1) Nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi, gdy zajmuje się wolne miejsce w przedziale. Kto wie, czy mile wyglądająca młoda kobieta siedząca naprzeciwko nie ma skłonności sadystycznych, a brodaty staruszek drzemiący koło okna nie jest brodatym staruszkiem.
Tak czy siak, czasem przytrafić się może podróżnemu coś zupełnie dziwacznego. Wyobraźcie sobie świecką wersję typowej "panny oazowej" (bluzka rozmiar za duża w jakimś oczojebnym kolorze, getry, sandały, charakterystyczny wyraz twarzy - między uniesieniem religijnym, wytrzeszczem i "oo, faktycznie duży, ale do czego służy?"), która dosiadła się koło mnie, gdyż tam było wolne.
Pociąg dowlókł się do miejsca docelowego, wysiadam, a ona pochyla się do mnie i mówi: "Niech pan uważa z słuchaniem głośnej muzyki". Najwyraźniej słuchałem głośniej niż zazwyczaj, a może tylko siedząca ze mną ucho w ucho troskliwa koleżanka przestraszyła się np. refrenu tego? Tak czy siak, podziękowałem rzecz jasna za troskliwość.
Tymczasem też obok mnie, z drugiej strony, siedział jakiś zarośnięty typ, przypominający jako żywo Hakim Beya. Co jakiś czas poruszał wargami żywo przy tym gestykulując, ew. nagle załamywał ręce lub rozglądał się po przedziale nieobecnym wzrokiem.
Za to z rok temu chyba jechałem pociągiem z jakimś miłym starszym gościem, któremu zebrało się na zwierzenia i wspomnienia z czasów IIWŚ, jak był na robotach w Reichu, itp. Po 10 minutach wyłączyłem się, potakując tylko i okazując zainteresowanie w losowych momentach.
2) Pogrzeby są smętne i dołujące, szczególnie, gdy poczciwy, porządny człowiek umarł nagle w wieku 45 lat, a rozmawiało się z nim jeszcze kilka dni wcześniej. Gdy zostawił żonę i córkę. Trumna opuszczona do błotnistej, gliniastej, rozpływającej się ziemi sprawia wyjątkowo ponure wrażenie. Szkoda, wielka szkoda, zmarły był wspaniałym sąsiadem, zawsze uczynnym i chętnym do bezinteresownej pomocy. Najprędzej zabiło go życie jako takie - nadmiar problemów w życiu osobistym, rodzinnym, zawodowym. 28 maja świeciło słońce, dziś zaś padał deszcz. A cmentarz batowicki jest ogromnym kompleksem, prawie się zgubiłem, szukając kaplicy (na teren cmentarza wszedłem boczną furtką na drugim końcu całego kompleksu, bo tak miałem bliżej idąc z autobusu).
3) Androidy śnią o elektrycznych owcach, a internetowi radykałowie śnią o projektowaniu ogrodów.
piątek, 1 czerwca 2012
środa, 30 maja 2012
Aldous Huxley "Nowy wspaniały świat"
(Zawsze zastanawiało mnie, czemu w polskim tytule nie ma w nazwie przecinka pomiędzy "nowy" a "wspaniały".)
Klasyczna dystopia, która nie zestarzała się, ba, można tylko przyklasnąć autorowi przenikliwego spojrzenia na rzeczywistość i przewidywania pewnych trendów.
Mamy więc wizje globalnego państwa, w którym rządzi przede wszystkim konsumpcja - konsumpcja zaprogramowana od góry do dołu, od najmłodszych lat życia człowieka aż do jego śmierci (zaprogramowana do tego stopnia, że ludzi się hoduje przy pomocy inżynierii genetycznej, chociaż autor tego określenia nie używa, pojęcia takie jak "ojciec", "matka" są obraźliwe, itp; poza tym od samego początku ludzi hoduje się z myślą o umieszczeniu ich w określonym miejscu społeczeństwa kastowego - najniższe warstwy są wręcz specjalnie upośledzane umysłowo; pranie mózgu jest powszechne i zaczyna się jeszcze w okresie niemowlęctwa w wielkich ośrodkach), człowiek nie może myśleć samodzielnie, jako hodowany element panującego systemu ma być tylko trybikiem niezdolnym do (nadmiaru) samodzielnej refleksji, a żeby przypadkiem nie miał kiedy pomyśleć, organizuje się jego wolny czas w ten sposób, żeby praktycznie nigdy nie był sam na sam ze swoimi myślami, i żeby zajmował go tylko płytki hedonizm i równie płytkie rozrywki, jak czuciofilmy. Jest jeszcze Soma, narkotyk, który podaje się nawet dzieciom.
Nigdy nie byłem zwolennikiem patrzenia na dzieła przeszłości przez pryzmat myśli i analiz ludzi żyjących nieraz wiele lat po twórcy danego dzieła, jednak nie sposób nie zauważyć w "Nowym wspaniałym świecie" elementów sensu stricte baudrillardowskich, przy uwzględnieniu nawiązań do Deborda czy Hakim Beya. Nowy, wspaniały świat to spektakl zintegrowany - system kapitalistyczny dotarł do miejsca, w którym podporządkował sobie nawet życie ludzie jako takie, hoduje ludzi jako swoich niewolników, posłuszne elementy machiny. Zło (oraz, uogólniając, to co "inne" w tym świecie) zostało werbalnie wyrugowane - dlatego tym bardziej przeraża i fascynuje tych, którzy się z nim stykają (końcówka książki, gdy do Dzikusa przybywają ludzie), system kapitalistyczny próbuje z jednej strony wchłonąć wszelką inność (albo z pozycji czysto konsumenckich, komercyjnych - stara prawda, kapitalizm sprzedaje (w naszym świecie zazwyczaj jako dobra luksusowe) to, co sam zniszczył, z drugiej strony - próbuje ją wyrugować ze swojego świata, nierzadko wykorzystując do tego celu ksenofobię (istnieją wydzielone rezerwaty ludności "niecywilizowanej", rozmnażającej się płciowo, itd, enklawy starego świata, które jednak zdegenerowały się do pierwotnego trybalizmu, wytworzyła się kultura eklektyczna, łącząca w sobie wiele wspomnień po starym świecie, np. uznająca Jezusa za jedno z bóstw plemiennych na równi ze zwierzętami totemistycznymi, będące czymś w rodzaju skansenu i zoo dla zwiedzających z "cywilizowanego" świata.). Nie wiem, co autor chciał przekazać przez nadanie niektórym bohaterom nazwisk Marks czy Bakunin lub imion jak Lenina, tym bardziej, że czas liczy się od nowa, od początku Ery Forda. Tak czy siak, wracając do Baudrillarda, kolejny przykład na wchłonięcie radykalizmu antykapitalistycznego przez kapitalizm.
Sama książka posłużyła za źródło inspiracji dla wielu innych autorów - od Raya Bradbury'ego (zwalcza się to, co pozostało z kultury i sztuki sprzed Ery Forda), przez filmowe antyutopie ("Equilibrum", gdzie rządzący światem nie przestrzegali tego, co sami wprowadzili) po architektów NWO lol.
Innym wątkiem, ale włączonym w główny wątek fabularny jest "szok kulturowy" jaki doświadcza przybysz z rezerwatu, syn zaginionej Bety Minus i Alfy cośtam, który mając w pamięci opowieści matki o wspaniałym świecie, z jakiego przybyła, bardzo szybko weryfikuje te wizje. Pojawia się też wątek jednostek potrafiących myśleć samodzielnie - to, co się z nimi dzieje, przypomina mi nieco "Limes inferior" Zajdla, gdzie proponowało się im udział w rządzeniu światem - tutaj mają to wyboru albo to, albo zesłanie na wybraną przez siebie wyspę.
Książkę polecam, fascynująca. Np. u Najgorszego Pracodawcy 2012 można dostać.
Klasyczna dystopia, która nie zestarzała się, ba, można tylko przyklasnąć autorowi przenikliwego spojrzenia na rzeczywistość i przewidywania pewnych trendów.
Mamy więc wizje globalnego państwa, w którym rządzi przede wszystkim konsumpcja - konsumpcja zaprogramowana od góry do dołu, od najmłodszych lat życia człowieka aż do jego śmierci (zaprogramowana do tego stopnia, że ludzi się hoduje przy pomocy inżynierii genetycznej, chociaż autor tego określenia nie używa, pojęcia takie jak "ojciec", "matka" są obraźliwe, itp; poza tym od samego początku ludzi hoduje się z myślą o umieszczeniu ich w określonym miejscu społeczeństwa kastowego - najniższe warstwy są wręcz specjalnie upośledzane umysłowo; pranie mózgu jest powszechne i zaczyna się jeszcze w okresie niemowlęctwa w wielkich ośrodkach), człowiek nie może myśleć samodzielnie, jako hodowany element panującego systemu ma być tylko trybikiem niezdolnym do (nadmiaru) samodzielnej refleksji, a żeby przypadkiem nie miał kiedy pomyśleć, organizuje się jego wolny czas w ten sposób, żeby praktycznie nigdy nie był sam na sam ze swoimi myślami, i żeby zajmował go tylko płytki hedonizm i równie płytkie rozrywki, jak czuciofilmy. Jest jeszcze Soma, narkotyk, który podaje się nawet dzieciom.
Nigdy nie byłem zwolennikiem patrzenia na dzieła przeszłości przez pryzmat myśli i analiz ludzi żyjących nieraz wiele lat po twórcy danego dzieła, jednak nie sposób nie zauważyć w "Nowym wspaniałym świecie" elementów sensu stricte baudrillardowskich, przy uwzględnieniu nawiązań do Deborda czy Hakim Beya. Nowy, wspaniały świat to spektakl zintegrowany - system kapitalistyczny dotarł do miejsca, w którym podporządkował sobie nawet życie ludzie jako takie, hoduje ludzi jako swoich niewolników, posłuszne elementy machiny. Zło (oraz, uogólniając, to co "inne" w tym świecie) zostało werbalnie wyrugowane - dlatego tym bardziej przeraża i fascynuje tych, którzy się z nim stykają (końcówka książki, gdy do Dzikusa przybywają ludzie), system kapitalistyczny próbuje z jednej strony wchłonąć wszelką inność (albo z pozycji czysto konsumenckich, komercyjnych - stara prawda, kapitalizm sprzedaje (w naszym świecie zazwyczaj jako dobra luksusowe) to, co sam zniszczył, z drugiej strony - próbuje ją wyrugować ze swojego świata, nierzadko wykorzystując do tego celu ksenofobię (istnieją wydzielone rezerwaty ludności "niecywilizowanej", rozmnażającej się płciowo, itd, enklawy starego świata, które jednak zdegenerowały się do pierwotnego trybalizmu, wytworzyła się kultura eklektyczna, łącząca w sobie wiele wspomnień po starym świecie, np. uznająca Jezusa za jedno z bóstw plemiennych na równi ze zwierzętami totemistycznymi, będące czymś w rodzaju skansenu i zoo dla zwiedzających z "cywilizowanego" świata.). Nie wiem, co autor chciał przekazać przez nadanie niektórym bohaterom nazwisk Marks czy Bakunin lub imion jak Lenina, tym bardziej, że czas liczy się od nowa, od początku Ery Forda. Tak czy siak, wracając do Baudrillarda, kolejny przykład na wchłonięcie radykalizmu antykapitalistycznego przez kapitalizm.
Sama książka posłużyła za źródło inspiracji dla wielu innych autorów - od Raya Bradbury'ego (zwalcza się to, co pozostało z kultury i sztuki sprzed Ery Forda), przez filmowe antyutopie ("Equilibrum", gdzie rządzący światem nie przestrzegali tego, co sami wprowadzili) po architektów NWO lol.
Innym wątkiem, ale włączonym w główny wątek fabularny jest "szok kulturowy" jaki doświadcza przybysz z rezerwatu, syn zaginionej Bety Minus i Alfy cośtam, który mając w pamięci opowieści matki o wspaniałym świecie, z jakiego przybyła, bardzo szybko weryfikuje te wizje. Pojawia się też wątek jednostek potrafiących myśleć samodzielnie - to, co się z nimi dzieje, przypomina mi nieco "Limes inferior" Zajdla, gdzie proponowało się im udział w rządzeniu światem - tutaj mają to wyboru albo to, albo zesłanie na wybraną przez siebie wyspę.
Książkę polecam, fascynująca. Np. u Najgorszego Pracodawcy 2012 można dostać.
niedziela, 27 maja 2012
Bohdan Petecki "Operacja Wieczność"
Kolejny klasyk z serii "Fantastyka - przygoda" z "Iskier". trzecia książka Peteckiego, jaką czytałem.
Fabuła przywodzi na myśl odległe skojarzenia z filmem "6 dzień", które jednak szybko okazują się być dosyć przypadkowymi.
Trzecia książka Peteckiego, jaką miałem przyjemność czytać, jak na razie wszystkie mają element wspólny - główny bohater to jednostka z zadatkami na wybitną, typ nie godzący się na to, co się dzieje, lub godzący się, ale pozostający wewnętrznie suwerenny, taki anarcha trochę.
Tym razem mamy kosmonautę żyjącego w świecie przyszłości, gdy wymyślono genofory - pakiety genów i zapis pamięci, aktualizowane na bieżąco co jakiś czas, z których w razie śmierci danej osoby odtwarza się ją. W ten sposób ustanowiono tytułową wieczność.
Główny bohater ma jednak wątpliwości, spotęgowane po tym, jak w wypadku ginie jego dziewczyna, która następnie zostaje "rehabilitowana". Dan odchodzi od jej klona, targany emocjami zgadza się w końcu na zapis z siebie, po czym pozoruje własną śmierć, przez co jest już ich dwóch. Gdy pierwszy leci w kosmos z arcyważną i tajną misją, drugi zostaje na Ziemi.
Myślałem, że więcej w fabule będzie o zbuntowanym pantomacie. Dan leci gdzieś w przestrzeń, by sprawdzić, co stało się z jednym z kilku banków całej ludzkiej wiedzy, dla bezpieczeństwa umieszczonym hen w przestrzeni. Na miejscu okazuje się, że urządzenie albo zostało przez kogoś/coś przeprogramowane, albo uzyskało samoświadomość. Wątek ten został przez autora szybko jednak porzucony, a fabuła wraca na tor rozmyślań o zasadności osiągnięcia nieśmiertelności i etyczne zagadnienia związane z kwestą odtwarzania zmarłych. I tak, główny bohater głownie rozmyśla, szorstko obnosi się ze sim niezadowoleniem, wreszcie przy próbie zabicia siebie i klona sam ginie, i zostaje odtworzony. W międzyczasie pojawia się jeszcze jedna kobieta i tworzy się ogólny galimatias. A dlaczego ludzie przestali chodzić po górach? Po nieśmiertelność zabiła żądzę ryzyka, co to za ryzyko upadku ze skały, skoro łatwo można "odżyć".
Pomysł i wykonanie dobre, ale (zapewne z racji czasów, w jakich powstała - lub z racji na nieznane mi poglądy samego autora) czegoś zabrakło. A dokładnie - głębi w podjętych przez autora rozważaniach. Nie ma ani jednej koncepcji związanej z duszą (co się z nią dzieje, czy klon pośmiertny ją posiada;), autor nie wpadł też na pomysł postawienia i rozwiązania kilku fascynujących problemów - co by się stało, gdyby jakiś klon zechciał odrzucić pamięć siebie samego sprzed śmierci, i uznał się za zupełnie "nową" osobę, itd.
Mimo tych niedociągnięć książka trzyma poziom.
Fabuła przywodzi na myśl odległe skojarzenia z filmem "6 dzień", które jednak szybko okazują się być dosyć przypadkowymi.
Trzecia książka Peteckiego, jaką miałem przyjemność czytać, jak na razie wszystkie mają element wspólny - główny bohater to jednostka z zadatkami na wybitną, typ nie godzący się na to, co się dzieje, lub godzący się, ale pozostający wewnętrznie suwerenny, taki anarcha trochę.
Tym razem mamy kosmonautę żyjącego w świecie przyszłości, gdy wymyślono genofory - pakiety genów i zapis pamięci, aktualizowane na bieżąco co jakiś czas, z których w razie śmierci danej osoby odtwarza się ją. W ten sposób ustanowiono tytułową wieczność.
Główny bohater ma jednak wątpliwości, spotęgowane po tym, jak w wypadku ginie jego dziewczyna, która następnie zostaje "rehabilitowana". Dan odchodzi od jej klona, targany emocjami zgadza się w końcu na zapis z siebie, po czym pozoruje własną śmierć, przez co jest już ich dwóch. Gdy pierwszy leci w kosmos z arcyważną i tajną misją, drugi zostaje na Ziemi.
Myślałem, że więcej w fabule będzie o zbuntowanym pantomacie. Dan leci gdzieś w przestrzeń, by sprawdzić, co stało się z jednym z kilku banków całej ludzkiej wiedzy, dla bezpieczeństwa umieszczonym hen w przestrzeni. Na miejscu okazuje się, że urządzenie albo zostało przez kogoś/coś przeprogramowane, albo uzyskało samoświadomość. Wątek ten został przez autora szybko jednak porzucony, a fabuła wraca na tor rozmyślań o zasadności osiągnięcia nieśmiertelności i etyczne zagadnienia związane z kwestą odtwarzania zmarłych. I tak, główny bohater głownie rozmyśla, szorstko obnosi się ze sim niezadowoleniem, wreszcie przy próbie zabicia siebie i klona sam ginie, i zostaje odtworzony. W międzyczasie pojawia się jeszcze jedna kobieta i tworzy się ogólny galimatias. A dlaczego ludzie przestali chodzić po górach? Po nieśmiertelność zabiła żądzę ryzyka, co to za ryzyko upadku ze skały, skoro łatwo można "odżyć".
Pomysł i wykonanie dobre, ale (zapewne z racji czasów, w jakich powstała - lub z racji na nieznane mi poglądy samego autora) czegoś zabrakło. A dokładnie - głębi w podjętych przez autora rozważaniach. Nie ma ani jednej koncepcji związanej z duszą (co się z nią dzieje, czy klon pośmiertny ją posiada;), autor nie wpadł też na pomysł postawienia i rozwiązania kilku fascynujących problemów - co by się stało, gdyby jakiś klon zechciał odrzucić pamięć siebie samego sprzed śmierci, i uznał się za zupełnie "nową" osobę, itd.
Mimo tych niedociągnięć książka trzyma poziom.
piątek, 25 maja 2012
"Pocket Tanks Deluxe"
Dawno, dawno temu była sobie gra "Castle". Opierała się na banalnym pomyśle, genialnym w swojej prostocie - są dwa zamki, z których następuje ostrzał przeciwnika. Ustawiało się tam bodaj kąt armaty i silę, ten gracz, kogo zamek się rozpadł pierwszy, przegrywał.
Lub coś w tym stylu, nie widziałem tej gry od baaaaardzo dawna.
Było rzecz jasna wiele mutacji tejże gry, opierających się na tym samym pomyśle, z czego najlepiej pamiętam dwóch king-kongów stojących na wieżowcach i rzucających czymś w siebie.
"Pocket Tanks" to kolejna mutacja. Zamiast zamków są czołgi - mogą się poruszać - do 4 ruchów na grę, lufę można obracać dookoła czołgu niczym koło młyńskie, plansze są zróżnicowane. Ustawia się siłę, z jaką strzelamy w przeciwnika. Można pogrzebać w ustawieniach, włączyć sobie np. wiatr, wpływający na trajektorię lotu pocisków.
Największym plusem gry jest jednak ogrom broni, które gracze wybierają na przemian przed rozpoczęciem gry (jedna gra trwa z 10 rund, nie pamiętam, nie zwracałem na to w sumie uwagi :D). Jeśli pościąga i doinstaluje się wszystkie dostępne dodatki, to broni będzie... 250. A to bardzo duża pula, z której gra wybiera losowo bronie do wyboru przez graczy przed każdą grą.
A jakie to bronie? Najróżniejsze i najdziwniejsze. Od zwykłych pocisków czołgowych, przez kupy błota, meteoryty, broń nuklearną, lasery, naprowadzanie dla UFO, wybuchowe robaki, kule armatnie, cytrynę, tarcze, bunkry, rozlewający się klej lub substancja odbijająca lecące pociski, itp, itd, etc - naprawdę ciężko nawet pokrótce opisać ten przebogaty arsenał.
Czołg nie ma HP, każde trafienie nabija graczowi punkty, różne bronie dają różne ilości punktów (od symbolicznych po gargantuiczne), niektóre nie dodają punktów, robią coś innego, np. zakopują czołg przeciwnika w ziemi lub rozpościerają tarcze nad czołgiem gracza.
Siła "czołgów" tkwi w multiplayerze. Można grać w dwóch na jednym kompie lub dwóch przez sieć lokalną (np. popularne Hamachii). Nigdy się nie zdarzyło, żeby jakaś rozgrywka była taka sama jak inna, i w tym tkwi największa zaleta, sprawiająca, że ta mała i nieskomplikowana gierka jest niewiarygodnie grywalna.
Lub coś w tym stylu, nie widziałem tej gry od baaaaardzo dawna.
Było rzecz jasna wiele mutacji tejże gry, opierających się na tym samym pomyśle, z czego najlepiej pamiętam dwóch king-kongów stojących na wieżowcach i rzucających czymś w siebie.
"Pocket Tanks" to kolejna mutacja. Zamiast zamków są czołgi - mogą się poruszać - do 4 ruchów na grę, lufę można obracać dookoła czołgu niczym koło młyńskie, plansze są zróżnicowane. Ustawia się siłę, z jaką strzelamy w przeciwnika. Można pogrzebać w ustawieniach, włączyć sobie np. wiatr, wpływający na trajektorię lotu pocisków.
Największym plusem gry jest jednak ogrom broni, które gracze wybierają na przemian przed rozpoczęciem gry (jedna gra trwa z 10 rund, nie pamiętam, nie zwracałem na to w sumie uwagi :D). Jeśli pościąga i doinstaluje się wszystkie dostępne dodatki, to broni będzie... 250. A to bardzo duża pula, z której gra wybiera losowo bronie do wyboru przez graczy przed każdą grą.
A jakie to bronie? Najróżniejsze i najdziwniejsze. Od zwykłych pocisków czołgowych, przez kupy błota, meteoryty, broń nuklearną, lasery, naprowadzanie dla UFO, wybuchowe robaki, kule armatnie, cytrynę, tarcze, bunkry, rozlewający się klej lub substancja odbijająca lecące pociski, itp, itd, etc - naprawdę ciężko nawet pokrótce opisać ten przebogaty arsenał.
