piątek, 16 sierpnia 2013

Odpryski XVIII

1) Odkąd usunąłem już jakiś czas temu fotobloga (który i tak zarastał chwastem płożącym od lat) nie mam gdzie użalać się nad sobą i nad całym światem. Dzięki temu przestałem się użalać na sobą i nad całym światem. Bo prowadzić słit pamiętniczka nigdy mi się nie chciało, tzn. zaczynałem i góra po tygodniu przestawałem go nawet otwierać.

2) Dawno, dawno temu był sobie, zresztą jest nadal, pierwszy poważny polski portal społecznościowy. Pomińmy milczeniem jego nazwę, ale głównym, pierwotnym zamysłem jego twórców było danie szansy użytkownikom na odnalezienie po latach kolegów ze szkoły takiej czy innej. Człowiek miał tam konto, gdy był młody i głupi, a po usunięciu jednego, miał następne i następne. Jednak nie doczytał wtedy, że usunięcie konta nie oznacza usunięcia danych z tym kontem związanych. A jako iż mam małą paranoję na punkcie własnej prywatności, to po latach chciałem coś z tym fantem zrobić. Znalazłem jedno działające jeszcze konto, i je chyba usunąłem, zaś szczątków starych jakiś kont, o ile coś tam jeszcze gdzieś na serwerach wisi, nie dało się usunąć. Wyraźnie pisałem obsłudze, że nie pamiętam ani haseł, ani nawet adresów e-mail na których te jakieś konta stare miałem pozakładane (zresztą przynajmniej dwóch z tych e-mailów nawet już nie mam, bo usunąłem jako takie). No i leśne dziady niczego nie mogli zrobić. A i tak odpowiedź na pierwszą wiadomość, jaką im się wyśle, wygląda na wygenerowaną automatycznie. Niechaj sczezną.

3) Ciekawe rzeczy pojawiają się w statystykach bloga. Np. w "Źródłach ruchu sieciowego" (czyli kto co wklepał w gógla lub gdzie kliknął, że tutaj trafił). Aż odniosę się do dwóch indywidualnych przypadków:
- "heroes 3 wog skąd wziąć mitryl" WOG nie wprowadzał kopalni mithrilu, ani niczego w tym guście. Istniało za to kilka oddzielnych skryptów do WOG-a, które odpowiadały za coś takiego. Są też mody do ERA II, które wprowadzały źródła tego surowca. Poza tym, na chwilę obecną staruszek WOG to śmietnik historii. Ktokolwiek tu trafił w poszukiwaniu mithrilu - przesiądź się na ERĘ II czym prędzej. Opiera się o WOGa, a jest wielozadaniową platformą do najróżniejszych modów. Ma swój wątek na gdzieś na forum Heroes Community.
- "bizarro bazar pdf" - e-booka można kupić np. na wydaje.pl (8,99zł) lub w Empiku (6,92zł). Poza tym na chwilę obecną jest jeszcze kilka egzemplarzy papierowych do zakupienia przez allegro.

4) Wyszedł już (i to pewien czas temu) Fallout 2 Restoration Project 2.2 wersja nie-beta. Nie wiem, czy ktokolwiek jeszcze oprócz oldskólowców jakich ja gra w takie starocie, ale jakby nagle ktoś zapragnął sobie odświeżyć klasykę, i to nieco ulepszoną, jak powinna wyglądać od samego początku, to zaglądnijcie tutaj. Mod m.in. przywraca do gry lokacje, które nie znalazły się w finalnej wersji gry (np. EPA, Abbey czy siedziba plemienia Sulika - tak, questa z odszukaniem jego siostry da się wreszcie ukończyć, podobnie jak kilka innych, niedokończonych w oryginalnej grze), naprawia mnóstwo błędów, dodaje kilka mniejszych rzeczy (także opcjonalnych, do wyboru przy instalacji), poza tym ma już w sobie dwa bardzo przydatne narzędzia - sFalla i Hi-Res Patcha.

5) Edward Lee, autor horrorów skąpanych we krwi i spermie, wspominał w maju swój pobyt w Polsce, o, tutaj, na fajnym forum.

6) Dwusetny post na blogu!

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

"Cienie spoza czasu"

Wczoraj był dobry dzień na antologie. Najpierw "Zombiefilia", potem nadszedł czas na "Cienie spoza czasu", czy zbiór opowieści zgromadzonych na chwałę Przedwiecznemu Lovecraftowi. Nie chciało mi się nad ranem pisać tej notki, gdy skończyłem lekturę, więc piszę teraz.
Wraz z tą książką Wydawnictwo Dobre Historie zyskało sobie w mojej osobie oddanego fana.
Chciałem kupić tę antologię jeszcze na Krakonie, gdzie kosztowała trochę taniej, ale na Krakonie wydałem za dużo na książki. Miałem potem szczęście - kupiłem ją w likwidowanym na krakowskim rynku Empiku (ciekawe, czy na końcu rozstrzelają pracowników), gdzie była, podobnie jak wszystko tam, przeceniona. Po uwzględnieniu przeceny okazało się, że zapłaciłem za nią tyle, ile zapłaciłbym za nią dokonując zakupu na Krakonie. Ha.
Przede wszystkim nie jest to tłumaczenie antologii wydanej gdzieś tam. To pomysł polskiego wydawnictwa. Zebrano utwory mniej lub bardziej nawiązujące do "mitologii Cthulhu" różnych autorów z różnych lat. Zapewne wszystkie były publikowane wcześniej w rozmaitych zbiorach, antologiach, itp., które do Polski nie dotarły (kub nic mi o tym nie wiadomo). Ale pozbieranie tego wszystkiego do kupy musiało kosztować pomysłodawców kupę nerwów i roboty. Trzymając w dłoniach efekt finalny trzeba stwierdzić jasno - ich praca nie poszła na marne. Tu nie ma złych utworów.
Dobra, po kolei:
S.T.Josh "Wstęp"
Wstęp jak wstęp. Zachowano całą wstępowatość, wstępność, wstępowość. Otwartowość, wprowadzaniowość, wprowadzanizm, wstępizm. Autor smuci się nieco, zresztą całkiem słusznie, że wśród morza naśladowców, następców i fanboy'ów Lovecrafta pojawiają się tendencje do spłycania jego spuścizny tylko do przedwiecznych koszmarów, gdy tymczasem te koszmary służyły autorowi do czegoś, nie były celem samym w sobie.
Alan Moore "Dziedziniec"
Alan Moore to jeden z moich ulubionych twórców. Komiksowych. Ten szalony, postmodernistyczny okultysta i anarchista, swobodnie surfujący po wzburzonych wodach popkultury ma na koncie takie tytuły jak "Liga Niezwykłych Dżentelmenów", "V jak Vendetta" czy arcydzieło popkultury "Zabójczy żart", a także kilka książek i opowiadań. W "Dziedzińcu" przedstawiona jest historia agenta federalnego, który zajmuje się sprawą brutalnych morderstw, popełnionych przez ludzi nie znających się wzajemnie. Trafia w końcu na trop nowego na rynku narkotyku, ale czy to na pewno narkotyk? W tle pojawia się subkultura pełna nawiązań do twórczości Lovecrafta oraz prajęzyk ludzkości. Lub czegoś starszego niż ludzkość.
F.Paul Wilson "Pustkowia"
Wilson zabiera czytelnika na Sosnowe Pustkowia, zupełną dzicz zajmującą sporą część stanu New Jersey. Dwójka bohaterów, postrzelony "wolny duch" oraz jego była dziewczyna, poważna kobieta sukcesu wyruszają w poszukiwanie Diabła z Jersey i świetlistych kul unoszących się nad ogromnymi połaciami lasu. A w każdym razie tak to wygląda na początku. Cieszy Lovecraftowski motyw odizolowanych społeczności żyjących w dziczy, przeniesiony z Maine czy Nowej Anglii gdzieś indziej i przedstawiony bez uprzedzeń charakterystycznych dla Lovecrafta.
Kim Newman "Gruba ryba"
Jedno z najlepszych opowiadań urban fantasy, jakie czytałem. Udany miks Lovecrafta z Chandlerem. Rok '41, USA przystępują do wojny, a główny bohater, prywatny detektyw, prowadząc - zdawałoby się -  śledztwo jakich wiele, wpada na trop Ezoterycznego Zakonu Dagona. Na uwagę zasługuje świetne oddanie realiów tamtych czasów, także ówczesnej popkultury.
Graham Masterton "Will"
Nawet jedna z największych gwiazd horroru się znalazła w tej antologii. Pieniacz i gwiazdor Masterton nie napisał opowiadania na miarę swoich możliwości. Ale sam pomysł - z Wilhelmem Szekspirem bardzo ciekawy.
Edward Lee "Pierwiastek zła"
Opowiadanie napisane z charakterystyczną dla autora delikatnością, wrażliwością i z zachowaniem niezwykle wysublimowanego poczucia estetyki i dobrego smaku. Czyli wyuzdany seks, bezsensowna przemoc okraszone turpizmem i gwałt na powszechnie uznanym poczuciu estetyki, ale tym razem nie aż do przesady. Oczekiwałem czegoś gorszego (tzn. lepszego), ale mimo wszystko skłamałbym, gdybym napisał, że się na tym opowiadaniu zawiodłem. Bo wręcz przeciwnie, nawet przeczytałem je jako pierwsze.
Ian Watson "W labiryncie Cthulhu"
Nie spodziewałem się po Watsonie, że tu się znajdzie, a jednak się znalazł. Cóż, twórczość tego bardzo dobrego pisarza znam w stopniu dosyć mizernym. Równie wielkim zdziwieniem było dla mnie odkrycie faktu, przedstawionego w notce o autorze, że pisał nawet utwory osadzone w uniwersum Warhammera 40k. Tak czy owak, opowiadanie przedstawia grupkę przypadkowych turystów osaczonych na zabytkowym cmentarzu we Włoszech przez Cthulhu, który w setkach kopii nagle pojawił się na świecie, i ten świat mocno popsuł, a potem się nieco zmęczył, i postanowił zaruchać. I poniekąd o tym jest to opowiadanie. Ale przyjemnie się czyta.
Mort Castle "Sekret noszony w sercu"
Opowiadanie w formie wyznań człowieka, który osiągnął nieśmiertelność. Dosyć pouczające.
Alan Dean Foster "Wystąpił błąd krytyczny pod adresem..."
Samotny terrorysta grozi wrzuceniem w internet zeskanowanego oryginalnego "Necronomiconu", co mogłoby się skończyć zagładą ludzkości i planety Ziemia. Pomocy w walce z nim udziela odpowiednim służbom tajemniczy haker, dysponujący.... czymś nagranym na pendrive. Bardzo świeży motyw.
Ramsey Campbell "Przyciąganie"
Opowiadanie najbardziej w duchu samego Lovecrafta. Ot, dziennikarz ma sny, dowiaduje się potem, że nie on jeden, potem się dowiaduje, że jego przodek był członkiem tajemniczej sekty, a w międzyczasie okazuje się, że do Ziemi zbliża się tajemnicze ciało niebieskie...
Gene Wolfe "Pan tej ziemi"
Zdecydowanie mniej zagmatwane od czegokolwiek Wolfe'a, co czytałem kiedykolwiek. Co nie znaczy, że gorsze. Chociaż akcja rozgrywa się w ciągu jednego wieczora w jednym domu, w sumie nawet w paru pomieszczeniach. Badacz zajmujący się folklorem i mitami poszukuje informacji o tajemniczej istocie znanej jako Duszożerca, która to istota przypomina nieco pewne zaginione w mroku dziejów egipskie bóstwo...
Tomasz Drabarek "Iran political fiction"
Autor, świetnie znający polityczne realia Bliskiego Wschodu, wplata umiejętnie w rozgrywki polityczne światowych mocarstw tajemniczy kult. Opowiadanie, mimo ogromnego nagromadzenia informacji, ze względu na inną konwencję niż pozostałe, bardzo przypadło mi do gustu, będę śledził twórczość autora.

niedziela, 11 sierpnia 2013

"Zombiefilia"

Antologia nosząca dumny podtytuł "Pierwsza polska antologia zombie" zawierająca 25 opowiadań (+/- 1 - liczyłem niedokładnie) różnych poczciwców, w tym Kaina, Rojka, Błach, Christa, Gajka, Stonawskiego, itd, itp, oraz jedno autorstwa gościa zza oceanu - samego Carltona Mellicka v.3.0.
Antologia do znalezienia w internetach za darmo, na wydaje.pl.
Ostatnimi czasy zombie zrobiły się bardzo popularne. Sukces odniósł serial "The Walking Dead" na bazie komiksu o tym samym tytule, filmy o zombie przebiły się definitywnie do mainstreamu (nie tylko seria "Resident Evil", odświeżony "Evil Dead", ale i "World War Z"). Ciekawe, czy stało się tak za sprawą przesytu wampirami, i - cóż poradzić - ociepleniem wizerunku starych, dobrych pijawek, czy po prostu jakoś tak się stało, ot, nagły skok koniunktury.
Sam motyw chodzących trupów ewoluuje zresztą, być może nastąpi w popkulturze wykrystalizowanie się motywów - że tak to nazwę - post-zombie, czego zaczątki już można zaobserwować chociażby w komiksach "Crossed" (swoją drogą, polecam). A może po prostu musiałem się dopatrzeć jakiegoś kolejnego "post-", jak mam w zwyczaju.
Pozostawiając na boku rozmaite dygresje, "Zombiefilia", złożona w sumie przez fanów dla fanów, reprezentuje poziom wyższy od niejednej ładnie wydanej na dobrej jakości papierze antologii na dowolny temat. Ot, chociażby wyższy poziom od zjechanej przeze mnie ostatnio "Chodząc nędznymi ulicami". Ja wiem, nie ten gatunek, nie ta konwencja, więc nie mam za bardzo jak porównać jednego do drugiego, ale w sumie dobry tekst to dobry tekst, a zły tekst to zły tekst, niezależnie od gatunku, jaki reprezentuje. Poza tym w "Chodząc" było jedno opowiadanie z zombie w tle, i było - co tu ukrywać - denne, mimo ze autorem był jakiś autor mający wyrobioną dobrą markę i zaproszony do antologii przez samego G.R.R.Martina lub tego drugiego, zapomniałem już, jak mu tam było.
Tak czy owak, w "Zombiefilii" takich klasycznych, stereotypowych opowieści o zombie, typu "czwórka przyjaciół w dzikim lesie" lub "dziś wyprzedaż w osiedlowej Biedronce" albo "o piątej rano dowożą do salonu firmowego Apple'a nowe iPhone'y", jest tu całkiem mało. W sumie po tych pisarzach i pisarkach (a w każdym razie po tych, których twórczość jest mi w różnym stopniu znana) nie spodziewałbym się niczego innego. Chyba najdalej wypuścił wodza fantazji (ale na łańcuchu, żeby ten nie uciekł daleko) Marcin Rojek, który sprowadził apokalipsę zombie do uniwersum "Smerfów". Poza tym jest sporo zombie-rewizjonizmu, np. przedstawienie zombie jako tych dobrych, lub wręcz jako ofiar ludzi, są próby wniknięcia w psychikę zombie, są przedstawienia świata, gdzie zombie i ludzie współegzystują, co np. powoduje pojawienie się sektora usług specjalnie dla nieumarłych, są wizje świata, w którym zombi wykształciły cywilizację i/lub ewoluują, itd., wreszcie mamy też historie z zombie w tle, opowieści de facto nie o zombie, tylko o ludziach, nierzadko mniej ludzkich od nieumarłych.
Nie tylko tematyka jest zróżnicowana, ale - co w sumie oczywiste, ale nie chcę kończyć tej notki tak szybko - konwencje, od groteski po turpizm, od opowieści humorystycznych po tragiczne. Różnorodność to jeden z atutów tej antologii.
No i w sumie to tyle. Mnie się podobało, polecam.

sobota, 10 sierpnia 2013

Odpryski XVII

1) Przejechałem torbą podróżną małą dziewczynkę. Po prostu jej nie zauważyłem. Ona chyba też nie zauważyła.

