ponurość bijącą z kart książki lekko rozwiewa od czasu do czasu wisielczy humor i zjadliwa ironia.
Pierwszoosobowy narrator i główny bohater to 39-letni Mateusz Bednarski, policjant z Cybertronika (czyli z wydziału walki z cyberprzestępczością). Jest rozwodnikiem żyjącym samotnie w zagraconej kawalerce, na co dzień użera się ze wszystkimi i wszystkim wokół o wszystko (z szefem o wszystko mówiącej ksywie Wampir, z warunkami w pracy, z byłą żoną, z kolegą-donosicielem, z niektórymi swoimi podopiecznymi których dogląda jako kurator, itd.), przytłacza go szarobura krakowska rzeczywistość. Jego dni wloką się jeden za drugim, wyglądają niemalże identycznie, według schematu: pobudka - praca - powrót - czasem (aczkolwiek raczej częściej niż rzadziej) alkohol - sen. Nie ma bliskich przyjaciół, poza jednym dziwakiem, dosyć "alternatywnym" dziennikarzem piszącym m.in. o zjawiskach paranormalnych.
Aż nagle coś zaczyna się dziać w życiu Mateusza. Najpierw poznaje przez internet Patrycję, która nadaje jego życiu sens. Potem dostaje się do serialu "Śledczy", produkowanego przez jedną z największych polskich telewizji komercyjnych.
A potem zaczynają wokół niego umierać ludzie - jego bliżsi lub dalsi znajomi, koledzy z pracy, ci których lubił lub których nie lubił, ale którzy byli z nim w jakiś sposób związani. Wygląda to na serię samobójstw i plagę nieszczęśliwych wypadków, ale po kilku kolejnych zgonach staje się jasne, że kryje się za tym coś więcej.
Rozpoczyna się wyścig z czasem, czy głównemu bohaterowi uda się ocalić tych, na których zależy mu najbardziej i czy dopadnie tajemniczego mordercę (czy też morderców) zanim ten dopadnie jego i tych, na których mu zależy najbardziej.
Autor sam jest policjantem, więc zapewne wiarygodnie przedstawił świat krakowskiej policji, nawet jeśli szczegóły nagiął pod przyjętą konwencję.
Sam język jakim została napisana książka też jest częścią konwencji. Główny bohater, zmęczony życiem i mający serdecznie dość tych wszystkich kłód, które życie rzuca mu pod nogi posługuje się zwyczajnym, codziennym, niewyszukanym językiem, pełnym kolokwializmów, nie stroniąc od przekleństw, językiem momentami wręcz topornym (co absolutnie nie znaczy, że książka jest źle napisana - wręcz przeciwnie). Dzięki temu czytelnik może wczuć się w sytuację bohatera, utożsamić z nim, odczuwać jego emocje, prześledzić bieg jego myśli - w końcu to taki sam zjadany przez codzienność gość jak ja czy Ty.
Czytelnik jest do końca trzymany w niepewności, co właściwie się dzieje wokół głównego bohatera, kto pociąga za sznurki oraz po co właściwie za nie pociąga. Nie czytałem w swoim życiu zbyt dużej ilości kryminałów, nie mam "wprawy" jeśli chodzi o ten gatunek, więc dałem się zaskoczyć - widać jednak, że umysł autora chadza po dosyć zarośniętych i nieoczywistych ścieżkach, jak na umysł autora piszącego horrory i bizarro przystało.
Wydawnictwo postarało się średnio - margines dolny jest tak niski, że miałem cały czas nieodparte wrażenie, że powinno być tam więcej miejsca, które zostało ucięte; gdzieniegdzie trafiają się linijki tekstu bez spacji. Nie wyłapałem żadnych błędów, ale jak książka przykuje moją uwagę, to na możliwe niedociągnięcia nie zwracam uwagi.
Nie za bardzo załapałem o co chodziło autorowi z alternatywnym w stosunku do reszty książki epilogiem. Poza tym książka mogła by być nieco dłuższa - niecałe 190 stron przeczytałem za szybko. Chociaż dzięki małemu rozmiarowi przy takiej ilości stron w tekście nie ma dłużyzn. Coś za coś.
Tak czy owak, mi się podobało i polecam.
niedziela, 20 października 2013
Kfason '13
Kfason, czyli Krakowski Festival Amatorów Strachu Obrzydzenia i Niepokoju [pisownia oryginalna z ulotki z planem prelekcji] odbył się w tym roku po raz pierwszy.
Miejsce, w którym się odbywał nie zostało chyba znacząco zniszczone, a i ludzi się zeszło w trakcie trwania całkiem sporo, więc może odbędzie się jeszcze kiedyś.
W Artetece Biblioteki Wojewódzkiej Publicznej w Krk byłem po raz pierwszy. Nowoczesne, przytulne wnętrze, podzielone na piętra, przeszklone ściany (te, które nie łączyły się z resztą budynku, rzecz jasna). Nie było podziału na oddzielne sale - całe korytarze były zastawione to tym, to owym, część tego i owego można było przenosić i przestawiać. Oczywiście w określonych granicach, ale i tak miejsce sprawiało bardzo poczciwe wrażenie.
Nie tylko straszne i obrzydzające grono się zjawiło z tejże okazji, przybyli też (i to w silnym gronie) reprezentanci bizarro, autorzy związani w taki czy inny sposób z "Niedobrymi Literkami". Wśród nich znalazł się mój dobry przyjaciel Marcin Rojek. PKP wpisało się w klimat bizarro i Marcin zamiast dotrzeć do Krakowa w piątek o 21.39 [szkoda, że nie o 21.37, byłoby to wielce wymowne] dotarł przed pierwszą w nocy. Razem z jednym takim nieco ekscentrycznym osobnikiem żyjącym w parku krajobrazowym za Ruczajem, w ziemiance bez prądu i bieżącej wody, mieliśmy Marcina odebrać z dworca. MPK też się jednak wpisało w klimat odbywającego się w sobotę konwentu i nocny autobus pojechał jakoś inaczej, nie koło dworca, jak powinien. Ostatecznie udało się jednak nam wszystkim znaleźć się nawzajem, poznać sens życia, uzyskać wewnętrzną równowagę i zrozumienie, itd., i na piechotę dotrzeć do lepszej przyszłości. Szczęśliwie uniknęliśmy tubylców z maczetami i nie wydarzyło się po drodze nic godnego uwagi.
Następnego dnia, zwartą grupą czteroosobową dotarliśmy na konwent koło 9, jako jedni z pierwszych. Impreza zaczęła się rzecz jasna z lekkim opóźnieniem, ale to rzecz absolutnie normalna i nie ma się czym przejmować. To, że część zaproszonych gości nie dotarła i plan się nieco posypał, też jest całkiem zwyczajne, jeśli chodzi o konwenty. Tylko niewielka liczba przybyłych fanów budziła nieco niepokój, całe szczęście, ludzi przybywało z czasem.
Na pierwszy ogień poszedł Paweł Mateja opowiadający o klasykach polskiej grozy, tych bardziej nieznanych. Faktycznie, parę nazwisk zanotowałem z myślą o zapoznaniu się z ich twórczością. Prelegent wspomniał też o jednym z moich ulubionych szaleńców młodopolskich, Tadeuszu Micińskim, niezwykle mnie to ucieszyło.
Następnie, nieco spóźnieni dotarliśmy na prelekcję Anny Żołnik pt. "Gore - reparacja lęku?". Była to zdecydowanie najlepsza merytorycznie i najbardziej "naukowa" prelekcja na Kfasonie ze wszystkich, które miałem okazję słyszeć. Przypominała wręcz wystąpienie na (stu-dok) konferencji naukowej, zwłaszcza, gdy padły nazwiska takie jak Lacan czy Bataille. Prelegentka zdecydowanie wiedziała o czym mówi, z wielką przyjemnością wysłuchałem jej referatu.
Potem z naszej grupki czteroosobowej zostały tylko dwie osoby (kolega nihilista z lasu pojechał do innego lasu, leżącego z trzy godziny drogi pociągiem za Krakowem, a czwarty kolega, na ile go znam, poszedł poruchać); wędrując po budynku natrafiliśmy na dwóch autorów z "Niedobrych Literek", siedzących na prelekcji o Ligottim. Ligottiego kojarzę piąte przez dziesiąte, głównie z kilku albumów Current 93, cóż, kolejne nazwisko dopisane do niekończącej się listy twórców, których twórczość można by kiedyś poznać bliżej.
O dwunastej Marek Grzywacz z "Literek" mówił o sadomasochizmie i horrorze. Wyszedłem jednak przed końcem prelekcji aby przywitać się ze starą znajomą, podobnież jak Marcin, jeszcze z czasów licealnych.
Wraz z wybiciem trzynastej poszedłem na panel o "Zombiefili". Panelu nie miał kto poprowadzić, ale czterech autorów (Krzysztof Dąbrowski, Marcin Rojek, Michał Stonawski i Grzegorz Gajek) poradziło sobie. Co prawda w czasie trwania panelu przysnąłem lekko, ale nie łączyłbym tego w żaden sposób z samym panelem. W dyskusji między autorami pojawiło się sporo ciekawych pomysłów. Być może będzie kiedyś Zombiefilia II. Przez to, że przysnąłem nie zapytałem o "Crossed" jako o dalszą ewolucję motywu strachu przed tym, co jest szare i zwyczajne, a nagle przestaje być szare i zwyczajne i nie dorzuciłem od siebie niczego o "Marvel Zombies" (tak przy okazji różnej różnistej zabawy konwencją).
Według planu, w pół do trzeciej Marcin Rojek miał swoją prelekcję - "Czy bizarro musi być głupim żartem?". Niestety w tym samym czasie odbywały się - spotkanie autorskie z Anną Kańtoch (laureatka Zajdla, jeśli dobrze kojarzę) oraz prelekcja o psychologii strachu. Przez to na prelekcję Rojka przyszły dwie osoby - ja oraz stały czytelnik "Literek", Jacek. Pogadaliśmy sobie we trzech, było kameralnie i całkiem sympatycznie. Jacek znał moje opowiadanie "Ciało i krew", wyraził się o nim pozytywnie, mile połechtał tym moje przerośnięte ego.
Po powrocie do Arteteki z baru mlecznego, znajdującego się z dwie ulice dalej, gdzie mieli całkiem niezłą fasolkę po bretońsku, przeszedłem koło spotkania autorskiego z Andrzejem Pilipiukiem.
Minęło trochę czasu, wylądowałem na prelekcji Joanny Miki-Orządały (z góry przepraszam, jeśli źle odmieniłem nazwiska, z tym zawsze mam problem) o "horrorze redaktorskim", czyli po prostu o tym, z czym musi się zmagać redaktor w swojej pracy. Przytaczane przez nią "kwiatki" z różnych książek różnych autorów wzbudzały raczej śmiech niż grozę, ale dobrze ilustrowały tezę prelegentki.
Swoją drogą, redaktorzy też czasem przesadzają. Kiedyś, w jednym moim tekście naukowym redaktorka zażyczyła sobie m.in. abym wszystkie dywizy zamienił na średniki (tak, wiem, inna "ciężkość gatunkowa", nie ma porównania do zawodowej redaktorki książek pani Joanny, ale tak mi się skojarzyło).
Przed panelem o bizarro przez pół godziny siedziałem na prelekcji Michała Stonawskiego o klątwie rodziny Beksińskich. Oglądałem kiedyś o nich jakiś film, gdzie też była mowa o klątwie.
Panel o bizarro zaczął się nawet w miarę punktualnie, co więcej, wszyscy uczestnicy byli trzeźwi (Dariusz Kuchniak, Grzegorz Gajek, Marcin Rojek, Marek Grzywacz), ponadto panel miał nawet moderatora/prowadzącego. I tak wyszło z tego takie trochę bizarro właśnie, bo uczestnicy panelu podeszli do niego z charakterystycznym dla siebie rodzajem powagi, Marcin Rojek podobnie jak w czasie panelu o zombie zaprezentował się jako transgresywny trickster a niektórzy zgromadzeni wokoło słuchacze zasnęli i tym razem nie byłem to ja.
W sumie na chwilę obecną, gdy bizarro w Polsce jest zdecydowanie niszowym zjawiskiem i gdy trzeba za każdym razem tłumaczyć zgromadzonym n00bom wszystko od podstaw, nie dziwię się, że nie dowiedziałem się z tego panelu niczego nowego. Taki jest jednak urok orki na ugorze (a może i nawet orka na ugorze). Dodatkową atrakcją panelu była możliwość zobaczenia, dotknięcia a nawet zagłębienia się w "The Haunted Vaginie".
O 19.30 rozpoczął się podsumowujący niejako cały Kfason panel o "teraźniejszości i przyszłości polskiego horroru". Rozmawiali Kazimierz Kyrcz Jr., Dawid Kain, Stefan Darda, Michał Gacek i Michał Stonawski. Zgromadzeni autorzy doszli do wniosku, że czas już najwyższy przestać być tym takim wujkiem-odludkiem w rodzinie szeroko pojętej fantastyki i zaznaczyć swoją obecność jako czegoś jednak odrębnego. Ma zostać ufundowana nagroda im. Stefana Grabińskiego, będąca czymś w rodzaju nagrody im. Zajdla w ramach światka horrorowego w Polsce, jednak bez powielania błędów i wypaczeń związanych z nią, nie będzie to kopia Zajdla dla innego fandomu.
Na zakończenie było "afterparty" w designerskim klubie w podziemiach Arteteki. Osobiście wolę lokale cichsze i bez danceflooru, ale nie było tam źle.
Pierwszy Kfason był bardzo dobrą imprezą. Pozostaje mieć nadzieję, że wysoki poziom zostanie przynajmniej utrzymany. Pozostaje też mieć nadzieję, że uda się społeczność/fandom horroru zagospodarować i rozwinąć.
Wreszcie pozostaje mieć nadzieję, że i bizarro na tym skorzysta, zaznaczy swoją obecność zarówno po stronie horroru jak i fantastyki. Kiedyś może oderwie się od jednego i drugiego, zmieni się w coś zupełnie niezależnego, chociaż mającego korzenie po obu stronach.
Udało mi się na Kfasonie zebrać dziewięć podpisów od autorów opowiadań zgromadzonych w "Bizarro Bazarze". Największy problem będzie z Amerykanami, więc w pierwszej kolejności chcę "pozbierać" polskich autorów.
Kupiłem też parę książek, w tym "Podwójną pętlę" - od autora, Kazika Kyrcza. Jeszcze raz dzięki za dedykację.
Miejsce, w którym się odbywał nie zostało chyba znacząco zniszczone, a i ludzi się zeszło w trakcie trwania całkiem sporo, więc może odbędzie się jeszcze kiedyś.
W Artetece Biblioteki Wojewódzkiej Publicznej w Krk byłem po raz pierwszy. Nowoczesne, przytulne wnętrze, podzielone na piętra, przeszklone ściany (te, które nie łączyły się z resztą budynku, rzecz jasna). Nie było podziału na oddzielne sale - całe korytarze były zastawione to tym, to owym, część tego i owego można było przenosić i przestawiać. Oczywiście w określonych granicach, ale i tak miejsce sprawiało bardzo poczciwe wrażenie.
Nie tylko straszne i obrzydzające grono się zjawiło z tejże okazji, przybyli też (i to w silnym gronie) reprezentanci bizarro, autorzy związani w taki czy inny sposób z "Niedobrymi Literkami". Wśród nich znalazł się mój dobry przyjaciel Marcin Rojek. PKP wpisało się w klimat bizarro i Marcin zamiast dotrzeć do Krakowa w piątek o 21.39 [szkoda, że nie o 21.37, byłoby to wielce wymowne] dotarł przed pierwszą w nocy. Razem z jednym takim nieco ekscentrycznym osobnikiem żyjącym w parku krajobrazowym za Ruczajem, w ziemiance bez prądu i bieżącej wody, mieliśmy Marcina odebrać z dworca. MPK też się jednak wpisało w klimat odbywającego się w sobotę konwentu i nocny autobus pojechał jakoś inaczej, nie koło dworca, jak powinien. Ostatecznie udało się jednak nam wszystkim znaleźć się nawzajem, poznać sens życia, uzyskać wewnętrzną równowagę i zrozumienie, itd., i na piechotę dotrzeć do lepszej przyszłości. Szczęśliwie uniknęliśmy tubylców z maczetami i nie wydarzyło się po drodze nic godnego uwagi.
Następnego dnia, zwartą grupą czteroosobową dotarliśmy na konwent koło 9, jako jedni z pierwszych. Impreza zaczęła się rzecz jasna z lekkim opóźnieniem, ale to rzecz absolutnie normalna i nie ma się czym przejmować. To, że część zaproszonych gości nie dotarła i plan się nieco posypał, też jest całkiem zwyczajne, jeśli chodzi o konwenty. Tylko niewielka liczba przybyłych fanów budziła nieco niepokój, całe szczęście, ludzi przybywało z czasem.
Na pierwszy ogień poszedł Paweł Mateja opowiadający o klasykach polskiej grozy, tych bardziej nieznanych. Faktycznie, parę nazwisk zanotowałem z myślą o zapoznaniu się z ich twórczością. Prelegent wspomniał też o jednym z moich ulubionych szaleńców młodopolskich, Tadeuszu Micińskim, niezwykle mnie to ucieszyło.
Następnie, nieco spóźnieni dotarliśmy na prelekcję Anny Żołnik pt. "Gore - reparacja lęku?". Była to zdecydowanie najlepsza merytorycznie i najbardziej "naukowa" prelekcja na Kfasonie ze wszystkich, które miałem okazję słyszeć. Przypominała wręcz wystąpienie na (stu-dok) konferencji naukowej, zwłaszcza, gdy padły nazwiska takie jak Lacan czy Bataille. Prelegentka zdecydowanie wiedziała o czym mówi, z wielką przyjemnością wysłuchałem jej referatu.
Potem z naszej grupki czteroosobowej zostały tylko dwie osoby (kolega nihilista z lasu pojechał do innego lasu, leżącego z trzy godziny drogi pociągiem za Krakowem, a czwarty kolega, na ile go znam, poszedł poruchać); wędrując po budynku natrafiliśmy na dwóch autorów z "Niedobrych Literek", siedzących na prelekcji o Ligottim. Ligottiego kojarzę piąte przez dziesiąte, głównie z kilku albumów Current 93, cóż, kolejne nazwisko dopisane do niekończącej się listy twórców, których twórczość można by kiedyś poznać bliżej.
O dwunastej Marek Grzywacz z "Literek" mówił o sadomasochizmie i horrorze. Wyszedłem jednak przed końcem prelekcji aby przywitać się ze starą znajomą, podobnież jak Marcin, jeszcze z czasów licealnych.
Wraz z wybiciem trzynastej poszedłem na panel o "Zombiefili". Panelu nie miał kto poprowadzić, ale czterech autorów (Krzysztof Dąbrowski, Marcin Rojek, Michał Stonawski i Grzegorz Gajek) poradziło sobie. Co prawda w czasie trwania panelu przysnąłem lekko, ale nie łączyłbym tego w żaden sposób z samym panelem. W dyskusji między autorami pojawiło się sporo ciekawych pomysłów. Być może będzie kiedyś Zombiefilia II. Przez to, że przysnąłem nie zapytałem o "Crossed" jako o dalszą ewolucję motywu strachu przed tym, co jest szare i zwyczajne, a nagle przestaje być szare i zwyczajne i nie dorzuciłem od siebie niczego o "Marvel Zombies" (tak przy okazji różnej różnistej zabawy konwencją).
Według planu, w pół do trzeciej Marcin Rojek miał swoją prelekcję - "Czy bizarro musi być głupim żartem?". Niestety w tym samym czasie odbywały się - spotkanie autorskie z Anną Kańtoch (laureatka Zajdla, jeśli dobrze kojarzę) oraz prelekcja o psychologii strachu. Przez to na prelekcję Rojka przyszły dwie osoby - ja oraz stały czytelnik "Literek", Jacek. Pogadaliśmy sobie we trzech, było kameralnie i całkiem sympatycznie. Jacek znał moje opowiadanie "Ciało i krew", wyraził się o nim pozytywnie, mile połechtał tym moje przerośnięte ego.
Po powrocie do Arteteki z baru mlecznego, znajdującego się z dwie ulice dalej, gdzie mieli całkiem niezłą fasolkę po bretońsku, przeszedłem koło spotkania autorskiego z Andrzejem Pilipiukiem.
Minęło trochę czasu, wylądowałem na prelekcji Joanny Miki-Orządały (z góry przepraszam, jeśli źle odmieniłem nazwiska, z tym zawsze mam problem) o "horrorze redaktorskim", czyli po prostu o tym, z czym musi się zmagać redaktor w swojej pracy. Przytaczane przez nią "kwiatki" z różnych książek różnych autorów wzbudzały raczej śmiech niż grozę, ale dobrze ilustrowały tezę prelegentki.
Swoją drogą, redaktorzy też czasem przesadzają. Kiedyś, w jednym moim tekście naukowym redaktorka zażyczyła sobie m.in. abym wszystkie dywizy zamienił na średniki (tak, wiem, inna "ciężkość gatunkowa", nie ma porównania do zawodowej redaktorki książek pani Joanny, ale tak mi się skojarzyło).
Przed panelem o bizarro przez pół godziny siedziałem na prelekcji Michała Stonawskiego o klątwie rodziny Beksińskich. Oglądałem kiedyś o nich jakiś film, gdzie też była mowa o klątwie.
Panel o bizarro zaczął się nawet w miarę punktualnie, co więcej, wszyscy uczestnicy byli trzeźwi (Dariusz Kuchniak, Grzegorz Gajek, Marcin Rojek, Marek Grzywacz), ponadto panel miał nawet moderatora/prowadzącego. I tak wyszło z tego takie trochę bizarro właśnie, bo uczestnicy panelu podeszli do niego z charakterystycznym dla siebie rodzajem powagi, Marcin Rojek podobnie jak w czasie panelu o zombie zaprezentował się jako transgresywny trickster a niektórzy zgromadzeni wokoło słuchacze zasnęli i tym razem nie byłem to ja.
W sumie na chwilę obecną, gdy bizarro w Polsce jest zdecydowanie niszowym zjawiskiem i gdy trzeba za każdym razem tłumaczyć zgromadzonym n00bom wszystko od podstaw, nie dziwię się, że nie dowiedziałem się z tego panelu niczego nowego. Taki jest jednak urok orki na ugorze (a może i nawet orka na ugorze). Dodatkową atrakcją panelu była możliwość zobaczenia, dotknięcia a nawet zagłębienia się w "The Haunted Vaginie".