Czołg nie ma HP, każde trafienie nabija graczowi punkty, różne bronie dają różne ilości punktów (od symbolicznych po gargantuiczne), niektóre nie dodają punktów, robią coś innego, np. zakopują czołg przeciwnika w ziemi lub rozpościerają tarcze nad czołgiem gracza.
Siła "czołgów" tkwi w multiplayerze. Można grać w dwóch na jednym kompie lub dwóch przez sieć lokalną (np. popularne Hamachii). Nigdy się nie zdarzyło, żeby jakaś rozgrywka była taka sama jak inna, i w tym tkwi największa zaleta, sprawiająca, że ta mała i nieskomplikowana gierka jest niewiarygodnie grywalna.
wtorek, 22 maja 2012
Jacek Dukaj "Lód"
Dukaj. W sumie wystarczyłoby spojrzeć na nazwisko autora, wystarczyłoby to spokojnie za recenzję. Nie czytałem dużo Dukaja. Pierwsze wydanie "Xavrasa Wyżryna" (jeszcze SuperNOWA, swoją drogą, słabo, że w nowszym nie ma "Zanim noc"), potem szaloną książkę o pomieszanym świecie platońskich idei (tytułu zapomniałem niestety), i to w sumie tyle, ale wystarczyło, żebym został fanem tego autora. Fanem to może jednak za dużo powiedziane - osobą patrzącą na jego twórczość z modyfikatorem reakcji +10.
Akurat jest w Krakowie gorąco jak jasna cholera, i tak też było dziś (rzut okiem na ekran laptopa, a dokładnie na prawy dolny róg - umh, wczoraj), jak skończyłem czytać. Nie było łatwo przebić się przez taką cegłę (ponad 1000 stron), musiałem przedłużać termin wypożyczenia książki w bibliotece, ale tak czy siak, było warto.
No dobra, uwaga na spoilery.
Książka opowiada o Benedykcie Gierosławskim, młodym matematyku, studencie, żyjącym w Warszawie. W sumie zapomniałem jaki to był rok, ale jest po 1920. Świat wygląda zupełnie inaczej, niż znamy to z historii. Nie było rewolucji, wielkie cesarstwa europejskie nadal istnieją. Dmowski nie żyje, Piłsudski rozbija się z partyzantką na Syberii, będąc na usługach Japonii, toczącej akurat z Carstwem Rosyjskim wojnę, niepodległej Polski nie ma.
Eurazja, a w każdym razie od Polski po Kamczatkę, skuta jest Lodem. Coś kiedyś pierdyknęło srogo na Syberii (Meteoryt tunguski, joł), i rozlazła się zmarzlina jakiej świat nie widział. Zmarzlina żywa - chociaż ciężko powiedzieć, czy i jak Lute, istoty zrodzone z lodu, żyły i jak żyły. Poruszały się na lądzie, wodzie i w powietrzu, przemrażały się przez ściany budynków, tworzyły całe skupiska zwane Soplicowami. Poruszały się bardzo powoli, ale jednak.
Świat podzielił się wręcz na rozmemłane, chaotyczne Lato, i wyregulowany Lód, gdzie nawet Prawda jako taka "zamarzła", i gdzie nie można było kłamać o sobie, tzn. działały jakieś szalone prawa logiki determinujące "zamarznięcie" w określonej przybranej postaci.
Pojawiły się też nowe minerały Lodowe - zbudowano z nich całą nową Tablicę Mendelejewa. Ćmiatło, przeciwieństwo światła. Teslektryczność - przeciwieństwo elektryczności, nad którym eksperymentował Tesla, ściągnięty na Syberię przez samego Batiuszkę Cara, w celu wykonania pewnego zadania. Puch złoty. Zimnazo, tungeryt, z których wykonywano konstrukcje przeczące swoim istnieniem prawa klasycznej fizyki.
Lód sprowadził na Ziemię, na terenach przez siebie zajętych, zupełnie inną rzeczywistość.
Tak czy siak, odyseja głównego bohatera zaczyna się, gdy przedstawiciele Ministerstwa Zimy każą mu zbierać dupę w troki i spieprzać na Syberię, aby znaleźć tam ojca - zesłańca, o którym krążą pogłoski, że potrafi rozmawiać z Lutymi.
Odpowiednio więc nakierowany mógłby "rozmrozić" Historię, zamarłą pod Lodem.
Dukajowej metafizyki, ciągnących się całymi setkami stron rozkmin filozoficznych na najróżniejsze tematy, zagadnień z logiki, matematyki, rozbebeszania podstaw istoty bytu, jest tu pełno, tak ogromnie wręcz, że niektórzy zostaną od książki odrzuceni. Tak czy siak, sama akcja, mimo tego, że nie toczy się jakoś szczególnie wartko (co nie znaczy, że nie ma efektownych pościgów, katastrof, rewolucji, a trup nie ściele się gęsto), to jednak trzyma w napięciu, a losy głównego bohatera są tym bardziej ciekawe, że jest to postać cały czas szukająca siebie w życiu, i życia w życiu, Benedykt uważał się za "nieistniejącego". Domniemane nieistnienie nie uchroniło go jednak, jeszcze zanim dotarł do Irkucka, przez wplątaniem się w ogromne ilości spisków politycznych i religijnych. Koterie na cesarskim dworze, zwolennicy zniszczenia Lodu i jego utrzymania, radykałowie wszystkich możliwych maści (trockiści, leniniści, demokraci, eserowcy, narodowcy, zwolennicy niepodległości Syberii, monarchiści, anarchiści, fiodorowcy [ci od powszechnego wskrzeszenia], itd, itp, etc.), kilkanaście wzajemnie zwalczających się sekt Marcynowców, z Rasputinem na czele (brawa dla autora za fenomenalne sportretowanie rosyjskiego ducha religijnego szaleństwa), a także liczne osoby prywatne, każdy albo chciał przekabacić Syna Mroza na swoją stronę - albo go zabić. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Dochodzi do tego niespełniona miłość (lub raczej nieuświadomiona), wierzenia i praktyki szamańskie rdzennych ludów syberyjskich (przedstawione tak, że sam Eliade by się nie powstydził), zawieruchy w środowisku fabrykantów....
Dawno nie czytałem książki, gdzie naprawdę niesamowity świat przedstawiony byłby przedstawiony z taką pieczołowitością. No ale ilość zapisanych stron zobowiązuje. Czego w tej książce nie ma. Prawdy życiowe zamrożone, prawdy o świecie, swobodna wariacja na różne różnorodne tematy. No fantastyczna nomen omen sprawa. A autor pisał to wszystko na dodatek w narracji pierwszoosobowej z pozycji Benedykta, językiem stylizowanym na język z epoki. Polecam serdecznie, polecam gorąco (tak, otiepielnicy FTW).
Akurat jest w Krakowie gorąco jak jasna cholera, i tak też było dziś (rzut okiem na ekran laptopa, a dokładnie na prawy dolny róg - umh, wczoraj), jak skończyłem czytać. Nie było łatwo przebić się przez taką cegłę (ponad 1000 stron), musiałem przedłużać termin wypożyczenia książki w bibliotece, ale tak czy siak, było warto.
No dobra, uwaga na spoilery.
Książka opowiada o Benedykcie Gierosławskim, młodym matematyku, studencie, żyjącym w Warszawie. W sumie zapomniałem jaki to był rok, ale jest po 1920. Świat wygląda zupełnie inaczej, niż znamy to z historii. Nie było rewolucji, wielkie cesarstwa europejskie nadal istnieją. Dmowski nie żyje, Piłsudski rozbija się z partyzantką na Syberii, będąc na usługach Japonii, toczącej akurat z Carstwem Rosyjskim wojnę, niepodległej Polski nie ma.
Eurazja, a w każdym razie od Polski po Kamczatkę, skuta jest Lodem. Coś kiedyś pierdyknęło srogo na Syberii (Meteoryt tunguski, joł), i rozlazła się zmarzlina jakiej świat nie widział. Zmarzlina żywa - chociaż ciężko powiedzieć, czy i jak Lute, istoty zrodzone z lodu, żyły i jak żyły. Poruszały się na lądzie, wodzie i w powietrzu, przemrażały się przez ściany budynków, tworzyły całe skupiska zwane Soplicowami. Poruszały się bardzo powoli, ale jednak.
Świat podzielił się wręcz na rozmemłane, chaotyczne Lato, i wyregulowany Lód, gdzie nawet Prawda jako taka "zamarzła", i gdzie nie można było kłamać o sobie, tzn. działały jakieś szalone prawa logiki determinujące "zamarznięcie" w określonej przybranej postaci.
Pojawiły się też nowe minerały Lodowe - zbudowano z nich całą nową Tablicę Mendelejewa. Ćmiatło, przeciwieństwo światła. Teslektryczność - przeciwieństwo elektryczności, nad którym eksperymentował Tesla, ściągnięty na Syberię przez samego Batiuszkę Cara, w celu wykonania pewnego zadania. Puch złoty. Zimnazo, tungeryt, z których wykonywano konstrukcje przeczące swoim istnieniem prawa klasycznej fizyki.
Lód sprowadził na Ziemię, na terenach przez siebie zajętych, zupełnie inną rzeczywistość.
Tak czy siak, odyseja głównego bohatera zaczyna się, gdy przedstawiciele Ministerstwa Zimy każą mu zbierać dupę w troki i spieprzać na Syberię, aby znaleźć tam ojca - zesłańca, o którym krążą pogłoski, że potrafi rozmawiać z Lutymi.
Odpowiednio więc nakierowany mógłby "rozmrozić" Historię, zamarłą pod Lodem.
Dukajowej metafizyki, ciągnących się całymi setkami stron rozkmin filozoficznych na najróżniejsze tematy, zagadnień z logiki, matematyki, rozbebeszania podstaw istoty bytu, jest tu pełno, tak ogromnie wręcz, że niektórzy zostaną od książki odrzuceni. Tak czy siak, sama akcja, mimo tego, że nie toczy się jakoś szczególnie wartko (co nie znaczy, że nie ma efektownych pościgów, katastrof, rewolucji, a trup nie ściele się gęsto), to jednak trzyma w napięciu, a losy głównego bohatera są tym bardziej ciekawe, że jest to postać cały czas szukająca siebie w życiu, i życia w życiu, Benedykt uważał się za "nieistniejącego". Domniemane nieistnienie nie uchroniło go jednak, jeszcze zanim dotarł do Irkucka, przez wplątaniem się w ogromne ilości spisków politycznych i religijnych. Koterie na cesarskim dworze, zwolennicy zniszczenia Lodu i jego utrzymania, radykałowie wszystkich możliwych maści (trockiści, leniniści, demokraci, eserowcy, narodowcy, zwolennicy niepodległości Syberii, monarchiści, anarchiści, fiodorowcy [ci od powszechnego wskrzeszenia], itd, itp, etc.), kilkanaście wzajemnie zwalczających się sekt Marcynowców, z Rasputinem na czele (brawa dla autora za fenomenalne sportretowanie rosyjskiego ducha religijnego szaleństwa), a także liczne osoby prywatne, każdy albo chciał przekabacić Syna Mroza na swoją stronę - albo go zabić. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Dochodzi do tego niespełniona miłość (lub raczej nieuświadomiona), wierzenia i praktyki szamańskie rdzennych ludów syberyjskich (przedstawione tak, że sam Eliade by się nie powstydził), zawieruchy w środowisku fabrykantów....
Dawno nie czytałem książki, gdzie naprawdę niesamowity świat przedstawiony byłby przedstawiony z taką pieczołowitością. No ale ilość zapisanych stron zobowiązuje. Czego w tej książce nie ma. Prawdy życiowe zamrożone, prawdy o świecie, swobodna wariacja na różne różnorodne tematy. No fantastyczna nomen omen sprawa. A autor pisał to wszystko na dodatek w narracji pierwszoosobowej z pozycji Benedykta, językiem stylizowanym na język z epoki. Polecam serdecznie, polecam gorąco (tak, otiepielnicy FTW).
sobota, 19 maja 2012
Noc Muzeów 2012
Dopisek 2014 - punkt widzenia zdezaktualizowany, małe przewartościowanie wartości przedstawione tutaj.
1) Muzeum PRL - ciekawa wystawa, ale muzeum małe i dopiero rozwijające się. Dobry pomysł z transportem ludzi Nyską i saturatorem z epoki (ciekawe, czy bakterie Coli były też z epoki, czy nowsze - dobra, czepiam się, może ktoś to jednak umył przed użyciem). A wystawa jako taka głównie o piłce nożnej w PRL. Niezła, sporo ciekawostek, eksponatów, ładnie zaaranżowane sale (szatnia, fragment stadionu, trzepak między blokami). Oprócz tego odtworzona meblościanka (uwielbiam meblościanki), odtworzony wystrój stereotypowego PRLowskiego "pubu" (z autentycznymi "Trybunami Ludu" z epoki wiszącymi na tych takich czymś, jak współcześnie "Wyborcza" w Maku), kilka półek z różnymi pierdołami z epoki (klocki Lego tam przedstawione nie były z epoki, lecz z pierwszej połowy lat '90, gdyż jeszcze ja sam akurat takie pamiętałem - pierdołowate ale jednak niedopatrzenie, za które Muzeum ma minus u mnie), itp. Na plus, ale pozostaje niedosyt.
2) Barbakan - radosny minimalizm - jak dla mnie fajnie zwiedzić go w środku, gdyż architektura obronna z lat dawnych ma dla mnie swój specyficzny urok, ale mimo wszystko było aż za pusto. Za to na dziedzińcu pokazy jakiś scenek rodzajowych z epoki, w stylu - dwóch rycerzy dobiera się do białogłowy, biją interweniującego mnicha, itp. Raczej wyszła z tego fragmentu, który widziałem, postmodernistyczna zabawa konwencją średniowieczną niż próba realnego odwzorowania tamtych czasów, ale skoro bardzo licznej widowni się podobało, to funkcję rozrywkową spełniło najwyraźniej dobrze.
3) Sukiennice - o tak, tego właśnie mi brakowało - trochę sztuki nie będącej jakimiś przeintelektualizowanymi popłuczynami po treści i formie, nie przeoranej szponami postmodernizmu, mającej konkretne miejsce w czasie i przestrzeni. Chociaż postmodernizm zaczął już tam wchodzić, np. w salce poświęconej słynnemu obrazowi z Rejtanem (i licznymi jego kopiami czy też odniesieniami do niego) znalazła się książka Marii Janion "Wobec zła" z Rejtanem-wampirem na okładce; abstrahując od kontekstu - którego nie znam, bo książki nie czytałem - uwagi od ilustratora, zaprezentowane w opisie obok, były na żenująco niskim poziomie - coś pomiędzy pseudo-żartobliwością rodem z "Wyborczej" czy "Krytyki Politycznej" [w przełożeniu tych pierdół z knajackiego języka samozwańczej inteligencjo-awangardy artystycznej na polski - "zrobiłem jakieś gówno, polaczki się wkurzyły, ale to dobrze, bo zostałem -we własnym mniemaniu- męczennikiem, ofiarą kato-talibanu, itp."] i nieuzasadnionym poczuciem własnej wysokiej wartości. O ile sam wampir-Rejtan nie robił jeszcze, mimo ogólnej kiczowatości, złego wrażenia, to opis położył pierwsze, niezłe, ale i niedobre, wrażenie. Za to inna zabawa postmodernistyczna zabawa konwencją, czyli odwołania do Rejtana w propagandzie "Solidarności", sprawiły dużo lepsze wrażenie, może ze względu na to, że niosły treść widoczną na pierwszy rzut oka, a nie były takim w sumie szokowaniem dla szoku (szokowanie dla szoku jest całkiem OK, jeśli coś sobą reprezentuje). (Cholera, zacząłem prawicowieć znowu czy co.).
Za to przeraził mnie poziom części zwiedzających. Jasne, nie każdy musi znać się na sztuce, sam nie jestem alfą i omegą, jak już, to, jestem znacznie bliższy omedze niż alfie, ale, na litość Quetzalcoatla, jak można nie wiedzieć, kto to był Wernyhora czy kim była Salome.
Także prezentacje multimedialne miały tendencje to zawieszania się, część tekstów była ucięta (zabrakło gdzieś przycisku "Więcej"), no ale czepiam się, kto w ogóle normalny przegląda te prezentacje.
A samej sztuki jako takiej zgromadzonej w Sukiennicach chyba nie muszę opisywać.
1) Muzeum PRL - ciekawa wystawa, ale muzeum małe i dopiero rozwijające się. Dobry pomysł z transportem ludzi Nyską i saturatorem z epoki (ciekawe, czy bakterie Coli były też z epoki, czy nowsze - dobra, czepiam się, może ktoś to jednak umył przed użyciem). A wystawa jako taka głównie o piłce nożnej w PRL. Niezła, sporo ciekawostek, eksponatów, ładnie zaaranżowane sale (szatnia, fragment stadionu, trzepak między blokami). Oprócz tego odtworzona meblościanka (uwielbiam meblościanki), odtworzony wystrój stereotypowego PRLowskiego "pubu" (z autentycznymi "Trybunami Ludu" z epoki wiszącymi na tych takich czymś, jak współcześnie "Wyborcza" w Maku), kilka półek z różnymi pierdołami z epoki (klocki Lego tam przedstawione nie były z epoki, lecz z pierwszej połowy lat '90, gdyż jeszcze ja sam akurat takie pamiętałem - pierdołowate ale jednak niedopatrzenie, za które Muzeum ma minus u mnie), itp. Na plus, ale pozostaje niedosyt.
2) Barbakan - radosny minimalizm - jak dla mnie fajnie zwiedzić go w środku, gdyż architektura obronna z lat dawnych ma dla mnie swój specyficzny urok, ale mimo wszystko było aż za pusto. Za to na dziedzińcu pokazy jakiś scenek rodzajowych z epoki, w stylu - dwóch rycerzy dobiera się do białogłowy, biją interweniującego mnicha, itp. Raczej wyszła z tego fragmentu, który widziałem, postmodernistyczna zabawa konwencją średniowieczną niż próba realnego odwzorowania tamtych czasów, ale skoro bardzo licznej widowni się podobało, to funkcję rozrywkową spełniło najwyraźniej dobrze.
3) Sukiennice - o tak, tego właśnie mi brakowało - trochę sztuki nie będącej jakimiś przeintelektualizowanymi popłuczynami po treści i formie, nie przeoranej szponami postmodernizmu, mającej konkretne miejsce w czasie i przestrzeni. Chociaż postmodernizm zaczął już tam wchodzić, np. w salce poświęconej słynnemu obrazowi z Rejtanem (i licznymi jego kopiami czy też odniesieniami do niego) znalazła się książka Marii Janion "Wobec zła" z Rejtanem-wampirem na okładce; abstrahując od kontekstu - którego nie znam, bo książki nie czytałem - uwagi od ilustratora, zaprezentowane w opisie obok, były na żenująco niskim poziomie - coś pomiędzy pseudo-żartobliwością rodem z "Wyborczej" czy "Krytyki Politycznej" [w przełożeniu tych pierdół z knajackiego języka samozwańczej inteligencjo-awangardy artystycznej na polski - "zrobiłem jakieś gówno, polaczki się wkurzyły, ale to dobrze, bo zostałem -we własnym mniemaniu- męczennikiem, ofiarą kato-talibanu, itp."] i nieuzasadnionym poczuciem własnej wysokiej wartości. O ile sam wampir-Rejtan nie robił jeszcze, mimo ogólnej kiczowatości, złego wrażenia, to opis położył pierwsze, niezłe, ale i niedobre, wrażenie. Za to inna zabawa postmodernistyczna zabawa konwencją, czyli odwołania do Rejtana w propagandzie "Solidarności", sprawiły dużo lepsze wrażenie, może ze względu na to, że niosły treść widoczną na pierwszy rzut oka, a nie były takim w sumie szokowaniem dla szoku (szokowanie dla szoku jest całkiem OK, jeśli coś sobą reprezentuje). (Cholera, zacząłem prawicowieć znowu czy co.).
Za to przeraził mnie poziom części zwiedzających. Jasne, nie każdy musi znać się na sztuce, sam nie jestem alfą i omegą, jak już, to, jestem znacznie bliższy omedze niż alfie, ale, na litość Quetzalcoatla, jak można nie wiedzieć, kto to był Wernyhora czy kim była Salome.
Także prezentacje multimedialne miały tendencje to zawieszania się, część tekstów była ucięta (zabrakło gdzieś przycisku "Więcej"), no ale czepiam się, kto w ogóle normalny przegląda te prezentacje.
A samej sztuki jako takiej zgromadzonej w Sukiennicach chyba nie muszę opisywać.
"Revolution"
Ot, co, zajawka nowego serialu BBC:
Pomysł na pierwszy rzut oka ciekawy (post-apo; do tego myśl przewodnia - żegnaj nam elektryczności - kojarzy mi się z "Autobahn nach Poznań" Ziemiańskiego, które jest jednak kilka poziomów wyżej pod względem konstrukcji świata przedstawionego niż toto), jednak całość wygląda co najmniej biednie. Ale po kolei: 1) Minęło 15 lat po wielkim "zaciemnieniu" - wszystko zarosło. Hmm, może zdążyłem pozapominać z historii już sporo szczegółów, ale nie wydaje mi się, aby przed Edisonem (i Teslą) świat był porośnięty przez dżungle, nie wiem jak to wyglądało w USA, ale w Europie rozwój techniczny i cywilizacyjny był niezły mimo nieznania elektryczności; 1b) Co ma związek z powyższym - nie wiem jeszcze, jak zostanie to wyjaśnione, ale przecież ogrom złomu w rodzaju zwykłych pistoletów czy starych samochodów bez komputerów pokładowych i elektrycznego wspomagania wszystkiego, powinien spokojnie działać mimo braku elektryczności; 1c) urządzenie pokazane na końcu trailera wydaje się być jakimś rodzajem komputera, działającego na elektryczność właśnie. Skoro więc elektryczność nie została w jakiś cudowny sposób "wymazana" z historii ludzkości i praw fizyki naszego świata, to kuhwa w czym problem zacząć odtwarzać dawne elektrownie, zaczynając od chałupniczo konstruowanych, prymitywnych generatorów? Oby to zostało jakoś fabularnie wyjaśnione. 2) Zamiast tego, co w trailerze można zobaczyć, o wiele fajniejszym rozwiązaniem byłoby przedstawienie świata steampunkowego, umieszczonego w przyszłości ziemskiej historii zamiast w alternatywnej rzeczywistości/przeszłości, jak wygląda to zazwyczaj. Powrót do sterowców, jakiś pokracznych pojazdów parowych, ale zamiast całego wiktoriańskiego "feelingu" - post-apoc falloutowe. O, i to by było coś, a nie takie niewiadomoco. Nie wróżę sukcesu temu serialowi.