2) Dwadzieścia lat temu na skutek nieszczęśliwego wypadku spowodowanego przez Varga Vikernesa zmarł Euronymous. To były czasy. Nie to, co teraz.

3) Świadkowie Jehowy opowiadają się za rządem światowym. I to - literalnie - teokratycznym. Mam na to dowód:

Ot, siedziałem kiedyś u fryzjera i przeglądałem gazetki leżące w poczekalni. Wśród morza hmm spamu o życiu jakiś nieznanych mi celebrytów znalazłem coś znacznie bardziej szalonego - "Strażnicę". A tam taki kwiatek. No, miłośnicy teorii spiskowych - do roboty. Dodajcie sobie Świadków Jehowy do Blue Beam, itd.

piątek, 9 sierpnia 2013

Dean Knootz "Nocne dreszcze"

Czytałem tę książkę dawno temu, koło roku 2001, kiedy wyszła w Polsce, ale jeśli nadal mniej-więcej pamiętam, o co chodziło, to znaczy, że zasługuje, by mimo upływu lat napisać o niej tutaj bez czytania jej ponownie.
Knootz pisze niezłe rzeczy. Czasem lepsze, czasem gorsze, ale mniej-więcej na jednym poziomie. Jego twórczość znam w stopniu dosyć niewielkim, więc nie wiem, jak plasują się "Dreszcze" w porównaniu do całości, ale jak dla mnie to średniak jednak.
Jest to opowieść o tym, że przekaz podprogowy działa. Szalony (nieco) biznesmen czy tam ktoś, będący do tego fanatykiem religijnym przeprowadza eksperyment w małym, odizolowanym miasteczku. Jeden z jego pomagierów jest w stanie w ramach tego eksperymentu (przekaz podprogowy wzbogacony chemią w wodzie pitnej dla miasteczka) zmuszać mieszkańców do strasznych czynów - np. do wyuzdanego seksu lub popełniania morderstw. Aż trafia się ktoś, na kogo to nie działa. I wtedy zaczynają się schody.
Pomysł na fabułę - niezły. Wykonanie - gorsze. Takie to trochę bez polotu. Ale z jakiegoś powodu pamiętam o tej książce od lat, więc miała jednak coś w sobie, że ją zapamiętałem.

"Chodząc nędznymi ulicami" (red. George R. R. Martin, Gardner Dozois)

Gigantyczna cegła w twardej oprawie. Wstęp Martina, znanego na chwilę obecną z "Gry o tron" ("Tuf Wędrowiec" był o niebo lepszy), krótkie wyjaśnienie, czym urban fantasy, bo jest to właśnie antologia urban fantasy, tak właściwie jest. Wychodzi na to, że może być czymkolwiek, co jest związane albo z klasyczną weird fiction czy lovecraftowskim horrorem z jednej strony i kryminałem noir z drugiej strony.
Hmm, gatunek cholernie mocno się zmienił od czasów "Wojny o Dąb", przegapiłem to. Ale właśnie uzupełniłem wiedzę. To już nie są poczciwe historie o Elfach grających w niszowych kapelach folk rockowych gdzieś na przedmieściach amerykańskich metropolii. Jak na mój gust, było w tym zdecydowanie za mało klasycznego noir, więc trochę się zawiodłem. Te opowiadania nie były jakieś szczególnie porywające, oprócz kilku, a jest ich szesnaście. Mamy więc trochę detektywów rozwiązujących zagadki kryminalne nie z tego świata lub szukających artefaktów, mamy wilkołaka-geja chroniącego swojego partnera, człowieka, prawnika, mamy czarnoskórego bluesmana, który zadarł z siłami ciemności, mamy opowieści osadzone w antycznym Rzymie i Babilonie w czasach rzymskich, mamy rasę żyjącą obok ludzi i zmagającą się z nietolerancją, mamy bunt niewolników na Jamajce i - rzecz jasna - zombie, itd, itp, etc.
Ogólnie przerost formy nad treścią. Mam nadzieję, że w ramach urban fantasy II fali (czy jak by to nazwać) są lepsze rzeczy od tego, co zostało tu zaprezentowane.

Jan Maszczyszyn "Testimonium"

Jan Maszczyszyn to autor, który wygryzł sporo czasu temu Sapkowskiego w konkursie organizowanym przez "Nową Fantastykę". Jakoś jednak tak wyszło, że przeszedł raczej bez echa w porównaniu do Sapkowskiego.
Pomału jednak, krok za krokiem, powraca na należne mu miejsce.
"Testimonium" to zbiór opowiadań, część z nich była mi już znana mniej-więcej ze strony "Nowej Fantastyki", gdzie autor je wrzucał i gdzie spotkały się z przyjazną i przychylną reakcją zarówno redakcji, jak i użytkowników.
Pana Jana bardzo interesuje człowiek. Przyszłość człowieka. Przyszłość ewolucji człowieka. Rozwiązania rodem z kwaśnych snów najbardziej szalonych transhumanistów. Nawet jak pojawia się bardziej zwyczajny motyw, jak inwazja obcych, czy rozważania o zinstytucjonalizowanej religii, to pokazane są one na świeże sposoby. Nie na darmo pan Jan współpracuje z Niedobrymi Literkami. W jego twórczości horror i bizarro mieszają się z klasycznym s-f.
Styl Pana Jana jest dosyć dosadny, Pan Jan się nie pieprzy z czytelnikami, nie owija w bawełnę, co nie oznacza, że jest prymitywnym chamem walącym "kurwa" zamiast przecinka. Wręcz przeciwnie. Proza jest momentami szorstka w odbiorze, bo wizje światów kreowanych przez pana Jana są szorstkie w odbiorze i pozaludzkie, nieludzkie, technologia (lub czasem interwencja czegoś spoza granicy ludzkiego poznania) jest źródłem obłędnych wynaturzeń, przedstawionych dosadnie, z delikatną nutką turpizmu, ale wszystko jest właśnie tak, jak powinno być, każdy element na swoim miejscu, wszystko pasuje. Pan Jan nie przejmuje się tabu. Pan Jan chłoszcze samą biologiczną swoistość człowieka. Dokonuje też czasem, mimochodem jakby, obserwacji socjologicznych, jak we "Wnetwstąpieniu", czyli opowieści o przyszłości internetu, bardzo namacalnego internetu, i przy okazji o inwazji obcych.
Poza tym wizje pana Jana są pesymistyczne. Nawet bardzo pesymistyczne. Oprócz dwuznacznego (w każdym razie ja je tak odebrałem) przewrotnego zakończenia "Nieboskiego księżyca".
Nie każdemu proza pana Jana przypadnie do gustu, ale cała reszta się nie zawiedzie.

"Fantasy i Science-Fiction (edycja polska)" 2/2011

Czyli numer o steampunku.
Z felietonów najciekawszy to bez wątpienia "Polityka w fantastyce" Jeffa Vandermeera. Poza tym różne różności, recenzje, itd. No i sporo o steampunku - zarówno opowiadania (ale o tym za chwilę) jak i ankieta wśród autorów, itp.
Z opowiadań tylko kilka to steampunk - "Plątonogi" Cherie Priest (historia o szalonym naukowcu, jego małym pomagierze i - bardzo niepokojąco - o robocie zbudowanym przez tego ostatniego, który staje się czymś innym), "Kolej karna" Emila Strzeszewskiego (nietuzinkowe podejście do motywu golema), "Piękniś i bestia" Esther M. Friesner (opowiadanie w formie listów głównej bohaterki-narratorki do rodziców; mitologia Cthulhu w krzywym zwierciadle), "Urdumheim" Michaela Swanwicka (nie steampunk; opowieść o początku ludzkości i potędze pojęć), "Zabawa w Kopciuszka" Kelly Link (małe odwrócenie ról w dziecięcej zabawie), "O nim" Terry Bisson (hm, już nie pamiętam, o czym to było), "Precedens" Sean McMullen (koszmarny sen prawicy polskiej; nie steampunk; chyba najlepsze opowiadanie w numerze; świat po ekologicznej katastrofie, globalne ocieplenie, itd. Każdy - ale to dosłownie każdy - sprzed wielkiej katastrofy jest winny, że nie zadbał o środowisko. Można dostać karę śmierci za to, że kupiło się dziecku robota na baterie. Główny bohater stara się udowodnić swoją niewinność...).

"Metoda Schlegmachera i inne opowiadania. W hołdzie Stefanowi Grabińskiemu."

Antologia prezentująca różne stopnie fascynacji, różne wariacje na temat i różne odniesienia, interpretacje, punkty widzenia odnośnie twórczości wspomnianego przeze mnie notkę temu Grabińskiego. Mamy tu szerokie spektrum stylistyczne i gatunkowe - od opowieści z dreszczykiem, historii niesamowitych, "horrorów kolejowych", są parodie, jest postmodernistyczny misz-masz (jedno z opowiadań - tytułowe - za głównych bohaterów ma m.in. samego Grabińskiego, Lady Makbet oraz Gustawa z "Dziadów", a jego akcja rozgrywa się m.in. w domu Usherów), na końcu zaś jest hmm bizarrowate coś. Tak czy owak -  nastrojowo, jest pociągająco, jest odpychająco. Dla każdego coś miłego. A, i jest długi tekst biograficzny o samym Grabińskim.

Stefan Grabiński "Pani z Białego Kasztelu i inne opowiadania"

Grabiński to autor młodopolski, trochę zapomniany współcześnie, a niesłusznie, bo to taki polski Poe. Tzn. nie zawsze, i nie ze wszystkim, ale generalnie tak.
Za młodu, gdy zapadł na ciężką chorobę, medycyna nie dała mu szansy na przeżycie. Wyleczył go sprowadzony przez rodziców wiejski znachor. Tylko skomplikowało to jego ducha, który i tak gmatwał się nieźle (konwersja z grekokatolicyzmu do łacinników, itd.); różne aspekty polskiego romantyzmu gryzły się nawzajem w Stefanie, który po rozczarowaniu się za młodu nauką (jego stosunek do nowoczesności przypominał nieco stosunek Witkacego - i jeden i drugi w swoich dziełach musieli odreagować rzeczywistość) i katolicyzmem skręcił w stronę pogańską, w stronę ludowych klechd i legend. Zmagał się on ze swoją polską duszą, chociaż żył na polsko-ukraińskim pograniczu.
W tym zbiorku prezentujących jego twórczość mamy Grabińskiego pokazanego przekrojowo. Nie ma jego bardziej znanych opowieści kolejowych, o demonach zrodzonych z pyłu, kurzu i sadzy, ale i tak jest fajnie. Zaczyna się od utworów baśniowych, onirycznych, potem mamy kilka opowieści niesamowitych, a kończy się na utworach realistycznych.
Niektórych może odrzucić czasem niezrozumiały język, zwłaszcza w przytoczonych opowieściach z wczesnego okresu twórczości autora, ale zbiór i tak jest wartościowy, ot, przekrój przez Grabińskiego.

Janusz Zajdel "Przejście przez lustro"

Zbiór opowiadań Mistrza Zajdla. Większość już czytałem w innych zbiorach, więc wspominam o tej książce z kronikarskiego obowiązku. Opowiadania takie jak "Bunt", opowiadanie tytułowe czy "Porządek musi być" to jedne z prekursorskich opowiadań polskiego bizarro, tej odnogi bardziej socjologicznej, odkafkowskiej, krytycznej. Howgh.