O 19.30 rozpoczął się podsumowujący niejako cały Kfason panel o "teraźniejszości i przyszłości polskiego horroru". Rozmawiali Kazimierz Kyrcz Jr., Dawid Kain, Stefan Darda, Michał Gacek i Michał Stonawski. Zgromadzeni autorzy doszli do wniosku, że czas już najwyższy przestać być tym takim wujkiem-odludkiem w rodzinie szeroko pojętej fantastyki i zaznaczyć swoją obecność jako czegoś jednak odrębnego. Ma zostać ufundowana nagroda im. Stefana Grabińskiego, będąca czymś w rodzaju nagrody im. Zajdla w ramach światka horrorowego w Polsce, jednak bez powielania błędów i wypaczeń związanych z nią, nie będzie to kopia Zajdla dla innego fandomu.
Na zakończenie było "afterparty" w designerskim klubie w podziemiach Arteteki. Osobiście wolę lokale cichsze i bez danceflooru, ale nie było tam źle.
Pierwszy Kfason był bardzo dobrą imprezą. Pozostaje mieć nadzieję, że wysoki poziom zostanie przynajmniej utrzymany. Pozostaje też mieć nadzieję, że uda się społeczność/fandom horroru zagospodarować i rozwinąć.
Wreszcie pozostaje mieć nadzieję, że i bizarro na tym skorzysta, zaznaczy swoją obecność zarówno po stronie horroru jak i fantastyki. Kiedyś może oderwie się od jednego i drugiego, zmieni się w coś zupełnie niezależnego, chociaż mającego korzenie po obu stronach.
Udało mi się na Kfasonie zebrać dziewięć podpisów od autorów opowiadań zgromadzonych w "Bizarro Bazarze". Największy problem będzie z Amerykanami, więc w pierwszej kolejności chcę "pozbierać" polskich autorów.
Kupiłem też parę książek, w tym "Podwójną pętlę" - od autora, Kazika Kyrcza. Jeszcze raz dzięki za dedykację.
czwartek, 10 października 2013
"Światy Zajdla"
Dostępna za darmo do ściągnięcia antologia opowiadań inspirowanych Zajdlem.
Na stu stronach siedmioro autorów zaprezentowało siedem opowiadań.
Dobrym pomysłem było wydanie tej antologii. Zajdel sobie zasłużył na upamiętnienie, tym bardziej, że jego spostrzeżenia, mimo iż powstały w kontekście rzeczywistości zdychającego PRLu, nie rzadko zaskakują swoją aktualnością. Poza tym systemy polityczne i społeczno-ekonomiczne się zmieniają, a władza nadal demoralizuje, biurokracja nadal się rozrasta, zamiast jednej, państwowej nowomowy mamy splątane dyskursy mające swoje własne języki pozbawione znaczeń.
Zajdel był działaczem "Solidarności". Był przy tym gościem o konserwatywnych przekonaniach. Z wykształcenia był fizykiem, co nie przeszkodziło mu odnotowywać z zabójczą precyzją patologicznych relacji w świecie władzy, polityki czy po prostu w społeczeństwie.
Z konserwatyzmem Zajdla nie jest mi po drodze. Z jego analizą rzeczywistości zaś jest mi bardzo po drodze. Pewnie dlatego, że niechęć do bycia wepchanym w masę, w trybiki historii czy też niechęć do wylądowania pod buciorem żołdaka reprezentującego Jedyną Słuszną Ideologię i Najprawdziwszą Prawdę jest cechą uniwersalną dla osobników mających jakkolwiek rozbudowane poczucie samego siebie i jakkolwiek rozpoznających swoją substancję. I nie będących przy tym masochistami lub nie cierpiących na przykrą przypadłość, jaką jest autorytarne zaburzenie osobowości.
Poza tym "Wyjście z cienia" Zajdla to jedna z pierwszych przeczytanych przeze mnie w życiu książek należących do szeroko pojętej literatury fantastycznej. Przeczytałem ją nawet jeszcze przed takimi gimnazjalnymi klasykami (przynajmniej tak to wyglądało w moich czasach) jak "Władca pierścieni". Z lektury Zajdla wyniosłem przekonanie, że literatura nawet tak powszechnie uważana za mało wartościową, jak s-f czy fantasy, powinna sięgać poza "lochy i smoki" (ew. "zielone ludzki i stacje kosmiczne") i mówić coś, ba, nawet i krzyczeć, o rzeczywistości i świecie w jakim żyjemy. Dlatego nieco na wyrost lubię się określać mianem wyrodnego - a nawet zwyrodniałego, niech tam - ucznia Zajdla. Chyba żaden inny autor tworzący beletrystykę nie wywarł tak wielkiego wpływu na mój światopogląd, jak Zajdel właśnie (no dobra, wiele lat później pojawił się Ernst Jünger, najpierw dał mi LSD a potem zabrał na wycieczkę do "Eumeswil" - ale to zupełnie inna historia. A o samym "Eumeswil" gdzieś tu już na blogu pisałem jakiś czas temu).
Jak więc możesz się czytelniku domyślić po tym moim wstępie nieco przydługim, dużo sobie po tej antologii obiecywałem. I nie zawiodłem się w sumie. Bo mogło być tego więcej. I w sumie pluję sobie w brodę, że przegapiłem konkurs, który wyłonił autorów antologii. Może bym się załapał.
Rzecz jasna, nie oczekiwałem po autorach, których twórczość znalazła się w antologii, ślepego naśladownictwa Mistrza lub wejścia w wyżłobione przez niego koleiny. Oczekiwałem czegoś twórczego. Czegoś, co nawiązałoby i do topornych systemów quasi-stalinowskich, z ich szarzyzną i beznadzieją dnia codziennego, i do groteski i surrealizmu, od której Zajdel nie stronił zwłaszcza w krótkich formach, i do rozlicznych innych wątków, przewijających się przez jego twórczość. Ale żeby było to coś, noszące wyraźnie indywidualne cechy poszczególnych autorów.
Inna sprawa, że twórczość większości autorów była mi wcześniej nie znana, ale nic to.
Opowiadanie Adama Podlewskiego jest piąte z kolei, ale jako iż miałem okazję poznać autora osobiście, to nad "Ministerstwem ds. Apokalipsy" pochylę się najpierw. Jest to groteskowa historia o tytułowym urzędzie, istniejącym przy rządzie RP. Opracowywane są tam koncepcje i plany końca świata, a pracują tam m.in. niedoszli terroryści i różne świry. Jest też resort dla Reptilian. Puenta jest jasna - jest to jedyne ministerstwo w polskim rządzie, które zadziałało jak należy.
Pierwsze w antologii jest opowiadanie Anny Głuszek pt. "Świerszcz w karabinie". Autorkę kojarzyłem wcześniej z antologii ku czci Grabińskiego (gdzieś się kiedyś tu przewinął krótki opis i tej książki). "Świerszcz" to nie dość, że szary, brudny świat totalitarnej władzy, to jeszcze świat po apokalipsie spowodowanej bombami "S". Autorka przedstawia historię profesora borykającego się z nieuleczalną chorobą oraz wysłannikami tajemniczej Szarej Armii. W tle jest wątek związany z odzyskiwaniem surowców z ludzi. A w każdym razie tak go określę.
Po "Świerszczu" w antologii znalazł się "Ostatni archeolog" Szymona Nogi - opowiadanie będące wariacją nt. "Limes inferior" Zajdla, do tego poruszające kwestię pisania od nowa klasycznych dzieł, by w kolejnych wersjach nikogo nie urazić.
Trzecie jest "Poza systemem" Marzeny Starczyk. To opowiadanie najbardziej przypadło mi do gustu, bo poruszyło zajmujące mnie kwestie - ile jest człowieczeństwa w człowieku podpiętym 25h/dobę do wszechobecnego internetu, istocie wręcz ubezwłasnowolnionej przez nowoczesne technologie, które oczywiście dla jego dobra, szczęścia i bezpieczeństwa monitorują oraz planują każdą godzinę ludzkiego życia. Co najlepsze (ale i najbardziej przerażające, bo doskonale widoczne już obecnie, na co dzień), człowiek sam z siebie ochoczo się podpiął pod wszechogarniającą nierzeczywistość, która zupełnie zaburzyła i wywróciła do góry nogami relacje międzyludzkie. Tylko zakończenie mi średnio przypadło do gustu. Można tam było zrobić coś znacznie bardziej przejmującego, już po fragmencie programu telewizyjnego.
Następnie Maciej Kaźmierczak, kojarzony przeze mnie z "Zombiefili" (tak, o tym też tu na blogu pisałem) prezentuje "Nagranie". Jest to historia pracownika wielkiej, gwiezdnej korporacji, który natrafia na coś, na co nie powinien natrafić. Ba, nawet odtwarza to coś. Poznaje przez to szokującą prawdę, ale nie przynosi mu to niczego dobrego.
Po Adamie, o którego opowiadaniu wspomniałem jako pierwszym, w antologii znalazła się Ewa Morawska z opowiadaniem "Świeżorodek". Jest to bez wątpienia najbardziej oryginalne opowiadanie w antologii. Rzecz się dzieje w świecie, gdzie ludzie są klonowani jako kopie rodziców, ba, produkowani seryjnie wręcz, jak kiedyś książki. Nie można rozmnażać się naturalnie. Do tego momentu przypominało mi to nieco "Homo Pregnantus" Jana Maszczyszyna z "Bizarro Bazar", tylko pozbawione rzecz jasna charakterystycznego "zadziora" tego autora, a zastąpione zimną sterylnością biura "projektującego" ludzi. Potem jednak doszły wątki teoretycznej nieśmiertelności w bliżej nieokreślonej przestrzeni przypominającej nieco internet, tylko że wpiętej ludziom bezpośrednio w głowy i służącej też do wymiany myśli. Ostatecznie wyszedł z tego posępny bad trip jakiegoś szalonego transhumanisty. Zdecydowanie dobra, mocna rzecz.
Ostatnim opowiadaniem w antologii jest "Życie bezwolne" Pawła Kuklińskiego. Post-apo, gdzie pojawiło się totalitarne państwo. Przy użyciu puszczanej wszędzie i zawsze muzyki, ludność trzyma się w stanie euforii i odmóżdżenia zarazem, niczym bezwolne zombie pozbawione jakiejkolwiek refleksji o otaczającym świecie. Gdy w pewnym momencie główny bohater traci słuch, cały jego świat się wali w gruzy...
Oprócz opowiadań w antologii znalazł się też jeden tekst dr Edyty Rudolf, prezentujący krótko i treściwie postać Janusza Zajdla oraz jeden tekst od jury konkursu, w którym Andrzej Zimniak pastwi się nad zgłoszonymi opowiadaniami, w tym opublikowanymi w antologii.
Zabrakło spisu treści - ok, to tylko 100 stron, nic wielkiego niby, ale bardzo lubię spisy treści (zresztą z wzajemnością) i zabolał mnie brak tak przydatnego narzędzia.
Generalnie antologia sprawiła mi dużo radości zajmując przy tym stosunkowo niewiele czasu, polecam, tym bardziej, że jest dostępna za darmo.
Na stu stronach siedmioro autorów zaprezentowało siedem opowiadań.
Dobrym pomysłem było wydanie tej antologii. Zajdel sobie zasłużył na upamiętnienie, tym bardziej, że jego spostrzeżenia, mimo iż powstały w kontekście rzeczywistości zdychającego PRLu, nie rzadko zaskakują swoją aktualnością. Poza tym systemy polityczne i społeczno-ekonomiczne się zmieniają, a władza nadal demoralizuje, biurokracja nadal się rozrasta, zamiast jednej, państwowej nowomowy mamy splątane dyskursy mające swoje własne języki pozbawione znaczeń.
Zajdel był działaczem "Solidarności". Był przy tym gościem o konserwatywnych przekonaniach. Z wykształcenia był fizykiem, co nie przeszkodziło mu odnotowywać z zabójczą precyzją patologicznych relacji w świecie władzy, polityki czy po prostu w społeczeństwie.
Z konserwatyzmem Zajdla nie jest mi po drodze. Z jego analizą rzeczywistości zaś jest mi bardzo po drodze. Pewnie dlatego, że niechęć do bycia wepchanym w masę, w trybiki historii czy też niechęć do wylądowania pod buciorem żołdaka reprezentującego Jedyną Słuszną Ideologię i Najprawdziwszą Prawdę jest cechą uniwersalną dla osobników mających jakkolwiek rozbudowane poczucie samego siebie i jakkolwiek rozpoznających swoją substancję. I nie będących przy tym masochistami lub nie cierpiących na przykrą przypadłość, jaką jest autorytarne zaburzenie osobowości.
Poza tym "Wyjście z cienia" Zajdla to jedna z pierwszych przeczytanych przeze mnie w życiu książek należących do szeroko pojętej literatury fantastycznej. Przeczytałem ją nawet jeszcze przed takimi gimnazjalnymi klasykami (przynajmniej tak to wyglądało w moich czasach) jak "Władca pierścieni". Z lektury Zajdla wyniosłem przekonanie, że literatura nawet tak powszechnie uważana za mało wartościową, jak s-f czy fantasy, powinna sięgać poza "lochy i smoki" (ew. "zielone ludzki i stacje kosmiczne") i mówić coś, ba, nawet i krzyczeć, o rzeczywistości i świecie w jakim żyjemy. Dlatego nieco na wyrost lubię się określać mianem wyrodnego - a nawet zwyrodniałego, niech tam - ucznia Zajdla. Chyba żaden inny autor tworzący beletrystykę nie wywarł tak wielkiego wpływu na mój światopogląd, jak Zajdel właśnie (no dobra, wiele lat później pojawił się Ernst Jünger, najpierw dał mi LSD a potem zabrał na wycieczkę do "Eumeswil" - ale to zupełnie inna historia. A o samym "Eumeswil" gdzieś tu już na blogu pisałem jakiś czas temu).
Jak więc możesz się czytelniku domyślić po tym moim wstępie nieco przydługim, dużo sobie po tej antologii obiecywałem. I nie zawiodłem się w sumie. Bo mogło być tego więcej. I w sumie pluję sobie w brodę, że przegapiłem konkurs, który wyłonił autorów antologii. Może bym się załapał.
Rzecz jasna, nie oczekiwałem po autorach, których twórczość znalazła się w antologii, ślepego naśladownictwa Mistrza lub wejścia w wyżłobione przez niego koleiny. Oczekiwałem czegoś twórczego. Czegoś, co nawiązałoby i do topornych systemów quasi-stalinowskich, z ich szarzyzną i beznadzieją dnia codziennego, i do groteski i surrealizmu, od której Zajdel nie stronił zwłaszcza w krótkich formach, i do rozlicznych innych wątków, przewijających się przez jego twórczość. Ale żeby było to coś, noszące wyraźnie indywidualne cechy poszczególnych autorów.
Inna sprawa, że twórczość większości autorów była mi wcześniej nie znana, ale nic to.
Opowiadanie Adama Podlewskiego jest piąte z kolei, ale jako iż miałem okazję poznać autora osobiście, to nad "Ministerstwem ds. Apokalipsy" pochylę się najpierw. Jest to groteskowa historia o tytułowym urzędzie, istniejącym przy rządzie RP. Opracowywane są tam koncepcje i plany końca świata, a pracują tam m.in. niedoszli terroryści i różne świry. Jest też resort dla Reptilian. Puenta jest jasna - jest to jedyne ministerstwo w polskim rządzie, które zadziałało jak należy.
Pierwsze w antologii jest opowiadanie Anny Głuszek pt. "Świerszcz w karabinie". Autorkę kojarzyłem wcześniej z antologii ku czci Grabińskiego (gdzieś się kiedyś tu przewinął krótki opis i tej książki). "Świerszcz" to nie dość, że szary, brudny świat totalitarnej władzy, to jeszcze świat po apokalipsie spowodowanej bombami "S". Autorka przedstawia historię profesora borykającego się z nieuleczalną chorobą oraz wysłannikami tajemniczej Szarej Armii. W tle jest wątek związany z odzyskiwaniem surowców z ludzi. A w każdym razie tak go określę.
Po "Świerszczu" w antologii znalazł się "Ostatni archeolog" Szymona Nogi - opowiadanie będące wariacją nt. "Limes inferior" Zajdla, do tego poruszające kwestię pisania od nowa klasycznych dzieł, by w kolejnych wersjach nikogo nie urazić.
Trzecie jest "Poza systemem" Marzeny Starczyk. To opowiadanie najbardziej przypadło mi do gustu, bo poruszyło zajmujące mnie kwestie - ile jest człowieczeństwa w człowieku podpiętym 25h/dobę do wszechobecnego internetu, istocie wręcz ubezwłasnowolnionej przez nowoczesne technologie, które oczywiście dla jego dobra, szczęścia i bezpieczeństwa monitorują oraz planują każdą godzinę ludzkiego życia. Co najlepsze (ale i najbardziej przerażające, bo doskonale widoczne już obecnie, na co dzień), człowiek sam z siebie ochoczo się podpiął pod wszechogarniającą nierzeczywistość, która zupełnie zaburzyła i wywróciła do góry nogami relacje międzyludzkie. Tylko zakończenie mi średnio przypadło do gustu. Można tam było zrobić coś znacznie bardziej przejmującego, już po fragmencie programu telewizyjnego.
Następnie Maciej Kaźmierczak, kojarzony przeze mnie z "Zombiefili" (tak, o tym też tu na blogu pisałem) prezentuje "Nagranie". Jest to historia pracownika wielkiej, gwiezdnej korporacji, który natrafia na coś, na co nie powinien natrafić. Ba, nawet odtwarza to coś. Poznaje przez to szokującą prawdę, ale nie przynosi mu to niczego dobrego.
Po Adamie, o którego opowiadaniu wspomniałem jako pierwszym, w antologii znalazła się Ewa Morawska z opowiadaniem "Świeżorodek". Jest to bez wątpienia najbardziej oryginalne opowiadanie w antologii. Rzecz się dzieje w świecie, gdzie ludzie są klonowani jako kopie rodziców, ba, produkowani seryjnie wręcz, jak kiedyś książki. Nie można rozmnażać się naturalnie. Do tego momentu przypominało mi to nieco "Homo Pregnantus" Jana Maszczyszyna z "Bizarro Bazar", tylko pozbawione rzecz jasna charakterystycznego "zadziora" tego autora, a zastąpione zimną sterylnością biura "projektującego" ludzi. Potem jednak doszły wątki teoretycznej nieśmiertelności w bliżej nieokreślonej przestrzeni przypominającej nieco internet, tylko że wpiętej ludziom bezpośrednio w głowy i służącej też do wymiany myśli. Ostatecznie wyszedł z tego posępny bad trip jakiegoś szalonego transhumanisty. Zdecydowanie dobra, mocna rzecz.
Ostatnim opowiadaniem w antologii jest "Życie bezwolne" Pawła Kuklińskiego. Post-apo, gdzie pojawiło się totalitarne państwo. Przy użyciu puszczanej wszędzie i zawsze muzyki, ludność trzyma się w stanie euforii i odmóżdżenia zarazem, niczym bezwolne zombie pozbawione jakiejkolwiek refleksji o otaczającym świecie. Gdy w pewnym momencie główny bohater traci słuch, cały jego świat się wali w gruzy...
Oprócz opowiadań w antologii znalazł się też jeden tekst dr Edyty Rudolf, prezentujący krótko i treściwie postać Janusza Zajdla oraz jeden tekst od jury konkursu, w którym Andrzej Zimniak pastwi się nad zgłoszonymi opowiadaniami, w tym opublikowanymi w antologii.
Zabrakło spisu treści - ok, to tylko 100 stron, nic wielkiego niby, ale bardzo lubię spisy treści (zresztą z wzajemnością) i zabolał mnie brak tak przydatnego narzędzia.
Generalnie antologia sprawiła mi dużo radości zajmując przy tym stosunkowo niewiele czasu, polecam, tym bardziej, że jest dostępna za darmo.
środa, 9 października 2013
Odpryski XX
1. Działo się to w roku kiedy w końcu immanentyzowali Eschaton...
A nie, nie ta historia. Działo się to mniej-więcej tydzień temu. Wracałem koło 22 do wynajmowanego przeze mnie mieszkania. Jak zawsze szedłem sobie spokojnie wzdłuż bloku, zmierzając do swojej klatki.
Swoją drogą, cóż za perwersyjna zabawa językiem - by mieszkania w bloku były usytuowane w klatkach (schodowych, no ale zawsze). Ciekawe, czy na ten temat powstała kiedyś jakaś teoria spiskowa.
Wracając do przerwanego wątku wędrówki, idąc sobie spokojnie spostrzegłem coś dziwnego. Zatrzymałem się. W jednym z okien na paterze, kilka klatek przed moją, w pogrążonym w mroku pomieszczeniu, przy oknie stała postać. Całkowicie skryta przez mrok, do tego stopnia, że nie byłem w stanie stwierdzić, czy to kobieta czy mężczyzna. Ot, po prostu ktoś sobie stał w oknie i patrzył przed siebie. A że w oknie nie było firan ani zasłon, to ten ktoś był widoczny z zewnątrz.
Stanąłem na chodniku dokładnie na przeciw tego kogoś. Mierzyliśmy się wzrokiem przez dłuższą chwilę, po czym znudziłem się i poszedłem do siebie. Dziwaczne doświadczenie. Nieco groteskowe, nieco jak początek jakiegoś pulpowego horroru.
Wczoraj znów tamtędy szedłem, znów po 22. Tym razem w tym samym oknie widziałem tylko czubek głowy wystający zza parapetu. Ten ktoś musiał tam siedzieć bądź klęczeć albo kucać i patrzeć w parapet lub kaloryfer.
Doprawdy, z miesiąca na miesiąc Kraków staje się coraz dziwniejszym miejscem.
2. Wypadałoby się zabrać za poważne rzeczy, w końcu magisterka, itd. Dlatego przez jakiś czas, zapewne długi, na blogu będzie się działo raczej niewiele. Chociaż kto wie. Ale na wszelki wypadek o tym informuję.
3. Niedawno mój dobry kumpel jeszcze z czasów licealnych, znany tu i ówdzie pisarz Marcin Rojek założył sobie bloga. Aż go zareklamuję z tej okazji.
A nie, nie ta historia. Działo się to mniej-więcej tydzień temu. Wracałem koło 22 do wynajmowanego przeze mnie mieszkania. Jak zawsze szedłem sobie spokojnie wzdłuż bloku, zmierzając do swojej klatki.