Pomysł na pierwszy rzut oka ciekawy (post-apo; do tego myśl przewodnia - żegnaj nam elektryczności - kojarzy mi się z "Autobahn nach Poznań" Ziemiańskiego, które jest jednak kilka poziomów wyżej pod względem konstrukcji świata przedstawionego niż toto), jednak całość wygląda co najmniej biednie. Ale po kolei: 1) Minęło 15 lat po wielkim "zaciemnieniu" - wszystko zarosło. Hmm, może zdążyłem pozapominać z historii już sporo szczegółów, ale nie wydaje mi się, aby przed Edisonem (i Teslą) świat był porośnięty przez dżungle, nie wiem jak to wyglądało w USA, ale w Europie rozwój techniczny i cywilizacyjny był niezły mimo nieznania elektryczności; 1b) Co ma związek z powyższym - nie wiem jeszcze, jak zostanie to wyjaśnione, ale przecież ogrom złomu w rodzaju zwykłych pistoletów czy starych samochodów bez komputerów pokładowych i elektrycznego wspomagania wszystkiego, powinien spokojnie działać mimo braku elektryczności; 1c) urządzenie pokazane na końcu trailera wydaje się być jakimś rodzajem komputera, działającego na elektryczność właśnie. Skoro więc elektryczność nie została w jakiś cudowny sposób "wymazana" z historii ludzkości i praw fizyki naszego świata, to kuhwa w czym problem zacząć odtwarzać dawne elektrownie, zaczynając od chałupniczo konstruowanych, prymitywnych generatorów? Oby to zostało jakoś fabularnie wyjaśnione. 2) Zamiast tego, co w trailerze można zobaczyć, o wiele fajniejszym rozwiązaniem byłoby przedstawienie świata steampunkowego, umieszczonego w przyszłości ziemskiej historii zamiast w alternatywnej rzeczywistości/przeszłości, jak wygląda to zazwyczaj. Powrót do sterowców, jakiś pokracznych pojazdów parowych, ale zamiast całego wiktoriańskiego "feelingu" - post-apoc falloutowe. O, i to by było coś, a nie takie niewiadomoco. Nie wróżę sukcesu temu serialowi.
niedziela, 13 maja 2012
Olympus 2207 - angielskie demo
Olympus 2207 to totalna modyfikacja (nie wymagająca zainstalowanej "podstawki") starego, dobrego Fallouta 2, jednak zdecydowanie bardziej obszerna niż jakakolwiek inna (no, może Mutants Rising reprezentuje podobnie wysoki poziom). Praktycznie wszystkie elementy interfejsu czy obiekty w grze to zupełnie nowe grafiki, ciężko uwierzyć, że to stareńki engine FO2 a nie FOnline.
Tak czy siak, piszą o tym tutaj.
Tak czy siak, piszą o tym tutaj.
Thomas Carlyle "Bohaterowie"
Z Carlyle'm mam problem. Z jednej strony jego prze-nietzscheański heroizm, kult jednostki wybitnej, która zmagając się ze światem popycha go na nowe tory wbrew wszystkim możliwym "dziejowym koniecznościom" lub nawet samej naturze, brzmi naprawdę nieźle, ba, można nawet to sobie przerobić samemu na wersję anarchistyczną. Do tego mamy jakieś aluzje do niemieckiego romantyzmu, do koncepcji "wiecznego powrotu", patetyczny antyintelektualizm. Niestety, po lekturze "Bohaterów" nawet przychylnego autorowi czytelnika może ogarnąć w najlepszym razie znudzenie, w najgorszym zniechęcenie.
Nie jest to zła książka, gdyby patrzeć na nią pod względem tylko stylistycznym. Trzeba przyznać, że autor był erudytą, i wiedział, jak posługiwać się językiem. Z drugiej strony, jak na dłoni widać miałkość jego myśli, którą spłycić można tutaj tylko do fascynacji ludźmi wybitnymi, i maskowanego kompleksu niższości (moja autorska interpretacja wyczytana między wierszami, nie musisz się z tym zgadzać, ba, sam nie będę tego twierdzenia jakoś specjalnie mocno bronił), jego wręcz absurdalny elitaryzm (chociaż jakiś heroizm proletariacki niby też powstał, aaaale...), wreszcie pochwała i obrona angielskiego imperializmu. Co ciekawe, fascynacja ludźmi wybitnymi nie dotyczy wszystkich aspektów ich myśli czy kultury, w jakiej się obracali, autor podchodzi do tych kwestii z charakterystycznym dla Anglosasów poczuciem wyższości, uznając np. Odyna za człowieka, który na tyle był rozgarnięty wśród społeczności otaczających go dzikusów, że obwołano go potem bogiem.
Autor przedstawia bohatera jako bóstwo, poetę, wodza, proroka, itd, podając odpowiednie przykłady (Odyn, Mahomet, Szekspir, Dante, Napoleon, Cromwell, Luter, ktoś tam jeszcze chyba był), skupiając się na przewadze moralnej, a nie intelektualnej, oraz na powinności, którą ci bohaterowie spełniali wobec swoich społeczności, spełniali dla nich, samemu żyjąc skromnie, nieraz wręcz ascetycznie, poświęcając się dla innych, widać tutaj post-protestancki rys w myśli autora (który porzucił kalwinizm pod wpływem najprędzej romantyzmu niemieckiego).
Największym plusem książki jest zaś to, że w jakiś tanich książkach można i za 6zł znaleźć.
Nie jest to zła książka, gdyby patrzeć na nią pod względem tylko stylistycznym. Trzeba przyznać, że autor był erudytą, i wiedział, jak posługiwać się językiem. Z drugiej strony, jak na dłoni widać miałkość jego myśli, którą spłycić można tutaj tylko do fascynacji ludźmi wybitnymi, i maskowanego kompleksu niższości (moja autorska interpretacja wyczytana między wierszami, nie musisz się z tym zgadzać, ba, sam nie będę tego twierdzenia jakoś specjalnie mocno bronił), jego wręcz absurdalny elitaryzm (chociaż jakiś heroizm proletariacki niby też powstał, aaaale...), wreszcie pochwała i obrona angielskiego imperializmu. Co ciekawe, fascynacja ludźmi wybitnymi nie dotyczy wszystkich aspektów ich myśli czy kultury, w jakiej się obracali, autor podchodzi do tych kwestii z charakterystycznym dla Anglosasów poczuciem wyższości, uznając np. Odyna za człowieka, który na tyle był rozgarnięty wśród społeczności otaczających go dzikusów, że obwołano go potem bogiem.
Autor przedstawia bohatera jako bóstwo, poetę, wodza, proroka, itd, podając odpowiednie przykłady (Odyn, Mahomet, Szekspir, Dante, Napoleon, Cromwell, Luter, ktoś tam jeszcze chyba był), skupiając się na przewadze moralnej, a nie intelektualnej, oraz na powinności, którą ci bohaterowie spełniali wobec swoich społeczności, spełniali dla nich, samemu żyjąc skromnie, nieraz wręcz ascetycznie, poświęcając się dla innych, widać tutaj post-protestancki rys w myśli autora (który porzucił kalwinizm pod wpływem najprędzej romantyzmu niemieckiego).
Największym plusem książki jest zaś to, że w jakiś tanich książkach można i za 6zł znaleźć.
Czyżynalia dzień 2
Pierwsze wrażenie - zimno, bardzo zimno. Drugie wrażenie - a, co tam.
Grubson (nie wiem co brał ten ktoś, kto wrzucił tego smętka przed same kapele metalowe, ale musiał to być mocny towar) - przyszedłem w 3/4 występu i poszedłem do ogródka piwnego od razu, więc nie wiem i nie chcę wiedzieć.
Jelonek - od jego płyt się odbijałem, nawet jak jeszcze słuchałem na co dzień takie pocieszne cudactwa bez przekazu i czegokolwiek. Trzeba jednak przyznać, że show potrafi zrobić naprawdę niezły.
W międzyczasie zaczęło padać.
Illusion - jak wyżej, tzn. odbijałem się od płyt kiedyś, poza tym z wczoraj Lipali, mimo gorszej nazwy (tak, wiem, co oznacza), a w składzie praktycznie tym samym, spodobało mi się bardziej. Poczciwość, pomylili się raz, zaczęli grać jedno, a to było co innego, pocieszność.
Hey - Kasia Nosowska wygląda jak tapczan, na 3/4 tego smętnego występu byłem w ogródku piwnym.
Apocalyptica - ech, piękne i beztroskie czasy gimnazjum się przypominają (no dobra, liceum jeszcze ciut też), gdy słuchałem tego namiętnie. O dziwo nie zagrali samych smętków, a nawet kilka kowerów metaliki, fani powinni być zadowoleni.
Wychodząc w sumie na ostatniej piosence Apokaliptyki, jeszcze przed formalnym końcem i bisami, poczciwość zasłyszałem idąc wśród ludzi wielu - fragment dowcipu o elektronach kowalencyjnych potasu czy tam czegoś. Postmodernizm jest wśród nas.
Grubson (nie wiem co brał ten ktoś, kto wrzucił tego smętka przed same kapele metalowe, ale musiał to być mocny towar) - przyszedłem w 3/4 występu i poszedłem do ogródka piwnego od razu, więc nie wiem i nie chcę wiedzieć.
Jelonek - od jego płyt się odbijałem, nawet jak jeszcze słuchałem na co dzień takie pocieszne cudactwa bez przekazu i czegokolwiek. Trzeba jednak przyznać, że show potrafi zrobić naprawdę niezły.
W międzyczasie zaczęło padać.
Illusion - jak wyżej, tzn. odbijałem się od płyt kiedyś, poza tym z wczoraj Lipali, mimo gorszej nazwy (tak, wiem, co oznacza), a w składzie praktycznie tym samym, spodobało mi się bardziej. Poczciwość, pomylili się raz, zaczęli grać jedno, a to było co innego, pocieszność.
Hey - Kasia Nosowska wygląda jak tapczan, na 3/4 tego smętnego występu byłem w ogródku piwnym.
Apocalyptica - ech, piękne i beztroskie czasy gimnazjum się przypominają (no dobra, liceum jeszcze ciut też), gdy słuchałem tego namiętnie. O dziwo nie zagrali samych smętków, a nawet kilka kowerów metaliki, fani powinni być zadowoleni.
Wychodząc w sumie na ostatniej piosence Apokaliptyki, jeszcze przed formalnym końcem i bisami, poczciwość zasłyszałem idąc wśród ludzi wielu - fragment dowcipu o elektronach kowalencyjnych potasu czy tam czegoś. Postmodernizm jest wśród nas.
sobota, 12 maja 2012
Czyżynalia dzień 1
Miałem tam nie iść, ale pomyślałem sobie, że co mi szkodzi. Na pierwszy dzień miałem nie iść, ale jak zobaczyłem, że bilet na dzień drugi kosztował 50zł (w przedsprzedaży) a karnet 60zł, to kupiłem karnet, więc poszedłem i dnia pierwszego. A dziś będzie dzień drugi, ot, poczciwości nieskończona.
Organizacja niezła, sporo różnych znajomych się natrafiło, no i bardzo dobry powód się znalazło, by chodzić na piwo do "ogródka" koło wejścia na teren.
230 Volt - ogródek piwny.
Frontside - łupanka bez ładu i składu, chujowe, ale można było głową pokiwać.
Lipali - nie znałem wcześniej, a technicznie całkiem niezłe, aż obczaję dokładniej kiedyś.
Maleńczuk - ogródek, potem trawa (bez skojarzeń!). Nie moje klimaty, ale ciężko nie mieć szacunku do artysty, który jest cynikiem, i wprost w wywiadach stwierdza, że gra taką muzykę, która się sprzedaje. No i to poczciwy satanista.
Dżem - nie rozumiem fenomenu tej grupy ani jej statusu "kultowości". Grupa jakiś dziadów i Rysiek 2.0, na basie typ co wyglądał jak Święty Mikołaj (taki popkulturowy). Mdłe i bez polotu, teksty szarpiące dusze każdej wrażliwej gimnazjalówki.
A dalej nie wiem, się zmyłem stamtąd.
Złoty Penis Kozła 2012 dla tego, kto wymyślił toto takie coś z pianą.
Organizacja niezła, sporo różnych znajomych się natrafiło, no i bardzo dobry powód się znalazło, by chodzić na piwo do "ogródka" koło wejścia na teren.
230 Volt - ogródek piwny.
Frontside - łupanka bez ładu i składu, chujowe, ale można było głową pokiwać.
Lipali - nie znałem wcześniej, a technicznie całkiem niezłe, aż obczaję dokładniej kiedyś.
Maleńczuk - ogródek, potem trawa (bez skojarzeń!). Nie moje klimaty, ale ciężko nie mieć szacunku do artysty, który jest cynikiem, i wprost w wywiadach stwierdza, że gra taką muzykę, która się sprzedaje. No i to poczciwy satanista.
Dżem - nie rozumiem fenomenu tej grupy ani jej statusu "kultowości". Grupa jakiś dziadów i Rysiek 2.0, na basie typ co wyglądał jak Święty Mikołaj (taki popkulturowy). Mdłe i bez polotu, teksty szarpiące dusze każdej wrażliwej gimnazjalówki.
A dalej nie wiem, się zmyłem stamtąd.
Złoty Penis Kozła 2012 dla tego, kto wymyślił toto takie coś z pianą.
Chodź zaklikaj mi kozła
Czyli krótka opowieść o różnych action-RPG zwanych też hack 'n' slash. Czasem człek poczciwy staje się smętny, siedzi w domu kilka tygodni i nie odchodzi od laptopa. Paradoksalnie dzieje się to jeszcze zanim wyszło Diablo III. Tak czy siak, grą z tegoż gatunku, która zjadła chore ilości mojego żywota ostatnimi czasy, jest Titan Quest. Gra uproszczona nawet jak na hns (teleport z każdego miejsca, tylko dwa rodzaje napojów, których kupcy mają nieskończoność, świat liniowy jak cholera i dużo mniejszy np, od takiego Sacreda, śmiesznie mało questów pobocznych, tylko trzy atrybuty (siła, zręczność, inteligencja), itp.), ale wyróżniająca się ładną grafiką (efekty śliczne, no i rag-doll), do tego pierdylionem przedmiotów do znalezienia. Fabuła to postmodernistyczny bełkot, zupełna zlewka z mitologii i historii starożytnej wzbogacona o setki uproszczeń, na dodatek dziurawa i niedopracowana, ale to najmniejszy problem - wiadomo że i tak fabuła jako taka to tylko pretekst do masowych rzezi. Ach, i jeszcze jedna rzecz - można wybrać dwie "klasy postaci" (czy tam "drogi", itp, zwał jak zwał, wiadomo o co chodzi), co stwarza ogromne możliwości przy projektowaniu swojej postaci.
Nie byłbym sobą, gdybym nie kombinował z modami. Grałem z dwoma (oczywiście nie jednocześnie, jeden wyklucza drugi) - Paths i Unterlord. Paths zmienia grę jako taką w małym stopniu, za to zmienia zupełnie wszystkie dostępne w grze "klasy postaci" (tytułowe "ścieżki"), na oryginalne i mało sztampowe oraz bardzo klimatyczne, równoważąc zdolności potężne i koszmarne wady (np. spróbujcie Lichem czy Kholrosem niskopoziomowymi iść na nieumarłych z marszu). Unterlord robi trochę coś innego - zmienia tylko jedną z dostępnych w grze "ścieżek rozwoju" (Rogue zmienia się na Occultist), za to utrudnia grę niemożebnie, dodając hordy przeciwników więcej, nowe zdolności dla bossów, itp.
O co zaś chodzi z kozłem w tytule notki? Bo satyry fajnie latają, trzepnięte dowolną obszarową umiejętnością Seera.
Powróciłem też chwilowo do stareńkiego Sacreda - niestety na smętnym laptopie moim średnio już chodzi (za nowy laptop, gra za stara), a szkoda wielka, bo pod względem obszaru gry Sacred nadal potrafi oszołomić.
Warto jeszcze wspomnieć o czymś tak poczciwym jak Unepic - gra amatorska przypominająca klasyczną platformówkę 2D, a będąca pełnoprawnym RPGiem, tyle, że parodystycznym. Główny bohater poszedł się odlać w czasie sesji RPG z kumplami, po czym przekonał się, że za drzwiami kibla rozpościera się ogromne zamczysko... Świetna, poczciwa gra, z jednej strony zupełny polew na gry RPG i ogólnie na grową popkulturę (aluzje do WoWa, Starcrafta, itd.), także na samych graczy, z drugiej strony złożony świat pozbawiony nadmiernych uproszczeń (np. chcesz mieć napój leczniczy? musisz upolować składniki i mieć pustą butelkę, no i znać przepis na niego. I dostać się do kotła na palenisku, by składniki tam ugotować).
Nie byłbym sobą, gdybym nie kombinował z modami. Grałem z dwoma (oczywiście nie jednocześnie, jeden wyklucza drugi) - Paths i Unterlord. Paths zmienia grę jako taką w małym stopniu, za to zmienia zupełnie wszystkie dostępne w grze "klasy postaci" (tytułowe "ścieżki"), na oryginalne i mało sztampowe oraz bardzo klimatyczne, równoważąc zdolności potężne i koszmarne wady (np. spróbujcie Lichem czy Kholrosem niskopoziomowymi iść na nieumarłych z marszu). Unterlord robi trochę coś innego - zmienia tylko jedną z dostępnych w grze "ścieżek rozwoju" (Rogue zmienia się na Occultist), za to utrudnia grę niemożebnie, dodając hordy przeciwników więcej, nowe zdolności dla bossów, itp.
O co zaś chodzi z kozłem w tytule notki? Bo satyry fajnie latają, trzepnięte dowolną obszarową umiejętnością Seera.
Powróciłem też chwilowo do stareńkiego Sacreda - niestety na smętnym laptopie moim średnio już chodzi (za nowy laptop, gra za stara), a szkoda wielka, bo pod względem obszaru gry Sacred nadal potrafi oszołomić.
Warto jeszcze wspomnieć o czymś tak poczciwym jak Unepic - gra amatorska przypominająca klasyczną platformówkę 2D, a będąca pełnoprawnym RPGiem, tyle, że parodystycznym. Główny bohater poszedł się odlać w czasie sesji RPG z kumplami, po czym przekonał się, że za drzwiami kibla rozpościera się ogromne zamczysko... Świetna, poczciwa gra, z jednej strony zupełny polew na gry RPG i ogólnie na grową popkulturę (aluzje do WoWa, Starcrafta, itd.), także na samych graczy, z drugiej strony złożony świat pozbawiony nadmiernych uproszczeń (np. chcesz mieć napój leczniczy? musisz upolować składniki i mieć pustą butelkę, no i znać przepis na niego. I dostać się do kotła na palenisku, by składniki tam ugotować).
środa, 9 maja 2012
Stalowy Szczur x3
Czyli trzy czytadła Harrisona, wydane w Polsce kiedyś przez Wydawnictwo Poznańskie - "Stalowy Szczur", " Zemsta Stalowego Szczura" i "Stalowy Szczur ocala świat". Autor napisał tych czytadeł 12 - czy w Polsce ukazało się ich więcej niż 3, nie wiem.
W sumie już napisałem co to - czytadła. Na dodatek małe, lekkie, przyjemne i bezproblemowe do szybkiego przyswojenia (sam przeczytałem wszystkie trzy w czasie jednej jazdy pociągiem). Tam nie ma drugiego dna, ani rozmów o życiu i filozofii ciągnących się przez kilka stron. Jest za to brawurowa, nieskrępowana niczym, wartka akcja.
"Stalowy Szczur" to okreslenie na przestępce żyjącego na dowolnej z ludzkich planet w dalekiej przyszłości, gdy w sumie przestępczość jako taka praktycznie nie istnieje. Szczurów jest trochę, każdy ma inne zasady i metody działania. Główny bohater, James Bolivar diGriz, oprócz tego, że propaguje ateizm i kieruje się specyficznie pojętym humanitaryzmem (zabija tylko w ostateczności, bo w końcu każdy ma tylko jedno życie), oraz zna Esperanto, to złodziej, malwersant, nie unikający strzelanin i radzący sobie zarówno w chaotycznej walce w zwarciu, jak i w planowaniu kolejnych posunięć. Pewnego dnia zostaje jednak złapany przez Korpus Specjalny - okazuje się, że szef Korpusu to dawny Szczur, zwerbowany kiedyś już przez innego. Najlepsi zaś agenci to byłe Szczury, którym stawia się propozycję nie do odrzucenia.
DiGriz nie przestaje być antybohaterem, egoistą kierującym się głównie własnym interesem i chęcią przeżycia, jednak szybko odnajduje się w Korpusie i brawurowo rozprawia się z kolejnymi przeciwnikami pokoju w galaktyce. Ba, nawet żeni się ze swoją przeciwniczką, która po drobnych korektach psychiki (zostawiała za sobą szlak trupów) również trafiła do korpusu. Udaremnia międzyplanetarne inwazje totalitarnej dyktatury oraz podróżuje w czasie tropem szaleńca, który postanawia zniszczyć Korpus. Brawurowo lecz ze spokojem i humorem.
Fani czytadeł s-f jeśli nie znają tej klasyki, nie mogą przejść obok obojętnie.
W sumie już napisałem co to - czytadła. Na dodatek małe, lekkie, przyjemne i bezproblemowe do szybkiego przyswojenia (sam przeczytałem wszystkie trzy w czasie jednej jazdy pociągiem). Tam nie ma drugiego dna, ani rozmów o życiu i filozofii ciągnących się przez kilka stron. Jest za to brawurowa, nieskrępowana niczym, wartka akcja.
"Stalowy Szczur" to okreslenie na przestępce żyjącego na dowolnej z ludzkich planet w dalekiej przyszłości, gdy w sumie przestępczość jako taka praktycznie nie istnieje. Szczurów jest trochę, każdy ma inne zasady i metody działania. Główny bohater, James Bolivar diGriz, oprócz tego, że propaguje ateizm i kieruje się specyficznie pojętym humanitaryzmem (zabija tylko w ostateczności, bo w końcu każdy ma tylko jedno życie), oraz zna Esperanto, to złodziej, malwersant, nie unikający strzelanin i radzący sobie zarówno w chaotycznej walce w zwarciu, jak i w planowaniu kolejnych posunięć. Pewnego dnia zostaje jednak złapany przez Korpus Specjalny - okazuje się, że szef Korpusu to dawny Szczur, zwerbowany kiedyś już przez innego. Najlepsi zaś agenci to byłe Szczury, którym stawia się propozycję nie do odrzucenia.