Chris Wooling "Przebudzeni"

I znów książka, którą dorwałem za dużo mniej, niż napisał wydawca na okładce z tyłu.
Dygresja na marginesie - jakim cudem "Retribution Falls" przetłumaczono na "Przebudzonych" - jeden kozioł raczy wiedzieć. Koniec dygresji.
Bardzo poczciwe science fantasy, "aeriumpunk", że tak to ujmę. Rzecz się dzieje na nieokreślonej planecie (nie w galaktyce, jak napisał wydawca na tylnej okładce), przypominającej nieco Ziemię. Najważniejszym surowcem jest lżejsze od powietrza aerium, które jest wykorzystywane w budowie najróżniejszych statków powietrznych, w tym gigantycznych okrętów wojennych. Znane są silniki odrzutowe na aerium, statki są z metalu. W miastach pojawia się elektryczność. Broń palna jest używana na równi z białą. Mamy wreszcie magów (demonistów) którzy przypominają nieco pod względem umiejętności naszych ziemskich okultystów (chociaż demony w naszym świecie są bardzo różne od tych z książki Woolinga). Istnieje społeczeństwo stanowe, mamy odpowiedniki paladynów, straży królewskiej i w ogóle.
Nie jest nigdzie wprost powiedziane, czemu transport powietrzny (a wraz z nim piractwo, przemyt, itd.) cieszy się taką popularnością. Powierzchnia planety nie jest spustoszona, w każdym razie nic na ten temat autor nie pisze. Toczyły się dwie wojny o aerium pomiędzy głównymi mocarstwami. Wtedy ciut świata przedstawionego zostało spustoszonego, ale tylko trochę.
Myślałem początkowo, że wizja świata będzie przypominać steampunk, wiecie, te wszystkie dziwaczne sterowce. Ale nie, to jednak coś innego. Bardziej jak uniwersum starej gry komputerowej "Crimson Skies", tylko w innym świecie i z inną technologią. Albo trochę jak podobne uniwersum jakiejś innej gry, w której Ziemia rozpadła się na wirujące w przestrzeni, latające wyspy. Tyle, że tutaj katastrofy żadnej nie było.
Oprócz śmiałej i mimo wszystko w miarę oryginalnej wizji świata, plusem książki są bohaterowie - jeśli któryś z nich przedstawiony został jako idiota, to jest idiotą. Jeśli kapitan statku, budzący odległe skojarzenia z Hanem Solo (ma nawet swojego Chewbaccę, zbiegłego niewolnika) wychowywał się w sierocińcu i nie miał okazji zdobyć wiedzy naukowej o otaczającym go świecie, to tej wiedzy mieć nagle cudem nie będzie. Pozostałe postacie są może nieco sztampowe (przypadkowa zbieranina wyrzutków i uciekinierów, praktycznie każdy z mroczną tajemnicą w przeszłości i/lub czymś do odpokutowania/przezwyciężenia, którzy stają się zgraną załogą połączoną więzami przyjaźni dopiero pod koniec książki) ale ich historie i rozterki, wplecione w fabułę, są całkiem zajmujące, nawet jeśli bywają prozaiczne (a może to dobrze).
W gruncie rzeczy jest to powieść przygodowa czy też awanturnicza, na modłę opowieści o piratach. Zarys fabuły jest prosty całkiem - ot, przypadkowe zlecenie kradzieży zmienia się w ludobójstwo, tzn. ktoś głównych bohaterów wrobił. Potem okazuje się, że przypadkowo zabito wtedy następcę tronu, Arcyksiążę nie odpuści, ale nie wie o spisku na jego życie. W tle są grupy podniebnych piratów i korsarzy, cierpiąca na przerost ambicji arystokracja, agencja detektywistyczna, silnie rozwijająca się religia Przebudzonych i legendarne miasto Retribution Falls, coś w rodzaju Tortugi (czy innej pirackiej Tymczasowej Strefy Autonomicznej, jakby Hakim Bey powiedział) - miasta piratów, gdzie nie sięga władza Arcyksięcia. Akcja jest wartka i bardzo dużo się dzieje.
Generalnie polecam. Nic ambitnego, ale bardzo dobre czytadło.

Michel Crespy "Afera Leopolda"

Znowu książka z przeceny (8 albo 9zł, a nie 34,80zł [wyd. Amber]) i znowu autor nie znany mi. Trochę dystopia (chociaż autor stara się nie oceniać przedstawionej rzeczywistości), trochę polityczny thriller.
Rzecz się dzieje we Francji za ileśtam lat, po katastrofie ekologicznej na ogólnoświatową skalę. Tytoń jest zakazany, poruszanie się prywatnymi samochodami jest mocno ograniczone. Po drodze była jakaś pandemia, więc ludzie mają hopla na punkcie unikania bakterii i zdrowego trybu życia.
Wszędzie latają prywatne drony, nierzadko wielkości muchy, i śledzą każdy ruch obserwowanych. A obserwatorzy też są obserwowani. Strach zapuszczać się w gorsze dzielnice, w obawie albo przed mieszkańcami, zazwyczaj należącymi do mniejszości etnicznych, bądź "nadopiekuńczą" policją.
Taki trochę koszmarny sen koliberała.
Główną bohaterką jest młoda i ambitna dziennikarka, pracująca dla serwisu internetowego. Gdy opracowuje pytania, jakie zada kandydatowi na kandydata na prezydenta w ramach jednej z głównych partii politycznych w kraju, dostaje na maila tajemniczego, anonimowego smsa, aby zapytała o Leopolda. Udaje jej się spotkać z tym politykiem na żywo, i na odchodnym pyta go o Leopolda. I jest to początek naprawdę potężnej afery, która przeora życie polityczne Francji...
Elementy dystopii nie są aż tak futurystyczne, jak mogłoby się wydawać. Podobne czasy nadchodzą w sumie obecnie. Może oprócz planetoidy, która może pieprznąć w Ziemię. Ale kto wie. Zawiłości wielkiej polityki pokazane zostały również w sposób przekonujący, tak samo jak prawdziwe twarze wielu samozwańczych "mężów stanu".
I cóż, zgryz na koniec. W nabytej przeze mnie kopii brakowało sporej ilości stron, więc w sumie nie dowiedziałem się, "kto zabił", a to był jeden z 2-3 głównych wątków w książce. No ale tak to już bywa z książkami za mniej niż 10zł.

Bentley Little "Instynkt śmierci"

Uliczne punkty sprzedaży z używanymi bądź przecenionymi książkami to świetna sprawa. Można trafić na książki kosztujące normalnie i po 30zł, które można kupić za 8-9zł.
Jak w przypadku książki omawianej.
Autor jest ponoć nadzieją horroru (którą to już z kolei), bardzo ceni sobie jego twórczość sam Stephen King (jak naskrobano na tylnej okładce, ponoć nawet miał przy sobie książkę Little'go, gdy miał wypadek samochodowy ileś tam lat temu. Nie doprecyzowano, czy King rozbił się dlatego, że czytał w czasie jazdy).
Wbrew sugestiom jasno płynącym właśnie z rysunku na okładce i napisów na okładce, nie jest to książka o nawiedzonym domu. Nie jest to horror "nadnaturalny" czy jak się to fachowo nazywa. Ot, opowieść o seryjnym mordercy, istnym, nieuchwytnym, kpiącym sobie ze stróżów prawa geniuszu zbrodni. A w każdym razie na to wygląda jeszcze jakoś gdzieś do połowy książki. Potem zaczyna świtać inne wyjaśnienie, dosyć kuriozalne, ale przynajmniej niepoprawne politycznie i w miarę oryginalne. Chociaż podobny motyw zdarzał się często.
Bohaterowie zostali przedstawieni bardzo poczciwie i niekoniecznie szablonowo. Wrażliwy gliniarz interesujący się malarstwem nie trafia się często. Za to główna bohaterka to kalka różnych stereotypowych bohaterek horrorów - po przejściach i serii wizyt u psychologa, opiekująca się niepełnosprawnym, gderliwym i upartym jak osioł ojcem, samotna i zahukana, na samym końcu podejmująca twarzą w twarz nierówną walkę z psychopatą.
Gore tu nie ma, ale opisy ofiar psychopaty są niezłe i dosyć pomysłowe, chociaż w tej materii chyba już nie da się wymyślić niczego nowego.
Ogólnie rzecz biorąc, poprawnie napisane, całkiem wciągające, ale jednak nie dałbym za to 29,80zł (oryginalna cena - wyd. Amber), dałem bodajże 9zł i za tą cenę jestem bardzo usatysfakcjonowany, naprawdę poczciwe czytadło.

piątek, 2 sierpnia 2013

Odpryski XVI

1) Było koło północy, gdy usłyszałem pod blokiem dziwne odgłosy. Jako że mieszkanie wynajmowane przeze mnie w Krk jest usytuowane na parterze, wolałem się upewnić, co się dzieje. Wyjrzałem przez okno.
Parę kroków od mojego balkonu, w przyblokowym "ogródku", stał pijany koleś z łopatą. Wykopywał rosnącego tam iglaka. Sporego iglaka, trzeba przyznać. Męczył się prawie godzinę, po czym zniknął razem ze swoją zdobyczą w mrokach nocy.
Kraków to nie miejsce, Kraków to stan umysłu.

2) Będę bez internetów przez jakiś tydzień.

Robert E. Howard "Królestwo cieni"

Zbiór opowiadań Howarda umiejscowionych w ramach mitologii Cthulhu, lub pokrewnych zjawisk + wstęp samego Lovecrafta. Kilka z nich (oraz wstęp) już znałem, z "Płomienia Assurbanipala", czy jak się to dokładnie zwało, takie zeszytowe wydanie.
Pozostałe to w sumie Howard jak Howard. Silni mężczyźni, wielkie namiętności, wierność rasie i plemiennym bogom, mieszanie ras jako oznaka degeneracji. Cóż, w takich a nie innych to powstawało czasach. Heroizm wojowników, heroizm szalonych poetów. Przypominanie sobie poprzednich wcieleń. Nie straszy, a jedno opowiadanie hmm kryminalne z kultem Cthulhu w tle i jego zagadka są oczywiste dla czytelnika po paru akapitach. Trafiają się koszmarne uogólnienia - Jazydzi, Szintoizm i Starsi Bogowie sprowadzeni do jednego, wspólnego mianownika - satanizmu. Cóż. Hmm, jak już wspominałem, czasy były takie, a nie inne.
Mimo ogólnej czytadłowatości, czyta się przyjemnie. Duch Lovecrafta został zachowany. I dobrze poniekąd, że komuś się chciało tyle tego zebrać w jednym miejscu.

środa, 31 lipca 2013

"Bizarro Bazar"

Jak sama nazwa wskazuje, "Bizarro Bazar" to zbiór opowiadań bizarro. Mamy tutaj zarówno autorów rodzimych, jak i kilka sław zza oceanu. A czym właściwie jest to bizarro?
W sumie to nie wiem, to trochę takie wszystko i nic - dla mnie osobiście to nic złego - jeśli przyjmiemy, że pewnego pięknego dnia (a może w zeszły piątek) upadły wielkie narracje i żyjemy w ponowoczesności, jeśli przyjmiemy, że wszystko już było, i że pozostaje tylko zabawa konwencją i reinterpretowanie pojęć - to bizarro jest hordą pstrokatych szaleńców ucztujących na coraz bardziej gnijącym i rozpływającym się truchle wszystkiego, co było wcześniej. To ucieleśnienie świata "post-" - zabawa treścią, czysty absurd, groteska, surrealizm, gwałt na związkach przyczynowo-skutkowych, na sensie jako takim.
A w każdym razie miałem o bizarro taką opinię po kilku dorwanych w .pdf książkach klasykach gatunku (o dupo-goblinach z Auschwitz, itd.). Po "Bizarro Bazar" w sumie nie wiem, czym jest bizarro, bo większość zamieszczonych tutaj opowiadań zakwalifikowałbym bez problemu do innych gatunków - do parodii (np. "Czarne galery" Krzysztofa Maciejewskiego - w tym konkretnym przypadku byłaby to parodia urban fantasy), do wykrzywionej, zakrzaczonej, nieco perwersyjnej i ociekającej jadem dystopii/krytyki społecznej przywodzącej na myśl bardzo dalekie echa najróżniejszych skojarzeń, np. z niektórymi opowieściami staruszka Lema, zwłaszcza tymi z Bim-Bam-Bom i Miastochodami czy Zajdlem na kwasie (np. "Opcja" Dawida Kaina, "Homo Pregnantus" Jana Maszczyszyna, "Ojciec roku" Kazimierza Krycza Jr, "Polski gotyk" Marka Grzywacza, "Porno w sierpniu" Carltona Mellica III) przez czyste, niczym nie skrępowane i wręcz toporne (co nie znaczy, że złe) gore ("Przejażdżka" Edwarda Lee), czy przez odrealnioną, brutalną i krwawą ale jednak głównie psychologiczną opowieść o traumie i wyparciu ("Wirująca, szara mgła" Jeremy'ego C. Shippa), itd.
Czyli wróciliśmy do punktu wyjścia. Bizarro to wszystko i nic, lub, parafrazując słynną encyklopedię, bizarro jakie jest - każdy widzi. Lub schodząc na poziom czysto subiektywny - bizarro to to, czego autor uzna, że to bizarro. Elementem wspólnym byłaby dziwność bijąca z treści, pewna odczuwana podskórnie przewrotność, poczucie braku oparcia, jakaś taka przyćpana atmosfera. Chociaż niekoniecznie co do tego ostatniego. Do mojej pierwotnej, przytoczonej u góry tej notki definicji gatunku pasowałoby tylko kilka opowiadań z całej antologii - fenomenalna w swojej absurdalności i odrealnieniu "Cipakabra" Karola Mitki, "Dom (z) kotów" Jeffa Burke'a, "Skóra" Michała Stonawskiego, gwałt na opowieści o leśnych zwierzątkach, czyli "Ponure bobry" Camerona Pierce'a, no i "144000" Marcina Rojka, przewrotna opowieść o Paruzji. Swoją drogą, Marcin to mój dobry ziom jeszcze z liceum, więc mogę to napisać, i się nie obrazi - stary, stać Cię na więcej. To nie jest złe opowiadanie, nie. Po prostu oczekiwałem zniszczenia w stylu tego o zabawkach co kiedyś było w "Nowej Fantastyce", a "144000" to jednak lajcik w porównaniu do tamtego.
Nie chce mi się przedstawiać pozostałych opowiadań - nie było wśród nich jednak jakiegoś, które byłoby zdecydowanie gorsze od pozostałych.
Bizarro ma niby jakieś swoje mity założycielskie, rozwija się jako pewna subkultura i coś w rodzaju kontestującego zastany świat ruchu autorów; ciekawe, czy przyjmie się w Polsce na dłużej, gdzie jak na razie, z tego co widzę, znalazło sobie przystań głównie w "Niedobrych Literkach", siedzi tam i bluźni wniebogłosy oraz penisa pokazuje przechodzącym nieopodal gatunkom mainstreamu. I bardzo dobrze.
Omówioną pokrótce antologię, do dostania np. przez allegro chyba jeszcze, lub być może na kolejnych w tym roku konwentach, polecam jako papierowe świadectwo ekspansji bizarro w Polsce w pierwszym okresie tejże ekspansji. Dla kogoś nieobeznanego z gatunkiem będzie to tym bardziej wartościowa pozycja, bo przekrojowo pokazująca liczne warianty i wariacje w obrębie tego wirującego chaosu, jakim jest bizarro.