Swoją drogą, cóż za perwersyjna zabawa językiem - by mieszkania w bloku były usytuowane w klatkach (schodowych, no ale zawsze). Ciekawe, czy na ten temat powstała kiedyś jakaś teoria spiskowa.
Wracając do przerwanego wątku wędrówki, idąc sobie spokojnie spostrzegłem coś dziwnego. Zatrzymałem się. W jednym z okien na paterze, kilka klatek przed moją, w pogrążonym w mroku pomieszczeniu, przy oknie stała postać. Całkowicie skryta przez mrok, do tego stopnia, że nie byłem w stanie stwierdzić, czy to kobieta czy mężczyzna. Ot, po prostu ktoś sobie stał w oknie i patrzył przed siebie. A że w oknie nie było firan ani zasłon, to ten ktoś był widoczny z zewnątrz.
Stanąłem na chodniku dokładnie na przeciw tego kogoś. Mierzyliśmy się wzrokiem przez dłuższą chwilę, po czym znudziłem się i poszedłem do siebie. Dziwaczne doświadczenie. Nieco groteskowe, nieco jak początek jakiegoś pulpowego horroru.
Wczoraj znów tamtędy szedłem, znów po 22. Tym razem w tym samym oknie widziałem tylko czubek głowy wystający zza parapetu. Ten ktoś musiał tam siedzieć bądź klęczeć albo kucać i patrzeć w parapet lub kaloryfer.
Doprawdy, z miesiąca na miesiąc Kraków staje się coraz dziwniejszym miejscem.
2. Wypadałoby się zabrać za poważne rzeczy, w końcu magisterka, itd. Dlatego przez jakiś czas, zapewne długi, na blogu będzie się działo raczej niewiele. Chociaż kto wie. Ale na wszelki wypadek o tym informuję.
3. Niedawno mój dobry kumpel jeszcze z czasów licealnych, znany tu i ówdzie pisarz Marcin Rojek założył sobie bloga. Aż go zareklamuję z tej okazji.
poniedziałek, 7 października 2013
Julia Nidecka "Goniący za słońcem"
Czyli znów książka z lamusa. KAW, 1983 rok.
Zbiór opowiadań nieznanej mi wcześniej autorki. Polskie s-f szkoły "socjologicznej".
Historie o obcych światach, gdzie to ludzie są tymi obcymi (np. bardzo oryginalna historia o psiej cywilizacji na Ziemi, powstałej wieki po zagładzie ludzkości; pewnego dnia przybywa tam astronauta, nie mający pojęcia, co się tam stało), historie o człowieczeństwie (np. opowiadanie tytułowe - świetna rzecz: o przybyciu ludzi na planetę zamieszkaną przez istoty przypominające konie, które muszą ustąpić przed człowiekiem), dystopijna historia o społeczeństwie idealnie, odgórnie wyrównanym (zbyt inteligentni kwalifikują się do uznania za mutantów i są spychani na margines społeczny; totalna władza wbiła ludności do głów przekonanie, że nawet wychodzenie z domu jest szkodliwe), opowieść o zagładzie ludzkości w formie wycinków prasowych, psychologiczne ujęcie zamkniętej społeczności jaką jest załoga statku kosmicznego i targających nią konfliktów, itd.
Przeczytałem w czasie "okienka" pomiędzy zajęciami. Przeczytałem jednym tchem, nie zwracając uwagi na nieliczne usterki techniczne. Jeśli znajdziecie gdzieś w antykwariacie, kupcie śmiało.
Zbiór opowiadań nieznanej mi wcześniej autorki. Polskie s-f szkoły "socjologicznej".
Historie o obcych światach, gdzie to ludzie są tymi obcymi (np. bardzo oryginalna historia o psiej cywilizacji na Ziemi, powstałej wieki po zagładzie ludzkości; pewnego dnia przybywa tam astronauta, nie mający pojęcia, co się tam stało), historie o człowieczeństwie (np. opowiadanie tytułowe - świetna rzecz: o przybyciu ludzi na planetę zamieszkaną przez istoty przypominające konie, które muszą ustąpić przed człowiekiem), dystopijna historia o społeczeństwie idealnie, odgórnie wyrównanym (zbyt inteligentni kwalifikują się do uznania za mutantów i są spychani na margines społeczny; totalna władza wbiła ludności do głów przekonanie, że nawet wychodzenie z domu jest szkodliwe), opowieść o zagładzie ludzkości w formie wycinków prasowych, psychologiczne ujęcie zamkniętej społeczności jaką jest załoga statku kosmicznego i targających nią konfliktów, itd.
Przeczytałem w czasie "okienka" pomiędzy zajęciami. Przeczytałem jednym tchem, nie zwracając uwagi na nieliczne usterki techniczne. Jeśli znajdziecie gdzieś w antykwariacie, kupcie śmiało.
"Coś na progu (wyd. specjalne)" nr 3/2012
Wczoraj naskrobałem kilka nieskładnych zdań o najnowszym "Cosiu", dziś przypominam o jednym ze starszych numerów. Miałem już z rok temu o nim napisać, ale jakoś tak wyszło, że nie napisałem. Czasem sam się dziwie, że przegapiam coś, co świetnie nadaje się na temat notki.
Właściwie jest to zbiór opowiadań, więc zakwalifikował się spokojnie do kategorii książkowej.
Motywem przewodnim tegoż numeru było "weird fiction". Słowo-klucz, obejmujące klasyczne pulpowe fantasy, pierwsze s-f, opowieści przygodowe/awanturnicze i kryminały głównie z początku XX wieku (głównie - bo stylistyka istnieje nadal i ma się dobrze). Przewijają się autorzy tacy jak Lovecraft (twórca pojęcia), Howard, Leiber, Derleth. Ale także Stoker, Doyle czy - uwaga - Kafka. Mydło i powidło - od kosmicznych macek po umięśnione torsy barbarzyńskich wojowników przez speluny wielkiego miasta. "Weird", czyli dziwaczne (w pozytywnym sensie). Nawet jeśli dziś twórczość pisarzy tego nurtu (zwłaszcza mniej znanych od klasyków, którzy przedarli się do popkultury) budzi u czytelnika co najwyżej uśmiech politowania, to bez tego nie byłoby współczesnej fantastyki jako takiej, horroru w gruncie rzeczy też nie. A w każdym razie taka jest teza eseju "O weird fiction" autorstwa Ann i Jeffa Vandermeer (tłum. Jakub Wiśniewski). Wiedzą o czym piszą, więc pozostaje przytaknąć.
Opowiadań jest dziesięć, z czego dziewięć należy do tematu numeru. Zostały pogrupowane w działy: "Horror", "Opowieści niesamowite", "Science fiction" oraz "Kryminał".
Horror reprezentowany jest przez Roberta Howarda ("Czaszki wśród gwiazd"), Brama Stokera ("Gość Drakuli") i Augusta Derletha ("Gwiazda McIlvane'a").
Howarda nie trzeba przedstawiać. Jego opowiadanie traktuje o Salomonie Kane'ie, purytańskim herosie, bardzo męskim, twardym, aż patetycznym na swój poczciwy sposób. Przyjdzie mu się zmierzyć z tajemnicą zaległą na bagnie.
Stokera też nie trzeba przedstawiać. "Gość Drakuli" to albo fragment z "Drakuli", który nie trafił do książki, albo oddzielne opowiadanie. Tekst znaleziony już po śmierci autora.
Dereleth zaś zasłynął głównie jako popularyzator Lovecrafta. W tej antologii opowiada o pewnym astronomie-amatorze, któremu przytrafia się coś dziwnego. Czuć atmosferę zagrożenia nieco lovecraftową właśnie.
Opowieści niesamowite to dziwne dosyć określenie. To, co najbardziej przypomina fantasy lub jest weird sensu stricto, trafiło pod tę etykietę. Mamy tu Arthura Conana Doyle'a ("Maszyna dezintegrująca"; opowiadanko o przygodach prof. Chellengera, który natrafia na innego wynalazcę i jego koszmarny wynalazek; autora nie trzeba przedstawiać) oraz Fritza Leibera ("Zielony księżyc" - post-apokalipsa o zamkniętym schronie i mutantach "z zewnątrz"; autor to ten od Fafryda i Szarego Kocura czy "Ciemności, przybywaj!").
S-f reprezentowane jest przez Franka Herberta (tak, tego od "Diuny") ("Brakujące ogniwo" - historia o hmmm o brakującym ogniwie w rozwoju istot rozumnych znalezionych przez ludzi gdzieś tam, hen) oraz Roberta Sheckleya ("Koszt życia" - przejmująca opowieść o życiu w dobrobycie i przeżeraniu kredytów).
I wreszcie kryminały - "Podpalenie oraz..." Samuela Dashiella Hammetta (historia o wyłudzeniu) oraz "Przygody Sherlocka Holmesa i Nata Pinkertona w Rosji: Tajemnica Fontanki" Pawła Orłowca (tytuł mówi sam za siebie; bardzo poczciwy kawałek tekstu, bardzo rosyjski).
Resztę numeru stanowi opowiadanie kryminalne "Perfekcjonista" Pawła Pollaka (wydrukowane w "Cosiu" powtórnie), wywiad z Doyle'em z 1892 roku oraz komiks "Midnight City" Krzysztofa Chalika (aż się chce iść na lody).
To był bez wątpienia dobry numer "Cosia". Przekrojowo pokazujący weird fiction na przykładach. Wybrano opowieści albo bardzo klasyczne, albo po prostu dobre.
Właściwie jest to zbiór opowiadań, więc zakwalifikował się spokojnie do kategorii książkowej.
Motywem przewodnim tegoż numeru było "weird fiction". Słowo-klucz, obejmujące klasyczne pulpowe fantasy, pierwsze s-f, opowieści przygodowe/awanturnicze i kryminały głównie z początku XX wieku (głównie - bo stylistyka istnieje nadal i ma się dobrze). Przewijają się autorzy tacy jak Lovecraft (twórca pojęcia), Howard, Leiber, Derleth. Ale także Stoker, Doyle czy - uwaga - Kafka. Mydło i powidło - od kosmicznych macek po umięśnione torsy barbarzyńskich wojowników przez speluny wielkiego miasta. "Weird", czyli dziwaczne (w pozytywnym sensie). Nawet jeśli dziś twórczość pisarzy tego nurtu (zwłaszcza mniej znanych od klasyków, którzy przedarli się do popkultury) budzi u czytelnika co najwyżej uśmiech politowania, to bez tego nie byłoby współczesnej fantastyki jako takiej, horroru w gruncie rzeczy też nie. A w każdym razie taka jest teza eseju "O weird fiction" autorstwa Ann i Jeffa Vandermeer (tłum. Jakub Wiśniewski). Wiedzą o czym piszą, więc pozostaje przytaknąć.
Opowiadań jest dziesięć, z czego dziewięć należy do tematu numeru. Zostały pogrupowane w działy: "Horror", "Opowieści niesamowite", "Science fiction" oraz "Kryminał".
Horror reprezentowany jest przez Roberta Howarda ("Czaszki wśród gwiazd"), Brama Stokera ("Gość Drakuli") i Augusta Derletha ("Gwiazda McIlvane'a").
Howarda nie trzeba przedstawiać. Jego opowiadanie traktuje o Salomonie Kane'ie, purytańskim herosie, bardzo męskim, twardym, aż patetycznym na swój poczciwy sposób. Przyjdzie mu się zmierzyć z tajemnicą zaległą na bagnie.
Stokera też nie trzeba przedstawiać. "Gość Drakuli" to albo fragment z "Drakuli", który nie trafił do książki, albo oddzielne opowiadanie. Tekst znaleziony już po śmierci autora.
Dereleth zaś zasłynął głównie jako popularyzator Lovecrafta. W tej antologii opowiada o pewnym astronomie-amatorze, któremu przytrafia się coś dziwnego. Czuć atmosferę zagrożenia nieco lovecraftową właśnie.
Opowieści niesamowite to dziwne dosyć określenie. To, co najbardziej przypomina fantasy lub jest weird sensu stricto, trafiło pod tę etykietę. Mamy tu Arthura Conana Doyle'a ("Maszyna dezintegrująca"; opowiadanko o przygodach prof. Chellengera, który natrafia na innego wynalazcę i jego koszmarny wynalazek; autora nie trzeba przedstawiać) oraz Fritza Leibera ("Zielony księżyc" - post-apokalipsa o zamkniętym schronie i mutantach "z zewnątrz"; autor to ten od Fafryda i Szarego Kocura czy "Ciemności, przybywaj!").
S-f reprezentowane jest przez Franka Herberta (tak, tego od "Diuny") ("Brakujące ogniwo" - historia o hmmm o brakującym ogniwie w rozwoju istot rozumnych znalezionych przez ludzi gdzieś tam, hen) oraz Roberta Sheckleya ("Koszt życia" - przejmująca opowieść o życiu w dobrobycie i przeżeraniu kredytów).
I wreszcie kryminały - "Podpalenie oraz..." Samuela Dashiella Hammetta (historia o wyłudzeniu) oraz "Przygody Sherlocka Holmesa i Nata Pinkertona w Rosji: Tajemnica Fontanki" Pawła Orłowca (tytuł mówi sam za siebie; bardzo poczciwy kawałek tekstu, bardzo rosyjski).
Resztę numeru stanowi opowiadanie kryminalne "Perfekcjonista" Pawła Pollaka (wydrukowane w "Cosiu" powtórnie), wywiad z Doyle'em z 1892 roku oraz komiks "Midnight City" Krzysztofa Chalika (aż się chce iść na lody).
To był bez wątpienia dobry numer "Cosia". Przekrojowo pokazujący weird fiction na przykładach. Wybrano opowieści albo bardzo klasyczne, albo po prostu dobre.
niedziela, 6 października 2013
"Coś na progu (Wyd. specjalne)" nr 8 (3/2013)
Trafił ten numer "Cosia" do kategorii książek, bo znajduje się w nim powieść Edgara R. Burroughsa "Władca umysłów z Marsa". I w sumie tylko powieść, oprócz wstępniaka, króciutkiego komiksu Daniela Grzeszkiewicza, tłumaczenia wywiadu z autorem oraz krótkiej notki o samym autorze jako takim. W preorderze do pisma dołączono krótki komiks Rafała Szłapy. Ale o tym potem.
Burroughs, urodzony pod koniec XIX wieku, znany jest głównie z cyklu "Barsoom" oraz z cyklu o Tarzanie. O ile tego ostatniego jeszcze ktokolwiek kojarzy, zwłaszcza z rozmaitych ekranizacji, to autora cyklu książek o jego przygodach (cyklu dochodzącego do ~30 pozycji) kojarzą nieliczni.
"Barsoom" jest - przynajmniej jak dla mnie - dużo ciekawszy. Pierwsze pozycje z cyklu powstawały w I połowie XX wieku. Czuć to bardzo wyraźnie.
"Barsoom" jako całość to nieco heroiczne nieco sword & sorcery, w stylu np. Conana, tyle że połączone z wieloma wątkami rodem z s-f. Autor potrafił w to wpleść jeszcze nierzadko odwołania do tego, co go gryzło na co dzień. Czyli obok półnagich lasek dzierżących miecze mamy szalonych naukowców, statki latające, mnóstwo zaawansowanych technicznie wynalazków, środków lokomocji, futurystyczne bronie. Technologia współgra z pseudo-średniowieczno-antyczną, hierarchiczną strukturą społeczną. Świat "Barsoom" jest światem dumnych herosów broniących pokrzywdzonych, dotrzymujących słowa, dokonujących niemożliwego. Znów kojarzy mi się to z Conanem. W sumie trudno się dziwić - ten sam gatunek. Kojarzy mi się to też z Jackiem Vancem. Setting zupełnie inny, ale trochę podobne.
Akcja większości książek z cyklu toczy się głównie na Marsie. Istnieje tam cywilizacja (czy też kilka różnych cywilizacji obok siebie, osadzonych na mniej-więcej tym samym poziomie rozwoju) istot zbliżonych do ludzi. Na tyle zbliżonych, że kolejni przybysze z Ziemi ochoczo zakochują się w tubylczych kobietach i rozpętują dla nich nieliche awantury, nierzadko wywracając do góry nogami reżimy polityczne i systemy religijne. Ogólny obraz świata możecie wynieść z opisu wyżej. Dodam do tego, że na Marsie Burroughsa okiełznano światło, wykorzystując je jako m.in. napęd w czymś, co jest ni to jet-packiem, ni to szybowcem a'la Lilienthal. "Barsoom" to potężny, rozbudowany świat, spokojnie dorównujący rozmachem Śródziemiu czy Erze Hiperborejskiej.
W jednym z artykułów o "Barsoom" w tym samym numerze "Cosia" jego autor wyskoczył z nieznaną mi wcześniej nazwą - romans planetarny. Nieznany mi wcześniej podgatunek zanotowany.
Sam "Władca" to historia napisana w formie listu autora-narratora do pana Burroughsa. Główny bohater, amerykański żołnierz, prosto z pola bitwy I wojny światowej (swoją drogą, opis wojny trochę jak u Jüngera - fascynacja ideałem a brutalna rzeczywistość - z nastawieniem na to pierwsze) dzięki gorącej modlitwie do Marsa, gdy leży umierający w leju po pocisku, trafia na Czerwoną Planetę. Na miejscu trafia prosto do ośrodka nieco szalonego naukowca eksperymentującego z przeszczepianiem mózgów pomiędzy ciałami, zarabiającego na przeszczepach mózgów zleceniodawców do nowych ciał. Po jakimś czasie udaje mu się poznać lokalny język i zostaje wtajemniczony przez swojego gospodarza w tajniki jego praktyk. Zakochuje się w młodej i pięknej dziewczynie, której ciało zostało sprzedane obleśnej królowej państwa fanatyków religijnych, a jej mózg trafił do zniszczonego ciała tejże wiekowej królowej. Postanawia oddać dziewczynie jej ciało. Gdy nadarza się okazja, przywraca do życia kilku nieszczęśników czekających na zabieg oraz jeden eksperyment (wielka małpa z częściowo ludzkim mózgiem) i wyruszają w świat na wyprawę. Po drodze obalą złą królową, poznają sekrety religii Tura i w ogóle. Historia kończy się rzecz jasna happy endem.
Autor skrytykował w tym swoim dziele zarówno zdogmatyzowaną, hierarchiczną religię, opartą na wierze dla samej wiary i odklepywaniu bezsensownych oraz niezrozumiałych modlitw czy rytuałów, jak i społeczeństwo zachowujących się racjonalnie (w kategoriach zysk-strata) ateistów.
Komiks Daniela Grzeszkiewicza przenosi Tarzana do Barsoom. Pomysł i wykonanie - niezłe. Dołączony do numeru (preorder - wy nie dostaniecie, har har har) komiks Rafała Szłapy traktuje o lekarzu przeprowadzającym dla wojska (najprędzej radzieckiego, sądząc po "towarzyszu Piotrowski") eksperymenty na ludziach. Gdy jego żona zapada na nieuleczalną chorobę, postanawia jej pomóc...ciekawa historia, wyrazisty bohater. Z pokazanych fragmentów historii niewiele niestety wynika - w sumie to nie wiem nawet, czy to całość, czy fragment czegoś większego.
Cóż napisać na koniec - jak ktoś lubi klasykę weird fiction, czuje takie klimaty i nie przeszkadza mu klimat, to bardzo polecam, tym bardziej, że "Barsoom" jest w Polsce zdecydowanie zbyt mało znany.
Burroughs, urodzony pod koniec XIX wieku, znany jest głównie z cyklu "Barsoom" oraz z cyklu o Tarzanie. O ile tego ostatniego jeszcze ktokolwiek kojarzy, zwłaszcza z rozmaitych ekranizacji, to autora cyklu książek o jego przygodach (cyklu dochodzącego do ~30 pozycji) kojarzą nieliczni.
"Barsoom" jest - przynajmniej jak dla mnie - dużo ciekawszy. Pierwsze pozycje z cyklu powstawały w I połowie XX wieku. Czuć to bardzo wyraźnie.
"Barsoom" jako całość to nieco heroiczne nieco sword & sorcery, w stylu np. Conana, tyle że połączone z wieloma wątkami rodem z s-f. Autor potrafił w to wpleść jeszcze nierzadko odwołania do tego, co go gryzło na co dzień. Czyli obok półnagich lasek dzierżących miecze mamy szalonych naukowców, statki latające, mnóstwo zaawansowanych technicznie wynalazków, środków lokomocji, futurystyczne bronie. Technologia współgra z pseudo-średniowieczno-antyczną, hierarchiczną strukturą społeczną. Świat "Barsoom" jest światem dumnych herosów broniących pokrzywdzonych, dotrzymujących słowa, dokonujących niemożliwego. Znów kojarzy mi się to z Conanem. W sumie trudno się dziwić - ten sam gatunek. Kojarzy mi się to też z Jackiem Vancem. Setting zupełnie inny, ale trochę podobne.
Akcja większości książek z cyklu toczy się głównie na Marsie. Istnieje tam cywilizacja (czy też kilka różnych cywilizacji obok siebie, osadzonych na mniej-więcej tym samym poziomie rozwoju) istot zbliżonych do ludzi. Na tyle zbliżonych, że kolejni przybysze z Ziemi ochoczo zakochują się w tubylczych kobietach i rozpętują dla nich nieliche awantury, nierzadko wywracając do góry nogami reżimy polityczne i systemy religijne. Ogólny obraz świata możecie wynieść z opisu wyżej. Dodam do tego, że na Marsie Burroughsa okiełznano światło, wykorzystując je jako m.in. napęd w czymś, co jest ni to jet-packiem, ni to szybowcem a'la Lilienthal. "Barsoom" to potężny, rozbudowany świat, spokojnie dorównujący rozmachem Śródziemiu czy Erze Hiperborejskiej.
W jednym z artykułów o "Barsoom" w tym samym numerze "Cosia" jego autor wyskoczył z nieznaną mi wcześniej nazwą - romans planetarny. Nieznany mi wcześniej podgatunek zanotowany.