DiGriz nie przestaje być antybohaterem, egoistą kierującym się głównie własnym interesem i chęcią przeżycia, jednak szybko odnajduje się w Korpusie i brawurowo rozprawia się z kolejnymi przeciwnikami pokoju w galaktyce. Ba, nawet żeni się ze swoją przeciwniczką, która po drobnych korektach psychiki (zostawiała za sobą szlak trupów) również trafiła do korpusu. Udaremnia międzyplanetarne inwazje totalitarnej dyktatury oraz podróżuje w czasie tropem szaleńca, który postanawia zniszczyć Korpus. Brawurowo lecz ze spokojem i humorem.
Fani czytadeł s-f jeśli nie znają tej klasyki, nie mogą przejść obok obojętnie.
Brian W. Aldiss "Superpaństwo"
Jedna z nowszych książek Aldissa, jak na mój gust wyraźnie jednak gorsza od chociażby takiej "Cieplarni". Widać też jak na dłoni poglądy autora, które w sumie zajeżdżają jakąś socjaldemokracją.
Niby ma to być satyra na Unię Europejską z elementami antyutopii ale momentami nie było to zbytnio śmieszne. Ale co kto lubi.
Autor przedstawia przedstawicieli elit biznesowych i rządowych, ale i prostszych ludzi, w tym imigrantów, ukazuje ich perypetie w szerszym kontekście społecznym i kulturowym. Mamy więc zblazowanych burżujów, nowobogackich wysyłających w charakterze zamiennika androida w celu zawarcia ślubu, maniaków religijnych różnych orientacji (dostaje się nie tylko chrześcijaństwu [postać maniaka, mordercy, itd.], ale też wyznawcom jakiś wschodnich pierdół), szalonych militarystów, politykierów pozujących na mężów stanu, itd. Zawsze pod płaszczykiem postępu czy tolerancji wychodzi z nich coś zupełnie innego.
Punktem kulminacyjnym fabuły jest potężna katastrofa naturalna (ogromne połacie zachodniego i północnego wybrzeża Europy zostają zalane przez morze) o niewiadomych przyczynach. Podejrzenia spadają rzecz jasna na muzułmańskie państwo, wybucha wojna (przygotowywana w sumie już wcześniej). A to tylko wstęp do tego, co autor chciał przekazać.
"Cieplarnia" to to nie jest, ale czyta się nieźle.
Niby ma to być satyra na Unię Europejską z elementami antyutopii ale momentami nie było to zbytnio śmieszne. Ale co kto lubi.
Autor przedstawia przedstawicieli elit biznesowych i rządowych, ale i prostszych ludzi, w tym imigrantów, ukazuje ich perypetie w szerszym kontekście społecznym i kulturowym. Mamy więc zblazowanych burżujów, nowobogackich wysyłających w charakterze zamiennika androida w celu zawarcia ślubu, maniaków religijnych różnych orientacji (dostaje się nie tylko chrześcijaństwu [postać maniaka, mordercy, itd.], ale też wyznawcom jakiś wschodnich pierdół), szalonych militarystów, politykierów pozujących na mężów stanu, itd. Zawsze pod płaszczykiem postępu czy tolerancji wychodzi z nich coś zupełnie innego.
Punktem kulminacyjnym fabuły jest potężna katastrofa naturalna (ogromne połacie zachodniego i północnego wybrzeża Europy zostają zalane przez morze) o niewiadomych przyczynach. Podejrzenia spadają rzecz jasna na muzułmańskie państwo, wybucha wojna (przygotowywana w sumie już wcześniej). A to tylko wstęp do tego, co autor chciał przekazać.
"Cieplarnia" to to nie jest, ale czyta się nieźle.
środa, 25 kwietnia 2012
Meeeeee 2012
Czyli trasa Niech Kozły Świat 2012 + Covenant XV w Krakowie, a działo się to 21 kwietnia roku bieżącego.
Najpierw miały to być po prostu Kozły, ale potem doszło multum supportów, a potem połączono to z Covenant - zapewne z przyczyn finansowych lub jakiśtam, ale w sumie nie był to zły pomysł, zwłaszcza że na tegorocznym Covenancie świętowali 15-lecie weterani ze Stillborn, ciągle rześcy mimo upływającego czasu.
Program całej imprezy zakładał otwarcie bram o 13tej, a o północy miały być podstawione autobusy smętne by porozwozić niedobitków (klub Kwadrat to jednak daleko dla niektórych). Muszę zauważyć, że nie wyobrażam sobie, wysiedzieć w death/black metalowym - nie bójmy się tak tego nazwać - hałasie tyle czasu, jednak ponoć byli i tacy. Ja dotarłem na miejsce koło 19tej, załapując się na jakiś lokalny support jeszcze - Infautation of Death. Ot, death metal, szybko, brutalnie, ale, szczerze mówiąc, nie odróżniłbym tej kapeli od legionu innych, brzmiących praktycznie identycznie, i grających na podobną modłę. Jako że jednak dopiero tam przybyłem, to jako rozgrzewka sprawili się nieźle.
Potem wystąpiły po sobie trzy kapele składające się właśnie na trasę Niech Kozły, czyli Infidel, Bloodthirst i Furia.
Infidel to do bólu sztampowy ale bardzo solidny bm w szybkich tempach. Image też charakterystyczny dla gatunku i przyjętej konwencji - odwrócone krzyże na scenie, obwiązane drutem kolczastym, do tego czaszka kozła (lub czegoś rogatego) na jakimś pokracznym statywie, corpse paint, gwoździe, pasy amunicyjne, itd. Nieco pociesznie wyglądał basista, przez klatkę piersiową aż po wylewający się ze spodni brzuch miał narysowany odwrócony krzyż - nie mam nic do brzucha wylewającego się ze spodni, ale sprawiało to, jak wspomniałem, dosyć pocieszne wrażenie, w połączeniu z całością.
Infidel zagrał i poszedł sobie, ustępując na scenie miejsca Bloodthirst. Ta kapela natomiast to black/thrash, szybki, z przytupem, momentami bardzo punkowy. Na płycie ostatniej czy tam jakiejś EP ich, jaką mam, a której tytuł mi wyleciał z głowy ("Żądza krwi" chyba) nieco nie przypadł mi do gustu głos wokalisty, na żywo nie przeszkadzał mi wcale. Image bardziej thrashowy, jeśli kogoś by to interesowało. Dobry występ.
No i kapela, na którą w sumie przyszedłem - Furia. Dla niektórych objawienie, dla innych hipsterstwo i grafomania. Szczerze powiedziawszy, po analizie ich tekstów, opinia, że są black metalową Comą nie jest zupełnie bezpodstawna, jednak przynajmniej jest to coś oryginalnego. Tak czy owak, a nie chce mi się rozpisywać w sumie, bo nic mi się nie chce ostatnio, zagrali sporo starych przebojów ("Ślepych dzień", "Zgniję, nie odpowiem!", itd.) oraz trzy kawałki z najnowszej płyty ("Pódź w dół", "Są to koła" i cośtam jeszcze). Na żywo wypadły one lepiej niż na płycie, w moim przekonaniu bardziej surowej i będącej bardziej black metalową od np. "Halnego", który momentami przypominał mi Pink Floyd.
Nihil na zakończenie pozdrowił publiczność całusem.
Pomachałem se łbem, popiłem, pojadłem, wydałem ostatnie pieniądze na merch, po czym załapałem się na 15 minut koncertu gwiazdy wieczoru, Stillborn. Naprawdę nic do nich nie mam, zaczęli koncert na naprawdę wysokim poziomie, po prostu by czterech poprzednich kapelach byłem zwiędły już, a jakbym nie poszedł wtedy, to nie załapałbym się na któryś z ostatnich dziennych autobusów w stronę miasta, a potem musiałbym albo iść na piechtę, albo poczekać na nocny lub transport zapewniony przez organizatora (ale nie wiem, czy w sumie było coś takiego).
Z ciekawostek innych - dużo zgrabnych, kobiecych nóg w kabaretkach/pończochach/itp., sporo gotyckich dekoltów. Jedna fanka Massemord w ich wspaniałej, żółtej koszulce. Jakiś typ w pokracznej masce (ja bym się udusił w czymś takim), zadziwiająco dużo fanów nsbm. Trochę obora (stojąc na sali pod balkonami dwa razy polało się na mnie piwo z góry - całe szczęście, niewiele), ale zachowania wpisane jednak w konwencje.
Dobry koncert.
Najpierw miały to być po prostu Kozły, ale potem doszło multum supportów, a potem połączono to z Covenant - zapewne z przyczyn finansowych lub jakiśtam, ale w sumie nie był to zły pomysł, zwłaszcza że na tegorocznym Covenancie świętowali 15-lecie weterani ze Stillborn, ciągle rześcy mimo upływającego czasu.
Program całej imprezy zakładał otwarcie bram o 13tej, a o północy miały być podstawione autobusy smętne by porozwozić niedobitków (klub Kwadrat to jednak daleko dla niektórych). Muszę zauważyć, że nie wyobrażam sobie, wysiedzieć w death/black metalowym - nie bójmy się tak tego nazwać - hałasie tyle czasu, jednak ponoć byli i tacy. Ja dotarłem na miejsce koło 19tej, załapując się na jakiś lokalny support jeszcze - Infautation of Death. Ot, death metal, szybko, brutalnie, ale, szczerze mówiąc, nie odróżniłbym tej kapeli od legionu innych, brzmiących praktycznie identycznie, i grających na podobną modłę. Jako że jednak dopiero tam przybyłem, to jako rozgrzewka sprawili się nieźle.
Potem wystąpiły po sobie trzy kapele składające się właśnie na trasę Niech Kozły, czyli Infidel, Bloodthirst i Furia.
Infidel to do bólu sztampowy ale bardzo solidny bm w szybkich tempach. Image też charakterystyczny dla gatunku i przyjętej konwencji - odwrócone krzyże na scenie, obwiązane drutem kolczastym, do tego czaszka kozła (lub czegoś rogatego) na jakimś pokracznym statywie, corpse paint, gwoździe, pasy amunicyjne, itd. Nieco pociesznie wyglądał basista, przez klatkę piersiową aż po wylewający się ze spodni brzuch miał narysowany odwrócony krzyż - nie mam nic do brzucha wylewającego się ze spodni, ale sprawiało to, jak wspomniałem, dosyć pocieszne wrażenie, w połączeniu z całością.
Infidel zagrał i poszedł sobie, ustępując na scenie miejsca Bloodthirst. Ta kapela natomiast to black/thrash, szybki, z przytupem, momentami bardzo punkowy. Na płycie ostatniej czy tam jakiejś EP ich, jaką mam, a której tytuł mi wyleciał z głowy ("Żądza krwi" chyba) nieco nie przypadł mi do gustu głos wokalisty, na żywo nie przeszkadzał mi wcale. Image bardziej thrashowy, jeśli kogoś by to interesowało. Dobry występ.
No i kapela, na którą w sumie przyszedłem - Furia. Dla niektórych objawienie, dla innych hipsterstwo i grafomania. Szczerze powiedziawszy, po analizie ich tekstów, opinia, że są black metalową Comą nie jest zupełnie bezpodstawna, jednak przynajmniej jest to coś oryginalnego. Tak czy owak, a nie chce mi się rozpisywać w sumie, bo nic mi się nie chce ostatnio, zagrali sporo starych przebojów ("Ślepych dzień", "Zgniję, nie odpowiem!", itd.) oraz trzy kawałki z najnowszej płyty ("Pódź w dół", "Są to koła" i cośtam jeszcze). Na żywo wypadły one lepiej niż na płycie, w moim przekonaniu bardziej surowej i będącej bardziej black metalową od np. "Halnego", który momentami przypominał mi Pink Floyd.
Nihil na zakończenie pozdrowił publiczność całusem.
Pomachałem se łbem, popiłem, pojadłem, wydałem ostatnie pieniądze na merch, po czym załapałem się na 15 minut koncertu gwiazdy wieczoru, Stillborn. Naprawdę nic do nich nie mam, zaczęli koncert na naprawdę wysokim poziomie, po prostu by czterech poprzednich kapelach byłem zwiędły już, a jakbym nie poszedł wtedy, to nie załapałbym się na któryś z ostatnich dziennych autobusów w stronę miasta, a potem musiałbym albo iść na piechtę, albo poczekać na nocny lub transport zapewniony przez organizatora (ale nie wiem, czy w sumie było coś takiego).
Z ciekawostek innych - dużo zgrabnych, kobiecych nóg w kabaretkach/pończochach/itp., sporo gotyckich dekoltów. Jedna fanka Massemord w ich wspaniałej, żółtej koszulce. Jakiś typ w pokracznej masce (ja bym się udusił w czymś takim), zadziwiająco dużo fanów nsbm. Trochę obora (stojąc na sali pod balkonami dwa razy polało się na mnie piwo z góry - całe szczęście, niewiele), ale zachowania wpisane jednak w konwencje.
Dobry koncert.
środa, 18 kwietnia 2012
Metra od metra
Czyli dwie książki Dmitry'a Glukhovskiego (ah, gwałt na ortografii tego dziwnego języka, lub jego wersji zangielszczonej, ach, jak przyjemny), "Metro 2033" i "Metro 2034".
Mamy tam post-apoc w ujęciu bardzo rosyjskim. Taki słowiański fallout + rosyjska dusza + odwieczny, podświadomy ludzi strach przed ciemnością. Wszystko napisane jest bardzo lirycznie, poetycko, dobro rzadko triumfuje, jeśli w ogóle, nawet po tych wszystkich latach wegetacji pod ziemią, jedyne co ludzie potrafią robić dobrze, to mordować się wzajemnie (nawet powszechnie obowiązującą w Metrze walutą jest amunicja), spiskować, itd.
Wizja świata jest w sumie prosta jak koźli członek - komuś kiedyś puściły nerwy, i większa część świata jest niezdatna do zamieszkania przez ludzi, skażona i/lub zamieszkała przez mutanty i jakieś nowe, nieznane gatunki, wrogo nastawione do niedobitków ludzkości.
A te niedobitki ludzkości gnieżdżą się głównie w moskiewskim metrze, lub tym, co tam nadało się do zamieszkania. Poszczególne skupiska ludzkie na pojedynczych stacjach przyjęły w międzyczasie najróżniejsze ustroje i wizje świata, mamy społeczność kupiecką kilku stacji, nazwaną Hanzą, gdzie czci się książkę Adama Smitha jako cenną relikwię, mamy całą jedną linię zamieszkałą przez komunistów, mamy pojedyncze stacje Czwartej Rzeszy i trockistów-gewarystów, jest wreszcie Polis, potężne centrum naukowe i kulturalne, gdzie wykształcił się system kastowy, oparty nieco na tym indyjskim. Pomiędzy tym wszystkim kursują karawany kupieckie, toczą się mniejsze i większe wojenki, działają mniej lub bardziej dziwne sekty oraz poruszają się różni wagabundowie i awanturnicy. W tym świecie mamy też lokalną wersję stalkerów - wychodzących na powierzchnię i zabierających stamtąd co się da. Rzecz jasna, stalkerzy są narażeni na wszelkie możliwe niebezpieczeństwa spustoszonego świata.
Część pierwsza dylogii, która przypadła mi do gustu bardziej, niż kontynuacja, opowiada o odizolowanej stacji leżącej na jakimś zadupiu, lecz stacji, która zaopatruje praktycznie całe metro w towar zwany herbatą. Rzecz jasna z herbatą w dzisiejszym tego słowa znaczeniu napar ten nie miał nic wspólnego (była to pochodna grzybów jakiś), jednak zgodnie z zasadą "na bezrybiu i rak ryba" cieszył się ten specyfik w metrze dużą popularnością.
Jednak stacja jest w niebezpieczeństwie - z dalszych, niezamieszkałych czeluści metra, a zapewne i jakimś cudem z powierzchni nadchodzą Czarni, rasa dziwacznych mutantów, obdarzona potężnymi zdolnościami telepatycznymi. Los całego metra wydaje się być przesądzony, ale wtedy na stacje przybywa tajemniczy stalker Hunter ("Hunter? To nie jest rosyjskie nazwisko?"), który odmienia przypadkiem życie głównego bohatera, młodego Artema. Artem zostaje przez niego wysłany z misją dotarcia do Polis (czyli musiałby przejść w sumie całe metro). A jak tam w końcu dotrze, to jeszcze wiele przygód przed nim, m.in. wyjście na powierzchnię i natrafienie na "metro w metrze" czyli zapomniane, leżące gdzieś indziej bunkry rządowe.
W "Metrze 2033" najbardziej podobał mi się sugestywnie przedstawiony przez autora nastrój osaczenia i iście lovecraftowska atmosfera złowrogiego Nieznanego, istniejącego gdzieś na krawędzi padającego światła, w wiecznej ciemności tuneli metra. Nie zapomnę chyba do końca życia przygód Artema i spotkanego przypadkiem szalonego mistyka, uważającego się za kolejne wcielenie Czyngis-Chana, i ich ucieczki tunelami przed Czymś, co nie miało dobrych zamiarów.
Elementów mistycyzujących jest w obu książkach multum - mamy stacje, gdzie każdy z tych, którzy tamtędy przechodzą, narażony jest na konfrontacje z rozmaitymi wizjami, mamy odcinki tuneli, gdzie występują różne para-psychiczne anomalie, powodujące obłęd u przechodzących, mamy wreszcie rozmaite sekty i pojedyncze nowe koncepcje religijne (m.in. o duszach zmarłych w metrze, które tam pozostają, i krążą w rurach; opowieść o stacji satanistów, kopiących dziurę do piekła; wagon zamieszkały przez grupę post-chrześcijańską). Jest motyw utraconego raju/Arkadii, odizolowanych stacji metra pod dawnym uniwersytetem, gdzie żyją samowystarczalnie najlepsi z ludzkości, którzy przedostaną się do reszty metra, gdy ludzkość tam mieszkająca stanie się lepsza. Autorowi należą się wielkie brawa za wizję świata.
Niestety, nastrój grozy w części pierwszej mija mniej-więcej w połowie książki, potem zastąpiony przez - chociaż tyle - niemniej ciekawe rozterki filozoficzne głównego bohatera, a dokładnie o wolności woli i predestynacji do wykonania wielkiego zadania. O tajemniczym Losie, wiszącym nad bohaterem jak antyczne fatum.
Ale zdecydowanie najciekawszym elementem jest wplecenie do fabuły książki teorii spiskowej, mówiącej o tym, że ZSRR był tworem sensu stricte satanistycznym - czerwone gwiazdy to pentagramy zamieszkałe przez demony. Najpotężniejsze zostały umieszczone na Kremlu - czerwone gwiazdy świecące na cały kraj, gwiazdy pulsujące i żyjące nieludzkim życiem, zwabiające stalkerów, którzy mieli nieszczęście na nie spojrzeć na zatracenie i śmierć. A młodzi komuniści od swojego pierwszego pentagramu w Komsomole, gdy byli nim kłóci lekko ale do krwi, przypieczętowali swój pakt tym z demonem żyjącym w pentagramie - na całe życie. Srogo.
I piękne zakończenie jest części pierwszej - niby zrealizowano, co chciano, ale okazało się, że to wcale nie było tak. Lubię złe zakończenia.
Część druga zaś, oj, średnio przypadła mi do gustu. Tzn. wszystko pozostało tam takie samo - ten sam klimat, ten sam świat, równie ciekawe i skomplikowane postacie (tajemniczy grajek-lekkoduch, córka zesłańca, starszy pisarz zazdrosny o nią jako o swoistą muzę - jednak bez podtekstów erotycznych żadnych, wreszcie... Hunter - ale bardzo odmieniony), liryczność i rosyjskość ducha została tam doprowadzona do ekstremum (scena finałowa...), jednak zabrakło jakiejś - takiej świeżości części pierwszej, jej polotu, jej napięcia i mroku. Co ciekawe, nie wiem też, czy główny bohater części pierwszej w książce się pojawia - występuje tam postać drugoplanowa o takim samym imieniu, ale nie jestem w stanie stwierdzić, czy to ten sam gość po latach.
Nie oznacza to w sumie, że 2034 jest dużo gorsze od 2033 - być może gdyby były napisane w odwrotnej kolejności, moja opinia byłaby inna. Tak czy siak, polecam jedno i drugie metro.
Mamy tam post-apoc w ujęciu bardzo rosyjskim. Taki słowiański fallout + rosyjska dusza + odwieczny, podświadomy ludzi strach przed ciemnością. Wszystko napisane jest bardzo lirycznie, poetycko, dobro rzadko triumfuje, jeśli w ogóle, nawet po tych wszystkich latach wegetacji pod ziemią, jedyne co ludzie potrafią robić dobrze, to mordować się wzajemnie (nawet powszechnie obowiązującą w Metrze walutą jest amunicja), spiskować, itd.
Wizja świata jest w sumie prosta jak koźli członek - komuś kiedyś puściły nerwy, i większa część świata jest niezdatna do zamieszkania przez ludzi, skażona i/lub zamieszkała przez mutanty i jakieś nowe, nieznane gatunki, wrogo nastawione do niedobitków ludzkości.
A te niedobitki ludzkości gnieżdżą się głównie w moskiewskim metrze, lub tym, co tam nadało się do zamieszkania. Poszczególne skupiska ludzkie na pojedynczych stacjach przyjęły w międzyczasie najróżniejsze ustroje i wizje świata, mamy społeczność kupiecką kilku stacji, nazwaną Hanzą, gdzie czci się książkę Adama Smitha jako cenną relikwię, mamy całą jedną linię zamieszkałą przez komunistów, mamy pojedyncze stacje Czwartej Rzeszy i trockistów-gewarystów, jest wreszcie Polis, potężne centrum naukowe i kulturalne, gdzie wykształcił się system kastowy, oparty nieco na tym indyjskim. Pomiędzy tym wszystkim kursują karawany kupieckie, toczą się mniejsze i większe wojenki, działają mniej lub bardziej dziwne sekty oraz poruszają się różni wagabundowie i awanturnicy. W tym świecie mamy też lokalną wersję stalkerów - wychodzących na powierzchnię i zabierających stamtąd co się da. Rzecz jasna, stalkerzy są narażeni na wszelkie możliwe niebezpieczeństwa spustoszonego świata.
Część pierwsza dylogii, która przypadła mi do gustu bardziej, niż kontynuacja, opowiada o odizolowanej stacji leżącej na jakimś zadupiu, lecz stacji, która zaopatruje praktycznie całe metro w towar zwany herbatą. Rzecz jasna z herbatą w dzisiejszym tego słowa znaczeniu napar ten nie miał nic wspólnego (była to pochodna grzybów jakiś), jednak zgodnie z zasadą "na bezrybiu i rak ryba" cieszył się ten specyfik w metrze dużą popularnością.