Sylwia Błach "Bo śmierć to dopiero początek"


Wbrew nastawieniu, z jakim zacząłem czytać tę książkę, nie jest to horror. W sumie thriller też nie. Bardziej powieść psychologiczna o postępującym obłędzie. Autorka uderzyła w mój czuły punkt, bo w fabule jest mnóstwo o kreowaniu siebie od nowa, przewartościowywaniu pojęć, co prawda tutaj nieco wbrew woli głównej bohaterki, no ale zawsze.
Jest tu też coś innego, co bardzo lubię, czyli sztuczne kreowanie rzeczywistości przez media (rzeczywistości w sensie obecnych w dyskursie pojęć - w tym wypadku mocno zdekonstruowane wampiry - nie chodzi o namacalną płaszczyznę bytu, lecz - jakby to ujął Baudrillard [tak, wiem, mam na jego tle nerwicę natręctw] - precesja modelu nad rzeczywistością. Rzeczywistością wg jeszcze innej definicji, ale nie ważne w sumie).
Tak czy owak, niezależnie od tego, w jakich kategoriach przeinterpretuje się treść książki na tysiąc sposobów, o jakich autorce się zapewne nawet nie śniło, historia snuta przez Sylwię to opowieść o losach młodej pisarki Malwiny i jej matki Jadwigi. Po śmierci męża i ojca Malwiny parę lat przed wydarzeniami przedstawionymi w książce Jadwiga nadal nie może się psychicznie pozbierać, cały czas bierze leki uspokajające. Malwina utrzymuje siebie i matkę, marząc skrycie o tym, by zostać pisarką. Wysłała kilku wydawnictwom rękopis napisanej przez siebie powieści o wampirach, jednak nikt nie zechciał jej tego wydać. Dlatego kiedy przy pomocy (także finansowej) swojego chłopaka Rafała udaje się jej w końcu wydać książkę w wydawnictwie, które najpierw każe sobie za wydanie książki płacić, jej radość jest ogromna.
Sukces jednak nie przychodzi, zamiast niego nadciąga rozczarowanie i postępująca depresja, która kończy się samobójstwem głównej bohaterki. A w każdym razie tak to wygląda na samym początku, później historia się komplikuje, gdy okazuje się, że ktoś postanowił zarobić na rzekomej śmierci młodej pisarki i przekonaniu fanów, że powróciła ona z zaświatów jako wampirzyca. A także przekonaniu o tym jej samej. Problem w tym, że sama Malwina zaczyna w pewnym momencie w to wierzyć.
Książkę czytało mi się nieźle, przerobiłem ją w jakieś 2-3 godziny (czyli jak dla mnie standard jak na książkę o takiej grubości). Nigdy w sumie nie zwracałem uwagi na styl, jeśli nie był odpychający, więc pod tym względem nie mam się do czego przyczepić. Pod względem treści też nie mam się do czego przyczepić - mimo tego, że od pewnego momentu fabuła staje się nieco przewidywalna (oprócz zakończenia), a i opowieści z wątkami - nazwijmy to - o dobrych chęciach, którymi jest piekło wybrukowane oraz o zaborczych rodzicach, wiedzących najlepiej co będzie najlepsze dla ich dzieci było legion, wampirza otoczka nadaje książce Sylwii trochę świeżości na tle naszego gnijącego postmodernizmu, tym bardziej że same motywy, którymi kierują się postacie w swoich działaniach, są nieco rozmyte - zwłaszcza w przypadku dosyć biernej głównej bohaterki. Jak na mój gust część wydarzeń rozegrała się trochę za szybko, osobiście nie miałbym też nic przeciwko znaczniej większej ilości wnikania w psychikę postaci i tok ich myślenia (jeśli są dobrze przedstawione, to bardzo lubię wewnętrzne monologi postaci i inne strumienie świadomości ciągnące się przez 10 stron minimum), także część motywów "gotyckich" (jak pokój ukryty w bibliotece - za to plus za książkę, którą się go otwierało, uśmiechnąłem się promiennie przy tym) jest trochę kiczowata, no ale to taka konwencja, poza tym to odczucia czysto subiektywne.
Z życzliwym zainteresowaniem będę śledził dalszą (oraz - jakby to nie zabrzmiało - wcześniejszą) twórczość autorki.

poniedziałek, 29 lipca 2013

"Asimov's Science Fiction (wydanie polskie)" 5/1992

Kupiłem to kiedyś przypadkiem, i przeczytałem w trakcie podróży pociągiem. Bardzo poczciwy aczkolwiek niewielki zbiorek różności.
1) Rudy Rucker, Bruce Sterling "Podbijanie kosmosu"
nieco groteskowa, przejaskrawiona opowieść o radzieckiej wyprawie po Meteoryt Tunguski. Do tego główny bohater, donosiciel KGB. Fajne.
2) John Varley "Żegnaj, Robinsonie"
opowieść o tym, że nie da się uciec przed rzeczywistością, jaka by nie była, nawet, jeśli zapragniesz być dzieckiem na bezludnej wyspie. Przejmujące.
3) Isaac Asimov "Diabeł w kieliszku"
lekka komedia s-f z cyklu o Azazelu. Morał - gdy widzisz fajną, ale spiętą laskę, grzebanie w jej odporności na alkohol nie zawsze jest tak dobrym pomysłem, jak wydaje się na pierwszy rzut oka.
4) Lawrence Watt-Evans "Nowe światy"
Standardowa opowieść o podróży po alternatywnych rzeczywistościach. Nic specjalnego.
5) Kim Stanley Robinson "Zielony Mars"
opowieść o wyprawie na szczyt najwyższej góry na Marsie, najeżonej kraterami wielkości Luksemburgu, itd. Im wchodzi wyżej, tym bardziej główny bohater akceptuje swoją życiową sytuację. Optymistyczne, choć lekko melancholijne, no i wątek o przemijaniu.
6) Marek Pąkciński "Szkarłatne litery. Howard Phillips Lovecraft a wyobraźnia purytan"
esej o wszystko mówiącym tytule. Food for thought.

Krakon 2013

Akurat byłem w Krakowie i nie miałem niczego lepszego do roboty, więc postanowiłem przejść się. Bo czemu nie. Zaznajomiłem się z programem, nawet wypisałem sobie, na co kiedy warto się udać (niepotrzebnie, bo przecież dostawało się program na wejściu) i poszedłem. Zanim opiszę pokrótce kiedy na czym byłem, zacznę od różności ogólnych.
Tegoroczny Krakon odbył się w budynku AGH, tam gdzie jest m.in. odlewnictwo, część paneli prezentowana była także gdzieś w okolicy, np. w klubie Studio. Organizacja - jak na Kraków - była naprawdę niezła. Tzn. panował chaos, ludzie nie wiedzieli, kto co gdzie prezentuje, czasem prowadzący prelekcje też nie wiedzieli, budynek był fatalnie oznakowany (przez pierwsze dwa dni - potem się poprawiło), zdarzyło się, iż organizatorzy pozmieniali coś w programie nie informując o tym prelegentów, itd. Ciała dało też dużo samych prelegentów - z różnych powodów wielu z nich nie pojawiło się na konwencie, co zaburzyło i tak momentami płynny program. Mimo tego, przyzwyczajony do Krakowskiej Szkoły Organizowania Czegokolwiek Gdziekolwiek Przez Kogokolwiek (KSOCGPK)™ muszę przyznać, że absolutnie nie była to organizacyjna klęska, wiadomo, że mogło być lepiej, ale nie dość, że ideałów nie ma, to zawsze może być lepiej. Poza tym wszyscy lubimy narzekać bez sensu, a w każdym razie ja uwielbiam.
Przez konwent przewinęło się mnóstwo ludzi, reprezentujących najrozmaitsze odmiany i podgatunki szeroko pojętej fantastyki - obok siebie po korytarzach AGHowego molocha chodzili steampunkowcy i fanki anime w pluszowych, kocich uszach (doprawdy, im człowiek jest starszy, tym dziwaczniejsze fetysze w sobie znajduje; pozdrawiam w tym momencie jedną z - bodajże - helperów, która oprócz kotów lubiła też macki), odbywały się prelekcje na najróżniejsze i najbardziej odległe od siebie tematy - od wojskowości przez komiks, gry RPG, anime, popkulturę, porno, horrory po cokolwiek. Jeśli akurat organizatorzy albo sam prelegent nie schrzanił sprawy, to każdy zainteresowany mógł znaleźć coś dla siebie.
Swoje "stoiska" miały wydawnictwa, sklepy, pisarze. Solaris zamierza odświeżyć klasyków polskiej fantastyki, w tym uwielbianego przeze mnie Peteckiego - jak dla mnie to chyba najbardziej elektryzująca informacja wyniesiona z konwentu. Oprócz książek (ktoś sprzedawał m.in. Ligottiego), gier RPG czy karcianek można było kupić sobie np. poduszkę z wizerunkiem bohatera z ulubionego anime, jakieś przypinki, steampunkowe gogle, drogiego i niesmacznego hamburgera, za darmo można było dostać od sympatycznej uczestniczki obrazek przedstawiający kota. Można było pograć, zarówno w rozmaite planszówki czy RPG, jaki i w dowolną karciankę, jeśli znalazło się odpowiednich ludzi (ja znalazłem, przez co jednego przegapiłem 3 panele pod rząd, ale było warto). Gdzieś tam grupki nołlajfów łoiły w coś na kompach i konsolach.
Dzień I.
Spóźniłem się na dwa pierwsze panele, w tym na prelekcję o świecie Gor. A mogłem zrobić przedpłatę, to nie stałbym ponad godzinę w kolejce po wejściówkę. Cóż, na przyszłość zorganizuję się inaczej. Potem wbiłem na opowieść o hybrydach, chimerach flakowatych formach u Witkacego. Nie dowiedziałem się w sumie niczego nowego, ale prezentacja była niezła.
Potem udałem się na prelekcje o horrorze satanistycznym. Spodziewałem się trochę czegoś innego, ale stwierdzenie prelegenta, że czy tego chcemy, czy nie, to i tak żyjemy w postmodernizmie, bardzo przypadło mi do gustu. Ten sam gość miał dzień później prelekcję o demonologii w Johnym Bravo wg. Rudolfa Steinera, niestety nie byłem na niej obecny, również musiało być to niezłe.
Potem zrobiłem sobie przerwę. Pogawędziłem z przygodnie poznanymi ludźmi, znalazłem kilku znajomych, poszedłem coś zjeść, przepłaciłem. Spóźniłem się na prelekcję o odwołaniach do antyku we współczesności, w popkulturze i w ogóle. Tej prelekcji miało nie być, weszła zamiast opowieści o Słowianach, której autor przyszedł, najwyraźniej nie wiedział, że jego prelekcja została usunięta. Wracając do antyku, autor prezentacji przedstawił multum odwołań to tu, to tam, w filmach, komiksach, codzienności. Wspomniał o tym, że przekładał na łacinę wyjątkowo głupie sentencje dla Red Bulla, by wyglądały na antyczne.
Następnie gość od Słowian powrócił. Okazało się, że znałem go z widzenia wcześniej, okazało się też, że jest on mistrzem dygresji, bo od Słowian płynnie przeszedł do różnic między kastracją w Europie i Chinach czy do silników parowych starożytnego Rzymu.
Potem zgubiłem blok literacki i prelekcję o fantastyce socjologicznej. Nie znalazłem w całym budynku auli małej, być może chodziło o salę w klubie Studio, być może nie, nie chciało mi się iść i szukać dalej. Następnie i tak wyszedłem daleko, hen, na przystanek autobusowy po spóźnionego na konwent szalonego nihilistę, z którym po powrocie na teren Krakonu zdążyłem się jeszcze załapać na prelekcję o Zombie. Jak na tak szeroki temat, autor prelekcji wykazał się znajomością tematu i bardzo dobrym przygotowaniem merytorycznym.
Na koniec pierwszego dnia załapałem się jeszcze na kawałek prelekcji o aktorkach porno, która odbywała się w ramach bloku "18" w jednej z sal w Studio.
Dzień II.
Nauczony przykrymi doświadczeniami pierwszego dnia, zrobiłem sobie kanapki i wziąłem mineralkę ze sobą. To był długi i męczący dzień, siedziałem tam 10 godzin - w końcu jak już wykupiłem karnet na wszystko na wszystkie dni, to nie byłbym sobą, gdybym nie starał się wykorzystać tego do maksimum.
Zacząłem od odwiedzenia prelekcji o wszczepach, umiejscowionej w barze w Studio. Przed wejściem musiałem zostawić swoją mineralkę, całe szczęście, nikt mi jej nie zabrał, ani nie zamienił, i odzyskałem ją potem. Jestem w stanie zrozumieć, że polityka klubu jest taka, że nie ma wejścia z własnym napojem, ale ja nie przyszedłem tam pić, tylko na prelekcję. Być może nawet nie wyjąłbym z plecaka tej smętnej butelki z wodą gazowaną. Ale cóż, ot, drobne niedogodności dnia codziennego.
Prelekcję o wszczepach prowadził konwentowy człowiek-orkiestra/renesansu, który codziennie miał po kilka prelekcji na najróżniejsze tematy w ramach najróżniejszych blokach - Bodvar. Pozdrawiam serdecznie.
Potem trafiłem na prelekcję o "Gorefikacjach". Właśnie, "Gorefikacje". Kiedyś przedstawię to na blogu. Kiedyś na pewno. Prelegenci opowiedzieli co nieco o tym, czemu tak, a nie inaczej, czemu pierwotna nazwa - "Chuj w mózg" została jednak odrzucona, powiedzieli nieco o literackim gore. Wygrałem tam wtedy książkę i dwa filmy, więc prelekcję wspominam miło. O książce też kiedyś tu gdzieś będzie, bo po przekartkowaniu zapowiada się bardziej niż nieźle.
Następnie coś złego stało się z panelem o seryjnych mordercach, więc poszedłem się poszwendać. Gdzieś tam niby był Masterton, ale nie znam jego twórczości aż tak dobrze, by być oddanym fanem.
Godzinę później znów siedziałem w Studio, na przekrojowej opowieści o serii Heroes of Might & Magic. Zaczynając od Knight's Bounty prelegent doszedł do Might & Magic: Heroes VI, morał z jego opowieści był taki, że mimo wzlotów i upadków los serii jest stabilny i nic jej raczej nie grozi (nic w rodzaju HoMM IV).
Co dalej? Rewolucja ("Rasy świata fantasy na barykady!") się nie odbyła - albo - co jest równie lub bardziej prawdopodobne - jej nie znalazłem - więc znów poszedłem na blok horroru, gdzie akurat trafiłem na przekrojowy panel o tym, czego się boją autorzy horrorów. W sumie wszyscy mówili mniej-więcej to samo, zresztą myślę w podobny sposób, więc nic mnie tam nie zaskoczyło.
Po horrorze poszedłem na prelekcję o bohaterach urban fantasy. Gatunek ten jest mi mało znany, oprócz opisanego przeze mnie kiedyś na tym blogu klasyka "Wojna o Dąb", więc wysłuchałem prelegentki z zaciekawieniem, dowiedziałem się sporo interesujących rzeczy.
Potem, krążąc po budynku bez ładu i składu (nie było nic ciekawego w nadchodzącej godzinie) znalazłem Sylwię Błach sprzedającą swoją nową książkę. Jako iż twórczość Sylwii, chociaż znana mi w stopniu dosyć mizernym (głównie antologie), mimo tego wydawała się mi być zakręcona mocno w moją stronę, przynajmniej w niektórych aspektach, to pogawędziłem sobie z autorką chwilę czasu.
Następnie poszedłem na prelekcję o wężach. Prelegentką była pani ucząca zapewne na jakimś uniwerku krakowskim (lub przynajmniej sprawiała takie wrażenie) bo jej prelekcja była bardzo akademicka - padło pełno suchych faktów o wężach, faktów wręcz rodem z zajęć z biologii. Samych zaś legend i stereotypów, które były w tytule spotkania, było troszkę zbyt mało. Ale zawsze mogło być gorzej, to nie narzekam niepotrzebnie. Historia z wężami rodzącymi się w cerkwi gdzieś na jakiejś wyspie w Grecji była bardzo interesująca.
Gdy węże odpełzły, poszedłem na dwugodzinną prelekcję o okultyzmie w III Rzeszy. Spóźniłem się parę minut, po czym wyszedłem po paru minutach, zasmucony nieodwracalnie straconym czasem. Typ stwierdził, że teozofia to był "czysty satanizm". Mój znajomy nihilista został do końca na tym badziewiu, i co jakiś czas przysyłał mi smsem inne kwiatki pożal się koźle prelegenta - Adenauer miał założyć Werwolf, Edelman został pomylony z Finkelsteinem, Mosdorf miał uciec z Auschwitz (no chyba przez komin co najwyżej), a UB wymordowało milion ludzi (w sumie może świat byłby wtedy lepszy, nie byłoby może takich ludzi jak prelegent). Czy przy sporej ilości ochotników pomagających w organizacji konwentu nie znalazł się nikt, kto mógłby sprawdzić treść wystąpień pod kontem merytorycznym? Czy były w ogóle jakieś abstrakty, itp.? No ale cóż, takie rzeczy się po prostu zdarzają. W sumie to chociażby ja mógłbym z marszu powiedzieć więcej sensownych (merytorycznie!) rzeczy o ezoterycznym nazizmie niż tamten przyczłap.
Po drodze gdzieśtam spotkałem Sylwię i Jakuba Ćwieka, ubranego w kamizelkę a'la policyjną z napisem "Writer". Zrobiłem im słit focię (a nawet trzy, bo co chwila ktoś przeszkadzał) i poszedłem dalej. Nie pamiętam, czy aby na pewno było to drugiego dnia (piątek), ale przyjmijmy, że owszem.
A dalej było spotkanie z ludźmi z "Niedobrych Literek". Aż dziw bierze, że przynajmniej dwójka z nich to krakusi lub ludzie siedzący w Krakowie, nie spodziewałbym się, że w tym mieście austro-węgierskich urzędasów średniego szczebla uchowa się ktoś taki. Prędzej czy później, jeśli w końcu coś napiszę, to wyślę na "Literki". Spotkanie wypadło bardzo sympatycznie.
Potem byłem już tak padnięty, że poszedłem na piwo. Trochę żałuję, że nie zostałem na koncercie wieczornym (grał Nonamen, o którym parę notek niżej), tym bardziej że ich wokalistka siedziała przy piwie nieopodal i mogłem się bezwstydnie na nią gapić, ale nie ustałbym tam. No i skończył mi się bilet miesięczny, przez co na konwent jechałem autobusem, ale dla oszczędności 1,40zł za bilet wracałem na piechotę. Co zajmowało około godziny dziennie.
Dzień III.
Sobota zacząłem od steampunka - pisarz "siedzący" w tym gatunku, Krzysztof Piskorski opowiadał o różnych obliczach retrofuturystki. Tuż po nim wspomniany już przeze mnie wcześniej Bodvar opowiadał o Tesli. Do tego kilka osób obecnych na sali przedstawiło na poczekaniu fascynujące historie m.in. o różnicach między prądem zmiennym a stałym.
Potem poszedłem na horror, gdzie trafiłem na prelekcję o horrorze jako zjawisku kulturowym, jako worze bez dna. Narysowany przez prelegentkę wór, wyglądał raczej jak pomidor, poza tym bolały ją plecy, mówiła o sprawach, które kojarzyłem, więc nie dowiedziałem się niczego nowego.
A potem poszedłem pograć w Magic:The Gathering i w ten sposób trzy godziny z życia minęły jak sen. No, powiedzmy. Kto by pomyślał, że moje poczciwe mono B aggro/control da jeszcze radę w miarę.
Na panelu steampunkowym grupa autorów dyskutowała o przyszłości gatunku w Polsce. Na odchodnym dostałem numer Fantasy & Science-Fiction PL z '11 poświęcony steampunkowi właśnie. W tym momencie bardzo się ucieszyłem, że nie kupiłem go właśnie w tym '11 roku, gdy gdzieś - bodajże w Empiku - natknąłem się na niego.
Wróciłem do bloku horroru, gdzie gość z horror.com.pl opowiadał o splatterpunku. Nie wiedziałem nawet, że splatterpunk to było właśnie to, czym był splatterpunk, więc prelekcja mi się podobała, chociaż prelegent sprawiał wrażenie nieco stremowanego i czasem nie mówił zbyt składnie.
Potem zmieniłem sobie klimat, i poszedłem na prelekcję o tym, że wbrew pojawiającym się opiniom oraz ostatecznemu efektowi znanemu z historii, Wehrmacht był jednak słabszy od Armii Czerwonej. Prelegent przedstawił wiele dobrze uzasadnionych argumentów i przykładów.
Następnie, na zakończenie soboty, miałem aż zbyt dużo rzeczy do wyboru - mogłem iść albo na prelekcję o berserkrgangrze, albo na prelekcję o Katawie Shoujo (przeszedłem - czy też raczej - przeczytałem[?] w tym wszystko co się dało; ha, nie spodziewaliście się), albo na "dobranockę" w ramach horroru, czyli spotkanie z kilkorgiem autorów i autorek czytających "na dobranoc" zgromadzonej publiczności swoje utwory. Poszedłem na dobranockę, gdzie usypiali zgromadzonych - Sylwia Błach, jakiś gość oraz Magdalena Kałużyńska, czyli babka z prelekcji sprzed paru godzin, ta od bolących pleców i pomidora z horrorami. Tzn. nikt nie usnął, a publiczność spiorunowała mnie wzrokiem, gdy w pewnym momencie roześmiałem się cicho. Najlepsze były opowiadania zaprezentowane przez obecne tam autorki - ex aequo, gdyż to jednak inne podgatunki. Opowiadanie Sylwii Błach tonęło w szalonych, groteskowych sennych wizjach, pełnych seksu i przemocy, było mroczną wyprawą w głąb psychiki gnębionej w nocnych koszmarach (bardzo realnych, trzeba przyznać) młodej dziewczyny zaś opowiadanie Magdaleny Kałużyńskiej dotykało pewnej wielkiej, mrocznej Tajemnicy. Opowiadanie trzeciego autora, niestety nie wiem, jak się nazywającego (wg. programu zgromadzonych autorów miało być więcej, itd.) również dotyczyło snów, ale raczej na zasadzie niesamowitości niż uderzenia prosto w czerep.
Dzień IV.
I zarazem ostatni. Krótszy od dwóch poprzednich, ostatni panel na Krakonie skończył się o 18.
Śpiesząc się gdzieś o 10.00 nieco przez przypadek trafiłem na blok komiksu, gdzie akurat trwało spotkanie z twórcami "Kapitana Minety". Kompletnie nie wiedziałem, co to, więc posiedziałem spokojnie prawie do końca i poszedłem dalej, a dalej była prelekcja o śmierci i przemijaniu w grach RPG. Takiego ujęcia problemu, jak zaprezentował to autor, się nie spodziewałem, ale nie da się ukryć, że było to bardzo inspirujące.
Następnie trafiłem na spotkanie autorskie Sylwii Błach. Nie opowiedziała żadnych pieprznych plotek ze swojego życia, co trochę mnie zawiodło, ale sprawiła dobre wrażenie.
O 13.00 poszedłem na prelekcję o Wolverinie, prowadzoną przez wspomnianego już dwukrotnie wcześniej Bodvara. Było tak upalnie, że nie był w pełnej zbroi z uniwersum Warhammera 40k. Prelegent powiedział co mógł i na co starczyło czasu, po czym odpowiedział na trzy moje pytania.
Potem miałem małą zagwozdkę - czy iść na spotkanie o absyncie, czy prelekcję o "(...) o baśniach, historykach i psychoanalizie". Padło na absynt, i słusznie zrobiłem, bo od prelegenta dostałem przepis na absynt, była degustacja, wreszcie poza tym dowiedziałem się, o co właściwie chodzi z cukrem i ażurową, srebrną łyżeczką.
Potem jeszcze zajrzałem na prelekcję o ukrywaniu zwłok - pamiętajcie, wybielacz jest dobry na wszystko.
O 16.00 udałem się do Studio, gdzie miała być prelekcja chyba o BDSM (sądząc po tytule) w ramach bloku "18". Ale nie było jej, więc poszedłem na piechtę do siebie.
I to by było na tyle.