Sam "Władca" to historia napisana w formie listu autora-narratora do pana Burroughsa. Główny bohater, amerykański żołnierz, prosto z pola bitwy I wojny światowej (swoją drogą, opis wojny trochę jak u Jüngera - fascynacja ideałem a brutalna rzeczywistość - z nastawieniem na to pierwsze) dzięki gorącej modlitwie do Marsa, gdy leży umierający w leju po pocisku, trafia na Czerwoną Planetę. Na miejscu trafia prosto do ośrodka nieco szalonego naukowca eksperymentującego z przeszczepianiem mózgów pomiędzy ciałami, zarabiającego na przeszczepach mózgów zleceniodawców do nowych ciał. Po jakimś czasie udaje mu się poznać lokalny język i zostaje wtajemniczony przez swojego gospodarza w tajniki jego praktyk. Zakochuje się w młodej i pięknej dziewczynie, której ciało zostało sprzedane obleśnej królowej państwa fanatyków religijnych, a jej mózg trafił do zniszczonego ciała tejże wiekowej królowej. Postanawia oddać dziewczynie jej ciało. Gdy nadarza się okazja, przywraca do życia kilku nieszczęśników czekających na zabieg oraz jeden eksperyment (wielka małpa z częściowo ludzkim mózgiem) i wyruszają w świat na wyprawę. Po drodze obalą złą królową, poznają sekrety religii Tura i w ogóle. Historia kończy się rzecz jasna happy endem.
Autor skrytykował w tym swoim dziele zarówno zdogmatyzowaną, hierarchiczną religię, opartą na wierze dla samej wiary i odklepywaniu bezsensownych oraz niezrozumiałych modlitw czy rytuałów, jak i społeczeństwo zachowujących się racjonalnie (w kategoriach zysk-strata) ateistów.
Komiks Daniela Grzeszkiewicza przenosi Tarzana do Barsoom. Pomysł i wykonanie - niezłe. Dołączony do numeru (preorder - wy nie dostaniecie, har har har) komiks Rafała Szłapy traktuje o lekarzu przeprowadzającym dla wojska (najprędzej radzieckiego, sądząc po "towarzyszu Piotrowski") eksperymenty na ludziach. Gdy jego żona zapada na nieuleczalną chorobę, postanawia jej pomóc...ciekawa historia, wyrazisty bohater. Z pokazanych fragmentów historii niewiele niestety wynika - w sumie to nie wiem nawet, czy to całość, czy fragment czegoś większego.
Cóż napisać na koniec - jak ktoś lubi klasykę weird fiction, czuje takie klimaty i nie przeszkadza mu klimat, to bardzo polecam, tym bardziej, że "Barsoom" jest w Polsce zdecydowanie zbyt mało znany.
sobota, 5 października 2013
Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz Jr. "Piknik w piekle"
Działo się to dwa dni temu.
Obudził mnie dźwięk budzika. Wstałem, zjadłem śniadanie, potem sprawdziłem pocztę (z newslettera Eko-Prognozy Małopolski - ostrzeżenie dla astmatyków, starców i kobiet w cięży, a także dla chorych na to, tamto, siamto - lepiej zostać w domu; stężenie pyłu PM10 w powietrzu przekracza od paru dni cienką granicę między zanieczyszczeniem i groteską) a potem won na zajęcia.
Których nie było. Gdzieś na USOSie niby wisiało ogłoszenie, że akurat te i parę innych (prowadzonych nie przez mój "macierzysty" instytut) rusza dopiero 07.10.13, ale zapewne nie doczytałem. Zresztą nie ja jeden. Pogadałem chwilę ze świeżo poznaną fajną blondyną z psychologii po czym ruszyłem przed siebie. Miałem nieoczekiwane "okienko", bagatela 4 godziny. Nie chciało mi się wracać na mieszkanie, bo musiałbym bez sensu jeździć po krakówku w tę i nazad. Chciałem zabunkrować się w czytelni instytutu albo w Jagiellonce i poczytać coś niecoś pod magisterkę. Po drodze zdałem sobie jednak sprawę, że nie wziąłem odpowiedniej książki ze sobą.
Poszedłem do bukinistów koło dworca. Po dłuższej chwili grzebania w asortymencie, gdzieś za Kingiem i paranormal romance natrafiłem na niepozorną książeczkę. Nieco uwaloną nie wiadomo czym i noszącą wyraźne ślady późniejszego składowania w niesprzyjających warunkach, no ale ideałów nie ma.
Ciut ponad dwie godziny spędzone w bufecie Jagiellonki wystarczyły mi spokojnie na przeczytanie tego "splitu" Kaina i Kyrcza Jr.
Na 146 stronach zmieściło się osiemnaście opowiadań - sześć Dawida, sześć Kazika i sześć ich wspólnego autorstwa. Oprócz tego na pięciu stronach znalazł się fragment opowiadania Moniki Błądek z jakiegoś innego zbioru. W książce natrafiłem zresztą na ulotkę reklamującą dwie jej książki.
Czym się charakteryzuje ogół opowiadań? Szczerością i dosadnością, to przede wszystkim. Jakąś taką autentycznością - nie wiem jak wyglądały procesy twórcze autorów, czułem jednak w treści nagromadzoną energię, przelaną na papier pasję.
Przewija się sporo wątków, nazwijmy je, krytyczno-społecznych, przejaskrawionych nieco. Konsumpcyjny styl życia w krzywym zwierciadle, współczesność bez owijania w bawełnę. Egzorcyzmowanie demonów samozadowolenia i stabilizacji na rozłożony na całe życie kredyt. Nadaję na podobnych falach, więc przypadło mi to do gustu. Poza tym jest bardzo krakowsko - tonące w narkotykach kluby, przypadkowy seks, mnóstwo postaci z problemami psychicznymi, marzenia snute w ciemnym pokoju akademika lub zabałaganionej kawalerce. Szarzy ludzie nagle stykający się z czymś niecodziennym, proza życia nagle zmieniająca się w ciąg dziwacznych, niecodziennych, przerażających zdarzeń. Mroczne rodzinne tajemnice i toksyczne relacje międzyludzkie. Zacierająca się granica miedzy normalnością i szaleństwem, jawą a halucynacjami. No i czasem nie warto artykułować głośno chęci przeżycia przygody, bo jeszcze żona usłyszy i będzie chciała pomóc.
Napis na okładce głosi "współczesne opowiadania grozy". Jest nieco mylący, część z tego to bizarro a nie horror. To nie jest rzecz jasna zarzut.
Mi się podobało.
Zamieszczona na końcu zajawka z tekstu Moniki traktowała o historii żyjącej na odludziu babki, która urodziła dziecko. Nie do końca ludzkie dziecko. Nie jest to jednak horror, raczej jakiś miks Conana Barbarzyńcy (czy raczej Kane'a) z hmm, bo ja wiem, X-Men. Być może jednak odniosłem mylne wrażenie. W końcu był to tylko fragment czegoś większego.
Obudził mnie dźwięk budzika. Wstałem, zjadłem śniadanie, potem sprawdziłem pocztę (z newslettera Eko-Prognozy Małopolski - ostrzeżenie dla astmatyków, starców i kobiet w cięży, a także dla chorych na to, tamto, siamto - lepiej zostać w domu; stężenie pyłu PM10 w powietrzu przekracza od paru dni cienką granicę między zanieczyszczeniem i groteską) a potem won na zajęcia.
Których nie było. Gdzieś na USOSie niby wisiało ogłoszenie, że akurat te i parę innych (prowadzonych nie przez mój "macierzysty" instytut) rusza dopiero 07.10.13, ale zapewne nie doczytałem. Zresztą nie ja jeden. Pogadałem chwilę ze świeżo poznaną fajną blondyną z psychologii po czym ruszyłem przed siebie. Miałem nieoczekiwane "okienko", bagatela 4 godziny. Nie chciało mi się wracać na mieszkanie, bo musiałbym bez sensu jeździć po krakówku w tę i nazad. Chciałem zabunkrować się w czytelni instytutu albo w Jagiellonce i poczytać coś niecoś pod magisterkę. Po drodze zdałem sobie jednak sprawę, że nie wziąłem odpowiedniej książki ze sobą.
Poszedłem do bukinistów koło dworca. Po dłuższej chwili grzebania w asortymencie, gdzieś za Kingiem i paranormal romance natrafiłem na niepozorną książeczkę. Nieco uwaloną nie wiadomo czym i noszącą wyraźne ślady późniejszego składowania w niesprzyjających warunkach, no ale ideałów nie ma.
Ciut ponad dwie godziny spędzone w bufecie Jagiellonki wystarczyły mi spokojnie na przeczytanie tego "splitu" Kaina i Kyrcza Jr.
Na 146 stronach zmieściło się osiemnaście opowiadań - sześć Dawida, sześć Kazika i sześć ich wspólnego autorstwa. Oprócz tego na pięciu stronach znalazł się fragment opowiadania Moniki Błądek z jakiegoś innego zbioru. W książce natrafiłem zresztą na ulotkę reklamującą dwie jej książki.
Czym się charakteryzuje ogół opowiadań? Szczerością i dosadnością, to przede wszystkim. Jakąś taką autentycznością - nie wiem jak wyglądały procesy twórcze autorów, czułem jednak w treści nagromadzoną energię, przelaną na papier pasję.
Przewija się sporo wątków, nazwijmy je, krytyczno-społecznych, przejaskrawionych nieco. Konsumpcyjny styl życia w krzywym zwierciadle, współczesność bez owijania w bawełnę. Egzorcyzmowanie demonów samozadowolenia i stabilizacji na rozłożony na całe życie kredyt. Nadaję na podobnych falach, więc przypadło mi to do gustu. Poza tym jest bardzo krakowsko - tonące w narkotykach kluby, przypadkowy seks, mnóstwo postaci z problemami psychicznymi, marzenia snute w ciemnym pokoju akademika lub zabałaganionej kawalerce. Szarzy ludzie nagle stykający się z czymś niecodziennym, proza życia nagle zmieniająca się w ciąg dziwacznych, niecodziennych, przerażających zdarzeń. Mroczne rodzinne tajemnice i toksyczne relacje międzyludzkie. Zacierająca się granica miedzy normalnością i szaleństwem, jawą a halucynacjami. No i czasem nie warto artykułować głośno chęci przeżycia przygody, bo jeszcze żona usłyszy i będzie chciała pomóc.
Napis na okładce głosi "współczesne opowiadania grozy". Jest nieco mylący, część z tego to bizarro a nie horror. To nie jest rzecz jasna zarzut.
Mi się podobało.
Zamieszczona na końcu zajawka z tekstu Moniki traktowała o historii żyjącej na odludziu babki, która urodziła dziecko. Nie do końca ludzkie dziecko. Nie jest to jednak horror, raczej jakiś miks Conana Barbarzyńcy (czy raczej Kane'a) z hmm, bo ja wiem, X-Men. Być może jednak odniosłem mylne wrażenie. W końcu był to tylko fragment czegoś większego.
wtorek, 1 października 2013
Trafiłem na "Niedobre Literki"
O, tutaj.
"Ciało i krew". Krótkie, poczciwe opowiadanko o dosłownie pojmowanym wiecznym powrocie, śmierci Boga i przebóstwieniu człowieka.
Nie polecam osobom religijnym.
"Ciało i krew". Krótkie, poczciwe opowiadanko o dosłownie pojmowanym wiecznym powrocie, śmierci Boga i przebóstwieniu człowieka.
Nie polecam osobom religijnym.
poniedziałek, 30 września 2013
Zombie, świry, transgresja
Jak zwykle u mnie, uwaga na spoilery.
Zombie to motyw, który sam się zjadł. Ileż w końcu razy można opowiadać tę samą historię na inne sposoby. Ileż razy można powtarzać ten sam motyw, zmieniając tylko pewne szczegóły. Doprowadzając do go parodii (np. "Zombie Ass"), postmodernistycznej papki motywów i odniesień (np. "Dead Snow" czy znacznie bardziej szalone dziełko "Sars Wars", będące parodią przeładowaną odniesieniami do mydła i powidła wszelakiego), satyry na współczesne społeczeństwo (klasyczny Romero, "KFZ Kentucky Fried Zombie") czy też próbując wyciągnąć z niego coś więcej.
"The Walking Dead", biało-czarny komiks autorstwa m.in. gościa, który zrobił przewrotnego i poczciwie-bluźnierczego "Battle Pope" próbuje z motywu walki garstki ocalonych z wszechobecnymi zombie przedstawić historię o utrzymaniu własnego człowieczeństwa w sytuacji, gdy świat jaki znamy - mówiąc dosadnie - trafia szlag. Motyw ten też się przejawiał gdzie indziej, tu jednak jest najbardziej uwypuklony. Chyba nawet bardziej w bardzo popularnym serialu o tym samym tytule, niż w komiksie jako takim. Serial w porównaniu do komiksu jest znacznie bardziej "rozciągnięty". Zwłaszcza w sezonie II, dziejącym się w sumie w jednym miejscu, widać to jak na dłoni. Dodano też więcej bohaterów, inni mają więcej do powiedzenia. Inni giną wcześniej, inni później. Niektórych nie ma.
Co nie znaczy, że komiks jest w mniejszym stopniu ukierunkowany na rozpaczliwe próby zachowania człowieczeństwa w świecie, w którym wygrywa bardziej bezwzględny i silniejszy, nie oglądający się na nic. Bohaterowie mają mnóstwo rozterek, nie wahają się w obronie siebie lub bliskich dokonywać rzeczy strasznych (Rick odcinający siekierką rękę kobiety trzymającej go i błagającej o pomoc przed nadciągającymi zombie; główni bohaterowie bestialsko mordujący grupkę kanibali) lub wprost folgują swoim instynktom i żądzom (Governor gwałcący i znęcający się nad Michonne; Michonne okaleczająca Governora). Pod koniec komiksu (tzn. tych numerów, które już się ukazały - nowe numery wychodzą cały czas) obserwujemy jak rodzi się nowy feudalizm - grupa dzikich, nieokrzesanych, brutalnych raiderów w zamian za "ochronę" uzależnia od siebie kolejne wspólnoty tych, którzy przetrwali, podporządkowując ich sobie przy użyciu strachu, przemocy, okrucieństwa, i bez pardonu egzekwuje należne im rzekomo dobra. Ponadto przynajmniej część z nich dosłownie ubóstwia swojego przywódcę. Jakbym widział ekipę Mieszka I szalejącą wśród wsi wielkopolskich w 966r. Wybaczcie dygresję.
Trup ściele się gęsto, zarówno żywy jak i martwy. Przemoc jest pokazana w dosadny sposób, bez nadmiernej cenzury. Seks też jest. Kreska budzi skojarzenia ze stylem z "Battle Pope" (thank You, Captain Obvious) ale jest znacznie bardziej realistyczna. Zniszczone miasta, wyludnione pustkowia, opuszczone osiedla i osady tych, którzy usiłują przeżyć w post-ludzkim świecie - wyglądają obłędnie. Same żywe trupy - również.
Do efektów w serialu też nie ma się jak przyczepić. Mają tam chyba najbardziej "zombiaste" zombie jakie widziałem gdziekolwiek. Ale budżet robi swoje.
Jestem rzecz jasna fanem zarówno komiksu, jak i serialu. Dziw bierze, że jeszcze nie ma (jakiś dodatkowy serial chyba jest w planach) tony spin-offów i innych historii w tym samym świecie.
"Crossed" i kolejne serie.
Autorzy "Crossed" poszli kilka kilometrów dalej od motywu "boimy się tego, co jest zwyczajne - a nagle staje się niezwyczajne, ba, wrogie nam". Tytułowi Crossed to zombie na sterydach - tym bardziej odrażający (i transgresywni), że są żywi. Śmiem twierdzić, że to najbrutalniejsze komiksy, jakie czytałem kiedykolwiek. Gore do sześcianu. Zoofilia, nekrofilia, pedofilia, festiwal wynaturzenia, dehumanizacji, pogardy dla człowieka. Wynaturzone sceny tortur, wszelkie perwersje i totalny nihilizm. Wszystko tak zwielokrotnione, że aż do przesady. Zresztą, jeśli nie wiecie, o czym piszę, wyłącznie w góglach wszystkie filtry (jeśli jeszcze macie je ustawione) i wygóglajcie "Crossed". Pewnych obrazów się nie zapomina.
Pewnego dnia na świecie wybucha epidemia, która rozprzestrzenia się w krótkim czasie na cały świat. Zarażonym wychodzą na twarzy ropiejące, krwawe czerwone krzyże. Zarażeni zatracają swoje człowieczeństwo. Spadają z nich wszystkie uwarunkowania, cały dorobek kulturowy i cywilizacyjny. Wchodzą w permanentny szał mordowania i gwałcenia wszystkich i wszystkich wokoło. W przeciwieństwie do zombie, "ukrzyżowani" zabijają się także wzajemnie. Potrafią się też łączyć w grupki walczące z innymi grupkami (np. grupa nosząca maski ze skór ofiar kontra grupa kąpiąca się we krwi). Niektórzy zatracają się w szale permanentnie. Zatracają wszelki pomyślunek i instynkt samozachowawczy, czy nawet zdolność do myślenia abstrakcyjnego. Inni jednak potrafią organizować tych dzikich w bardziej zwarte hordy, potrafią wymyślać i zakładać pułapki, planować dalsze postępowanie, ba, zdarza się nawet, że wezmą zakładnika z grupki niezarażonych, zamiast go od razu zgwałcić, zabić i jeszcze raz zgwałcić, rozczłonkować i po raz wtóry zgwałcić. Jeszcze inni po zarażeniu pamiętają swoje dawne życie.
Poziom okrucieństwa pokazanego w komiksach "Crossed" jest tak przytłaczający, że wręcz nie da się w pewnym momencie traktować tego, co zostało tam pokazane z pełną powagą. "Ukrzyżowani" gwałcący krowę, orkę, biegający z odciętymi genitaliami ludzkimi i zwierzęcymi, ogromna ich grupa pokrywająca gigantyczny most "opakowaniem" z setek ludzkich skór, krowa-pułpaka na niezarażonych z odbezpieczonym granatem w odbycie, zakonnica masturbująca się odciętą kończyną, setki powieszonych, wybebeszonych, narysowanych z dbałością o każdy szczegół zmasakrowanych zwłok, trupy wiszące na krzyżach, słupach, ponabijane na cokolwiek - tego wszystkiego i wielu więcej tego typu obrazów po prostu nie da się wziąć na serio do końca. Tak samo okładek, pełnych aluzji politycznych i społecznych (rozpierdziel w ONZ, loży masońskiej, na Bliskim Wschodzie, w Egipcie, itd.). W pewnym momencie czytelnik po prostu parska śmiechem. Dosyć nerwowym i bardzo niezdrowym, ale jednak. Sam język używany przez "ukrzyżowanych" podkreśla ich instynktowne działanie i absurdalne barbarzyństwo - posługują się potokami bluzgów i topornie odmalowanych opisów czynności seksualnych, zazwyczaj bardzo niepoprawnych z biologicznego punktu widzenia.
A jak sobie radzą zwykli ludzie w uniwersum "Crossed"?
Tytuł jednej z serii ("Psychopath") doskonale ilustruje, jak. Zdrowi zachowują się czasem gorzej od chorych, chociaż wydaje się to niemożliwe. Religijny ojciec - pedofil, kompletny wariat, socjopaci idący po trupach byle uciec, typ wymagający seksu w zamian za ratunek, kobieta porzucająca własnego noworodka, tchórze, oszuści, cała plejada typów odpychających. Pozbawionych dowolnie pojętego heroizmu, nie zastanawiających się nad filozoficznymi kwestiami, czym jest człowieczeństwo, tylko żyjących po prostu.
Większość serii komiksu jest już zakończona - "Crossed", potem - kolejność przypadkowa - "Crossed: Psychopath", "Crossed: Family Values". Jeszcze ukazuje się chyba "Crossed: Badlands" - najbrutalniejsza i najbardziej przejmująca seria. Składa się z wielu historyjek zajmujących po 3-4 numery, wszystkie te historyjki kończą się źle. Ukazuje się również "Crossed: Wish You Were Here" - również jako komiks internetowy, dostępny za darmo. Tam formuła jest nieco zmieniona, bo rzecz się dzieje głównie na wyspie, gdzie schroniła się grupka zdrowych. Pozostałe serie przedstawiały bohaterów w ruchu, niedługo po wybuchu zarazy lub w jej czasie. Ostatnie numery "Badlands" przedstawiają uniwersum po paru latach.
Wiąże się to z pewną nieścisłością. "Ukrzyżowani" nie przejmują się własnym bólem, potrzebami zachowania życia i zdrowia. To ekstremalni sadyści i maschodziści, czerpiący radość np. z bycia rozjechanym przez samochód lub z bycia zgwałconym w dziury wyrwane w brzuchu. Nie przejmują się także np. ciepłym ubraniem się w zimę. Noszą to, co mieli na sobie w chwili zarażenia, paradują nago, eksponując nabrzmiałe genitalia, co najwyżej zakładają ozdoby zrobione z różnych części ciał swoich ofiar (maski ze skór twarzy, naszyjniki z gałek ocznych, ozdoby z obciętych genitaliów). Nie dbają o żadne dobra konsumpcyjne, czy nawet o dach nad głową. Po paru latach (ba, po pierwszej zimie) ich populacja powinna więc zmniejszyć się do minimum. I co z tysiącem chorób, które powinny się rozwinąć wśród świata gdzie ludzkie szczątki służą jako ozdoby, chorób, które powinny również zdziesiątkować populację chorych. Ale ok, nie ma po co alegorii odczytywać dosłownie. Jeśli ktoś potrzebuje jakiegoś katharsis, jakiegoś kopniaka w mózg, do tego poprawnie napisanego i perwersyjnie, turpistyczne narysowanego, to wszystko co wyszło z "Crossed" w tytule gorąco polecam.
A gdzie ta transgresja, o której wspomniałem w tytule tej notki? Cóż, jest chyba widoczna jak na dłoni.
Zombie to motyw, który sam się zjadł. Ileż w końcu razy można opowiadać tę samą historię na inne sposoby. Ileż razy można powtarzać ten sam motyw, zmieniając tylko pewne szczegóły. Doprowadzając do go parodii (np. "Zombie Ass"), postmodernistycznej papki motywów i odniesień (np. "Dead Snow" czy znacznie bardziej szalone dziełko "Sars Wars", będące parodią przeładowaną odniesieniami do mydła i powidła wszelakiego), satyry na współczesne społeczeństwo (klasyczny Romero, "KFZ Kentucky Fried Zombie") czy też próbując wyciągnąć z niego coś więcej.
"The Walking Dead", biało-czarny komiks autorstwa m.in. gościa, który zrobił przewrotnego i poczciwie-bluźnierczego "Battle Pope" próbuje z motywu walki garstki ocalonych z wszechobecnymi zombie przedstawić historię o utrzymaniu własnego człowieczeństwa w sytuacji, gdy świat jaki znamy - mówiąc dosadnie - trafia szlag. Motyw ten też się przejawiał gdzie indziej, tu jednak jest najbardziej uwypuklony. Chyba nawet bardziej w bardzo popularnym serialu o tym samym tytule, niż w komiksie jako takim. Serial w porównaniu do komiksu jest znacznie bardziej "rozciągnięty". Zwłaszcza w sezonie II, dziejącym się w sumie w jednym miejscu, widać to jak na dłoni. Dodano też więcej bohaterów, inni mają więcej do powiedzenia. Inni giną wcześniej, inni później. Niektórych nie ma.