Jednak stacja jest w niebezpieczeństwie - z dalszych, niezamieszkałych czeluści metra, a zapewne i jakimś cudem z powierzchni nadchodzą Czarni, rasa dziwacznych mutantów, obdarzona potężnymi zdolnościami telepatycznymi. Los całego metra wydaje się być przesądzony, ale wtedy na stacje przybywa tajemniczy stalker Hunter ("Hunter? To nie jest rosyjskie nazwisko?"), który odmienia przypadkiem życie głównego bohatera, młodego Artema. Artem zostaje przez niego wysłany z misją dotarcia do Polis (czyli musiałby przejść w sumie całe metro). A jak tam w końcu dotrze, to jeszcze wiele przygód przed nim, m.in. wyjście na powierzchnię i natrafienie na "metro w metrze" czyli zapomniane, leżące gdzieś indziej bunkry rządowe.
W "Metrze 2033" najbardziej podobał mi się sugestywnie przedstawiony przez autora nastrój osaczenia i iście lovecraftowska atmosfera złowrogiego Nieznanego, istniejącego gdzieś na krawędzi padającego światła, w wiecznej ciemności tuneli metra. Nie zapomnę chyba do końca życia przygód Artema i spotkanego przypadkiem szalonego mistyka, uważającego się za kolejne wcielenie Czyngis-Chana, i ich ucieczki tunelami przed Czymś, co nie miało dobrych zamiarów.
Elementów mistycyzujących jest w obu książkach multum - mamy stacje, gdzie każdy z tych, którzy tamtędy przechodzą, narażony jest na konfrontacje z rozmaitymi wizjami, mamy odcinki tuneli, gdzie występują różne para-psychiczne anomalie, powodujące obłęd u przechodzących, mamy wreszcie rozmaite sekty i pojedyncze nowe koncepcje religijne (m.in. o duszach zmarłych w metrze, które tam pozostają, i krążą w rurach; opowieść o stacji satanistów, kopiących dziurę do piekła; wagon zamieszkały przez grupę post-chrześcijańską). Jest motyw utraconego raju/Arkadii, odizolowanych stacji metra pod dawnym uniwersytetem, gdzie żyją samowystarczalnie najlepsi z ludzkości, którzy przedostaną się do reszty metra, gdy ludzkość tam mieszkająca stanie się lepsza. Autorowi należą się wielkie brawa za wizję świata.
Niestety, nastrój grozy w części pierwszej mija mniej-więcej w połowie książki, potem zastąpiony przez - chociaż tyle - niemniej ciekawe rozterki filozoficzne głównego bohatera, a dokładnie o wolności woli i predestynacji do wykonania wielkiego zadania. O tajemniczym Losie, wiszącym nad bohaterem jak antyczne fatum.
Ale zdecydowanie najciekawszym elementem jest wplecenie do fabuły książki teorii spiskowej, mówiącej o tym, że ZSRR był tworem sensu stricte satanistycznym - czerwone gwiazdy to pentagramy zamieszkałe przez demony. Najpotężniejsze zostały umieszczone na Kremlu - czerwone gwiazdy świecące na cały kraj, gwiazdy pulsujące i żyjące nieludzkim życiem, zwabiające stalkerów, którzy mieli nieszczęście na nie spojrzeć na zatracenie i śmierć. A młodzi komuniści od swojego pierwszego pentagramu w Komsomole, gdy byli nim kłóci lekko ale do krwi, przypieczętowali swój pakt tym z demonem żyjącym w pentagramie - na całe życie. Srogo.
I piękne zakończenie jest części pierwszej - niby zrealizowano, co chciano, ale okazało się, że to wcale nie było tak. Lubię złe zakończenia.
Część druga zaś, oj, średnio przypadła mi do gustu. Tzn. wszystko pozostało tam takie samo - ten sam klimat, ten sam świat, równie ciekawe i skomplikowane postacie (tajemniczy grajek-lekkoduch, córka zesłańca, starszy pisarz zazdrosny o nią jako o swoistą muzę - jednak bez podtekstów erotycznych żadnych, wreszcie... Hunter - ale bardzo odmieniony), liryczność i rosyjskość ducha została tam doprowadzona do ekstremum (scena finałowa...), jednak zabrakło jakiejś - takiej świeżości części pierwszej, jej polotu, jej napięcia i mroku. Co ciekawe, nie wiem też, czy główny bohater części pierwszej w książce się pojawia - występuje tam postać drugoplanowa o takim samym imieniu, ale nie jestem w stanie stwierdzić, czy to ten sam gość po latach.
Nie oznacza to w sumie, że 2034 jest dużo gorsze od 2033 - być może gdyby były napisane w odwrotnej kolejności, moja opinia byłaby inna. Tak czy siak, polecam jedno i drugie metro.
Waldemar Łysiak "Wyspy zaczarowane"
Waldemar Łysiak to postać nietuzinkowa. Trochę mitoman, trochę egoista, dosyć kłótliwy nawet jak na prawicowca, zresztą mało kto go w sumie lubi - oprócz czytelników "GP" czy "URz". No i ma swoje fascynacje niezrozumiałe szerzej w kąąserwatywnym stęchłym półświatku, w rodzaju darzenia niezwykłą estymą postaci Napoleona, wyklinanego i przez post-endectwo jak i przez monarchistów.
Może właśnie dlatego, chociaż z poglądami autora, po okresie fascynacji i uwielbienia dla jego pozycji w stylu "Salon" czy "Stulecie kłamców" zdążyłem się rozminąć, samego autora darzę nadal szacunkiem. No i tak pięknie dokopał kiedyś smętnemu liberałowi Ziemkiewiczowi w polemice na łamach "GP" dawno, dawno temu.
"Wyspy zaczarowane" to dosyć wczesna książka autora, z czasów, gdy nie manifestował jeszcze swoich poglądów politycznych. Mamy tam kilka opowieści z autora podróży po Włoszech za czasów hmm no dawno temu. Jak to spotkał złodzieja zabytków, który za zarobione pieniądze odnawiał inne zabytki, jak to dał w łapę kustoszce muzeum, by wejść tam jak było nieczynne, rzecz jasna jest też kilka opowiastek z ery napoleońskiej. A wszystkie one dotyczą w pierwszej kolejności właśnie zabytków włoskich, rozmaitych.
Wszystko napisane ładnym, nieco poetyckim, wrażliwym ale i lekko zadziornym stylem.
A że książkę opisywaną kupiłem na targu staroci za 5zł to tym bardziej jestem zadowolony.
Może właśnie dlatego, chociaż z poglądami autora, po okresie fascynacji i uwielbienia dla jego pozycji w stylu "Salon" czy "Stulecie kłamców" zdążyłem się rozminąć, samego autora darzę nadal szacunkiem. No i tak pięknie dokopał kiedyś smętnemu liberałowi Ziemkiewiczowi w polemice na łamach "GP" dawno, dawno temu.
"Wyspy zaczarowane" to dosyć wczesna książka autora, z czasów, gdy nie manifestował jeszcze swoich poglądów politycznych. Mamy tam kilka opowieści z autora podróży po Włoszech za czasów hmm no dawno temu. Jak to spotkał złodzieja zabytków, który za zarobione pieniądze odnawiał inne zabytki, jak to dał w łapę kustoszce muzeum, by wejść tam jak było nieczynne, rzecz jasna jest też kilka opowiastek z ery napoleońskiej. A wszystkie one dotyczą w pierwszej kolejności właśnie zabytków włoskich, rozmaitych.
Wszystko napisane ładnym, nieco poetyckim, wrażliwym ale i lekko zadziornym stylem.
A że książkę opisywaną kupiłem na targu staroci za 5zł to tym bardziej jestem zadowolony.
wtorek, 17 kwietnia 2012
Odpryski VII
Cóż za świat, cóż za żywot smętny, że blog zarósł niczym trawa na grobie* Korwina. Najpierw walkirie przybyły po mojego laptopa (pa, pa 150 giga pirackich mp3), potem zaś ściągnąłem Titan Questa, i moje życie zawiesiło się na okres mniej-więcej miesiąca. Ale w końcu przemogłem się, i wracam tu w chałwie czy tam innej chwale. Chale. Czymkolwiek.
Ten blog nigdy nie był jednym z tych wielu wspaniałych internetowych pamiętników ("dziś się najebałem ze Staszkiem, potem zarzygałem oryginalnego Van Gogha Zbyszkowi") tzn. chciałem coś jeszcze napisać, ale w sumie nie wiem, co i po co. Tak to już jest, człowiek w najdziwniejszych sytuacjach snuje cudowne wizje czegokolwiek, pomysły godne literackiego Nobla przelatują przez jego umysł z siłą treści żołądkowej przelatującej akurat w drugą stronę niż zazwyczaj, a jak już siada i chce pisać, to zaczyna rozmyślać nagle ni z gruchy, ni z pietruchy, ni z kozła o dupie Maryni, czasami nawet dosłownie. I cóż poradzić, tak ten świat jest już skonstruowany.
Zapisałem się do osiedlowej filii biblioteki jakiejśtam wszechkrakowskiej. Ciekawostka - na komputerze dla użytkowników zainstalowane były Starcraft:Brood War, Diablo (1!), Homm3 i Worms3D. Hmm.
A wypożyczyłem sobie "Lód" Dukaja, uciąłem sobie też krótką pogawędkę na jego temat z miłą panią bibliotekarką, nie przypominającej jednak niestety stereotypowej bibliotekarki z filmów dla dorosłych.
No, dosyć smucenia, że źle i niedobrze, wracam do pisania.
* politycznym
Zapisałem się do osiedlowej filii biblioteki jakiejśtam wszechkrakowskiej. Ciekawostka - na komputerze dla użytkowników zainstalowane były Starcraft:Brood War, Diablo (1!), Homm3 i Worms3D. Hmm.
A wypożyczyłem sobie "Lód" Dukaja, uciąłem sobie też krótką pogawędkę na jego temat z miłą panią bibliotekarką, nie przypominającej jednak niestety stereotypowej bibliotekarki z filmów dla dorosłych.
No, dosyć smucenia, że źle i niedobrze, wracam do pisania.
* politycznym
sobota, 25 lutego 2012
Jerome D. Salinger "The Catcher in the Rye"
A cóż to jest za zapis! Autor postarał się, aby dzieło swoje wyglądało odpowiednio prawdopodobnie jak na opowieść szesnastolatka. Pełno tam dziwacznych, slangowych skrótów i wyrażeń, narrator utożsamiony z bohaterem nadużywa swoich ulubionych powiedzonek i przekleństw. Także ogląd rzeczywistości i podejście do świata sprawia wrażenie bardzo prawdopodobnego jak na zbuntowanego nastolatka, palącego i spijającego się, i nie chcącego dorosnąć.
O czym właściwie jest ta historia? O nastolatku, który wywalony z kolejnej prywatnej szkoły średniej (takiej wielkiej, z internatem), postanawia przed powrotem do domu (tzn. on w sumie nie wiedział, czy chce wrócić, czy nie) trochę pozwiedzać najbliższy świat i znaleźć w nim jakiś sens. Zmaga się przy tym z problemami dosyć typowymi dla szesnastolatków, niezależnie od czasów, w których żyją (książka została wydana w 1951 roku a opisane zdarzenia rozgrywają się pięć lat wcześniej) - czyli z akceptacją dla samego siebie, z frustracją związaną z dojrzewaniem płciowym, z tym, że mało kto mu sprzeda alkohol w knajpie, bunt, burza i napór, pierwsze miłości, utarczki z rówieśnikami, itd - wszyscy przez to przeszliśmy, to możemy się domyślać, co się w książce dzieje.
Właśnie, możemy się domyślać, ale zapewne nieco nie trafimy w swoich przewidywaniach. W porównaniu do stereotypowego ogółu polskich szesnastolatków A.D. 2012, buszujący w zbożu w 1946 roku Holden jest aniołem, cichym i spokojnym człowiekiem. Niewiarygodne, że ta książka mogła wywołać takie poruszenie, kiedy się ukazała. Była wtedy potężnym kopniakiem w purytańską pruderię amerykańskiego społeczeństwa, na chwilę obecną jednak nie jest niczym aż tak poruszającym, jak wtedy. Wtedy bowiem obraz nastolatka pijącego, palącego, przeklinającego, uciekającego z domu, kłamiącego (także dla zabawy), bluźniącego na religię, mającego w poważaniu wartości rodzinne, wreszcie spotykającego się z prostytutkami czy podrywającego kobiety dwukrotnie od siebie starsze był czymś niewyobrażalnym, czymś absolutnie antyspołecznym, godzącym we wszelkie normy społeczne i przyjęte obyczaje. W czasach obecnych jest to w sumie szara rzeczywistość. Dlatego też, przenosząc na książkę współczesne wyobrażenia, zawiodłem się nieco, spodziewając się zezwierzęconej orgii zepsucia i dzikiego, rozpasanego nihilizmu, przy którym zabawa "w słoneczko" blednie i czerwieni się ze wstydu, a tymczasem poznałem historię wrażliwego i sympatycznego młodego człowieka, szukającego swojego miejsca w życiu, sensu życia, który nawet w swoim buncie zachowuje mimo wszystko jakiś moralny kręgosłup i jakieś wartości, różne od wartości otoczenia, ale jednak. Zawiodłem się więc pozytywnie - bunt Holdena nie jest autodestrukcyjną apoteozą wszelkiej degrengolady, tutaj niewinność miesza się z pośpiesznym dorastaniem, gdzie ze świata dorosłych, pełnego niezrozumiałych rytuałów i nudnych snobów młody bohater zbiera w sumie to, co najgorsze.
Swoją drogą, zawiodłem się swego czasu książkami markiza de Sade, których okropieństwa zupełnie współcześnie spowszedniały, więc nie ma się czym moją opinią sugerować, nie mogę odmówić tej książce wszystkich jej licznych plusów, już zresztą wymienionych, oraz tego, że była kolejnym (i w sumie nadal mimo wszystko jest) kopniakiem w zastaną, zmurszałą społeczną rzeczywistość dawno martwych form. W książce przewijały się jeszcze motywy wyalienowania ze społeczeństwa osoby niepełnosprawnej oraz pedofilii wśród nauczycieli, co było dolaniem oliwy do ognia, który ogarnął broniącą się, cenzorującą książkę amerykańską dulszczyznę.
No i nie wiem, czy z moim angielskim wszystko zrozumiałem z tej książki tak, jak powinienem. :P
BTW a sam autor jaką był ciekawą postacią!
piątek, 24 lutego 2012
Odpryski II
1) Blogasqowe statystki bywają czasem zatrważające. Np. mam 46 odwiedzin bloga z jakiejś ruskiej strony, na której są same reklamy. Cóż, pewnie jakiś bot albo cokolwiek.
Najwięcej przypadkowych ludków zaś trafiło wyszukując "duszę wypuścił przekrólewszczenie blogspot". To przez to, że kiedyś wrzuciłem tu link do wrzuconego na YT kawałka z tej kasety. Jeśli kiedyś założyłbym bloga warezowego, to nie omieszkałbym tam tego wrzucić, ale tutaj praktyki infoanarchistycznej nie będzie, bo popsułoby to myśl przewodnią (której w sumie nie ma, ale co tam).
Reszta statystyk (od lipca 2011 do lutego 2012) jest na tyle sympatyczna, że aż się nimi pochwalę:
a) liczba wyświetleń stron wg. krajów - Polska 1177, Rosja 100, Niemcy 24, StZjed 10, WlkBryt 9, Szwecja 9, Ukraina 4, Szwajcaria 3, Kanada 2, Węgry 2. Dużo tego, aż dziw bierze. Pewnie link na lastfm zrobił swoje, bo skąd by niby indziej tyle ludzisk się tu wzięło.
b) liczba wyświetleń stron wg. przeglądarek - Firefox 799 (58%), Opera 277 (20%), Chrome 166 (12%), Internet Explorer 104 (7%) [wow]; Netscape 3, Safari 3, Iron 1, Mobile Safari 1, NS8 1- wszystko poniżej 1%. Tych ostatnich w ogóle nie kojarzę, pewnie jakieś wyorbitowane pojęcia na telefonach komórkowych, telewizorach, wibratorach, czy gdziekolwiek.
c) liczba wyświetleń stron wg. systemów operacyjnych - nie ma zaskoczenia, Windows 1281 (95%). Potem Linux (hm, słaby podział :P) 36 (2%), Mac 15 (1%), Other Unix (hm, jeszcze słabszy podział) 4 (mniej niż 1%), Ubuntu 2 (mniej niż 1%), Android i Nokia (hm, jaka?) po 1 i mniej niż 1%. Ach, i jeszcze po jednym iPadzie i iPodzie - ktokolwiek tego używa - Wasz Guru nie żyje, więc Wy też idźcie się zabić, pozdrawiam serdecznie.
Najwięcej wyświetleń ma post o książce "Ulubienica bogini Pele" - 37. Że tak powiem, WTF? W jakiś kręgach jest to czytadło aż tak popularne? Drugi w kolejności jest "Nowe Duszę Wypuścił" (26; spoko, jest to do znalezienia w necie, ale nie tutaj), potem o modach do HoMM3 (25), potem zaś chujowa Jutrzenka i 13 grudnia - po 14. "Wojny Urojone" 10, "Tylko cisza" 9, Age of Chivalry 13, Air Show 9, Wstęp 9 (dobrze, że to gówno edytowałem trochę ostatnio). Dziwi mnie nikła popularność np. czegoś o Urth Nowego Słońca czy czegokolwiek z Aldissem. Cóż, Kali Juga.
Liczba wyświetleń stron wzrasta bardzo cały czas, najwięcej zostało osiągnięte właśnie w lutym tego roku, 371.
2) Silnie rozwija się na krakowskim rynku i jego okolicach nowy sektor usług. Po czym to wnioskuję? Cóż, chyba każdy, kto wieczorem tamtędy chociażby tylko przechodzi, natrafia na swojej drodze na wielu smętnych ludzisków wciskających ulotki/kupony zniżkowe/itp. różnych knajp, klubów i restauracji. Ostatnimi czasy, czego nie było na pewno wcześniej, chociażby jeszcze z rok temu, spora część tych świstków (ba, jest ich wręcz więcej niż papierzysk "zwykłych" lokali) to reklamy klubów ze striptizem, których w okolicy namnożyło się znienacka. Co jeszcze ciekawsze, naganiacze ulotkowi z tych lokali zaczepiają także przypadkowych studentów. Jest to dosyć absurdalne, abym miał za samo wejście gdziekolwiek zapłacić 20zł (i to już po jakiejś zniżce). A kobiet i ich wdzięków tyle wszędzie wokoło (wystarczy umieć i chcieć znaleźć) i to nieraz dostępnych "za jeden uśmiech", że po cholerę ktokolwiek normalny miałby łazić do takich smętnych miejsc, pełnych - zapewne - mafiozów, biznesmenów, być może też polityków i wszelkiego innego ludzkiego ścieku.
3) Kończę właśnie czytać "Buszującego w zbożu" (książkę angielskojęzyczną, nie tłumaczenie), a potem, zamiast tego, co wspomniałem jakiś czas temu, przeczytam trylogię "Eden". Poważniejsze rzeczy poczekają spokojnie dalej na swoją kolej. Brałem się kilka razy za "Awanturnicze serce", ale jest to tak kuźwa ni przećpane, ni wizyjne, pełne aluzji i alegorii, po prostu ciężkie i dziwaczne, że na razie dałem sobie z tą swoją drogą malutką książeczką spokój.
Jak już wspomniałem o ćpaniu i Ernście, to ostatnio Kronos/Fundacja Cieszkowskiego na stronie na facebooku ogłosili, że ernstowa książka "Przybliżenia. Narkotyki i upojenie" ukaże się w listopadzie w Bibliotece Kwartalnika Kronos. Już widzę butthurt internetowego prawactwa, do tej pory znającego tylko brunatną twarz tego autora. Bardzo dobrze, że w końcu ukaże się to po polsku, osobiście wolałbym jednak, żeby ktoś pochylił się nad "Eumeswil".
No to chyba tyle odprysków.
Najwięcej przypadkowych ludków zaś trafiło wyszukując "duszę wypuścił przekrólewszczenie blogspot". To przez to, że kiedyś wrzuciłem tu link do wrzuconego na YT kawałka z tej kasety. Jeśli kiedyś założyłbym bloga warezowego, to nie omieszkałbym tam tego wrzucić, ale tutaj praktyki infoanarchistycznej nie będzie, bo popsułoby to myśl przewodnią (której w sumie nie ma, ale co tam).
Reszta statystyk (od lipca 2011 do lutego 2012) jest na tyle sympatyczna, że aż się nimi pochwalę:
a) liczba wyświetleń stron wg. krajów - Polska 1177, Rosja 100, Niemcy 24, StZjed 10, WlkBryt 9, Szwecja 9, Ukraina 4, Szwajcaria 3, Kanada 2, Węgry 2. Dużo tego, aż dziw bierze. Pewnie link na lastfm zrobił swoje, bo skąd by niby indziej tyle ludzisk się tu wzięło.
b) liczba wyświetleń stron wg. przeglądarek - Firefox 799 (58%), Opera 277 (20%), Chrome 166 (12%), Internet Explorer 104 (7%) [wow]; Netscape 3, Safari 3, Iron 1, Mobile Safari 1, NS8 1- wszystko poniżej 1%. Tych ostatnich w ogóle nie kojarzę, pewnie jakieś wyorbitowane pojęcia na telefonach komórkowych, telewizorach, wibratorach, czy gdziekolwiek.
c) liczba wyświetleń stron wg. systemów operacyjnych - nie ma zaskoczenia, Windows 1281 (95%). Potem Linux (hm, słaby podział :P) 36 (2%), Mac 15 (1%), Other Unix (hm, jeszcze słabszy podział) 4 (mniej niż 1%), Ubuntu 2 (mniej niż 1%), Android i Nokia (hm, jaka?) po 1 i mniej niż 1%. Ach, i jeszcze po jednym iPadzie i iPodzie - ktokolwiek tego używa - Wasz Guru nie żyje, więc Wy też idźcie się zabić, pozdrawiam serdecznie.
Najwięcej wyświetleń ma post o książce "Ulubienica bogini Pele" - 37. Że tak powiem, WTF? W jakiś kręgach jest to czytadło aż tak popularne? Drugi w kolejności jest "Nowe Duszę Wypuścił" (26; spoko, jest to do znalezienia w necie, ale nie tutaj), potem o modach do HoMM3 (25), potem zaś chujowa Jutrzenka i 13 grudnia - po 14. "Wojny Urojone" 10, "Tylko cisza" 9, Age of Chivalry 13, Air Show 9, Wstęp 9 (dobrze, że to gówno edytowałem trochę ostatnio). Dziwi mnie nikła popularność np. czegoś o Urth Nowego Słońca czy czegokolwiek z Aldissem. Cóż, Kali Juga.