Cóż jeszcze napisać, w ramach jakiegoś podsumowania, czy czegoś. Było naprawdę fajnie. Kupiłem sporo książek, posłuchałem ciekawych rzeczy, poznałem ludzi z którymi może w końcu zagram w jakiegoś RPGa kiedyś. Ogólne wrażenie - na pewno pozytywne.

niedziela, 28 lipca 2013

Gordon R. Dickson "Żołnierzu, nie pytaj"

Ostatnimi czasy mam szczęście do opowieści bardzo nietzscheanizujących w rozmaitym sensie, albo to tylko postępująca nerwica natręctw. Tak czy siak, powieść s-f nieznanego mi w sumie chyba klasycznego autora (nie chce mi się za nim góglać, w chwili gdy piszę te słowa, chcę je po prostu napisać i iść poczytać, a książka ta zbyt długo już czekała na to, by tu trafić) znów ma nadczłowieczego bohatera, który z nihilizmu, tym razem naprawdę jadowitego, przechodzi na zupełnie inne pozycje, do tego mamy śliczny wątek z Freuda (albo to tylko znów kolejna nerwica natręctw) czyli opozycja Erosa i Tanatosa, silnie wzbierająca w głównym bohaterze.
Ok, zrobiłem mały "research" (mój język się degeneruje, coraz więcej w nim idiotycznych naleciałości) i okazało się, że książka to trzeci tom cyklu Dorsaj. Mimo tego z treści tego nie wywnioskowałem, bo jest to zamknięta całość.
Mamy sobie odległą przyszłość, w której dochodzi do kosmicznej wojny pomiędzy grupami ludzkich światów (tak, nie ma tu obcych). Ludzie się wyspecjalizowali na tych obcych światach, mamy więc planety słynące z wojowników, filozofów, naukowców (ścisłych) oraz z fanatyków religijnych. Ziemia jako taka jest w sumie smętnym zadupiem, gdzie wielką popularnością cieszy się dosyć nihilistyczna filozofia, której naczelnym hasłem jest "NISZCZYĆ!".
Główny bohater to egoista i bardzo zdolny manipulator (to coś w rodzaju jego super-mocy, czy też raczej naturalnie wyczulonych zmysłów), którego życie nie będzie już takie samo jak wcześniej, gdy zetknie się z Encyklopedią. Encyklopedia to projekt nieco szalonego naukowca i filozofa, mający na celu umieszczenie na orbicie ziemskiej skarbnicy wiedzy całej ludzkości, także wyspecjalizowanych, pozaziemskich odgałęzień. A w każdym razie tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. W rzeczywistości chodziło o coś nieco innego, ale sza.
Próbuje więc nasz bohater, noszący imię Tam, uciec przed przeznaczeniem swoim, czyli Encyklopedią, której głosy słyszał, zajmując się dziennikarstwem. Rychło jednak dostaje ważny powód - zemstę - by spróbować od tegoż przeznaczenia uciec (co ciekawe, to przeznaczenie zostało pokazane jako nauka - ontogenetyka - co bardzo mi przypomina "Fundację" Asimova), zamierza przeprowadzić małe ludobójstwo, rzecz jasna nie swoimi rękami, tylko nakręcając umiejętnie spiralę przemocy pod pretekstem niezależnego dziennikarstwa.
Ciekawie autor przedstawił (czy też raczej - zarysował) panujący między planetami system społeczny. Wyspecjalizowane światy wymieniały się swoimi specjalistami z innymi, w zamian za innych specjalistów. Na jednych światach rządy odgórnie przydzielały swoich eksportowych specjalistów do kontraktów na innych planetach, zaś na innych światach rządy pozostawiały to w gestii samych zainteresowanych. Wizja dosyć niepokojąca, nieco dystopijna, ale nie przedstawiona na sposób dystopii.
I tyle w sumie, poczciwie mi się to czytało, czytałem w pociągu i nie zauważyłem, że wjechał na stację w Krakowie. Bardzo rzadko mi się zdarza takie zaczytanie.

Ernst Jünger "Niebezpieczne spotkanie"

Jak co uważniejsi czytelnicy tego smętnego blogsqa zauważyli jakiś czas temu, bardzo sobie cenię twórczość Jüngera. Twórczość Ernsta to bezdenna otchłań motywów, koncepcji i postaw, szalenie inspirujących (te późne) lub szalenie intrygujących w sensie poznawczym.
Gdy Ernst miał 90 lat, napisał kryminał. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie wykorzystał konwencji kryminału do snucia rozważań charakterystycznych dla siebie.
Rzecz się dzieje w dekadenckim Paryżu. Główny bohater, młody arystokrata, to postać z innej bajki, żywcem wyjęty ze średniowiecza lub romantyzmu nie potrafi się odnaleźć w cynicznym i nihilistycznym świecie. 
Bowiem, jak to już u Ernsta bywa, główny bohater to rozbitek wzdychający za czymś innym, co już przeminęło. Arystokracja jaka otacza go to dekadenci, nihiliści, wreszcie parweniusze nie czujący czym arystokracja była wcześniej. Rzecz jasna Ernst sam nie dopuszcza do siebie myśli, że przodkowie arystokracji nad której upadkiem tak bardzo boleje byli taką samą tłuszczą, która wtargnęła na salony poprzedniej arystokracji, jak ci, którzy w 1889 roku wtargnęli na salony francuskie. Ernst wzdycha, że ginie etos rycerski czy tam dżentelmeński, poczucie honoru odchodzi w zapomnienie, tak samo jak i postawa heroiczna i w ogóle wszystko się chrzani.
Główny bohater, cipa do sześcianu, typ marzący o nadobnych dziewicach do uratowania i smokach do pokonania, wrażliwy odludek żyjący w świecie własnych wyobrażeń, pada ofiarą cynicznego dandysa, który dla zabawy umawia go na spotkanie z pewną damą, która słynie z tego, że daje każdemu jak leci i że ma niezwykle krewkiego męża.
W czasie schadzki dochodzi jednak do morderstwa. Śledztwo prowadzi żyd polskiego pochodzenia, kolejny typ bohatera jungerowskiego, nie zgadzającego się ze światem i będący jednocześnie w tymże świecie, lecz także - a może przede wszystkim - poza nim.
Dobra książka, Ernst nigdy nie zszedł poniżej pewnego poziomu, może i sporo tu naiwnego sentymentalizmu, że świat nie jest taki, jaki był kiedyś, ale i tak jest to całkiem niezłe.