Co nie znaczy, że komiks jest w mniejszym stopniu ukierunkowany na rozpaczliwe próby zachowania człowieczeństwa w świecie, w którym wygrywa bardziej bezwzględny i silniejszy, nie oglądający się na nic. Bohaterowie mają mnóstwo rozterek, nie wahają się w obronie siebie lub bliskich dokonywać rzeczy strasznych (Rick odcinający siekierką rękę kobiety trzymającej go i błagającej o pomoc przed nadciągającymi zombie; główni bohaterowie bestialsko mordujący grupkę kanibali) lub wprost folgują swoim instynktom i żądzom (Governor gwałcący i znęcający się nad Michonne; Michonne okaleczająca Governora). Pod koniec komiksu (tzn. tych numerów, które już się ukazały - nowe numery wychodzą cały czas) obserwujemy jak rodzi się nowy feudalizm - grupa dzikich, nieokrzesanych, brutalnych raiderów w zamian za "ochronę" uzależnia od siebie kolejne wspólnoty tych, którzy przetrwali, podporządkowując ich sobie przy użyciu strachu, przemocy, okrucieństwa, i bez pardonu egzekwuje należne im rzekomo dobra. Ponadto przynajmniej część z nich dosłownie ubóstwia swojego przywódcę. Jakbym widział ekipę Mieszka I szalejącą wśród wsi wielkopolskich w 966r. Wybaczcie dygresję.
Trup ściele się gęsto, zarówno żywy jak i martwy. Przemoc jest pokazana w dosadny sposób, bez nadmiernej cenzury. Seks też jest. Kreska budzi skojarzenia ze stylem z "Battle Pope" (thank You, Captain Obvious) ale jest znacznie bardziej realistyczna. Zniszczone miasta, wyludnione pustkowia, opuszczone osiedla i osady tych, którzy usiłują przeżyć w post-ludzkim świecie - wyglądają obłędnie. Same żywe trupy - również.
Do efektów w serialu też nie ma się jak przyczepić. Mają tam chyba najbardziej "zombiaste" zombie jakie widziałem gdziekolwiek. Ale budżet robi swoje.
Jestem rzecz jasna fanem zarówno komiksu, jak i serialu. Dziw bierze, że jeszcze nie ma (jakiś dodatkowy serial chyba jest w planach) tony spin-offów i innych historii w tym samym świecie.
"Crossed" i kolejne serie.
Autorzy "Crossed" poszli kilka kilometrów dalej od motywu "boimy się tego, co jest zwyczajne - a nagle staje się niezwyczajne, ba, wrogie nam". Tytułowi Crossed to zombie na sterydach - tym bardziej odrażający (i transgresywni), że są żywi. Śmiem twierdzić, że to najbrutalniejsze komiksy, jakie czytałem kiedykolwiek. Gore do sześcianu. Zoofilia, nekrofilia, pedofilia, festiwal wynaturzenia, dehumanizacji, pogardy dla człowieka. Wynaturzone sceny tortur, wszelkie perwersje i totalny nihilizm. Wszystko tak zwielokrotnione, że aż do przesady. Zresztą, jeśli nie wiecie, o czym piszę, wyłącznie w góglach wszystkie filtry (jeśli jeszcze macie je ustawione) i wygóglajcie "Crossed". Pewnych obrazów się nie zapomina.
Pewnego dnia na świecie wybucha epidemia, która rozprzestrzenia się w krótkim czasie na cały świat. Zarażonym wychodzą na twarzy ropiejące, krwawe czerwone krzyże. Zarażeni zatracają swoje człowieczeństwo. Spadają z nich wszystkie uwarunkowania, cały dorobek kulturowy i cywilizacyjny. Wchodzą w permanentny szał mordowania i gwałcenia wszystkich i wszystkich wokoło. W przeciwieństwie do zombie, "ukrzyżowani" zabijają się także wzajemnie. Potrafią się też łączyć w grupki walczące z innymi grupkami (np. grupa nosząca maski ze skór ofiar kontra grupa kąpiąca się we krwi). Niektórzy zatracają się w szale permanentnie. Zatracają wszelki pomyślunek i instynkt samozachowawczy, czy nawet zdolność do myślenia abstrakcyjnego. Inni jednak potrafią organizować tych dzikich w bardziej zwarte hordy, potrafią wymyślać i zakładać pułapki, planować dalsze postępowanie, ba, zdarza się nawet, że wezmą zakładnika z grupki niezarażonych, zamiast go od razu zgwałcić, zabić i jeszcze raz zgwałcić, rozczłonkować i po raz wtóry zgwałcić. Jeszcze inni po zarażeniu pamiętają swoje dawne życie.
Poziom okrucieństwa pokazanego w komiksach "Crossed" jest tak przytłaczający, że wręcz nie da się w pewnym momencie traktować tego, co zostało tam pokazane z pełną powagą. "Ukrzyżowani" gwałcący krowę, orkę, biegający z odciętymi genitaliami ludzkimi i zwierzęcymi, ogromna ich grupa pokrywająca gigantyczny most "opakowaniem" z setek ludzkich skór, krowa-pułpaka na niezarażonych z odbezpieczonym granatem w odbycie, zakonnica masturbująca się odciętą kończyną, setki powieszonych, wybebeszonych, narysowanych z dbałością o każdy szczegół zmasakrowanych zwłok, trupy wiszące na krzyżach, słupach, ponabijane na cokolwiek - tego wszystkiego i wielu więcej tego typu obrazów po prostu nie da się wziąć na serio do końca. Tak samo okładek, pełnych aluzji politycznych i społecznych (rozpierdziel w ONZ, loży masońskiej, na Bliskim Wschodzie, w Egipcie, itd.). W pewnym momencie czytelnik po prostu parska śmiechem. Dosyć nerwowym i bardzo niezdrowym, ale jednak. Sam język używany przez "ukrzyżowanych" podkreśla ich instynktowne działanie i absurdalne barbarzyństwo - posługują się potokami bluzgów i topornie odmalowanych opisów czynności seksualnych, zazwyczaj bardzo niepoprawnych z biologicznego punktu widzenia.
A jak sobie radzą zwykli ludzie w uniwersum "Crossed"?
Tytuł jednej z serii ("Psychopath") doskonale ilustruje, jak. Zdrowi zachowują się czasem gorzej od chorych, chociaż wydaje się to niemożliwe. Religijny ojciec - pedofil, kompletny wariat, socjopaci idący po trupach byle uciec, typ wymagający seksu w zamian za ratunek, kobieta porzucająca własnego noworodka, tchórze, oszuści, cała plejada typów odpychających. Pozbawionych dowolnie pojętego heroizmu, nie zastanawiających się nad filozoficznymi kwestiami, czym jest człowieczeństwo, tylko żyjących po prostu.
Większość serii komiksu jest już zakończona - "Crossed", potem - kolejność przypadkowa - "Crossed: Psychopath", "Crossed: Family Values". Jeszcze ukazuje się chyba "Crossed: Badlands" - najbrutalniejsza i najbardziej przejmująca seria. Składa się z wielu historyjek zajmujących po 3-4 numery, wszystkie te historyjki kończą się źle. Ukazuje się również "Crossed: Wish You Were Here" - również jako komiks internetowy, dostępny za darmo. Tam formuła jest nieco zmieniona, bo rzecz się dzieje głównie na wyspie, gdzie schroniła się grupka zdrowych. Pozostałe serie przedstawiały bohaterów w ruchu, niedługo po wybuchu zarazy lub w jej czasie. Ostatnie numery "Badlands" przedstawiają uniwersum po paru latach.
Wiąże się to z pewną nieścisłością. "Ukrzyżowani" nie przejmują się własnym bólem, potrzebami zachowania życia i zdrowia. To ekstremalni sadyści i maschodziści, czerpiący radość np. z bycia rozjechanym przez samochód lub z bycia zgwałconym w dziury wyrwane w brzuchu. Nie przejmują się także np. ciepłym ubraniem się w zimę. Noszą to, co mieli na sobie w chwili zarażenia, paradują nago, eksponując nabrzmiałe genitalia, co najwyżej zakładają ozdoby zrobione z różnych części ciał swoich ofiar (maski ze skór twarzy, naszyjniki z gałek ocznych, ozdoby z obciętych genitaliów). Nie dbają o żadne dobra konsumpcyjne, czy nawet o dach nad głową. Po paru latach (ba, po pierwszej zimie) ich populacja powinna więc zmniejszyć się do minimum. I co z tysiącem chorób, które powinny się rozwinąć wśród świata gdzie ludzkie szczątki służą jako ozdoby, chorób, które powinny również zdziesiątkować populację chorych. Ale ok, nie ma po co alegorii odczytywać dosłownie. Jeśli ktoś potrzebuje jakiegoś katharsis, jakiegoś kopniaka w mózg, do tego poprawnie napisanego i perwersyjnie, turpistyczne narysowanego, to wszystko co wyszło z "Crossed" w tytule gorąco polecam.
A gdzie ta transgresja, o której wspomniałem w tytule tej notki? Cóż, jest chyba widoczna jak na dłoni.
sobota, 21 września 2013
Peter Grey "Czerwona Bogini"
~~ Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że poniższy tekst dotyczy książki o dosyć kontrowersyjnej - jak na nasz polski dyskurs hegemoniczny - tematyce i sam też porusza budzące kontrowersje tematy. Osoby wrażliwe na tle religijnym proszone są o nie czytanie tego, co jest tu poniżej. ~~
No, w końcu dostałem w swoje ręce "Czerwoną Boginię".
Niestety nie mam na myśli jej awatara (awatary?) odzianej w czerwony lateks, ale co się odwlecze, to nie uciecze, jak to mawiają.
Zacznę od oczywistego stwierdzenia - jest to książka o Czerwonej Bogini. Czerwona Bogini na imię ma Babalon, tak przedstawiła się czy to Crowley'owi, czy też wielu innym rozmaitym magom, wiedźmom i okultystom na przestrzeni wieków i czasów.
Jest to książka napisana przez maga, który nie ukrywa tego, że jest magiem, a nie historykiem czy religioznawcą. To nie jest jednak grimuar, raczej krótka wyprawa przez czas i przestrzeń w poszukiwaniu Babalon, trochę bardziej praktycznych informacji też się znajdzie, ale laik mało co z nich wyciągnie.
Czyli ja mało co z nich wyciągnąłem. Co nie znaczy, nie przeczytałem książki jednym tchem. Bo przeczytałem.
Autor pisze prostym, przystępnym językiem, nieraz i nie dwa razy sypie kolokwializmami, przez co książka jest bardzo przystępna. Zapewne duża w tym zasługa tłumaczy (Filipa Kozłowskiego i Dariusza Misiuny). Nie wyłapałem w przekładzie jakiś większych błędów, tym bardziej w materii, o której mam małe pojęcie. Raz czy dwa zabrakło "ogonków" przy "ą" czy "ę", a "Wschodni Kościół Ortodoksyjny" to zapewne Eastern Orthodox Church w oryginale, czyli po prostu wschodnie prawosławie. Książka jest ładnie wydana, raz tylko się tusz rozmazał lekko, pod moim dotykiem, ale sam autor o tym ostrzegał parę stron wcześniej (lol).
Dzieło Greya podzielone jest na trzy Księgi.
W Pierwszej autor szuka pierwszych wzmianek o Babalon, i natrafia na św. Jana, który akurat siedzi w jakiejś wulkanicznej jamie i otrzymuje dziwaczne wizje od swojego Boga. Autor, zaznaczając wielokrotnie, że jego interpretacja jest tylko jedną z wielu możliwych, przekonywająco przedstawia Apokalipsę wg. św. Jana jako źródło historyczne opisujące czasy, w których żył autor, i które dotyczyło tylko i wyłącznie czasów, w których żył autor. Babalon to bogini ujeżdżająca Bestię o siedmiu głowach. Św. Janowi pomieszało się coś-niecoś, jego wizje to patchwork z elementów pogańskich przepuszczonych przez symbolikę chrześcijańską i własne, subiektywne postrzeganie uwarunkowane przez to chrześcijaństwo, na dodatek tenże patchwork jest sklecony z pobudek politycznych (wyciągnięcie ze śmietnika historii, tzw. w tym kontekście ze Starego Testamentu Babilonu i porównanie Rzymu do niego, to nic więcej w sumie jak umożliwienie chrześcijanom identyfikację ze starym wrogiem żydowskiego Boga). Autor następnie opowiada historię Narodu Wybranego, dlaczego mieli kosę z Babilonem i co z tego wynikło. Po drodze mamy Axis Mundi i Wieżę Babel.
Potem zaś czytelnik jest wprowadzony przez autora w historię babilońskiego kultu Isztar (wcześniej Inanny) - to jedne z imion Babalon. Dowiadujemy się wielu ciekawostek o sakralnej prostytucji i zjednoczeniu pierwiastka męskiego i żeńskiego w chwili orgazmu, gdzieś w tle jest Matka Ziemia i boże kazirodztwo. Autor schodzi nawet wcześniej, do sumeryjskich Anunnaki i apokryficznych Nefilim, którzy "córom człowieczym" przekazali wiedzę o antykoncepcji. W starożytności zupełnie inaczej traktowano prostytucję. Ladacznice (jak podaje Grey, słowo to oznacza "kapłanka bogini Hathoor") umożliwiały kontakt z boskością, rozmycie się w krwi w kielichu dzierżonym przez archetypiczną Babalon
Później autor w sposób klarowny, ale z małymi niedopowiedzeniami (w sumie lepsze niedopowiedzenia od zdogmatyzowania wszystkiego - duch prawa ponad literą), przedstawia swoje rozumienie Babalon, wojowniczej i krwawej bogini miłości, nie stroniącej przed sadyzmem wobec wyznawców. W natchnionych słowach przedstawia swoje poszukiwania jej, wprowadzając rozróżnienie na Babalon i Lilith, czy przytaczając opowieści o Semiramidzie. Głosi, że nie ma co tworzyć antykwarycznego kultu, bo Babalon jest wszędzie tu i teraz, więc zamiast tworzyć antyczne grupy rekonstrukcyjne, warto znaleźć ją na ulicach współczesnych miast, a na poświęconych jej ołtarzach kłaść szminkę, puszki po Coli, itp. Babalon uwielbia seks, przemoc i (racjonalny!) hedonizm (nie pieprzenie wszystkiego wszędzie dla samego pieprzenia), oddanie się jej pełne i zupełne.
Wreszcie pod koniec Księgi Pierwszej autor rozprawia się z wiccańskim podejściem do tematu, mówiącym o jednej Bogini. Ponoć jeśli w chwili magicznej ekstazy nazwiesz Babalon innym imieniem, dostaniesz sążnistego kopa w jaja, i tak się skończy Twoje czarowanie.
W Drugiej Księdze autor przedstawia pokrótce tych, którzy próbowali (nie zawsze świadomie) do Babalon dotrzeć, ich życiorysy, wspólne elementy i w ogóle. Mamy więc Johna Dee, słynnego okultysty, alchemika, twórcy kluczy enocheńskich i magii anielskiej. Bidoczek był mistykiem chrześcijańskim, a dotarł w bardzo odległe klimaty. Przeszedł wszystkie rytuały, łącznie z zamianą żon. Bez Dee nie byłoby współczesnego zachodniego okultyzmu, tych wszystkich Hermetycznych Zakonów, OTO, itd. Jest i Crowley, Bestia 666, mocno skrytykowany (jako człowiek) przez autora. Najprędzej nie był zdolny prawdziwie kochać, był pozbawiony empatii, przez co jemu się nigdy do końca nie udało z Boginię, chociaż dotarł do wielu bardzo interesujących rzeczy, a jego Thelema to szalenie inspirująca hmm religia (chociażby dla mnie).
Najciekawiej się robi przy Marii Magdalenie, Graalu i Templariuszach. A także Szymonie Magu, który zlewa się w jedną postać z apostołem Szymonem - jako jeden z uczniów Jana Chrzciciela (obok Jezusa z Nazaretu). Salome reprezentowała kult Bogini. Maria Magdalena, zaślubiona w Kanie Galilejskiej Jezusowi, również. Ukrzyżowanie a także wskrzeszenie łazarza to najprędzej zapiski obrzędów inicjacyjnych. Helena, prostytutka i kapłanka Bogini bardzo pomogła Szymonowi w jego duchowych poszukiwaniach. Twierdzenie św. Piotra że pokonał Szymona modlitwą to pojedynek magów, praktykowany w niektórych lożach i zakonach także współcześnie.
Co jakiś czas leje się jad na moralność chrześcijańską, która bardzo źle obeszła się zarówno z rozkoszami ciała, jak i z kapłankami miłości. Ale to bardzo dobrze.
Mamy gematrię, sefiroty, Drzewo Życia a kalejdoskopowo zmieniające się obrazy zapewnione przez wyprawę pośród znaczeń i symboli.
Na arenę historii Babalon wkracza potem Jack Parsons - tak, ten sam, którego imię nosi jeden z kraterów po ciemnej stronie księżyca, słynny naukowiec od rakiet i paliw rakietowych, którego cenił nawet Werner von Braun. Prywatnie gość był uczniem Crowleya, który bardzo namieszał. Najpierw samemu, a potem z Hubbardem - przyszłym założycielem scjentologii, który w pewnym momencie uciekł z pieniędzmi Jacka. Jack chciał dopisać do Księgi Prawa czwartą część, poświęconą Babalon. Poszukiwał jej do utraty tchu, być może zapłacił za te poszukiwania życiem.
Trzecia księga to część najbardziej praktyczna. Czarna msza jako transgresja (nie oszukujmy się - nawet nie-chrześcijanin żyjący w świecie moralności opierającej się na sekularyzowanym chrześcijaństwie nasiąka tysiącami uwarunkowań, z których nawet nie zdaje sobie sprawy na co dzień - czarna msza ma za zadanie zmyć te uwarunkowania, przekroczyć tabu), mnóstwo zastosowań dla krwi, krwi menstruacyjnej i spermy. Przepisy na trunki, stosowanie narkotyków na określonych przykładach. Symbolika róży, i co mag może z tej róży zrobić/do czego wykorzystać. Miłość, żądza, sado-maso, symbolika i zastosowanie lustra, mnóstwo o seksie, dzikim, wyuzdanym, wolnym od wszelkich tabu i nie służącym reprodukcji. Oczywiście to wszystko służy czemuś innemu, niż tylko przyjemności - pocałunki umożliwiają wymianę energii z kanałów energetycznych, orgazm ma wiele zastosowań w różnych rodzajach magii.
Na zakończenie autor podsumowuje wszystko powyższe, stwierdza, że żyjemy w czasach ostatecznych, gdzie upada chrześcijaństwo, Babalon wraca, żyje nietzscheańskie Dziecko/Antychryst jako pewne archetypy. Świat się zmienia. Autor zauważa też katastrofalny stan środowiska naturalnego i kilkakrotnie na łamach książki przejmuje się losem planety.
Cóż mogę powiedzieć od siebie?
W wielu miejscach dzieła autor stwierdza, że coś tam jest oczywiste lub czegoś tam nie trzeba przecież rozwijać. Nie obraziłbym się, gdyby jednak autor coś tam rozwinął.
Na uznanie zasługuje ogromna wiedza autora. Niestety, przyzwyczajonemu mnie do naukowej struktury tekstu i nie znającego tematyki książki na tyle dokładnie, by znać część informacji z "wiedzy ogólnej", brakowało mi bardzo całego pierdyliona przypisów do różnych wiadomości podawanych przez autora w książce. Wielka bibliografia na końcu książki nie rozwiewa wszystkich wątpliwości.
Co nie zmienia faktu, że, jako w gruncie rzeczy jeszcze profan (i jakoś nie spieszno mi do zmiany tego stanu) doceniam książkę Greya bardzo. Niezwykle interesująca i inspirująca pozycja, dla otwartego, wolnego ducha się sięgać gdzie wzrok nie sięga (chyba, że trzeciego i więcej oczu) i nie bojącego się "duchowego piractwa".
Autor napisał wstęp do polskiego wydania, który jednak nie znalazł się w książce. Można do znaleźć na stronie wydawnictwa, tutaj.
No, w końcu dostałem w swoje ręce "Czerwoną Boginię".
Niestety nie mam na myśli jej awatara (awatary?) odzianej w czerwony lateks, ale co się odwlecze, to nie uciecze, jak to mawiają.
Zacznę od oczywistego stwierdzenia - jest to książka o Czerwonej Bogini. Czerwona Bogini na imię ma Babalon, tak przedstawiła się czy to Crowley'owi, czy też wielu innym rozmaitym magom, wiedźmom i okultystom na przestrzeni wieków i czasów.
Jest to książka napisana przez maga, który nie ukrywa tego, że jest magiem, a nie historykiem czy religioznawcą. To nie jest jednak grimuar, raczej krótka wyprawa przez czas i przestrzeń w poszukiwaniu Babalon, trochę bardziej praktycznych informacji też się znajdzie, ale laik mało co z nich wyciągnie.
Czyli ja mało co z nich wyciągnąłem. Co nie znaczy, nie przeczytałem książki jednym tchem. Bo przeczytałem.
Autor pisze prostym, przystępnym językiem, nieraz i nie dwa razy sypie kolokwializmami, przez co książka jest bardzo przystępna. Zapewne duża w tym zasługa tłumaczy (Filipa Kozłowskiego i Dariusza Misiuny). Nie wyłapałem w przekładzie jakiś większych błędów, tym bardziej w materii, o której mam małe pojęcie. Raz czy dwa zabrakło "ogonków" przy "ą" czy "ę", a "Wschodni Kościół Ortodoksyjny" to zapewne Eastern Orthodox Church w oryginale, czyli po prostu wschodnie prawosławie. Książka jest ładnie wydana, raz tylko się tusz rozmazał lekko, pod moim dotykiem, ale sam autor o tym ostrzegał parę stron wcześniej (lol).
Dzieło Greya podzielone jest na trzy Księgi.