Liczba wyświetleń stron wzrasta bardzo cały czas, najwięcej zostało osiągnięte właśnie w lutym tego roku, 371.
2) Silnie rozwija się na krakowskim rynku i jego okolicach nowy sektor usług. Po czym to wnioskuję? Cóż, chyba każdy, kto wieczorem tamtędy chociażby tylko przechodzi, natrafia na swojej drodze na wielu smętnych ludzisków wciskających ulotki/kupony zniżkowe/itp. różnych knajp, klubów i restauracji. Ostatnimi czasy, czego nie było na pewno wcześniej, chociażby jeszcze z rok temu, spora część tych świstków (ba, jest ich wręcz więcej niż papierzysk "zwykłych" lokali) to reklamy klubów ze striptizem, których w okolicy namnożyło się znienacka. Co jeszcze ciekawsze, naganiacze ulotkowi z tych lokali zaczepiają także przypadkowych studentów. Jest to dosyć absurdalne, abym miał za samo wejście gdziekolwiek zapłacić 20zł (i to już po jakiejś zniżce). A kobiet i ich wdzięków tyle wszędzie wokoło (wystarczy umieć i chcieć znaleźć) i to nieraz dostępnych "za jeden uśmiech", że po cholerę ktokolwiek normalny miałby łazić do takich smętnych miejsc, pełnych - zapewne - mafiozów, biznesmenów, być może też polityków i wszelkiego innego ludzkiego ścieku.
3) Kończę właśnie czytać "Buszującego w zbożu" (książkę angielskojęzyczną, nie tłumaczenie), a potem, zamiast tego, co wspomniałem jakiś czas temu, przeczytam trylogię "Eden". Poważniejsze rzeczy poczekają spokojnie dalej na swoją kolej. Brałem się kilka razy za "Awanturnicze serce", ale jest to tak kuźwa ni przećpane, ni wizyjne, pełne aluzji i alegorii, po prostu ciężkie i dziwaczne, że na razie dałem sobie z tą swoją drogą malutką książeczką spokój.
Jak już wspomniałem o ćpaniu i Ernście, to ostatnio Kronos/Fundacja Cieszkowskiego na stronie na facebooku ogłosili, że ernstowa książka "Przybliżenia. Narkotyki i upojenie" ukaże się w listopadzie w Bibliotece Kwartalnika Kronos. Już widzę butthurt internetowego prawactwa, do tej pory znającego tylko brunatną twarz tego autora. Bardzo dobrze, że w końcu ukaże się to po polsku, osobiście wolałbym jednak, żeby ktoś pochylił się nad "Eumeswil".
No to chyba tyle odprysków.
czwartek, 23 lutego 2012
Mike Resnick "Pożeracz Dusz"
Opowieść zaczyna się na jakieś pierdołowatej planecie na zupełnym zadupiu kosmosu, gdzie w lokalnym baro-sklepo-hotelo-burdelu przesiaduje najlepszy myśliwy galaktyki, Nicobar Lane. Zajmuje się dostarczaniem różnym zoo, muzeom, galeriom, kolekcjonerom prywatnym najdzikszych i najbardziej niesamowitych zwierząt z najróżniejszych, najbardziej niegościnnych planet. Dostarcza je żywe lub - znacznie częściej - martwe.
Pewnego dnia zgłasza się do niego przedstawiciel pewnej wielkiej korporacji, z niecodzienną propozycją - upolowania mitycznego stworzenia, mającego wiele różnych imion, a poruszającego się swobodnie w przestrzeni międzygwiezdnej, poza prawami fizyki. Lane wyśmiał tego człowieka, ale bardzo szybko przekonał się, że taki stwór istnieje rzeczywiście.
Potem czytelnik obserwuje narastającą paranoję u głównego bohatera, który ostatecznie wręcz niszczy wszystko co kochał i wszystko co miało dla niego jakikolwiek sens, w ślepej pogoni za mitycznym stworem. Jego walka ciągnie się całymi latami, podczas których Lane dopuszcza się najbardziej odrażających czynów, by tylko zdobyć środki na kontynuowanie swojej samotnej krucjaty. Wreszcie udaje mu się nawiązać kontakt z przedstawicielem wymierającej, starożytnej rasy, która przed tysiącami lat wypowiedziała całej rasie takich międzygwiezdnych stworzeń wojnę na śmierć i życie. Oszczędności całego życia przeznacza na zakup materiałów, by obcy zbudował dla niego broń, zdolną zabić istotę składającą się tylko z energii...
W pewnym momencie space opera staje się psychologicznym studium postępującej paranoi, obłędu i frustracji o podłożu seksualnym, gdyż tajemnicza istota jest silnym empatą, przez co zadawane jej bodźce bólu sprawiają zadającemu perwersyjną przyjemność, gdyż wracają do niego odbite przez stwora. Zakończenie zaś to majstersztyk, co prawda można było je przewidzieć tak gdzieś od 2/3 książki, ale scenka w barze zapada i tak w pamięć bardzo mocno.
niedziela, 19 lutego 2012
Robert Silverberg "W dół, do ziemi"
Ale po kolei.
Mamy tu standardową chyba dla tego autora historię - o człowieku, który skonfrontowany z obcością zmienia się. Tutaj dodatkowo mamy chęć bohatera do przejścia zmiany, jego pobudki są związane z pragnieniem odpokutowania jego win. Jakie to winy? Cóż, Edmund był zarządcą na pewnej planecie, eksploatowanej przez ludzi, dopuścił się niezbyt przyjemnych czynów wobec przedstawicieli lokalnej inteligentnej rasy (rasa ta, że tak pojadę Spenglerem, ma swoją kulturę, ale nie ma praktycznie żadnej cywilizacji, ani cywilizacji rozumianej popularnie - to po prostu istoty słoniopodobne, mające własny język, strukturę społeczną i religię, ale nie stawiające nawet budynków, nie znające nauki i techniki jako takiej; na planecie żyje też inna rasa rozumna, ale o tym potem), męczyło go to na tyle, że po latach powrócił na planetę, gdzie ślady po ludzkiej bytności są pożerane przez dżungle i dzicz, a nieliczni ludzie jeszcze tam mieszkający wegetują wśród ruin, albo oprowadzając turytów, albo po prostu gnijąc. Powrócił, by udać się do Krainy Mgieł - tajemniczej i niezbadanej krainy, gdzie odbywa się pewien rytuał religijny tubylczych ras słoniopodobnich nildorów i z grubsza człekokształtnych sulidorów. Wyrusza tam gnany poczuciem, że dostąpi tam odkupienia.
Przyjdzie mu w czasie podróży znaleźć kilku starych znajomych, w tym dawną kochankę. Przyjdzie mu zobaczyć jak planeta podbiła swoich zdobywców, przyjdzie mu zmierzyć się samemu z sobą i porzucić niemalże swoje człowieczeństwo. Pozna też tajemnice innych nielicznych ludzi, którzy poddali się temu rytuałowi, zarówno tych, którzy spadli "w dół, do ziemi" (nieszczęśnik Kurtz) jak i tych, po których ślad i słuch zaginął. Pozna tajemnice dwóch ras zamieszkujących planetę, w tym tą najbardziej niezwykłą i przerażającą tajemnicę.
Rewelacyjna książka, sugestywna wizja świata, wysokie umiejętności autora, tylko nieco smętne zakończenie (nie spodziewałem się w sumie że tak a nie inaczej, wolałbym coś z samozniszczeniem bohatera a nie z ... a, zresztą). Tak czy siak bardzo polecam i zachęcam.
piątek, 17 lutego 2012
Mike Resnick "Mroczna Pani"
Tak czy siak, jest to powieść z drugim dnem, utrzymana w konwencji s-f. Głównym bohaterem jest Leonardo (takie ma imię w ludzkim języku, jego własne byłoby nie do wymówienia) z rasy Bjornn, jeden z najlepiej przedstawionych w książkach obcych o jakich czytałem kiedykolwiek. Jego przemyślenia o etyce i moralności dominujących w świecie (światach) ludzi, ich konfrontowanie z jego własnymi etyką i moralnością oraz pewna niemożność ich pogodzenia ze sobą, która to niemożność przyczynia się do licznych, poważnych zawirowań, kluczowych wręcz w dalszym jego życiu. Spotyka się on również z wszechobecnym rasizmem, zarówno ludzi do nieludzi, jak i nieludzi do ludzi.
Tytułowa "Mroczna Pani" to tajemnicza istota, która, jak się okazuje, ukazuje się tym mężczyznom, i to od ponad 8000 lat, których cechuje ryzykanctwo, pogarda dla śmierci i/lub życia, rozmaicie pojęty heroizm. Niestety, większość z nich prędzej czy później ginie, właśnie pośrednio przez nią. Leonardo styka się z nią bezpośrednio, najpierw jednak przypadkowo, gdy pracuje jako rzeczoznawca dla pewnej galerii sztuki...
Ogólnie rzecz biorąc, nie chce mi się jakoś rozpisywać, chociaż mógłbym, ale czuje ostatnio jakąś taką niechęć do smęcenia tutaj, więc tyle. Tak czy siak, książkę polecam zdecydowanie, sporo prawd o nas samych, o naszych, ludzkich, wadach, zaletach i hipokryzji. Ku przestrodze nieco.
niedziela, 12 lutego 2012
Ian Watson "Podróż Czechowa"
Druga książka Watsona jaką czytałem, po "Łowcy śmierci", ładnie wydana przez Solaris, w 2003 roku. Duża czcionka, dobre tłumaczenie. Kosztuje niby 19,90 a u znajomego przydworcowego handlarza książkami używanymi, razem z dwoma innymi książkami zapłaciłem łącznie 25zł. To takie fajne uczucie, być czyimś stałym klientem.
Niezależnie od tego, ile za tą książkę zapłacisz, jej fabuła dzieje się jednocześnie w trzech czasach jednocześnie - na początku XX wieku, gdy pisarz Czechow (poczciwy człowiek cierpiący m.in. na hemoroidy oraz dolegliwości żołądka, niby lekarz, pisarz, Anton) podróżuje po Syberii, pod koniec wieku XX, gdy ZSRR nadal istnieje (i to na tyle nieźle, że w 1989 roku powodzeniem zakończyła się radziecka załogowa misja na Księżyc), i ma powstać film o tymże właśnie Czechowie, oraz gdzieś kiedyś w przyszłości, gdy ZSRR wysyła w kosmos ogromny, supernowoczesny statek (zbudowany na planie sierpa i młota) z misją kolonizacyjną.
Najważniejsze dzieje się w wieku XX, gdyż aby nakręcić idealny film, ekipa filmowa najpierw znalazła idealnego sobowtóra Czechowa, a potem zatrudniła lekarza-hipnotyzera, który potrafi przez wprowadzenie danej osoby w trans sprawić, że autentycznie staje się ta osoba tamtą inną osobą. Sobowtór Czechowa staje się więc najpierw samym Czechowem, a potem na dodatek innym sobowtórem Czechowa, który jest kapitanem radzieckiego statku kosmicznego.
Na dodatek w XX-wiecznej "teraźniejszości" dla świata przedstawionego w książce, dochodzi do serii zdarzeń, które każą przypuszczać, że zmienił się bieg historii, odkąd sobowtór Czechowa stał się Czechowem w przyszłości i w przeszłości. Czechow bowiem nagle znajduje w przeszłości informacje o katastrofie tunguskiej na 20 lat przed jej wystąpieniem, po czym, nieco wbrew sobie, wyrusza tam, aby zobaczyć obszar katastrofy. Towarzyszy mu m.in. nieco szalony, przygłuchy astronom/wynalazca/fizyk/samouk polskiego pochodzenia, Konstantyn Ciołkowski oraz szaman z lokalnego plemienia Tunguzów. Tymczasem do takiej wyprawy, nie wspominając już o przesunięciu w czasie katastrofy tunguskiej, nigdy nie powinno dojść, historia została zmieniona.
Nie tylko jednak przeszłość została zmieniona, ale też i przyszłość, co sprawi w sumie zmianę przeszłości, o czym przekona się załoga radzieckiego statku kosmicznego, który zamiast lecieć w przestrzeń, zamiast tego stanął w miejscu, i zaczął się cofać w czasie...
Fabuła jest dosyć zagmatwana, jednak sama książka, mimo ogólnej powagi, jest jednak lekką i przyjemną oraz bezproblemową lekturą, zwłaszcza w moim osobistym odczuciu, gdy porównałem jej ogólny "klimat" do poprzedniej książki tego samego autora, jaką czytałem. "Podróż Czechowa" można spokojnie przeczytać w godzinę, półtorej. Nie jest to zła książka, mam jednak nieokreślony niedosyt po jej przeczytaniu.
Bohdan Petecki "Tylko cisza"
Po książce Peteckiego, którą przedstawiłem gdzieś niżej, w nieznanym Kadath półek z książkami znalazłem kolejną perełkę tego autora, co tam perełkę, ba, istny diament znalazłem. Oto książka która już byłaby dobrą kandydatką do tytułu "Książka Lutego", gdybym prowadził taki ranking.
Fabuła nie jest dosyć skomplikowana ale za to autor wykazał się ogromną wyobraźnią.Po dziesięciu latach kończy się gwiezdna misja, załoga w komplecie wraca na Ziemię. Misja zakończyła się wielkim rozczarowaniem. Wyruszali w kosmos jako ci, którzy być może jako pierwsi dostąpią zaszczytu nawiązania kontaktu z obcą cywilizacją. Bowiem od pozostawionej gdzieś hen w kosmicznej otchłani stacji nadawczej, oprócz jej własnego sygnału, zaczął dobiegać jakiś obcy. Niestety, okazało się, że jest to tylko efekt przypadkowej awarii.
Po zmęczonych kosmonautów nie przybył jednak nikt, a stacja orbitalna, z załogą zmniejszoną do dwóch ludzi, wygląda na praktycznie martwą. Jak się okazało, na tych, którzy powrócili z gwiazd, czeka ogrom niespodzianek na ich rodzinnej planecie. Przede wszystkim do powszechnego użycia wszedł rodzaj generatora pola siłowego, które spokojnie może zastąpić nie tylko ściany dowolnych budynków, ale też praktycznie każdy rodzaj materiału, tworzywa, itd. łącznie z karoseriami pojazdów. Nie wyjaśniało to jednak wielu zagadek, przede wszystkim czemu nikt praktycznie nie przywitał kosmonautów, i co się właściwie dzieje, gdyż główny bohater, przez morze niedomówień zaczął podejrzewać najbardziej nieprawdopodobne scenariusze inżynierii społecznej.
Prawda okazała się być jednak znacznie bardziej wstrząsająca. Przybyli z kosmosu w przeddzień najbardziej przełomowego wydarzenia w historii ludzkości. Mianowicie, postanowiono, że przy pomocy ogromnych generatorów pól siłowych i generatorów pól o niedawno opracowanych właściwościach, cała ludzkość, wszyscy mieszkańcy Ziemi... zostaną zahibernowani. Na 80 lat. A przez ten czas fauna, flora i przyroda nieożywiona zregeneruje się na tyle, że żeby zobaczyć byle żabę, nie trzeba będzie jechać gdzieś hen daleko do rezerwatu. Nie będą potrzebne specjalne satelity, żeby pory roku funkcjonowały jakkolwiek. Rozłoży się sporo śmieci, zagrożone gatunki odżyją, powietrze się przeczyści, Matka Natura się zregeneruje, wolna od aktywnie funkcjonującej cywilizacji ludzkiej. Nad bezpieczeństwem i sprawnością całej infrastruktury będą natomiast czuwały roboty i pola siłowe.
Jednak nie wszyscy pójdą spać na 80 lat. Pracownicy Centrali natomiast, instytucji zajmującej się eksploracją kosmosu, praktycznie wszyscy co do jednego, zostali wysłani w przestrzeń w celu odnalezienia śladów pozaziemskich cywilizacji.
Zaś na samej Ziemi rozlokowano sieć strażnic, w których, budząc i hibernując się co 20 lat, będą żyć i pracować ci, którzy dopilnują, że uśpionej ludzkości nie stanie się krzywda. Większa część tych strażników to piloci kosmiczni, przyzwyczajeni do długotrwałej samotności w nieznanym otoczeniu.
W tym także ci świeżo przybyli na Ziemię.
W ciągu danych 20 latach na całej Ziemi tylko jeden strażnik nie śpi. Nie wiedzą oni o swoim wzajemnym położeniu, i nie mogą się ze sobą nijak kontaktować. Nie znają się także. Jednak ich praca jest monitorowana, a jej zapis przekazywany przez sieć kolejnemu strażnikowi. Cały system uzbrojono w solidny zestaw zabezpieczeń, strażnice są zamaskowane, na ich wyposażeniu jest najnowocześniejsza technologia. Strażnik ma też kontakt z misjami kosmicznymi.
Główny bohater budzi się i rozpoczyna swoją pracę. Widzi jak Ziemia jaką znał zmieniła się, i zmieni się jeszcze bardziej, zanim cała operacja się skończy.
Najbardziej dokuczliwa staje się cisza. Brak wszechobecnego hałasu cywilizacji, wielkich miast drażni, zadziwia, denerwuje, dokucza. Samotny strażnik zaczyna wreszcie mieć omamy słuchowe i wzrokowe, jego psychika zaczyna niedomagać. Odnalezienie czegoś, co może świadczyć o tym, że nie cała ludzkość poszła grzecznie spać na 80 lat, spotęgowało tylko stopniowe popadanie głównego bohatera w obłęd.
Okazuje się jednak, że faktycznie ktoś niepowołany nie śpi. Pozostaje pytanie, kim on/oni są, i czego będzie/będą oczekiwać od strażnika...
Czegoś tak naprawdę dobrego nie czytałem dawno. Multum płaszczyzn i drugich den - zarówno refleksja nad samotnością i psychiką człowieka żyjącego samego przez 20 lat, refleksja nad losem naszej pieprzonej planety i ludzką działalnością na niej, chwila zadumy nad złudną wiarą w potęgę nauki i ślepe zawierzenie jej, oraz najbardziej chyba porażająca i zmuszająca do myślenia refleksja, że nawet jeśli mamy jakąś swoją wizję świata idealnego, wizję tyleż utopijną, co diametralnie inną od zastanej rzeczywistości, to żyjąc właśnie w tej rzeczywistości tu i teraz, być może mimo wszystko nie potrafilibyśmy żyć w naszym wymarzonym świecie, bo nasz niewymarzony, krytykowany i znienawidzony świat na tyle nas do siebie przystosował, że nie odnajdziemy się poza nim. To bardzo ważna, i szczerze powiedziawszy, bardzo mi bliska myśl. A książkę polecam jak najserdeczniej każdemu, nie dość, że o porywającej treści, to solidna warsztatowo i stylistycznie.
piątek, 10 lutego 2012
Dwa koncerty
1) Phoenix Rising 2012 w Krakowie, 21.I.12
Koncert przeniesiony z października czy tam z kiedyś, ostatecznie trafił do Hali Wisły. Przed koncertem piwo na miasteczku AGH (swoją drogą, związana jest z tym zabawna anegdotka - znajomy na lastfm napisał, że wcześniej jest tam before party. Napisał to dla żartu, nie spodziewając się, że przyjdzie sporo ludzi, ba, że zostanie wręcz cytowany na odpowiedniej stronie facebookowej nawet.), potem sam koncert. Samej organizacji jako takiej nie można zarzucić zbyt wiele, można było przygotować więcej miejsc w szatni, piwo mogło być tańsze i nie tylko w śmiesznie małym (przy takiej ilości ludzi) hmm bufecie. Merch był z Witching Hour (dużo porządnych rzeczy) i jakiś syf jeszcze plastikowy.
Ludzi dużo przyszło, większość smętne kuce, zarówno prawdziwki, jak i wersja gimnazjalna oraz ogrom stadiów pośrednich. Ja tam nie czułem potrzeby udowodnienia komukolwiek czegokolwiek więc na wytartą koszulkę Burzum ubrałem czerwoną koszulę wełnianą bo akurat była czysta pod ręką.
Nagłośnienie na Hali nie było jakieś specjalnie wyszukane, jednak wyraźnie - jak na mój słuch - niedomagało na samym Behemocie, na supportach nie odczuwałem tego aż tak.
Najpierw zagrał Deus Mortem, takie militarystyczne pandy black metalowe, dodatkowo wyświetlające wyświechtany do granic możliwości Begotten. Zagrali mało kawałków, których nie rozpoznałem, ogólnie niedawno powstali (chociaż członkowie przewijali się w składzie m.in. Azarath, Thunderbolt). Tak czy siak, srogi rozpieprz w starym, dobrym stylu, ich występ zachęcił mnie do zapoznania się z ich twórczością. Ich EPka kosztuje 15zł, może se kupię nawet.
Potem na scenę zawitało Morowe, grupa na zobaczeniu występu której zależało mi najbardziej, gdyż wielkim fanem jestem zarówno ich jak i większości projektów gdzie macza członka Nihil i jego ziomki z LTWB. Ciekawy image (coś jakby Nowa Huta + Anonymous), skład sceniczny rozbudowany znacznie, przewrotnie zaczęli od "Zakończenia" a potem było kilka znanych i lubianych szlagierów z "Piekły, labirynty, diabły", z czego największe wrażenie zrobił zagrany na końcu kawałek tytułowy z tej płyty. W sumie to właśnie na Morowe przyszedłem, a nie na headlinera, więc usatysfakcjonowany mogłem iść już w sumie sobie w siną dal, ale że po Morowych na scenie zawitał Blindead, to zostałem.
Moim skromnym zdaniem Blindead nie powinien grać przed kapelą death metalową a po kapelach black metalowych. Gra bowiem coś zupełnie jednak innego (lekko dronująco-ambientowy, psychodelizujący progresywny coś), czego stereotypowy fan tego bardziej mainstreamowego, behemothowego death metalu raczej nie przyswoi. Mnie osobiście występ Havoca i spółki bardzo przypadł do gustu, jednak wyraźnie widziałem, że część ludzi pod sceną, próbująca pogować do ściany jednostajnej dźwięku, nie za bardzo się tam potrafiła odnaleźć. Nie zrozumiałem tylko przekazu tego, co było wyświetlane nad sceną, cóż, wolałem nawet coś tak wyświechtanego jak Begotten właśnie.