Odpryski XV // Pre-opowieści dziwnej treści -1

1) W Krk w '16 będą Światowe Dni Młodzieży. Do miasta zjadą się hordy frustratów, ludzi znerwicowanych i z problemami z osobowością, fanatyków religijnych, nieprzebitych oazówek, wyluzowanych yeah-katoli, ludzi nawiedzanych przez koszmarne wizje szaf z embrionami, i całej wszelkiej możliwej pozostałej, szalonej, kościółkowej ferajny. A, no i papież Franciszek też się zapewne pojawi. A że miasto nie ma odpowiedniej infrastruktury do zorganizowania czegoś takiego (chyba, że stadion Wisły się w końcu przyda do czegoś - ba, może nawet się zawali z wszystkim uczestnikami na pokładzie) to inna sprawa, nad którą chyba jeszcze nikt z cieszących się się nie pochylił. Ciekawi mnie też, kto za to zapłaci.

2) Kilku moich bliskich znajomych, deklarujących przywiązanie do wiary katolickiej i wartości jakie ona z sobą niesie, w gruncie rzeczy tak naprawdę, mimo nieraz radykalnie manifestowanego przywiązania do tego czy owego w katolicyzmie, jest zwyczajnymi satanistami szarej codzienności, zresztą podobnie jak i ja, agnostyk. Takie luźne spostrzeżenie.

3) Jeśli się dobrze poszuka, to w Krk można znaleźć rozmaite fast-foody. Co prawda staram się unikać tego typu żarcia, bo człowiek albo się truje plastikiem i chemią, albo nadgniłym, starym mięsem niewiadomego pochodzenia, ale są sytuacje, gdy nie ma innego wyjścia. Np. w przerwie w czasie posiadówy przy piwie.
W czasie jednego z takich późnonocnych questów, razem z jednym znajomym trafiliśmy do grill baru, stojącego nieopodal jednej z głównych dróg miasta, tyle, że w nieco odległej od centrum części. Zastanawialiśmy się czy tam zostać, gdyż klientela i obsługa wyglądała na stereotypowych potencjalnych wyborców Ruchu Narodowego (czyli były to takie karki osiedlowe + kilka plastikowych panienek), ale było po 23.00, padał deszcz, byliśmy głodni i w sumie nie mięliśmy nic do stracenia (prócz kajdan).
Spojrzałem na listę żarcia, jakie można było tam dostać, i zadziwiłem się nieco. Kiełbasy, kaszanki, gyros, kotlety. Swojsko. Zapytałem się gościa przypatrującego się mi od kilku chwil, jak duży jest schabowy. Odpowiedział mi, że jest jedenasta w nocy i on ma wyjebane na to, jak duże jest to mięso, że to po prostu kotlet, i żebym kupił - jak nie posmakuje, to już tam nie wrócę. Siła tych argumentów zadecydowała, że skusiłem się na schabowego, który to zresztą schabowy podany był niczym kebab - ot, kotlet wsadzony w bułkę i sałatkę, polany sosem, itd. Plus za pomysł, rzadko spotykany.
Posiłek był nawet niezły. Co prawda, już po zjedzeniu czuć było posmak starego tłuszczu, no ale tak już po prostu jest. Ja byłem całkiem zadowolony, w przeciwieństwie do mojego towarzysza nocnej wędrówki w poszukiwaniu jedzenia, któremu zrobiło się niedobrze, i który nie dojadł swojego schabokebaba. Ech, te krakowskie burżuje.

4) Są doświadczenia, które dostarczają krótkich lecz bardzo mocnych i intensywnych doznań, które nagle wrzucają uczestnika w kalejdoskop wrażeń. Doświadczenia takie najlepiej smakują we dwoje. Życie pulsuje w żyłach, życie dudni w oszalałym, walącym jak młot o kowadło sercu, zdawałoby się, tuż pod spoconą skórą. I pulsujące życie, jak tylko może pulsować, drgać, rozrywać umysł, ciało, ducha. Żąda, by iść naprzód, by zdobywać niezdobyte, by przeć aż do zatracenia się w pędzie. Nie ma doświadczenia, którego bym żałował, nie ma przeżycia, w które nie można by wgryźć się najmocniej jak się da i smakować je, gryz za gryzem, aż ciepło rozleje się po podniebieniu. Nie ma bólu, który nie niósłby ze sobą obietnicy uwolnienia, nie ma przyjemności, która nie miałaby słonego posmaku wyrzeczeń. Wszystko istnieje po to, by czerpać, by zabierać, by dostawać, by dawać i rozumieć. By poznawać i interpretować. By żyć. Świat jest sumą ewentualności, świat jest piękny, życie jest cudem, nawet doprawione zmęczeniem, nawet doprawione upojeniem, zatraceniem, smakiem potu, krwi z przygryzionych warg, oblanego spermą parującego, drgającego, wierzgającego w orgazmicznych spazmach jej ciała; życie, czyn, przewartościowanie - to wartości same dla siebie, wiązki w świadomym Ja, stanowiące o tym, kim jesteśmy Tu i Teraz.
Grzech, czyli świadome wystąpienie przeciwko idiotycznym tabu, nie smakuje tak dobrze, gdy po prostu jest grzechem; trzeba go wzmocnić, trzeba wznieść się ponad to, co społecznie akceptowana wyobraźnia może sobie wyobrazić. Ot, tak po prostu, dla własnej satysfakcji. Im bardziej graniczne doświadczenie, za którym rozciąga się Nieznane, obietnica przygody, jedynej przygody, jaka dziś pozostała dostępna - tym lepiej.

Norse Rage Over Poland Tour 2013

Pewnego pięknego dnia, jakoś przed 11 lipca, z zapytaniem zwróciła się do mnie znajoma, czy nie poszedłbym na koncert, który będzie właśnie 11 lipca. Co prawda, moje uszy jeszcze nie były wtedy do końca sprawne, ale jak 7zł wejście i można popatrzeć na sporo młodszą znajomą (a dokładnie na jej nogi) no to czemu nie. Nie musiałem nikomu niczego udowadniać, poza udowodnieniem moim uszom, że mimo wszystko zależy mi na nich, więc wziąłem ze sobą zatyczki do uszu (fantastyczna sprawa, i tak muzykę słychać, a nie słychać prawie wcale dodatkowego koncertowego harmideru, od szumu sali po problemy z nagłośnieniem) i poszedłem.
Miejsce pamiętałem jeszcze sprzed jakiegoś czasu, gdy była tam chyba jakaś inna knajpa czy tam klub, najwyraźniej upadła i powstało coś innego na jej miejscu - dobór naturalny działa całkiem nieźle w świecie krakowskich lokali mniej lub bardziej rozrywkowych.
Nie znałem żadnej kapeli, która tam grała. A były to dwa krakowskie supporty (Netherfell i Nonamen) i gwiazda wieczoru, norweskie, toporne, black metalowe trolle z Uburen (Uburen gra ponoć viking/black metal, ale oprócz nawiązań w tekstach, rekwizytach walających się na scenie oraz czymś w rodzaju krótkiego intra "zagranego" na rogu nie dopatrzyłem/dosłuchałem się tam więcej elementów wikińskich).
Netherfell wypadł średnio, jednakże ponoć był to ich debiut sceniczny, więc można im to wybaczyć, bardziej się ogarną wraz z kolejnymi koncertami. Za to nieco postmodernistycznym okazał się ich wokalista, ubrany w koszulkę Deathspell Omegi, było to nieco kontrastowe w stosunku do muzyki, którą grała kapela, w której śpiewał, gdyż Netherfell grał takie jakieś pogańskie pierdololo, w składzie kapeli oprócz gitarzysty, basisty (chyba, nie pamiętam już - taki los basistów) i perkusisty był typ co dmuchał w fujarkę (bez skojarzeń) i laska ze skrzypcami.
Po pierwszym supporcie wystąpił drugi. Nonamen gra jakiś taki metal gotycko-progresywny. W składzie również mają laskę ze skrzypcami, i nie jest to jedyna kobieta w ich składzie, bo na wokalu mają całkiem fajnie wyglądającą blondynę. Chciała być chyba dowcipna, ale moim skromnym zdaniem troszkę jej nie wyszło. Ale że akurat lubię takie blondynki, to jestem w stanie przymknąć na to oko. Jedyny kawałek, który grali, a który zapamiętałem, to kower Metalliki ("Master of Puppets"). Ich własna twórczość w sumie niczym szczególnym się w mojej pamięci nie zapisała.
Gwiazda wieczoru reprezentowała sobą wyższy nieco poziom od supportów, zagrali sprawnie, zachowując bardzo dobry kontakt z publicznością, chociaż momentami wyglądało to trochę groteskowo. Mimo wszystko ich muzyka była dosyć monotonna, jednostajna (no ja wiem, że black metal, i że Norwegia, ale kto nie idzie naprzód, ten się cofa) i słyszałem wiele dużo lepszych kapel/projektów z tego gatunku.
Mimo wszystko imprezę uznałem za udaną, stosunek ceny do jakości był zdecydowanie dobry.

niedziela, 30 czerwca 2013

Choroba Ogień 2013

Jako iż dawno nie byłem na żadnym koncercie, to poszedłem na jeden. Minęło już od tego wydarzenia około miesiąc czasu, części szczegółów już nie pamiętam, więc piszę to raczej z kronikarskiego obowiązku, niż jako pełnoprawną relację.
O tyle było to wydarzenie ważne dla mnie, bo w kilka dni po nim, stojąc w kolejce do laryngologa, zdałem sobie sprawę z upływającego czasu. Jako iż w gruncie rzeczy jestem melancholikiem, to często mam takie wrażenie, ale w tym przypadku było wyjątkowo silne. Całe szczęście, nie ogłuchłem, uszkodzenie słuchu okazało się odwracalne, co więcej, raczej słyszałem za dużo. I czasem błędnik skarżył mi się na swoje ciężkie życie. No i musiałem do ceny biletu doliczyć betaserc. Ale już wszystko w sumie wróciło do normy. Na przyszłość mam nauczkę, że stanie przy scenie koło głośnika to nie jest dobre miejsce do stania.
Na wstępie zasmucił mnie fakt, że Rotunda od strony ogródka nie ma szatni, a potem zasmucił mnie fakt, że jeden z wykonawców, Jesus Is The Noise Commander, odwołał swój występ.
Dwa pierwsze supporty nie zapisały się w mojej pamięci na dłużej, Exmortum zagrał przyzwoicie, Embrional również. Medico Peste zasiało spustoszenie jak na Doktora Zarazy przystało, na uwagę zasługiwał charakterystyczny image wokalisty. Potem chwilka oddechu - industrialne Dead Factory i materiał filmowy, prosto z czarnej, śląskiej ziemi. Na końcu Massemord - zagrali same szlagiery i kilka kawałków z najnowszej płyty, na koniec "Eerie we have to be"; nie na darmo byli headlinerem.
Szkoda ucha, ale warto było.

"Literatura na świecie" nr 9(182) [1986]

W tym numerze "Literatury na świecie" znalazło się mnóstwo szalenie interesujących rzeczy - cały tekst "Na marmurowych skałach" Ernsta Jüngera, fragment "Heliopolis" tegoż oraz kilka innych, niezwykle interesujących materiałów, zarówno Ernsta, jak i innych autorów.
Za śmieszne pieniądze znalazłem to na allegro. Razem z dwoma innymi książkami i kosztami przesyłki zapłaciłem niecałe 30zł. Sama książka "Na marmurowych skałach" potrafi kosztować kilka razy tyle. Fortuna sprzyja tym, którzy lajkują na facebooku fanpage'e z przydatnymi informacjami.
Zawsze sądziłem, że "Na marmurowych skałach" to grube tomiszcze. Nie wiem z czego wynikało to przekonanie. Niezależnie jednak od objętości na treści się nie zawiodłem.
Jeśli mógłbym beletrystykę Jüngera zamknąć w jakiejś szufladce, byłby to najprędzej realizm magiczny. Lub może i przypowieść. "Na marmurowych skałach" to naszpikowana symboliką na każdej możliwej płaszczyźnie opowieść o upadku kultury w spokojnej, bardzo plastycznie i poetycko odmalowanej, krainie i nastaniu mrocznej dyktatury, wywracającej panujący ład, tchnący orientem, Afryką północną i elementami kultury grecko-rzymskiej lub może bardziej - aleksandrysjkim uniwersalizmem. Ład ten jest w gruncie rzeczy konserwatywny. To, co go wywraca to hordy Nadleśniczego, żyjące na nieprzebytych bagnach hordy, sfory i bojówki wszelkiej maści elementów wywrotowych, cieszących się z bezsensownego niszczenia i reprezentujących coś, co można by określić jako totalitarną anarchię, stalowe, opresyjne ramię zorganizowanej przemocy i nihilizmu wprowadzającej jednak chaos dla samego chaosu, pod płaszczykiem odwołań do pradawnych tradycji czy bliskości z naturą, co w ogólnym rozrachunku przeradza się w bluźnierczą parodię tradycji. Głównymi bohaterami jest dwóch braci, żołnierzy, arystokratów (ducha) i botaników.
Najprostsze i najbardziej toporne zinterpretowanie fabuły tego dzieła to krytyka reżimu nazistowskiego, a główni bohaterowie to sam autor i jego brat Friedrich Georg. Całą gamę innych interpretacji oraz wyprawę przez oszałamiające pejzaże jüngerowskiej symboliki (i estetyki) przedstawia zarówno nieoceniony tłumacz prof. Kunicki w obszernym eseju, jak i sam Ernst w przedrukowanych fragmentach jego pamiętników, w których pisze o książce.
Oprócz kilku esejów o autorze różnych autorów mamy jeszcze szalenie interesujący esej Jüngera "O bólu", gdzie niechęć do bólu została przeniesiona na społeczeństwo masowe, co doprowadziło autora do ciekawych wniosków, nieco kojarzących się z Baudrillardem (ale mi się wszystko kojarzy z Baudrillardem, więc proszę się nie sugerować).
Wreszcie mamy tu fragment "Heliopolis", łączącej realizm magiczny z elementami s-f powieści środkowo-późnego Jüngera, że tak to ujmę. Fabuła jest nieco zbliżona zarówno do "Na marmurowych skałach" jak i np. do "Eumeswil", jednak styl i charakter twórczości Ernsta nie pozwala zwrócić uwagi na to, że w sumie opiera się to na jednym i tym samym pomyśle - krytyce totalitaryzmu z punktu widzenia autora, którego nie da się krótko opisać, a mi się już nie chce klepać na ten temat, o Jüngerze czeka mnie jeszcze magisterka, więc wybaczcie, tyle na tu i teraz.
Jak ktoś ceni Jüngera, to bardzo przedstawiany numer "Literatury na świecie" polecam.