W Pierwszej autor szuka pierwszych wzmianek o Babalon, i natrafia na św. Jana, który akurat siedzi w jakiejś wulkanicznej jamie i otrzymuje dziwaczne wizje od swojego Boga. Autor, zaznaczając wielokrotnie, że jego interpretacja jest tylko jedną z wielu możliwych, przekonywająco przedstawia Apokalipsę wg. św. Jana jako źródło historyczne opisujące czasy, w których żył autor, i które dotyczyło tylko i wyłącznie czasów, w których żył autor. Babalon to bogini ujeżdżająca Bestię o siedmiu głowach. Św. Janowi pomieszało się coś-niecoś, jego wizje to patchwork z elementów pogańskich przepuszczonych przez symbolikę chrześcijańską i własne, subiektywne postrzeganie uwarunkowane przez to chrześcijaństwo, na dodatek tenże patchwork jest sklecony z pobudek politycznych (wyciągnięcie ze śmietnika historii, tzw. w tym kontekście ze Starego Testamentu Babilonu i porównanie Rzymu do niego, to nic więcej w sumie jak umożliwienie chrześcijanom identyfikację ze starym wrogiem żydowskiego Boga). Autor następnie opowiada historię Narodu Wybranego, dlaczego mieli kosę z Babilonem i co z tego wynikło. Po drodze mamy Axis Mundi i Wieżę Babel.
Potem zaś czytelnik jest wprowadzony przez autora w historię babilońskiego kultu Isztar (wcześniej Inanny) - to jedne z imion Babalon. Dowiadujemy się wielu ciekawostek o sakralnej prostytucji i zjednoczeniu pierwiastka męskiego i żeńskiego w chwili orgazmu, gdzieś w tle jest Matka Ziemia i boże kazirodztwo. Autor schodzi nawet wcześniej, do sumeryjskich Anunnaki i apokryficznych Nefilim, którzy "córom człowieczym" przekazali wiedzę o antykoncepcji. W starożytności zupełnie inaczej traktowano prostytucję. Ladacznice (jak podaje Grey, słowo to oznacza "kapłanka bogini Hathoor") umożliwiały kontakt z boskością, rozmycie się w krwi w kielichu dzierżonym przez archetypiczną Babalon
Później autor w sposób klarowny, ale z małymi niedopowiedzeniami (w sumie lepsze niedopowiedzenia od zdogmatyzowania wszystkiego - duch prawa ponad literą), przedstawia swoje rozumienie Babalon, wojowniczej i krwawej bogini miłości, nie stroniącej przed sadyzmem wobec wyznawców. W natchnionych słowach przedstawia swoje poszukiwania jej, wprowadzając rozróżnienie na Babalon i Lilith, czy przytaczając opowieści o Semiramidzie. Głosi, że nie ma co tworzyć antykwarycznego kultu, bo Babalon jest wszędzie tu i teraz, więc zamiast tworzyć antyczne grupy rekonstrukcyjne, warto znaleźć ją na ulicach współczesnych miast, a na poświęconych jej ołtarzach kłaść szminkę, puszki po Coli, itp. Babalon uwielbia seks, przemoc i (racjonalny!) hedonizm (nie pieprzenie wszystkiego wszędzie dla samego pieprzenia), oddanie się jej pełne i zupełne.
Wreszcie pod koniec Księgi Pierwszej autor rozprawia się z wiccańskim podejściem do tematu, mówiącym o jednej Bogini. Ponoć jeśli w chwili magicznej ekstazy nazwiesz Babalon innym imieniem, dostaniesz sążnistego kopa w jaja, i tak się skończy Twoje czarowanie.
W Drugiej Księdze autor przedstawia pokrótce tych, którzy próbowali (nie zawsze świadomie) do Babalon dotrzeć, ich życiorysy, wspólne elementy i w ogóle. Mamy więc Johna Dee, słynnego okultysty, alchemika, twórcy kluczy enocheńskich i magii anielskiej. Bidoczek był mistykiem chrześcijańskim, a dotarł w bardzo odległe klimaty. Przeszedł wszystkie rytuały, łącznie z zamianą żon. Bez Dee nie byłoby współczesnego zachodniego okultyzmu, tych wszystkich Hermetycznych Zakonów, OTO, itd. Jest i Crowley, Bestia 666, mocno skrytykowany (jako człowiek) przez autora. Najprędzej nie był zdolny prawdziwie kochać, był pozbawiony empatii, przez co jemu się nigdy do końca nie udało z Boginię, chociaż dotarł do wielu bardzo interesujących rzeczy, a jego Thelema to szalenie inspirująca hmm religia (chociażby dla mnie).
Najciekawiej się robi przy Marii Magdalenie, Graalu i Templariuszach. A także Szymonie Magu, który zlewa się w jedną postać z apostołem Szymonem - jako jeden z uczniów Jana Chrzciciela (obok Jezusa z Nazaretu). Salome reprezentowała kult Bogini. Maria Magdalena, zaślubiona w Kanie Galilejskiej Jezusowi, również. Ukrzyżowanie a także wskrzeszenie łazarza to najprędzej zapiski obrzędów inicjacyjnych. Helena, prostytutka i kapłanka Bogini bardzo pomogła Szymonowi w jego duchowych poszukiwaniach. Twierdzenie św. Piotra że pokonał Szymona modlitwą to pojedynek magów, praktykowany w niektórych lożach i zakonach także współcześnie.
Co jakiś czas leje się jad na moralność chrześcijańską, która bardzo źle obeszła się zarówno z rozkoszami ciała, jak i z kapłankami miłości. Ale to bardzo dobrze.
Mamy gematrię, sefiroty, Drzewo Życia a kalejdoskopowo zmieniające się obrazy zapewnione przez wyprawę pośród znaczeń i symboli.
Na arenę historii Babalon wkracza potem Jack Parsons - tak, ten sam, którego imię nosi jeden z kraterów po ciemnej stronie księżyca, słynny naukowiec od rakiet i paliw rakietowych, którego cenił nawet Werner von Braun. Prywatnie gość był uczniem Crowleya, który bardzo namieszał. Najpierw samemu, a potem z Hubbardem - przyszłym założycielem scjentologii, który w pewnym momencie uciekł z pieniędzmi Jacka. Jack chciał dopisać do Księgi Prawa czwartą część, poświęconą Babalon. Poszukiwał jej do utraty tchu, być może zapłacił za te poszukiwania życiem.
Trzecia księga to część najbardziej praktyczna. Czarna msza jako transgresja (nie oszukujmy się - nawet nie-chrześcijanin żyjący w świecie moralności opierającej się na sekularyzowanym chrześcijaństwie nasiąka tysiącami uwarunkowań, z których nawet nie zdaje sobie sprawy na co dzień - czarna msza ma za zadanie zmyć te uwarunkowania, przekroczyć tabu), mnóstwo zastosowań dla krwi, krwi menstruacyjnej i spermy. Przepisy na trunki, stosowanie narkotyków na określonych przykładach. Symbolika róży, i co mag może z tej róży zrobić/do czego wykorzystać. Miłość, żądza, sado-maso, symbolika i zastosowanie lustra, mnóstwo o seksie, dzikim, wyuzdanym, wolnym od wszelkich tabu i nie służącym reprodukcji. Oczywiście to wszystko służy czemuś innemu, niż tylko przyjemności - pocałunki umożliwiają wymianę energii z kanałów energetycznych, orgazm ma wiele zastosowań w różnych rodzajach magii.
Na zakończenie autor podsumowuje wszystko powyższe, stwierdza, że żyjemy w czasach ostatecznych, gdzie upada chrześcijaństwo, Babalon wraca, żyje nietzscheańskie Dziecko/Antychryst jako pewne archetypy. Świat się zmienia. Autor zauważa też katastrofalny stan środowiska naturalnego i kilkakrotnie na łamach książki przejmuje się losem planety.
Cóż mogę powiedzieć od siebie?
W wielu miejscach dzieła autor stwierdza, że coś tam jest oczywiste lub czegoś tam nie trzeba przecież rozwijać. Nie obraziłbym się, gdyby jednak autor coś tam rozwinął.
Na uznanie zasługuje ogromna wiedza autora. Niestety, przyzwyczajonemu mnie do naukowej struktury tekstu i nie znającego tematyki książki na tyle dokładnie, by znać część informacji z "wiedzy ogólnej", brakowało mi bardzo całego pierdyliona przypisów do różnych wiadomości podawanych przez autora w książce. Wielka bibliografia na końcu książki nie rozwiewa wszystkich wątpliwości.
Co nie zmienia faktu, że, jako w gruncie rzeczy jeszcze profan (i jakoś nie spieszno mi do zmiany tego stanu) doceniam książkę Greya bardzo. Niezwykle interesująca i inspirująca pozycja, dla otwartego, wolnego ducha się sięgać gdzie wzrok nie sięga (chyba, że trzeciego i więcej oczu) i nie bojącego się "duchowego piractwa".
Autor napisał wstęp do polskiego wydania, który jednak nie znalazł się w książce. Można do znaleźć na stronie wydawnictwa, tutaj.
środa, 11 września 2013
"Groźna planeta"
Antologia opowiadań s-f radzieckich pisarzy przetłumaczonych i zebranych przez Tadeusza Goska. Wydana w 1980 roku przez KAW w ramach serii "Szczęśliwa siódemka".
Kiedyś już tę książkę czytałem. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero jednak w momencie, gdy dotarłem dalej niż do połowy całości. Najpierw pojawiło się deja vu, potem przyszła pewność, że już to skądś znam. Za cholerę jednak nie mam pojęcia, jak dawno to czytałem po raz pierwszy. Musiało to być bardzo dawno. Jako iż naturę mam nieco melancholijną, to wyobraziłem sobie samego siebie, jak kiedyś czytałem tę książkę. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak głęboko wryły mi się w pamięć te opowiadania, skoro kilka z nich pamiętałem do tej pory. Rzecz jasna szczegóły i autorzy zatarli mi się w pamięci, no ale fakt jest faktem. Dopiero teraz przypomniałem sobie, że dwa z nich są autorstwa Kiryła Bułyczowa, którego twórczości jestem wiernym fanem. Już lata temu miałem dobry gust, skoro zapamiętałem m.in. akurat te. Przynajmniej tyle współczesny ja mogę powiedzieć mnie z przeszłości.
Antologia składa się z siedmiu opowiadań pięciu autorów. Większość z nich rzeczywiście dotyczy obecności ludzi na obcej, pełnej niebezpieczeństw planecie. Czasem jednak to nie planeta jest źródłem zagrożenia.
I tak, po kolei, antologię otwierają dwa powiązane ze sobą opowiadania Jurija Nikitina. Pierwsze z nich, "Zbyt proste" faktycznie ma zbyt prostą ale za to bardzo przewrotną i dogłębnie rosyjską, melancholijną fabułę - ot, trzech kosmonautów zastanawia się, czemu jednemu z nich, który nazywa się notabene Jan Troll, nic się złego nie przytrafia i wychodzi on cało z najbardziej niebezpiecznych opresji. Padają podejrzenia o to, że jest on udającym człowieka agentem obcej cywilizacji. Jak się okazuje, po prostu na Ziemi kocha go dziewczyna, szczerą i czystą miłością, i dopóki będzie go kochać, dopóty nic mu się nie stanie. Czyż to nie rozczulające? Drugie opowiadanie tego samego autora opowiada o innym kosmonaucie z wyżej wspomnianej trójki - rozbija się w czasie rekonesansu na planecie, na której panujące warunki to istny overkill: drzewa polują na śmigłowce wyskakując z gleby, a korzeniami chwytają istoty poruszające się po powierzchni; przypominające bawoły drapieżne jednorożce stanowią zagrożenie dla wszystkiego, co nie ucieknie odpowiednio szybko; wreszcie małe zwierzęta podobne do chomików są w stanie rozerwać metalowe gąsienice ludzkich pojazdów. Na dodatek nad planetą świecą dwa słońca - gdy jedno wschodzi, drugie zachodzi - to drugie z nich to biały karzeł, emitujące zabójcze dla człowieka promieniowanie. Główny bohater zmaga się z fauną, florą i niesprzyjającymi okolicznościami, półprzytomny walczy o życie. Zakończenie opowiadania jest bardzo przewrotne, morał zaś jest oczywisty - "nie taki diabeł straszny, jak go malują".
Potem mamy opowiadanie Władimira Firsowa "Życie i śmierć". Autor przedstawia los ekspedycji na sielankowo wyglądającej planecie, która jak żadna inna nadaje się pod ludzką kolonizację. Najpierw jednak pojawia się tajemniczy pustelnik (skąd się tam wziął i kiedy tam przybył?) potem pojawiają się dziwaczni przedstawiciele fauny, a potem zaczynają znikać członkowie ekspedycji... całość jednak kończy się dobrze, optymistycznie, rozum triumfuje nad uprzedzeniami, technologia czyni świat lepszym. Naprawdę, czasami fajnie w coś takiego uwierzyć, szczególnie, jeśli jest dobrze napisane.
Następnie jest Kirył Bułyczow (nazywany też Kirem - nie mam pojęcia, dlaczego na przestrzeni lat był w Polsce drukowany pod zbliżonymi, ale jednak innymi personaliami), w antologii znalazły się dwa jego teksty. Jeden z nich to "Czerwony jeleń, biały jeleń" - przejmująca opowieść o tym, że ewolucja chodzi różnymi drogami. Na obcej planecie ekspedycja z Ziemi natrafia na szczątki prawie-że-ludzkiej cywilizacji z czasów paleolitu, która niemalże na oczach przybyszów zostaje zniszczona, wymordowana, jej przedstawiciele wyniszczeni i zjedzeni przez wyjątkowo drapieżne małopoludy. Główny bohater cierpi, że nie udało się ochronić tubylców przed wyniszczeniem. Pozory jednak mogą bardzo mylić, co do tego, gdzie jeszcze na planecie mógł się pojawić abstrakcyjny umysł. Przy tym opowiadaniu zdałem sobie sprawę, że "kurcze, kiedyś to gdzieś chyba już czytałem".
Drugie opowiadanie Kiryła, "Połowa życia", to chyba najlepszy tekst w książce. Nadieżda zostaje uprowadzona przez obcych. Trafia na pokład statku kosmicznego, gdzie automaty obcej rasy zbierają "próbki" życia z rozmaitych napotykanych po drodze planet. Na pokładzie wybucha bunt, gdy kobiecie udaje się porozumieć z obcymi z celi obok... Brzmi może i prosto, ale jest ukazane niejako z przeszłości, teraźniejszości z przyszłości w ramach fabuły, retrospektywnie oraz z przyszłości. Może trochę zagmatwałem, ale tak czy owak autor świetnie oddał tęsknotę, melancholię, nadzieję; ale także obojętność i całą gamę uczuć przewijających się przez opowiadanie bohaterów - nie tylko ludzkich zresztą. Zakończenie znów jest optymistyczne na swój nieco tragiczny sposób - jeszcze człowiek pokazał to, co jest w nim najlepsze. Ale jakiś cień jednak już nad całym optymistycznym s-f zaczyna wisieć, i gęstnieje z każdą chwilą.
Cień gęstnieje nadal, wraz z opowiadaniem "Tylko lód" Dymitra Bilenkina. W dalekiej przyszłości dzięki energii uzyskanej ze zniszczenia planety można otworzyć przejście przez czasoprzestrzeń ku innym galaktykom, ku Nieznanemu. Opowiadanie to rozterki bohatera będącego w ekipie takich niszczycieli, którym przyszło zniszczyć przepiękną planetę na której natura pokazała co potrafi, tworząc przecudowny, baśniowy świat z lodu. Na końcu cień gęstnieje tak, że przesłania wcześniejszy optymizm i lekkość - cuda natury są niepowtarzalne, nawet na obcych światach, ale człowiek idzie naprzód.
Ostatnie opowiadanie to "Opowieści marsjańskie" Walerija Cyganowa. Pesymistyczne, smutne i przygnębiające. Opowieść o ostatnim żyjącym Marsjaninie, żyjącym w czasach, gdy na opustoszały głob przybywają ludzie - z całą swoją butą, niewiedzą, niezdolnością do rozumienia, do poznania piękna, itd. Wraz z ludźmi świat głównego bohatera odchodzi do historii, a on sam bezsilnie patrzy, nie widziany przez przybyszów z Ziemi, jak wprowadzają na jego planecie własne porządki.
Mam wielki sentyment do tej książeczki (lekko ponad 200 stron nieregularnego chyba formatu dosyć kieszonkowego), to była kiedyś jedna z pierwszych pozycji s-f jakie czytałem w ogóle. Mimo wszystko, na ile jestem w stanie się tym nie sugerować, i tak uważam, że autor antologii zebrał tutaj opowiadania bardzo dobre (przynajmniej od Bułyczowa do końca) i zasługujące na to, by znać je i współcześnie. Jeśli ktoś lubi stare s-f, rzecz jasna.
Kiedyś już tę książkę czytałem. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero jednak w momencie, gdy dotarłem dalej niż do połowy całości. Najpierw pojawiło się deja vu, potem przyszła pewność, że już to skądś znam. Za cholerę jednak nie mam pojęcia, jak dawno to czytałem po raz pierwszy. Musiało to być bardzo dawno. Jako iż naturę mam nieco melancholijną, to wyobraziłem sobie samego siebie, jak kiedyś czytałem tę książkę. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak głęboko wryły mi się w pamięć te opowiadania, skoro kilka z nich pamiętałem do tej pory. Rzecz jasna szczegóły i autorzy zatarli mi się w pamięci, no ale fakt jest faktem. Dopiero teraz przypomniałem sobie, że dwa z nich są autorstwa Kiryła Bułyczowa, którego twórczości jestem wiernym fanem. Już lata temu miałem dobry gust, skoro zapamiętałem m.in. akurat te. Przynajmniej tyle współczesny ja mogę powiedzieć mnie z przeszłości.
Antologia składa się z siedmiu opowiadań pięciu autorów. Większość z nich rzeczywiście dotyczy obecności ludzi na obcej, pełnej niebezpieczeństw planecie. Czasem jednak to nie planeta jest źródłem zagrożenia.
I tak, po kolei, antologię otwierają dwa powiązane ze sobą opowiadania Jurija Nikitina. Pierwsze z nich, "Zbyt proste" faktycznie ma zbyt prostą ale za to bardzo przewrotną i dogłębnie rosyjską, melancholijną fabułę - ot, trzech kosmonautów zastanawia się, czemu jednemu z nich, który nazywa się notabene Jan Troll, nic się złego nie przytrafia i wychodzi on cało z najbardziej niebezpiecznych opresji. Padają podejrzenia o to, że jest on udającym człowieka agentem obcej cywilizacji. Jak się okazuje, po prostu na Ziemi kocha go dziewczyna, szczerą i czystą miłością, i dopóki będzie go kochać, dopóty nic mu się nie stanie. Czyż to nie rozczulające? Drugie opowiadanie tego samego autora opowiada o innym kosmonaucie z wyżej wspomnianej trójki - rozbija się w czasie rekonesansu na planecie, na której panujące warunki to istny overkill: drzewa polują na śmigłowce wyskakując z gleby, a korzeniami chwytają istoty poruszające się po powierzchni; przypominające bawoły drapieżne jednorożce stanowią zagrożenie dla wszystkiego, co nie ucieknie odpowiednio szybko; wreszcie małe zwierzęta podobne do chomików są w stanie rozerwać metalowe gąsienice ludzkich pojazdów. Na dodatek nad planetą świecą dwa słońca - gdy jedno wschodzi, drugie zachodzi - to drugie z nich to biały karzeł, emitujące zabójcze dla człowieka promieniowanie. Główny bohater zmaga się z fauną, florą i niesprzyjającymi okolicznościami, półprzytomny walczy o życie. Zakończenie opowiadania jest bardzo przewrotne, morał zaś jest oczywisty - "nie taki diabeł straszny, jak go malują".
Potem mamy opowiadanie Władimira Firsowa "Życie i śmierć". Autor przedstawia los ekspedycji na sielankowo wyglądającej planecie, która jak żadna inna nadaje się pod ludzką kolonizację. Najpierw jednak pojawia się tajemniczy pustelnik (skąd się tam wziął i kiedy tam przybył?) potem pojawiają się dziwaczni przedstawiciele fauny, a potem zaczynają znikać członkowie ekspedycji... całość jednak kończy się dobrze, optymistycznie, rozum triumfuje nad uprzedzeniami, technologia czyni świat lepszym. Naprawdę, czasami fajnie w coś takiego uwierzyć, szczególnie, jeśli jest dobrze napisane.
Następnie jest Kirył Bułyczow (nazywany też Kirem - nie mam pojęcia, dlaczego na przestrzeni lat był w Polsce drukowany pod zbliżonymi, ale jednak innymi personaliami), w antologii znalazły się dwa jego teksty. Jeden z nich to "Czerwony jeleń, biały jeleń" - przejmująca opowieść o tym, że ewolucja chodzi różnymi drogami. Na obcej planecie ekspedycja z Ziemi natrafia na szczątki prawie-że-ludzkiej cywilizacji z czasów paleolitu, która niemalże na oczach przybyszów zostaje zniszczona, wymordowana, jej przedstawiciele wyniszczeni i zjedzeni przez wyjątkowo drapieżne małopoludy. Główny bohater cierpi, że nie udało się ochronić tubylców przed wyniszczeniem. Pozory jednak mogą bardzo mylić, co do tego, gdzie jeszcze na planecie mógł się pojawić abstrakcyjny umysł. Przy tym opowiadaniu zdałem sobie sprawę, że "kurcze, kiedyś to gdzieś chyba już czytałem".
Drugie opowiadanie Kiryła, "Połowa życia", to chyba najlepszy tekst w książce. Nadieżda zostaje uprowadzona przez obcych. Trafia na pokład statku kosmicznego, gdzie automaty obcej rasy zbierają "próbki" życia z rozmaitych napotykanych po drodze planet. Na pokładzie wybucha bunt, gdy kobiecie udaje się porozumieć z obcymi z celi obok... Brzmi może i prosto, ale jest ukazane niejako z przeszłości, teraźniejszości z przyszłości w ramach fabuły, retrospektywnie oraz z przyszłości. Może trochę zagmatwałem, ale tak czy owak autor świetnie oddał tęsknotę, melancholię, nadzieję; ale także obojętność i całą gamę uczuć przewijających się przez opowiadanie bohaterów - nie tylko ludzkich zresztą. Zakończenie znów jest optymistyczne na swój nieco tragiczny sposób - jeszcze człowiek pokazał to, co jest w nim najlepsze. Ale jakiś cień jednak już nad całym optymistycznym s-f zaczyna wisieć, i gęstnieje z każdą chwilą.