Behemoth zaczął z czysto gwiazdorskim zacięciem. Najpierw wyświetlono cały "Lucifer" (w dobie youtubów i pokrewnych, niecenzurujących serwisów, pomysł dosyć chybiony), potem na scenę wtargnął zapowiadacz, najprędzej ten ich śmiechowy tekściarz z okultury, szybko przepłoszony przez niecierpliwych fanów. Tak czy siak koncert w końcu się zaczął. Szczerze powiedziawszy, wychwyciłem tylko jeden znany mi kawałek, Moonspell Rites, reszta zlała się jak dla mnie w jedną łupaninę bez polotu, gdyby nie przerwy pomiędzy utworami, nie wiedziałbym w sumie, gdzie co się zaczyna, a co kończy. Co jakiś czas ze sceny buchał ogień, po sali rozniósł się zapach płonących zniczy, co jakiś czas Nergal rzucał jakieś oklepane i wyświechtane teksty. Nie ujmując Nergalowi i spółce umiejętności, wytrwałości, itd. muszę subiektywnie stwierdzić, że takich ilości plastiku i sztuczności wylewających się ze sceny nie widziałem dawno. Fani z pewnością byli jednak usatysfakcjonowani, gdyż był to show na poziomie.
Z koncertu wyszedłem przed końcem, Behemoth mnie znudził, nie narzekam jednak, nie rozczarowałem się żadnym z supportów, z myślą o których w sumie tak poszedłem.
2) Skarżyskie Święto Fabryk, 28.I.12
Koniec świata - w moim rodzinnym mieście, w "klubie" znanym raczej z koncertów jakiś śmieciowych kapelek kinderpunkowych/reggae, nagle organizowany event noise/industrialny. Obawiałem się, czy w ogóle dojdzie do skutku, ze względu na zapewne znikome zainteresowanie, odbył się, jednak z zapowiadanych wykonawców dotarło ich tylko trzech. Dobre i to, zresztą, jak się okazało, było to całkiem wystarczające. Spora część za to widowni to po prostu stali bywalcy, grupka podstarzałych metali, która - podejrzewam - przychodzi tam niezależnie od tego, kto/co tam gra.
Pierwszym wykonawcą był kielecki projekt Sleep Sessions, projekt jednoosobowy niejakiego Dawida, z Kielc. Dawid okazał się zresztą bardzo sympatycznym człowiekiem, miałem okazję zamienić z nim kilka słów (mam też z nim przynajmniej dwoje wspólnych znajomych, hyhy). Tak czy siak, zaprezentował krótki ale intensywny set harsh noise'owy, nie można było się nudzić.
Po nim pojawił się projekt Evening with Deaf, nieznane mi ustrojstwo z Szydłowca (zza miedzy więc). Zaprezentowali coś znacznie dłuższego niż SS, ale mniej intensywnego, bardziej stonowanego. Tak czy siak, sympatyczne. Potem, z racji na to, że większość zapowiadanych wykonawców nie dojechała, nastąpiła improwizacja Sleep Sessions razem z Evening with Deaf. Bardzo twórcze hałasowanie wyszło.
Event został zamknięty przez grupę Berlin, która wykonuje specyficzny noise na zwykłych instrumentach (gitarze i perkusji). Czegoś takiego nie miałem jeszcze okazji chyba słyszeć, tak czy siak specyficzne ale fajne zdecydowanie.
Podsumowując, udana impreza, hałas, dym i jakieś wyświetlane niewiadomoco. I piwo nawet jakieś mało rozwodnione.
Koncert przeniesiony z października czy tam z kiedyś, ostatecznie trafił do Hali Wisły. Przed koncertem piwo na miasteczku AGH (swoją drogą, związana jest z tym zabawna anegdotka - znajomy na lastfm napisał, że wcześniej jest tam before party. Napisał to dla żartu, nie spodziewając się, że przyjdzie sporo ludzi, ba, że zostanie wręcz cytowany na odpowiedniej stronie facebookowej nawet.), potem sam koncert. Samej organizacji jako takiej nie można zarzucić zbyt wiele, można było przygotować więcej miejsc w szatni, piwo mogło być tańsze i nie tylko w śmiesznie małym (przy takiej ilości ludzi) hmm bufecie. Merch był z Witching Hour (dużo porządnych rzeczy) i jakiś syf jeszcze plastikowy.
Ludzi dużo przyszło, większość smętne kuce, zarówno prawdziwki, jak i wersja gimnazjalna oraz ogrom stadiów pośrednich. Ja tam nie czułem potrzeby udowodnienia komukolwiek czegokolwiek więc na wytartą koszulkę Burzum ubrałem czerwoną koszulę wełnianą bo akurat była czysta pod ręką.
Nagłośnienie na Hali nie było jakieś specjalnie wyszukane, jednak wyraźnie - jak na mój słuch - niedomagało na samym Behemocie, na supportach nie odczuwałem tego aż tak.
Najpierw zagrał Deus Mortem, takie militarystyczne pandy black metalowe, dodatkowo wyświetlające wyświechtany do granic możliwości Begotten. Zagrali mało kawałków, których nie rozpoznałem, ogólnie niedawno powstali (chociaż członkowie przewijali się w składzie m.in. Azarath, Thunderbolt). Tak czy siak, srogi rozpieprz w starym, dobrym stylu, ich występ zachęcił mnie do zapoznania się z ich twórczością. Ich EPka kosztuje 15zł, może se kupię nawet.
Potem na scenę zawitało Morowe, grupa na zobaczeniu występu której zależało mi najbardziej, gdyż wielkim fanem jestem zarówno ich jak i większości projektów gdzie macza członka Nihil i jego ziomki z LTWB. Ciekawy image (coś jakby Nowa Huta + Anonymous), skład sceniczny rozbudowany znacznie, przewrotnie zaczęli od "Zakończenia" a potem było kilka znanych i lubianych szlagierów z "Piekły, labirynty, diabły", z czego największe wrażenie zrobił zagrany na końcu kawałek tytułowy z tej płyty. W sumie to właśnie na Morowe przyszedłem, a nie na headlinera, więc usatysfakcjonowany mogłem iść już w sumie sobie w siną dal, ale że po Morowych na scenie zawitał Blindead, to zostałem.
Moim skromnym zdaniem Blindead nie powinien grać przed kapelą death metalową a po kapelach black metalowych. Gra bowiem coś zupełnie jednak innego (lekko dronująco-ambientowy, psychodelizujący progresywny coś), czego stereotypowy fan tego bardziej mainstreamowego, behemothowego death metalu raczej nie przyswoi. Mnie osobiście występ Havoca i spółki bardzo przypadł do gustu, jednak wyraźnie widziałem, że część ludzi pod sceną, próbująca pogować do ściany jednostajnej dźwięku, nie za bardzo się tam potrafiła odnaleźć. Nie zrozumiałem tylko przekazu tego, co było wyświetlane nad sceną, cóż, wolałem nawet coś tak wyświechtanego jak Begotten właśnie.
Behemoth zaczął z czysto gwiazdorskim zacięciem. Najpierw wyświetlono cały "Lucifer" (w dobie youtubów i pokrewnych, niecenzurujących serwisów, pomysł dosyć chybiony), potem na scenę wtargnął zapowiadacz, najprędzej ten ich śmiechowy tekściarz z okultury, szybko przepłoszony przez niecierpliwych fanów. Tak czy siak koncert w końcu się zaczął. Szczerze powiedziawszy, wychwyciłem tylko jeden znany mi kawałek, Moonspell Rites, reszta zlała się jak dla mnie w jedną łupaninę bez polotu, gdyby nie przerwy pomiędzy utworami, nie wiedziałbym w sumie, gdzie co się zaczyna, a co kończy. Co jakiś czas ze sceny buchał ogień, po sali rozniósł się zapach płonących zniczy, co jakiś czas Nergal rzucał jakieś oklepane i wyświechtane teksty. Nie ujmując Nergalowi i spółce umiejętności, wytrwałości, itd. muszę subiektywnie stwierdzić, że takich ilości plastiku i sztuczności wylewających się ze sceny nie widziałem dawno. Fani z pewnością byli jednak usatysfakcjonowani, gdyż był to show na poziomie.
Z koncertu wyszedłem przed końcem, Behemoth mnie znudził, nie narzekam jednak, nie rozczarowałem się żadnym z supportów, z myślą o których w sumie tak poszedłem.
2) Skarżyskie Święto Fabryk, 28.I.12
Koniec świata - w moim rodzinnym mieście, w "klubie" znanym raczej z koncertów jakiś śmieciowych kapelek kinderpunkowych/reggae, nagle organizowany event noise/industrialny. Obawiałem się, czy w ogóle dojdzie do skutku, ze względu na zapewne znikome zainteresowanie, odbył się, jednak z zapowiadanych wykonawców dotarło ich tylko trzech. Dobre i to, zresztą, jak się okazało, było to całkiem wystarczające. Spora część za to widowni to po prostu stali bywalcy, grupka podstarzałych metali, która - podejrzewam - przychodzi tam niezależnie od tego, kto/co tam gra.
Pierwszym wykonawcą był kielecki projekt Sleep Sessions, projekt jednoosobowy niejakiego Dawida, z Kielc. Dawid okazał się zresztą bardzo sympatycznym człowiekiem, miałem okazję zamienić z nim kilka słów (mam też z nim przynajmniej dwoje wspólnych znajomych, hyhy). Tak czy siak, zaprezentował krótki ale intensywny set harsh noise'owy, nie można było się nudzić.
Po nim pojawił się projekt Evening with Deaf, nieznane mi ustrojstwo z Szydłowca (zza miedzy więc). Zaprezentowali coś znacznie dłuższego niż SS, ale mniej intensywnego, bardziej stonowanego. Tak czy siak, sympatyczne. Potem, z racji na to, że większość zapowiadanych wykonawców nie dojechała, nastąpiła improwizacja Sleep Sessions razem z Evening with Deaf. Bardzo twórcze hałasowanie wyszło.
Event został zamknięty przez grupę Berlin, która wykonuje specyficzny noise na zwykłych instrumentach (gitarze i perkusji). Czegoś takiego nie miałem jeszcze okazji chyba słyszeć, tak czy siak specyficzne ale fajne zdecydowanie.
Podsumowując, udana impreza, hałas, dym i jakieś wyświetlane niewiadomoco. I piwo nawet jakieś mało rozwodnione.
Bohdan Petecki "Strefy Zerowe"
Tak czy siak, jest to nieco szorstkie technicznie ale przykuwające uwagę czytelnika dziełko s-f opowiadające o przygodach Thaala, funkcjonariusza specjalnej, doborowej jednostki wojskowej, przygotowanej do obrony pogrążonej w mdłym hedonizmie i jeszcze bardziej mdłym humanitaryzmie ludzkości. Członkowie Korpusu bardziej przypominają maszyny, niż ludzi. Nie chorują, są grupą mającą pełną zgodność immunologiczną, nie posiadają uczuć jako takich ("podłączeni" są pod psychotron, coś w stylu zbiorowej jaźni, która umożliwia pełne skupienie się na wykonywanym zadaniu), ich ciała pełne są elektronicznych usprawnień, dysponują wyposażeniem nieosiągalnym dla wszelkich innych formacji. Do tego stopnia są osobną "kastą" w ramach społeczeństwa, że sami określają zwykłych ludzi mianem "ludzików".
Rzecz jasna zwykli ludzie, pogrążeni w codziennym, błogim marazmie, traktują ludzi Korpusu w najlepszym razie z rezerwą, w najgorszym zaś z otwartą niechęcią lub wręcz wrogością.
Tymczasem po prostu nie ma zagrożeń, do jakich Korpus był pierwotnie przeznaczony, więc na co dzień jego funkcjonariusze po prostu robią za antyterrorystów. Jednak pewnego dnia Thaal zostaje wybrany, wraz z dwoma innymi sobie podobnymi, do zadania do jakiego był przygotowywany od zawsze. Wiele lat wcześniej na Ziemi odebrano sygnał z odległego świata, wysłano tam załogową misję, jednak kontakt się urwał, a los wysłanego statku i jego załogi pozostał nieznany. W tajemnicy przed opinią publiczną wysłano kolejną misję, dwa statki, które również zaginęły.
Na spotkanie nieznanego wysłano więc trzecią misję, pod kierunkiem Thaala. Wyprawa ta zmieni się jednak w niemalże metafizyczną podróż w głąb siebie, która członkom korpusu pozwoli odkryć swoje człowieczeństwo. Tajemnicza cywilizacja bowiem dysponuje specyficznymi urządzeniami, które oddziałują na emocje i uczucia ludzi, tworząc projekcje i wizje tego, co zostaje wydobyte z głębin psychiki. Zwykli ludzie szaleją, członkowie Korpusu poznają zaś to, czego ich mechanicznie i chemicznie pozbawiono. Oprócz tego, te obce urządzenia blokują jakąkolwiek łączność. Generują, czy też może są tytułowymi "strefami zerowymi".
Mamy więc polski pierwowzór niektórych pomysłów kojarzących się z filmem "Sphere"czy, pod względem klimatu nieco z "Event Horizon". No i jak na dłoni widać podobieństwa członka Korpusu z Wiedźminem. Ba, jeden z bohaterów nazywa się Riva. Podobnie jak Geralt, który ostatecznie chciał wręcz porzucić wiedźmiński stan, Thaal zaczyna się zastanawiać, ba, sam przerobił swój psychotron by zachować pamięć o uczuciach do dawnej ukochanej. Jeden i drugi na końcu poznaje i oswaja się ze swoim człowieczeństwem, którego się wypierał. Jeśli nawet Sapkowski zainspirował się pomysłem Peteckiego, to jednak nie można mu mieć tego za złe, bo szukanie człowieczeństwa i akceptacja dla samego siebie to tematy nieśmiertelne.
Książkę można znaleźć i przeczytać np. tutaj, jeśli ktoś lubi wyorbitowywać pojęcia.
Jerzy Grundkowski "Labirynt wyobraźni"
Zbiór opowiadań autora o którym w sumie nigdy nie słyszałem, opowiadań zakręconych, szalonych, wizyjnych i poplątanych, gdzie jawa miesza się ze snem, gdzie bohater zostaje poddany pod działanie czegoś, czego nijak nie rozumie i co - w skrajnych przypadkach - bawi się nim. Dodatkowo jedna ciekawa antyutopia, pokazująca, że tam, gdzie jest egalitaryzm i szczęście, to tego szczęścia w sumie nie ma, druga antyutopia, gdzie uciekinierzy z Miasta trafiają nie do raju na ziemi (ups, raju na planecie, gdzie się fabuła rozgrywa), lecz do Państwa znacznie gorszego od miejsca, skąd uciekli, oraz opowieść o porwaniu ziemianina przez UFO, opowieść zupełnie wywracająca obowiązującą w tamtych czasach (wyd. 1986 rok) optymistyczną wizję lotów kosmicznych i stosunków panujących na pokładach kosmolotów.
Tytuł bardzo adekwatny do treści, polecam.
Erwin Strittmatter "Zapiski w wiejskim kalendarzu"
Cóż to takiego? Niezbyt długi zbiór 200 miniatur i krótkich opowiadań (od kilku zdań do 2-3 strony), uporządkowanych w sposób raczej chronologiczny, ale z wyjątkami, pełnych wspomnień, obserwacji i przemyśleń autora, pisarza NRDowskiego, związanego z łużycką wsią i kulturą ludową. Książka jest napisana przystępnym językiem, obserwacje i uwagi nie są grafomańskie, całość ma bardzo ciepły, nieco melancholijny, liryczny, ale optymistyczny i serdeczny wydźwięk, czyta się to bardzo przyjemnie, a przytoczone anegdoty zapadają w pamięć.
Najwięcej wspomnień dotyczy dziadka autora, prostego i zabobonnego człowieka wsi, który polował z nożem na diabły, a po śmierci żony związał się za jej przyzwoleniem z jej młodszą siostrą. Który bezgranicznie wierzył w to, co zapisano w kalendarzu, który dawał dzieciom i wnukom do jedzenia grudki siarki i wraz z nimi robił zapałki. Który pastował buty mazią składającą się m.in. z końskiego moczu, mieszanki żywic i pokruszonej kredy. Który na łożu śmierci odgonił jeszcze złodzieja wielkiego zegara. Który bez wątpienia był fascynującą postacią.
Z morza różności wyróżniają się jeszcze anegdoty o przyjacielu i mentorze autora, pisarzu Bertolcie Brechcie. O ich podróży do RFN, o kwiatach i fotelach. Wyróżniają się anegdoty o notorycznych pomyłkach fanów, którzy mylili autora z pewnym aktorem (a pewnego dnia aktora z autorem) czy też o oswojonym jeżu. Ciekawy wydźwięk ma opowiastka o kantorze i organiście ze zboru, który w samotności deklamował "Widmo krąży nad Europą...". Jest też kilka opowiastek o dzieciach autora.
Książka daje czytelnikowi wgląd w życie prostych ludzi na NRDowskiej wsi, które nie różniło się w sumie od życia na wsi polskiej, w podobnym okresie czasu - gdy szło nowe, a stare jeszcze trwało. Niezwykle sympatyczna pozycja, warta do przeczytania.
Sam autor jest mi postacią zaś zupełnie nieznaną.
Wiedźmin po latach
Mimo tych dosyć ogólnych powyższych sformułowań, w czasach, gdy sagę i przyległości czytałem te pierwsze 4-5 razy, głównie zwracałem uwagę na użyte środki stylistyczne, na kreatywność autora w world-buildingu, na wspaniale napisane dialogi, głębię, szczegółowość i "ciałokrwistość" przedstawionych postaci, na rubaszny humor przeplatający się ze śmiertelną powagą. Było to moje pierwsze fantasy o para-średniowiecznym settingu, w którym ludzie byli ludźmi, mięli swoje marzenia, tęsknoty, fobie, problemy, gdzie byli ludzcy, gdzie kierowali się emocjami, często wbrew logice, gdzie nie dało się jednoznacznie stwierdzić, kto jest zły a kto dobry (powtarzam się, wiem), gdzie wreszcie autor pokazał całość złożonych procesów politycznych i ekonomicznych zachodzących w społeczeństwie i państwie. Jednak dopiero teraz otworzyła się przede mną pełnia tego, co właściwie Sapkowski zawarł w swoim arcydziele. Chociaż i tak pogubiłem się, kto jest kto i z czym jest związany, zwłaszcza w "Wieży Jaskółki" i "Pani Jeziora", gdzie nagromadzenie nazwisk i funkcji osiąga swoje apogeum. W każdym razie dopiero teraz dotarła do mnie waga przekazu, dopiero teraz w pełni zrozumiałem całość tej fascynującej epopei o akceptacji dla samego siebie, o szukaniu swojego miejsca w życiu, o poświęceniu dla drugiego człowieka. Dopiero teraz wyłapałem wszystkie chyba "smaczki" historyczno-polityczne i kulturowe, nawiązania autora do postaci z wcześniejszych opowiadań, ba, umiejętne wplecenie ich do akcji książek późniejszych, dopiero teraz dotarł do mnie ogrom pracy jaką autor wykonał, i jej kompleksowość.
Dodatkiem do dwóch zbiorów opowiadań (w którymś z nowych wydań może ta liczba się zmieniła, nie wiem) i pięciu tomów Sagi jest opowiadanko (no, w sumie dwa) ze zbioru "Coś się kończy, coś zaczyna". Jedno przedstawia domniemanych rodziców Geralta, a drugie ma opinię alternatywnego zakończenia (
O ile w międzyczasie poznałem fantasy dużo bardziej ambitne i mające znacznie bardziej poważny i przejmujący przekaz, to jednak do Wiedźmina wracać będę jeszcze nie raz i nie dwa, bo za każdym razem, mimo tego, że wiem co kiedy i jak się stanie, odkrywam tam coś nowego, coś, nad czym można - i trzeba - się zastanowić.
Sapkowski nie napisał już potem niczego tak dobrego. "Trylogia husycka" zapowiadała się dobrze, jednak ostatni tom bardzo mnie rozczarował. Wydana stosunkowo niedawno "Żmija" stała na wysokim poziomie, pozostawiła jednak mocny niedosyt. Dlatego też drżę nieco na wieść, jaka gruchnęła niedawno, że autor powraca do wiedźmińskiego uniwersum. Trzymam jednak kciuki za powodzenie tego, co autor zaplanował i co tworzy.
środa, 8 lutego 2012
Kirył Bułyczow "Żuraw w garści"/Jarosław Gołowanow, Julij Gusman "Kontakt"
"Side" Bułyczowa to dość smutna historia o pewnym radzieckim naukowcu, który nieszczęśliwie się zakochuje w kimś, kto w sumie powinien nie żyć od dawna. Jak się okazuje, nie jest to jednak duch, ale osoba pochodząca z alternatywnej rzeczywistości, gdzie można się dostać przez lisią jamę (hmmm, coś mi to nieco przypomina), a gdzie kiedyś wpadł pewien myśliwy, który aktywnie się wmieszał w - nazwijmy to - życie polityczne tam gdzieś. Tak czy siak, dochodzi to niezłej rozwałki, a całe dziełko kończy się w sumie nijako, przed tym ostatecznym momentem, kiedy by się wyjaśniło wszystko, a główny bohater zostaje sam z rozterką i umierającym człowiekiem.
Nie jest to złe dziełko, o nie. Jest jednak, w porównaniu do tego ułamka twórczości Bułyczowa jaką znam, gorsze. Bardziej melancholijne, bardziej smętne, wątek bohatera - cioty, ślamazary, na którego każdy wchodzi jak chce i który potem się staje prawie nadczłowiekiem o stalowym duchu też nieco wyeksploatowany. Ale ogólnie nie jest to złe aż tak, od, czytadłowate.
"Side" Gołowanowa i Gusmana zaś to abominacja. Sciencie-fiction w radzieckim, koszmarnym stylu. Drętwa narracja, jakby mili autorzy relacjonowali sucho cokolwiek, natrętny optymizm antropologiczny i determinizm historyczny (UFO musi być dobre z natury, bo żeby osiągnąć taki stopień rozwoju technologicznego konieczny był komunizm, a komunizm to samo dobro, racjonalność i brak tendencji militarystycznych, tjaaa). Do tego jeszcze źli kapitaliści, bojący się nieznanego i niedowierzający Związkowi Radzieckiemu gdzieś tam w tle i heroizm radzieckich kosmonautów. Fabuła dosyć prosta - od wielu lat mieszana amerykańsko-radziecka załoga przygotowuje się do lotu na Marsa. Jednak nad Ziemią pojawia się coś, co niechcący psuje transmisje radiowe na planecie, i co leci gdzieś tam koło Ziemi. Plan misji zostaje więc zmieniony, nakładają się na to problemy osobiste kosmonautów, itd. Można przeczytać dla śmiechu, jako świadectwo swej epoki, ale tak poza tym, to jest to jak dla mnie pozbawione walorów.
sobota, 14 stycznia 2012
Odpryski III
Przegapiłem jakoś okazję, aby napisać na blogasq cokolwiek o świętach czy nowym roku, to teraz trafiłem jakoś chyba akurat na nowy rok prawosławny. Cieszmy się więc i radujmy, job twoju mać.