Odpryski XIV

1) Żyję i mam się dobrze. Z grubsza. Ale pisząc te słowa wyglądam przez okno, patrzę na las na horyzoncie, na zachodzące słońce - i nie mogę, pisząc tu i teraz, stwierdzić, że nie mam się dobrze. Promienie słońca malowniczo rozlewają się na firance, żarzy się ona złocisto, a ponieważ jest falowana, złoto miesza się z cieniem. Niebo jest błękitne, na horyzoncie, nad lasem wiszą chmury. Błękit stopniowo przechodzi w biel, a ta - w szarość. Tak, zdecydowanie dziś mam się dobrze. Wcześniej też miałem się dobrze; sesję zakończyłem bez poprawek, mieszkanie się jeszcze nie rozpadło, współlokator nie zabił niechcący ani mnie, ani siebie, ani nie wysadził bloku w powietrze, nie zabiło mnie też krakowskie powietrze, chociaż wiele razy próbowało, ani hamulce w moim rowerze.
Powinienem pisać częściej i więcej. Ileż razy miliony słów, miliony bodźców, cała masa obrazów, wrażeń i pomysłów przepływają mi przez głowę rwącym strumieniem. Problem w tym, że zazwyczaj albo nie mogę tego wtedy zapisać, albo - gdy już siadam i próbuję - nie chce mi się. Albo coś odciąga moją uwagę.
Zachodzące słońce tymczasem zostało przesłonięte przez podłużną, stalowoszarą chmurę, rozciągniętą przez szerokość nieba, jakby zrobioną tam jednym, gwałtownym i niedbałym pociągnięciem pędzla. Złoty blask słońca jarzy się tam, gdzie zza chmury wystaje jego górny fragment - od dołu zaś blask jest pomarańczowy, wpadający lekko w delikatną czerwień. Skąd w ogóle ta chmura się tam wzięła? Czasem wystarczy stracić uwagę na mgnienie oka, by nagle zastać warunki inne, niż jeszcze - zdawałoby się - mrugnięcie okiem temu.
Światło żarówki nie dorównuje słonecznemu, nawet zachodzącego słońca, ale nie czasem nie ma wyboru.

2) Mało czytałem. Muszę to przyznać. Przed samym sobą odczuwam z tego powodu zażenowanie. Tyloma innymi pierdołami się człowiek zajmował. Za dużo czasu spędziłem w nierzeczywistości gier komputerowych. Nie mam nic do tego, czasem trzeba, czasem to fajne, ale czy ja naprawdę potrafię czerpać przyjemność z ubijania tego samego stwora po raz XYZ-ty, by zebrać z niego - z grubsza - te same przedmioty? Doprawdy, nic tak nie zadziwia, jak własne postępowanie.
Marzy mi się hack n' slash w konwencji gry paragrafowej. Podobno dla chcącego nic trudnego.

3) Za to odkryłem dla siebie świat wyobraźni, jaki przedtem znałem pobieżnie. Anime. Ale o tym może w osobnej notce.

4) W przyrodzie panuje równowaga. Mimo tego, że diabli wiedzą, o jaką równowagę chodzi i dlaczego tak się dzieje, świadomość tego może czasem być bardzo bolesna.
Pod ciemnym maźnięciem pojawiło się drugie, za którym schowało się małe, krwawo-pomarańczowe słońce. Różowawa poświata barwi spody chmur, ponad którymi widać jeszcze gasnący, złocisty blask, lub raczej jego dalekie echo na kilku białych strzępielach wiszących pośrodku błękitu, niknących u podstawy w oleistej, ciemnej smudze innych chmur. Las na horyzoncie ściemniał. Jaskółki nisko latają, obserwuję ich akrobacje. Trzy? Nie, cztery ptaki zataczają ciasne pętle, beczki i koła, machają skrzydłami by potem zdać się na prawa fizyki i szybować bez wykonywania najmniejszego ruchu.
O, odleciały.
Samotny pęcherzyk powietrza błyskawicznie pokonał całą wysokość butelki z wodą mineralną, by dotarłszy na jej powierzchnię - zatracić swoje cechy indywidualne w ramach ogólnego pojęcia "powietrza".

5) Raczej zapomniałem, czym różniły się od siebie tagi (vel etykiety) "Ból głowy" [chyba pitolenie o niczym], "Od autora"[jakieś "ważne" przesłania bądź kwestie techniczne?] oraz "Proza(k) życia
[chyba mniej ogólne pitolenie o niczym].

niedziela, 19 maja 2013

Czarna Sztuka I

0) Black metal to wyjątkowo pretensjonalny podgatunek szeroko pojętej muzyki metalowej (jakby samo określenie metal nie było wystarczająco pretensjonalne), jednak z różnych powodów czarna sierść jest moją ulubioną. Może dlatego, że wyjątkowo dobrze łączy się z innymi gatunkami, niekoniecznie metalem.
Black metal zaczął się jako bunt - bunt metafizyczny. Na przestrzeni lat wyewoluował znacznie, gdzieniegdzie wychodząc z zatęchłych piwnic i zaśnieżonych lasów na świeże powietrze lub nawet w blask fleszy mainstreamu (np. w Norwegii). To, co w gatunku szokowało niektórych w latach '90, na chwilę obecną nie ma już takiej siły oddziaływania (a ćwieki chyba nawet przebiły się do mody głównonurtowej, w każdym razie mam takie wrażenie), stąd całe mrowie eklektycznego łączenia tego i owego z black metalem. W końcu człek poczciwy jest panem form i wbrew ujadaniu niszowych jedynych prawdziwych nie trzeba robić z siebie idioty na każdym kroku, by zachować wierność gatunkowi, jeśli oczywiście kogoś takie pierdoły jak wierność jednemu określonemu rodzajowi muzyki obchodzą. Mnie nie.
Lubię posłuchać czasem i jakiś przynudzających, wiejących kosmicznym zimnem nieludzkich otchłani pasaży dźwiękowych, i lżejszych, melancholijnych kompozycji o braku sensu, śmierci ludzkości i składaniu ofiar Szatanowi, ale czasem też szybkich, brutalnych i chaotycznych nawalanek, innym razem przychodzi ochota na coś topornego, czasem na odrobinę wirtuozerii (ano, i w tym gatunku się zdarza. Rzadko ale zawsze). Nie wiem w sumie, po co ten wstęp napisałem, no ale ok, trudno, niech będzie.

1) Furia W melancholii, Pagan Records, 2013

Może i Furia to taka Coma polskiego black metalu, ale przyznać trzeba, że panowie z Let The World Burn, udzielający się nie tylko w Furii, lecz i pierdylionie innych projektów grać potrafią. I, co się bardzo chwali, zdają się mieć wyjebane na jojczenia fanów, grając nierzadko rzeczy, które potrafiły co bardziej trwardogłowych słuchaczy przyprawiać o jeszcze większy ból głowy, niż odczuwany przez takowych na co dzień. O ile albumy studyjne Furii nie przekraczają jeszcze aż tak granic gatunku, to na EP-kach wypuszczają wodze fantazji bardzo daleko. Już na Halnym pokazali swoje znacznie bardziej pinkfloydowe oblicze, zaś teraz przekroczyli zupełnie czas osiowy. W melancholii zawiera dwie kompozycje, Z melancholika krew nie wypływa oraz Napuchną mną drzewa. Patrząc na takie tytuły spodziewałem się charakterystycznych dla zespołu tekstów, przepełnionych dziwnością, absurdem i wzorowanych nieco na muzyce ludowej. Nie folkowej, ludowej. Słuchając kawałka Nieżyt ze składanki Silesian Black Attack czy ostatniego albumu, Marzannie, królowej Polski, nie trudno wyobrazić sobie scenki, w której Nihil wychodzi z biedaszybu, a dusza jego jest czarna jak wungiel, Namtar leży obok na pokrytej szarym pyłem trawie, patrzy niewidzącym wzrokiem w stalowoszare niebiosa rozpościerające się nad nim, bawiąc się przy tym nożem (takim plastikowym, czasem dają do kebaba), Sars leży pijany w rowie nieopodal, majacząc recytuje na przemian cytaty z Evoli i tekst Urojeń ksobnych, z repertuaru jego własnego projektu Duszę Wypuścił, zaś Voldtekt chwiejąc się stoi na hałdzie kawałek dalej, i leje przed siebie. Wyobrażacie sobie to? Ok, to teraz wyobraźcie sobie jeszcze, że zaczęło padać, Nihil siada ciężko na ziemi, pomrukując "o kurwa, zgniłem", zapala papierosa, takiego ukraińskiego, bez filtra, po czym zaczyna śpiewać, niczym staruszka siedząca przed krytą strzechą chatą, gdzieś na północ od Radomia:  "Wyszedł Nieżyt ze suchego morza, i wyszedł Jezus z niebios. Rzecze doń Jezus: ''Dokąd idziesz Nieżycie?'' Rzecze mu Nieżyt: ''Tu idę, Gospodynie, w człowieczej głowie mózg suszyć, kości łamać, uszy ogłuszyć, oczy oślepić, krew przelewać, usta wykrzywiać, żyły umartwiać, biesami je męczyć". Itd. Furia to muzyka ludowa na miarę współczesnego ludu, z którego wywodzą się muzycy, przegniłej i przegranej, skąpanej w pyle i umorusanej węglem populacji Górnego Śląska.
Zasmuciłem się więc nieco, gdy w dołączonej do płyty książeczki nie ma tekstów żadnych. Zamiast tego jest tam kilka zdjęć, przedstawiających jakieś skute lodem, sztuczne akweny, drzewo i butelkę po piwie, leżącą pod drzewem. Cóż, bywa i tak, pomyślałem, trzeba będzie słuchać uważnie. I tu się zadziwiłem po raz wtóry. Przede wszystkim, jak już napomknąłem wyżej, Furia lubi przekraczać łamy gatunku. I tym razem przekroczyli je na tyle, że w sumie to już nie jest black metal. Tzn. nadal unosi się nad tym jakaś siaka taka atmosfera radosnego nihilizmu, aktywnej melancholii, coś w rodzaju przeczucia mówiącego cieszymy się i radujmy ale na końcu i tak wyzdychamy, które jest całkiem nieco bardzo black metalowa w swojej ontologii, lecz black metalu jako takiego tutaj raczej nie ma. I słów żadnych nie ma, co wyjaśniałoby brak tekstów w książeczce. A co więc jest? Hmmm, no jest jakiś post-rock, shoegaze/blackgaze, trochę doom metalu, akordeon, wreszcie coś pomiędzy kołysanką a pomrukiwaniem (aaa-aaa-aaa ale nie na melodię Kotki dwa) na końcu Napuchną mną drzewa.
Materiał ten jest dosyć krótki, nie trwa nawet 20 minut ale to w końcu EP-ka. Furia to nie jakiś (przykład pierwszy z brzegu, przy chwili zastanowienia zapewne znalazłbym bardziej adekwatne, zbliżone stylistycznie i gatunkowo przykłady) Moonsorrow, nagrywający EP-ki trwające dłużej niż albumy innych kapel. Mimo tego, zapada w pamięć, słucha się W melancholii bardzo przyjemnie, nawet jeśli faktycznie ogarnia słuchacza melancholia. Nie obawiałbym się za to tego, iż Furia pójdzie muzycznie właśnie w tym kierunku. Po sporo psychedeliczno-progresywnym Halnym była black metalowa surowizna, Marzannie, królowej..., teraz mamy coś takiego, o ile w Halnym było więcej black metalu niż jest go W melancholii, to zapewne jest to wybryk jednorazowy. A jeśli nawet nie, to też dobrze. Bo czemu by nie.

2) Massemord A Life-giving Power of Devastation, Pagan Records, 2013

Massemord to drugi z najbardziej chyba znanych projektów ludzisków z Let The World Burn, czyli w sumie, oprócz perkusisty, tych samych ziutków, co i w Furii grają. O ile jednak Furia to black metal (na chwilę obecną black metal formalny, ale niezbyt materialny) taki bardziej stonowany, melancholijny, spokojny na swój sposób, choćby był to spokój nie zdradzającego żadnych emocji szalonego mordercy, czy też raczej, skoro to muzyka ludowa, szalonego miłośnika kóz spod Radomia, lub bohatera Domu złego, to Massemord był odbiciem znacznie bardziej żywiołowej strony twórczości zaangażowanych w niego muzyków. I nadal taki jest. O ile stylistycznie, w Furii przelewają się różne style i wpływy, to opisywana płyta Massemord łączy w sobie chyba wszystko, co przewinęło się pod tym szyldem przez ostatnie lata. Jest to więc black metal szybki i brutalny, momentami nieco thrashowy, gdy przy połamanej strukturze za przejścia robią pojedyncze gitarowe takie tam szuruburu, czasem lekko psychedeliczny w stylu  The Madness Tongue Devouring Juices of Livid Hope, jednak mniej inwazyjny, mniej wszechogarniający niż np. na Let The World Burn czy The Whore of Hate - znacznie więcej jest tutaj ciszy, w której czasem rozbrzmiewają pojedyncze dźwięki, rozbrzmiewające w jednostajnym rytmie, by potem przetoczyć się nagłą, potężną nawałnicą po uszach słuchacza.
Tak czy siak, na płycie jest 9 utworów, trwających łącznie prawie 50 minut. W książeczce dołączonej do płyty są ich teksty, oprócz 7-go Horror to Come. W sumie w książeczce niby tekst do tego jest umieszczony, ale to tak na prawdę tekst do 8-ki The Stoning Malignant, której w książeczce nie ma. Zaś Horror to Come ma jakiś tekst po polsku (jedyna piosenka z polskim tekstem na tej płycie), w którym jest coś i o otchłani, i o gniewie jakimś wielkim, i o złości, i o wymuszonym ekshibicjonizmie. Poza tym mały błąd jest w książeczce w tekście 4-ki, ale pierdołowaty, ot, nagle się tam w losowym momencie pojawił tytuł 2-ki. Zdarza się. Poza tym książeczka jest naprawdę ładna, utrzymana w odcieniach czerni, szarości, czerwieni i bieli, pełna jakiś krzywych mord (także członków kapeli), rysunków dłoni, rąk, jakiś dziwnych sylwetek poplątanych nieco, jest Jezus na odwróconym krzyżu, jest jakiś ptak dziki z Radomia pożerający kogoś, itd., no black metalowy standard, tutaj jednak bardzo ładnie przedstawiony, trzymający się całości, nawet, jeśli poszczególne elementy wyglądają jakby nasrane na siebie dosyć przypadkowo, to mimo wszystko wygląda to bardzo estetycznie.
Tak czy siak, wydaje mi się, że płyta ta to takie dobre podsumowanie tego, czym jest obecnie Massemord. Niby nie ma tu niczego odkrywczego, a mimo tego słucha się tego dobrze i nie nudzi się to zbytnio.