Cień gęstnieje nadal, wraz z opowiadaniem "Tylko lód" Dymitra Bilenkina. W dalekiej przyszłości dzięki energii uzyskanej ze zniszczenia planety można otworzyć przejście przez czasoprzestrzeń ku innym galaktykom, ku Nieznanemu. Opowiadanie to rozterki bohatera będącego w ekipie takich niszczycieli, którym przyszło zniszczyć przepiękną planetę na której natura pokazała co potrafi, tworząc przecudowny, baśniowy świat z lodu. Na końcu cień gęstnieje tak, że przesłania wcześniejszy optymizm i lekkość - cuda natury są niepowtarzalne, nawet na obcych światach, ale człowiek idzie naprzód.
Ostatnie opowiadanie to "Opowieści marsjańskie" Walerija Cyganowa. Pesymistyczne, smutne i przygnębiające. Opowieść o ostatnim żyjącym Marsjaninie, żyjącym w czasach, gdy na opustoszały głob przybywają ludzie - z całą swoją butą, niewiedzą, niezdolnością do rozumienia, do poznania piękna, itd. Wraz z ludźmi świat głównego bohatera odchodzi do historii, a on sam bezsilnie patrzy, nie widziany przez przybyszów z Ziemi, jak wprowadzają na jego planecie własne porządki.
Mam wielki sentyment do tej książeczki (lekko ponad 200 stron nieregularnego chyba formatu dosyć kieszonkowego), to była kiedyś jedna z pierwszych pozycji s-f jakie czytałem w ogóle. Mimo wszystko, na ile jestem w stanie się tym nie sugerować, i tak uważam, że autor antologii zebrał tutaj opowiadania bardzo dobre (przynajmniej od Bułyczowa do końca) i zasługujące na to, by znać je i współcześnie. Jeśli ktoś lubi stare s-f, rzecz jasna.
wtorek, 10 września 2013
"Mutilation Mile", reż. Ron Atkins, 2009
Ron Atkins, twórca niszowych, amatorskich gore/horrorów pojawił się już raz na moim blogu przy okazji notki o jego dylogii (uh, jak to poważnie zabrzmiało) "Schizophreniac"/"Necromaniac". Filmy te, mimo - powiedzmy sobie szczerze - gównianej jakości, żenującej i dziurawej fabuły, kuriozalnej gry aktorskiej (oprócz odtwórcy roli głównego bohatera) miały w sobie coś, co nie odstręczało od nich widza, mimo całego syfu wylewającego się na niego. Miały też przesłanie - bardzo pokraczne, ale jednak. Można było z nich wynieść coś więcej niż zniesmaczenie lub poczucie zmarnowanego czasu, ew. zabrudzone poczucie estetyki.
Pozwoliłem sobie zestawić "Mutilation Mile" z tamtymi dwoma filmami z prostego powodu. Bo Ron Atkins oparł się na bardzo podobnym pomyśle, tylko trochę go rozwinął. Bo jakoś nie za bardzo chce mi się wierzyć, że jest to historia oparta na faktach.
I tak, w "Mutilation Mile" nie mamy jednego świra, uzależnionego od narkotyków, który zabijał każdego na swojej drodze, tylko rodzeństwo świrów - jeden z nich bardzo ale to bardzo przypomina postać graną w "Schizophreniacu" i kontynuacji przez Johna Giancaspro. Drugi z braci sprawia wrażenie nieco normalniejszego, ale paradoksalnie to on głównie pierwszy sięga po broń.
Fabuła "Mutilation Mile" jest prosta jak konstrukcja zbutwiałego cepa (zbutwiałego bo dziur w niej i niespójności co nie miara) - Wujek Sal i jego dwóch bratanków - starszy Jimmy i młodszy Jack DeGasso handlują prochami i kręcą lewe interesy w jakimś zapyziałym mieście w Nevadzie (jeśli gdzieś padła nazwa miejsca akcji, to nie wychwyciłem, wybaczcie). Na przestrzeni lat jednak starszy z braci zdegenerował się, zaćpał i zszedł nieco na dalszy plan.
Pewnego dnia młodszy z braci DeGasso znajduje swojego wuja brutalnie zamordowanego - ciało leży pod prysznicem w łazience, ściany są dosłownie zalane krwią, pod sufitem szczerzy się namazany krwią ofiary wszystko mówiący napis "FUCK YOU". Jack po chwili paniki ma wizję - martwy wuj rozkazuje mu wymordować wszystkich, którzy mogą mieć z tym, co się stało, cokolwiek wspólnego.
Jack bierze sobie te słowa do serca - dzwoni po brata, po czym zaczyna się orgia zniszczenia. W czasie "śledztwa" braciszkowie ściągają do motelu (albo jeżdżą po okolicy), torturują i mordują handlarzy narkotykami, prostytutki, jakiś lumpów, itd., w sumie trochę na zasadzie, kto się nawinie.
Gore jest - ale śmiesznie mało w sumie, i w śmiesznej jakości (oprócz sceny z okaleczeniem okolic intymnych jakiejś babki czarnoskórej). Mamy poza tym trochę gwałtów (w tym jeden na kobiecie mającej już swoje lata - bohater ją gwałci i zabija, jednocześnie rozmawiając z innymi obecnymi w pomieszczeniu typami lol), kilka sekund kanibalizmu (scena powiązana z wspomnianym wyżej okaleczeniem) i domniemaną nekrofilię (główni bohaterowie trupa jakiejś kobiety po prostu przywożą jakiemuś świrowi w "prezencie"). Za efekty odpowiadał Toe Tag (ekipa od m.in. "August Underground" - ich sztandarowa trylogia była nagrana w tak sraczkowatej jakości, że niedociągnięcia efektów nie były dobrze widoczne - a tutaj i budżet był większy, i niedociągnięcia widać) więc tym bardziej szkoda, że to tak wygląda, bo stać ich na więcej.
Większość dialogów w filmie to nieskładnie wykrzykiwane przekleństwa - głośność dźwięku jest mocno nierówna, więc jak ktoś ma wścibskich sąsiadów, to polecam słuchawki - albo napisy, jeśli takowe gdzieś są, nie szukałem. Co nie zmienia faktu, że Jimmy kilka razy rzuca prawdziwymi perełkami - np. "Shhh!! Do you hear that? Sounds like James Brown, the hardest working man in show business!" - i to w sytuacji, gdy u jego stóp leży zastrzelona przez niego autostopowiczka (którą zresztą wpuścił do samochodu w zamian za seks oralny). Poza tym Jimmy bardzo często... tańczy. Podobnie jak psychika Harry'ego ze "Schizophreniaca", psychika Jimmy'ego też się stopniowo rozpada.
Końcówka tej historii jest do przewidzenia. "Efekty specjalne" użyte do pokazania pożaru to najbardziej żenujące coś, co widziałem w tym roku.
Niski budżet bije po oczach. Zwłaszcza gdy luksusowa willa barona narkotykowego wygląda jak zagracona i zabałaganiona melina.
I w sumie to chyba tyle, co można o tym, ekhm, dziele powiedzieć. Częściowo auto-plagiat wręcz, całość bardzo słaba. Można raz obejrzeć dla Jimmy'ego - Ronowi udaje się znajdować świrów do grania świrów, trzeba mu to przyznać.
Nie wiem, czy film jest w wersji "namacalnej" dostępny w Polsce - szczerze wątpię. Ja to ściągnąłem z torrentów, ale nie robię sobie z tego wyrzutów.
Pozwoliłem sobie zestawić "Mutilation Mile" z tamtymi dwoma filmami z prostego powodu. Bo Ron Atkins oparł się na bardzo podobnym pomyśle, tylko trochę go rozwinął. Bo jakoś nie za bardzo chce mi się wierzyć, że jest to historia oparta na faktach.
I tak, w "Mutilation Mile" nie mamy jednego świra, uzależnionego od narkotyków, który zabijał każdego na swojej drodze, tylko rodzeństwo świrów - jeden z nich bardzo ale to bardzo przypomina postać graną w "Schizophreniacu" i kontynuacji przez Johna Giancaspro. Drugi z braci sprawia wrażenie nieco normalniejszego, ale paradoksalnie to on głównie pierwszy sięga po broń.
Fabuła "Mutilation Mile" jest prosta jak konstrukcja zbutwiałego cepa (zbutwiałego bo dziur w niej i niespójności co nie miara) - Wujek Sal i jego dwóch bratanków - starszy Jimmy i młodszy Jack DeGasso handlują prochami i kręcą lewe interesy w jakimś zapyziałym mieście w Nevadzie (jeśli gdzieś padła nazwa miejsca akcji, to nie wychwyciłem, wybaczcie). Na przestrzeni lat jednak starszy z braci zdegenerował się, zaćpał i zszedł nieco na dalszy plan.
Pewnego dnia młodszy z braci DeGasso znajduje swojego wuja brutalnie zamordowanego - ciało leży pod prysznicem w łazience, ściany są dosłownie zalane krwią, pod sufitem szczerzy się namazany krwią ofiary wszystko mówiący napis "FUCK YOU". Jack po chwili paniki ma wizję - martwy wuj rozkazuje mu wymordować wszystkich, którzy mogą mieć z tym, co się stało, cokolwiek wspólnego.
Jack bierze sobie te słowa do serca - dzwoni po brata, po czym zaczyna się orgia zniszczenia. W czasie "śledztwa" braciszkowie ściągają do motelu (albo jeżdżą po okolicy), torturują i mordują handlarzy narkotykami, prostytutki, jakiś lumpów, itd., w sumie trochę na zasadzie, kto się nawinie.
Gore jest - ale śmiesznie mało w sumie, i w śmiesznej jakości (oprócz sceny z okaleczeniem okolic intymnych jakiejś babki czarnoskórej). Mamy poza tym trochę gwałtów (w tym jeden na kobiecie mającej już swoje lata - bohater ją gwałci i zabija, jednocześnie rozmawiając z innymi obecnymi w pomieszczeniu typami lol), kilka sekund kanibalizmu (scena powiązana z wspomnianym wyżej okaleczeniem) i domniemaną nekrofilię (główni bohaterowie trupa jakiejś kobiety po prostu przywożą jakiemuś świrowi w "prezencie"). Za efekty odpowiadał Toe Tag (ekipa od m.in. "August Underground" - ich sztandarowa trylogia była nagrana w tak sraczkowatej jakości, że niedociągnięcia efektów nie były dobrze widoczne - a tutaj i budżet był większy, i niedociągnięcia widać) więc tym bardziej szkoda, że to tak wygląda, bo stać ich na więcej.
Większość dialogów w filmie to nieskładnie wykrzykiwane przekleństwa - głośność dźwięku jest mocno nierówna, więc jak ktoś ma wścibskich sąsiadów, to polecam słuchawki - albo napisy, jeśli takowe gdzieś są, nie szukałem. Co nie zmienia faktu, że Jimmy kilka razy rzuca prawdziwymi perełkami - np. "Shhh!! Do you hear that? Sounds like James Brown, the hardest working man in show business!" - i to w sytuacji, gdy u jego stóp leży zastrzelona przez niego autostopowiczka (którą zresztą wpuścił do samochodu w zamian za seks oralny). Poza tym Jimmy bardzo często... tańczy. Podobnie jak psychika Harry'ego ze "Schizophreniaca", psychika Jimmy'ego też się stopniowo rozpada.
Końcówka tej historii jest do przewidzenia. "Efekty specjalne" użyte do pokazania pożaru to najbardziej żenujące coś, co widziałem w tym roku.
Niski budżet bije po oczach. Zwłaszcza gdy luksusowa willa barona narkotykowego wygląda jak zagracona i zabałaganiona melina.
I w sumie to chyba tyle, co można o tym, ekhm, dziele powiedzieć. Częściowo auto-plagiat wręcz, całość bardzo słaba. Można raz obejrzeć dla Jimmy'ego - Ronowi udaje się znajdować świrów do grania świrów, trzeba mu to przyznać.
Nie wiem, czy film jest w wersji "namacalnej" dostępny w Polsce - szczerze wątpię. Ja to ściągnąłem z torrentów, ale nie robię sobie z tego wyrzutów.
niedziela, 8 września 2013
Zbigniew Prostak "Planeta Zielonych Widm"
KAW, 1982 rok. Żwikiewicz projektował okładkę.
Książka będąca kolejnym reliktem czasów, których nie znałem, obcego mi świata. Bardzo podobna do wielu innych książek z serii.
Główny spojler jest już zawarty w samym tytule. Fabuła nie jest przesadnie skomplikowana. Ziemski gwiazdolot "Sol" ląduje na niezbadanej planecie, gdzie panują warunki zbliżone do ziemskich. Żeby ruszył w dalszą drogą, musi przejść serię skomplikowanych napraw. W czasie badania planety ludzie znajdują sieć rozległych podziemnych mórz czy też nawet oceanów. Napotykają w zalanych wodą przestrzeniach pod powierzchnią pustynnej z grubsza planety najpierw ruiny starej cywilizacji, a potem natrafiają na tubylców.
Dochodzi do pierwszego kontaktu, w nieco niecodzienny zresztą sposób. Tytułowe Zielone Widma to jakiś nieco eteryczny (ale białkowy) crap pływający w tychże wodach, posiadający przy tym niezwykle zaawansowaną cywilizację.
Autor nie popadł w zbytni optymizm antropologiczny, nawet główny projekt tytułowych widm, który pozwoliłby przetrwać ich prastarej cywilizacji nie mógł się powieść przez ludzką "naturę" (rzecz jasna nie ma czegoś takiego; jednak człek jest niepoczciwy jako taki, bo instynktownie boi się tego, czego nie rozumie; a cywilizacja i jej konserwatywne społeczne instytucje tylko ten pierwotny instynkt potęgują).
Mamy do tego delikatny wątek romantyczny i sentymentalne zakończenie. Autor ładnie za to opisał podziemne, wodne przestrzenie. Sam pomysł na taki pierwszy kontakt też jest w miarę oryginalny (a wtedy, gdy książka się ukazała, zapewne był oryginalniejszy niż współcześnie).
Jak ktoś wygrzebie gdzieś tanio lub znajdzie w bibliotece osiedlowej, to można przeczytać. Ale dziełko Prostaka mimo wszystko nie powala. Mimo tego, że kiedyś tę książkę już czytałem, co sobie uzmysłowiłem w pełni w czasie czytania ponownego, nie mam do niej specjalnego sentymentu. Więc sugerując się odczuciami zupełnie subiektywnymi - nie było w niej nic takiego, co nie pozwoliłoby mi o niej zapomnieć na dłużej.
Książka będąca kolejnym reliktem czasów, których nie znałem, obcego mi świata. Bardzo podobna do wielu innych książek z serii.
Główny spojler jest już zawarty w samym tytule. Fabuła nie jest przesadnie skomplikowana. Ziemski gwiazdolot "Sol" ląduje na niezbadanej planecie, gdzie panują warunki zbliżone do ziemskich. Żeby ruszył w dalszą drogą, musi przejść serię skomplikowanych napraw. W czasie badania planety ludzie znajdują sieć rozległych podziemnych mórz czy też nawet oceanów. Napotykają w zalanych wodą przestrzeniach pod powierzchnią pustynnej z grubsza planety najpierw ruiny starej cywilizacji, a potem natrafiają na tubylców.
Dochodzi do pierwszego kontaktu, w nieco niecodzienny zresztą sposób. Tytułowe Zielone Widma to jakiś nieco eteryczny (ale białkowy) crap pływający w tychże wodach, posiadający przy tym niezwykle zaawansowaną cywilizację.
Autor nie popadł w zbytni optymizm antropologiczny, nawet główny projekt tytułowych widm, który pozwoliłby przetrwać ich prastarej cywilizacji nie mógł się powieść przez ludzką "naturę" (rzecz jasna nie ma czegoś takiego; jednak człek jest niepoczciwy jako taki, bo instynktownie boi się tego, czego nie rozumie; a cywilizacja i jej konserwatywne społeczne instytucje tylko ten pierwotny instynkt potęgują).
Mamy do tego delikatny wątek romantyczny i sentymentalne zakończenie. Autor ładnie za to opisał podziemne, wodne przestrzenie. Sam pomysł na taki pierwszy kontakt też jest w miarę oryginalny (a wtedy, gdy książka się ukazała, zapewne był oryginalniejszy niż współcześnie).
Jak ktoś wygrzebie gdzieś tanio lub znajdzie w bibliotece osiedlowej, to można przeczytać. Ale dziełko Prostaka mimo wszystko nie powala. Mimo tego, że kiedyś tę książkę już czytałem, co sobie uzmysłowiłem w pełni w czasie czytania ponownego, nie mam do niej specjalnego sentymentu. Więc sugerując się odczuciami zupełnie subiektywnymi - nie było w niej nic takiego, co nie pozwoliłoby mi o niej zapomnieć na dłużej.
sobota, 7 września 2013
Odpryski XIX
1. Skończył się miesiąc, czas na małe podsumowanie.
Bez rozdrabniania się, podsumowanie od początku istnienia bloga:
Najpopularniejsze posty to kolejno: "Władca szczurów" Ziemkiewicza (394 wyświetlenia; nowe wydanie książki po latach pewnie się mocno do tego wyniku przyczyniło), Age of Chivalry: Hegemony (115 wyświetleń; nie spodziewałbym się w sumie; przypominam, że notka się bardzo zdezaktualizowała), "Ulubienica bogini Pele" Eda Paley'a (112 wyświetleń; rzecz zupełnie dla mnie nie zrozumiała, czemu to czytadło się cieszyło taką popularnością), HoMMIII wieczne żywe (89 wyświetleń; co tylko pokazuje trafność użytego sformułowania, że rzeczywiście "wiecznie żywe"; inna sprawa, że notka się dosyć zdezaktualizowała), subiektywna i niedokładna relacja z Krakonu 2013 (89 wyświetleń; w sumie Krakon mi bardzo się przysłużył do zwiększenia ilości wejść na bloga, którego jakoś szczególnie mocno nigdzie nie promowałem), kwaśne sny Ernsta Jüngera (78 wyświetleń; mówiąc szczerze, też się nie spodziewałem), "Bizarro Bazar" (71 wyświetleń; notka podlinkowana na facebooku, to i wejść dużo odnotowała), Noc Muzeów 2012 (69 wyświetleń; popularność tej notki również mnie zadziwia; ktoś ze stałych czytelników ma zakładkę założoną w przeglądarce na niej, czy co? ;) ), "Remedium" Stefana Wula (68 wyświetleń; j.w.?), "Gorefikacje" (67 wyświetleń; notka też trafiła na facebooka, co zwiększyło zapewne jej popularność).
W sierpniu '13 odnotowałem rekordową ilość wyświetleń bloga - 703. Dla porównania - miesiąc wcześniej było ich 469 a w czerwcu - tylko 169. Inna sprawa, że przez dłuższy czas nic się tutaj nie działo.
Na chwilę obecną, 7 września 2013 roku wejść jest już 206. W sierpniu 2009, pierwszym miesiącu, jaki został uwzględniony w zestawieniu, było wejść tylko 140. Swoją drogą, nie mam pojęcia, jak to możliwe, skoro bloga zacząłem prowadzić dopiero 3 sierpnia 2011 roku. Nie pamiętam już, czy pusty blog po prostu stał nieużywany dwa lata, czy coś tu było, co potem wyczyściłem. W sumie - nie ważne.
Co do źródeł ruchu sieciowego, w adresach odsyłających najwięcej jest facebooka - 215, potem gógla - 188. Rzecz jasna, w rankingu witryn odsyłających gógl prowadzi zdecydowanie - 1701, facebook zaś o tysiąc mniej.
2. Wydawnictwo "Solaris" ruszyło już z serią wydawniczą "Archiwum polskiej fantastyki". Są tam cudowne rzeczy, a zapowiadane są jeszcze lepsze, zresztą spójrzcie sami. Tzn. akurat do Wolskiego, Oramusa i Jabłońskiego osobiście podchodzę dosyć nieufnie, co nie zmienia faktu, że bardzo dobrze się stało, że ktoś w końcu wyciągnął z lamusa np. Peteckiego czy Żwikiewicza.
3. Przespałem termin na konkurs na opowiadanie do "Światów Zajdla", co nie zmienia faktu, że antologia już się ukazała w formacie elektronicznym i jest do ściągnięcia ze strony wydawnictwa Almaz. Kiedyś na pewno ją przeczytam i coś o niej naskrobię.
4. Jak jesteśmy przy darmowych e-bookach, to Wydawnictwo Dobre Historie udostępniło do pobrania bez opłat "Zaginiony pancernik" zmarłego rok temu Harrego Harrisona. I to udostępniło też rok temu, tylko ja przy swojej spostrzegawczości teraz to znalazłem, przy okazji zamówienia preorderu na najnowsze "Coś na progu" i pewną książkę.
5. A jak jesteśmy ogólnie przy dobrych rzeczach udostępnionych do ściągnięcia z internetów za darmo, to kultowy retro-gore horror "Driller Killer" (1979) z racji na to, że nikt nie zastrzegł do niego praw autorskich, od dłuższego czasu wisi gotowy do pobrania (i to w wersji "uncut") tutaj.
6. Wydawnictwo Okultura wypuszcza w listopadzie nowy numer "Trans/Wizji". W końcu! W numerze znajdzie się m.in. wywiad z Boydem Rice, artykuł o Savitri Devi (lol) oraz blok tekstów o bizarro.
Bez rozdrabniania się, podsumowanie od początku istnienia bloga:
Najpopularniejsze posty to kolejno: "Władca szczurów" Ziemkiewicza (394 wyświetlenia; nowe wydanie książki po latach pewnie się mocno do tego wyniku przyczyniło), Age of Chivalry: Hegemony (115 wyświetleń; nie spodziewałbym się w sumie; przypominam, że notka się bardzo zdezaktualizowała), "Ulubienica bogini Pele" Eda Paley'a (112 wyświetleń; rzecz zupełnie dla mnie nie zrozumiała, czemu to czytadło się cieszyło taką popularnością), HoMMIII wieczne żywe (89 wyświetleń; co tylko pokazuje trafność użytego sformułowania, że rzeczywiście "wiecznie żywe"; inna sprawa, że notka się dosyć zdezaktualizowała), subiektywna i niedokładna relacja z Krakonu 2013 (89 wyświetleń; w sumie Krakon mi bardzo się przysłużył do zwiększenia ilości wejść na bloga, którego jakoś szczególnie mocno nigdzie nie promowałem), kwaśne sny Ernsta Jüngera (78 wyświetleń; mówiąc szczerze, też się nie spodziewałem), "Bizarro Bazar" (71 wyświetleń; notka podlinkowana na facebooku, to i wejść dużo odnotowała), Noc Muzeów 2012 (69 wyświetleń; popularność tej notki również mnie zadziwia; ktoś ze stałych czytelników ma zakładkę założoną w przeglądarce na niej, czy co? ;) ), "Remedium" Stefana Wula (68 wyświetleń; j.w.?), "Gorefikacje" (67 wyświetleń; notka też trafiła na facebooka, co zwiększyło zapewne jej popularność).