No nie ważne, tak czy siak autor bloga żyje, chociaż jego wątroba raczej nie, i snuje (autor, nie wątroba, chociaż kto tam wie) jakieś różne plany odnośnie najbliższej blogowej przyszłości.Więc, autor zmierzy się po raz drugi z "Pod kopułą" Kinga (pierwsze podejście było średnio udane, była już na blogu wzmianka dawno temu), zmierzy się z kilkoma kolejnymi starociami z serii "Fantastyka - Przygoda" Iskier, autor zmierzy się z Ernstem Jüngerem (na pewno "Awanturnicze serce" i "Robotnik", może też "Publicystyka polityczna 1919-1936", ale nie wiem, bo za dużo z tym zachodu nieco, wielkie tomiszcze, gdzie w sumie Ernst pieprzy bzdury, na dodatek samemu w nie chyba nie dowierza [odsyłam do notki na tym blogu o książeczce "Sturm" jego autorstwa], autor zmierzy się z Baudrillardem i Peterem Lambornem Wilsonem (nie wiem jak się "Hakim Bey" odmienia lol), autor zmierzy się też ze sporą ilością posiadanych płyt z muzyką, opisze raczej to, co ma, niż będzie szukał rzeczy nowych i "na czasie". Autor postara się też skupić raczej na płytach jakie posiada rzeczywiście, tzn. nie w wersji infoanarchistycznej. Jeśli autor pójdzie gdzieś na koncert, to nie omieszka go potem opisać. Być może autor podzieli się z czytelnikami bloga swoją radosną twórczością (wannabe pisarską), którą do tej pory wrzuca raz na ruski rok na stronę Nowej Fantastyki. Ale też raczej nie.
Być może pojawią się gdzieś tutaj linki do różnych smętnych miejsc, gdzie autor zagląda. Ale to też nie wiadomo. Odnośnie linków, to jeden znajomy przedstawiciel klas posiadających założył sobie ostatnio nowego bloga, o tematyce podobnej do tutejszej. Oto i link do tego smętnego burżuja, niech się cieszy, że komukolwiek się chce o nim pisać, i tak zwycięska rewolucja wymaże go z kart historii.
Autor do końca rozminął się z deklarowaną religią, zwątpił i upadł oraz popadł w jakiś agnostyczny deizm, przez co nie jest już hipokrytą jak słucha black metalu.
A co tam u mnie jako u mnie? Chodzę nocami po osiedlu/nad rzeką, słuchając Kriegsmaschine na słuchawkach, i mam ochotę mordować przypadkowych przechodniów. Czyli w sumie po staremu wszystko. Ale to nie ważne zupełnie.
~~~~~~~~
Ach, zapomniałbym. Małego podsumowania roku 2011 nie będzie, gdyż w sumie granice pomiędzy poszczególnymi latami są umowne i nie mają dla mnie osobiście jakiegoś wielkiego znaczenia. Rok poprzedni całkiem dobry, na blogu pozostawił 123 notki, nieźle.
~~~~~~~~
Adnotacja 13 maj 2012 - w międzyczasie sporo notek z różnych powodów wyleciało - albo nic nie wnosiły do niczego, albo stały się niepotrzebne.
No nie ważne, tak czy siak autor bloga żyje, chociaż jego wątroba raczej nie, i snuje (autor, nie wątroba, chociaż kto tam wie) jakieś różne plany odnośnie najbliższej blogowej przyszłości.
Być może pojawią się gdzieś tutaj linki do różnych smętnych miejsc, gdzie autor zagląda. Ale to też nie wiadomo. Odnośnie linków, to jeden znajomy przedstawiciel klas posiadających założył sobie ostatnio nowego bloga, o tematyce podobnej do tutejszej. Oto i link do tego smętnego burżuja, niech się cieszy, że komukolwiek się chce o nim pisać, i tak zwycięska rewolucja wymaże go z kart historii.
Autor do końca rozminął się z deklarowaną religią, zwątpił i upadł oraz popadł w jakiś agnostyczny deizm, przez co nie jest już hipokrytą jak słucha black metalu.
A co tam u mnie jako u mnie? Chodzę nocami po osiedlu/nad rzeką, słuchając Kriegsmaschine na słuchawkach, i mam ochotę mordować przypadkowych przechodniów. Czyli w sumie po staremu wszystko. Ale to nie ważne zupełnie.
~~~~~~~~
Ach, zapomniałbym. Małego podsumowania roku 2011 nie będzie, gdyż w sumie granice pomiędzy poszczególnymi latami są umowne i nie mają dla mnie osobiście jakiegoś wielkiego znaczenia. Rok poprzedni całkiem dobry, na blogu pozostawił 123 notki, nieźle.
~~~~~~~~
Adnotacja 13 maj 2012 - w międzyczasie sporo notek z różnych powodów wyleciało - albo nic nie wnosiły do niczego, albo stały się niepotrzebne.
czwartek, 29 grudnia 2011
Dwa filmy, przypadkowo zestawione bez związku żadnego
1) Conan Barbarzyńca, ten nowy.
Conana znają chyba wszyscy, nawet jak ktoś nie czytał klasyki od Howarda lub naśladownictw i kontynuacji autorów, których imię jest Legion, to oglądał stary film ze Schwarzenggerem, grał w toto takie mmorpg, lub czytał komiksy. Lub chociażby kojarzy postać.
Ktoś mądry wpadł na pomysł, żeby postać odświeżyć, przypomnieć młodszym widzom, ku chwale i chałwie. Sama idea przednia mocno, ktośtam jeszcze dorobił kilka efektów dla wersji 3D (filmy 3D to nowomodny crap jakich mało że szkoda słów i szkoda nawet klawiatury), wzięto jakiegoś Hawajczyka żeby odgrywał główną rolę, itp.
Nie ma po co w sumie oceniać filmu pod kątem adaptacji, gdyż akurat w przypadku Conana, którego przygody są porozpisywane w pierdylionie opowiadań wielu autorów ciężko by wybrać w ogóle jakieś nadające się bezpośrednio do ekranizacji (po prostu od przybytku głowa boli), zamiast tego zrobiono jakąś tam fabułkę, do bólu sztampową i dosyć przewidywalną. Ale czego się spodziewać innego - tu fabuła jest dodatkiem do pokazania mocy i heroizmu głównego bohatera, no i do radosnej i nieskrępowanej rzezi.
Mamy więc przekrój dziejów Conana - od momentu, gdy urodził się na polu bitwy, tuż przed śmiercią swojej matki, poprzez kulminacyjny moment, gdy jego wioska została wymordowana, potem mamy fragment przekroju dziejów barbarzyńcy, zawiązanie akcji potem, no i seans zemsty.
Co trzeba uznać za główny plus filmu - jest krwawy. Krew się leje strumieniami, przemoc nie jest tylko symboliczna, przemoc jest przemocą z krwi i kości. I bardzo, bardzo dobrze, najgorszą rzecz jaką można by było temu filmowi uczynić, to sprawić, żeby w jakiś klasyfikacjach i rankingach otrzymał niższe miejsca (= większa widownia = większe pieniądze). Film jest także dosyć mroczny, a główny bohater odpowiednio barbarzyński.
Jednak ktoś mocno popsuł moje wyobrażenie o Conanie, także jeszcze wywodzące się z filmu ze Schwarzeneggerem. Prawdę powiedziawszy, kreacja obecnego gubernatora Kalifornii spłycała Howardowskiego bohatera do tępawego mięśniaka, gdy tymczasem Conan miał łeb i pomyślunek (wiem też z opowiadań, że zdarzyło mu się być m.in. królem), za to nowa kreacja tego Hawajca jak mu tam, była zbyt hollywoodzka. Postać miała ni to ironiczne, ni to pyszałkowate podejście do wszystkiego. Ni to śmieszne, ni w pięć ni w dziesięć komentarze aktora zupełnie mi nie pasowały do postaci Conana, którego nie wyobrażałem sobie jako pseudo-dowcipnego trickstera, jakim jest on tu momentami przedstawiony. Jak już krytykując hollywództwo, to koniecznie druzgocącej krytyce muszę podać konstrukcję postaci pobocznych - króla złodziei, który jest zupełną komiczną niedojdą pakującą się kłopoty przy każdej możliwości, oraz kumpla Conana, jakiegoś czarnucha. Scenografia mi się nie podobała. Brakowało mi tu tchnienia Nieznanego, tchnienia wieków i tajemnic przeszłości. Zamiast tego jest trochę orientu, trochę czegoś jakby Rzymu, do tego mocno średniowieczem zajeżdża, a sceny morskie kojarzyły mi się negatywnie, z Piratami z Karaibów (same te filmy nie były złe, ale zostały mi skutecznie obrzydzone przez hordy nieszczęśnic mokrych na widok Deppa). Surowa i oszczędna w środkach scenografia pierwszej ekranizacji przemawia do mnie mocniej, świat bez tony ozdobników i szczegółów jest bardziej surowy, dziki, barbarzyński.
Zupełnym absurdem zaś, nawet jak na fantasy, jest "wykuwanie" miecza dla Conana. Coś takiego jest zupełnie nielogiczne, absurdalne i w ogóle bez sensu. Ale trudno, efekciarstwo rządzi się własnymi prawami.
W filmie jest trochę ruchania, ale bez szaleństw. No, to tyle. Podsumowując - film zrealizowany poprawnie, brutalny i mroczny, postacie jednak, razem z Conanem, dosyć mało wyraziste. Dałbym z 6/10, gdybym tu oceniał cokolwiek.
2) Upadek (Falling Down)
Kultowe filmidło z Michaelem Douglasem w roli głównej. Film, gdzie w sumie wszyscy przegrywają, film będący idealnym komentarzem do zjawiska Spektaklu. Rzeczywistość przesiąknięta rozpadem więzi społecznych, same patologie i nieszczęścia. Chore społeczeństwo tworzy chore jednostki. Miałem napisać o tym cuś więcej, wczoraj oglądałem któryś raz z rzędu, ale mi się nie chce jednak, no film arcydzieło no.
Conana znają chyba wszyscy, nawet jak ktoś nie czytał klasyki od Howarda lub naśladownictw i kontynuacji autorów, których imię jest Legion, to oglądał stary film ze Schwarzenggerem, grał w toto takie mmorpg, lub czytał komiksy. Lub chociażby kojarzy postać.
Ktoś mądry wpadł na pomysł, żeby postać odświeżyć, przypomnieć młodszym widzom, ku chwale i chałwie. Sama idea przednia mocno, ktośtam jeszcze dorobił kilka efektów dla wersji 3D (filmy 3D to nowomodny crap jakich mało że szkoda słów i szkoda nawet klawiatury), wzięto jakiegoś Hawajczyka żeby odgrywał główną rolę, itp.
Nie ma po co w sumie oceniać filmu pod kątem adaptacji, gdyż akurat w przypadku Conana, którego przygody są porozpisywane w pierdylionie opowiadań wielu autorów ciężko by wybrać w ogóle jakieś nadające się bezpośrednio do ekranizacji (po prostu od przybytku głowa boli), zamiast tego zrobiono jakąś tam fabułkę, do bólu sztampową i dosyć przewidywalną. Ale czego się spodziewać innego - tu fabuła jest dodatkiem do pokazania mocy i heroizmu głównego bohatera, no i do radosnej i nieskrępowanej rzezi.
Mamy więc przekrój dziejów Conana - od momentu, gdy urodził się na polu bitwy, tuż przed śmiercią swojej matki, poprzez kulminacyjny moment, gdy jego wioska została wymordowana, potem mamy fragment przekroju dziejów barbarzyńcy, zawiązanie akcji potem, no i seans zemsty.
Co trzeba uznać za główny plus filmu - jest krwawy. Krew się leje strumieniami, przemoc nie jest tylko symboliczna, przemoc jest przemocą z krwi i kości. I bardzo, bardzo dobrze, najgorszą rzecz jaką można by było temu filmowi uczynić, to sprawić, żeby w jakiś klasyfikacjach i rankingach otrzymał niższe miejsca (= większa widownia = większe pieniądze). Film jest także dosyć mroczny, a główny bohater odpowiednio barbarzyński.
Jednak ktoś mocno popsuł moje wyobrażenie o Conanie, także jeszcze wywodzące się z filmu ze Schwarzeneggerem. Prawdę powiedziawszy, kreacja obecnego gubernatora Kalifornii spłycała Howardowskiego bohatera do tępawego mięśniaka, gdy tymczasem Conan miał łeb i pomyślunek (wiem też z opowiadań, że zdarzyło mu się być m.in. królem), za to nowa kreacja tego Hawajca jak mu tam, była zbyt hollywoodzka. Postać miała ni to ironiczne, ni to pyszałkowate podejście do wszystkiego. Ni to śmieszne, ni w pięć ni w dziesięć komentarze aktora zupełnie mi nie pasowały do postaci Conana, którego nie wyobrażałem sobie jako pseudo-dowcipnego trickstera, jakim jest on tu momentami przedstawiony. Jak już krytykując hollywództwo, to koniecznie druzgocącej krytyce muszę podać konstrukcję postaci pobocznych - króla złodziei, który jest zupełną komiczną niedojdą pakującą się kłopoty przy każdej możliwości, oraz kumpla Conana, jakiegoś czarnucha. Scenografia mi się nie podobała. Brakowało mi tu tchnienia Nieznanego, tchnienia wieków i tajemnic przeszłości. Zamiast tego jest trochę orientu, trochę czegoś jakby Rzymu, do tego mocno średniowieczem zajeżdża, a sceny morskie kojarzyły mi się negatywnie, z Piratami z Karaibów (same te filmy nie były złe, ale zostały mi skutecznie obrzydzone przez hordy nieszczęśnic mokrych na widok Deppa). Surowa i oszczędna w środkach scenografia pierwszej ekranizacji przemawia do mnie mocniej, świat bez tony ozdobników i szczegółów jest bardziej surowy, dziki, barbarzyński.
Zupełnym absurdem zaś, nawet jak na fantasy, jest "wykuwanie" miecza dla Conana. Coś takiego jest zupełnie nielogiczne, absurdalne i w ogóle bez sensu. Ale trudno, efekciarstwo rządzi się własnymi prawami.
W filmie jest trochę ruchania, ale bez szaleństw. No, to tyle. Podsumowując - film zrealizowany poprawnie, brutalny i mroczny, postacie jednak, razem z Conanem, dosyć mało wyraziste. Dałbym z 6/10, gdybym tu oceniał cokolwiek.
2) Upadek (Falling Down)
Kultowe filmidło z Michaelem Douglasem w roli głównej. Film, gdzie w sumie wszyscy przegrywają, film będący idealnym komentarzem do zjawiska Spektaklu. Rzeczywistość przesiąknięta rozpadem więzi społecznych, same patologie i nieszczęścia. Chore społeczeństwo tworzy chore jednostki. Miałem napisać o tym cuś więcej, wczoraj oglądałem któryś raz z rzędu, ale mi się nie chce jednak, no film arcydzieło no.
sobota, 24 grudnia 2011
Odpryski
Czyli coś rodzaju niewiadomoczego uporządkowanego dla wygody Czytelnika.
I. To óczućie gdy idziesz do apteki i czójesz się jakbyś ją zasquatował.
II. Czasem nawet w Stołecznym Królewskim Mieście można poczuć się jak w swoich rodzinnych stronach. Bezrobocie co prawda chyba jeszcze niższe, komunikacja miejska jeździ częściej niż raz-dwa na godzinę, ale za to idąc do renomowanej przychodni może się okazać, że super-duper przyrząd do czegośtam był jeden na Kraków i szlag go trafił i nie ma kto naprawić bo trzeba by sprowadzić części z Japonii a nikogo na to nie stać. W moim rodzinnym mieście jeden na całe miasto był gastroskop, i się popsuł, i matki płaczą, dzieci łkają, ojcowie piją.
III. Za to w moim rodzinnym mieście rozwija się niezwykle intensywnie sektor usług. Galeria goni galerię. [siedząca w domu starców ciotka z Warszawy na wieść, że chodzi się do galerii, zapytała się, czyje obrazy się tam ogląda. Ludzie starsi mają o tyle szczęście, że nie nadążyli za światem, nie należą już do niego, oczekując na nieuniknione.] Ten trend jest o tyle ciekawy, że w mieście zdycha wszystko inne, niedługo, jak już pieprznie nieudolnie zarządzana przez państwo i terroryzowana przez sitwę ze związków zawodowych zbrojeniówka i jej cywilne spółki-córki, to w mieście pozostaną chyba tylko emeryci, młodzież oraz personel i rodziny personelu galerii.
IV. Nawet jeśli sieć telefonii komórkowej Play upadnie rozdarta przez kruki i wrony wolnego rynku,[a jej baza klientów już teraz trafia się w dziale Kupię/Sprzedam na jakiś forach w sieci TOR] to i tak przejście tam jest opłacalne, zwłaszcza z czegoś tak niezmiernie dennego, jak Plus.
V. Dostałem pod choinkę m.in. gaz pieprzowy. Dobrze, stary mi się skończył.
VI. Rząd się zdziwił, że spis powszechny wykazał brak ponad miliona obywateli, którzy wybyli w świat. Z jednej strony - welcome to Jackass, z drugiej - logika systemu światów jest nieubłagana. Od nas wyjeżdża się do ścisłych centrów Centrum/I świata, a na nasze Peryferie/II świat do naszych lokalnych centrów zjeżdżają ludzie z jeszcze bardziej peryferyjnych Peryferii. Wszyscy podążają za strumieniem dóbr, zasobów, walut.
VII. Kilka lat mnie nie było na TORze, w międzyczasie upadło Onionforum, pojawiły się inne cuda, gdzie poziom merytoryczny i stężenie degeneracji jest mniej-więcej takie same. Na nowym forum, torowisku, trafiają się wątki wręcz rozczulające - np. ktoś potrzebował papierów, z których wynikałoby, że był bierzmowany, chociaż w rzeczywistości nie był. Ten wątek był perełką wyjątkową, pośród morza wątków najróżniejszych, zazwyczaj zawierających informacje i materiały o najróżniejszych zwalczanych przez państwo i organy ścigania -filach czy bardzo życiowe, przydatne na co dzień każdemu informacje typu "Jak ukryć zwłoki?".
VIII. Każdy student socjologii powinien zaglądać na takie TORowe fora, podobnie jak psychologii, oraz każdy, kto wyznaje optymizm antropologiczny.
IX. Taka historyjka zasłyszana. Amerykański student, przebywający w Polsce na jakiejś wymianie międzynarodowej, był sfrustrowany i smutny, że nigdzie nie może tutaj kupić legalnie narkotyków. Cóż, bidoczek pomylił Poland z Holland.
XI. No i to chyba tyle, że tak powiem. Wesołych Świąt.
I. To óczućie gdy idziesz do apteki i czójesz się jakbyś ją zasquatował.
II. Czasem nawet w Stołecznym Królewskim Mieście można poczuć się jak w swoich rodzinnych stronach. Bezrobocie co prawda chyba jeszcze niższe, komunikacja miejska jeździ częściej niż raz-dwa na godzinę, ale za to idąc do renomowanej przychodni może się okazać, że super-duper przyrząd do czegośtam był jeden na Kraków i szlag go trafił i nie ma kto naprawić bo trzeba by sprowadzić części z Japonii a nikogo na to nie stać. W moim rodzinnym mieście jeden na całe miasto był gastroskop, i się popsuł, i matki płaczą, dzieci łkają, ojcowie piją.
III. Za to w moim rodzinnym mieście rozwija się niezwykle intensywnie sektor usług. Galeria goni galerię. [siedząca w domu starców ciotka z Warszawy na wieść, że chodzi się do galerii, zapytała się, czyje obrazy się tam ogląda. Ludzie starsi mają o tyle szczęście, że nie nadążyli za światem, nie należą już do niego, oczekując na nieuniknione.] Ten trend jest o tyle ciekawy, że w mieście zdycha wszystko inne, niedługo, jak już pieprznie nieudolnie zarządzana przez państwo i terroryzowana przez sitwę ze związków zawodowych zbrojeniówka i jej cywilne spółki-córki, to w mieście pozostaną chyba tylko emeryci, młodzież oraz personel i rodziny personelu galerii.
IV. Nawet jeśli sieć telefonii komórkowej Play upadnie rozdarta przez kruki i wrony wolnego rynku,[a jej baza klientów już teraz trafia się w dziale Kupię/Sprzedam na jakiś forach w sieci TOR] to i tak przejście tam jest opłacalne, zwłaszcza z czegoś tak niezmiernie dennego, jak Plus.
V. Dostałem pod choinkę m.in. gaz pieprzowy. Dobrze, stary mi się skończył.
VI. Rząd się zdziwił, że spis powszechny wykazał brak ponad miliona obywateli, którzy wybyli w świat. Z jednej strony - welcome to Jackass, z drugiej - logika systemu światów jest nieubłagana. Od nas wyjeżdża się do ścisłych centrów Centrum/I świata, a na nasze Peryferie/II świat do naszych lokalnych centrów zjeżdżają ludzie z jeszcze bardziej peryferyjnych Peryferii. Wszyscy podążają za strumieniem dóbr, zasobów, walut.
VII. Kilka lat mnie nie było na TORze, w międzyczasie upadło Onionforum, pojawiły się inne cuda, gdzie poziom merytoryczny i stężenie degeneracji jest mniej-więcej takie same. Na nowym forum, torowisku, trafiają się wątki wręcz rozczulające - np. ktoś potrzebował papierów, z których wynikałoby, że był bierzmowany, chociaż w rzeczywistości nie był. Ten wątek był perełką wyjątkową, pośród morza wątków najróżniejszych, zazwyczaj zawierających informacje i materiały o najróżniejszych zwalczanych przez państwo i organy ścigania -filach czy bardzo życiowe, przydatne na co dzień każdemu informacje typu "Jak ukryć zwłoki?".
VIII. Każdy student socjologii powinien zaglądać na takie TORowe fora, podobnie jak psychologii, oraz każdy, kto wyznaje optymizm antropologiczny.
IX. Taka historyjka zasłyszana. Amerykański student, przebywający w Polsce na jakiejś wymianie międzynarodowej, był sfrustrowany i smutny, że nigdzie nie może tutaj kupić legalnie narkotyków. Cóż, bidoczek pomylił Poland z Holland.
XI. No i to chyba tyle, że tak powiem. Wesołych Świąt.
Subskrybuj:
Posty (Atom)