3) FDS Nagranie z muzyką naiwną, Malignant Voices, 2011

Godz. 03:00, ja, absynt, ta płyta, pełne zaciemnienie w pokoju, słuchawki na głowie, wysłużony discman obok na podłodze, trip się rozpoczyna.
Godz. ~03:45 głowa mnie boli, wszystko mnie boli, idę spać. Miałem sen, w którym zabijałem ludzi, potem wróciłem po swoje zsiniałe sumienie i  następnie obudziłem się, przerażony, absolutnie pewien, że łapska moje w krwi niewinnej obmyłem.
Kolejny projekt związany z Let The World Burn, dwóch członków będących zarówno jednocześnie w Furii, jak i Massemord. Znów black metal, lecz coś zupełnie innego od dwóch projektów, o których już wcześniej wspominałem. Płyta całkiem dobrze przeze mnie obsłuchana, przesłuchana i wysłuchana, jednak mimo upływu czasu i wielu podejść (mam ją w końcu od ponad roku), jednakowo trudna w odbiorze. Nie mam pojęcia, co Nihil, Namtar i Cień ćpali w czasie jej nagrywania, ale zarówno teksty, jak i muzyka to jakiś bardzo zły trip, wyprawa w szaleństwo, które nie jest przyswajalne dla przeciętnego słuchacza, nawet przeciętnego słuchacza black metalu. Mamy więc zupełnie poplątaną strukturę, raz jest szybko i chaotycznie, po chwili wszystko zwalnia, muzyka nagle znika a zostaje tylko deklamujący tekst znudzonym głosem wokalista (Cień?), mamy w tle jakieś pasaże ambientowe, w których co jakiś czas coś strzyka, syczy i trzaska, jak mnie w kościach, gdy wstawałem z podłogi po ostatnim uważnym przesłuchaniu tej płyty, przy całym swoim chaosie, utwory są raczej mało skomplikowane. Produkcja stoi na wysokim poziomie, ma duży udział w kreowaniu chorej atmosfery całości.
Przy płycie jest książeczka z tekstami, wypisanymi często w dziwnych kierunkach, do tego bogato ozdobione jest to obrazkami gołych pań (rysowanych lub vintage), lub chociaż nagiego biustu, jednak całość jest poskładana na tyle dziwacznie i surrealistycznie, że jednych cycków nawet nie zauważyłem przy pierwszym przeglądaniu jej. Podsumowując, ta płyta wymaga od słuchacza dużo cierpliwości, jednak odwdzięcza mu się bardzo nietuzinkową formą i treścią, nie każdemu przypadnie toto do gustu, jak dla mnie jest to całkiem niezłe, nie jest to jednak muzyka, którą mógłbym słuchać codziennie.

wtorek, 7 maja 2013

Odpryski XIII

1)Dziś chciałem zainaugurować nowy pod-dział na mym blogu poczciwym. Panoptikum. Mam bowiem taki zwyczaj, że jak widzę coś ciekawego, nieszablonowego, porażającego głębią przeniknięcia do samej istoty rzeczy, co wisi na na jakimś słupie, tablicy ogłoszeniowej, czy w upadłych zakładach chemicznych, to zrywam, zabieram do siebie, i przyklejam do szafy. Oczywiście mam na myśli tylko coś, co da się zerwać i potem przymocować. O, spójrzcie sami:
I) Zerwane kiedyś z jakiegoś słupa w Krakowie:

II) Zerwane kilka dni temu z jakiegoś słupa w Poznaniu:


Może i trochę głupio się tak wyśmiewać z jakiś nieszczęśliwych, znerwicowanych frustratów, ale sami są sobie winni. Poniekąd. Poza tym akurat z tą chemią w żarciu (i nie tylko żarciu, trzeba przyznać) to w sumie prawda.

2) Zapomniałem wczoraj o jednym odprysku z Poznania. Załapałem się na tanie wino (które sam kupiłem, ech) z jakimiś dwoma punko-żulami, um, pardon, wolnymi ludźmi ze squatu Od:zysk. A że sam budynek był zamknięty akurat, to w sumie piliśmy na starym rynku, w biały dzień. Nie ma się czym chwalić, bo było to dosyć żenujące (nie sam fakt picia w miejscu publicznym, i to jeszcze takim, ale raczej ich towarzystwo; samo picie w miejscu publicznym to zawsze jakiś dreszczyk emocji dla takiego cynicznego, kawiarnianego lewaka jak ja, taki mały bunt dnia codziennego, wiecie, w stylu Konkina przyśpieszającego nadejście rewolucji agorystycznej przez przejeżdżanie przez skrzyżowanie na czerwonym świetle lub w stylu przeintelektualizowanej złośliwości u Stirnera czy Beya), ale tak czy siak doświadczenie interesujące. Samej idei squatów jako centrów kultury i myśli niezależnej od państwa można tylko przyklasnąć, ale z realizacją słusznych koncepcji jak zwykle bywa bardzo różnie. Na zachodzie squatting wygląda - dosłownie i w przenośni - lepiej niż w naszym grajdołku, trzeba to przyznać. Chociaż taki Rozbrat i jego księgarnia wysyłkowa odwalają dużo dobrej roboty. W każdym razie ja sobie chwalę.

3) Odprysk z Kielc, gdzie jakiś czas temu byłem przejazdem. Kielce to pierwsze miasto w którym spotkałem się z czymś tak kuriozalnym, jak bankomat stojący nie w budynku dworca PKP, ale w przejściu podziemnym pod dworcem. A przejście to wygląda na przejście podziemne z rodzaju tych przejść, w których nikt nie usłyszy Twojego krzyku. I rzeczywiście, kiedyś nikt nie usłyszał, albo udawał, że nie słyszy, jak kogoś tam zgwałcono w biały dzień. Ot, świętokrzyskie - tu się nikt z nikim nie pier... um, hmm.

niedziela, 5 maja 2013

Odpryski XII

1) Dawno mnie tu nie było. Na tyle dawno, że nie chciało mi się szukać, na jakim numerze skończyły się "Odpryski" (no dobra, pamiętam - na VII. Ale cóż w sumie z tego?), więc restart i ruszamy z numeracją od nowa. Pierwsze "Odpryski" w tym roku, więc taka numeracja. Wraca nowe.

A czemu mnie tu nie było? Cóż, życie takie. Brak weny, brak chęci, brak czasu wreszcie. Po prostu jakoś tak wyszło. Poza tym już dawno nie czytałem niczego z beletrystki, co mógłbym tutaj choćby pobieżnie przedstawić. Tak czy owak - wkrótce trochę anime, visual novel, Wilhelm Reich i Max Stirner. A także najnowsza Furia i Massemord. Ale w recenzjach muzycznych nigdy nie byłem specjalnie dobry, to nie wiem, czy się i na to porywać.

2) Cieszę się, że na bloga trafiają też poważni ludzie, którzy nawet czasem napiszą maila lub dwa.

3) Chciałbym poinformować szanownego odwiedzającego, który trafił tutaj przez wygóglanie frazy "kiedy kolejne tomy umierającej ziemi", że nie wiem, ale też czekam z niecierpliwością. Innego odwiedzającego, szukającego spolszczenia Age of Chivalry pragnę poinformować, że być może mamy na myśli inne mody, a takiego spolszczenia do moda do Age of Empires II nie ma.

4) Obrazek ilustrujący w pigułce, czym jest Kraków: jakiś czas temu byłem trochę chory, ot, przez krakowskie powietrze, w którym cholera jedna wie, czego jest więcej - jadu wydalanego przez mieszkańców, smogu, spalin i smug chemicznych czy opadających w bezwietrzne noce umarłych marzeń, zawiedzionych nadziei, itd. Tak czy siak, nic poważnego mi się nie działo - wasze niedoczekanie, żyję i mam się świetnie, jak nigdy. Mimo tego dostałem skierowanie do szpitala, na jakieś rutynowe, pierdołowate badania. Wbijam więc ze skierowaniem do odpowiedniego szpitala, idę do rejestracji, daję świstek pielęgniarce tam siedzącej. Spiorunowała mnie wzrokiem. "Ale u nas nigdy nie było i nie ma oddziału pulmonologicznego".

5) Przez kilka dni tzw. majówki byłem w Poznaniu. Nie była to moja pierwsza wizyta w tym pięknym, niemieckim mieście, teraz miałem okazję gruntowniej je pozwiedzać. W samym mieście obszedłem Muzeum Narodowe, Etnograficzne, Archeologiczne, wojskowe (to na rynku), zawitałem też do miejscowości o ekstrawaganckiej nazwie Kórnik, gdzie zwiedziłem muzeum w zamku i potężne arboretum. Rzecz jasna, z tego wyjazdu zapamiętałem kilka obrazów, które w sam raz nadają się do "Odprysków".
Odprysk poznański 1: idąc spokojnie na stary rynek, zaczepił mnie bezdomny. Na jego przykładzie widać, jak światowym i europejskim miastem jest Poznań, bo bezdomny ten był czarnoskóry, mimo tego mówił w miarę nieźle po polsku i, co więcej, przedstawił się jako Mariusz. Poprosił mnie, bym pomodlił się o to, żeby nie wybuchła III wojna światowa, wojna nuklearna. Ponieważ stałem przed nim ze słuchawkami na uszach, domagał się, żebym powtórzył, o co mnie prosił. Powtórzyłem, wzruszył się wyraźnie. Mimo tego tej prośby nie spełniłem. Nie żebym czekał na wojnę atomową, po prostu nie widzę sensu modlitwy jako takiej. W końcu tylko pustka patrzy na nas ze smutnych oczu rzeźb przedstawiających Ukrzyżowanego.
Odprysk poznański 2 i 3 oraz 4: jest koło 1 w nocy, razem z Panem Doktorantem stoimy na przystanku autobusowym na rondzie Kaponiera. Pan Doktorant czeka na autobus do siebie. Idziemy sprawdzić rozkład, bo coś mu się nie zgadza (wcześniej chodziliśmy po mieście ponad pół godziny, bo nie było autobusu o 00.30 skądinąd). Na ławce siedzi podpity drecho-menel, obok stoi drugi. Gdy my stoimy przy rozkładzie, ten drugi podchodzi do pierwszego ze słowami "musimy zadzwonić na 112, zostawiliśmy go przecież z otwartym złamaniem nogi" (cyt. niedokładny, ale sens był taki). Ja i Pan Doktorant wycofaliśmy się powoli. Minęło niewiele czasu, na przystanku zatrzymuje się autobus. Wysiadają z niego ludzie, niekiedy głośno rozmawiający o swoich bolączkach dnia codziennego na tym ziemskim padole łez. Słyszymy urywek rozmowy. "... znajdę go w takim miejscu, że..." (cyt. niedokładny). Oprócz starej piosenki Kazika ("Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca") nic innego nie przychodzi do głowy.
Wreszcie przyjechał autobus, który przyszłą nadzieję polskiej nauki, Pana Doktoranta wywiezie lada moment w nieznane, gdzieś w skąpany w mroku nocy Poznań. Do odjazdu jest chwila czasu, stoimy przed drzwiami. Do autobusu wchodzi jakiś dziad, niosący mnóstwo pakunków. Jeden z nich upada na obszczany i zapluty chodnik, lecz jego właściciel straty nie zauważa. Pan Doktorant, dobry człowiek, teraz takich już nie ma, podnosi pakunek i idzie go oddać właścicielowi. "Za to będzie XP". Śmiejemy się. Przez okno autobusu obserwuję z dworu całą sytuację. Wieje zimny wiatr, rozwiewa poły mojego płaszcza. XP Pan Doktorant może i dostał, ale podziękowania - już nie. Za mały speech lub charyzma, niestety.
Odprysk poznański 5: faux pas z mojej strony. W skórzanym płaszczu poszedłem jeść do wegańskiego bistro. Cóż, na swoje usprawiedliwienie mam to, iż w pierwszej chwili nie zauważyłem, że to wegańskie bistro. Tak czy siak, swoją skórę zachowałem, a ogromny, razowy naleśnik z pieczarkami i smażoną cebulką był naprawdę dobry.
Odprysk poznański 6: gdybym nie zobaczył słynnych poznańskich koziołków, tych na ratuszu na starym rynku, to tak, jakbym nie był w Poznaniu. Więc przyspieszyłem specjalnie zwiedzanie Muzeum Narodowego, by zdążyć na godzinę 12tą na rynek. Jednak akurat był 3 maj, i pod ratuszem odbywały się jakieś bogoojczyźniane jasełka. Mimo padającego deszczu, gęstniejący tłum oczekiwał w podnieceniu na coś. Wybiła dwunasta, przez tłum przeszedł szmer, nawet uroczystości zostały na kilka minut wstrzymane. Koziołki. Gdy w końcu schowały się znów w ratuszowej wieży, większa część tłumu po prostu sobie poszła. Ja również. Trzeba mieć jakieś priorytety. Żwawym krokiem wychodziłem z rynku, żegnany przez dobiegające spod ratusza dźwięki polskiego hymnu.

6) Powietrze rzecz jasna nie pachnie jako takie. Jednak mimo tego uwielbiam zapach nocnego powietrza. Taką mieszanką zapachów pachnie swoboda, wolność, chwila oderwania się od tego, co przynosi każdy kolejny dzień.