W sierpniu '13 odnotowałem rekordową ilość wyświetleń bloga - 703. Dla porównania - miesiąc wcześniej było ich 469 a w czerwcu - tylko 169. Inna sprawa, że przez dłuższy czas nic się tutaj nie działo.
Na chwilę obecną, 7 września 2013 roku wejść jest już 206. W sierpniu 2009, pierwszym miesiącu, jaki został uwzględniony w zestawieniu, było wejść tylko 140. Swoją drogą, nie mam pojęcia, jak to możliwe, skoro bloga zacząłem prowadzić dopiero 3 sierpnia 2011 roku. Nie pamiętam już, czy pusty blog po prostu stał nieużywany dwa lata, czy coś tu było, co potem wyczyściłem. W sumie - nie ważne.
Co do źródeł ruchu sieciowego, w adresach odsyłających najwięcej jest facebooka - 215, potem gógla - 188. Rzecz jasna, w rankingu witryn odsyłających gógl prowadzi zdecydowanie - 1701, facebook zaś o tysiąc mniej.
2. Wydawnictwo "Solaris" ruszyło już z serią wydawniczą "Archiwum polskiej fantastyki". Są tam cudowne rzeczy, a zapowiadane są jeszcze lepsze, zresztą spójrzcie sami. Tzn. akurat do Wolskiego, Oramusa i Jabłońskiego osobiście podchodzę dosyć nieufnie, co nie zmienia faktu, że bardzo dobrze się stało, że ktoś w końcu wyciągnął z lamusa np. Peteckiego czy Żwikiewicza.
3. Przespałem termin na konkurs na opowiadanie do "Światów Zajdla", co nie zmienia faktu, że antologia już się ukazała w formacie elektronicznym i jest do ściągnięcia ze strony wydawnictwa Almaz. Kiedyś na pewno ją przeczytam i coś o niej naskrobię.
4. Jak jesteśmy przy darmowych e-bookach, to Wydawnictwo Dobre Historie udostępniło do pobrania bez opłat "Zaginiony pancernik" zmarłego rok temu Harrego Harrisona. I to udostępniło też rok temu, tylko ja przy swojej spostrzegawczości teraz to znalazłem, przy okazji zamówienia preorderu na najnowsze "Coś na progu" i pewną książkę.
5. A jak jesteśmy ogólnie przy dobrych rzeczach udostępnionych do ściągnięcia z internetów za darmo, to kultowy retro-gore horror "Driller Killer" (1979) z racji na to, że nikt nie zastrzegł do niego praw autorskich, od dłuższego czasu wisi gotowy do pobrania (i to w wersji "uncut") tutaj.
6. Wydawnictwo Okultura wypuszcza w listopadzie nowy numer "Trans/Wizji". W końcu! W numerze znajdzie się m.in. wywiad z Boydem Rice, artykuł o Savitri Devi (lol) oraz blok tekstów o bizarro.
środa, 4 września 2013
Carlos Rasch "Taniec potworów"
Autor to Brazylijczyk, który w wieku 6 lat razem z rodzicami zamieszkał w NRD. Publikował tam różne rzeczy, także sporo fantastyki naukowej. Przez jakiś czas poróżnił się z władzami, i publikował pokątnie pod pseudonimami, ale generalnie przetrwał jakoś. Żyje sobie spokojnie nadal i nadal tworzy - jak podaje wikipedia, ostatnią książkę napisał dwa lata temu.
"Taniec potworów" ukazał się w Polsce w 1980, wydany w ramach "Fantazji - Przygody - Rozrywki" przez Krajową Agencję Wydawniczą.
Książka ta to zbiór opowiadań. Bardzo standardowych przygodowych historii osadzonych głównie w kosmosie, chociaż są dwa wyjątki. Motywy - kontakt z obcą inteligencją (w tym raz motyw jest odwrócony niejako, to ludzie są tymi obcymi), osobiste perypetie bohaterów w sytuacjach skrajnych, itp. Jest też historia o ośmiornicach, na których przeprowadzano pewne eksperymenty. Nie wynikło z tego nic dobrego. Inne z opowiadań dzieje się w sztucznym mieście RWPG pod kołem podbiegunowym. Kilka opowiadań skończyło się za wcześnie. W każdym razie - ja tak ich zakończenia odebrałem. Jedno zakończyło się w miejscu, w którym tego typu historie się zazwyczaj zaczynają. Wszystkie utwory w zbiorze kończą się dobrze. Nawet jak ktoś ginie, to na samym końcu stawiają mu pomnik. Mimo postępującego pesymizmu, że jednak z tym kosmosem i przyszłością nie będzie różowo, jeszcze czujemy radość autora, przeżywającego bardzo wizję kontaktu z obcą, wyżej rozwiniętą cywilizacją. Aż człowieka melancholia ogarnia na myśl, że kiedyś myślano w taki sposób. Że człowiek to poczciwy stwór, że nauka czyni cuda, że gdzieś tam oprócz docierającego do nas martwego światła dawno nieistniejących gwiazd są lepsi i mądrzejsi od nas. Ludzkie słabości rzecz jasna się tu pojawiają, ale w ogólnym rozrachunku ci dobrzy zwyciężają - lub pokonują piętrzące się trudności.
Książka z epoki, która minęła bezpowrotnie, i w sumie książka jakich wiele. Pewnie wala się po antykwariatach, w pudłach ze starociami za grosze.
"Taniec potworów" ukazał się w Polsce w 1980, wydany w ramach "Fantazji - Przygody - Rozrywki" przez Krajową Agencję Wydawniczą.
Książka ta to zbiór opowiadań. Bardzo standardowych przygodowych historii osadzonych głównie w kosmosie, chociaż są dwa wyjątki. Motywy - kontakt z obcą inteligencją (w tym raz motyw jest odwrócony niejako, to ludzie są tymi obcymi), osobiste perypetie bohaterów w sytuacjach skrajnych, itp. Jest też historia o ośmiornicach, na których przeprowadzano pewne eksperymenty. Nie wynikło z tego nic dobrego. Inne z opowiadań dzieje się w sztucznym mieście RWPG pod kołem podbiegunowym. Kilka opowiadań skończyło się za wcześnie. W każdym razie - ja tak ich zakończenia odebrałem. Jedno zakończyło się w miejscu, w którym tego typu historie się zazwyczaj zaczynają. Wszystkie utwory w zbiorze kończą się dobrze. Nawet jak ktoś ginie, to na samym końcu stawiają mu pomnik. Mimo postępującego pesymizmu, że jednak z tym kosmosem i przyszłością nie będzie różowo, jeszcze czujemy radość autora, przeżywającego bardzo wizję kontaktu z obcą, wyżej rozwiniętą cywilizacją. Aż człowieka melancholia ogarnia na myśl, że kiedyś myślano w taki sposób. Że człowiek to poczciwy stwór, że nauka czyni cuda, że gdzieś tam oprócz docierającego do nas martwego światła dawno nieistniejących gwiazd są lepsi i mądrzejsi od nas. Ludzkie słabości rzecz jasna się tu pojawiają, ale w ogólnym rozrachunku ci dobrzy zwyciężają - lub pokonują piętrzące się trudności.
Książka z epoki, która minęła bezpowrotnie, i w sumie książka jakich wiele. Pewnie wala się po antykwariatach, w pudłach ze starociami za grosze.
Michał Markowski "Pajęczyna. Po drugiej stronie Księżyca."
KAW, 1983 rok. Seria "Fantazja - Rozrywka - Przygoda". Kolejna perła z lamusa.
Zacznijmy od okładki. Pomysłodawcą tej był Żwikiewicz. Kiedyś potrafiono robić okładki. Owszem, czasem były pretensjonalne. Owszem, zazwyczaj miały bardzo mało wspólnego z treścią książki. Ale każda z nich posiadała odbite w sobie indywidualne piętno, indywidualny styl pochodzący od danego autora. Patrzę na okładkę tej książki. Patrzę na okładki kilku innych książek z serii, o których kiedyś już na tym blogu wspominałem. Każda z nich to małe dziełko sztuki. Nie ważne, czy to kłębowisko brył i z ekspresją narysowanych powierzchni, przestrzeni, czy też bliżej nieokreślone, nieco psychodeliczne, surrealistyczne... coś. O ileż coś takiego było lepsze od setek identycznych okładek zrobionych przez etatowych grafików na jedno kopyto w jednym photoshopie lub przy użyciu tych samych zdjęć/grafik wziętych z tego samego, dostępnego dla wszystkich, stocka.
Przeglądając internety natknąłem się kiedyś na jakieś gówniane zestawienie "iluśtam najgorszych plakatów filmowych ever". Wisiało to na jakiejś stronie anglojęzycznej, jednej z wielu hien internetu. W rankingu tym większość miejsc była zajęta przez plakaty z Polski, z lat ~'70~'90, w tym właśnie w stylu tych okładek, o których pisałem wyżej. Cóż, autorowi tego zestawienia zabrakło wyobraźni, by sięgnąć ponad zupełnie identyczne, robione wg. jednego wzoru plakaty filmowe istniejące współcześnie, takie z półnagą laską i przypakowanym facetem. By spojrzeć na plakat jako coś osobnego. Wybaczcie proszę czytelnicy, ale zdenerwowałem się - chuj Ci w dupę, drogi autorze tamtego zestawienia. Jeszcze raz proszę mi wybaczyć ciężkie słownictwo.
Wracając do książki jako takiej, jest dziwna, nierówna i zaskoczyła mnie wielokrotnie.
Składa się z dwóch części, powiązanych ze sobą. Część pierwsza zaczyna się jak dowolne polskie socjologiczne, antyutopijne s-f z tamtych lat. Ba, myślałem nawet, że będzie to coś przeciwko stanowi wojennemu, bo opisywana rzeczywistość trochę mi się z czymś takim kojarzyła.
Wszechobecna szarość, a w niej inwigilacja społeczeństwa na skalę masową, przeprowadzana przez totalitarną władzę. Zaszczuci ludzie znikają w tajemniczych okolicznościach lub trafiają do więzień. Główny bohater, Filip, jest dyrygentem, postanawia odwalić niezły numer, i na uroczystej gali zagrać coś innego, niż to, co mu kazali.
Kazano mu napisać hymn wojenny, bo szykowała się wojna. On go napisał, ale poza tym chciał z orkiestrą zagrać coś innego - nie jest powiedziane co, ale albo jakiś stary hymn, albo coś, co bardzo nie spodobałoby się władzom. Władza coś podejrzewa - podsyła mu swoją agentkę, Agnieszkę. Agnieszka jednak przechodzi na stronę Filipa, po ciągu niezwykłych zdarzeń.
Właśnie, tu zaczyna się trochę groteska, trochę surrealizm. Niejaki Piotr uciekł z tego świata i trafił razem z żoną Anną i jej ojcem Łabędziem do domu w innym świecie. Dom mówi (do niego), jest pełen tajemnic, jak i cały ten dziwny świat, do którego można się dostać przez przejście w podziemiach starego kościoła lub drogą koło morza, przez mgłę. Mieszkańcy żyją tam w zgodzie z naturą, magia wisi w powietrzu, ich syn rozmawia z oswojonymi końmi.
Komendant więzienia pomaga Filipowi uciec, po czym w dosyć surrealistycznie ukazanej przez autora podróży pociągiem ginie. Poza tym ma starszą matkę, która porusza się po mieście z torbą wypełnioną materiałami wybuchowymi i wysadza wiadukty i mosty.
Jak na złość, akurat w posiadanym przeze mnie egzemplarzu, strony od ~60 do ~100 były zupełnie losowo wydrukowane i w losowej kolejności wrzucone do książki. Różne wątki, pourywane sceny fajnie się mieszały ze sobą na przypadkowe sposoby. Paradoksalnie czytało mi się książkę lepiej dzięki temu, bo dobrze to odzwierciedlało panujący i w świecie przedstawionym chaos.
W świecie rzeczywistym dochodzi do wojny atomowej (najprawdopodobniej - nie jest to powiedziane wprost, jak i wiele innych rzeczy odnośnie świata rzeczywistego w książce), sporej ilości uchodźców udaje się jednak trafić do świata z domem Piotra dzięki temu ostatniemu, który wraz z synem Karolem wyrusza "na górę" po Filipa. Gdzieś w międzyczasie mijają lata w świecie przedstawionym. A fabuła dzieła Markowskiego nie przypomina już w żadnej mierze generic polskiej socjologicznej s-f z czasów PRLu. Wszyscy szczęśliwie się odnajdują, kochają się długo i szczęśliwie.
I zaczyna się część druga książki.
Zasada decorum została przez autora upita, a jak leżała gdzieś nieprzytomna, to może i zgwałcona. "Pajęczyna" była historią dosyć tragiczną. Ludzkie nieszczęście i przygnębiające losy postaci wkręconych w tryby opresyjnego systemu były naprawdę dobrze przedstawione i oddane. Owszem, na nieco groteskowy sposób, groteska narastała im dalej w treść, klimat się robił bardzo oniryczny, odrealniony w pewnym momencie, coś jak nieco mroczna baśń, opowiadana w pomieszczeniu wypełnionym opiumowym dymem. W każdym razie tak mi się to trochę skojarzyło.
Tymczasem "Po drugiej stronie Księżyca" to zupełna groteska, parodia, surrealizm i w ogóle mindfuck. Społeczność w świecie, w której stoi dom Piotra zbudowała tam małe miasteczko i boryka się z problemami małej społeczności. Problemy są pokazane w sposób ciepły, przesadzony, relacje społeczne są sprowadzone do absurdu, współczesne autorowi są w ten sposób dyskretnie wyszydzone a określone zachowania mieszkańców społeczności - między wierszami napiętnowane przez autora. Czyta się to jak zbiór odrealnionych, szalonych przypowieści, pogodnych, dowcipnych i napisanych ze swadą i subtelną, inteligentną ironią. Po czym nagle pojawiają się i tam wątki tragiczne, przypominające o upływającym czasie i o tym, że "świat na górze" (moje określenie) już nie istnieje, i społeczność jest najprawdopodobniej ostatnią grupką ludzkości, jaka przeżyła zagładę.
Styl autora jest dosyć nierówny. Wszystkowiedzący narrator pozwala sobie czasem na docinki pod adresem postaci lub snuje przypuszczenia, co by było, gdyby. Z początku wydał mi się szorstki i oszczędny, ale potem przestałem na to zwracać uwagę, po prostu czytałem dalej, bardzo ciekawy, dokąd to wszystko prowadzi, i dlaczego. I w oczekiwaniu, co też jeszcze szalonego i dziwacznego się wydarzy.
Dlatego też, w ostatecznym rozrachunku, przyznaję, że książka mi się podobała i że zaskoczyła mnie pozytywnie. Jest w niej jakiejś zdrowe szaleństwo. Lubię takie coś, co w sumie się przepoczwarza z jednego w drugie, vice versa, potem w trzecie, w czasie trwania akcji.
Zacznijmy od okładki. Pomysłodawcą tej był Żwikiewicz. Kiedyś potrafiono robić okładki. Owszem, czasem były pretensjonalne. Owszem, zazwyczaj miały bardzo mało wspólnego z treścią książki. Ale każda z nich posiadała odbite w sobie indywidualne piętno, indywidualny styl pochodzący od danego autora. Patrzę na okładkę tej książki. Patrzę na okładki kilku innych książek z serii, o których kiedyś już na tym blogu wspominałem. Każda z nich to małe dziełko sztuki. Nie ważne, czy to kłębowisko brył i z ekspresją narysowanych powierzchni, przestrzeni, czy też bliżej nieokreślone, nieco psychodeliczne, surrealistyczne... coś. O ileż coś takiego było lepsze od setek identycznych okładek zrobionych przez etatowych grafików na jedno kopyto w jednym photoshopie lub przy użyciu tych samych zdjęć/grafik wziętych z tego samego, dostępnego dla wszystkich, stocka.
Przeglądając internety natknąłem się kiedyś na jakieś gówniane zestawienie "iluśtam najgorszych plakatów filmowych ever". Wisiało to na jakiejś stronie anglojęzycznej, jednej z wielu hien internetu. W rankingu tym większość miejsc była zajęta przez plakaty z Polski, z lat ~'70~'90, w tym właśnie w stylu tych okładek, o których pisałem wyżej. Cóż, autorowi tego zestawienia zabrakło wyobraźni, by sięgnąć ponad zupełnie identyczne, robione wg. jednego wzoru plakaty filmowe istniejące współcześnie, takie z półnagą laską i przypakowanym facetem. By spojrzeć na plakat jako coś osobnego. Wybaczcie proszę czytelnicy, ale zdenerwowałem się - chuj Ci w dupę, drogi autorze tamtego zestawienia. Jeszcze raz proszę mi wybaczyć ciężkie słownictwo.
Wracając do książki jako takiej, jest dziwna, nierówna i zaskoczyła mnie wielokrotnie.
Składa się z dwóch części, powiązanych ze sobą. Część pierwsza zaczyna się jak dowolne polskie socjologiczne, antyutopijne s-f z tamtych lat. Ba, myślałem nawet, że będzie to coś przeciwko stanowi wojennemu, bo opisywana rzeczywistość trochę mi się z czymś takim kojarzyła.
Wszechobecna szarość, a w niej inwigilacja społeczeństwa na skalę masową, przeprowadzana przez totalitarną władzę. Zaszczuci ludzie znikają w tajemniczych okolicznościach lub trafiają do więzień. Główny bohater, Filip, jest dyrygentem, postanawia odwalić niezły numer, i na uroczystej gali zagrać coś innego, niż to, co mu kazali.
Kazano mu napisać hymn wojenny, bo szykowała się wojna. On go napisał, ale poza tym chciał z orkiestrą zagrać coś innego - nie jest powiedziane co, ale albo jakiś stary hymn, albo coś, co bardzo nie spodobałoby się władzom. Władza coś podejrzewa - podsyła mu swoją agentkę, Agnieszkę. Agnieszka jednak przechodzi na stronę Filipa, po ciągu niezwykłych zdarzeń.
Właśnie, tu zaczyna się trochę groteska, trochę surrealizm. Niejaki Piotr uciekł z tego świata i trafił razem z żoną Anną i jej ojcem Łabędziem do domu w innym świecie. Dom mówi (do niego), jest pełen tajemnic, jak i cały ten dziwny świat, do którego można się dostać przez przejście w podziemiach starego kościoła lub drogą koło morza, przez mgłę. Mieszkańcy żyją tam w zgodzie z naturą, magia wisi w powietrzu, ich syn rozmawia z oswojonymi końmi.
Komendant więzienia pomaga Filipowi uciec, po czym w dosyć surrealistycznie ukazanej przez autora podróży pociągiem ginie. Poza tym ma starszą matkę, która porusza się po mieście z torbą wypełnioną materiałami wybuchowymi i wysadza wiadukty i mosty.
Jak na złość, akurat w posiadanym przeze mnie egzemplarzu, strony od ~60 do ~100 były zupełnie losowo wydrukowane i w losowej kolejności wrzucone do książki. Różne wątki, pourywane sceny fajnie się mieszały ze sobą na przypadkowe sposoby. Paradoksalnie czytało mi się książkę lepiej dzięki temu, bo dobrze to odzwierciedlało panujący i w świecie przedstawionym chaos.
W świecie rzeczywistym dochodzi do wojny atomowej (najprawdopodobniej - nie jest to powiedziane wprost, jak i wiele innych rzeczy odnośnie świata rzeczywistego w książce), sporej ilości uchodźców udaje się jednak trafić do świata z domem Piotra dzięki temu ostatniemu, który wraz z synem Karolem wyrusza "na górę" po Filipa. Gdzieś w międzyczasie mijają lata w świecie przedstawionym. A fabuła dzieła Markowskiego nie przypomina już w żadnej mierze generic polskiej socjologicznej s-f z czasów PRLu. Wszyscy szczęśliwie się odnajdują, kochają się długo i szczęśliwie.
I zaczyna się część druga książki.
Zasada decorum została przez autora upita, a jak leżała gdzieś nieprzytomna, to może i zgwałcona. "Pajęczyna" była historią dosyć tragiczną. Ludzkie nieszczęście i przygnębiające losy postaci wkręconych w tryby opresyjnego systemu były naprawdę dobrze przedstawione i oddane. Owszem, na nieco groteskowy sposób, groteska narastała im dalej w treść, klimat się robił bardzo oniryczny, odrealniony w pewnym momencie, coś jak nieco mroczna baśń, opowiadana w pomieszczeniu wypełnionym opiumowym dymem. W każdym razie tak mi się to trochę skojarzyło.
Tymczasem "Po drugiej stronie Księżyca" to zupełna groteska, parodia, surrealizm i w ogóle mindfuck. Społeczność w świecie, w której stoi dom Piotra zbudowała tam małe miasteczko i boryka się z problemami małej społeczności. Problemy są pokazane w sposób ciepły, przesadzony, relacje społeczne są sprowadzone do absurdu, współczesne autorowi są w ten sposób dyskretnie wyszydzone a określone zachowania mieszkańców społeczności - między wierszami napiętnowane przez autora. Czyta się to jak zbiór odrealnionych, szalonych przypowieści, pogodnych, dowcipnych i napisanych ze swadą i subtelną, inteligentną ironią. Po czym nagle pojawiają się i tam wątki tragiczne, przypominające o upływającym czasie i o tym, że "świat na górze" (moje określenie) już nie istnieje, i społeczność jest najprawdopodobniej ostatnią grupką ludzkości, jaka przeżyła zagładę.
Styl autora jest dosyć nierówny. Wszystkowiedzący narrator pozwala sobie czasem na docinki pod adresem postaci lub snuje przypuszczenia, co by było, gdyby. Z początku wydał mi się szorstki i oszczędny, ale potem przestałem na to zwracać uwagę, po prostu czytałem dalej, bardzo ciekawy, dokąd to wszystko prowadzi, i dlaczego. I w oczekiwaniu, co też jeszcze szalonego i dziwacznego się wydarzy.
Dlatego też, w ostatecznym rozrachunku, przyznaję, że książka mi się podobała i że zaskoczyła mnie pozytywnie. Jest w niej jakiejś zdrowe szaleństwo. Lubię takie coś, co w sumie się przepoczwarza z jednego w drugie, vice versa, potem w trzecie, w czasie trwania akcji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)